Cuda cichej nocy - Agnieszka Stec-Kotasińska

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (31,98 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Róża dostrzegła syna, gdy ten - obładowany zakupami - wchodził do klatki swojej kamienicy, w samym sercu krakowskiego rynku.

- Janek! - zawołała. Jak na osiemdziesięciolatkę miała wciąż mocny i donośny głos. Pewnie byłaby w stanie nawet do niego podbiec, wolała jednak nie ściągać na siebie wzroku krążących po sercu Krakowa turystów. Janek na szczęście się odwrócił w reakcji na swoje imię, po czym rozejrzał za źródłem dźwięku.

- Mama? A co ty tutaj?

- No, mama, mama - odpowiedziała, gdy podeszła bliżej. - A to co? Nie mogę cię odwiedzić?

Wzruszył ramionami.

- Mogłaś zadzwonić, no ale dobrze. Chodźmy na górę.

Mieszkanie jej prawie sześćdziesięcioletniego syna nie grzeszyło czystością. Róża mogłaby się założyć, że dłuższy już czas nie widziało ono odkurzacza, a ścierki lub mopa najprawdopodobniej jeszcze od poprzednich świąt. A może i dłużej. Janek położył na podłodze dwie reklamówki, z których wystawały błyskawiczne chińskie zupki, mrożonki i promocyjne puszki piw - dwanaście sztuk w cenie sześciu. Róża wzniosła oczy ku górze i pokręciła prawie niewidocznie głową. Z dużego pokoju zamigało do niej światło komputerowego wygaszacza ekranu, na którym odbijały się od siebie latające bąbelki.

- Siedzisz nad tymi twoimi bazgrołami? - zapytała.

- Yhm. Pracuję. Miło, że doceniasz. Do sklepu tylko skoczyłem.

Janek od lat tworzył rysunki do komiksów. Niektóre odręcznie, inne - wymagające bardziej skomplikowanej grafiki - komputerowo. Praca przynosiła mu sporą satysfakcję, koiła jego niezaspokojoną duszę artysty i była chyba jedyną rzeczą, którą kochał. W dodatku wykonując ją, nie musiał wychodzić z domu, a to zamkniętemu w sobie od lat Jankowi, pasowało w tym wszystkim najbardziej.

- Czemu zawdzięczam twoją wizytę? - zapytał, gdy Róża usiadła na średnio wygodnym kuchennym krześle, po czym zaczęła krytycznie lustrować otoczenie.

- Świętom, mój drogi. Nie wiem, jak często przekładasz kartki kalendarza w tej swojej dziurze, ale pragnę ci przypomnieć, że zbliża się Boże Narodzenie.

- Świętom? A co one mają do tego? - Janek wyczuł, że coś widocznie jednak mają. Czyżby zechciały zakłócić jego spokój? Nie znosił świąt i tego całego gwaru z nimi związanego. Jak co roku cieszył się jednak, że oprócz krótkiej, spędzonej z przyzwoitości wigilii z matką, będzie mógł w pozostałe dni zaszyć się w domu z dobrym alkoholem i głupawymi programami telewizyjnymi. Nic więcej nie było mu potrzebne do szczęścia.

- A no to, że w tym roku spędzamy je wszyscy razem, u mnie w domu. Ty, Jolka, jej dzieci i wnuki. Nie tylko święta zresztą. Cały świąteczny czas, aż do Nowego Roku.

Janek o mało nie zakrztusił się łykiem wody, po którą akurat sięgnął. Chciał zapytać matkę, skąd u niej takie szalone pomysły, ale chwilowo nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.

- Możesz mi wierzyć albo nie, ale myślałam o tym już od września - mówiła dalej Róża, zupełnie nie zwracając uwagi na osłupienie na twarzy syna. - To nie może tak wyglądać, że w ogóle się nie widzimy i nawet nie wiemy, co się u każdego z nas dzieje. Musimy scalać naszą rodzinę, Janek, a święta to bardzo dobra ku temu okazja.

- Ale do tej pory tak nie było i czy komukolwiek to przeszkadzało? - zapytał. - Widzieliśmy się przelotnie w wigilię, a Jolka przyjeżdżała do ciebie jakoś później. Ty spędzałaś resztę dni ze swoimi włoskimi znajomymi, a ja tutaj, delektując się świętym spokojem. Skoro o świętach właśnie mowa, nie doszły do mnie słuchy, żeby ktoś z nas na takie celebrowanie Bożego Narodzenia narzekał.

- A kiedy ostatni raz widziałeś swoją siostrę?

Janek zastanowił się przez moment. - A bo ja wiem...

- Ano widzisz. A jej dzieci?

- U lala. Pewnie jak w kołyskach leżały - odpowiedział przesadnie, gdyż mimo wszystko nie było to aż tak dawno. - Jedno to nawet do chrztu trzymałem, ale zabij mnie, nie pamiętam które.

- To nie jest śmieszne, synu - powiedziała Róża. - Wiem, że wiele jest mojej winy w tym, że wasze relacje nie są dobre. Mogłam za młodu poświęcić tobie i Joli więcej czasu. Tego ostatniego jednak nie cofnę, a młodsza nie będę. Ostatni dzwonek, abyśmy na nowo wszyscy stali się rodziną. Nie tylko na papierze. Nie chcę, żebyście się kiedyś spotkali nad moim grobem jak zupełnie obcy sobie ludzie.

- Spokojna głowa, przeżyjesz nas wszystkich - odpowiedział Janek. - Poza tym coś mi mówi, że Jolka i jej dorosłe dzieci znajdą sto argumentów do tego, że jednak nie mogą przyjechać na tak długo.

Róża uśmiechnęła się zadziornie, a w jej oczach rozbłysły chochliki.

- Przewidziałam to. Słuchaj no, co mam ci do powiedzenia.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