Cryptonomicon - Neal Stephenson

-
Proszę czekać

Indygo

Indygo

Pew­nego ranka Law­rence Prit­chard Water­ho­use i reszta orkie­stry stoją na pokła­dzie Nevady, grają hymn naro­dowy i przy­glą­dają się łopo­czą­cej na masz­cie ban­de­rze, gdy nagle ze zdu­mie­niem zauwa­żają, że okrąża ich sto dzie­więć­dzie­siąt nie­zna­jo­mych samo­lo­tów. Nie­które lecą poziomo, tuż nad wodą, inne wysoko, nur­ku­jąc nie­mal pio­nowo w dół. Te dru­gie pędzą tak szybko, że chyba się roz­la­tują -?odpa­dają od nich jakieś ele­menty. Aż żal na to patrzeć -?jakieś wyjąt­kowo nie­udane manewry. Jed­nakże po pew­nym cza­sie piloci wypro­wa­dzają maszyny z samo­bój­czego piko­wa­nia. Czę­ści, które od nich odpa­dły, spa­dają gładko i sen­sow­nie -?nie kręcą się i nie wirują jak jakieś śmieci. Wszę­dzie jest ich pełno. Wydaje się, że mie­rzą pro­sto w cumu­jące okręty. To bar­dzo nie­bez­pieczne -?mogą na kogoś spaść! Law­rence jest wście­kły.

Potem na jed­nym z bar­dziej odle­głych okrę­tów zacho­dzi jakieś krót­ko­trwałe zja­wi­sko. Law­rence patrzy na nie. Jest to pierw­sza eks­plo­zja w jego życiu, sporo czasu zaj­muje mu więc roz­po­zna­nie co to takiego. Umie grać nawet naj­trud­niej­sze kawałki, nie patrząc, a Gwiaź­dzi­sty Sztan­dar jest łatwiej­szy do zagra­nia niż zaśpie­wa­nia.

Spoj­rze­nie jego roz­bie­ga­nych oczu ogni­skuje się nie na miej­scu wybu­chu, lecz na kilku nad­la­tu­ją­cych tuż nad wodą samo­lo­tach. Każdy z nich zrzuca podłużne, cien­kie jajeczko, potem ich stery ogo­nowe wyraź­nie się poru­szają -?prze­la­tują nad nimi. Wscho­dzące słońce świeci pro­sto przez ich kabiny. Law­rence może dosłow­nie spoj­rzeć w oczy jed­nemu z pilo­tów. Zauważa, że jest to azja­tycki dżen­tel­men.

Te ćwi­cze­nia są nad­zwy­czaj reali­styczne -?nawet piloci są odpo­wied­niej rasy, a na okrę­tach nastę­pują pozo­ro­wane eks­plo­zje. Law­rence popiera to z całego serca. Ostat­nio rze­czy­wi­ście straszne tu było roz­przę­że­nie.

Pokła­dem okrętu szar­pie potworny wstrząs. Nogi Law­rence'a ugi­nają się, jakby sko­czył z trzech metrów na beton. A on prze­cież tylko stoi. Bez sensu.

Orkie­stra skoń­czyła hymn naro­dowy i przy­gląda się przed­sta­wie­niu. Wszę­dzie roz­le­gają się syreny i klak­sony, na Neva­dzie, na Ari­zo­nie w sąsied­nim base­nie, w budyn­kach na brzegu. Law­rence nie widzi wcale ognia prze­ciw­lot­ni­czego, nie widzi w powie­trzu żad­nych samo­lo­tów o zna­jo­mych syl­wet­kach. Wciąż tylko wybu­chy. Pod­cho­dzi do relingu i gapi się na Ari­zonę przez kilka metrów otwar­tej wody.

Następny nur­ku­jący samo­lot wypusz­cza pocisk, który leci wprost na pokład Ari­zony, a potem, co dziwne, gdzieś znika. Law­rence mruga i widzi w pokła­dzie otwór ide­al­nie o kształ­cie bomby; postać w kre­skówce War­ner Bro­thers zosta­wia coś takiego za sobą, ucie­ka­jąc w panice przez coś pła­skiego -?ścianę lub sufit. Z dziury bucha ogień, a mikro­se­kundę póź­niej cały pokład wybrzu­sza się, roz­pada i zamie­nia w puch­nącą kulę ognia i czerni. Water­ho­use ma nie­ja­sną świa­do­mość, że bar­dzo szybko leci na niego dużo odłam­ków. Są tak wiel­kie, że czuje się, jakby sam wpa­dał mię­dzy nie. Zamiera. Prze­la­tują nad nim, obok i przez niego. Strasz­liwy hałas prze­wierca mu czaszkę, losowo ude­rzony akord, dyso­nans, lecz nie bez pew­nej sza­lo­nej har­mo­nii. Pomi­nąw­szy war­to­ści muzyczne, jest tak cho­ler­nie gło­śny, że nie­mal go zabija. Law­rence zakrywa uszy dłońmi.

Hałas trwa dalej, wbi­ja­jąc się w bębenki niczym roz­ża­rzone do czer­wo­no­ści igły. Pie­kielne Dzwony. Odwraca się, ucieka, ale hałas podąża za nim. Wokół szyi Law­rence ma sze­roki pas, zszyty w pętlę na wyso­ko­ści kro­cza, gdzie opiera się na nim kie­lich. Na kie­lichu zaś wznosi się środ­kowa belka gloc­ken­spiela, wiszą­cego przed nim jak puklerz w kształ­cie liry, z dyn­da­ją­cymi na koń­cach frędz­lami. Zabawne: jeden z frędzli się pali. Ale z instru­men­tem coś jesz­cze jest nie tak. Trudno mu zoba­czyć co, ponie­waż co chwila coś mu wpada do oczu. Wie tylko, że gloc­ken­spiel połknął gigan­tyczny kwant czy­stej ener­gii i prze­sko­czył w nie­zwy­kle wyso­ko­ener­ge­tyczny stan, ni­gdy dotąd nie­osią­gnięty przez żaden z takich instru­men­tów: palące się, świe­cące, jazgo­czące i pro­mie­niu­jące mon­strum, kometę, archa­nioła, bryłę pło­ną­cej magne­zji przy­cze­pioną pasem do jego kro­cza. Brzę­cząca, wibru­jąca cen­tralna oś prze­ka­zuje ener­gię wprost do jego geni­ta­liów, co w innych warun­kach spo­wo­do­wa­łoby erek­cję.

Przez pewien czas wędruje bez celu po pokła­dzie. Wresz­cie musi komuś pomóc w otwar­ciu luku i zdaje sobie sprawę, że wciąż zaci­ska ręce na uszach, cały czas, z prze­rwami tylko na prze­cie­ra­nie oczu. Kiedy odtyka uszy, dzwo­nie­nie ustaje. Nie sły­szy już samo­lo­tów. Pomy­ślał, że ukryje się pod pokła­dem -?ponie­waż z nieba spa­dają groźne rze­czy, lepiej oddzie­lić się od nich kil­koma solid­nymi, cięż­kimi bla­chami -?ale więk­szość mary­na­rzy ma dokład­nie odwrotny punkt widze­nia. Dowia­duje się, że dostali jedną czy dwiema tak zwa­nymi "tor­pe­dami" i że teraz pró­bują pod­nieść parę. Różni ofi­ce­ro­wie i podofi­ce­ro­wie, czarni i czer­woni od sadzy i krwi, wciąż kie­rują go do nie­zwy­kle pil­nych zadań, któ­rych zupeł­nie nie poj­muje, po czę­ści dla­tego, że wciąż zatyka uszy dłońmi.

Dopiero po pół­go­dzi­nie wpada na pomysł pozby­cia się gloc­ken­spiela, który już tylko prze­szka­dza. Otrzy­mał go od mary­narki wraz z licz­nymi poważ­nymi ostrze­że­niami, doty­czą­cymi kon­se­kwen­cji znisz­cze­nia instru­mentu. Law­rence pamięta o takich rze­czach, odkąd po raz pierw­szy pozwo­lono mu zagrać na orga­nach w West Point. Ale kiedy widzi palącą się i tonącą Ari­zonę, po raz pierw­szy w życiu mówi sobie: "A, pies go trą­cał!", po czym zdej­muje dzwonki z pasa i rzuca na nie ostat­nie spoj­rze­nie -?ma już ni­gdy w życiu nie dotknąć takiego instru­mentu. Zauważa, że i tak nic z niego nie będzie: kilka pły­tek jest zgię­tych. Odwraca go i widzi, że do nie­któ­rych przy­spa­wały się poczer­niałe meta­lowe odłamki. Zwra­ca­jąc uwagę na kie­ru­nek wia­tru, ciska gloc­ken­spiel za burtę mniej wię­cej w stronę Ari­zony. Woj­skowa lira z osmo­lo­nej stali przy­grywa tysiąc­owi mary­na­rzy w dro­dze na spo­czy­nek na dnie portu.

Kiedy znika w pla­mie pło­ną­cej ropy, nad­la­tuje druga fala samo­lo­tów. Wresz­cie odzy­wają się działka prze­ciw­lot­ni­cze i zaczy­nają sypać poci­skami po oto­cze­niu i wysa­dzać budynki miesz­kalne. Po uli­cach bie­gają człe­ko­kształtne pło­mie­nie, ści­gane przez ludzi z kocami.

Przez pozo­stałą część dnia Law­rence Prit­chard Water­ho­use oraz reszta mary­narki pró­buje przejść do porządku dzien­nego nad fak­tem, że wiele sta­lo­wych płasz­czyzn, mają­cych z zało­że­nia oddzie­lać od sie­bie roz­ma­ite sub­stan­cje (np. paliwo i powie­trze), ma dziury i pali się, podob­nie jak wszystko naokoło. Pełno dymu. Pewne ele­menty, które powinny a) leżeć poziomo i b) pod­pie­rać cięż­kie kon­struk­cje, już nie speł­niają tego zada­nia.

Mecha­ni­kom Nevady udaje się pod­nieść parę w kilku kotłach, kapi­tan usi­łuje więc wypro­wa­dzić okręt z portu. Natych­miast staje się celem wście­kłego ataku bom­bow­ców nur­ku­ją­cych, które bar­dzo chęt­nie zato­pi­łyby go w kanale, cał­ko­wi­cie blo­ku­jąc port. Aby temu zapo­biec, kapi­tan kie­ruje w końcu okręt na mie­li­znę. Nie­stety, Nevada, podob­nie jak więk­szość innych okrę­tów wojen­nych, nie jest zapro­jek­to­wana do walki w nie­ru­cho­mej pozy­cji -?dla­tego bom­bowce tra­fiają ją jesz­cze trzy razy. Pora­nek jest zatem pełen wra­żeń. Law­rence stra­cił instru­ment i nie bar­dzo wie, jakie ma obo­wiązki -?spę­dza wię­cej czasu niż powi­nien na obser­wo­wa­niu samo­lo­tów i wybu­chów. Kiedy na pokład jego okrętu z kali­gra­ficzną pre­cy­zją rzuca się fala za falą nip­poń­skich bom­bow­ców, kiedy śmie­tanka ame­ry­kań­skiej floty staje w pło­mie­niach, wybu­cha i tonie, nie­mal nie sta­wia­jąc oporu, staje się dlań jasne, że jego spo­łe­czeń­stwo będzie musiało raz jesz­cze prze­my­śleć pewne sprawy.

* * *

W pew­nej chwili parzy sobie o coś dłoń. Na szczę­ście, to prawa ręka - Water­ho­use jest mań­ku­tem. Uświa­da­mia sobie także, że jakiś frag­ment okrętu pró­bo­wał go oskal­po­wać. Bar­dzo lek­kie obra­że­nia, jak na Pearl Har­bor -?nie zaba­wia więc zbyt długo w szpi­talu. Lekarz ostrzega go, że skóra dłoni może się ścią­gnąć i ogra­ni­czyć zakres ruchów. Dla­tego, kiedy nie ma nic innego do roboty, prze­grywa sobie kawałki z Kunst der Fuge Bacha. Więk­szość tych melo­dy­jek zaczyna się bar­dzo pro­sto; można sobie łatwo wyobra­zić, jak w chłodny lip­ski pora­nek stary Johann Seba­stian sie­dzi przed kla­wia­turą -?wycią­gnięte ze dwa reje­stry od fletu blo­ko­wego, lewa ręka na kola­nach, w kącie gruby kali­kant albo dwóch pochyla się nad mie­chami, wszyst­kie nie­szczel­no­ści urzą­dze­nia posa­pują cichutko, a prawa dłoń Johanna prze­mie­rza bez celu wielki manuał, z jego oszu­kań­czą pro­stotą, ude­rza­jąc w spę­kaną i pożół­kłą kość sło­niową na kla­wi­szach, w poszu­ki­wa­niu jakiejś jesz­cze nie­wy­my­ślo­nej melo­dii. Law­rence'owi podoba się to: prawą ręką powta­rza ruchy Johanna; choć dłoń ma zaban­da­żo­waną, kla­wia­turę zastę­puje odwró­coną tacą, a muzykę musi sobie pomru­ki­wać pod nosem. Kiedy się zapa­mię­tuje, jego nogi zaczy­nają poru­szać się tam i z powro­tem, naci­ska­jąc kla­wi­sze pedału. Wtedy skarżą się ranni z łóżek obok.

Po kilku dniach wycho­dzi stam­tąd, w samą porę, by wraz z pozo­sta­łymi muzy­kami z Nevady sta­wić się do nowego, wojen­nego przy­działu. Dla gości zaj­mu­ją­cych się w mary­narce kadrami sta­no­wią nie­złą zagwozdkę. Ci muzycy byli prze­cież (z nip­poń­skiego punktu widze­nia) cał­kiem nie­przy­datni. A teraz, po 7 grud­nia, ich okręt nie jest już na cho­dzie, a więk­szość pogu­biła także swe klar­nety.

Jed­nakże wojna nie polega tylko na łado­wa­niu poci­sków i pocią­ga­niu za spust. Żadna duża insty­tu­cja nie zdoła w sys­te­ma­tyczny spo­sób zabi­jać Nipów, nie wyko­nu­jąc przy tym nie­wia­ry­god­nej ilo­ści roboty papier­ko­wej. Logicz­nie rzecz bio­rąc, goście gra­jący na klar­ne­tach nie będą spe­cjal­nie pogar­dzać taką robotą -?przy­naj­mniej nie bar­dziej niż inni. Zatem Water­ho­use i jego kole­dzy dostają przy­dział do jakiejś biu­ro­wej jed­nostki mary­narki.

Mie­ści się ona w budynku, nie na okrę­cie. Paru mary­na­rzy obśmiewa pomysł pracy w budynku, a Law­rence i kilku innych świe­żych rekru­tów, aby się nie wyróż­niać, przyj­mują ten sam sto­su­nek. Lecz wła­śnie zoba­czyli, co dzieje się z okrę­tem, gdy eks­plo­duje na nim, w nim lub obok niego kil­ka­dzie­siąt kilo­gra­mów sil­nych mate­ria­łów wybu­cho­wych. Czas zmie­nić zda­nie na temat budyn­ków; Law­rence z kole­gami mel­dują się w nowej jed­no­stce z wyso­kim morale.

Ich nowy dowódca nie jest taki miły, a jego sto­su­nek do nich naj­wy­raź­niej podziela cała reszta kadry. Witają ich tu nie­zbyt ser­decz­nie i nie­zbyt chęt­nie. Pra­cow­nicy tego budynku nie tylko nie żywią dla nich podziwu -?a prze­cież sie­dzieli do nie­dawna na praw­dzi­wym okrę­cie, znaj­do­wali się bar­dzo bli­sko wybu­chów, poża­rów itd., i to nie spo­wo­do­wa­nych ruty­no­wymi pomył­kami pod­czas manew­rów, a umyśl­nym dzia­ła­niem nie­przy­ja­ciela -?ale też raczej nie sądzą, żeby Law­rence i jego kole­dzy zasłu­gi­wali na powie­rze­nie im tego nowego zada­nia, cokol­wiek to jest.

Z ponurą miną, na pogra­ni­czu roz­pa­czy, dowódca usa­dza ich byle gdzie. Nie ma wpraw­dzie wystar­cza­ją­cej liczby biu­rek, ale każdy znaj­duje przy­naj­mniej miej­sce sie­dzące przy stole czy ławie. Kadra wyka­zuje w tym dużą pomy­sło­wość. Jasno widać, że sta­rają się jak mogą, by wyko­nać to z pozoru bez­na­dziejne zada­nie.

Potem nastę­puje wykład na temat taj­no­ści. Bar­dzo dogłębny wykład. Robią im testy na umie­jęt­ność popraw­nego wyrzu­ca­nia rze­czy do kosza. Trwa to ogrom­nie długo i jest coraz bar­dziej tajem­ni­cze; nikt nie wyja­śnił im o co cho­dzi. Muzycy, z początku tro­chę wku­rzeni chłod­nym przy­ję­ciem, zaczy­nają snuć domy­sły: w jaką to mia­no­wi­cie ope­ra­cję wła­do­wali się teraz?

Wresz­cie pew­nego ranka zwo­łują ich do sali wykła­do­wej z naj­czyst­szą tablicą, jaką Water­ho­use widział w życiu. Ostat­nie dni zasiały w nim tyle para­noi, że podej­rzewa, że ta czy­stość nie jest przy­pad­kowa: pod­czas wojny nie należy lek­ce­wa­żyć popraw­nego wycie­ra­nia tablicy.

Sadzają ich w małych krze­seł­kach z przy­mo­co­wa­nymi pul­pi­tami. Pul­pity są prze­zna­czone dla pra­wo­ręcz­nych. Law­rence kła­dzie notat­nik na kola­nach, prawą dłoń opiera na pul­pi­cie i zaczyna grać motyw z Kunst der Fuge, krzy­wiąc się i poję­ku­jąc z bólu, gdy popa­rzona skóra na dłoni roz­ciąga się i prze­suwa na kost­kach.

Ktoś sztur­cha go w łokieć. Law­rence otwiera oczy i widzi, że jest jedyną osobą, która nie wstała. Ofi­cer na pokła­dzie. Wstaje, a jego osła­biona noga się ugina. Kiedy w końcu udaje mu się wypro­sto­wać, zauważa, że ofi­cer (o ile to w ogóle ofi­cer) jest bez mun­duru. Kom­plet­nie bez mun­duru. Ma na sobie szla­frok i pali fajkę. Szla­frok jest doszczęt­nie wytarty -?nie w tym sen­sie, jak szpi­talny czy hote­lowy szla­frok, od czę­stego pra­nia. Ten nie był prany od dłuż­szego czasu, ale za to uży­wany był nie­źle. Jest wytarty na łok­ciach, a prawy rękaw jest od spodu cał­kiem szary i lśniący od gra­fitu -?widocz­nie dzie­siątki tysięcy razy prze­su­wał się po papie­rach gęsto zapi­sa­nych mięk­kim ołów­kiem. Mate­riał wygląda na obsy­pany łupie­żem, lecz nie jest to złusz­czona skóra głowy -?płatki są zbyt duże i zbyt geo­me­tryczne: pro­sto­kątne i okrą­głe con­fetti, wycięte odpo­wied­nio z per­fo­ro­wa­nych kart i taśm. Fajka zga­sła wieki temu, a ofi­cer (czy kto­kol­wiek to jest) nawet nie udaje, że się tym prze­jął. Po pro­stu ma w ustach coś do gry­zie­nia i czyni to zaja­dle, niczym żoł­nierz z wojny sece­syj­nej pod­czas ampu­ta­cji nogi. Drugi facet, któ­remu chciało się wyką­pać, ogo­lić i wbić w mun­dur, przed­sta­wia Szla­froka jako koman­dora Szejn-pisze-się-s-c-h-o-e-n, Schoen jed­nak nie zwraca na niego uwagi. Odwraca się tyłem, uka­zu­jąc plecy szla­froka, na poślad­kach prze­tarte do prze­zro­czy­sto­ści, jak dam­ski negliż. Zer­ka­jąc do notesu, wiel­kimi lite­rami pisze na tablicy co nastę­puje:

19 17 17 19 14 20 23 18 19 8 12 16 19 8 3

21 8 25 18 14 18 6 3 18 8 15 18 22 18 11

Gdy na tablicy poja­wia się czwarta czy piąta liczba, Water­ho­use czuje, jak jeżą mu się włosy na karku. Przy trze­ciej gru­pie nie omiesz­kuje zauwa­żyć, że żadna z liczb nie jest więk­sza niż 26 -?tyle liter ma angiel­ski alfa­bet. Serce bije mu szyb­ciej niż wtedy, gdy nip­poń­skie bomby kre­śliły para­bole celu­jące w uzie­mioną Nevadę. Wyciąga z kie­szeni ołó­wek. Nie zna­la­zł­szy pod ręką kartki, wypi­suje liczby od 1 do 26 na pul­pi­cie.

Facet w szla­froku jesz­cze wypi­suje ostat­nie cyfry, a Law­rence jest już w trak­cie licze­nia czę­sto­tli­wo­ści. Koń­czy ją, gdy Szla­frok mówi coś w rodzaju "dla was może to wyglą­dać jak bez­sen­sowny ciąg liczb, ale dla nip­poń­skiego ofi­cera mary­narki może to zna­czyć coś cał­kiem innego". Potem ner­wowo chi­cho­cze, kiwa głową ze smut­kiem, zde­cy­do­wa­nie wysuwa szczękę i wypluwa lita­nię innych nace­cho­wa­nych emo­cjami zwro­tów -?żaden nie wydaje się sto­sowny do przy­to­cze­nia tutaj.

Licze­nie czę­sto­tli­wo­ści polega po pro­stu na pod­su­mo­wa­niu, ile razy dana liczba poja­wia się na tablicy. Wygląda to tak:

1 8 | | | | 15 | 22 | 2 9 16 | 23 | 3 | | 10 17 | | 24 4 11 | 18 | | | | | | 25 | 5 12 | 19 | | | | 26 6 | 13 20 | 7 14 | | 21 |

Naj­cie­kaw­szy w tym jest fakt, że dzie­sięć sym­boli (1, 2, 4, 5, 6, 9, 10, 13, 24 i 26) w ogóle nie zostało uży­tych. Wia­do­mość zawiera tylko szes­na­ście róż­nych liczb. Zakła­da­jąc, że każda z tych szes­na­stu repre­zen­tuje jedną i tylko jedna literę alfa­betu, wia­do­mość ma (Law­rence sza­cuje w pamięci) 111136315345735680000 moż­li­wych zna­czeń. To zabawna liczba -?zaczyna się od czte­rech jedy­nek, koń­czy czte­rema zerami. Law­rence chi­cho­cze, wyciera nos i leci dalej.

Naj­czę­ściej wystę­puje 18. Pew­nie jest to litera E4. Jeśli pod­stawi E do wia­do­mo­ści wszę­dzie, gdzie widzi 18, to...

Zaraz, zaraz, szcze­rze mówiąc, trzeba będzie prze­pi­sać cały komu­ni­kat, zastę­pu­jąc wszyst­kie osiem­nastki lite­rami E. Zabie­rze to tro­chę czasu. A może zgadł źle i cały wysi­łek na nic? Ale jeśli po pro­stu prze­stawi swój umysł tak, by postrze­gał "18" jako "E" -?ope­ra­cja taka wydaje mu się tro­szeczkę ana­lo­giczna do wci­śnię­cia guzika kom­bi­na­cji w orga­nach - wtedy, patrząc na tablicę, ujrzy oczyma duszy coś takiego:

19 17 17 19 14 20 23 E 19 8 12 16 19 8 3

21 8 25 E 14 E 6 3 E 8 15 E 22 E 11

co ma tylko 101033013995066880000 moż­li­wych zna­czeń. To też zabawna liczba, z tymi jedyn­kami i zerami -?ale ten zbieg oko­licz­no­ści jest zupeł­nie bez zna­cze­nia.

-?Nauka o two­rze­niu szy­frów nazywa się kryp­to­gra­fią -?powiada koman­dor Schoen -?a nauka o ich łama­niu: kryp­to­ana­lizą. -?Wzdy­cha, widocz­nie wal­cząc z kil­koma sprzecz­nymi emo­cjami, i z rezy­gna­cją zagłę­bia się w ćwi­cze­nie obo­wiąz­kowe: roz­bi­cie tych ter­mi­nów na grec­kie albo łaciń­skie słowa. (Law­rence nie dba o to; w ogóle nie zwraca uwagi, kątem oka zauważa tylko wypi­sane wiel­kimi lite­rami słowo "CRYPTO").

Ten począ­tek, "19 17 17 19" jest dość szcze­gólny. 19, a także 8, to druga naj­częst­sza litera na liście. 17 zaś wystę­puje tylko dwa razy rza­dziej. W angiel­skim raczej nie może być czte­rech samo­gło­sek ani spół­gło­sek z rzędu (no, chyba że to jest po nie­miecku), zatem albo 17 jest samo­gło­ską, a 19 spół­gło­ską, albo na odwrót. Skoro 19 poja­wia się czę­ściej (4 razy), jest bar­dziej praw­do­po­dob­nym kan­dy­da­tem na samo­gło­skę niż 17 (poja­wiające się tylko dwa razy). A naj­częst­szą samo­gło­ską po E jest A, zakła­da­jąc więc że 19 = A, Water­ho­use otrzy­muje:

A 17 17 A 14 20 23 E A 8 12 16 A 8 3

21 8 25 E 14 E 6 3 E 8 15 E 22 E 11

To znów zawęża liczbę kom­bi­na­cji, do led­wie 8419411782922240000. Udało mu się już zre­du­ko­wać dzie­dzinę roz­wią­zań o kilka rzę­dów wiel­ko­ści!

Schoen roz­ga­dał się teraz tak, że aż się spo­cił i nie­mal fizycz­nie rzuca się na histo­ryczny rys KRYP­TO­LO­GII, jak nazywa się nauka będąca połą­cze­niem kryp­to­gra­fii i kryp­to­ana­lizy. Wspo­mina o Angliku nazwi­skiem Wil­kins i księ­dze Cryp­to­no­mi­con, którą dawno temu napi­sał, ale (być może dla­tego, że nie ceni zbyt wysoko inte­li­gen­cji publicz­no­ści) prze­śli­zguje się tylko po tym tema­cie i prze­ska­kuje bez­po­śred­nio do kodu Paula Revere ("jeden" zna­czy "lądem", "dwa" zna­czy "morzem"). Rzuca nawet bran­żowy mate­ma­tyczny żart, że jest to jedno z naj­wcze­śniej­szych prak­tycz­nych zasto­so­wań nota­cji dwój­ko­wej. Law­rence śmieje się służ­bi­ście, przy­cią­ga­jąc pełne wstrętu spoj­rze­nie sie­dzą­cego tuż przed nim sak­so­fo­ni­sty.

Wcze­śniej Schoen wspo­mniał, że wia­do­mość (w tym zmy­ślo­nym sce­na­riu­szu, któ­rego celem jest zain­te­re­so­wa­nie ćwi­cze­niem bandy muzy­ków, któ­rzy zapewne mają mate­ma­tykę w głę­bo­kim powa­ża­niu) jest adre­so­wana do nip­poń­skiego ofi­cera mary­narki. W tym kon­tek­ście Law­rence nie może nie odgad­nąć, że pierw­sze słowo to ATTACK. Zna­czy to, że 17 to T, 14 -?C, a 20 -?K. Pod­sta­wiw­szy te litery, otrzy­muje:

A T T A C K 23 E A 8 12 16 A 8 3

21 8 25 E C E 6 3 E 8 15 E 22 E 11

Reszta jest tak oczy­wi­sta, że nawet nie chce mu się tego pisać. Nie może się powstrzy­mać: zrywa się na równe nogi. Jest tak pod­eks­cy­to­wany, że zapo­mina o zdrę­twia­łych nogach i z wiel­kim rumo­rem zacze­pia o kilka pul­pi­tów naj­bliż­szych sąsia­dów.

-?W czym pro­blem, mary­na­rzu? -?pyta ofi­cer w rogu, jeden z tych, któ­rym chciało się wło­żyć mun­dur.

-?Sir! Wia­do­mość brzmi: "Attack Pearl Har­bor Decem­ber Seven"5, sir! -?krzy­czy Law­rence i siada.

Cały trzę­sie się z pod­nie­ce­nia. Rzą­dzi nim teraz adre­na­lina. Mógłby na miej­scu zadu­sić dwu­dzie­stu zapa­śni­ków sumo.

Koman­dor Schoen jest nie­po­ru­szony, jedy­nie raz, bar­dzo powoli mruga powie­kami. Odwraca się do jed­nego ze swych pod­wład­nych, sto­ją­cego pod ścianą z rękoma zało­żo­nymi do tyłu, i mówi:

-?Zała­tw­cie temu tutaj egzem­plarz Cryp­to­no­mi­conu. I biurko, jak naj­bli­żej eks­presu do kawy. No i, jak już jeste­ście przy tym, to może awan­suj­cie skur­czy­byka.

* * *

Ta gadka o awan­sie oka­zuje się albo woj­sko­wym humo­rem, albo też kolej­nym dowo­dem umy­sło­wej nie­sta­bil­no­ści koman­dora Scho­ena. Poza tym żar­tem, przez kolejne dzie­sięć mie­sięcy histo­ria Water­ho­use'a nie jest bar­dziej skom­pli­ko­wana niż histo­ria bomby zrzu­co­nej z nur­ku­ją­cego samo­lotu. Prze­szkody sto­jące mu na dro­dze (prze­bi­cie się przez Cryp­to­no­mi­con, zła­ma­nie Kodu Mete­oro­lo­gicz­nego Nip­poń­skiego Lot­nic­twa, szy­fru maszy­no­wego mary­narki -?Corala, Szy­fru Bez Nazwy 3A Nip­poń­skiej Floty Trans­por­to­wej, szy­fru Mini­ster­stwa Wschod­niej Azji) sta­wiają mniej wię­cej tyle oporu, co kolejne pokłady prze­żar­tej przez kor­niki drew­nia­nej fre­gaty. Po kilku mie­sią­cach wła­ści­wie już pisze nowe roz­działy Cryp­to­no­mi­conu. Mówi się, że to książka, ale to nie­prawda. To raczej kom­pi­la­cja wszyst­kich papie­rów i nota­tek, które w ciągu dwóch lat służby koman­dora Scho­ena w Sta­cji Hypo6 zdry­fo­wały w kąt jego gabi­netu. Jest tam wszystko, co koman­dor wie o łama­niu szy­frów, co równa się wszyst­kiemu, co o łama­niu szy­frów wie­dzą Stany Zjed­no­czone. Gdyby do pokoju dostała się sprzą­taczka i zro­biła tro­chę porządku, Cryp­to­no­mi­con mógłby natych­miast prze­stać ist­nieć. Dla­tego kor­pus ofi­ce­rów Sta­cji Hypo opra­co­wał rygo­ry­styczne pro­ce­dury zabra­nia­jące jakie­go­kol­wiek sprzą­ta­nia w całym skrzy­dle budynku miesz­czą­cym gabi­net koman­dora Scho­ena. Innymi słowy, wie­dzą tyle, by zda­wać sobie sprawę, że Cryp­to­no­mi­con jest nie­zwy­kle ważny, i są na tyle mądrzy, by pod­jąć kroki chro­niące go. Nie­któ­rzy fak­tycz­nie zaglą­dają doń od czasu do czasu, korzy­stają z zawar­tych w nim mądro­ści przy łama­niu nip­poń­skich wia­do­mo­ści, albo nawet całych kryp­to­sys­te­mów. Jed­nakże Water­ho­use jest pierw­szym czło­wie­kiem na tyle dobrym, by (na początku) wska­zać błędy w notat­kach Scho­ena, zło­żyć (zaraz potem) ten stos papie­rów w coś przy­po­mi­na­ją­cego pracę naukową i (w końcu) uzu­peł­niać go wła­snymi mate­ria­łami.

Pew­nego dnia Schoen zabiera go do pod­ziemi i pro­wa­dzi dłu­gim kory­ta­rzem bez okien do strze­żo­nych przez dwóch wiel­kich Myr­mi­do­nów pan­cer­nych drzwi, po to, by ujrzał drugą naj­faj­niej­szą rzecz, jaką mają w Pearl Har­bor -?pokój pełen maszyn firmy Elec­tri­cal Till Cor­po­ra­tion, uży­wa­nych głów­nie do zli­cza­nia czę­sto­tli­wo­ści w prze­chwy­co­nych nip­poń­skich radio­gra­mach.

Naj­bar­dziej nie­zwy­kła maszyna7 Sta­cji Hypo -?i naj­faj­niej­sza rzecz w Pearl Har­bor -?kryje się jesz­cze głę­biej w cze­lu­ściach budynku, w pomiesz­cze­niu, które mogłoby ucho­dzić za ban­kowy skar­biec, gdyby nie było naszpi­ko­wane mate­ria­łami wybu­cho­wymi, umoż­li­wia­ją­cymi znisz­cze­nie zawar­to­ści na wypa­dek total­nego najazdu Nipów.

Ta maszyna, wyko­nana przez koman­dora Scho­ena, służy do łama­nia nip­poń­skiego szy­fru o nazwie Indygo. Na początku roku 1940 Schoen był zapewne zdro­wym na umy­śle i zrów­no­wa­żo­nym mło­dzień­cem, któ­remu na kolana zwa­lono stos kar­tek zapi­sa­nych licz­bami prze­chwy­co­nymi przez sta­cje nasłu­chowe wokół oce­anu (być może, sądzi Water­ho­use, były to Alfa, Bravo, Char­lie itd.). Owe liczby sta­no­wiły w jakiś spo­sób zaszy­fro­wane nip­poń­skie komu­ni­katy -?poszlaki suge­ro­wały, że przez jakąś maszynę. Jed­nakże abso­lut­nie nic nie było wia­domo o tej maszy­nie: czy miała tryby, obro­towe prze­łącz­niki, czy tablice roz­dziel­cze, albo wszyst­kie trzy rze­czy naraz, albo jesz­cze inny mecha­nizm, na który biali ludzie do tej pory nie wpa­dli. Jedyną infor­ma­cją był fakt nada­nia, być może nawet nie­po­praw­nie, owych cyfr. Poza tym, Schoen nie dys­po­no­wał niczym - niczym.

I wtem, w poło­wie 1941 roku, w pod­zie­miach Sta­cji Hypo ist­niała już ta maszyna. Ide­al­nie odszy­fro­wy­wała wszyst­kie komu­ni­katy z Indygo wychwy­cone przez sta­cje nasłu­chu. Była więc dosko­nałą funk­cjo­nalną kopią nip­poń­skiej maszyny szy­fru­ją­cej Indygo, choć Schoen ani żaden inny Ame­ry­ka­nin w życiu nie widział jej na oczy. Skon­stru­ował ją, po pro­stu patrząc na te sąż­ni­ste listy loso­wych liczb i usta­la­jąc pewne rze­czy rozu­mo­wa­niem induk­cyj­nym. Gdzieś po dro­dze wypa­lił się psy­chicz­nie i zaczął cier­pieć na dopa­da­jące go raz na tydzień czy dwa regu­larne depre­sje.

Kiedy Ame­ryka rze­czy­wi­ście wypo­wiada Japo­nii wojnę, Schoen sie­dzi na zwol­nie­niu i szpry­cuje się lekami. Water­ho­use spę­dza z nim wtedy cały wolny czas, ponie­waż jest pewien, że to, co wyda­rzyło się w jego gło­wie, od czasu kiedy dostał sze­regi pozor­nie przy­pad­ko­wych liczb, do chwili, w któ­rej skoń­czył budowę maszyny, jest przy­kła­dem pro­cesu nie­po­li­czal­nego.

Upraw­nie­nia Water­ho­use'a są pod­wyż­szane z grub­sza co mie­siąc, aż wresz­cie osią­gają naj­wyż­szy wyobra­żalny poziom (tak mu się przy­naj­mniej wydaje): Ultra/Magic. Angole nazy­wają Ultra odszy­fro­wane infor­ma­cje z nie­miec­kiej maszyny Enigma. Jan­kesi mówią Magic na infor­ma­cje z szy­fru Indygo. W każ­dym razie teraz Law­rence ogląda stresz­cze­nia doku­men­tów Ultra/Magic -?oprawne tomisz­cza z groź­nymi, na prze­mian czar­nymi i czer­wo­nymi aka­pi­tami na okładce. Para­graf trzeci oznaj­mia:

na pod­sta­wie infor­ma­cji zawar­tych w niniej­szym doku­men­cie nie wolno podej­mo­wać żad­nych dzia­łań przy­no­szą­cych jakie­kol­wiek krót­ko­ter­mi­nowe korzy­ści, jeżeli dzia­ła­nia te mogłyby spo­wo­do­wać ujaw­nie­nie wro­gowi ist­nie­nia tego źró­dła infor­ma­cji.

To chyba jasne, nie? Tyle że Water­ho­use nie jest wcale pewien.

jeżeli dzia­ła­nia te mogłyby spo­wo­do­wać ujaw­nie­nie

Mniej wię­cej wtedy Law­rence poczy­nił pewne spo­strze­że­nie na swój temat. Zauwa­żył, że naj­le­piej pra­cuje mu się, kiedy nie jest napa­lony, czyli dzień lub dwa po eja­ku­la­cji. Zatem w ramach służby Sta­nom Zjed­no­czo­nym zaczął spę­dzać mnó­stwo czasu w bur­de­lach. Wciąż dostaje żołd muzyka, nie stać go więc aż na tyle peł­nych sean­sów, ogra­ni­cza się więc do tak zwa­nych, eufe­mi­stycz­nie, masaży.

...dzia­ła­nia... mogłyby spo­wo­do­wać... ujaw­nie­nie...

Te słowa ucze­piają się go jak try­per. Pod­czas masaży leży na ple­cach, zakry­wa­jąc oczy dłońmi, i mru­czy. Coś go drę­czy. Wie już, że jeśli coś go tak wła­śnie nur­tuje, zwy­kle nie­ba­wem napi­sze nową pracę. Ale naj­pierw musi tro­chę upo­rząd­ko­wać myśli.

Wresz­cie, pod­czas bitwy o Midway, gdy wraz z kole­gami spę­dza dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę mię­dzy maszy­nami ETC, odszy­fro­wu­jąc radio­gramy Yama­moto, mówiąc Nimit­zowi, gdzie dokład­nie znaj­duje się jego flota, wtedy wła­śnie nastę­puje olśnie­nie.

Jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że Nimitz przy­pad­kowo znaj­dzie tę flotę? Takie wła­śnie pyta­nie musi zada­wać sobie Yama­moto.

To pyta­nie (cie­kawe, co?) z dzie­dziny teo­rii infor­ma­cji.

...dzia­ła­nia...

Cóż to jest dzia­ła­nie? Cokol­wiek. Coś oczy­wi­stego, na przy­kład zbom­bar­do­wa­nie nip­poń­skiej bazy woj­sko­wej. Każdy zgo­dziłby się, że jest to dzia­ła­nie. Ale dzia­ła­nie to rów­nież, na przy­kład, zmiana kursu lot­ni­skowca o pięć stopni -?albo brak takiej zmiany. Albo wyeks­pe­dio­wa­nie pod Midway dokład­nie takich sił, jakich potrzeba do zmiaż­dże­nia nip­poń­skiej floty inwa­zyj­nej. Albo coś dużo mniej dra­ma­tycz­nego, na przy­kład odwo­ła­nie jakiejś ope­ra­cji. W tym sen­sie dzia­ła­niem może być nawet cał­ko­wite niedzia­ła­nie. Wszystko to może być sen­sowną reak­cją jakie­goś dowódcy na infor­ma­cje zawarte w niniej­szym doku­men­cie. Jed­nakże każde z tych posu­nięć może być zauwa­żone przez Nip­poń­czy­ków -?a zatem każde nie­sie dla nich pewną infor­ma­cję. Cie­kawe, jak dobrzy są w eks­tra­ho­wa­niu infor­ma­cji z zaszu­mio­nego prze­kazu? Czy mają swo­ich Scho­enów?

...spo­wo­do­wać...

A gdyby Nipy to zauwa­żyły? Jaki dokład­nie byłby sku­tek? I w jakich oko­licz­no­ściach skut­kiem byłoby ujaw­nie­nie wro­gowi ist­nie­nia tego źró­dła infor­ma­cji?

Gdyby to było dzia­ła­nie, które ni­gdy nie zda­rzy­łoby się, gdyby Ame­ry­ka­nie nie zła­mali Indygo, wów­czas sta­no­wi­łoby to dla Nip­poń­czy­ków dowód, że szyfr został zła­many. Ujaw­ni­łoby się ist­nie­nie źró­dła - maszyny zbu­do­wa­nej przez koman­dora Scho­ena.

Water­ho­use wie­rzy, że Ame­ry­ka­nie nie będą tak głupi. Ale jeśli posu­nię­cia nie będą tak oczy­wi­ste? Co się sta­nie, gdy dane posu­nię­cie będzie jedy­nie mało praw­do­po­dobne w razie nie­zła­ma­nia szy­fru przez Ame­ry­ka­nów? Co będzie, jeśli na dłuż­szą metę Ame­ry­ka­nie będą po pro­stu mieli za dużo szczę­ścia?

I jak dalece można się posu­nąć w takiej grze? Parę obcią­żo­nych kości, która za każ­dym razem daje sie­dem, można wykryć po kilku rzu­tach. Trud­niej wykryć parę, która daje sie­dem tylko o jeden pro­cent czę­ściej niż "uczciwa" para kości -?trzeba by wyko­nać znacz­nie wię­cej rzu­tów, by prze­ciw­ni­kowi cokol­wiek udo­wod­nić.

Jeżeli Nipy wciąż będą wpa­dać w zasadzki -?jeżeli ich zasadzki ni­gdy nie będą się uda­wać -?jeśli ich statki han­dlowe będą tra­fiać czę­ściej niż wynika z praw­do­po­do­bień­stwa na ame­ry­kań­skie okręty pod­wodne -?ile czasu upły­nie, zanim się domy­ślą?

Water­ho­use wciąż pisze o tym arty­kuły i nęka nimi ludzi. Wtem, pew­nego dnia, otrzy­muje cał­kiem nowe roz­kazy.

Roz­kazy przy­cho­dzą zaszy­fro­wane, w gru­pach po pięć liter wyglą­da­ją­cych na losowe, wydru­ko­wane na błę­kit­nej bibułce, zastrze­żo­nej dla ści­śle taj­nych depesz. W Waszyng­to­nie zaszy­fro­wano je przy uży­ciu jed­no­ra­zo­wego klu­cza; metoda jest wolna i pra­co­chłonna, ale -?teo­re­tycz­nie -?nie do zła­ma­nia. Water­ho­use wie o tym, ponie­waż jest jedną z dwóch osób w Pearl Har­bor mają­cych upraw­nie­nia, by ją zde­szy­fro­wać. Druga to koman­dor Schoen, który jest dzi­siaj na pro­chach uspo­ka­ja­ją­cych. Ofi­cer dyżurny otwiera odpo­wiedni sejf i daje mu dzi­siej­szy klucz jed­no­ra­zowy -?arkusz papieru w kratkę zapeł­niony piąt­ko­wymi gru­pami liczb. Liczby te wylo­so­wały waszyng­toń­skie sekre­tarki, tasu­jąc karty lub wycią­ga­jąc kartki z kape­lu­sza. Sta­no­wią czy­sty szum. Jeden egzem­plarz czy­stego szumu znaj­duje się w rękach Water­ho­use'a, a dru­giego używa osoba, która zaszy­fro­wała tę wia­do­mość w Waszyng­to­nie.

Water­ho­use zabiera się do pracy, odej­mu­jąc szum od tek­stu zaszy­fro­wa­nego, by otrzy­mać tekst jawny. Naj­pierw zauważa, że wia­do­mość ma cał­kiem nową klasę: nie Ści­śle Tajne, nawet nie Ultra, tylko ultra mega.

Roz­kaz brzmi: "Po dokład­nym znisz­cze­niu tej wia­do­mo­ści, Law­rence Prit­chard Water­ho­use ma udać się do Anglii, do Lon­dynu, naj­szyb­szym dostęp­nym środ­kiem trans­portu. Udo­stęp­nia mu się wszyst­kie okręty, pociągi, samo­loty, a nawet łodzie pod­wodne. Choć przy­na­leży do mary­narki, zosta­nie zaopa­trzony w drugi mun­dur -?mun­dur armii -?na wypa­dek gdyby to miało upro­ścić sprawę".

W żad­nym razie nie wolno mu dopu­ścić do sytu­acji, w któ­rej mógłby zostać prze­chwy­cony przez wroga. W pew­nym sen­sie zatem, dla Law­rence'a Prit­charda Water­ho­use'a wojna się nagle skoń­czyła.

Potomstwo Onana

Potom­stwo Onana

W gru­bych ścia­nach i sufi­tach hotelu kryje się plą­ta­nina rur gru­bo­ści tunelu pod kana­łem La Man­che, olbrzy­mich i nie­zmie­rzo­nych jak Inter­net. Wydają stłu­mione dźwięki, suge­ru­jące, że gdzieś w cze­lu­ściach hotelu miesz­czą się hamow­nie sil­ni­ków odrzu­to­wych, kuź­nie z epoki żelaza, wynędz­niali więź­nio­wie pobrzę­ku­jący łań­cu­chami i gniazda wiją­cych się węży. Randy wie, że sys­tem nie działa w obiegu zamknię­tym -?to zna­czy, łączy się gdzieś z atmos­ferą -?ponie­waż z zewnątrz docho­dzą sła­biut­kie zapa­chy ulicy. Oce­nia, że prze­do­sta­nie się do pokoju zabiera im godzinę. Mieszka tu od kilku tygo­dni i zapa­chy te sta­no­wią dlań olfak­to­ryczny budzik. Zasy­pia przy woni die­slow­skich spa­lin, ponie­waż prze­pisy dro­gowe w Manili sta­no­wią, że kon­te­ne­rowce mogą być roz­ła­do­wy­wane tylko w nocy.

Manila jest poło­żona nad cie­płą i nie­ru­chomą zatoką -?nie­skoń­czo­nym maga­zy­nem wil­goci, a ponie­waż powie­trze jest cięż­kie, nie­przej­rzy­ste i gorące jak szklanka mleka pro­sto od krowy, kiedy wstaje słońce, zaczyna się żarzyć. Wtedy pieją pułki i dywi­zje wal­czą­cych kogu­tów, uwię­zione w pro­wi­zo­rycz­nych klat­kach na każ­dym dachu, bal­ko­nie i podwórku. Budzą się ludzie i zaczy­nają palić w pie­cach. Randy'ego budzi zapach węglo­wego dymu.

Randy Water­ho­use jest w nie naj­gor­szej kon­dy­cji fizycz­nej. Jego lekarz powta­rza mu rytu­al­nie, że powi­nien zrzu­cić dzie­sięć kilo­gra­mów, ale nie bar­dzo wia­domo skąd te kilo­gramy mia­łyby pocho­dzić -?nie ma ani fałd tłusz­czu, ani mię­śnia piw­nego. Pew­nie są równo roz­ło­żone po jego becz­ko­wa­tym kor­pu­sie. Przy­naj­mniej tak sobie mówi co dzień rano, sta­jąc przez lustrem wiel­ko­ści tablicy rekla­mo­wej, w jakie jest wypo­sa­żony apar­ta­ment. W dom Randy'ego i Char­lene w Kali­for­nii luster pra­wie nie ma; dla­tego zdą­żył zapo­mnieć, jak wygląda. Teraz widzi, że stał się ata­wi­stycz­nie wło­chaty, a prze­ty­kana siwymi wło­sami broda poły­skuje.

Codzien­nie pró­buje się spro­wo­ko­wać do zgo­le­nia brody. W tro­pi­kach naj­le­piej wysta­wiać na powie­trze jak naj­wię­cej skóry, by chło­dził ją pot.

Pew­nego razu, kiedy podej­mo­wali obia­dem Aviego z rodziną, Randy, pró­bu­jąc wyja­śnić ich wza­jemną rela­cję w biz­ne­sie, powie­dział: "Ja jestem brodą, a Avi to gar­ni­tur". Char­lene nie trzeba było wię­cej. Nie­dawno skoń­czyła uczoną roz­prawę dekon­stru­ującą brody. Celo­wała w szcze­gól­no­ści w bro­da­tych pół­noc­no­ka­li­for­nij­skich infor­ma­ty­ków. We wstę­pie do pracy niby to roz­pra­wiła się z poglą­dem, że brody są bar­dziej "natu­ralne" czy też łatwiej­sze w utrzy­ma­niu niż gładko ogo­lona twarz - dokład­niej, zamie­ściła sta­ty­stykę wypro­du­ko­waną przez dział badaw­czo-roz­wo­jowy Gil­lette, porów­nu­jącą ilość czasu spę­dza­nego w łazience przez bro­da­tych i bez­bro­dych męż­czyzn i dowo­dzącą, że róż­nica w cza­sie nie jest sta­ty­stycz­nie zna­cząca. Randy miał kilka obiek­cji co do rze­tel­no­ści tych danych, Char­lene nie miała żad­nych. "To wbrew intu­icji" -?zamknęła spór.

Śpie­szyła się, by przejść do sedna dys­ku­sji. Poje­chała do San Fran­ci­sco i wydała kil­ka­set dolców na por­no­gra­fię w klu­biku dla fety­szy­stów gole­nia. Przez kilka tygo­dni Randy, wra­ca­jąc wie­czo­rem do domu, nie­odmien­nie zasta­wał ją przed tele­wi­zo­rem, z miską popcornu i dyk­ta­fo­nem, oglą­da­jącą nagra­nie brzy­twy prze­su­wa­ją­cej się po mokrym, namy­dlo­nym ciele. Nagrała też parę sąż­ni­stych wywia­dów z praw­dzi­wymi fety­szy­stami gole­nia, któ­rzy deta­licz­nie opi­sali, jakie uczu­cie nago­ści i bez­bron­no­ści daje im ta czyn­ność i jak ich pod­nieca, zwłasz­cza gdy świeżo ogo­lone czę­ści ciała są bite lub chło­stane. Opra­co­wała też szcze­gó­łowe porów­na­nie iko­no­gra­fii z por­noli dla fety­szy­stów gole­nia z rekla­mami maszy­nek i kre­mów nada­wa­nymi w publicz­nej tele­wi­zji w prze­rwach meczów. Udo­wod­niła, że są one nie­mal nie do odróż­nie­nia (tam, gdzie kupuje się ową por­no­gra­fię, można kupić także pirac­kie nagra­nia reklam akce­so­riów do gole­nia).

Wycią­gnęła raporty na temat zaro­stu wśród róż­nych ludz­kich ras. India­nie nie hodo­wali bród, Azjaci pra­wie nie, Afry­ka­nie to szcze­gólny przy­pa­dek, ponie­waż codzienne gole­nie bar­dzo podraż­nia im skórę. Napi­sała więc: "Moż­li­wość hodo­wa­nia z wyboru obfi­tych, peł­nych bród wydaje się przy­wi­le­jem przy­zna­nym przez naturę wyłącz­nie bia­łym męż­czy­znom".

Gdy Randy tra­fił na to zda­nie, w jego gło­wie włą­czyły się dzwonki alar­mowe, klak­sony i czer­wone świa­tła.

"Jed­nakże to twier­dze­nie pod­pada pod kate­go­rię zwod­ni­czych. "Natura" to poję­cie uwa­run­ko­wane spo­łecz­nie, nie zaś obiek­tywna rze­czy­wi­stość [tu mnó­stwo przy­pi­sów]. W przy­padku "natury" pozwa­la­ją­cej na pełny zarost pew­nej szcze­gól­nej mniej­szo­ści -?bia­łym męż­czy­znom z pół­noc­nej Europy - jest to podwój­nie praw­dziwe. W stre­fie kli­ma­tycz­nej, w któ­rej wyewo­lu­ował homo sapiens, zarost na twa­rzy nie miał więk­szego zna­cze­nia prak­tycz­nego. Wykształ­ce­nie pod­ga­tunku, w któ­rym samce posia­dają gęste brody, było odpo­wie­dzią ewo­lu­cji na chłodny kli­mat. I to nie kli­mat pod­bił w "natu­ralny" spo­sób tereny zamiesz­ki­wane przez pra­czło­wieka -?to ludzie opa­no­wali tereny o takim kli­ma­cie. Ta geo­gra­ficzna trans­gre­sja była zda­rze­niem li tylko spo­łeczno-kul­tu­ro­wym, przeto wyni­ka­jące z niej cechy przy­sto­so­waw­cze należy umie­ścić w tej samej kate­go­rii -?w tym rów­nież wykształ­ce­nie zaro­stu na twa­rzy".

Char­lene przy­to­czyła wyniki wła­snej ankiety, w któ­rej zba­dała opi­nię kil­ku­set kobiet. Dokład­nie wszyst­kie stwier­dziły, że wolą męż­czyzn gładko ogo­lo­nych niż szcze­ci­nia­stych lub bro­da­tych. W skró­cie, wyka­zała, że posia­da­nie brody jest jesz­cze jed­nym ele­men­tem mocno sko­re­lo­wa­nym z poglą­dami sek­si­stow­skimi i rasi­stow­skimi, a także z emo­cjo­nalną nie­do­stęp­no­ścią, na którą tak czę­sto uskar­żają się part­nerki bia­łych męż­czyzn, zwłasz­cza tych zaj­mu­ją­cych się tech­no­lo­gią.

"Gra­nica pomię­dzy oso­bo­wo­ścią a oto­cze­niem jest spo­łeczną kon­wen­cją. W kul­tu­rach Zachodu uważa się ją za ostrą i wyraźną. Broda jest zewnętrz­nym sym­bo­lem tejże gra­nicy i zara­zem spo­so­bem stwa­rza­nia dystansu. Zgo­le­nie brody (czy też innego zaro­stu na ciele) ma sym­bo­licz­nie likwi­do­wać ową zaiste cenną gra­nicę oddzie­la­jącą czło­wieka od innych".

I tak dalej. Recen­zenci, ujrzaw­szy pracę, wpa­dli nie­mal w eks­tazę i natych­miast skie­ro­wali ją do publi­ka­cji w poważ­nym mię­dzy­na­ro­do­wym piśmie. Kilka wybra­nych zagad­nień Char­lene poru­szy na kon­fe­ren­cji "Wojna jako tekst" w refe­ra­cie: "Nie­ogo­le­nie jako znak w fil­mach o II woj­nie świa­to­wej". Dzięki pracy o bro­dach trzy reno­mo­wane uni­wer­sy­tety wal­czą o prawo zatrud­nie­nia Char­lene.

Randy nie chce prze­pro­wa­dzać się na Wschod­nie Wybrzeże. Co gor­sza, ma brodę; kiedy wycho­dzi z Char­lene, jest to uzna­wane za potwor­nie nie­wła­ściwe. Pro­po­no­wał jej, że napi­sze oświad­cze­nie dla prasy, zawia­da­mia­jące, że resztę ciała goli codzien­nie. Nie roz­śmie­szyło jej to. Dopiero w poło­wie drogi przez Ocean Spo­kojny zro­zu­miał, że wszyst­kie jej poczy­na­nia były skom­pli­ko­wa­nym pro­roc­twem zagłady ich związku.

Teraz zasta­na­wia się nad zgo­le­niem brody. Mógłby też od razu zabrać się za włosy na czaszce i tor­sie.

Randy wyro­bił sobie nawyk ener­gicz­nego spa­ce­ro­wa­nia. Według stan­dar­dów cie­le­snych faszy­stów, ple­nią­cych się w Kali­for­nii i Seat­tle, to tylko nie­znacz­nie lep­sze niż, powiedzmy, sie­dze­nie przed tele­wi­zo­rem, odpa­la­nie jed­nego papie­rosa bez fil­tra od dru­giego i zaże­ra­nie się smal­cem. On jed­nak cho­dził na spa­cery z upo­rem, sys­te­ma­tycz­nie, gdy jego kole­dzy zapi­sy­wali się na naj­now­sze, naj­mod­niej­sze ćwi­cze­nia i zaraz je rzu­cali. Czuje z tego powodu dumę i nie zre­zy­gnuje ze spa­ce­rów tylko dla­tego, że aku­rat mieszka w Manili.

Tylko ten cho­lerny upał. Dobrze byłoby nie mieć wło­sów.

* * *

Z feral­nego Pierw­szego Szturmu na Biz­nes Randy wyniósł tylko dwie korzy­ści. Po pierw­sze, odstra­szył go sku­tecz­nie od wcho­dze­nia w jaki­kol­wiek inte­res, jeżeli nie ma o nim jakiego takiego poję­cia. Po dru­gie, na wiele lat zaprzy­jaź­nił się z Avim, swym daw­nym part­ne­rem od gier, który wyka­zał się uczci­wo­ścią i poczu­ciem humoru.

Za pod­po­wie­dzią swego adwo­kata (w tym momen­cie będą­cego także jed­nym z poważ­niej­szych wie­rzy­cieli) Randy ogło­sił ban­kruc­two i prze­pro­wa­dził się z Char­lene do środ­ko­wej Kali­for­nii. Ona zro­biła dok­to­rat i wylą­do­wała na jed­nym z Trzech Braci w roli adiunkta. Randy zapi­sał się do innego z Braci, chcąc zro­bić magi­ste­rium z astro­no­mii. Stał się dyplo­man­tem, a dyplo­manci nie mieli uczyć się cze­go­kol­wiek, lecz ulżyć mia­no­wa­nym pro­fe­so­rom w upier­dli­wych zada­niach, takich jak naucza­nie i pro­wa­dze­nie badań.

Mie­siąc potem Randy pomógł jed­nemu z dyplo­man­tów roz­wią­zać jakiś try­wialny pro­blem z kom­pu­te­rem. Nie minął tydzień, gdy wezwał go dzie­kan wydziału astro­no­mii i powie­dział:

-?A więc to ty jesteś tym guru od Uniksa.

Wów­czas Randy był na tyle głupi, że mu to pochle­biło; powi­nien zro­zu­mieć jak zło­wro­gie to słowa.

Trzy lata póź­niej opusz­czał Wydział Astro­no­mii bez dyplomu, nie mogąc pochwa­lić się niczym oprócz sze­ściu­set dola­rów na kon­cie i nie­sa­mo­witą wie­dzą na temat sys­temu Unix. Póź­niej miał obli­czyć, że przy obo­wią­zu­ją­cych obec­nie staw­kach dla pro­gra­mi­stów Wydział wycią­gnął zeń jakieś ćwierć miliona dola­rów, dając w zamian nie­całe dwa­dzie­ścia tysięcy. Jedyna pocie­cha w tym, że ta wie­dza nie wyda­wała się już tak bez­u­ży­teczna. Astro­no­mia stała się bar­dzo sie­ciową dys­cy­pliną: można było ste­ro­wać tele­sko­pem na innym kon­ty­nen­cie, albo i na orbi­cie, po pro­stu wkle­pu­jąc pole­ce­nia z kla­wia­tury, obrazy z nich zaś oglą­dało się na moni­to­rze.

Teraz Randy wie­dział wszystko o sie­ciach. Parę lat temu nic by mu z tego nie przy­szło. Nastała jed­nak epoka apli­ka­cji sie­cio­wych, zara­nie World Wide Web. Nie mógł tra­fić lepiej.

Tym­cza­sem Avi prze­niósł się do San Fran­ci­sco i zało­żył nową firmę, mającą wydo­być gry role-play­ing z getta mania­ków i skie­ro­wać do maso­wego odbiorcy. Zatrud­nił Randy'ego jako głów­nego spe­cja­li­stę od tech­no­lo­gii. Randy pró­bo­wał zwer­bo­wać Che­stera, ale ten już pra­co­wał w fir­mie software'owej w Seat­tle. Wyna­leźli więc faceta, który robił coś w kilku kon­cer­nach od gier wideo, potem jesz­cze kilku gości od sprzętu i tele­ko­mu­ni­ka­cji, po czym zbu­do­wali dzia­ła­jący pro­to­typ gry. Z tym na przy­nętę udali się do Hol­ly­wood i zna­leźli chęt­nego do wyło­że­nia około dzie­się­ciu milio­nów dola­rów. Wyna­jęli biuro w Gil­roy, zapchali je po sufit sta­cjami gra­ficz­nymi, zatrud­nili stado zdol­nych pro­gra­mi­stów, kilku gra­fi­ków i zabrali się do pracy.

Sześć mie­sięcy wymie­niano ich wśród wscho­dzą­cych gwiazd Doliny Krze­mo­wej, a nie­duża foto­gra­fia Randy'ego poja­wiła się w maga­zy­nie "Time" -?w arty­kule o Sili­wood, czyli zacie­śnia­ją­cej się współ­pracy mię­dzy Doliną Krze­mową a Hol­ly­wood. Rok póź­niej firma padła i nakryła się nogami.

Była to nie­warta opo­wie­ści przy­długa histo­ria. We wcze­snych latach 90. mądrość ludowa gło­siła, że guru od tech­no­lo­gii z pół­noc­nej Kali­for­nii połą­czą siły z kre­atyw­nymi mózgami połu­dnio­wej, two­rząc w poło­wie drogi zupeł­nie nową jakość. Pogląd ten miał źró­dła w naiw­nym postrze­ga­niu Hol­ly­wood. Hol­ly­wood to zale­d­wie wyspe­cja­li­zo­wany bank -?kon­sor­cjum wiel­kich finan­so­wych kor­po­ra­cji, wynaj­mu­jące talenty, nie­mal zawsze za stałą stawkę, i pole­ca­jące im stwo­rze­nie pro­duktu, a potem sprze­da­jące ten pro­dukt aż do bólu, na całym świe­cie, we wszyst­kich wyobra­żal­nych mediach. Celem jest zna­le­zie­nie pro­duktu, który zara­białby pie­nią­dze do końca świata, jesz­cze długo po tym, jak talent został spła­cony i ode­słany do domu. Casa­blanca, na przy­kład, wciąż zapeł­niała fotele, dzie­siątki lat po tym, jak Bogart został spła­cony i umarł na papie­rosy.

A kom­pu­te­rowcy z Doliny Krze­mo­wej byli, z punktu widze­nia Hol­ly­wood, szcze­gól­nie naiwną formą talentu. Kiedy więc wyna­la­zek osią­gnął pewien punkt kry­tyczny -?punkt, w któ­rym można go było z sowi­tym zyskiem odsprze­dać nip­poń­skiemu kon­cer­nowi elek­tro­nicz­nemu -?inwe­sto­rzy bły­ska­wicz­nie zadali cios. Z pew­no­ścią musiał być z pie­ty­zmem zapla­no­wany. Randy'emu i pozo­sta­łym dano wybór: albo odcho­dzą z firmy i zacho­wują udziały, wciąż sporo warte, albo zostają -?w tym wypadku będą sabo­to­wani przez piątą kolumnę, która zin­fil­tro­wała już klu­czowe sta­no­wi­ska. Jed­no­cze­śnie będą ich ata­ko­wać praw­nicy, żąda­jący ich głów, za to, że firma ponosi klę­skę za klę­ską.

Nie­któ­rzy z zało­ży­cieli zostali, w cha­rak­te­rze dwor­skich eunu­chów. Więk­szość ode­szła i sprze­dała akcje, ponie­waż wyraź­nie było widać, że ich kursy polecą już tylko w dół. Trans­fer tech­no­lo­gii do Japo­nii wypa­tro­szył firmę, a pusta sko­rupa z cza­sem wyschła i się roz­pa­dła.

Nawet dzi­siaj, tamte pomy­sły wypły­wają w naj­dziw­niej­szych miej­scach, na przy­kład w rekla­mach nowych kon­sol do gier. Randy zawsze się wtedy wzdryga. Kiedy wszystko zaczęło się pie­przyć, Nip­poń­czycy chcieli go zatrud­nić; zaro­bił nawet jakieś pie­nią­dze, lata­jąc tam na tydzień czy mie­siąc jako kon­sul­tant. Jed­nakże ich pro­gra­mi­ści nie umieli poskła­dać nowej tech­no­lo­gii do kupy; ni­gdy więc nie wyko­rzy­stała swego poten­cjału.

Na tym Randy zakoń­czył swój Drugi Szturm na Biz­nes. Wycią­gnął z niego kil­ka­set tysięcy dola­rów, z czego więk­szość wła­do­wał we współ­dzie­lony z Char­lene dom. Nie chciał posia­dać tak wiel­kiej ilo­ści płyn­nych pie­nię­dzy, nie ufał sobie; zamro­że­nie ich w ten spo­sób dało mu poczu­cie bez­pie­czeń­stwa -?jak powrót na wła­sną połowę boiska w jakiejś sza­lo­nej, bru­tal­nej grze zespo­ło­wej.

Kolejne lata spę­dził w Trzech Bra­ciach, admi­ni­stru­jąc ich sys­te­mem kom­pu­te­ro­wym. Nie zara­biał wiele, ale też zanadto się nie stre­so­wał.

* * *

Randy co rusz mówił ludziom, bez zło­ści, że są gówno warci. Przy pisa­niu pro­gra­mów tylko tak można było coś wskó­rać. Nikt nie brał tego do sie­bie.

Banda Char­lene zde­cy­do­wa­nie brała to do sie­bie. Jed­nakże nie iry­to­wało ich samo stwier­dze­nie, że nie mają racji, lecz nie­jawne zało­że­nie, że kto­kol­wiek mógłby w ogóle mieć lub nie mieć racji w jakiej­kol­wiek spra­wie. W Ów Wie­czór -?wie­czór z owym zna­czą­cym tele­fo­nem od Aviego - Randy uczy­nił to co zwy­kle, to zna­czy prze­stał udzie­lać się w roz­mo­wie. W sen­sie tol­kie­now­skim -?nie endo­kry­no­lo­gicz­nym czy rodem z Kró­lewny Śnieżki -?Randy jest kra­sno­lu­dem8. Kra­sno­ludy Tol­kiena to krępe, mil­kliwe, lekko obda­rzone magią postaci, przez więk­szość czasu prze­by­wa­jące w mroku, wyku­wa­jące cudowne przed­mioty, na przy­kład pier­ście­nie. To bar­dzo pomo­gło Randy'emu w zacho­wa­niu rów­no­wagi umy­sło­wej przez wszyst­kie te lata -?myślał o sobie jako o kra­sno­lu­dzie, który zawie­sił na kołku topór wojenny i udał się na wycieczkę do Shire, gdzie ota­czało go towa­rzy­stwo roz­dy­sku­to­wa­nych hob­bi­tów (tzn. przy­ja­ciół Char­lene). Zda­wał sobie dosko­nale sprawę, że gdyby utknął na uczelni, trak­to­wałby ich słowa jako wielce zna­czące. Ale tam, skąd przy­cho­dził, od dawna nikt ich poważ­nie nie brał. Zatem Randy po pro­stu wyco­fy­wał się z roz­mowy, popi­jał wino, spo­glą­dał na ocean i bar­dzo się sta­rał nie robić nic osten­ta­cyj­nego -?nie krę­cić głową ani nie prze­wra­cać oczyma.

A potem wykluł się temat Super­au­to­strady Infor­ma­cyj­nej. Randy poczuł, jak twa­rze zwra­cają się ku niemu jak reflek­tory, pro­mie­niu­jąc nań nie­mal odczu­wal­nym cie­płem.

Parę rze­czy do powie­dze­nia na temat Super­au­to­strady Infor­ma­cyj­nej miał dok­tor G.E.B. Kivi­stik, około pięć­dzie­się­cio­letni wykła­dowca z Yale. Wła­śnie przy­le­ciał z jakie­goś miej­sca, któ­rego nazwa robiła nie­sa­mo­wite wra­że­nie, kiedy robił dygre­sje, spe­cjal­nie by wymie­nić ją po raz kolejny. Nazwi­sko miał fiń­skie, był jed­nak tak bry­tyj­ski, jak tylko może być niebry­tyj­ski anglo­fil. Ofi­cjal­nie przy­je­chał na kon­fe­ren­cję "Wojna jako tekst". Naprawdę przy­je­chał zre­kru­to­wać Char­lene, a naprawdę naprawdę -?rżnąć ją, jak podej­rze­wał Randy. To podej­rze­nie zresztą pew­nie było fał­szywe, ale pod­po­wiada nam, jaki pogięty miał w tam­tym momen­cie tok myśle­nia. Dok­tor G.E.B. Kivi­stik co rusz poja­wiał się w tele­wi­zji. Dok­tor G.E.B Kivi­stik wydał parę ksią­żek. W skró­cie, dok­tor G.E.B Kivi­stik pro­mo­wał swoje poglądy zde­cy­do­wa­nego prze­ciw­nika Super­au­to­strady Infor­ma­cyj­nej w takiej ilo­ści czasu ante­no­wego, któ­rej nie dostałby nawet czło­wiek oskar­żony o wysa­dze­nie w powie­trze przed­szkola.

Kra­sno­lud bawiący w Shire praw­do­po­dob­nie cho­dziłby na wiele przy­jęć zapeł­nio­nych nud­nymi, nadę­tymi hob­bi­tami. Gada­łyby coś wła­śnie w tym stylu. On trak­to­wałby to jako roz­rywkę, wie­dząc, że w każ­dej chwili może wró­cić do świata rze­czy­wi­stego, o wiele więk­szego i bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego, niż wyobra­żają sobie hob­bity, zasiec kilka trolli i przy­po­mnieć sobie, co się w życiu liczy naprawdę.

To wła­śnie powta­rzał sobie Randy. Jed­nakże Owego Wie­czoru to nie zadzia­łało. Po czę­ści dla­tego, że Kivi­stik był zbyt rze­czy­wi­sty i zbyt wielki jak na hob­bita. I w real­nym świe­cie pew­nie był bar­dziej wpły­wowy niż Randy. Po czę­ści zaś, ponie­waż inny mał­żo­nek ciała peda­go­gicz­nego - Jon, sym­pa­tyczny, nie­szko­dliwy maniak kom­pu­te­rowy -?posta­no­wił zmie­rzyć się z jed­nym z twier­dzeń Kivi­stika i został za swoje sta­ra­nia z uśmie­chem odstrze­lony. W powie­trzu czuło się krew.

Zwią­zek Randy'ego z Char­lene zepsuł się, bo Randy chciał mieć dzieci. Dzieci rodzą pro­blemy. Char­lene, podob­nie jak więk­szość jej przy­ja­ciół, uni­kała pro­ble­mów. Pro­blemy to róż­nice zdań. Róż­nice zdań zaś są formą kon­fliktu. Kon­flikt, roz­gry­wany otwar­cie i publicz­nie, jest męskim spo­so­bem inte­rak­cji spo­łecz­nej -?fun­da­men­tem spo­łe­czeń­stwa patriar­chal­nego, które spro­wa­dziło na ludz­kość stan­dar­dową lita­nię strasz­li­wych kata­strof. Nie­mniej, Randy zde­cy­do­wał podejść do Kivi­stika na spo­sób patriar­chalny.

-?Ile slum­sów trzeba będzie zrów­nać z zie­mią, żeby zbu­do­wać Super­au­to­stradę Infor­ma­cyjną? -?zasta­na­wiał się Kivi­stik.

Na tę głę­boką myśl wszy­scy przy stole z namy­słem poki­wali gło­wami.

Jon wier­cił się w krze­śle, jakby Kivi­stik wła­śnie wrzu­cił mu kostkę lodu za koł­nierz.

-?Co to zna­czy? -?zapy­tał. Uśmie­chał się przy tym, usi­łu­jąc nie być kon­flik­to­gen­nym, patriar­chal­nym hege­mo­ni­stą.

W odpo­wie­dzi Kivi­stik uniósł brwi i rozej­rzał się po sali, jakby chciał powie­dzieć: "Kto tu zapro­sił tego cie­niasa?". Jon pró­bo­wał uciec przed skut­kami swego tak­tycz­nego błędu: Randy nato­miast zamknął oczy i sta­rał się nie wzdry­gać. Jon jesz­cze się nie uro­dził, kiedy Kivi­stik już spar­rin­go­wał z naprawdę bystrymi prze­ciw­ni­kami.

-?Nic nie trzeba rów­nać z zie­mią. Naprawdę nic -?oświad­czył więc.

-?No dobrze, ujmę to zatem w ten spo­sób -?odparł szla­chet­nie Kivi­stik. Nie miał nic prze­ciwko spłasz­cza­niu swych tez na uży­tek osób pokroju Jona. -?Ile wjaz­dów połą­czy świa­towe getta z Super­au­to­stradą Infor­ma­cyjną?

No, teraz wyra­ził się jaśniej, pomy­śleli wszy­scy. Punkt dla cie­bie, Geb! Nikt już nie spoj­rzał na Jona, pariasa dys­ku­sji. Jon bez­rad­nie patrzył na Randy'ego, bła­ga­jąc o pomoc.

Jon był hob­bi­tem, który sporo czasu spę­dził poza Shire, wie­dział więc, że Randy jest kra­sno­lu­dem. A teraz zamie­rzał spie­przyć mu życie, nawo­łu­jąc, by wsko­czył na stół, odrzu­cił pele­rynę i dobył obu­ręcz­nego topora.

Usta Randy'ego poru­szyły się, zanim zdą­żył się zasta­no­wić:

-?Super­au­to­strada to tylko taka poje­bana meta­fora! Daj­cie sobie z tym spo­kój!

Zapa­dła cisza. Wszy­scy obecni wzdry­gnęli się uni­sono. Teraz kola­cja już ofi­cjal­nie ule­gła kata­stro­fie. Mogli tylko chwy­cić się za kostki, wetknąć głowy mię­dzy kolana i cze­kać aż wrak się zatrzyma.

-?To nic nie wyja­śnia -?rzekł Kivi­stik. -?Wszystko jest meta­forą. Słowo "wide­lec" jest meta­forą tego przed­miotu. -?Uniósł wide­lec. -?Każde rozu­mo­wa­nie dys­kur­sywne opiera się na meta­fo­rach.

-?Nie ma uspra­wie­dli­wie­nia na uży­wa­nie błęd­nych meta­for.

-?Błęd­nych? Błęd­nych? Kto decy­duje co jest błędne? -?zapy­tał Kivi­stik, robiąc swą naj­lep­szą minę: sapią­cego dyplo­manta o opuch­nię­tych powie­kach.

Po sali prze­bie­gło kilka chi­cho­tów: parę osób roz­pacz­li­wie chciało roz­ła­do­wać napię­cie.

Randy wie­dział, dokąd to zmie­rza. Kivi­stik się­gnął po tra­dy­cyj­nego aka­de­mic­kiego asa w ręka­wie: wszystko jest względne, to tylko różne punkty widze­nia. Goście zaczęli już wda­wać się w drobne roz­mówki z sąsia­dami, gdy wypa­lił nagle:

-?Kto decy­duje, co jest błędne? Ja.

Nawet Kivi­stik się zde­ner­wo­wał. Nie wie­dział, czy Randy żar­tuje, czy nie.

-?Słu­cham?

Randy nie śpie­szył się z wyja­śnie­niem. Sko­rzy­stał z oka­zji: roz­wa­lił się w fotelu i pocią­gnął łyk wina. Miał świetny humor.

-?Widzi pan -?powie­dział -?czy­ta­łem pana książkę. Widzia­łem pana w tele­wi­zji. Sły­sza­łem co mówił pan dzi­siaj. Oso­bi­ście prze­pi­sy­wa­łem listę pana tytu­łów i publi­ka­cji, kiedy przy­go­to­wy­wa­łem mate­riały dla prasy. Stąd wiem, że nie ma pan odpo­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji, by wygła­szać opi­nie o spra­wach tech­nicz­nych.

-?Och jej. -?Kivi­stik udał zmie­sza­nie. -?Nie wie­dzia­łem, że trzeba mieć kwa­li­fi­ka­cje.

-?To chyba jasne. Jeśli o jakiejś spra­wie nie ma pan poję­cia, pana zda­nie jest kom­plet­nie bez­war­to­ściowe. Kiedy jestem chory, nie radzę się hydrau­lika. Idę do leka­rza. I tak samo, jeśli mam pyta­nia doty­czące Inter­netu, pytam o zda­nie ludzi, któ­rzy się na tym znają.

-?Cie­kawe, że wy wszy­scy tech­no­kraci tak jeste­ście za tym Inter­ne­tem. - rzu­cił pogod­nie Kivi­stik, pro­wo­ku­jąc śmie­chy.

-?Wła­śnie wypo­wie­dział pan zda­nie, które jest łatwą do wyka­za­nia nie­prawdą. -?odparł kul­tu­ral­nie Randy. -?Wielu eks­per­tów od Inter­netu napi­sało książki, w któ­rych ostro go kry­ty­kują. I sen­sow­nie to uza­sad­niają.

Kivi­stik zaczy­nał się wku­rzać. Wypa­ro­wał zeń cały dystans.

-?Zatem wróćmy do początku: Super­au­to­strada Infor­ma­cyjna jest błęd­nym okre­śle­niem, bo ja tak twier­dzę. Na Ziemi jest może z tysiąc ludzi, któ­rzy się orien­tują w tema­cie Inter­netu tak dobrze jak ja. Więk­szość znam oso­bi­ście. Nikt z nich nie bie­rze tej meta­fory poważ­nie. Quod erat demon­stran­dum.

-?Ach, teraz rozu­miem -?powie­dział z zaciętą miną Kivi­stik. Zna­lazł lukę. -?A więc mamy pole­gać na tech­no­kra­tach, któ­rzy podyk­tują nam, co mamy myśleć, i jak mamy myśleć o tej tech­no­lo­gii.

Wyraz pozo­sta­łych twa­rzy świad­czył o tym, że to decy­du­jący, finalny cios.

-?Nie bar­dzo wiem, kto to taki, tech­no­krata -?rzekł Randy. -?Czyż ja jestem tech­no­kratą? Jestem face­tem, który zszedł do księ­garni, kupił sobie kilka ksią­żek o TCP/IP, czyli pod­sta­wo­wym pro­to­kole inter­ne­to­wym i prze­czy­tał je. Potem zasia­dłem do kom­pu­tera, co teraz może zro­bić każdy, i bawi­łem się nim kilka lat, aż wresz­cie teraz wiem o tym wszystko. Czyżby to czy­niło mnie tech­no­kratą?

-?Zanim kupi­łeś tę książkę, już nale­ża­łeś do tech­no­kra­tycz­nej elity - odparł Kivi­stik. -?Zdol­ność czy­ta­nia ze zro­zu­mie­niem tech­nicz­nego tek­stu jest przy­wi­le­jem. Przy­wi­le­jem nada­wa­nym przez wykształ­ce­nie, dostępne jedy­nie człon­kom eli­tar­nej kasty. Ich wła­śnie rozu­miem pod poję­ciem tech­no­kra­tów.

-?Uczy­łem się w pań­stwo­wej szkole -?powie­dział Randy. -?A potem na sta­no­wym uni­wer­sy­te­cie. A potem uczy­łem się sam.

Wtrą­ciła się Char­lene. Od początku dys­ku­sji rzu­cała mu gniewne spoj­rze­nia, on zaś ją igno­ro­wał. Teraz mu się odpłaci.

-?A twoi rodzice? -?zapy­tała chłodno.

Randy powstrzy­mał wes­tchnie­nie. Zro­bił głę­boki wdech.

-?Ojciec jest inży­nie­rem. Uczy w sta­no­wym col­lege'u.

-?A jego ojciec?

-?Był mate­ma­ty­kiem.

Char­lene unio­sła brwi. Wszy­scy pozo­stali rów­nież. Sprawa zamknięta.

-?Sta­now­czo sprze­ci­wiam się szu­flad­ko­wa­niu mnie, ety­kie­to­wa­niu i wtła­cza­niu w ste­reo­typ tech­no­kraty -?powie­dział Randy, umyśl­nie korzy­sta­jąc ze słow­nic­twa osób trak­to­wa­nych opre­syw­nie; może była to próba pobi­cia towa­rzy­stwa ich wła­sną bro­nią, naj­pew­niej jed­nak (jak myśli, leżąc w łóżku w Manili, o trze­ciej nad ranem) nie­po­wstrzy­my­walna zło­śli­wość.

Nie­któ­rzy przy stole nagle spoj­rzeli nań trzeźwo: ety­kieta naka­zy­wała współ­czuć oso­bom w opre­sji. Inni dła­wili się z wście­kło­ści, sły­sząc, jak te słowa wygła­sza oczy­wi­sty i osą­dzony już biały męski tech­no­krata.

-?Nikt w mojej rodzi­nie ni­gdy nie miał ani wła­dzy ani pie­nię­dzy -?dodał.

-?Sądzę, że Char­lene cho­dzi o coś innego -?powie­dział Tomasz, jeden z ich gości. Przy­je­chał z Pragi, z żoną Niną. Posta­no­wił, że będzie roz­jemcą. Prze­rwał, by rzu­cić Char­lene cie­płe spoj­rze­nie. -?Dla­tego że mia­łeś szczę­ście pocho­dzić z wykształ­co­nej rodziny, jesteś człon­kiem uprzy­wi­le­jo­wa­nej elity. Nie jesteś tego świa­domy -?ale człon­ko­wie uprzy­wi­le­jo­wa­nych elit rzadko są świa­domi wła­snych przy­wi­le­jów.

Randy dokoń­czył myśl:

-?Chyba że poja­wią się ludzie tacy jak ty i wyja­śnią im, jakimi są głup­cami, żeby nie powie­dzieć: moral­nymi ban­kru­tami.

-?Wła­śnie ta fał­szywa toż­sa­mość, o któ­rej wspo­mniał Tomasz, powo­duje, że zamknięte elity wła­dzy są takie zamknięte.

-?No, ja nie czuję się spe­cjal­nie zamknięty -?powie­dział Randy. - Haro­wa­łem jak osioł, żeby osią­gnąć to, co osią­gną­łem.

-?Wielu ludzi ciężko pra­cuje przez całe życie i nie osiąga nic -?rzu­cił ktoś oskar­ży­ciel­sko. Uwaga! Zaczęły się strzały.

-?No cóż, przy­kro mi bar­dzo, że nie mia­łem tego szczę­ścia, by nie osią­gnąć nic -?odparł Randy, teraz już tro­chę roz­draż­niony -?ale dowie­dzia­łem się, że jeśli ciężko pra­cu­jesz, kształ­cisz się i zasta­na­wiasz nad tym i owym, możesz w tym spo­łe­czeń­stwie żyć.

-?Ale to pro­sto z jakichś dzie­więt­na­sto­wiecz­nych opo­wia­stek Hora­tio Algera! -?wypa­lił Tomasz.

-?No i co z tego? Jeśli idea jest stara, to koniecz­nie od razu musi być zła? -?zapy­tał Randy.

Na koń­cach stołu ufor­mo­wały się już grupy sztur­mowe kel­ne­rów. Uzbro­jeni w tale­rze z daniami, zer­kali po sobie, pró­bu­jąc usta­lić, czy dałoby się prze­rwać potyczkę i podać jedze­nie. Jeden z nich nagro­dził Randy'ego wigwa­mem uło­żo­nym z kawał­ków pra­wie suro­wego tuń­czyka. Wtedy kon­trolę nad dys­ku­sją prze­jął ele­ment nasta­wiony pro­kon­sen­su­sowo i anty­kon­fron­ta­cyj­nie, roz­bi­ja­jąc ją na kil­ka­na­ście żywio­łowo zga­dza­ją­cych się ze sobą małych gru­pek. Jon rzu­cił Randy'emu wil­gotne spoj­rze­nie, jakby pytał: "Tobie też to dobrze zro­biło?". Char­lene zaja­dle go igno­ro­wała. Dostała się w jedną grupkę kon­sen­su­sową z Toma­szem. Jego dziew­czyna, Nina, pró­bo­wała pochwy­cić spoj­rze­nie Randy'ego; on jed­nak uni­kał jej wzroku, oba­wia­jąc się że chce go obda­rzyć ogni­stym, zapra­sza­ją­cym spoj­rze­niem. Po pro­stu pra­gnął tylko wresz­cie stąd wyjść. Dzie­sięć minut póź­niej zadzwo­nił jego pager i wyświe­tlił numer Aviego.

Pożar

Pożar

Ame­ry­kań­ska baza w Cavite nad Zatoką Manil­ską, pod­pa­lona przez Nipów, pali się cał­kiem ele­gancko. Bobby Sha­ftoe i reszta Czwar­tej Dywi­zji mogą się jej dobrze przyj­rzeć, kiedy prze­pły­wają obok, ucie­ka­jąc w nocy -?jak zło­dzieje. Bobby ni­gdy się bar­dziej nie wsty­dził. Inni mari­nes też. Nipy wylą­do­wały już na Mala­jach i zmie­rzają w stronę Sin­ga­puru jak ucie­ka­jący pociąg, oble­gają Guam i Wake i Hong­kong i Bóg wie co jesz­cze; powinno być jasne, że Fili­piny będą następne. Przy­dałby się więc tam z pułk zapra­wio­nych w boju chiń­skich mari­nes.

Tyle że MacAr­thur chyba myśli, że obroni Luzon sam, sto­jąc na murach Intra­mu­ros z col­tem .45. Dla­tego odpły­wają. Nie mają poję­cia dokąd. Więk­szość wola­łaby wylą­do­wać na pla­żach Nip­ponu niźli zostać tutaj -?na tere­nie nale­żą­cym do armii, a nie mary­narki.

Kiedy zaczęła się wojna, Bobby Sha­ftoe naj­pierw odsta­wił Glory na łono rodziny.

Alta­mi­ro­wie miesz­kają w Malate, kilka mil na połu­dnie od Intra­mu­ros i nie­da­leko miej­sca, gdzie Sha­ftoe wła­śnie spę­dził owe pół godzinki sam na sam z Glory. Mia­sto osza­lało, zdo­by­cie dorożki jest nie­moż­liwe. Żoł­nie­rze, mari­nes i mary­na­rze wypa­dają z barów, klu­bów noc­nych i potań­có­wek, rekwi­ru­jąc pojazdy gru­pami po cztery czy sześć -?obłęd, cał­kiem jak w sobot­nią noc w Szan­ghaju -?jak gdyby wojna toczyła się tuż obok. W końcu Sha­ftoe musi zanieść Glory do domu, ponie­waż jej buty nie nadają się do poko­ny­wa­nia dużych odle­gło­ści.

Rodzina Alta­mi­rów jest tak olbrzy­mia, że mogłaby sama sta­no­wić grupę etniczną. I pra­wie wszy­scy miesz­kają w tym samym domu, a wła­ści­wie to w jed­nym pokoju. Parę razy Glory pró­bo­wała wytłu­ma­czyć Bobby'emu owe koli­ga­cje. Sha­ftoe'ów też jest sporo -?więk­szość w Ten­nes­see -?ale ich drzewo gene­alo­giczne zmie­ści­łoby się na tam­borku do wyszy­wa­nia. Rodzina Sha­ftoe jest wobec Alta­mi­rów jak poje­dyn­cza, osa­mot­niona sadzonka wobec dżun­gli. Fili­piń­skie rody są gigan­tyczne i kato­lic­kie, a ponadto połą­czone ze sobą rela­cjami ojciec chrzestny -?chrze­śniak, jak zwie­sza­ją­cymi się od gałęzi do gałęzi lia­nami. Glory, gdy ją o to popro­sić, chęt­nie, a nawet z rado­ścią będzie opo­wia­dać o koli­ga­cjach rodu Alta­mira, przez sześć godzin non stop -?i będzie to zale­d­wie ogólny zarys tematu. Mózg Sha­ftoe'a zawsze wyłą­cza się po pierw­szych trzy­dzie­stu sekun­dach.

Pro­wa­dzi ją do domu. Nawet gdy pań­stwo nie jest w sta­nie wojny z Cesar­stwem Nip­ponu, panuje tam roz­pacz­liwy roz­gar­diasz. Pomimo to, poja­wie­nie się Glory, w chwilę po wybu­chu wojny, w dodatku w ramio­nach żoł­nie­rza ame­ry­kań­skiej pie­choty mor­skiej, robi na rodzi­nie takie wra­że­nie, jak mate­ria­li­zu­jący się pośrodku salonu Jezus Chry­stus z Matką Boską na ramie­niu. Kobiety w śred­nim wieku padają na kolana, jakby ktoś wpu­ścił do domu gaz musz­tar­dowy. Lecz one chcą tylko zakrzyk­nąć "Alle­luja!". Glory zręcz­nie staje na nogi w swych wyso­kich obca­sach; spły­wa­jące strugi łez badają regu­lar­ność jej policz­ków. Obca­ło­wuje rodzinkę. Choć jest trze­cia nad ranem, żadne dziecko nie śpi. Sha­ftoe spo­gląda na plu­ton chłop­ców w wieku mniej wię­cej od trzech do dzie­się­ciu lat, uzbro­jony w drew­niane sza­ble i kara­biny. Wszy­scy w osłu­pie­niu gapią się na niego i jego szy­kowny mun­dur: każ­demu mógłby spo­koj­nie wetknąć w roz­dzia­wione usta piłkę base­bal­lową. Kątem oka spo­strzega kobietę w śred­nim wieku, spo­krew­nioną z Glory jaki­miś nie­sa­mo­wi­cie skom­pli­ko­wa­nymi wię­zami. Już ma na policzku ślady szminki Glory, a teraz zmie­rza ku niemu kur­sem na zde­rze­nie, twardo i sta­now­czo pra­gnąc go uca­ło­wać. Bobby wie, że musi się stąd natych­miast wydo­stać albo utknie tu na zawsze. Dla­tego igno­ruje ciotkę i odwza­jem­nia­jąc spoj­rze­nie zdu­mio­nych chło­pa­ków, staje na bacz­ność i per­fek­cyj­nie salu­tuje.

Dzieci odsa­lu­to­wują, nie­równo, ale zuchwale. Bobby obraca się na pię­cie i wyma­sze­ro­wuje z pokoju, jak tnący powie­trze bagnet. Myśli, że jutro, kiedy tro­chę się uspo­koi, znów pojawi się w Malate i złoży wizytę Glory i rodzi­nie Alta­mira.

Ni­gdy wię­cej jej nie ujrzy.

Mel­duje się z powro­tem na okrę­cie i już nie dostaje prze­pu­stek na ląd. Udaje mu się jed­nak poga­dać z wujem Jac­kiem, który prze­pływa obok moto­rówką; czasu wystar­cza na wykrzy­cze­nie do sie­bie paru zdań. Wuj Jack jest ostat­nim manil­skim Sha­ftoe -?tę gałąź zapo­cząt­ko­wał Nim­rod Sha­ftoe, zacią­gnąw­szy się do Ochot­ni­ków z Ten­nes­see. Gdzieś pod Quin­gua obe­rwał kulkę w ramię od rebe­lianc­kiego fili­piń­skiego strzelca. Kuru­jąc się w szpi­talu w Manili, Mań­kut -?tak bowiem zwano Nim­roda -?stwier­dził, że podoba mu się męstwo tych Fili­piń­czy­ków: spe­cjal­nie po to, by ich zabi­jać, trzeba było wyna­leźć nową klasę absur­dal­nie potęż­nej broni pod­ręcz­nej -?colta .45. Ale nie tylko: podo­bają mu się także oczy ich kobiet. Dowie­dziaw­szy się, że siła nabyw­cza jego renty inwa­lidz­kiej będzie tu dość pokaźna, zaraz zwol­nił się ze służby. Zało­żył nad brze­giem rzeki Pasig firmę eks­por­tową, oże­nił się z pół-Hisz­panką i spło­dził syna (Jacka) i dwie córki. Córki wylą­do­wały w Sta­nach, w górach stanu Ten­nes­see -?kolebce rodu Sha­ftoe, odkąd w XVII wieku wydo­stał się z pańsz­czyź­nia­nych tara­pa­tów. Jack został w Manili i odzie­dzi­czył rodzinny inte­res, choć na zawsze pozo­stał kawa­le­rem. Jak na Fili­piny, dochody ma pokaźne. Zawsze był dzi­wacz­nym połą­cze­niem rubasz­nego kupca mor­skiego i uper­fu­mo­wa­nego dan­dysa. Jego part­ne­rem w inte­resach jest pan Pascual: dla­tego zna go Bobby; dzięki niemu po raz pierw­szy spo­tkał Glory.

Gdy Bobby Sha­ftoe powta­rza ostat­nie plotki, twarz wuja Jacka się zapada. Nikt tutaj nie chce sobie uświa­do­mić, że będą ich oku­po­wać Nipy. Powi­nien odpo­wie­dzieć: "Cho­lera, to ja stąd spie­przam. Przy­ślę ci pocz­tówkę z Austra­lii". Mimo to mówi: "Za kilka dni znowu cię odwie­dzę".

Bobby gry­zie się w język i nie mówi, że jest prze­cież żoł­nie­rzem pie­choty mor­skiej, kwa­te­ruje na okrę­cie, jest wojna, a mari­nes na okrę­tach w cza­sie wojny nie zwy­kli bawić dłu­żej w jed­nym miej­scu. Stoi, mil­czy i przy­gląda się, jak wuj odpływa w swej małej łódeczce, co chwila odwra­ca­jąc się i macha­jąc ele­gancką panamą. Kole­dzy przy­glądają mu się z roz­ba­wie­niem, ale i podzi­wem. Na nabrzeżu panuje sza­leń­cza krzą­ta­nina - wszystko co woj­skowe, a nie wbe­to­no­wane w zie­mię, jest łado­wane na okręty i wysy­łane na Bata'an albo Cor­re­gi­dor. Wuj Jack, wypro­sto­wany, w swym kre­mo­wym gar­ni­tu­rze i pana­mie, spraw­nie lawi­ruje wśród ciżby łodzi. Bobby patrzy za nim. W końcu znika za zakrę­tem, u ujścia rzeki Pasig. Bobby wie, że jest zapewne ostat­nim z rodu Sha­ftoe, który widział wuja Jacka żywego.

Pomimo wszyst­kich tych ostrze­żeń jest zasko­czony, gdy odbi­jają: już po kilku dniach wojny, w środku nocy, bez żad­nych poże­gnal­nych cere­mo­nii. W Manili praw­do­po­dob­nie roi się od nip­poń­skich szpie­gów, a Nipom nic nie spra­wi­łoby więk­szej przy­jem­no­ści niż zato­pie­nie trans­por­towca wypeł­nio­nego doświad­czo­nymi żoł­nie­rzami pie­choty mor­skiej.

Manila znika w mroku. Świa­do­mość, że od tam­tej nocy nie widział Glory, świ­druje go jak roz­ża­rzone, wol­no­obro­towe wier­tło den­ty­styczne. Cie­kaw jest, co tam u niej. Może kiedy wojna tro­chę się uspo­koi, a linie frontu ustat­kują, wykom­bi­nuje coś, żeby sta­cjo­no­wać wła­śnie w tej czę­ści świata. MacAr­thur to stary twar­dziel i nie da się Nipom tak łatwo. A nawet jeśli odda Fili­piny, FDR nie pozwoli wro­gom cie­szyć się nimi zbyt długo. Przy odro­bi­nie szczę­ścia, Bobby już za sześć mie­sięcy będzie masze­ro­wał Taft Ave­nue w Manili, w galo­wym mun­du­rze, może z jedną czy dwiema nie­groź­nymi ranami wojen­nymi. Defi­lada doj­dzie do ulicy zamiesz­ka­nej, na prze­strzeni jakiejś mili, wyłącz­nie przez rodzinę Alta­mi­rów. Mniej wię­cej w poło­wie drogi tłum roz­stąpi się i wybie­gnie z niego Glory. Rzuci mu się w ramiona i obsy­pie poca­łun­kami. Zanie­sie ją na rękach po scho­dach jakie­goś ład­nego kościółka, gdzie już będzie cze­kał wyszcze­rzony ksiądz w bia­łej komży... Wyśniony obraz roz­pływa się w poma­rań­czo­wej łunie sto­ją­cej nad ame­ry­kań­ską bazą w Cavite. Pali się już cały dzień. Wła­śnie wyle­ciał w powie­trze kolejny zbior­nik paliwa. Z odle­gło­ści wielu mil czuć żar. Bobby Sha­ftoe sie­dzi na pokła­dzie, uzbro­jony w kami­zelkę ratun­kową, na wypa­dek gdyby ich stor­pe­do­wano. Przy bla­sku pożaru spo­gląda na długi sze­reg wpa­trzo­nych w ogień mari­nes w kami­zel­kach. Na ich spo­co­nych, znu­żo­nych twa­rzach maluje się zdu­mie­nie.

Manila leży zale­d­wie o pół godziny rejsu, ale rów­nie dobrze mogłoby to być milion mil.

Bobby wspo­mina Nan­kin i to, co Nipy zro­biły tam z kobie­tami.

Dawno, dawno temu, było sobie mia­sto. Zwało się Manila. Miesz­kała tam jedna dziew­czyna. Jej twarz i imię naj­le­piej zapo­mnieć. Bobby Sha­ftoe zaczyna zapo­mi­nać naj­szyb­ciej, jak umie.

Pieszy

Pie­szy

"Sza­nuj pie­szego" -?mówią znaki dro­gowe w Manili. Gdy tylko Randy je ujrzał, wie­dział, że będzie miał kło­poty.

Przez pierw­sze tygo­dnie w Manili jego praca pole­gała na cho­dze­niu pie­szo. Łaził po całym mie­ście z odbior­ni­kiem GPS w ręku, zapi­su­jąc dłu­go­ści i sze­ro­ko­ści geo­gra­ficzne. W hotelu szy­fro­wał te dane i mej­lo­wał do Aviego. Sta­wały się inte­lek­tu­al­nymi akty­wami firmy Epi­phyte -?ich kapi­ta­łem.

Teraz, gdy już zała­twili sobie praw­dziwe biuro, Randy z upo­rem maniaka dra­łuje do niego na pie­chotę. Wie, że gdy pierw­szy raz weź­mie tak­sówkę, już ni­gdy nie będzie cho­dził.

sza­nuj pie­szego -?mówią tablice, ale kie­rowcy, tubylcy i całe oto­cze­nie kie­rują się zwy­cza­jami; sama topo­gra­fia miej­sca sprzy­się­gła się, by trak­to­wać pie­szego z nie­chę­cią, na którą zasłu­guje. Randy byłby trak­to­wany z więk­szym sza­cun­kiem, gdyby ska­kał do pracy na szczu­dle ze sprę­żyną, a na gło­wie miał cza­peczkę ze śmi­gieł­kiem. Co dzień rano boye pytają go, czy chce tak­sówkę, i pra­wie mdleją, gdy odpo­wiada, że nie. Co dzień rano oparci o swe wozy tak­sów­ka­rze wołają za nim: "Taxi? Taxi?", a kiedy odma­wia, wymie­niają po tagal­sku kąśliwe uwagi i ryczą ze śmie­chu.

Na wypa­dek, gdyby jesz­cze nie chwy­cił alu­zji, nad Rizal Park prze­la­tuje nowiutki czer­wono-biały heli­kop­ter, okręca się raz czy dwa, jak pies mosz­czący lego­wi­sko, i ląduje wśród drzew pal­mo­wych przed samym hote­lem.

Randy przy­zwy­czaił się, że idzie do Intra­mu­ros na skróty, przez Rizal Park. Nie jest to jed­nak naj­krót­sza droga. Naj­krót­sza wie­dzie przez zie­mię niczyją, olbrzy­mie, nie­bez­pieczne skrzy­żo­wa­nie, obra­mo­wane lepian­kami bez­dom­nych (nie­bez­pie­czeń­stwo sta­no­wią samo­chody, a nie bez­domni). Z dru­giej strony, idąc przez park, cały czas trzeba się opę­dzać od dzi­wek. Ale Randy już się nauczył. Dla nich to nie do pomy­śle­nia, by facet, któ­rego stać na hotel Manila, z wła­snej woli cho­dził na pie­chotę, uznały go więc za wariata i zre­zy­gno­wały. Prze­niósł się w domenę rze­czy irra­cjo­nal­nych, nad któ­rymi prze­cho­dzi się do porządku dzien­nego: a na Fili­pi­nach jest takich nie­skoń­cze­nie wiele.

Nie miał poję­cia, czemu tu tak śmier­dzi, dopóki nie tra­fił na wielką, ide­al­nie pro­sto­kątną dziurę w chod­niku i nie wpa­trzył się w pły­nącą pod spodem rzekę ście­ków. Chod­niki to tylko pokrywy na kana­łach ście­ko­wych. Dostęp do otchłani zapew­niają beto­nowe płyty z żela­znymi uchami do pod­no­sze­nia. Włó­czę­dzy przy­cze­piają do nich dru­ciane uprzęże, żeby je unieść. Powstaje wtedy publiczna toa­leta. Czę­sto mają wyryte ini­cjały, nazwę bry­gady lub znak gra­ficzny czło­wieka, który je wypro­du­ko­wał -?ich umie­jęt­no­ści i przy­wią­za­nie do detalu są różne, ale esprit de corps mają wysoki.

Do Intra­mu­ros pro­wa­dzi tylko kilka bram. Randy musi prze­trzy­mać napa­stli­wość doroż­ka­rzy -?nie­któ­rzy z nich nie mają nic lep­szego do roboty niż jechać za nim przez kwa­drans, pomru­ku­jąc: "Sir? Sir? Taxi? Taxi?". Zwłasz­cza jeden z nich jest naj­bar­dziej zatwar­dzia­łym kapi­ta­li­stą, jakiego Randy kie­dy­kol­wiek widział. Za każ­dym razem, gdy jedzie rów­no­le­gle z nim, z brzu­cha konia dobywa się stru­mień moczu, z sykiem i parą strze­la­jący w bruk. Na nogawki spodni Randy'ego tra­fiają maleń­kie komety uryny. Zawsze nosi dłu­gie spodnie, nawet w naj­więk­szy upał.

Intra­mu­ros jest oko­licą dziw­nie cichą i opu­sto­szałą. Głów­nie dla­tego, że pod­czas wojny zostało zruj­no­wane i nie "odruj­no­wano" go do tej pory. Domi­nują tu poła­cie chwa­stów, co bar­dzo dziw­nie wygląda w samym cen­trum wiel­kiego, zatło­czo­nego mia­sta.

Kilka mil na połu­dnie, w stronę lot­ni­ska, pomię­dzy ład­nymi przed­mie­ściami, leży Makati. Logicz­nie rzecz bio­rąc, firma Epi­phyte powinna ulo­ko­wać się wła­śnie tam. W każ­dym kwar­tale stoi tam kilka olbrzy­mich, pię­cio­gwiazd­ko­wych hoteli, czy­stych i ład­nych wyso­kich biu­row­ców oraz nowo­cze­snych apar­ta­men­tow­ców. Jed­nakże Avi, ze swym zbo­czo­nym gustem do nie­ru­cho­mo­ści, zde­cy­do­wał się poświę­cić to wszystko na rzecz cze­goś, co opi­sał przez tele­fon jako "cha­rak­ter".

-?Nie lubię wynaj­mo­wać ani kupo­wać nie­ru­cho­mo­ści, kiedy ich ceny są w szczy­cie -?powie­dział.

Zro­zu­mieć motywy Aviego to jak obrać cebulę jedną chiń­ską pałeczką. Randy wie, że kryje się za tym wię­cej: może winien jest jakąś przy­sługę tutej­szemu wła­ści­cie­lowi biur do wyna­ję­cia. A może prze­czy­tał porad­nik jakie­goś guru od zarzą­dza­nia, który radzi mło­dym przed­się­bior­com zanu­rzyć się głę­boko w miej­sco­wej kul­tu­rze. Choć Avi ni­gdy nie prze­pa­dał za guru. Naj­now­sza teo­ria Randy'ego mówi, że motyw ma coś wspól­nego z gra­nicą widocz­no­ści, sze­ro­ko­ścią i dłu­go­ścią geo­gra­ficzną.

Cza­sem Randy prze­cha­dza się po murze. Przy Calle Vic­to­ria, gdzie przed wojną miał kwa­terę główną MacAr­thur, jest sze­roki jak czte­ro­pa­smowa ulica. Kochan­ko­wie mosz­czą się w tra­pe­zo­idal­nych strzel­ni­cach, dys­kret­nie osła­nia­jąc się para­sol­kami. Poni­żej i na lewo znaj­duje się fosa, sze­roka na jeden czy dwa kwar­tały i na ogół wyschnięta. Bez­domni pobu­do­wali w niej swe lepianki. Tam, gdzie wciąż stoi woda, kopią w poszu­ki­wa­niu błot­nych kra­bów i roz­cią­gają pomię­dzy fio­le­to­wymi i lilio­wymi kwia­tami lotosu zaim­pro­wi­zo­wane sieci.

Po pra­wej stro­nie ma Intra­mu­ros. Z cha­otycz­nego rumo­wi­ska potrza­ska­nego kamie­nia wystaje kilka budyn­ków. Wszę­dzie są roz­rzu­cone na wpół pogrze­bane w ziemi czę­ści hisz­pań­skich dział. Gru­zo­wi­ska zasie­dlają bez­domni i roślin­ność z dżun­gli. Ich drągi do susze­nia pra­nia i anteny tele­wi­zyjne wszyst­kie są oble­pione tro­pi­kal­nymi pną­czami i pro­wi­zo­rycz­nymi prze­wo­dami elek­trycz­nymi. Słupy elek­tryczne ster­czą w powie­trze pod dziw­nymi kątami, jak czy­ha­jące na drwali pnie w spa­lo­nym lesie, nie­mal cał­kiem zasło­nięte szkla­nymi bąblami licz­ni­ków prądu.

Co kil­ka­na­ście metrów, zupeł­nie bez powodu, pali się kupa śmieci.

Kiedy mija kate­drę, goni go banda dzie­cia­ków, żało­śnie jęcząc o pie­nią­dze, dopóki nie wetknie im gar­ści pesos. Wtedy roz­pro­mie­niają się, a cza­sem obda­rzają go pogod­nym "Dzię­kuję" z ide­al­nym akcen­tem wprost z ame­ry­kań­skiego super­mar­ketu. Manil­scy żebracy chyba nie trak­tują swej pracy zbyt poważ­nie, ponie­waż nawet ich zain­fe­ko­wał grzy­bek iro­nii - wyglą­dają, jakby stale powstrzy­my­wali uśmiech, nie mogąc uwie­rzyć, że robią coś tak bez­na­dziej­nego i sta­ro­świec­kiego.

Nie zdają sobie sprawy, że on pra­cuje. To dobrze.

Pomy­sły przy­cho­dzą Randy'emu do głowy szyb­ciej niż znaj­duje dla nich zasto­so­wa­nie. Pierw­sze trzy­dzie­ści lat życia spę­dził w pościgu za pomy­słem, który w danej chwili wyda­wał się pocią­ga­jący, porzu­ca­jąc go natych­miast, gdy poja­wiał się lep­szy.

Teraz znów pra­cuje dla firmy i czuje się tro­chę zobo­wią­zany wyko­rzy­sty­wać swój czas pro­duk­tyw­nie. Pomy­sły przy­cho­dzą mu do głowy rów­nie czę­sto jak przed­tem, ale nie może spusz­czać piłki z oka. Jeśli dany kon­cept nie ma nic wspól­nego z Epi­phyte, musi go szybko zano­to­wać i zapo­mnieć. Jeśli zaś ma, przed zanur­ko­wa­niem w niego musi wziąć na wstrzy­ma­nie i pomy­śleć: czy ktoś już na to wpadł? Może taką tech­no­lo­gię można sobie po pro­stu kupić? A może podzle­cić pro­gra­mi­ście w Sta­nach na umowę-zle­ce­nie?

Idzie powoli, tro­chę dla­tego że w prze­ciw­nym razie mógłby dostać zawału i paść mar­twy do rynsz­toka. Mógłby także wpaść do ście­ków przez któ­rąś ze zdję­tych pokryw albo dotknąć dzi­kich prze­wo­dów pod napię­ciem, które dyn­dają nad głową jak cier­pliwe żmije. Stałe zagro­że­nie pora­że­niem prą­dem od góry i uto­nię­ciem w gów­nie od dołu spra­wia, że roz­gląda się we wszyst­kie strony. Ni­gdy nie czuł się bar­dziej uwię­ziony pomię­dzy kapry­śnym i nie­bez­piecz­nym nie­bem a pie­kiel­nym pod­zie­miem. Ten kraj, choć w stu pro­cen­tach kato­licki, jest rów­nie prze­siąk­nięty reli­gią jak Indie.

Na pół­noc­nym krańcu Intra­mu­ros znaj­duje się nie­wielka dziel­nica biu­rowa, wci­śnięta mię­dzy kate­drę manil­ską a Fort San­tiago, wznie­siony przez Hisz­pa­nów, by strzegł ujścia rzeki Pasig. Można poznać, że to dziel­nica biu­rowa -?po dru­tach tele­fo­nicz­nych. Podob­nie jak w innych Roz­wi­ja­ją­cych się Azja­tyc­kich Gospo­dar­kach, trudno powie­dzieć, czy kable są pirac­kie, czy po pro­stu wyjąt­kowo nie­chluj­nie zain­sta­lo­wane. Sta­no­wią stu­dium ilu­stru­jące, dla­czego inkre­men­ta­lizm to błędna kon­cep­cja. W nie­któ­rych miej­scach wiązki są tak grube, że Randy chyba nie objąłby ich obiema rękami. Ich cię­żar i naprę­że­nie zaczy­nają wygi­nać słupy tele­fo­niczne, zwłasz­cza na zakrę­tach, kiedy idą wokół naroż­nika i dzia­łają na słup z siłą o zwro­cie po prze­kąt­nej.

Wszyst­kie budynki mają kon­struk­cję naj­tań­szą z moż­li­wych: beton wyle­wany w drew­nia­nych sza­lun­kach, na siat­kach z ręcz­nie gię­tych prę­tów zbro­je­nio­wych. Są kloc­ko­wate, szare i niczym się od sie­bie nie róż­nią. Na oko­licę rzuca cień kilka znacz­nie wyż­szych biu­row­ców, dwu­dzie­sto- czy trzy­dzie­sto­pię­tro­wych, sto­ją­cych nie­opo­dal przy wiel­kim skrzy­żo­wa­niu. W ich powy­bi­ja­nych oknach hulają stada pta­ków i wiatr. Zostały poważ­nie znisz­czone przez trzę­sie­nie ziemi w latach 80. i do tej pory nie przy­wró­cono ich do ładu.

Mija restau­ra­cję, przed którą stoi przy­sa­dzi­sta beto­nowa szopa z oknami prze­sło­nię­tymi poczer­nia­łymi sta­lo­wymi kra­tami. Zardze­wiałe rury dopro­wa­dzają powie­trze do zain­sta­lo­wa­nego w środku gene­ra­tora spa­li­no­wego. zawsze mamy prąd -?dum­nie gło­szą wyma­lo­wane za pomocą sza­blonu napisy. Dalej jest powo­jenny czte­ro­pię­trowy budy­nek, wyróż­nia­jący się szcze­gól­nie grubą wiązką kabli tele­fo­nicz­nych. Do drzwi ma przy­krę­cone logo banku. Przed nim uko­śny par­king. Dwa miej­sca przed samym wej­ściem są zasta­wione ręcz­nie nama­lo­wa­nymi tablicz­kami: zare­zer­wo­wane -?ban­ko­wóz oraz zare­zer­wo­wane -?dyrek­tor banku. Kilku straż­ni­ków ści­ska grube pisto­le­towe kolby krót­kich strzelb, jak akce­so­ria figu­rek komik­so­wych super­bo­ha­te­rów. Jeden z nich stoi w kulo­od­por­nej budce z napi­sem: pro­szę zosta­wić broń u straż­nika.

Randy wymie­nia z nim ski­nie­nia głowy i zmie­rza do holu budynku, gdzie jest rów­nie gorąco jak na zewnątrz. Mija bank, igno­ru­jąc zawodne windy, i prze­cho­dzi przez sta­lowe drzwi wio­dące do wąskiej, stu­dzien­nej klatki scho­do­wej. Dziś jest tu ciemno. Elek­tryka budynku to łata­nina -?kilka róż­nych koeg­zy­stu­ją­cych sys­te­mów, ste­ro­wa­nych róż­nymi szaf­kami roz­dziel­czymi, nie­które zasi­lane gene­ra­to­rami, a inne nie. Dla­tego zaniki napię­cia zaczy­nają się i koń­czą eta­pami. Gdzieś u wierz­chołka klatki scho­do­wej ćwier­kają ptaszki, idąc o lep­sze z docho­dzą­cym z zewnątrz wyciem alar­mów samo­cho­do­wych.

Epi­phyte wynaj­muje naj­wyż­sze pię­tro budynku, choć Randy jest na razie jedyną pra­cu­jącą tu osobą. Otwiera klu­czami dzie­sięć spu­stów. Dzięki Bogu, kli­ma­ty­za­cja cały czas dzia­łała. Warto było wydać forsę na wła­sny gene­ra­tor prą­do­twór­czy. Wyłą­cza sys­temy alar­mowe, idzie do lodówki i wyciąga dwie litrowe butelki wody. Ma taką prak­tyczną zasadę: po spa­ce­rze pije wodę, dopóki znów nie zachce mu się sikać. Wtedy może się zasta­no­wić nad innymi czyn­no­ściami.

Jest zbyt spo­cony, by usiąść. Musi się ruszać, żeby jego ciało opły­wało suche, zimne powie­trze. Wytrząsa z brody kro­ple potu i orbi­tuje po pod­ło­dze, wyglą­da­jąc przez okna, spraw­dza­jąc gra­nice widocz­no­ści. Wyciąga ze spodni saszetkę z bali­stycz­nego nylonu, niech powisi na pasku, tak by skóra pod nią też mogła ode­tchnąć. W środku jest pasz­port, dzie­wi­cza karta kre­dy­towa, dzie­sięć nowiut­kich stu­do­la­ró­wek i dys­kietka z 4096-bito­wym klu­czem do szy­fru.

Na pół­nocy widzi poro­śnięte zie­le­nią wały obronne fortu San­tiago, gdzie tru­dzą się falangi nip­poń­skich tury­stów, reje­stru­jąc z kry­mi­no­lo­giczną pre­cy­zją swe ucie­chy. Dalej, rzeka Pasig, dła­wiąca się kożu­chem śmieci. Za rzeką widać gęstą zabu­dowę Quiapo: wie­lo­pię­trowe apar­ta­men­towce i biu­rowce zwień­czone ozdob­nymi nazwami firm i tale­rzami anten sate­li­tar­nych.

Randy jesz­cze nie chce się zatrzy­mać, cho­dzi więc po biu­rze w kółko. Intra­mu­ros ota­cza pier­ścień zie­leni -?nie­gdy­siej­sza fosa. Chwilę temu szedł jej zachod­nim brze­giem. Wschodni wypeł­niają cięż­kie neo­kla­sy­cy­styczne budynki miesz­czące roz­ma­ite mini­ster­stwa. Urząd Poczty i Tele­ko­mu­ni­ka­cji jest poło­żony nad brze­giem Pasig, tam gdzie z zakrętu rzeki pro­mie­ni­ście roz­cho­dzą się trzy mosty. Pośród wiel­kich budowli po dru­giej stro­nie, w Quiapo i przy­le­głym do niego San Miguel, widać także inne olbrzy­mie insty­tu­cje: dwo­rzec kole­jowy, stare wię­zie­nie, wiele uczelni i, dalej, w górę rzeki, pałac Mala­ca­nang.

A po tej stro­nie, na pierw­szym pla­nie znaj­duje się Intra­mu­ros (kate­dry i kościoły oto­czone uśpioną zie­mią), potem insty­tu­cje pań­stwowe, szkoły i uczel­nie, a dalej wyglą­da­jące na nie­skoń­czone kłę­bo­wi­sko zady­mio­nego mia­sta. Wiele mil na połu­dnie maja­czy dziel­nica biu­rowa Makati, zbu­do­wana wokół skrzy­żo­wa­nia dwóch wiel­kich szos, prze­ci­na­ją­cych się pod kątem ostrym, tak samo jak poło­żone jesz­cze dalej na połu­dnie pasy star­towe lot­ni­ska NAIA. Obok Makati osia­dło szma­rag­dowe mia­steczko wiel­kich willi roz­miesz­czo­nych pośrodku potęż­nych traw­ni­ków: tu miesz­kają amba­sa­do­ro­wie i pre­zesi firm. Idąc dalej, zgod­nie z ruchem wska­zó­wek zegara, może zoba­czyć zmie­rza­jący od nabrzeża wprost ku niemu Roxas Boule­vard, wyróż­nia­jący się szpa­le­rem wyso­kich drzew pal­mo­wych. W zatoce tło­czą się potężne statki han­dlowe, wypeł­nia­jąc ją jak spła­wiane kłody drewna. Port kon­te­ne­rowy jest tuż poni­żej, na zachód: siatka maga­zy­nów na polde­rze, wyglą­da­ją­cym mniej wię­cej tak równo i natu­ral­nie, jak płyta wió­rowa.

Spo­glą­da­jąc na zachód, ponad kon­te­ne­rami i dźwi­gami, z tru­dem dostrzega górzy­stą syl­wetkę odle­głego o jakieś sześć­dzie­siąt kilo­me­trów Pół­wy­spu Bata'an. Podą­ża­jąc wzro­kiem na połu­dnie wzdłuż tego czar­nego kształtu - czyli idąc po śla­dach Nip­poń­czy­ków z roku 1942 -?może nie­mal odróż­nić bryłę leżącą u jego połu­dnio­wego krańca. To musi być Cor­re­gi­dor. Widać go po raz pierw­szy. Zapewne powie­trze jest dziś wyjąt­kowo przej­rzy­ste.

Na powierzch­nię jego roz­to­pio­nego mózgu wypływa odła­mek jakiejś histo­rycz­nej cie­ka­wostki. Galeon z Aca­pulco. Ogni­sko sygna­łowe na Cor­re­gi­do­rze.

Wystu­kuje numer komórki Aviego. Ten odbiera tele­fon, gdzieś w wiel­kim świe­cie. Sądząc po odgło­sach, sie­dzi w tak­sówce, w jakimś kraju, w któ­rym trą­bie­nie jest wciąż nie­zby­wal­nym pra­wem czło­wieka.

-?Co tam, Randy? Coś ci przy­szło do głowy?

-?Gra­nice widocz­no­ści -?odpo­wiada Randy.

-?Uch! -?sapie Avi, jakby dostał w żołą­dek piłką lekar­ską. -?Domy­śli­łeś się!

Guadalcanal

Guadal­ca­nal

Krew i oddech nie wypeł­niają już ciał sztur­mow­ców marine. Cię­żar ekwi­punku wci­ska ich w piach. Przy­śpie­sza­jąca fala zaczęła ich zasy­py­wać osa­dem; strugi krwi jak komety roz­pły­wają się w oce­anie -?czer­wone powi­talne dywany dla patro­lu­ją­cych linię brze­gową reki­nów. Tylko jeden z nich to wielki jasz­czur, ale kształt wszyst­kie mają podobny: gruby pośrodku i opły­wowy na wygła­dzo­nych przez fale koń­cach.

Przez zatoczkę pły­nie mały kon­wój nip­poń­skich łodzi, holu­ją­cych barki zała­do­wane sta­lo­wymi becz­kami z zaopa­trze­niem. Sha­ftoe i jego plu­ton powinni teraz walić do nich z moź­dzie­rzy. Kiedy poja­wiają się ame­ry­kań­skie samo­loty i dają im w dupę, Nipy wyrzu­cają beczki za burtę i ucie­kają. Mają nadzieję, że przy­naj­mniej część z nich fale wyrzucą na Guadal­ca­nal.

Dla Bobby'ego Sha­ftoe wojna się skoń­czyła, i to nie pierw­szy i nie ostatni raz. Łazi wśród ciał swego plu­tonu. Fale ude­rzają go w kolana, roz­le­wa­jąc się w lata­jące dywany piany i wodo­ro­stów, zupeł­nie jakby grunt odpły­wał mu spod nóg. Dla­tego cią­gle się zata­cza i pada.

Wresz­cie dociera do zwłok sani­ta­riu­sza i pozba­wia go wszyst­kich pakun­ków z czer­wo­nym krzy­żem. Odwraca się ple­cami do nip­poń­skiego kon­woju i spo­gląda na opa­da­jący ku morzu stok. Rów­nie dobrze mógłby to być Mount Eve­rest widziany z dol­nego obozu. Sha­ftoe posta­na­wia pod­jąć wyzwa­nie, na łok­ciach i kola­nach. Co chwila wielka fala pokle­puje go po tyłku, wpływa orga­zmicz­nie mię­dzy nogi i obmywa mu twarz. To przy­jemne; dzięki niej nie prze­wraca się twa­rzą w piach i nie zasy­pia poza gra­nicą przy­pływu.

Następne kilka dni to garstka migaw­ko­wych foto­gra­fii, wciąż na nowo taso­wa­nych i roz­da­wa­nych: zalana wodą plaża, pozy­cje tru­pów zna­czone zatrzy­mu­ją­cymi się na nich falami. Pusta plaża. Znów zalana wodą. Plaża usiana czar­nymi brył­kami, jak pla­ste­rek bab­ci­nej droż­dżówki z rodzyn­kami. Na wpół zagrze­bana w pia­sku fiolka mor­finy. Małe czarne ludziki, na ogół nagie, cho­dzące po plaży pod­czas odpływu i obszu­ku­jące zwłoki.

Ej, cze­kaj­cie no! Sha­ftoe jakoś wstaje, uno­sząc swego spring­fielda. Dżun­gla nie chce go puścić; leżał tu tyle czasu, że wokół nóg zdą­żyły mu wyro­snąć pną­cza. Kiedy wstaje, cią­gnąc za sobą łodygi, jak ozdo­biona taśmami z dale­ko­pi­sów plat­forma na para­dzie, słońce zalewa go cie­płym lep­kim syro­pem prze­czysz­cza­ją­cym. Widzi, jak zie­mia leci ku niemu. Pada­jąc, obraca się -?spo­strze­ga­jąc wiel­kiego faceta z kara­bi­nem -?a potem wci­ska twarz w piach. Pod czaszką ma ryk oce­anu: owa­cja na sto­jąco od aniel­skiej publicz­no­ści; wszy­scy oni kie­dyś umarli, więc umieją poznać dobrą śmierć.

Drobne dło­nie prze­ta­czają go na wznak. Jedno oko ma zakle­jone pia­skiem. Dru­gim widzi sto­ją­cego nad nim wiel­kiego faceta z kara­bi­nem wspar­tym na ramie­niu. Ma rudą brodę, dzięki czemu jest mniej praw­do­po­dobne, że to nip­poń­ski żoł­nierz. Więc kto?

Rusza się jak lekarz, a modli jak ksiądz -?bo po łaci­nie. Siwe włosy ścięte tuż przy opa­lo­nej skó­rze. Sha­ftoe szuka na jego ubra­niu jakichś dys­tynk­cji. Ma nadzieję zoba­czyć Sem­per Fide­lis9 lecz czyta: Socie­tas Eru­di­to­rum oraz Ignoti et quasi occulti.

-?Ignoti et... tego... co to, kurwa, zna­czy? -?pyta.

-?Nie­znane i ukryte, mniej wię­cej -?odpo­wiada facet. Ma dziwny akcent, tro­chę austra­lij­ski, a tro­chę nie­miecki. Teraz z kolei on spraw­dza dys­tynk­cje Sha­ftoe'a. -?Co to jest Raiders? Jakaś nowa for­ma­cja?

-?Tak jak mari­nes, tylko bar­dziej -?mówi Sha­ftoe.

Brzmi to jak bufo­nada. I tro­chę tak jest. Jed­nakże ta uwaga zawiera sporą dozę iro­nii: mun­dur ma uty­tłany w pia­chu; w tym momen­cie histo­rii marine Sha­ftoe nie jest po pro­stu twar­dzie­lem -?jest twar­dzie­lem, który utknął gdzieś na zadu­piu (Guadal­ca­nal), bez pro­wiantu i broni (jak wytłu­ma­czy każdy marine, na sku­tek pod­stęp­nej kola­bo­ra­cji gene­rała MacAr­thura z Nipami), musi radzić sobie sam, kle­cić jakąś broń z tego, co pod ręką, w dodatku otu­ma­niony cho­robą i lekami mają­cymi ją łago­dzić. A w każ­dym z tych zna­czeń Marine Raider jest (według Sha­ftoe'a) taki jak marine, tylko bar­dziej.

-?A ty jesteś jakimś koman­do­sem czy coś takiego? -?pyta Sha­ftoe, prze­ry­wa­jąc rudemu jego mam­ro­ta­nie.

-?Nie. Miesz­kam w górach.

-?Ach, tak? A tutaj co robisz, Rudy?

-?Obser­wuję. I nadaję przez radio, szy­frem. -?Rudy znów zaczyna coś mru­czeć.

-?Do kogo niby gadasz?

-?Teraz po łaci­nie czy przez radio?

-?Chyba jedno i dru­gie.

-?Przez radio nadaję do dobrych ludzi.

-?A kto to jest?

-?Długa histo­ria. Jeśli prze­ży­jesz, może zapo­znam cię z nimi -?odpo­wiada Rudy.

-?A teraz, po łaci­nie?

-?Roz­ma­wiam z Bogiem. Ostat­nie namasz­cze­nie, na wypa­dek gdy­byś nie prze­żył.

To przy­po­mina mu o pozo­sta­łych. Już wie, dla­czego zde­cy­do­wał się na ten sza­leń­czy krok.

-?Ej! Cze­kaj! -?Pró­buje usiąść. To jest nie­moż­liwe, więc tylko się wije. -?Te kutasy okra­dają zwłoki!

Wzrok nie chce się zogni­sko­wać. Jedno oko trzeba oczy­ścić z pia­sku.

W końcu spoj­rze­nie ogni­skuje się cał­kiem dobrze. To, co wyglą­dało na roz­rzu­cone po plaży meta­lowe beczki, oka­zuje się meta­lo­wymi becz­kami roz­rzu­co­nymi po plaży. Tubylcy wycią­gają je z grzą­skiego pia­sku, kopiąc rękoma, po psiemu, i toczą je do dżun­gli.

Sha­ftoe traci świa­do­mość.

Kiedy się budzi, na plaży stoi rząd krzyży -?zwią­za­nych pną­czami żer­dzi, ozdo­bio­nych leśnymi kwia­tami. Rudy wbija je kolbą kara­binu. Nie ma ani beczek, ani tubyl­ców. Sha­ftoe chce mor­finy. Mówi o tym Rudemu.

-?Wydaje ci się, że już jej potrze­bu­jesz? Po pro­stu pocze­kaj -?odpo­wiada Rudy.

Rzuca kara­bin tubyl­cowi, pod­cho­dzi do Sha­ftoe'a i chwy­tem stra­żac­kim zarzuca go na ramię. Sha­ftoe wrzesz­czy. Kiedy zanu­rzają się w dżun­glę, nad gło­wami prze­la­tuje im kilka myśliw­ców Zero.

-?Nazy­wam się Enoch Root -?mówi Rudy -?ale mów mi "bra­cie".

Galeon

Galeon

Pew­nego dnia Randy Water­ho­use zrywa się skoro świt, bie­rze długi gorący prysz­nic, roz­siada się przed lustrem w apar­ta­men­cie i goli twarz, zaci­na­jąc się do krwi. Zasta­na­wiał się, czy nie powie­rzyć tego zada­nia spe­cja­li­ście -?fry­zje­rowi na dole -?ale ponie­waż jego twarz będzie widoczna po raz pierw­szy od dzie­się­ciu lat, chce być pierw­szą osobą, która ją ujrzy. Mocno bije mu serce, czę­ściowo z pier­wot­nego lęku przed ostrzem, tro­chę zaś z cie­ka­wo­ści. Przy­po­mina to scenę ze sta­ro­świec­kich fil­mów -?kiedy to z twa­rzy pacjenta zdej­muje się wresz­cie ban­daże i pod­sta­wia mu lusterko.

Randy, spo­glą­da­jąc na swą nową twarz, ma przede wszyst­kim silne déja vu: jakby ostat­nie dzie­sięć lat było tylko snem, a teraz może prze­żyć je jesz­cze raz.

Potem zaczyna dostrze­gać sub­telne zmiany, które zaszły od momentu ostat­niego wysta­wie­nia twa­rzy na świa­tło i powie­trze. Jest lekko zasko­czony, że nie wszyst­kie są zmia­nami na gor­sze. Ni­gdy nie uwa­żał się za spe­cjal­nie przy­stoj­nego, ni­gdy też nie dbał o urodę. Lecz pokrwa­wiona fizjo­no­mia w lustrze wygląda chyba lepiej niż ta, która znik­nęła pod szcze­ciną dekadę temu. Jest to twarz doro­słego.

* * *

Minął tydzień od czasu, kiedy z Avim przed­ło­żyli cały plan wyso­kim urzęd­ni­kom z UPT: Urzędu Pocz­towo-Tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nego. UPT to nazwa pospo­lita, którą spe­cja­li­ści od tele­ko­mów przy­le­piają, jak żółtą kar­teczkę, na zaj­mu­ją­cej się tą branżą insty­tu­cji pań­stwo­wej, w każ­dym kraju, który aku­rat odwie­dzają w tym tygo­dniu. W rze­czy­wi­sto­ści, na Fili­pi­nach nazywa się to jakoś ina­czej.

Ame­ry­ka­nie wpro­wa­dzili Fili­piny w XX wiek, a przy­naj­mniej im w tym pomo­gli: skon­stru­owali machinę rządu cen­tral­nego. Gigan­tyczne neo­kla­sy­cy­styczne budynki, mocno przy­po­mi­na­jące Dys­trykt Colum­bia, oka­lają luź­nym pier­ście­niem Intra­mu­ros. Miesz­czą roz­ma­ite czę­ści tej machiny. W jed­nym z nich, tro­chę na połu­dnie od Pasig, znaj­duje się główna sie­dziba UPT.

Randy i Avi są na miej­scu za wcze­śnie, ponie­waż Randy, przy­zwy­cza­jony do manil­skich kor­ków, nalega, by zare­zer­wo­wali sobie godzinę na dojazd. Ale kor­ków, jak na złość, pra­wie nie ma -?zostaje im do zabi­cia całe dwa­dzie­ścia minut. Idą wzdłuż ściany biu­rowca, a potem przez tra­wia­stą gro­blę. Avi celuje pal­cem w budy­nek Epi­phyte, po pro­stu upew­nia­jąc się, że nic nie prze­sła­nia widocz­no­ści. Randy już to widzi i po pro­stu stoi ze sple­cio­nymi rękami, patrząc na rzekę. Jest zupeł­nie zakryta uno­szą­cymi się na wodzie śmie­ciami: tro­chę szcząt­ków roślin, lecz w więk­szo­ści stare mate­race, poduszki, kawałki pla­stiku, płaty sty­ro­pianu, a przede wszyst­kim torby rekla­mówki we wszyst­kich kolo­rach. Woda ma kon­sy­sten­cję rzy­gów.

Avi marsz­czy nos.

-?Co to?

Randy węszy i czuje, mię­dzy innymi, palony pla­stik. Wska­zuje w dół rzeki.

-?To obo­zo­wi­sko bez­dom­nych. Wyła­wiają z wody pla­stiki na opał.

-?Kilka tygo­dni temu byłem w Mek­syku -?mówi Avi. -?Tam są pla­sti­kowe lasy!

-?To zna­czy?

-?Po zawietrz­nej stro­nie mia­sta drzewa odce­dzają z powie­trza pla­sti­kowe torebki. Całe są nimi oble­pione. Potem umie­rają, bo do liści nie docho­dzi świa­tło i powie­trze. Ale wciąż stoją, zakryte kolo­ro­wymi, trze­po­czą­cymi pla­sti­ko­wymi strzę­pami.

Randy strząsa z sie­bie ble­zer i pod­wija rękawy; Avi jakby nie zauwa­żał upału.

-?A więc to jest Fort San­tiago -?mówi Avi i rusza ku niemu.

-?Sły­sza­łeś o nim? -?pyta Randy. Idzie za nim i wzdy­cha. Powie­trze jest tak gorące, że kiedy wypusz­czasz je z płuc, czu­jesz, że ochło­dziło się o kilka stopni.

-?Było na wideo. -?Avi wyciąga kasetę i obraca nią.

-?A, no tak.

Nie­ba­wem stają przed bramą fortu, strze­żoną przez dwóch straż­ni­ków, wyrzeź­bio­nych z poro­wa­tego wul­ka­nicz­nego tufu. To Hisz­pa­nie, z hala­bar­dami, w heł­mach kon­kwi­sta­do­rów. Stoją tutaj od pię­ciu wie­ków, wygła­dzeni do poły­sku przez setki tysięcy tro­pi­kal­nych burz.

Avi ma krót­szą per­spek­tywę cza­sową -?widzi tylko kra­tery po poci­skach, znie­kształ­ca­jące żoł­nie­rzy bar­dziej niż upływ czasu i wody. Wtyka w nie palce, jak nie­wierny Tomasz. Potem robi krok w tył i zaczyna mam­ro­tać coś po hebraj­sku. Przez bramę wycho­dzi spa­ce­ro­wym kro­kiem para nie­miec­kich tury­stów z kucy­kami, w rusty­kal­nych san­da­łach.

-?Mamy pięć minut -?przy­po­mina Randy.

-?No dobra, póź­niej tu wró­cimy.

* * *

Char­lene miała tro­chę racji. Z nie­wi­docz­nych, bez­bo­le­snych ranek na twa­rzy i szyi Randy'ego jesz­cze przez jakiś kwa­drans sączy się krew. Chwilę przed­tem pędziła przez jego naczy­nia krwio­no­śne lub prze­są­czała się przez czę­ści mózgu, które czy­nią go świa­domą istotą. Teraz wydo­bywa się na świa­tło dzienne: może wycią­gnąć rękę i ją wytrzeć. Gra­nica pomię­dzy Ran­dym a oto­cze­niem została znisz­czona.

Wyciąga tubę cięż­kiego wodo­od­por­nego fil­tra prze­ciw­sło­necz­nego i sma­ruje nim twarz, ręce, ramiona, a także mały frag­ment na czubku głowy, gdzie rzedną mu włosy. Potem wkłada spodnie khaki, buty żeglar­skie, luźną baweł­nianą koszulę oraz pas z saszetką miesz­czącą odbior­nik GPS i kilka innych nie­zbęd­nych rze­czy, jak zwój papieru toa­le­to­wego i jed­no­ra­zowy apa­rat foto­gra­ficzny. Ciska klu­cze na kon­tuar recep­cji, obsługa kła­nia się i szcze­rzy zęby. Jego meta­mor­foza wpra­wiła ich w zachwyt. A może cho­dzi o buty -?pierw­szy raz ma na sobie skó­rzane buty, i to do pół łydki; zawsze myślał, że nadają się tylko dla szpa­nu­ją­cych ucznia­ków, ale dzi­siaj naprawdę mogą mu się przy­dać. Boye przy­go­to­wują się do otwar­cia drzwi, Randy jed­nak skręca na tyły hotelu, mija basen i idzie wzdłuż pal­mo­wego szpa­leru do kamien­nej porę­czy nad nabrze­żem. Poni­żej leży hote­lowa przy­stań, wycho­dząca na małą zatoczkę otwie­ra­jącą się na Zatokę Manil­ską.

Nie widzi swo­jej łodzi, czeka więc chwilę przy balu­stra­dzie. Prze­ciw­le­gły brzeg zatoczki jest dostępny z Rizal Parku. Na ław­kach wyle­guje się kilku żyla­stych fili­piń­skich włó­czę­gów. Gapią się na niego. W dole, pod falo­chro­nem, star­szy facet ubrany tylko w bok­serki stoi po kolana w wodzie. Trzyma zaostrzony kij, wpa­tru­jąc się z kocią cier­pli­wo­ścią w falu­jącą powierzch­nię. Czarny heli­kop­ter zata­cza powolne kręgi na tle cukro­wo­bia­łego nieba, prze­chy­la­jąc się na boki. To Huey, jesz­cze z wojny wiet­nam­skiej, z łomo­cą­cym łup-łup-łup sil­ni­kiem, posy­ku­jący jak prze­śli­zgu­jący się nad głową gad.

Z uno­szą­cych się nad zatoką opa­rów mate­ria­li­zuje się łódź, zwal­nia i zmie­rza ku przy­stani, pcha­jąc przed sobą falę, jak zmarszczkę na gru­bym dywa­nie. Na dzio­bie stoi wysoka, szczu­pła kobieta, żywy galion. Trzyma zwój gru­bej liny.

* * *

Wiel­kie tale­rze anten sate­li­tar­nych na dachu sie­dziby UPT są wyce­lo­wane pra­wie w zenit. Wyglą­dają jak poidła dla pta­ków. To dla­tego, że Manila jest tak bli­sko rów­nika. Na kamien­nych ścia­nach biu­rowca z zaszpa­chlo­wa­nych po woj­nie dziur po poci­skach i odłam­kach odłu­puje się gips. Okienne kli­ma­ty­za­tory zain­sta­lo­wane pośrodku romań­skich łuków kapią wodą na wapienne balu­strady, które stop­niowo ero­dują. Wapień poczer­niał od jakie­goś orga­nicz­nego nalotu; zryły go także sys­temy korze­niowe małych rośli­nek; praw­do­po­dob­nie wysiały się z nasion prze­nie­sio­nych w guanie pta­ków, które zbie­rają się tutaj by napić się i zażyć kąpieli -?powietrzni bez­domni.

W wyło­żo­nej boaze­rią sali kon­fe­ren­cyj­nej czeka dwa­na­ście osób dzie­lą­cych się równo na sie­dzące przy stole grube ryby i pod­pie­ra­ją­cych ściany pachoł­ków. Kiedy wcho­dzą Randy i Avi, nastę­puje wiel­kie zamie­sza­nie, pełne ści­ska­nych dłoni i poda­wa­nych wizy­tó­wek. Wszyst­kie imiona i nazwi­ska prze­my­kają przez umysł Randy'ego jak ponad­dźwię­kowy myśli­wiec mija­jący rzę­cho­wate sys­temy obrony prze­ciw­lot­ni­czej jakie­goś pań­stwa z Trze­ciego Świata. Zostaje mu tylko kupka wizy­tó­wek. Układa je na swoim frag­men­cie stołu, jak pod­sta­rzały dzi­wak sta­wia­jący pasjansa na tacy ze śnia­da­niem. Avi oczy­wi­ście już wszyst­kich zna -?z więk­szo­ścią jest naj­wy­raź­niej po imie­niu, zna imiona, wiek dzieci, hobby, grupy krwi, wie, na co chro­nicz­nie cho­rują, jakie książki czy­tają i na jakich bywają impre­zach. Wszy­scy są tym zachwy­ceni i dla­tego, dzięki Bogu, igno­rują Randy'ego.

Z szóstki waż­nych osób w tej sali trzy to Fili­piń­czycy w śred­nim wieku. Jeden to wysoki ofi­cjel z UPT. Drugi -?pre­zes Fili­Tela, nowej, szybko roz­wi­ja­ją­cej się firmy tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej, pró­bu­ją­cej kon­ku­ro­wać z odwiecz­nym mono­po­li­stą. Trzeci -?wicepre­zes firmy 24 Jam, sieci obej­mu­ją­cej pra­wie połowę wszyst­kich skle­pów spo­żyw­czych na Fili­pi­nach i jesz­cze tro­chę w Male­zji. Randy z trud­no­ścią ich odróż­nia, ale, przy­słu­chu­jąc się ich roz­mo­wom z Avim i sto­su­jąc induk­cję, wkrótce jest w sta­nie dopa­so­wać twa­rze do wizy­tó­wek.

Pozo­stała trójka to pro­sta sprawa: dwoje Ame­ry­ka­nów i Nip­poń­czyk. Ame­ry­kanka ma na sobie lawen­dowe rybaczki pasu­jące kolo­rem do ele­ganc­kiego kostiu­miku ze spód­nicą i lakieru na paznok­ciach. Wygląda, jakby wyszła pro­sto z tele­za­ku­pów, gdzie rekla­mo­wała sztuczne paznok­cie albo domowy zestaw do trwa­łej ondu­la­cji. Według wizy­tówki, nazywa się Mary Ann Car­son i podobno jest wice­pre­ze­sem firmy avcla -?Asia Ven­ture Capi­tal Los Ange­les; Randy nie­ja­sno przy­po­mina sobie, że to firma inwe­stu­jąca w Roz­wi­ja­jące się Azja­tyc­kie Gospo­darki. Ame­ry­ka­nin, blon­dyn, ze swą wielką szczęką wygląda para­mi­li­tar­nie: czujny, zdy­scy­pli­no­wany, opa­no­wany -?Char­lene i jej banda orze­kliby, że to agre­sja, któ­rej pod­ło­żem są ukryte poważne zabu­rze­nia umy­słowe. Repre­zen­tuje Port Wol­no­cłowy Zatoka Subic. Nip­poń­czyk jest zarzą­dza­ją­cym wice­pre­ze­sem filii absur­dal­nie olbrzy­miego kon­cernu pro­du­ku­ją­cego elek­tro­nikę. Ma pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, drobne ciało, wielką głowę w kształ­cie odwró­co­nej gruszki bery, gęste szpa­ko­wate włosy i szkła w dru­cia­nych opraw­kach. Czę­sto się uśmie­cha i ema­nuje nie­zbitą pew­no­ścią sie­bie osoby, która wykuła na pamięć dwa tysiące stron ency­klo­pe­dii biz­ne­so­wego savoir-vivre'u.

Avi dłuż­szy czas pró­buje puścić nagra­nie, które w tym momen­cie sta­nowi jakieś sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent akty­wów firmy Epi­phyte. Zamó­wił je w świeżo zało­żo­nej fir­mie od mul­ti­me­diów w San Fran­ci­sco -?ten kon­trakt to sto pro­cent jej tego­rocz­nych przy­cho­dów. "Tort kru­szy się, gdy go kroić zbyt cienko" -?mawia Avi.

Zaczyna się od ukra­dzio­nego z zapo­mnia­nego filmu tele­wi­zyj­nego uję­cia hisz­pań­skiego gale­onu, pru­ją­cego przez pełne morze. Napis: "Morze Połu­dnio­wo­chiń­skie, A.D. 1699". Pier­wotna mono­fo­niczna ścieżka dźwię­kowa została pod­krę­cona i prze­pusz­czona przez Dolby. Teraz robi wra­że­nie.

("Połowa inwe­sto­rów z avcla inte­re­suje się żeglar­stwem" -?wyja­śnił Avi).

Cię­cie na (wypro­du­ko­wane przez firmę mul­ti­me­dialną i gładko wmon­to­wane) uję­cie brud­nego i wyczer­pa­nego mary­na­rza w bocia­nim gnieź­dzie, patrzą­cego przez mosiężną lunetę i wykrzy­ku­ją­cego po hisz­pań­sku:

-?Zie­mia, zie­mia!

Cię­cie. Kapi­tan gale­onu, ogo­rzały, bro­daty, wybiega z kajuty, by z Keat­sow­skim dzi­kim ocze­ki­wa­niem wpa­trzeć się w hory­zont.

-?Cor­re­gi­dor! -?wykrzy­kuje.

Cię­cie. Kamienna wieża na szczy­cie zie­lo­nej tro­pi­kal­nej wyspy. Straż­nik zauważa (kom­pu­te­rowo wkle­jony) galeon na hory­zon­cie. Zwija ręce w trąbkę i woła po hisz­pań­sku:

-?Galeon! Galeon! Roz­pal­cie ogień!

("Rodzina pre­zesa UPT sie­dzi w lokal­nej histo­rii" -?powie­dział Avi. "To oni pro­wa­dzą Muzeum Fili­pin").

Hisz­pa­nie (naprawdę mek­sy­kań­scy akto­rzy) z rado­snym okrzy­kiem ciskają pło­nące głow­nie na wielki stos suchego drewna, z któ­rego wyra­sta potężny pło­mień. Wystar­czyłby, żeby w mgnie­niu oka upiec wołu.

Cię­cie. Blanki fortu San­tiago (pierw­szy plan: rzeź­biony sty­ro­pian; tło: cyfrowo wyge­ne­ro­wany kra­jo­braz). Kolejny kon­kwi­sta­dor zauważa ogień na hory­zon­cie.

-?Mira! El gal­leon! -?krzy­czy.

Cię­cie. Kilka ujęć miesz­kań­ców Manili śpie­szą­cych na nabrzeże, by podzi­wiać ogień sygna­łowy. Wśród nich, augu­stia­nin zaci­ska­jący owi­nięte różań­cem dło­nie i wykrzy­ku­jący coś kościelną łaciną. ("Rodzina pro­wa­dząca Fili­Tela ufun­do­wała kaplicę w manil­skiej kate­drze"). Oraz ele­gancka rodzina chiń­skich kup­ców, roz­ła­do­wu­jąca bele jedwa­biu z dżonki ("24 Jam, ta sieć skle­pów spo­żyw­czych, jest wła­sno­ścią chiń­skich mie­szań­ców").

Odzywa się nar­ra­tor, głę­bo­kim, auto­ry­ta­tyw­nym gło­sem. Mówi po angiel­sku z fili­piń­skim akcen­tem. ("Ten aktor jest bra­tem ojca chrzest­nego wnuka pre­zesa UPT"). Pod spodem poka­zują się napisy po tagal­sku. ("Goście z UPT są bar­dzo wraż­liwi na punk­cie swo­jego języka").

-?W epoce świet­no­ści impe­rium hisz­pań­skiego galeon z Aca­pulco zawsze był tu wyda­rze­niem roku. Wyła­do­wany sre­brem z boga­tych ame­ry­kań­skich złóż - pła­cił nim za azja­tyc­kie jedwa­bie i korze­nie. To sre­bro uczy­niło Fili­piny źró­dłem bogac­twa dla całej Azji. Przy­by­cie gale­onu obwiesz­czało świa­tło z Cor­re­gi­doru, wysepki u wrót Zatoki Manil­skiej.

Cię­cie (naresz­cie!) z roz­świe­tlo­nych chci­wo­ścią twa­rzy miesz­kań­ców Manili na trój­wy­mia­rową gra­fikę przed­sta­wia­jącą Zatokę, Pół­wy­sep Bata'an i wysepki u jego czubka, a wśród nich Cor­re­gi­dor. Kamera prze­la­tuje przez zatokę i robi zoom na Cor­re­gi­dor, gdzie pło­nie sztuczny, źle wyko­nany ogień. Pro­mień żół­tego świa­tła, jak strzał z fazera w Star Treku, leci nad wodą. Kamera śle­dzi go. Ude­rza w ścianę Fortu San­tiago.

-?Sygnały ogniowe to pro­sta tech­no­lo­gia, znana już sta­ro­żyt­nym. W języku nowo­cze­snej nauki to świa­tło jest formą pro­mie­nio­wa­nia elek­tro­ma­gne­tycz­nego, roz­cho­dzą­cego się w linii pro­stej, przez Zatokę Manil­ską, nio­są­cego poje­dyn­czy bit infor­ma­cji. Lecz w epoce ską­pej infor­ma­cji ów jeden bit był dla miesz­kań­ców Manili wszyst­kim.

Leci muzyka funky. Cię­cie. Pano­rama dzi­siej­szej, ruchli­wej Manili. Cen­tra han­dlowe i luk­su­sowe hotele w Makati. Fabryki elek­tro­niczne, ucznio­wie przed moni­to­rami kom­pu­te­rów. Tale­rze sate­li­tarne. Roz­ła­du­nek stat­ków w wiel­kim wol­no­cło­wym por­cie nad Zatoką Subic. Mnó­stwo, mnó­stwo uśmie­chów i unie­sio­nych kciu­ków.

-?Dzi­siej­sze Fili­piny są obie­cu­ją­cym eko­no­micz­nym dynamo. Gdy gospo­darka się roz­wija, zwięk­sza się także głód infor­ma­cji -?nie poje­dyn­czych bitów, ale setek miliar­dów bitów. Jed­nakże tech­no­lo­gia ich prze­sy­ła­nia nie zmie­niła się aż tak bar­dzo.

Znów trój­wy­mia­rowa ani­ma­cja Zatoki. Tym razem, zamiast ogni­ska, w naj­wyż­szym punk­cie Cor­re­gi­doru stoi wieża, a na niej tuba anteny mikro­fa­lo­wej, strze­la­jąc w stronę sto­licy neo­nowo-błę­kit­nymi sinu­so­idal­nymi falami.

-?Pro­mie­nio­wa­nie elek­tro­ma­gne­tyczne -?tutaj są to mikro­fale -?roz­cho­dzą się po liniach pro­stych, do gra­nicy widocz­no­ści i pozwa­lają szybko trans­mi­to­wać ogromne ilo­ści infor­ma­cji. Nowo­cze­sne tech­no­lo­gie szy­fru­jące zabez­pie­czają sygnał przed ewen­tu­al­nym pod­słu­cha­niem.

Cię­cie. Znów galeon i straż­nik.

-?Daw­niej, poło­że­nie Cor­re­gi­doru, u wej­ścia do Zatoki, czy­niło go natu­ral­nym punk­tem obser­wa­cyj­nym -?miej­scem, gdzie zbie­rano infor­ma­cje o nad­pły­wa­ją­cych stat­kach.

Cię­cie na barkę w zatoczce, wypusz­cza­jącą za burtę gruby, nasmo­ło­wany kabel; uwi­ja­jący się nur­ko­wie ze sznu­rami kuli­stych, poma­rań­czo­wych boi.

-?Dzi­siaj loka­li­za­cja Cor­re­gi­doru czyni go ide­al­nym miej­scem do uło­że­nia głę­bi­no­wych kabli świa­tło­wo­do­wych. Pły­nące nimi infor­ma­cje -?z Taj­wanu, Hong­kongu, Male­zji, Nip­ponu i Sta­nów Zjed­no­czo­nych -?mogą być prze­słane linią mikro­fa­lową bez­po­śred­nio do cen­trum Manili. Z szyb­ko­ścią świa­tła!

Kolejna gra­fika 3D. Tym razem kom­pu­te­rowo wymo­de­lo­wana pano­rama Manili. Randy zna ją na pamięć, ponie­waż to on, łażąc po mie­ście z odbior­ni­kiem GPS, zebrał dane do tego cho­ler­stwa. Stru­mień bitów z Cor­re­gi­doru leci pro­sto przez Zatokę i tra­fia w dzie­siątkę -?antenę na dachu zwy­czaj­nie wyglą­da­ją­cego, czte­ro­pię­tro­wego biu­rowca pomię­dzy kate­drą a For­tem San­tiago. To sie­dziba firmy Epi­phyte; na ante­nie wid­nieje jej dys­kretne logo i nazwa. Potem inne anteny retrans­mi­tują infor­ma­cję do budynku UPT i po oko­licy: do dra­pa­czy chmur z Makati, insty­tu­cji rzą­do­wych w Quezon City i bazy lot­nic­twa woj­sko­wego na połu­dnie od mia­sta.

* * *

Boye hote­lowi prze­rzu­cają na łódź wyście­łany dywa­nem trap. Kiedy scho­dzi po nim Randy, kobieta wyciąga do niego dłoń. Randy wita się z nią.

-?Randy Water­ho­use.

Ona chwyta go za rękę i wciąga na pokład -?nie tyle w geście powi­tal­nym, ile chro­niąc go przed wpad­nię­ciem do wody.

-?Cześć. Amy Sha­ftoe. Witamy na glo­rii.

-?Słu­cham?

-?Glory. Ta dżonka nazywa się Glory -?wyja­śnia. Mówi bar­dzo wyraź­nie, jakby poro­zu­mie­wała się przez szu­miącą krót­ko­fa­lówkę. - Wła­ści­wie to Glory IV -?cią­gnie. Ma akcent ze środ­ko­wego Zachodu, odro­binę nosowy, jak z Połu­dnia, tro­szeczkę też fili­piń­ski.

Gdyby spo­tkało się ją na ulicy jakie­goś ame­ry­kań­skiego mia­steczka, można by nie zauwa­żyć śla­dów azja­tyc­kiego pocho­dze­nia w jej oczach. Ma ciem­no­kasz­ta­nowe włosy z pasem­kami od słońca, dłu­gie w sam raz, by dało się je zwią­zać w koń­ski ogon -?nie dłuż­sze.

-?Sekundkę -?mówi. Wtyka głowę do ste­rówki i mówi coś do pilota, w mie­sza­ni­nie angiel­skiego i tagal­skiego.

Pilot kiwa głową, roz­gląda się i mani­pu­luje ste­rami. Fagasi zaczy­nają wcią­gać trap.

-?Hej -?odzywa się spo­koj­nie Amy i rzuca każ­demu z nich paczkę marl­boro.

Łapią je w powie­trzu, szcze­rzą zęby i dzię­kują. Glory IV zaczyna odbi­jać od kei.

Przez kilka minut Amy kręci się po pokła­dzie, jakby spraw­dzała w pamięci kolejne ele­menty z listy. Randy nali­czył, oprócz niej i pilota, jesz­cze czte­rech człon­ków załogi -?dwóch bia­łych i dwóch Fili­piń­czy­ków. Dłu­bią coś przy sil­ni­kach i sprzę­cie do nur­ko­wa­nia; Randy, pomimo wielu kul­tu­ro­wych i tech­no­lo­gicz­nych barier, odga­duje, że spraw­dzają, czy nie ma błę­dów. Amy mija go kilka razy. Unika jego wzroku. To nie z nie­śmia­ło­ści. Jej mowa ciała jest czy­telna: "Dobrze wiem, że męż­czyźni gapią się na każdą kobietę, jaka przy­pad­kiem znaj­dzie się w oko­licy, mając nadzieję, że jej fizyczne piękno, włosy, strój, zapach czy maki­jaż spra­wią im przy­jem­ność. Będę to grzecz­nie i cier­pli­wie zno­sić, dopóki ci nie przej­dzie". Amy ma dłu­gie, szczu­płe nogi i ręce, nosi popla­mione farbą dżinsy, koszulkę bez ręka­wów i wypa­sione san­dały. Po łodzi poru­sza się swo­bod­nie. W końcu pod­cho­dzi do niego, przez chwilę patrzy mu w oczy, a potem, jakby znu­dzona, odwraca wzrok.

-?Dzięki za prze­jażdżkę.

-?Nie ma sprawy.

-?Głu­pio mi, że nie dałem napiwku tym faga­som na przy­stani. Mogę ci to jakoś wyna­gro­dzić?

-?Możesz mi to wyna­gro­dzić infor­ma­cją -?natych­miast odpo­wiada Amy, wycią­ga­jąc rękę i dra­piąc się po karku. Łokieć wysta­wia w powie­trze. Randy zauważa pod pachą mniej wię­cej mie­sięczne owło­sie­nie, potem zerka na wysta­jący spod koszulki tatuaż. -?W końcu pra­cu­jesz w branży infor­ma­tycz­nej, nie?

Obser­wuje go, z nadzieją, że poj­mie alu­zję i się roze­śmieje, a przy­naj­mniej uśmiech­nie. On jed­nak jest zbyt zato­piony w myślach, by to wyła­pać. Amy znów odwraca wzrok, teraz z sar­do­niczną miną -?"nie rozu­miesz mnie, Randy, to cał­kiem nor­malne, wcale się nie prze­ję­łam". Przy­po­mina mu kilka zna­jo­mych les­bi­jek, zrów­no­wa­żo­nych, pra­cu­ją­cych fizycz­nie. Kaso­wały pod każ­dym wzglę­dem wiel­ko­miej­skie lesby z ich kotami i nar­tami bie­gów­kami.

Pro­wa­dzi go do kli­ma­ty­zo­wa­nej kajuty z mnó­stwem okien i eks­pre­sem do kawy. Boaze­ria z imi­ta­cji drewna wygląda jak w pod­miej­skiej sute­re­nie. Na ścia­nach jest pełno opraw­nych w ramki ofi­cjal­nych doku­men­tów - licen­cji, reje­stra­cji, a także czarno-bia­łych zdjęć przed­sta­wia­ją­cych ludzi i łodzie. Pach­nie kawą, mydłem i ole­jem. Jest też przy­wią­zany gumo­wymi linami radio­ma­gne­to­fon i pudło po butach pełne kom­pak­tów, prze­waż­nie albu­mów ame­ry­kań­skich alter­na­tyw­nych pio­sen­ka­rek-kom­po­zy­to­rek, tych nie­zro­zu­mia­nych przez nikogo, inte­li­gent­nych, ale uczu­cio­wych, boga­cą­cych się na sprze­daży muzyki kon­su­men­tom, któ­rzy rozu­mieją, jak to jest być nie­zro­zu­mia­nym10. Amy nalewa dwa kubki kawy, sta­wia je na przy­śru­bo­wa­nym do pod­łogi stole, grze­bie w cia­snych kie­sze­niach dżin­sów, dobywa wodo­od­porny pla­sti­kowy port­fel, wyciąga dwie wizy­tówki i pstryka je po stole do Randy'ego. Chyba to ją bawi -?na jej ustach poja­wia się mały, pry­watny uśmiech, zni­ka­jąc, gdy tylko spo­strzega go Randy. Na wizy­tów­kach wid­nieje logo Sem­per Marine Servi­ces i nazwi­sko: Ame­rica Sha­ftoe.

-?Masz na imię Ame­rica? -?pyta Randy.

Amy ze znu­dze­niem wygląda przez okno. Oba­wia się, że uczepi się tego tematu.

-?No.

-?Gdzie cho­dzi­łaś do szkoły?

Wydaje się zafa­scy­no­wana wido­kiem za oknem: jak okiem się­gnąć, wiel­kie frach­towce roz­siane po Zatoce Manil­skiej. Randy wnio­skuje, że obser­wa­cja wiel­kich, pordze­wia­łych kadłu­bów jest cie­kaw­sza niż roz­mowa z nim.

-?To jak, powiesz mi, o co tu cho­dzi? -?pyta nagle Amy. Odwraca się doń twa­rzą, unosi kubek do ust i patrzy Randy'emu pro­sto w oczy.

Randy nie wie co powie­dzieć. Takie pyta­nie, zada­wane przez nią, Ame­ricę Sha­ftoe, nale­ża­łoby uznać za bez­czel­ność. Jej firma, Sem­per Marine Servi­ces, jest pod­wy­ko­nawcą na naj­niż­szym pozio­mie wir­tu­al­nej kor­po­ra­cji Aviego -?jed­nym z tuzina ewen­tu­al­nych kom­ple­tów nur­ków i łodzi do wyna­ję­cia -?a więc to tro­chę tak, jakby inda­go­wał cię dozorca albo szo­fer.

Jest nie­zwy­kłą, inte­li­gentną osobą i jest śliczna -?wbrew wła­snym sta­ra­niom. Jako inte­re­su­jąca kobieta, w dodatku Ame­ry­kanka, domaga się wyż­szego sta­tusu. Randy pró­buje zacho­wać ostroż­ność:

-?Czymś się nie­po­ko­isz?

Amy odwraca wzrok, z obawą że wyra­ziła się nie­wła­ści­wie.

-?Niczym szcze­gól­nym -?wyja­śnia. -?Po pro­stu jestem cie­kaw­ska. Lubię, jak się mi opo­wiada. Nur­ko­wie zawsze sia­dają sobie i opo­wiadają różne rze­czy.

Randy sior­bie kawę. Ame­rica cią­gnie:

-?W tej branży ni­gdy nie wiesz, kto da ci następną fuchę. Nie­któ­rzy mają naprawdę dziwne powody, żeby robić coś pod wodą, i to mnie wła­śnie inte­re­suje. Bo to fajne! -?zamyka kwe­stię, jakby to fak­tycz­nie był jedyny powód.

Randy ma to za wysoce pro­fe­sjo­nalną ściemę. Posta­na­wia, że sprzeda Amy tylko wia­do­mo­ści z biu­le­tynu dla prasy.

-?Wszy­scy Fili­piń­czycy miesz­kają w Manili. Tam są potrzebne infor­ma­cje. Jest drobny kło­pot z ich dostar­cze­niem, bo ze wszyst­kich stron są góry, a z przodu Zatoka Manil­ska. Ukła­da­nie w niej kabli jest kosz­ma­rem...

Kiwa głową. Oczy­wi­ście, od dawna to wie. Randy wci­ska prze­wi­ja­nie w przód.

-?Świet­nie nadaje się Cor­re­gi­dor. Z niego można strze­lić w pro­stej linii łącze mikro­fa­lowe, przez zatokę, do cen­trum Manili.

-?Czyli że ty prze­dłu­żasz kabel idący z pół­noc­nego Luzonu do Zatoki Subic aż na Cor­re­gi­dor?

-?Hm... dwie uwagi -?mówi Randy i odcze­kuje, aż odpo­wiedź zgro­ma­dzi mu się w bufo­rze wyj­ścio­wym. -?Po pierw­sze, uwa­żaj z zaim­kami. Co zna­czy: "ty"? Pra­cuję dla firmy Epi­phyte, którą od pod­staw zapro­jek­to­wa­li­śmy tak, żeby dzia­łała nie sama dla sie­bie, lecz jako ele­ment wir­tu­al­nej kor­po­ra­cji, tak jakby...

-?Wiem co to takiego "epi­fit" -?prze­rywa mu Amy. -?A po dru­gie?

-?No dobra. -?Randy jest nieco zbity z tropu. -?Dwa: mamy nadzieję, że prze­dłu­że­nie kabla pół­noc­no­lu­zoń­skiego to dopiero pierw­sze z kilku łączy. Z cza­sem chcemy na Cor­re­gi­dor dopro­wa­dzić wię­cej kabli.

W gło­wie Amy zaczy­nają się krę­cić try­biki. Prze­sła­nie jest jasne: jeśli dobrze wyko­nają pierw­sze zada­nie, Sem­per Marine może pod­ła­pać kolejne zle­ce­nia.

-?W tym przy­padku prace reali­zuje kon­sor­cjum skła­da­jące się z nas, Fili­Tela, 24 Jam i wiel­kiego nip­poń­skiego kon­cernu elek­tro­nicz­nego.

-?A co ma do tego 24 Jam? Prze­cież to sieć mar­ke­tów.

-?Oni są punk­tami sprze­daży deta­licz­nej pro­duktu firmy Epi­phyte.

-?Czyli czego?

-?Pino­gra­mów. -?Randy gry­zie się w język; już miał jej powie­dzieć, że ta nazwa jest zastrze­żona.

-?Pino­gra­mów?

-?To działa tak. Jesteś Emi­gra­cyj­nym Pra­cow­ni­kiem Kon­trak­to­wym. Zanim wyje­dziesz do Ara­bii Sau­dyj­skiej, Sin­ga­puru, Seat­tle, gdzie bądź, kupu­jesz od nas lub wypo­ży­czasz takie urzą­dzonko. Wiel­ko­ści małej książki. Sie­dzi tam kamera wideo o wymia­rach naparstka, ekra­nik i dużo, dużo kości pamięci. Te czę­ści są tu spro­wa­dzane zewsząd -?dostar­czamy je do wol­no­cło­wego portu nad Subic i mon­tu­jemy w nip­poń­skiej fabryce. Całe ustroj­stwo kosz­tuje więc tyle co nic. W każ­dym razie, zabie­rasz je ze sobą. Jak masz ochotę nagrać coś dla rodziny, włą­czasz to, celu­jesz kamerą w sie­bie i fil­mu­jesz. Taka wide­opocz­tówka. Nagra­nie ląduje w pamięci. Jest bar­dzo mocno skom­pre­so­wane. Potem pod­łą­czasz urzą­dzonko do linii tele­fo­nicz­nej i pozwa­lasz mu odpra­wić czary.

-?Jakie czary? Że wysyła wideo przez tele­fon?

-?Wła­śnie.

-?Prze­cież już sporo czasu ludzie bawią się wide­ote­le­fo­nami?

-?Róż­nica polega na naszym opro­gra­mo­wa­niu. Nie pró­bu­jemy prze­sy­łać obrazu w cza­sie rze­czy­wi­stym, to byłoby za dro­gie. Zapi­su­jemy dane na naszych ser­we­rach i wyko­rzy­stu­jemy czas poza szczy­tem, kiedy ruch w sieci jest mały. Wtedy prze­py­chamy dane przez kable. To wycho­dzi taniej. W końcu lądują w naszym biu­rze w Intra­mu­ros. Stam­tąd tech­no­lo­gią bez­prze­wo­dową możemy je prze­słać do skle­pów 24 Jam w całej Manili. Do ode­bra­nia wystar­cza mała okrą­gła antenka na dachu, deko­der i zwy­czajny magne­to­wid pod ladą. Tutaj Pino­gram nagrywa się na zwy­kłą kasetę wideo. Kiedy mama wpada do skle­piku po jajka albo tata po papie­rosy, skle­pi­karz mówi: "O, dzi­siaj przy­szedł do was Pino­gram", i daje im kasetę. Mogą ją zabrać do domu i obej­rzeć nowiny od syna z zagra­nicy. A kiedy się nacie­szą, przy­no­szą kasetę z powro­tem do 24 Jam.

Mniej wię­cej w poło­wie tej gadki Amy łapie o co cho­dzi, znów wbija wzrok w okno i zaczyna języ­kiem wydo­by­wać kawa­łek jedze­nia spo­mię­dzy zębów. Robi to z tak­tow­nie zamknię­tymi ustami; mimo to wydaje się tym zajęta bar­dziej niż wykła­dem na temat Pino­gra­mów.

Randy'ego para­li­żuje nie­sa­mo­wity, sza­lony strach, że ją znu­dzi. Nie zauro­czyła go -?według niego jest jakieś pięć­dzie­siąt pro­cent praw­do­po­do­bień­stwa, że jest les­bijką -?a on wie swoje. Jest tak otwarta i pro­sto­li­nijna, że czuje, że w nagrodę powi­nien wszystko jej powie­dzieć.

Dla­tego wła­śnie nie cierpi biz­nesu. Zawsze chce wszyst­kim wszystko powie­dzieć. Chce się z ludźmi zaprzy­jaź­niać.

-?Niech zgadnę -?mówi Amy. -?Ty jesteś gościem od opro­gra­mo­wa­nia.

-?Tak -?przy­znaje Randy, przy­bie­ra­jąc postawę z lekka obronną -?ale opro­gra­mo­wa­nie to jedyna cie­kawa rzecz w tym całym przed­się­wzię­ciu. Reszta to tło­cze­nie tablic reje­stra­cyj­nych.

To tro­chę ją pobu­dza.

-?Tło­cze­nie tablic?

-?Tak mówimy z moim wspól­ni­kiem. W każ­dym pro­jek­cie jest coś twór­czego - trzeba opra­co­wać nową tech­no­lo­gię, albo coś takiego. Cała reszta - dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent -?to pod­pi­sy­wa­nie umów, pozy­ski­wa­nie kapi­tału, cho­dze­nie na spo­tka­nia, dział mar­ke­tingu i sprze­daży. To wła­śnie nazy­wamy tło­cze­niem tablic.

Kiwa głową, wyglą­da­jąc przez okno. Randy już pra­wie ma jej powie­dzieć, że Pino­gramy mają zapew­nić im odpo­wied­nie przy­chody, tak żeby mogli przejść do czę­ści dru­giej biz­ne­splanu. To na pewno wynio­słoby go tro­chę ponad nud­nego pro­gra­mi­stę. Lecz Amy mocno dmu­cha na kawę w fili­żance, jakby gasiła świeczkę, i mówi:

-?Okay. Dzięki. Chyba się opła­cało zain­we­sto­wać trzy paczki fajek.

Koszmar

Kosz­mar

Bobby Sha­ftoe stał się kone­se­rem kosz­ma­rów. Wła­śnie kata­pul­to­wał się jak pilot pło­ną­cego samo­lotu z jed­nego kosz­maru w drugi, jesz­cze lep­szy - nie­po­ko­jąco pozba­wiony dosłow­no­ści, bez żad­nych olbrzy­mich jasz­czu­rów.

Zaczyna się od uczu­cia gorąca na twa­rzy. Kiedy weź­mie się wystar­cza­jącą ilość paliwa, by 50-tysięcz­nik mógł prze­pły­nąć Pacy­fik z pręd­ko­ścią 25 węzłów, wleje to do jed­nego zbior­nika, a potem przy­lecą Nipy i pod­palą go w kilka sekund, a ty sto­isz na tyle bli­sko, by widzieć jak trium­fal­nie szcze­rzą zęby, to wtedy możesz na twa­rzy poczuć gorąco.

Bobby Sha­ftoe otwiera oczy. Spo­dziewa się, że w ten spo­sób pod­nie­sie kur­tynę naj­lep­szego z kosz­ma­rów -?gwoź­dzia pro­gramu. Może będzie to finał jego ulu­bio­nego, pod tytu­łem Bom­bowce tor­pe­dowe z pół­noc­nego wschodu albo zaska­ku­jący począ­tek Nalotu żół­tych ludzi XVII.

Ale chyba nie puścili ścieżki dźwię­ko­wej. Jest cicho jak w zasadzce. Sie­dzi na szpi­tal­nym łóżku, oto­czony plu­to­nem egze­ku­cyj­nym gorą­cych jupi­te­rów, które unie­moż­li­wiają zoba­cze­nie cze­go­kol­wiek. Sha­ftoe mruga i sku­pia się na wiszą­cym w powie­trzu obłoku papie­ro­so­wego dymu, przy­po­mi­na­ją­cym parę roz­la­nej ben­zyny w tro­pi­kach. Pach­nie nie­źle.

Koło jego łóżka sie­dzi młody czło­wiek. Bobby widzi tylko asy­me­tryczną aure­olę tam, gdzie świa­tło odbija się od jego natłusz­czo­nej fry­zury na man­do­linę. Oraz czer­wony ognik papie­rosa. Przy­glą­da­jąc się uważ­niej, może wyło­wić zarysy mun­duru. Nie jest to mun­dur pie­choty mor­skiej. Na jego ramio­nach poły­skują galony porucz­nika; zza podwój­nych drzwi bły­ska świa­tło.

-?Chcesz jesz­cze papie­rosa? -?pyta porucz­nik. Głos ma szorstki, ale dziw­nie deli­katny.

Sha­ftoe spo­gląda na wła­sną dłoń i widzi wetknięty mię­dzy palce cen­ty­me­trowy nie­do­pa­łek lucky strike'a.

-?Pro­szę o trud­niej­sze pyta­nie -?wykrztu­sza z tru­dem. Głos ma niski i nie­wy­raźny, jakby pły­nął z gra­mo­fonu, który zaraz trzeba będzie nakrę­cić.

Nie­do­pa­łek jest wymie­niany na nowego papie­rosa. Sha­ftoe unosi go do ust. Na ręce ma ban­daże, a pod nimi wyczuwa poważne rany, usi­łu­jące pora­zić go bólem. Coś jed­nak blo­kuje te sygnały.

Aha, mor­fina. Nie taki zły ten kosz­mar, skoro jest w nim mor­fina, prawda?

-?Gotowy? -?pyta głos.

-?Sir, pro­szę o trud­niej­sze pyta­nie!

-?Już to mówi­łeś.

-?Sir, jeśli pyta pan marine, czy chce następ­nego papie­rosa, albo czy jest gotowy, odpo­wiedź jest jedna!

-?To mi się podoba! -?mówi głos. -?Kamera.

Gdzieś w ciem­no­ści, poza fir­ma­men­tem jupi­te­rów, odzywa się ter­kot.

-?Jest kamera -?odpo­wiada głos.

Coś wiel­kiego opada ku niemu. Sha­ftoe roz­płasz­cza się na łóżku: to coś wygląda dokład­nie jak te zło­wro­gie jajeczka skła­dane w powie­trzu przez nip­poń­skie bom­bowce nur­ku­jące. Zatrzy­muje się nagle i zawisa tuż przed nim.

-?Dźwięk -?odzywa się inny głos.

Sha­ftoe przy­gląda się bacz­niej i widzi, że to nie bomba, tylko zawie­szony na tyczce wielki mikro­fon w kształ­cie poci­sku.

Porucz­nik z uli­zaną fry­zurą pochyla się, instynk­tow­nie wcho­dząc w świa­tło, jak podróż­nik w mroźną zimową noc.

To ten gość z fil­mów, jak-mu-tam, no...

Ronald Reagan trzyma na kola­nach plik fiszek. Wyciąga nową.

-?Jako naj­młod­szy Ame­ry­ka­nin odzna­czony jed­no­cze­śnie Krzy­żem Mary­narki i Srebrną Gwiazdą, jaką radę dał­byś innym mło­dym żoł­nie­rzom pie­choty mor­skiej wysy­ła­nym na Guadal­ca­nal?

Sha­ftoe nie musi się namy­ślać. Te wspo­mnie­nia są rów­nie świeże, jak jede­na­sty kosz­mar z ostat­niej nocy: dzie­się­ciu walecz­nych Nipów w fil­mie Samo­bój­czy szturm.

-?Naj­pierw zabi­jać tego z mie­czem.

-?Aha. -?Reagan unosi swe nawo­sko­wane i pocie­nio­wane brwi, potrzą­sa­jąc nad Bob­bym koafiurą. -?Rrrr­ra­cja, celu­jesz w nich, bo to ofi­ce­ro­wie, prawda?

-?Nie, palan­cie! -?krzy­czy Sha­ftoe. -?Trzeba ich zabić, bo mają te pier­do­lone mie­cze! Ktoś kie­dyś leciał na cie­bie i wyma­chi­wał takim, kurwa, mie­czem?

Reagan się wyco­fuje. Jest prze­ra­żony; mimo że przez okno wla­tuje chłodna bryza od zatoki, roz­pusz­cza mu się pod­kład.

Chciałby odwró­cić się na pię­cie, wró­cić do Hol­ly­wood i szybko dopaść jakąś akto­reczkę. Ale tkwi w Oakland i robi wywiad z boha­te­rem wojen­nym. Kart­kuje fiszki. Odrzuca dwa­dzie­ścia z rzędu. Sha­ftoe się nie śpie­szy - zdaje mu się, że będzie leżał na wznak w tym szpi­tal­nym łóżku do końca życia. Jed­nym dłu­gim wde­chem spo­piela pół papie­rosa, trzyma dym w płu­cach, pusz­cza kółko.

Kiedy wal­czyli w nocy, wiel­kie działa okrę­towe wypusz­czały kółka łatwo­pal­nego gazu. Nie grube obwa­rzanki, lecz cien­kie, krę­cące się jak lassa. Ciało Sha­ftoe'a jest nasy­cone mor­finą. Powieki opa­dają mu jak lawiny, chro­niąc podraż­nione reflek­to­rami i dymem papie­ro­so­wym gałki oczne. On i jego plu­ton ucie­kają przed przy­pły­wem, pró­bu­jąc omi­nąć nabrzeżne umoc­nie­nia. Są w sztur­mo­wej pie­cho­cie mor­skiej i od dwóch tygo­dni polo­wali na pewną nip­poń­ską jed­nostkę na Guadal­ca­nal. W końcu pocięli ich na pla­sterki. A skoro są w oko­licy, dostali roz­kaz prze­do­sta­nia się w pewien punkt przy­lądka, skąd będą mogli ostrze­lać moź­dzie­rzami nad­pły­wa­jący Eks­pres Tokio. Głup­ko­wata i lek­ko­myślna tak­tyka -?nie na darmo nazywa się Ope­ra­cja Sznu­rówka, w końcu jest to od początku do końca par­ty­zancka impro­wi­za­cja. Mają opóź­nie­nie, bo ta garstka Nipów jest wyjąt­kowo uparta: orga­ni­zuje zasadzki za każ­dym zwa­lo­nym drze­wem, wali do nich jak do kaczek, gdy tylko wysy­pią się na otwartą plażę...

Coś wil­got­nego ude­rza go w czoło: to maki­ja­ży­sta czymś go sma­ruje. Sha­ftoe z powro­tem ląduje w kosz­ma­rze z jasz­czu­rem.

-?Mówi­łem ci o jasz­czu­rze? -?pyta.

-?Kilka razy -?odpo­wiada roz­mówca. -?No, jesz­cze tylko minutkę. -?Ronald Reagan ści­ska w pal­cach nową kartę, pró­bu­jąc teraz cze­goś tro­chę spo­koj­niej­szego: -?A co robi­li­ście z towa­rzy­szami broni wie­czo­rem, po dniu wypeł­nio­nym walką?

-?Spy­cha­li­śmy bul­do­że­rami zwłoki Nipów na kupę -?mówi Sha­ftoe -?a potem pod­pa­la­li­śmy. A potem szli­śmy na plażę ze sło­ikiem bim­bru i przy­glą­da­li­śmy się, jak tor­pedy zata­piają nasze okręty.

Reagan się krzywi.

-?Cię­cie! -?odzywa się cicho, ale roz­ka­zu­jąco.

Ter­kot kamery ustaje.

-?No i jak wypa­dłem? -?pyta Bobby, kiedy z twa­rzy zeskro­bują mu maki­jaż, a reszta ekipy pakuje sprzęt.

Wyłą­czono już reflek­tory, przez okna wpada świa­tło dzienne pół­noc­nej Kali­for­nii. Cała scena jest tak praw­dziwa, jakby wcale nie była kosz­ma­rem.

-?Świet­nie. -?Reagan nie patrzy mu w oczy. -?Nie­sa­mo­wi­cie pod­nie­siesz morale naszych żoł­nie­rzy. -?Zapala papie­rosa. -?Możesz już iść spać.

-?E? -?odzywa się Sha­ftoe. -?Prze­cież cały czas spa­łem, nie?

* * *

Wycho­dząc ze szpi­tala, czuje się znacz­nie lepiej. Dostaje kilka tygo­dni urlopu. Udaje się pro­sto na dwo­rzec w Oakland i łapie naj­bliż­szy pociąg do Chi­cago. Pasa­że­ro­wie roz­po­znają go ze zdjęć w gaze­tach, sta­wiają mu drinki i pozują z nim do foto­gra­fii. Godzi­nami gapi się w okno na mija­jącą go Ame­rykę -?wszystko jest czy­ste i wspa­niałe. Może i są w tym kraju dzi­kie ostępy, pusz­cze, nawet niedź­wie­dzie griz­zly i kugu­ary, ale wszystko jest roz­gra­ni­czone, a reguły (nie baw się z niedź­wie­dziąt­kami, w nocy wie­szaj jedze­nie na gałęzi) są znane i spi­sane w Pod­ręcz­niku Skauta. Na tych pacy­ficz­nych wyspach jest za dużo żywych stwo­rzeń; wszyst­kie one cią­gle się poże­rają i są poże­rane, a gdy tylko posta­wisz wśród nich stopę, od razu sam w tym uczest­ni­czysz. Już kil­ku­dniowa jazda tym pocią­giem (stopy w czy­stych bia­łych baweł­nia­nych skar­pet­kach, nie­ob­gry­zane żyw­cem przez nic) znacz­nie oczysz­cza mu głowę. Tylko raz, no, może dwa lub trzy, ma potrzebę zamknąć się w kiblu i strze­lić w żyłę mor­finę.

Kiedy zamyka oczy, widzi się na Guadal­ca­nal.

Roz­chla­pu­jąc wodę ucieka przed przy­pły­wem wokół ostat­niego umoc­nie­nia. Na plażę wta­czają się wiel­kie fale, łapią jego ludzi i ciskają nimi o skały. Wresz­cie skrę­cają za róg i widzą zatoczkę: drobne wycię­cie w linii brze­go­wej Guadal­ca­nal. Sto metrów nanie­sio­nych przez fale osa­dów, osło­nię­tych wyso­kim kli­fem. Jeśli przy­pływ ma ich nie zmyć, muszą poko­nać te bagna i osią­gnąć pod­nóże urwi­ska...

Sha­ftoe'owie pocho­dzą z gór Ten­nes­see i zaj­mują się mię­dzy innymi gór­nic­twem. Mniej wię­cej wtedy, gdy Nim­rod Sha­ftoe poje­chał na Fili­piny, kilku jego braci prze­pro­wa­dziło się do zachod­niego Wiscon­sin do pracy w kopal­niach oło­wiu. Jeden z nich -?dzia­dek Bobby'ego -?awan­so­wał na szty­gara. Cza­sem jeź­dził do Oco­no­mo­woc, w odwie­dziny do wła­ści­ciela kopalni, który miał letni domek nad jed­nym z jezior. Wypły­wali łódką na szczu­paki. Czę­sto spo­ty­kali także sąsia­dów wła­ści­ciela kopalni - posia­da­czy ban­ków i bro­wa­rów. Tak oto Sha­ftoe'owie prze­nie­śli się do Oco­no­mo­woc i z gór­ni­ków prze­obra­zili się w prze­wod­ni­ków węd­ka­rzy i myśli­wych. Rodzina skru­pu­lat­nie pie­lę­gno­wała swój regio­nalny akcent i pewne inne tra­dy­cje -?jak służba woj­skowa. Jedna z jego sióstr i dwaj bra­cia wciąż miesz­kają z rodzi­cami, a dwóch star­szych braci jest w armii. I nie Bobby pierw­szy dosłu­żył się Srebr­nej Gwiazdy, choć pierw­szy dostał Krzyż.

Bobby składa wizytę dru­ży­nie skau­tów. Zostaje mar­szał­kiem miej­skiej parady. Poza tym, przez dwa tygo­dnie nie­mal nie rusza się z domu. Cza­sem wycho­dzi na podwórko i gra w berka z młod­szymi braćmi. Pomaga tacie zre­pe­ro­wać prze­gniły pomost. Cią­gle odwie­dzają go kole­dzy i kole­żanki ze szkoły, a Bobby uczy się tej rze­czy, którą znali wszy­scy jego wujo­wie i dziad­ko­wie: ni­gdy nie opo­wiada się z deta­lami o tym, co się działo na woj­nie. Nikt nie ma ochoty słu­chać, jak ostrzem bagnetu wydłu­by­wa­łeś sobie z nogi zęby trzo­nowe kolegi. Wszyst­kie te dzie­ciaki wydają mu się teraz idio­tami i przy­głu­pami. Jedyną osobą, któ­rej towa­rzy­stwo znosi dobrze, jest pra­dzia­dek Sha­ftoe; ma dzie­więć­dzie­siąt cztery lata, ale umysł jak żyleta. Był w Peters­burg, kiedy Burn­side zde­to­no­wał minę zako­paną pod liniami Kon­fe­de­ra­tów, a potem wysłał swych ludzi na szturm do leja, gdzie zostali wyrżnięci. Oczy­wi­ście ni­gdy o tym nie wspo­mina, podob­nie jak Bobby ni­gdy nie opo­wiada o jasz­czu­rze.

Nie­ba­wem urlop się koń­czy, nastę­puje wiel­kie poże­gna­nie na dworcu w Mil­wau­kee, Bobby ści­ska mamę i sio­strę, wymie­nia uścisk dłoni z tatą, braćmi i odjeż­dża.

Nie ma poję­cia co go czeka. Wie tylko, że awan­so­wał na sier­żanta i został prze­nie­siony ze swej poprzed­niej jed­nostki (nic dziw­nego, z plu­tonu oca­lał tylko on) do jakiejś for­ma­cji mari­nes w Waszyng­to­nie, o któ­rej ni­gdy nie sły­szał.

W Waszyng­to­nie wpraw­dzie wiele się dzieje, ale kiedy Bobby ostatni raz czy­tał gazetę, nie toczyły się tam żadne walki, oczy­wi­ste więc, że nie dosta­nie przy­działu do jed­nostki fron­to­wej. W końcu swoje już zro­bił, zabił wię­cej Nipów niż na niego przy­pa­dało, dostał medale i był ranny. Ponie­waż do pracy biu­ro­wej nie ma odpo­wied­niego wykształ­ce­nia, spo­dziewa się, że będzie jeź­dził po kraju w cha­rak­te­rze boha­tera wojen­nego, pod­no­sząc morale i opo­wia­da­jąc mło­dym chło­pa­kom pier­doły, żeby zacią­gnęli się do Kor­pusu.

Mel­duje się, zgod­nie z roz­ka­zem, w kosza­rach mari­nes w Waszyng­to­nie. To naj­star­sza sie­dziba Kor­pusu, cały kwar­tał w poło­wie drogi mię­dzy Kapi­to­lem a por­tem mary­narki, zie­lony czwo­ro­kąt, po któ­rym masze­ruje orkie­stra dęta, a kom­pa­nia defi­la­dowa ćwi­czy musz­trę. Pra­wie spo­dziewa się ujrzeć wiel­kie, stra­te­giczne maga­zyny pełne szczo­te­czek do zębów do mycia pod­łóg.

W gabi­ne­cie sie­dzi dwóch mari­nes: major, jego nowy nomi­nalny dowódca, oraz puł­kow­nik, który wygląda i zacho­wuje się tak, jakby się tu uro­dził. Jest zszo­ko­wany, że dwóch ofi­ce­rów takiej rangi wita tutaj jego, skrom­nego sier­żanta. Może to Krzyż Mary­narki zwró­cił ich uwagę? Ale oni prze­cież mają wła­sne Krzyże -?i to po dwa albo trzy.

Major przed­sta­wia puł­kow­nika w taki spo­sób, że Sha­ftoe'owi nie wyja­śnia to nic a nic. Puł­kow­nik pra­wie się nie odzywa; ma tylko obser­wo­wać. Major dłuż­szą chwilę kart­kuje jakieś wypi­sane na maszy­nie papiery.

-?Piszą tutaj, że jesteś gung-ho.

-?Tak jest, sir!

-?Co to, do cho­lery, zna­czy?

-?Sir, to jest chiń­skie słowo! Jest tam taki komu­ni­sta, nazywa się Mao i ma swoją armię. Raz czy dwa napa­rza­li­śmy się z nimi, sir. Gung-ho to ichni okrzyk wojenny, to zna­czy "wszy­scy razem" albo jakoś tak, no i kiedy już doło­ży­li­śmy im, to ukra­dli­śmy ten okrzyk, sir!

-?Czy masz na myśli, Sha­ftoe, że zazja­cia­łeś, tak jak inni chiń­scy mari­nes?

-?Sir, jest wręcz prze­ciw­nie! Myślę, że to będzie w doku­men­tach!

-?Tak sądzisz? -?pyta major. -?Mamy tu inte­re­su­jący raport z wywiadu do kro­niki fil­mo­wej, który prze­pro­wa­dził z tobą pewien żoł­nierz11, porucz­nik Reagan.

-?Sir! Marine prze­pra­sza za swoje nie­od­po­wied­nie zacho­wa­nie pod­czas tego wywiadu, sir! Marine pohań­bił sie­bie i cały Kor­pus, sir!

-?Chcesz się uspra­wie­dli­wić? Byłeś ranny. W szoku pobi­tew­nym. Naćpany lekami. Chory na mala­rię.

-?Sir! Nie ma żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia!

Major i puł­kow­nik kiwają do sie­bie apro­bu­jąco gło­wami.

Te odzywki "Sir! Tak jest, sir!", brzmiące zapewne jak pier­doły w uszach każ­dego roz­sąd­nego cywila, dla Sha­ftoe'a i ofi­ce­rów mają głę­boki sens. Sha­ftoe, jak inni, na początku miał pro­blemy z woj­skową ety­kietą. Tro­chę nią nasiąk­nął, dora­sta­jąc w rodzi­nie woj­sko­wych, ale doro­słe życie to inna sprawa. Teraz, doświad­czyw­szy wszyst­kich eta­pów mili­tar­nej egzy­sten­cji, z wyjąt­kiem tych osta­tecz­nych (śmierci, sądu wojen­nego, eme­ry­tury), wresz­cie zro­zu­miał, po co wykształ­ciła się taka kul­tura: ta ety­kieta umoż­li­wia gru­pom męż­czyzn wspólne życie przez lata, podró­żo­wa­nie na koniec świata i wyko­ny­wa­nie nie­sa­mo­wi­cie popie­przo­nych zadań, tak by przy tym nie poza­bi­jali się wza­jem­nie ani nie zwa­rio­wali. Eks­tre­mal­nie for­malny spo­sób, w jaki odzywa się do ofi­ce­rów, ma istotny pod­tekst: pana pro­blem, sir, posta­no­wić, co mam robić. Mój pro­blem, sir, wyko­nać to. Moja postawa gung-ho gwa­ran­tuje, że po wyda­niu roz­kazu nie będę pana nękał żad­nymi szcze­gó­łami -?a od pana ocze­kuję, że zosta­nie pan po swo­jej stro­nie linii i nie będzie mnie męczyć tą gów­nianą poli­tyką, którą zaj­muje się pan na co dzień. Odpo­wie­dzial­ność kry­jąca się za taką gor­li­wo­ścią pod­wład­nego do wyko­ny­wa­nia roz­ka­zów jest cięż­kim brze­mie­niem dla każ­dego rozum­nego ofi­cera: Sha­ftoe nie­raz widział, jak sta­rzy wyja­da­cze zamie­niają nie­do­świad­czo­nych porucz­ni­ków w trzę­sącą się gala­retę, po pro­stu sta­jąc przed nimi na bacz­ność i rado­śnie zga­dza­jąc się na wyko­na­nie ich roz­kazu.

-?Ten Reagan skar­żył się, że cały czas pró­bo­wa­łeś opo­wia­dać mu o jasz­czu­rze -?mówi major.

-?Tak jest, sir! Wielki jasz­czur, sir! Bar­dzo cie­kawa histo­ria, sir! - odpo­wiada Sha­ftoe.

-?Nie obcho­dzi mnie to. Pyta­nie brzmi: czy była to wła­ściwa histo­ria w takich oko­licz­no­ściach?

-?Sir! Sztur­mo­wa­li­śmy wybrzeże wyspy, pró­bo­wa­li­śmy się dostać mię­dzy tych Nipów a lądo­wi­sko Eks­presu Tokio... -?zaczyna Sha­ftoe.

-?Mil­czeć!

-?Tak jest, sir!

Zapada cisza, którą w końcu prze­rywa puł­kow­nik.

-?Kaza­li­śmy łapi­du­chom przej­rzeć twój raport, Sha­ftoe.

-?Tak jest, sir!

-?Sądzą, że cała ta histo­ria z olbrzy­mim jasz­czu­rem to kla­syczny przy­pa­dek pro­jek­cji.

-?Sir! Mógłby mi pan wyja­śnić, co to takiego?

Puł­kow­nik rumieni się, odwraca ple­cami i zerka przez żalu­zje na skąpy ruch uliczny na Eye Street.

-?No więc, oni twier­dzą, że naprawdę nie było żad­nego jasz­czura. Że zabi­łeś tego Japa12 w walce wręcz. I że wspo­mnie­nie o tym całym jasz­czu­rze ujaw­nia twoje id.

-?Id, sir?

-?No, masz tam w gło­wie te id, i ono prze­jęło kon­trolę, kiedy zabi­ja­łeś tego Japońca gołymi rękami. A potem twoja wyobraź­nia wyśniła sobie cały ten szajs o jasz­czu­rze, żeby to wyja­śnić.

-?Mówi pan, sir, że jasz­czur to tylko taka prze­no­śnia!

-?Tak.

-?Sir! W takim razie, z całym sza­cun­kiem, chciał­bym się dowie­dzieć, kto prze­gryzł tego Nipa na pół, sir!

Puł­kow­nik wykrzy­wia twarz w gry­ma­sie nie­chęci.

-?Sier­żan­cie, zanim ura­to­wał was ten obser­wa­tor wybrzeża, sie­dzie­li­ście nad tą zatoką trzy dni, razem z tru­pami. W kli­ma­cie tro­pi­kal­nym, przy tych wszyst­kich insek­tach i padli­no­żer­cach, trudno było powie­dzieć, czy ten Jap został prze­gry­ziony przez jasz­czura, czy zmie­lony w siecz­karni. Rozu­miesz, co mam na myśli?

-?Tak jest, sir, rozu­miem!

Major wraca do raportu.

-?Ten cały Reagan twier­dzi, że czy­ni­łeś także pogar­dliwe uwagi na temat gene­rała MacAr­thura.

-?Tak jest, sir! Ten skur­wiel nie­na­wi­dzi Kor­pusu, sir! Pró­buje nas wszyst­kich zabić, sir!

Major i puł­kow­nik spo­glą­dają po sobie. Wyraź­nie pod­jęli, bez słowa, jakąś decy­zję.

-?Ponie­waż chcesz wró­cić do woj­ska, typo­wym zada­niem byłby dla cie­bie objazd po kraju. Poka­zy­wał­byś medale i rekru­to­wał mło­dych chło­pa­ków do Kor­pusu. Ale sprawa z jasz­czu­rem jakby to wyklu­cza.

-?Sir, nie rozu­miem!

-?Biuro Rekru­ta­cji przej­rzało twoje akta. Widzieli raport Reagana. Boją się, że w Zadu­piu Dol­nym, Arkan­sas, kiedy będziesz w galo­wym mun­du­rze szedł w pocho­dzie w Dzień Pole­głych, nagle zaczniesz opo­wia­dać te bzdury o jasz­czu­rze. A wtedy wszy­scy ze stra­chu naro­bią w gacie, co zakłóci prze­bieg dzia­łań wojen­nych.

-?Sir! Z całym sza­cun­kiem...

-?Nie udzie­li­łem wam głosu -?prze­rywa mu major. -?Nie wspo­mnę nawet o two­jej obse­sji co do gene­rała MacAr­thura.

-?Sir! Gene­rał to mor­derca i...

-?Mil­czeć!

-?Tak jest, sir!

-?Mamy dla was inne zada­nie.

-?Tak jest, sir!

-?Przy­dzie­limy was do szcze­gól­nej jed­nostki.

-?Sir! Sztur­mowcy marine to już jest szcze­gólna jed­nostka w ramach szcze­gól­nego Kor­pusu!

-?Nie o to mi cho­dzi. Cho­dzi mi o to, że to zada­nie jest... nie­zwy­kłe. - Major zerka na puł­kow­nika. Nie wie jak zacząć.

Puł­kow­nik wtyka rękę do kie­szeni, pobrzę­kuje mone­tami, potem wyj­muje rękę i gła­dzi się po policzku.

-?To nie jest zada­nie tylko naszego Kor­pusu -?mówi w końcu. -?Będziesz nale­żał do spe­cjal­nego mię­dzy­na­ro­do­wego oddziału. Będzie w nim ame­ry­kań­ski plu­ton sztur­mow­ców marine, plu­ton Spe­cjal­nej Jed­nostki Powietrz­nej z Anglii, dzia­ła­jące razem pod jed­nym dowódz­twem. Grupa twar­dych ludzi, któ­rzy wyka­zali, że pora­dzą sobie z każ­dym pro­ble­mem, w każ­dych warun­kach. Czy ten opis pasuje do cie­bie?

-?Tak jest, sir!

-?To bar­dzo nie­zwy­kła jed­nostka -?rzuca w zadu­mie puł­kow­nik -?sami woj­skowi ni­gdy by na coś takiego nie wpa­dli. Rozu­miesz, co mam na myśli, Sha­ftoe?

-?Nie, sir! Ale wyczu­wam teraz silny smród poli­tyki!

Puł­kow­nik bły­ska spoj­rze­niem, a potem zerka przez okno na kopułę Kapi­tolu.

-?Ci poli­tycy potra­fią być naprawdę upier­dliwi, jeżeli cho­dzi o wyko­ny­wa­nie roz­ka­zów. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Nie lubią uspra­wie­dli­wień. Rozu­miesz mnie, Sha­ftoe?

-?Tak jest, sir!

-?Kor­pus musiał wal­czyć, żeby to dostać. Mieli to przy­dzie­lić armii. Ale pocią­gnę­li­śmy za sznurki u paru byłych ofi­ce­rów mary­narki na wyso­kich stoł­kach. Teraz zada­nie należy do nas. Nie­któ­rzy powie­dzie­liby: "my mamy szansę je spie­przyć".

-?Sir! Nie pozwolę tego spie­przyć!

-?Ten skur­wy­syn MacAr­thur zabija mari­nes jak muchy wła­śnie dla­tego, że nie zawsze jeste­śmy dobrzy w tych poli­tycz­nych roz­gryw­kach. Jeśli ty i twoja nowa jed­nostka nie wyko­na­cie zada­nia na medal, ta sytu­acja tylko się pogor­szy.

-?Sir! Może pan pole­gać na tych mari­nes!

-?Twoim dowódcą będzie porucz­nik Eth­ridge. Skoń­czył Anna­po­lis. Nie ma za wiele doświad­cze­nia bojo­wego, ale wie, jak poru­szać się we wła­ści­wych krę­gach. On będzie twoim kon­tak­tem w sfe­rze poli­tycz­nej. Odpo­wie­dzial­ność za to, co dzieje się na ziemi, spada wyłącz­nie na cie­bie, sier­żan­cie.

-?Tak jest, sir!

-?Będzie­cie bli­sko współ­pra­co­wać z bry­tyj­ską Spe­cjalną Jed­nostką Powietrzną. Są bar­dzo dobrzy. Ale ty i twoi ludzie macie ich zaćmić.

-?Sir! Może pan na to liczyć, sir!

-?No to przy­go­tuj­cie się do odjazdu. Do Afryki Pół­noc­nej, sier­żan­cie Sha­ftoe.

Londinium

Lon­di­nium

Potężne bry­tyj­skie monety podzwa­niają mu w kie­szeni niczym cynowe tale­rze. Law­rence Prit­chard Water­ho­use idzie ulicą umun­du­ro­wany jak koman­dor Mary­narki Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie wynika z tego, że jest koman­dorem, ani że jest w ame­ry­kań­skiej mary­narce, cho­ciaż jest. Łatwo zgad­nąć przy­naj­mniej "Stany Zjed­no­czone", ponie­waż na każ­dym skrzy­żo­wa­niu nie­mal prze­jeż­dża go hamu­jący z piskiem samo­chód; musi skie­ro­wać pociąg myśli na bocz­nicę, ku zdzi­wie­niu jego obsługi i pasa­że­rów, a następ­nie znaczną część mocy prze­ro­bo­wych mózgu poświę­cić na lustrzane odwra­ca­nie obrazu rze­czy­wi­sto­ści. Bo tutaj obo­wią­zuje ruch lewo­stronny.

Wie­dział o tym przed­tem. Widział zdję­cia. No i Alan w Prin­ce­ton narze­kał, że zawsze omal nie wpada pod koła, kiedy zato­piony w myślach wcho­dzi na jezd­nię, patrząc w nie­wła­ściwą stronę.

Kra­węż­niki są ostre i pro­sto­pa­dłe, nie przy­po­mi­nają ame­ry­kań­skich, obłych, gład­kich krzy­wizn. Gra­nica jezdni i chod­nika jest wyraźna i pio­nowa. Gdyby umie­ścić na gło­wie Water­ho­use'a zie­loną lampkę, a potem obser­wo­wać go z boku, pod­czas zaciem­nie­nia, tor jego ruchu przy­po­mi­nałby prze­bieg pro­sto­kątny na ekra­nie jed­no­ka­na­ło­wego oscy­lo­skopu: w górę, w dół, w górę, w dół. Gdyby szedł tak w rodzin­nym mie­ście, kra­węż­niki poja­wia­łyby się w rów­nych odstę­pach, mniej wię­cej dwa­na­ście na jedną milę, ponie­waż to mia­sto jest uło­żone porząd­nie, na kwa­dra­to­wej siatce.

Tu, w Lon­dy­nie, ulice są nie­re­gu­larne, dla­tego prze­skoki w fali pro­sto­kąt­nej zacho­dzą jakby losowo, cza­sem bli­żej, cza­sem dalej od sie­bie.

Obser­wu­jący tę falę badacz praw­do­po­dob­nie roz­pacz­li­wie szu­kałby w niej jakiejś pra­wi­dło­wo­ści: wygląda, jakby gene­ro­wał ją układ losowy, napę­dzany szu­mem, ste­ro­wany być może pro­mie­niami kosmicz­nymi z głębi wszech­świata albo roz­pa­dem izo­to­pów radio­ak­tyw­nych.

Ale, gdyby był pomy­słowy i miał do dys­po­zy­cji głęb­sze dane, to co innego.

Głę­bo­kość można uzy­skać, przy­twier­dza­jąc zie­loną lampkę na gło­wie każ­dego lon­dyń­czyka, a potem zapi­su­jąc ich trasy w ciągu kilku nocy. Otrzy­ma­li­by­śmy grubą stertę wykre­sów na papie­rze mili­me­tro­wym, każdy z nich z pozoru rów­nie przy­pad­kowy jak pozo­stałe. Im grub­sza sterta, tym więk­sza głę­bo­kość.

Z pomy­sło­wo­ścią to zupeł­nie inna sprawa. Nie ma na nią żad­nej sys­te­ma­tycz­nej metody. Jeden czło­wiek patrzyłby na stertę wykre­sów i nie widział nic poza szu­mem. Inny zafa­scy­no­wałby się nią w cał­kiem irra­cjo­nalny spo­sób, nie­moż­liwy do wyja­śnie­nia komu­kol­wiek sto­ją­cemu z boku. Pewne ukryte głę­boko czę­ści mózgu, potra­fiące wychwy­ty­wać pra­wi­dło­wo­ści (a także ist­nie­nie pra­wi­dło­wo­ści), pra­co­wa­łyby cały czas i słały do owych tępych frag­men­tów mózgu zawia­du­ją­cych prak­tycz­nymi spra­wami sygnał naka­zu­jący cią­gle patrzeć na ten stos papieru mili­me­tro­wego. Ów sygnał, cichy, nie zawsze docho­dzi do głosu, ale wtedy każe odbiorcy spę­dzać nad wykre­sami całe dnie, taso­wać je jak auty­styk, roz­ście­lać na pod­ło­dze, ukła­dać w kupki według jakichś nie­zro­zu­mia­łych zasad, opi­sy­wać na rogach cyfer­kami i lite­rami z mar­twych alfa­be­tów, zapi­sy­wać odsy­ła­cze jed­nych do dru­gich, znaj­do­wać pra­wi­dło­wo­ści i wery­fi­ko­wać je na innych danych.

Ten czło­wiek pew­nego dnia wyszedłby z pokoju, trzy­ma­jąc w dło­niach bar­dzo dokładny plan Lon­dynu, zre­kon­stru­owany na pod­sta­wie infor­ma­cji zawar­tej w wykre­sach fal pro­sto­kąt­nych.

Takim wła­śnie czło­wie­kiem jest Law­rence Prit­chard Water­ho­use.

Dla­tego wła­śnie rząd jego ojczy­zny, Sta­nów Zjed­no­czo­nych, kazał mu zło­żyć sąż­ni­ste przy­sięgi, stale zaopa­truje go w nowe mun­dury roz­ma­itych for­ma­cji i stopni, a teraz wysłał go do Lon­dynu.

Scho­dzi z kra­węż­nika, zer­ka­jąc w zamy­śle­niu w lewo. W pra­wym uchu roz­lega mu się dzwo­nie­nie, pisz­czą hamulce roweru. To tylko bry­tyj­ski koman­dos (Water­ho­use zaczyna już roz­po­zna­wać mun­dury) zała­twia­jący jakieś sprawy, ale ma za sobą wspar­cie tak­tyczne w postaci zgni­ło­zie­lo­nego auto­busu, upstrzo­nego nie­czy­tel­nymi woj­sko­wymi kodami.

-?Prze­pra­szam, sir! -?wesoło rzuca marine i omija go, sądząc pew­nie, że auto­bus zała­twi sprawę.

Water­ho­use rzuca się naprzód, pro­sto pod nad­jeż­dża­jącą z dru­giej strony czarną tak­sówkę.

Jed­nakże, prze­do­staw­szy się przez tę ulicę, dociera do celu, nie nara­ża­jąc wię­cej życia, jeśli pomi­nąć fakt, że znaj­duje się o kilka minut lotu samo­lo­tem od mor­der­czej hordy świet­nie zor­ga­ni­zo­wa­nych Niem­ców wypo­sa­żo­nych w naj­lep­szą broń na świe­cie. Zna­lazł się w dziel­nicy przy­po­mi­na­ją­cej nieco pewne mroczne zaka­marki Man­hat­tanu: obsta­wione dzie­się­cio­pię­trow­cami wąskie uliczki. Tu i ówdzie widzi sta­ro­żytne potężne gotyc­kie bryły, przy­po­mi­na­jące o minio­nej wiel­ko­ści. Ludzie, jak na Man­hat­ta­nie, pędzą szybko, czymś zaafe­ro­wani.

Pod­kute wojenne buty prze­chod­niów stu­kają meta­licz­nie. Każdy pie­szy ma dość jed­no­stajny chód i tyka nie­mal z dokład­no­ścią metro­nomu. Pod­słu­chi­wacz, gdyby ukrył w chod­niku mikro­fon, usły­szałby kako­fo­nię stuk­nięć, z pozoru loso­wych, jak szum z licz­nika Geigera. Ale wła­ściwa osoba na wła­ści­wym miej­scu mogłaby wyeks­tra­ho­wać z tego szumu sygnał - poli­czyć pie­szych, podać liczby męż­czyzn i kobiet, wykre­ślić histo­gram dłu­go­ści nóg...

Musi o tym zapo­mnieć. Chciałby skon­cen­tro­wać się na tym, co do niego należy, ale wciąż nie wie jak to ugryźć.

Nad wej­ściem do sta­cji metra St. James's Park stoi potężna kan­cia­sta nowo­cze­sna rzeźba, przez całą dobę pil­nu­jąca Broad­way Buil­dings, które są tak naprawdę jed­nym budyn­kiem. Jego widok roz­cza­ro­wuje, podob­nie jak wszyst­kie inne odwie­dzane przez Water­ho­use'a sie­dziby wywiadu.

W końcu to tylko budy­nek, poma­rań­czowy kamień, około dzie­się­ciu pię­ter, za ostat­nie trzy liczy się bez­sen­sow­nie wysoki man­sar­dowy dach, jakieś drobne kla­syczne ozdóbki nad oknami, które jak wszyst­kie szyby w Lon­dy­nie są podzie­lone paskami taśmy kle­ją­cej na osiem trój­ką­tów pro­sto­kąt­nych. Water­ho­use uważa, że ta deko­ra­cja lepiej pasuje do stylu kla­sy­cy­stycz­nego niż, na przy­kład, gotyku.

Zna się co nieco na fizyce i nie chce mu się wie­rzyć, że kiedy odpali się nie­opo­dal parę­set kilo­gra­mów trój­ni­tro­to­lu­enu, a powstała fala ude­rze­niowa przej­dzie przez szybę, ludziom po dru­giej stro­nie pomoże ta gwiazdka papie­ro­wej taśmy. To zabo­bonny gest, podobny do tych znacz­ków malo­wa­nych w obej­ściach Niem­ców z Pen­syl­wa­nii. Pew­nie jego widok przy­po­mina ludziom o woj­nie.

Na niego to chyba nie działa. Ostroż­nie prze­do­staje się na drugą stronę ulicy, inten­syw­nie myśląc o kie­runku ruchu, zakła­da­jąc, że coś tam w mózgu będzie się samo pil­no­wać. Wcho­dzi do środka, prze­pusz­cza­jąc w drzwiach naj­pierw ener­giczną młodą kobietę w para­mi­li­tar­nym kostiu­mie, wyraź­nie suge­ru­jącą, że Water­ho­use nie powi­nien spo­dzie­wać się, że Coś Wskóra takim gestem, a potem sie­dem­dzie­się­cio­let­niego, zmę­czo­nego pana z siwym wąsem.

Hall jest mocno strze­żony -?Water­ho­use musi przed­sta­wić i swe doku­menty, i roz­kazy. Potem obo­wiąz­kowo myli się -?tra­fia na złe pię­tro, ponie­waż w tym kraju nume­ruje się je ina­czej. Byłoby to znacz­nie zabaw­niej­sze, gdyby nie zda­rzyło się w sie­dzi­bie wywiadu woj­sko­wego pod­czas naj­więk­szej wojny w dzie­jach świata.

Za to, wła­ściwe pię­tro, gdy w końcu na nie tra­fia, wygląda znacz­nie bar­dziej eks­klu­zyw­nie. Oczy­wi­ście, tutaj, w Anglii, eks­klu­zyw­ność to klu­czowa sprawa: ci ludzie nie uznają pół­środ­ków. Żeby zna­leźć budkę tele­fo­niczną, trzeba przejść kilo­metr, ale kiedy już na nią tra­fisz, wygląda jakby w prze­szło­ści poważ­nym pro­ble­mem było chu­li­gań­skie wysa­dza­nie auto­ma­tów tele­fo­nicz­nych dyna­mi­tem. A bry­tyj­ska skrzynka pocz­towa pew­nie zatrzy­ma­łaby nie­miecki czołg. Nikt tu nie ma samo­chodu, ale jak już ma, to jest to trzy­to­nowy, ręcz­nie zbu­do­wany potwór. Nie do pomy­śle­nia jest wypusz­cze­nie spod sztancy całej masy wozów -?panie Ford, trzeba prze­strze­gać pew­nych spraw, w rodzaju ręcz­nego chro­mo­wa­nia chłod­nic albo tra­dy­cyj­nego rzeź­bie­nia opon z peł­nych blo­ków kau­czuku.

Wszyst­kie zebra­nia są takie same: Water­ho­use zawsze jest Gościem, ni­gdy w życiu jesz­cze nie był Gospo­da­rzem. Gość przy­bywa do nie­zna­nego budynku, sie­dzi w pocze­kalni, odma­wia­jąc miłym, choć skrom­nym kobie­tom czę­stu­ją­cym go kofe­ino­wymi napit­kami, a o cza­sie jest wpro­wa­dzany do Sali, gdzie ocze­kują nań Główny Facet i Inni Faceci. Gość nie musi też przej­mo­wać się sys­te­mem przed­sta­wia­nia się ludzi, ponie­waż działa w try­bie bier­nym i powi­nien tylko reago­wać na bodźce, ści­skać wszyst­kie poda­wane dło­nie, znów odrzu­cać pro­po­zy­cje poda­nia napo­jów kofe­ino­wych, oraz (teraz już) alko­ho­lo­wych, sia­dać gdzie i kiedy go popro­szą. W tym przy­padku i Główny Facet i więk­szość Pozo­sta­łych Face­tów to Bry­tyj­czycy, dobór napo­jów jest nieco inny, a Sala, z racji bry­tyj­sko­ści, zbu­do­wana jest z blo­ków kamie­nia przy­wo­dzą­cych na myśl gro­bo­wiec fara­ona; okna zaś ozda­biają stan­dar­dowe, nie­prze­ko­nu­jące paski taśmy. Faza Prze­wi­dy­wal­nego Humoru jest znacz­nie krót­sza niż w Ame­ryce, a Faza Gadu-Gadu dłuż­sza.

Water­ho­use zapo­mniał już wszyst­kie nazwi­ska. Zawsze od razu zapo­mina nazwi­ska. Nawet gdyby je pamię­tał, z niczym by ich nie sko­ja­rzył, ponie­waż nie ma przed sobą sche­matu orga­ni­za­cyj­nego ani Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych (które rzą­dzi Wywia­dem), ani Armii. Wciąż mówią "łotr Haus", ale kiedy już zaczyna mu być szkoda tego Hausa, kim­kol­wiek jest, nagle spo­strzega się, że tak wyma­wiają "Water­ho­use". Poza tym dociera doń tylko jeden komen­tarz: jeden z Pozo­sta­łych mówi coś o pre­mie­rze, co suge­ruje pewną zaży­łość. I to nawet nie jest Główny Facet. Główny jest znacz­nie star­szy i bar­dziej dys­tyn­go­wany od reszty. Water­ho­use'owi wydaje się więc (mimo że prze­stał ich słu­chać), że co naj­mniej połowa zebra­nych roz­ma­wiała nie­dawno z Win­sto­nem Chur­chil­lem.

Wtem, w roz­mo­wie poja­wiają się pewne słowa. Water­ho­use nie zwra­cał na to uwagi, lecz jest pra­wie pewien, że w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu sekund padło słowo "Ultra". Mruga i siada pro­sto.

Główny wygląda na zakło­po­ta­nego, Pozo­stali Faceci na zdzi­wio­nych.

-?Czy ktoś parę minut temu coś wspo­mi­nał o kawie? -?odzywa się Water­ho­use.

-?Panno Stan­hope, kawa dla pana Łotr Hausa -?mówi Główny Facet do elek­trycz­nego inter­komu. To jeden z sze­ściu inter­ko­mów w całym Impe­rium Bry­tyj­skim. Ale za to jest odlany z pięć­dzie­się­cio­ki­lo­wego żeliw­nego mono­litu i zasi­lany gru­bymi na palec, 420-wol­to­wymi kablami. -?I popro­szę także o her­batę, jeśli można.

Water­ho­use zna teraz nazwi­sko sekre­tarki Głów­nego. Na począ­tek dobre i to. Teraz odro­bina namy­słu i mógłby zre­kon­stru­ować nazwi­sko samego Głów­nego.

Chyba znów wró­cili w Fazę Gadu-Gadu. Ame­ry­kań­scy ofi­cjele byliby w tej sytu­acji nieco wku­rzeni; Angole czują wyraźną ulgę. Zama­wiają u panny Stan­hope jesz­cze wię­cej napo­jów.

-?Widział pan ostat­nio dok­tora Szyna? -?pyta Główny Facet lekko zanie­po­ko­jo­nym gło­sem.

-?Kogo?

Water­ho­use nagle zdaje sobie sprawę, że cho­dzi o koman­dora Scho­ena, któ­rego nazwi­sko tu w Lon­dy­nie widocz­nie wyma­wia się pra­wi­dłowo -?Szyn a nie Szejn.

-?Koman­do­rze Water­ho­use? -?mówi Główny Facet kilka minut póź­niej.

Water­ho­use wła­śnie pró­bo­wał wyna­leźć w pamięci nowy sys­tem szy­fro­wa­nia oparty na róż­nych spo­so­bach wyma­wia­nia słów, dla­tego się nie odzy­wał.

-?Co? A, tak, zanim wsia­dłem na sta­tek, wpa­dłem do niego na chwilę. Oczy­wi­ście, kiedy czuje się, hmm, nie­do­brze z powodu pogody, wszy­scy mają bez­względny zakaz roz­ma­wia­nia z nim o kryp­to­lo­gii.

-?Natu­ral­nie.

-?Pro­blem polega na tym, że kiedy cała zna­jo­mość z czło­wie­kiem opiera się na kryp­to­lo­gii, nie można nawet wetknąć głowy do pokoju, żeby nie zła­mać tego zakazu.

-?Tak, to bar­dzo kło­po­tliwe.

-?Zdaje się, że czuje się nie naj­go­rzej. -?Water­ho­use nie brzmi prze­ko­nu­jąco, przy stole zapada więc cisza.

-?Kiedy miał lep­szy nastrój, bar­dzo chwa­lił pana wkład w Cryp­to­no­mi­con -?mówi jeden z Pozo­sta­łych. Dotych­czas pra­wie się nie odzy­wał. Water­ho­use kla­sy­fi­kuje go jako nie­zna­nego, wpły­wo­wego gościa w świe­cie kryp­to­lo­gii maszy­no­wej.

-?To nie­kiep­ski facet -?mówi Water­ho­use.

Główny trak­tuje to jako zaga­je­nie.

-?Ponie­waż pra­co­wał pan przy Indygo dok­tora Scho­ena, jest pan z defi­ni­cji na liście Magic. A skoro nasze pań­stwa zgo­dziły się - przy­naj­mniej zasad­ni­czo -?współ­dzia­łać na polu kryp­to­ana­lizy, zna­lazł się pan auto­ma­tycz­nie na liście Ultra.

-?Ultra i Magic są bar­dzo syme­tryczne wzglę­dem sie­bie. W obu przy­pad­kach zło­wroga siła wyna­la­zła maszy­nowy szyfr i uważa go za nie­moż­liwy do zła­ma­nia. W obu przy­pad­kach siły alian­tów zdo­łały zła­mać ten szyfr. W Ame­ryce dok­tor Schoen i jego ludzie odko­do­wali Indygo i skon­stru­owali maszynę Magic. Tutaj zespół dok­tora Knoksa zła­mał Enigmę i wymy­ślił Bombe. Głów­nym umy­słem był tu dok­tor Turing. U was zaś Schoen, będący, jak pan mówi, w depre­sji z powodu pogody. Koman­do­rze Water­ho­use, on przy­rów­nuje pana do Turinga.

-?Prze­sa­dza, i to nie­źle -?mówi Water­ho­use.

-?Ale stu­dio­wał pan z Turin­giem w Prin­ce­ton, prawda?

-?Jeśli o to panu cho­dzi, stu­dio­wa­li­śmy w tym samym cza­sie. Jeź­dzi­li­śmy razem na rowe­rach. Jego bada­nia były o wiele bar­dziej zaawan­so­wane.

-?On prze­cież był na stu­diach pody­plo­mo­wych, a pan tylko na magi­ster­skich.

-?Pew­nie. Ale nawet bio­rąc na to poprawkę, był o wiele bar­dziej lotny niż ja.

-?Zby­tek skrom­no­ści, koman­do­rze Water­ho­use. Ilu magi­stran­tów publi­ko­wało w mię­dzy­na­ro­do­wych perio­dy­kach?

-?My tylko razem jeź­dzi­li­śmy na rowe­rach. -?Water­ho­use nie ustę­puje. - Ein­stein nawet nie chciał ze mną gadać.

-?Dok­tor Turing znacz­nie się wyka­zał na polu teo­rii infor­ma­cji -?mówi przed­wcze­śnie posta­rzały facet z dłu­gimi obwi­słymi siwymi kudłami; Water­ho­use domy­śla się, że to jakiś bel­fer z Oxfordu czy Cam­bridge. -?Na pewno dys­ku­to­wał z panem o tym. -?Bel­fer odwraca się do pozo­sta­łych i mówi bel­ferskim tonem: -?Teo­ria infor­ma­cji oży­wia mecha­niczne maszyny liczące w ten sam spo­sób jak, powiedzmy, hydro­dy­na­mika oży­wia kadłub statku. -?Potem odwraca się tyłem do Water­ho­use'a i mówi, tro­chę mniej urzę­dowo: -?Dok­tor Turing kon­ty­nu­ował prace w tej dzie­dzi­nie, kiedy znik­nął z pana hory­zontu w świe­cie pouf­nych infor­ma­cji. Szcze­gól­nie inte­re­so­wało go usta­le­nie, ile dokład­nie infor­ma­cji można wyeks­tra­ho­wać z pozor­nie loso­wych danych.

Nagle wszy­scy zebrani znów wymie­niają roz­ba­wione spoj­rze­nia.

-?Wnio­skuję z pana reak­cji -?mówi Główny Facet -?że ten pro­blem i pana wielce inte­re­so­wał.

Water­ho­use zacho­dzi w głowę, co to była za reak­cja. Wysta­wił kły? Zaśli­nił się nad kawą?

-?To dobrze -?cią­gnie Główny Facet, zanim Water­ho­use zdą­żył odpo­wie­dzieć -?ponie­waż i my bar­dzo się nim inte­re­su­jemy. Wie pan, że sta­ramy się -?i muszę tu pod­kre­ślić dalece nie­wy­star­cza­jący zakres tych sta­rań w chwili obec­nej -?koor­dy­no­wać infor­ma­cje wywia­dow­cze pomię­dzy Ame­ryką a Wielką Bry­ta­nią, znaj­du­jąc się tym samym w naj­dziw­niej­szej sytu­acji, jaka może spo­tkać pod­czas wojny parę sojusz­ni­ków. Koman­do­rze Water­ho­use, my wiemy wszystko. Otrzy­mu­jemy oso­bi­ste radio­gramy Hitlera adre­so­wane do dowód­ców fron­to­wych, czę­sto wcze­śniej niż oni sami. Ta wie­dza jest nie­wąt­pli­wie potęż­nym narzę­dziem. Rów­nie nie­wąt­pliwe jest, że nie pomoże nam ona w wygra­niu wojny, jeżeli nie zmie­nimy pod jej wpły­wem naszych dzia­łań. A zatem, jeśli z infor­ma­cji Ultra dowiemy się o kon­woju, który wyru­sza z Taranto i wie­zie zaopa­trze­nie dla Rom­mla w Afryce Pół­noc­nej, ta wie­dza w niczym nam się nie przy­służy, dopóki nie zaata­ku­jemy go i nie zato­pimy.

-?Natu­ral­nie -?mówi Water­ho­use.

-?A teraz, jeśli wysłano dzie­sięć kon­wo­jów, a my wszyst­kie zato­pi­li­śmy, nawet te w ciem­no­ściach i pod osłoną chmur, Niemcy zada­dzą sobie pyta­nie: skąd wie­dzie­li­śmy, gdzie one są? Zro­zu­mieją, że znamy szyfr Enigma, zmie­nią go i stra­cimy nasze narzę­dzie. Można mieć pew­ność, że pan Chur­chill będzie nie­za­do­wo­lony z takiego obrotu wyda­rzeń.

Główny Facet zerka na pozo­sta­łych, któ­rzy pota­kują z minami świad­czą­cymi o zna­jo­mo­ści rze­czy. Water­ho­use wyczuwa, że pan Chur­chill mocno akcen­to­wał tę kwe­stię.

-?Sfor­mu­łujmy to w języku teo­rii infor­ma­cji -?mówi bel­fer. -?Infor­ma­cja pły­nie od Niem­ców do nas, przez sys­tem Ultra w Blet­chley Park. Przy­cho­dzi w postaci pozor­nie loso­wych trans­mi­sji radio­wych, alfa­be­tem Morse'a. Ale ponie­waż posia­damy bar­dzo inte­li­gent­nych ludzi, któ­rzy potra­fią wychwy­cić pra­wi­dło­wo­ści w pozor­nie loso­wych wia­do­mo­ściach, możemy wydo­być z nich infor­ma­cje, które są bar­dzo ważne dla naszych poczy­nań. Nato­miast Niemcy nie zła­mali naszych pod­sta­wo­wych szy­frów. Mogą jed­nak obser­wo­wać nasze dzia­ła­nia -?trasy kon­wo­jów na pół­noc­nym Atlan­tyku, roz­miesz­cze­nie naszych sił. Jeśli kon­woje zawsze będą uni­kać U-Bootów, jeśli lot­nic­two zawsze będzie tra­fiać pro­sto na nie­miec­kie okręty, to dla Niem­ców sta­nie się jasne -?mówię tu o bar­dzo inte­li­gent­nych Niem­cach, o pro­fe­so­rach -?że nie ma w tym żad­nej loso­wo­ści. Ci Niemcy potra­fią obli­czyć kore­la­cje. Dowie­dzą się, że wiemy wię­cej niż powin­ni­śmy. Innymi słowy, jest pewien punkt, w któ­rym infor­ma­cja zaczyna pły­nąć od nas do Niem­ców.

-?Musimy wie­dzieć, gdzie znaj­duje się ten punkt -?mówi Główny. - Dokład­nie. I nie możemy poza niego wykro­czyć -?żeby wyglą­dało, że dzia­ła­nia alian­tów są przy­pad­kowe.

-?Tak -?mówi Water­ho­use -?i musi być to taka loso­wość, która prze­ko­na­łaby gościa w rodzaju Rudolfa von Hac­kl­he­bera.

-?Dokład­nie jego mia­łem na myśli -?odpo­wiada bel­fer. -?Dok­tor Rudolf von Hac­kl­he­ber, według ostat­nich danych.

-?O! Rudy zro­bił dok­to­rat?! -?wykrzy­kuje Water­ho­use.

Ponie­waż Rudy został wezwany w obję­cia Tysiąc­let­niej Rze­szy, Water­ho­use zało­żył naj­gor­sze: wyobra­ził go sobie w szy­nelu, śpią­cego w zaspach, oble­ga­ją­cego Lenin­grad albo inne mia­sto. Ale naj­wy­raź­niej faszy­ści mają dobre oko do talen­tów (aby tylko nie żydow­skich) i zała­twili mu pracę za biur­kiem.

To i tak ryzy­kowne zacho­wa­nie: oka­zać zado­wo­le­nie, że z Rudym wszystko w porządku. Jeden z Pozo­sta­łych Face­tów, pró­bu­jąc prze­rwać kon­ster­na­cję, żar­tuje, że gdyby ktoś miał głowę i zamknął Rudy'ego na New Jer­sey na czas wojny, nie byłoby potrzeby two­rzyć nowej kate­go­rii taj­no­ści Ultra Mega. Nikomu nie wydaje się to zabawne, więc Water­ho­use uznaje, że to prawda.

Potem poka­zują mu sche­mat orga­ni­za­cyjny Spe­cjal­nej Jed­nostki RAF-u nr 2701, który zawiera nazwi­ska wszyst­kich dwu­dzie­stu czte­rech osób na liście Ultra Mega. Na górze tło­czą się takie nazwi­ska, jak Win­ston Chur­chill i Fran­klin Delano Roose­velt. Potem poja­wiają się inne, dziw­nie zna­jome -?może to nazwi­ska tu obec­nych? Poni­żej, nie­jaki Chat­tan, dość młody puł­kow­nik, który (jak zapew­niają Water­ho­use'a) wyka­zał się pod­czas Bitwy o Anglię.

Jesz­cze niżej poja­wia się Law­rence Prit­chard Water­ho­use i dwie inne osoby: jeden to kapi­tan RAF-u, drugi kapi­tan mari­nes. Prze­ry­wana linia idzie na bok, wska­zu­jąc nazwi­sko "dr Alan Mathi­son Turing". Wła­ści­wie, ten sche­mat to chyba naj­bar­dziej bała­ga­niar­ska i dzi­waczna ad-hoc-kra­cja kie­dy­kol­wiek utwo­rzona w struk­tu­rach armii.

Na samym dole sche­matu są dwie grupy po sześć osób, upchnięte pod nazwi­skami kapi­tana RAF-u i kapi­tana mari­nes. To ramię wyko­naw­cze orga­ni­za­cji: jeden z zebra­nych w Broad­way Buil­dings nazywa ich "face­tami na przodku", a Ame­ry­ka­nin tłu­ma­czy to Water­ho­use'owi: "tutaj opona styka się z drogą".

-?Ma pan jakieś pyta­nia? -?odzywa się Główny.

-?Czy to Alan wybrał ten numer?

-?Cho­dzi panu o dok­tora Turinga?

-?Tak. Czy to on wybrał liczbę 2701?

Ten poziom szcze­gó­ło­wo­ści jest wyraź­nie kilka stopni poni­żej poziomu ludzi z Broad­way Buil­dings. Są zasko­czeni i nie­mal ura­żeni, jakby Water­ho­use nagle kazał im pisać dyk­tando.

-?Być może -?odpo­wiada Główny. -?Czemu pan pyta?

-?Ponie­waż liczba 2701 jest ilo­czy­nem dwóch liczb pierw­szych, a te liczby, 37 i 73, wyra­żone w zapi­sie dzie­sięt­nym, są jak zapewne widzi­cie, syme­tryczne wzglę­dem sie­bie.

Wszyst­kie głowy zwra­cają się ku bel­frowi, który wydaje się zbity z tropu.

-?Lepiej to zmieńmy -?mówi -?dok­tor von Hac­kl­he­ber na pewno by taką rzecz zauwa­żył.

Wstaje, wyciąga z kie­szeni wieczne pióro "Mont Blanc" i kory­guje sche­mat, wpi­su­jąc 2702 zamiast 2701. Kiedy to robi, Water­ho­use roz­gląda się po sali i widzi, że wszy­scy są usa­tys­fak­cjo­no­wani. To jasne: zatrud­nili go wła­śnie po to, by poka­zy­wał takie sztuczki.

Corregidor

Cor­re­gi­dor

Mię­dzy wodami Zatoki Manil­skiej a wil­got­nym powie­trzem ponad nią nie ma wyraź­nej gra­nicy -?jedy­nie wiszący o kilka mil od nich bez­kształtny sza­ro­błę­kitny całun. Glory IV przez pół godziny ostroż­nie manew­ruje wśród ogrom­nej liczby kotwi­czą­cych stat­ków han­dlo­wych, potem zaś przy­śpie­sza, bio­rąc kurs na śro­dek Zatoki. Powie­trze oczysz­cza się tro­chę, pozwa­la­jąc Randy'emu dokład­nie widzieć Bata'an po pra­wej bur­cie: czarne góry, spo­wite mgłą i popla­mione grzyb­ko­wa­tymi chmur­kami ozna­cza­ją­cymi prądy wzno­szące. Prze­waż­nie nie ma tam plaż, jedy­nie stromo scho­dzące ku morzu czer­wone klify. Kiedy jed­nak zbli­żają się ku krań­cowi pół­wy­spu, ląd wygła­dza się nieco, robiąc miej­sce na kilka bla­do­zie­lo­nych pól. Na samym czubku Bata'an Randy widzi kilka ostrych wapien­nych urwisk, które pamięta z wideo Aviego. Teraz jed­nak patrzy przede wszyst­kim na Cor­re­gi­dor, leżący kilka mil od końca pół­wy­spu.

Ame­rica Sha­ftoe, albo Amy, jak woli być nazy­wana, spę­dza cały rejs na uga­nia­niu się po pokła­dzie i wda­wa­niu w poważne roz­mowy z fili­piń­skimi i ame­ry­kań­skimi nur­kami; cza­sem siada po turecku na pokła­dzie i prze­gląda jakieś papiery albo wykresy. Nało­żyła wystrzę­piony słom­kowy kape­lusz dla ochrony przed pro­mie­niami sło­necz­nymi. Randy nie zamie­rza się na nie wysta­wiać. Snuje się po kli­ma­ty­zo­wa­nej kaju­cie, popija kawę i ogląda zdję­cia na ścia­nach.

W swej naiw­no­ści spo­dziewa się ujrzeć foto­gra­fie nur­ków wycią­ga­ją­cych na plaże pod­mor­skie kable. Sem­per Marine Servi­ces kła­dzie sporo kabli -?i zna się na tym, prze­cież spraw­dzał refe­ren­cje, zanim ich wyna­jął -?ale naj­wy­raź­niej takie prace nie są dla nich wystar­cza­jąco cie­kawe, by je foto­gra­fo­wać. Więk­szość zdjęć ilu­struje pod­wodne prace wydo­byw­cze: wyszcze­rzeni od ucha do ucha nur­ko­wie trium­fal­nie pre­zen­tują obro­śnięte mię­cza­kami wazy, jak hoke­iści dzier­żący Puchar Stan­leya.

Z oddali Cor­re­gi­dor jest soczew­ko­watą plamą dżun­gli wysta­jącą z wody, z pła­ską półką po jed­nej stro­nie. Z map wia­domo, że w rze­czy­wi­sto­ści ma kształt plem­nika. To, co stąd wygląda jak półka, jest ogo­nem, wiją­cym się na wschód, jakby plem­nik pró­bo­wał wypły­nąć z Zatoki i zapłod­nić Azję.

Amy otwiera drzwi i wpada do kajuty.

-?Chodź na mostek. Powi­nie­neś to zoba­czyć.

Randy idzie za nią.

-?Kto to jest ten gość na wszyst­kich zdję­ciach? -?pyta.

-?Ten groźny, ścięty na jeża?

-?No.

-?To mój ojciec -?odpo­wiada Amy. -?Doug.

-?Czyżby Douglas MacAr­thur Sha­ftoe? -?pyta Randy. Widział to nazwi­sko na papie­rach z firmy Sem­per Marine.

-?Otóż to.

-?Były koman­dos?

-?Tak. Ale nie lubi, jak się o nim tak mówi. To taki ste­reo­typ...

-?A dla­czego wydaje mi się zna­jomy?

Amy wzdy­cha.

-?W 1975 miał swoje pięć minut.

-?Nie przy­po­mi­nam sobie.

-?Znasz Com­stocka?

-?Paula Com­stocka? Pro­ku­ra­tora gene­ral­nego? Tego, co nie­na­wi­dzi szy­frów?

-?Cho­dzi o jego ojca. Earl Com­stock.

-?Gość od poli­tyki Zim­nej Wojny -?mózg wojny wiet­nam­skiej. To ten?

-?Ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby ktoś tak o nim mówił. No tak, to ten. Może pamię­tasz, że w 1975 Earl Com­stock wypadł, albo ktoś go wypchnął, z wyciągu krze­seł­ko­wego w Kolo­rado i poła­mał sobie ręce.

-?No, tak jak­bym coś sobie przy­po­mi­nał...

-?Mój stary... -?Amy nie­znacz­nie kiwa głową w stronę jed­nego ze zdjęć - przy­pad­kiem sie­dział wtedy obok niego.

-?Przy­pad­kiem czy...

-?Zbieg oko­licz­no­ści.

-?Można na to patrzeć i tak -?mówi Randy -?ale z dru­giej strony, jeśli Earl Com­stock czę­sto jeź­dził na nar­tach, to ist­niało dość duże praw­do­po­do­bień­stwo, że wcze­śniej czy póź­niej okaże się, że sie­dzi dwa­dzie­ścia metrów nad zie­mią obok wete­rana wojny wiet­nam­skiej.

-?Mniej­sza o to. Ja tylko mówię... wła­ści­wie to o tym nie chcia­łam mówić. -?Spo­tkam go? -?pyta Randy, zer­ka­jąc na zdję­cie.

Amy zagryza wargę i wbija wzrok w hory­zont.

-?W dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach przy­pad­ków jego poja­wie­nie się ozna­cza, że dzieje się coś dziw­nego. -?Otwiera schod­nię wio­dącą na mostek i przy­trzy­muje mu drzwiczki, wska­zu­jąc na strome stop­nie.

-?A pozo­stałe dzie­sięć?

-?Nudziło mu się albo wybiera się gdzieś ze swoją kobietą.

Pilot Glory sie­dzi sku­piony i nie zwraca na nich uwagi; Randy uznaje to za oznakę pro­fe­sjo­na­li­zmu. Na mostku stoi mnó­stwo sto­łów. Blaty zro­biono z drzwi albo gru­bych drew­nia­nych łat. Wszyst­kie są zatło­czone elek­tro­niką: jest tu faks, mniej­sze urzą­dzonko wyplu­wa­jące pro­gnozy pogody, trzy kom­pu­tery, tele­fon sate­li­tarny, kilka komó­rek pod­pię­tych do łado­wa­rek, echo­sonda do mie­rze­nia głę­bo­ko­ści. Amy pro­wa­dzi go ku maszy­nie z wiel­kim ekra­nem poka­zu­ją­cym coś przy­po­mi­na­ją­cego czarno-białe zdję­cie pagór­ko­wa­tego terenu.

-?To sonar boczny -?wyja­śnia -?jedno z naj­lep­szych narzę­dzi do takich robót. Poka­zuje, co jest na dnie. -?Spraw­dza na jed­nym z moni­to­rów aktu­alną pozy­cję i wyko­nuje w pamięci jakieś obli­cze­nia. -?Erne­sto, zmień kurs o pięć stopni w prawo.

-?Dobrze, pro­szę pani -?odpo­wiada Erne­sto i wyko­nuje pole­ce­nie.

-?Czego szu­kasz?

-?To dar­mowa atrak­cja, jak te papie­rosy w hotelu -?odpo­wiada Amy. - Dodat­kowa pre­mia za zawar­cie z nami umowy. Cza­sem lubimy zaba­wić się w prze­wod­nika. Widzisz to? Przyj­rzyj się. -?Wska­zuje pal­cem coś, co dopiero poja­wia się na ekra­nie.

Randy nachyla się i wpa­truje w moni­tor. Jest to z pew­no­ścią coś sztucz­nego: gma­twa­nina linii i kątów pro­stych.

-?Wygląda jak kupa śmieci -?mówi.

-?Teraz tak -?odpo­wiada Amy -?ale kie­dyś był to spory kawa­łek fili­piń­skiego skarbca.

-?Co?

-?Pod­czas wojny, już po Pearl Har­bor, ale zanim Japoń­czycy zdo­byli Manilę, rząd opróż­nił skar­biec. Spa­ko­wali całe złoto i sre­bro do skrzyń i wywieźli je na Cor­re­gi­dor, rze­komo po to, żeby je zabez­pie­czyć.

-?Co masz na myśli, mówiąc "rze­komo".

Amy wzru­sza ramio­nami.

-?Tu są Fili­piny. Mam prze­czu­cie, że więk­szość złota wylą­do­wała gdzie indziej. Ale sre­bro prze­waż­nie tutaj. -?Pro­stuje się i wska­zuje przez okienko na Cor­re­gi­dor. -?Wtedy myśleli, że Cor­re­gi­dor jest nie do zdo­by­cia.

-?Kiedy to się mniej wię­cej działo?

-?W grud­niu czter­dzie­stego pierw­szego albo stycz­niu czter­dzie­stego dru­giego. W każ­dym razie, stało się jasne, że Cor­re­gi­dor upad­nie. Na początku lutego przy­pły­nęła łódź pod­wodna i zabrała całe złoto. Potem druga zabrała ludzi, któ­rzy nie mogli wpaść w ręce wroga, na przy­kład łama­czy szy­frów. Ale nie mieli tyle okrę­tów pod­wod­nych, żeby wywieźć całe sre­bro. W marcu wyje­chał MacAr­thur. Zaczęli wywo­zić sre­bro w skrzy­niach na morze, w nocy, i wrzu­cać do wody.

-?Opo­wia­dasz!

-?Zawsze można wró­cić i spró­bo­wać je zna­leźć. Zresztą lepiej je stra­cić niż oddać Japoń­czy­kom, prawda?

-?Chyba tak.

-?Japoń­czycy zna­leźli sporo sre­bra. Na Bata'an i Cor­re­gi­do­rze schwy­tali wielu ame­ry­kań­skich nur­ków, kazali im zejść na dno, wła­śnie tu, gdzie teraz jeste­śmy, i wycią­gnąć je. Lecz tym samym nur­kom udało się ukryć przed straż­ni­kami dużo sre­bra i prze­my­cić je na Fili­piny, gdzie stało się tak pospo­lite, że zupeł­nie zepsuło oku­pa­cyjną japoń­ską walutę.

-?To na co my teraz patrzymy?

-?Szczątki skrzyń, które roz­wa­liły się, ude­rza­jąc w dno.

-?Czy po woj­nie zostało tu jesz­cze jakieś sre­bro?

-?No pew­nie. Więk­szość poszła na dno tutaj i nur­ko­wie je wycią­gnęli, ale część zato­piono gdzie indziej. Mój tata wycią­gnął tro­chę już w latach sie­dem­dzie­sią­tych.

-?O kur­czę. To bez sensu!

-?Czemu?

-?Nie mogę uwie­rzyć, że sre­bro tak sobie leżało na dnie oce­anu przez trzy­dzie­ści lat i każdy mógł je sobie wziąć.

-?No to nie znasz za dobrze Fili­pin.

-?Wiem, że to biedny kraj. Dla­czego ktoś po pro­stu nie przy­pły­nął tutaj i nie wycią­gnął tego sre­bra?

-?Więk­szość poszu­ki­wa­czy skar­bów w tej czę­ści świata gra o wyż­szą stawkę -?mówi Amy -?albo łatwiej­szą.

Randy nie wie co powie­dzieć.

-?Kupa sre­bra na dnie zatoki wydaje mi się łatwa i war­to­ściowa.

-?Nie­stety. Sre­bro nie jest warte aż tak dużo. Waza z dyna­stii Sung, porząd­nie oczysz­czona, może pójść za wię­cej złota niż sama waży. Złota. A w dodatku łatwiej ją zna­leźć. Szu­kasz po pro­stu na dnie cze­goś w kształ­cie dżonki. Zato­piona dżonka wyraź­nie wyróż­nia się na sona­rze. A stara skrzy­nia, obro­śnięta kora­lami i mał­żami, wygląda prze­waż­nie jak kamień. Gdy pod­cho­dzą bli­żej do Cor­re­gi­doru, Randy widzi, że koniec wyspy jest pagór­ko­waty -?tu i ówdzie wystają z niej skały. Kolor ziemi stop­niowo blak­nie -?od ciem­nej tro­pi­kal­nej zie­leni do bla­dej zie­leni, a potem wysu­szo­nego czer­wo­na­wego brązu -?w miarę jak ogon oddala się od cen­trum wyspy, a gleba staje się such­sza. Jego wzrok przy­ciąga jedna z tych skał, na któ­rej stoi nowy sta­lowy maszt. Na szczy­cie ma tubę anteny mikro­fa­lo­wej wyce­lo­waną na wschód, w stronę budynku Epi­phyte w Intra­mu­ros.

-?Widzisz te jaski­nie wzdłuż brzegu? -?pyta Amy.

Chyba żałuje, że wspo­mniała już na początku o zato­pio­nych skar­bach, i teraz chce zmie­nić temat.

Randy prze­rywa podzi­wia­nie anteny mikro­fa­lo­wej, któ­rej jest współ­wła­ści­cie­lem, i wie­dzie wzro­kiem za ręką Amy. Wapienny brzeg wyspy, pio­nowo spa­da­jący z kilku metrów do wody, jest zryty otwo­rami.

-?No.

-?Zbu­do­wali je Ame­ry­ka­nie. Na działa obrony wybrzeża. Japoń­czycy je powięk­szyli, żeby wypusz­czać z nich łodzie kami­kaze.

-?Nie­źle.

Nagle sły­szy basowy gul­got, roz­gląda się i zauważa zbli­ża­jącą się do nich łódź. Ma kształt kajaka, około dwa­na­stu metrów dłu­go­ści i potężne wysię­gniki na każ­dej bur­cie. Z krót­kiego masztu powiewa parę postrzę­pio­nych flag, a na roz­wie­szo­nych nad pokła­dem sznu­rach dynda pstro­kate pra­nie. Pośrodku kadłuba sie­dzi wielki, nie­osło­nięty sil­nik die­sla, zasnu­wa­jąc powie­trze czar­nym dymem. Z przodu, w cie­niu jasno­nie­bie­skiej plan­deki, kil­koro Fili­piń­czy­ków, w tym kobiety i dzieci, spo­żywa posi­łek. Na rufie kilku męż­czyzn maj­struje przy sprzę­cie do nur­ko­wa­nia. Jeden z nich trzyma coś przy ustach: mikro­fon. Z radia Glory dobiega głos. Ktoś mówi po tagal­sku. Erne­sto dusi śmiech, unosi mikro­fon i mówi coś krótko. Randy nie ma poję­cia co, ale podej­rzewa, że coś w stylu "póź­niej se poga­damy, mamy klienta na mostku".

-?Współ­pra­cow­nicy -?wyja­śnia sucho Amy. Mowa jej ciała suge­ruje, że chcia­łaby zosta­wić Randy'ego i wró­cić do pracy.

-?Dzięki za wycieczkę -?mówi Randy. -?Jedno pyta­nie.

Amy unosi brwi i pró­buje nie oka­zać znie­cier­pli­wie­nia.

-?Ile docho­dów Sem­per Marine pocho­dzi z poszu­ki­wa­nia skar­bów?

-?W tym mie­siącu? W tym roku? W ostat­nich dzie­się­ciu latach? Przez całe ist­nie­nie firmy? -?pyta Amy.

-?Wszystko jedno.

-?Takie dochody są spo­ra­dyczne -?odpo­wiada. -?Glory spła­ci­li­śmy zyskami ze sko­rup, które wycią­gnę­li­śmy z zato­pio­nej dżonki. Potem jesz­cze tro­chę. Lecz w nie­któ­rych latach zara­biamy wyłącz­nie na takich pra­cach jak ta.

-?Innymi słowy, na pra­cach nud­nych i gów­nia­nych? -?wypala Randy. Zwy­kle kon­tro­luje swój język nieco lepiej. Ale zgo­le­nie brody roz­myło gra­nice jego ego, albo coś w tym stylu.

Spo­dziewa się, że Amy się zaśmieje, albo przy­naj­mniej puści oko, ale ona bie­rze to bar­dzo poważ­nie. Ma dobrą poke­rową twarz.

-?Możesz uwa­żać to za tło­cze­nie tablic reje­stra­cyj­nych.

-?A więc wy jeste­ście po pro­stu bandą poszu­ki­wa­czy skar­bów. Tło­czy­cie tro­chę tablic, żeby usta­bi­li­zo­wać przy­chody.

-?Jeśli chcesz, możesz nas tak nazwać. Randy, dla­czego ty zaj­mu­jesz się biz­ne­sem? -?Amy odwraca się gniew­nie i odcho­dzi.

Randy wciąż spo­gląda za nią, kiedy sły­szy, jak Erne­sto klnie pod nosem, nie tyle zły, ile zdu­miony. Glory wła­śnie mija czu­bek Cor­re­gi­doru; po raz pierw­szy widać połu­dniową stronę wyspy. Ostat­nia mila ogona zakrzy­wia się, two­rząc pół­ko­li­stą zatoczkę. Pośrodku kotwi­czy biały sta­tek, który Randy naj­pierw bie­rze za linio­wiec oce­aniczny o nie­sa­mo­wi­cie opły­wo­wej linii. Potem zauważa wyma­lo­waną na rufie nazwę: rui fale­iro -?santa monica, kali­for­nia.

Randy staje obok Erne­sto i obaj przez dłuż­szą chwilę gapią się na sta­tek. Randy sły­szał o nim, a Erne­sto wie o nim, jak każdy Fili­piń­czyk. Jed­nakże ujrze­nie go na wła­sne oczy to inna sprawa. Na ach­ter­deku sie­dzi heli­kop­ter. Wygląda jak zabawka. Z żura­wi­ków zwisa gotowa do uży­cia łódź wio­słowa o syl­wetce szty­letu. Śniady czło­wiek w lśniąco bia­łym uni­for­mie pole­ruje mosiężną poręcz.

-?Rui Fale­iro był kosmo­gra­fem Magel­lana -?mówi Randy.

-?Kosmo­gra­fem?

-?Mózgiem ope­ra­cji. -?Randy kle­pie się po gło­wie.

-?Przy­pły­nął tu z Magel­la­nem? -?pyta Erne­sto.

Więk­szość świata sądzi, że Magel­lan jako pierw­szy opły­nął świat. Tutaj wszy­scy wie­dzą, że dopły­nął tylko do wyspy Mac­tan, gdzie zabili go Fili­piń­czycy.

-?Kiedy Magel­lan wypły­wał, Fale­iro został w Sewilli -?mówi Randy. -?I zwa­rio­wał.

-?Sporo pan wie o Magel­la­nie, co?

-?Nie -?odpo­wiada Randy. -?Wiem sporo o Den­ty­ście.

* * *

-?Ni­gdy nie roz­ma­wiaj z Den­ty­stą. Prze­nigdy. Nawet o spra­wach tech­nicz­nych. Każde tech­niczne pyta­nie, jakie ci zadaje, jest tylko koniem tro­jań­skim jakiejś biz­ne­so­wej tak­tyki, która prze­kra­cza twoje moż­li­wo­ści poj­mo­wa­nia tak dalece, jak dowód Gödla moż­li­wo­ści kaczora Daffy'ego.

Avi powie­dział mu to spon­ta­nicz­nie pew­nego wie­czoru, przy kola­cji w restau­ra­cji w cen­trum Makati. Avi nie pro­wa­dzi roz­mów o czym­kol­wiek waż­nym w pro­mie­niu mili od hotelu Manila, ponie­waż sądzi, że tam każdy pokój i każdy stół jest na pod­słu­chu.

-?Dzięki za oka­zane mi zaufa­nie -?odparł Randy.

-?Ej, spoko. Pró­buję po pro­stu obsi­kać swój teren -?uza­sad­nić swoją obec­ność w tym pro­jek­cie. Ja jestem od biz­nesu.

-?Nie za dużo tej para­noi?

-?Posłu­chaj. Den­ty­sta ma przy­naj­mniej miliard wła­snych dola­rów i jesz­cze z dzie­sięć miliar­dów, któ­rymi obraca; połowa pie­przo­nych orto­don­tów w całych Sta­nach poszła na eme­ry­turę w wieku czter­dzie­stu lat, bo Den­ty­sta w dwa czy trzy lata pomno­żył ich forsę razy dzie­sięć. Nie osiąga się takich wyni­ków, będąc porząd­nym face­tem.

-?Może miał tro­chę szczę­ścia.

-?Miał. Ale to nie zna­czy, że jest porząd­nym face­tem. Ja uwa­żam, że łado­wał pie­nią­dze w skraj­nie ryzy­kowne inwe­sty­cje. Grał w rosyj­ską ruletkę oszczęd­no­ściami swych klien­tów, trzy­ma­jąc ich w nie­świa­do­mo­ści. Rozu­miesz, gość zain­we­sto­wałby w gang pory­wa­czy z Min­da­nao, gdyby tylko stopa zwrotu była dobra.

-?Cie­kawe czy on wie, że miał szczę­ście?

-?Sam jestem cie­kaw. Sta­wiał­bym, że nie. Pew­nie uważa się za narzę­dzie Opatrz­no­ści Bożej, jak gene­rał MacAr­thur.

* * *

Rui Fale­iro jest dumą prze­my­słu super­jach­to­wego z Seat­tle, który ostat­nio roz­kwita, choć dys­kret­nie. Randy uzy­skał kilka infor­ma­cji o nim z ulotki mar­ke­tin­go­wej, wyda­nej jesz­cze zanim kupił go Den­ty­sta. Wie zatem, że heli­kop­ter i moto­rówka były wli­czone w cenę, któ­rej ni­gdy nie ujaw­niono. Jacht zawiera mię­dzy innymi dzie­sięć ton mar­muru. Główna sypial­nia posiada dwie oddzielne łazienki, dla niego -?wyło­żoną czar­nym mar­mu­rem -?i dla niej -?różo­wym -?żeby Den­ty­sta i Diwa nie musieli prze­py­chać się nad umy­walką, gdy stroją się na ban­kiet w ogrom­nej sali balo­wej jachtu.

-?Den­ty­sta? -?pyta Erne­sto.

-?Kepler. Dok­tor Kepler -?odpo­wiada Randy. -?W Sta­nach nie­któ­rzy nazy­wają go Den­ty­stą. -?Goście z prze­my­słu high-tech.

Erne­sto kiwa głową. Wie.

-?Taki czło­wiek mógłby mieć każdą kobietę. Ale wybrał Fili­pinkę.

-?Tak -?ostroż­nie mówi Randy.

-?Ludzie w Sta­nach znają histo­rię Vic­to­rii Vigo?

-?No cóż, muszę powie­dzieć, że tam nie jest tak sławna jak tutaj.

-?Oczy­wi­ście.

-?Ale nie­które jej pio­senki są bar­dzo popu­larne. Sporo ludzi wie, że wydo­była się z wiel­kiej nędzy.

-?Ludzie w Sta­nach wie­dzą co to Dymiąca Góra? Wysy­pi­sko śmieci w Tondo, gdzie dzieci polują na jedze­nie?

-?Nie­któ­rzy wie­dzą. Wszy­scy się dowie­dzą, kiedy w tele­wi­zji pokażą film o życiu Vic­to­rii Vigo.

Ukon­ten­to­wany Erne­sto ski­nął głową. Tutaj wszy­scy sły­szeli, że powstaje film o życiu Diwy, z nią samą w głów­nej roli. Ale na ogół nie wie­dzą, że to przed­się­wzię­cie tylko dla roz­głosu, finan­suje je sam Den­ty­sta, i że pusz­czać go będą tylko kablówki w środku nocy.

I zapewne wie­dzą, że wszyst­kie cie­kaw­sze kawałki zostały pomi­nięte.

* * *

-?Jeśli cho­dzi o Den­ty­stę, mamy pewną prze­wagę -?powie­dział Avi. -?W spra­wach fili­piń­skich będzie dość prze­wi­dy­walny. Spo­kojny, nawet potulny.

-?Jak to?

-?Vic­to­ria Vigo wykur­wiła się z Dymią­cej Góry, nie?

-?No cóż, wszy­scy mru­gają i posztur­chują się łok­ciami, ale nikt jesz­cze mi tego nie powie­dział tak wprost. -?Randy rozej­rzał się ner­wowo wokół.

-?Uwierz mi, to jedyny spo­sób, żeby się stam­tąd wydo­stać. Strę­czy­ciel­stwem zaj­mo­wali się Bolo­bolo. To grupa z pół­noc­nego Luzonu, która dopchała się do wła­dzy wraz z Mar­co­sem. Do nich należy ta część mia­sta -?poli­cja, prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wana, radni, co nie tylko. I dla­tego ona też należy do nich; mają zdję­cia i nagra­nia z cza­sów gdy była nie­let­nią pro­sty­tutką i gwiazdką porno.

Randy pokrę­cił głową z nie­sma­kiem i osłu­pie­niem.

-?Skąd ty, do cho­lery, o tym wiesz?

-?Nie­ważne. Uwierz mi: w pew­nych krę­gach jest to znane rów­nie dobrze, jak war­tość ?.

-?Nie w moich.

-?W każ­dym razie, dow­cip polega na tym, że jej inte­resy są toż­same z inte­re­sami Bolo­bolo i zawsze będą. A Den­ty­sta zawsze potul­nie postąpi tak, jak powie mu żona.

-?Można tak zało­żyć? -?rzekł Randy. -?To twardy gość. Pew­nie ma wię­cej forsy i wpły­wów niż Bolo­bolo. Może robić co zechce.

-?Ale nie zrobi. -?Avi znów leciutko się uśmiech­nął. -?Zrobi, co każe mu żona.

-?Skąd wiesz?

-?Posłu­chaj. Kepler ma świra na punk­cie wła­dzy, tak jak więk­szość boga­tych, wpły­wo­wych gości. Prawda?

-?Tak.

-?Jeśli masz takiego świra, na jakie pre­fe­ren­cje sek­su­alne to się prze­kłada?

-?Mam nadzieję, że ni­gdy się nie dowiem. No, chyba, że chce się domi­no­wać nad kobietą.

-?Źle! -?odrzekł Avi. -?Seks to coś bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego, Randy. W sek­sie wycho­dzą najbar­dziej skry­wane pra­gnie­nia. Ludzie pod­nie­cają się najbar­dziej, gdy ujaw­nia się ich naj­głęb­sze tajem­nice...

-?Cho­lera! Kepler jest maso­chi­stą?

-?Jest takim maso­chi­stą, że był z tego znany. Przy­naj­mniej w branży ero­tycz­nej połu­dniowo-wschod­niej Azji. Alfonsy i mamuśki w Hong­kongu, Bang­koku, Shen­zhen, Manili, wszy­scy mieli teczki z jego gustami. Dokład­nie wie­dzieli, czego potrze­buje. No i w taki wła­śnie spo­sób poznał Vic­to­rię Vigo. Był w Manili i pra­co­wał nad spra­wami Fili­Tela. Sie­dział kupę czasu, a miesz­kał w hotelu nale­żą­cym do Bolo­bolo. Hotel był zaplu­skwiony. Bolo­bolo stu­dio­wali jego nawyki ero­tyczne jak ento­mo­lo­dzy bada­jący roz­mna­ża­nie mró­wek. Przy­go­to­wali Vic­to­rię Vigo -?ich asa z rękawa, bombę, sek­su­al­nego Ter­mi­na­tora -?żeby dała mu dokład­nie to, czego pra­gnie. Potem wystrze­lili ją w jego życie jak ste­ro­wany pocisk do pie­prze­nia i -?pier­dut! -?praw­dziwa miłość.

-?No, chy­baby coś podej­rze­wał, nie? W ogóle, dzi­wię się, że zadał się z kurwą.

-?Nie miał poję­cia, że jest kurwą! Na tym polega piękno tego planu! Bolo­bolo zała­twili jej fał­szywą toż­sa­mość -?recep­cjo­nistki w hotelu, w któ­rym miesz­kał Kepler! Skrom­nej dziew­czyny z kato­lic­kiej szkoły! Na początku zała­twia mu bilety do teatru, a po roku on jest przy­wią­zany do łóżka na tym cho­ler­nym mega­jach­cie, na dupie ma ślady po baciku, a ona stoi nad nim. Na palcu ma pier­ścio­nek wiel­ko­ści dyni, sto trzy­dzie­sta ósma kobieta na liście naj­bo­gat­szych na świe­cie.

-?Sto dwu­dzie­sta piąta -?popra­wił go Randy. -?Ostat­nio akcje Fili­Tela ostro poszły w górę.

* * *

Następne dni scho­dzą Randy'emu na uni­ka­niu Den­ty­sty. Mieszka w małym pry­wat­nym pen­sjo­na­cie na szczy­cie wyspy, co rano spo­ży­wa­jąc kon­ty­nen­talne śnia­da­nie w towa­rzy­stwie ame­ry­kań­skich i nip­poń­skich wete­ra­nów wojen­nych, któ­rzy przy­je­chali tutaj wraz z żonami w celu roz­wią­za­nia (jak podej­rzewa Randy) pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych milion razy poważ­niej­szych niż cokol­wiek, z czym on się w życiu spo­tkał. Rui Fale­iro rzuca się w oczy jak cho­lera -?dzięki niemu Randy dość dobrze wie, czy Den­ty­sta jest na pokła­dzie: po pro­stu śle­dzi ruchy heli­kop­tera i śli­zga­cza.

Kiedy sądzi, że jest bez­pieczny, scho­dzi na plażę poni­żej anteny mikro­fa­lo­wej i obser­wuje pra­cu­ją­cych nad kablem nur­ków Amy. Nie­któ­rzy pra­cują przy brzegu, skrę­ca­jąc śru­bami seg­menty żeliw­nego pan­ce­rza wokół kabla, inni kilka mil w głąb morza, współpra­cując z barką wty­ka­jącą kabel bez­po­śred­nio w muli­ste dno gigan­tycz­nym, podob­nym do tasaka narzę­dziem. Brze­gowy koniec kabla wbiega do nowego, żel­be­to­wego budynku, usta­wio­nego około stu metrów od gra­nicy przy­pływu. W środku ma jedno pomiesz­cze­nie, wypchane aku­mu­la­to­rami, gene­ra­to­rami, kli­ma­ty­za­to­rami i sprzę­tem elek­tro­nicz­nym. Randy jest odpo­wie­dzialny za cho­dzące na tym sprzę­cie opro­gra­mo­wa­nie, dla­tego spę­dza tam w środku mnó­stwo czasu. Gapi się w moni­tor i pisze. Stam­tąd linie trans­mi­syjne bie­gną pod górę do wieży z anteną mikro­fa­lową.

Drugi koniec kabla jest wła­śnie prze­dłu­żany w kie­runku boi koły­szą­cej się parę mil dalej na Morzu Połu­dnio­wo­chiń­skim. Jest do niej docze­piony koniec kabla pół­noc­no­lu­zoń­skiego, bie­gną­cego po wybrzeżu wyspy i nale­żą­cego do Fili­Tela. Idąc za nim wystar­cza­jąco długo, doszłoby się do budynku na pół­noc­nym przy­lądku wyspy, skąd odcho­dzi gruby kabel na Taj­wan. Z kolei Taj­wan jest połą­czony ze świa­tem gęstą sie­cią pod­mor­skich kabli. Na Taj­wan i z Taj­wanu można łatwo i tanio prze­słać dane.

W pry­wat­nym łączu, które Fili­Tel i Epi­phyte sta­rają się prze­pro­wa­dzić pomię­dzy Taj­wa­nem a cen­trum Manili, jest tylko jedna prze­rwa: i zwęża się z dnia na dzień, w miarę jak kła­dąca kabel barka posuwa się w stronę boi.

* * *

Kiedy tam wresz­cie dociera, Rui Fale­iro pod­nosi kotwicę i sunie barce na spo­tka­nie. Do akcji wkra­czają heli­kop­ter, śli­zgacz i flo­tylla wyna­ję­tych łodzi: zwożą z Manili dygni­ta­rzy i dzien­ni­ka­rzy. Poja­wia się Avi z dwoma nowiut­kimi smo­kin­gami, pro­sto od szan­ghaj­skiego krawca ("Wszy­scy ci sławni krawcy z Hong­kongu to uchodźcy z Szan­ghaju"). Wraz z Ran­dym roz­dzie­rają bibułki, wkła­dają nowe stroje i jadą nie­kli­ma­ty­zo­wa­nym jeep­neyem na przy­stań, gdzie ocze­kuje ich Glory.

Dwie godziny póź­niej Randy po raz pierw­szy może spoj­rzeć na Den­ty­stę i jego Diwę -?w wiel­kiej sali balo­wej Rui Fale­iro. Dla niego to takie przy­ję­cie jak każde inne: podaje ręce kilku oso­bom, zapo­mina ich nazwi­ska, szuka miej­sca do sie­dze­nia i w bło­giej samot­no­ści roz­ko­szuje się winem i potra­wami.

Tylko jedna rzecz jest tu nie­zwy­kła: na pokła­dzie leży para nasmo­ło­wa­nych kabli, o gru­bo­ści mniej wię­cej kija base­bal­lo­wego. Pod­cho­dząc do relingu i zer­ka­jąc w dół, zoba­czy się, że zbie­gają do morza. Ich końce spo­ty­kają się na stole pośrodku pokładu, gdzie przy­były z Hong­kongu tech­nik, też wbity w smo­king, z wali­zeczką narzę­dzi, wal­czy z ich połą­cze­niem. Wal­czy też z potęż­nym kacem, ale Randy nie robi z tego pro­blemu, bo wie, że to wszystko pic na wodę i foto­mon­taż: to tylko ścinki kabla, koń­czące się w wodzie tuż za jach­tem. Praw­dziwe połą­cze­nie doko­nało się wczo­raj -?przez spo­czy­wa­jący na dnie morza kabel już lecą bity.

Pewien facet na pokła­dzie rufówki gapi się głów­nie na Bata'an i Cor­re­gi­dor, ale Randy'ego też ma na oku. Kiedy Randy go zauważa, ten kiwa głową, jakby odfaj­ko­wy­wał coś na liście spraw do zała­twie­nia, wstaje i pod­cho­dzi do niego. Nosi wyjąt­kowo strojny mun­dur, który jest w mary­narce wojen­nej chyba odpo­wied­ni­kiem stroju wie­czo­ro­wego. Pra­wie nie ma wło­sów, a ich resztki są sta­lo­wo­szare i ścięte na dłu­gość około pię­ciu mili­me­trów. Gdy zbliża się ku niemu, kilku Fili­piń­czy­ków cie­ka­wie odwraca za nim głowy.

-?Randy -?odzywa się.

Kiedy potrząsa jego prawą dło­nią, medale podzwa­niają. Jest chyba około pięć­dzie­siątki, ale skórę ma jak osiem­dzie­się­cio­letni Beduin. Na piersi mnó­stwo bare­tek, więk­szość żół­tych i czer­wo­nych, co Randy nie­ja­sno koja­rzy z Wiet­na­mem. Nad kie­sze­nią ma mały pla­sti­kowy iden­ty­fi­ka­tor z nazwi­skiem sha­ftoe.

-?Nie daj się nabrać, Randy -?mówi Douglas MacAr­thur Sha­ftoe. -?Nie jestem już w woj­sku. Od wie­ków w sta­nie spo­czynku. Ale mam prawo nosić ten mun­dur. A to o wiele łatwiej­sze niż szu­kać cho­ler­nego smo­kingu, który by na mnie paso­wał.

-?Miło mi pana poznać.

-?Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie. A pan ma swój skąd, że tak zapy­tam?

-?Mój smo­king?

-?No, tak.

-?Mój part­ner go zamó­wił.

-?Pana part­ner sek­su­alny czy part­ner w inte­re­sach?

-?W inte­re­sach. Aktu­al­nie nie posia­dam part­nera sek­su­al­nego.

Doug Sha­ftoe bez­na­mięt­nie potrząsa głową.

-?To ozna­cza, że nie przy­gru­chał pan sobie żad­nego part­nera w Manili. Tak jak, nie przy­mie­rza­jąc, nasz gospo­darz.

Randy zerka przez salę balową na Vic­to­rię Vigo: gdyby była jesz­cze bar­dziej roz­pro­mie­niona, ze ścian łusz­czy­łaby się farba, a szyby w oknach topi­łyby się jak kar­mel.

-?Chyba po pro­stu jestem nie­śmiały -?odpo­wiada.

-?Zbyt nie­śmiały, by wysłu­chać oferty biz­ne­so­wej?

-?Nie, skądże.

-?Moja córka sądzi, że pan oraz gospo­darz przy­ję­cia być może będzie­cie nie­długo kłaść w oko­licy jakieś kable.

-?W biz­ne­sie rzadko pla­nuje się robić coś tylko raz. To bruź­dzi potem w księ­go­wo­ści.

-?Już pan wie, że wody tutaj są płyt­kie.

-?Tak.

-?Wie pan także, że nie można ukła­dać kabli w płyt­kiej wodzie, jeśli nie zrobi się bar­dzo szcze­gó­ło­wych badań sona­rem bocz­nym o wyso­kiej roz­dziel­czo­ści.

-?Tak.

-?Chciał­bym wyko­nać dla was takie bada­nia.

-?Rozu­miem.

-?Nie, nie sądzę. Ale zależy mi, by pan zro­zu­miał. Posta­ram się wyja­śnić.

-?Dobrze -?odpo­wiada Randy. -?Czy mam przy­pro­wa­dzić swego part­nera?

-?Mój pomysł jest bar­dzo pro­sty i roz­wa­że­nie go nie wymaga dwóch pierw­szo­rzęd­nych umy­słów.

-?No dobra. Co to za pomysł?

-?Szcze­gó­łowy skan będzie zawie­rał od cho­lery infor­ma­cji na temat tego, co ewen­tu­al­nie znaj­duje się na dnie. Nie­które takie infor­ma­cje mogą być cenne. Cen­niej­sze niż się panu wydaje.

-?Ach -?mówi Randy. -?Zna­czy: mogą być tam takie rze­czy, na któ­rych pana firma potrafi się wzbo­ga­cić.

-?Otóż to. Jeżeli wynaj­mie­cie do bada­nia dna któ­re­goś z naszych kon­ku­ren­tów, a oni tra­fią na coś w tym stylu, to nic wam nie powie­dzą. Wycią­gną to sami. Nie będzie­cie wie­dzieć, że coś zna­leźli, i nic na tym nie zaro­bi­cie. Lecz Sem­per Marine Servi­ces, czyli my, powiemy wam o wszyst­kich zna­le­zi­skach i zagwa­ran­tu­jemy udział w ewen­tu­al­nych pro­fi­tach.

-?Hmmmm. -?Randy pró­buje przy­brać poke­rową minę, ale wie, że Sha­ftoe widzi go na wylot.

-?Pod jed­nym warun­kiem -?dodaje Doug Sha­ftoe.

-?Podej­rze­wa­łem, że musi być jakiś waru­nek.

-?Każdy porządny haczyk ma zadzior. To jest zadzior.

-?Mia­no­wi­cie? -?pyta Randy.

-?Zacho­wamy to przed tym skur­wy­sy­nem w tajem­nicy. -?Doug wska­zuje kciu­kiem Huberta Keplera. -?Jeśli Den­ty­sta się dowie, to razem z Bolo­bo­los podzielą się naszymi zyskami, a my nie zoba­czymy nic. Moż­liwe nawet, że skoń­czymy w cha­rak­te­rze zwłok.

-?Pro­blem zwłok to coś, co rze­czy­wi­ście należy wziąć pod uwagę -?zga­dza się Randy. -?Posta­ram się prze­ka­zać pana pro­po­zy­cję mojemu part­ne­rowi.

Metro

Metro

Water­ho­use oraz kil­ku­dzie­się­ciu nie­zna­jo­mych stoją lub sie­dzą w wyjąt­kowo dłu­gim, wąskim pomiesz­cze­niu, które koły­sze się na boki. Są tu okna, ale nie wpusz­czają świa­tła tylko dźwięk: tur­kot, łoskot i zgrzyty. Wszy­scy są zato­pieni w myślach i mil­czą, jakby sie­dzieli w kościele i cze­kali na odpa­le­nie nabo­żeń­stwa.

Water­ho­use stoi, trzy­ma­jąc się przy­śru­bo­wa­nej do sufitu wypu­kło­ści, dzięki czemu nie pada na tyłek. Przez ostat­nie kilka minut stu­dio­wał pla­kat instru­ujący, jak nało­żyć maskę prze­ciw­ga­zową. Tak jak wszy­scy, ma przy sobie takie urzą­dze­nie, w brą­zo­wo­sza­rej bre­zen­to­wej tor­bie na ramię. Maska Water­ho­use'a wygląda tro­chę ina­czej, bo jest ame­ry­kań­ska i woj­skowa. Przy­cią­gnęła już parę spoj­rzeń.

Na pla­ka­cie wid­nieje piękna i modna kobieta o śnież­no­bia­łej cerze i kasz­ta­no­wych wło­sach -?wyglą­dają, jakby dobry salon fry­zjer­ski roz­pu­ścił je środ­kami che­micz­nymi, a potem ufor­mo­wał w obecny kształt. Jest wypro­sto­wana, ma unie­siony pod­bró­dek, zgięte łok­cie, ręce w rytu­al­nym geście: roz­ca­pie­rzone palce, kciuki ster­czące w górę tuż przed twa­rzą. Pomię­dzy dłońmi zwisa zło­wrogi zwój, pod­trzy­my­wany kocią koły­ską gumo­wych pasków w kolo­rze khaki. Unie­sione kciuki sta­no­wią zawleczki zabez­pie­cza­jące tę szy­kowną sieć.

Water­ho­use jest już czas jakiś w Lon­dy­nie, dla­tego zna ciąg dal­szy. Poznałby ten gest wszę­dzie: to pozy­cja wyj­ściowa do zaata­ko­wa­nia pod­bród­kiem maski prze­ciw­ga­zo­wej. Kiedy na mia­sto spad­nie gaz, zabrzę­czą spe­cjalne dzwonki, a czubki pan­cer­nych skrzy­nek pocz­to­wych, poma­lo­wane spe­cjalną farbą, sczer­nieją. W zie­lon­kawe, tru­jące niebo wznie­sie się dwa­dzie­ścia milio­nów kciu­ków, a dzie­sięć milio­nów pod­bród­ków wsu­nie się w maski. Może sobie wręcz wyobra­zić piękny, uwo­dzi­ciel­ski dźwięk, który wyda biała, deli­katna skóra tej kobiety, wsu­wa­jąc się w cia­sną komorę z czar­nej gumy.

Kiedy uda się wsu­nię­cie pod­bródka, wszystko jest w porządku. Trzeba ład­nie uło­żyć paski wokół kasz­ta­no­wej ondu­la­cji i scho­wać się w budynku, ale naj­gor­sze nie­bez­pie­czeń­stwo minęło. Angiel­skie maski mają na przo­dzie okrą­gły otwór wyde­chowy, który wygląda dokład­nie jak świń­ski ryj -?żadna kobieta w życiu by tego nie wło­żyła, gdyby modelki na pla­ka­tach pro­pa­gan­do­wych nie były ucie­le­śnie­niem piękna z wyż­szych sfer.

Coś w mroku za oknem przy­ciąga jego wzrok. Pociąg wje­chał w część Pod­zie­mia, gdzie skąpe świa­tło prze­są­cza się z góry niczym przez lufę kara­binu, zdra­dza­jąc hade­sowe tajem­nice Metra. Wszy­scy w wago­nie mru­gają, roz­glą­dają się i łapią oddech. Wokół nich na chwilę znów zma­te­ria­li­zo­wał się Świat. W prze­strzeni uno­szą się frag­menty ścian, omszałe dźwi­gary i wiązki kabli, obra­ca­jąc się powoli w miarę ruchu pociągu.

Jego uwagę przy­ku­wają zwłasz­cza kable: ele­gancko, rów­no­le­gle przy­pięte do kamien­nych ścian. Są jak pędy jakie­goś plu­to­nicz­nego blusz­czu, który ukrad­kiem roz­ra­sta się w ciem­no­ściach Metra, kiedy ekipy remon­towe nie patrzą. Szuka drogi na powierzch­nię, ku świa­tłu.

Idąc po ulicy Nad­zie­mia, widzi się nie­kiedy pierw­sze macki wpeł­za­jące w górę po sta­ro­żyt­nych ścia­nach. Pokryte neo­pre­nem pną­cza, rosnące po liniach pro­stych wzdłuż murów i wci­ska­jące się przez otwory w ramach okien­nych, celują zwłasz­cza w biura. Cza­sem osła­nia się je meta­lo­wymi rur­kami. Cza­sem wła­ści­ciele budynku malują je farbą. Jed­nakże wszyst­kie one mają jeden wspólny sys­tem korze­niowy, roz­ra­sta­jący się w nie­uży­wa­nych tune­lach i cze­lu­ściach Metra, zbie­ga­jący się w gigan­tycz­nych cen­tra­lach ukry­tych w głę­bo­kich schro­nach prze­ciw­lot­ni­czych.

Pociąg wjeż­dża do kate­dry wybla­kłego żół­tego świa­tła i z jękiem staje, wypeł­nia­jąc peron. W niszach i gro­tach jarzą się groź­nie sym­bole bry­tyj­skiej para­noi: na jed­nym końcu moral­nego con­ti­nuum znaj­duje się aniel­ska kobieta z maską prze­ciw­ga­zową, na dru­gim sukub w obci­słej spód­niczce, roz­wa­lony na sofie pośrodku przy­ję­cia, uśmie­cha­jący się afek­to­wa­nie spod sztucz­nych rzęs, pod­słu­chu­jący papla­ninę mło­dych, naiw­nych żoł­nie­rzy­ków.

Tablice na ścia­nach oznaj­miają "Dwo­rzec Euston" gustowną anty­kwą, aż pro­mie­niu­jącą urzę­dową wia­ry­god­no­ścią. Water­ho­use i więk­szość pasa­że­rów wysiada. Po kwa­dran­sie ryko­sze­to­wa­nia po zauł­kach sta­cji, pyta­nia o drogę i ana­li­zo­wa­nia roz­kła­dów jazdy, ląduje w pośpiesz­nym do Bir­ming­ham. Po dro­dze, jak mu obie­cano, zatrzyma się w miej­sco­wo­ści pod nazwą Blet­chley.

Jedną z przy­czyn zamie­sza­nia jest fakt, że z sąsied­niego toru odjeż­dża inny pociąg, pro­sto do Blet­chley, bez żad­nych przy­stan­ków. Jak się zdaje, sie­dzą w nim wyłącz­nie kobiety w para­mi­li­tar­nych mun­du­rach.

Żoł­nie­rze RAF-u ze ste­nami, trzy­ma­jący straż przy każ­dych drzwiach tego pociągu, spraw­dza­jący doku­menty i prze­pustki, nie chcą go tam wpu­ścić. Przez żół­tawy poblask okien widać dziew­częta z Blet­chley, sie­dzące naprze­ciwko sie­bie rzę­dami po cztery albo pięć; wycią­gają z tore­bek robótki i prze­obra­żają kłębki szkoc­kiej wełny w komi­niarki i ręka­wice dla załóg pół­noc­no­atlan­tyc­kich kon­wo­jów, piszą listy do braci na fron­cie i rodzi­ców w domu. Straż­nicy stoją przy drzwiach, dopóki wszyst­kie nie zostaną zamknięte, a pociąg nie ruszy. Kiedy nabiera szyb­ko­ści, rzędy plot­ku­ją­cych, piszą­cych i robią­cych na dru­tach dziew­cząt zle­wają się, two­rząc coś, co zapewne bar­dzo przy­po­mina obiekt czę­sto widy­wany w snach przez żoł­nie­rzy lub mary­na­rzy. Water­ho­use ni­gdy nie będzie takim żoł­nie­rzem, na linii frontu, w kon­tak­cie z nie­przy­ja­cie­lem. Posma­ko­wał owocu zaka­za­nej wie­dzy. Nie wolno mu zna­leźć się tam, gdzie mógłby być schwy­tany przez wroga.

* * *

Wagony wyła­niają się z mroku w cegla­nym kanio­nie i zmie­rzają na pół­noc. Jest około trze­ciej: ów spe­cjalny pociąg do Blet­chley pew­nie wiózł dziew­czyny na drugą zmianę.

Water­ho­use prze­czuwa, że on nie będzie pra­co­wał w jakich­kol­wiek zmia­nach czy godzi­nach. Jego wór mary­nar­ski -?który spa­ko­wano za niego -?jest aż ciężki od pod­po­wia­da­nych przez ubra­nia suge­stii: grube impre­gno­wane weł­niane swe­try, tro­pi­kalne mun­dury armii i mary­narki, czarna maska nar­ciar­ska, pre­zer­wa­tywy.

Pociąg powoli wydo­bywa się z mia­sta i wjeż­dża na teren usiany małymi mia­stecz­kami-sypial­niami. Water­ho­use czuje, jak wci­ska go w sie­dze­nie, i podej­rzewa, że jedzie tro­chę pod górę. Prze­jeż­dżają przez jakby wyrą­bane sie­kierą wycię­cie w łań­cu­chu nie­wy­so­kich wzgórz i wśli­zgują się w piękny kra­jo­braz lekko wzno­szą­cych się szma­rag­do­wych pól, losowo upstrzo­nych małymi bia­łymi kap­suł­kami -?sądzi, że to są owce.

Oczy­wi­ście, ich roz­miesz­cze­nie zapewne wcale nie jest losowe - praw­do­po­dob­nie odzwier­cie­dla zmiany w skła­dzie che­micz­nym gleby, dające trawę, która sma­kuje owcom mniej lub bar­dziej. Mając zdję­cia lot­ni­cze, Niemcy mogliby nakre­ślić mapę składu che­micz­nego bry­tyj­skich gleb, opartą na ana­li­zie roz­miesz­cze­nia owiec.

Pola ota­czają stare żywo­płoty, kamienne murki, albo, zwłasz­cza na wyży­nach, dłu­gie zagony lasu. Po mniej wię­cej godzi­nie po lewej stro­nie poja­wia się las, pokry­wa­jący powoli wzno­szące się nad torami zbo­cze. Pociąg hamuje z sykiem i, poję­ku­jąc, zatrzy­muje się na małej sta­cyjce. Tory są jed­nak tro­chę bar­dziej splą­tane i poroz­ga­łę­ziane niż na innych małych sta­cyj­kach. Water­ho­use wstaje, roz­sta­wia nogi, przy­biera postawę zapa­śnika sumo i ata­kuje swój wór mary­nar­ski. Wór chyba wygrywa, bo wypy­cha go przez drzwi wagonu na peron.

Tro­chę moc­niej niż wszę­dzie pach­nie tu węglem, a z nie­da­leka dobiega gło­śny łoskot. Water­ho­use roz­gląda się wzdłuż torów i odkrywa roz­ło­żony pomię­dzy mnó­stwem bocz­nic wielki zakład prze­my­słowy. Gapi się na niego przez kilka minut, gdy jego pociąg odjeż­dża na pół­noc, i widzi, że na sta­cji Blet­chley napra­wiają paro­wozy. Water­ho­use lubi pociągi.

Ale nie dla­tego otrzy­mał dar­mowy worek ciu­chów i bilet do Blet­chley, zatem jesz­cze raz ata­kuje wór i tasz­czy go po scho­dach na kryty mostek bie­gnący nad torami. Na dworcu widzi mnó­stwo zmie­rza­ją­cych ku niemu dziew­cząt z Blet­chley, Waafek i Wre­nek13; wła­śnie skoń­czyła się dzienna zmiana, pole­ga­jąca na prze­twa­rza­niu pozor­nie loso­wych liter i cyfr na skalę wiel­ko­prze­my­słową. Nie chcąc nara­zić się w ich oczach na śmiesz­ność, wresz­cie wma­new­ro­wuje wór na plecy, prze­kłada ręce przez paski i pozwala, by jego cię­żar popy­chał go naprzód, przez mostek.

Waafki i Wrenki nie­spe­cjal­nie inte­re­sują się nowo przy­by­łym ame­ry­kań­skim ofi­ce­rem. A może są po pro­stu prze­sad­nie skromne. W każ­dym razie, Water­ho­use wie, że jest jed­nym z nie­licz­nych, ale nie pierw­szym. Wór popy­cha go przez jed­no­izbową sta­cyjkę jak gruby poli­cjant pro­wa­dzący pijaka przez hol pod­łego hotelu. Potem wyrzuca go na pas otwar­tej prze­strzeni wzdłuż drogi bie­gną­cej z pół­nocy na połu­dnie. Naprze­ciw niego wyra­sta pusz­cza. Wszel­kie złu­dze­nia, że jest otwarta i zapra­sza­jąca, nisz­czą inten­sywne pobły­ski świa­tła z jej skraju -?nisko sto­jące słońce zdra­dza, że obszar ten jest wypeł­niony ostrymi meta­lo­wymi przed­mio­tami. Prze­sieka w lesie wypluwa Waafki i Wrenki jak wąski wylot gigan­tycz­nego gniazda szer­szeni.

Water­ho­use musi iść naprzód. W prze­ciw­nym razie wór obali go na plecy i tak już zosta­nie na tym par­kingu, bez­rad­nie prze­bie­ra­jący koń­czy­nami jak prze­wró­cony chrząszcz. Dla­tego rusza chwiej­nie, prze­cho­dzi przez drogę i celuje w sze­roką ścieżkę pośrodku prze­sieki. Ota­czają go dziew­częta z Blet­chley. Uczciły faj­rant, malu­jąc usta szminką. Wojenna szminka jest na pewno poskle­jana z odpad­ków i resz­tek, po tym jak wszystko co naj­lep­sze zużyto do pokry­wa­nia wałów śmi­gieł. Aby ukryć jej paskudne mine­ralno-zwie­rzęce pocho­dze­nie, potrzebny jest krzy­kliwy, zbyt inten­sywny aro­mat.

To zapach wojny.

Water­ho­use nie został jesz­cze opro­wa­dzony po Blet­chley Park, ale wie z grub­sza, o co cho­dzi. Wie, że te nie­śmiałe dziew­częta, posłusz­nie, zmiana za zmianą, prze­pusz­cza­jące przez swe maszyny ryzy zapeł­nio­nego bzdu­rami papieru, zabiły razem wię­cej żoł­nie­rzy niż Napo­leon.

Powoli, z pokorą posuwa się naprze­ciwko fal odjeż­dża­ją­cej pierw­szej zmiany. W pew­nym momen­cie zwy­czaj­nie się pod­daje: odcho­dzi krok w bok, rzu­tem ciała zwala wór w zaro­śla, zapala papie­rosa i czeka, aż minie go grupa stu dziew­cząt. Coś sztur­cha go w kostkę: łodyga maliny z gniew­nymi cier­niami. Dźwiga nie­na­tu­ral­nie wielką i regu­larną sieć paję­czą; jej kon­cen­tryczne nitki lśnią w pro­mie­niach niskiego popo­łu­dnio­wego słońca. Pośrodku sie­dzi fleg­ma­tyczny bry­tyj­ski pająk, cał­kiem nie­wzru­szony nie­sko­or­dy­no­wa­nymi jan­ke­skimi ruchami Water­ho­use'a.

Water­ho­use wyciąga rękę i łapie spa­da­jący wła­śnie żół­to­brą­zowy wią­zowy liść. Kuca, wtyka papie­rosa w kącik ust, po czym obu­rącz (dla sta­bil­no­ści) prze­ciąga zębatą kra­wę­dzią liścia po jed­nej z pro­mie­ni­stych nitek sieci -?wie, że na nich nie będzie tej kle­istej sub­stan­cji. Liść wzbu­dza dość regu­larną wibra­cję sieci, jak smy­czek na stru­nie. Pająk odwraca się twa­rzą do niego, obra­ca­jąc się momen­tal­nie, jak postać na źle pocię­tym fil­mie. Water­ho­use jest tak zasko­czony szyb­ko­ścią tego ruchu, że cofa się nieco, dopiero potem prze­ciąga liść jesz­cze raz po nitce. Pająk sztyw­nieje, słu­cha­jąc wibra­cji.

W końcu wraca do pier­wot­nej pozy­cji i robi to co przed­tem, zupeł­nie go igno­ru­jąc.

Pająki potra­fią poznać po drga­niach sieci, jaki owad się zła­pał, i tra­fić do niego. Dla­tego sieci są pro­mie­ni­ste, a pająk zawsze sie­dzi pośrodku. Nici służą mu za prze­dłu­że­nie sys­temu ner­wo­wego. Infor­ma­cja pły­nie po jedwa­biu do wnę­trza pająka, gdzie prze­twa­rza ją jakaś maszyna Turinga. Water­ho­use pró­bo­wał wielu róż­nych sztu­czek, ale nie udało mu się zmy­lić pająka. Nie­do­bry omen!

Pod­czas eks­pe­ry­mentu nauko­wego chyba skoń­czyły się godziny szczytu. Znów ata­kuje wór. W walce poko­nują kolejne sto metrów ścieżki, która w końcu wycho­dzi na drogę: dokład­nie w miej­scu, gdzie prze­gra­dza ją żela­zna brama wetknięta mię­dzy głu­pawe obe­li­ski z czer­wo­nej cegły. Straż­nicy to znów żoł­nie­rze RAF-u ze ste­nami, wła­śnie spraw­dzają doku­menty faceta w cięż­kiej płó­cien­nej pele­ry­nie i goglach, który przed chwilą przy­je­chał tu na woj­sko­wym, zie­lo­nym moto­cy­klu z sakwami po bokach tyl­nego koła. Sakwy nie są spe­cjal­nie wypchane, ale za to sta­ran­nie zabez­pie­czone; jest w nich amu­ni­cja, którą dziew­częta ładują w kle­ko­cące pasz­cze swych żar­łocz­nych maszyn.

Straż­nicy wpusz­czają go. Natych­miast skręca w lewo w wąską alejkę. Straż sku­pia się na Law­ren­sie. Po sto­sow­nych salu­tach oka­zuje swe papiery. Musi wybrać jeden z kilku zesta­wów, czego nie udaje mu się ukryć przed straż­ni­kami. Ale ci nie są tym zanie­po­ko­jeni ani nawet zacie­ka­wieni, co bar­dzo różni ich od więk­szo­ści straż­ni­ków, z któ­rymi sty­kał się Water­ho­use. Oczy­wi­ście, nie ma ich na liście Ultra Mega, więc wyja­śnie­nie im, że przy­je­chał tu w spra­wie Ultra Mega byłoby cięż­kim wykro­cze­niem prze­ciwko bez­pie­czeń­stwu. Wygląda jed­nak na to, że przyj­mo­wali tutaj już wielu gości, któ­rzy nie umieli podać praw­dzi­wego celu podróży, bo nawet nie mru­gną okiem, kiedy Water­ho­use udaje, że jest jed­nym z ofi­ce­rów łącz­ni­ko­wych z Baraku 4 lub 8.

W Baraku 8 deszy­fruje się radio­gramy Enigm z Krieg­sma­rine. Barak 4 otrzy­muje te komu­ni­katy i ana­li­zuje je. Jeśli Water­ho­use uda, że jest z Baraku 4, kłam­stwo będzie miało krót­kie nogi: ci faceci muszą znać się tro­chę na mary­narce. Nato­miast cha­rak­te­ry­styka faceta z Baraku 8 dosko­nale doń pasuje: oni nie muszą znać się na niczym z wyjąt­kiem czy­stej mate­ma­tyki.

Jeden z żoł­nie­rzy RAF-u stu­diuje jego papiery, potem wcho­dzi do małej budki i kręci korbką tele­fonu. Water­ho­use stoi nie­spo­koj­nie, podzi­wia­jąc zwi­sa­jącą z ramion żoł­nie­rzy broń. O ile dobrze widzi, to tylko sta­lowa rurka z zamo­co­wa­nym na jed­nym końcu spu­stem. Wąskie okienko wycięte wzdłuż rury uka­zuje zwi­niętą wewnątrz sprę­żynę. Kilka uchwy­tów i wihaj­strów przy­spa­wa­nych tu i ówdzie spra­wia, że całość wygląda jak kiep­sko pomy­ślany wyna­la­zek z zajęć prak­tyczno-tech­nicz­nych.

-?Kapi­ta­nie Water­ho­use? Ma pan iść pro­sto do Dworku -?mówi straż­nik, który tele­fo­no­wał. -?Na pewno pan pozna.

Water­ho­use prze­cho­dzi kil­ka­na­ście metrów i zauważa, że Dwo­rek rze­czy­wi­ście jest tra­gicz­nie nie do prze­ocze­nia. Przy­staje i zaczyna się gapić, pró­bu­jąc zgłę­bić, co też archi­tekt miał na myśli. Budowla jest nie­sa­mo­wi­cie skom­pli­ko­wana, z ogromną liczbą ścian szczy­to­wych pod dachem. Można tylko przy­pusz­czać, że archi­tekt miał w pla­nach ogromny, ogromny wolno sto­jący dom, ale chciał zaka­mu­flo­wać go w postaci kilku bar­dzo do sie­bie nie­pa­su­ją­cych miej­skich sze­re­gow­ców, w nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób ści­śnię­tych pośrodku dwu­stu­hek­ta­ro­wego pola w Buc­kin­gham­shire.

Domo­stwo wygląda na zadbane, choć, pod­cho­dząc bli­żej, widzi pnące się po murach czarne liany. Ten sam sys­tem korze­niowy, który zauwa­żył w metrze, dotarł aż tutaj, pod lasami i pastwi­skami, i zaczął wypusz­czać nad zie­mię neo­pre­nowe pędy. Jed­nakże ten orga­nizm nie jest foto­tro­piczny - nie dąży do świa­tła, rosnąc ku słońcu. Jest info­tro­piczny. I przy­wę­dro­wał tutaj z tego samego powodu, dla któ­rego poja­wili się tu info­tro­piczni ludzie, na przy­kład Law­rence Prit­chard Water­ho­use i dr Alan Mathi­son Turing: ponie­waż Blet­chley Park ma w świe­cie infor­ma­cji z grub­sza taką pozy­cję jak Słońce w Ukła­dzie Sło­necz­nym. Wokół niego krążą armie, nacje, pre­mie­rzy, pre­zy­denci i geniu­sze, nie po jed­no­staj­nych orbi­tach pla­net, ale po zwa­rio­wa­nych, zwi­chro­wa­nych elip­sach i hiper­bo­lach komet oraz zbłą­ka­nych aste­ro­idów.

Dr Rudolf von Hac­kl­he­ber nie wie o Blet­chley Park, ponie­waż to druga z naj­ści­ślej strze­żo­nych tajem­nic, obok Ultra Mega. Ale sie­dząc w swym ber­liń­skim gabi­ne­cie, prze­sie­wa­jąc donie­sie­nia z Beobach­tung Dienst, może cza­sem usta­lić frag­menty owych tra­jek­to­rii i sta­wiać hipo­tezy, dla­czego są takie, a nie inne. Jeśli jedyna logiczna hipo­teza brzmi: alianci zła­mali Enigmę, ozna­cza to, że Jed­nostka 2702 ponio­sła klę­skę.

Law­rence znów oka­zuje papiery i wcho­dzi pomię­dzy parę znisz­czo­nych nie­po­godą gry­fów. Kiedy już nie widać zewnętrz­nej strony, dwo­rek jest cał­kiem, cał­kiem. Kształt pseu­do­sze­re­gó­wek sprzyja wsta­wia­niu wielu okien w wyku­szach, co daje wiele tak potrzeb­nego tutaj świa­tła. Skle­pie­nie holu wspie­rają gotyc­kie łuki i kolumny wyko­nane z wyraź­nie pod­łego gatunku mar­muru, przy­po­mi­na­ją­cego z wyglądu zesta­lone ścieki.

Jest tu zadzi­wia­jąco gło­śno: pośpieszny kle­kot, przy­po­mi­na­jący burz­liwą owa­cję, prze­nika ściany i drzwi, nie­sione prą­dami gorą­cego powie­trza o ostrej ole­istej woni. To szcze­gólny zapach: zapach telek­sów, albo dale­ko­pi­sów, jak je nazy­wają Angole. Ta woń i to cie­pło suge­rują, że gdzieś na dole musi być ich kil­ka­dzie­siąt.

Water­ho­use wcho­dzi wyło­żoną drew­nem klatką scho­dową na pierw­sze pię­tro, według bry­tol­skiej nomen­kla­tury. Oka­zuje się cich­sze i chłod­niej­sze. Tutaj są gabi­nety wiel­kich szych Blet­chley Park. Jeśli ta insty­tu­cja jest zarzą­dzana według wzo­ro­wych form biu­ro­kra­tycz­nych, to po wstęp­nej roz­mo­wie Water­ho­use już ni­gdy nie ujrzy tego miej­sca. Znaj­duje gabi­net puł­kow­nika Chat­tana (na widok tabliczki na drzwiach coś mu prze­ska­kuje w pamięci), który znaj­do­wał się na szczy­cie sche­matu orga­ni­za­cyj­nego Jed­nostki 2702.

Chat­tan wstaje na powi­ta­nie. Jest ruda­wym, błę­kit­no­okim face­tem. Pew­nie miałby także rumiane policzki, gdyby nie ciemna pustynna opa­le­ni­zna. Nosi galowy mun­dur: w Anglii mun­dury ofi­cer­skie szyje się u krawca, to jedyny spo­sób, by je uzy­skać. Water­ho­use nie dba spe­cjal­nie o stroje, ale nawet on od razu widzi, że tego mun­duru nie zszyła mamu­sia, w kilka wie­czo­rów przed pło­ną­cym komin­kiem. Nie, nie, Chat­tan ma wła­snego, porząd­nego krawca. Ale jego nazwi­ska nie wyma­wia "łotr Haus" jak ci goście z Broad­way Buil­dings. "R" jest twarde i chru­piące, a "house" wydłu­żone na kształt "huus". Dzi­waczny akcent ma ten Chat­tan.

Wraz z nim sie­dzi drob­niej­szy facet w bry­tyj­skim mun­du­rze robo­czym - obci­słym w nad­garst­kach i kost­kach, a gdzie indziej zblu­zo­wa­nym, z gru­bej fla­neli khaki, która byłaby nie­moż­li­wie cie­pła, gdyby nie mieli tu ide­al­nie sta­łej tem­pe­ra­tury -?około trzy­na­stu stopni, tak wewnątrz, jak na zewnątrz. Ogólny efekt wizu­alny zawsze przy­wo­dzi Water­ho­use'owi na myśl dok­tora Den­tona14. Zostaje przed­sta­wiony jako porucz­nik Rob­son; dowo­dzi jed­nym z oddzia­łów Jed­nostki 2702 -?ludźmi z RAF-u. Ma szorstki, siwo-kasz­ta­nowy wąsik, bar­dzo krótko przy­cięty. Jest jowialny, przy­naj­mniej w obec­no­ści wyż­szych stop­niem, i czę­sto się uśmie­cha. Jego zęby wystają z dzią­seł pro­mie­ni­ście -?obie szczęki koja­rzą się z pusz­kami kawy, w któ­rych eks­plo­do­wał nie­wielki gra­nat.

-?To jest czło­wiek, na któ­rego cze­ka­li­śmy -?mówi Chat­tan do Rob­sona. - Ten, który przy­dałby się nam w Algie­rii.

-?Tak! -?rzuca Rob­son. -?Witamy w Spe­cjal­nej Jed­no­stce 2701, kapi­ta­nie Water­ho­use.

-?2702 -?mówi Water­ho­use.

Chat­tan i Rob­son są lekko zdzi­wieni.

-?Nie możemy użyć liczby 2701, ponie­waż jest ilo­czy­nem dwóch liczb pierw­szych.

-?Co takiego? -?mówi Rob­son.

Jedna rzecz, która się Water­ho­use'owi podoba w tych Ango­lach: kiedy nie kapują, o czym mówisz, to, że przy­naj­mniej dopusz­czają moż­li­wość, że to ich wina. Rob­son wygląda na faceta, który awan­so­wał na ofi­cera od samego dołu. Jan­kes tego typu byłby już obra­żony i aro­gancki.

-?Któ­rych? -?pyta Chat­tan. To nie­źle: przy­naj­mniej wie, co to jest liczba pierw­sza.

-?73 i 37 -?odpo­wiada Water­ho­use.

Robi to na Chat­ta­nie głę­bo­kie wra­że­nie:

-?Ach tak, rze­czy­wi­ście. -?Kręci głową. -?Będę musiał się tro­chę pona­bi­jać z Pro­fe­sora.

Rob­son prze­krzy­wił głowę, pra­wie kła­dąc ją na gru­bym weł­nia­nym bere­cie zatknię­tym za pagon. Mruży oczy i wygląda na skon­ster­no­wa­nego. Jego hipo­te­tyczny jan­ke­ski odpo­wied­nik praw­do­po­dob­nie zażą­dałby teraz kom­plet­nego wykładu na temat liczb pierw­szych, a na koniec zawy­ro­ko­wał, że wszystko to jedno wiel­kie gówno. Ale Rob­son pusz­cza to mimo uszu.

-?Czy dobrze zro­zu­mia­łem, będziemy zmie­niać numer naszej jed­nostki?

Water­ho­use prze­łyka ślinę. Z reak­cji Rob­sona jasno wynika, że będzie to wyma­gało od jego ludzi mnó­stwo roboty: tygo­dnie zama­lo­wy­wa­nia, prze­ma­lo­wy­wa­nia oraz prób prze­pchnię­cia nowego numeru przez armijną biu­ro­kra­cję. Upier­dliwe jak cho­lera.

-?Ma być 2702 -?rzuca pogod­nie Chat­tan. W prze­ci­wień­stwie do Water­ho­use'a, nie ma kło­po­tów z wyda­wa­niem trud­nych, nie­po­pu­lar­nych pole­ceń.

-?No dobrze, muszę iść, zała­twić parę spraw. Miło było pana poznać, kapi­ta­nie Water­ho­use.

-?Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie.

Rob­son znów ści­ska dłoń Water­ho­use'a i prze­pra­sza.

-?Mamy dla pana prze­pustkę do jed­nego z bara­ków na połu­dnie od kan­tyny - mówi Chat­tan. -?Nomi­nal­nie naszą kwa­terą główną jest Blet­chley Park, ale sądzę, że naj­czę­ściej będziemy prze­by­wać tam, gdzie naj­bar­dziej inten­syw­nie korzy­sta się z Ultra.

-?Rozu­miem, że był pan w Afryce Pół­noc­nej.

-?Tak. -?Chat­tan unosi brwi, a raczej frag­menty twa­rzy, gdzie praw­do­po­dob­nie znaj­dują się brwi; ich włosy są bez­barwne i prze­zro­czy­ste, jak nylo­nowa żyłka. -?Nie­wiele bra­ko­wało...

-?Otar­li­ście się o śmierć, tak?

-?Nie, nie o to mi cho­dziło. Mówię o zacho­wa­niu Ultra w tajem­nicy. Wciąż nie jeste­śmy pewni, czy to się udało. Ale Pro­fe­sor mach­nął jakieś rachunki, z któ­rych wynika, że żyjemy.

-?Mówi­cie Pro­fe­sor na dok­tora Turinga?

-?Tak. Widzi pan, on oso­bi­ście pana pole­cił.

-?Kiedy otrzy­ma­łem roz­kazy, domy­śla­łem się cze­goś takiego.

-?Turing pra­cuje w tej chwili przy­naj­mniej na dwóch innych fron­tach wojny infor­ma­cyj­nej i nie mógł uczest­ni­czyć w naszej poga­wędce.

-?Panie puł­kow­niku, co się działo w Afryce Pół­noc­nej?

-?Cią­gle się dzieje -?rzuca w zadu­mie Chat­tan. -?Nasz oddział koman­do­sów wciąż jest na fron­cie i posze­rza krzywą dzwo­nową.

-?Posze­rza krzywą dzwo­nową?

-?Hm, wie pan lepiej niż ja, że zda­rze­nia losowe prze­waż­nie ukła­dają się w kształt dzwonu. Wzrost, na przy­kład. Podej­dzie pan tu do okna, kapi­ta­nie.

Water­ho­use staje obok Chat­tana w oknie wyku­szo­wym, skąd roz­ta­cza się widok na to, co nie­gdyś było łagod­nie pofał­do­wa­nym tere­nem upraw­nym. Patrząc na odle­głe wzgó­rza ponad drew­nia­nym ogro­dze­niem, można się domy­ślić, jak zapewne nie­gdyś wyglą­dał Blet­chley Park: zie­lone pola usiane grup­kami małych domecz­ków.

Teraz wygląda zupeł­nie ina­czej: w pro­mie­niu kilo­me­tra nie ma kawałka ziemi, który nie byłby ostat­nio wybru­ko­wany bądź zabu­do­wany. Poza Dwor­kiem i jego cudacz­nymi dobu­dów­kami, Park składa się z jed­no­pię­tro­wych cegla­nych budowli, nic poza dłu­gim kory­ta­rzem z wie­loma tran­sep­tami: ++++++++, a nowy + poja­wia się tak szybko, jak szybko mura­rze nadą­żają ze sta­wia­niem cegieł na błot­ni­stym grun­cie. (Water­ho­use zasta­na­wia się leni­wie, czy Rudy widział zdję­cia lot­ni­cze tego miej­sca i czy nie wyde­du­ko­wał z tych wszyst­kich plu­sów jego mate­ma­tycz­nej natury). Zyg­za­ko­wate odstępy mię­dzy budyn­kami są bar­dzo wąskie, zwę­żone jesz­cze dzie­lą­cymi je w poło­wie dwu­me­tro­wymi pan­cer­nymi beto­no­wymi ścia­nami, tak żeby Szwaby musiały poświę­cić jedną bombę na każdy z budyn­ków.

-?W tym tutaj -?Chat­tan wska­zuje na mały domek nie­opo­dal, a wła­ści­wie nędzną, ceglaną sto­dołę -?miesz­czą się Bomby Turinga. Pisze się "Bombe", z "e" na końcu. To maszyny liczące, wyna­lazł je pana przy­ja­ciel, Pro­fe­sor.

-?Czy to naprawdę Uni­wer­salne Maszyny Turinga? -?wyrywa się Water­ho­use'owi.

Jest pod wpły­wem zdu­mie­wa­ją­cej wizji: że Blet­chley Park może być w isto­cie tym tajem­nym kró­le­stwem, w któ­rym Alan zna­lazł środki na reali­za­cję swego marze­nia. Kró­le­stwa nie rzą­dzo­nego przez ludzi, ale infor­ma­cję: gdzie skromne budy­neczki zro­bione z plu­sów miesz­czą Uni­wer­salne Maszyny, które można skon­fi­gu­ro­wać do wyko­ny­wa­nia każ­dej poli­czal­nej ope­ra­cji.

-?Nie -?odpo­wiada Chat­tan z deli­kat­nym, smut­nym uśmie­chem.

Water­ho­use robi długi wydech.

-?Ach.

-?Może za rok, za dwa.

-?Być może.

-?Bomby zostały wyko­nane przez Turinga, Welch­mana i innych na pod­sta­wie pro­jektu wymy­ślo­nego przez pol­skich kryp­to­ana­li­ty­ków. Skła­dają się z wiru­ją­cych bęb­nów, które bar­dzo szybko testują wiele moż­li­wych klu­czy do Enigmy. Pro­fe­sor na pewno to panu wyja­śni. Ale dow­cip polega na tym, że mają te olbrzy­mie łącz­nice, jak w cen­tra­lach tele­fo­nicz­nych, a nie­które z naszych dziew­czyn muszą wty­kać wła­ściwe kołeczki we wła­ściwe dziurki i oka­blo­wy­wać je na nowo codzien­nie. Wymaga to dobrego wzroku, sku­pie­nia i wzro­stu.

-?Wzro­stu?

-?Zauważy pan, że zatrud­nione przy tym dziew­czyny są nie­zwy­kle wyso­kie. Jeśli w łapy Niem­ców jakimś spo­so­bem dosta­łyby się dane per­so­nalne wszyst­kich pra­cow­ni­ków Blet­chley Park, a oni wyry­so­wa­liby histo­gram wzro­stu, ujrze­liby nor­malną krzywą Gaussa w kształ­cie dzwonu, przed­sta­wia­jącą więk­szość pra­cow­ni­ków, ale z nie­nor­mal­nym gar­bem po jed­nej stro­nie, ozna­cza­ją­cym wszyst­kie wyso­kie dziew­czyny pra­cu­jące przy łącz­ni­cach.

-?Rozu­miem -?mówi Water­ho­use. -?A ktoś w rodzaju Rudy'ego, dok­tora von Hac­kl­he­bera, zauwa­żyłby tę ano­ma­lię i dałoby mu to do myśle­nia.

-?Dokład­nie. A potem Jed­nostka 2702 -?grupa Ultra Mega -?musia­łaby pod­ło­żyć fał­szywe infor­ma­cje, które zbi­łyby z tropu pana przy­ja­ciela Rudy'ego.

Chat­tan odwraca się od okna, pod­cho­dzi do biurka i otwiera wielką papie­ro­śnicę, świeżo zała­do­waną amu­ni­cją. Pod­suwa papie­rosy Water­ho­use'owi; ten przyj­muje jeden, tak dla towa­rzy­stwa. Kiedy Chat­tan podaje mu ogień, zerka przez pło­mień w oczy Water­ho­use'a i mówi:

-?Teraz spy­tam pana o to. Jak ukryłby pan przed Rudym, że mamy tutaj za dużo wyso­kich dziew­czyn?

-?Zakła­da­jąc, że już ma te dane per­so­nalne?

-?Tak.

-?Jest zatem za późno, żeby cokol­wiek ukryć.

-?Jasne. No to załóżmy, że Rudy ma jakiś kanał infor­ma­cyjny, który prze­ka­zuje mu dane oso­bowe, por­cjami po kilka. Ten kanał cały czas działa. Nie możemy go odciąć. A może nie chcemy, ponie­waż nawet brak tego kanału powie­działby Rudy'emu coś bar­dzo waż­nego.

-?No to pro­szę bar­dzo. Pre­pa­ru­jemy parę fał­szy­wych kart oso­bo­wych i pod­kła­damy je w naszym kanale.

Na ścia­nie gabi­netu Chat­tana wisi mała tablica. Nie jest zbyt dobrze starta i przy­po­mina palimp­sest; na pewno sprzą­taczki mają abso­lutny zakaz ście­ra­nia jej, żeby nie stra­cić przy­pad­kiem cze­goś waż­nego. Zbli­ża­jąc się, widzi uło­żone war­stwami star­sze obli­cze­nia, stop­niowo czer­nie­jące, jak roz­cho­dzące się w prze­strzeni kosmicz­nej białe świa­tło.

Wszę­dzie roz­po­znaje pismo Alana. Z dużym wysił­kiem powstrzy­muje się od roz­po­czę­cia rekon­struk­cji tych obli­czeń z duchów maja­czą­cych na łup­ko­wej powierzchni. Z nie­chę­cią je zma­zuje.

Water­ho­use kre­śli na tablicy oś rzęd­nych i odcię­tych, po czym zama­szy­ście rysuje krzywą Gaussa. Na prawo od szczytu dory­so­wuje mały gar­bek.

-?To są wyso­kie dziew­czyny. Pro­ble­mem jest ten dołek. -?Wska­zuje dolinę pomię­dzy głów­nym szczy­tem a gar­bem. Potem rysuje kolejny szczyt, na tyle wysoki i sze­roki, by objąć jedno i dru­gie.

-?Można to osią­gnąć, pod­rzu­ca­jąc Rudy'emu fał­szywe karty per­so­nalne, gdzie wzrost będzie wyż­szy niż nasza śred­nia, ale niż­szy niż u dziew­cząt od maszyn dekryp­ta­żo­wych.

-?Ale w ten spo­sób ładuje się pan w następną pułapkę -?mówi Chat­tan. Odchyla się do tyłu w obro­to­wym fotelu, a przed twa­rzą trzyma papie­rosa, spo­glą­da­jąc na Water­ho­use'a przez chmurę dymu.

-?Ta nowa krzywa jest tro­chę lep­sza -?mówi Water­ho­use -?ponie­waż wypeł­ni­łem to znie­kształ­ce­nie, ale tak naprawdę nie ma kształtu dzwonu. Końce są nie takie jak trzeba. Dok­tor Hac­kl­he­ber zauwa­żyłby to i wie­dział, że ktoś mani­pu­lo­wał przy jego kanale infor­ma­cyj­nym. Aby temu zapo­biec, należy dodać kolejne fał­szywe dane, gdzie wzrost będzie wyjąt­kowo mały lub wyjąt­kowo duży.

-?Wymy­ślić kilka nie­zwy­kle niskich lub wyso­kich dziew­cząt -?dodaje Chat­tan.

-?Tak jest. W ten spo­sób krzywa będzie się koń­czyć dokład­nie tak, jak powinna.

Chat­tan wciąż patrzy nań wycze­ku­jąco.

Water­ho­use mówi:

-?A więc, doda­nie nie­wiel­kiej liczby tego, co w innym wypadku byłoby dzi­wacz­nymi ano­ma­liami, powo­duje, że całość wygląda ide­al­nie nor­mal­nie.

-?Jak powie­dzia­łem, nasz oddział w Afryce Pół­noc­nej -?nawet teraz, gdy roz­ma­wiamy -?zaj­muje się posze­rza­niem krzy­wej Gaussa. Tak, by nie wzbu­dzała podej­rzeń.

Podziękowania

Podzię­ko­wa­nia

Bruce Schne­ier wymy­ślił Soli­ta­ire'a, udzie­lił mi pozwo­le­nia na wyko­rzy­sta­nie go w tej powie­ści oraz napi­sał Doda­tek. Ian Gold­berg napi­sał skrypt w Perlu, który poja­wia się w ema­ilu Eno­cha Roota do Randy'ego.

Z wyjąt­kiem owego dziw­nego cytatu, pozo­stała część książki jest napi­sana -?lepiej lub gorzej -?przeze mnie. Jed­nakże czuję się dłuż­ni­kiem jesz­cze wielu innych osób. Zli­cza­jąc takie długi, łatwo można dojść do Adama i Ewy, dla­tego posta­no­wi­łem usta­lić dolną gra­nicę mojej wdzięcz­no­ści -?II wojnę świa­tową -?i podzie­lić wszyst­kie osoby, któ­rym jestem wdzięczny, na trzy kate­go­rie.

Po pierw­sze, są to ważne postaci Tyta­no­ma­chii z lat 1937-45. Pra­wie każda rodzina posiada swój mały pan­teon boha­te­rów tej wojny -?jak na przy­kład mój wuj Keith Wells, który słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej na Flo­ry­dzie oraz Guadal­ca­nal i być może jako pierw­szy w tej woj­nie ame­ry­kań­ski marine zszedł na plażę pod­czas desantu. Jed­nakże książka ta trak­tuje przede wszyst­kim o tech­nicz­nie uzdol­nio­nych ludziach, powo­ła­nych pod­czas wojny do naj­dziw­niej­szych zadań. Wśród tych woj­sko­wych hac­ke­rów spe­cjalne słowa uzna­nia należą się Wil­lia­mowi Fried­ma­nowi, który poświę­cił swe zdro­wie, by zła­mać japoń­ski szyfr maszy­nowy zwany Pur­ple, zanim jesz­cze zaczęła się wojna.

Zade­dy­ko­wa­łem tę powieść memu nie­dawno zmar­łemu dziad­kowi -?S. Tow­nowi Ste­phen­so­nowi, ryzy­ku­jąc tym samym, że czy­tel­nicy zaczną dostrze­gać fał­szywe podo­bień­stwa mię­dzy jego rodziną -?to zna­czy moją -?a posta­ciami z książki. A zatem, niniej­szym oświad­czam, że wszystko to sam wymy­śli­łem -?naprawdę! -?i że nie jest to powieść z klu­czem; to po pro­stu powieść, a nie spo­sób na pota­jemne ujaw­nia­nie niczego nie­podej­rze­wa­ją­cym czy­tel­ni­kom mrocz­nych rodzin­nych tajem­nic.

Po dru­gie, są moi zna­jomi, któ­rzy (na ogół nie­świa­do­mie) wywarli duży wpływ na kie­ru­nek moich poszu­ki­wań. Są to, w kolej­no­ści alfa­be­tycz­nej: Douglas Bar­nes, Geoff Bishop, Geo­rge Dyson, Marc i Krist Geriene z Nova Marine Explo­ra­tion, Jim Gib­bons, Bob Grant, David Han­dley, Kevin Kelly, Bruce Ster­ling i Wal­ter Wri­ston -?który pod­czas wojny jeź­dził po Fili­pi­nach z maszyną szy­fru­jącą i prze­żył to, żeby po pięć­dzie­się­ciu latach opo­wia­dać mi histo­rie o przed­wo­jen­nych szan­ghaj­skich ban­kie­rach.

Po trze­cie, mam na myśli osoby, któ­rych wysiłki umoż­li­wiły mi, a przy­naj­mniej uła­twiły, napi­sa­nie tej książki. Nie­któ­rzy wspo­mo­gli mnie ogrom­nym ładun­kiem miło­ści i wspar­cia -?moja żona, dzieci i dziad­ko­wie moich dzieci. Inni -?po pro­stu (choć to zwod­ni­cza pro­stota) wyko­nu­jąc w nale­żyty spo­sób swą pracę, na przy­kład mój wydawca -?Jen­ni­fer Her­shey oraz moi agenci -?Liz Dar­han­soff i Tal Gre­gory.

Wielu zaś zupeł­nie nie­świa­do­mie wnio­sło do tej książki swój wkład, po pro­stu odby­wa­jąc ze mną inte­re­su­jące roz­mowy, o któ­rych zapewne dawno zdą­żyli zapo­mnieć: Wayne Bar­ker, Chri­stian Borgs, Jeremy Born­stein, Al Butler, Jen­ni­fer Chayes, Eve­lyn Cor­bett, Hugh Davis, Dune, John Gil­more, Ben i Zena­ida Gonda, Mike Haw­ley, Eric Hughes, Cooper Moo, Dan Simon oraz Linda Stone.

Neal Town Ste­phen­son

Mięso

Mięso

No dobra, star­szy sze­re­gowy Gerald Hott z Chi­cago nie zro­bił kariery w ciągu pięt­na­sto­let­niej służby w Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ale za to steki wyci­nał z polę­dwicy jak jasna cho­lera. Nożem rzeź­nic­kim posłu­gi­wał się tak spraw­nie, jak Bobby Sha­ftoe bagne­tem. Kto powie, że woj­skowy rzeź­nik, oszczęd­nie gospo­da­ru­jąc skąpą wołową tuszą i skru­pu­lat­nie prze­strze­ga­jąc regu­la­mi­nów sani­tar­nych, nie może ura­to­wać tylu dusz, co sta­lo­wo­oki wojow­nik? Wojna to nie tylko zabi­ja­nie Szwa­bów, Nipów i Ita­liań­ców. To także bicie świń -?i ich zże­ra­nie. Gerald Hott był fron­to­wym żoł­nie­rzem, jego chłod­nia była czy­sta jak sala ope­ra­cyjna, a więc to, że skoń­czył wła­śnie w niej, pasuje do kom­po­zy­cji.

Bobby Sha­ftoe układa w myślach tę drobną ele­gię, trzę­sąc się w sub­po­lar­nym mro­zie nie­gdyś fran­cu­skiej, a teraz ame­ry­kań­skiej chłodni do mięsa o wiel­ko­ści i tem­pe­ra­tu­rze Gren­lan­dii, oto­czony docze­snymi szcząt­kami kilku stad bydła i jed­nego masa­rza. Pod­czas swej krót­kiej służby zdą­żył być na spo­rej licz­bie pogrze­bów i zawsze podzi­wiał zdol­ność kape­la­nów do ukła­da­nia wzru­sza­ją­cych prze­mó­wień. Sły­szał, że kiedy armia powoła kiep­skiego ucznia, a potem odkryje u niego mózg, uczy go pisać na maszy­nie i każe mu od rana do nocy kle­pać te rze­czy. Faj­nie zała­pać się na coś takiego.

Na hakach dyn­dają w dłu­gich rzę­dach zamro­żone tusze. Bobby, idąc mię­dzy nimi, spina się coraz bar­dziej, uzbra­ja­jąc się na ten nie­unik­niony paskudny widok. To już chyba lepiej, gdy głowa kolegi wybuch­nie przy zapa­la­niu papie­rosa -?przy takim stop­nio­wa­niu napię­cia można zwa­rio­wać. Wresz­cie docho­dzi do końca rzędu i odkrywa śpią­cego na pod­ło­dze czło­wieka, ści­ska­ją­cego w obję­ciach wie­przową tuszę, którą chyba miał zamiar por­cjo­wać, kiedy zmarł. Leży tu od około dwu­na­stu godzin i ma tem­pe­ra­turę ciała w gra­ni­cach minus 23 stopni.

Bobby Sha­ftoe zwraca się twa­rzą do nie­bosz­czyka i bie­rze głę­boki wdech mroź­nego, pach­ną­cego mię­sem powie­trza. Składa sine dło­nie przed sobą, na spo­sób modli­tewny, a zara­zem dobry, by je ogrzać.

-?Panie Boże -?mówi. Jego głos nie odbija się echem; pochła­niają je połcie mięsa. -?Wybacz temu marine uczy­nek, który zamie­rza popeł­nić, i przy oka­zji wybacz także jego prze­ło­żo­nym, któ­rymi w swej nie­skoń­czo­nej mądro­ści uzna­łeś za sto­sowne go pobło­go­sła­wić, oraz ich prze­ło­żo­nym, któ­rzy to wszystko wymy­ślili.

Ma już zamiar cią­gnąć to dalej, w końcu jed­nak stwier­dza, że to nic gor­szego niż nadzie­wa­nie Nipów na bagnet, więc zabiera się do roboty. Pod­cho­dzi do sple­cio­nych zwłok st. szer. Geralda Hotta i Pro­siaka Mro­żo­nego i bez­sku­tecz­nie pró­buje je roz­dzie­lić. Kuca obok i przy­gląda się temu pierw­szemu. Hott jest blon­dy­nem. Oczy ma pół­otwarte; Sha­ftoe, bły­snąw­szy latarką w szcze­linę, spo­strzega błę­kitny odblask. Hott to pokaźny facet, w dobrej for­mie pew­nie ważył stówę, a teraz to chyba ze sto dwa­dzie­ścia. Życie w kuchni woj­sko­wej nie uła­twia zacho­wa­nia linii ani (na nie­szczę­ście dla Hotta) utrzy­ma­nia w nale­ży­tej spraw­no­ści układu krą­że­nia.

Kiedy przy­szedł atak serca, i Hott, i jego mun­dur były suche, więc, dzięki Bogu, mate­riał nie przy­marzł do skóry. Sha­ftoe'owi udaje się zdjąć więk­szość ubra­nia kil­koma dłu­gimi cię­ciami naostrzo­nego jak brzy­twa noża V-44 "Gung-ho". Ale jego macze­to­wate, 25-cen­ty­me­trowe ostrze kom­plet­nie nie nadaje się do walk w zwar­ciu, tzn. pod pachami i w kro­czu -?a ostrze­gano go, żeby nie zro­bił zadra­pań, musi więc dobyć szty­letu "Marine Raiders", któ­rego cienka, 18-cen­ty­me­trowa klinga mogła zostać stwo­rzona spe­cjal­nie do tego rodzaju zadań, choć rybo­kształtna rączka, odlana z metalu już po chwili zaczyna mu przy­ma­rzać do dłoni.

Porucz­nik Eth­ridge wałęsa się za gro­bo­wymi drzwiami chłodni. Sha­ftoe mija go i wali pro­sto do wyj­ścia z budynku, nie zwra­ca­jąc uwagi na pyta­nia:

-?No, Sha­ftoe? Jak tam?

Dopiero kiedy wybiega poza cień budynku, zatrzy­muje się. Blask pół­noc­no­afry­kań­skiego słońca wylewa się na niego jak wanna pełna mor­finy. Zamyka oczy i zwraca twarz ku niemu, ści­ska razem prze­mar­z­nięte dło­nie, gro­ma­dząc w nich cie­pło, by spły­nęło po przed­ra­mio­nach i ście­kło z łokci.

-?No, jak tam? -?powta­rza Eth­ridge.

Sha­ftoe otwiera oczy i się roz­gląda.

Port to błę­kitny pół­księ­życ z kilo­me­tro­wej dłu­go­ści spę­ka­nymi molo wiją­cymi się wokół sie­bie, jak na dia­gra­mach kro­ków tanecz­nych. Jedno z nich pokry­wają roz­sy­pu­jące się ruiny sta­ro­żyt­nej twier­dzy. Obok leży na wpół zato­piony fran­cu­ski pan­cer­nik, wciąż kipiąc parą i dymem. Wokół, nie­moż­li­wie szybko roz­ła­do­wuje się statki Ope­ra­cji Pochod­nia. Z trans­por­tow­ców uno­szą się ładunki, lądu­jąc z pla­skiem na kejach, jak gigan­tyczne plwo­ciny. Doke­rzy dźwi­gają cię­żary, cię­ża­rówki wywożą je, żoł­nie­rze masze­rują, fran­cu­skie dziew­czyny palą jan­ke­skie papie­rosy, Algier­czycy pro­po­nują wspólne inte­resy.

Pomię­dzy tymi stat­kami a teatrem Ope­ra­cji Mięso, tam na ska­łach, leży chyba mia­sto Algier. Dla jego dys­kry­mi­nu­ją­cego oka z Wiscon­sin nie wygląda na zbu­do­wane ludzką ręką -?raczej wyrzu­cone na brzeg pod­czas przy­pływu. Mnó­stwo powierzchni poświę­cono na osła­nia­nie się przed cho­ler­nym słoń­cem, dla­tego z góry to wygląda jak pełno poza­my­ka­nych okien­nic -?mnó­stwo czer­wo­nych kafel­ków, ude­ko­ro­wa­nych kwia­tami i Ara­bami. Wygląda na to, że Fran­cuzi, w trak­cie jakiejś żywio­ło­wej akcji likwi­do­wa­nia slum­sów, posta­wili tu parę nowo­cze­snych, beto­no­wych budowli (jak na przy­kład ta chłod­nia). Jed­nakże zostało ich jesz­cze od cho­lery do zlikwi­do­wa­nia -?cel numer jeden to ten ludzki ul albo mro­wi­sko, zaraz na lewo. Nazy­wają to Kasba. Może to dziel­nica. A może jeden cha­otycz­nie roz­ro­śnięty budy­nek. Żeby uwie­rzyć, trzeba to zoba­czyć na wła­sne oczy. Ara­bo­wie tło­czą się tam niczym ulotki z ape­lami o pomoc w budce tele­fo­nicz­nej.

Sha­ftoe odwraca się i jesz­cze raz spo­gląda na chłod­nię z mię­sem, nie­bez­piecz­nie wysta­wioną na atak lot­ni­czy. Wszyst­kim to zwisa. Kto się przej­mie, jeśli Szwaby wysa­dzą tro­chę ścierwa?

Porucz­nik Eth­ridge, spa­lony słoń­cem pra­wie jak Bobby, mruży oczy.

-?Blon­dyn -?mówi Sha­ftoe.

-?Dobrze.

-?Nie­bie­skie oczy.

-?Dobrze.

-?Ryjek, nie grzy­bek.

-?Hmm?

-?Nie jest obrze­zany, sir!

-?Świet­nie! Inne znaki szcze­gólne?

-?Jeden tatuaż, sir!

Sha­ftoe delek­tuje się stop­niowo nara­sta­ją­cym napię­ciem w gło­sie Eth­ridge'a:

-?Sier­żan­cie, pro­szę opi­sać tatuaż!

-?Sir, to wzór popu­larny w woj­sku! Serce z wpi­sa­nym imie­niem kobiety.

-?Co to za imię, sier­żan­cie? -?Eth­ridge zaraz zleje się w spodnie.

-?Sir! Na tatu­ażu jest nastę­pu­jące imię: Gri­selda!

-?Uuufff! -?porucz­nik Eth­ridge wypusz­cza z ulgą powie­trze.

Kobiety w cza­do­rach przy­stają i się odwra­cają. W kazbie wychu­dzeni, nie­ogo­leni tur­ba­nia­rze wychy­lają się ze spi­cza­stych wież i jodlują fał­szy­wie.

Eth­ridge zamyka się i zado­wala zaci­ska­niem pię­ści do bia­ło­ści. Kiedy odzywa się ponow­nie, głos ma zdu­szony z emo­cji:

-?Sier­żan­cie, bitwy zale­żały już od mniej­szych łutów szczę­ścia niż ten!

-?Pan mi to mówi? -?odpo­wiada Sha­ftoe. -?Sir, kiedy byłem na Guadal­ca­nal, zamknęli nas w tej małej zatoczce i przy­ci­snęli...

-?Sier­żan­cie, nie chcę już sły­szeć o tym jasz­czu­rze!

-?Tak jest, sir!

* * *

Kie­dyś, jesz­cze w Oco­no­mo­woc, Bobby Sha­ftoe musiał pomóc bratu we wnie­sie­niu mate­raca po scho­dach. Nabrał przy tym sza­cunku dla trud­no­ści mani­pu­lo­wa­nia cięż­kimi i mięk­kimi przed­mio­tami. Hott -?wieczny odpo­czy­nek racz mu dać Panie -?to kawał chłopa, całe szczę­ście więc, że jest zmro­żony na kość. Kiedy dorwie się do niego śród­ziem­no­mor­skie słońce, na pewno zrobi się miękki. I nie tylko miękki.

Wszy­scy ludzie Sha­ftoe'a znaj­dują się na placu manew­ro­wym. To jaski­nia w potęż­nym sztucz­nym kli­fie, uno­szą­cym się nad Morzem Śród­ziem­nym, tuż powy­żej portu. Te groty cią­gną się kilo­me­trami, a nad nimi, górą, bie­gnie pro­me­nada. Wej­ście zakry­wają namioty i plan­deki, tak by nikt, nawet woj­ska alianc­kie, nie widział, co tam robią: kon­kret­nie, szu­kają sprzę­tów opa­trzo­nych wyma­lo­waną liczbą 2701, zama­lo­wują ostat­nią cyfrę i zmie­niają ją na 2. Pierw­szą czyn­ność wyko­nuje czło­wiek z farbą zie­loną, drugą -?z białą lub czarną.

Sha­ftoe wybiera sobie po jed­nym żoł­nie­rzu z każ­dej z tych grup, aby nie zakłó­cić prze­biegu ope­ra­cji. Słońce jest tu nie­sa­mo­wi­cie silne, ale przez grotę wieje chłodny mor­ski wie­trzyk i jest nie­naj­go­rzej. Wszyst­kie cie­płe, świeżo malo­wane powierzch­nie wydzie­lają ostry, naf­towy zapach. Na Bobby'ego działa uspo­ka­ja­jąco: pod­czas walki ni­gdy nie maluje się rze­czy. Ale odczuwa też lek­kie mro­wie­nie: czę­sto robi się to przed wyru­sze­niem do walki.

Sha­ftoe już ma obja­śnić im następne zada­nie, kiedy sze­re­gowy Daniels, ten z rękoma w czar­nej far­bie, zerka za niego i śmieje się kpiąco.

-?Jak pan myśli, panie sier­żan­cie, czego ten porucz­nik teraz szuka?

Sha­ftoe oraz sze­re­gowi: Nathan (farba zie­lona) i Branph (biała) uno­szą wzrok i widzą, że Etridge'owi coś się pokić­kało. Znowu szpera w koszach na śmieci.

-?Zauwa­ży­li­śmy, że porucz­nik Eth­ridge uważa, że jego życio­wym powo­ła­niem jest grze­ba­nie w śmiet­ni­kach -?mówi sier­żant Sha­ftoe niskim, auto­ry­ta­tyw­nym gło­sem. -?On skoń­czył Anna­po­lis.

Eth­ridge pro­stuje się i naj­bar­dziej oskar­ży­ciel­skim gestem, na jaki go stać, unosi garść podziu­ra­wio­nych kar­to­ni­ków.

-?Sier­żan­cie! Pozna­je­cie co to takiego?

-?Sir! To stan­dar­dowe woj­skowe sza­blony!

-?Sier­żan­cie! Ile liter ma alfa­bet?

-?Dwa­dzie­ścia sześć, sir! -?odpo­wiada bły­ska­wicz­nie Sha­ftoe.

Sze­re­gowi Daniels, Nathan i Branph cicho pogwiz­dują -?ten Sha­ftoe to dopiero bystrzak.

-?A ile cyfr?

-?Dzie­sięć, sir!

-?No, a na trzy­dzie­ści sześć liter i cyfr, ile odpo­wiada nie­uży­wa­nym sza­blo­nom w tym koszu?

-?Trzy­dzie­ści pięć, sir! Wszyst­kie oprócz dwójki, bo tylko ona jest potrzebna do wyko­na­nia roz­kazu, sir!

-?Sier­żan­cie, zapo­mnie­li­ście drugą część mojego roz­kazu?

-?Tak jest, sir! -?Nie ma co kła­mać. Ofi­ce­ro­wie wła­ści­wie lubią, kiedy zapo­mina się ich roz­kazy, bo to przy­po­mina im, o ile są od cie­bie inte­li­gent­niejsi. To spra­wia, że czują się potrzebni.

-?Druga część: doło­żyć wszel­kich sta­rań, by nie zosta­wić śla­dów po wyko­na­nej zmia­nie!

-?Tak sir, teraz już pamię­tam!

Porucz­nik Eth­ridge, z początku lekko wku­rzony, teraz się uspo­koił, co dobrze o nim świad­czy. Wszy­scy pil­nie to sobie odno­to­wują -?znają go zale­d­wie od sze­ściu godzin. Mówi teraz spo­koj­nie, jowial­nie, jak sym­pa­tyczny nauczy­ciel ze szkoły śred­niej. Ma na nosie ciemne, woj­skowe oku­lary w gru­bych opraw­kach, znane w branży jako SPG, Szkła Prze­ciw­gwał­towe. Do głowy mocuje je pasek czar­nej gumki. Spra­wiają, że wygląda jak nie­do­ro­zwi­nięty.

-?Gdyby jakiś wrogi agent prze­szu­kał ten kosz, co jak wia­domo agenci robią czę­sto, co takiego by zna­lazł?

-?Sza­blony, sir!

-?A gdyby poli­czył cyfry i litery, czy zauwa­żyłby coś nie­zwy­kłego?

-?Wszyst­kie byłyby czy­ste, sir, oprócz dwójki, któ­rej by bra­ko­wało, albo byłaby poma­zana farbą!

Porucz­nik Eth­ridge przez chwilę nic nie mówi, żeby sami wycią­gnęli wnio­ski. W rze­czy­wi­sto­ści, nikt nie ma poję­cia o czym on, kurwa, gada. Atmos­fera staje się dość wybu­chowa, aż wresz­cie Sha­ftoe robi despe­racki ruch. Odwraca się od Eth­ridge'a w stronę mari­nes.

-?Macie poma­zać farbą wszyst­kie te cho­lerne sza­blony! -?ryczy.

Mari­nes szar­żują na śmiet­niki, jakby były nip­poń­skimi bun­krami. Porucz­nik Eth­ridge wygląda na uła­go­dzo­nego. Bobby Sha­ftoe, zaro­biw­szy masę punk­tów, szybko wypro­wa­dza sze­re­go­wych Danielsa, Nathana i Bran­pha na ulicę, zanim porucz­nik się zorien­tuje, że on po pro­stu zga­dy­wał. Walą bie­giem do chłodni z mię­sem.

Ci mari­nes to sami wete­rani krwa­wej wojny -?ina­czej nie dosta­liby się w takie tara­paty: na wro­gim kon­ty­nen­cie (Afryka), oto­czeni przez wroga (woj­ska Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych). Ale nawet oni milkną, wcho­dząc do chłodni i pierw­szy raz widząc st. szer. Hotta.

Sze­re­go­wiec Branph składa ręce, pocie­ra­jąc je ukrad­kiem o sie­bie.

-?Panie Boże...

-?Sze­re­gowy, zamknąć się! -?rzuca Sha­ftoe. -?Już to zro­bi­łem.

-?Okej, sier­żan­cie.

-?Idź i znajdź piłę do mięsa! -?roz­ka­zuje Natha­nowi.

Wszy­scy sze­re­gowcy tracą dech.

-?Do świni, kurwa, do świni! -?pre­cy­zuje Sha­ftoe. Potem zwraca się do sze­re­go­wego Danielsa, tasz­czą­cego nie­kształtny zwój, i mówi: -?Roz­wi­jaj!

Zwój (wydany Sha­ftoe'owi przez Eth­ridge'a) zawiera czarny kom­bi­ne­zon płe­two­nurka. Nie pocho­dzi z maga­zy­nów Armii USA: to musi być jakiś euro­pej­ski model. Sha­ftoe roz­wija go i ogląda poszcze­gólne czę­ści, pod­czas gdy chłopcy ener­gicz­nymi ruchami potęż­nej ramo­wej piły roz­par­ce­lo­wują Pro­siaka Mro­żo­nego.

Pra­cują w mil­cze­niu. Wtem prze­rywa im nie­zna­jomy głos:

-?Panie Boże...

Wszy­scy uno­szą wzrok na sto­ją­cego nie­opo­dal faceta z rękoma zło­żo­nymi do modli­twy. Twarz spo­wi­jają mu wła­sne słowa, sakra­men­tal­nie skro­plone w wyraźną, roz­pły­wa­jącą się chmurę mgły. Woj­skowy koc na ramio­nach zasła­nia mun­dur i sto­pień. Gdyby nie był świeżo ogo­lony i nie nosił Szkieł Anty­gwał­to­wych, wyglą­dałby jak jeż­dżący na wiel­błą­dzie pro­rok z Ziemi Świę­tej.

-?Szlag! -?rzuca Sha­ftoe. -?Już, kurwa, odmó­wi­łem modli­twę.

-?Ale czy modlimy się za sze­re­go­wego Hotta czy za sie­bie? -?pyta facet.

To kło­po­tliwe pyta­nie. Gdy zatrzy­muje się piła, zapada cisza. Sha­ftoe upusz­cza kom­bi­ne­zon i wstaje. Facet w Kocu ma bar­dzo krót­kie siwawe włosy. A może to szron wytrąca mu się na czaszce. Lodo­wate oczy mie­rzą Sha­ftoe'a przez grube na milę soczewki Szkieł Prze­ciw­gwał­to­wych, jakby naprawdę ocze­ki­wały odpo­wie­dzi. Pod­cho­dzi krok bli­żej i zauważa, że facet nosi kolo­ratkę.

-?Niech wie­lebny sam powie -?mówi Sha­ftoe.

Potem roz­po­znaje Faceta w Kocu. Już ma przy­wi­tać go rado­snym: "Co tu, kurwa, robisz?!" -?ale coś go powstrzy­muje. Kape­lan zerka w bok, tak nie­znacz­nie i szybko, że tylko Sha­ftoe, pra­wie sty­ka­jący się z nim nosem, może to zauwa­żyć. Prze­kaz brzmi: "Morda w kubeł, Bobby, poga­damy póź­niej".

-?Sze­re­gowy Hott jest teraz z Bogiem, czy dokąd tam ludzie idą po śmierci -?mówi Enoch "mów mi bra­cie" Root.

-?Co to za gada­nie? Oczy­wi­ście, że jest z Bogiem. Jezus, Maria! "Dokąd tam ludzie idą po śmierci". Coś ty za kape­lan?

-?Chyba kape­lan w sam raz dla Jed­nostki 2702 -?mówi kape­lan. Enoch Root w końcu prze­rywa kon­takt wzro­kowy z Sha­ftoe'em i patrzy tam, gdzie coś się dzieje. -?No, jak tam, chło­paki? Będzie bekon na kola­cję, co?

Chło­paki chi­cho­czą ner­wowo i piłują dalej.

Kiedy udaje im się wresz­cie oddzie­lić świń­ską tuszę od Hotta, każdy łapie go za jedną koń­czynę. Wno­szą go do masarni, tym­cza­sowo ewa­ku­owa­nej na czas ope­ra­cji, by jego eks­ko­le­dzy od szy­nek i polę­dwic nie roz­no­sili plo­tek.

Pośpieszna ewa­ku­acja masarni po śmierci jej pra­cow­nika sama z sie­bie mogłaby spo­wo­do­wać plotki. Dla­tego bajka na dzi­siaj, świeżo opo­wie­dziana przez porucz­nika Eth­ridge'a, głosi, że Jed­nostka 2702 (pomimo wszel­kich zewnętrz­nych pozo­rów) jest eli­tar­nym, spe­cja­li­stycz­nym zespo­łem lekar­skim, który oba­wia się, że Hott padł ofiarą rzad­kiej, nowej formy tro­pi­kal­nego zatru­cia. Może nawet cze­goś umyśl­nie pozo­sta­wio­nego przez Fran­cu­zów, któ­rych podobno nie­źle zde­ner­wo­wało zato­pie­nie ich pan­cer­nika. W każ­dym razie (jak powiada bajka) rzeź­nia musi być opróż­niona na cały dzień i prze­cze­sana gęstym grze­bie­niem. Ciało Hotta zosta­nie przed ode­sła­niem do domu skre­mo­wane, by prze­ra­ża­jąca zaraza nie roz­nio­sła się po Chi­cago -?świa­to­wej sto­licy rzeź­ni­czej -?bo nie­obli­czalne skutki tegoż mogłyby nawet zmie­nić wynik wojny.

Na pod­ło­dze stoi zwy­kła żoł­nier­ska trumna, dla zacho­wa­nia pozo­rów. Sha­ftoe i jego ludzie igno­rują ją i zaczy­nają ubie­rać zwłoki, naj­pierw w obrzy­dliwe kąpie­lówki, potem w różne czę­ści kom­bi­ne­zonu do nur­ko­wa­nia.

-?Ej! -?krzy­czy Eth­ridge. -?Ręka­wiczki trzeba chyba wło­żyć na końcu.

-?Sir, za pozwo­le­niem, wło­ży­li­śmy je naj­pierw! -?odpo­wiada Bobby. -?Na wypa­dek, gdyby palce się roz­mro­ziły, bo wtedy będzie prze­rą­bane, sir!

-?No, włóż­cie mu jesz­cze to -?mówi Eth­ridge i podaje mu zega­rek.

Sha­ftoe waży go w dłoni i gwiż­dże z podziwu. Piękny: szwaj­car­ski, z peł­nego uranu, a jego wyło­żony szla­chet­nymi kamie­niami tykot przy­po­mina bicie serca małego ssaka. Bobby unosi go za koniec bran­so­lety, wyko­na­nej ze spryt­nie połą­czo­nych pan­cer­nych seg­men­tów. Jest wystar­cza­jąco ciężki, by ogłu­szyć szczu­paka.

-?Nie­zły -?rzuca Sha­ftoe -?ale tro­chę źle cho­dzi.

-?W stre­fie cza­so­wej, do któ­rej jedziemy, cho­dzi dobrze -?odpo­wiada Eth­ridge.

Sha­ftoe pod­daje się i rusza do pracy. Tym­cza­sem porucz­ni­ko­wie Eth­ridge i Root na coś się przy­dają. Przy­no­szą nie­dbale odpi­ło­wane resztki Pro­siaka Mro­żo­nego do masarni i rzu­cają je na gigan­tyczną wagę. Wycho­dzi około trzy­dzie­stu kilo­gra­mów, cokol­wiek to ozna­cza. Enoch Root, spra­gniony pracy fizycz­nej, co pil­nie i bez słowa odno­to­wują mari­nes, tasz­czy kolejną tuszę wie­przową, sztywną jak kulas w gip­sie, i zwala ją na wagę, co daje w sumie sie­dem­dzie­siąt kilo­gra­mów. Eth­ridge rzuca się pier­sią naprzód w chmury much, by pozbie­rać wszyst­kie ochłapy pozo­sta­wione na pień­kach do rąba­nia pod­czas ewa­ku­acji. Rzuca to na wagę. Wska­zówka pod­ska­kuje pra­wie do stu. Teraz mogą już dobić do stu trzy­dzie­stu, zno­sząc po jed­nej szynki i rost­befy z chłodni. Enoch Root, który chyba zna się na róż­nych egzo­tycz­nych sys­te­mach miar, obli­czył i dwu­krot­nie spraw­dził, że waga Geralda Hotta w kilo­gra­mach wynosi sto trzy­dzie­ści.

Całe mięso ląduje w trum­nie. Eth­ridge zatrza­skuje wieko, zamy­ka­jąc kilka much, które nie mają poję­cia, co je czeka. Root obcho­dzi trumnę z młot­kiem, wbi­ja­jąc dzie­wię­cio­cen­ty­me­trowe gwoź­dzie pew­nymi, moc­nymi ude­rze­niami w stylu Cie­śli z Naza­retu. Tym­cza­sem Eth­ridge wyciąga z walizki woj­skowy pod­ręcz­nik. Sha­ftoe jest na tyle bli­sko, że może odczy­tać tytuł, wypi­sany dużymi dru­ko­wa­nymi lite­rami na zgni­ło­oliw­ko­wej okładce:

pro­ce­dura zamy­ka­nia trumny część iii: kli­mat tro­pi­kalny tom ii: sytu­acja dużego zagro­że­nia epi­de­mio­lo­gicz­nego (dżuma itp.)

Dwóch porucz­ni­ków poświęca dobrą godzinę na reali­za­cję instruk­cji. Nie jest skom­pli­ko­wana, ale Root cały czas wyła­puje skła­dniowe nie­jed­no­znacz­no­ści i pró­buje badać ich skutki. Eth­ridge naj­pierw się dener­wuje, potem nie­cier­pliwi, wresz­cie oka­zuje krań­cowy prag­ma­tyzm. Aby zmu­sić kape­lana do zamilk­nię­cia, kon­fi­skuje pod­ręcz­nik i każe Rootowi nama­lo­wać na trum­nie nazwi­sko Hotta i okleić ją czer­wo­nymi nalep­kami z tak ohyd­nymi medycz­nymi ostrze­że­niami, że już same nagłówki powo­dują lek­kie mdło­ści. Kiedy koń­czy, jedyną osobą upraw­nioną do otwar­cia tej trumny jest sam gene­rał Geo­rge C. Mar­shall, choć nawet on musiałby naj­pierw uzy­skać spe­cjalne pozwo­le­nie Leka­rza Gene­ral­nego i ewa­ku­ować wszyst­kie żywe istoty w pro­mie­niu stu mil.

-?Tro­chę dziw­nie gada ten kape­lan -?mówi w pew­nym momen­cie sze­re­gowy Nathan, przy­słu­chu­jąc się z roz­dzia­wioną gębą jed­nej z debat mię­dzy Rootem i Eth­rid­gem.

-?Taa! -?wykrzy­kuje Branph, jakby do zauwa­że­nia tego akcentu potrzebny był spo­strze­gaw­czy obser­wa­tor. -?A co to jest za akcent?

Wszyst­kie oczy zwra­cają się ku Bobby'emu Sha­ftoe'owi, który udaje, że przy­słu­chuje się, a potem mówi:

-?No, chło­paki, zdaje mi się, że Enoch Root jest potom­kiem dłu­giej linii holen­der­skich i nie­miec­kich misjo­na­rzy z mórz połu­dnio­wych, wymie­sza­nej z Austra­lij­cami. Poza tym, skoro wycho­wał się na zie­miach bry­tyj­skich, myślę, że ma bry­tyj­ski pasz­port, został zmo­bi­li­zo­wany, kiedy zaczęła się wojna i należy do armii ANZAC15.

-?He! -?chrząka sze­re­go­wiec Daniels. -?Jeśli to wszystko się zga­dza, dam wam pięć dolców.

-?Stoi -?potwier­dza Sha­ftoe.

Eth­ridge i Root koń­czą zamy­ka­nie trumny mniej wię­cej wtedy, gdy mari­nes pod wodzą Sha­ftoe mocują się z ostat­nimi ele­men­tami gumo­wego kom­bi­ne­zonu. Zuży­wają od cho­lery talku, ale w końcu im się udaje. Talk dostali od Etridge'a -?to nie jest zwy­kły, armijny talk, lecz jakiś euro­pej­ski. Nad nie­któ­rymi lite­rami na ety­kietce wid­nieją pary kro­pek; Sha­ftoe wie, że tak jest w języku nie­miec­kim.

Do rampy zała­dow­czej pod­jeż­dża cię­ża­rówka. Śmier­dzi świeżą farbą (to samo­chód Jed­nostki 2702). Ładują do niej zamkniętą trumnę i świeżo zwul­ka­ni­zo­wa­nego mar­twego rzeź­nika.

-?Ja zostanę i spraw­dzę kosze na śmieci -?mówi do Sha­ftoe'a porucz­nik Eth­ridge. -?Dołą­czę do was na lot­ni­sku, za godzinę.

Sha­ftoe wyobraża sobie godzinę na pace gorą­cej cię­ża­rówki, z takim ładun­kiem.

-?Sir, czy mam go obło­żyć lodem? -?pyta.

Eth­ridge musi się zasta­no­wić. Cmoka, zerka na zega­rek, chrząka i pry­cha. Ale odpo­wiedź brzmi osta­tecz­nie:

-?Nie. Dla celu tej misji konieczne jest, aby prze­szedł teraz w stan roz­to­piony.

St. szer. Gerald Hott i jego pełna mięsa trumna zaj­mują śro­dek cię­ża­rówki. Mari­nes sia­dają pod ścia­nami, jak gra­ba­rze. Sha­ftoe zdaje sobie sprawę, że gapi się, ponad zwło­kami, pro­sto w twarz Eno­cha Roota, na któ­rej maluje się wymu­szona non­sza­lan­cja.

Sha­ftoe wie, że powi­nien pocze­kać, ale już nie może wytrzy­mać.

-?Co pan tu w ogóle robi? -?pyta w końcu.

-?Jed­nostka się prze­nosi -?mówi Wie­lebny. -?Bli­żej frontu.

-?Dopiero co wysie­dli­śmy z pie­przo­nej łodzi -?mówi Sha­ftoe. -?Pew­nie, że bli­żej frontu. Cho­lera, żeby być dalej, to musie­li­by­śmy pły­wać!

-?A skoro się paku­jemy -?chłodno stwier­dza Root -?to ja też się zabie­ram.

-?Nie o to mi cho­dziło. Pytam: po cho­lerę w naszej jed­no­stce kape­lan?

-?Wiesz jak to jest w woj­sku -?odpo­wiada Root. -?W każ­dej musi być.

-?To przy­nosi pecha.

-?Kape­lan przy­nosi pecha? Bo co?

-?To zna­czy, że gry­zi­piórki spo­dzie­wają się wielu pogrze­bów, ot co.

-?A więc sądzisz, że jedyną rze­czą, którą potrafi robić duchowny, jest odpra­wia­nie pogrze­bów? Inte­re­su­jące.

-?No, jesz­cze ślu­bów i chrztów -?mówi Sha­ftoe.

Reszta mari­nes chi­cho­cze.

-?Może po pro­stu nie­po­koi cię tro­chę nie­zwy­kłość pierw­szej misji Jed­nostki 2702? -?zapy­tuje Root, zna­cząco zer­ka­jąc na świę­tej pamięci Hotta, a potem patrząc Sha­ftoe'owi pro­sto w oczy.

-?Nie­po­koi mnie? Wie wie­lebny, ja robi­łem na Guadal­ca­nal takie rze­czy, że to jest w porów­na­niu jak, kurwa, szkółka nie­dzielna.

Wszy­scy mari­nes uwa­żają, że to świetny tekst, ale Root jest nie­wzru­szony.

-?A na Guadal­ca­nal wie­dzia­łeś, po co robisz to wszystko?

-?Pew­nie! Żeby prze­żyć.

-?A wiesz dla­czego robisz to tutaj?

-?Nie, kurwa, nie wiem.

-?I to cię nie iry­tuje? A może jesteś zbyt dur­nym tre­pem, żeby cię to obcho­dziło?

-?No, wie­lebny, zapę­dzi­łeś mnie tro­chę w kozi róg -?odzywa się Sha­ftoe. -?Przy­znaję, tro­chę mnie to cie­kawi.

-?Czy więc nie od rze­czy byłoby mieć w Jed­no­stce 2702 kogoś, kto umie odpo­wie­dzieć, po co?

-?No, pew­nie tak -?mru­czy nie­za­do­wo­lony Sha­ftoe. -?Ale to dziw­nie mieć kape­lana.

-?Dla­czego niby dziw­nie?

-?Bo prze­cież to taka jed­nostka.

-?Jaka jed­nostka? -?pyta Root, nie bez sady­stycz­nej przy­jem­no­ści.

-?Nie wolno nam o tym mówić. A zresztą, prze­cież nie wiemy.

Ze wzgó­rza pom­pa­tycz­nie zstę­pują nie­zmie­rzo­nej dłu­go­ści ser­pen­tyny, pod­pie­rane tygry­sio prę­go­wa­nymi arka­dami, wprost na splot roz­ga­łę­zia­ją­cych się linii kole­jo­wych, zasi­la­ją­cych port od połu­dnia.

-?To tak, jak­by­śmy stali we wlo­cie jeba­nego bilarda -?mówi Sha­ftoe, patrząc tam, skąd wła­śnie zje­chali, i wyobra­ża­jąc sobie, co mogłoby wyto­czyć się z Kasby.

Jadą na połu­dnie wzdłuż tych torów, tra­fia­jąc w strefę pełną zwa­łów rudy, hałd węgla i komi­nów fabrycz­nych. Sha­ftoe, Skaut Orli znad Wiel­kich Jezior, nie ma pro­blemu z ich roz­po­zna­niem, choć tutaj obsłu­guje je jakiś obcy kul­tu­rowo mecha­nizm, skła­da­jący się z co naj­mniej miliona try­bów. Pod­jeż­dżają pod Société Algérienne d'Éclairage et de Force, lewia­tana z dwoma komi­nami i naj­więk­szą hałdą węgla. To cho­lerne zadu­pie, ale jasne, że cze­kają tu na nich. Tutaj -?jak wszę­dzie, gdzie pojawi się Jed­nostka 2702 -?wystę­puje dziwne Zja­wi­sko Infla­cji Stopni Woj­sko­wych. Trumnę wnosi do środka dwóch porucz­ni­ków, kapi­tan i major. Nad­zo­ruje ich puł­kow­nik! W zasięgu wzroku nie ma ani jed­nego pod­ofi­cera, a Sha­ftoe, led­wie sier­żant, zasta­na­wia się, jaką robotę znajdą dla niego. Wystę­puje tu także zja­wi­sko Igno­ro­wa­nia Papie­ro­lo­gii; tam, gdzie spo­dziewa się, że zatrzyma go zwy­cza­jowe pół godziny biu­ro­kra­cji, poja­wia się ofi­cer, ner­wowo wyma­chuje rękami i wszystko rusza dalej.

Arab, noszący na gło­wie coś jakby czer­woną puszkę po kawie, otwiera na oścież żela­zne wrota; buchają ku niemu pło­mie­nie, które uspo­kaja poczer­nia­łym żela­znym drą­giem. Gra­ba­rze cen­trują koniec trumny w otwo­rze, po czym wsu­wają ją do środka, jakby łado­wali wielki pocisk do 400-mili­me­tro­wego działa. Facet z puszką na gło­wie zamyka wrota. Frę­dze­lek na czubku puszki dynda sza­leń­czo. Zanim jesz­cze zamknął je na dobre, zaczyna jodlo­wać, tak samo jak ci goście w Kas­bie. Ofi­ce­ro­wie wstają, wszy­scy sobie przy­ta­kują i pod­pi­sują się w roz­ma­itych notat­ni­kach.

Cię­ża­rówka opusz­cza Société Algérienne d'Éclairage et de Force bez kom­pli­ka­cji, co mocno dziwi takiego wete­rana jak Sha­ftoe. Wspina się pod jedno z tych cho­ler­nych algier­skich wznie­sień. Pod­jazd jest stromy -?cały czas na pierw­szym biegu. Han­dla­rze ze swymi wóz­kami peł­nymi wrzą­cego oleju nie tylko dotrzy­mują im kroku, ale jesz­cze po dro­dze smażą frytki. Psy z kulawą nogą bie­gają i gryzą się tuż przed maską cię­ża­rówki. Upar­cie gonią ich także tubylcy w pusz­kach od kawy, gro­żący, że zagrają na gita­rach wyko­na­nych z kani­strów; a także han­dla­rze poma­rań­czy, zakli­na­cze węży i kilku nie­bie­sko­okich typ­ków w bur­nu­sach uno­szą­cych w dło­niach nie­opa­ko­wane i nie­pod­pi­sane bryłki ciem­nej sub­stan­cji. Można je, tak jak śnieżki, skla­sy­fi­ko­wać przez ana­lo­gie do owo­ców i sprzętu spor­to­wego. A więc są wiel­ko­ści od wino­grona do piłki bejs­bo­lo­wej. Wtem kape­lan spon­ta­nicz­nie zamie­nia cze­ko­la­dowy baton na bryłkę wiel­ko­ści piłki do golfa. -?Co to takiego? Cze­ko­lada? -?pyta Bobby Sha­ftoe.

-?Gdyby to była cze­ko­lada -?odpo­wiada Root -?gość nie zamie­niłby się na baton.

Sha­ftoe wzru­sza ramio­nami.

-?Chyba, że to gów­niana cze­ko­lada.

-?Albo gówno! -?wyrywa się sze­re­gowy Nathan, wzbu­dza­jąc ogólną weso­łość.

-?Sły­sze­li­ście o mary­śce? -?pyta Root.

Sha­ftoe -?mode­lowy macho i przy­wódca męż­czyzn -?powstrzy­muje się przed odpo­wie­dzią: "Sły­sze­li­ście? Ja ją rżną­łem!".

-?To skon­cen­tro­wana esen­cja.

-?Skąd ksiądz wie? -?pyta sze­re­gowy Daniels.

Ksiądz jest nie­po­ru­szony.

-?Ja tu jestem spe­cja­li­stą od Boga, nie? Znam się na spra­wach reli­gij­nych?

-?Tak jest, sir!

-?Dawno temu, była sobie grupa muzuł­ma­nów zwana haszy­szy­nami, któ­rzy to jedli, a potem zabi­jali ludzi. Byli w tym tak świetni, że zdo­byli sławę -?złą sławę. Z bie­giem lat wymowa się tro­chę zmie­niła i nazy­wamy ich teraz asa­sy­nami16.

Zapada pełne sza­cunku mil­cze­nie. Wresz­cie odzywa się sier­żant Sha­ftoe:

-?No to na co, do cho­lery, cze­kamy?

Zja­dają tro­chę haszy­szu. Sha­ftoe, jako naj­wyż­szy stop­niem oprócz ofi­ce­rów, zjada wię­cej niż inni. Nic się nie dzieje.

-?Jedyną osobą, jaką mam ochotę zamor­do­wać, jest ten gość, co nam to sprze­dał -?mówi.

* * *

Lot­ni­sko, leżące jede­na­ście mil za mia­stem, jest bar­dziej zatło­czone niż kto­kol­wiek prze­wi­dy­wał. Kra­jo­braz pełen pięk­nych win­nic i gajów oliw­nych, lecz w oddali widać ska­li­ste wznie­sie­nia, a za nimi łachę pia­sku wiel­ko­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych -?które zresztą chyba całe wznio­sły się w powie­trze i przy­fru­nęły tutaj. Nie­zli­czone samo­loty - prze­waż­nie trans­por­towce dakota, vel alba­trosy, mie­szają śmi­głami ogromne chmury pyłu, oble­pia­ją­cego języki i skle­ja­ją­cego gluty w nosie. Ale Sha­ftoe dłuż­szy czas nie rozu­mie, że suche oczy i usta to nie­ko­niecz­nie skutki pyłu w powie­trzu. Jego ślina ma kon­sy­sten­cję kleju do gla­zury.

Ta pie­przona jed­nostka jest tak cho­ler­nie tajna, że nikt na lot­ni­sku nie ma nawet poję­cia o jej ist­nie­niu. Jest tu pełno Angoli, a Angole na pustyni noszą szorty, co wzbu­dza w Sha­ftoe'm chęć obi­cia im ryjów. Stara się nad tym pano­wać. Ale jego oczy­wi­sta nie­chęć do face­tów w krót­kich gaciach, i fakt, że pyta o drogę do jed­nostki, która jest tak tajna, że nie może podać nazwy ani nawet w przy­bli­że­niu jej opi­sać, powo­duje mnó­stwo zamie­sza­nia, wzbu­dza podejrz­li­wość i w ogóle nie­mal przy­czy­nia się do upadku anglo-ame­ry­kań­skiego soju­szu.

Jed­nak teraz Sha­ftoe rozu­mie, że wszystko w Jed­no­stce będzie zawsze prze­gięte w jedną stronę, opa­tu­lone czar­nymi plan­de­kami i osło­nięte namio­tami. Tak jak każda woj­skowa for­ma­cja, Jed­nostka 2702 ma jed­nych rze­czy za dużo, a innych za mało, ale za to posiada na sta­nie chyba z połowę rocz­nej ame­ry­kań­skiej pro­duk­cji bre­zentu. Kiedy Sha­ftoe wspo­mina o tym kole­gom, a gada nie­moż­li­wie roz­wle­kle, nie­któ­rzy zer­kają nań dziw­nie. Ale to Enoch Root musi mu powie­dzieć:

-?Nie­któ­rzy mogą pomy­śleć, że zacho­wu­jesz się tro­chę para­no­icz­nie, z tymi jasz­czu­rami olbrzy­mami i czar­nymi plan­de­kami.

-?Para­no­icz­nie? To ja ci powiem, co zna­czy para­no­icz­nie -?rzuca Sha­ftoe.

I mówi, nie omiesz­kaw­szy wspo­mnieć o porucz­niku Eth­ridge'u i jego śmiet­ni­kach. Kiedy koń­czy, cała jed­nostka stoi na dru­gim końcu paki; wszy­scy są nie­źle zde­ner­wo­wani poza nowym rekru­tem, który, jak z apro­batą zauważa Sha­ftoe, zaczyna się roz­luź­niać. Leży na pod­ło­dze cię­ża­rówki w stroju płe­two­nurka i na wybo­jach raczej ugina się niż pod­ska­kuje.

Ale i tak jest wystar­cza­jąco sztywny, by upro­ścić sprawę wyła­do­wa­nia go z cię­ża­rówki i wrzu­ce­nia do przy­dzie­lo­nego im alba­trosa: to kom­plet­nie łysa wer­sja DC-3, zmi­li­ta­ry­zo­wana oraz (według scep­tycz­nego oglądu Sha­ftoe'a) w ogóle nie­na­da­jąca się do lata­nia wsku­tek wycię­cia na boku gigan­tycz­nych drzwi ładun­ko­wych. Pra­wie prze­ci­nają szkie­let na pół. Latała po pustyni tyle czasu, że pia­sek zdra­pał całą farbę z łopat śmi­gła, maski sil­nika i kra­wę­dzi natar­cia skrzy­deł: wypo­le­ro­wany metal błysz­czy srebrno, wabiąc wszyst­kich pilo­tów Luft­waffe w pro­mie­niu trzy­stu kilo­me­trów. Co gor­sza, z kadłuba ster­czą roz­ma­ite anteny, głów­nie wokół kok­pitu. Nie tylko pręty, ale także pie­przone wiel­kie ruszty do bar­be­cue: Sha­ftoe na ich widok żałuje, że nie ma piły. Koja­rzą mu się tajem­ni­czo z tymi, które tasz­czył po scho­dach Sta­cji Alfa w Szan­ghaju -?wspo­mnie­nie to splą­tało mu się doku­ment­nie z innymi obra­zami. Kiedy pró­buje je przy­wo­łać, widzi tylko zakrwa­wio­nego Jezusa, zno­szą­cego po kamien­nych scho­dach w Manili dwu­pa­smowy dipol wyso­kiej czę­sto­tli­wo­ści, i wie, że coś tu jest nie tak.

Choć sie­dzą tuż obok ruchli­wego lot­ni­ska, Eth­ridge nie pozwala im zacząć, dopóki w powie­trzu jest choć jeden samo­lot. W końcu mówi:

-?Dobra, TERAZ!

Chłopcy na cię­ża­rówce uno­szą nie­bosz­czyka, tylko po to, by usły­szeć krzyk porucz­nika: "Zaraz, cze­kaj­cie!" -?i poło­żyć go z powro­tem. Dopiero kiedy prze­staje ich to bawić, zawi­jają go wresz­cie w bre­zent i wno­szą na pokład samo­lotu. Chwilę potem już lecą. Jed­nostka 2702 udaje się na spo­tka­nie z Rom­m­lem.

Cykle

Cykle

Jest począ­tek paź­dzier­nika roku 1942, a na świe­cie wszystko się pier­doli. Wszę­dzie naraz, na nie­wia­ry­godną skalę. Nie upo­rząd­ko­wałby tego sam Zeus, nawet gdyby zmo­bi­li­zo­wał karia­tydy -?powie­dział im: "nie­ważne co wam kaza­li­śmy, zdej­muj­cie te bagaże, i to już". Świą­ty­nie zawa­la­łyby się wszę­dzie, tele­sko­powo, a on wszyst­kie karia­tydy, wszyst­kie najady i driady, które zdo­łał ścią­gnąć, wysłałby na biblio­te­ko­znaw­stwo, dał im zie­lone daszki na czoło, ubrał w zgrzebne asek­su­alne mun­durki OSWA, Olim­pij­skich Służb Wspar­cia Archi­wi­stycz­nego i posłał do pracy na trzy zmiany przy wypeł­nia­niu fiszek. Wyko­rzy­stał tę słynną karia­tydzką spo­le­gli­wość przy maszy­nach Hol­le­ri­tha i czyt­ni­kach kart dziur­ko­wa­nych firmy ETC. Nawet wtedy wciąż bra­ko­wa­łoby mu danych na temat sytu­acji. Byłby tak wkur­wiony, że nie miałby poję­cia, w któ­rych kon­kret­nie zadu­fa­nych śmier­tel­nych walić pio­ru­nami ani które modelki i kozy mole­sto­wać.

Law­rence Prit­chard Water­ho­use jest teraz jed­nym z więk­szych olim­pij­czy­ków. Taki sam dostęp do infor­ma­cji ma jesz­cze Roose­velt, Chur­chill i kilku innych ludzi z listy Ultra Mega, ale oni mają inne pro­blemy i tro­ski. Nie mogą wędro­wać po skarbcu danych z całego świata, zaglą­dać deszy­fran­tom przez ramię i odczy­ty­wać tek­stów wycho­dzą­cych - klik-kle­kot-kle­kot-trrr -?z dale­ko­pi­sów. Nie mogą ni stąd ni zowąd zapra­gnąć śle­dzić poszcze­gól­nych wąt­ków glo­bal­nej histo­rii, bie­ga­jąc od baraku do baraku, koja­rząc infor­ma­cje ze sobą, tak jak Wrenki w Baraku 11 prze­cią­gają kable pomię­dzy gniaz­dami maszyn Bombe, two­rząc paję­czą sieć do chwy­ta­nia pędzą­cych przez eter radio­gra­mów Hitlera.

Oto parę zna­nych Water­ho­use'owi infor­ma­cji: bitwa pod El Ala­mein jest wygrana, a Mont­go­mery ściga Rom­mla na zachód przez Cyre­najkę z szyb­ko­ścią eks­presu, zmu­sza­jąc go do odwrotu do odle­głej, będą­cej wciąż we wła­da­niu Osi Tune­zji. Ale nie jest to bez­ładna rej­te­rada, na jaką wygląda. Gdyby Monty doce­niał infor­ma­cje z kanału Ultra, mógłby poru­szać się sen­sow­nie, okrą­ża­jąc i bio­rąc w nie­wolę znaczne liczby Niem­ców i Wło­chów. Nie­stety, nie robi tego: Rom­mel ma więc czas na pla­nowy odwrót i przy­go­to­wa­nie do następ­nych bitew. Dla­tego wła­śnie nie­stru­dzony Monty jest wciąż prze­kli­nany wśród ana­li­ty­ków Blet­chley Park, za to, że nie umie wyko­rzy­stać bez­cen­nych choć nie­trwa­łych klej­no­tów infor­ma­cji wywia­dow­czych.

Naj­więk­szy mor­ski desant w histo­rii wła­śnie zwa­lił się na Afrykę Pół­nocną. Nazywa się Ope­ra­cja Pochod­nia i ma za zada­nie wziąć Rom­mla od tyłu, słu­żąc za kowa­dło dla młota Mont­go­mery'ego, albo, jeśli ten nie utrzyma szyb­ko­ści, być może na odwrót. Wygląda na sta­ran­nie zor­ga­ni­zo­wany, ale to nie­prawda: Ame­ryka po raz pierw­szy wdała się w coś poważ­nego po tej stro­nie Atlan­tyku i dla­tego na tych okrę­tach pły­nie kolo­salna zbie­ra­nina naj­róż­niej­szych for­ma­cji -?w tym jajo­głowi od wywiadu radio­wego, któ­rzy teatral­nie sztur­mują plaże, jakby byli pie­chotą mor­ską. Jest tam także ame­ry­kań­ski kon­tyn­gent Jed­nostki 2702 - wyse­lek­cjo­no­wana załoga zahar­to­wa­nych w boju koman­do­sów.

Nie­któ­rzy z niech dowie­dzieli się cze­goś na Guadal­ca­nal, mało uży­tecz­nej wyspie na połu­dniowo-wschod­nim Pacy­fiku, gdzie Cesar­stwo Nip­ponu i Stany Zjed­no­czone Ame­ryki spie­rają się za pomocą kara­bi­nów o prawo do zbu­do­wa­nia tam woj­sko­wej bazy lot­ni­czej. Pierw­sze wia­do­mo­ści stam­tąd wska­zują, że armia nip­poń­ska, pod­czas dłu­giego tournée po wschod­niej Azji, stra­ciła swój pazur. Wyglą­da­łoby na to, że zgwał­ce­nie całej żeń­skiej popu­la­cji Nan­kinu i roz­nie­sie­nie na bagne­tach bez­bron­nych fili­piń­skich wie­śnia­ków nie prze­kłada się na praw­dziwe kom­pe­ten­cje mili­tarne. Armia nip­poń­ska wciąż nie ma spo­sobu na zabi­cie, powiedzmy, stu ame­ry­kań­skich mari­nes, tak żeby nie stra­cić przy tym, dajmy na to, pię­ciu­set wła­snych żoł­nie­rzy.

Japoń­ska mary­narka to cał­kiem co innego -?oni znają się na tym, co robią. Mają swego Yama­moto. Mają tor­pedy, które naprawdę wybu­chają, gdy ude­rzają w cel, w odróż­nie­niu od modeli ame­ry­kań­skich, które tylko odłu­pują z japoń­skich okrę­tów farbę, a potem prze­pra­sza­jąco toną. Yama­moto wła­śnie po raz kolejny pró­bo­wał roz­bić ame­ry­kań­ską flotę nie­opo­dal wysp Santa Cruz, zato­pił Hor­neta i wywa­lił ele­gancką dziurę w Enter­prise. Ale stra­cił jedną trze­cią swo­ich samo­lo­tów. Patrząc na rosnące straty, Water­ho­use cie­kawi się, czy kto­kol­wiek w Tokio zadał sobie trud wycią­gnię­cia liczy­dła i pod­su­mo­wa­nia całej tej II wojny świa­to­wej.

Alianci robią pewne rachunki i srają w gacie ze stra­chu. Po Oce­anie Atlan­tyc­kim pływa teraz sto nie­miec­kich U-Bootów, głów­nie z baz w Lorient i Bor­de­aux. Topią pół­noc­no­atlan­tyc­kie kon­woje tak sku­tecz­nie, że to już nie wojna, to rzeź­nia jak na Lusi­ta­nii17. Są na dobrej dro­dze, by zato­pić około miliona ton ładunku tylko w tym mie­siącu. Water­ho­use nie potrafi tego ogar­nąć myślą. Tona to z grub­sza tyle, co jeden samo­chód; pró­buje wyobra­zić sobie, jak Ame­ry­ka­nie i Kana­dyj­czycy płyną na śro­dek oce­anu i wrzu­cają do wody milion samo­cho­dów -?i to tylko w listo­pa­dzie. Brrr!

Pro­blem sta­nowi Rekin.

Niemcy nazy­wają go Try­ton. To nowy szyfr, uży­wany wyłącz­nie przez ich mary­narkę. Bazuje na Enig­mie, ale nie takiej z trzema tar­czami. Polacy nauczyli się łamać tam­ten model kilka lat temu, a w Blet­chley Park wdro­żono ten pro­ces na skalę prze­my­słową. Lecz ponad rok temu na połu­dnio­wym wybrzeżu Islan­dii osiadł nie­na­ru­szony U-Boot. Faceci z Blet­chley dość dokład­nie go prze­szu­kali i zna­leźli maszynkę szy­fru­jącą ze szcze­li­nami na cztery -?a nie trzy -?tar­cze.

Od 1 lutego, kiedy weszła do eks­plo­ata­cji, cały Atlan­tyk stał się białą plamą. Alan i inni cały czas ata­ko­wali ten pro­blem -?polega on na tym, że nie wia­domo w jaki spo­sób czwarta tar­cza jest sprzę­żona z resztą.

Lecz kilka dni temu na wschod­nim Morzu Śród­ziem­nym prze­chwy­cono pra­wie nie­na­ru­szo­nego U-Boota. Puł­kow­nik Chat­tan, który przy­pad­kiem znaj­do­wał się w oko­licy, pognał tam z nie­zdro­wym pośpie­chem, wraz z kil­koma innymi Blet­chley­ow­cami. Wydo­byli z wraku czte­ro­tar­czową Enigmę; choć to jesz­cze nie łamie szy­fru, zapew­nia przy­naj­mniej dane nie­zbędne do jego zła­ma­nia.

Hitler i tak musi być cho­ler­nie pewny sie­bie, bo poje­chał w podróż, jesz­cze przed pra­co­wi­tym urlo­pem w swej alpej­skiej samotni. Mimo to zdo­był, co jesz­cze pozo­stało z Fran­cji -?praw­do­po­dob­nie ta Ope­ra­cja Pochod­nia naprawdę go wku­rzyła, bo zaczął oku­po­wać całą Vichy, a potem wysłał ponad sto tysięcy świe­żych wojsk i podob­nie olbrzy­mią liczbę zaopa­trze­nia przez Morze Śród­ziemne do Tune­zji. Water­ho­use wyobraża sobie, że teraz można przejść z Sycy­lii do Tune­zji, po pro­stu ska­cząc z pokładu jed­nego nie­miec­kiego trans­por­towca na drugi.

Oczy­wi­ście, gdyby to było prawdą, jego zada­nie byłoby znacz­nie łatwiej­sze. Alianci mogliby zato­pić tyle tych stat­ków, ile im się spodoba, nie powo­du­jąc unie­sie­nia na fron­cie teo­rii infor­ma­cji nawet jed­nej teu­toń­skiej blond brwi. W rze­czy­wi­sto­ści, owe kon­woje są mocno roz­pro­szone, w dużych odle­gło­ściach od sie­bie. Jak mocno i w jak dużych -?to para­me­try w rów­na­niach, któ­rymi Alan Mathi­son Turing i on przez całą noc zapi­sują tablice.

Po dobrych ośmiu czy dwu­na­stu godzi­nach pracy, kiedy wstaje słońce, nie ma jak rześka prze­jażdżka rowe­rowa po Buc­kin­gham­shire.

* * *

Gdy wyjeż­dżają nad kra­wędź urwi­ska, roz­po­ściera się przed nimi widok na drzewa we wszyst­kich odcie­niach ognia. Pół­ku­li­ste korony klo­nów dają nawet efekt buzu­ją­cych pło­mieni. Law­rence czuje, jak zabawny odruch każe mu zdjąć dło­nie z kie­row­nicy i zakryć uszy. Kiedy jed­nak zjeż­dżają mię­dzy drzewa, powie­trze pozo­staje ide­al­nie czy­ste, a nieba nie prze­ci­nają kolumny czar­nego dymu -?ten spo­kój i cisza bar­dzo róż­nią się od tego, co ma Water­ho­use we wspo­mnie­niach.

-?Gadać, gadać, gadać! -?mówi Alan Turing, imi­tu­jąc krzyk roz­wście­czo­nego pta­szy­ska. Ten dziwny dźwięk jest jesz­cze dziw­niej­szy, ponie­waż Alan nosi maskę prze­ciw­ga­zową. W końcu nie­cier­pliwi się i ściąga ją na czoło. -?Oni uwiel­biają słu­chać wła­snego głosu. -?Mówi o Win­sto­nie Chur­chillu i Fran­kli­nie Roose­vel­cie. -?I nie mają nic prze­ciwko słu­cha­niu głosu tego dru­giego, no, w pew­nym stop­niu. Ale głos to bar­dzo redun­dantny kanał infor­ma­cyjny, w porów­na­niu z tek­stem dru­ko­wa­nym. Weź­miesz tekst, prze­pu­ścisz przez Enigmę -?która naprawdę nie jest aż tak skom­pli­ko­wana -?a wszyst­kie dobrze znane pra­wi­dło­wo­ści tego tek­stu, takie jak prze­waga litery E, są nie­mal nie do wykry­cia. - Potem znów naciąga maskę na twarz, by pod­kre­ślić takie oto stwier­dze­nie: -?Lecz głos możesz znie­kształ­cać i per­mu­to­wać w naj­bar­dziej wyra­fi­no­wany spo­sób, a on wciąż pozo­sta­nie dosko­nale czy­telny.

Teraz dopada go atak kicha­nia, gro­żący urwa­niem pasków mocu­ją­cych maskę na gło­wie.

-?Nasze uszy wie­dzą, jak zna­leźć owe pra­wi­dło­wo­ści. -?pro­po­nuje Law­rence. On nie nosi maski, ponie­waż: a) nie znaj­dują się w stre­fie hitle­row­skiego ataku gazo­wego, b) w odróż­nie­niu od Alana, nie doku­cza mu katar sienny.

-?Zacze­kaj.

Alan znie­nacka hamuje i zeska­kuje z roweru. Unosi tylne koło i kręci nim wolną ręką, a potem szybko pociąga łań­cuch w bok. Obser­wuje mecha­nizm w sku­pie­niu, prze­ry­wa­nym tylko ostat­nimi kich­nię­ciami.

Łań­cuch roweru Turinga ma jedno zepsute ogniwo. Tylne koło ma jedną zgiętą szpry­chę. Kiedy szpry­cha i ogniwo zetkną się, łań­cuch roz­łą­czy się i spad­nie. To nie dzieje się przy każ­dym obro­cie koła -?gdyby tak było, w ogóle nie dałoby się jeź­dzić -?lecz tylko, gdy łań­cuch i koło są wzglę­dem sie­bie w pew­nym poło­że­niu.

Przyj­mu­jąc roz­sądne zało­że­nia co do pręd­ko­ści, jaką może roz­wi­nąć ener­giczny dok­tor Turing (powiedzmy, 25 km/h), i pro­mie­nia jego tyl­nego koła (jedna trze­cia metra), gdyby zepsute ogniwo ude­rzało w zgiętą szpry­chę przy każ­dym obro­cie koła, łań­cuch spa­dałby trzy razy na sekundę.

Tak naprawdę, nie spada, jeśli zepsute ogniwo i zgięta szpry­cha przy­pad­kowo nie zetkną się. Oznaczmy poło­że­nie tyl­nego koła tra­dy­cyjną ?. Dla uprosz­cze­nia przyj­mijmy, że koło star­tu­jące w poło­że­niu, w któ­rym szpry­cha może zetknąć się z ogni­wem (choć tylko gdy ogniwo jest tam, gdzie może zostać ude­rzone), to ? = 0. Jeśli kąt zmie­rzymy w stop­niach, pod­czas jed­nego obrotu ? rośnie aż do 359 a potem maleje do 0 -?wtedy zgięta szpry­cha znów może ude­rzyć w łań­cuch. Nato­miast poło­że­nie łań­cucha opiszmy zmienną C, w nastę­pu­jący pro­sty spo­sób: każ­demu ogniwu łań­cucha przy­pi­su­jemy liczbę: zepsute ogniwo ma numer 0, następne -?1, i tak dalej, aż do l -?1, gdzie l to cał­ko­wita liczba ogniw. I znowu, dla uprosz­cze­nia, przyj­mujmy, że kiedy łań­cuch znaj­duje się w takim poło­że­niu, że jego zepsute ogniwo może zostać ude­rzone przez szpry­chę (choć tylko wtedy, gdy szpry­cha znaj­duje się w odpo­wied­nim poło­że­niu), to C = 0.

Aby wywnio­sko­wać, kiedy spad­nie łań­cuch w rowe­rze Turinga, wystar­czą nam war­to­ści ? i C. Ta para liczb okre­śla stan roweru. Rower ma tyle róż­nych sta­nów, ile jest róż­nych war­to­ści pary (?, C), choć tylko jeden z nich, czyli (0, 0) jest sta­nem, w któ­rym spada łań­cuch.

Załóżmy, że zaczy­namy wła­śnie w tym sta­nie, tzn. z (? = 0, C = 0), ale łań­cuch nie spadł, bo dok­tor Turing (który w każ­dej chwili zna stan swo­jego roweru) zatrzy­mał się nagle pośrodku drogi (nie­mal zde­rza­jąc się ze swym przy­ja­cie­lem i współ­pra­cow­ni­kiem Law­ren­cem Prit­char­dem Water­ho­use'em, ponie­waż maska prze­ciw­ga­zowa zawęża mu pole widze­nia). Dok­tor Turing szarp­nął łań­cuch w bok, jed­no­cze­śnie prze­su­wa­jąc go tro­szeczkę w przód, tym samym nie pozwo­lił, by ude­rzyła go zgięta szpry­cha. Teraz znów wsiada na rower i zaczyna peda­ło­wać. Obwód jego tyl­nego koła wynosi około dwóch metrów, a więc kiedy prze­je­dzie taką odle­głość, koło wykona cały obrót i znaj­dzie się znów w poło­że­niu ? = 0, kiedy to, jak pamię­tamy, zgięta szpry­cha może ude­rzyć w słabe ogniwo łań­cu­cha.

A co z łań­cu­chem? Jego poło­że­nie, okre­ślone zmienną C, zaczyna się od 0 i osiąga 1, kiedy fatalne miej­sce zaj­muje kolejne ogniwo, potem 2 i tak dalej. Łań­cuch musi poru­szać się zgod­nie z obro­tami zębatki na tyl­nym kole, ona zaś ma n zębów, a zatem po peł­nym obro­cie koła, kiedy ? ponow­nie równa jest 0, C = n. Po dru­gim peł­nym obro­cie znów ? = 0, ale tym razem C = 2n. Następ­nym razem -?3n i tak dalej. Lecz pamię­tajmy, że łań­cuch nie jest przed­mio­tem liniowo nie­skoń­czo­nym, lecz pętlą mającą tylko l poło­żeń: przy C = l wraca znów do C = 0 i powta­rza cały cykl. Tak więc, przy obli­cza­niu war­to­ści C konieczne jest wyko­rzy­sta­nie aryt­me­tyki modulo - jeśli łań­cuch ma 100 ogniw, a prze­su­nęło się 135 ogniw, to war­tość C nie wynosi 135 lecz 35. Za każ­dym razem, kiedy mamy liczbę więk­szą lub równą l, odej­mu­jemy od niej l tyle razy, aż otrzy­mamy liczbę mniej­szą niż l. Mate­ma­tycy zapi­sują to jako mod l. Czyli kolejne war­to­ści C, za każ­dym razem gdy koło wraca do ? = 0, wyno­szą:

Ci = n mod l, 2n mod l, 3n mod l, ... in mod l

gdzie i = (1, 2, 3, ... ?)

mniej lub bar­dziej, zależ­nie od tego jak bli­ski nie­skoń­czo­no­ści jest czas, przez który Turing zamie­rza jechać na rowe­rze. Water­ho­use'owi ten czas już po chwili wydaje się nie­skoń­cze­nie długi.

Łań­cuch spad­nie, kiedy rower osią­gnie stan (? = 0, C = 0), a w świe­tle tego, co powie­dzie­li­śmy, zda­rzy się to gdy i (które jest po pro­stu licz­ni­kiem mówią­cym, ile razy obró­ciło się tylne koło) osią­gnie pewną hipo­te­tyczną war­tość taką, że in mod l = 0, albo, mówiąc po pro­stu, zda­rzy się to, jeśli ist­nieje taka wie­lo­krot­ność n (na przy­kład, hmm, 2n, 3n, 395n albo 109948368443n), która przy­pad­kiem jest rów­nież wie­lo­krot­no­ścią l. W isto­cie, tych tak zwa­nych wspól­nych wie­lo­krot­nych może być kilka, ale z prak­tycz­nego punktu widze­nia liczy się tylko pierw­sza z nich -?naj­mniej­sza wspólna wie­lo­krotna, NWW, ponie­waż ona zosta­nie osią­gnięta pierw­sza i spo­wo­duje spad­nię­cie łań­cu­cha.

Jeśli zębatka ma, dla przy­kładu, 20 zębów (n = 20), a łań­cuch 100 ogniw (l = 100), to po jed­nym obro­cie koła mamy C = 20, po dwóch C = 40, potem 60, 80 i 100. Lecz ponie­waż dzia­łamy modulo 100, tę war­tość należy zmie­nić na 0. Dla­tego, po pię­ciu obro­tach tyl­nego koła osią­gamy stan (? = 0, C = 0) i Turin­gowi spada łań­cuch. Pięć obro­tów koła to prze­je­chane zale­d­wie dzie­sięć metrów, a więc przy takich war­to­ściach l i n rower jest nie­mal bez­u­ży­teczny. Oczy­wi­ście, jest to prawdą tylko gdy Turing jest na tyle głupi, by zacząć jazdę w sta­nie, kiedy spada łań­cuch. Bo jeśli w chwili gdy star­tuje, rower będzie w sta­nie (? = 0, C = 1), wtedy kolejne war­to­ści to C = 21, 41, 61, 81, 1, 21, ... i tak w nie­skoń­czo­ność -?łań­cuch ni­gdy nie spad­nie. Ale to jest przy­pa­dek zde­ge­ne­ro­wany, a dla mate­ma­tyka "zde­ge­ne­ro­wany" ozna­cza "dener­wu­jąco nie­cie­kawy". Teo­re­tycz­nie, jeśli Turing zawsze ustawi rower w odpo­wied­nim sta­nie, zanim odstawi go przed budyn­kiem, nikt nie będzie w sta­nie go ukraść -?ponie­waż łań­cuch spad­nie, zanim zdoła prze­je­chać co naj­wy­żej dzie­sięć metrów.

Lecz jeśli łań­cuch Turinga ma sto jeden ogniw (l = 101) to po pię­ciu obro­tach mamy C = 100, a po sze­ściu -?C = 19, a potem:

C = 39, 59, 79, 99, 18, 38, 58, 78, 98, 17, 37, 57, 77, 97, 16, 36, 56, 76, 96, 15, 35, 55, 75, 95, 14, 34, 54, 74, 94, 13, 33, 53, 73, 93, 12, 32, 52, 72, 92, 11, 31, 51, 71, 91, 10, 30, 50, 70, 90, 9, 29, 49, 69, 89, 8, 28, 48, 68, 88, 7, 27, 47, 67, 87, 6, 26, 46, 66, 86, 5, 25, 45, 65, 85, 4, 24, 44, 64, 84, 3, 23, 43, 63, 83, 2, 22, 42, 62, 82, 1, 21, 42, 62, 82, 1, 21, 41, 61, 81, 0,

a więc rower wraca do stanu (? = 0, C = 0), w któ­rym łań­cuch spada dopiero po 101 obro­tach tyl­nego koła. W cza­sie owych 101 obro­tów, Turing uje­chał pra­wie dwie­ście metrów -?nie­źle. Zatem rower już nadaje się do użytku. Jed­nakże, w prze­ci­wień­stwie do przy­padku zde­ge­ne­ro­wa­nego, teraz już nie­moż­liwe jest usta­wie­nie roweru w takim sta­nie, żeby łań­cuch ni­gdy nie spa­dał. Można to udo­wod­nić, prze­glą­da­jąc powyż­szą listę war­to­ści C i spraw­dza­jąc, że są na niej wszyst­kie liczby od 0 do 100 -?wszyst­kie moż­liwe war­to­ści C. Ozna­cza to, że wszystko jedno, jaką war­tość ma C, kiedy Turing zaczyna krę­cić peda­łami, i tak wcze­śniej czy póź­niej doj­dzie ona do fatal­nego C = 0 i łań­cuch spad­nie.

Róż­nica pomię­dzy przy­pad­kami zde­ge­ne­ro­wa­nymi i niezde­ge­ne­ro­wa­nymi polega na wła­ści­wo­ściach obu liczb. Para (n = 20, l = 100) ma znacz­nie inne wła­ści­wo­ści niż (n = 20, l = 101). Klu­czowa róż­nica: 20 i 101 są "względ­nie pierw­sze", to zna­czy, nie mają wspól­nych podziel­ni­ków. Ozna­cza to, że ich naj­mniej­sza wspólna wie­lo­krotna, NWW, jest dużą liczbą. Dokład­nie, równa się l x n, czyli 20 x 101 = 2020. NWW liczb 20 i 100 to zaś tylko 100. Rower z l = 101 ma długi okres -?zanim wróci do stanu pier­wot­nego, prze­cho­dzi przez wiele innych sta­nów -?a przy l = 100 tych sta­nów jest tylko kilka.

Załóżmy teraz, że rower Turinga jest maszyną szy­fru­jącą, która działa na zasa­dzie zastę­po­wa­nia alfa­be­tów, co ozna­cza, że zastę­puje każdą literę alfa­betu inną literą. A w tek­ście jaw­nym może stać się T w tek­ście zaszy­fro­wa­nym, B może zmie­nić się w F, C w M, i tak dalej do Z. Taki szyfr sam z sie­bie jest absur­dal­nie pro­sty do zła­ma­nia -?nadaje się do dzie­cin­nych zabaw. Ale przy­pu­śćmy, że spo­sób zastę­po­wa­nia liter zmie­nia się po każ­dej lite­rze. To zna­czy: pierw­szą literę tek­stu szy­fru­jemy przy uży­ciu jed­nego alfa­betu, kolejną sto­su­jąc cał­kiem inny alfa­bet i tak dalej. Nazywa się to szy­frem polialfa­betycznym.

Powiedzmy, że rower Turinga potrafi wyge­ne­ro­wać inny alfa­bet w każ­dym ze swych sta­nów. A więc stan (? = 0, C = 0) odpo­wiada, na przy­kład, takiej sub­sty­tu­cji:

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z

Q G U W B I Y T F K V N D O H E P X L Z R C A S J M,

lecz stan (? = 180, C = 15) odpo­wiada takiemu oto (innemu) alfa­be­towi:

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z

B O R I X V G Y P F J M T C Q N H A Z U K L D S E W.

Żadne dwie litery nie zostaną zaszy­fro­wane takimi samymi alfa­be­tami, dopóki, ma się rozu­mieć, rower nie powróci do stanu począt­ko­wego (? = 0, C = 0) i nie zacznie powta­rzać całego cyklu. Ozna­cza to, że jest to sys­tem polial­fa­be­tyczny okre­sowy. Jeśli teraz maszyna ma krótki okres, alfa­bety powta­rza­łyby się czę­sto i szyfr sta­no­wiłby prze­szkodę tylko dla dzieci z przed­szkola. Im dłuż­szy okres (im więk­sze są zawarte w nim względ­nie pierw­sze liczby) tym rza­dziej nastę­puje powtórne uży­cie tego samego alfa­betu i tym sys­tem jest bez­piecz­niej­szy.

Enigma z trzema tar­czami jest wła­śnie takim szy­frem (okre­so­wym, polial­fa­be­tycz­nym). Jej tar­cze, tak jak układ napę­dowy roweru Turinga, wyko­nują cykle cykli. Okres wynosi 17 576, co ozna­cza, że alfa­bet użyty do zaszy­fro­wa­nia pierw­szej litery wia­do­mo­ści powtó­rzy się dopiero przy 17 577 lite­rze. Jed­nakże w Reki­nie Niemcy dodali czwartą tar­czę, zwięk­sza­jąc okres do 456 976. Na początku każ­dego komu­ni­katu tar­cze są usta­wiane w innej, przy­pad­ko­wej pozy­cji. Ponie­waż nie­miec­kie wia­do­mo­ści ni­gdy nie osią­gają dłu­go­ści 450 tysięcy liter, Enigma ni­gdy nie powta­rza tego samego alfa­betu w obrę­bie jed­nej z nich -?dla­tego wła­śnie Niemcy uwa­żają, że Try­ton jest tak dobry.

Prze­la­tuje nad nimi eska­dra trans­por­tow­ców, zmie­rza­jąca zapewne na lot­ni­sko w Bed­ford. Wydają z sie­bie dziwny, dia­to­niczny pomruk, jak dudy gra­jące dwa dźwięki naraz. Przy­po­mina to Law­rence'owi o jesz­cze jed­nym zja­wi­sku wią­żą­cym się z kołem rowe­ro­wym i Enigmą.

-?Wiesz, dla­czego samo­loty tak brzmią?

-?Nie, nie zasta­na­wia­łem się. -?Turing znów ściąga maskę prze­ciw­ga­zową. Opa­dła mu szczęka, a oczy ma roz­bie­gane. Law­rence zasko­czył go.

-?Zauwa­ży­łem to w Pearl Har­bor. Samo­loty mają gwiaz­dowe sil­niki. I dla­tego muszą mieć nie­pa­rzy­stą liczbę cylin­drów.

-?Z czego to wynika?

-?Przy parzy­stej licz­bie cylin­dry byłyby dokład­nie naprze­ciw sie­bie, o sto osiem­dzie­siąt stopni, i to nie mogłoby dzia­łać.

-?Dla­czego?

-?Zapo­mnia­łem. To by po pro­stu nie dzia­łało.

Nie­prze­ko­nany Alan unosi brwi.

-?Coś tam z kor­bami -?ryzy­kuje Water­ho­use, wyco­fu­jąc się nieco.

-?Nie wiem, czy się zga­dzam -?mówi Alan.

-?Po pro­stu zrób takie zało­że­nie, pomyśl o tym jako o warunku brze­go­wym -?odpo­wiada Water­ho­use.

Alan już zato­pił się w myślach, pro­jek­tu­jąc gwiaz­dowy sil­nik lot­ni­czy o parzy­stej licz­bie cylin­drów.

-?W każ­dym razie, jak je oglą­dasz, zawsze mają nie­pa­rzy­stą liczbę cylin­drów -?cią­gnie Law­rence. -?Dla­tego dźwięk rury wyde­cho­wej zlewa się z szu­mem śmi­gła, dając ten dwu­to­nowy odgłos.

Alan wsiada na rower. Kawa­łek jadą, nie roz­ma­wia­jąc. Wła­ści­wie, to nie tyle roz­ma­wiali, ile raczej wspo­mi­nali o pew­nych ide­ach, a potem już samo­dziel­nie je roz­pra­co­wy­wali i wycią­gali wnio­ski. To bar­dzo wydajny spo­sób komu­ni­ka­cji; eli­mi­nuje więk­szość redun­dan­cji, na którą Alan tak narze­kał w przy­padku Chur­chilla i FDR.

Water­ho­use myśli o cyklach wewnątrz cykli. Już zade­kla­ro­wał, że spo­łe­czeń­stwo też działa na zasa­dzie cykli w cyklach18, a teraz zasta­na­wia się, czy bar­dziej przy­po­mina rower Turinga (dłuż­szy czas wszystko działa, a potem nagle spada łań­cuch, stąd takie spo­ra­dyczne wojny świa­towe), czy też Enigmę (długo, długo miele coś zupeł­nie nie­zro­zu­mia­łego, a potem tar­cze usta­wiają się jak w jed­no­rę­kim ban­dy­cie i wszystko idzie jaw­nym tek­stem, jak w ogól­no­świa­to­wym obja­wie­niu, albo, jeśli wola, apo­ka­lip­sie), a może raczej gwiaz­dowy sil­nik od samo­lotu (działa i działa i działa; nie dzieje się nic szcze­gól­nego, tylko hała­suje jak cho­lera).

-?To musi być gdzieś... tutaj! -?wykrzy­kuje Alan i gwał­tow­nie hamuje, robiąc psi­kusa Law­rence'owi, który musi zawró­cić rower, a na takiej wąskiej ścieżce to dość trudne.

Opie­rają rowery o drzewo i wycią­gają z koszy sprzęt: bate­rie, układy elek­tro­niczne, kijki, saperkę, zwoje drutu. Alan tro­chę nie­pew­nie roz­gląda się i odcho­dzi mię­dzy drzewa.

-?Nie­długo wyjeż­dżam do Ame­ryki. Będę pra­co­wać w Bell Labs nad pro­ble­mem szy­fro­wa­nia głosu.

Law­rence śmieje się ponuro.

-?Jeste­śmy jak te statki pośród nocy, Alan.

-?Jeste­śmy jak pasa­że­ro­wie na stat­kach pośród nocy. -?popra­wia go Alan. -?To nie przy­pa­dek. Potrze­bują cię wła­śnie dla­tego, że wyjeż­dżam. Dotych­czas ja cią­gną­łem całą robotę Jed­nostki 2701.

-?Teraz to jest Jed­nostka 2702 -?mówi Law­rence.

-?Ach, więc zauwa­ży­łeś -?Alan jest zała­many.

-?To był bar­dzo lek­ko­myślny pomysł z tym nume­rem, Alan!

-?Prze­ciw­nie! Co pomy­śli sobie Rudy, gdy zauważy, że wśród wszyst­kich jed­no­stek i for­ma­cji w alianc­kich siłach zbroj­nych nie ma ani jed­nej, któ­rej numer jest przy­pad­kiem ilo­czy­nem dwóch liczb pierw­szych?

-?No cóż, to zależy od tego, jak czę­sto wystę­pują takie liczby w sto­sunku do innych oraz ile innych liczb w danym zakre­sie jest nie­uży­wa­nych... -?mówi Law­rence i zaczyna ana­li­zo­wać pierw­szą część pro­blemu. -?Znowu funk­cja dzeta Rie­manna. Ona wyska­kuje wszę­dzie.

-?Otóż to! -?odpo­wiada Alan. -?Po pro­stu trzeba mieć podej­ście racjo­nalne i zdro­wo­roz­sąd­kowe. Oni są naprawdę dość żało­śni.

-?Kto?

-?To tutaj -?mówi Alan, zwal­nia­jąc. Zatrzy­muje się i roz­gląda po lesie, który dla Law­rence'a wygląda jak każdy inny. -?Wygląda jakoś zna­jomo.

Siada na zwa­lo­nym pniu i zaczyna wypa­ko­wy­wać z torby różne elek­tryczne przy­rządy. Law­rence przy­siada obok i robi to samo. Co prawda, nie wie jak to działa -?to wyna­la­zek Alana -?i dla­tego przyj­muje rolę asy­stenta chi­rurga, poda­jąc ele­menty i narzę­dzia dok­to­rowi, który składa to wszystko do kupy. Przy tym cały czas gada, a więc wybiera narzę­dzia, po pro­stu gapiąc się na nie nie­ru­cho­mym wzro­kiem i marsz­cząc brwi.

-?Kto? No, jak myślisz? Te bał­wany, co korzy­stają z infor­ma­cji pocho­dzą­cych z Blet­chley Park!

-?Alan!

-?Prze­cież to kom­pletna głu­pota! Na przy­kład z tym Midway. To ide­alny przy­kład, co nie?

-?No cóż, ja tam byłem zado­wo­lony, że wygra­li­śmy tę bitwę -?mówi ostroż­nie Law­rence.

-?Nie wydaje ci się, że to tro­chę dziwne, tro­chę zasta­na­wia­jące i tro­chę zwra­ca­jące uwagę, że po wszyst­kich fin­tach, zwo­dach i for­te­lach Yama­moto, ten cały Nimitz dokład­nie wie­dział gdzie go szu­kać? Na całym Oce­anie Spo­koj­nym?

-?No jasne -?odpo­wiada Law­rence. -?Byłem wstrzą­śnięty. Napi­sa­łem na ten temat arty­kuł. Pew­nie to dzięki niemu wpa­dłem w to zamie­sza­nie tutaj.

-?Ale z nami, Ango­lami, nie jest lepiej.

-?Poważ­nie?

-?Prze­ra­ził­byś się, sły­sząc, co oni wypra­wiali nad Morzem Śród­ziem­nym. To skan­dal. Kry­mi­nał.

-?Co takiego wypra­wia­li­śmy? -?pyta Law­rence. -?Mówię "my", a nie "wy", bo teraz jeste­śmy sojusz­ni­kami.

-?Tak, tak -?nie­cier­pli­wie ucina Alan. -?Tak mówią. -?Przez chwilę, mil­cząc, wodzi pal­cem po obwo­dzie elek­trycz­nym, licząc w pamięci induk­cyj­no­ści. W końcu podej­muje temat: -?Co wypra­wia­li­śmy? Ano, zata­pia­li­śmy nie­miec­kie kon­woje. Zata­pia­li­śmy je na prawo i lewo.

-?Te dla Rom­mla?

-?Otóż to. Niemcy w Neapolu ładują na sta­tek paliwo, czołgi i amu­ni­cję i wysy­łają na połu­dnie. Poja­wiamy się my i zata­piamy go. Topimy pra­wie wszyst­kie, bo zła­ma­li­śmy wło­ski szyfr C38m i dokład­nie wiemy, kiedy wypły­wają. A ostat­nio zaczę­li­śmy zata­piać aku­rat te, które są mu naj­bar­dziej potrzebne, ponie­waż roz­wa­li­li­śmy także jego szyfr, zwany Ziębą, i wiemy, na jakie braki naj­gło­śniej narzeka.

Turing pstryka włącz­ni­kiem od swego urzą­dze­nia. Z zaku­rzo­nej papie­ro­wej tuby przy­mo­co­wa­nej do płytki szpa­ga­tem dobywa się dziwny, zapę­tlony pisk. Ten sto­żek to gło­śnik, pew­nie wymon­to­wany z radia. Turing ma też kij od szczotki z dyn­da­jącą na końcu pętlą z gru­bego drutu. Prze­suwa nim wte i wewte, aż pętla, jak lasso, wygina się przed talią Law­rence'a. Gło­śnik skomli.

-?Świet­nie. Wykrywa klamrę na pasku -?mówi Alan.

Wtyka ustroj­stwo w liście na ziemi, szpera po kie­sze­niach i wresz­cie wyciąga kartkę zapi­saną kil­koma wier­szami dru­ko­wa­nych liter. Law­rence poznałby to wszę­dzie. To arkusz do deszy­fro­wa­nia.

-?Alan, co to takiego?

-?Spi­sa­łem instruk­cję i zaszy­fro­wa­łem ją, potem scho­wa­łem pod most­kiem w puszce od ben­ze­dryny19 -?wyja­śnia Alan. -?Zeszłej nocy posze­dłem, wycią­gną­łem ją i odszy­fro­wa­łem. -?Wyma­chuje kartką.

-?Jaki szyfr zasto­so­wa­łeś?

-?Sam go wymy­śli­łem. Pro­szę bar­dzo, możesz spró­bo­wać go zła­mać, jak chcesz.

-?A czemu pomy­śla­łeś, że jest odpo­wied­nia pora, by go wydo­być?

-?To była tylko ochrona przed inwa­zją. Kiedy wy włą­czy­li­ście się do wojny, jasne, że nikt nas nie naje­dzie.

-?Ile zako­pa­łeś?

-?Dwie sztabki sre­bra, każda warta mniej wię­cej sto dwa­dzie­ścia pięć fun­tów. Jedna powinna być gdzieś tutaj, bli­sko. -?Alan pod­rywa się, wyciąga z kie­szeni kom­pas, staje zwró­cony twa­rzą na pół­noc i pro­stuje ramiona. Potem obraca się o kilka stopni. -?Nie pamię­tam, czy wzią­łem poprawkę na dekli­na­cję -?mru­czy. -?No tak. W każ­dym razie. Sto kro­ków na pół­noc. -?I rusza w las, a za nim obar­czony wykry­wa­czem metalu Law­rence.

Dok­tor Alan Turing potrafi jechać na rowe­rze i gadać, jed­no­cze­śnie w pamięci zli­cza­jąc obroty peda­łów -?zatem umie też jed­no­cze­śnie roz­ma­wiać i liczyć kroki. Chyba że kom­plet­nie się zgu­bił, co też jest moż­liwe.

-?Jeżeli to prawda, co mówisz, to pew­nie sprawa już się wydała. Rudy musiał wykon­cy­po­wać, że zła­ma­li­śmy ich kody.

-?Sto­so­wa­li­śmy taki nie­for­malny sys­tem; możesz uwa­żać go za pre­kur­sora Jed­nostki 2701, 2702, czy jak tam ją zwiesz. Kiedy chcemy zato­pić kon­wój, wysy­łamy naj­pierw samo­lot zwia­dow­czy. Ewi­dent­nie zwia­dow­czy. Oczy­wi­ście jego praw­dzi­wym zada­niem nie jest obser­wo­wać -?bo już dokład­nie wiemy, gdzie jest kon­wój. Jego zada­niem jest dać się zaobser­wo­wać -?to zna­czy, prze­le­cieć tak bli­sko kon­woju, żeby zostać zauwa­żo­nym przez statki. Wtedy one wysy­łają radio­gram, że namie­rzył je aliancki samo­lot zwia­dow­czy. A kiedy potem przy­pły­niemy i zato­pimy kilka, nie wyda się to Niem­com podej­rzane. Przy­naj­mniej nie tak mon­stru­al­nie podej­rzane, jak fakt, że dokład­nie wie­dzie­li­śmy, gdzie ich szu­kać.

Alan staje, zerka na kom­pas, obraca się o dzie­więć­dzie­siąt stopni i rusza na zachód.

-?To straszna pro­wi­zorka -?mówi Law­rence. -?Jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że samo­loty zwia­dow­cze alian­tów, zakła­damy, że wysy­łane losowo, po pro­stu przy­pad­kiem zauważą wszy­ściut­kie nie­miec­kie kon­woje?

-?Już to kie­dyś poli­czy­łem i sta­wiam jedną z moich szta­bek sre­bra, że Rudy też to zro­bił -?odpo­wiada Turing. -?To bar­dzo małe praw­do­po­do­bień­stwo.

-?No to mia­łem rację. Prze­wi­du­jemy, że sprawa się wydała.

-?Może jesz­cze nie. Ale naprawdę mało bra­kuje. W zeszłym tygo­dniu zato­pi­li­śmy kon­wój we mgle.

-?We mgle?

-?Mgła była na całym morzu. Nie dałoby się wypa­trzyć kon­woju. Ale ci kre­tyni i tak go zato­pili. Kes­sel­ring od razu nabrał podej­rzeń. Każdy by nabrał. No to spre­pa­ro­wa­li­śmy lipną wia­do­mość do fik­cyj­nego agenta w Neapolu, zaszy­fro­waną metodą, o któ­rej wiemy, że hitle­rowcy ją zła­mali. Gra­tu­lo­wa­li­śmy mu wysta­wie­nia nam tego kon­woju. Od tego czasu gestapo sza­leje po wybrzeżu wokół Neapolu i szuka tego faceta.

-?Powie­dział­bym, że wykrę­ci­li­śmy się sia­nem.

-?No pew­nie.

Alan rap­tow­nie staje, zabiera Law­rence'owi wykry­wacz i włą­cza go. Zaczyna powoli poru­szać się po pola­nie, koły­sząc dru­cianą pętlą tuż nad zie­mią. Wciąż zaha­cza się o gałę­zie i wygina, co chwila trzeba ją napra­wiać, ale upar­cie mil­czy, chyba że Alan, prze­ko­nany że urzą­dze­nie się zepsuło, spraw­dza je na klam­rze paska Law­rence'a.

-?Sprawa jest bar­dzo deli­katna -?mówi Alan. -?Nie­które nasze SOŁ-y w Afryce Pół­noc­nej...

-?SOŁ-y?

-?Spe­cjalne Oddziały Łącz­ni­kowe. Ofi­ce­ro­wie wywiadu, któ­rzy otrzy­mują od nas infor­ma­cje Ultra, prze­ka­zują dowód­com polo­wym i kon­tro­lują, czy zostały znisz­czone. Niektó­rzy z nich dowie­dzieli się, z infor­ma­cji Ultra, że pod­czas lun­chu będzie nalot nie­miecki, no i wzięli do kan­tyny hełmy. Po nalo­cie, który odbył się zgod­nie z pla­nem, wszy­scy byli cie­kawi, skąd SOŁ-y wie­działy, że trzeba zabrać hełmy.

-?Sprawa wydaje się bez­na­dziejna -?mówi Law­rence. -?Jak to moż­liwe, że Niemcy jesz­cze się nie zorien­to­wali?

-?Nam się tak wydaje, bo wiemy wszystko, a nasze kanały łącz­no­ści są nie­za­szu­mione. Niemcy mają tych kana­łów mniej i z więk­szą ilo­ścią szumu. Jeśli nie będziemy popeł­niać idio­tycz­nych błę­dów, typu topie­nie kon­wo­jów we mgle, Niemcy ni­gdy nie otrzy­mają jasnych i stu­pro­cen­to­wych wska­zó­wek, że zła­ma­li­śmy Enigmę.

-?To zabawne, że wspo­mnia­łeś o Enig­mie -?mówi Law­rence -?ponie­waż ona jest wyjąt­kowo zaszu­mio­nym kana­łem, z któ­rego udaje nam się wycią­gnąć ogromne ilo­ści uży­tecz­nych infor­ma­cji.

-?Dokład­nie. Dokład­nie tego się oba­wiam.

-?No cóż, zro­bię co mogę, żeby wypro­wa­dzić Rudy'ego w pole.

-?Co do cie­bie nie mam wąt­pli­wo­ści, nie­po­koją mnie faceci, któ­rzy wyko­nują te ope­ra­cje.

-?Na puł­kow­niku Chat­ta­nie chyba można pole­gać -?mówi Law­rence, cho­ciaż pocie­sza­nie Alana pew­nie nie ma sensu. Ma po pro­stu nastrój do narze­ka­nia. Raz na dwa lub trzy lata Law­rence robi coś wyma­ga­ją­cego zdol­no­ści inter­per­so­nal­nych -?na przy­kład wła­śnie teraz: zmie­nia temat. -?A ty będziesz pra­co­wać nad tym, żeby Chur­chill i Roose­velt mogli bez­piecz­nie roz­ma­wiać przez tele­fon?

-?Teo­re­tycz­nie. Raczej wąt­pię, czy to się spraw­dzi w prak­tyce. Bell Labs ma taki sys­tem, który roz­bija falę dźwię­kową na kilka pasm...

Odtąd Alan pro­wa­dzi wykład na temat kom­pa­nii tele­fo­nicz­nych. Przed­sta­wia pełną dyser­ta­cję na temat zasto­so­wa­nia teo­rii infor­ma­cji do ludz­kiego głosu i jak to wpływa na spo­sób dzia­ła­nia sys­te­mów tele­fo­nicz­nych. To dobrze, że ma do omó­wie­nia tak roz­le­gły temat, bo las jest spory, a Law­rence ma już pew­ność, że jego przy­ja­ciel nie ma poję­cia, gdzie zako­pał sre­bro.

Dwaj przy­ja­ciele, nie­obar­czeni żad­nym sre­brem, jadą do domu w ciem­no­ści, która tu na pół­nocy zapada zaska­ku­jąco wcze­śnie. Nie mówią wiele, bo Law­rence wciąż trawi i prze­twa­rza wszystko, co powie­dział mu Alan o Jed­no­stce 2702, kon­wo­jach, Bell Labs i redun­dan­cji w sygnale gło­so­wym. Co kilka minut śmiga obok moto­cykl z sakwami wypcha­nymi szy­fro­gra­mami.

W górze

W górze

Bobby Sha­ftoe może podró­żo­wać w każdy sto­sowny dla bydła spo­sób: wago­nami towa­ro­wymi, na pace cię­ża­rówki albo pie­szo w spę­dzie. Teraz woj­sko wyna­la­zło napo­wietrzny odpo­wied­nik takiej formy trans­portu, w postaci Samo­lotu Tysiąca Imion: DC-3, Powietrzny Pociąg, C-47, Dakota, Alba­tros. Prze­żyje to. Wpraw­dzie gołe alu­mi­niowe wręgi kadłuba chcą stłuc go na śmierć, ale dopóki nie śpi, może sta­wić opór.

W dru­gim samo­lo­cie tło­czą się pod­ofi­ce­ro­wie. Tu sie­dzą porucz­ni­ko­wie Eth­ridge i Root, star­szy sze­re­gowy Gerald Hott i sier­żant Bobby Sha­ftoe. Porucz­nik Eth­ridge zagar­nął wszyst­kie mięk­kie przed­mioty z całego samo­lotu, wymo­ścił sobie w nich gniazdko, tuż za kabiną pilo­tów, i przy­wią­zał się do niej pasami. Przez chwilę uda­wał, że prze­gląda jakieś papiery. Potem pró­bo­wał wyglą­dać przez okna. Teraz zasnął i chra­pie tak gło­śno, że dosłow­nie zagłu­sza sil­niki.

Enoch Root wci­snął się w tył kadłuba, tam gdzie się zwęża, i stu­diuje dwie książki naraz. Sha­ftoe'owi wydaje się to typowe -?podej­rzewa, że obie mówią coś kom­plet­nie róż­nego, a kape­la­nowi spra­wia przy­jem­ność szczu­cie jed­nej na drugą -?tro­chę przy­po­mina to grę w sza­chy ze samym sobą, z sza­chow­nicą na obro­to­wej tacy. Pew­nie, kiedy mieszka się w gór­skiej cha­cie z bandą dzi­ku­sów, któ­rzy nie znają żad­nego z two­ich sze­ściu języ­ków, trzeba się nauczyć dys­ku­to­wać z samym sobą.

Na każ­dym boku samo­lotu jest rzą­dek małych, kwa­dra­to­wych okie­nek. Sha­ftoe wygląda na prawo, widzi pokryte śnie­giem góry i jest przez chwilę śmier­tel­nie prze­ra­żony, myśląc, że zbłą­dzili w Alpy. Ale na lewo kra­jo­braz jest wciąż śród­ziem­no­mor­ski, ustę­pu­jąc stop­niowo ska­łom, ster­czą­cym spo­śród buszu na kształt Dia­bel­skiej Góry, potem są skały i pia­sek, a potem tylko pia­sek, bez skał. Pia­sek, tu i ówdzie, bez powodu pomarsz­czony w wydmy. Cho­lera, to wciąż Afryka! Powinno być widać lwy, żyrafy i noso­rożce! Sha­ftoe udaje się na przód, by zło­żyć skargę u pilo­tów. Może przy­tną sobie w karty? A może widok z przodu jest wart opi­sa­nia w liście do domu?

I wyco­fuje się stam­tąd jak nie­pyszny. Od razu widzi, że próba zna­le­zie­nia cie­kaw­szego widoku jest ska­zana na nie­po­wo­dze­nie. Wszę­dzie, jak okiem się­gnąć, tylko piach, morze i niebo. Jako marine, wie jak nudne potrafi być morze. Dwa pozo­stałe żywioły są tro­chę lep­sze. Daleko przed dzio­bem roz­ciąga się pasmo chmur -?coś na kształt frontu atmos­fe­rycz­nego. I to już wszystko.

Zanim zabiorą mu sprzed nosa plan lotu, udaje mu się zła­pać ogólną ideę. Chyba będą pró­bo­wali prze­le­cieć nad Tune­zją. To zabawne: kiedy Sha­ftoe ostatni raz spraw­dzał, Tune­zja nale­żała do faszy­stów -?wła­ści­wie nawet była afry­kań­skim bastio­nem Osi. Ogólny plan lotu mówi też, zdaje się, że prze­lecą przez cie­śninę pomię­dzy Bizertą a Sycy­lią, a potem skręcą na wschód, na Maltę.

Tą wła­śnie cie­śniną idą wszyst­kie trans­porty i posiłki dla Rom­mla -?z Włoch do Tunisu i Bizerty. Stam­tąd Rom­mel może ude­rzyć na wschód, w kie­runku Egiptu i zachód -?na Maroko. Kiedy VIII Armia Bry­tyj­ska sko­pała mu dupę pod El Ala­mein (czyli daleko, daleko w Egip­cie), przez mie­siąc wyco­fy­wał się na zachód, w stronę Tunisu. A od kilku tygo­dni, kiedy w Pół­noc­nej Afryce wylą­do­wali Ame­ry­ka­nie, Rom­mel musiał wal­czyć na dwa fronty, na wscho­dzie i zacho­dzie. I musiał być w tym cho­ler­nie dobry - jak wyczy­tał Sha­ftoe pomię­dzy sten­to­ro­wymi wier­szami kro­nik fil­mo­wych Movie­tone, aż kipią­cymi od zło­śli­wej rado­ści.

Wszystko to ozna­cza, że w dole, na Saha­rze, powinny stać w goto­wo­ści do walki olbrzy­mie siły. Może i teraz odbywa się jakaś bitwa. Lecz Sha­ftoe nie widzi nic takiego. Tylko od czasu do czasu linia wzbi­tego przez kon­wój żół­tego pyłu, jak mknący po pustyni lont od dyna­mitu.

Dla­tego roz­ma­wia z pilo­tami. Dopiero kiedy zer­kają po sobie, zdaje sobie sprawę, że gada i gada. Ci asa­syni pew­nie zaga­dy­wali swoje ofiary na śmierć.

Teraz rozu­mie, że na grę w karty nie ma co liczyć. Nie chcą z nim roz­ma­wiać. Żeby w ogóle się ode­zwali, musi prak­tycz­nie wsko­czyć w śro­dek i zła­pać za drą­żek. A kiedy już coś mówią, brzmią dziw­nie. Widać, że to nie Ame­ry­kańcy, jan­kesi. To Angole, Bry­tole, wyspia­rze.

Zanim się wresz­cie podda i wróci do ładowni, zauważa poza tym tylko jedną rzecz: są, kurwa, uzbro­jeni po zęby. Jakby po dro­dze z samo­lotu do sra­cza i z powro­tem mieli zabić kil­ka­dzie­siąt osób. Bobby Sha­ftoe pod­czas swych pere­gry­na­cji spo­tkał już kilku takich para­no­ików i nie­spe­cjal­nie ich lubi. Tro­chę za bar­dzo przy­po­mi­nają mu Guadal­ca­nal.

Znaj­duje sobie miej­sce na pod­ło­dze tuż obok st. szer. Geralda Hotta i się kła­dzie. Ukryty w pasie rewol­we­rek uwiera go w plecy, więc wyciąga go i wpy­cha do kie­szeni. Ale uczu­cie dys­kom­fortu prze­nosi się teraz na szty­let "Marine Raider" -?na ple­cach, mię­dzy łopat­kami. Widzi, że chyba będzie musiał zwi­nąć się w kłę­bek na boku -?co się nie udaje, bo na jed­nym boku ma przy­pięty stan­dar­dowy woj­skowy pisto­let samo­pow­ta­rzalny "Colt", któ­remu nie dowie­rza, a na dru­gim wzięty z domu rewol­wer, któ­remu ufa. Musi więc gdzieś upchnąć to wszystko, i jesz­cze roz­ma­ite maga­zynki, ładow­nice i inne ustroj­stwa. Musi wycią­gnąć przy­tro­czony do łydki nóż "V-44 Gung-Ho", do kar­czo­wa­nia dżun­gli, deka­pi­ta­cji Nipów i roz­bi­ja­nia koko­sów, oraz krót­ko­lu­fego der­rin­gera, przy­cze­pio­nego do dru­giej nogi, dla rów­no­wagi. Zosta­wia tylko gra­naty w przed­nich kie­szeniach, bo nie pla­nuje kłaść się na brzu­chu.

Omi­jają cypel tuż-tuż przed bez­li­to­snym przy­pły­wem, czy­ha­ją­cym, by zmyć ich do morza. Przed nimi jest bagno zale­wowe, będące pod­ło­żem pro­sto­kąt­nej zatoczki. Ściany pro­sto­kąta two­rzą: cypel, który wła­śnie omi­nęli, drugi, przy­gnę­bia­jąco podobny, o kil­ka­set metrów dalej, oraz klif, wzno­szący się pio­nowo nad bagnem. Nie wspię­liby się na niego, nawet gdyby nie pora­stała go nie­ustę­pliwa zwrot­ni­kowa dżun­gla -?jest taki stromy. Aż do odpływu są uwię­zieni w zatoczce.

Czyli nip­poń­ski kara­bin maszy­nowy ma aż nadto czasu, żeby ich wystrze­lać.

Wszy­scy już znają ten dźwięk i momen­tal­nie padają w błoto. Sha­ftoe roz­gląda się szybko. Ci, co leżą na boku, albo na ple­cach, pew­nie nie żyją, ci na brzu­chu -?raczej tak. Więk­szość leży na brzu­chu. Oczy­wi­stym tru­pem jest tylko sier­żant: w niego strze­lec celo­wał naj­pierw.

Nipy mają tylko jeden kara­bin, ale za to chyba całą amu­ni­cję na świe­cie -?owoce Eks­presu Tokio, który bez­kar­nie kur­so­wał przez Cie­śninę, nawet gdy w począt­kach sierp­nia na wyspie wylą­do­wali mari­nes. Strze­lec bez pośpie­chu prze­cze­suje bagno, natych­miast mie­rząc w każ­dego, kto spró­buje się ruszyć.

Sha­ftoe zrywa się i pędzi do pod­stawy klifu.

Wresz­cie widzi roz­bły­ski kara­binu maszy­no­wego. Mówią mu, w którą stronę celuje. Kiedy są wydłu­żone, jest skie­ro­wany na kogoś innego, wtedy można bez­piecz­nie pode­rwać się do szturmu. A kiedy się skra­cają, lufa zwraca się ku Bobby'emu Sha­ftoe'owi...

Odro­binę za późno. Czuje potworny ból w dole brzu­cha. Błoto i muł tłu­mią krzyk, kiedy cię­żar ple­caka i hełmu prze­wraca go twa­rzą w bagno.

Na chwilę chyba traci przy­tom­ność. Ale nie za długą. Wciąż sły­chać strzały, co suge­ruje, że nie­któ­rzy mari­nes jesz­cze żyją. Z tru­dem unosi głowę, wal­cząc z cię­ża­rem hełmu, i spo­strzega mię­dzy sobą a gniaz­dem kara­binu kłodę drewna -?pień wyszli­fo­wany przez fale i wyrzu­cony na brzeg pod­czas burzy.

Może go zdo­być albo nie. Posta­na­wia ruszyć do ataku. To tylko parę kro­ków. Już w poło­wie drogi wie, że mu się uda. Wresz­cie czuje dopływ adre­na­liny: rzuca się naprzód i pada pod osłoną pnia. Po dru­giej stro­nie w drewno ude­rza kilka poci­sków, sypiąc nań wil­got­nymi, włók­ni­stymi odłam­kami. Pień jest zmur­szały.

Sha­ftoe sie­dzi teraz w dołku i bez wysta­wie­nia się na strzały nie­wiele może zoba­czyć. Nie widzi innych mari­nes, sły­szy jedy­nie ich krzyki.

Ryzy­kuje zer­k­nię­cie na gniazdo kara­binu. Jest dobrze zama­sko­wany liśćmi, ale wyraź­nie widać, że sie­dzi w niszy dobre cztery metry nad pozio­mem bagna. Pod­stawa urwi­ska nie jest tak daleko -?wystar­czyłby pew­nie porządny sprint. Ale wspiąć się tam na górę -?to pewna śmierć. Kara­bin maszy­nowy pew­nie nie może się wychy­lić aż tak, by go dosię­gnąć, ale Nipy mogą do usra­nej śmierci zrzu­cać na dół gra­naty albo zdjąć go z lek­kiej broni, kiedy będzie tam lazł.

Innymi słowy, teraz swoje pięć minut ma gra­nat­nik. Sha­ftoe prze­ta­cza się na plecy, wyciąga meta­lową rurkę z koł­nie­rzami i wsuwa ją na lufę kara­binu. Usi­łuje ją dokrę­cić, ale palce śli­zgają mu się na zakrwa­wio­nym motylku. Co za pier­do­lony cie­nias wymy­ślił tutaj nakrętkę motyl­kową? W ogóle nie da się zła­pać. W sumie, wszę­dzie pełno krwi, ale nic go nie boli. Nurza palce w pia­sku i dociąga nakrętkę.

Z pod­ręcz­nej sakwy dobywa gra­nat odłam­kowy "Mark II", zwany też ana­na­sem, a poszpe­raw­szy chwilę, znaj­duje także Przej­ściówkę Gra­nat­nik-Kara­bin M1. Wkłada jedno w dru­gie, wyciąga zawleczkę i wyrzuca ją, potem wsuwa skom­ple­to­wany i uzbro­jony M1, wraz z owo­co­wym ładun­kiem, na rurę gra­natnika. I wresz­cie otwiera jedno spe­cjal­nie ozna­czone pudełko na naboje, grze­bie wśród poła­ma­nych i pokru­szo­nych lucky strike'ów i znaj­duje mosiężny walec -?ślepy nabój, poza­gi­nany na końcu, nie­za­koń­czony poci­skiem. Ładuje go do maga­zynka spring­fielda.

Czołga się wzdłuż kłody, żeby wysko­czyć w nie­spo­dzie­wa­nym miej­scu i wystrze­lić, zanim głowę roz­wali mu kara­bin maszy­nowy. W końcu unosi ten wyna­la­zek z kre­skówki, w jaki prze­obra­ził się kara­bin, wbija kolbę w piach (przy wyrzu­ca­niu gra­na­tów odrzut może zła­mać oboj­czyk), celuje we wroga i pociąga za spust. Przej­ściówka Gra­nat­nik-Kara­bin M1 leci z wiel­kim BUM!, cią­gnąc za sobą cały sklep żela­zny już zbęd­nych czę­ści, jak dusza wyzby­wa­jąca się ciała. Ana­nas szy­buje w niebo, pozbyw­szy się nawet zawleczki i waj­chy, a jego che­miczny lont pło­nie, tak że ma nawet -?jak to się nazywa? -?wewnętrzne świa­tło. Sha­ftoe ma dobrego cela - gra­nat leci tam gdzie trzeba. Wydaje mu się, że to cwane posu­nię­cie, dopóki gra­nat nie odbija się, nie sta­cza ze wzgó­rza i nie wysa­dza innego prze­gni­łego pnia. Nipy prze­wi­działy takie kno­wa­nia i roz­wie­siły sieci, dru­cianą siatkę albo coś w tym guście.

Leży na ple­cach w bło­cie, patrzy w niebo i powta­rza w kółko "kurwa". Potem kłoda drga kon­wul­syj­nie, sypiąc mu w twarz czymś podob­nym do mchu, gdy kule prze­że­rają zmur­szałe drewno. Bobby Sha­ftoe odma­wia modli­twę i przy­go­to­wuje się do szturmu w stylu "ban­zai".

Wtedy dopro­wa­dza­jący do szału ter­kot kara­binu ustaje, zastą­piony ludz­kim wrza­skiem. Głos wydaje się nie­zna­jomy. Bobby unosi się na łok­ciu i orien­tuje się, że wrzask docho­dzi od strony groty.

Patrzy wprost w wiel­kie, błę­kitne jak niebo oczy Eno­cha Roota.

Kape­lan wyco­fał się ze swego kątka w ogo­nie i kuca przy okienku, łapiąc się czego popad­nie. Bobby Sha­ftoe przy­tom­nieje w nie­wy­god­nej pozy­cji - na brzu­chu -?i wygląda przez okienko po prze­ciw­nej stro­nie. Powi­nien zoba­czyć niebo, widzi jed­nak pędzące w tył wydmy. Ten widok natych­miast budzi mdło­ści. Nawet nie zamie­rza wsta­wać.

We wnę­trzu samo­lotu sza­leją łań­cu­chy ogni­stych punk­tów, jak pio­runy kuli­ste, ale -?co na początku nie jest takie oczy­wi­ste -?te tutaj celują w ściany, jak pro­mie­nie lata­rek. Śle­dzi, skąd przy­le­ciały, co uła­twia poły­sku­jąca mgiełka roz­py­lo­nego oleju w powie­trzu, i docho­dzi do wnio­sku, że dostały się do środka przez sze­regi małych dziu­rek. Jakiś dupek zro­bił je w kadłu­bie, kiedy on spał. Przez dziurki świeci słońce, oczy­wi­ście zawsze w tym samym kie­runku, ale samo­lot leci na łeb na szyję, jak popad­nie.

Zauważa, że odkąd się zbu­dził, leżał na sufi­cie samo­lotu, co wyja­śnia, dla­czego zna­lazł się na brzu­chu. Gdy to doń dociera, wymio­tuje.

Jasne plamy zni­kają. Sha­ftoe bar­dzo nie­chęt­nie ryzy­kuje wyj­rze­nie przez okno. Widzi tylko sza­rość.

Teraz chyba leży na pod­ło­dze. W każ­dym razie, tuż obok nie­bosz­czyka, a on był przy­wią­zany.

Leży tam kilka minut, tylko oddy­cha­jąc i roz­my­śla­jąc. Przez dziury w kadłu­bie gwiż­dże powie­trze, tak gło­śno, że pęka mu głowa.

Ktoś -?jakiś wariat -?wstaje i idzie przez samo­lot. To nie Root -?on w swym kąciku opa­truje kilka ran cię­tych twa­rzy, któ­rych naba­wił się pod­czas akro­ba­cji powietrz­nych. Sha­ftoe unosi wzrok. To jeden z angiel­skich pilo­tów.

Angol ścią­gnął z głowy hełm, uka­zu­jąc czarne włosy i zie­lone oczy. Jest przed czter­dziestką -?stary gość. Ma okrą­głą, uty­li­tarną twarz, w któ­rej wszyst­kie wyrostki, gałki i otwory mają swoje zasto­so­wa­nie -?jakby była zapro­jek­to­wana przez gości, któ­rzy kon­stru­ują gra­nat­niki. Twarz pro­sta i budząca zaufa­nie, ale w żad­nym razie nie przy­stojna. Klęka przy zwło­kach Geralda Hotta i dokład­nie je bada, przy­świe­ca­jąc sobie latarką. Jest cho­dzą­cym obra­zem tro­ski; bada pacjenta z ogromną deli­kat­no­ścią.

Wresz­cie opiera się ciężko o żebro­waną ścianę kadłuba.

-?Dzięki Bogu -?mówi -?nie tra­fili go.

-?Kogo? -?pyta Sha­ftoe.

-?Tego kole­sia -?odpo­wiada lot­nik, pokle­pu­jąc nie­bosz­czyka.

-?A mnie też zba­dasz?

-?A po co?

-?Jak to po co? Ja przy­naj­mniej jestem żywy.

-?Cie­bie nie tra­fili -?odpo­wiada pilot. -?Gdyby cię tra­fili, wyglą­dał­byś jak porucz­nik Eth­ridge.

Sha­ftoe ryzy­kuje jakiś ruch. Unosi się na łok­ciu i odkrywa, że pod­łoga jest śli­ska i mokra od czer­wo­nej cie­czy.

Zauwa­żył różową mgiełkę w kabi­nie i sądził, że to prze­ciek z układu hydrau­licz­nego. Ale teraz hydrau­lika chyba działa jak trzeba, a to coś na pod­ło­dze nie jest prze­cież pro­duk­tem ropo­po­chod­nym. To ta sama ciecz, która tak obfi­cie wystę­po­wała w kosz­ma­rze. Spływa z oko­lic przy­tul­nego gniazdka porucz­nika, a sam porucz­nik już nie chra­pie.

Zerka na szczątki Eth­ridge'a, ude­rza­jąco podobne do tego, co wcze­śniej leżało na sto­łach rzeźni. Nie chce stra­cić zim­nej krwi w obec­no­ści bry­tyj­skiego pilota -?rze­czy­wi­ście, czuje się nad podziw spo­koj­nie. Może to przez chmury? Pochmurne dni zawsze go uspo­ka­jały.

-?Cho­lera jasna -?mówi wresz­cie -?te szwab­skie działko dwa­dzie­ścia mili­me­trów to nie­kiep­ska armata.

-?No -?odpo­wiada pilot. -?Musimy dać się zaob­ser­wo­wać kon­wo­jowi i potem lecimy dalej.

To dość enig­ma­tyczne, a mimo to naj­wię­cej mówiące ze wszyst­kich stwier­dzeń, jakie Bobby kie­dy­kol­wiek usły­szał na temat zadań Jed­nostki 2702. Wstaje i idzie za pilo­tem do kabiny; obaj deli­kat­nie omi­jają drga­jące podroby, przy­pusz­czal­nie wywle­czone z Eth­ridge'a.

-?To zna­czy, alianc­kiemu kon­wo­jowi, tak? -?pyta Sha­ftoe.

-?Alianc­kiemu kon­wo­jowi? -?szy­der­czo powta­rza pilot. -?Skąd tu do cho­lery weź­miesz aliancki kon­wój? Tu jest Tune­zja.

-?No to, o co ci cho­dziło z tym, że mamy dać się zaob­ser­wo­wać kon­wo­jowi? Masz na myśli "zaob­ser­wo­wać kon­wój", nie?

-?Prze­pra­szam bar­dzo -?rzuca pilot. -?Jestem zajęty.

Sha­ftoe odwraca się i widzi porucz­nika Roota klę­czą­cego przy sto­sun­kowo dużym frag­men­cie Eth­ridge'a. Prze­szu­kuje jego aktówkę. Bobby rzuca mu spoj­rze­nie pełne moral­nych wyrzu­tów i oskar­ży­ciel­sko unosi palec.

-?Posłu­chaj, Sha­ftoe! -?woła Root. -?Ja tylko wyko­nuję roz­kazy. Przej­muję po nim zada­nie.

Wyciąga mały pakie­cik, zawi­nięty w gruby żół­tawy pla­stik. Spraw­dza go i rzuca Sha­ftoe'owi jesz­cze jedno pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie.

-?Żar­to­wa­łem, kurwa! -?mówi Sha­ftoe. -?Pamięta pan, porucz­niku? Wtedy, kiedy myśla­łem, że ci goście obra­biają zwłoki? Wtedy, na plaży?

Root się nie śmieje. Albo się wkur­wił, że Sha­ftoe zro­bił go w jajco, albo nie bawią go żarty na temat obra­bia­nia zwłok. Nie­sie pakie­cik do dru­giego nie­bosz­czyka, tego w gumo­wym stroju. Wtyka mu go za pazu­chę.

Potem przy­siada przy nim i duma. Duma bar­dzo długo. Sha­ftoe przy­gląda się jego duma­niu z irra­cjo­nalną fascy­na­cją -?cał­kiem jakby oglą­dał pod­rzu­ca­jącą cyc­kami egzo­tyczną tan­cerkę.

Kiedy wycho­dzą z chmur, świa­tło ponow­nie się zmie­nia. Słońce zacho­dzi, czer­wono prze­świe­ca­jąc przez saha­ryj­ski pył. Sha­ftoe wygląda przez okno i ze zdu­mie­niem widzi, że lecą nad morzem. Pod nimi pły­nie kon­wój stat­ków; każdy z nich, oświe­tlony z jed­nej strony pur­pu­ro­wym bla­skiem, zosta­wia na wodzie wyraźne V.

Samo­lot prze­chyla się i wykręca nad kon­wo­jem powolną beczkę. Sły­chać odle­głe postu­ki­wa­nie. Czarne kwiaty wykwi­tają i roz­wie­wają się wokół nich. Sha­ftoe zdaje sobie sprawę, że statki pró­bują ich tra­fić z dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych. Potem samo­lot wznosi się i ukrywa w chmu­rach. Robi się pra­wie cał­kiem ciemno.

Po dłuż­szej prze­rwie Sha­ftoe ponow­nie zerka na Eno­cha Roota. Sie­dzi znów w swym zaka­marku i czyta przy świe­tle latarki. Na kola­nach ma roz­wi­nięty zwi­tek papie­rów. To ten pla­sti­kowy pakiet, który wyjął z teczki Eth­ridge'a i wetknął w zana­drze Geralda Hotta. Sha­ftoe dedu­kuje, że to spo­tka­nie z kon­wo­jem i jego dział­kami spra­wiło, że zła­mał się i jesz­cze raz wycią­gnął ten pakiet, by go obej­rzeć.

