Telefon zadzwonił przed południem, kiedy Sara Nowakowska siedziała na dywanie w salonie, otoczona kolorowym papierem do pakowania, wstążkami i stosami prezentów. Kochała ten moment - od miesięcy zbierała drobiazgi, notowała pomysły, buszowała po sklepach internetowych. W końcu chodziło o to, żeby każdy dostał coś wyjątkowego, co wywoła w nim uśmiech i poczucie, że jest ważny i kochany.
Kiedy usłyszała dzwonek telefonu, serce jej mocniej zabiło. To mogła być tylko mama. Może wreszcie pojawi się decyzja, gdzie w tym roku wieczerza - u siostry czy w domu rodzinnym? Sprawa wisiała w powietrzu niczym nierozwiązana zagadka, a do Wigilii został już tylko jeden dzień.
- Cześć, kochana - odezwała się mama. Jej głos brzmiał jednak inaczej, ostrożniej niż zwykle. - Słuchaj, mam ci coś ważnego do powiedzenia.
Sara poczuła lekki niepokój. Mama nigdy tak nie zaczynała. Zazwyczaj dążyła bezpośrednio do celu, a tu - wahanie, zawieszenie głosu, prawie jakby ćwiczyła wcześniej tę kwestię przed lustrem.
- Mów, proszę - zachęciła ją Sara, ucinając nożyczkami kawałek srebrnej wstążki. Jeszcze się bardzo nie wystraszyła. Ale niepokój zaczął ściskać jej żołądek. Czy ktoś zachorował? Są jakieś złe wieści?
- Bo wiesz... - zaczęła ostrożnie mama. - Świętujemy w tym roku z tatą okrągłą rocznicę ślubu... - kontynuowała, przeciągając sylaby tak, jakby każda z nich ważyła tonę. - I pomyślałam, że może ten jeden raz spędzilibyśmy święta inaczej. Krótko mówiąc... chcemy wyjechać. - Ostatnie dwa słowa wyskoczyły w błyskawicznym tempie.
Zapadła cisza. Sara zatrzymała rękę z nożyczkami w pół ruchu.
- Wylatujemy jutro i wracamy po sylwestrze - dodała mama jeszcze szybciej, jakby chciała mieć to już za sobą.
- O rany... - wyrwało się Sarze.
Informacje spadły na nią nagle i zaskakująco boleśnie.
Skoro wylatują jutro, musieli planować to od dawna - pomyślała gorzko. I co gorsza, cała reszta rodziny pewnie już o tym wiedziała. Tylko ona nie.
- Ty, twoja siostra i twój brat jesteście już dawno dorośli - mówiła dalej mama, wyraźnie wyprzedzając ewentualne zarzuty. - Nie zostaniesz przecież sama. Na szczęście mamy dużą rodzinę, więc na pewno będziesz miała z kim spędzić święta. Proszę cię, nie miej do mnie żalu. - Wszystko to mama wypowiedziała na jednym wydechu, nie dając córce szans na komentarz. Ale i tak Sara nie miała zbyt wielkiego wyboru.
- Ależ oczywiście - odpowiedziała mechanicznie, nie zdążywszy uporządkować własnych myśli. - Jedźcie, bawcie się dobrze. Macie do tego święte prawo, to piękna rocznica.
W słuchawce rozległo się głośne westchnienie ulgi.
- O rany, tak się martwiłam, jak to przyjmiesz! - Mama ożyła, jakby ktoś zdjął z niej spory ciężar.
Sara uśmiechnęła się słabo, choć nikt nie mógł tego zobaczyć.
- Mamo, przecież masz rację - powiedziała. - Jestem dorosła. Dam sobie radę.
Zwykle w tym miejscu mama dodawała zdanie, którego Sara szczerze nie znosiła: "Ale jesteś ciągle sama". Tym razem jednak te słowa nie padły. Widocznie ulga była zbyt wielka, by psuć nią nastrój.
- Dokąd lecicie? - zapytała Sara, starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie.
- Na Majorkę - odparła mama, a w jej głosie zabrzmiała nutka dziewczęcego entuzjazmu. - Daleko, ale tak się cieszę! Dawno już nie byliśmy nigdzie razem z tatą tylko we dwoje. To będzie cudowne.
Sara, jak to miała w zwyczaju, już chciała oferować pomoc, zdania same układały jej się błyskawicznie w głowie: "Może wam sprawdzić bilety, podwieźć na lotnisko, zrobić listę rzeczy do zabrania?". Ale ugryzła się w język. Wyglądało na to, że oni wszystko już dopięli na ostatni guzik. A skoro do dziś nawet jej nie wtajemniczyli w swoje plany, to znaczy, że naprawdę świetnie sobie poradzili sami.
Trochę ukłuło ją to w serce, ale nie dała nic po sobie poznać. Sądziła dotąd, że pełni w tej rodzinie ważną funkcję. Pomaga, wspiera, ma czas, siły i umiejętności organizacyjne, których pozostali bardzo potrzebują. Ale w tym przypadku nikt nie poprosił jej o pomoc.
Nie wiedziała, jak to interpretować. Nie miała też czasu, by się nad tym zastanawiać. Coś trzeba było powiedzieć.
- Dawajcie znać, jak już wylądujecie. I przyślijcie zdjęcia - poprosiła pogodnie. Nie chciała mamie psuć przyjemności ani radosnego nastroju, który rósł w niej wyraźnie z każdą chwilą, gdy upewniała się, że córka akceptuje jej pomysł.
- Oczywiście, kochana! - zawołała mama radośnie. - Teraz mam strasznie dużo do załatwienia, ale jak tylko wylądujemy, odezwę się!
Pożegnały się zaraz później. W słuchawce zapadła cisza, a Sara przez moment wpatrywała się w rozsypane wokół papiery i paczki.
Cieszyła się szczęściem mamy, naprawdę. Ale gdzieś głęboko, bardzo cicho, odezwał się w niej żal. Taki irracjonalny, dziecinny, którego wstydziła się nawet przed sobą.
Dwadzieścia dziewięć lat - pomyślała - to najwyższy czas, by rzeczywiście stanąć na własnych nogach. Nie można mieć pretensji do rodziców, że chcą mieć swoje życie. Niech będą szczęśliwi.
Po chwili uśmiechnęła się do tej myśli. W końcu miała jeszcze siostrę, brata, ich rodziny. Zapewne święta i tak będą głośne, pełne dziecięcego śmiechu oraz tradycyjnej już kłótni o ostatni kawałek makowca.
Owinęła w złoty papier prezent, który miał zwieńczyć spory stos zapakowanych już wcześniej, starannie przykleiła rogi taśmą i odstawiła pudełko. W mieszkaniu pachniało cynamonem z dopiero co zaparzonej herbaty i woskiem naturalnych świec. Cicho grały kolędy. Sara westchnęła. Kochała budować ten nastrój, być wśród ludzi, wyświadczać im drobne przysługi, śmiać się i wspólnie świętować - i dlatego właśnie tak bardzo uwielbiała Boże Narodzenie. Wtedy wszystko to mogła robić jednocześnie.
Będzie dobrze - pomyślała. - Mam mnóstwo znajomych, dobrą przyjaciółkę i dużą rodzinę. To całkiem sporo, by znaleźć towarzystwo na święta.