Cud - Victoria Mas

Kup ebooka

40.90 zł
29.38 zł (29,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

18 lipca 1830 roku

Klasztor śpi. Nigdzie nie widać ani jednego habitu. Postacie w kornetach opuściły korytarze i galerie budynku. Jak co wieczór po zakończeniu komplety mniszki udały się do dormitorium bez jednego słowa, milczenie bowiem również jest modlitwą. Okna są otwarte. Powietrze jeszcze ciepłe. W ogrodzie budzi się sowa, z wysokiej gałęzi wypatruje gryzoni. Odległe echo stukających sabotów przypomina, że miasto jest tuż za murami; kolaski jadą w dół rue du Bac, posuwają się stępa wzdłuż ogrodzenia Domu Macierzystego Sióstr Miłosierdzia. Ani jeden powiew wiatru nie chłodzi lipcowej nocy. W samym sercu klasztoru rozlega się nagle dzwon: kaplica ogłasza, że wybiła jedenasta. Tylko ona wyznacza rytm czasu, który znacznie się różni od rytmu życia świeckiego. Głęboki dźwięk wpada do dormitorium, unosi się nad łóżkami, lecz nie powoduje ani drgnienia: nakryte pościelą ciała nadal zażywają wypoczynku. Żaden szelest nie zdradza oznak przebudzenia. W klasztorze wpaja się zakonnicom, że nie powinny pozwalać, aby świat je rozpraszał.

- Siostro Labouré!

Młoda siostra Catherine rozwiera powieki, wygląda zza białej zasłonki, która oddziela jej łóżko od innych. Nikogo nie ma. Nastawia ucha, wsłuchuje się w ciszę dormitorium. Rozlegają się nieliczne pokasływania. Szmer spokojnych oddechów. Żadna siostra nie wypowiedziała jej nazwiska, pomyliła sen z jawą. Zmęczenie daje o sobie znać, Catherine na powrót zamyka oczy. Odkąd wstąpiła do szarytek, bez trudu zapada w sen, sypia w spokoju ducha właściwym osobom, które zaczynają życie zakonne.

- Siostro Labouré!

Catherine siada, wstrzymuje oddech. Tym razem jest pewna: ktoś ją wołał. Bezszelestnie pochyla się do przodu, odciąga zasłonkę, która oddziela jej łóżko od przejścia. Zastyga. Naprzeciwko stoi dziecko, które patrzy na nią spokojnie, jakby jego obecność była normalna, jakby nie było nic dziwnego w tym, że jest tutaj, w dormitorium zakonnic, o tak późnej porze. Znieruchomiała nowicjuszka spogląda na czekającego chłopca: u stóp jej łóżka jest światłem.

- Wstań i chodź do kaplicy, Matka Boska czeka na ciebie.

Po sąsiedzku żadna zasłonka nawet nie drgnęła, dziecko obudziło tylko ją. O nic nie pytając, siostra Catherine zerka na drewniane drzwi: skrzypią, ledwie się je popchnie, to bardzo przykry dźwięk niepozwalający na dyskrecję. Nierozważnie byłoby opuścić dormitorium, z pewnością obudziłaby inne siostry. Ta jej myśl wywołuje uśmiech na buzi dziecka.

- Bądź spokojna, wszystkie śpią mocno. Chodź.

Chłopiec się odwraca i odchodzi, nie czekając. Siostra Catherine zrywa się z łóżka, pospiesznie wciąga habit, nie poddając się zwątpieniu, zwątpienie bowiem w coś nieprawdopodobnego nie byłoby powodem do dumy. Nakłada kornet na włosy i wymyka się z dormitorium.

Na zewnątrz noc zaskakuje jasnością. Niczym w szczerym polu widać gwiazdy rozsiane po czystym niebie, malejący rożek księżyca, którego światło otacza nimbem paryskie dachy. Niebieskawy blask wpada przez okna, rozprasza cienie w korytarzu. Nie obdarzając ani jednym spojrzeniem jasnej nocy, siostra Catherine przemierza klasztor. Idzie spiesznym krokiem. Przy każdym dźwięku wstrzymuje oddech, rozgląda się bacznie. Czuwające siostry zmieniają się o północy, mogą ją zaskoczyć w każdej chwili. Po jej lewicy spokojnie podąża dziecko pewne, że żadna zakonnica nie stanie na ich drodze, ufne w otaczające je halo, które usuwa wszystko, co jest sprzeczne z jego wolą. Łagodne światło otacza je całe, od kręconych włosów po bose stopy, i siostra Catherine woli się nie zastanawiać, skąd się bierze. Prawdę mówiąc, nad niczym się nie zastanawia, ponieważ to najlepszy sposób, by nie poznać odpowiedzi. Wejście do kaplicy u stóp schodów jest zamknięte. Nie zwalniając kroku, chłopiec dotyka palcem drzwi, otwiera je bez wysiłku. Nowicjuszka nieruchomieje w progu: w świątynce jasno płoną setki świec. Czuwanie. Zapomniała. Przegapiła początek liturgii, a teraz swoim spóźnieniem rozprasza skupione mniszki. Za to zaniedbanie niewątpliwie matka przełożona ją ukarze. Catherine omiata spojrzeniem nawę, szuka pogrążonych w modlitwie zakonnic. W ławkach nikt nie siedzi. Ołtarz jest pusty. Od wejścia aż po sam chór kaplica gorzeje płomykami, lecz nie ma w niej żywego ducha. W pobliżu ołtarza siostra Catherine dostrzega czekające na nią dziecko. Podchodzi do niego. Pod jej stopami trzeszczy podłoga. Kaplica jest skromna, pozbawiona zdobień, przychodzą do niej modlić się tylko zakonnice z Domu Macierzystego. Dziś znowu, wszedłszy tutaj, młoda nowicjuszka wspomina sen, który ujawnił jej powołanie przed kilku laty, gdy była jeszcze osobą świecką. Tamtej nocy ujrzała twarz starca o głowie nakrytej czarną piuską, w białym kołnierzu podkreślającym pomarszczoną twarz, z przyjaznym wielkodusznym uśmiechem. Powiedział: "Kiedyś poczujesz szczęście, że przyszłaś do mnie. Bóg ma wobec ciebie plany". Niedługo później zobaczyła obraz przedstawiający Wincentego a Paulo i rozpoznała tę twarz, piuskę, spojrzenie, w którym nie było ani dumy, ani pogardy. Ów kapłan, o którym śniła, był założycielem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia zwanych szarytkami. Sny to zawsze spotkania.

U stóp ołtarza siostra Catherine zerka dookoła, obserwuje dziecko, licząc, że coś od niego usłyszy. Ono jednak przypomina posąg, z jego ust nie wychodzi ani słowo, patrzy tylko na pustą nawę. Nie wiedząc, co innego uczynić, zakonnica klęka przed stopniami. Nasłuchuje. Trzeszczenia drewna na półpiętrze. Skwierczenia płonącej świecy, która wolno dogorywa. Podmuchu napływającego spod drzwi. Odzywa się nagle dzwon, wypełnia kaplicę pomrukiem przypominającym piorun. Dwanaście uderzeń obwieszcza, że wybiła północ. Milkną ostatnie echa i na powrót zapada nocna cisza. Nowicjuszka mierzy czas. Powieki jej opadają, zaraz jednak je rozwiera. Ciało się chwieje, pochyla do przodu, prostuje w walce ze zmęczeniem, która zdaje się z góry przegrana. Znowu oczy się zamykają. Siostra Catherine już jest gotowa ulec, gdy naraz w pobliżu rozlega się szept dziecka:

- Matka Boska tu jest.

Zakonnica sztywnieje. Składa dłonie na piersi. Traci dech. Z tyłu dobiega ją szelest sukni, tak, sukni, coraz bliższy. Siostra Catherine zaciska mocniej palce dłoni przyciśniętych do piersi, wyczuwa tuż obok czyjąś obecność i na stopniach wiodących do ołtarza pojawiają się jedwabne fałdy, jedwab o bieli, jakiej nigdy nie widziała, ani zimą na wsi, ani w miastowym najpiękniejszym stroju, o bieli, jakiej niepodobna znaleźć na ziemi. Tę nieskalaną suknię okrywa błękitna peleryna - błękit ów nie jest błękitem nieba ani nawet wody, to błękit wieszczący jakieś zaświaty, ku którym sama pragnie podążyć, odkąd wstąpiła do sióstr miłosierdzia.

Na podwyższeniu ołtarza jakaś postać zasiada w aksamitnym fotelu.

- Oto Najświętsza Panienka.

Dziecięcy głos nie wywołuje żadnej reakcji. Ta, która zostaje tak zaanonsowana nowicjuszce, nie może się objawić ot tak, zwyczajnie jak byle mniszka, siedzieć w wytartym zakurzonym fotelu, cierpliwie czekając w chybotliwym blasku świec. Siostra Catherine wpatruje się w przybyłą, daremnie szuka jakiejś cechy, oznaki pozwalającej rozpoznać tę, do której modli się od dziecka. Jej niepewność w końcu irytuje dziecko, które robi krok do przodu, po czym w kaplicy rozlega się już nie jego zniecierpliwiony głosik, lecz głęboki władczy głos męski:

- Oto Najświętsza Panienka!

Jego brzmienie wstrząsa nowicjuszką. Jakby dotąd przestrach zaćmiewał jej wzrok, teraz wreszcie ją zauważa. Bladą twarz pod welonem. Krąg światła spowijający całą postać. Grację, którą ta postać emanuje. W porywie rzuca się naprzód. Odzyskuje władzę w nogach, podchodzi do fotela, na którym spoczywa dostojna przybyła. W skroniach jej pulsuje. Instynktownie kładzie dłonie na świętych kolanach, opiera się na nich dzięki uczynionej jej łasce. Podnosi wzrok, wpatruje się w uśmiech na pochylonym ku niej obliczu.

Tak, teraz ją rozpoznaje. Każdy zawsze ją rozpoznawał.

Współcześnie

Nad starym portem przefrunęły mewy. Był to ostatni przelot tego dnia: nad miasteczkiem Roscoff zaczynało się ściemniać. Zima wcześnie gasiła dzień, nakłaniała każdego do powrotu. Nabrzeżem ku drodze podążał podróżny. Ponad ramionami wystawał mu plecak, czapka chroniła jego głowę od wiatru. Szedł, przytrzymując dłońmi szelki plecaka. Mijał hałaśliwe dzieci, które zaglądały do basenu portowego, pokazując sobie palcem odnóża krabów i muszle ostryg w wodzie. Dziadkowie je przestrzegali, przypominali, że człowiek nie może wpaść do wody, w której się zrodził, bo wprawdzie kiedyś woda była jego kolebką, teraz jednak jego domem jest ląd.

Podróżny przeszedł na drugą stronę jezdni, kierując się ku wiacie przystanku autobusowego. Ławka nie była zajęta. Zrzucił plecak, rozprostował plecy, rozciągnął kończyny, nie słysząc za sobą coraz bliższych kroków.

- Ma pan ogień?

Odwrócił się. Stała przed nim drobna niewysoka kobieta w zaawansowanym wieku, ubrana w niebieski habit szarytki. Podniosła rękę z papierosem i odgadła jego myśli.

- Zakonnice też mają złe nawyki - powiedziała.

Podróżny pogrzebał w kieszeniach i wyjął zapalniczkę. Uważając na powiewający na wietrze welon, siostra Delphine zapaliła gauloise'a. Podziękowała i odeszła kawałek do balustrady, oparła się o nią. Nad portem żywy intensywny róż, który barwił sunące szybko chmury, zaświadczał o chłodzie zmierzchu w zimowy dzień. Siostra Delphine wyjęła z kurtki kartkę i rozłożyła ją.

Droga Siostro Delphine,

mam nadzieję, że kiedy ten list do Ciebie dotrze, Twój smutek będzie już nieco mniejszy. W Domu Macierzystym wciąż opłakujemy śmierć siostry Bernadette. Pan Bóg bez wątpienia uznał, że jej misja na ziemi dobiegła końca, skoro wezwał ją do siebie tak nagle. Ta myśl jest nam pociechą.

Z przyjemnością Cię zawiadamiam, że wkrótce nie będziesz już sama. Jedna z naszych najbardziej oddanych sióstr dołączy do Ciebie w pierwszy dzień ferii zimowych. Siostra Anne Alice od dwudziestu lat działa w łonie naszego Domu Macierzystego, ale jej historia jest znacznie dłuższa: już jako trzynastolatka przychodziła do naszej kaplicy, aby się modlić do Najświętszej Panienki. W pewnym sensie ten dom zawsze był jej domem. Zaznaczam tu, że nigdy dotąd nie opuszczała rue du Bac i że ten wyjazd na prowincję będzie jej pierwszą misją. Sama prosiła, by wysłać ją do Roscoff, gdzie będzie mogła w parze z Tobą pełnić posługę. Niewątpliwie przeważył tu zew morza, skłaniając ją do rezygnacji z miejskiej codzienności! Jej cnoty będą cennym atutem dla naszej wspólnoty.

Powierzam ją Tobie i za Was obydwie się modlę.

Siostra Françoise

Na końcu drogi pojawiły się światła autobusu. Blask reflektorów odbijał się w wilgotnej nawierzchni. Maszyna zatrzymała się na przystanku, otworzyły się drzwi z przodu, pasażerowie zaczęli wysiadać. Wśród nich osoba w niebieskim welonie. Siostra Delphine schowała list do kieszeni i skrzyżowała ręce na udach.

- Boże, spraw, żeby nie była świętoszką ani głupią babą.

Rzuciwszy niedopałek, wyprostowała się, podniosła rękę; druga zakonnica zauważyła ją od razu. Chwyciła walizkę i wyszła spomiędzy grupki pasażerów. Nie wyglądała na zmęczoną podróżą ze stolicy - szła żwawym krokiem, dźwigając bagaż bez widocznego wysiłku, ściągając na siebie spojrzenia mijanych osób. Należała do tych, których zauważa się na ulicy, choć nic nie robią, by ściągnąć na siebie uwagę, a tym bardziej nie czują z tego powodu dumy.

- Jestem siostra Anne.

Ujęła wyciągniętą dłoń siostry Delphine. Jej uścisk był serdeczny. Miała nieliczne drobne zmarszczki w kącikach oczu, oczu jasnozielonych, ciepłych i przenikliwych, wzbudzających zaufanie i sympatię. Welon ujmował w ramy jej idealnie symetryczną twarz, odsłaniając nad czołem kręcone kasztanowe włosy. Patrząc na nią, niemal się zapominało o ciemnoniebieskiej tkaninie, która wskazywała na jej zakonną przynależność, o białym kołnierzu, który przypominał o jej rezygnacji ze świata, o również ciemnoniebieskim habicie, który wskazywał na jej oddanie służbie najuboższym: siostra Anne nosiła ów habit jak drugą skórę.

- Przykro mi z powodu siostry Bernadette.

Siostry Delphine w ogóle nie wzruszała śmierć zakonnicy, rzeczona osoba była bowiem najgorszą nadętą ważniaczką, z jaką Delphine miała do czynienia w ciągu ostatnich dwóch lat. Z nonszalancką miną przydeptała dymiący jeszcze niedopałek.

- Tak, bardzo mnie to dotknęło. Chodźmy.

Obróciła się na pięcie i ruszyła ku staremu miastu. Na mijanych fasadach widniały wyryte w granicie postacie, dyskretne i intrygujące: tu nad drewnianymi drzwiami anioł; tam na rogu uliczki święty; gargulce, armatorzy, smoki umieszczone gdziekolwiek spojrzeć w tym dawnym miasteczku korsarzy, uwiecznione w kamieniu od pięciu wieków i zdające się budzić dopiero teraz, gdy nadchodził wieczór.

Na skrzyżowaniu siostra Delphine wskazała palcem stary budynek zwieńczony dzwonniczką.

- To dawna kaplica Świętej Anny. Często będziesz się tutaj stykać z tym imieniem. Bretończycy bardzo czczą swoją patronkę.

Zerknęła za siebie: nikogo nie zobaczyła. Była sama.

W niejakim oddaleniu siostra Anne przeszła na drugą stronę jezdni ku nabrzeżu i z walizką postawioną u stóp spoglądała na stary port. Wodziła wzrokiem po pomoście, szukając wśród załadowanych statków tego, co siostra Rose jej przepowiedziała. Było to dwa tygodnie wcześniej. Właśnie dobiegła końca jutrznia. Milczące mniszki podążały korytarzem do refektarza. Siostra Anne kroczyła wśród nich kołysana jeszcze porannymi modłami. Nagle za rękę chwyciła ją sękata dłoń i rozległy się słowa: "Miałam tej nocy sen. W Bretanii ukaże ci się Najświętsza Panienka". Obok widziała siostrę Rose, uśmiechniętą jak zawsze, kiedy noc odkryła przed nią przyszłość, jak zawsze, kiedy czas przyznawał, że ma słuszność. Staruszka ochrypłym głosem szepnęła jeszcze: "Widziałam ją tak wyraźnie, jak teraz widzę ciebie". Weszły z innymi do refektarza i więcej ze sobą nie rozmawiały. Minęły trzy dni. W klasztorze dowiedziano się wtedy, że w jednym z prowincjonalnych zgromadzeń zmarła niejaka siostra Bernadette i została tam jedna tylko zakonnica, która sama nie jest w stanie pełnić posługi na okrągło. Pilnie poszukiwano chętnej, która by ją wsparła. Miejscem pobytu miała być gmina położona na samym końcu cypla w północnej części departamentu Finist?re.

- Siostro Anne.

Obok stała siostra Delphine, dygocząca z zimna i wyraźnie zirytowana. Poprosiła, by szły dalej, i ruszyła wzdłuż nabrzeża. Chmury na niebie miały teraz barwę antracytu, wyglądały jak burzowe, spowijały mrokiem port i granitowe miasteczko. "Miałam tej nocy sen. W Bretanii ukaże ci się Najświętsza Panienka". Siostra Anne podniosła walizkę i na wszelki wypadek raz jeszcze odwróciła się ku basenowi portowemu, jakby ta zapowiedź miała się ziścić w każdej chwili. "Widziałam ją tak wyraźnie, jak teraz widzę ciebie". Z mroku dobiegł warkot - statek wycieczkowy wracał z morza, kierując się ku zabezpieczonym pomostom; pośrodku basenu dziesiątki białych kształtów kołysało się w rytmie fal, odgrywając upiorny taniec na nieprzeniknionej wodzie. Silnik zgasł i jednostka stała się jeszcze jednym widmem pośród wielu. Noc przyzywała na ląd i każdy tego prawa przestrzegał.

Nie każąc na siebie dłużej czekać, siostra Anne czym prędzej pomaszerowała nabrzeżem w świetle latarni ulicznych.

Dalsza część w wersji pełnej