1
Zapadała ciepła czerwcowa noc. Wreszcie przestało padać. Pachniało czymś
zmysłowym, gęstym od słodyczy, może jaśminem; Jagna zupełnie się na tym
nie znała. Żal było psuć ten aromat dymem, lecz głód nikotyny okazał się
silniejszy. Wyjęła z paczki papierosa, po czym zaciągnęła się głęboko,
przymykając oczy z ulgą. Gdy znów je otworzyła, zadarła głowę i zapatrzyła się w granatowe niebo, po którym wiatr niespiesznie
przeganiał białawe obłoki. Wyglądały jak rozpięte żagle statków,
sunących cicho w sobie tylko znanym kierunku. Przez tę chwilę Jagna nie
pamiętała o smutku, bezlitośnie zalegającym jej w piersi ciężarem, który
utrudniał oddychanie i wręcz fizycznie bolał. Poczuła przypływ tak
dobrze sobie znanej tęsknoty za wolnością. To uczucie dopadało ją
zawsze, gdy patrzyła na chmury, klucze odlatujących ptaków, żaglowce, a nawet zdjęcia szos wiodących równą kreską ku linii horyzontu.
Jak by to było: uciec, ulecieć za widnokrąg, pójść przed siebie, bez
celu? Nigdy nie miała okazji sprawdzić, ale od czasu do czasu budziły
się w jej duszy takie pragnienia. Miała to po ojcu, nieuleczalnym
nomadzie, wiecznie fantazjującym o wyprawach z plecakiem. W młodości
wędrował po Bieszczadach, na emeryturze zaś stał się zapalonym cyklistą.
Nawet kiedy leżał już w hospicjum i nie było żadnych wątpliwości, że nie
wygra tej bitwy, kazał sobie przynieść atlas samochodowy, żeby mógł
nadal podróżować, nawet jeśli tylko palcem po mapie.
Myśl o tacie sprawiła, że wróciła do niej scena z kończącego się właśnie
dnia: czarne parasole niczym opuszczone smętnie płatki kwiatów i mlaskający w płytkich kałużach odgłos kroków żałobników, przesuwających
się powoli w ponurym kondukcie.
Nadal nie docierało do niej w pełni, że Karolina nie żyje. Na wieść o jej śmierci zrazu nie poczuła nic. Zupełnie jakby to nie dotyczyło
jednej z najbliższych jej osób na świecie; jakby słuchała streszczenia
książki lub filmu albo jak wtedy, gdy słyszy się, że gdzieś tam ktoś
umarł, i oczywiście jest nam przykro, lecz tak naprawdę nasz świat
pozostaje nienaruszony.
Dopiero gdy szykowała się do pogrzebu, szarpnął nią ostry ból, ponieważ
dotarła do niej okrutna prawda: Karola, ta najweselsza, najbardziej
żywiołowa z ich czwórki, odeszła. Nie ma jej. Już nigdy nie będzie.
- Jaga, gdzie się podziewasz? - Za jej plecami rozległ się głos Tamary,
która wyjrzała na taras lokalu. - Wracaj do nas! Zamówiłyśmy jeszcze
Aperol Spritz, ten Daiquiri okazał się za słodki.
Jagnie nie podobał się jej ton. Pobrzmiewała w nim zbyt beztroska nuta.
Jakkolwiek by nie patrzeć, ich spotkanie miało charakter stypy.
Wprawdzie pojawienie się żartów nawet na stypach jest nieuniknione,
zwłaszcza gdy od fazy "Co u was słychać?" przechodzi się do "A pamiętacie, jak...?" - lecz Jagna wolałaby zachować odpowiedni poziom.
Dobry nastrój w dniu pogrzebu przyjaciółki uważała za przejaw braku
elementarnego taktu.
Tamara nabrała w płuca powietrza z taką samą przyjemnością, z jaką Jagna
zaciągała się dymem.
- Ale pachnie! - Westchnęła w zachwycie, a potem, chyba zorientowawszy
się, że nie wypada upajać się czerwcem w dniu pogrzebu, ponagliła: -
Chodź! Lidka siedzi sama, zaraz się rozklei.
Ten argument trudno było zignorować. Lidka zawsze była tą
najdelikatniejszą, najbardziej kruchą z ich czwórki. Ileż to razy w czasach studenckich wyciągały ją z dołka, stawiały do pionu, dodawały
otuchy przed sesją - bo w przekonaniu, że się skompromituje, gotowa była
rzucić studia.
Jagna zgasiła papierosa w mokrej popielniczce i ruszyła w stronę
schodów. Weszły do wnętrza restauracji, pogrążonej w miękkim półmroku. Z głośników ukrytych za donicą z fikusem sączyła się delikatna muzyka.
Lekko bluesowy, zachrypnięty głos wokalistki przyprawiał o nostalgię.
- Czy mi się wydaje, czy w ubiegłym roku obiecywałaś, że rzucisz
palenie? - zagadnęła retorycznie trzecia z przyjaciółek, krzywiąc się po
łyku gorzkawego drinka.
Jak się okazało, w międzyczasie kelner przyniósł zamówiony koktajl.
Lidka była już w połowie.
- No wiem, wiem. - Jagna wzruszyła ramionami. - Ale dopóki Krystian
pali, nie mam szans.
Pokiwały głowami, co odebrała jako wsparcie, choć chyba nie do końca
szczere.
- Aha, przypomniało mi się - odezwała się nagle Tamara. - Wczoraj
dzwonił do mnie ojciec Karoliny z pytaniem, czy nie znalazłybyśmy czasu,
żeby przejrzeć jej rzeczy.
Brwi Lidki ze zdziwienia podjechały niemal do linii włosów.
- Ale jak to?! - wykrztusiła. - Miałybyśmy grzebać w jej prywatnych...?
Jak on to sobie wyobraża?
- Nie miała nikogo bliższego od nas - przypomniała Jagna, czując w sercu
takie samo dźgnięcie bólu, jak podczas pogrzebu. - No, poza tatą, ale on
nie da przecież rady.
- A poza tym wcale nie był jej bliższy od nas... - mruknęła Tamara. -
Karolina nigdy nie przestała mówić o nim z dystansem. Nacierpiała się
przez niego jako dziewczynka, więc jako kobieta nigdy do końca nie
uwierzyła w jego przemianę.
Ojciec Karoliny był kapitanem żeglugi wielkiej. Rzadko bywał w domu, nie
krył się z licznymi romansami, a łapczywą miłość stęsknionej dziewczynki
traktował jak dopust boży. Po rozwodzie rodziców córka straciła z nim
kontakt na kilkanaście lat. Przypomniał sobie o niej dopiero wtedy, gdy
dopadła go okrutna choroba reumatyczna, przysparzająca mu bólu i wykręcająca jego stawy do monstrualnych kształtów. Mieszkał już wówczas
w prywatnym domu opieki, bo na szczęście zaoszczędził dość pieniędzy, by
móc sobie na to pozwolić. Od Karoliny chciał jedynie odrobiny ciepła i towarzystwa od czasu do czasu. To ostatnie mogła mu zapewnić, jeździła
do niego w odwiedziny raz w miesiącu. Natomiast co do ciepła, to raczej
nie było szczere. Nie potrafiła wybaczyć mu cierpienia, którego jej
przysporzył. Nie umiała nawet nazywać go tatą - zamiast tego mówiła o nim "kapitan".
Po jej śmierci jako najbliższy krewny stał się właścicielem mieszkania w Gnieźnie. Mógł po prostu zamówić firmę sprzątającą, która opróżniłaby
lokal przed wystawieniem go na sprzedaż, pomyślał jednak, że może wśród
rzeczy Karoliny są jakieś pamiątki z dzieciństwa lub zdjęcia. Jak sam
przyznał w rozmowie z Tamarą, na starość stał się nieco sentymentalny.
- Mimo wszystko... Wyobraź sobie, że umierasz i ktoś wpuszcza nas do
twojego pokoju, żebyśmy... - Lidce zabrakło tchu, zaszlochała gwałtownie.
- Żebyśmy "przejrzały twoje rzeczy"!
Tamara patrzyła na nią w zamyśleniu przez kilka sekund, zanim
odpowiedziała.
- A wiesz, chyba wolałabym, żebyście zrobiły to wy niż człowiek, który
mnie właściwie wcale nie znał - zauważyła. - W sumie niewiele jest
rzeczy, których o mnie nie wiecie. Znamy się jak łyse konie.
- Klacze - zażartowała Jagna ponuro. - Nie zapominajmy o feminatywach.
Zapadło milczenie. Każda z przyjaciółek przeniosła się myślami do
własnego domu, każda rozpoczęła drobiazgowe poszukiwania: czy są sprawy,
które chciałabym ukryć przed światem; tak osobiste, że powinny pozostać
tajemnicą po mojej śmierci? Czy ja właściwie mam sekrety?
Owszem, każda miała.
- Więc co powinnam mu powiedzieć, jeśli znowu zadzwoni? - zapytała
Tamara, po czym upiła łyk koktajlu przez fantazyjną słomkę.
Lidka i Jagna milczały przez kilkanaście sekund.
- Zróbmy to! - odezwała się nagle ta druga. - Ukryła przed nami chorobę,
nie dała nam szansy, byśmy jakoś pomogły, przydały się na coś... Tylko to
możemy dla niej zrobić. Nawet jeśli pośmiertnie.
- Niczego nie ukryła! - rzuciła Tamara ostro. - Nie, to absolutnie
niemożliwe. Widocznie nie miała pojęcia! Podobno rak jajnika bardzo
długo nie daje objawów. Ewentualnie może wiedziała, tylko zlekceważyła.
Nie zdawała sobie sprawy, jak poważny jest jej stan. Wierzyła, że z tego
wyjdzie.
- A ta pewność pochodzi stąd, że...
- Że się z nami nie pożegnała!
Lidka rozpłakała się znowu, jak to ona.
- Mój Boże, przecież poruszyłabym niebo i ziemię! - zawołała z żalem. -
Rysiek załatwiłby konsultacje u najlepszych onkologów...
Tamara odłożyła słomkę, zdecydowanym haustem dopiła drinka i pokiwała na
kelnerkę, dając jej znak, że chce zamówić kolejnego.
- Każda z nas zrobiłaby wszystko, żeby pomóc - oznajmiła ponuro. - A że
o niczym nie wiedziałyśmy, to wyłącznie nasza wina! Ile razy
zapraszała?! A my ciągle tylko: "innym razem", "nie dam rady"... Karola
proponowała terminy, wyszukiwała hotele, namawiała nas na babskie sesje
w spa, na jakieś retreaty czy jak to się nazywa! Każda z nas miała
własne sprawy. Nie znajdowałyśmy dla niej czasu, taka jest okrutna
prawda!
- Hola, nie ma sensu się biczować! - odezwała się pojednawczo Jagna. -
Byłyśmy w kontakcie, prawda? Telefony, maile, wiadomości na WhatsAppie,
te nasze covidowe "Wideokonferencje Muszkieterek"... Ile znacie
przypadków, że komuś udaje się przez tyle lat podtrzymywać przyjaźń ze
studiów? I w dodatku całej czwórce?
Lidka chlipnęła rozpaczliwie w odpowiedzi, Tamara zaś spojrzała na Jagnę
łagodniej.
- Może masz rację - mruknęła. - Zważywszy że każda z nas mieszka w innym
mieście.
- I nie są to sąsiadujące miasta.
- Właśnie.
Zapadło milczenie. Lidka raz po raz wydmuchiwała nos, bo nie mogła się
uspokoić.
- Więc jak? - podjęła Jagna. - Przejrzyjmy rzeczy Karoliny, zanim
wejdzie firma sprzątająca i wszystko pójdzie na śmietnik.
Tamara podziękowała skinieniem głowy kelnerce, która przyniosła
zamówiony koktajl, upiła łyk, po czym dodała:
- W sumie ładnie ze strony kapitana, że w ogóle nam to zaproponował.
Mógł przecież poprosić jakiegoś dalszego krewnego.
- Rzecz w tym, że nie za bardzo są jacyś krewni.
- Jest kuzyn, były ksiądz - przypomniała Lidka, która już doszła do
siebie. - Ten, z którym Karola chciała iść na pielgrzymkę. Tyle że on
chyba mieszka w Hiszpanii, tak coś kojarzę.
Jagna i Tamara zwiesiły głowy, ponownie dźgnięte wyrzutami sumienia.
Nieszczęsna pielgrzymka! Karolina od kilku lat nieustannie je
nagabywała: "Wybierzmy się na Drogę Świętego Jakuba, mój kuzyn pomoże
nam wszystko ogarnąć".
- Nie zaczynaj - mruknęła Tamara. - Nie chcę słyszeć o pielgrzymce.
- O tak, pomińmy ten temat - przytaknęła Jagna. - Już i tak czuję się
winna, że nie wyszło nam ze wspólnym sylwestrem.
- Daj spokój, sylwester to po prostu nie był dobry pomysł. Ty musiałabyś
zostawić Krystiana, a Lidka męża i córkę... Od początku było wiadomo, że
ten plan nie wypali.
- Ale miałyśmy to sobie odbić w marcu nad morzem, tylko że wtedy z kolei
Karolinie nie pasowało. Albo może już czuła się źle i dlatego nie
chciała jechać - dodała Lidka.
Odpowiedziało jej ponure kiwanie głowami.
- Natomiast o Drodze Świętego Jakuba mówiła od wielu lat - pociągnęła. -
I nie przestała o niej marzyć do końca. Jeszcze jakieś dwa tygodnie
przed śmiercią przysłała mi link do strony hotelu, w którym miałybyśmy
się zatrzymać. Miejscowość Pontevurde czy jakoś tak.
Pozostałe dwie przyjaciółki spojrzały po sobie, a potem szybko odwróciły
wzrok.
- Bo ona nigdy nie chciała wziąć pod uwagę, że my z Jagą nie jesteśmy
religijne. - Tamara westchnęła z leciutką pretensją. - Zresztą spójrzmy
prawdzie w oczy, nawet gdybyśmy były: skoro od kilku lat nie udało się
znaleźć czasu choćby na weekend w górach, to co dopiero na zagraniczną
pielgrzymkę. Jak to zsynchronizować, żeby każdej pasował termin?
Przecież trzeba by poświęcić co najmniej dwa tygodnie!
- Tydzień - sprostowała Jagna. - Karola zawsze powtarzała, że dałybyśmy
radę w siedem dni.
Wszystkie jak na komendę sięgnęły po drinki. Wiedziały doskonale, że z tej rozmowy nie wyniknie nic poza jeszcze większym poczuciem winy. Ich
przyjaźń była ugruntowana, mijało niemal dokładnie dwadzieścia lat,
odkąd spotkały się po raz pierwszy w czteroosobowym pokoju akademika
"Babilon" na poznańskich Winogradach - i aż do tej pory im się wydawało,
że każda z nich daje z siebie wszystko w tej relacji.
W takim razie dlaczego teraz tak wyraźnie czuły, że zawiodły Karolinę?
2
Od wiadomości o śmierci Karoliny minęły dwa tygodnie. W tym czasie
wydarzyło się kilka rzeczy: pogrzeb w deszczu, pamiętne spotkanie w restauracji, podczas którego Lidka wylała niewiarygodne potoki łez,
Tamara się upiła, Jagna zaś wypaliła prawie pół paczki Marlboro; nocleg
w hotelu Pietrak, gdzie i tak nie mogły zmrużyć oka, wiedząc, że
znajdują się raptem trzysta metrów od mieszkania zmarłej przyjaciółki...
Później nastąpił czas żałoby, w której uparcie pobrzmiewały nuty
poczucia winy.
A teraz, po upływie kolejnego tygodnia, miały się spotkać ponownie, by
przejrzeć rzeczy Karoliny. Lidka, jadąc samochodem z Piły, zajrzała do
domu seniora "Dębowy Gaj", w którym kapitan Kwiecień, obecnie zasuszony
starzec o powykręcanych palcach, przekazał jej klucze do mieszkania
córki. Tamara dotarła do Gniezna pociągiem z Zielonej Góry, Jagna zaś -
także koleją - z Poznania.
- Ojciec Karoli prosił, żeby przejrzeć zdjęcia - przekazała Lidka, kiedy
spotkała się z przyjaciółkami w kawiarni Malinowa przy gnieźnieńskim
rynku. - A gdybyśmy znalazły coś sprzed lat, z nim i byłą żoną, to żeby
mu przekazać.
- Tatuś marnotrawny - prychnęła Tamara. - Myślałby kto, jaki uczuciowy.
Zamówiły po kawie, bo każda z nich potrzebowała doładowania kofeiną,
zanim znajdą się w mieszkaniu Karoliny.
- Mówił też, że gdybyśmy uznały, że coś się nam przyda, to... Żeby brać.
Sukienki, drobiazgi, perfumy. Żeby dać temu jeszcze trochę pożyć, tak
się wyraził.
Ostatnie słowa Lidka wymówiła z trudem, ponieważ gardło zacisnęło jej
się ze wzruszenia.
- Nie bardzo sobie wyobrażam, że wkładam jej sukienkę - skomentowała
Tamara. - Jest w tym jakieś... Jakby łamanie tabu, tak to odczuwam.
- Kiedy umarła moja mama, czułam to samo - odezwała się Jagna. - Ale
minęło trochę czasu i teraz z prawdziwą przyjemnością noszę jej swetry.
Zawsze mam wrażenie, że mnie czule otulają.
Lidka dopiła kawę i nachyliła się nad stolikiem.
- To jak, idziemy? - zapytała. - Miejmy to już za sobą, dziewczyny.
Pozostałe dwie pokiwały głowami.
- Odwagi - szepnęła Jagna.
- Taaaa. - Tamara westchnęła. - Odwaga się nam przyda, to na pewno. Ale
oprócz niej proponuję zaopatrzyć się w przynajmniej dwie butelki wina i hurtowe ilości chusteczek higienicznych.
Niełatwo było przekroczyć próg mieszkania, w którym każda z nich bywała
już wcześniej, choć nigdy razem i nigdy pod nieobecność właścicielki.
Niełatwo było zaakceptować fakt, że tym razem drzwi nie otworzy
delikatna blondynka o wielkich szarych oczach, ich Karolina, Karola,
Karolcia - przyjaciółka od dwudziestu lat.
- Uchylę balkon, niech wpadnie trochę lata - zaproponowała Jagna, gdy
znalazły się w pokoju gościnnym. - I od razu puszczę dymka.
Każdej z nich wydawało się, że robią coś zabronionego, postępują wbrew
zasadom. Lidka ostrożnie przysiadła w fotelu, na którego oparciu wisiała
wydziergana z niebieskiej włóczki chusta - prezent od Tamary. Oczywiście
to wystarczyło, by polały się łzy. Przyjaciółki poddały się wzruszeniu.
Wszystkie odnosiły wrażenie, że we wnętrzu panoszy się atmosfera
śmierci, choć doskonale wiedziały, że Karolina nie umarła tutaj, lecz w szpitalu. Nie znały szczegółów - powiedziano im jedynie, że za późno
trafiła na oddział.
Wreszcie jakimś cudem udało im się uspokoić. Może sprawił to świergot
ptaków i ciepły wiatr, który muskał ich twarze, gdy tak siedziały przy
otwartych drzwiach balkonowych? Może swojski szum wody w czajniku, bo
Tamara przemogła się i wstawiła wodę na herbatę? W każdym razie do
pomieszczenia wróciło życie, zrobiło się przytulniej. Łatwo byłoby
uwierzyć, że Karolina za moment wejdzie do pomieszczenia, postawi na
ławie paterę z ciasteczkami i zagadnie: "To co robimy?".
Od tego pytania dwadzieścia lat temu zaczęła się ich przyjaźń. Każda z nich przyjechała do Poznania z innego miasta, każda z inną historią i odmiennymi oczekiwaniami. Lidia dostała się na pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną, Tamara i Jagna na psychologię, Karolina zaś na prawo.
Przypadek (który błogosławiły później wiele razy) sprawił, że
zakwaterowano je w tym samym akademiku przy ulicy Dożynkowej.
Pierwsza zameldowała się Tamara. Ponieważ na silny stres reagowała
zawsze sennością, wkrótce po przyjeździe zwinęła się w kłębek na łóżku i już po chwili spała jak suseł. Jako druga przyjechała Lidka. Wkroczyła
do pokoju z szerokim uśmiechem na ustach, postanawiając sobie, że choćby
się paliło i waliło, nie zacznie beczeć z tęsknoty za domem. Nie
zamierzała zdradzać się przed nowymi koleżankami ze swoją płaczliwością.
Niestety, jej plan spalił na panewce, bo nowa koleżanka była tylko
jedna, w dodatku spała skulona jak embrion, co nadało jej wygląd
wystraszonego zwierzątka. Lidka usiadła więc na łóżku pod oknem, nie
mając odwagi się rozpakować, bo hałas obudziłby współlokatorkę.
Siedziała tak prawie godzinę, popłakując, zatopiona w smutnych myślach o mamie, zapewne także stęsknionej i smutnej. Nagle drzwi otworzyły się i do pomieszczenia weszła Jagna, taszcząc wielką walizkę w jednej ręce,
wypchaną jedzeniem reklamówkę w drugiej, a dodatkowo jeszcze trzymając w zębach pasek od torebki listonoszki. Z racji tego ostatniego faktu nie
mogła przywitać się jak człowiek, wydała więc z siebie szereg dźwięków,
z których Lidka (nigdy nie zdołały dojść, jakim cudem) wywnioskowała, że
było to pytanie o wolne łóżko.
- Zostały te dwa - powiedziała, pokazując tapczany ustawione po obu
stronach drzwi.
Jagna podeszła do tego, który znajdował się najbliżej, i z wyraźną ulgą
otworzyła usta, wypuszczając z zębów skórzany pasek.
- Okej, najgorsze za mną - rzuciła wesoło. - Cześć, jestem Jagna z Wolsztyna.
Odstawiła walizkę oraz reklamówkę i podeszła do Lidki z wyciągniętą
ręką. Tamta uścisnęła ją, czując przypływ otuchy.
- Lidia - przedstawiła się. - Ze Szczecinka.
- Szczecinek to taki mały Szczecin?
- A Wolsztyn to sam środeczek Olsztyna?
Zaśmiały się obie, jakby udał im się nie wiadomo jaki dowcip. Zanim
Tamara przebudziła się z nerwowego snu, były już w najlepszej komitywie.
A obudziła się, ponieważ w pokoju pojawiła się czwarta z lokatorek -
Karolina.
Rozpakowując bagaże, trajkotały jak katarynki jedna przez drugą.
Wreszcie skończyły. Usiadły na tapczanach, nagle spłoszone ciszą, która
zapadła w pokoju. Cztery obce sobie dziewczyny, każda inna, z własną
historią, z przyzwyczajeniami, drobnymi dziwactwami; z tym wszystkim, co
tworzy unikalną osobowość.
- To co robimy? - zapytała wówczas Karolina.
W jakiś przedziwny sposób to pytanie zadecydowało o wszystkim, co stało
się później. Choćby o tym, że nie zajęły się swoimi sprawami, nie
zamknęły się w kręgu własnych myśli, nadziei i obaw, jak to będzie na
tych wymarzonych studiach, lecz stawiły czoła studenckiemu życiu razem,
jako paczka czterech świeżo upieczonych przyjaciółek, które nazwały się
Muszkieterkami i hołdowały zasadzie "Jedna za wszystkie, wszystkie za
jedną!".
3
W mieszkaniu panował swojski rozgardiasz. Nie bałagan, lecz leciutki
nieład, świadczący o tym, że osoba, która je zajmowała, nie
przywiązywała nadmiernej wagi do drobiazgów. Spod pokrywy kosza na
pranie wystawała nogawka rudych sztruksów, w przedpokoju wisiała
przykurzona już kurtka zimowa, którą dawno należało schować do szafy.
Przyjaciółki najpierw snuły się bez celu po pomieszczeniach, niepewnie
zaglądając do szafek i szuflad, nie mając odwagi niczego wyrzucić ani
choćby przestawić. W dużym pokoju za zasłoną odkryły lakierowane pudła w pastelowych kolorach, ustawione w wieżę. Dwa wypełnione były zdjęciami,
w trzecim znajdowały się rozmaite pamiątki w rodzaju figurki kota z alabastru, drewnianej laleczki Krakowianki, świecy woskowej w kształcie
ula, trzech ceramicznych gąsek, drewnianego krzyżyka na rzemyku oraz
kilkunastu pocztówek. Wszystkie wypisano surowym, męskim charakterem
pisma, a ich treść była zastanawiająca, bo zamiast pozdrowień zawierała
tylko słowa "Kocham, tęsknię, całuję, L.". Na jednej widniał także
dopisek "Najmocniej tam, gdzie najbardziej lubisz", co sprawiło, że
przeglądająca widokówki Tamara zaczerwieniła się i odłożyła je
gwałtownie.
Na parapecie okna przyjaciółki znalazły zeszyty w sztywnych kolorowych
okładkach w roślinne wzorki, leżące na trzech grubych kopertach z szarego papieru.
- Co my tu mamy? - mruknęła Jagna, otwierając na chybił trafił jeden z zeszytów. - "Jak to możliwe, że tęsknię nawet wtedy, kiedy z nim
jestem?" - odczytała z trudem, bo Karolina miała niemal nieczytelne
pismo.
Spojrzała na Tamarę, stojącą obok i zaglądającą jej przez ramię.
- Dziwne - powiedziała. - Brzmi jak dziennik.
- Brzmi - zgodziła się ostrożnie Tamara. - Dziennik, pamiętnik, jeden
pies. A są jakieś daty?
Jagna przekartkowała, po czym pokręciła głową.
- Nie, tylko takie jakby szlaczki. Kropki, serduszka, gwiazdki, którymi
oddzielała poszczególne wpisy.
- Chyba nie zamierzamy tego czytać - wtrąciła Lidka, która siedziała na
kanapie, bezradnie przytulając do brzucha poduszkę w lnianej poszewce. -
Nie mamy prawa.
- Oczywiście, że nie.
Jagna odłożyła zeszyt na ławę. Przez chwilę wszystkie patrzyły na niego,
jakby spodziewały się, że się poruszy. Potem ostrożnie ujęła w dłonie
kolejny notatnik i otworzyła na losowo wybranym zapisie.
- "Tyle gestów, tyle słów, tyle myśli..." - przeczytała na głos. - "A wszystko to takie nietrwałe, traci ważność po roku, dwóch. W takim razie
czy w ogóle warto cokolwiek obiecywać? Czyżby nie można było zaufać
nawet samemu sobie? Jakie naiwne jest przekonanie, że kiedykolwiek
jesteśmy całkiem wiarygodni". - Zdumiona, przysiadła obok Lidki. -
Dziewczyny, to mi do niej w ogóle nie pasuje! - szepnęła. - Do naszej
energicznej, radosnej Karoliny, ufnej optymistki, kipiącej od werwy,
wiecznie wymyślającej, dokąd by tu pojechać, gdzie się spotkać,
szukającej okazji do zabawy...
- To prawda - przytaknęła Lidka, nie mniej zdziwiona. - Nie pasuje.
Tamara udała się do kuchni, skąd po chwili wróciła z trzema kieliszkami
oraz butelką wina.
- Nie wiem, jak wy - oznajmiła - ale ja potrzebuję kapki Caberneta dla
kurażu.
Pokiwały głowami.
- Dla mnie malutko - poprosiła Lidka. - Wieczorem muszę wsiąść za kółko.
Przez chwilę w milczeniu sączyły trunek.
- A kim może być niejaki L.? - odezwała się nagle Tamara.
- Kto taki?
- L. Pisał do niej widokówki i całował tam, gdzie lubiła najbardziej.
Lidka żachnęła się, wyraźnie zgorszona faktem, że poruszają tak intymne
tematy. Tamara pokazała spojrzeniem pudełko z pamiątkami.
- Przeglądałam tamte drobiazgi i rzuciło mi się w oczy - wyjaśniła. -
Nic nie poradzę. Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy.
- Nic nie wiem o żadnym L. Pamiętam tylko Błażeja - przyznała Jagna. -
Zaraz po studiach. Zdaje się, że to był jakiś policjant.
- Tak! - wtrąciła Lidia. - Na pewno policjant, bo mówiła, że ma słabość
do facetów w mundurach. Pewnie przez tego nieobecnego, ubóstwianego
tatusia. Ale ten związek nie trwał długo, jakoś szybko się rozstali.
Pamiętam, że kiedy przyjechała do mnie na roczek Kingi, to już było po
zawodach.
- Czyli później musiał pojawić się w jej życiu jakiś L., o którym nic
nam nie powiedziała - podsumowała Tamara. - Tylko dlaczego? Wydawałoby
się, że zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego.
Jagna żachnęła się, ponownie sięgając po jeden z zeszytów.
- Ech, tak się tylko mówi, że ze wszystkiego - szepnęła. - Każdy ma
jakieś sekrety.
Pozostałe przyjaciółki odwróciły wzrok, żadna nie pociągnęła wątku.
- To muszą być intymne zapiski - odezwała się Tamara. - Wydaje mi się,
że wyrzucić... Jakoś tak... nie bardzo.
- Czytać też nie bardzo - wyszeptała Lidka. - No więc ja już sama nie
wiem. Może jakiś pogrzeb temu wyprawimy czy co? Spalimy? Tak jak notatki
ze studiów, pamiętacie?
Pamiętały. Wybrały się wtedy do Żagania, nocowały w domu rodzinnym
Tamary, a wieczorem urządziły ognisko nad brzegiem Bobru. Były kanapki z żółtym serem, piwo z sokiem porzeczkowym z babcinej spiżarni, gitara,
śpiewy do rana, zwierzenia, wspomnienia i snucie dziewczyńskich planów.
Lidka umierała wówczas z miłości do swojego Ryśka, Tamara usiłowała
ukryć przed światem zauroczenie profesorem, u którego pisała pracę
magisterską, a Jagna i Karolina dopiero marzyły o prawdziwym uczuciu.
Zapadło milczenie. Lidka szybko otarła łzy z policzków rękawem swetra.
- Tak, możemy spalić - powiedziała wreszcie Jagna. - Chociaż z drugiej
strony, jeśli to rodzaj pamiętnika, to może warto przeczytać
przynajmniej samą końcówkę. Chciałabym zrozumieć, dlaczego ona nam o niczym nie powiedziała. Nie wierzę, że nie miała pojęcia o chorobie! -
zastrzegła od razu, widząc wzrok Tamary. - Nowotwór daje chyba jakieś
objawy, co? Nie umierasz tak znienacka, jak na udar albo zawał!
Przyjaciółki milczały, popijając wino. Jagna podeszła do okna, by
zapalić i nieco wyciszyć emocje. Jej wzrok padł na koperty leżące na
parapecie. Podniosła jedną z nich i odwróciła.
- Tamara - odczytała, po czym sięgnęła po dwie pozostałe. - Lidia. I Jagna.
Pokazała przyjaciółkom ich imiona, nabazgrane charakterystycznym pismem
na szarym papierze.
- To dla nas - oznajmiła.
- Listy. Nie zdążyła wysłać. - Lidia natychmiast się wzruszyła.
- Powiem ci, że to nie wygląda, jakby miało zostać wysłane. Koperty są
niezaadresowane, tylko podpisane imieniem. Już prędzej zamierzała nam je
dać przy okazji spotkania.
Tamara wzięła od niej pakunek i niepewnie obracała go w dłoniach.
- Chyba możemy otworzyć, co? - szepnęła. - Dziwnie się czuję. Jakbym
dostała przesyłkę zza gro... Z zaświatów.
Jagna i Lidka z powagą skinęły głowami. One miały dokładnie to samo
wrażenie niesamowitości. Wreszcie Tamara odważyła się rozerwać miejsce
sklejenia, a wtedy dwie pozostałe przyjaciółki poszły w jej ślady.
- Zwyczajny T-shirt - stwierdziła Jagna ze zdumieniem. - Żadnego listu.
W milczeniu oglądały bawełniane koszulki, które znajdowały się w ich
kopertach. Wszystkie bladoróżowe, różniły się jedynie rozmiarem, co
wyjaśniało, dlaczego zostały umieszczone w opisanych kopertach. Jagna,
jako najpulchniejsza, miała elkę, drobniutka Lidka otrzymała eskę,
Tamara zaś - wysoka, lecz bardzo szczupła - dostała rozmiar pośredni.
Jagna rozłożyła T-shirt na zaścielonym łóżku.
- Ryczące Czterdziestki - odczytała napis nadrukowany z przodu.
Na prawym rękawku znajdował się malutki niebieski kwadrat z żółtym
symbolem - ni to muszli, ni słońca. Odwróciła koszulkę. Na plecach
widniała grafika przedstawiająca drogę wijącą się wśród smukłych drzew,
poniżej zaś umieszczono napis: Buen Camino, Muszkieterki!
- Co to jest Camino?! - jęknęła Tamara.
- Nazwa tej pielgrzymki, na którą Karola nas namawiała - mruknęła Jagna.
- Rany boskie! Znowu pielgrzymka! Słowo bumerang, ciągle wraca. To
konkretnie skąd i dokąd trzeba iść?
- "Camino" znaczy "droga" - potwierdziła Lidia. - I z tego, co
zapamiętałam, właściwie nie jest to jeden szlak pielgrzymkowy, tylko
wiele szlaków. Można wyruszyć z Estonii, z Czech, z Paryża, skąd chcesz.
Wszystkie trasy łączy to, że prowadzą do Santiago de Compostela w Hiszpanii.
- Czy ona zwariowała?! - zawołała Tamara, łapiąc się za głowę. - To
Częstochowa jest za blisko, trzeba aż do Hiszpanii? I jak to w ogóle
możliwe, przecież trzeba chyba wędrować cały rok?!
- Ale nie musisz startować z Polski. Ten jej kuzyn, ksiądz Benedykt
chyba, nie pamiętam... Zabiera pielgrzymów na krótsze trasy, po sto
kilometrów. Karola wspominała o takim wariancie, który zaczyna się
gdzieś w Portugalii, ale można sobie skrócić i wyruszyć z Hiszpanii.
Miasto nazywa się Vido, Vigo, jakoś tak. I właśnie tam mieszka ten
ksiądz.
- Mówiłaś, że były ksiądz.
- Bo podobno były. Ale pielgrzymki nadal organizuje.
- To jakieś wariactwo. Sto kilometrów pieszo!
Jagna ujęła swoją koszulkę i przytuliła ją do policzka.
- Ryczące Czterdziestki - powiedziała cicho. - We wrześniu Karola
skończyłaby czterdzieści lat. Może marzyło jej się, że uczcimy to
wspólną wędrówką? Taki prezent urodzinowy.
Lidka szybko wytarła oczy, w których jak na komendę pojawiły się łzy.
- Mówiła właśnie o wrześniu - szepnęła. A widząc pytające spojrzenia
przyjaciółek, wyjaśniła: - No, niedawno, jak do mnie dzwoniła. Że to
najlepsza pora, bo nadal ciepło, ale jeszcze nie pada. Że dni w miarę
długie. Opowiadałam wam, wspomniała o noclegu w jakimś Pontu-coś-tam.
Zapadła cisza. Wszystkie trzy przyjaciółki sięgnęły po kieliszki z winem.
- To by wcale nie było takie trudne - odezwała się nagle Jagna. - Co to
jest sto kilometrów? Pamiętacie? Kiedyś w Bieszczadach robiło się po
dwadzieścia dziennie z ciężkim plecakiem.
- W dodatku pod górę i w dół - dopowiedziała Lidka. - A Camino wiedzie
chyba raczej po równym terenie.
- Dobra, camino czy nie camino - przerwała Tamara, nie wiedzieć czemu
podenerwowana. - Miałyśmy się zająć opróżnianiem mieszkania. Co robimy z tymi zeszytami?
Odpowiedziało jej milczenie.
- Bo ja myślę, że nie możemy ich tak zwyczajnie wyrzucić. Im bardziej są
osobiste, tym bardziej nie możemy.
- Tyle to już wcześniej ustaliłyśmy - odezwała się Jagna.
- Czy w twoim głosie zabrzmiał wyrzut?!
- Nie, ale może usłyszałaś go w sobie?
- Co takiego?
- Dziewczyny, nie kłóćcie się - szepnęła błagalnie Lidka, lecz nie
zwróciły na nią uwagi.
- Wyrzut sumienia! - wyjaśniła rozsierdzona Jagna. - Usłyszałaś swój
własny wyrzut sumienia, bo to ty uparcie odmawiałaś udziału w tej
wymarzonej pielgrzymce Karoli, to ty wiecznie wyśmiewałaś sam pomysł,
torpedowałaś wszelkie próby ustalenia terminu...
- Bo jestem niewierząca! Tak trudno to zrozumieć?!
- Ja też jestem niewierząca! A w każdym razie niereligijna. Tylko co to
ma do rzeczy?! Gdyby Karolina marzyła o podróży do Paryża,
argumentowałabyś, że nie lubisz bagietek? A gdyby do Chin, że ryżu?!
- Co to za głupie przykłady!
- Nie! Kłóćcie! Się! - krzyknęła nagle Lidka niezwykle, jak na nią,
stanowczo. - Mam tego dość! Róbcie sobie, co chcecie, ja zamierzam pójść
na tę pielgrzymkę, spełnić życzenie Karoliny! Czy wam się to podoba, czy
nie!
Zamilkły, obie z bardzo głupim wyrazem twarzy.
- Obliczę trasę tak, żeby dojść do celu trzynastego września, w przeddzień jej urodzin. Cały następny dzień będę mogła spędzić w Santiago. W ten sposób uczczę jej pamięć. Jeśli chcecie, mogę zabrać te
zeszyty... To będzie prawie tak, jakby Karolina wędrowała ze mną.
Symbolicznie.
- Chyba zwariowałaś - skomentowała wreszcie Jagna.
Rozzłościło to Lidkę. Nadal zachowywała się całkiem jak nie ona.
- Niby dlaczego? - zapytała hardo.
- Chyba zwariowałaś, jeśli sądziłaś, że pozwolę ci iść samej! - brzmiało
wyjaśnienie. - To oczywiste, że wybieram się tam z tobą. Co nie powinno
cię dziwić, zwłaszcza że zawsze kochałam wędrówki z plecakiem.
Lidka wygięła usta w podkówkę. Przysiadła się bliżej i niezgrabnie
objęła Jagnę jedną ręką, bo w drugiej wciąż trzymała kieliszek.
- No! - odezwała się Tamara tonem ponaglenia. - Spójrzcie na mnie. Nie
udawajcie, że mnie tu nie ma.
- Nie udajemy - chlipnęła Lidka.
- Przecież wiadomo, że ja też idę. Nie zostawiacie mi wyboru.
- Ale jeśli nie chcesz...
- Daj spokój, Jaguś, przecież wiem, że masz rację. To przeze mnie się
nie udało.
- Oj, nie tylko przez ciebie, ja też wiecznie szukałam wymówek.
Łzy, które już wcześniej były na podorędziu, popłynęły wreszcie,
przynosząc ulgę i pozwalając oczyścić atmosferę. Od początku było
oczywiste, że inaczej się nie da. Że tęsknotę za tą, która od lat
stanowiła trzon ich grupy, trzeba będzie wypłakać, by choć przez chwilę
bolało mniej.
4
Popłakiwały jeszcze długo - przeglądając zawartość biurka i wybebeszając
szafę, w której znalazły czwartą koszulkę z nadrukiem "Ryczące
Czterdziestki". Potem spędziły dobre dwie godziny, wybierając z regałów
ulubione książki Karoliny. Było jasne, że muszą się nimi zaopiekować.
Ostatecznie podzieliły między siebie powieści Jodi Picoult oraz Borysa
Akunina, tomiki wierszy Szymborskiej oraz Harasymowicza, a także
"dżinsowe" wydanie dzieł Stachury, tak zaczytane, że okładki
poszczególnych tomów ledwie trzymały się grzbietów. Całego Stachurę
wzięła Tamara.
Książki, których nie zdecydowały się zabrać do siebie, postanowiły oddać
do bibliotek. Ubrania po długich naradach rozdzieliły na dwie sterty.
Te, które Karolina wyraźnie traktowała jako "robocze", jak to nazwała
Lidka - zostawiły na pastwę firmy sprzątającej. Natomiast odzież lepszą
jakościowo postanowiły zaproponować jakiejś instytucji w rodzaju domu
samotnej matki. Tylko wielobarwne chusty, swetry i czapki, wydziergane
przez Tamarę i podarowane Karolinie w prezencie, zachowały dla siebie,
dzieląc je według rozmiaru i upodobań kolorystycznych.
Najwięcej łez wylały nad zdjęciami przyjaciółki z czasów, gdy jeszcze
się je wywoływało - z dzieciństwa i liceum. Uśmiechała się z nich
chudziutka blondyneczka z wielkimi oczami marzycielki. Było też kilka
fotografii z czasów studenckich. Ich czwórka w pokoju akademika, parę
ujęć z prób zespołu o nazwie Gałązki Jabłoni1, który stworzyły
na potrzeby studenckiego festiwalu poezji śpiewanej, Karolina z gitarą,
pozostała trójka z otwartymi ustami, bo akurat ciągnęły jakieś wysokie
tony; Jagna z Karolą na przystanku tramwajowym, zamotane we wspólny
szalik i śmiejące się do rozpuku; Lidka w czarnej peruce, owinięta
prześcieradłem...
- Pamiętasz? Szykowałyśmy się na bal karnawałowy. Uparłaś się na
Nefretete - szepnęła Tamara. - A ja ci próbowałam z tej nieszczęsnej
peruki upiąć taki wysoki kok.
- Pamiętam. - Lidia uśmiechnęła się przez łzy. - Jaga przebrała się
wtedy za gniazdko, a Karolina za wtyczkę. Zrobiłyśmy jej bolce z rolek
czarnej bibuły i to ciągle opadało...
- A Tamara była Wielkim Ptakiem z Ulicy Sezamkowej - przypomniała Jagna.
- Dobrze kojarzę?
- Dobrze! Bo rozjaśniłam sobie włosy, pamiętacie? Ale użyłam za słabego
utleniacza i zrobiły się żółte jak masło. Więc wystarczyło je
odpowiednio upiąć, włożyć żółty szlafrok i Wielki Ptak gotowy.
- Podrywał cię wtedy ten Kacper z geologii. - Lidka westchnęła. - A Karolina była zła jak osa, bo on się jej trochę podobał.
- Ale ostatecznie przetańczyła cały bal z Pawłem z dziennikarstwa i chyba nawet potem zaliczyła kilka randek...
- Tak, rzeczywiście był taki epizod.
Zadumały się, błądząc wśród wspomnień o dawno minionych czasach. Tyle
obietnic złożonych samym sobie, tyle nadziei, marzeń, obaw i planów - a większość okazała się funta kłaków warta. Gdyby człowiek wtedy wiedział,
jak potoczy się życie... Gdyby tylko można było cofnąć czas...
Temat Camino wrócił, kiedy w szufladzie biurka znalazły notatki zmarłej.
Leżał tam plik luźnych kartek, na których Karolina rozpisała kolejne
etapy swojej wymarzonej pielgrzymki. Na arkuszu formatu A4 naszkicowała
nawet schematyczną mapkę z naniesioną liczbą kilometrów. Początek trasy
znajdował się w miejscu opisanym jako "Vigo - Iglesia De Valadares", a następne etapy wiodły do kolejnych punktów, takich jak Redondela,
Paredes, Pontevedra, Caldas de Reis i jeszcze kilka innych.
Wyrzuty sumienia przybrały na sile, bo dopiero teraz przyjaciółki
pojęły, że marzenie o pielgrzymowaniu Drogą Świętego Jakuba nie było dla
Karoli jedynie przelotną fantazją - lecz w ostatnich miesiącach stało
się czymś bardzo istotnym. Nie rozumiały tego, żadnej z nich nie
pociągała wizja wędrówki pieszo przez Hiszpanię, ale przyjęły do
wiadomości i utwierdziły się w przekonaniu, że skoro jej się nie udało,
to teraz one powinny zrealizować ten plan.
Wreszcie uznały, że spełniły prośbę kapitana: mieszkanie zostało
opróżnione z cennych rzeczy. Biżuterii Karolina właściwie nie miała,
jedynie kilka par bezwartościowych kolczyków, sznur tanich perełek i jeden posrebrzany łańcuszek z zawieszką z tworzywa imitującego bursztyn.
Nie posiadała także ukrytych "w skarpecie" pieniędzy. Zeszyty z zapiskami ostatecznie wzięła Lidka. Fotografie z dzieciństwa
przyjaciółki postanowiły podarować ojcu, pamiątki i zdjęcia ze studiów
rozdzieliły między siebie. Lidia spakowała do bagażnika także ubrania
przeznaczone dla instytucji pomocowych oraz książki dla bibliotek. Jagna
zabrała zapiski dotyczące Camino i obiecała, że w domu przejrzy na
spokojnie trasę, którą wytyczyła Karolina, przeliczy odległości między
punktami noclegowymi i zaplanuje wyprawę, trzymając się, o ile to
możliwe, projektu nieżyjącej przyjaciółki. W końcu to miała być jej
pielgrzymka. Dla niej. Ku jej pamięci.
- Jesteśmy w kontakcie - pożegnała się z przyjaciółkami Lidka, zanim
wsiadła do samochodu. - Obiecajcie, że znajdziemy czas na to Camino. Tym
razem naprawdę, bez wymówek. Obiecujecie?
- Obiecujemy - zapewniła Jagna. - Pamiętaj, żeby zapytać kapitana o numer do kuzyna z Hiszpanii. Albo adres mailowy. To by sporo ułatwiło.
- Nie sądzę, żeby starszy pan w domu opieki używał poczty
elektronicznej.
- Oho, żebyś się nie zdziwiła! - wtrąciła Tamara. - U moich sąsiadów,
jak babcia rozpracowała Instagrama, to wnuczek od niej się dowiedział,
że dziewczyna z nim zrywa.
- A poza tym, nawet jeśli nie pisze maili, to może przecież zajrzeć do
skrzynki Karoli - dodała Jagna. - Przekazano mu telefon i laptopa córki,
więc ma dostęp do jej kontaktów.
Kiedy Lidka odjechała, dwie pozostałe przyjaciółki udały się na stację
kolejową. Zapadał cudownie ciepły wieczór, w koronach drzew trwał ptasi
koncert. Jagna westchnęła głęboko.
- Nadal nie dociera do mnie, że jej już nie ma - wyznała. - Że nigdy
więcej nie zachwyci się tym wszystkim.
- Pamiętasz...? - zagadnęła Tamara. - Nasz zespół śpiewał "Ja jestem noc
czerwcowa, królowa jaśminowa...". Czyj to był wiersz? Broniewskiego?
- Gałczyńskiego. Tak, pamiętam. Przypomniał mi się tamtej nocy po
pogrzebie, gdy szłyśmy do hotelu i obłędnie pachniało, chyba właśnie
jaśminem.
Gardło zacisnęło jej się ze wzruszenia. Tamara, która zdawała się tego
nie zauważać, kontynuowała temat:
- Nieźle nam szło to śpiewanie. Zwłaszcza repertuar Starego Dobrego
Małżeństwa. - Przez chwilę szukała czegoś w pamięci, po czym zanuciła: -
"Jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem...".
- "Jak na szyi wędrowca apaszka szamotana wiatrem..." - pociągnęła Jagna.
- Uwielbiam tę piosenkę! A Karolina najbardziej lubiła Gloria,
pamiętasz?
- Nie, tego nie kojarzę. Zaśpiewaj kawałek.
- "Święty, święty, święty - blask kłujący oczy, święta, święta, święta -
ziemia co nas nosi. Święty kurz na drodze, święty kij przy nodze, święte
krople potu, święte wędrowanie..."
- Rany boskie, znowu to samo! - fuknęła Tamara. - Robisz to specjalnie,
co?
Jagna rozłożyła ręce w geście bezradności.
- Ale co masz na myśli? Co niby robię specjalnie?
- Nawiązujesz do tego przeklętego Camino! "Święte wędrowanie"?!
Wystarczy, naprawdę. Już i tak czuję się jak najgorszy człowiek na
świecie.
- Nie przesadzaj!
Niespodziewanie Tamara rozpłakała się, choć początkowo brzmiało to tak,
jakby zaniosła się kaszlem. Jagna przystanęła i spojrzała na nią
zdziwiona.
- Hej - szepnęła. - Tami, co się dzieje?
A ponieważ przyjaciółka nie odpowiedziała, objęła jej podrygujące
ramiona i mocno przycisnęła do siebie.
- Będzie dobrze - obiecała, choć w tej chwili sama w to nie wierzyła. -
Kiedyś przestaniemy za nią tak okropnie tęsknić.
5
Była piękna, słoneczna sobota. Jagnie żal było spędzać czas w zamkniętym
pomieszczeniu - ostatnio niewiele miała okazji, by odpocząć, zrobić coś
dla siebie. Do południa w szkole, po południu w poradni; bywały chwile,
że miała szczerze dość, choć zawsze deklarowała, że kocha pracę z dziećmi.
Nie przyznała się przyjaciółkom, że dla niej wyjazd do Hiszpanii
stanowił problem natury finansowej. Jako psycholożka zatrudniona w dwóch
szkołach zarabiała śmieszne pieniądze, z kolei założona wraz z koleżanką
poradnia "Siebie", gdzie prowadziła zajęcia arteterapii, dopiero
rozkręcała działalność i nie przynosiła na razie dochodów.
W ogóle rzeczy, do których Jagna nie przyznała się przyjaciółkom - do
których nie przyznawała się od lat - było znacznie więcej. Sama nie
wiedziała, dlaczego tak jest. Przecież miała do nich absolutnie
zaufanie. Wiedziała, że komu jak komu, ale im można powierzyć każdy
sekret. Nie tylko nie oceniałyby i nie krytykowały, nie tylko
zapewniłyby pociechę oraz akceptację, lecz także zrobiłyby wszystko, by
znaleźć rozwiązanie każdego problemu.
Może więc właśnie dlatego? Może podświadomie nie chciała owych
rozwiązań. Albo pragnęła znaleźć je sama. Nie miała pewności, która z odpowiedzi jest tą prawidłową. Choć była psycholożką z piętnastoletnim
stażem, w gruncie rzeczy nadal nie rozgryzła samej siebie.
Zebrała do torby notatki Karoliny, wzięła pod pachę koc piknikowy,
sprawdziła stan baterii telefonu i wyszła, rozejrzawszy się jeszcze, czy
na pewno zostawiła nieskazitelny porządek. Poprawiła wycieraczkę, bo
była odrobinę przekrzywiona.
Potrzebowała przestrzeni, zieleni, świeżego powietrza, postanowiła więc
wybrać się do Parku Wodziczki i tam, nad Bogdanką, w spokoju posiedzieć
nad trasą pielgrzymki, której termin ustaliły ostatecznie na pierwszą
połowę września.
Lidce udało się uzyskać od kapitana numer telefonu do owego kuzyna,
byłego księdza mieszkającego w Hiszpanii. Przyjaciółki naradziły się na
WhatsAppie i ustaliły, że Tamara - jako najmniej nieśmiała i najłatwiej
nawiązująca znajomości - zadzwoni do niego z pytaniem, czy mogłyby
liczyć na ewentualną pomoc. Chodziło im zwłaszcza o informacje
praktyczne: obliczenie kosztów wyprawy, kwestię jedzenia, niezbędnego
sprzętu turystycznego i innych drobiazgów, o których warto pomyśleć
zawczasu.
Za niespełna tydzień miał się skończyć rok szkolny. Zwykle dla Jagny
oznaczałoby to upragnione wakacje, choć zarazem czas zaciskania pasa, bo
wiadomo było, że podczas kanikuły progi poradni psychologicznej "Siebie"
będą świeciły pustkami. Dopiero pod koniec sierpnia można się spodziewać
napływu dzieci, których rodzice dojdą do wniosku, że oto nadciąga rok
szkolny, potomkowi przydałoby się zatem orzeczenie o dysleksji lub
dyskalkulii, a najlepiej obydwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki