ROZDZIAŁ 2
Jako istota z natury pogodna, urodzona optymistka kochająca cały świat, Helena Botula nie poddawała się łatwo. Studia w Poznaniu i mieszkanie w akademiku nauczyły ją, że ludzie są różni, wcale nie wszyscy tak sympatyczni jak jej kuzynostwo oraz koleżanki z małomiasteczkowego liceum, ale też do każdego istnieje jakiś klucz i cała trudność polega tylko na tym, żeby dopasować ten właściwy, zamiast bezcelowo wiercić w dziurce niedobranym, za dużym lub za małym.
Raźnym krokiem wróciła do pokoju babci Mieczysławy.
- Życzysz sobie może, babciu, do toalety? - zapytała, widząc, że tamtej drgają powieki, co zapewne oznaczało, że raptem przed sekundą zostały zamknięte. - Bo jeśli nie, to ja teraz pójdę do siebie i zacznę porządkować te wszystkie pudełka.
Oczy babci otworzyły się i nieprzyjazne spojrzenie spoczęło na twarzy wnuczki. Staruszka nie odezwała się jednak.
- Muszę wygospodarować miejsce na moje rzeczy - ciągnęła Lena. - Będę spała na składanym materacu w małym pokoju, tam też chciałabym mieć najpotrzebniejsze ubrania. Resztę mogę trzymać w szafkach w meblościance, o ile się zmieszczą, jeszcze nie zaglądałam. Gdzie przechowujesz ręczniki? Bo po przemeblowaniu chciałabym się umyć.
Nie było odpowiedzi, natomiast babcia zamknęła oczy. Aha, więc to tak. Pewnie jest zła, że zaczynam się szarogęsić. Twardy orzech do zgryzienia, pomyślała Lena.
- Rozumiem, że nie chce ci się do toalety. Pić ani jeść także chyba nie, bo coś byś chyba powiedziała. W takim razie idę do siebie.
Resztę przedpołudnia dziewczyna spędziła, ścierając kurz z pudełek oraz - zgodnie z wcześniejszym postanowieniem - porządkując je w logiczny sposób i opisując zawartość, żeby na wypadek, gdyby babcia zażyczyła sobie na przykład makreli w sobie pomidorowym, nie musieć przekładać wszystkiego od nowa.
Znalazła dwie prawie puste szafki w meblościance, tam więc umieściła rzadziej noszone ubrania - zaś te, które zakładała na co dzień, zostawiła w kartonach. Wreszcie uznała, że urządziła się całkiem nieźle, przejrzała resztę mebli w poszukiwaniu ręczników i wzięła kąpiel, z ulgą stwierdzając, że z kranu leci ciepła woda, choć nikt nie napalił w piecu.
- Nie jest tak źle - powiedziała do swojego odbicia w lustrze, rozczesując długie, jasne włosy. - Damy sobie radę.
Wyszła z łazienki, uchyliwszy wcześniej okno, bo w mieszkaniu czuło się nadmiar wilgoci.
- Babciu, robię obiad - powiedziała, zaglądając do sypialni starszej pani. - Masz jakieś konkretne życzenie?
Odpowiedzi nie było, staruszka tylko spojrzała apatycznie na dziewczynę. Miałam zaprowadzać ją do toalety, przypomniała sobie Lenka, a już sporo czasu minęło.
- Chodź, wstaniemy, zrobisz siusiu - powiedziała i, nie zważając na obojętność babci, podniosła kołdrę. - Nie patrz na mnie w ten sposób, nie chcę ci zrobić krzywdy, tylko pomogę ci pójść do ubikacji.
Babcia zacisnęła powieki tak mocno, że wokół oczu utworzyła jej się gęsta siateczka zmarszczek.
- Nie żartuj sobie - ciągnęła niezrażona Lena. - Pielęgniarka powiedziała wyraźnie, że mocz nie może zalegać. A ja wiem, co się dzieje, jak zalega. Opowiadała mi koleżanka, która nie mogła się wysikać po porodzie. Zrobią ci cewnikowanie, włożą do cewki moczowej taką grubą, metalową rurkę. Podobno są też nowocześniejsze, plastikowe, ale one ciągle się zaginają i boli jeszcze bardziej. No więc wsadzili jej tę metalową, grubą jak najgrubsze szydełko, i jak wetknęli, to siuśki same popłynęły. Nikt się nie przejmował, że ona wrzeszczy z bólu, ważne żeby bakterie się nie namnożyły w pęcherzu, sama rozumiesz.
Babcia otworzyła oczy. Nie odezwała się, ale jakimś cudem Lenka zrozumiała, że zgadza się pójść z nią do toalety. Dziewczyna chwyciła ją za ręce, potem pod pachy i z wysiłkiem podniosła babcię do pozycji siedzącej.
- Pierwsze koty za płoty, babciu - powiedziała. - Muszę się wszystkiego nauczyć. No, dawaj. Podobno prawą stronę masz słabszą, ale lewą całkiem sprawną. Wstajemy i krok po kroczku, do kibelka.
Babcia fuknęła, ale nic nie powiedziała. Powoli, z trudem wysunęła do przodu prawe biodro. Lena trzymała ją z całej siły pod ramię, drżąc ze strachu, że staruszka upadnie i rozbije sobie głowę. Nic takiego się jednak nie stało. Babcia zrobiła krok, potem drugi, dała się zaprowadzić do ubikacji, sama zsunęła sobie bieliznę i usiadła na sedesie. Lena odwróciła się, podeszła do umywalki i puściła strumień wody, żeby zapewnić jej minimum intymności.
Po wyprawie do łazienki, która naprawdę była "wyprawą", bo razem z dojściem z powrotem do łóżka i wygodnym ułożeniem babci zajęła ponad dwadzieścia minut, Lena zabrała się za gotowanie obiadu. W kuchni czuła się pewnie, uczyła się gotować od dzieciństwa, a przez ostatnie pół roku, czyli od utraty pracy, pichciła obiady dla mamy i taty. Sprawdziła zawartość lodówki, a ponieważ nie znalazła nic poza jajkami i napoczętym słoiczkiem dżemu, postanowiła udać się na zakupy. Zajrzała do staruszki, żeby jej o tym powiedzieć, jednak babcia pochrapywała cichutko.
Lenka podsuszyła włosy i związała je w koński ogon, wzięła wiszący na haczyku w przedpokoju klucz z breloczkiem przedstawiającym delfina, po czym wyszła z domu i usiłowała zamknąć drzwi. Próbowała kilkakrotnie, jednak choć klucz wchodził w dziurkę, nie udało się go przekręcić ani w jedną, ani w drugą stronę.
Zdezorientowana wróciła do mieszkania i odwiesiła klucz na haczyk. Potem rozejrzała się trochę. Intuicja podpowiadała jej, że właściwy klucz nie może znajdować się gdzieś w głębi mieszkania, a raczej w pobliżu drzwi. Rzeczywiście, na lodówce, w tym samym koszyczku, gdzie ułożono blistry babcinych tabletek, widniał pęk kluczy związanych wyświeconym ze starości rzemykiem. Spróbowała. Tym razem się udało. Dziewczyna obejrzała pozostałe: jeden średniej wielkości i dwa zupełnie malutkie, zapewne przeznaczone do skrzynki na listy albo otwierające jakieś maleńkie kłódki. Trzeba będzie się zorientować, do czego służy tamten z delfinkiem. Tymczasem jednak nie miała do tego głowy - wyszła z budynku i postawiła kołnierz kurtki, ponieważ wiatr znów zawiał z ogromną siłą.
Postanowiła się przejść, gdyż uznała, że w ten sposób pozna miasteczko znacznie lepiej, niż poruszając się po nim samochodem. Zresztą nie miała ochoty kłopotać się o miejsce do parkowania.
Lubsko było rodzinnym miastem jej ojca i na podstawie jego relacji Lena wytworzyła sobie jakie takie wyobrażenie na temat tej miejscowości. Opowiadał o tym, jak po zmianie ustroju wszystko tu umierało: jak z dnia na dzień ludzie potracili pracę, a bezrobocie w pewnym momencie sięgało czterdziestu procent. Jak przestały działać zakłady włókiennicze, zamknięto stację kolejową, a budynki dawnych fabryk rozkradziono, zarówno w sensie maszyn i sprzętu, jak i dosłownie - rozebrano na cegły. Przedtem trudno jej było w to uwierzyć, a jednak teraz, kiedy szła w dół ulicy w stronę wiaduktu, minęła ruiny czegoś, co kiedyś faktycznie mogło być wielkim zakładem przemysłowym.
Lena była jednak osobą, która nawet na dnie przepaści znalazłaby powód do radości. Odwróciła wzrok od zasłanego gruzami placu i skierowała go na drugą stronę ulicy, gdzie uśmiechały się do niej wizerunki postaci z kreskówek, umieszczone w oknach przedszkola. Odwzajemniła uśmiech, nie zważając na zdziwienie mijającego ją mężczyzny, i zaciekawiona poszła dalej.
Wkrótce zwiedziła całe centrum niewielkiego miasteczka. Wiedziała już, gdzie znajduje się poczta, znalazła cztery sklepy mięsne (w jednym z nich kupiła mielone na pulpety), Biedronkę, Netto i Eko, a także niewielki deptak z kilkoma butikami. Następnie udało jej się zlokalizować księgarnię, dwa sklepy obuwnicze, kilka aptek, pogotowie ratunkowe i sklepik rybny. Zapytała przechodnia o ośrodek zdrowia, ale niestety nie udało jej się zrozumieć odpowiedzi - wynikało z niej bowiem, że nie ma jednego takiego miejsca, lecz kilka. Adres, pod który trzeba się udać w razie choroby, zależy od wybranego lekarza rodzinnego. W jej rodzinnym Karbowie była jedna maleńka przychodnia i jeden lekarz, toteż Lenka poczuła się przez chwilę zdezorientowana. Co zrobi, jeśli babcia gorzej się poczuje? Po chwili jednak z wrodzonym sobie optymizmem stwierdziła, że przecież ma numer telefonu do pielęgniarki. W razie czego zadzwoni i wszystkiego się dowie.
Ta myśl sprawiła, że dziewczyna porzuciła dalsze zwiedzanie miasteczka. Przecież gdyby babcia potrzebowała pomocy, nie wstanie sama do aparatu (Lena widziała telefon stacjonarny w przedpokoju). Trzeba będzie kupić staruszce komórkę, oczywiście kiedy już zacznie mówić. Tymczasem zaś pora wracać do domu i wziąć się za obiad. Pulpety w delikatnym sosie pieczarkowym zaprawionym śmietaną kremówką, ziemniaczki i surówka z czarnej rzepy na słodko - takie menu ustaliła na dzisiaj. Najważniejsze to zrobić dobre pierwsze wrażenie. Potem już jakoś pójdzie.
Babcia pozwoliła się posadzić, doprowadzić do stołu, a potem zjadła dwa pulpety i trochę utłuczonych ziemniaków. Czynność ta wyraźnie ją zmęczyła, więc wnuczka postanowiła ją trochę pokarmić. Staruszka specjalnie nie kręciła nosem, tylko fuknęła raz i drugi na surówkę, z czego Lena wywnioskowała, że albo nie jest wielbicielką czarnej rzepy, albo nie lubi słodkawych dodatków do obiadu.
- Musisz jeść - pouczyła ją. - Właśnie surówkę, babciu. To jest cały bukiet witamin, no i czysty błonnik. Pani Alina wyraźnie powiedziała, że mam pilnować pracy jelit.
Staruszka nie odpowiedziała, natomiast spojrzenie, które posłała wnuczce, wyrażało najczystszą pogardę. Lena aż się wzdrygnęła, postanowiła jednak udawać, że się nie przejmuje.
- Teraz połóż się, a ja zaparzę ci herbaty ziołowej i pozmywam. Może zechcesz się zdrzemnąć.
Mieczysława zamknęła oczy, kiedy tylko przyjęła pozycję leżącą. Lena wywnioskowała z tego, że towarzystwo nie jest czymś, czego starsza pani sobie w tej chwili życzy. Zresztą dziewczyna także miała ochotę na odrobinę samotności. Pozmywała, zaparzyła ziółka dla babci i udała się do pokoju, który od teraz - na czas nieokreślony - miał stać się jej królestwem.
Z ulgą wzięła przywiezionego z domu laptopa i położyła się na rozłożonym materacu. Nie zdawała sobie sprawy, że prowadzanie staruszki do łazienki czy do stołu i z powrotem może być takie męczące. Mimo że babcia Miecia była szczupłą, zasuszoną kobietą, ważyła swoje. Lena ze strachem pomyślała, jak by to wyglądało, gdyby staruszka rzeczywiście się roztyła, tak jak mówiła pielęgniarka. Wtedy do opieki nad chorą byłby chyba jednak potrzebny ojciec.
Właściwie decyzja o tym, że to młodziutka Helena pojedzie do Lubska, by zająć się babcią, zapadła dosłownie przed dwoma dniami. Kiedy rodzina Botulów dowiedziała się o wylewie, było oczywiste, że matką zaopiekuje się Aleksander, jedyny syn Mieczysławy. Natychmiast wsiadł w samochód i jeszcze tego samego dnia był przy matce w szpitalu. Lekarze powiedzieli mu, że to udar, że na szczęście nie uczynił jakichś wielkich szkód i są zupełnie realne szanse na to, że staruszka wróci niemal do pełnej sprawności. Początkowo opadał jej kącik ust, miała wciąż zamknięte prawe oko i nie poruszała wcale prawą nogą ani ręką, ale już po kilku dniach widać było znaczącą poprawę.
Kiedy wypisano ją ze szpitala, Aleksander długo rozmawiał z lekarzami, zasięgnął porady fizjoterapeuty, po czym wynajął pielęgniarkę, zapłacił jej za całodobową opiekę nad matką i wrócił do domu, aby naradzić się ze swoimi kobietami - żoną i córką. Było oczywiste, że rehabilitacja staruszki może potrwać wiele tygodni, a nawet miesięcy. Być może już nigdy nie będzie w pełni sprawna i mimo optymistycznych prognoz lekarzy należało brać pod uwagę również taki scenariusz. Trzeba było coś postanowić: zabrać ją do siebie albo zapewnić jej stałą opiekę. To pierwsze ze względów emocjonalnych nie wchodziło w rachubę. Z powodu swojego przykrego charakteru babcia nigdy nie nawiązała nie tylko serdecznego, ale w ogóle żadnego kontaktu z synową i wnuczką. Poza tym zabranie jej z dobrze znanego środowiska, z miasteczka, w którym spędziła całe życie, do obcej wsi, w nieznane otoczenie, wydawało się po prostu nie w porządku. Aleksander rozważał wynajęcie całodobowej profesjonalnej opieki, jednak byłyby to ogromne koszty, poza tym trudno było wymagać, aby ktoś zgodził się na stałe zamieszkać z obcą sobie osobą.
- Ja mogę - odezwała się wówczas Lenka. - I tak jestem bez pracy, sterczę tu jak kołek w płocie i tylko popadam w marazm. Pojadę, poznam nowe miejsce, może spotkam fajnych ludzi. A kto wie, jak babci się poprawi, to może się gdzieś tam zahaczę do pracy...
- Nie wiem, córuś - powiedziała z powątpiewaniem mama. - Babcia, kiedy już się jej ... jak to określiłaś... poprawi, może nie chcieć, żebyś z nią została.
- Przecież mnie nie o to chodziło... - Helena zaczerwieniła się gwałtownie. - Nie o darmowe lokum. Ale jak już się tam zadomowię, poznam ludzi, zorientuję się w rynku pracy, to... Zapewne wynajmowanie kawalerki w takim małym miasteczku nie będzie szczególnie drogie, prawda? Nie ma porównania z Poznaniem.
- To na pewno - zgodził się tata.
- No więc widzisz. Ustalone. Pakuję się i jadę.
- Będę ci płacił - zastrzegł jeszcze ojciec. - Na pielęgniarkę wydałbym fortunę, tobie oczywiście zapłacę mniej, córuś, ale...
- Tato, nie mówmy o pieniądzach - zaprotestowała Lenka.
W końcu jednak stanęło na tym, że jakieś pieniądze dziewczyna będzie od ojca otrzymywać, choćby po to, żeby miała z czego odkładać na swoją świetlaną przyszłość. Bo że będzie świetlana, jako optymistka wierzyła bardzo mocno.
W dwa dni pożegnała się z dotychczasowym życiem, spakowała najważniejsze rzeczy i najukochańsze książki, wsiadła w starego opla corsę, który i tak przeważnie stał bezużytecznie na podwórku, a jeździło się nim jedynie na targ (wszyscy uznali, że Lena musi mieć w Lubsku samochód, na przykład by móc wozić babcię do lekarza) i wyruszyła na zachód, pod niemiecką granicę, do miasteczka o nazwie Lubsko.
Teraz, siedząc w zagraconym pokoju, w którym trudno było znaleźć choć odrobinę przytulności, i patrząc w zadumie na wyświetlacz telefonu, Lenka pożałowała swojej decyzji. Poczuła się straszliwie samotna. Może gotować, sprzątać, może prowadzać babcię do toalety, myć ją i karmić, wszystko może, nawet spać wśród puszek z paprykarzem i słoików z domową kiełbasą, ale nie wytrzyma bez towarzystwa, bez choćby jednej przyjaznej duszy!
Wybrała numer ojca.
- No, co tam? - zapytał z niepokojem. - Jak babcia?
- Babcia spoko. To znaczy nie wiem, czy spoko, bo się nie odzywa, ale przecież spodziewałam się tego. Zjadła obiad, wysiusiała się, teraz śpi.
- To dobrze. Pielęgniarka pokazała ci lekarstwa? Wszystko sobie zapisałaś?
- Tak, tato, wszystko wiem. Nie martw się.
- Musisz trochę powalczyć z kanapą w dużym pokoju, zapomniałem ci powiedzieć. Ja pod nieobecność babci spałem w jej sypialni, ale ty się urządź w gościnnym. Tę kanapę trzeba mocniej szarpnąć w górę, wtedy się otwiera.
- Nie, już sobie wymościłam gniazdko wśród pudełek w tym najmniejszym pokoju. Wiesz, w spiżarce czy jak to nazwać. Będę spać na amerykance.
- Daj spokój, przecież będzie ci niewygodnie. Śmiało, szarpnij za dolną część i kanapa się otworzy. W dużej szafie na dole jest kołdra i poducha, a pościel schowałem w szafce z ręcznikami, po prawej stronie.
- Wiem, już znalazłam.
- No dobrze. Zresztą przyjadę w sobotę, to pomogę ci we wszystkim. Jest coś, co szczególnie by ci się przydało?
- Telefon. Mam na myśli komórkę dla babci. Bo wiesz, jak wychodzę na zakupy, to ona w razie gorszego samopoczucia nie dojdzie do przedpokoju, żeby zadzwonić.
- Póki co i tak by nie zadzwoniła, nawet mając komórkę. Nie mówi i nie reaguje, więc jakim cudem nauczysz ją obsługiwać telefon?
- Może masz rację...
Zamilkli na chwilę. Lena chciwie wsłuchiwała się w odgłosy w tle. To pewnie mama trzaska garnkami w kuchni...
- Trzymasz się jakoś? Początki są trudne, Helenko...
- E tam, tato. Dam sobie radę, tylko... Pewnie uznasz, że to bzdura, ale po prostu zwariuję, jeśli nie będę miała do kogo ust otworzyć. Jakoś wcześniej o tym nie pomyślałam. Okropnie tu pusto.
Aleksander westchnął. Zawsze zastanawiała go ludzka potrzeba łączenia się w stada. On sam był samotnikiem, wystarczały mu do szczęścia żona i córka. Nie miał kolegów, z którymi wychodziłby na piwo, nie odczuwał potrzeby utrzymywania kontaktów z kimkolwiek poza matką, ale tu trudno było mówić o potrzebie, robił to raczej z poczucia obowiązku. Z kolei Lenka, która przez całe życie mieszkała w niewielkiej wsi i tęskniła za towarzystwem oraz zabawą, nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez przyjaciół.
- Może przejdź się gdzieś po południu, do kina, do biblioteki. Myślę, że od czasu do czasu możesz babcię zostawić na godzinę czy dwie, zresztą i tak będziesz przecież musiała chodzić na zakupy...
- A jakich tu mam sąsiadów? - zainteresowała się Lena. - Bo nikogo jeszcze nie spotkałam.
- Naprzeciwko ciebie mieszka jakaś ruda. Babcia zawsze mówiła o niej, że lafirynda, ale wiesz, jaka jest babcia.
- Wiem. To znaczy... Domyślam się, że to wcale nie musi być lafirynda.
- Nie musi. Na górze mieszkają Markiewiczowie, małżeństwo z dziećmi, jeśli dobrze pamiętam chłopiec i nastoletnia dziewczyna. Babcia zawsze się wściekała, że to niegrzeczne bachory, głośne i niewychowane. A mieszkanie nad tobą zajmuje pani Klara, taka trochę zdziwaczała wdowa. O ile wiem, od dawna skłócona z moją matką.
- O co?
- Nie mam pojęcia. Kiedy byłem dzieckiem, nie interesowało mnie to, po prostu przyjmowałem do wiadomości, że pani Klara jest zła, brzydka, ma wąsy i mówi okropnie grubym głosem. A teraz ostatnio, jak przyjeżdżałem w odwiedziny, to sama rozumiesz, starałem się trzymać dystans do całej sprawy. Podejrzewam, że może chodzić o psy. Pani Klara zawsze miała jakąś znajdę, jak nie kundla, to ratlerka czy innego jamnika.
- Psy? - powtórzyła Lenka z niedowierzaniem.
- Tak. Babcia nienawidzi psów. I kiedy mówię: "nienawidzi", mam na myśli dokładnie to. Nienawiść.
- Aha, rozumiem. To znaczy nie, nie rozumiem, jak można nienawidzić psów, ale mniejsza o to.
- Tak czy owak, wydaje mi się, że ta ruda z naprzeciwka będzie w miarę przyjaźnie nastawiona. Jest wprawdzie sporo starsza od ciebie, ale zawsze przyjemniej ci będzie, jeśli będziesz miała do kogo zagadać.
- Dobrze, któregoś dnia zajrzę tam do niej i spróbuję zawrzeć znajomość. A tato...
- Tak, córeczko?
- Kto mieszka na poddaszu? Tam gdzie te anioły?
- Nie mam pojęcia. Kiedyś to był wspólny strych, z jednej strony gromadziło się stare graty, a z drugiej wieszało pranie, bo był przewiew. Parę lat temu ktoś wykupił całe poddasze i urządził tam mieszkanie. Ale nigdy nie widziałem tego kogoś. Nawet nie wiem, czy ostatecznie się wprowadził, czy to jest może na sprzedaż. A dlaczego pytasz?
- Nie, nic. Tak sobie myślałam, że musi być fajny widok z tego małego okienka...
- Fajny. - Ojciec momentalnie się ożywił. - Przy tym właśnie oknie zapaliłem pierwszego w życiu papierosa...
Urwał, zakaszlał nagle, przypomniał córce o telefonie do matki i czym prędzej się pożegnał.
Lenka się roześmiała. Doskonale wiedziała, że jej tata dojrzewał w sposób, delikatnie mówiąc, buntowniczy. Eksperymenty z alkoholem, papierosy, wagary i ucieczki z domu. Czasem myślała, że gdyby ona sama miała taką oschłą matkę, gdyby miała dorastać bez miłości, także zaczęłaby się buntować. Tymczasem od dnia narodzin otaczały ją ciepło, akceptacja i poczucie, że jest upragnioną, ukochaną córką. Przeciw czemu tu się buntować? Nic dziwnego, że kiedy Lena świętowała swoje osiemnaste urodziny, pierwszego w życiu drinka wypiła z rodzicami.
Poprosiła jeszcze do telefonu mamę, opowiedziała o swoim pierwszym dniu z babcią, a potem wróciła do obowiązków.
Ugotowała budyń i nakłoniła staruszkę do jedzenia, zaprowadziła ją do toalety, dopilnowała połknięcia lekarstw, posprzątała trochę w kuchni i łazience, a potem poczytała na głos okropnie banalny romans historyczny Eloisy James, który znalazła na półce nad telewizorem w pokoju gościnnym. Wieczorem usmażyła jajecznicę, a kiedy babcia zjadła, wnuczka umyła ją szmatką maczaną w misce z ciepłą wodą. Było to bardzo krępujące. Lenka miała wrażenie, że jednakowo dla obu stron. Wiedziała jednak, że za każdym kolejnym razem będzie łatwiej.
Po ponownej wizycie w toalecie starsza pani poszła spać, zaś Helena udała się do kuchni. Zaparzyła sobie kubek mocnej herbaty i usiadła na taborecie.
Co mnie gnębi, pomyślała, co mi chodzi po głowie? Dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że nie daje jej spokoju to, o czym wspomniał tata w rozmowie telefonicznej: że babcia była skłócona ze wszystkimi sąsiadami. Lenka lubiła ludzi. Zawsze z satysfakcją myślała o tym, że nie ma wrogów. Świadomość, że będzie postrzegana jako krewna kogoś antypatycznego i złośliwego, jako ktoś podobny do babci, nie bardzo jej się podobała. Postanowiła temu zaradzić: mogłaby upiec jakieś smaczne ciasto i zanieść je sąsiadom, przedstawić się i może nawet zaprzyjaźnić. Zacznie od rudej z naprzeciwka, potem ta staruszka z psem, a na koniec rodzina z dziećmi.
Babcia Miecia zasnęła, więc Lenka uchyliła drzwi, na wypadek gdyby staruszka w nocy potrzebowała pójść do toalety i wzywała w jakiś sposób wnuczkę.
Wszystko się ułoży, myślała dziewczyna, kiedy zasypiała. Jutro będzie nam łatwiej, obydwóm, mnie i babci. Bo przecież dla niej to też nie jest komfortowa sytuacja. Nie zna mnie, nie ufa mi. Z jakiegoś powodu nie darzy sympatią ludzi ani psów. Czy jest coś, co lubi? A jeśli nie, to dlaczego? Jaki trzeba mieć problem, wielki problem, ogromny, żeby nikogo i niczego nie lubić?