Zawsze tak na Rybakach bywało! Część rybaków wyjeżdżała na rybołówstwo, część zaś zaciągała się na okręty i "sztimry", jak rybacy z angielskiego "steamer" nazywają parowce, na których pracowali jako okrętnicy. Bo z samego rybołówstwa rybak na wybrzeżu polskiem utrzymać się nie może: albo ryb jest zbyt mało, a wtedy niema żyć z czego, albo też wiatr przypędza ich zbyt dużo, a wtedy ceny na ryby spadają i znowu zarobki są niewystarczające. Skutkiem tego, jak już powiedzieliśmy, część rybaków naszych stale wędruje po morzach. Dawniej ci, którzy pozostawali w domu, dorabiali sobie jeszcze wiązaniem niewodów, to jest samych jader, inaczej tkaniny sietnej. Niewody sprzedawali w Gdańsku, gdzie je wykończano. Teraz Gdańsk sam wyrabia wszelkie potrzebne rybakowi sejce, tak że odpadł ten zarobek rybakom. Natomiast pracują w zimie i na wiosnę w lesie i przy naprawianiu lub utrzymywaniu w porządku toru kolejowego, głównem zaś źródłem ich zarobków jest wynajmowanie mieszkań w lecie. Najchętniej jednak zaciągają się na statki, na których zawsze jest ciepło i syto, a zwłaszcza już marzą o służbie na statkach polskich, gdzie nie są za swą przynależność narodową poniewierani.
Paweł Kąkol, syn rybaka z Kuźnicy, słynnego na cały półwysep okrętnika, myślał zawsze o tem tylko, żeby się móc dostać na sztimr, oczywiście - polski. Kuźnica jest biedną wioską rybacką, zbudowaną w jednem z najwęższych miejsc półwyspu Helskiego, między zatoką Pucką a Bałtykiem. Jest tam wszystkiego kilkadziesiąt domków rybackich, z których wiele stoi tuż nad zatoką, tak iż wzburzone morze często je dawniej zalewało. Mieszkańcy musieli wówczas ratować się ucieczką do sąsiadów. Zdarzało się też, że oba morza wdzierały się w tem miejscu na półwysep i łączyły się ze sobą. Tak było za Niemca. W ostatnich czasach zmieniło się to na lepsze, bo rząd polski zbudował tamę od strony zatoki, wyrwał jej trochę ziemi i odsunął od brzegu jej fale. Tak więc Kuźniczanie mieszkają między dwoma morzami, skutkiem czego mają tę wygodę, iż bez najmniejszych trudności mogą uprawiać rybołówstwo zarówno na zatoce, jak i na Bałtyku.
Ale co tu dużo gadać! Kto widział Kuźnicę szarym porankiem zimowym, ten nigdy nie zapomni tych dygocących z zimna na żółtej wydmie domków rybackich, między smętnemi, szaremi przestworzami wód morskich, gdzie zaledwie kilkadziesiąt czarnych, poszarpanych i powyginanych przez wichry sosen stoi żałobnym szeregiem na niskim wale przybrzeżnym. Gdzie jak gdzie, ale zdaje się, że tu nie chciałoby się mieszkać za nic na świecie. Smutek bezbrzeżny.
Rozumie się, Kuźniczanie nie mają żadnych gruntów, wobec czego prawie zupełnie nie trzymają zwierząt domowych, drób jeden wyjąwszy i nieliczne krowy. Są też koty i psy - ogromne, groźnie wyglądające wilki.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.