Cud-miód, ultramaryna - Damian Ciesielski, Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po co się uczyć języków obcych?

W szkole uczyli głównie gramatyki, która nijak przełożyła się na umiejętność komunikacji. Jeden z przedmiotów szkolnych i kolejna okazja, aby nie zawieść rodziców i nakręcać chory system na ocenianie wszystkiego i wszystkich od rana do wieczora. Ciągłe testy, nieregularne formy z końca podręcznika, biadolenie o A1 i B2. Durnowate czytanki o Elżbiecie II, skupiające się na jej herbatkach i posiadłościach, a milczące na temat tysięcy dzieci pomordowanych za sprawą jej politycznych decyzji w różnych konfliktach. Nadzieja na jakąś odmianę z roku na rok gasła. Przygoda językowa zaczyna się od trzyletnich dzieci, ledwo składających zdania we własnym języku, a na studentach kończy za sprawą ściemniackiego lektoratu wyniesionego poza uczelnie wyższe w formie pseudooutsourcingu. Motywacją do nauki języka obcego powinna być świadomość, że finalnie opanuje się jedną z najcudowniejszych umiejętności, jaką może nabyć człowiek. A moimi motywacjami były strach, satysfakcja rodziców i wizja, że będzie lepiej. Pilnowałem ocen. To, co trzeba - nic więcej. Minimum. Nie miałem w planie odpuszczania wszystkich życiowych przyjemności. Nie to, żebym podważał praktyczność i sens nauki języków obcych, ale skoro nauczyciele sami nie podchodzili do nich poważnie, czemu ja miałbym to robić? Jedni odchodzili, inni przychodzili. Zazwyczaj każdy nieprzygotowany. Z brakami. Zaczynali ciągle od nowa, niczego nie kończyli, a następni niczego nie kontynuowali, tylko znów zaczynali od nowa. Co ciekawe, każdy kolejny był zaskoczony, że poprzedni niczego nikogo nie nauczył. I ostatecznie, aby przypadkiem nie psuć tego schematu, też niczego nie uczyli. Zaczynały się gonitwa, kłopoty i wieczna walka. Choć z jakiejś tam perspektywy radziłem sobie nieźle. Życiowa forma przyszła na studiach, gdy pojawiało się widmo wrześniowych poprawek, czyli mówiąc inaczej - niemożność doprowadzenia wakacyjnych planów do skutku. Wtedy zwykle jedynym ratunkiem były misje specjalne. Projekty, piosenki, teatrzyki, referaty. Szczególnie jedna praca z tych dodatkowych pozostała mi w pamięci. Większość była zabawą w "kopiuj - wklej", ale ta jako jedna z nielicznych przymusiła mnie do działania.

Miałem przygotować referat o 10 ciekawostkach językowych. Ciekawostki miały być zaskakujące i - co najważniejsze - sam pomysłodawca zadania miał przynamniej jednej z nich nie znać. Mając na uwadze głównie ostatnie z wymagań, ruszyłem do bibliotek, bo internet (zawsze wielką literą, skrótowiec od angielskiego inter network, czyli międzysieć) dopiero raczkował w tym czasie. Na kilka trafiłem dość szybko. Na początku, pamiętam, trudno mi było ocenić, czy potrafię być obiektywny w określeniu, co jest ciekawe, a co nie. Zacząłem więc od banałów. Pierwsze, co postanowiłem sprawdzić, to ewentualne ciekawostki związane z najpopularniejszym językiem na świecie, czyli angielskim. Temat najbardziej chwytliwy i najłatwiejszy do zrealizowania. Po kilku minutach już wyłapałem kilka przykładów. Trafiłem na jakieś wyniki badań, z których wynikało, że ponoć dziewięćdziesiąt procent ludzkości kojarzy język angielski głównie z Anglią, a dalsze pozycje jako główne kraje anglojęzyczne są przypisywane Stanom Zjednoczonym, Australii i Kanadzie. I na tym etapie oczywistości zaczynały się powoli kończyć. W dwóch pierwszych krajach angielski nie jest językiem urzędowym. Potem jeszcze wygrzebałem, że jest długa lista krajów, w których żyje więcej anglojęzycznych osób niż w całej Wielkiej Brytanii. Żeby móc przytoczyć źródła, a taki oczywiście był wymóg, musiałem jednak sporo się naszukać. Ostatecznie po pół nocy szukania udało mi się znaleźć kilka sensownych publikacji, z których jasno wynikało, że większa populacja anglojęzyczna od tej z Anglii żyje chociażby w Nigerii, Pakistanie, Filipinach czy - przede wszystkim - w Indiach. Zresztą tylko co setny native speaker języka angielskiego to Anglik. A co do Indii... do 2030 roku będą najważniejszym krajem anglojęzycznym. Przy okazji - w kwietniu 2023 roku staną się ogólnie najludniejszym krajem świata.

Ponadto cały czas przewijały się inne, drobniejsze ciekawostki:

- najpopularniejsze litera w angielskim to "e",

- najwięcej wyrazów zaczyna się na "s",

- najniższa liczba, w której w pisowni występuje "a", to thousand.

Zadowolony, zacząłem analizować inne języki. Na samo poszukiwanie zeszło mi kilka dni, które nie przyniosły żadnych konkretów. Trzy wieczory zmarnowałem, by obalić jeden ze stereotypów, że w Ameryce Południowej dominuje hiszpański. Niestety okazało się, że faktycznie minimalnie przeważa nad portugalskim i mój oryginalny pomysł przepadł. Ostatecznie wykorzystałem motyw, że do 2030 portugalski wyprzedzi hiszpański w Ameryce Południowej, bo populacja Brazylii będzie wzrastać szybciej niż w kilku innych krajach z dominującym hiszpańskim. Potem znów szukałem banałów. Wyłowiłem na przykład, że aż 67 krajów nadaje status formalny angielskiemu. Drugie miejsce ma francuski z wynikiem 29 państw, a podium zamyka arabski z 26, przy czym ten ostatni to ponoć zbiór wielu języków w praktyce. Obywatel Maroka nie dogada się z mieszkańcem Omanu, choć wszyscy rzekomo rozumieją wersję z Kairu, która zyskała sławę za sprawą licznych seriali.

Mój kolejny pomysł dotyczył szukania czegoś z historii. Potrzebowałem jakiegoś bardzo starego źródła, czyli np. Biblii. Akurat tutaj materiałów źródłowych mi nie brakowało. Oto na przykład Księga Jubileuszy powiada, że Wieża Babel mierzyła 5433 kubity i 2 palmy (2484 m) wysokości. To pierwsze, co zwróciło moją uwagę - bo nie oznaczałoby to, że wieża ta była kilkakrotnie wyższa od obecnych, a zarazem kiedykolwiek powstałych budowli ludzkich? A propos całej tej wieży - właściwie czemu Bóg miał coś przeciwko istnieniu jednego języka dla wszystkich ludzi? Nie ułatwiłoby to komunikacji? Nie powstrzymało lub chociaż ograniczyłoby wojen, niejasności, konfliktów? Nie pomagało w rozwoju, handlu? Jaka mogła być w tym logika? Ludzie od zawsze marzyli o jednym języku. Jakie mogą być plusy posiadania wielu języków? Ile pieniędzy marnuje się na naukę języków obcych na całym świecie? Ile drzew musiało zostać ściętych, by napisać te wszystkie słowniki? Z drugiej strony różnice językowe to jedna z najbardziej charakterystycznych kwestii dla ludzkości. Motywator i niezbędny element dający jednym przewagę nad innymi w podróżowaniu.

Jednak ani Wieża Babel, ani przyszłość języka angielskiego nigdy mnie nie interesowały. Nie zwracałem nigdy uwagi na liczne hasła reklamowe, że nigdy nie wiadomo, kiedy język może się przydać. Bo kto jako ksiądz w małej parafii na peryferiach może się spodziewać takiej sytuacji? Większość parafian zna jedynie podstawy rosyjskiego lub białoruskiego wskutek bliskości granicy. Młodsi uczą się angielskiego w szkole, jedynej w okolicy, ale ich wiedza zasadniczo nie wybiega poza znajomość kolorów i liczebników. Ale dziś wieczorem miałem się przekonać, jak bardzo się myliłem. Jak człowiek wiele może stracić bez znajomości języka angielskiego. Jak wiele może go minąć i jakie motywacje do nauki języka mogą zadziałać!

Spowiedź

Jedną z nielicznych okoliczności, w których uczyłem się języka, była spowiedź, a dokładnie - siedzenie w konfesjonale. Czyli gdy już naprawdę mi się nudziło. Miałem stałe godziny spowiedzi, ale rzadko mnie ktoś odwiedzał. Moja parafia znajdowała się w środku ostatniej prawdziwej puszczy na kontynencie europejskim (Puszcza Białowieska) w północno-wschodniej Polsce, kilka kilometrów od granicy z Białorusią. Podlegało mi generalnie kilka malutkich osad. Oficjalnie zameldowanych było tam około 700 mieszkańców, z czego połowa to młodzi, którzy pracują za granicą. Z tej połowy, co została, większość to prawosławni, którzy bądź nie dojeżdżają w ogóle do żadnej świątyni, bądź jeżdżą do Hajnówki. Z pozostałej grupy spora część chodzi do kościoła nieregularnie. Podsumowując, na mszy (jednej na tydzień w niedzielę) jest zazwyczaj tylko około 70 osób. Frekwencja jest podbijana - a sama parafia na tej podstawie zachowana - przez turystów, którzy licznie zjeżdżają się w okresie letnim i świątecznym, by podziwiać to unikalne miejsce.

Ten szczególny dzień pamiętam wyjątkowo dobrze z prostego powodu - to mój ulubiony dzień roku. Dzień z pierwszym opadem śniegu. Dzień, kiedy ostatni turyści czmychają do cywilizacji lub zamykają się w hotelach odpornych na naturę, rolnicy dumnie zawieszają motyki na narzędziówce, a puszcza wypełniona zostaje przez tę niezbadaną pustkę. Wszystko już pokryło się kilkoma centymetrami świeżego puchu, siedziałem w konfesjonale i miałem okazję do różnych mniej lub bardziej trafnych przemyśleń. Często nawet na temat samego sensu spowiedzi.

Zaznaczę na początek, że nie chciałem jednak iść śladem innych podobnych parafii, które wprowadzały obecnie znaczne innowacje, jak na przykład spowiedź na zamówienie, na telefon, na SMS i tak dalej. Miałem rację? Może i nie. Ale moje sumienie kazało mi przeprowadzać spowiedź w formie tradycyjnej.

Mówią, że każdy ma sumienie. Że można je oszukać, ale ono wciąż tam jest. Cierpliwe, nieugięte. Sprawiedliwe, ale również bezwzględne. Mściwe. Gdy robimy coś złego lub nawet gdy pojawia się tylko zła myśl, coś się w ludziach odzywa. Coś ich męczy. Coś ich karze i rozkazuje im przyjść do mojego konfesjonału, i mówić te różne, straszne rzeczy.

- Nie pozmywałem naczyń... - Pozycja numer jeden w mojej parafii.

- Piję. Co się da. Nawet to, czego się nie da... - Miejsce numer dwa.

- Zbaczam, idąc na mszę. - To stwierdzenie zamyka podium.

Rzadko bywa poważniej. Gwałty, rozboje, kradzieże. Czasem mroczniej. Mój malutki kościółek, jak informowałem wcześniej, leży trochę na uboczu. Choć w dobrą pogodę widać migoczące światełka niektórych domów na skraju wsi, myślę, że nie każdy mógłby tu mieszkać ani tym bardziej spowiadać. Wracając do tego dnia z pierwszym śniegiem, to było właśnie tak, że sobie siedziałem, coś czytałem, aż nagle przyszła ta dziwna postać. Miała kaptur, mówiła ni to męskim, ni to żeńskim głosem. Niewyraźnie, nieskładnie. Gdy doszła do grzechów wspomniała, że zabiła mnóstwo osób. Gdy, przerażony, powiedziałem jej, że nie mogę jej dać rozgrzeszenia za takie uczynki, oznajmiła, że chce się wyspowiadać nie z zabijania, ale tylko z grzechu zaniechania. Mówiła o jakiejś dziewczynce, że musiała ją ocalić. Tak nagle, jak weszła, tak nagle wyszła, zostawiając mnie w tej przerażającej świątyni samego i z nierozwiązaną nigdy zagadką, czy to był tylko sen...?

Wielu moich kolegów łamało przysięgę spowiedzi. Dzwonili na różne służby, wysyłali donosy, a potem udawali Greka (w Grecji mówi się "udawać Niemca", bo byli poważni i trudni do rozszyfrowania podczas okupacji). Czy ich działania przynosiły efekty? Pewnie niektóre tak. Pewnie większość żadnych. A i może część pogarszała sprawę? Ja starałem się trzymać tajemnicy. Nie z powodu przysięgi, ale po prostu bałem się, że ktoś pewnego dnia przyjdzie z siekierką do mojej drewnianej szopy w środku puszczy i mnie zaciupie. Ot, tajemnica spowiedzi małej, puszczańskiej parafii...

Godziny sakramentu pokuty były stałe. Nigdy wieczorem, nigdy rano. Czyli nigdy, gdy robiło się ciemno. Nie po śniadaniu, bo wtedy wędrowałem po puszczy. Nie po obiedzie, bo wtedy często widywałem się z wiedźmą, która mieszkała kilka kilometrów głębiej w lesie niż ja. Dlatego wypadało późnym popołudniem. Przed kolacją. I tak zwykle nikt nie przychodził. Siedziałem i rozmyślałem. Czytałem książki. No i czasem sięgałem do tych języków...

Lubiłem, jak ktoś przychodził. Choć w okolicznych osadach mieszkali prości ludzie, z prostymi problemami i prostymi potrzebami, lubiłem ich towarzystwo. Traktowali mnie trochę jak psychologa. Trochę jak urzędnika. Trochę jak przyjaciela. Prosili, by pomóc kogoś przeprosić. Pytali, jak wypełniać druki na dofinasowanie na nawóz. Tłumaczyli swoje postępowanie. Przysięgali poprawę. Brali na świadka. A wracając do języka, i z tym były związane śmieszne historie. Kilka razy obcokrajowcy również chcieli się wyspowiadać. Pierwsze takie spowiedzi oczywiście zakończyły się totalną klęską. Na przykład raz z długiej historii Szkota, raptem kilka słów wyciągnąłem, a w ramach pokuty dałem radę tylko powiedzieć:

- Say four times (miało być trzy, ale nie potrafiłem wypowiedzieć poprawnie tego liczebnika) your favourite (mocno wałkowany wyraz w szkołach) pray...

Kolejnym razem oczywiście byłem już przygotowany. Sprawdziłem, że "spowiadać" to "confess", "Ojcze nasz" to "Lord's prayer", "Zdrowaś Mario" to "Hail Mary" i kilka innych zwrotów, które w końcu zaowocowały zrobieniem małej ściągi, którą wcisnąłem między dwie deski w konfesjonale, by zawsze być przygotowanym na niespodziewane wizyty wymagające popisania się umiejętnościami językowymi.

Ściąga miała następującą postać:

Kilka sakramentów pokuty w języku angielskim wyszło mi całkiem dobrze, niemniej generalnie mogę powiedzieć, że tajemnica spowiedzi działa bardziej w przypadku, gdy spowiadający się nie mówi po polsku. Przechodząc do sedna, właśnie od jednej ze spowiedzi w zasadzie rozpoczyna się ta historia.

- W imię Ojca - nagle ktoś szepnął po drugiej stronie okratowanej ścianki konfesjonału - w imię Syna i Ducha Świętego.

- Amen - rzuciłem, zdezorientowany swoim zdezorientowaniem.

- Obraziłem Boga następującymi grzechami... - powiedział głęboki i znajomy mi głos. - Odciąłem się od rodziny. Popełniałem wiele grzechów. Teraz wracam po latach, bo mam prośbę. Tylko dlatego. Do własnego brata...