1
Na północnym zachodzie stanu Waszyngton postrzępione granitowe góry
sięgają zamglonego nieba, ich szczyty pozostają niedostępne dla
człowieka, nawet w czasach helikopterów i poszukiwaczy przygód
korzystających z najnowocześniejszego sprzętu. W tej części kraju drzewa
rosną tak gęsto jak zarost na brodzie dojrzałego mężczyzny. Tylko
najsilniejsze promienie słońca z trudem przedzierają się poprzez
rozłożyste korony. Turystom udaje się odnaleźć swoje zaparkowane wzdłuż
drogi samochody wyłącznie podczas najjaśniejszych miesięcy lata.
Gdzieś w czarno-zielonych mrokach tego wiekowego boru leży malusieńkie
miasteczko Last Bend. Osobom odwiedzającym mieścinę - bo obcych tu po
prostu nie ma - wydaje się, że znaleźli się w miejscu nierealnym,
stworzonym przez ich wybujałą wyobraźnię. Przysięgają, że kiedy po raz
pierwszy przechadzali się uliczkami, słyszeli jakieś dźwięki, coś jakby
śmiech. Potem przywołują wspomnienia, niektóre prawdziwe, inne
zapożyczone ze starych filmów czy historii drukowanych w magazynie
"Life". Przypominają sobie smak lemoniady przygotowywanej przez babcię...
zdaje im się, że znowu słyszą skrzypienie starej huśtawki na ganku,
parną letnią nocą bujającej się to w przód, to w tył, to w przód, to w tył.
Last Bend powstało pięćdziesiąt lat temu. Wtedy właśnie wysoki, potężnie
zbudowany Szkot, Ian Campbell, postanowił porzucić rozsypujący się
rodzinny dom w Edynburgu i wyruszył w świat na poszukiwanie przygód.
Gdzieś po drodze - według rodzinnej legendy było to w Wyoming -
zainteresował się wspinaczką górską i następne dziesięć lat spędził,
łażąc po górach w poszukiwaniu dwóch rzeczy: najwyższego szczytu i miejsca, gdzie mógłby zostawić swój ślad.
To, czego szukał, znalazł w paśmie górskim North Cascade w stanie
Waszyngton. I tutaj, gdzie Anglicy byli tylko duchami pojawiającymi się
w opowieściach przy ognisku, a jak rok długi srebrzystobłękitnymi
rzekami płynęła kra, właśnie tu zdecydował zarzucić kotwicę, tu
postanowił się osiedlić. Kupił sto akrów ziemi doskonałej do wypasu
bydła. Pastwiska wybrał możliwie najbliżej potężnej Góry Bakera. Potem
dokupił jeszcze teren klinem wrzynający się w żwirową drogę, która
pewnego dnia przekształci się w szosę wokół Góry Bakera. Zbudował swoje
miasto wzdłuż kamienistego, dziewiczego brzegu Jeziora Anioła i nazwał
je Last Bend (Ostatni Zakręt), ponieważ uważał, że każdy powinien szukać
swojego miejsca na ziemi, a on swoje znalazł za ostatnim zakrętem drogi.
Dość długo czekał na kobietę gotową zamieszkać z nim w uszczelnionej
mchem, drewnianej chałupie, bez prądu i bieżącej wody. W końcu jednak
się doczekał. Była nią porywcza młoda Irlandka, której też śniło się
inne życie. Razem stworzyli miasto swoich marzeń; ona posadziła
japońskie klony wzdłuż Main Street, dała początek wielu tradycjom:
wprowadziła obchody Dni Lodu, zainaugurowała lokalne rozgrywki sportowe,
u zbiegu ulic Głównej i Kaskady zbudowała Dom Duchów, w którym bawiono
się w Halloween.
W tym samym roku, w którym Sprawiedliwi Bracia poróżnili się, Ian i Fiona rozpoczęli budowę domu swoich marzeń. Wkrótce stanął ogromny
półkolisty budynek z okrąglaków, położony na niewielkim wzniesieniu w samym środku posiadłości. Czasem, gdy niebo przybierało barwę
stalowoniebieską, wydawało się, że z tego miejsca ręką można sięgnąć do
pokrytych lodem szczytów górskich. Strzeliste sosny i cedry otaczały
pięknie przystrzyżony trawnik, osłaniając sad przed mroźnymi podmuchami
zimy. Zachodnią granicę ich ziem wyznaczała Przełęcz Anioła. Przez
większość roku był to potok zastygły w mroku, a podczas letnich upalnych
miesięcy, kiedy słońce stało wysoko na niebie - cicho szemrzący strumyk.
Zimą na ganek od frontu dochodził szum Wodospadu Anioła, odległego tylko
o kilka kilometrów od domu.
Teraz w tym domu mieszkało już trzecie pokolenie Campbellów. Pokój
chłopca znajdował się tuż pod strzelistym dachem budynku. Niczym nie
różnił się od pokojów innych chłopców, żyjących w czasach środków
masowego przekazu: podnoszone łóżko, plakaty z Batmanem poprzypinane do
nierównych drewnianych ścian, komiksy porozrzucane po pokrytej
długowłosym dywanem podłodze, całe stosy plastikowych dinozaurów, węży i postaci z Gwiezdnych wojen.
Dziewięcioletni Bret Campbell cichutko leżał w łóżku i w ciemności
obserwował zmieniające się na zegarze czerwone cyfry. Piąta trzydzieści.
Piąta trzydzieści jeden. Piąta trzydzieści dwie.
Był ranek wigilii Wszystkich Świętych, Halloween.
Chciał nastawić budzik na ten szczególny sobotni ranek, ale nie
wiedział, jak się to robi. Gdyby poprosił o pomoc, z niespodzianki nic
by nie wyszło. Kulił się więc pod ciepłą kołdrą i czekał.
Dokładnie o piątej czterdzieści pięć wstał i starając się nie robić
hałasu, wyciągnął spod łóżka torbę, z której zaczął wyjmować schowane
tam rzeczy.
Nie zapalał światła, nie potrzebował. Od tygodnia przyglądał się tym
rzeczom co noc. To jego strój na Halloween. Para błyszczących, używanych
kowbojskich butów, które znaleźli w Sklepie z Prawie Nową Odzieżą
Używaną, kamizelka ze sztucznej skóry ze Sklepu dla Oszczędnych, para
miękkich skórzanych spodni, które uszyła mama, flanelowa koszula w kratę, nowiusieńkie dżinsy Wranglera kupione w sklepie Zeke'a i,
najważniejsze ze wszystkiego, błyszcząca gwiazda szeryfa i pas na broń
ze sklepu z zabawkami.
Zrzucił piżamę i ubrał się w swój strój. Zostawił tylko pas na broń,
pistolety, skórzane spodnie, lasso i ogromny kapelusz. Tych rzeczy na
razie nie będzie potrzebował.
Teraz czuł się jak prawdziwy kowboj. Chwycił kartkę z instrukcją - tylko
na wszelki wypadek - podszedł do drzwi i ostrożnie wyjrzał na pogrążony
w mroku korytarz.
Spojrzał na drzwi do pozostałych dwóch sypialni. Były zamknięte i nie
było widać spod nich światła. Jego szesnastoletnia siostra, Jacey,
oczywiście spała. Przecież dziś sobota, a wczoraj był mecz szkolnej
drużyny futbolowej. Po meczu Jacey zawsze wylegiwała się aż do południa
następnego dnia. Tata do późna w nocy siedział w szpitalu przy
pacjencie, więc też musiał wypocząć. Tylko mama wstanie wcześnie; będzie
w stajni, gotowa do przejażdżki, o szóstej.
Przycisnął guzik wyświetlacza na swoim zegarku marki Darth Maul. Piąta
czterdzieści dziewięć.
- Dobra jest! - Postawił kołnierz flanelowej koszuli i w podskokach
zbiegł z kilku ostatnich schodków. Po omacku przeszedł przez ciemną
kuchnię, po drodze włączając ekspres do kawy (to będzie jeszcze jedna
niespodzianka), i powoli, ostrożnie otworzył frontowe drzwi.
Na ganku przestraszył go czarny cień jakiegoś człowieka, który pojawił
się tuż obok niego, ale chwilę później rozpoznał kontury i przypomniał
sobie. To tylko kukła farmera z głową z dyni, zrobiona przez mamę
wczoraj wieczorem. Zapach świeżej słomy nadal był bardzo wyraźny.
Bret przesunął się obok dekoracji, zeskoczył z ganku i pobiegł podjazdem
w górę. Na wysokości domku dla gości skręcił w prawo i prześlizgnął się
między drugą a trzecią żerdzią ogrodzenia. Dysząc ze zmęczenia, pędził
po śliskiej trawie pastwiska.
Jedna żarówka oświetlała ogromną, dwupoziomową stajnię, zbudowaną
jeszcze przez jego dziadka. Bret zawsze czuł strach przed sławnym
dziadkiem, którego wprawdzie nigdy nie poznał, ale którego imię nosiły
ulice, budynki, góry. Ten człowiek wiedział, że Last Bend powinno leżeć
właśnie w tym miejscu.
Historie o przygodach dziadka opowiadano, odkąd Bret tylko pamiętał, i powtarzano w nieskończoność. Wnuk pragnął być taki jak dziadek. To
dlatego wstał tak wcześnie w Halloween. Chciał przekonać swoją
nadopiekuńczą mamę, że już może brać udział w nocnej konnej wyprawie do
Wodospadu Anioła.
Ujął dłonią zimny zamek i otworzył drzwi stajni. Uwielbiał zapach tej
starej stajni, zawsze przypominał mu mamę. Czasami, kiedy był z dala od
domu i poczuł zapach siana, skóry czy tłuszczu, od razu miał przed
oczyma matkę.
Konie niecierpliwie kręciły się w swoich boksach, myśląc, że nadeszła
pora karmienia. Bret zapalił światło i szybko ruszył szerokim
wybetonowanym przejściem w kierunku pomieszczenia gospodarczego. Z wysiłkiem ściągnął z drewnianego haka specjalne siodło mamy do skoków.
Dwa razy je upuścił, zanim zrozumiał, jak musi je trzymać. Ruszył w kierunku boksu Srebrnej Kuli, wlokąc za sobą popręg, który zaczepiał o wszystko po drodze.
Tu się zatrzymał. Jezu, Srebrna Kula była dzisiaj jakaś większa...
Dziadek na pewno by nie stchórzył.
Bret wziął głęboki oddech i otworzył drzwiczki boksu.
Próbował wiele razy, naprawdę bardzo wiele razy, ale w końcu udało mu
się założyć siodło na wysoki grzbiet konia. Nawet zdołał zaciągnąć
popręg. Może nie dostatecznie mocno, ale dość, by zapiąć sprzączkę.
Wyprowadził Kulę na środek. Nie widział własnych butów, grzęzły w walających się śmieciach. Górne światło rzucało niesamowite cienie na
postać chłopca i konia, ale Breta najbardziej bawiły prześlizgujące się
po nim i Kuli czarne linie. Przypominały mu, że dzisiaj jest Halloween.
Kula opuściła łeb, prychnęła i kopytem stukała o ziemię.
Bret zacisnął dłoń na linie, na której prowadził klacz.
- Spokojnie, dziewczyno - powiedział ciepłym głosem, starając się
opanować strach. Mama zawsze tak przemawiała do zwierząt. Twierdziła, że
głosem można ułagodzić najbardziej zdenerwowane zwierzę, jeśli tylko
zachowa się spokój i cierpliwość.
Wrota stajni poruszyły się, potem dało się słyszeć powolne skrzypienie.
Drewno zazgrzytało na betonie, wierzeje zostały otwarte.
Stała w nich mama. Za nią widać było wschodzące słońce. Miało cudną
purpurową barwę, a włosy mamy, oświetlone jego promieniami, zdawały się
płonąć. Twarzy Bret nie widział dokładnie, tylko sylwetkę mamy, ciemny
kontur w jasnej poświacie, i słyszał miarowy stukot obcasów na betonie.
W pewnej chwili zatrzymała się, podniosła rękę i osłoniła dłonią oczy.
- Bret? Kochanie, to ty?
Bret zaczął prowadzić Kulę w kierunku mamy, która z rękoma wspartymi na
biodrach stała z boku. Miała na sobie długi brązowy sweter, czarne
spodnie do konnej jazdy i buty trochę już zakurzone. Patrzyła na Breta
tym swoim szczególnym spojrzeniem i Bret modlił się w duchu, żeby się
uśmiechnęła.
Szarpnął za linę i, tak jak go uczono, gwałtownie zatrzymał klacz.
- Sam ją osiodłałem, mamo. - Gładził aksamitne nozdrza Kuli. - Nie udało
mi się założyć jej wędzidła, ale siodło założyłem dobrze, tak jak
trzeba.
- Wcześnie wstałeś. I to w Halloween, jedno z trzech twoich ulubionych
świąt. I osiodłałeś mi konia. No, no. - Pochyliła się i serdecznym
ruchem zmierzwiła mu włosy. - Nie chciałeś, żebym zbyt długo była sama,
co, Bretster?
- Wiem, że czasem czujesz się samotna.
Roześmiała się i przyklękła na brudnej ziemi. Taka była jego mama, nigdy
nie martwiła się o to, że się ubrudzi. I lubiła patrzeć swoim dzieciom
prosto w oczy. Przynajmniej tak mówiła. Ściągnęła z prawej dłoni
zniszczoną rękawiczkę z czarnej skóry i upuściła ją. Rękawiczka
wylądowała na jej kolanach, ale nawet nie zwróciła na to uwagi.
Wyciągnęła rękę i odgarnęła włosy z twarzy Breta.
- No więc, młody koniuszy? O co chodzi?
To też było charakterystyczne dla jego mamy. Nigdy nie dała się oszukać.
Jakby w oczach miała aparat rentgenowski.
- Chciałbym w tym roku pojechać z tobą do Wodospadu Anioła. W zeszłym
roku mówiłaś, że zabierzesz mnie troszkę później, jak będę starszy.
Teraz jestem już o cały rok starszy i bardzo dobrze wypadłem na
tegorocznym jarmarku, to znaczy żaden inny dziewięciolatek nie zdobył
błękitnej wstęgi, i boks mojego konia zawsze był posprzątany, a Scotty
dobrze wyszczotkowany. I sam potrafię osiodłać wielkiego, dorosłego,
rasowego konia. W Disneylandzie na pewno udałoby mi się dosięgnąć ręki
Mickey.
Mama przysiadła na piętach. Kurz musiał osiąść jej na twarzy, ponieważ w oczach pojawiły się łzy.
- Nie jesteś już moim małym chłopczykiem, prawda?
Skoczył jej na kolana, udając, że nadal jest dość mały, by mogła go
tulić w ramionach. Mama delikatnie wyjęła mu linę z dłoni, a chłopiec
zarzucił jej ręce na szyję.
Pocałowała go w czoło i mocno przytuliła. Najbardziej lubił, gdy tak
właśnie go całowała. Robiła to co rano przy śniadaniu.
Lubił też, gdy go przytulała. Ostatnio - odkąd poszedł do czwartej klasy
- musiał stać się dużym chłopcem. To znaczy nie mógł już zgadzać się na
to, żeby mama prowadziła go za rękę, gdy szli szkolnym korytarzem... no, a już na pewno nie mogła go całować na do widzenia. Teraz więc tylko w takich chwilach mógł znowu być małym chłopczykiem.
- No cóż, chyba każdy, kto potrafi osiodłać tego konia, rzeczywiście
jest już wystarczająco duży, żeby pojechać do Wodospadu Anioła. Jestem z ciebie bardzo dumna, synku.
Wydał okrzyk radości i przytulił się do matki.
- Dzięki, mamo.
- Nie ma za co. - Delikatnie uwolniła się z jego objęć i się podniosła.
Kiedy tak stali obok siebie, opuściła rękę w rękawiczce i swobodnie
trzymała ją chwilę w bezruchu między nimi. Bret wsunął swoją rączkę w jej dłoń.
- Bez słowa ją uścisnęła.
- No, teraz muszę co najmniej godzinę popracować z Kulą, zanim Jeanine
przyjdzie zbadać konie. A w ogóle mam dziś milion rzeczy do zrobienia.
- Będzie robiła im zastrzyki?
- Nie, nie dzisiaj. - Znowu zmierzwiła mu włosy i schyliła się, żeby
podnieść rękawiczkę.
- Czy mogę zostać i popatrzeć, jak jeździsz?
- A pamiętasz zasady?
- O raju, nie, nic nie pamiętam, mamo.
- Dobrze, ale nie wolno ci nic mówić i schodzić z ogrodzenia.
- Ty po prostu musisz mi to za każdym razem powtarzać, prawda? - rzekł z łobuzerskim uśmiechem.
- Siadaj, Jimie Carreyu. - Matka też się roześmiała. Odwróciła się do
niego plecami, podciągnęła popręg i założyła uzdę klaczy. - Biegnij i przynieś mi kask, dobrze, Bretster?
Pobiegł do pomieszczenia gospodarczego. Zatrzymał się przy skrzyni z napisem "Rzeczy Mike", pochylił się i podniósł wieko. Przerzucał rękoma
aerozole przeciwko komarom, szczotki, liny, czerpaki i kubełki, haki do
usuwania kamieni z kopyt, aż znalazł zakurzony, kryty czarnym aksamitem
kask. Wsunął go pod pachę, zamknął skrzynię, opuszczając z hukiem wieko,
i pobiegł z powrotem na plac maneżowy.
Mama już siedziała na Kuli, osłonięte rękawiczkami dłonie lekko
wspierała na kłębach klaczy.
- Dziękuję, kochanie. - Pochyliła się i wzięła kask od syna.
Zanim Bret dotarł do swojego ulubionego miejsca na ogrodzeniu padoku,
mama już prowadziła Kulę na ścieżkę biegnącą wzdłuż muru. Chłopiec
wspiął się po żerdziach i usiadł na najwyższej poręczy.
Obserwował mamę robiącą rundę za rundą. W ramach rozgrzewki prowadziła
Kulę coraz to innym krokiem: stępem, kłusem, potem ostrym kłusem i wreszcie cwałem, aż jeździec i koń stali się tylko pędzącą plamą.
Od razu wiedział, kiedy mama uznała, że można już skakać. Obserwował ją
tak wiele razy, rozpoznawał wszelkie znaki, chociaż nie potrafiłby
powiedzieć, co konkretnie wskazywało na to, że teraz rozpoczną się
skoki. Po prostu wiedział, że mama skieruje konia na pierwszą,
sześćdziesięciocentymetrową przeszkodę.
I również od razu, choć nie wiadomo skąd, wiedział, że coś nie jest w porządku.
- Mamo, poczekaj! - Bret pochylił się do przodu i krzyczał. - Poprzeczka
jest źle założona. Ktoś musiał ją ruszyć...
Ale mama go nie słyszała. Kula rwała do przodu i wierzgała, a mama
próbowała zmusić konia do równego, kontrolowanego cwału.
- Hola, maleńka, zwolnij. Uspokój się...
Bret słyszał te słowa, gdy mama przefruwała obok niego. Chciał zeskoczyć
z ogrodzenia, ale tego przecież nie wolno mu było zrobić, zwłaszcza gdy
mama przygotowywała konia do skoku.
Za późno, żeby krzyczeć. Mama już najeżdżała na przeszkodę. W piersi
Breta serce wściekle waliło.
Cośniejestwporządku! W jego głowie pojedyncze słowa zlewały się w jedno, krzyczały coraz donośniej, coraz przeraźliwiej brzmiały. Chciał
je wypowiedzieć głośno, chciał je wykrzyczeć, ale nawet ust nie zdołał
otworzyć.
Srebrna Kula zebrała się w sobie i z łatwością pokonała sztuczną
przeszkodę z cegieł.
Bret usłyszał okrzyk triumfu i radosny śmiech matki.
Przez sekundę czuł ogromną ulgę.
Potem spostrzegł, że Srebrna Kula staje jak wryta.
W jednej chwili mama radośnie się śmiała, w następnej, zrzucona z konia,
leciała w powietrzu. Uderzyła głową w słupek tak mocno, że całe
ogrodzenie aż się zachwiało. Teraz jej ciało leżało na brudnej ziemi,
skręcone jak kawałek pogniecionego papieru.
Na wielkim krytym placu słychać było tylko ciężki oddech Breta. Nawet
koń stał cicho obok swojego jeźdźca, jakby nic się nie stało.
Bret zsunął się z ogrodzenia i podbiegł do matki. Przy nieruchomym ciele
osunął się na kolana. Spod kasku sączyła się krew, plamiąc krótkie
czarne włosy Mikaeli.
- Mamo? - Dotknął jej ramienia i lekko nim potrząsnął.
Pobrudzone krwią włosy zsunęły się z twarzy. Wtedy spostrzegł, że lewe
oko matka ma otwarte.
* * *
Jacey, siostra Breta, pierwsza usłyszała jego przeraźliwy krzyk. Pędem
wpadła na plac, otulając się ogromnym płaszczem ojca.
- Bretster... - I w tej chwili zobaczyła leżącą na ziemi matkę. - Och, mój
Boże! Nie ruszaj jej! - wrzasnęła do Breta. - Biegnę po tatę!
Bret, nawet gdyby chciał, i tak nie mógłby ruszyć się z miejsca. Tkwił w bezruchu, wpatrując się w skręcone ciało matki, i modlił się, gorąco się
modlił, żeby się ocknęła. Była to bezgłośna modlitwa, ponieważ chłopiec
nie potrafił wydać z siebie żadnego dźwięku.
W końcu przybiegł ojciec.
Bret zerwał się na nogi i wyciągnął ręce, ale ojciec minął go, w ogóle
nie zwracając na niego uwagi. Bret cofnął się tak gwałtownie, że plecami
uderzył w ogrodzenie. Nie mógł płakać, nie mógł nawet złapać oddechu.
Stał bez ruchu i patrzył, jak czerwona, okropnie czerwona krew spływa po
twarzy mamy. Jacey podeszła do niego i stanęła obok.
Ojciec ukląkł przy matce, czarną lekarską torbę upuścił na ziemię.
- Trzymaj się, Mikaela - szeptał. Delikatnie zsunął kask z jej głowy
(może ja powinienem był to zrobić? - pomyślał Bret), potem otworzył jej
usta i wsunął palce między zęby. Zakasłała, zakrztusiła się i Bret
zobaczył, jak na rękę ojca chlusnęła krew.
Tata zawsze miał takie czyste ręce... a teraz krew mamy była wszędzie,
nawet na rękawie flanelowej piżamy taty.
- Trzymaj się, Mike - powtarzał bez przerwy. - Trzymaj się. Jesteśmy
tutaj. Wszyscy jesteśmy przy tobie... nie opuszczaj nas...
Nie opuszczaj nas. To przecież znaczyło: nie umieraj... a to z kolei
znaczyło, że mama może umrzeć.
Ojciec spojrzał na Jacey.
- Dzwoń na pogotowie, natychmiast! - polecił.
Wydawało się, że tkwili tu w bezruchu i ciszy całe godziny. W końcu
czerwone światła karetki rozświetliły ciemną stajnię, a ciszę rozdarł
przeraźliwy ryk syreny. Karetka prześlizgiwała się po żwirowej ścieżce
obok przyczepy do przewożenia koni.
Do stajni wpadli sanitariusze w niebieskich uniformach, ciągnąc za sobą
podskakujące na nierównościach i metalicznie brzęczące łóżko na kółkach.
Serce Breta waliło tak głośno, że chłopiec nie słyszał, co się wokół
niego dzieje.
Próbował krzyknąć: "Ratujcie ją!" - lecz kiedy otworzył usta, wydobyła
się z nich tylko gęsta, ciemna chmurka pary. Widział, jak rozbija się na
liczne cienkie smugi i ulatuje w dal.
Zamknął usta i znowu się cofnął. I tym razem mocno uderzył plecami w ogrodzenie, aż zakręciło mu się w głowie. Zasłonił rękoma uszy, zamknął
oczy i modlił się najgoręcej, jak potrafił.
Umiera.
Wspomnienia bezładnie przebiegały jej przez głowę, niektóre miały
słodki zapach róż po wiosennym deszczu, inne pachniały piaskiem znad
jeziora, gdzie po raz pierwszy poznała smak prawdziwego pocałunku.
Jeszcze inne - a tych, niestety, było zbyt wiele - miały nieprzyjemną,
lepką woń żalu.
Teraz ją przenoszą, pasami przymocowali jej ciało do jakiegoś dziwnego
łóżka. Światło jest tak silne, że nie może otworzyć oczu. Słyszy odgłos
uruchamianego silnika, czuje ruch, to boli. O Boże, jak bardzo boli...
Słyszy głos swojego męża, miękkie, ciepłe, ukochane dźwięki, które
prowadziły ją przez życie w ostatnich dziesięciu latach. I chociaż nie
słyszy swoich dzieci, swoich ukochanych maluchów, wie, że są tutaj, że
jej pilnują. Najbardziej na świecie chciałaby móc coś do nich
powiedzieć, wydać choćby najcichszy dźwięk, choćby westchnienie,
cokolwiek...
Gorące łzy spłynęły z kącików jej oczu, popłynęły za uszy i zmoczyły
sztywną, nieprzyjemnie pachnącą poduszkę pod głową. Chciałaby je
powstrzymać, chciałaby móc je przełknąć, żeby dzieci ich nie widziały.
Ale nie panuje nad sobą, nie panuje nad własnym ciałem; nie potrafi
powstrzymać łez, tak jak nie potrafi unieść ręki w geście pożegnania.
A może, może wcale nie płacze, może to tylko jej dusza opuszcza ciało,
sącząc się kropla po kropli, jak łzy, których nikt nigdy nie zobaczy.
2
Jako młodzieniec Liam Campbell z niecierpliwością oczekiwał momentu,
kiedy wreszcie będzie mógł wyjechać z Last Bend. Miasteczko wydawało mu
się takie maleńkie, ograniczające możliwości, tak krępujące jakiekolwiek
ruchy, jakby było ściśnięte w dłoni jego sławnego ojca. Gdziekolwiek się
ruszył, wszędzie porównywano go do podziwianego i wielbionego przez
wszystkich ojca. Oczywiście wiedział, że nie dorasta mu do pięt. Nawet w domu czuł się nieważny, niepotrzebny. Rodzice bardzo się kochali, lecz
dla chłopca, który czytał książki i marzył o karierze pianisty
koncertowego, nie pozostawało już wiele uczucia.
Ku swemu ogromnemu zaskoczeniu Liam został przyjęty na Harvard. Zanim
ukończył studia przedmagisterskie, zdał sobie sprawę z tego, że nie jest
dostatecznie dobry, by zrobić karierę pianistyczną. To, że był
najlepszym pianistą w Last Bend, nawet najlepszym pianistą w Harvardzie,
nie miało najmniejszego znaczenia. To ciągle było zbyt mało. Mógł, co
najwyżej, zostać nauczycielem muzyki w drogiej prywatnej szkole. Jego
muzyce brakowało siły, pasji czy choćby gniewu, tego szczególnego
czegoś, co charakteryzuje wykonania najlepszych z najlepszych. Spokojnie
i cicho porzucił więc młodzieńcze marzenia i swoje zainteresowania
skierował na medycynę. Doszedł do wniosku, że jeśli nawet nie jest
dostatecznie utalentowany, by zachwycać ludzi muzyką wydobywającą się
spod jego rąk, to serce ma na tyle wrażliwe, by leczyć chorych. Pragnął
nieść ulgę cierpiącym.
Uczył się dniami i nocami. Wiedział, że taki skromny, cichy, przeciętny
człowiek jak on musi być lepszy od innych.
Ukończył studia jako najlepszy student na roku i ku zdumieniu, a nawet
przerażeniu kolegów podjął pracę w klinice chorych na AIDS w Bronksie,
ubogiej dzielnicy Nowego Jorku. W owych czasach o chorobie jeszcze
niewiele wiedziano, ale już zbierała tragiczne żniwo i rozprzestrzeniała
się w zastraszającym tempie. Ludzie bali się AIDS. Liam jednak wierzył,
że właśnie tam, wśród straszliwie cierpiących, beznadziejnie chorych,
stanie się człowiekiem, jakim pragnął być.
W salach, w których unosił się zapach śmierci, beznadziei i rozpaczy,
pomagał pacjentom przeżyć kolejny dzień, ale nigdy nie mógł choremu
powiedzieć: "Będziesz zdrów. Zostałeś wyleczony".
Zamiast tego rozdawał lekarstwa, które nie pomagały, ściskał ręce, które
z każdym dniem stawały się coraz słabsze. Trzymał w ramionach nowo
narodzone dzieci, wiedząc, że nigdy nie będą mogły nawet marzyć o wyjeździe do Paryża. Wciąż wypisywał akty zgonu, w końcu każde
sięgnięcie po pióro napawało go wstrętem.
Kiedy nagle, na atak serca, zmarła jego matka, wrócił do domu i opiekował się ojcem, który po raz pierwszy w życiu potrzebował syna.
Liam był przekonany, że kiedyś znowu wyjedzie z Last Bend, tymczasem
poznał Mikaelę...
Mike.
To z nią u boku wreszcie odnalazł swoje miejsce na ziemi.
Teraz czekał w szpitalu na wiadomość, czy Mikaela przeżyje...
Byli tu zaledwie od kilku godzin, a zdawało się, że upłynęły całe wieki.
Dzieci zostały w poczekalni. Mógł je sobie wyobrazić, jak popłakując,
siedzą przytulone do siebie, Jacey ociera łzy małemu braciszkowi.
Pragnął być z nimi, wiedział jednak, że się załamie, jeśli tylko na nie
spojrzy, a jego łzy przerażą dzieci jeszcze bardziej.
- Liam?
Odwrócił się w kierunku głosu. Biodrem uderzył w stolik, znajdujące się
na nim buteleczki zachwiały się i zagrzechotały. Wyciągnął rękę, by
uspokoić tańczące medykamenty.
Przed nim stał doktor Stephen Penn, szef oddziału neurologicznego.
Chociaż był w wieku Liama - niedawno skończył pięćdziesiąt lat -
wyglądał jak stary, zmęczony człowiek. Od wielu lat Stephen i Liam razem
grywali w golfa, ale nic, co wcześniej przeżyli, nie przygotowało ich na
taki moment.
- Chodź ze mną. - Stephen dotknął ramienia Liama. Poszli obok siebie
surowym korytarzem. Skręcili do wydzielonych pomieszczeń Oddziału
Intensywnej Opieki Medycznej. Liam spostrzegł, że pielęgniarki z urazówki unikają jego wzroku. Poczuł się upokorzony, teraz wiedział, jak
czuje się "najbliższy krewny" pacjenta.
W końcu weszli do oszklonej izolatki, w której na wąskim, dziecinnym
łóżku, osłoniętym jasnymi kotarami, leżała Mikaela. Wyglądała jak
zepsuta lalka, popodłączana do różnych urządzeń: respiratorów, monitorów
rejestrujących wszystko, począwszy od uderzeń serca do ciśnienia
wewnątrzczaszkowego. Respirator oddychał za nią, w pogrążonym w ciszy
pokoju słychać było jego miarową pracę.
- Mózg... jej mózg pracuje, niestety nie wiemy, czy w ogóle nie został
uszkodzony, a jeśli... to w jakim stopniu. - Stephen wziął długą igłę i kilka razy wbił ją w drobne, gołe stopy Mikaeli. Nie było żadnej
reakcji, Stephen nie komentował. Przeprowadził jeszcze kilka testów.
Wiedział, że ich wyniki Liam potrafi równie trafnie ocenić, jak on sam.
- Zawiadomiliśmy neurochirurga - powiedział cicho - na wszelki wypadek.
Jest gotów do operacji, jeśli zajdzie taka potrzeba, choć nie
stwierdziliśmy żadnych uszkodzeń wymagających interwencji chirurgicznej.
Pomagamy jej oddychać, kontrolujemy ciśnienie krwi i temperaturę ciała.
Nie dopuścimy do krwotoku wewnętrznego... No, cóż, wiesz, że robimy
wszystko, co w naszej mocy.
Liam zamknął oczy. Po raz pierwszy w życiu żałował, że jest lekarzem.
Nie chciał rozumieć, w jakim stanie jest jego żona. Mieli tu świetny
ośrodek zdrowia i najlepszych lekarzy na północ od San Francisco,
których w te okolice przyciągnęła wysoka jakość życia. Ale gorzka prawda
była następująca: w tej chwili absolutnie nic nie mogli zrobić dla
Mikaeli.
Nie zamierzał się odzywać, jednak nie zdołał powstrzymać cisnących się
na usta słów:
- Nie potrafię bez niej żyć...
Stephen odwrócił się do Liama. Miał w oczach pełne zrozumienia
współczucie. W tej chwili nie był specjalistą, tylko po prostu
człowiekiem, mężem, i rozumiał Liama.
- Jutro dowiemy się więcej, jeśli... - zaczął i nie do kończył zdania. Nie
musiał.
Jeśli Mikaela przeżyje noc.
- Dziękuję, Stephenie - wymruczał Liam. Cichy głos ginął w szumie
pracującej aparatury.
Stephen odwrócił się i skierował ku drzwiom. W progu jeszcze się
zatrzymał i spojrzał na Liama.
- Bardzo mi przykro - powiedział i nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
Wrócił po chwili z kilkoma pielęgniarkami. Zabrali Mikaelę na dalsze
badania.
* * *
Odwaga, myślał Liam, to wcale nie jest gorące, jak ogień parzące
uczucie, znane jedynie ludziom decydującym się na wstąpienie do
jednostek specjalnych, skaczącym ze spadochronem czy wspinającym się na
dotąd niezdobyte szczyty. To ciche, głęboko skrywane uczucie,
najczęściej zimne jak lód. To ostatnia rzecz w sercu człowieka, drobina,
okruszek, który odnajdujesz, gdy myślisz, że już wszystko stracone. To
umiejętność spojrzenia dzieciom w oczy w chwilach takich jak ta,
trzymania ich za ręce, ocierania łez, chociaż sądziłeś, że nie będzie
cię na to stać. To konieczność stłumienia własnej rozpaczy, żeby móc
przeżyć następną chwilę, a potem następną i jeszcze następną.
Liam ukrył swój strach. Gdzie, tego nie potrafił powiedzieć, ale gdzieś
go szczelnie zamknął i pogrzebał. Skoncentrował się na tym, co musiał
zrobić. Tragedia - teraz to stwierdził - wiązała się również z koniecznością zajęcia się drobiazgami: wypełnianiem formularzy
ubezpieczeniowych, pakowaniem walizek... tak na wszelki wypadek, zmianą
harmonogramu dnia i planów na najbliższe tygodnie. Udało mu się wszystko
to zrobić, nie tracąc panowania nad sobą, mimo że przez cały czas
starannie unikał kontaktu wzrokowego z innymi ludźmi. No cóż, jeśli to
jedyny sposób, będzie się tego trzymał. Zadzwonił do Rosy Luny - matki
Mike, która mieszkała we wschodniej części stanu - i na automatycznej
sekretarce zostawił pilną wiadomość, żeby skontaktowała się z nim jak
najprędzej. Potem, ponieważ nie mógł już dłużej tego odkładać, ruchliwym
szpitalnym korytarzem skierował się do poczekalni.
Jacey siedziała na jednym z czerwonych plastikowych krzeseł, przy
sklepiku z upominkami, i czytała jakieś czasopismo. Bret leniwie bawił
się na podłodze zabawkami, które personel szpitala trzymał w plastikowym
pudle.
Liamowi zaczęły drżeć ręce. Skrzyżował ramiona, zacisnął dłonie. Stał,
lekko się chwiejąc. Pomóż mi, Boże - modlił się w duchu. Po chwili
zmusił się do swobodnego opuszczenia rąk i podszedł do dzieci.
- Cześć, dzieciaki - odezwał się serdecznym tonem. Jacey zerwała się na
równe nogi. Czasopismo, które czytała, sfrunęło na podłogę. Miała
zapuchnięte, mocno zaczerwienione oczy, usta zaciśnięte, drżące. Ubrana
była w pogniecioną różową bluzę dresową i workowate spodnie.
- Tatusiu?! - powiedziała tylko.
Bret nie wstał z podłogi. Odsunął tylko od siebie zabawki, ręką wytarł
wilgotne oczy i podniósł do góry głowę.
- Umarła, prawda? - zapytał głosem tak głuchym i tak przepojonym
smutkiem, że Liam poczuł, jak bezbrzeżny żal rozrywa mu serce.
- Nie, nie umarła, Bretster - odpowiedział, czując napływające do oczu
łzy. Cholera! Obiecał sobie, że nie będzie płakał, nie na oczach dzieci.
One teraz potrzebowały jego siły, ze swoją rozpaczą musi uporać się sam.
Siłą otworzył oczy jak najszerzej, przez chwilę pocierał grzbiet nosa,
potem przyklęknął przy synu, wziął go w ramiona i mocno przytulił.
Chciałby wiedzieć, co może im powiedzieć, chciałby znać jakieś magiczne
słowa, które pomogłyby uciszyć ich strach. Ale oprócz: "Musimy poczekać,
jeszcze zobaczymy" - nic nie przychodziło mu do głowy, a to przecież
było marne pocieszenie.
Jacey przykucnęła przy Liamie i oparła policzek na jego ramieniu. Objął
ją czule.
- Na razie jest w kiepskim stanie - odezwał się, cedząc wolno i uważnie
dobierając słowa. Jak ma powiedzieć dzieciom, że ich matka może umrzeć?
- Bardzo silnie uderzyła się w głowę. Musimy się za nią modlić.
Bret mocniej przytulił się do ojca. Trząsł się na całym ciele, kapiące z oczu łzy zmoczyły lekarski fartuch Liama. Kiedy chłopiec podniósł głowę
do góry, Liam zobaczył, że syn ssie kciuk.
Liam nie wiedział, co robić. Bret już od wielu lat nie ssał kciuka, a teraz wtulał się w ojca niczym maleńkie dziecko, próbując w jego
ramionach znaleźć pocieszenie.
Uświadomił sobie, że właśnie jego dzieci poznają gorzką, przerażającą
prawdę, przed którą do tej pory i on, i Mike tak bardzo starali się je
ustrzec: Świat wokół nas bywa straszny. Czasami w jednej chwili wszystko
może się zmienić i osoba ci bliska - bez względu na to, jak bardzo się
ją kocha - może umrzeć.
* * *
Mijały kolejne godziny czuwania, minął cały dzień.
Nadszedł wieczór. Liam razem z dziećmi siedział w poczekalni. Wszyscy
troje obserwowali wolne, niczym nieprzerywane piruety czarnych wskazówek
ściennego zegara. Od wielu godzin żadne z nich nie odezwało się słowem.
Przekonali się, że słowa mogą być ciężkie jak ołów. Nawet jedno potrafi
przygnieść człowieka do ziemi. Więc po prostu siedzieli, niby byli
razem, ale w głębi duszy każde czuło się bardzo samotne.
O ósmej usłyszeli kroki w korytarzu, ktoś szedł w kierunku poczekalni.
Liam poczuł straszliwe napięcie, pochylił się do przodu. Proszę, błagam,
niech to nie będzie zła wiadomość...
Do pogrążonej w ciszy sali wpadł Mark Montgomery, chłopak Jacey, a wraz
z nim powiew energii.
- Jace?! - zawołał. Mówił stanowczo zbyt głośno. Stał w drzwiach w czerwono-białym swetrze sportowca z emblematem swojej uczelni i wypchanych na kolanach czarnych spodniach od dresu. - Właśnie się
dowiedziałem...
Jacey rzuciła mu się w ramiona i rozszlochała na jego piersi. Po chwili
oderwała głowę i podniosła w górę oczy.
- Jeszcze... jeszcze nawet jej nie widzieliśmy - powiedziała.
Nie wypuszczając jej z objęć, Mark poprowadził Jacey do sofy. Usiedli
obok siebie, Jacey wsparta o ramię Marka. Rozmawiali przyciszonym
głosem. Szeptane słowa wibrowały w cichej sali.
Liam podszedł do Breta, objął go, podniósł z podłogi i tuląc do siebie,
zaniósł na krzesło, które wcześniej zajmował. Teraz siedzieli na nim
obaj i znowu wpatrywali się w zegar.
Tuż przed dziewiątą w poczekalni pojawił się Stephen.
Liam postawił Breta na podłodze, wstał i podszedł do kolegi lekarza.
- Bez zmian - rzekł cicho Stephen. - Dzisiaj już nic więcej nie możemy
dla niej zrobić. Musimy po prostu czekać. - Jeszcze bardziej ściszył
głos i z przyjacielską troską dodał: - Zabierz dzieci do domu, Liam.
Spróbujcie się trochę przespać. Porozmawiamy rano. Jeżeli... jeżeli
nastąpią jakieś zmiany, zadzwonię do ciebie.
Liam przyznał Stephenowi rację, ale na myśl, że będzie musiał wejść do
pustego, tak straszliwie pustego domu...
- Zabierz dzieciaki... - powtórzył Stephen.
- Dobrze - zgodził się Liam z westchnieniem. Stephen poklepał go po
ramieniu, odwrócił się i wyszedł z poczekalni.
Liam głęboko zaczerpnął powietrza.
- Chodźcie, dzieci. Pojedziemy do domu. Wrócimy tu rano.
- Do domu?! - Jacey zerwała się na równe nogi. Wyglądała na przerażoną.
Liam wiedział, że i ona obawia się powrotu do ich pustego domu.
- Kilkoro z nas... - odezwał się Mark, spoglądając najpierw na Jacey,
potem na Liama. - Kilkoro z nas wybiera się do Nawiedzonego Domu. Może...
może też byś poszła?
- Nie, muszę zostać... - Jacey przecząco pokręciła głową.
- Idź, Jacey - zachęcał ją ojciec ciepłym tonem. - Tylko weź ze sobą
pager. Dam ci znać, gdy coś się będzie działo.
- Nie, tato... - zaczęła Jacey, podchodząc do niego. Wziął ją w ramiona i mocno przytulił.
- Idź, Jacey - szeptał. - W ten sposób jej nie pomożemy. Zajmij się
czymś. Myśl o czymś innym przez godzinę albo dwie.
Odsunęła się od niego. Widział, że toczy z sobą wewnętrzną walkę: i chciała iść, i jednocześnie chciała zostać.
- Dobrze - powiedziała w końcu, odwracając się do Marka. - Na troszkę
pójdę.
Mark podszedł do Jacey, ujął jej dłoń i trzymając za rękę, wyprowadził z poczekalni.
- Tato? - odezwał się Bret, kiedy Jacey wyszła już z sali. - Jestem
głodny.
- O Jezu, Bretster, przepraszam. Jedziemy do domu.
Bret znowu włożył kciuk do buzi i podniósł się na nogi. Wyglądał jak
malutki, nieszczęśliwy chłopczyk. Liam dopiero teraz zauważył, w co Bret
był ubrany. Flanelowa koszula w kratę, kamizelka ze sztucznej skóry ze
srebrną gwiazdą szeryfa przypiętą do piersi, nowiutkie dżinsy Wranglera
i kowbojskie buty. Kostium. Nawiedzony Dom.
Niech to szlag!
Było prawie piętnaście po dziewiątej. Już od kilku godzin w całym
mieście dzieciaki poprzebierane za astronautów, kosmitów lub księżniczki
tłoczyły się do miniwanów lub się z nich wysypywały. Ich rodzice, którzy
mieli ból głowy i wszystkiego dość, zanim jeszcze zabawa na dobre się
zaczęła, włączali głośną muzykę - z reguły podnoszące na duchu płyty z muzyką rockandrollową, przypominające ich własną młodość - i wieźli
dzieciaki do jedynego osiedla w Last Bend. W mieście, w którym
najbliższy sąsiad często mieszka w odległości kilometra, wizyty
przebierańców należało dobrze rozplanować.
Liam spojrzał na syna. Nagle przypomniał sobie: Mike siedziała do późna
w nocy, żeby uszyć Bretowi skórzane kowbojskie spodnie, część jego
przebrania.
- Chcesz pojechać do Doliny Anioła i razem z innymi przebierańcami
chodzić po domach? - zapytał syna.
Policzki Breta, zapamiętale ssącego kciuk, miarowo się zapadały.
Chłopiec wolno pokręcił głową.
Liam zrozumiał. To mama zawsze organizowała wyprawę przebierańców.
- Dobrze, synku. Wracamy do domu.
Wyszli razem. Październikowy wieczór był zimny, powietrze mroźne,
przepojone zapachem jesiennych liści i żyznej, czarnej ziemi.
Wsiedli do samochodu i pojechali. Zamknęli się w kokonie pełnej bólu,
jęczącej, raniącej serce ciszy, którą przerwało dopiero skrzypienie
otwierających się drzwi garażu.
Liam wziął syna za rękę i poprowadził do domu. Rozmawiali o czymś
zdawkowo, ale Liam nie potrafił powiedzieć, o czym. Zapalił wszystkie
światła, aż cały dom pojaśniał.
Gdyby jeszcze nie był tak przeraźliwie cichy!
Przygotuj Bretowi coś do jedzenia.
Jasne, właśnie na tym musi się skoncentrować.
Zadzwonił telefon. Liam mruknął coś do Breta i potykając się, pognał do
kuchni, żeby odebrać.
- Cześć, Liam. Mówi Carol. Właśnie się dowiedziałam... bardzo mi przykro...
No i się zaczęło.
Liam bezsilnie oparł się o drewnianą ścianę, słuchał, ale nie słyszał.
Widział, jak Bret poszedł do salonu i położył się na kanapie. Po chwili
dobiegło go kliknięcie włączanego telewizora. To Rugratsi. Strasznie
głośno. Bret suchymi oczyma wpatrywał się w najmniej lubianą kreskówkę.
Nie dalej jak tydzień temu stwierdził, że to film "dla malutkich
dzieci". Teraz zwinął się w kłębek, ssał kciuk i bezmyślnie gapił się w telewizor.
Liam odłożył słuchawkę telefonu. Sekundę za późno uświadomił sobie, że
Carol wciąż jeszcze coś mówiła. Pomyślał, że przy najbliższej okazji
musi ją przeprosić.
Stał w pustej kuchni i zastanawiał się, co, u diabła, ma przygotować
Bretowi do jedzenia. Otworzył lodówkę i bezradnie patrzył na nic mu
niemówiący galimatias słoików, plastikowych i kartonowych opakowań.
Wyjął plastikowy pojemnik z resztką sosu do spaghetti, ale nie miał
bladego pojęcia, jak długo sos już stoi w lodówce. W zamrażarce znalazł
kilkanaście podobnych pojemników, każdy z nalepką informującą, co jest w środku i kiedy kończy się okres przydatności do spożycia. Niestety,
nigdzie żadnej wskazówki, jak to przygotować.
Ponownie zadzwonił telefon. Tym razem była to Marion z miejscowego
klubu. Liam wyrzucił z siebie jakieś bezładne wyjaśnienia, podziękował
za jej modlitwy i odłożył słuchawkę.
Nie zdążył zrobić nawet pięciu kroków, gdy telefon odezwał się znowu,
ale on zignorował dzwonek i poszedł do salonu.
- Co powiesz na to, żebyśmy zamówili sobie pizzę? - zapytał,
przyklękając obok syna.
- Jerry nie dostarcza pizzy w Halloween - odparł Bret, szybko wyciągając
kciuk z buzi. - Nie po tym, co Monroesowie zrobili z jego samochodem w zeszłym roku.
- Ach, tak.
- Ale dzisiaj i tak jest dzień na szybkie danie z patelni. Wczoraj
wieczór mama i ja włożyliśmy kawałki kurczaka do sosu. Jest
zamarynowany.
- Danie z patelni. - Kurczak z warzywami, pomyślał Liam. O Boże, jak ja
sobie z tym poradzę? - Może mógłbyś pomóc mi przygotować jedzenie?
- Nie wiesz, jak się to robi?
- Potrafię otworzyć człowiekowi brzuch, wyciąć mu wyrostek robaczkowy i zaszyć ranę. Może więc poradzę sobie również z przygotowaniem obiadu dla
jednego małego chłopca.
- Chyba nie trzeba tego wszystkiego umieć, żeby zrobić szybkie danie z patelni - powiedział Bret, marszcząc brwi.
- Chodź, usiądziesz w kuchni na wysokim stołku i razem przygotujemy
obiad.
- Ale ja też nie wiem, jak to się robi.
- Dojdziemy do tego. Damy sobie radę. No, chodź, będzie dobra zabawa. -
Liam pomógł Bretowi wstać z kanapy i poszedł za chłopcem do kuchni.
Kiedy Bret już usadowił się na stołku, Liam otworzył lodówkę i wyjął
plastikowe torebki z warzywami i zamarynowanym kurczakiem. Rozejrzał się
wokół i po chwili znalazł deskę do krojenia i duży nóż. Zaczął od
pieczarek.
- Mama nie daje pieczarek. Nie lubię grzybów.
- Aha. - Liam włożył pieczarki z powrotem do torebki i sięgnął po
kalafior.
- Nie. - Bret wyglądał na coraz bardziej przestraszonego. - Mówiłem, że
nie potrafisz tego zrobić...
- A to może być? - Liam wskazał na brokuły.
- Hm. Tak, tego bardzo dużo.
Liam zaczął kroić.
- Drobniej! - krzyknął Bret.
Liam nie podniósł oczu znad deski. Teraz starał się kroić brokuły na
mniejsze kawałki, chociaż wcale nie było to łatwe.
- Musisz nalać oliwy do woka - pouczył Bret.
Zadzwonił telefon. Liam niechętnie podniósł słuchawkę. Telefonowała
Shaela, koleżanka Mike z Klubu Jeździeckiego. Chciała wiedzieć, czy może
im w jakiś sposób pomóc.
- Dziękuję, Shaela - powiedział Liam, przerywając jej w połowie zdania,
i odwiesił słuchawkę. Boże, nie mogę w to uwierzyć. Znalazł elektryczny
wok, włączył przewód do kontaktu i wylał na patelnię filiżankę oliwy.
- Strasznie dużo tej oliwy - z naganą w głosie odezwał się Bret w chwili, gdy telefon znowu zaczął dzwonić.
- Lubię chrupiące warzywa.
Liam odebrał telefon i powtórzył to samo, co mówił wszystkim innym.
Dzwoniła Mabel, znajoma z programu ochrony koni. Zanim zdążyła po raz
czwarty powiedzieć: "Bardzo mi przykro", Liam miał ochotę krzyczeć w głos. Doceniał zainteresowanie znajomych, naprawdę doceniał, ale te
wszystkie telefony sprawiały, że sytuacja stawała się dotkliwie realna.
A teraz jeszcze ta cholerna oliwa skwierczała, pryskała i zaczynała się
palić.
- Tatusiu...
- Przepraszam, Bretster - odwiesił słuchawkę, przerywając Mabel w pół
słowa. - Przepraszam.
Wrzucił kurczaka wraz z marynatą na patelnię, rozbryzgując oliwę.
Mikroskopijne kropelki gorącego tłuszczu opryskały mu twarz.
Klnąc pod nosem, wrócił do brokułów.
Telefon znowu dzwonił. Liam skaleczył się w palec. Krew trysnęła na
warzywa i zaplamiła blat.
- Tato, krew ci leci! - krzyknął Bret.
Piiiiiiiii... piiiiiiiiiii... Bzzzzzzzz - włączył się detektor dymu i alarm
przeciwpożarowy.
Liam sięgnął po słuchawkę i biodrem niechcący uderzył w wok. W jednej
chwili cała kuchnia była pełna ociekających tłuszczem kawałków kurczaka,
gorącej oliwy i gryzącego dymu.
Telefonowała Myrna z kręgielni Lou's Bowl-O-Rama. Oferowała swoją pomoc.
Kiedy Liam odłożył słuchawkę, oddychał tak ciężko, że aż kręciło mu się
w głowie. Spostrzegł, że Bret, przytulony do chłodnej lodówki, drży na
całym ciele i zapamiętale ssie kciuk.
Liamowi chciało się wyć, płakać, chyba nawet chciałby wszystko rzucić i uciec. Mimo to przykucnął przed chłopcem. Alarm przeciwpożarowy nadal
wył, krew z palca ciągle ciekła.
- Przepraszam, synku. Bardzo mi przykro. Nic się nie stało. Wszystko
jest w porządku - powiedział.
- Mama robi to inaczej.
- Wiem.
- Będziemy głodni.
Liam ujął dłonią tył głowy syna i spojrzał mu prosto w oczy, tak jakby
sam wyraz jego oczu mógł sprawić, że chłopiec poczuje się bezpiecznie.
- Nie będziemy głodni. Co powiesz na obiad w mieście? - zaproponował.
- Pójdę się przebrać, dobrze? - Bret podniósł oczy na ojca.
Liam przygarnął go do siebie. Tylko taki gest przyszedł mu do głowy.
Bret szlochał cichutko, bezgłośnie, a Liam czuł, że za chwilę jemu
samemu pęknie serce.
3
Jacey wróciła do domu wcześniej, niż Liam oczekiwał. Twarz miała
wymizerowaną, wyglądała na zmęczoną. Prawie się nie odzywała, pocałowała
ojca w policzek i poszła na górę do swojego pokoju.
Kiedy Liam nabrał pewności, że dzieci usnęły, zajrzał do pokoju Mikaeli,
który służył jej do pracy. Otworzył drzwi i zapalił światło.
Najpierw poczuł zapach jej perfum, delikatny i słodki jak zapach
wiosennego deszczu. Na biurku piętrzyły się stosy przypadkowo
pogrupowanych papierów. Gdyby zamknął oczy, zobaczyłby żonę siedzącą
przy tym biurku z filiżanką parującej kawy w dłoni, ze wzrokiem wbitym w ekran komputera i piszącą list za listem w obronie zaniedbywanych lub
źle traktowanych zwierząt.
W zwykły dzień podniosłaby na niego wzrok, usta miałaby wygięte w podkówkę, piękne oczy pełne współczucia, i powiedziałaby: "W Skykomish
jest tak bardzo zagłodzona klacz, że nie może ustać na nogach... Myślisz,
że moglibyśmy się nią zająć?"
Podszedł do biurka i zrzucił z krzesła stos gazet. Spadły na drewnianą
podłogę z głuchym dźwiękiem. Włączył komputer i wszedł do Internetu.
Szukał informacji pod hasłem: "Uraz głowy".
Spędził godzinę, czytając o nieszczęściu i bólu innych. Zapisał cały
arkusz strzępkami informacji, tytułami książek, nazwiskami specjalistów,
nazwami leków i stosowanych terapii. Szukał czegokolwiek, szukał
wszystkiego, co mogłoby pomóc. Ale po godzinie pracy nie był mądrzejszy.
Wiedział to, co wiedział od początku. Można tylko czekać...
Wyłączył sprzęt, nawet nie zamykając programu, i wyszedł z pokoju.
Na dole, co zdarzyło mu się po raz pierwszy od dwóch lat, nalał sobie
podwójną tequilę. Wypił jednym haustem. Ziemia wcale nie zaczęła się
szybciej kręcić. Liam, wyraźnie zawiedziony, nalał i wypił jeszcze
jednego drinka, który nieco stępił jego umysł - już nie tak bardzo
ściskało go w gardle.
Podszedł do ogromnego okna i patrzył na pogrążone w mroku pastwisko.
Teraz, w środku nocy, nie widział koni, wiedział jednak, że tam są.
Tuzin koni uratowanych przez Mikaelę. Pochodziły z różnych rejonów
zachodniej części stanu, wcześniej należały do organizacji, osób
prywatnych lub bankrutujących firm. Zwierzęta przyjeżdżały tu
nieszczęśliwe, wygłodzone i zaniedbane, a Mikaela otaczała je opieką, aż
jedno po drugim powracały do zdrowia. Potem oddawała je w dobre ręce.
Miała takie czułe serce. To była jedna z cech, które kochał w niej
najbardziej.
Ale kiedy ostatnio jej to powiedział? Nie pamiętał. Czuł się podle.
Nigdy nie potrafił mówić o swoich uczuciach. Okazywał miłość, na każdym
kroku pokazywał, jak bardzo ją kocha. Wiedział jednak, że słowa również
są ważne, nawet bardzo ważne.
Za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz mówił jej, że
jest jego słońcem, jego księżycem, jego całym światem.
Nalał kolejną szklaneczkę i opadł na wysiedzianą kanapę.
Ona nie może umrzeć...
Nie. Nie może nawet dopuszczać do siebie takich myśli. Mike już wkrótce
odzyska przytomność, może nawet już za chwilę się przebudzi i oboje będą
się śmiali, wspominając, jak bardzo się bał.
Nie potrafił jednak odegnać od siebie czarnych myśli. Czuł swąd
trawiącej go rozpaczy, słyszał szelest przenikającego go dreszczu
przerażenia.
Zamknął oczy i przypomniał sobie różne drobne sprawy, sytuacje z nią
związane, a gdy unosił powieki, Mikaela siedziała obok niego na kanapie.
Miała na sobie stare, zniszczone dżinsy, które od dawna chciał wyrzucić,
i czarny sweter z dekoltem w łódkę, mogący pomieścić nawet dwa razy
potężniejszą od niej kobietę. Oparta wygodnie, patrzyła na niego.
Pragnął wyciągnąć do niej rękę, dotknąć jej ulubionego miękkiego swetra,
pocałować pełną dolną wargę. Wiedział jednak, że tak naprawdę jej tam
wcale nie ma. Była w nim, wypełniała całe jego serce.
- Pękałabyś ze śmiechu, gdybyś widziała mnie dzisiaj w kuchni, malutka.
Już dłużej nie mógł tłumić w sobie żalu, już nie potrafił być silny.
Opadł na kanapę i rozpłakał się jak dziecko.
- Tatusiu? - Od strony schodów doszedł go cichy, niepewny głosik. - Z kim rozmawiasz?
Postać Mike zniknęła.
- Z nikim nie rozmawiam. - Otarł łzy i chwiejnie podniósł się z kanapy.
Przemierzył pokój, a potem zaczął wchodzić schodami na górę.
Bret stał na górnym podeście, w prowizorycznie skomponowanej piżamie:
podkoszulku z purpurową, świecącą w ciemności aplikacją i flanelowych
bokserkach. Gdzieś w zapchanej po brzegi komodzie chłopca leżało kilka
piżam, ale tylko Mike potrafiła cokolwiek znaleźć w tym bałaganie.
- Nie mogę usnąć, tatusiu.
Liam wziął Breta na ręce, zaniósł go do dużej sypialni i okrył kołdrą w łóżku, które bez Mike wydawało się zbyt wielkie. Położył się obok syna i przygarnął go do siebie.
- Ona na mnie patrzyła, tatusiu.
Liam mocniej przytulił Breta. To śmieszne, przecież nie dalej jak w ubiegłym tygodniu Liam pomyślał, że Bret zbyt szybko dorośleje. Teraz
chłopczyk w jego ramionach był taki dziecinny, taki niepodobny do
tamtego Breta. Od rana nastąpił wyraźny regres. Trzeba coś z tym zrobić,
musi się tym zająć... później.
- Kiedy zobaczyłeś mamę, miała otwarte oczy. O tym mówisz, synku?
- Ona patrzyła prosto na mnie, ale... jej tam nie było. To nie była mama.
- Zraniła się, bardzo cierpiała, tak bardzo, że nie mogła zamknąć oczu,
a teraz cierpi tak bardzo, że nie może ich otworzyć.
- Pozwolą mi ją jutro zobaczyć?
Liam przypomniał sobie, jak Mikaela wyglądała na szpitalnym łóżku: twarz
zmaltretowana, opuchnięta i biała jak papier, plastikowa rurka
wychodząca z dziurki od nosa, igły powbijane w żyły, te wszystkie
popodłączane aparaty... Chłopiec by się wystraszył, a Liam doskonale
wiedział, czym mogą stać się takie wspomnienia. Widział w podobnym
stanie swojego ojca. Niektórych obrazów - wystarczy, że raz się coś
zobaczy - nigdy nie udaje się wymazać z pamięci.
- Nie, maluszku. Nie sądzę. Szpital nie zgadza się na wprowadzanie
dzieci na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Zobaczysz mamę... jak
tylko przeniosą ją na ogólną salę.
- Tak wyglądają na filmach umarli, prawda? - cichutko powiedział Bret.
- Mama nie umarła. Po prostu... odpoczywa... musi trochę dłużej pospać.
Wiesz, tak jak Śpiąca Królewna.
- A czy próbowałeś ją pocałować?
Liam przez dłuższy czas nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Wiedział,
że tej chwili nigdy nie zapomni i że nigdy nie przestanie odczuwać tego
przemożnego bólu.
- Tak, Bretster. Próbowałem - wykrztusił wreszcie.
* * *
Liam nie ruszył się z łóżka, dopóki Bret nie zasnął. Potem ostrożnie
podniósł się i zszedł na dół. Tym razem nalał sobie filiżankę herbaty.
Bóg mu świadkiem, tequila nic nie pomogła.
"A czy próbowałeś ją pocałować?".
Liam wzniósł oczy na skośny drewniany sufit.
- Słyszałaś, kochanie? Pytał, czy próbowałem cię pocałować.
Zadzwonił telefon.
Liam to zignorował. Po czwartym dzwonku włączyła się automatyczna
sekretarka. Liam nie był przygotowany na to, że usłyszy ciepły, gardłowy
głos Mike. Z całej siły zacisnął oczy. "Dodzwonili się państwo do domu
rodziny Campbell i zimowej siedziby Biura Programu Pomocy Koniom w Whatcom County. W tej chwili nikt nie może podejść do telefonu...".
Powitalna wiadomość wreszcie się skończyła i rozległ się inny głos.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki