Cudne manowce - Agnieszka Olejnik

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Zapa­dała cie­pła czerw­cowa noc. Wresz­cie prze­stało padać. Pach­niało czymś zmy­sło­wym, gęstym od sło­dy­czy, może jaśmi­nem; Jagna zupeł­nie się na tym nie znała. Żal było psuć ten aro­mat dymem, lecz głód niko­tyny oka­zał się sil­niej­szy. Wyjęła z paczki papie­rosa, po czym zacią­gnęła się głę­boko, przy­my­ka­jąc oczy z ulgą. Gdy znów je otwo­rzyła, zadarła głowę i zapa­trzyła się w gra­na­towe niebo, po któ­rym wiatr nie­spiesz­nie prze­ga­niał bia­ławe obłoki. Wyglą­dały jak roz­pięte żagle stat­ków, suną­cych cicho w sobie tylko zna­nym kie­runku. Przez tę chwilę Jagna nie pamię­tała o smutku, bez­li­to­śnie zale­ga­ją­cym jej w piersi cię­ża­rem, który utrud­niał oddy­cha­nie i wręcz fizycz­nie bolał. Poczuła przy­pływ tak dobrze sobie zna­nej tęsk­noty za wol­no­ścią. To uczu­cie dopa­dało ją zawsze, gdy patrzyła na chmury, klu­cze odla­tu­ją­cych pta­ków, żaglowce, a nawet zdję­cia szos wio­dą­cych równą kre­ską ku linii hory­zontu.

Jak by to było: uciec, ule­cieć za wid­no­krąg, pójść przed sie­bie, bez celu? Ni­gdy nie miała oka­zji spraw­dzić, ale od czasu do czasu budziły się w jej duszy takie pra­gnie­nia. Miała to po ojcu, nie­ule­czal­nym noma­dzie, wiecz­nie fan­ta­zju­ją­cym o wypra­wach z ple­ca­kiem. W mło­do­ści wędro­wał po Biesz­cza­dach, na eme­ry­tu­rze zaś stał się zapa­lo­nym cykli­stą. Nawet kiedy leżał już w hospi­cjum i nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści, że nie wygra tej bitwy, kazał sobie przy­nieść atlas samo­cho­dowy, żeby mógł na­dal podró­żo­wać, nawet jeśli tylko pal­cem po mapie.

Myśl o tacie spra­wiła, że wró­ciła do niej scena z koń­czą­cego się wła­śnie dnia: czarne para­sole niczym opusz­czone smęt­nie płatki kwia­tów i mla­ska­jący w płyt­kich kału­żach odgłos kro­ków żałob­ni­ków, prze­su­wa­ją­cych się powoli w ponu­rym kon­duk­cie.

Na­dal nie docie­rało do niej w pełni, że Karo­lina nie żyje. Na wieść o jej śmierci zrazu nie poczuła nic. Zupeł­nie jakby to nie doty­czyło jed­nej z naj­bliż­szych jej osób na świe­cie; jakby słu­chała stresz­cze­nia książki lub filmu albo jak wtedy, gdy sły­szy się, że gdzieś tam ktoś umarł, i oczy­wi­ście jest nam przy­kro, lecz tak naprawdę nasz świat pozo­staje nie­na­ru­szony.

Dopiero gdy szy­ko­wała się do pogrzebu, szarp­nął nią ostry ból, ponie­waż dotarła do niej okrutna prawda: Karola, ta naj­we­sel­sza, naj­bar­dziej żywio­łowa z ich czwórki, ode­szła. Nie ma jej. Już ni­gdy nie będzie.

- Jaga, gdzie się podzie­wasz? - Za jej ple­cami roz­legł się głos Tamary, która wyj­rzała na taras lokalu. - Wra­caj do nas! Zamó­wi­ły­śmy jesz­cze Ape­rol Spritz, ten Daiqu­iri oka­zał się za słodki.

Jagnie nie podo­bał się jej ton. Pobrzmie­wała w nim zbyt bez­tro­ska nuta. Jak­kol­wiek by nie patrzeć, ich spo­tka­nie miało cha­rak­ter stypy. Wpraw­dzie poja­wie­nie się żar­tów nawet na sty­pach jest nie­unik­nione, zwłasz­cza gdy od fazy "Co u was sły­chać?" prze­cho­dzi się do "A pamię­ta­cie, jak...?" - lecz Jagna wola­łaby zacho­wać odpo­wiedni poziom. Dobry nastrój w dniu pogrzebu przy­ja­ciółki uwa­żała za prze­jaw braku ele­men­tar­nego taktu.

Tamara nabrała w płuca powie­trza z taką samą przy­jem­no­ścią, z jaką Jagna zacią­gała się dymem.

- Ale pach­nie! - Wes­tchnęła w zachwy­cie, a potem, chyba zorien­to­waw­szy się, że nie wypada upa­jać się czerw­cem w dniu pogrzebu, pona­gliła: - Chodź! Lidka sie­dzi sama, zaraz się roz­klei.

Ten argu­ment trudno było zigno­ro­wać. Lidka zawsze była tą naj­de­li­kat­niej­szą, naj­bar­dziej kru­chą z ich czwórki. Ileż to razy w cza­sach stu­denc­kich wycią­gały ją z dołka, sta­wiały do pionu, doda­wały otu­chy przed sesją - bo w prze­ko­na­niu, że się skom­pro­mi­tuje, gotowa była rzu­cić stu­dia.

Jagna zga­siła papie­rosa w mokrej popiel­niczce i ruszyła w stronę scho­dów. Weszły do wnę­trza restau­ra­cji, pogrą­żo­nej w mięk­kim pół­mroku. Z gło­śni­ków ukry­tych za donicą z fiku­sem sączyła się deli­katna muzyka. Lekko blu­esowy, zachryp­nięty głos woka­listki przy­pra­wiał o nostal­gię.

- Czy mi się wydaje, czy w ubie­głym roku obie­cy­wa­łaś, że rzu­cisz pale­nie? - zagad­nęła reto­rycz­nie trze­cia z przy­ja­ció­łek, krzy­wiąc się po łyku gorz­ka­wego drinka.

Jak się oka­zało, w mię­dzy­cza­sie kel­ner przy­niósł zamó­wiony kok­tajl. Lidka była już w poło­wie.

- No wiem, wiem. - Jagna wzru­szyła ramio­nami. - Ale dopóki Kry­stian pali, nie mam szans.

Poki­wały gło­wami, co ode­brała jako wspar­cie, choć chyba nie do końca szczere.

- Aha, przy­po­mniało mi się - ode­zwała się nagle Tamara. - Wczo­raj dzwo­nił do mnie ojciec Karo­liny z pyta­niem, czy nie zna­la­zły­by­śmy czasu, żeby przej­rzeć jej rze­czy.

Brwi Lidki ze zdzi­wie­nia pod­je­chały nie­mal do linii wło­sów.

- Ale jak to?! - wykrztu­siła. - Mia­ły­by­śmy grze­bać w jej pry­wat­nych...? Jak on to sobie wyobraża?

- Nie miała nikogo bliż­szego od nas - przy­po­mniała Jagna, czu­jąc w sercu takie samo dźgnię­cie bólu, jak pod­czas pogrzebu. - No, poza tatą, ale on nie da prze­cież rady.

- A poza tym wcale nie był jej bliż­szy od nas... - mruk­nęła Tamara. - Karo­lina ni­gdy nie prze­stała mówić o nim z dystan­sem. Nacier­piała się przez niego jako dziew­czynka, więc jako kobieta ni­gdy do końca nie uwie­rzyła w jego prze­mianę.

Ojciec Karo­liny był kapi­ta­nem żeglugi wiel­kiej. Rzadko bywał w domu, nie krył się z licz­nymi roman­sami, a łap­czywą miłość stę­sk­nio­nej dziew­czynki trak­to­wał jak dopust boży. Po roz­wo­dzie rodzi­ców córka stra­ciła z nim kon­takt na kil­ka­na­ście lat. Przy­po­mniał sobie o niej dopiero wtedy, gdy dopa­dła go okrutna cho­roba reu­ma­tyczna, przy­spa­rza­jąca mu bólu i wykrę­ca­jąca jego stawy do mon­stru­al­nych kształ­tów. Miesz­kał już wów­czas w pry­wat­nym domu opieki, bo na szczę­ście zaosz­czę­dził dość pie­nię­dzy, by móc sobie na to pozwo­lić. Od Karo­liny chciał jedy­nie odro­biny cie­pła i towa­rzy­stwa od czasu do czasu. To ostat­nie mogła mu zapew­nić, jeź­dziła do niego w odwie­dziny raz w mie­siącu. Nato­miast co do cie­pła, to raczej nie było szczere. Nie potra­fiła wyba­czyć mu cier­pie­nia, któ­rego jej przy­spo­rzył. Nie umiała nawet nazy­wać go tatą - zamiast tego mówiła o nim "kapi­tan".

Po jej śmierci jako naj­bliż­szy krewny stał się wła­ści­cie­lem miesz­ka­nia w Gnieź­nie. Mógł po pro­stu zamó­wić firmę sprzą­ta­jącą, która opróż­ni­łaby lokal przed wysta­wie­niem go na sprze­daż, pomy­ślał jed­nak, że może wśród rze­czy Karo­liny są jakieś pamiątki z dzie­ciń­stwa lub zdję­cia. Jak sam przy­znał w roz­mo­wie z Tamarą, na sta­rość stał się nieco sen­ty­men­talny.

- Mimo wszystko... Wyobraź sobie, że umie­rasz i ktoś wpusz­cza nas do two­jego pokoju, żeby­śmy... - Lidce zabra­kło tchu, zaszlo­chała gwał­tow­nie. - Żeby­śmy "przej­rzały twoje rze­czy"!

Tamara patrzyła na nią w zamy­śle­niu przez kilka sekund, zanim odpo­wie­działa.

- A wiesz, chyba wola­ła­bym, żeby­ście zro­biły to wy niż czło­wiek, który mnie wła­ści­wie wcale nie znał - zauwa­żyła. - W sumie nie­wiele jest rze­czy, któ­rych o mnie nie wie­cie. Znamy się jak łyse konie.

- Kla­cze - zażar­to­wała Jagna ponuro. - Nie zapo­mi­najmy o femi­na­ty­wach.

Zapa­dło mil­cze­nie. Każda z przy­ja­ció­łek prze­nio­sła się myślami do wła­snego domu, każda roz­po­częła dro­bia­zgowe poszu­ki­wa­nia: czy są sprawy, które chcia­ła­bym ukryć przed świa­tem; tak oso­bi­ste, że powinny pozo­stać tajem­nicą po mojej śmierci? Czy ja wła­ści­wie mam sekrety?

Ow­szem, każda miała.

- Więc co powin­nam mu powie­dzieć, jeśli znowu zadzwoni? - zapy­tała Tamara, po czym upiła łyk kok­tajlu przez fan­ta­zyjną słomkę.

Lidka i Jagna mil­czały przez kil­ka­na­ście sekund.

- Zróbmy to! - ode­zwała się nagle ta druga. - Ukryła przed nami cho­robę, nie dała nam szansy, byśmy jakoś pomo­gły, przy­dały się na coś... Tylko to możemy dla niej zro­bić. Nawet jeśli pośmiert­nie.

- Niczego nie ukryła! - rzu­ciła Tamara ostro. - Nie, to abso­lut­nie nie­moż­liwe. Widocz­nie nie miała poję­cia! Podobno rak jaj­nika bar­dzo długo nie daje obja­wów. Ewen­tu­al­nie może wie­działa, tylko zlek­ce­wa­żyła. Nie zda­wała sobie sprawy, jak poważny jest jej stan. Wie­rzyła, że z tego wyj­dzie.

- A ta pew­ność pocho­dzi stąd, że...

- Że się z nami nie poże­gnała!

Lidka roz­pła­kała się znowu, jak to ona.

- Mój Boże, prze­cież poru­szy­ła­bym niebo i zie­mię! - zawo­łała z żalem. - Rysiek zała­twiłby kon­sul­ta­cje u naj­lep­szych onko­lo­gów...

Tamara odło­żyła słomkę, zde­cy­do­wa­nym hau­stem dopiła drinka i poki­wała na kel­nerkę, dając jej znak, że chce zamó­wić kolej­nego.

- Każda z nas zro­bi­łaby wszystko, żeby pomóc - oznaj­miła ponuro. - A że o niczym nie wie­dzia­ły­śmy, to wyłącz­nie nasza wina! Ile razy zapra­szała?! A my cią­gle tylko: "innym razem", "nie dam rady"... Karola pro­po­no­wała ter­miny, wyszu­ki­wała hotele, nama­wiała nas na bab­skie sesje w spa, na jakieś retre­aty czy jak to się nazywa! Każda z nas miała wła­sne sprawy. Nie znaj­do­wa­ły­śmy dla niej czasu, taka jest okrutna prawda!

- Hola, nie ma sensu się biczo­wać! - ode­zwała się pojed­naw­czo Jagna. - Były­śmy w kon­tak­cie, prawda? Tele­fony, maile, wia­do­mo­ści na What­sAp­pie, te nasze covi­dowe "Wide­okon­fe­ren­cje Musz­kie­te­rek"... Ile zna­cie przy­pad­ków, że komuś udaje się przez tyle lat pod­trzy­my­wać przy­jaźń ze stu­diów? I w dodatku całej czwórce?

Lidka chlip­nęła roz­pacz­li­wie w odpo­wie­dzi, Tamara zaś spoj­rzała na Jagnę łagod­niej.

- Może masz rację - mruk­nęła. - Zwa­żyw­szy że każda z nas mieszka w innym mie­ście.

- I nie są to sąsia­du­jące mia­sta.

- Wła­śnie.

Zapa­dło mil­cze­nie. Lidka raz po raz wydmu­chi­wała nos, bo nie mogła się uspo­koić.

- Więc jak? - pod­jęła Jagna. - Przej­rzyjmy rze­czy Karo­liny, zanim wej­dzie firma sprzą­ta­jąca i wszystko pój­dzie na śmiet­nik.

Tamara podzię­ko­wała ski­nie­niem głowy kel­nerce, która przy­nio­sła zamó­wiony kok­tajl, upiła łyk, po czym dodała:

- W sumie ład­nie ze strony kapi­tana, że w ogóle nam to zapro­po­no­wał. Mógł prze­cież popro­sić jakie­goś dal­szego krew­nego.

- Rzecz w tym, że nie za bar­dzo są jacyś krewni.

- Jest kuzyn, były ksiądz - przy­po­mniała Lidka, która już doszła do sie­bie. - Ten, z któ­rym Karola chciała iść na piel­grzymkę. Tyle że on chyba mieszka w Hisz­pa­nii, tak coś koja­rzę.

Jagna i Tamara zwie­siły głowy, ponow­nie dźgnięte wyrzu­tami sumie­nia. Nie­szczę­sna piel­grzymka! Karo­lina od kilku lat nie­ustan­nie je naga­by­wała: "Wybierzmy się na Drogę Świę­tego Jakuba, mój kuzyn pomoże nam wszystko ogar­nąć".

- Nie zaczy­naj - mruk­nęła Tamara. - Nie chcę sły­szeć o piel­grzymce.

- O tak, pomińmy ten temat - przy­tak­nęła Jagna. - Już i tak czuję się winna, że nie wyszło nam ze wspól­nym syl­we­strem.

- Daj spo­kój, syl­we­ster to po pro­stu nie był dobry pomysł. Ty musia­ła­byś zosta­wić Kry­stiana, a Lidka męża i córkę... Od początku było wia­domo, że ten plan nie wypali.

- Ale mia­ły­śmy to sobie odbić w marcu nad morzem, tylko że wtedy z kolei Karo­li­nie nie paso­wało. Albo może już czuła się źle i dla­tego nie chciała jechać - dodała Lidka.

Odpo­wie­działo jej ponure kiwa­nie gło­wami.

- Nato­miast o Dro­dze Świę­tego Jakuba mówiła od wielu lat - pocią­gnęła. - I nie prze­stała o niej marzyć do końca. Jesz­cze jakieś dwa tygo­dnie przed śmier­cią przy­słała mi link do strony hotelu, w któ­rym mia­ły­by­śmy się zatrzy­mać. Miej­sco­wość Pon­te­vurde czy jakoś tak.

Pozo­stałe dwie przy­ja­ciółki spoj­rzały po sobie, a potem szybko odwró­ciły wzrok.

- Bo ona ni­gdy nie chciała wziąć pod uwagę, że my z Jagą nie jeste­śmy reli­gijne. - Tamara wes­tchnęła z leciutką pre­ten­sją. - Zresztą spójrzmy praw­dzie w oczy, nawet gdy­by­śmy były: skoro od kilku lat nie udało się zna­leźć czasu choćby na week­end w górach, to co dopiero na zagra­niczną piel­grzymkę. Jak to zsyn­chro­ni­zo­wać, żeby każ­dej paso­wał ter­min? Prze­cież trzeba by poświę­cić co naj­mniej dwa tygo­dnie!

- Tydzień - spro­sto­wała Jagna. - Karola zawsze powta­rzała, że dały­by­śmy radę w sie­dem dni.

Wszyst­kie jak na komendę się­gnęły po drinki. Wie­działy dosko­nale, że z tej roz­mowy nie wynik­nie nic poza jesz­cze więk­szym poczu­ciem winy. Ich przy­jaźń była ugrun­to­wana, mijało nie­mal dokład­nie dwa­dzie­ścia lat, odkąd spo­tkały się po raz pierw­szy w czte­ro­oso­bo­wym pokoju aka­de­mika "Babi­lon" na poznań­skich Wino­gra­dach - i aż do tej pory im się wyda­wało, że każda z nich daje z sie­bie wszystko w tej rela­cji.

W takim razie dla­czego teraz tak wyraź­nie czuły, że zawio­dły Karo­linę?

2

Od wia­do­mo­ści o śmierci Karo­liny minęły dwa tygo­dnie. W tym cza­sie wyda­rzyło się kilka rze­czy: pogrzeb w desz­czu, pamiętne spo­tka­nie w restau­ra­cji, pod­czas któ­rego Lidka wylała nie­wia­ry­godne potoki łez, Tamara się upiła, Jagna zaś wypa­liła pra­wie pół paczki Marl­boro; noc­leg w hotelu Pie­trak, gdzie i tak nie mogły zmru­żyć oka, wie­dząc, że znaj­dują się rap­tem trzy­sta metrów od miesz­ka­nia zmar­łej przy­ja­ciółki... Póź­niej nastą­pił czas żałoby, w któ­rej upar­cie pobrzmie­wały nuty poczu­cia winy.

A teraz, po upły­wie kolej­nego tygo­dnia, miały się spo­tkać ponow­nie, by przej­rzeć rze­czy Karo­liny. Lidka, jadąc samo­cho­dem z Piły, zaj­rzała do domu seniora "Dębowy Gaj", w któ­rym kapi­tan Kwie­cień, obec­nie zasu­szony sta­rzec o powy­krę­ca­nych pal­cach, prze­ka­zał jej klu­cze do miesz­ka­nia córki. Tamara dotarła do Gnie­zna pocią­giem z Zie­lo­nej Góry, Jagna zaś - także koleją - z Pozna­nia.

- Ojciec Karoli pro­sił, żeby przej­rzeć zdję­cia - prze­ka­zała Lidka, kiedy spo­tkała się z przy­ja­ciół­kami w kawiarni Mali­nowa przy gnieź­nień­skim rynku. - A gdy­by­śmy zna­la­zły coś sprzed lat, z nim i byłą żoną, to żeby mu prze­ka­zać.

- Tatuś mar­no­trawny - prych­nęła Tamara. - Myślałby kto, jaki uczu­ciowy.

Zamó­wiły po kawie, bo każda z nich potrze­bo­wała doła­do­wa­nia kofe­iną, zanim znajdą się w miesz­ka­niu Karo­liny.

- Mówił też, że gdy­by­śmy uznały, że coś się nam przyda, to... Żeby brać. Sukienki, dro­bia­zgi, per­fumy. Żeby dać temu jesz­cze tro­chę pożyć, tak się wyra­ził.

Ostat­nie słowa Lidka wymó­wiła z tru­dem, ponie­waż gar­dło zaci­snęło jej się ze wzru­sze­nia.

- Nie bar­dzo sobie wyobra­żam, że wkła­dam jej sukienkę - sko­men­to­wała Tamara. - Jest w tym jakieś... Jakby łama­nie tabu, tak to odczu­wam.

- Kiedy umarła moja mama, czu­łam to samo - ode­zwała się Jagna. - Ale minęło tro­chę czasu i teraz z praw­dziwą przy­jem­no­ścią noszę jej swe­try. Zawsze mam wra­że­nie, że mnie czule otu­lają.

Lidka dopiła kawę i nachy­liła się nad sto­li­kiem.

- To jak, idziemy? - zapy­tała. - Miejmy to już za sobą, dziew­czyny.

Pozo­stałe dwie poki­wały gło­wami.

- Odwagi - szep­nęła Jagna.

- Taaaa. - Tamara wes­tchnęła. - Odwaga się nam przyda, to na pewno. Ale oprócz niej pro­po­nuję zaopa­trzyć się w przy­naj­mniej dwie butelki wina i hur­towe ilo­ści chu­s­te­czek higie­nicz­nych.

Nie­ła­two było prze­kro­czyć próg miesz­ka­nia, w któ­rym każda z nich bywała już wcze­śniej, choć ni­gdy razem i ni­gdy pod nie­obec­ność wła­ści­cielki. Nie­ła­two było zaak­cep­to­wać fakt, że tym razem drzwi nie otwo­rzy deli­katna blon­dynka o wiel­kich sza­rych oczach, ich Karo­lina, Karola, Karol­cia - przy­ja­ciółka od dwu­dzie­stu lat.

- Uchylę bal­kon, niech wpad­nie tro­chę lata - zapro­po­no­wała Jagna, gdy zna­la­zły się w pokoju gościn­nym. - I od razu pusz­czę dymka.

Każ­dej z nich wyda­wało się, że robią coś zabro­nio­nego, postę­pują wbrew zasa­dom. Lidka ostroż­nie przy­sia­dła w fotelu, na któ­rego opar­ciu wisiała wydzier­gana z nie­bie­skiej włóczki chu­sta - pre­zent od Tamary. Oczy­wi­ście to wystar­czyło, by polały się łzy. Przy­ja­ciółki pod­dały się wzru­sze­niu. Wszyst­kie odno­siły wra­że­nie, że we wnę­trzu pano­szy się atmos­fera śmierci, choć dosko­nale wie­działy, że Karo­lina nie umarła tutaj, lecz w szpi­talu. Nie znały szcze­gó­łów - powie­dziano im jedy­nie, że za późno tra­fiła na oddział.

Wresz­cie jakimś cudem udało im się uspo­koić. Może spra­wił to świer­got pta­ków i cie­pły wiatr, który muskał ich twa­rze, gdy tak sie­działy przy otwar­tych drzwiach bal­ko­no­wych? Może swoj­ski szum wody w czaj­niku, bo Tamara prze­mo­gła się i wsta­wiła wodę na her­batę? W każ­dym razie do pomiesz­cze­nia wró­ciło życie, zro­biło się przy­tul­niej. Łatwo byłoby uwie­rzyć, że Karo­lina za moment wej­dzie do pomiesz­cze­nia, postawi na ławie paterę z cia­stecz­kami i zagad­nie: "To co robimy?".

Od tego pyta­nia dwa­dzie­ścia lat temu zaczęła się ich przy­jaźń. Każda z nich przy­je­chała do Pozna­nia z innego mia­sta, każda z inną histo­rią i odmien­nymi ocze­ki­wa­niami. Lidia dostała się na peda­go­gikę przed­szkolną i wcze­snosz­kolną, Tamara i Jagna na psy­cho­lo­gię, Karo­lina zaś na prawo. Przy­pa­dek (który bło­go­sła­wiły póź­niej wiele razy) spra­wił, że zakwa­te­ro­wano je w tym samym aka­de­miku przy ulicy Dożyn­ko­wej.

Pierw­sza zamel­do­wała się Tamara. Ponie­waż na silny stres reago­wała zawsze sen­no­ścią, wkrótce po przy­jeź­dzie zwi­nęła się w kłę­bek na łóżku i już po chwili spała jak suseł. Jako druga przy­je­chała Lidka. Wkro­czyła do pokoju z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach, posta­na­wia­jąc sobie, że choćby się paliło i waliło, nie zacznie beczeć z tęsk­noty za domem. Nie zamie­rzała zdra­dzać się przed nowymi kole­żan­kami ze swoją płacz­li­wo­ścią. Nie­stety, jej plan spa­lił na panewce, bo nowa kole­żanka była tylko jedna, w dodatku spała sku­lona jak embrion, co nadało jej wygląd wystra­szo­nego zwie­rzątka. Lidka usia­dła więc na łóżku pod oknem, nie mając odwagi się roz­pa­ko­wać, bo hałas obu­dziłby współ­lo­ka­torkę. Sie­działa tak pra­wie godzinę, popła­ku­jąc, zato­piona w smut­nych myślach o mamie, zapewne także stę­sk­nio­nej i smut­nej. Nagle drzwi otwo­rzyły się i do pomiesz­cze­nia weszła Jagna, tasz­cząc wielką walizkę w jed­nej ręce, wypchaną jedze­niem rekla­mówkę w dru­giej, a dodat­kowo jesz­cze trzy­ma­jąc w zębach pasek od torebki listo­noszki. Z racji tego ostat­niego faktu nie mogła przy­wi­tać się jak czło­wiek, wydała więc z sie­bie sze­reg dźwię­ków, z któ­rych Lidka (ni­gdy nie zdo­łały dojść, jakim cudem) wywnio­sko­wała, że było to pyta­nie o wolne łóżko.

- Zostały te dwa - powie­działa, poka­zu­jąc tap­czany usta­wione po obu stro­nach drzwi.

Jagna pode­szła do tego, który znaj­do­wał się naj­bli­żej, i z wyraźną ulgą otwo­rzyła usta, wypusz­cza­jąc z zębów skó­rzany pasek.

- Okej, naj­gor­sze za mną - rzu­ciła wesoło. - Cześć, jestem Jagna z Wolsz­tyna.

Odsta­wiła walizkę oraz rekla­mówkę i pode­szła do Lidki z wycią­gniętą ręką. Tamta uści­snęła ją, czu­jąc przy­pływ otu­chy.

- Lidia - przed­sta­wiła się. - Ze Szcze­cinka.

- Szcze­ci­nek to taki mały Szcze­cin?

- A Wolsz­tyn to sam śro­de­czek Olsz­tyna?

Zaśmiały się obie, jakby udał im się nie wia­domo jaki dow­cip. Zanim Tamara prze­bu­dziła się z ner­wo­wego snu, były już w naj­lep­szej komi­ty­wie. A obu­dziła się, ponie­waż w pokoju poja­wiła się czwarta z loka­to­rek - Karo­lina.

Roz­pa­ko­wu­jąc bagaże, traj­ko­tały jak kata­rynki jedna przez drugą. Wresz­cie skoń­czyły. Usia­dły na tap­cza­nach, nagle spło­szone ciszą, która zapa­dła w pokoju. Cztery obce sobie dziew­czyny, każda inna, z wła­sną histo­rią, z przy­zwy­cza­je­niami, drob­nymi dzi­wac­twami; z tym wszyst­kim, co two­rzy uni­kalną oso­bo­wość.

- To co robimy? - zapy­tała wów­czas Karo­lina.

W jakiś prze­dziwny spo­sób to pyta­nie zade­cy­do­wało o wszyst­kim, co stało się póź­niej. Choćby o tym, że nie zajęły się swo­imi spra­wami, nie zamknęły się w kręgu wła­snych myśli, nadziei i obaw, jak to będzie na tych wyma­rzo­nych stu­diach, lecz sta­wiły czoła stu­denc­kiemu życiu razem, jako paczka czte­rech świeżo upie­czo­nych przy­ja­ció­łek, które nazwały się Musz­kie­ter­kami i hoł­do­wały zasa­dzie "Jedna za wszyst­kie, wszyst­kie za jedną!".

3

W miesz­ka­niu pano­wał swoj­ski roz­gar­diasz. Nie bała­gan, lecz leciutki nie­ład, świad­czący o tym, że osoba, która je zaj­mo­wała, nie przy­wią­zy­wała nad­mier­nej wagi do dro­bia­zgów. Spod pokrywy kosza na pra­nie wysta­wała nogawka rudych sztruk­sów, w przed­po­koju wisiała przy­ku­rzona już kurtka zimowa, którą dawno nale­żało scho­wać do szafy.

Przy­ja­ciółki naj­pierw snuły się bez celu po pomiesz­cze­niach, nie­pew­nie zaglą­da­jąc do sza­fek i szu­flad, nie mając odwagi niczego wyrzu­cić ani choćby prze­sta­wić. W dużym pokoju za zasłoną odkryły lakie­ro­wane pudła w paste­lo­wych kolo­rach, usta­wione w wieżę. Dwa wypeł­nione były zdję­ciami, w trze­cim znaj­do­wały się roz­ma­ite pamiątki w rodzaju figurki kota z ala­ba­stru, drew­nia­nej laleczki Kra­ko­wianki, świecy wosko­wej w kształ­cie ula, trzech cera­micz­nych gąsek, drew­nia­nego krzy­żyka na rze­myku oraz kil­ku­na­stu pocz­tó­wek. Wszyst­kie wypi­sano suro­wym, męskim cha­rak­te­rem pisma, a ich treść była zasta­na­wia­jąca, bo zamiast pozdro­wień zawie­rała tylko słowa "Kocham, tęsk­nię, całuję, L.". Na jed­nej wid­niał także dopi­sek "Naj­moc­niej tam, gdzie naj­bar­dziej lubisz", co spra­wiło, że prze­glą­da­jąca wido­kówki Tamara zaczer­wie­niła się i odło­żyła je gwał­tow­nie.

Na para­pe­cie okna przy­ja­ciółki zna­la­zły zeszyty w sztyw­nych kolo­ro­wych okład­kach w roślinne wzorki, leżące na trzech gru­bych koper­tach z sza­rego papieru.

- Co my tu mamy? - mruk­nęła Jagna, otwie­ra­jąc na chy­bił tra­fił jeden z zeszy­tów. - "Jak to moż­liwe, że tęsk­nię nawet wtedy, kiedy z nim jestem?" - odczy­tała z tru­dem, bo Karo­lina miała nie­mal nie­czy­telne pismo.

Spoj­rzała na Tamarę, sto­jącą obok i zaglą­da­jącą jej przez ramię.

- Dziwne - powie­działa. - Brzmi jak dzien­nik.

- Brzmi - zgo­dziła się ostroż­nie Tamara. - Dzien­nik, pamięt­nik, jeden pies. A są jakieś daty?

Jagna prze­kart­ko­wała, po czym pokrę­ciła głową.

- Nie, tylko takie jakby szlaczki. Kropki, ser­duszka, gwiazdki, któ­rymi oddzie­lała poszcze­gólne wpisy.

- Chyba nie zamie­rzamy tego czy­tać - wtrą­ciła Lidka, która sie­działa na kana­pie, bez­rad­nie przy­tu­la­jąc do brzu­cha poduszkę w lnia­nej poszewce. - Nie mamy prawa.

- Oczy­wi­ście, że nie.

Jagna odło­żyła zeszyt na ławę. Przez chwilę wszyst­kie patrzyły na niego, jakby spo­dzie­wały się, że się poru­szy. Potem ostroż­nie ujęła w dło­nie kolejny notat­nik i otwo­rzyła na losowo wybra­nym zapi­sie.

- "Tyle gestów, tyle słów, tyle myśli..." - prze­czy­tała na głos. - "A wszystko to takie nie­trwałe, traci waż­ność po roku, dwóch. W takim razie czy w ogóle warto cokol­wiek obie­cy­wać? Czyżby nie można było zaufać nawet samemu sobie? Jakie naiwne jest prze­ko­na­nie, że kie­dy­kol­wiek jeste­śmy cał­kiem wia­ry­godni". - Zdu­miona, przy­sia­dła obok Lidki. - Dziew­czyny, to mi do niej w ogóle nie pasuje! - szep­nęła. - Do naszej ener­gicz­nej, rado­snej Karo­liny, ufnej opty­mistki, kipią­cej od werwy, wiecz­nie wymy­śla­ją­cej, dokąd by tu poje­chać, gdzie się spo­tkać, szu­ka­ją­cej oka­zji do zabawy...

- To prawda - przy­tak­nęła Lidka, nie mniej zdzi­wiona. - Nie pasuje.

Tamara udała się do kuchni, skąd po chwili wró­ciła z trzema kie­lisz­kami oraz butelką wina.

- Nie wiem, jak wy - oznaj­miła - ale ja potrze­buję kapki Caber­neta dla kurażu.

Poki­wały gło­wami.

- Dla mnie malutko - popro­siła Lidka. - Wie­czo­rem muszę wsiąść za kółko.

Przez chwilę w mil­cze­niu sączyły tru­nek.

- A kim może być nie­jaki L.? - ode­zwała się nagle Tamara.

- Kto taki?

- L. Pisał do niej wido­kówki i cało­wał tam, gdzie lubiła naj­bar­dziej.

Lidka żach­nęła się, wyraź­nie zgor­szona fak­tem, że poru­szają tak intymne tematy. Tamara poka­zała spoj­rze­niem pudełko z pamiąt­kami.

- Prze­glą­da­łam tamte dro­bia­zgi i rzu­ciło mi się w oczy - wyja­śniła. - Nic nie pora­dzę. Co się zoba­czyło, to się nie odzo­ba­czy.

- Nic nie wiem o żad­nym L. Pamię­tam tylko Bła­żeja - przy­znała Jagna. - Zaraz po stu­diach. Zdaje się, że to był jakiś poli­cjant.

- Tak! - wtrą­ciła Lidia. - Na pewno poli­cjant, bo mówiła, że ma sła­bość do face­tów w mun­du­rach. Pew­nie przez tego nie­obec­nego, ubó­stwia­nego tatu­sia. Ale ten zwią­zek nie trwał długo, jakoś szybko się roz­stali. Pamię­tam, że kiedy przy­je­chała do mnie na roczek Kingi, to już było po zawo­dach.

- Czyli póź­niej musiał poja­wić się w jej życiu jakiś L., o któ­rym nic nam nie powie­działa - pod­su­mo­wała Tamara. - Tylko dla­czego? Wyda­wa­łoby się, że zwie­rza­ły­śmy się sobie ze wszyst­kiego.

Jagna żach­nęła się, ponow­nie się­ga­jąc po jeden z zeszy­tów.

- Ech, tak się tylko mówi, że ze wszyst­kiego - szep­nęła. - Każdy ma jakieś sekrety.

Pozo­stałe przy­ja­ciółki odwró­ciły wzrok, żadna nie pocią­gnęła wątku.

- To muszą być intymne zapi­ski - ode­zwała się Tamara. - Wydaje mi się, że wyrzu­cić... Jakoś tak... nie bar­dzo.

- Czy­tać też nie bar­dzo - wyszep­tała Lidka. - No więc ja już sama nie wiem. Może jakiś pogrzeb temu wypra­wimy czy co? Spa­limy? Tak jak notatki ze stu­diów, pamię­ta­cie?

Pamię­tały. Wybrały się wtedy do Żaga­nia, noco­wały w domu rodzin­nym Tamary, a wie­czo­rem urzą­dziły ogni­sko nad brze­giem Bobru. Były kanapki z żół­tym serem, piwo z sokiem porzecz­ko­wym z bab­ci­nej spi­żarni, gitara, śpiewy do rana, zwie­rze­nia, wspo­mnie­nia i snu­cie dziew­czyń­skich pla­nów. Lidka umie­rała wów­czas z miło­ści do swo­jego Ryśka, Tamara usi­ło­wała ukryć przed świa­tem zauro­cze­nie pro­fe­so­rem, u któ­rego pisała pracę magi­ster­ską, a Jagna i Karo­lina dopiero marzyły o praw­dzi­wym uczu­ciu.

Zapa­dło mil­cze­nie. Lidka szybko otarła łzy z policz­ków ręka­wem swe­tra.

- Tak, możemy spa­lić - powie­działa wresz­cie Jagna. - Cho­ciaż z dru­giej strony, jeśli to rodzaj pamięt­nika, to może warto prze­czy­tać przy­naj­mniej samą koń­cówkę. Chcia­ła­bym zro­zu­mieć, dla­czego ona nam o niczym nie powie­działa. Nie wie­rzę, że nie miała poję­cia o cho­ro­bie! - zastrze­gła od razu, widząc wzrok Tamary. - Nowo­twór daje chyba jakieś objawy, co? Nie umie­rasz tak znie­nacka, jak na udar albo zawał!

Przy­ja­ciółki mil­czały, popi­ja­jąc wino. Jagna pode­szła do okna, by zapa­lić i nieco wyci­szyć emo­cje. Jej wzrok padł na koperty leżące na para­pe­cie. Pod­nio­sła jedną z nich i odwró­ciła.

- Tamara - odczy­tała, po czym się­gnęła po dwie pozo­stałe. - Lidia. I Jagna.

Poka­zała przy­ja­ciół­kom ich imiona, naba­zgrane cha­rak­te­ry­stycz­nym pismem na sza­rym papie­rze.

- To dla nas - oznaj­miła.

- Listy. Nie zdą­żyła wysłać. - Lidia natych­miast się wzru­szyła.

- Powiem ci, że to nie wygląda, jakby miało zostać wysłane. Koperty są nie­za­adre­so­wane, tylko pod­pi­sane imie­niem. Już prę­dzej zamie­rzała nam je dać przy oka­zji spo­tka­nia.

Tamara wzięła od niej paku­nek i nie­pew­nie obra­cała go w dło­niach.

- Chyba możemy otwo­rzyć, co? - szep­nęła. - Dziw­nie się czuję. Jak­bym dostała prze­syłkę zza gro... Z zaświa­tów.

Jagna i Lidka z powagą ski­nęły gło­wami. One miały dokład­nie to samo wra­że­nie nie­sa­mo­wi­to­ści. Wresz­cie Tamara odwa­żyła się roze­rwać miej­sce skle­je­nia, a wtedy dwie pozo­stałe przy­ja­ciółki poszły w jej ślady.

- Zwy­czajny T-shirt - stwier­dziła Jagna ze zdu­mie­niem. - Żad­nego listu.

W mil­cze­niu oglą­dały baweł­niane koszulki, które znaj­do­wały się w ich koper­tach. Wszyst­kie bla­do­ró­żowe, róż­niły się jedy­nie roz­mia­rem, co wyja­śniało, dla­czego zostały umiesz­czone w opi­sa­nych koper­tach. Jagna, jako naj­pulch­niej­sza, miała elkę, drob­niutka Lidka otrzy­mała eskę, Tamara zaś - wysoka, lecz bar­dzo szczu­pła - dostała roz­miar pośredni.

Jagna roz­ło­żyła T-shirt na zaście­lo­nym łóżku.

- Ryczące Czter­dziestki - odczy­tała napis nadru­ko­wany z przodu.

Na pra­wym rękawku znaj­do­wał się malutki nie­bie­ski kwa­drat z żół­tym sym­bo­lem - ni to muszli, ni słońca. Odwró­ciła koszulkę. Na ple­cach wid­niała gra­fika przed­sta­wia­jąca drogę wijącą się wśród smu­kłych drzew, poni­żej zaś umiesz­czono napis: Buen Camino, Musz­kie­terki!

- Co to jest Camino?! - jęk­nęła Tamara.

- Nazwa tej piel­grzymki, na którą Karola nas nama­wiała - mruk­nęła Jagna.

- Rany boskie! Znowu piel­grzymka! Słowo bume­rang, cią­gle wraca. To kon­kret­nie skąd i dokąd trzeba iść?

- "Camino" zna­czy "droga" - potwier­dziła Lidia. - I z tego, co zapa­mię­ta­łam, wła­ści­wie nie jest to jeden szlak piel­grzym­kowy, tylko wiele szla­ków. Można wyru­szyć z Esto­nii, z Czech, z Paryża, skąd chcesz. Wszyst­kie trasy łączy to, że pro­wa­dzą do San­tiago de Com­po­stela w Hisz­pa­nii.

- Czy ona zwa­rio­wała?! - zawo­łała Tamara, łapiąc się za głowę. - To Czę­sto­chowa jest za bli­sko, trzeba aż do Hisz­pa­nii? I jak to w ogóle moż­liwe, prze­cież trzeba chyba wędro­wać cały rok?!

- Ale nie musisz star­to­wać z Pol­ski. Ten jej kuzyn, ksiądz Bene­dykt chyba, nie pamię­tam... Zabiera piel­grzy­mów na krót­sze trasy, po sto kilo­me­trów. Karola wspo­mi­nała o takim warian­cie, który zaczyna się gdzieś w Por­tu­ga­lii, ale można sobie skró­cić i wyru­szyć z Hisz­pa­nii. Mia­sto nazywa się Vido, Vigo, jakoś tak. I wła­śnie tam mieszka ten ksiądz.

- Mówi­łaś, że były ksiądz.

- Bo podobno były. Ale piel­grzymki na­dal orga­ni­zuje.

- To jakieś wariac­two. Sto kilo­me­trów pie­szo!

Jagna ujęła swoją koszulkę i przy­tu­liła ją do policzka.

- Ryczące Czter­dziestki - powie­działa cicho. - We wrze­śniu Karola skoń­czy­łaby czter­dzie­ści lat. Może marzyło jej się, że uczcimy to wspólną wędrówką? Taki pre­zent uro­dzi­nowy.

Lidka szybko wytarła oczy, w któ­rych jak na komendę poja­wiły się łzy.

- Mówiła wła­śnie o wrze­śniu - szep­nęła. A widząc pyta­jące spoj­rze­nia przy­ja­ció­łek, wyja­śniła: - No, nie­dawno, jak do mnie dzwo­niła. Że to naj­lep­sza pora, bo na­dal cie­pło, ale jesz­cze nie pada. Że dni w miarę dłu­gie. Opo­wia­da­łam wam, wspo­mniała o noc­legu w jakimś Pontu-coś-tam.

Zapa­dła cisza. Wszyst­kie trzy przy­ja­ciółki się­gnęły po kie­liszki z winem.

- To by wcale nie było takie trudne - ode­zwała się nagle Jagna. - Co to jest sto kilo­me­trów? Pamię­ta­cie? Kie­dyś w Biesz­cza­dach robiło się po dwa­dzie­ścia dzien­nie z cięż­kim ple­ca­kiem.

- W dodatku pod górę i w dół - dopo­wie­działa Lidka. - A Camino wie­dzie chyba raczej po rów­nym tere­nie.

- Dobra, camino czy nie camino - prze­rwała Tamara, nie wie­dzieć czemu pode­ner­wo­wana. - Mia­ły­śmy się zająć opróż­nia­niem miesz­ka­nia. Co robimy z tymi zeszy­tami?

Odpo­wie­działo jej mil­cze­nie.

- Bo ja myślę, że nie możemy ich tak zwy­czaj­nie wyrzu­cić. Im bar­dziej są oso­bi­ste, tym bar­dziej nie możemy.

- Tyle to już wcze­śniej usta­li­ły­śmy - ode­zwała się Jagna.

- Czy w twoim gło­sie zabrzmiał wyrzut?!

- Nie, ale może usły­sza­łaś go w sobie?

- Co takiego?

- Dziew­czyny, nie kłóć­cie się - szep­nęła bła­gal­nie Lidka, lecz nie zwró­ciły na nią uwagi.

- Wyrzut sumie­nia! - wyja­śniła roz­sier­dzona Jagna. - Usły­sza­łaś swój wła­sny wyrzut sumie­nia, bo to ty upar­cie odma­wia­łaś udziału w tej wyma­rzo­nej piel­grzymce Karoli, to ty wiecz­nie wyśmie­wa­łaś sam pomysł, tor­pe­do­wa­łaś wszel­kie próby usta­le­nia ter­minu...

- Bo jestem nie­wie­rząca! Tak trudno to zro­zu­mieć?!

- Ja też jestem nie­wie­rząca! A w każ­dym razie nie­re­li­gijna. Tylko co to ma do rze­czy?! Gdyby Karo­lina marzyła o podróży do Paryża, argu­men­to­wa­ła­byś, że nie lubisz bagie­tek? A gdyby do Chin, że ryżu?!

- Co to za głu­pie przy­kłady!

- Nie! Kłóć­cie! Się! - krzyk­nęła nagle Lidka nie­zwy­kle, jak na nią, sta­now­czo. - Mam tego dość! Rób­cie sobie, co chce­cie, ja zamie­rzam pójść na tę piel­grzymkę, speł­nić życze­nie Karo­liny! Czy wam się to podoba, czy nie!

Zamil­kły, obie z bar­dzo głu­pim wyra­zem twa­rzy.

- Obli­czę trasę tak, żeby dojść do celu trzy­na­stego wrze­śnia, w przed­dzień jej uro­dzin. Cały następny dzień będę mogła spę­dzić w San­tiago. W ten spo­sób uczczę jej pamięć. Jeśli chce­cie, mogę zabrać te zeszyty... To będzie pra­wie tak, jakby Karo­lina wędro­wała ze mną. Sym­bo­licz­nie.

- Chyba zwa­rio­wa­łaś - sko­men­to­wała wresz­cie Jagna.

Roz­zło­ściło to Lidkę. Na­dal zacho­wy­wała się cał­kiem jak nie ona.

- Niby dla­czego? - zapy­tała hardo.

- Chyba zwa­rio­wa­łaś, jeśli sądzi­łaś, że pozwolę ci iść samej! - brzmiało wyja­śnie­nie. - To oczy­wi­ste, że wybie­ram się tam z tobą. Co nie powinno cię dzi­wić, zwłasz­cza że zawsze kocha­łam wędrówki z ple­ca­kiem.

Lidka wygięła usta w pod­kówkę. Przy­sia­dła się bli­żej i nie­zgrab­nie objęła Jagnę jedną ręką, bo w dru­giej wciąż trzy­mała kie­li­szek.

- No! - ode­zwała się Tamara tonem pona­gle­nia. - Spójrz­cie na mnie. Nie uda­waj­cie, że mnie tu nie ma.

- Nie uda­jemy - chlip­nęła Lidka.

- Prze­cież wia­domo, że ja też idę. Nie zosta­wia­cie mi wyboru.

- Ale jeśli nie chcesz...

- Daj spo­kój, Jaguś, prze­cież wiem, że masz rację. To przeze mnie się nie udało.

- Oj, nie tylko przez cie­bie, ja też wiecz­nie szu­ka­łam wymó­wek.

Łzy, które już wcze­śniej były na podo­rę­dziu, popły­nęły wresz­cie, przy­no­sząc ulgę i pozwa­la­jąc oczy­ścić atmos­ferę. Od początku było oczy­wi­ste, że ina­czej się nie da. Że tęsk­notę za tą, która od lat sta­no­wiła trzon ich grupy, trzeba będzie wypła­kać, by choć przez chwilę bolało mniej.

4

Popła­ki­wały jesz­cze długo - prze­glą­da­jąc zawar­tość biurka i wybe­be­sza­jąc szafę, w któ­rej zna­la­zły czwartą koszulkę z nadru­kiem "Ryczące Czter­dziestki". Potem spę­dziły dobre dwie godziny, wybie­ra­jąc z rega­łów ulu­bione książki Karo­liny. Było jasne, że muszą się nimi zaopie­ko­wać. Osta­tecz­nie podzie­liły mię­dzy sie­bie powie­ści Jodi Pico­ult oraz Borysa Aku­nina, tomiki wier­szy Szym­bor­skiej oraz Hara­sy­mo­wi­cza, a także "dżin­sowe" wyda­nie dzieł Sta­chury, tak zaczy­tane, że okładki poszcze­gól­nych tomów led­wie trzy­mały się grzbie­tów. Całego Sta­churę wzięła Tamara.

Książki, któ­rych nie zde­cy­do­wały się zabrać do sie­bie, posta­no­wiły oddać do biblio­tek. Ubra­nia po dłu­gich nara­dach roz­dzie­liły na dwie sterty. Te, które Karo­lina wyraź­nie trak­to­wała jako "robo­cze", jak to nazwała Lidka - zosta­wiły na pastwę firmy sprzą­ta­ją­cej. Nato­miast odzież lep­szą jako­ściowo posta­no­wiły zapro­po­no­wać jakiejś insty­tu­cji w rodzaju domu samot­nej matki. Tylko wie­lo­barwne chu­sty, swe­try i czapki, wydzier­gane przez Tamarę i poda­ro­wane Karo­li­nie w pre­zen­cie, zacho­wały dla sie­bie, dzie­ląc je według roz­miaru i upodo­bań kolo­ry­stycz­nych.

Naj­wię­cej łez wylały nad zdję­ciami przy­ja­ciółki z cza­sów, gdy jesz­cze się je wywo­ły­wało - z dzie­ciń­stwa i liceum. Uśmie­chała się z nich chu­dziutka blon­dy­neczka z wiel­kimi oczami marzy­cielki. Było też kilka foto­gra­fii z cza­sów stu­denc­kich. Ich czwórka w pokoju aka­de­mika, parę ujęć z prób zespołu o nazwie Gałązki Jabłoni1, który stwo­rzyły na potrzeby stu­denc­kiego festi­walu poezji śpie­wa­nej, Karo­lina z gitarą, pozo­stała trójka z otwar­tymi ustami, bo aku­rat cią­gnęły jakieś wyso­kie tony; Jagna z Karolą na przy­stanku tram­wa­jo­wym, zamo­tane we wspólny sza­lik i śmie­jące się do roz­puku; Lidka w czar­nej peruce, owi­nięta prze­ście­ra­dłem...

- Pamię­tasz? Szy­ko­wa­ły­śmy się na bal kar­na­wa­łowy. Upar­łaś się na Nefre­tete - szep­nęła Tamara. - A ja ci pró­bo­wa­łam z tej nie­szczę­snej peruki upiąć taki wysoki kok.

- Pamię­tam. - Lidia uśmiech­nęła się przez łzy. - Jaga prze­brała się wtedy za gniazdko, a Karo­lina za wtyczkę. Zro­bi­ły­śmy jej bolce z rolek czar­nej bibuły i to cią­gle opa­dało...

- A Tamara była Wiel­kim Pta­kiem z Ulicy Sezam­ko­wej - przy­po­mniała Jagna. - Dobrze koja­rzę?

- Dobrze! Bo roz­ja­śni­łam sobie włosy, pamię­ta­cie? Ale uży­łam za sła­bego utle­nia­cza i zro­biły się żółte jak masło. Więc wystar­czyło je odpo­wied­nio upiąć, wło­żyć żółty szla­frok i Wielki Ptak gotowy.

- Pod­ry­wał cię wtedy ten Kac­per z geo­lo­gii. - Lidka wes­tchnęła. - A Karo­lina była zła jak osa, bo on się jej tro­chę podo­bał.

- Ale osta­tecz­nie prze­tań­czyła cały bal z Paw­łem z dzien­ni­kar­stwa i chyba nawet potem zali­czyła kilka ran­dek...

- Tak, rze­czy­wi­ście był taki epi­zod.

Zadu­mały się, błą­dząc wśród wspo­mnień o dawno minio­nych cza­sach. Tyle obiet­nic zło­żo­nych samym sobie, tyle nadziei, marzeń, obaw i pla­nów - a więk­szość oka­zała się funta kła­ków warta. Gdyby czło­wiek wtedy wie­dział, jak poto­czy się życie... Gdyby tylko można było cof­nąć czas...

Temat Camino wró­cił, kiedy w szu­fla­dzie biurka zna­la­zły notatki zmar­łej. Leżał tam plik luź­nych kar­tek, na któ­rych Karo­lina roz­pi­sała kolejne etapy swo­jej wyma­rzo­nej piel­grzymki. Na arku­szu for­matu A4 naszki­co­wała nawet sche­ma­tyczną mapkę z nanie­sioną liczbą kilo­me­trów. Począ­tek trasy znaj­do­wał się w miej­scu opi­sa­nym jako "Vigo - Igle­sia De Vala­da­res", a następne etapy wio­dły do kolej­nych punk­tów, takich jak Redon­dela, Pare­des, Pon­te­ve­dra, Cal­das de Reis i jesz­cze kilka innych.

Wyrzuty sumie­nia przy­brały na sile, bo dopiero teraz przy­ja­ciółki pojęły, że marze­nie o piel­grzy­mo­wa­niu Drogą Świę­tego Jakuba nie było dla Karoli jedy­nie prze­lotną fan­ta­zją - lecz w ostat­nich mie­sią­cach stało się czymś bar­dzo istot­nym. Nie rozu­miały tego, żad­nej z nich nie pocią­gała wizja wędrówki pie­szo przez Hisz­pa­nię, ale przy­jęły do wia­do­mo­ści i utwier­dziły się w prze­ko­na­niu, że skoro jej się nie udało, to teraz one powinny zre­ali­zo­wać ten plan.

Wresz­cie uznały, że speł­niły prośbę kapi­tana: miesz­ka­nie zostało opróż­nione z cen­nych rze­czy. Biżu­te­rii Karo­lina wła­ści­wie nie miała, jedy­nie kilka par bez­war­to­ścio­wych kol­czy­ków, sznur tanich pere­łek i jeden posre­brzany łań­cu­szek z zawieszką z two­rzywa imi­tu­ją­cego bursz­tyn. Nie posia­dała także ukry­tych "w skar­pe­cie" pie­nię­dzy. Zeszyty z zapi­skami osta­tecz­nie wzięła Lidka. Foto­gra­fie z dzie­ciń­stwa przy­ja­ciółki posta­no­wiły poda­ro­wać ojcu, pamiątki i zdję­cia ze stu­diów roz­dzie­liły mię­dzy sie­bie. Lidia spa­ko­wała do bagaż­nika także ubra­nia prze­zna­czone dla insty­tu­cji pomo­co­wych oraz książki dla biblio­tek. Jagna zabrała zapi­ski doty­czące Camino i obie­cała, że w domu przej­rzy na spo­koj­nie trasę, którą wyty­czyła Karo­lina, prze­li­czy odle­gło­ści mię­dzy punk­tami noc­le­go­wymi i zapla­nuje wyprawę, trzy­ma­jąc się, o ile to moż­liwe, pro­jektu nie­ży­ją­cej przy­ja­ciółki. W końcu to miała być jej piel­grzymka. Dla niej. Ku jej pamięci.

- Jeste­śmy w kon­tak­cie - poże­gnała się z przy­ja­ciół­kami Lidka, zanim wsia­dła do samo­chodu. - Obie­caj­cie, że znaj­dziemy czas na to Camino. Tym razem naprawdę, bez wymó­wek. Obie­cu­je­cie?

- Obie­cu­jemy - zapew­niła Jagna. - Pamię­taj, żeby zapy­tać kapi­tana o numer do kuzyna z Hisz­pa­nii. Albo adres mailowy. To by sporo uła­twiło.

- Nie sądzę, żeby star­szy pan w domu opieki uży­wał poczty elek­tro­nicz­nej.

- Oho, żebyś się nie zdzi­wiła! - wtrą­ciła Tamara. - U moich sąsia­dów, jak bab­cia roz­pra­co­wała Insta­grama, to wnu­czek od niej się dowie­dział, że dziew­czyna z nim zrywa.

- A poza tym, nawet jeśli nie pisze maili, to może prze­cież zaj­rzeć do skrzynki Karoli - dodała Jagna. - Prze­ka­zano mu tele­fon i lap­topa córki, więc ma dostęp do jej kon­tak­tów.

Kiedy Lidka odje­chała, dwie pozo­stałe przy­ja­ciółki udały się na sta­cję kole­jową. Zapa­dał cudow­nie cie­pły wie­czór, w koro­nach drzew trwał ptasi kon­cert. Jagna wes­tchnęła głę­boko.

- Na­dal nie dociera do mnie, że jej już nie ma - wyznała. - Że ni­gdy wię­cej nie zachwyci się tym wszyst­kim.

- Pamię­tasz...? - zagad­nęła Tamara. - Nasz zespół śpie­wał "Ja jestem noc czerw­cowa, kró­lowa jaśmi­nowa...". Czyj to był wiersz? Bro­niew­skiego?

- Gał­czyń­skiego. Tak, pamię­tam. Przy­po­mniał mi się tam­tej nocy po pogrze­bie, gdy szły­śmy do hotelu i obłęd­nie pach­niało, chyba wła­śnie jaśmi­nem.

Gar­dło zaci­snęło jej się ze wzru­sze­nia. Tamara, która zda­wała się tego nie zauwa­żać, kon­ty­nu­owała temat:

- Nie­źle nam szło to śpie­wa­nie. Zwłasz­cza reper­tuar Sta­rego Dobrego Mał­żeń­stwa. - Przez chwilę szu­kała cze­goś w pamięci, po czym zanu­ciła: - "Jak po noc­nym nie­bie sunące białe obłoki nad lasem...".

- "Jak na szyi wędrowca apaszka sza­mo­tana wia­trem..." - pocią­gnęła Jagna. - Uwiel­biam tę pio­senkę! A Karo­lina naj­bar­dziej lubiła Glo­ria, pamię­tasz?

- Nie, tego nie koja­rzę. Zaśpie­waj kawa­łek.

- "Święty, święty, święty - blask kłu­jący oczy, święta, święta, święta - zie­mia co nas nosi. Święty kurz na dro­dze, święty kij przy nodze, święte kro­ple potu, święte wędro­wa­nie..."

- Rany boskie, znowu to samo! - fuk­nęła Tamara. - Robisz to spe­cjal­nie, co?

Jagna roz­ło­żyła ręce w geście bez­rad­no­ści.

- Ale co masz na myśli? Co niby robię spe­cjal­nie?

- Nawią­zu­jesz do tego prze­klę­tego Camino! "Święte wędro­wa­nie"?! Wystar­czy, naprawdę. Już i tak czuję się jak naj­gor­szy czło­wiek na świe­cie.

- Nie prze­sa­dzaj!

Nie­spo­dzie­wa­nie Tamara roz­pła­kała się, choć począt­kowo brzmiało to tak, jakby zanio­sła się kasz­lem. Jagna przy­sta­nęła i spoj­rzała na nią zdzi­wiona.

- Hej - szep­nęła. - Tami, co się dzieje?

A ponie­waż przy­ja­ciółka nie odpo­wie­działa, objęła jej podry­gu­jące ramiona i mocno przy­ci­snęła do sie­bie.

- Będzie dobrze - obie­cała, choć w tej chwili sama w to nie wie­rzyła. - Kie­dyś prze­sta­niemy za nią tak okrop­nie tęsk­nić.

5

Była piękna, sło­neczna sobota. Jagnie żal było spę­dzać czas w zamknię­tym pomiesz­cze­niu - ostat­nio nie­wiele miała oka­zji, by odpo­cząć, zro­bić coś dla sie­bie. Do połu­dnia w szkole, po połu­dniu w poradni; bywały chwile, że miała szcze­rze dość, choć zawsze dekla­ro­wała, że kocha pracę z dziećmi.

Nie przy­znała się przy­ja­ciół­kom, że dla niej wyjazd do Hisz­pa­nii sta­no­wił pro­blem natury finan­so­wej. Jako psy­cho­lożka zatrud­niona w dwóch szko­łach zara­biała śmieszne pie­nią­dze, z kolei zało­żona wraz z kole­żanką porad­nia "Sie­bie", gdzie pro­wa­dziła zaję­cia arte­te­ra­pii, dopiero roz­krę­cała dzia­łal­ność i nie przy­no­siła na razie docho­dów.

W ogóle rze­czy, do któ­rych Jagna nie przy­znała się przy­ja­ciół­kom - do któ­rych nie przy­zna­wała się od lat - było znacz­nie wię­cej. Sama nie wie­działa, dla­czego tak jest. Prze­cież miała do nich abso­lut­nie zaufa­nie. Wie­działa, że komu jak komu, ale im można powie­rzyć każdy sekret. Nie tylko nie oce­nia­łyby i nie kry­ty­ko­wały, nie tylko zapew­ni­łyby pocie­chę oraz akcep­ta­cję, lecz także zro­bi­łyby wszystko, by zna­leźć roz­wią­za­nie każ­dego pro­blemu.

Może więc wła­śnie dla­tego? Może pod­świa­do­mie nie chciała owych roz­wią­zań. Albo pra­gnęła zna­leźć je sama. Nie miała pew­no­ści, która z odpo­wie­dzi jest tą pra­wi­dłową. Choć była psy­cho­lożką z pięt­na­sto­let­nim sta­żem, w grun­cie rze­czy na­dal nie roz­gry­zła samej sie­bie.

Zebrała do torby notatki Karo­liny, wzięła pod pachę koc pik­ni­kowy, spraw­dziła stan bate­rii tele­fonu i wyszła, rozej­rzaw­szy się jesz­cze, czy na pewno zosta­wiła nie­ska­zi­telny porzą­dek. Popra­wiła wycie­raczkę, bo była odro­binę prze­krzy­wiona.

Potrze­bo­wała prze­strzeni, zie­leni, świe­żego powie­trza, posta­no­wiła więc wybrać się do Parku Wodziczki i tam, nad Bog­danką, w spo­koju posie­dzieć nad trasą piel­grzymki, któ­rej ter­min usta­liły osta­tecz­nie na pierw­szą połowę wrze­śnia.

Lidce udało się uzy­skać od kapi­tana numer tele­fonu do owego kuzyna, byłego księ­dza miesz­ka­ją­cego w Hisz­pa­nii. Przy­ja­ciółki nara­dziły się na What­sAp­pie i usta­liły, że Tamara - jako naj­mniej nie­śmiała i naj­ła­twiej nawią­zu­jąca zna­jo­mo­ści - zadzwoni do niego z pyta­niem, czy mogłyby liczyć na ewen­tu­alną pomoc. Cho­dziło im zwłasz­cza o infor­ma­cje prak­tyczne: obli­cze­nie kosz­tów wyprawy, kwe­stię jedze­nia, nie­zbęd­nego sprzętu tury­stycz­nego i innych dro­bia­zgów, o któ­rych warto pomy­śleć zawczasu.

Za nie­spełna tydzień miał się skoń­czyć rok szkolny. Zwy­kle dla Jagny ozna­cza­łoby to upra­gnione waka­cje, choć zara­zem czas zaci­ska­nia pasa, bo wia­domo było, że pod­czas kani­kuły progi poradni psy­cho­lo­gicz­nej "Sie­bie" będą świe­ciły pust­kami. Dopiero pod koniec sierp­nia można się spo­dzie­wać napływu dzieci, któ­rych rodzice dojdą do wnio­sku, że oto nad­ciąga rok szkolny, potom­kowi przy­da­łoby się zatem orze­cze­nie o dys­lek­sji lub dys­kal­ku­lii, a naj­le­piej oby­dwa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki