Cudowna moc miłości - Kristin Hannah

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Na pół­noc­nym zacho­dzie stanu Waszyng­ton postrzę­pione gra­ni­towe góry się­gają zamglo­nego nieba, ich szczyty pozo­stają nie­do­stępne dla czło­wieka, nawet w cza­sach heli­kop­te­rów i poszu­ki­wa­czy przy­gód korzy­sta­ją­cych z naj­no­wo­cze­śniej­szego sprzętu. W tej czę­ści kraju drzewa rosną tak gęsto jak zarost na bro­dzie doj­rza­łego męż­czy­zny. Tylko naj­sil­niej­sze pro­mie­nie słońca z tru­dem prze­dzie­rają się poprzez roz­ło­ży­ste korony. Tury­stom udaje się odna­leźć swoje zapar­ko­wane wzdłuż drogi samo­chody wyłącz­nie pod­czas naj­ja­śniej­szych mie­sięcy lata.

Gdzieś w czarno-zie­lo­nych mro­kach tego wie­ko­wego boru leży malu­sień­kie mia­steczko Last Bend. Oso­bom odwie­dza­ją­cym mie­ścinę - bo obcych tu po pro­stu nie ma - wydaje się, że zna­leźli się w miej­scu nie­re­al­nym, stwo­rzo­nym przez ich wybu­jałą wyobraź­nię. Przy­się­gają, że kiedy po raz pierw­szy prze­cha­dzali się ulicz­kami, sły­szeli jakieś dźwięki, coś jakby śmiech. Potem przy­wo­łują wspo­mnie­nia, nie­które praw­dziwe, inne zapo­ży­czone ze sta­rych fil­mów czy histo­rii dru­ko­wa­nych w maga­zy­nie "Life". Przy­po­mi­nają sobie smak lemo­niady przy­go­to­wy­wa­nej przez bab­cię... zdaje im się, że znowu sły­szą skrzy­pie­nie sta­rej huś­tawki na ganku, parną let­nią nocą buja­ją­cej się to w przód, to w tył, to w przód, to w tył.

Last Bend powstało pięć­dzie­siąt lat temu. Wtedy wła­śnie wysoki, potęż­nie zbu­do­wany Szkot, Ian Camp­bell, posta­no­wił porzu­cić roz­sy­pu­jący się rodzinny dom w Edyn­burgu i wyru­szył w świat na poszu­ki­wa­nie przy­gód. Gdzieś po dro­dze - według rodzin­nej legendy było to w Wyoming - zain­te­re­so­wał się wspi­naczką gór­ską i następne dzie­sięć lat spę­dził, łażąc po górach w poszu­ki­wa­niu dwóch rze­czy: naj­wyż­szego szczytu i miej­sca, gdzie mógłby zosta­wić swój ślad.

To, czego szu­kał, zna­lazł w paśmie gór­skim North Cascade w sta­nie Waszyng­ton. I tutaj, gdzie Anglicy byli tylko duchami poja­wia­ją­cymi się w opo­wie­ściach przy ogni­sku, a jak rok długi sre­brzy­sto­błę­kit­nymi rze­kami pły­nęła kra, wła­śnie tu zde­cy­do­wał zarzu­cić kotwicę, tu posta­no­wił się osie­dlić. Kupił sto akrów ziemi dosko­na­łej do wypasu bydła. Pastwi­ska wybrał moż­li­wie naj­bli­żej potęż­nej Góry Bakera. Potem doku­pił jesz­cze teren kli­nem wrzy­na­jący się w żwi­rową drogę, która pew­nego dnia prze­kształci się w szosę wokół Góry Bakera. Zbu­do­wał swoje mia­sto wzdłuż kamie­ni­stego, dzie­wi­czego brzegu Jeziora Anioła i nazwał je Last Bend (Ostatni Zakręt), ponie­waż uwa­żał, że każdy powi­nien szu­kać swo­jego miej­sca na ziemi, a on swoje zna­lazł za ostat­nim zakrę­tem drogi.

Dość długo cze­kał na kobietę gotową zamiesz­kać z nim w uszczel­nio­nej mchem, drew­nia­nej cha­łu­pie, bez prądu i bie­żą­cej wody. W końcu jed­nak się docze­kał. Była nią poryw­cza młoda Irlandka, któ­rej też śniło się inne życie. Razem stwo­rzyli mia­sto swo­ich marzeń; ona posa­dziła japoń­skie klony wzdłuż Main Street, dała począ­tek wielu tra­dy­cjom: wpro­wa­dziła obchody Dni Lodu, zain­au­gu­ro­wała lokalne roz­grywki spor­towe, u zbiegu ulic Głów­nej i Kaskady zbu­do­wała Dom Duchów, w któ­rym bawiono się w Hal­lo­ween.

W tym samym roku, w któ­rym Spra­wie­dliwi Bra­cia poróż­nili się, Ian i Fiona roz­po­częli budowę domu swo­ich marzeń. Wkrótce sta­nął ogromny pół­ko­li­sty budy­nek z okrą­gla­ków, poło­żony na nie­wiel­kim wznie­sie­niu w samym środku posia­dło­ści. Cza­sem, gdy niebo przy­bie­rało barwę sta­lo­wo­nie­bie­ską, wyda­wało się, że z tego miej­sca ręką można się­gnąć do pokry­tych lodem szczy­tów gór­skich. Strze­li­ste sosny i cedry ota­czały pięk­nie przy­strzy­żony traw­nik, osła­nia­jąc sad przed mroź­nymi podmu­chami zimy. Zachod­nią gra­nicę ich ziem wyzna­czała Prze­łęcz Anioła. Przez więk­szość roku był to potok zasty­gły w mroku, a pod­czas let­nich upal­nych mie­sięcy, kiedy słońce stało wysoko na nie­bie - cicho szem­rzący stru­myk. Zimą na ganek od frontu docho­dził szum Wodo­spadu Anioła, odle­głego tylko o kilka kilo­me­trów od domu.

Teraz w tym domu miesz­kało już trze­cie poko­le­nie Camp­bel­lów. Pokój chłopca znaj­do­wał się tuż pod strze­li­stym dachem budynku. Niczym nie róż­nił się od poko­jów innych chłop­ców, żyją­cych w cza­sach środ­ków maso­wego prze­kazu: pod­no­szone łóżko, pla­katy z Bat­ma­nem poprzy­pi­nane do nie­rów­nych drew­nia­nych ścian, komiksy poroz­rzu­cane po pokry­tej dłu­go­wło­sym dywa­nem pod­ło­dze, całe stosy pla­sti­ko­wych dino­zau­rów, węży i postaci z Gwiezd­nych wojen.

Dzie­wię­cio­letni Bret Camp­bell cichutko leżał w łóżku i w ciem­no­ści obser­wo­wał zmie­nia­jące się na zega­rze czer­wone cyfry. Piąta trzy­dzie­ści. Piąta trzy­dzie­ści jeden. Piąta trzy­dzie­ści dwie.

Był ranek wigi­lii Wszyst­kich Świę­tych, Hal­lo­ween.

Chciał nasta­wić budzik na ten szcze­gólny sobotni ranek, ale nie wie­dział, jak się to robi. Gdyby popro­sił o pomoc, z nie­spo­dzianki nic by nie wyszło. Kulił się więc pod cie­płą koł­drą i cze­kał.

Dokład­nie o pią­tej czter­dzie­ści pięć wstał i sta­ra­jąc się nie robić hałasu, wycią­gnął spod łóżka torbę, z któ­rej zaczął wyj­mo­wać scho­wane tam rze­czy.

Nie zapa­lał świa­tła, nie potrze­bo­wał. Od tygo­dnia przy­glą­dał się tym rze­czom co noc. To jego strój na Hal­lo­ween. Para błysz­czą­cych, uży­wa­nych kow­boj­skich butów, które zna­leźli w Skle­pie z Pra­wie Nową Odzieżą Uży­waną, kami­zelka ze sztucz­nej skóry ze Sklepu dla Oszczęd­nych, para mięk­kich skó­rza­nych spodni, które uszyła mama, fla­ne­lowa koszula w kratę, nowiu­sień­kie dżinsy Wran­glera kupione w skle­pie Zeke'a i, naj­waż­niej­sze ze wszyst­kiego, błysz­cząca gwiazda sze­ryfa i pas na broń ze sklepu z zabaw­kami.

Zrzu­cił piżamę i ubrał się w swój strój. Zosta­wił tylko pas na broń, pisto­lety, skó­rzane spodnie, lasso i ogromny kape­lusz. Tych rze­czy na razie nie będzie potrze­bo­wał.

Teraz czuł się jak praw­dziwy kow­boj. Chwy­cił kartkę z instruk­cją - tylko na wszelki wypa­dek - pod­szedł do drzwi i ostroż­nie wyj­rzał na pogrą­żony w mroku kory­tarz.

Spoj­rzał na drzwi do pozo­sta­łych dwóch sypialni. Były zamknięte i nie było widać spod nich świa­tła. Jego szes­na­sto­let­nia sio­stra, Jacey, oczy­wi­ście spała. Prze­cież dziś sobota, a wczo­raj był mecz szkol­nej dru­żyny fut­bo­lo­wej. Po meczu Jacey zawsze wyle­gi­wała się aż do połu­dnia następ­nego dnia. Tata do późna w nocy sie­dział w szpi­talu przy pacjen­cie, więc też musiał wypo­cząć. Tylko mama wsta­nie wcze­śnie; będzie w stajni, gotowa do prze­jażdżki, o szó­stej.

Przy­ci­snął guzik wyświe­tla­cza na swoim zegarku marki Darth Maul. Piąta czter­dzie­ści dzie­więć.

- Dobra jest! - Posta­wił koł­nierz fla­ne­lo­wej koszuli i w pod­sko­kach zbiegł z kilku ostat­nich schod­ków. Po omacku prze­szedł przez ciemną kuch­nię, po dro­dze włą­cza­jąc eks­pres do kawy (to będzie jesz­cze jedna nie­spo­dzianka), i powoli, ostroż­nie otwo­rzył fron­towe drzwi.

Na ganku prze­stra­szył go czarny cień jakie­goś czło­wieka, który poja­wił się tuż obok niego, ale chwilę póź­niej roz­po­znał kon­tury i przy­po­mniał sobie. To tylko kukła far­mera z głową z dyni, zro­biona przez mamę wczo­raj wie­czo­rem. Zapach świe­żej słomy na­dal był bar­dzo wyraźny.

Bret prze­su­nął się obok deko­ra­cji, zesko­czył z ganku i pobiegł pod­jaz­dem w górę. Na wyso­ko­ści domku dla gości skrę­cił w prawo i prze­śli­zgnął się mię­dzy drugą a trze­cią żer­dzią ogro­dze­nia. Dysząc ze zmę­cze­nia, pędził po śli­skiej tra­wie pastwi­ska.

Jedna żarówka oświe­tlała ogromną, dwu­po­zio­mową staj­nię, zbu­do­waną jesz­cze przez jego dziadka. Bret zawsze czuł strach przed sław­nym dziad­kiem, któ­rego wpraw­dzie ni­gdy nie poznał, ale któ­rego imię nosiły ulice, budynki, góry. Ten czło­wiek wie­dział, że Last Bend powinno leżeć wła­śnie w tym miej­scu.

Histo­rie o przy­go­dach dziadka opo­wia­dano, odkąd Bret tylko pamię­tał, i powta­rzano w nie­skoń­czo­ność. Wnuk pra­gnął być taki jak dzia­dek. To dla­tego wstał tak wcze­śnie w Hal­lo­ween. Chciał prze­ko­nać swoją nado­pie­kuń­czą mamę, że już może brać udział w noc­nej kon­nej wypra­wie do Wodo­spadu Anioła.

Ujął dło­nią zimny zamek i otwo­rzył drzwi stajni. Uwiel­biał zapach tej sta­rej stajni, zawsze przy­po­mi­nał mu mamę. Cza­sami, kiedy był z dala od domu i poczuł zapach siana, skóry czy tłusz­czu, od razu miał przed oczyma matkę.

Konie nie­cier­pli­wie krę­ciły się w swo­ich bok­sach, myśląc, że nade­szła pora kar­mie­nia. Bret zapa­lił świa­tło i szybko ruszył sze­ro­kim wybe­to­no­wa­nym przej­ściem w kie­runku pomiesz­cze­nia gospo­dar­czego. Z wysił­kiem ścią­gnął z drew­nia­nego haka spe­cjalne sio­dło mamy do sko­ków. Dwa razy je upu­ścił, zanim zro­zu­miał, jak musi je trzy­mać. Ruszył w kie­runku boksu Srebr­nej Kuli, wlo­kąc za sobą popręg, który zacze­piał o wszystko po dro­dze.

Tu się zatrzy­mał. Jezu, Srebrna Kula była dzi­siaj jakaś więk­sza...

Dzia­dek na pewno by nie stchó­rzył.

Bret wziął głę­boki oddech i otwo­rzył drzwiczki boksu.

Pró­bo­wał wiele razy, naprawdę bar­dzo wiele razy, ale w końcu udało mu się zało­żyć sio­dło na wysoki grzbiet konia. Nawet zdo­łał zacią­gnąć popręg. Może nie dosta­tecz­nie mocno, ale dość, by zapiąć sprzączkę.

Wypro­wa­dził Kulę na śro­dek. Nie widział wła­snych butów, grzę­zły w wala­ją­cych się śmie­ciach. Górne świa­tło rzu­cało nie­sa­mo­wite cie­nie na postać chłopca i konia, ale Breta naj­bar­dziej bawiły prze­śli­zgu­jące się po nim i Kuli czarne linie. Przy­po­mi­nały mu, że dzi­siaj jest Hal­lo­ween.

Kula opu­ściła łeb, prych­nęła i kopy­tem stu­kała o zie­mię.

Bret zaci­snął dłoń na linie, na któ­rej pro­wa­dził klacz.

- Spo­koj­nie, dziew­czyno - powie­dział cie­płym gło­sem, sta­ra­jąc się opa­no­wać strach. Mama zawsze tak prze­ma­wiała do zwie­rząt. Twier­dziła, że gło­sem można uła­go­dzić naj­bar­dziej zde­ner­wo­wane zwie­rzę, jeśli tylko zachowa się spo­kój i cier­pli­wość.

Wrota stajni poru­szyły się, potem dało się sły­szeć powolne skrzy­pie­nie. Drewno zazgrzy­tało na beto­nie, wie­rzeje zostały otwarte.

Stała w nich mama. Za nią widać było wscho­dzące słońce. Miało cudną pur­pu­rową barwę, a włosy mamy, oświe­tlone jego pro­mie­niami, zda­wały się pło­nąć. Twa­rzy Bret nie widział dokład­nie, tylko syl­wetkę mamy, ciemny kon­tur w jasnej poświa­cie, i sły­szał mia­rowy stu­kot obca­sów na beto­nie. W pew­nej chwili zatrzy­mała się, pod­nio­sła rękę i osło­niła dło­nią oczy.

- Bret? Kocha­nie, to ty?

Bret zaczął pro­wa­dzić Kulę w kie­runku mamy, która z rękoma wspar­tymi na bio­drach stała z boku. Miała na sobie długi brą­zowy swe­ter, czarne spodnie do kon­nej jazdy i buty tro­chę już zaku­rzone. Patrzyła na Breta tym swoim szcze­gól­nym spoj­rze­niem i Bret modlił się w duchu, żeby się uśmiech­nęła.

Szarp­nął za linę i, tak jak go uczono, gwał­tow­nie zatrzy­mał klacz.

- Sam ją osio­dła­łem, mamo. - Gła­dził aksa­mitne noz­drza Kuli. - Nie udało mi się zało­żyć jej wędzi­dła, ale sio­dło zało­ży­łem dobrze, tak jak trzeba.

- Wcze­śnie wsta­łeś. I to w Hal­lo­ween, jedno z trzech two­ich ulu­bio­nych świąt. I osio­dła­łeś mi konia. No, no. - Pochy­liła się i ser­decz­nym ruchem zmierz­wiła mu włosy. - Nie chcia­łeś, żebym zbyt długo była sama, co, Bret­ster?

- Wiem, że cza­sem czu­jesz się samotna.

Roze­śmiała się i przy­klę­kła na brud­nej ziemi. Taka była jego mama, ni­gdy nie mar­twiła się o to, że się ubru­dzi. I lubiła patrzeć swoim dzie­ciom pro­sto w oczy. Przy­naj­mniej tak mówiła. Ścią­gnęła z pra­wej dłoni znisz­czoną ręka­wiczkę z czar­nej skóry i upu­ściła ją. Ręka­wiczka wylą­do­wała na jej kola­nach, ale nawet nie zwró­ciła na to uwagi. Wycią­gnęła rękę i odgar­nęła włosy z twa­rzy Breta.

- No więc, młody koniu­szy? O co cho­dzi?

To też było cha­rak­te­ry­styczne dla jego mamy. Ni­gdy nie dała się oszu­kać. Jakby w oczach miała apa­rat rent­ge­now­ski.

- Chciał­bym w tym roku poje­chać z tobą do Wodo­spadu Anioła. W zeszłym roku mówi­łaś, że zabie­rzesz mnie troszkę póź­niej, jak będę star­szy. Teraz jestem już o cały rok star­szy i bar­dzo dobrze wypa­dłem na tego­rocz­nym jar­marku, to zna­czy żaden inny dzie­wię­cio­la­tek nie zdo­był błę­kit­nej wstęgi, i boks mojego konia zawsze był posprzą­tany, a Scotty dobrze wyszczot­ko­wany. I sam potra­fię osio­dłać wiel­kiego, doro­słego, raso­wego konia. W Disney­lan­dzie na pewno uda­łoby mi się dosię­gnąć ręki Mic­key.

Mama przy­sia­dła na pię­tach. Kurz musiał osiąść jej na twa­rzy, ponie­waż w oczach poja­wiły się łzy.

- Nie jesteś już moim małym chłop­czy­kiem, prawda?

Sko­czył jej na kolana, uda­jąc, że na­dal jest dość mały, by mogła go tulić w ramio­nach. Mama deli­kat­nie wyjęła mu linę z dłoni, a chło­piec zarzu­cił jej ręce na szyję.

Poca­ło­wała go w czoło i mocno przy­tu­liła. Naj­bar­dziej lubił, gdy tak wła­śnie go cało­wała. Robiła to co rano przy śnia­da­niu.

Lubił też, gdy go przy­tu­lała. Ostat­nio - odkąd poszedł do czwar­tej klasy - musiał stać się dużym chłop­cem. To zna­czy nie mógł już zga­dzać się na to, żeby mama pro­wa­dziła go za rękę, gdy szli szkol­nym kory­ta­rzem... no, a już na pewno nie mogła go cało­wać na do widze­nia. Teraz więc tylko w takich chwi­lach mógł znowu być małym chłop­czy­kiem.

- No cóż, chyba każdy, kto potrafi osio­dłać tego konia, rze­czy­wi­ście jest już wystar­cza­jąco duży, żeby poje­chać do Wodo­spadu Anioła. Jestem z cie­bie bar­dzo dumna, synku.

Wydał okrzyk rado­ści i przy­tu­lił się do matki.

- Dzięki, mamo.

- Nie ma za co. - Deli­kat­nie uwol­niła się z jego objęć i się pod­nio­sła. Kiedy tak stali obok sie­bie, opu­ściła rękę w ręka­wiczce i swo­bod­nie trzy­mała ją chwilę w bez­ru­chu mię­dzy nimi. Bret wsu­nął swoją rączkę w jej dłoń.

- Bez słowa ją uści­snęła.

- No, teraz muszę co naj­mniej godzinę popra­co­wać z Kulą, zanim Jeanine przyj­dzie zba­dać konie. A w ogóle mam dziś milion rze­czy do zro­bie­nia.

- Będzie robiła im zastrzyki?

- Nie, nie dzi­siaj. - Znowu zmierz­wiła mu włosy i schy­liła się, żeby pod­nieść ręka­wiczkę.

- Czy mogę zostać i popa­trzeć, jak jeź­dzisz?

- A pamię­tasz zasady?

- O raju, nie, nic nie pamię­tam, mamo.

- Dobrze, ale nie wolno ci nic mówić i scho­dzić z ogro­dze­nia.

- Ty po pro­stu musisz mi to za każ­dym razem powta­rzać, prawda? - rzekł z łobu­zer­skim uśmie­chem.

- Sia­daj, Jimie Car­reyu. - Matka też się roze­śmiała. Odwró­ciła się do niego ple­cami, pod­cią­gnęła popręg i zało­żyła uzdę kla­czy. - Bie­gnij i przy­nieś mi kask, dobrze, Bret­ster?

Pobiegł do pomiesz­cze­nia gospo­dar­czego. Zatrzy­mał się przy skrzyni z napi­sem "Rze­czy Mike", pochy­lił się i pod­niósł wieko. Prze­rzu­cał rękoma aero­zole prze­ciwko koma­rom, szczotki, liny, czer­paki i kubełki, haki do usu­wa­nia kamieni z kopyt, aż zna­lazł zaku­rzony, kryty czar­nym aksa­mi­tem kask. Wsu­nął go pod pachę, zamknął skrzy­nię, opusz­cza­jąc z hukiem wieko, i pobiegł z powro­tem na plac mane­żowy.

Mama już sie­działa na Kuli, osło­nięte ręka­wicz­kami dło­nie lekko wspie­rała na kłę­bach kla­czy.

- Dzię­kuję, kocha­nie. - Pochy­liła się i wzięła kask od syna.

Zanim Bret dotarł do swo­jego ulu­bio­nego miej­sca na ogro­dze­niu padoku, mama już pro­wa­dziła Kulę na ścieżkę bie­gnącą wzdłuż muru. Chło­piec wspiął się po żer­dziach i usiadł na naj­wyż­szej porę­czy.

Obser­wo­wał mamę robiącą rundę za rundą. W ramach roz­grzewki pro­wa­dziła Kulę coraz to innym kro­kiem: stę­pem, kłu­sem, potem ostrym kłu­sem i wresz­cie cwa­łem, aż jeź­dziec i koń stali się tylko pędzącą plamą.

Od razu wie­dział, kiedy mama uznała, że można już ska­kać. Obser­wo­wał ją tak wiele razy, roz­po­zna­wał wszel­kie znaki, cho­ciaż nie potra­fiłby powie­dzieć, co kon­kret­nie wska­zy­wało na to, że teraz roz­poczną się skoki. Po pro­stu wie­dział, że mama skie­ruje konia na pierw­szą, sześć­dzie­się­cio­cen­ty­me­trową prze­szkodę.

I rów­nież od razu, choć nie wia­domo skąd, wie­dział, że coś nie jest w porządku.

- Mamo, pocze­kaj! - Bret pochy­lił się do przodu i krzy­czał. - Poprzeczka jest źle zało­żona. Ktoś musiał ją ruszyć...

Ale mama go nie sły­szała. Kula rwała do przodu i wierz­gała, a mama pró­bo­wała zmu­sić konia do rów­nego, kon­tro­lo­wa­nego cwału.

- Hola, maleńka, zwol­nij. Uspo­kój się...

Bret sły­szał te słowa, gdy mama prze­fru­wała obok niego. Chciał zesko­czyć z ogro­dze­nia, ale tego prze­cież nie wolno mu było zro­bić, zwłasz­cza gdy mama przy­go­to­wy­wała konia do skoku.

Za późno, żeby krzy­czeć. Mama już najeż­dżała na prze­szkodę. W piersi Breta serce wście­kle waliło.

Cośnie­je­stw­po­rządku! W jego gło­wie poje­dyn­cze słowa zle­wały się w jedno, krzy­czały coraz dono­śniej, coraz prze­raź­li­wiej brzmiały. Chciał je wypo­wie­dzieć gło­śno, chciał je wykrzy­czeć, ale nawet ust nie zdo­łał otwo­rzyć.

Srebrna Kula zebrała się w sobie i z łatwo­ścią poko­nała sztuczną prze­szkodę z cegieł.

Bret usły­szał okrzyk triumfu i rado­sny śmiech matki.

Przez sekundę czuł ogromną ulgę.

Potem spo­strzegł, że Srebrna Kula staje jak wryta.

W jed­nej chwili mama rado­śnie się śmiała, w następ­nej, zrzu­cona z konia, leciała w powie­trzu. Ude­rzyła głową w słu­pek tak mocno, że całe ogro­dze­nie aż się zachwiało. Teraz jej ciało leżało na brud­nej ziemi, skrę­cone jak kawa­łek pognie­cio­nego papieru.

Na wiel­kim kry­tym placu sły­chać było tylko ciężki oddech Breta. Nawet koń stał cicho obok swo­jego jeźdźca, jakby nic się nie stało.

Bret zsu­nął się z ogro­dze­nia i pod­biegł do matki. Przy nie­ru­cho­mym ciele osu­nął się na kolana. Spod kasku sączyła się krew, pla­miąc krót­kie czarne włosy Mika­eli.

- Mamo? - Dotknął jej ramie­nia i lekko nim potrzą­snął.

Pobru­dzone krwią włosy zsu­nęły się z twa­rzy. Wtedy spo­strzegł, że lewe oko matka ma otwarte.

* * *

Jacey, sio­stra Breta, pierw­sza usły­szała jego prze­raź­liwy krzyk. Pędem wpa­dła na plac, otu­la­jąc się ogrom­nym płasz­czem ojca.

- Bret­ster... - I w tej chwili zoba­czyła leżącą na ziemi matkę. - Och, mój Boże! Nie ruszaj jej! - wrza­snęła do Breta. - Bie­gnę po tatę!

Bret, nawet gdyby chciał, i tak nie mógłby ruszyć się z miej­sca. Tkwił w bez­ru­chu, wpa­tru­jąc się w skrę­cone ciało matki, i modlił się, gorąco się modlił, żeby się ock­nęła. Była to bez­gło­śna modli­twa, ponie­waż chło­piec nie potra­fił wydać z sie­bie żad­nego dźwięku.

W końcu przy­biegł ojciec.

Bret zerwał się na nogi i wycią­gnął ręce, ale ojciec minął go, w ogóle nie zwra­ca­jąc na niego uwagi. Bret cof­nął się tak gwał­tow­nie, że ple­cami ude­rzył w ogro­dze­nie. Nie mógł pła­kać, nie mógł nawet zła­pać odde­chu. Stał bez ruchu i patrzył, jak czer­wona, okrop­nie czer­wona krew spływa po twa­rzy mamy. Jacey pode­szła do niego i sta­nęła obok.

Ojciec ukląkł przy matce, czarną lekar­ską torbę upu­ścił na zie­mię.

- Trzy­maj się, Mika­ela - szep­tał. Deli­kat­nie zsu­nął kask z jej głowy (może ja powi­nie­nem był to zro­bić? - pomy­ślał Bret), potem otwo­rzył jej usta i wsu­nął palce mię­dzy zęby. Zaka­słała, zakrztu­siła się i Bret zoba­czył, jak na rękę ojca chlu­snęła krew.

Tata zawsze miał takie czy­ste ręce... a teraz krew mamy była wszę­dzie, nawet na ręka­wie fla­ne­lo­wej piżamy taty.

- Trzy­maj się, Mike - powta­rzał bez prze­rwy. - Trzy­maj się. Jeste­śmy tutaj. Wszy­scy jeste­śmy przy tobie... nie opusz­czaj nas...

Nie opusz­czaj nas. To prze­cież zna­czyło: nie umie­raj... a to z kolei zna­czyło, że mama może umrzeć.

Ojciec spoj­rzał na Jacey.

- Dzwoń na pogo­to­wie, natych­miast! - pole­cił.

Wyda­wało się, że tkwili tu w bez­ru­chu i ciszy całe godziny. W końcu czer­wone świa­tła karetki roz­świe­tliły ciemną staj­nię, a ciszę roz­darł prze­raź­liwy ryk syreny. Karetka prze­śli­zgi­wała się po żwi­ro­wej ścieżce obok przy­czepy do prze­wo­że­nia koni.

Do stajni wpa­dli sani­ta­riu­sze w nie­bie­skich uni­for­mach, cią­gnąc za sobą pod­ska­ku­jące na nie­rów­no­ściach i meta­licz­nie brzę­czące łóżko na kół­kach. Serce Breta waliło tak gło­śno, że chło­piec nie sły­szał, co się wokół niego dzieje.

Pró­bo­wał krzyk­nąć: "Ratuj­cie ją!" - lecz kiedy otwo­rzył usta, wydo­była się z nich tylko gęsta, ciemna chmurka pary. Widział, jak roz­bija się na liczne cien­kie smugi i ula­tuje w dal.

Zamknął usta i znowu się cof­nął. I tym razem mocno ude­rzył ple­cami w ogro­dze­nie, aż zakrę­ciło mu się w gło­wie. Zasło­nił rękoma uszy, zamknął oczy i modlił się naj­go­rę­cej, jak potra­fił.

Umiera.

Wspo­mnie­nia bez­ład­nie prze­bie­gały jej przez głowę, nie­które miały słodki zapach róż po wio­sen­nym desz­czu, inne pach­niały pia­skiem znad jeziora, gdzie po raz pierw­szy poznała smak praw­dzi­wego poca­łunku. Jesz­cze inne - a tych, nie­stety, było zbyt wiele - miały nie­przy­jemną, lepką woń żalu.

Teraz ją prze­no­szą, pasami przy­mo­co­wali jej ciało do jakie­goś dziw­nego łóżka. Świa­tło jest tak silne, że nie może otwo­rzyć oczu. Sły­szy odgłos uru­cha­mia­nego sil­nika, czuje ruch, to boli. O Boże, jak bar­dzo boli...

Sły­szy głos swo­jego męża, mięk­kie, cie­płe, uko­chane dźwięki, które pro­wa­dziły ją przez życie w ostat­nich dzie­się­ciu latach. I cho­ciaż nie sły­szy swo­ich dzieci, swo­ich uko­cha­nych malu­chów, wie, że są tutaj, że jej pil­nują. Naj­bar­dziej na świe­cie chcia­łaby móc coś do nich powie­dzieć, wydać choćby naj­cich­szy dźwięk, choćby wes­tchnie­nie, cokol­wiek...

Gorące łzy spły­nęły z kąci­ków jej oczu, popły­nęły za uszy i zmo­czyły sztywną, nie­przy­jem­nie pach­nącą poduszkę pod głową. Chcia­łaby je powstrzy­mać, chcia­łaby móc je prze­łknąć, żeby dzieci ich nie widziały. Ale nie panuje nad sobą, nie panuje nad wła­snym cia­łem; nie potrafi powstrzy­mać łez, tak jak nie potrafi unieść ręki w geście poże­gna­nia.

A może, może wcale nie pła­cze, może to tylko jej dusza opusz­cza ciało, sącząc się kro­pla po kro­pli, jak łzy, któ­rych nikt ni­gdy nie zoba­czy.

2

Jako mło­dzie­niec Liam Camp­bell z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał momentu, kiedy wresz­cie będzie mógł wyje­chać z Last Bend. Mia­steczko wyda­wało mu się takie maleń­kie, ogra­ni­cza­jące moż­li­wo­ści, tak krę­pu­jące jakie­kol­wiek ruchy, jakby było ści­śnięte w dłoni jego sław­nego ojca. Gdzie­kol­wiek się ruszył, wszę­dzie porów­ny­wano go do podzi­wia­nego i wiel­bio­nego przez wszyst­kich ojca. Oczy­wi­ście wie­dział, że nie dora­sta mu do pięt. Nawet w domu czuł się nie­ważny, nie­po­trzebny. Rodzice bar­dzo się kochali, lecz dla chłopca, który czy­tał książki i marzył o karie­rze pia­ni­sty kon­cer­to­wego, nie pozo­sta­wało już wiele uczu­cia.

Ku swemu ogrom­nemu zasko­cze­niu Liam został przy­jęty na Harvard. Zanim ukoń­czył stu­dia przed­ma­gi­ster­skie, zdał sobie sprawę z tego, że nie jest dosta­tecz­nie dobry, by zro­bić karierę pia­ni­styczną. To, że był naj­lep­szym pia­ni­stą w Last Bend, nawet naj­lep­szym pia­ni­stą w Harvar­dzie, nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia. To cią­gle było zbyt mało. Mógł, co naj­wy­żej, zostać nauczy­cie­lem muzyki w dro­giej pry­wat­nej szkole. Jego muzyce bra­ko­wało siły, pasji czy choćby gniewu, tego szcze­gól­nego cze­goś, co cha­rak­te­ry­zuje wyko­na­nia naj­lep­szych z naj­lep­szych. Spo­koj­nie i cicho porzu­cił więc mło­dzień­cze marze­nia i swoje zain­te­re­so­wa­nia skie­ro­wał na medy­cynę. Doszedł do wnio­sku, że jeśli nawet nie jest dosta­tecz­nie uta­len­to­wany, by zachwy­cać ludzi muzyką wydo­by­wa­jącą się spod jego rąk, to serce ma na tyle wraż­liwe, by leczyć cho­rych. Pra­gnął nieść ulgę cier­pią­cym.

Uczył się dniami i nocami. Wie­dział, że taki skromny, cichy, prze­ciętny czło­wiek jak on musi być lep­szy od innych.

Ukoń­czył stu­dia jako naj­lep­szy stu­dent na roku i ku zdu­mie­niu, a nawet prze­ra­że­niu kole­gów pod­jął pracę w kli­nice cho­rych na AIDS w Bronk­sie, ubo­giej dziel­nicy Nowego Jorku. W owych cza­sach o cho­ro­bie jesz­cze nie­wiele wie­dziano, ale już zbie­rała tra­giczne żniwo i roz­prze­strze­niała się w zastra­sza­ją­cym tem­pie. Ludzie bali się AIDS. Liam jed­nak wie­rzył, że wła­śnie tam, wśród strasz­li­wie cier­pią­cych, bez­na­dziej­nie cho­rych, sta­nie się czło­wie­kiem, jakim pra­gnął być.

W salach, w któ­rych uno­sił się zapach śmierci, bez­na­dziei i roz­pa­czy, poma­gał pacjen­tom prze­żyć kolejny dzień, ale ni­gdy nie mógł cho­remu powie­dzieć: "Będziesz zdrów. Zosta­łeś wyle­czony".

Zamiast tego roz­da­wał lekar­stwa, które nie poma­gały, ści­skał ręce, które z każ­dym dniem sta­wały się coraz słab­sze. Trzy­mał w ramio­nach nowo naro­dzone dzieci, wie­dząc, że ni­gdy nie będą mogły nawet marzyć o wyjeź­dzie do Paryża. Wciąż wypi­sy­wał akty zgonu, w końcu każde się­gnię­cie po pióro napa­wało go wstrę­tem.

Kiedy nagle, na atak serca, zmarła jego matka, wró­cił do domu i opie­ko­wał się ojcem, który po raz pierw­szy w życiu potrze­bo­wał syna. Liam był prze­ko­nany, że kie­dyś znowu wyje­dzie z Last Bend, tym­cza­sem poznał Mika­elę...

Mike.

To z nią u boku wresz­cie odna­lazł swoje miej­sce na ziemi.

Teraz cze­kał w szpi­talu na wia­do­mość, czy Mika­ela prze­żyje...

Byli tu zale­d­wie od kilku godzin, a zda­wało się, że upły­nęły całe wieki. Dzieci zostały w pocze­kalni. Mógł je sobie wyobra­zić, jak popła­ku­jąc, sie­dzą przy­tu­lone do sie­bie, Jacey ociera łzy małemu bra­cisz­kowi. Pra­gnął być z nimi, wie­dział jed­nak, że się zała­mie, jeśli tylko na nie spoj­rzy, a jego łzy prze­rażą dzieci jesz­cze bar­dziej.

- Liam?

Odwró­cił się w kie­runku głosu. Bio­drem ude­rzył w sto­lik, znaj­du­jące się na nim bute­leczki zachwiały się i zagrze­cho­tały. Wycią­gnął rękę, by uspo­koić tań­czące medy­ka­menty.

Przed nim stał dok­tor Ste­phen Penn, szef oddziału neu­ro­lo­gicz­nego. Cho­ciaż był w wieku Liama - nie­dawno skoń­czył pięć­dzie­siąt lat - wyglą­dał jak stary, zmę­czony czło­wiek. Od wielu lat Ste­phen i Liam razem gry­wali w golfa, ale nic, co wcze­śniej prze­żyli, nie przy­go­to­wało ich na taki moment.

- Chodź ze mną. - Ste­phen dotknął ramie­nia Liama. Poszli obok sie­bie suro­wym kory­ta­rzem. Skrę­cili do wydzie­lo­nych pomiesz­czeń Oddziału Inten­syw­nej Opieki Medycz­nej. Liam spo­strzegł, że pie­lę­gniarki z ura­zówki uni­kają jego wzroku. Poczuł się upo­ko­rzony, teraz wie­dział, jak czuje się "naj­bliż­szy krewny" pacjenta.

W końcu weszli do oszklo­nej izo­latki, w któ­rej na wąskim, dzie­cin­nym łóżku, osło­nię­tym jasnymi kota­rami, leżała Mika­ela. Wyglą­dała jak zepsuta lalka, popo­dłą­czana do róż­nych urzą­dzeń: respi­ra­to­rów, moni­to­rów reje­stru­ją­cych wszystko, począw­szy od ude­rzeń serca do ciśnie­nia wewnątrz­czasz­ko­wego. Respi­ra­tor oddy­chał za nią, w pogrą­żo­nym w ciszy pokoju sły­chać było jego mia­rową pracę.

- Mózg... jej mózg pra­cuje, nie­stety nie wiemy, czy w ogóle nie został uszko­dzony, a jeśli... to w jakim stop­niu. - Ste­phen wziął długą igłę i kilka razy wbił ją w drobne, gołe stopy Mika­eli. Nie było żad­nej reak­cji, Ste­phen nie komen­to­wał. Prze­pro­wa­dził jesz­cze kilka testów. Wie­dział, że ich wyniki Liam potrafi rów­nie traf­nie oce­nić, jak on sam. - Zawia­do­mi­li­śmy neu­ro­chi­rurga - powie­dział cicho - na wszelki wypa­dek. Jest gotów do ope­ra­cji, jeśli zaj­dzie taka potrzeba, choć nie stwier­dzi­li­śmy żad­nych uszko­dzeń wyma­ga­ją­cych inter­wen­cji chi­rur­gicz­nej. Poma­gamy jej oddy­chać, kon­tro­lu­jemy ciśnie­nie krwi i tem­pe­ra­turę ciała. Nie dopu­ścimy do krwo­toku wewnętrz­nego... No, cóż, wiesz, że robimy wszystko, co w naszej mocy.

Liam zamknął oczy. Po raz pierw­szy w życiu żało­wał, że jest leka­rzem. Nie chciał rozu­mieć, w jakim sta­nie jest jego żona. Mieli tu świetny ośro­dek zdro­wia i naj­lep­szych leka­rzy na pół­noc od San Fran­ci­sco, któ­rych w te oko­lice przy­cią­gnęła wysoka jakość życia. Ale gorzka prawda była nastę­pu­jąca: w tej chwili abso­lut­nie nic nie mogli zro­bić dla Mika­eli.

Nie zamie­rzał się odzy­wać, jed­nak nie zdo­łał powstrzy­mać cisną­cych się na usta słów:

- Nie potra­fię bez niej żyć...

Ste­phen odwró­cił się do Liama. Miał w oczach pełne zro­zu­mie­nia współ­czu­cie. W tej chwili nie był spe­cja­li­stą, tylko po pro­stu czło­wie­kiem, mężem, i rozu­miał Liama.

- Jutro dowiemy się wię­cej, jeśli... - zaczął i nie do koń­czył zda­nia. Nie musiał.

Jeśli Mika­ela prze­żyje noc.

- Dzię­kuję, Ste­phe­nie - wymru­czał Liam. Cichy głos ginął w szu­mie pra­cu­ją­cej apa­ra­tury.

Ste­phen odwró­cił się i skie­ro­wał ku drzwiom. W progu jesz­cze się zatrzy­mał i spoj­rzał na Liama.

- Bar­dzo mi przy­kro - powie­dział i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyszedł. Wró­cił po chwili z kil­koma pie­lę­gniar­kami. Zabrali Mika­elę na dal­sze bada­nia.

* * *

Odwaga, myślał Liam, to wcale nie jest gorące, jak ogień parzące uczu­cie, znane jedy­nie ludziom decy­du­ją­cym się na wstą­pie­nie do jed­no­stek spe­cjal­nych, ska­czą­cym ze spa­do­chro­nem czy wspi­na­ją­cym się na dotąd nie­zdo­byte szczyty. To ciche, głę­boko skry­wane uczu­cie, naj­czę­ściej zimne jak lód. To ostat­nia rzecz w sercu czło­wieka, dro­bina, okru­szek, który odnaj­du­jesz, gdy myślisz, że już wszystko stra­cone. To umie­jęt­ność spoj­rze­nia dzie­ciom w oczy w chwi­lach takich jak ta, trzy­ma­nia ich za ręce, ocie­ra­nia łez, cho­ciaż sądzi­łeś, że nie będzie cię na to stać. To koniecz­ność stłu­mie­nia wła­snej roz­pa­czy, żeby móc prze­żyć następną chwilę, a potem następną i jesz­cze następną.

Liam ukrył swój strach. Gdzie, tego nie potra­fił powie­dzieć, ale gdzieś go szczel­nie zamknął i pogrze­bał. Skon­cen­tro­wał się na tym, co musiał zro­bić. Tra­ge­dia - teraz to stwier­dził - wią­zała się rów­nież z koniecz­no­ścią zaję­cia się dro­bia­zgami: wypeł­nia­niem for­mu­la­rzy ubez­pie­cze­nio­wych, pako­wa­niem wali­zek... tak na wszelki wypa­dek, zmianą har­mo­no­gramu dnia i pla­nów na naj­bliż­sze tygo­dnie. Udało mu się wszystko to zro­bić, nie tra­cąc pano­wa­nia nad sobą, mimo że przez cały czas sta­ran­nie uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego z innymi ludźmi. No cóż, jeśli to jedyny spo­sób, będzie się tego trzy­mał. Zadzwo­nił do Rosy Luny - matki Mike, która miesz­kała we wschod­niej czę­ści stanu - i na auto­ma­tycz­nej sekre­tarce zosta­wił pilną wia­do­mość, żeby skon­tak­to­wała się z nim jak naj­prę­dzej. Potem, ponie­waż nie mógł już dłu­żej tego odkła­dać, ruchli­wym szpi­tal­nym kory­ta­rzem skie­ro­wał się do pocze­kalni.

Jacey sie­działa na jed­nym z czer­wo­nych pla­sti­ko­wych krze­seł, przy skle­piku z upo­min­kami, i czy­tała jakieś cza­so­pi­smo. Bret leni­wie bawił się na pod­ło­dze zabaw­kami, które per­so­nel szpi­tala trzy­mał w pla­sti­ko­wym pudle.

Lia­mowi zaczęły drżeć ręce. Skrzy­żo­wał ramiona, zaci­snął dło­nie. Stał, lekko się chwie­jąc. Pomóż mi, Boże - modlił się w duchu. Po chwili zmu­sił się do swo­bod­nego opusz­cze­nia rąk i pod­szedł do dzieci.

- Cześć, dzie­ciaki - ode­zwał się ser­decz­nym tonem. Jacey zerwała się na równe nogi. Cza­so­pi­smo, które czy­tała, sfru­nęło na pod­łogę. Miała zapuch­nięte, mocno zaczer­wie­nione oczy, usta zaci­śnięte, drżące. Ubrana była w pognie­cioną różową bluzę dre­sową i wor­ko­wate spodnie.

- Tatu­siu?! - powie­działa tylko.

Bret nie wstał z pod­łogi. Odsu­nął tylko od sie­bie zabawki, ręką wytarł wil­gotne oczy i pod­niósł do góry głowę.

- Umarła, prawda? - zapy­tał gło­sem tak głu­chym i tak prze­po­jo­nym smut­kiem, że Liam poczuł, jak bez­brzeżny żal roz­rywa mu serce.

- Nie, nie umarła, Bret­ster - odpo­wie­dział, czu­jąc napły­wa­jące do oczu łzy. Cho­lera! Obie­cał sobie, że nie będzie pła­kał, nie na oczach dzieci. One teraz potrze­bo­wały jego siły, ze swoją roz­pa­czą musi upo­rać się sam. Siłą otwo­rzył oczy jak naj­sze­rzej, przez chwilę pocie­rał grzbiet nosa, potem przy­klęk­nął przy synu, wziął go w ramiona i mocno przy­tu­lił. Chciałby wie­dzieć, co może im powie­dzieć, chciałby znać jakieś magiczne słowa, które pomo­głyby uci­szyć ich strach. Ale oprócz: "Musimy pocze­kać, jesz­cze zoba­czymy" - nic nie przy­cho­dziło mu do głowy, a to prze­cież było marne pocie­sze­nie.

Jacey przy­kuc­nęła przy Lia­mie i oparła poli­czek na jego ramie­niu. Objął ją czule.

- Na razie jest w kiep­skim sta­nie - ode­zwał się, cedząc wolno i uważ­nie dobie­ra­jąc słowa. Jak ma powie­dzieć dzie­ciom, że ich matka może umrzeć? - Bar­dzo sil­nie ude­rzyła się w głowę. Musimy się za nią modlić.

Bret moc­niej przy­tu­lił się do ojca. Trząsł się na całym ciele, kapiące z oczu łzy zmo­czyły lekar­ski far­tuch Liama. Kiedy chło­piec pod­niósł głowę do góry, Liam zoba­czył, że syn ssie kciuk.

Liam nie wie­dział, co robić. Bret już od wielu lat nie ssał kciuka, a teraz wtu­lał się w ojca niczym maleń­kie dziecko, pró­bu­jąc w jego ramio­nach zna­leźć pocie­sze­nie.

Uświa­do­mił sobie, że wła­śnie jego dzieci poznają gorzką, prze­ra­ża­jącą prawdę, przed którą do tej pory i on, i Mike tak bar­dzo sta­rali się je ustrzec: Świat wokół nas bywa straszny. Cza­sami w jed­nej chwili wszystko może się zmie­nić i osoba ci bli­ska - bez względu na to, jak bar­dzo się ją kocha - może umrzeć.

* * *

Mijały kolejne godziny czu­wa­nia, minął cały dzień.

Nad­szedł wie­czór. Liam razem z dziećmi sie­dział w pocze­kalni. Wszy­scy troje obser­wo­wali wolne, niczym nie­prze­ry­wane piru­ety czar­nych wska­zó­wek ścien­nego zegara. Od wielu godzin żadne z nich nie ode­zwało się sło­wem. Prze­ko­nali się, że słowa mogą być cięż­kie jak ołów. Nawet jedno potrafi przy­gnieść czło­wieka do ziemi. Więc po pro­stu sie­dzieli, niby byli razem, ale w głębi duszy każde czuło się bar­dzo samotne.

O ósmej usły­szeli kroki w kory­ta­rzu, ktoś szedł w kie­runku pocze­kalni. Liam poczuł strasz­liwe napię­cie, pochy­lił się do przodu. Pro­szę, bła­gam, niech to nie będzie zła wia­do­mość...

Do pogrą­żo­nej w ciszy sali wpadł Mark Mont­go­mery, chło­pak Jacey, a wraz z nim powiew ener­gii.

- Jace?! - zawo­łał. Mówił sta­now­czo zbyt gło­śno. Stał w drzwiach w czer­wono-bia­łym swe­trze spor­towca z emble­ma­tem swo­jej uczelni i wypcha­nych na kola­nach czar­nych spodniach od dresu. - Wła­śnie się dowie­dzia­łem...

Jacey rzu­ciła mu się w ramiona i roz­sz­lo­chała na jego piersi. Po chwili ode­rwała głowę i pod­nio­sła w górę oczy.

- Jesz­cze... jesz­cze nawet jej nie widzie­li­śmy - powie­działa.

Nie wypusz­cza­jąc jej z objęć, Mark popro­wa­dził Jacey do sofy. Usie­dli obok sie­bie, Jacey wsparta o ramię Marka. Roz­ma­wiali przy­ci­szo­nym gło­sem. Szep­tane słowa wibro­wały w cichej sali.

Liam pod­szedł do Breta, objął go, pod­niósł z pod­łogi i tuląc do sie­bie, zaniósł na krze­sło, które wcze­śniej zaj­mo­wał. Teraz sie­dzieli na nim obaj i znowu wpa­try­wali się w zegar.

Tuż przed dzie­wiątą w pocze­kalni poja­wił się Ste­phen.

Liam posta­wił Breta na pod­ło­dze, wstał i pod­szedł do kolegi leka­rza.

- Bez zmian - rzekł cicho Ste­phen. - Dzi­siaj już nic wię­cej nie możemy dla niej zro­bić. Musimy po pro­stu cze­kać. - Jesz­cze bar­dziej ści­szył głos i z przy­ja­ciel­ską tro­ską dodał: - Zabierz dzieci do domu, Liam. Spró­buj­cie się tro­chę prze­spać. Poroz­ma­wiamy rano. Jeżeli... jeżeli nastą­pią jakieś zmiany, zadzwo­nię do cie­bie.

Liam przy­znał Ste­phe­nowi rację, ale na myśl, że będzie musiał wejść do pustego, tak strasz­li­wie pustego domu...

- Zabierz dzie­ciaki... - powtó­rzył Ste­phen.

- Dobrze - zgo­dził się Liam z wes­tchnie­niem. Ste­phen pokle­pał go po ramie­niu, odwró­cił się i wyszedł z pocze­kalni.

Liam głę­boko zaczerp­nął powie­trza.

- Chodź­cie, dzieci. Poje­dziemy do domu. Wró­cimy tu rano.

- Do domu?! - Jacey zerwała się na równe nogi. Wyglą­dała na prze­ra­żoną.

Liam wie­dział, że i ona oba­wia się powrotu do ich pustego domu.

- Kil­koro z nas... - ode­zwał się Mark, spo­glą­da­jąc naj­pierw na Jacey, potem na Liama. - Kil­koro z nas wybiera się do Nawie­dzo­nego Domu. Może... może też byś poszła?

- Nie, muszę zostać... - Jacey prze­cząco pokrę­ciła głową.

- Idź, Jacey - zachę­cał ją ojciec cie­płym tonem. - Tylko weź ze sobą pager. Dam ci znać, gdy coś się będzie działo.

- Nie, tato... - zaczęła Jacey, pod­cho­dząc do niego. Wziął ją w ramiona i mocno przy­tu­lił.

- Idź, Jacey - szep­tał. - W ten spo­sób jej nie pomo­żemy. Zaj­mij się czymś. Myśl o czymś innym przez godzinę albo dwie.

Odsu­nęła się od niego. Widział, że toczy z sobą wewnętrzną walkę: i chciała iść, i jed­no­cze­śnie chciała zostać.

- Dobrze - powie­działa w końcu, odwra­ca­jąc się do Marka. - Na troszkę pójdę.

Mark pod­szedł do Jacey, ujął jej dłoń i trzy­ma­jąc za rękę, wypro­wa­dził z pocze­kalni.

- Tato? - ode­zwał się Bret, kiedy Jacey wyszła już z sali. - Jestem głodny.

- O Jezu, Bret­ster, prze­pra­szam. Jedziemy do domu.

Bret znowu wło­żył kciuk do buzi i pod­niósł się na nogi. Wyglą­dał jak malutki, nie­szczę­śliwy chłop­czyk. Liam dopiero teraz zauwa­żył, w co Bret był ubrany. Fla­ne­lowa koszula w kratę, kami­zelka ze sztucz­nej skóry ze srebrną gwiazdą sze­ryfa przy­piętą do piersi, nowiut­kie dżinsy Wran­glera i kow­boj­skie buty. Kostium. Nawie­dzony Dom.

Niech to szlag!

Było pra­wie pięt­na­ście po dzie­wią­tej. Już od kilku godzin w całym mie­ście dzie­ciaki poprze­bie­rane za astro­nau­tów, kosmi­tów lub księż­niczki tło­czyły się do mini­wa­nów lub się z nich wysy­py­wały. Ich rodzice, któ­rzy mieli ból głowy i wszyst­kiego dość, zanim jesz­cze zabawa na dobre się zaczęła, włą­czali gło­śną muzykę - z reguły pod­no­szące na duchu płyty z muzyką roc­kan­drol­lową, przy­po­mi­na­jące ich wła­sną mło­dość - i wieźli dzie­ciaki do jedy­nego osie­dla w Last Bend. W mie­ście, w któ­rym naj­bliż­szy sąsiad czę­sto mieszka w odle­gło­ści kilo­me­tra, wizyty prze­bie­rań­ców nale­żało dobrze roz­pla­no­wać.

Liam spoj­rzał na syna. Nagle przy­po­mniał sobie: Mike sie­działa do późna w nocy, żeby uszyć Bre­towi skó­rzane kow­boj­skie spodnie, część jego prze­bra­nia.

- Chcesz poje­chać do Doliny Anioła i razem z innymi prze­bie­rań­cami cho­dzić po domach? - zapy­tał syna.

Policzki Breta, zapa­mię­tale ssą­cego kciuk, mia­rowo się zapa­dały. Chło­piec wolno pokrę­cił głową.

Liam zro­zu­miał. To mama zawsze orga­ni­zo­wała wyprawę prze­bie­rań­ców.

- Dobrze, synku. Wra­camy do domu.

Wyszli razem. Paź­dzier­ni­kowy wie­czór był zimny, powie­trze mroźne, prze­po­jone zapa­chem jesien­nych liści i żyznej, czar­nej ziemi.

Wsie­dli do samo­chodu i poje­chali. Zamknęli się w koko­nie peł­nej bólu, jęczą­cej, ranią­cej serce ciszy, którą prze­rwało dopiero skrzy­pie­nie otwie­ra­ją­cych się drzwi garażu.

Liam wziął syna za rękę i popro­wa­dził do domu. Roz­ma­wiali o czymś zdaw­kowo, ale Liam nie potra­fił powie­dzieć, o czym. Zapa­lił wszyst­kie świa­tła, aż cały dom poja­śniał.

Gdyby jesz­cze nie był tak prze­raź­li­wie cichy!

Przy­go­tuj Bre­towi coś do jedze­nia.

Jasne, wła­śnie na tym musi się skon­cen­tro­wać.

Zadzwo­nił tele­fon. Liam mruk­nął coś do Breta i poty­ka­jąc się, pognał do kuchni, żeby ode­brać.

- Cześć, Liam. Mówi Carol. Wła­śnie się dowie­dzia­łam... bar­dzo mi przy­kro...

No i się zaczęło.

Liam bez­sil­nie oparł się o drew­nianą ścianę, słu­chał, ale nie sły­szał. Widział, jak Bret poszedł do salonu i poło­żył się na kana­pie. Po chwili dobie­gło go klik­nię­cie włą­cza­nego tele­wi­zora. To Rugratsi. Strasz­nie gło­śno. Bret suchymi oczyma wpa­try­wał się w naj­mniej lubianą kre­skówkę. Nie dalej jak tydzień temu stwier­dził, że to film "dla malut­kich dzieci". Teraz zwi­nął się w kłę­bek, ssał kciuk i bez­myśl­nie gapił się w tele­wi­zor.

Liam odło­żył słu­chawkę tele­fonu. Sekundę za późno uświa­do­mił sobie, że Carol wciąż jesz­cze coś mówiła. Pomy­ślał, że przy naj­bliż­szej oka­zji musi ją prze­pro­sić.

Stał w pustej kuchni i zasta­na­wiał się, co, u dia­bła, ma przy­go­to­wać Bre­towi do jedze­nia. Otwo­rzył lodówkę i bez­rad­nie patrzył na nic mu nie­mó­wiący gali­ma­tias sło­ików, pla­sti­ko­wych i kar­to­no­wych opa­ko­wań. Wyjął pla­sti­kowy pojem­nik z resztką sosu do spa­ghetti, ale nie miał bla­dego poję­cia, jak długo sos już stoi w lodówce. W zamra­żarce zna­lazł kil­ka­na­ście podob­nych pojem­ników, każdy z nalepką infor­mu­jącą, co jest w środku i kiedy koń­czy się okres przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Nie­stety, ni­gdzie żad­nej wska­zówki, jak to przy­go­to­wać.

Ponow­nie zadzwo­nił tele­fon. Tym razem była to Marion z miej­sco­wego klubu. Liam wyrzu­cił z sie­bie jakieś bez­ładne wyja­śnie­nia, podzię­ko­wał za jej modli­twy i odło­żył słu­chawkę.

Nie zdą­żył zro­bić nawet pię­ciu kro­ków, gdy tele­fon ode­zwał się znowu, ale on zigno­ro­wał dzwo­nek i poszedł do salonu.

- Co powiesz na to, żeby­śmy zamó­wili sobie pizzę? - zapy­tał, przy­klę­ka­jąc obok syna.

- Jerry nie dostar­cza pizzy w Hal­lo­ween - odparł Bret, szybko wycią­ga­jąc kciuk z buzi. - Nie po tym, co Mon­ro­eso­wie zro­bili z jego samo­cho­dem w zeszłym roku.

- Ach, tak.

- Ale dzi­siaj i tak jest dzień na szyb­kie danie z patelni. Wczo­raj wie­czór mama i ja wło­ży­li­śmy kawałki kur­czaka do sosu. Jest zama­ry­no­wany.

- Danie z patelni. - Kur­czak z warzy­wami, pomy­ślał Liam. O Boże, jak ja sobie z tym pora­dzę? - Może mógł­byś pomóc mi przy­go­to­wać jedze­nie?

- Nie wiesz, jak się to robi?

- Potra­fię otwo­rzyć czło­wie­kowi brzuch, wyciąć mu wyro­stek robacz­kowy i zaszyć ranę. Może więc pora­dzę sobie rów­nież z przy­go­to­wa­niem obiadu dla jed­nego małego chłopca.

- Chyba nie trzeba tego wszyst­kiego umieć, żeby zro­bić szyb­kie danie z patelni - powie­dział Bret, marsz­cząc brwi.

- Chodź, usią­dziesz w kuchni na wyso­kim stołku i razem przy­go­tu­jemy obiad.

- Ale ja też nie wiem, jak to się robi.

- Doj­dziemy do tego. Damy sobie radę. No, chodź, będzie dobra zabawa. - Liam pomógł Bre­towi wstać z kanapy i poszedł za chłop­cem do kuchni. Kiedy Bret już usa­do­wił się na stołku, Liam otwo­rzył lodówkę i wyjął pla­sti­kowe torebki z warzy­wami i zama­ry­no­wa­nym kur­cza­kiem. Rozej­rzał się wokół i po chwili zna­lazł deskę do kro­je­nia i duży nóż. Zaczął od pie­cza­rek.

- Mama nie daje pie­cza­rek. Nie lubię grzy­bów.

- Aha. - Liam wło­żył pie­czarki z powro­tem do torebki i się­gnął po kala­fior.

- Nie. - Bret wyglą­dał na coraz bar­dziej prze­stra­szo­nego. - Mówi­łem, że nie potra­fisz tego zro­bić...

- A to może być? - Liam wska­zał na bro­kuły.

- Hm. Tak, tego bar­dzo dużo.

Liam zaczął kroić.

- Drob­niej! - krzyk­nął Bret.

Liam nie pod­niósł oczu znad deski. Teraz sta­rał się kroić bro­kuły na mniej­sze kawałki, cho­ciaż wcale nie było to łatwe.

- Musisz nalać oliwy do woka - pouczył Bret.

Zadzwo­nił tele­fon. Liam nie­chęt­nie pod­niósł słu­chawkę. Tele­fo­no­wała Sha­ela, kole­żanka Mike z Klubu Jeź­dziec­kiego. Chciała wie­dzieć, czy może im w jakiś spo­sób pomóc.

- Dzię­kuję, Sha­ela - powie­dział Liam, prze­ry­wa­jąc jej w poło­wie zda­nia, i odwie­sił słu­chawkę. Boże, nie mogę w to uwie­rzyć. Zna­lazł elek­tryczny wok, włą­czył prze­wód do kon­taktu i wylał na patel­nię fili­żankę oliwy.

- Strasz­nie dużo tej oliwy - z naganą w gło­sie ode­zwał się Bret w chwili, gdy tele­fon znowu zaczął dzwo­nić.

- Lubię chru­piące warzywa.

Liam ode­brał tele­fon i powtó­rzył to samo, co mówił wszyst­kim innym. Dzwo­niła Mabel, zna­joma z pro­gramu ochrony koni. Zanim zdą­żyła po raz czwarty powie­dzieć: "Bar­dzo mi przy­kro", Liam miał ochotę krzy­czeć w głos. Doce­niał zain­te­re­so­wa­nie zna­jo­mych, naprawdę doce­niał, ale te wszyst­kie tele­fony spra­wiały, że sytu­acja sta­wała się dotkli­wie realna. A teraz jesz­cze ta cho­lerna oliwa skwier­czała, pry­skała i zaczy­nała się palić.

- Tatu­siu...

- Prze­pra­szam, Bret­ster - odwie­sił słu­chawkę, prze­ry­wa­jąc Mabel w pół słowa. - Prze­pra­szam.

Wrzu­cił kur­czaka wraz z mary­natą na patel­nię, roz­bry­zgu­jąc oliwę. Mikro­sko­pijne kro­pelki gorą­cego tłusz­czu opry­skały mu twarz.

Klnąc pod nosem, wró­cił do bro­ku­łów.

Tele­fon znowu dzwo­nił. Liam ska­le­czył się w palec. Krew try­snęła na warzywa i zapla­miła blat.

- Tato, krew ci leci! - krzyk­nął Bret.

Piiiiiiiii... piiiiiiiiiii... Bzzzzzzzz - włą­czył się detek­tor dymu i alarm prze­ciw­po­ża­rowy.

Liam się­gnął po słu­chawkę i bio­drem nie­chcący ude­rzył w wok. W jed­nej chwili cała kuch­nia była pełna ocie­ka­ją­cych tłusz­czem kawał­ków kur­czaka, gorą­cej oliwy i gry­zą­cego dymu.

Tele­fo­no­wała Myrna z krę­gielni Lou's Bowl-O-Rama. Ofe­ro­wała swoją pomoc.

Kiedy Liam odło­żył słu­chawkę, oddy­chał tak ciężko, że aż krę­ciło mu się w gło­wie. Spo­strzegł, że Bret, przy­tu­lony do chłod­nej lodówki, drży na całym ciele i zapa­mię­tale ssie kciuk.

Lia­mowi chciało się wyć, pła­kać, chyba nawet chciałby wszystko rzu­cić i uciec. Mimo to przy­kuc­nął przed chłop­cem. Alarm prze­ciw­po­ża­rowy na­dal wył, krew z palca cią­gle cie­kła.

- Prze­pra­szam, synku. Bar­dzo mi przy­kro. Nic się nie stało. Wszystko jest w porządku - powie­dział.

- Mama robi to ina­czej.

- Wiem.

- Będziemy głodni.

Liam ujął dło­nią tył głowy syna i spoj­rzał mu pro­sto w oczy, tak jakby sam wyraz jego oczu mógł spra­wić, że chło­piec poczuje się bez­piecz­nie.

- Nie będziemy głodni. Co powiesz na obiad w mie­ście? - zapro­po­no­wał.

- Pójdę się prze­brać, dobrze? - Bret pod­niósł oczy na ojca.

Liam przy­gar­nął go do sie­bie. Tylko taki gest przy­szedł mu do głowy.

Bret szlo­chał cichutko, bez­gło­śnie, a Liam czuł, że za chwilę jemu samemu pęk­nie serce.

3

Jacey wró­ciła do domu wcze­śniej, niż Liam ocze­ki­wał. Twarz miała wymi­ze­ro­waną, wyglą­dała na zmę­czoną. Pra­wie się nie odzy­wała, poca­ło­wała ojca w poli­czek i poszła na górę do swo­jego pokoju.

Kiedy Liam nabrał pew­no­ści, że dzieci usnęły, zaj­rzał do pokoju Mika­eli, który słu­żył jej do pracy. Otwo­rzył drzwi i zapa­lił świa­tło.

Naj­pierw poczuł zapach jej per­fum, deli­katny i słodki jak zapach wio­sen­nego desz­czu. Na biurku pię­trzyły się stosy przy­pad­kowo pogru­po­wa­nych papie­rów. Gdyby zamknął oczy, zoba­czyłby żonę sie­dzącą przy tym biurku z fili­żanką paru­ją­cej kawy w dłoni, ze wzro­kiem wbi­tym w ekran kom­pu­tera i piszącą list za listem w obro­nie zanie­dby­wa­nych lub źle trak­to­wa­nych zwie­rząt.

W zwy­kły dzień pod­nio­słaby na niego wzrok, usta mia­łaby wygięte w pod­kówkę, piękne oczy pełne współ­czu­cia, i powie­dzia­łaby: "W Sky­ko­mish jest tak bar­dzo zagło­dzona klacz, że nie może ustać na nogach... Myślisz, że mogli­by­śmy się nią zająć?"

Pod­szedł do biurka i zrzu­cił z krze­sła stos gazet. Spa­dły na drew­nianą pod­łogę z głu­chym dźwię­kiem. Włą­czył kom­pu­ter i wszedł do Inter­netu. Szu­kał infor­ma­cji pod hasłem: "Uraz głowy".

Spę­dził godzinę, czy­ta­jąc o nie­szczę­ściu i bólu innych. Zapi­sał cały arkusz strzęp­kami infor­ma­cji, tytu­łami ksią­żek, nazwi­skami spe­cja­li­stów, nazwami leków i sto­so­wa­nych tera­pii. Szu­kał cze­go­kol­wiek, szu­kał wszyst­kiego, co mogłoby pomóc. Ale po godzi­nie pracy nie był mądrzej­szy. Wie­dział to, co wie­dział od początku. Można tylko cze­kać...

Wyłą­czył sprzęt, nawet nie zamy­ka­jąc pro­gramu, i wyszedł z pokoju.

Na dole, co zda­rzyło mu się po raz pierw­szy od dwóch lat, nalał sobie podwójną tequ­ilę. Wypił jed­nym hau­stem. Zie­mia wcale nie zaczęła się szyb­ciej krę­cić. Liam, wyraź­nie zawie­dziony, nalał i wypił jesz­cze jed­nego drinka, który nieco stę­pił jego umysł - już nie tak bar­dzo ści­skało go w gar­dle.

Pod­szedł do ogrom­nego okna i patrzył na pogrą­żone w mroku pastwi­sko. Teraz, w środku nocy, nie widział koni, wie­dział jed­nak, że tam są. Tuzin koni ura­to­wa­nych przez Mika­elę. Pocho­dziły z róż­nych rejo­nów zachod­niej czę­ści stanu, wcze­śniej nale­żały do orga­ni­za­cji, osób pry­wat­nych lub ban­kru­tu­ją­cych firm. Zwie­rzęta przy­jeż­dżały tu nie­szczę­śliwe, wygło­dzone i zanie­dbane, a Mika­ela ota­czała je opieką, aż jedno po dru­gim powra­cały do zdro­wia. Potem odda­wała je w dobre ręce. Miała takie czułe serce. To była jedna z cech, które kochał w niej naj­bar­dziej.

Ale kiedy ostat­nio jej to powie­dział? Nie pamię­tał. Czuł się podle.

Ni­gdy nie potra­fił mówić o swo­ich uczu­ciach. Oka­zy­wał miłość, na każ­dym kroku poka­zy­wał, jak bar­dzo ją kocha. Wie­dział jed­nak, że słowa rów­nież są ważne, nawet bar­dzo ważne.

Za cho­lerę nie mógł sobie przy­po­mnieć, kiedy ostatni raz mówił jej, że jest jego słoń­cem, jego księ­ży­cem, jego całym świa­tem.

Nalał kolejną szkla­neczkę i opadł na wysie­dzianą kanapę.

Ona nie może umrzeć...

Nie. Nie może nawet dopusz­czać do sie­bie takich myśli. Mike już wkrótce odzy­ska przy­tom­ność, może nawet już za chwilę się prze­bu­dzi i oboje będą się śmiali, wspo­mi­na­jąc, jak bar­dzo się bał.

Nie potra­fił jed­nak ode­gnać od sie­bie czar­nych myśli. Czuł swąd tra­wią­cej go roz­pa­czy, sły­szał sze­lest prze­ni­ka­ją­cego go dresz­czu prze­ra­że­nia.

Zamknął oczy i przy­po­mniał sobie różne drobne sprawy, sytu­acje z nią zwią­zane, a gdy uno­sił powieki, Mika­ela sie­działa obok niego na kana­pie. Miała na sobie stare, znisz­czone dżinsy, które od dawna chciał wyrzu­cić, i czarny swe­ter z dekol­tem w łódkę, mogący pomie­ścić nawet dwa razy potęż­niej­szą od niej kobietę. Oparta wygod­nie, patrzyła na niego.

Pra­gnął wycią­gnąć do niej rękę, dotknąć jej ulu­bio­nego mięk­kiego swe­tra, poca­ło­wać pełną dolną wargę. Wie­dział jed­nak, że tak naprawdę jej tam wcale nie ma. Była w nim, wypeł­niała całe jego serce.

- Pęka­ła­byś ze śmie­chu, gdy­byś widziała mnie dzi­siaj w kuchni, malutka.

Już dłu­żej nie mógł tłu­mić w sobie żalu, już nie potra­fił być silny. Opadł na kanapę i roz­pła­kał się jak dziecko.

- Tatu­siu? - Od strony scho­dów doszedł go cichy, nie­pewny gło­sik. - Z kim roz­ma­wiasz?

Postać Mike znik­nęła.

- Z nikim nie roz­ma­wiam. - Otarł łzy i chwiej­nie pod­niósł się z kanapy. Prze­mie­rzył pokój, a potem zaczął wcho­dzić scho­dami na górę.

Bret stał na gór­nym pode­ście, w pro­wi­zo­rycz­nie skom­po­no­wa­nej piża­mie: pod­ko­szulku z pur­pu­rową, świe­cącą w ciem­no­ści apli­ka­cją i fla­ne­lo­wych bok­ser­kach. Gdzieś w zapcha­nej po brzegi komo­dzie chłopca leżało kilka piżam, ale tylko Mike potra­fiła cokol­wiek zna­leźć w tym bała­ga­nie.

- Nie mogę usnąć, tatu­siu.

Liam wziął Breta na ręce, zaniósł go do dużej sypialni i okrył koł­drą w łóżku, które bez Mike wyda­wało się zbyt wiel­kie. Poło­żył się obok syna i przy­gar­nął go do sie­bie.

- Ona na mnie patrzyła, tatu­siu.

Liam moc­niej przy­tu­lił Breta. To śmieszne, prze­cież nie dalej jak w ubie­głym tygo­dniu Liam pomy­ślał, że Bret zbyt szybko doro­śleje. Teraz chłop­czyk w jego ramio­nach był taki dzie­cinny, taki nie­po­dobny do tam­tego Breta. Od rana nastą­pił wyraźny regres. Trzeba coś z tym zro­bić, musi się tym zająć... póź­niej.

- Kiedy zoba­czy­łeś mamę, miała otwarte oczy. O tym mówisz, synku?

- Ona patrzyła pro­sto na mnie, ale... jej tam nie było. To nie była mama.

- Zra­niła się, bar­dzo cier­piała, tak bar­dzo, że nie mogła zamknąć oczu, a teraz cierpi tak bar­dzo, że nie może ich otwo­rzyć.

- Pozwolą mi ją jutro zoba­czyć?

Liam przy­po­mniał sobie, jak Mika­ela wyglą­dała na szpi­tal­nym łóżku: twarz zmal­tre­to­wana, opuch­nięta i biała jak papier, pla­sti­kowa rurka wycho­dząca z dziurki od nosa, igły powbi­jane w żyły, te wszyst­kie popo­dłą­czane apa­raty... Chło­piec by się wystra­szył, a Liam dosko­nale wie­dział, czym mogą stać się takie wspo­mnie­nia. Widział w podob­nym sta­nie swo­jego ojca. Nie­któ­rych obra­zów - wystar­czy, że raz się coś zoba­czy - ni­gdy nie udaje się wyma­zać z pamięci.

- Nie, maluszku. Nie sądzę. Szpi­tal nie zga­dza się na wpro­wa­dza­nie dzieci na Oddział Inten­syw­nej Opieki Medycz­nej. Zoba­czysz mamę... jak tylko prze­niosą ją na ogólną salę.

- Tak wyglą­dają na fil­mach umarli, prawda? - cichutko powie­dział Bret.

- Mama nie umarła. Po pro­stu... odpo­czywa... musi tro­chę dłu­żej pospać. Wiesz, tak jak Śpiąca Kró­lewna.

- A czy pró­bo­wa­łeś ją poca­ło­wać?

Liam przez dłuż­szy czas nie potra­fił wydo­być z sie­bie głosu. Wie­dział, że tej chwili ni­gdy nie zapo­mni i że ni­gdy nie prze­sta­nie odczu­wać tego prze­moż­nego bólu.

- Tak, Bret­ster. Pró­bo­wa­łem - wykrztu­sił wresz­cie.

* * *

Liam nie ruszył się z łóżka, dopóki Bret nie zasnął. Potem ostroż­nie pod­niósł się i zszedł na dół. Tym razem nalał sobie fili­żankę her­baty. Bóg mu świad­kiem, tequ­ila nic nie pomo­gła.

"A czy pró­bo­wa­łeś ją poca­ło­wać?".

Liam wzniósł oczy na sko­śny drew­niany sufit.

- Sły­sza­łaś, kocha­nie? Pytał, czy pró­bo­wa­łem cię poca­ło­wać.

Zadzwo­nił tele­fon.

Liam to zigno­ro­wał. Po czwar­tym dzwonku włą­czyła się auto­ma­tyczna sekre­tarka. Liam nie był przy­go­to­wany na to, że usły­szy cie­pły, gar­dłowy głos Mike. Z całej siły zaci­snął oczy. "Dodzwo­nili się pań­stwo do domu rodziny Camp­bell i zimo­wej sie­dziby Biura Pro­gramu Pomocy Koniom w What­com County. W tej chwili nikt nie może podejść do tele­fonu...".

Powi­talna wia­do­mość wresz­cie się skoń­czyła i roz­legł się inny głos.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki