Cuda naturalnego umysłu - Tenzin Wangyal Rinpoche

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Odkry­cie tybe­tań­skiej tra­dy­cji, któ­rej prak­tyka i dok­tryna nie różni się zasad­ni­czo od ducho­wych nauk czte­rech dobrze zna­nych szkół bud­dy­zmu tybe­tań­skiego, a która jed­nak nie nazywa się "bud­dyj­ską" i nie wywo­dzi się od indyj­skiego księ­cia Śakja­mu­niego, może zasko­czyć zachod­niego czy­tel­nika. Taką tra­dy­cją jest bon. Nie można okre­ślić jej mia­nem "bud­dyj­skiej", jeżeli bud­dyzm zde­fi­niu­jemy jako reli­gię pocho­dzącą od Oświe­co­nego Indyj­skiego Księ­cia. Nie­mniej jed­nak tra­dy­cja bon wywo­dzi się od buddy - Szen­raba Miło­cze - który według nauk bon żył i nauczał w Azji Cen­tral­nej 17 000 lat temu!

Pisząc tę książkę, nie chcia­łem zaj­mo­wać się histo­rycz­nymi korze­niami tra­dy­cji bon, jestem jed­nak prze­ko­nany o auten­tycz­no­ści jej ducho­wych nauk.

W pracy tej przed­sta­wiam zwłasz­cza tra­dy­cję dzog­czen, o któ­rej ist­nie­niu miesz­kańcy Zachodu dowie­dzieli się dzięki naukom szkoły ning­mapa, Jego Świą­to­bli­wo­ści Dalaj­lamy i innych tybe­tań­skich nauczy­cieli prze­by­wa­ją­cych na stałe i naucza­ją­cych na Zacho­dzie. W rze­czy­wi­sto­ści dzog­czen sam w sobie sta­nowi odrębny, kom­pletny zbiór nauk, ma wła­sny pogląd, medy­ta­cje i prak­tyki, które pozo­stają zasad­ni­czo nie­zmienne, nie­za­leż­nie od punktu widze­nia, z jakiego się je przed­sta­wia. W tej książce prze­ka­zuję nauki dzog­czen w spo­sób, w jaki roz­wi­nęły się one w tra­dy­cji bon, a adre­suję ją głów­nie do obec­nych i poten­cjal­nych prak­ty­ku­ją­cych. Dla­tego wła­śnie więk­szy nacisk poło­ży­łem na bez­po­śred­nie przed­sta­wie­nie tre­ści nauk, a nie na rys histo­ryczny czy kwe­stie tech­niczne. Sta­ra­łem się przed­sta­wić główne zało­że­nia dzog­czen w języku angiel­skim, nie posłu­gu­jąc się zbyt czę­sto ter­mi­no­lo­gią i fra­ze­olo­gią tra­dy­cyj­nych tek­stów tybe­tań­skich. Oczy­wi­ście nie udało mi się omi­nąć nie­któ­rych ter­mi­nów, sta­ra­łem się jed­nak wyja­śnić je zro­zu­mia­łym języ­kiem.

Przed­sta­wie­nie nauk dzog­czen w tak bez­po­średni spo­sób powinno być pomocne zarówno dla począt­ku­ją­cych, jak i zaawan­so­wa­nych prak­ty­ku­ją­cych. Od począt­ku­ją­cych bowiem nie wymaga szcze­gó­ło­wej zna­jo­mo­ści tra­dy­cji i ter­mi­no­lo­gii, z kolei dla osób zazna­jo­mio­nych z róż­nymi tek­stami i sys­te­mami ducho­wych nauk zwię­złe pod­su­mo­wa­nie naj­istot­niej­szych zagad­nień dzog­czen rów­nież może się oka­zać nie­zwy­kle pomocne. Taki pro­sty, bez­po­średni spo­sób prze­ka­zy­wa­nia nauk jest w isto­cie zgodny z duchem dzog­czen. Cho­ciaż tra­dy­cję tę można oczy­wi­ście przed­sta­wiać na wiele róż­nych spo­so­bów, jej naj­istot­niej­sze kwe­stie zawsze pozo­stają nie­zmienne.

Do napi­sa­nia tej książki skło­niły mnie moje doświad­cze­nia w naucza­niu dzog­czen na Zacho­dzie, zebrane w ciągu ostat­nich pię­ciu lat. Szcze­gólny nacisk poło­ży­łem na te zagad­nie­nia, które w moim prze­ko­na­niu są nie­zwy­kle ważne dla współ­cze­snych prak­ty­ku­ją­cych, mam jed­nak nadzieję, że docho­wa­łem wier­no­ści poglą­dowi dzog­czen. Nauki te nie sta­no­wią bowiem abs­trak­cyj­nego sys­temu filo­zo­ficz­nego, który ist­niałby nie­za­leż­nie od prak­ty­ku­ją­cych, cho­ciaż zasady dzog­czen zawsze pozo­stają nie­zmienne i czy­ste.

Tekst książki powstał na pod­sta­wie moich ust­nych nauk, opar­tych na Siang Siung Nin Dziu, nie sta­ra­łem się jed­nak wier­nie zacho­wy­wać struk­tury swych wykła­dów.

Powtó­rzę raz jesz­cze: książka powstała głów­nie z myślą o oso­bach zain­te­re­so­wa­nych zgłę­bia­niem dzog­czen jako ducho­wej ścieżki. Z trzech aspek­tów wszyst­kich bud­dyj­skich nauk - poglądu, medy­ta­cji i dzia­ła­nia - w dzog­czen zde­cy­do­wa­nie naj­waż­niej­szy jest pogląd. Ponie­waż więc w książce przed­sta­wiam głów­nie pogląd, wraż­liwy czy­tel­nik otrzyma dużą część nauk, stu­diu­jąc sam tekst. Trzeba jed­nak pamię­tać o tym, że aby poczy­nić postępy na ducho­wej ścieżce, konieczne jest potwier­dze­nie i pogłę­bia­nie wła­snego zro­zu­mie­nia przy wspar­ciu mistrza dzog­czen.

Chciał­bym podzię­ko­wać moim nauczy­cie­lom wywo­dzą­cym się z tra­dy­cji bon i tra­dy­cji bud­dyj­skiej, dzięki nim zdo­by­łem wie­dzę, którą zawar­łem w niniej­szej książce. Dzię­kuję rów­nież mojemu wydawcy, Andrew Lukia­no­wi­czowi, oraz Anne Klein i Char­le­sowi Ste­inowi za ich pomoc w przy­go­to­wa­niu ręko­pisu, Harvey­owi Aron­so­nowi za prze­czy­ta­nie go, Anthony'emu Cur­ti­sowi za przy­go­to­wa­nie słow­nika, Geo­r­gowi i Susan Quasha, wydaw­com Sta­tion Hill Press, za gościn­ność i współ­pracę pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia tek­stu do druku. Dzię­kuję rów­nież Namkhai Norbu Rin­po­cze za nie­oce­nioną pomoc, jakiej udzie­lił mi pod­czas pobytu na Zacho­dzie, a szcze­gól­nie we Wło­szech.

MOI RODZICE I WCZE­SNE DZIE­CIŃ­STWO

Kiedy w 1959 roku Chiń­czycy wkro­czyli do Tybetu, moi rodzice, któ­rzy pocho­dzą z róż­nych stron tego kraju, prze­do­stali się przez Nepal do Indii, tam się poznali i wzięli ślub. Mój ojciec Szampa Ten­tar był duchow­nym ning­mapy, tzw. dun­glu lamą (linii tra­dy­cji, która prze­ka­zy­wana jest w obrę­bie jed­nej rodziny z poko­le­nia na poko­le­nie). Moja matka Jeszie Lhamo prak­ty­ko­wała bon i pocho­dziła z sza­no­wa­nej rodziny z rejonu Hor, zamiesz­ki­wa­nego głów­nie przez wyznaw­ców bon. Jestem ich jedy­nym synem, uro­dzi­łem się w Amrit­sar w pół­nocno-zachod­nich Indiach. Wcze­sne dzie­ciń­stwo spę­dzi­łem w tybe­tań­skim przed­szkolu Tre­ling Kasang w Simla w pół­noc­nych Indiach. Po jego zamknię­ciu wszyst­kie dzieci posłano do róż­nych szkół, ja do dzie­sią­tego roku życia uczęsz­cza­łem do szkoły chrze­ści­jań­skiej.

Po śmierci ojca moja matka ponow­nie wyszła za mąż, mój ojczym był lamą bon. Zde­cy­do­wali, że powi­nie­nem prze­rwać naukę w chrze­ści­jań­skiej szkole. Naj­pierw kształ­ci­łem się więc u kagju­pów, od któ­rych otrzy­ma­łem imię Dzigme Dordże. Potem rodzice wysłali mnie do Dolanji w pół­noc­nych Indiach, do tybe­tań­skiej wio­ski bon. Życie wśród Tybe­tań­czy­ków było dla mnie zupeł­nie nowym doświad­cze­niem i stało się zna­czą­cym prze­ży­ciem.

ŻYCIE W DOLANJI

Po tygo­dniu pobytu w Dolanji zosta­łem mni­chem nowi­cju­szem. Ponie­waż mój ojczym był wpły­wo­wym lamą, mogłem pobie­rać nauki od dwóch oso­bi­stych nauczy­cieli. Jeden z nich, Lung­khar Gelong, nauczył mnie czy­tać, pisać oraz prze­ka­zał pod­stawy wie­dzy. Drugi nauczy­ciel, Gen Sing­truk, prze­ka­zał mi "świa­tową wie­dzę", dbał rów­nież o moje ubra­nie, goto­wał dla mnie itd. Był jed­nym z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych star­szych mni­chów.

Przez parę lat miesz­ka­łem z nimi w tym samym domu, zaczą­łem rów­nież stu­dio­wać rytu­alne tek­sty, pisać róż­nymi alfa­be­tami języka tybe­tań­skiego, uczyć się modlitw i inwo­ka­cji prak­tyk klasz­tor­nych. Mój nauczy­ciel Lung­khar Gelong wraz z nie­wielką grupą innych osób stu­dio­wał logikę i filo­zo­fię pod kie­run­kiem gesze Jung­drung Lan­giela, który miał tytuł gesze lha­rampa (naj­wyż­szego spo­śród gesze) zarówno w tra­dy­cji bon, jak i gelugpa. Póź­niej, kiedy przy­go­to­wy­wa­łem się do egza­mi­nów na sto­pień gesze, Jung­drung Lan­giel został moim głów­nym nauczy­cielem filo­zo­fii.

Okres spę­dzony z tymi dwoma mistrzami był jed­nym z naj­trud­niej­szych w całej mojej edu­ka­cji, ponie­waż ni­gdy nie mia­łem czasu na zabawy z rówie­śni­kami, cały czas musia­łem poświę­cić nauce. Byłem wręcz szczę­śliwy, kiedy mogłem goto­wać czy sprzą­tać, ponie­waż ozna­czało to prze­rwę w stu­dio­wa­niu. Kiedy widzia­łem, jak inni chłopcy uczą się w gru­pie, moja sytu­acja wyda­wała mi się jesz­cze gor­sza.

NAUKI SIANG SIUNG NIN DZIU

Kie­dyś jeden ze star­szych mni­chów w Dolanji popro­sił mistrza Lopona San­dzie Ten­zina Rin­po­cze o udzie­le­nie nauk Siang Siung Nin Dziu wywo­dzą­cych się z bon dzog­czen. Kiedy mistrz się zgo­dził, mój ojczym udał się do niego z pyta­niem, czy ja rów­nież mogę wziąć udział w tych naukach. Rin­po­cze wyra­ził zgodę, naka­zu­jąc mi roz­po­czę­cie nyn­dro (prak­tyk wstęp­nych), phoła i medy­ta­cję szine.

Aby osta­tecz­nie zostać dopusz­czo­nym do udziału w naukach, każdy z nas musiał opo­wie­dzieć mistrzowi swój sen, który miał sta­no­wić dobry lub zły znak. Nie­któ­rym nic się nie śniło, co uznano za zły omen. Mistrz pocze­kał, aż wszy­scy będą mieli sny, a następ­nie na ich pod­sta­wie radził prak­ty­ku­ją­cym, aby wyko­nali prak­tyki oczysz­cza­jące, usu­wa­jące prze­szkody, jak rów­nież pozwa­la­jące nawią­zać kon­takt ze Straż­ni­kami w celu otrzy­ma­nia od nich pozwo­le­nia na uzy­ska­nie nauk. Mnie śniło się, że jestem kon­tro­le­rem bile­tów w auto­bu­sie i spraw­dzam bilety, które wyglą­dają jak białe litery A napi­sane na kawałku mate­riału lub papieru w pię­ciu kolo­rach niczym pię­cio­ko­lo­rowe thi­gle. Mistrz uznał ten sen za pomyślny znak. Wresz­cie kil­ku­na­stu z nas, w tym Lopon Ten­zin Namdak Rin­po­cze, zaczęło otrzy­my­wać nauki Siang Siung Nin Dziu. Grupa skła­dała się z około pięt­na­stu mni­chów i jed­nego świec­kiego prak­ty­ku­ją­cego, wszy­scy oprócz mnie byli doro­śli, mieli ponad czter­dzie­ści lat.

Po ukoń­cze­niu dzie­wię­ciu cyklów nyn­dro wraz z dwoma innymi oso­bami zaczą­łem prak­tykę phoła. Prak­ty­ko­wa­li­śmy oddziel­nie, ja medy­to­wa­łem w spi­żarni w domu Lopona Ten­zina Namdaka. (Prak­tyka phoła polega na prze­nie­sie­niu świa­do­mo­ści w for­mie thi­gle przez otwór na czubku głowy.) W tym samym pomiesz­cze­niu prze­sze­dłem rów­nież odosob­nie­nie w ciem­no­ści. Ponie­waż nie prak­ty­ko­wa­łem zbyt inten­syw­nie, osią­gnię­cie pożą­da­nego rezul­tatu zajęło mi około tygo­dnia, wresz­cie jed­nak na sku­tek prak­tyki zmię­kło cie­mię i rze­czy­wi­ście na czubku mojej głowy poja­wił się otwór. Zanim jed­nak do tego doszło, przez kilka dni ran­kiem, nim przy­byli inni ucznio­wie, cho­dzi­łem do Lopona San­dzie Ten­zina, on przy­glą­dał się mojej gło­wie i stwier­dzał, że cie­mię jesz­cze nie zmię­kło. Moi przy­ja­ciele kpili ze mnie, mówili, że mam głowę jak kamień, a Lopon San­dzie Ten­zin pora­dził, abym wyko­nał prak­tykę phoła w oto­cze­niu mni­chów. Następ­nego dnia rano Lopon obej­rzał czu­bek mojej głowy i udało mu się wło­żyć do otworu źdźbło trawy kusia, które musi pozo­stać wypro­sto­wane w otwo­rze w cie­mie­niu na znak powo­dze­nia w prak­tyce. Źdźbło miało pra­wie trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów dłu­go­ści i pozo­stało wypro­sto­wane przez trzy dni. Cza­sami zapo­mi­na­łem, że je mam, i czu­łem ból, kiedy zdej­mo­wa­łem szatę przez głowę. Rów­nież kiedy w wietrzny dzień sze­dłem ulicą, czu­łem, jakby przez trawę prze­pły­wał prąd elek­tryczny wprost do środka mego ciała.

Lopon San­dzie Ten­zin Rin­po­cze

Po prak­tyce phoła przez dłuż­szy czas wyko­ny­wa­łem z Lopo­nem San­dzie Ten­zi­nem medy­ta­cję szine na literę A. Poprzez tę medy­ta­cję otrzy­ma­łem bez­po­śred­nie wpro­wa­dze­nie do dzog­czen.

Nauki dzog­czen otrzy­my­wa­łem przez trzy lata, z prze­rwami jedy­nie na gana­pu­dże i indy­wi­du­alne odosob­nie­nia. Były to święte nauki kanje (któ­rymi Straż­nicy opie­kują się w szcze­gólny spo­sób). Czę­sto nawet pomimo tego, że mistrz ma pozwo­le­nie Straż­ni­ków na udzie­le­nie nauk, jeżeli ktoś zła­mie śluby samaja lub nie ma sza­cunku dla nauk, mistrz otrzy­muje w snach znaki infor­mu­jące o nie­za­do­wo­le­niu Straż­ni­ków. Kiedy tak się działo, Lopon San­dzie Ten­zin na dzień lub dwa prze­ry­wał nauki, aby zro­bić oczysz­cza­jącą gana­pu­dżę Siang Siung Meri.

Lopon San­dzie Ten­zin nauczał zazwy­czaj w swoim dużym ośrodku w wio­sce Dolanji. W pobliżu grupka około pię­ciu mni­chów stu­dio­wała logikę i pro­wa­dziła debaty pod­czas przerw w klasz­tor­nych rytu­ałach. Przy­glą­da­łem się im bar­dzo pod­eks­cy­to­wany. Ponie­waż nie mogłem brać udziału w dys­pu­tach, zafa­scy­no­wany obser­wo­wa­łem wszyst­kie gesty i ruchy dys­ku­tu­ją­cych. Kiedy powie­dzia­łem im, czego się nauczy­łem na temat dzog­czen, nie rozu­mieli mnie, a kiedy z kolei oni mówili mi, nad czym deba­tują, ja nie wie­dzia­łem, o czym mówią. Ci ludzie otrzy­mali tytuł gesze w tym samym cza­sie co ja i mój nauczy­ciel czy­ta­nia i pisa­nia.

Lopon San­dzie Ten­zin miał nie tylko ogromną wie­dzę na temat dzog­czen, przez wiele lat stu­dio­wał rów­nież w klasz­to­rze Dre­pung zakonu gelugpa, był też uczniem mistrzów innych szkół bud­dy­zmu tybe­tań­skiego. Był surowy, nauki prze­ka­zy­wał w spo­sób nie­zwy­kle bez­po­średni, jasny i zro­zu­miały, nie uży­wa­jąc wielu słów. Czę­sto samo prze­by­wa­nie w gru­pie prak­ty­ku­ją­cych bar­dzo uła­twiało zro­zu­mie­nie nauk.

Po zakoń­cze­niu cyklu zasta­na­wia­li­śmy się, co powin­ni­śmy teraz robić. W owym cza­sie Lopon San­dzie Ten­zin bar­dzo pod­upadł na zdro­wiu, posta­no­wi­li­śmy więc popro­sić go o ponowne udzie­le­nie nauk Siang Siung Nin Dziu. Tak jak wymaga tego tra­dy­cja, Lopon roz­po­czął od bio­gra­fii mistrzów linii prze­kazu (wyja­śnia­nie zna­cze­nia i rezul­ta­tów prak­tyki w życiu mistrzów). Potem, ponie­waż nie był w sta­nie dalej udzie­lać nauk, powie­dział, że musimy je prze­rwać. Dodał, że roz­po­czę­cie nauk to bar­dzo dobry znak oraz że dal­sze nauki powin­ni­śmy otrzy­mać od Lopona Ten­zina Namdaka. Prze­ka­zał więc Lopo­nowi Ten­zi­nowi Namda­kowi to bar­dzo odpo­wie­dzialne zada­nie, zazna­cza­jąc, że każdy aspekt nauk, na przy­kład ryso­wa­nie man­dali itp., powi­nien trak­to­wać z taką samą uwagą. Lopon San­dzie Ten­zin zmarł kilka mie­sięcy póź­niej, w 1977 roku.

ŻYCIE Z LOPO­NEM TEN­ZI­NEM NAMDA­KIEM

Pamię­tam, jak zoba­czy­łem Lopona Ten­zina Namdaka, kiedy po raz pierw­szy przy­je­chał z Delhi. Wraz z kil­koma oso­bami posze­dłem go przy­wi­tać i od razu poczu­łem się z nim zwią­zany. Po jakimś cza­sie Lopon zawo­łał mnie i powie­dział, że ponie­waż jeden z bli­skich mu uczniów, Sze­rab Tsul­trim, zacho­ro­wał i wyma­gał opieki, powi­nie­nem zostać u niego i mu pomóc. Potem któ­re­goś dnia ran­kiem Lopon znowu wezwał mnie do sie­bie i powie­dział, że we śnie poja­wiło mu się bóstwo Midu Giampa Trangpo pod posta­cią czar­nego czło­wieka. Weszło do pokoju, uchy­liło zasłonę i wska­zu­jąc na mnie, powie­działo: "Powi­nie­neś zadbać o tego mło­dego czło­wieka, w przy­szło­ści będzie z niego wielki poży­tek". Lopon powie­dział, że to ważny sen, i dodał, że bóstwo to zwią­zane jest z Łalse Ngampa, jed­nym z pię­ciu głów­nych bóstw tan­trycz­nych tra­dy­cji bon, a ponie­waż naj­wy­raź­niej mam zwią­zek z tymi dwoma bóstwami, powi­nie­nem wyko­ny­wać ich prak­tyki ze szcze­gólną gor­li­wo­ścią.

Kiedy miesz­ka­łem u Lopona Ten­zina Namdaka, dbał on o mnie jak o wła­snego syna, spa­li­śmy w tym samym pokoju, Lopon goto­wał dla mnie, a nawet szył mi szaty. Przez jakiś czas tylko ja z nim miesz­ka­łem, potem dołą­czył do nas stary mnich Abo Taszi Tse­ring, który zajął się goto­wa­niem. Z cza­sem zamiesz­kało z nami rów­nież trzech innych chłop­ców i odtąd Lopon nazy­wał nas żar­to­bli­wie swo­imi "czte­rema synami bez matki". Jed­nym z tych chłop­ców, z któ­rym się zaprzy­jaź­ni­łem, był mój kolega ze stu­diów w Szkole Dia­lek­tyki. To wła­śnie on, gesze Nima Wan­gyal, w 1991 roku towa­rzy­szył Lopo­nowi w podróży na Zachód.

Kiedy po raz pierw­szy zamiesz­ka­łem z Ten­zi­nem Namda­kiem, miał on już tytuł Lopona. Uczęsz­czał na nauki Lopona San­dzie Ten­zina, ponie­waż pra­gnął odświe­żyć i pogłę­bić swoje zro­zu­mie­nie dzog­czen. Zazwy­czaj po nauki i ini­cja­cje cho­dzi­li­śmy razem. Cho­ciaż for­malne nauki dzog­czen Siang Siung Nin Dziu otrzy­ma­łem od mojego pierw­szego mistrza, Lopona San­dzie Ten­zina, naj­bar­dziej roz­wi­ną­łem się w cza­sie, który spę­dzi­łem z moim dru­gim mistrzem, Lopo­nem Ten­zi­nem Namda­kiem.

Wcze­sny okres doj­rze­wa­nia aż do osią­gnię­cia peł­nej doj­rza­ło­ści spę­dzi­łem w towa­rzy­stwie Lopona. Był on dla mnie ojcem, matką, przy­ja­cie­lem, nauczy­cie­lem i opie­ku­nem. Stwo­rzył mi wspa­niałe moż­li­wo­ści roz­woju fizycz­nego, emo­cjo­nal­nego i ducho­wego. Poza for­mal­nymi zaję­ciami, każda chwila spę­dzona w jego obec­no­ści była Nauką.

W cza­sie, kiedy u niego miesz­ka­łem, pozna­łem Namkhaja Norbu Rin­po­cze, który przy­je­chał, aby otrzy­mać od Lopona ini­cja­cje Siang Siung Meri. Rin­po­cze podró­żo­wał wów­czas po Indiach wraz z grupą Wło­chów, któ­rzy krę­cili film o medy­cy­nie tybe­tań­skiej. Ini­cja­cja Siang Siung Meri jest nie­zbędna, aby roz­po­cząć stu­dio­wa­nie i prak­ty­ko­wa­nie nauk Siang Siung Nin Dziu. Do Norbu Rin­po­cze przy­cią­gnęła mnie jego nie­zwy­kła otwar­tość, ogrom pracy, jaką wyko­nał w celu udo­stęp­nie­nia nauk dzog­czen na Zacho­dzie, a szcze­gól­nie fakt, że był zupeł­nie wolny od kul­tu­ro­wego uprze­dze­nia wobec reli­gii bon.

SZKOŁA DIA­LEK­TYKI

Lopon San­dzie Ten­zin zaży­czył sobie, aby po jego śmierci pozo­sta­wione przez niego pie­nią­dze zostały prze­zna­czone na zało­że­nie Szkoły Dia­lek­tyki, któ­rej absol­wenci otrzy­my­wa­liby sto­pień gesze (odpo­wied­nik dok­tora filo­zo­fii i nauk meta­fi­zycz­nych na zachod­nich uni­wer­sy­te­tach). Pierw­szym nauczy­cie­lem szkoły został Lopon Ten­zin Namdak, filo­zo­fii i logiki zaś zaczął nauczać gesze lha­rampa Jung­drung Lan­giel. Byłem jed­nym z pierw­szych dwu­na­stu stu­den­tów tej szkoły. Pro­gram stu­diów obej­mo­wał naukę dia­lek­tyki, filo­zo­fii, logiki, poezji (w kon­kur­sach poetyc­kich zbie­ra­łem laury), gra­ma­tyki, astro­lo­gii tybe­tań­skiej i medy­cyny. Uczęsz­cza­li­śmy rów­nież na kurs dys­ku­to­wa­nia, sztuka ta tak bar­dzo mnie fascy­no­wała, że bie­gle ją opa­no­wa­łem.

Po pew­nym cza­sie wybrano mnie na prze­wod­ni­czą­cego grupy sze­ściu repre­zen­tan­tów szkoły (oprócz mnie grupę tę two­rzyli wice­prze­wod­ni­czący, sekre­tarz, zastępca sekre­tarza, skarb­nik i geko, który był odpo­wie­dzialny za dys­cy­plinę). Spo­ty­ka­li­śmy się co dzie­sięć dni, a z innymi stu­den­tami raz w mie­siącu. Byli­śmy odpo­wie­dzialni za admi­ni­stra­cję szkoły, pla­no­wa­nie kur­sów i roz­kła­dów zajęć. Zarząd klasz­toru zapew­niał nam dwa posiłki dzien­nie i her­batę, a mistrzo­wie nas uczyli. Moja pozy­cja w szkole dała mi moż­li­wość wpro­wa­dze­nia pew­nych inno­wa­cji do pro­gramu, na przy­kład kursu twór­czego pisa­nia i dys­put mię­dzy kla­sami.

Pro­gram naucza­nia był bar­dzo napięty, ni­gdy nie mie­li­śmy usta­lo­nego dnia wol­nego, zawsze sześć dni spę­dza­li­śmy na zaję­ciach i przez sześć wie­czo­rów deba­to­wa­li­śmy. Szó­stego wie­czoru dys­puta trwała do trze­ciej nad ranem. Potem wypa­dał wolny dzień, ale jeśli w ciągu sze­ściu dni nauki któ­ryś nale­żało poświę­cić na spe­cjalną prak­tykę, tra­ci­li­śmy wolny czas. Codzien­nie na naukę poświę­ca­li­śmy jede­na­ście godzin z bar­dzo krót­kimi prze­rwami. Rano od ósmej do dwu­na­stej uczył nas Lopon Ten­zin Namdak, po dru­gim śnia­da­niu przez pół godziny wykła­dał Siang Siung Nin Dziu, tak więc w ciągu dzie­wię­ciu lat udało mu się zakoń­czyć prze­ka­zy­wa­nie wszyst­kich nauk. Po połu­dniu mie­li­śmy zaję­cia z Lopo­nem do godziny czwar­tej lub pią­tej. Potem Lopon wra­cał do swo­jego pokoju, aby medy­to­wać w ciem­no­ści, a my kon­ty­nu­owa­li­śmy wie­czorną sesję dys­put. Kiedy koń­czy­łem zaję­cia, bie­głem do domu i zapa­la­łem świa­tło w jego pokoju, a wtedy Lopon zakry­wał dłońmi oczy. Potem udzie­lał nauk mnie i Abo Taszi Tse­rin­gowi, po czym albo razem prak­ty­ko­wa­li­śmy, albo po pro­stu sia­da­li­śmy i roz­ma­wia­li­śmy.

Lopon Ten­zin Namdak Rin­po­cze

Cza­sami po zaję­ciach odwie­dza­łem moją matkę, która miesz­kała nie­da­leko, w Dolanji. Aby tam dotrzeć, musia­łem prze­być drogę, która była ponoć nawie­dzana przez demony. Lopon Ten­zin Namdak sta­wał wów­czas przed domem i nie­ustan­nie powta­rzał, abym się nie bał. Kiedy odda­li­łem się na tyle, że nie sły­sza­łem jego głosu, pozo­stały odci­nek aż do domu mojej matki bie­głem. Ponie­waż nie zosta­wałem u niej na noc, kiedy sze­dłem z powro­tem, aby wró­cić do domu Lopona, ona z kolei cały czas do mnie mówiła, a kiedy jej głos przesta­wał do mnie docho­dzić, zaczy­na­łem biec i w taki spo­sób poko­ny­wa­łem drogę powrotną.

Lopon budził mnie wcze­śnie rano, cza­sami tylko budzi­łem się przed nim, aby powtó­rzyć tek­sty, któ­rych nauczy­łem się na pamięć poprzed­niego dnia, lub pisać wier­sze.

Po kilku latach liczba stu­den­tów wzro­sła do ponad 60 osób, a ponie­waż dwóch nauczy­cieli nie podo­ła­łoby pracy, sam zaczą­łem nauczać. Jed­nym z moich pierw­szych uczniów był obec­nie naucza­jący w Dolanji Lopon Jan­gal Tse­łang, który pocho­dzi ze zna­nej rodziny dża­lu­pów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki