Cud nad Wisłą - Marcin Wolski

Reflow text when sidebars are open.
Lew Szwendała - przewodniczący NSZZ "Solidność", potem premier i prezydent RP
Andrzej Drzymałko - jego współpracownik, a następnie rzecznik
Franciszek Szczypióra - jego spowiednik, a następnie kapelan
Mietek Wachmistrzowski - jego kierowca
Krzysztof Pull - jego sekretarz
Jarosław Indykiewicz - działacz opozycji, prezes PC, zaufany Szwendały
Lech Indykiewicz - wiceprezes, a następnie prezes "Solidności"
Anna Makuszyńska - suwnicowa, legenda "Solidności"
Wysz Krzyszkowski - współzałożyciel Wolnych Związków Zawodowych
Ryszard Gęsiarowski - prezydent RP na Uchodźstwie
Tadeusz Małopolski - pierwszy niekomunistyczny premier
Małgorzata Niezabudkowska - kandydatka na rzeczniczkę
prof. Bronisław Hajduk - historyk mediewista, doradca "Solidności", szef Klubu OKP
Wacek Turoń - działacz opozycji, minister zasiłków i bezrobocia
Leszek Walutowicz - minister finansów. Autor reformy nazwanej jego nazwiskiem
Waldemar Kluczyński - doradca Tadeusza Małopolskiego
Izabela Sywińska - reżyser, minister kultury
prof. Henryk Atlasowicz - były rektor Uniwersytetu Warszawskiego, minister edukacji
Krzysztof Szczypaczewski - minister spraw zagranicznych
Piotr Magda Boruta - poseł z Krakowa
Mieczysław Jemiołuszka - działacz "Solidności", poseł Sejmu kontraktowego
major Adam Gładysz, oficer SBN współpracujący z "Solidnością"
Mikołaj Tatarowicz - marszałek Sejmu kontraktowego z ramienia ZSL
Leszek Sikawski - prezes Centralizacji Polski Niepodległej
Krzysztof Kniaź - jego zięć, działacz CPN
Andrzej Opoka-Buraczany - działacz CPN z Łodzi
Antoni Macierenko - działacz Ruchu Obrony Robotników, później współzałożyciel PCHN-u
Wiesław Musztardowy - prawnik, działacz katolicki, założyciel PCHN-u
Konstanty Wiesiołowski - profesor entomologii, działacz opozycyjnego "Prądu", poseł Sejmu kontraktowego potem w PCHN
Marek Jarek - poseł Sejmu kontraktowego, działacz PCHN
Wronisław Gomorrowski - działacz opozycyjny
Jan Olsza - adwokat, działacz PCV
Gabryjel Jankiewicz - Lider Niezależnej Partii Chłopskiej
Ryszard Buhaj - poseł OKP, działacz niekomunistycznej lewicy
Adam Pysznik - poseł, redaktor naczelny "Ekspresu Wyborczego"
Dawid Krakowski - redaktor "EW"
Jan Lokajczyk - p.o. redaktora naczelnego "Tygodnika Solidność"
Piotr Bazicki- redaktor naczelny "TS"
Jacek Falabiński - dziennikarz Polskiego Radia, później "Ekspresu Wyborczego"
Andrzej Krwawicz - tłumacz z rosyjskiego, kandydat na prezesa Radiokomitetu
Marian Trelicki - działacz podziemia, prezes Radiokomitetu
Gustaw Hering-Styczyński - pisarz emigracyjny
Jerzy Kaniowski - dziennikarz i tłumacz (m.in. Sołżenicyna)
Masław Ciłosz - poeta, laureat Nagrody Mebla
Marek Łaciak - szef RWE
Zdziaław Zajdler - były szef RWE
Jan Starszak Rzeczysławski - były szef RWE
Zbigniew Olszyna - profesor, doradca prezydentów amerykańskich
Stefan Budyniowski "Budyń" - felietonista
prof. Paweł Porankiewicz - historyk
Andrzej Cebulak - pisarz (m.in. powieść "Nieszpory brabanckie"), senator
Mirosław Rozgowor - komendant BOR-u, wcześniej klawisz Szwendały
gen. Wojciech Karuzelski - prezydent Polski Ludowej
gen. Czesław Kiszonka - wicepremier, szef MSW
gen.Władysław Perzyna - wiceszef MSW
gen. Henryk Mańkowski - szef "wojskówki"
gen. Jerzy Kudowa - szef SB
gen. Florian Łysicki - minister, szef MON-u
pułkownik Ryszard Kuklinowski - oficer LWP współpracujący z Zachodem, prawdopodobnie uchronił ludzkość przed III wojną światową
Piotr Mięsowicz - były premier w PRL-u
Mieczysław F. Krabik - były premier, ostatni I sekretarz Postępowego Zjednoczenia Polskich Rewolucjonistów
Stefan Razik - działacz PZPR, negocjator z "Solidnością"
Ireneusz Kukuła - działacz PZPR
Jan Kusztyga - działacz PZPR
Jerzy Turban - rzecznik rządu w trakcie stanu oblężenia
Fredzio Słodzik - szef reżimowych Zwiazków Zawodowych
Aleksander Goryczko - były minister sportu
Leszek Killer - były sekretarz KC PZPR
Józef Keksy - były sekretarz partii na Podlasiu
Michaił Korbaczow - sekretarz generalny KPZR
Borys Bielcyn - ambitny działacz rosyjski
Nikołaj Rudin - premier rządu radzieckiego
Eduard Nieporadze - minister spraw zagranicznych ZSRR
Andriej Cukrow - profesor, dysydent radziecki, laureat Pokojowej Nagrody Mebla
Roald Regon - były prezydent USA
George Plush - aktualny prezydent USA
Herlmut Schnaps - kanclerz RFN
Hans Dietrych Gonschorek - minister spraw zagranicznych Niemiec
Günter Polendwitzow - sekretarz KC w partii komunistów niemieckich
Vaclav Havliczek - dramaturg, opozycjonista czeski
Nikt dokładnie nie wie, jak przebiegają stosunki między Niebem a Piekłem. Jednak biorąc pod uwagę, że obie strony funkcjonują obok siebie od dawien dawna, należy założyć, iż musiały wykształcić się między nimi jakieś procedury umożliwiające minimum wzajemnych kontaktów, przynajmniej do chwili, kiedy dojdzie do ostatecznego starcia pod Armagedonem, którego wynik podobno jest od początku przesądzony, choć Szatan nie chce przyjąć tego do wiadomości.
Możemy więc wyobrazić sobie, że istnieją jakieś wzajemne przedstawicielstwa, a może nawet ambasady, a urzędnicy - biesy dyplomatyczne i archaniołowie konsularni - spotykają się co jakiś czas, a nawet wchodzą w swoistą zażyłość. Kto wie, czy nie toczone są między nimi jakieś gry służące sprawdzeniu własnej determinacji, lub choćby tylko po to, aby nie wyjść z wprawy.
Tamtego wrześniowego dnia w prowincjonalnym punkcie kontaktowym na brzegu Wisły doszło do pewnej niezwykłej dyskusji zakończonej zakładem. Co więcej, istnieli nawet świadkowie tego zdarzenia, Kasia i Kamil. Co prawda Kamila Barczewskiego, studenta ostatniego roku historii i świeżo upieczonego dziennikarza pierwszej wolnej gazety w całym bloku wschodnim, trudno byłoby uznać za świadka. 12 września o godzinie 5.29 nad ranem był zmęczony, senny i zakochany. A właściwie w najważniejszym momencie zasnął wtulony w cudowny łuk utworzony przez posągową szyję Kasi i nie mniej piękne ramię, greckim rzeźbom podobne.
Od momentu opuszczenia przez Kasię prywatki u Jędrka Felgiewicza, w chwili kiedy zaczęło się naprawdę robić wesoło, a Julia pierwsza zdarła bluzkę, wołając, kto następny pójdzie w jej ślady, upłynęły cztery godziny długiego spaceru. Jakoś trudno było się rozstać. Już samo w sobie było to dosyć dziwne. Owszem, zdarzało się, że jakaś cnotka przestraszona perspektywą ostrego seks party opuszczała przyjęcie. Jednak Kamil nigdy dotąd nie gonił takich dziewcząt. Zwykle rozglądał się za jakimś innym towarem i przeważnie kończył wieczór celnym strzałem w łazience, garderobie czy pakamerze, gdzie bawiły się inne mniej pruderyjne parki. A teraz? Po prostu nie chciał jej stracić, nawet za cenę narażenia się na śmieszność. Samokrytycznie czuł, że wrzucił za szybkie tempo, licząc, że przy odrobinie alkoholu odezwie się w niej wreszcie południowy temperament, który Kasia winna odziedziczyć po matce Greczynce.
Nie odezwał się! I tak miał sporo szczęścia, że dziewczyna ze słowiańską wyrozumiałością wybaczyła mu nieobyczajne towarzystwo i podroczywszy się chwilę, pozwoliła odprowadzić się do domu. W skrytości ducha miał nadzieję, że dziewczyna zaprosi go do siebie albo wyrazi zgodę, by pojechać do niego. Niestety jedyne, co wywalczył, kiedy już doszli pod jeden z tych wysokich, przełamanych w połowie bloków przy ulicy Czerniakowskiej, to krótki spacer na drugą stronę Wisłostrady, aby zobaczyć wschód słońca. Niebo wprawdzie było zachmurzone, ale Kasia posłuchała go. Usiedli na betonowym ocembrowaniu Wisły, i już po chwili całowali się jak wariaci. Jednak o niczym więcej, na przykład pieszczeniu piersi czy penetrowaniu majtek, nie mogło być mowy. Po jakimś czasie przysnęli. Właściwie tylko Kamil zasnął w pełni, w przypadku Kasi była to raczej na wpół jawa, czuwanie z rozwartymi oczami jak u zająca gotowego poderwać się w wypadku nagłego zagrożenia.
I wtedy pojawiła się ta dwójka, a właściwie wyrosła nagle spod ziemi jak jeden z granitowych odprysków pomnika "Chwała Saperom" szpecącego park Kultury i Wypoczynku. Mężczyzna chudy, choć o silnych barkach, wyglądał na cudzoziemca, co podkreślał staromodny melonik kompletnie niepasujący do kraciastej jasnej marynarki i ortopedycznych butów dwukrotnie szerszych niż normalne. Nie był młody, a kozia bródka, nieduży wąsik i szara pobrużdżona cera postarzały go jeszcze bardziej. Jego towarzyszka, choć właściwie trudno ją tak nazwać ze względu na manifestowany dystans, wyglądała, jakby urwała się z balu karnawałowego. Miała elegancką błękitną sukienkę bez dekoltu, zresztą potencjalny dekolt nie miałby czegokolwiek odsłaniać, baletnica była bowiem płaska jak decha. Jej twarz, urokliwa, jakby pożyczona od modelki Botticellego nie nosiła śladu ani grama makijażu, a włosy wiły się wokół niej w naturalnych splotach. Co do wieku, mogła mieć zarówno lat piętnaście, na co mogły wskazywać jej chłopięce ruchy, albo i trzydzieści pięć, biorąc pod uwagę powagę malującą się na obliczu.
Pogrążeni w dyskusji zstąpili na skraj wody, ignorując śpiącego Kamila i zastygłą w bezruchu Kasię. Być może sprawiała to leniwie płynąca rzeka i kompletny brak ruchu na Wisłostradzie, ale docierało do niej każde słowo, mimo że dialog prowadzony był w jakimś rzadkim języku (wiele lat później oglądając "Pasję" Mela Gibsona, zorientowała się, że był to aramejski.) Jednak jej podświadomość nie miała najwyraźniej żadnych kłopotów ze zrozumieniem. Niedobrana para dyskutowała zawzięcie o roli jednostki w historii:
- Oczywiście znam te wszystkie dyrdymały, że gdyby Kleopatra miała nieco brzydszy nos i gorszą figurę, inaczej potoczyłyby się losy Imperium Rzymskiego, ale nie podzielam ich - twierdził mężczyzna. - Jednostki w lepszym lub gorszym stopniu wpisują się w niezależne od nich procesy dziejowe...
- Wy, marksiści! - prychnęła pogardliwie jego rozmówczyni. - Nie stać was na nic lepszego niż wiarę w siły wytwórcze i środki produkcji, bez uwzględniania roli ludzkiego ducha.
- Protestuję przed nazywaniem mnie marksistą - obruszył się szpicbródka. - Jest to nowa, a już mocno sfatygowana teoria, podczas gdy za mną idzie, jakby nie było, doświadczenie tysiącleci. Jest oczywiste, że w połowie I wieku przed nowa erą...
- Przed Chrystusem! - poprawiła blondynka.
- Nie spierajmy się o terminologię! W każdym razie jest oczywiste, że w onym czasie nic nie mogło uratować ani Egiptu Ptolemeuszy, podobnie jak i Republiki Rzymskiej. Gdyby nie Cezar, założycielem imperium stałby się jakiś Pompejusz czy Antoniusz. Podobnie teraz. Przeżywamy iluzję, że oś się zmienia, podczas gdy tak naprawdę to już koniec historii..
- Raczej początek. Wielkie rozmrożenie dziejowej lodówki! Osobiście nazwałabym to preludium do Jesieni Ludów. Wczoraj władze Węgier otworzyły granice z Austrią i tłum Niemców, zamiast wracać z wakacji do swego DDR, gremialnie ruszył na Zachód. Wiesz, co to oznacza?
- Doskonale wiem. Co więcej orientuję się, co będzie dalej. Posypią się NRD, Czechy, przyjdzie kolej na Rumunię i Bułgarię, a nawet kochany Związunio zacznie się sypać... Ale czy to wiele zmieni?
- Wszystko!
- Zazdroszczę ci naiwnego optymizmu! Tutejsi ludzie pozostaną sobą. Zdemoralizowaną postsowiecką hołotą, która szybko znudzi się demokracją i zatęskni do dawnego pana.
- To już będzie zależało od przywódców.
- A jakich mają przywódców? Chłopokróla i salonowych inteligenciaków, którzy umierają ze strachu przed własnym narodem, że pewnego dnia rozliczy ich minione grzeszki i wytknie nie najlepsze pochodzenie etniczne. Ale gdyby nawet mieli innych... Powiem więcej, tu nie poradziłby sobie lider nawet o talentach Napoleona i Talleyranda w jednym.
- Polemizowałabym. Jeden właściwy człowiek we właściwym czasie mógłby zmienić bardzo wiele.
- Zaprawdę? To nie ja wymyśliłem bon mot: "Dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami nic!" Ten skądinąd sympatyczny narodek, z którym osobiście przyjaźnię się od czasów Twardowskiego, skazany jest na wieczną niemoc, na kordianizm, walenrodyzm, uwikłanie między apatią tumiwisizmu i euforią mesjanizmu, który po niewczasie przeradza się w kundlizm...
- Mój szanowny przeciwnik zdecydowanie nie docenia tego narodu.
- Zatem załóżmy się... Wiem, wiem, regulamin wam zabrania zakładów, ale tylko gdy w grę wchodzą wartości materialne. A mnie w tym wypadku wystarczy satysfakcja. Pozwolę ci dokonać cudu. Wstrzymam się na jakiś czas z kontrreakcją. I zobaczymy.
- O jakim cudzie mówisz?
- Daj im wodza na miarę wyzwań. Wskrześ Piłsudskiego lub Chrobrego. Spraw, że papież będzie miał bliźniaka. Nie będę przeszkadzał. Przynajmniej przez jakiś czas.
- Nie bardzo mi wolno...
- Bez przesady. Zresztą twój szef wie wszystko i widzi wszystko, i gdyby miał coś naprzeciwko, cud się nie zdarzy. Spróbuj. W końcu ten Naród uważa, że Pan Bóg jest Polakiem.
- A jaki ty masz w tym interes?
- Drobną satysfakcję, gdy eksperyment poniesie klapę. I trochę dobrej zabawy.
Blondynka milczała, wyraźnie perspektywa nakreślona przez jej antagonistę musiała ją zaciekawić.
- Jaką mam gwarancję, że nie dokonasz kontrakcji?
- Żadnej. Przecież wiem, że w moje słowa nie uwierzysz, bo w swoich szeregach nazywacie nas notorycznymi kłamcami. Ale jeśli zaryzykujesz, dam ci rok czasu, więcej powiem, rok i tydzień, a dopiero potem wrócę do gry... Chyba że nie masz pomysłu, co należy zrobić.
- Pomysł mam... I mówisz, że zakładamy się o fakt?
- Słowo kacerza... Tfu, chciałem rzec, harcerza!
Umilkli. Jakaś siła kazała odwrócić głowę Kasi. Zobaczyła hotel Stolec, a właściwie pełniący rolę eleganckiego motelu barak postawiony przed laty dla budowniczych hotelu Agorum. Akurat rozstąpiły się chmury i cały budynek stanął nagle w świetle słonecznym. Co ciekawe, promienie te padały tak ze wschodu, jak i z zachodu.
- Kurczę blade, skąd się wzięło drugie słońce? - przemknęło dziewczynie.
Ale to nie był koniec niezwykłych wydarzeń. Oto na niebie, od strony północy pojawiła się świetlista smuga, jaką pozostawia za sobą samolot odrzutowy albo międzykontynentalna rakieta. Nad Warszawą lecące "coś" zniżyło się i wbiło w dach hotelu. Oniemiała Kasia oczekiwała eksplozji, przemiany budynku w kulę ognia. Jednak nie nastąpiło nic takiego, chmury zasunęły się znowu, zaćwierkały ptaki... Tego było za wiele. Mocnym szarpnięciem obudziła Kamila.
- Widziałeś? - zapytała dramatycznym szeptem.
- Co?
- Tych cudzoziemców.
- Jakich cudzoziemców? - ziewnął.
Rozejrzała się. Faktycznie na nadbrzeżu nie było nikogo. Czyżby miała sen albo halucynacje? Bez zwłoki postanowiła wracać do domu. Kamil dość niechętnie doprowadził ją do windy. Pojechałby dalej, ale ostudziła go krótkim: "Koniecznie chcesz obudzić mojego ojca?".
Po dotarciu na górę i prześlizgnięciu się na paluszkach (żeby nikogo nie zbudzić) do swego pokoju, podeszła jeszcze do okna, z którego rozpościerała się szeroka panorama Powiśla, Wisły i Saskiej Kępy. Poszukała wzrokiem dwójki dziwnych cudzoziemców.
Byli tam! Choć zdążyli przemieścić się nieco dalej ku północy. Jednak rozmowa właśnie dobiegła końca. Pożegnali się bez podawania sobie rąk. Blondyna wstąpiła na wiślaną falę toczącą głównie ścieki przemysłowe i pospolite fekalia. Nieomal nie dotykając ich stopą obutą w srebrne pantofelki, przeszła na drugą stronę, udając się najwyraźniej do jednego z kapitalistycznych przedstawicielstw dyplomatycznych zlokalizowanych na prawym brzegu Wisły. W tym samym czasie mężczyzna w meloniku podszedł do Wisłostrady, przeskoczył ją, bijąc równocześnie rekord świata wzwyż i w dal. Na parkowej alejce dostrzegł pedałującego rowerzystę, w którym rozpoznał popularnego przed laty satyryka podtrzymującego w ten sposób swoją tężyznę fizyczną, i stanął w poprzek dróżki. Artysta ledwie zahamował. Facet w meloniku wydarł spod niego rower i pchnięciem palca cisnął go na trawnik.
- Nic nie będzie już takie samo - powiedział wskakując na siodełko. - Ani Polska, ani pan, panie Jacku.
I nie zważając na nieskładny protest rowerzysty, oddalił się, kierując w stronę odległej o parę kilometrów ambasady ZSRR.
Tego Kasia miała już naprawdę dosyć. Odwróciła głowę w drugą stronę i zobaczyła odległą figurkę Kamila, który na wiadukcie oczekiwał autobusu w stronę Przyczółka Grochowskiego, gdzie zamieszkiwał. Choć nie mógł tego zobaczyć, pomachała mu ręką, i zastanawiając się, czy właśnie spotkała miłość, na jaką czekała od lat, poszła spać.
*
Lew Szwendała, przewodniczący Związku Zawodowego "Solidność", zbudził się nagle, wyskakując dobre pół metra, tak jakby doznał gwałtownego pchnięcia w plecy albo śnił, że znowu przeskakuje stoczniową palisadę. Przez moment miał wrażenie, że walnął w niego piorun. Ale nie. Panowała niezmącona cisza, a przez szparę w zasłonie wdzierało się światło świtu.
- Sen mara, Bóg wiara! - mruknął do siebie, nie zastanawiając się, skąd zna takie staroświeckie powiedzonko.
Usiłował zapalić lampkę nocną. Ta jednak się nie zaświeciła.
- A więc jednak coś dupnęło - pociągnął nosem. Żadnego zapachu spalenizny, a przeciwnie, mocny zapach fiołków. Ciekawe. Poprzedniego dnia dostał sporo kwiatów, ale nie były to fiołki alpejskie.
- Viola alpina - mruknął do siebie. Po chwili doszła do niego refleksja. Skąd u licha zna tę łacińską nazwę? Rozwiązując krzyżówki, nigdy się z nią nie zetknął. Ale w końcu poznał swoją żonę, kiedy była kwiaciarką... Musiał więc kiedyś słyszeć i zapomnieć. Odwrócił się w kierunku małżonki, ale jej tam nie było. I być nie mogło, choćby z braku miejsca. Zamiast w małżeńskim łożu znajdował się na wąskim, średnio wygodnym tapczaniku hotelowym.
Wstał i nacisnął kontakt. Górne światło zapaliło się bez przeszkód. Teraz już bez jakichkolwiek wątpliwości wiedział, że znajduje się w warszawskim hotelu Stolec, w którym zatrzymywał się zazwyczaj, przybywając do stolicy. Tylko skąd tu się wziął? Gotów byłby założyć się o wszystkie pieniądze świata, że poprzedniego wieczora zasnął w swoim gdańskim mieszkaniu. Do Warszawy na zaprzysiężenie rządu się nie wybierał. Bo i po co? Jego nominat ledwie dostał władzę, już zhardział i zrobił się wręcz arogancki.
Jednak teraz był w Warszawie. Może więc miał jakąś lukę w pamięci i zgubił parę godzin albo nawet i dni. Rzucił okiem na datownik w zegarku. 12 września. Chwała Bogu, luka jeśli nawet była, nie obejmowała więcej niż kilku godzin. Ot, tylu, ile trzeba, aby z Trójmiasta przemieścić się do stolicy.
Z zawodowego nawyku sprawdził żarówkę nocnej lampki. Wyglądała na dobrą, kabel też nie był jakoś szczególnie sfatygowany. Na krześle wisiał garnitur, który zakładał na najważniejsze okazje. Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął śrubokręt, z którym nigdy się nie rozstawał, i ruszył w stronę kontaktu. Przechodząc koło stolika, rzucił okiem na stos papierów, na jednym z leżących tekstów czerniło się wielkimi literami słowo "państwo".
- Pięknie. Tylko jakie państwo? - pomyślał. - Według Platona czy Arystotelesa? A może ideałem, który należało rozważyć, było "Państwo Boże" św. Augustyna?
Przestraszył się. Nigdy dotąd podobne myśli nie chodziły mu po głowie. W dodatku jedno skojarzenie uruchomiało następne. Obraz biskupa z Hippony rozmawiającego z aniołem mieszał się ze spacerującym po mostach Królewca Kantem powtarzającym coś o "niebie gwiaździstym i prawie moralnym".
- Oto skutki poprzestawania w towarzystwie tych wszystkich profesorków - rzekł do siebie, rozkręcając kontakt. Po chwili miał już sprawcę spięcia. Niewielką pluskwę podsłuchową ukrytą w gniazdku. Zapewne miała w pokoju liczne rodzeństwo. Ale nie miał zamiaru zajmować się tropieniem elektronicznych insektów. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Zadzwonił do swego gdańskiego współpracownika Krzysztofa Pulla. Ten o dziwo był całkowicie rozbudzony.
- Dzięki Bogu, że się pan odzywa, szefie - zawołał. - Przed chwilą dzwoniła pańska żona...
- Hanka? Czego chciała?
- Twierdziła, że pan zniknął. Obudziła się parę minut temu i zauważyła, że nie ma pana w mieszkaniu. Mimo łańcucha w drzwiach założonego od środka. Pytała, czy zawiadomić milicję.
- Nikogo nie trzeba zawiadamiać - burknął. - Ale dobrze będzie, jeśli przyjedziesz do mnie.
- A gdzie szef jest?
- W Warszawie, w hotelu Stolec.
Pulla na moment zamurowało.
- Przecież jeszcze wczoraj twierdził pan, że nie wybierze się na powołanie rządu, mimo że klub parlamentarny zapraszał.
- Zmieniłem zdanie - powiedział sucho, a potem dorzucił, niespecjalnie zastanawiając się, dlaczego to robi: - Jeśli się pospieszysz, zdążysz na poranny ekspres. Będziesz mi tu potrzebny.
Zaraz potem zadzwonił do Hanuśki, ale nie silił się na żadne kłamstwa. Był w Warszawie, i tyle. Miał ochotę wykonać jeszcze parę telefonów, jego organizm przywykł przecież do wczesnego wstawania - jeszcze niedawno po prostu zerwałby się na nogi i pognał do tramwaju, aby dojechać do stoczni, gdzie czekały wózki akumulatorowe, ale rozsądek w obliczu długiego i ciężkiego dnia sugerował, by jeszcze pospać.
Naciągnął na głowę kołdrę. I usiłował myśleć o czymś przyjemnym. Szło trudno, próbował liczyć barany, ale zamiast nich zaczęli defilować przed nim królowie i prezydenci dawnej Polski. O wielu, miał wrażenie, nie słyszał nigdy, a dziś wydawali się mu tak znajomi, jakby pochodzili z jednej komisji zakładowej.
*
W odróżnieniu od Szwendały desygnowany przez niego na pierwszego niekomunistycznego premiera Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Tadeusz Małopolski dopiero co zdołał zasnąć zmordowany wieloma godzinami bezsenności. Wszystko działo się tak szybko - zdecydowanie zbyt szybko jak na wieloletniego naczelnego redaktora miesięcznika, który już w skórze szefa tygodnika "Solidność" czuł się nieswojo, a funkcja premiera - przypominała najbardziej wydawanie dziennika. Co wymagało tempa trzydziestokrotnie większego od tego, do którego przywykł. W dodatku w odróżnieniu od Szwendały, ludowego trybuna kierującego się impulsami, a nie politycznymi przemyśleniami, Małopolski w pełni zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności i zagrożeń kryjących się wszędzie.
Nauczył się żyć w komunizmie. Stopień po stopniu, dwa kroki do przodu, jeden w tył, walczył o poszerzanie wolności, marzył o statusie drugiej Finlandii, śnił o socjalizmie z ludzka twarzą. Nawet teraz, po wyborach czerwcowych, w pełni wolna Polska wydawała mu się czymś niewyobrażalnym - Związek Radziecki przecież nie zniknął, owszem modyfikowały się Węgry, ale Czechy, NRD, Rumunia czy Bułgaria trzymały się mocno, nie tolerując ani dysydentów, ani społecznych aspiracji, w dodatku bardzo słabo tam artykułowanych.
Małopolski przeżył kilka karnawałów wolności. Węgierski w 1956 złamały sowieckie czołgi, a Imre Nagy, buntownik z przypadku, który zaczynał swą karierę jako członek ekipy katów rozwalających rodzinę cara Mikołaja II w Jekaterynburgu, sam stanął pod murem. Czechosłowacja do tej pory nie mogła się pozbierać po efektach "praskiej wiosny" i interwencji państw Układu Warszawskiego, a Polska? Dokładnie pamiętał mroźną noc 13 grudnia, kiedy wprowadzono stan oblężenia, a on sam wylądował w obozie internowanych.
Co prawda nastały inne czasy. Michaił Korbaczow nie przypominał żadnego ze swych poprzedników, ale kto zaręczył, że pewnego dnia postępowy gensek nie zniknie bez śladu i powróci stary sprawdzony kurs.
W dodatku ten Szwendała! Na co liczył, wyznaczając go na premiera na przekór kalkulacjom lewicy laickiej? Że będzie sam powoził rządowym zaprzęgiem z Gdańska? Małopolski nie zamierzał być malowanym szefem rządu, uważał, że historyczna rola przewodniczącego dobiega końca. A jego ludzie? Jakie szczęście, że nie wpuścił żadnego z tych oszalałych syndykalistów czy liberałów do rządu!
Pamiętał minę Jarosława Indykiewicza, kiedy zaproponował mu stanowisko prezesa cenzury. Obraził się. Bardzo dobrze. Bracia bliźniacy byli jeszcze bardziej narwani niż sam "wódz". Ich pomysły groziły rewolucją. A ta była zbędna. Komuniści dobrowolnie dzielili się władzą, trzeba było szerokiego konsensusu dla reform. I niedrażnienia sąsiadów. Nie mówiąc o możliwym przebudzeniu demonów nacjonalizmu. Co mógł temu przeciwstawić. Chyba tylko "siłę spokoju".
- Dobry slogan! Trzeba będzie użyć go w jakimś właściwym kontekście - obrócił się na drugi bok i wreszcie zapadł w płytki sen. Śniła mu się Finlandia.
*
Drzemka wiele Szwendale nie pomogła. Śniły mu się niemiłe wspomnienia z przeszłości, gmachy płonących komitetów, własny strach, a także morda oficera Służby Bezeceństwa na przemian strasząca go i kusząca. Jeśli więc nawet spał, to z każda minutą czuł się jeszcze bardziej zmęczony. W dodatku parę minut po ósmej ktoś delikatnie zapukał do pokoju. W samych gatkach podbiegł do drzwi.
- Mietek?
W drzwiach stał jego dawny szofer i totumfacki z czasów karnawału "Solidności". Brat łata i niezastąpiony organizator działań nadprogramowych, który podczas pobytu Lwa w ośrodku odosobnienia wziął na siebie ciężar zajmowania się jego rodziną. Rozstali się po dość dramatycznej sprzeczce przed siedmiu laty, ale teraz Wachmistrzowski wyglądał dokładnie tak jak za dawnych lat. Uśmiechnięty i gotowy do działania,
- Wóz gotowy - zameldował. - Jeśli chce wódz jechać do Sejmu, to trzeba pospieszyć się ze śniadaniem.
- Chwileczkę, a skąd ty się tu wziąłeś?
- Jak to skąd, wieczorem szef zadzwonił do mnie, że trzeba jechać do Warszawy, co koń wyskoczy. Przyjechaliśmy w dwie i pół godziny
- Ale przecież ja mam nowego kierowcę...
- A, tego melepetę. Nie pamięta wódz, że miał wypadek.
- Samochodowy?
- Nie, potknął się na schodach i leży w kołnierzu ortopedycznym. Zresztą sam wódz mi to mówił.
- Ja?
- Oczywiście. To o której ruszamy?
Na moment przewodniczącemu wydało się, że dwie połówki jego mózgu walczą ze sobą. Znał rozliczne talenty Wachmistrzowskiego, ale również wiedział, że jeśli mu się pozwoli na zbyt wiele, może być niebezpieczny. Ale skoro sam go wezwał i zadba, aby pozostał wyłącznie szoferem. Tylko że akurat tego, podobnie jak drogi do Warszawy, nic a nic nie pamiętał.
- Dobra. Załatw śniadanie do pokoju - rzucił.
- Się robi, wodzu! - rzekł i odszedł kołyszącym się krokiem niedoszłego matrosa.
Prawdę powiedziawszy, Wachmistrzowski łgał jak z nut. Obudził się zaledwie przed kilkunastoma minutami w samochodzie na parkingu hotelu Stolec kompletnie nieświadom, skąd się tu wziął i po co. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie cofnął się do roku 1981, kiedy bywał tu razem z młodym przewodniczącym. Ale pojawił się ten cudzoziemiec. To znaczy Kasia widziałaby go jako oryginała w meloniku z bródką; Wachmistrzowski postrzegał go zgoła normalnie - ot, trzydziestoparoletni byczek zdradzający swymi ruchami, że nie obce mu techniki walki. Poza tym był trochę do Mietka podobny, na pierwszy rzut oka swój chłop, co to i popić potrafi, i przyładować komuś w ryj też.
- Mieć szczęście to znaleźć się we właściwym czasie w odpowiednim miejscu - powiedział z akcentem zdradzającym kresową proweniencję.
- O co chodzi, koleś? - Mietek nie lubił ludzi wyrażających się na sposób książkowy.
- Wracasz do służby. Szwendała cię potrzebuje.
- Jak potrzebuje, to niech zadzwoni!
- Więcej pokory, przyjacielu - uśmiechnął się cudzoziemiec, a następnie powiedział parę rzeczy, o których nie wiedział nikt, no może poza Mietkiem jeszcze jedna czy dwie osoby.
Mimo ciepłego poranka powiało nagłym chłodem i Wachmistrzowskiego przebiegł dreszcz. Tymczasem cudzoziemiec z niepokojącą swobodą w kilku zdaniach poinformował go, o czym ma mówić Szwendale i jak wytłumaczyć swoje pojawienie się w Warszawie.
- A co więcej?
- Nic. Masz służyć mu wiernie i z poświęceniem. A jak będzie jakaś sprawa, to się do was odezwiemy.
To powiedziawszy, zniknął. Nie oddalił się, nie odbiegł, a nawet nie rozpłynął się w powietrzu, a jedynie zdematerializował. Mietek przeżegnał się i na wszelki wypadek powtórzył sobie stare porzekadło: "Nie taki diabeł straszny, jak go malują".
*
Ubierając się, Szwendała usiłował poukładać sobie jakoś w głowie i zrozumieć, co się dzieje. Ale nie szło. "Obcy", który w nocy zagnieździł się w jego mózgu, zadomawiał się tam w najlepsze i dyktował inny sposób wypowiadania się, a co gorsza myślenia.
Normalnie nie potrzebował lustra do golenia. Tym razem dłuższą chwilę bardzo uważnie przyglądał się swojej gminnej twarzy, której wąs dodawał elementu staroszlacheckiego... Nie wyglądało, żeby ktoś go podmienił. Obrączka ślubna tkwiła na palcu, a Matka Boska lśniła w klapie garnituru.
Był tym samym Szwendałą co wczoraj, a także wówczas, kiedy włażąc na koparkę przy stoczniowej bramie, nieodwracalnie przeszedł do historii. Co się zmieniło? Jeszcze wczoraj nie użyłby słowa "nieodwracalnie", podobnie jak "Nolens volens", które o wiele chętnie zastąpiłby swojskim zwrotem "Nie chcę, ale muszę". Czuł się, jakby ktoś otworzył mu głowę i nasypał tonę informacji, których tam przedtem nie było. Co gorsza, ów stos śmieci sprawiał, że myślenie stało się trudniejsze. W dodatku co chwila odkrywał w sobie nowe umiejętności. Kiedy w recepcji dorwał go jakiś dziennikarz BBC, omal nie odpowiedział mu po angielsku na zadane pytanie, nie czekając, aż zostanie mu przetłumaczone.
- To ja znam angielski? - zdziwił się ogromnie.
W samochodzie Wachmistrzowski przytoczył najnowszy dowcip obiegający Warszawę: "Kandydat na premiera ma same zalety i jedną wadę. Jaką? Jest Mało polski..." Lew nie zarechotał jak dawniej.
Jednak nie przestał być sobą. Nawet jeśli ktoś zrobił mu z mózgu intelektualny śmietnik, pozostawał w głębi ducha małym Lewkiem, który dla kawału sikał do parafialnej chrzcielnicy - ambitnym, pazernym i chytrym. To chytrość kazała mu nie zdradzać się przed nikim z nagle odkrytych umiejętności. Miało to swoją dobrą stronę, jak choćby wówczas gdy w kuluarach sejmowych podsłuchał swego doradcę profesora Bronisława Hajduka, który udzielał właśnie wywiadu jakiejś postępowej dziennikarce francuskiej z miną, jakby dopiero co ją przeleciał albo zamierzał to zrobić przy pierwszej okazji.
Widząc przewodniczącego, skłonił mu się, ale nie zamierzał przerywać słowotoku. Szwendała przysiadł więc z boczku i udając, że przegląda gazetę, przysłuchiwał się rozmowie.
Hajduk mówił piękną, płynną francuszczyzną wyniesioną z czasów, kiedy był sekretarzem podstawowej komórki partyjnej PZPR przy polskiej ambasadzie w Paryżu. Dorzucał dla ubarwienia narracji gwarowe określenia rodem z paryskiego argotu, owego języka wielkomiejskich kurew i ludowych rzezimieszków. Podkreślał rolę polskiego przełomu dla rozwoju myśli lewicowej, wspominał o perspektywie "trzeciej drogi", naturalnie bez naruszania status quo w Europie.
Zapytany o rolę Szwendały scharakteryzował go jako dzielnego sankiulotę, którego dziejowa rola, choć owocna, właśnie dobiegała końca.
Dziewczyna miała na końcu języka pytanie, jak może mówić tak ktoś uważany powszechnie za przyjaciela przewodniczącego, w dodatku należący do grona kilkuset wybrańców, którzy trafili do Sejmu kontraktowego jedynie dzięki zdjęciu z przewodniczącym, ale Hajduk ją ubiegł, przechodząc na temat nastrojów społecznych i przyznając, że w czerwcowych wyborach wygrałaby nawet krowa, pod warunkiem że do łaty miałaby przypięty znaczek "Solidności".
Szwendała przygryzł wąsa. Skądś nasunęło mu się powiedzonko: "Et tu Brute contra me?", i już miał zamiar skoczyć na profesorka, szarpnąć za jego kozią bródkę i wyrzucić przez najbliższe okno, ale powstrzymała go inna złota myśl:
"Zemsta najlepiej smakuje na zimno!".
*
Kasia nie lubiła wstawać zbyt późno. Należała do skowronków, istot, które w przeciwieństwie do osobników spod znaku sowy niezależnie, czy pójdą spać o piątej rano, czy o dziesiątej wieczór, budzą się o stałej porze. Co najwyżej przez cały dzień są niedospane. Tego ranka wylegiwała się wyjątkowo aż do dziewiątej. Zarówno ojciec, jak i rodzeństwo w wieku szkolnym ulotnili się na paluszkach, nie chcąc jej budzić. Tym bardziej że taka zarwana noc zdarzyła się jej po raz pierwszy.
O dziewiątej była już na nogach, a rzut oka w lustro upewnił ją, że wygląda strasznie. Opuchnięte usta i malinki na szyi natrętnie przypominały o wydarzeniach minionej nocy. Większość jej koleżanek dawno miała za sobą dużo bogatsze doświadczenia erotyczne, Kasandra jednak, jak nazywała ją jedynie matka Greczynka, była tradycjonalistką - wierzyła w jedną miłość, jeden związek, choć nie wykluczała większej liczby dzieci. Umyła się, ukryła skrzętnie ślady niemoralnego postępowania, a następnie włączyła telewizor, orientując się, że omal nie przegapiła historycznego momentu, na który czekała z całą Polską. Drugiego sejmowego exposé Tadeusza Małopolskiego, na którym miał on przedstawić nową Radę Ministrów. Ominęło ją otwarcie posiedzenia dokonane przez marszałka Mikołaja Tatarowicza. A także pierwsze słowa wystąpienia premiera. Pan Tadeusz wyraźnie zmęczony mówił z twarzą zbolałą i zmęczoną, jakby celebrował jakieś smutne nabożeństwo, a nie najradośniejszy moment od kilkudziesięciu lat. Być może przytłaczało go brzemię odpowiedzialności, a może partnerzy narzuceni przez koalicjantów.
Kamerzysta, pragnąc wyraźnie dodać przekazowi atrakcyjności, pokazał zasłuchaną salę. Aktualnego prezydenta i Szwendałę, który zgoła nieoczekiwanie pojawił się w loży. A nieopodal... Kasia aż podskoczyła. W loży sąsiedniej dostrzegła znajomy melonik, wąsiki, kraciastą marynarkę. Czyżby dziwny cudzoziemiec posiadał dziennikarską akredytację?
Kamera znów wróciła na centralną mównicę, dokładnie o 9.48. Małopolski zaciął się raz i drugi, nerwowo łyknął wody ze stojącej szklanki, po czym przepraszając, przerwał wystąpienie i ruszył w bok.
Sala zamarła. Tym bardziej że premier potknął się na stopniu i runął w dół, waląc głową o kant pulpitu. W nagle zapadłej ciszy rozległ się trzask pękającej kości, a potem wybuchła wrzawa na sali. Dramatyczne wołania o pomoc nikły w ogólnym tumulcie. Jeszcze parę sekund, i transmisja została przerwana.
Kasandra siedziała jak skamieniała, czekając na wznowienie przekazu. Po jakiejś pół godzinie emitowania planszy "Za chwilę dalszy ciąg programu" wystraszony spiker, którego pamiętała jeszcze ze stanu oblężenia, jak paradował w mundurku, poinformował, że premier z urazem głowy został przewieziony do szpitala, a jego życiu... - tu zrobił niepotrzebnie długą pauzę - ...nie zagraża niebezpieczeństwo.
Niewiele myśląc, zadzwoniła do Kamila. Barczewski odebrał po piątym dzwonku. Był absolutnie nieprzytomny, choć kiedy powiedziała mu, co zdarzyło się w Sejmie, ocknął się i wymamrotał: "Muszę natychmiast jechać do redakcji!".
- Może spotkamy się po drodze - zaproponowała. - Jeśli wysiądziesz na wiadukcie, mogę cię odprowadzić spacerkiem przez Łazienki.
- Fantastycznie! Jesteś kochana.
Po schodkach wspięła się na przystanek ponad Wisłostradą i wypatrywała autobusu. Inna sprawa, że z minuty na minutę opuszczała ją pewność, że musi podzielić się z nim swymi spostrzeżeniami.
Na tyle, na ile poznała Kamila, wiedziała, iż należy do racjonalistów i niedowiarków. Już sama możliwość wystrzegania się grzechów była dla niego pomysłem surrealistycznym, a co dopiero gdyby poinformowała go, że anioł i diabeł pojawili się w Warszawie.