Cuda - Elena Medel
39.99 zł
33.19 zł
(27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Grzebie w kieszeniach, ale nic tam nie znajduje. Te w spodniach są puste, w płaszczu też - nawet zmiętej, wilgotnej chusteczki higienicznej. W portfelu ma tylko jedno euro, do tego jeszcze dwadzieścia centów. Nie będzie potrzebowała pieniędzy aż do końca zmiany, ale czuje się nieswojo, nie mając przy sobie prawie nic. Pracuje na dworcu, w kiosku z kanapkami i słodyczami, tym koło toalety - tak się zwykle przedstawia. Za wybranie pieniędzy z któregoś z bankomatów na dworcu Atocha musiałaby zapłacić prowizję, wysiada więc z metra na wcześniejszej stacji, żeby wyjąć z banku dwadzieścia euro; trochę ją to uspokaja. Z banknotem w kieszeni patrzy na niemal puste rondo, nieliczne samochody i nielicznych przechodniów. Słońce wzejdzie dopiero za kilkanaście minut. Jeśli dają jej wybór, Alicia woli pracować popołudniami: może spać do oporu, spędzić wieczór w kiosku i wrócić prosto do domu. Nando zawsze narzeka w takie tygodnie, w zasadzie prawie wszystkie; ona się tłumaczy, że robi to na prośbę koleżanki: ma dwoje dzieci, więc bardziej jej pasuje poranna zmiana. Dzięki temu Alicia zyskuje wolne poranki i unika wieczorów w barze z jego - a więc z automatu także jej - znajomymi: tanie tapasy, niemowlęta wśród walających się wszędzie zużytych serwetek. Sądziła, że macierzyństwo położy kres temu zwyczajowi, ale młode matki odłączają od grupy tylko na czas, aż maluchy zasną, czasem wracają, jeśli sen jest wystarczająco głęboki, a Nandowi jest przykro, kiedy ona próbuje się wykręcić. Daj mi przynajmniej to, prosi. "To" niekiedy oznacza spędzenie wieczoru w barze na dole, innym razem - sezonową wycieczkę rowerową. On pedałuje, ona jedzie z innymi partnerkami samochodem; Alicia uważa, że nieprzypadkowo słowo esposas oznacza zarówno "żony", jak i "kajdanki": podczas tych weekendów skóra na przegubach dłoni piecze ją, jakby obtarta metalowymi obręczami. W nocy, w hostelu - w najtańszej pościeli - Nando przygryza wargi i zakrywa jej usta, żeby nikt nie usłyszał, co robią, a na koniec pyta ją, czemu zawsze próbuje unikać tych wycieczek, skoro tak jej na nich dobrze.
Dzień po nocy po dniu po nocy po dniu: wszystkie takie same, identyczne kopie, ani jednego poranka, kiedy Alicia symulowałaby chorobę, żeby móc się przejść po mieście, ani jednej nocy bez nawracającego koszmaru. Szefowie - miała ich już wielu, zawsze facetów, dawniej starszych od siebie, od jakiegoś czasu parę lat młodszych, zawsze z koszulą wpuszczoną w spodnie - nie mogą się nachwalić, że tak długo pracuje w tym samym miejscu. Niektórzy pytają, czy nie nudzi się jej sprzedawanie prowiantu podróżnym, a ona odpowiada, że czuje się szczęśliwa i to jej wystarcza. Doceniają to, uspokaja ich radość tej dziewczyny od batoników, Patricia, zgadza się? Jeden z szefów spytał, czy Alicia o niczym nie śni: gdybyś tylko wiedział, pomyślała i przez głowę przemknął jej obraz kulejącego mężczyzny, jego martwego ciała dyndającego jak wahadło, a tymczasem szef sądził, że pewnie wyobraża sobie luksusowe apartamenty w centrum miasta i długie miesiące wylegiwania się na plażach nad krystalicznie czystą wodą.
Czy pracuje rano, czy po południu, nie zmienia swoich przyzwyczajeń: jeśli rano - wieczorem idzie po Nanda albo czeka na jego telefon i spotykają się w barze ze znajomymi i ich płaczącymi dziećmi; jeśli po południu - może wykorzystać czas w bardziej satysfakcjonujący sposób. W niektóre poranki trochę się maluje, chociaż nie wie, który element twarzy powinna podkreślić. Z biegiem lat coraz więcej tłuszczu odkłada się jej na biodrach i udach, do tego dochodzą szczurze oczy, które odziedziczyła po matce, a ona z kolei po swoim ojcu, tak przynajmniej narzekał zawsze wujek Chico. Chodzi po dzielnicach, w których noga Nanda nigdy by nie postała, udaje przesadne zaciekawienie rozmówcą, pijąc kawę w barze, w którym jeszcze nie zatrudnili kucharki, czy też przy ladzie sklepu mięsnego, który niedługo mają zamknąć. Z początku się hamowała, bała się, że Nando ją przyłapie, ale w końcu się stało: musiała coś załatwić w zakładzie ubezpieczeń społecznych, a jakiś facet w poczekalni się uparł, żeby opowiedzieć jej o książce, którą właśnie czytał. Alicia coraz częściej wstydzi się swojego ciała, więc nie mogła zmarnować tej okazji.
Niemal puste rondo przy dworcu Atocha, nieliczne samochody i nieliczni przechodnie - słońce wzejdzie dopiero za kilkanaście minut. Przy calle de Moyano stoiska z książkami mają jeszcze opuszczone rolety, z oddali widać kilka fioletowych punktów, to jakieś kobiety rozstawiają transparenty przy karuzeli. Alicia słyszała w telewizji, że coś ma się tutaj dziać, ale zaraz o tym zapomina, światło zmienia się na zielone, przechodzi przez ulicę w stronę dworca i myśli o ważniejszych sprawach.
María śpi twardo jak kamień. Kiedy przeszła na emeryturę, włożyła budzik do foliowej torebki i zostawiła na regale z rzeczami z drugiej ręki, żeby ktoś mógł go sobie wziąć. Nie używała go już od lat - jak wszyscy zastąpiła tradycyjny budzik alarmem w komórce - ale ten gest wydał jej się symboliczny, jakby z historii zupełnie innej osoby: skoro nie będę go już potrzebować, pomyślała, niech przyda się komuś, kto musi wstawać wcześnie, niech ten przedmiot stanie się częścią innej opowieści, w której ktoś wychodzi z domu przed świtem. Prawie zawsze budzi się sama - przeszkadza jej światło sączące się przez żaluzje albo szum prysznica u sąsiadów. Przygotowują ten dzień od wielu miesięcy. Wczoraj wieczorem María dostała wiadomość na WhatsAppie od przyjaciółki: "nie mogę uwierzyć, że to już". Na wiecach i zebraniach María próbuje hamować entuzjazm młodszych kobiet, ale teraz mówi: przez całe życie, blisko siedemdziesiąt lat, żyłam po to, żeby obudzić się dzisiaj, spotkać z wami, pójść z wami ramię w ramię. W stowarzyszeniu powiedzieli: każda może strajkować, jak chce - czy to odmówić pracy, czy konsumpcji, czy opieki. Niech każda z was wybierze sobie taką formę, jaka najbardziej jej odpowiada, bo wszystkie służą naszej sprawie, a nie jesteśmy tu po to, żeby rozdawać legitymacje dobrej feministki. Mój mąż się zorientuje, jeśli na stole nie będzie obiadu. No to zostaw mu zupę w plastikowym pojemniku, Amalio, i niech sobie odgrzeje. Nawet tego nie potrafi? No to w przyszłym tygodniu trzeba mu zrobić kurs obsługi mikrofalówki, poziom podstawowy. Ja muszę iść do pracy, nie mogę sobie pozwolić na utratę dniówki, ale dołączę do was wieczorem na Atochy. A zaopiekowanie się sobą też się liczy? Marzy mi się kąpiel przed wyjściem z domu, chcę leżeć w wannie tak długo, aż pomarszczę się jak rodzynka. No pewnie, dzisiaj powinnyśmy troszczyć się o siebie i o nasze siostry.
Wczoraj po południu umówiły się w siedzibie stowarzyszenia: część zajęła się przygotowywaniem kanapek dla tych, które dziś miały wyjść na ulicę i rozmawiać z kobietami wychodzącymi z supermarketu albo idącymi do pracy; część nie wybierała się na pikietę, ale przyszła wcześniej, żeby opowiedzieć o wydarzeniach w innych miastach, w ich własnym. Słuchanie radia to strajkowanie? Przeglądanie internetu? Zdjęły folię aluminiową z blaszki i poczęstowały się biszkoptem. Upiekły empanady, dziewczyny zrobiły hummus i guacamole, jedna z weteranek wsadziła do glinianego garnka łyżkę, jakby to była zupa albo krem; tak się nie je hummusu, śmiały się z niej dziewczyny. Jej wydało się to zbyt nowoczesne i pomyślała o swojej matce, która przeżyła wojnę i nigdy by tak nie zmarnowała jedzenia - a skąd wy jesteście, z delty Nilu czy z dzielnicy Carabanchel? Bo u nas na Carabanchel to z ciecierzycy robi się potrawkę. Jednocześnie cały czas szykowały kanapki - wkładały między dwie kromki chleba chorizo i salami, przekrawały na trójkąty, zawijały w folię i chowały do lodówki, żeby rozdać je następnego dnia. María wyliczała strajki i manifestacje, w których nie uczestniczyła: te w latach siedemdziesiątych przeciwko Suarezowi, przed wyborami i po nich, tę z hasłem "Nie dla NATO", tę w osiemdziesiątym piątym w sprawie emerytur, strajk z osiemdziesiątego ósmego i dwie demonstracje w latach dziewięćdziesiątych, tę o Iraku i "Nie dla wojny", tę z 2010, dwie z 2012 - lokalną, przeciwko Rajoyowi, i europejską - i "pociąg wolności" za prawem do aborcji. Chodziłaś na Falę, przypomina jedna z dziewczyn, już studentka, na demonstracje Zielonej Fali, a María opowiada, jak podczas jednej z nich dziennikarka spytała ją, czy protestuje dla swojej wnuczki, wskazując na córkę znajomej, a ona nie wiedziała, jak zareagować, więc powiedziała, że tak, dla swojej wnuczki i dla wszystkich jej koleżanek, a dziewczyny z młodzieżówki pomachały do kamery, nie zdradzając, że nie są z nią spokrewnione. María swobodnie rzucała imiona i nazwiska mężczyzn, którzy częściowo ukształtowali jej życiorys - Felipe, Boyer, Aznar - ale sami nic nie wiedzieli o tej siedemdziesięciolatce, która przyjechała na madrycki Carabanchel z na wpół ukończonej dzielnicy w jednym z miast na południu kraju. Kiedyś ministerka z rządu Zapatera wręczyła kobietom ze stowarzyszenia nagrodę, ale María jej nie odebrała. Ceremonia odbywała się rano, a ona nie mogła wziąć sobie wolnego.
Nando błaga: daj mi przynajmniej to, Alicio. "To" nie obejmuje już małżeństwa, na które Alicia zgodziła się dla świętego spokoju i dla tego przygnębiającego mieszkania w przygnębiającej dzielnicy, ani dzieci; Nando przyjął już (prawie) do wiadomości, że nigdy ich nie będzie. Przez "to" jej mąż ma na myśli weekendowe wypady z klubem kolarskim, piękne okoliczności przyrody w nie najciekawszym towarzystwie, całodzienne wycieczki nad morze z jego matką, w relacji z którą Alicia wdraża zdrową zasadę milczenia; "to" może oznaczać sobotni wieczór u zaprzyjaźnionej pary albo kolację w lokalnej restauracji. Alicia sama się w to wpakowała - nie w "to", ale w to: Nando, bycie z Nandem, ślub z nim i dostosowanie się do jego stylu życia - tak że skoro odmówiła posiadania dzieci, teraz codziennie musi w czymś ustępować; jeśli czegoś chcesz, musisz zaoferować coś w zamian, a jeśli czegoś odmawiasz, musisz to jakoś zrekompensować. Alicia ma jeszcze czas. A gdyby powiedziała, że tak, zgoda, poszczęściłoby się im i szybko by zaszła w ciążę, i w ciągu najbliższego roku zamontowaliby dostawkę do łóżka, żeby dobrze słyszeć nocne krzyki? Ile kosztowałoby ją zrzucenie ciążowych kilogramów? Czy przełożeni odwdzięczyliby się Alicii podwyżką za długie lata cierpliwego tłumaczenia klientom, że nie, hamburger nie wchodzi w skład zestawu, czy znaleźliby na jej miejsce dziesięć lat młodszą dziewczynę, której nie zależałoby na wyższej stawce? Stanik przesiąknięty mlekiem, obwisły brzuch. Musiałaby opracować nową strategię przełamywania lodów, bo choć już teraz akceptuje facetów trochę za starych albo trochę szurniętych, jeśli nie trafi się nikt lepszy, to obawia się, że nawet oni nie polecieliby na nią, gdyby urodziła dziecko: ciało matki to żadna atrakcja. Jej ciało jako ciało matki, czy Alicia sobie to w ogóle wyobraża? Ciekawe, jak Nando zareagowałby na jeszcze bardziej obwisły biust i rozstępy na udach. W ogóle przestałby zwracać się do niej po imieniu, nawet w miejscach publicznych mówiłby o niej "mama", jakby Alicia urodziła też jego. W miesiącach przed rozwiązaniem Nando zrezygnowałby z seksu, ze strachu, żeby zbyt mocnym pchnięciem nie zaprzepaścić szansy na rozwój genialnego umysłu potomka - czysta korzyść dla Alicii, transformacja z żony w matkę ochroniłaby ją przed żądzą małżonka - i przynosiłby jej herbatki na mdłości w pierwszym trymestrze, a potem gryzaczki dla malucha i ubrania do karmienia. Ona myśli o dziecku (nazwijmy je Ala), które nie istnieje, napawa się więc ideą małej Ali - będzie miała jej szczurze oczka czy oczy Nanda? - i googluje: sukienki ciążowe, bluzki z guziczkami ułatwiającymi karmienie, jej piersi w jednym z tych przerażających staników. Przy odrobinie szczęścia, kiedy ona będzie w ciąży, Nandowi wpadnie w oko jedna z dziewczyn pracujących w magazynie albo w administracji - często o nich wspomina, jakie są sympatyczne i kompetentne, zapomniała ich imiona - i zostawi ją w spokoju na jakiś czas, na kilka miesięcy, na resztę życia. Co ona wtedy zrobi z małą Alą, gdyby Ala istniała, a Nando znalazł sobie inne rozrywki? W pierwszym odruchu pomyślała, że mogłaby ją wykorzystywać podczas swoich wypadów na miasto: może jakiś mężczyzna zaproponuje, że pomoże jej złożyć wózek, albo zagada słodko do małej, co przerodzi się w długą rozmowę na peronie metra. Ile ma ta malutka? - Ala oczywiście wystrojona na różowo, w koronki i z perełkami w uszach przekłutych niedługo po urodzeniu - a ona entuzjastycznie podchwyci temat i zmyśli jakąś bajeczkę, korzystając z faktu, że mała Ala i tak nic nie słyszy ani nie rozumie, interesuje ją tylko płakanie, ssanie cycka, sranie i żeby ktoś ją przewinął; mała Ala w wózku zaparkowanym koło stojaka na parasole w jakimś mieszkaniu na Palomeras czy na Las Tablas, podczas gdy jej matka pieprzy się z nieznajomym, który po wszystkim prosi ją o numer telefonu, a potem przez parę tygodni wysyła zdjęcia swojego kutasa nauczycielowi matematyki z Cartageny, bo jego numer różni się tylko o trzy czy cztery cyfry od jej numeru. Alicia parska głośnym śmiechem, nie przejmując się, że klienci usłyszą: a co, jeśli mała Ala coś z tych spotkań zapamięta, jakiś obraz, dźwięk? Jej córce do końca życia będzie się śniło ciało kobiety na ciele mężczyzny, mężczyzna na kobiecie, nakrapiane ściany w mieszkaniu, w którym stoją meble sprzed trzydziestu lat, ktoś prosi: teraz ty na górze, ktoś prosi: teraz ty na dole, i nagle, tuż przed przebudzeniem, mała Ala odkryje swoją twarz w twarzy tej kobiety leżącej obok ciała, o którym nic nie wie i którym ta kobieta gardzi, spocona, choć przez chwilę naprawdę szczęśliwa.
A dawniej na zebraniach spotykałaś dużo kobiet, Marío? Pytanie zadała niewinnie jedna z dziewczyn, w zasadzie jeszcze dziewczynka, z rękami po łokcie upapranymi czerwonym tłuszczem z wędliny do kanapek; María zwróciła uwagę na te ręce, spracowane już w tak młodym wieku, bo traktowała je jak przepowiednię: ta dziewczyna będzie musiała używać ich częściej niż głowy. Zawsze była pod wrażeniem wypowiedzi tej dziewczyny - córki córki znajomej, pomyślała z dziwną dumą; choć tak młoda, jasno i stanowczo mówiła, co myśli, a zarazem okazywała wyrozumiałość wobec osób o innych poglądach. Jednocześnie Maríę w jakimś sensie pocieszyło to jej naiwne pytanie, adekwatne do wieku: nie mogę uwierzyć, że mężczyźni nie pozwalali ci mówić. Zawsze chodziłam z facetami ze stowarzyszenia sąsiedzkiego, wyjaśniła María. Związałam się z jednym z nich jakieś pięć czy sześć lat po przeprowadzce do Madrytu. Chodziłam z nim na zebrania, żeby ulepszyć naszą dzielnicę: wtedy było tu dużo nieciekawych miejsc, więcej niż teraz, narkomani szprycowali się w biały dzień w mojej bramie, nie zadowalali się wyrwaniem komuś torebki, potrzebowali więcej pieniędzy, poza tym były jeszcze slumsy, a tam dalej więzienie. Miałyśmy wrażenie, że na południe od rzeki nikogo nie ma - i my oczywiście byłyśmy nikim. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, o czym się mówiło na zebraniach, i zapisywać nazwiska pisarzy, o których wspominali, oni i inni mężczyźni, których mniej znałam, w stowarzyszeniu i w barach, gdzie chodziliśmy po zebraniach. Z jednego pisarza przeskakiwałam na innego i na kolejnego, a wnioskami z lektury dzieliłam się zawsze z nim, moim chłopakiem, miał na imię Pedro, i o nich dyskutowaliśmy. On podrzucał temat na kolejnym zebraniu i wszyscy mówili: jaki mądry, prawie jak profesor; podziwiali go. Ja siedziałam cicho, bo wszystko, co mogłabym powiedzieć, brzmiało lepiej wypowiedziane jego głosem. Zaczęłam chodzić na kawę z różnymi kobietami, z twoją babcią, z innymi znajomymi, raz spotykałyśmy się u jednej, raz u innej, raz u mnie, i rozmawiałyśmy na tematy bardziej nasze, które nie interesowały facetów: rozwody, aborcja, przemoc, nie tylko fizyczna, lecz także słowna. Twoja mama polecała mi książki, które poznawała na studiach, na uniwersytecie, więc czytałam dalej i zaczęłam zauważać, że im więcej myślę po swojemu, tym bardziej nie podoba się to Pedrowi. A my, twoja matka i ja, rozmawiałyśmy; rozmawiałyśmy cały czas, od zawsze, i postanowiłyśmy poprosić o zgodę na utworzenie sekcji kobiecej. Myśleli pewnie, że chcemy się wymieniać przepisami i ubraniami, w które już nie wchodzimy. Tymczasem twoja mama zainstalowała się tu z grupą koleżanek i zaczęłyśmy robić zamęt. Miasto dało nam lokal, ale zaraz nam go zabrali, kiedy tylko zaczęłyśmy się skarżyć, że w parku nie ma oświetlenia. Zbierałyśmy pieniądze to tu, to tam i same sobie wynajęłyśmy lokal. Zarzynałam się w tamtych czasach: pracowałam jako sprzątaczka w biurach na Nuevos Ministerios, wychodziłam tylko po to, żeby coś przegryźć, kanapkę w metrze albo jakiś szybki posiłek na stojąco, raz na jakiś czas udawało mi się wyskoczyć wieczorem na spotkanie z Pedrem, ale chyba nigdy w życiu nie czułam się równie szczęśliwa. Nawet teraz, chociaż nie muszę wstawać bladym świtem, cały dzień spędzam w stowarzyszeniu i widzę, że jest was coraz więcej do pomocy. Ale wtedy po raz pierwszy w życiu czułam, że ktoś mnie słucha i szanuje to, co mówię. Nie dlatego, że chce się ze mną przespać, nie że się wyłącza i tylko udaje, że słucha, a naprawdę dobiega do niego tylko niezrozumiały szum, ale że ktoś naprawdę mnie rozumie, zgadza się ze mną, uważa, że warto mnie posłuchać tylko i wyłącznie z uwagi na to, co mówię. W pewnym momencie to wszystko: myślenie i wyrażanie swojego zdania, robienie tego, na co miałam ochotę, stowarzyszenie - stało się dla mnie znacznie ważniejsze niż cokolwiek, co mógł mi zaoferować Pedro. Zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem, a ja zrozumiałam, że to nie ma nic wspólnego z miłością. Nie byłam dla niego Maríą, kimś, tylko czymś, nie osobą, lecz przedmiotem, a on się uważał za jego właściciela: jego mieszkanie, jego samochód, jego żona. Ta blizna - i wskazuje podbródek, szramkę błyszczącą na jasnej skórze - to jak wysiadałam w pośpiechu z autobusu. Potknęłam się, przewróciłam, a on ani drgnął. Potem wytrzymaliśmy razem jeszcze rok. Tak że nie: nigdy nie spotkałam takich kobiet jak my, to chcę powiedzieć. Co masz na myśli, Marío? Biednych kobiet. Żeby protestować, też trzeba mieć pieniądze.