Root unosi głowę i patrzy Sha­ftoe'owi w oczy. Nie wygląda na zde­ner­wo­wa­nego ani win­nego. Spoj­rze­nie jest zadzi­wia­jąco chłodne i spo­kojne.

Sha­ftoe przez dłuż­szą chwilę wytrzy­muje ten wzrok. Gdyby był w nim choćby ślad poczu­cia winy czy ner­wo­wo­ści, zde­ma­sko­wałby kape­lana jako nie­miec­kiego szpiega. Ale nie ma -?Enoch Root nie pra­cuje dla Niem­ców. Ani dla alian­tów. Pra­cuje dla Siły Wyż­szej. Sha­ftoe nie­zau­wa­żal­nie kiwa głową. Spoj­rze­nie Roota mięk­nie.

-?Oni wszy­scy nie żyją, Bobby! -?krzy­czy.

-?Kto?

-?Ci wyspia­rze. Ci, co ich widzia­łeś na plaży na Guadal­ca­nal.

To wyja­śnia, dla­czego Root jest tak wraż­liwy na dow­cipy o obra­bia­niu tru­pów.

-?Prze­pra­szam -?mówi Sha­ftoe, idąc na tył, żeby nie musieli do sie­bie wrzesz­czeć. -?Jak to się stało?

-?Kiedy zabra­łem cię do mojego domku, nada­łem wia­do­mość do moich dowód­ców w Bris­bane -?mówi Root. -?Zaszy­fro­wa­łem ją spe­cjal­nym kodem. Powie­dzia­łem im, że odna­la­złem jed­nego sztur­mowca marine, że wygląda na to, że prze­żyje, więc niech ktoś przy­leci i go zabie­rze.

Sha­ftoe kiwa głową. Pamięta, że sły­szał mnó­stwo kro­pek i kre­sek, ale był nie­przy­tomny od gorączki, mor­finy i innych domo­wych lekarstw, które Root wycią­gnął ze swego pudełka po cyga­rach.

-?Oni mi odpo­wie­dzieli -?cią­gnie Root. -?"Nie możemy do cie­bie przy­le­cieć, ale zabierz go tam i tam, gdzie spo­tkasz innych marine raide­rów". Jak pamię­tasz, tak wła­śnie uczy­ni­łem.

-?Taa -?odpo­wiada Sha­ftoe.

-?No i dobra. Ale kiedy cię im odda­łem i wró­ci­łem, zoba­czy­łem, że odwie­dzili mnie Nip­poń­czycy. Zabili wszyst­kich wyspia­rzy, jakich spo­tkali. Spa­lili domek. Spa­lili wszystko. Wszę­dzie posta­wili cho­lerne miny, które o mało co mnie nie zabiły. Ledwo stam­tąd wysze­dłem żywy.

Sha­ftoe kiwa głową, jak może kiwać tylko ktoś, kto widział Nipów w akcji.

-?Ewa­ku­owali mnie potem do Bris­bane, gdzie zaczą­łem się cze­piać o te szy­fry. Tylko tak mogli mnie zna­leźć -?oczy­wi­ste, że zła­mali nasze kody. A kiedy już roz­pę­ta­łem odpo­wied­nią aferę, ktoś chyba powie­dział: "Ty, jesteś Ango­lem, jesteś pasto­rem, dok­to­rem medy­cyny, umiesz trzy­mać kara­bin, znasz alfa­bet Morse'a, a przede wszyst­kim jesteś upier­dliwy jak jasna cho­lera -?no to won stąd! Do akcji!". Następną rze­czą, jaką pamię­tam, była ta chłod­nia w Algie­rze.

Sha­ftoe odwraca wzrok i kiwa głową. Root chyba łapie o co cho­dzi: że Sha­ftoe nie wie nic wię­cej niż on.

W końcu Enoch Root zwija pakie­cik z powro­tem, tak samo jak przed­tem. Lecz nie wkłada go do aktówki: wtyka go w kom­bi­ne­zon Geralda Hotta.

Póź­niej znów wyła­niają się z chmur, w pobliżu oświe­tlo­nego księ­ży­cem portu i scho­dzą nad samo morze. Lecą tak wolno, że nawet Sha­ftoe, który nie ma poję­cia o samo­lo­tach, wie, że zaraz spadną. Otwie­rają boczne drzwi dakoty i -?raz, dwa, trzy, HOP -?wyrzu­cają do oce­anu zwłoki st. szer. Geralda Hotta. W miej­skim base­nie w Oco­no­mo­woc byłoby to wiel­kie "chlup" ale tu, w oce­anie, nie robi wra­że­nia.

Mniej wię­cej godzinę potem alba­tros ląduje w samym środku potwor­nego nalotu bom­bo­wego. Zosta­wiają Powietrzny Pociąg na końcu pasa, obok innych C-47, i pędzą bie­giem za bry­tyj­skimi pilo­tami. Wpa­dają na schody i gonią w dół -?dokład­niej, do schronu prze­ciw­lot­ni­czego. Teraz czują wybu­chy bomb, ale ich nie sły­szą.

Ktoś mówi: "Witamy na Mal­cie". Sha­ftoe roz­gląda się i widzi, że ota­czają go faceci w bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich mun­du­rach. Ame­ry­ka­nów zna -?to oddział sztur­mow­ców marine z Algieru, który leciał drugą dakotą. Angoli nie zna. Przy­pusz­cza, że to goście z SAS, o któ­rych mówili mu ci fra­je­rzy w Waszyng­to­nie. Jedyną wspólną cechą jest numer 2702 -?wszy­scy go mają na mun­du­rach.

Umowa o poufności

Umowa o pouf­no­ści

Avi przy­bywa na czas, swym nip­poń­skim spor­to­wym samo­cho­dem, porząd­nym, choć nie nachal­nie luk­su­so­wym, ostroż­nie pro­wa­dząc go po stro­mej dro­dze ze spę­ka­nych kawał­ków asfaltu. Randy przy­gląda się mu z tarasu dru­giego pię­tra, patrząc w dół, przez szy­ber­dach. Avi ma na sobie spodnie od ele­ganc­kiego tro­pi­kal­nego gar­ni­turu, szytą na miarę baweł­nianą koszulę, ciemne nar­ciar­skie gogle i kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem.

Dom jest wyso­kim, wolno sto­ją­cym budyn­kiem pośród kali­for­nij­skiego stepu, kilka kilo­me­trów od brzegu morza. Znad klifu wznosi się chłodne, oce­aniczne powie­trze, opa­da­jąc tu powol­nymi falami. Kiedy Avi wysiada z samo­chodu, wkłada mary­narkę.

Potem wyciąga z maleń­kiego bagaż­nika z przodu samo­chodu dwie spore torby z lap­to­pami, wcho­dzi do domu bez puka­nia (ni­gdy tu nie był, ale zna zwy­czaje panu­jące w takich insty­tu­cjach), odnaj­duje cze­ka­ją­cych nań w jed­nym z wielu pokoi Randy'ego i Eba i wypa­ko­wuje z toreb sprzęt kom­pu­te­rowy za jakieś pięt­na­ście tysięcy dolców. Usta­wia to wszystko na stole. Włą­cza dwa lap­topy, a kiedy powoli star­tują, pod­łą­cza je do prądu, żeby nie wyczer­pać bate­rii. Listwa zasi­la­jąca, z roz­sta­wio­nymi co pół metra uzie­mio­nymi gniazd­kami, cią­gnie się wzdłuż wszyst­kich ścian, gip­so­wych ścia­nek dzia­ło­wych, przez otwory w nich, poprzez op-artowe tapety, boaze­rie z imi­ta­cji drewna, wybla­kłe pla­katy Gra­te­ful Dead, a nawet co ponie­które drzwi.

Jeden z lap­to­pów jest pod­łą­czony do maleń­kiej prze­no­śnej dru­karki. Avi wtyka do niej kilka kar­tek. Drugi star­tuje, wyświe­tla na ekra­nie kilka linii tek­stu, popi­skuje i się zatrzy­muje. Randy pod­cho­dzi i przy­gląda mu się. Wyświe­tla znak zachęty:

FILO.

Randy wie: to skrót od pro­gramu Finux Loader, pozwa­la­ją­cego wybrać przy star­cie, który z sys­te­mów ope­ra­cyj­nych chce się uru­cho­mić.

-?Finux -?mru­czy Avi.

Randy wpi­suje "Finux" i wci­ska Enter.

-?Ile ty masz na tej maszynce sys­te­mów ope­ra­cyj­nych?

-?Win­dows 95, do gier oraz kiedy muszę na tro­chę poży­czyć kom­pu­ter jakie­muś lame­rowi -?odpo­wiada Avi. -?Win­dows NT, do spraw biu­ro­wych. BeOS do pro­gra­mo­wa­nia oraz zabawy z mul­ti­me­diami. Finux do pro­fe­sjo­nal­nego składu tek­stów.

-?A tu który chcesz?

-?BeOS. Chcę wam poka­zać tro­chę JPEG-ów. Chyba jest tu gdzieś rzut­nik? Randy spo­gląda na Eba, jedyną osobę, która tu naprawdę mieszka. Eb wydaje się jesz­cze więk­szy niż jest, może dzięki swym nie­sa­mo­wi­tym wło­som: pół metra dłu­go­ści, blond, choć lekko rudawe, grube dredy. Nie utrzyma ich żadna spinka, dla­tego Eb zwią­zuje je grubą linką. Skro­bie coś na małym kom­pu­terku, w któ­rym pisze się rysi­kiem po ekra­nie. Hac­ke­rzy na ogół nie uży­wają takich, ale Eb (a raczej jedna z jego upa­dłych firm) napi­sała do tego modelu opro­gra­mo­wa­nie, dla­tego wala się ich u niego mnó­stwo. Wygląda na pochło­nię­tego tym, co robi, ale kiedy Randy patrzy nań przez dwie sekundy, wyczuwa to i unosi wzrok. Ma bla­do­zie­lone oczy i zwy­kle nosi brodę, chyba że aku­rat znaj­duje się w fazie gole­nia, co zwy­kle należy koja­rzyć z poważ­nym roman­tycz­nym związ­kiem. Teraz broda ma jakiś cen­ty­metr dłu­go­ści, co wska­zuje na świeże roz­sta­nie -?wynika z tego rów­nież chęć pod­ję­cia nowych wyzwań.

-?Rzut­nik do kom­pu­tera? -?pyta Randy.

Eb przy­myka oczy, po czym wstaje i wycho­dzi z pokoju.

Dru­ka­reczka zaczyna mozol­nie wcią­gać papier. Pierw­szy wiersz tek­stu, wycen­tro­wany na górze strony, głosi: umowa o pouf­no­ści. Potem idą kolejne wier­sze. Randy widział to już tyle razy, że nuda szkli mu oczy. Odwraca się. Zawsze zmie­nia się tylko nazwa firmy: tym razem -?Epi­phyte(2) Cor­po­ra­tion.

-?Nie­złe gogle.

-?Wydają ci się dziwne? To zobacz, co włożę, kiedy zaj­dzie słońce. - mówi Avi.

Grze­bie w tor­bie i wyciąga ustroj­stwo wyglą­da­jące jak oku­lary bez szkieł, z lamp­kami z domku dla lalek przy­cze­pio­nymi nad każ­dym okiem. Prze­wód bie­gnie do moco­wa­nego na pasku pojem­nika na bate­rie. Prze­suwa maleńki wyłącz­nik i zapa­lają się świa­tełka: kosz­tow­nie wyglą­da­jące nie­bie­sko-białe halo­geny.

Randy unosi brwi.

-?To zabez­pie­cze­nie przed prze­sta­wie­niem stref cza­so­wych -?wyja­śnia Avi. -?Teraz jestem przy­sto­so­wany do czasu azja­tyc­kiego. Za dwa dni tam wra­cam. Nie chcę, żeby moje ciało prze­sta­wiło się na czas Wschod­niego Wybrzeża, kiedy jestem tutaj.

-?Czyli że kape­lusz i gogle...

-?Symu­lują noc. Ten wyna­la­zek symu­luje dzień. Rozu­miesz, ciało czło­wieka nasta­wia swój zegar według świa­tła. Tak, a pro­pos, mógł­byś zasło­nić okna?

Okna wycho­dzą na zachód, dając widok na tra­wia­stą skarpę scho­dzącą ku zatoce Half Moon. Jest późne popo­łu­dnie i do pokoju wlewa się słońce. Randy przez chwilę kon­tem­pluje widok, po czym opusz­cza żalu­zje.

Eb maje­sta­tycz­nie wcho­dzi do pokoju -?z ręki zwisa mu rzut­nik; wygląda tro­chę jak Beowulf dzier­żący odciętą łapę potwora. Sta­wia go na stole i celuje w ścianę. Nie potrzeba ekranu, ponie­waż powy­żej listew zasi­la­ją­cych wszyst­kie ściany są zawie­szone bia­łymi tabli­cami. Wiele z nich pokry­wają z kolei wypi­sane kolo­rami pod­sta­wo­wymi nie­zro­zu­miałe zaklę­cia. Nie­które ota­cza nie­re­gu­larna linia z napi­sem nie ście­rać, albo w skró­cie nś lub nie! Na wprost rzut­nika wid­nieje lista zaku­pów, na wpół starty dia­gram, numer jakie­goś faksu w Rosji i kilka czwó­rek liczb -?adre­sów inter­ne­to­wych oraz parę nie­miec­kich słów, zapewne napi­sa­nych przez Eba. Eber­hard Föhr przy­gląda się temu wszyst­kiemu, stwier­dza, że nic nie jest wzięte w linię nś, i zma­zuje wszystko ście­raczką.

Do pokoju wcho­dzą następni dwaj faceci, pogrą­żeni w roz­mo­wie na temat jakiejś bez­na­dziej­nej firmy z Bur­lin­game. Jeden jest śniady, szczu­pły i wygląda jak rewol­we­ro­wiec; nosi nawet czarny kow­boj­ski kape­lusz. Drugi jest przy­sa­dzi­sty i wygląda, jakby dopiero wyszedł ze spo­tka­nia Klubu Rota­riań­skiego. Jedna rzecz ich łączy: każdy ma na prze­gu­bie błysz­czącą srebrną bran­so­letkę.

Randy wyciąga z dru­karki kopie umowy i roz­daje. Mają już wydru­ko­wane nazwi­ska: Randy Water­ho­use, Eber­hard Föhr, John Can­trell (to ten w kow­boj­skim kape­lu­szu) i Tom Howard (jasno­włosy gość ze Środ­ko­wego Zachodu). Kiedy się­gają po umowy, srebrne bran­so­letki wyła­pują prze­kra­da­jące się mię­dzy żalu­zjami pro­mie­nie świa­tła. Na każ­dej z nich nadru­ko­wano czer­wony kadu­ce­usz i kilka lini­jek tek­stu.

-?Wyglą­dają jak nowe -?zauważa Randy. -?Znowu zmie­nili te sfor­mu­ło­wa­nia?

-?Tak! -?odpo­wiada Can­trell. -?To wer­sja 6.0, wyszła dopiero w zeszłym tygo­dniu.

Wszę­dzie indziej bran­so­letki ozna­cza­łyby, że John i Tom cier­pią na jakieś groźne dla życia przy­pa­dło­ści, na przy­kład uczu­le­nie na powszech­nie sto­so­wane anty­bio­tyki. Sani­ta­riusz wycią­ga­jący ich z roz­wa­lo­nego samo­chodu zoba­czyłby je i zasto­so­wał się do wska­zó­wek. Lecz tu jest Dolina Krze­mowa, rzą­dząca się wła­snymi pra­wami. Po jed­nej stro­nie bran­so­le­tek wid­nieje:

w przy­padku śmierci patrz instruk­cja

pro­ce­dury bio­sta­tycz­nej na odwro­cie

$100 000 nagrody za prze­strze­ga­nie instruk­cji,

a po dru­giej:

zadzwoń po wska­zówki -?0-800-xxx-xxxx

podać 50 000 jedn. hepa­ryny iv

wyko­nać reani­ma­cję

jed­no­cze­śnie ochła­dza­jąc lodem

do 10°c. zacho­wać ph 7,5.

nie wyko­ny­wać sek­cji ani bal­sa­mo­wa­nia.

To recepta na zamro­że­nie mar­twej albo pra­wie mar­twej osoby. Noszący ją wie­rzą, że jeśli prze­strzega się takiej pro­ce­dury, można zmie­nić w lód deli­katne tkanki, jak na przy­kład mózg, nie nisz­cząc ich. Kilka dekad póź­niej, kiedy nano­tech­no­lo­gia umoż­liwi nie­śmier­tel­ność, mają nadzieję zostać roz­mro­żeni. John Can­trell i Tom Howard wie­rzą, że ist­nieje szansa, że za milion lat będą jesz­cze mogli ze sobą poga­dać.

Kiedy wszy­scy prze­glą­dają for­mu­la­rze, wyła­pu­jąc pewne zna­jome klau­zule, zapada cisza. W sumie pew­nie pod­pi­sali w życiu ze sto umów o pouf­no­ści. W tych krę­gach to tak, jak podać fili­żankę kawy.

Do pokoju wcho­dzi obju­czona tor­bami z zaku­pami kobieta i prze­pra­sza za spóź­nie­nie. Beryl Hagen wygląda jak ciotka z ilu­stra­cji Nor­mana Roc­kwella, taka w far­tu­chu, wypie­ka­jąca szar­lotki. W ciągu dwu­dzie­stu lat rzą­dziła finan­sami dwu­na­stu róż­nych małych firm z branży high-tech. Dzie­sięć z nich wypa­dło z rynku. Z wyjąt­kiem dru­giej, nie było to winą Beryl. Szó­stą był Drugi Szturm Randy'ego na Biz­nes. Jedną z firm wyku­pił Micro­soft, jedna stała się uda­nym, nie­za­leż­nym przed­się­bior­stwem. Na tym ostat­nim Beryl zaro­biła dosyć pie­nię­dzy, by móc udać się na eme­ry­turę. Tym­cza­sem, udziela kon­sul­ta­cji i pisze książki, roz­glą­da­jąc się za czymś cie­ka­wym, co wcią­gnę­łoby ją na nowo, zatem jej obec­ność w tym pokoju suge­ruje, że Epi­phyte(2) Corp. to nie pic na wodę. A może wyświad­cza Aviemu grzecz­ność? Randy wyko­nuje z nią "niedź­wie­dzia", uno­sząc ją w powie­trze, po czym wrę­cza jej dwie kopie umowy z jej nazwi­skiem.

Avi odłą­czył ekran od swego wiel­kiego lap­topa i poło­żył go pła­sko na szy­bie rzut­nika, który prze­pusz­cza świa­tło przez jego cie­kło­kry­sta­liczny wyświe­tlacz, rzu­ca­jąc na białą tablicę kolo­rowy obraz. Widać typowy pul­pit z kom­pu­tera: kilka okie­nek ter­mi­nali i parę iko­nek. Avi obcho­dzi pokój i zbiera pod­pi­sane umowy, prze­gląda je, oddaje każ­demu po jed­nym egzem­pla­rzu, a dru­gie wkłada do kie­szeni torby na kom­pu­ter. Zaczyna coś pisać na kla­wia­tu­rze -?w jed­nym z okie­nek poja­wiają się literki.

-?Tak dla przy­po­mnie­nia -?mru­czy -?Epi­phyte Cor­po­ra­tion, którą dla jasno­ści będę nazy­wać Epi­phyte(1) to firma z sie­dzibą w Dela­ware. Ist­nieje od pół­tora roku. Udzia­łowcy to ja, Randy oraz Spring­bo­ard Capi­tal. Dzia­łamy w branży tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej na Fili­pi­nach. Jeśli chce­cie, póź­niej przed­sta­wię szcze­góły. Nasza obec­ność na tam­tej­szym rynku uświa­do­miła nam pewne nowe moż­li­wo­ści. Epi­phyte(2) to firma kali­for­nij­ska, ma trzy tygo­dnie. Jeśli wszystko pój­dzie po naszej myśli, włą­czymy do niej Epi­phyte(1), przez pew­nego rodzaju wymianę udzia­łów. Szcze­góły są mało cie­kawe, więc je pominę.

Naci­ska Enter. Na pul­pi­cie poja­wia się nowe okno, a w nim zeska­no­wana z atlasu barwna mapa, wąska i wysoka. Więk­szość powierzchni pokrywa błę­kit oce­anu. Zza gór­nej kra­wę­dzi wystaje nie­re­gu­larna linia brze­gowa, z kil­koma mia­stami pod­pi­sa­nymi: Naga­saki, Tokio... W gór­nym lewym rogu jest Szan­ghaj. Archi­pe­lag Fili­pin znaj­duje się dokład­nie pośrodku. Na pół­nocy Taj­wan, a na połu­dniu łań­cuch wysp two­rzą­cych poro­watą zaporę mię­dzy Azją a wielką bryłą lądu pokrytą angiel­skimi sło­wami, w rodzaju "Dar­win" i "Wielka Pusty­nia Piasz­czy­sta".

-?Chyba musi to wyglą­dać tro­chę dziw­nie -?mówi Avi. -?Zwy­kle takie pre­zen­ta­cje zaczy­nają się od sche­matu sieci kom­pu­te­ro­wej, jakie­goś dia­gramu i tym podob­nych. Nor­mal­nie nie uży­wamy map. Tak przy­zwy­cza­ili­śmy się do pracy w kra­inie czy­stej abs­trak­cji, że aż dziw­nie wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści i zre­ali­zo­wać coś fizycz­nie ist­nie­ją­cego. Ale ja lubię mapy. Mam ich pełno w domu. Chcę wam pod­po­wie­dzieć, że nabyte przez nas wszyst­kich zdol­no­ści i wie­dza - zwłasz­cza doty­cząca Inter­netu -?mają zasto­so­wa­nie gdzieś tutaj. - Pokle­puje tablicę. -?W rze­czy­wi­stym świe­cie. No wie­cie, na tej wiel­kiej, wil­got­nej kuli, gdzie mieszka parę miliar­dów ludzi.

Kiedy Avi kręci track­bal­lem i wci­ska kciu­kiem guzik, towa­rzy­stwo pod­śmie­chuje się kul­tu­ral­nie. Poja­wia się nowy obraz: ta sama mapa, z jaskra­wymi liniami prze­ci­na­ją­cymi oce­any, kre­ślą­cymi pętle mię­dzy mia­stami, w przy­bli­że­niu obry­so­wu­ją­cymi linie brze­gowe.

-?Ist­nie­jące kable pod­mor­skie. Im grub­sza kre­ska, tym grub­sza rura - mówi Avi. -?No wła­śnie: co jest nie tak na tym rysunku?

Od Tokio, Hong­kongu i Austra­lii odcho­dzi kilka gru­bych linii, zapewne łączą­cych je ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Przez Morze Połu­dnio­wo­chiń­skie, mniej wię­cej mię­dzy Fili­pi­nami i Wiet­na­mem, cią­gnie się kolejna gruba kre­ska z pół­nocy na połu­dnie, lecz nie łączy tych dwóch kra­jów: zmie­rza pro­sto do Hong­kongu, a potem wzdłuż chiń­skiego wybrzeża do Szan­ghaju, Korei i Tokio.

-?Skoro pośrodku mapy są Fili­piny -?odzywa się Can­trell -?domy­ślam się, że chcesz wska­zać, że żadna gruba linia nie dociera na Fili­piny.

-?Żadna gruba linia nie dociera na Fili­piny! -?rzuca Avi. Wska­zuje jeden, jedyny wyją­tek, bie­gnący mię­dzy Taj­wa­nem a pół­noc­nym Luzo­nem, a potem wzdłuż wybrzeża na Cor­re­gi­dor. -?Oprócz tej jed­nej, w którą jest zamie­szana firma Epi­phyte(1). Ale nie tylko o to mi cho­dziło. W ogóle mało jest linii z połu­dnia na pół­noc, łączą­cych Austra­lię z Azją. Wiele z pakie­tów sie­cio­wych bie­gnących z Syd­ney do Tokio musi być kie­ro­wa­nych przez Kali­for­nię. Jest tu luka na rynku.

-?Avi, zanim zaczniesz... -?wtrąca się Beryl -?muszę powie­dzieć, że trudno dostać się do branży ukła­da­nia głę­bi­no­wych, oce­anicz­nych kabli.

-?Beryl ma rację! -?mówi Avi. -?Odpo­wied­nie środki do insta­lo­wa­nia takich kabli mają tylko AT&T, Cable & Wire­less oraz Koku­sai Den­shin Denwa. To jest trudne. Kosz­towne. Wymaga olbrzy­mich kosz­tów począt­ko­wych.

"Koszty począt­kowe" ozna­czają prace inży­nier­skie, nie­zbędne, by zana­li­zo­wać wyko­nal­ność przed­się­wzię­cia. Jeśli całość okaże się nie do reali­za­cji, można je sobie wetknąć gdzieś.

-?Więc o czym ty myślisz? -?pyta Beryl.

Avi klika w kolejną mapę. Jest taka sama jak poprzed­nia, ale doma­lo­wano na niej tro­chę nowych linii: cały sze­reg pomię­dzy poszcze­gól­nymi wyspami. Pogma­twany łań­cuch krót­kich połą­czeń wzdłuż całego fili­piń­skiego archi­pe­lagu.

-?Chcesz oka­blo­wać Fili­piny i wpiąć je do sieci przez nasze ist­nie­jące łącze z Taj­wa­nem. -?Tom Howard podej­muje hero­iczną próbę stresz­cze­nia tego, co zapo­wiada się na długą pre­zen­ta­cję.

-?Z infor­ma­tycz­nego punktu widze­nia, Fili­piny będą łako­mym kąskiem - mówi Avi. -?Rząd ma swoje wady, ale w zasa­dzie jest to demo­kra­cja na wzór zachodni. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści Azja­tów, uży­wają liter łaciń­skich, czyli kodu ascii. Więk­szość zna angiel­ski. Odwieczne związki z Ame­ryką. Wcze­śniej czy póź­niej, w gospo­darce infor­ma­tycz­nej trzeba się będzie z tymi gośćmi liczyć.

Wtrąca się Randy:

-?Mamy już tam przy­czó­łek. Znamy lokalne układy. No i mamy bie­żące przy­chody.

Avi klika na kolej­nej mapie. Tę trud­niej roz­szy­fro­wać. Wygląda jak mapa rzeźby terenu jakichś wyso­kich gór, tu i ówdzie prze­dzie­lo­nych pła­sko­wy­żami. Fakt, że poja­wiła się w środku pre­zen­ta­cji, bez żad­nych pod­pi­sów, ani bez wyja­śnień Aviego, sta­nowi wyzwa­nie dla bystro­ści umy­słu zebra­nych. Nikt z nich nie będzie od razu pro­sił o pomoc. Randy obser­wuje, jak marsz­czą brwi i prze­krzy­wiają głowy. Pierw­szy zała­puje Eber­hard Föhr -?jest świetny w dziw­nych zagad­kach.

-?Azja Połu­dniowo-Wschod­nia ze spusz­czoną wodą -?mówi. -?Ten wielki garb po pra­wej to Nowa Gwi­nea. Te górki to wul­kany na Bor­neo.

-?Super, nie? -?mówi Avi. -?To mapa rada­rowa, z danych zebra­nych przez ame­ry­kań­skie sate­lity woj­skowe. Można ją kupić za psi grosz.

Na tej mapie można dostrzec, że Fili­piny to nie łań­cuch oddziel­nych wysp, lecz naj­wyż­sze punkty wiel­kiego, podłuż­nego pła­sko­wyżu, oto­czo­nego głę­bo­kimi szcze­li­nami w sko­ru­pie ziem­skiej. Aby przejść po dnie oce­anu z Luzonu na Taj­wan, trzeba by zanur­ko­wać w głę­boki rów, oko­lony kil­koma gór­skimi łań­cuchami, i podą­żać nim na pół­noc mniej wię­cej pięć­set kilo­me­trów. Ale na połu­dnie od Luzonu, na obsza­rze, gdzie Avi pro­po­nuje zain­sta­lo­wać sieć mię­dzy­wy­spo­wych kabli, są pła­skie pły­ci­zny.

Avi znów klika, wypeł­nia­jąc wody błę­ki­tem, a wyspy zie­le­nią. Potem robi zoom na śro­dek mapy, gdzie pła­sko­wyż Fili­pin wyciąga dwa ramiona w kie­runku Bor­neo, obej­mu­jąc nimi, i nie­mal zamy­ka­jąc, morze w kształ­cie rombu o dłu­go­ści trzy­stu pięć­dzie­się­ciu mil.

-?Morze Sulu -?obwiesz­cza. -?Zbież­ność z nazwi­skiem tego Azjaty ze Star Treku cał­kiem przy­pad­kowa.

Nikt się nie śmieje. W końcu nie są tutaj dla roz­rywki -?sku­piają się na mapie. Wszyst­kie te morza i archi­pe­lagi są dość dez­orien­tu­jące -?nawet dla ludzi o dobrej wyobraźni prze­strzen­nej. Fili­piny zamy­kają Morze Sulu od pra­wego gór­nego rogu, pół­nocne Bor­neo (nale­żące do Male­zji) z lewego dol­nego, archi­pe­lag Sulu (część Fili­pin) -?z pra­wego dol­nego, a w lewym gór­nym rogu leży bar­dzo długa i cienka fili­piń­ska wyspa Pala­wan.

-?To przy­po­mina nam, że gra­nice państw są sztuczne i bez­sen­sowne -?mówi Avi. -?Morze Sulu leży pośrodku wiel­kiego pła­sko­wyżu, na któ­rym są i wyspy fili­piń­skie, i Bor­neo. Jeśli więc oka­blo­wu­jesz Fili­piny, możesz bez wysiłku pod­łą­czyć do sieci także Bor­neo, po pro­stu lecąc wzdłuż Morza Sulu krót­kimi, płyt­kimi kabel­kami. O, tak.

Avi klika, kom­pu­ter dory­so­wuje barwne linie.

-?Avi, co my tu robimy? -?pyta Eber­hard.

-?To bar­dzo głę­bo­kie pyta­nie -?odpo­wiada Avi.

-?Wszy­scy wiemy, jak działa dopiero co zało­żona firma -?odzywa się Eb. - Na początku mamy tylko pomysł. Po to są umowy o pouf­no­ści -?żeby chro­nić pomysł. Pra­cu­jemy wspól­nie nad tym pomy­słem, dając wkład wła­snych umy­słów, i w zamian otrzy­mu­jemy udziały. Wyni­kiem pracy jest opro­gra­mo­wa­nie. Można je zastrzec, opa­ten­to­wać i zgło­sić jako znak towa­rowy. To war­tość nie­ma­te­rialna i prawna, warta jakieś pie­nią­dze. Przez nasze udziały wszy­scy jeste­śmy jej wła­ści­cie­lami. Wtedy sprze­da­jemy tro­chę wię­cej udzia­łów jakie­muś inwe­sto­rowi. Za te pie­nią­dze zatrud­niamy kolej­nych pra­cow­ni­ków i two­rzymy pro­dukt, rzu­camy go na rynek i tak dalej. Tak działa sys­tem, ale ty, zdaje się, tego nie rozu­miesz.

-?Dla­czego tak mówisz?

Eb wygląda na zdez­o­rien­to­wa­nego.

-?Jaki możemy mieć tu wła­sny wkład? Co takiego możemy stwo­rzyć wła­snym pomy­słem, żeby jakiś inwe­stor zechciał kupić udziały?

Wszy­scy zer­kają na Beryl. Beryl kiwa głową, zga­dza­jąc się z Ebem. Odzywa się Tom Howard:

-?Posłu­chaj, Avi. Ja umiem sta­wiać duże sys­temy kom­pu­te­rowe, John napi­sał Ordo, wie wszystko o kryp­to­lo­gii. Randy zna się na Inter­ne­cie, Eb na dziw­nych rze­czach, Beryl na pie­nią­dzach. O ile wiem, nikt z nas nie ma zie­lo­nego poję­cia o insta­lo­wa­niu pod­mor­skich kabli. Co wskó­rasz z naszymi CV, kiedy będziesz nama­wiał jakie­goś inwe­stora do wyło­że­nia forsy?

-?To wszystko prawda -?przy­znaje Avi. -?Musie­li­by­śmy być nie­nor­malni, żeby anga­żo­wać się w insta­lo­wa­nie kabli na Fili­pi­nach. To robota dla Fili­Tela, z któ­rym Epi­phyte(1) utwo­rzył w tym celu joint ven­ture.

-?Nawet gdy­by­śmy byli nie­nor­malni -?dodaje Beryl -?nie mie­li­by­śmy takiej moż­li­wo­ści, bo nikt nie dałby nam pie­nię­dzy.

-?Na szczę­ście nie musimy się tym mar­twić -?mówi Avi -?bo wyrę­cza nas w tym ktoś inny. -?Odwraca się do tablicy, bie­rze czer­wony mazak i kre­śli grubą linię mię­dzy Taj­wa­nem i Luzo­nem. Na dło­niach ma plamki, wyglą­da­jące jak trąd -?to rzut­nik oświe­tla je obra­zem dna oce­anu. - kdd, spo­dzie­wa­jąc się wiel­kiego wzro­stu na Fili­pi­nach, już kła­dzie kolejny kabel tutaj. -?Prze­cho­dzi niżej i zaczyna ryso­wać mniej­sze, krót­kie kre­ski mię­dzy poszcze­gól­nymi wyspami archi­pe­lagu. -?A Fili­Tel, finan­so­wany przez avcla -?Asia Ven­ture Capi­tal Los Ange­les -?oka­blo­wuje same Fili­piny.

-?A co ma z tym wspól­nego firma Epi­phyte(1)? -?pyta Tom Howard.

-?Ponie­waż ta sieć w dużym stop­niu będzie obsłu­gi­wać inter­ne­towy pro­to­kół IP, potrzebne są im routery i zna­jo­mość sieci kom­pu­te­ro­wych - wyja­śnia Randy.

-?A więc powta­rzam moje pyta­nie: dla­czego my w to wcho­dzimy? - cier­pli­wie, ale sta­now­czo dopy­tuje się Eber­hard.

Avi przez chwilę pra­cuje pisa­kiem. Rysuje kółko wokół wysepki w naroż­niku Morza Sulu, pośrodku prze­smyku pomię­dzy pół­noc­nym Bor­neo a długą, cienką fili­piń­ską wyspą, zwaną Pala­wan. Pod­pi­suje ją dużymi lite­rami: suł­ta­nat kina­kuty.

-?Przez pewien czas Kina­kutą rzą­dzili biali suł­tani. To długa histo­ria. Potem była nie­miecką kolo­nią -?mówi Avi. -?Bor­neo nale­żało do Wschod­nich Indii, holen­der­skich, a Pala­wan -?jak i całe Fili­piny -?do Hisz­pa­nów, a potem Ame­ry­ka­nów. To zaś był przy­czó­łek Niem­ców na tym tere­nie.

-?Niemcy zawsze dosta­wali naj­bar­dziej gów­niane kolo­nie -?stwier­dza ze smut­kiem Eb.

-?Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej prze­ka­zali ją Japo­nii, wraz z innymi wyspami, dalej na wschód. Wszyst­kie te wyspy nazy­wano razem Tery­to­riami Man­da­to­wymi, ponie­waż Japo­nia rzą­dziła nimi pod man­da­tem Ligi Naro­dów. W cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej Kina­kuta była bazą japoń­skich ata­ków na wschod­nie Indie i Fili­piny. Mieli tutaj bazę mor­ską i lot­ni­sko. Po woj­nie odzy­skała nie­pod­le­głość, którą miała, zanim przy­szli Niemcy. Na wybrzeżu lud­ność jest muzuł­mań­ska oraz rasy chiń­skiej, w głębi lądu ani­mi­styczna, zawsze też rzą­dził nimi suł­tan -?nawet za oku­pa­cji nie­miec­kiej i japoń­skiej. Ani jedni, ani dru­dzy nie ruszali tego figu­ranta, choć naprawdę sami pocią­gali za sznurki. Kina­kuta ma złoża ropy naf­to­wej, ale ich wydo­by­cie nie opła­cało się, zanim nie roz­wi­nęła się tech­no­lo­gia, a ceny nie poszły w górę -?mniej wię­cej w cza­sie arab­skiego embargo, kiedy też wła­dzę objął obecny suł­tan. Suł­tan jest teraz bar­dzo boga­tym face­tem. Nie tak boga­tym jak suł­tan Bru­nei, choć tak się składa, że to jego daleki kuzyn, ale boga­tym.

-?Suł­tan stoi za twoją firmą? -?pyta Beryl.

-?Nie w tym sen­sie, co myślisz -?odpo­wiada Avi.

-?A w jakim? -?nie­cier­pli­wie inda­guje Tom Howard.

-?Ujmę to w taki spo­sób: Kina­kuta należy do ONZ -?wyja­śnia Avi. -?Jest takim samym nie­pod­le­głym kra­jem i człon­kiem wspól­noty naro­dów jak Fran­cja czy Anglia. Wła­ści­wie nawet, jest wyjąt­kowo nie­za­leżna dzięki temu, że jest bogata w ropę. W zasa­dzie jest monar­chią -?prawa usta­na­wia suł­tan, ale dopiero po wyczer­pu­ją­cych nara­dach z mini­strami, któ­rzy decy­dują o poli­tyce kraju i pro­jek­tują ustawy. A ostat­nio spę­dzi­łem dużo czasu z mini­strem poczty i tele­ko­mu­ni­ka­cji. Poma­ga­łem mu skon­stru­ować nowe prawo, rzą­dzące całą tele­ko­mu­ni­ka­cją prze­cho­dzącą przez tery­to­rium Kina­kuty.

-?O rany! -?Johna zamu­ro­wało z podziwu.

-?Jedna dar­mowa akcja dla pana w czar­nym kape­lu­szu -?mówi Avi. -?John roz­pra­co­wał tajny plan Aviego. John, może zdra­dzisz pra­wi­dłową odpo­wiedź pozo­sta­łym uczest­ni­kom?

John zdej­muje kape­lusz i prze­suwa dło­nią po wło­sach. Nakłada go z powro­tem i wzdy­cha.

-?Avi pro­po­nuje, żeby­śmy zro­bili prze­cho­wal­nię danych.

Przez pokój prze­biega pomruk zachwytu. Avi odcze­kuje chwilę i mówi:

-?Drobna poprawka: prze­cho­wal­nię danych robi suł­tan. Ja pro­po­nuję, żeby na tym zaro­bić.

Ultra

Ultra

Law­rence Prit­chard Water­ho­use rusza do bitwy uzbro­jony w jedną trze­cią arku­sza angiel­skiego papieru maszy­no­wego, na któ­rym wypi­sano parę słów, czy­nią­cych zeń prze­pustkę do Blet­chley Park. Ktoś na czar­no­nie­bie­sko, pió­rem Mont Blanc jakie­goś wyż­szego ofi­cera, naba­zgrał na nim jego nazwi­sko i parę innych rze­czy, zakre­ślił w kółko zwrot wszyst­kie sek­cje i przy­wa­lił pie­częć, roz­ma­zaną jak czer­wony poca­łu­nek dziwki -?to nie­dbal­stwo bar­dziej ema­nuje wła­dzą i potęgą niż pre­cy­zja i sta­ran­ność fał­sze­rza.

Idąc obok dworku, tra­fia na wąską alejkę bie­gnącą mię­dzy nim a rzę­dem garaży z czer­wo­nej cegły (albo stajni, jak pew­nie okre­śli­liby je jego dziad­ko­wie). Uznaje, że to bar­dzo przy­jemne miej­sce na papie­rosa. Alejka jest gęsto obsa­dzona drze­wami. Słońce wła­śnie chowa się za hory­zont. Wciąż jest wystar­cza­jąco wysoko, by strze­lać pro­mie­niami przez wszyst­kie szcze­liny, jakie znaj­dzie na hory­zon­cie; dla­tego czer­wony blask co chwila z zasko­cze­nia celuje w oko spa­ce­ru­ją­cego tam i z powro­tem Water­ho­use'a. Wie rów­nież, że nie­wi­dzialny pro­mień musi prze­świe­tlać powie­trze parę metrów nad nim, ponie­waż zdra­dza antenę: linkę z mie­dzia­nych dru­tów, cią­gnącą się od ściany dworku do pobli­skiego cyprysa. Zała­muje świa­tło dokład­nie tak samo, jak paję­cza sieć, z którą zaba­wiał się przed­tem.

Nie­długo zaj­dzie słońce; zga­sło już w Ber­li­nie, jak i w więk­szo­ści sza­tań­skiego impe­rium Hitlera, cią­gną­cego się od Calais po Wołgę. Czas, by radio­ope­ra­to­rzy zabrali się do pracy. Bo fale radiowe w zasa­dzie nie umieją zakrę­cać. To może być naprawdę kło­po­tliwe, kiedy pod­bija się świat, który jest, nie­stety, okrą­gły, a wszyst­kie fron­towe jed­nostki są w danej chwili za hory­zon­tem. Można sko­rzy­stać z fal krót­kich, które odbi­jają się od jonos­fery. Ale działa to znacz­nie lepiej, kiedy na nie­bie nie ma słońca, zale­wa­ją­cego atmos­ferę szu­mem na wszyst­kich pasmach. Dla­tego radio­te­le­gra­fi­ści i ludzie, któ­rzy ich pod­słu­chują (ich wła­śnie Angole nazy­wają Y Service), są noc­nymi mar­kami.

Jak już zauwa­żył, posia­dłość ma jedną czy dwie anteny. Lecz Bletch-ley Park jest olbrzy­mim, żar­łocz­nym pają­kiem: by go nakar­mić, potrzeba sieci o roz­mia­rach kraju. Sporo dowo­dów -?na przy­kład czarne prze­wody pnące się po murach dworku, zapach i ter­kot telek­sów -?wska­zuje, że ta sieć jest przy­naj­mniej w czę­ści zbu­do­wana z mie­dzia­nego drutu. A inne jej frag­menty z bar­dziej przy­ziem­nych mate­ria­łów, w rodzaju betonu i asfaltu.

Brama otwiera się na oścież, moto­cykl bie­rze z prze­chy­łem ostry zakręt i wjeż­dża w alejkę; dwa cylin­dry jego sil­nika gło­śno beczą. Hałas szczy­pie Water­ho­use'a w nos. Przez pewien czas goni go, ale po mniej wię­cej stu metrach traci trop. Nie ma pro­blemu: kiedy obu­dzi się układ ner­wowy Wehr­machtu, a Y Service wyła­pie jego sygnały, poja­wią się następni moto­cykliści.

Motor prze­jeż­dża przez sta­ro­świecką bramkę łączącą dwa stare budynki. Wień­czy ją kopułka z wia­trow­ska­zem i zega­rem. Water­ho­use rów­nież przez nią prze­cho­dzi i tra­fia na mały skwe­rek, wyraź­nie tkwiący w cza­sach, gdy Blet­chley Park było jesz­cze boga­tym buc­kin­gham­skim fol­war­kiem. Po lewej cią­gną się staj­nie. W dachu, upstrzo­nym pta­sim gów­nem, są małe lukarny. Cały budy­nek trze­po­cze od gołębi. Na wprost Water­ho­use widzi mały śliczny far­mer­ski domek z czer­wo­nej cegły, w stylu Tudo­rów -?to jak na razie pierw­sza budowla, któ­rej archi­tek­tura nie budzi obrzy­dze­nia. Po pra­wej ma jed­no­pię­trowy budy­nek. Dobiega z niego dziwna infor­ma­cja: pach­nie roz­grza­nym sma­rem telek­sów, ale nie sły­chać ter­kotu, jedy­nie wysoki, mecha­niczny jęk.

Drzwi stajni otwie­rają się i wycho­dzi z nich facet nio­sący duże, ale wyraź­nie lek­kie pudełko z uchwy­tem na górze. Docho­dzi z niego gru­cha­nie i Water­ho­use zdaje sobie sprawę, że sie­dzą tam gołę­bie. Ale to nie są dzi­kie gołę­bie -?to gołę­bie pocz­towe. Posłańcy nio­sący infor­ma­cję, kolejne nitki sieci Blet­chley Park.

Rusza do budy­neczku pach­ną­cego gorą­cym sma­rem i zagląda przez okno. Ściem­nia się już, z okien zaczyna padać świa­tło, zdra­dza­jąc infor­ma­cje nie­miec­kim samo­lo­tom zwia­dow­czym, dla­tego przez podwó­rze idzie dozorca i zatrza­skuje czarne okien­nice.

Do oczu Water­ho­use'a wresz­cie dociera jakaś infor­ma­cja: po dru­giej stro­nie okna paru face­tów sie­dzi wokół maszyny. Więk­szość z nich nosi cywilne ubra­nia i od dłuż­szego czasu chyba była zbyt zajęta, żeby zaprzą­tać sobie głowę grze­bie­niami, żylet­kami czy pastą do butów. Męż­czyźni są sku­pieni na pracy, która ma coś wspól­nego z tą wielką machiną. Składa się ona z dużego rusz­to­wa­nia ze sta­lo­wych rurek, jak posta­wione na sztorc żela­zne łóżko. Na tym szkie­le­cie przy­twier­dzono meta­lowe bębny o śred­nicy tale­rzy do zupy, grube na parę cen­ty­me­trów. Mię­dzy nimi w nie­sa­mo­wi­cie poplą­tany spo­sób prze­pro­wa­dzono papie­rową taśmę. Wygląda na to, że do samego owi­nię­cia wszyst­kich szpul potrzeba kil­ku­na­stu metrów taśmy.

Jeden z męż­czyzn dłu­bie przy gumo­wym pasku napę­dza­ją­cym jedną ze szpul. Teraz odsuwa się i daje ręką sygnał. Inny wci­ska prze­łącz­nik i wszyst­kie szpule jed­no­cze­śnie zawi­ro­wują. Przez maszynę zaczyna lecieć taśma. Dziurki w taśmie są zapi­sem danych; wszystko to roz­ma­zuje się w szarą smugę, tak szybką, że powstaje złu­dze­nie, że taśma zmie­nia się w dym.

Nie, to nie złu­dze­nie. Z wiru­ją­cych szpul naprawdę unosi się dym. Taśma pędzi przez maszynę tak szybko, że zapala się na oczach Water­ho­use'a i face­tów w środku, któ­rzy przy­glą­dają się temu ze spo­ko­jem, jakby paliła się w cał­kiem nowy i bar­dzo inte­re­su­jący spo­sób.

Jeśli na świe­cie ist­nieje maszyna mogąca tak szybko odczy­ty­wać taśmy, to Water­ho­use ni­gdy o niej nie sły­szał.

Czarna okien­nica się zatrza­skuje. Water­ho­use zdąża jesz­cze dostrzec frag­ment cze­goś sto­ją­cego w kącie pokoju: sta­lo­wego sto­jaka z mnó­stwem sza­rych wal­co­wa­tych kształ­tów, uło­żo­nych w równe rzędy.

Przez dzie­dzi­niec prze­jeż­dżają dwaj moto­cy­kli­ści, pędzący po ciemku z wyłą­czo­nymi świa­tłami. Water­ho­use przez chwilę truchta za nimi, zosta­wia­jąc za sobą malow­ni­czy stary dzie­dzi­niec i wkra­cza­jąc w świat bara­ków, budowli wznie­sio­nych rok czy dwa temu. "Barak" koja­rzy się z czymś nie­du­żym, ale te tutaj, wzięte do kupy, przy­po­mi­nają raczej ten cały Pen­ta­gon, który Mini­ster­stwo Wojny sta­wiało po dru­giej stro­nie rzeki w Waszyng­to­nie.

Zmie­rza na skrzy­żo­wa­nie dróg, gdzie, jak mu się zdaje, sły­szał, że moto­cy­kle zakrę­cają. Staje, oto­czony gru­bymi murami. Bez zasta­no­wie­nia wspina się na szczyt muru i siada na nim. Widok stąd wcale nie jest lep­szy. Wie, że wokół w bara­kach tru­dzą się tysiące ludzi, ale on wcale tego nie widzi -?brak jakich­kol­wiek zewnętrz­nych oznak.

Wciąż pró­buje zro­zu­mieć, co wła­ści­wie ujrzał.

Taśma leciała tak szybko, że dymiła. Nie ma sensu pusz­czać jej z taką szyb­ko­ścią, jeśli maszyna nie umie wtedy odczy­tać z niej infor­ma­cji, zamie­nia­jąc układ dziu­rek na taśmie na elek­tryczne impulsy.

Ale co z tego, jeśli owe impulsy nie mają gdzie się prze­nieść? Żaden czło­wiek nie pora­dziłby sobie z tak szyb­kim stru­mie­niem zna­ków. Żaden znany Water­ho­use'owi teleks nie dałby rady ich wydru­ko­wać.

To ma sens tylko, jeśli budują maszynę. Jakiś mecha­niczny kal­ku­la­tor, który może wchło­nąć te dane, a potem coś z nimi zro­bić -?coś obli­czyć - zapewne coś zwią­za­nego z łama­niem szy­frów.

Potem przy­po­mina sobie ów wypa­trzony w kącie sto­jak, te rzędy iden­tycz­nych sza­rych wal­ców. Widziane z tej strony wyglą­dały na amu­ni­cję. Ale były zbyt gład­kie i błysz­czące. Water­ho­use uświa­da­mia sobie nagle, że musiały być wydmu­chane ze szkła.

To lampy elek­tro­nowe. Setki lamp elek­tro­no­wych. Wię­cej niż Water­ho­use kie­dy­kol­wiek widział w jed­nym miej­scu.

Ci faceci budują w tym pokoju maszynę Turinga!

Nic zatem dziw­nego, że tak spo­koj­nie przy­jęli spa­le­nie się taśmy. Ten pasek papieru, tech­no­lo­gia stara jak pira­midy, jest tylko nośni­kiem stru­mie­nia infor­ma­cji. Kiedy prze­biega przez maszynę, infor­ma­cja jest z niego wydo­by­wana i zamie­niana w układ czy­stych, binar­nych danych. To, że spali się sam nośnik, nie ma żad­nych kon­se­kwen­cji. Z pro­chu powsta­łeś i w proch się obró­cisz -?dane prze­szły ze świata fizycz­nego w kosmos mate­ma­tyczny, czyst­szy, lepiej zor­ga­ni­zo­wany i rzą­dzący się innymi pra­wami. Pra­wami, z któ­rych kilka nie­ja­sno i nie­do­sko­nale uświa­da­miają sobie dr Alan Mathi­son Turing, dr John von Neu­mann, dr Rudolf von Hac­kl­he­ber i paru innych ludzi, wśród któ­rych Water­ho­use obra­cał się nie­gdyś w Prin­ce­ton. Pra­wami, o któ­rych sam też wie to i owo.

Kiedy już prze­kształ­ci­łeś dane na postać czy­stej infor­ma­cji, potrzeba ci jedy­nie narzę­dzia. Sto­la­rze pra­cują w drew­nie; noszą ze sobą skrzy­neczki z narzę­dziami do mie­rze­nia, cię­cia, wygła­dza­nia i łącze­nia. Mate­ma­tycy pra­cują w infor­ma­cji, potrze­bują więc cał­kiem swo­istych narzę­dzi.

Budo­wali sobie te narzę­dzia przez lata całe, jedno po dru­gim. Na przy­kład, pewna firma od kas skle­po­wych i maszyn do pisa­nia, o nazwie Elec­tri­cal Till Cor­po­ra­tion, robi ele­gancką maszynę na karty dziur­ko­wane do tabu­la­cji dużych ilo­ści danych. Pro­fe­sor Water­ho­use w Iowa znu­dził się cią­głym roz­wią­zy­wa­niem rów­nań róż­nicz­ko­wych na pie­chotę i wyna­lazł maszynę, która robi to auto­ma­tycz­nie -?zapa­mię­tuje infor­ma­cje na bęb­nie wyło­żo­nym kon­den­sa­to­rami i reali­zuje pewien algo­rytm. Mając dość czasu i dość lamp elek­tro­no­wych, można by zro­bić maszynę do sumo­wa­nia kolumny liczb, drugą do pamię­ta­nia sta­nów maga­zy­no­wych, i jesz­cze jedną do alfa­be­tycz­nego porząd­ko­wa­nia słów. Dobrze wypo­sa­żona firma posia­da­łaby po jed­nej sztuce każ­dej: błysz­czące, żeliwne mon­stra z gorą­cym powie­trzem falu­ją­cym nad krat­kami wen­ty­la­cyj­nymi, ozdo­bione logo ETC, Sie­mensa czy Hol­le­ri­tha, każda z nich reali­zu­jąca swoje wła­sne zada­nie. Tak jak sto­larz ma wśród swych narzę­dzi skrzynkę ucio­sową, sza­blon do robie­nia wpu­stów i mło­tek sto­lar­ski.

Turing wykon­cy­po­wał coś cał­kiem róż­nego, coś nie­zwy­kle dziw­nego i rady­kal­nego.

A mia­no­wi­cie, że, w odróż­nie­niu od sto­la­rzy, mate­ma­tycy potrze­bują tylko jed­nego, za to szcze­gól­nego, narzę­dzia. Zro­zu­miał, że powinno dać się skon­stru­ować meta­ma­szynę, którą można by rekon­fi­gu­ro­wać tak, by wyko­ny­wała na infor­ma­cji każde zada­nie, jakie tylko przyj­dzie nam do głowy. Byłoby to pro­te­uszowe urzą­dze­nie, mogące zmie­nić się w dowolne narzę­dzie. Tak jak organy, zmie­nia­jące się w zupeł­nie inny instru­ment po naci­śnię­ciu guzika kom­bi­na­cji.

Szcze­góły były cokol­wiek mętne. Nie pro­jekt fizycz­nej maszyny, a raczej myślowy eks­pe­ry­ment, pomy­ślany przez Turinga jako roz­wią­za­nie pew­nej abs­trak­cyj­nej zagadki z dość nie­prak­tycz­nej dzie­dziny -?logiki. Water­ho­use dosko­nale o tym wie. Ale teraz, gdy sie­dzi na prze­ciw­bom­bo­wej ścia­nie pośrodku ciem­nego Blet­chley Park, w gło­wie koła­cze mu się jedna uparta myśl: maszyna Turinga, gdyby naprawdę ist­niała, uży­wa­łaby taśmy. Taśma bie­głaby przez maszynę i nio­sła infor­ma­cje potrzebne jej do pracy.

Sie­dzi, gapi się w mrok i rekon­stru­uje w myślach maszynę Turinga. Przy­po­mi­nają mu się kolejne szcze­góły. Taśma w maszy­nie Turinga, zdaje się, nie poru­sza­łaby się tylko w jedną stronę, lecz czę­sto zmie­nia­łaby kie­ru­nek. A maszyna nie tylko czy­ta­łaby z niej, ale mogłaby rów­nież wyma­zy­wać zapis lub doda­wać nowy.

Oczy­wi­ście nie spo­sób usu­nąć dziu­rek z papie­ro­wej taśmy. Rów­nie oczy­wi­sty jest fakt, że taśma w tej maszy­nie poru­szała się w jed­nym kie­runku. A zatem, co Water­ho­use nie­chęt­nie musi przy­znać sam przed sobą, ten sta­tyw z lam­pami, który wła­śnie wyszpie­go­wał, nie był maszyną Turinga. To jakieś pomniej­sze urzą­dze­nie -?spe­cja­li­styczne narzę­dzie, takie jak czyt­nik kart dziur­ko­wa­nych albo maszyna do roz­wią­zy­wa­nia rów­nań róż­nicz­ko­wych Ata­na­soffa.

Ale i tak jest więk­sza i bar­dziej nie­sa­mo­wita, wspa­nial­sza niż wszyst­kie, które dotąd widział.

Po torach prze­la­tuje nocny pociąg z Bir­ming­ham, wio­zący amu­ni­cję nad morze. Jego odgłos zanika na połu­dniu, a do głów­nej bramy pod­jeż­dża moto­cykl. Kiedy spraw­dzają doku­menty moto­cyklisty, sil­nik ter­ko­cze na biegu jało­wym, póź­niej z gło­śnym pierd­nię­ciem toczy się naprzód i bie­rze ostry zakręt. Water­ho­use wstaje na nogi tam, gdzie krzy­żują się dwa mury, i w sku­pie­niu obser­wuje moto­cykl, który mija go i zmie­rza w stronę "baraku" kil­ka­set metrów stąd. Gdy ładu­nek zmie­nia wła­ści­ciela, z otwar­tych drzwi bucha świa­tło. Potem gaśnie, a motor popier­duje w kie­runku bramy wyjaz­do­wej.

Water­ho­use złazi na zie­mię i po omacku rusza w stronę drogi. Zatrzy­muje się przed wej­ściem do baraku i przez minutę nasłu­chuje. Potem zbiera się na odwagę, postę­puje krok naprzód i otwiera drzwi.

W środku panuje potworny upał, a powie­trze jest mdlą­cym desty­la­tem woni ludz­kich i maszy­no­wych, utrzy­my­wa­nym nie­ru­chomo przez wieka od tru­mien, któ­rymi zabito wszyst­kie okna. Jest tu wiele osób, głów­nie kobiet pra­cu­ją­cych na gar­gan­tu­icz­nych roz­mia­rów elek­trycz­nych maszy­nach do pisa­nia. Nawet przez przy­mru­żone powieki widzi, że to miej­sce działa jak filtr na kartki papieru, roz­miaru około dzie­sięć na pięt­na­ście, naj­wy­raź­niej dostar­czane tu przez moto­cy­kli­stów. Zaraz koło drzwi sor­tuje się je i układa w dru­cia­nych koszy­kach. Stąd wędrują do kobiet przy gigan­tycz­nych maszy­nach.

Jeden z nie­licz­nych męż­czyzn unosi się i zmie­rza ku niemu. Jest mniej wię­cej w tym samym wieku, to zna­czy ma dwa­dzie­ścia kilka lat. Nosi mun­dur bry­tyj­skiej armii. Koja­rzy się ze sta­ro­stą wesel­nym, który pra­gnie zadbać, by nawet naj­dalsi, nie­wi­dziani od stu lat krewni byli odpo­wied­nio przy­wi­tani. Jest oczy­wi­ste, że taki sam z niego żoł­nierz, jak i z Water­ho­use'a. Nic dziw­nego, że oto­czono to miej­sce taką ilo­ścią drutu kol­cza­stego i żoł­nierzami RAF-u z kara­bi­nami maszy­no­wymi.

-?Dobry wie­czór. Law­rence Water­ho­use.

-?Harry Pac­kard. Miło mi. -?Nie ma poję­cia, kim jest Water­ho­use; ma upraw­nie­nia Ultra, ale nie Ultra Mega.

-?Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie. Sądzę, że będzie pan chciał na to spoj­rzeć. -?Water­ho­use wrę­cza mu magiczną prze­pustkę.

Spoj­rze­nie wybla­kłych oczu prze­biega po niej uważ­nie, potem prze­ska­kuje i ogni­skuje się w paru naj­cie­kaw­szych punk­tach: pod­pi­sie na dole i roz­ma­za­nej pie­częci. Wojna zmie­niła Harry'ego Pac­karda w maszynę do odczy­ty­wa­nia i prze­twa­rza­nia kar­tek papieru; w tym przy­padku robi to spraw­nie i bez zacięć. Prze­pra­sza Water­ho­use'a, kręci korbką tele­fonu i roz­ma­wia z kimś; jego postawa i mina suge­rują, że to ktoś ważny. Słowa zagłu­sza kle­kot i szum mnó­stwa maszyn do pisa­nia, ale na mło­dej, szcze­rej i rumia­nej twa­rzy Pac­karda maluje się zain­te­re­so­wa­nie i zmie­sza­nie. Słu­cha­jąc swego roz­mówcy, zerka z ukosa na Law­rence'a. Mówi do słu­chawki coś uspo­ka­ja­ją­cym i peł­nym sza­cunku tonem, po czym odkłada ją.

-?Dobra. No cóż, co chciałby pan zoba­czyć?

-?Pró­buję zro­zu­mieć, jaki jest ogólny prze­pływ infor­ma­cji.

-?Znaj­du­jemy się mniej wię­cej na star­cie. Tu jest począ­tek rzeki. Źró­dłem jest Służba Y -?woj­skowi i ama­tor­scy radio­ope­ra­to­rzy, któ­rzy słu­chają komu­ni­ka­tów Fry­ców i prze­ka­zują je nam. -?Pac­kard bie­rze kartkę z sakwy moto­cy­kli­sty i podaje Water­ho­use'owi.

To for­mu­larz. Na górze ma masę rubryk, w które ktoś wpi­sał datę (dzi­siej­szą), czas (kilka godzin temu) i kilka innych infor­ma­cji, na przy­kład czę­sto­tli­wość odbioru. W głów­nej czę­ści blan­kietu jest puste miej­sce, gdzie dru­ko­wa­nymi lite­rami napi­sano coś takiego:

aywbp rojhk dhaob qtmdl tushi

ypijs llenj opsky vzpdl emaou

tamog tmoah ec.

Całość poprze­dzają dwie grupy po trzy litery:

yuh abg.

-?To przy­szło z naszej sta­cji w Ken­cie -?mówi Pac­kard. -?To szyfr Zięba.

-?Czyli od Rom­mla?

-?Tak. Nadano go w Kairze. Zięba ma naj­wyż­szy prio­ry­tet, dla­tego ten szy­fro­gram jest na wierz­chu stosu.

Pac­kard pro­wa­dzi Water­ho­use'a cen­tral­nym kory­ta­rzem baraku, pomię­dzy rzę­dami maszy­ni­stek. Wybiera jedną, która wła­śnie koń­czy pisać wia­do­mość, i wrę­cza jej świ­stek. Dziew­czyna kła­dzie go obok maszyny i zaczyna wkle­py­wać.

Na początku Water­ho­use pomy­ślał, że te maszyny to elek­tryczne maszyny do pisa­nia zbu­do­wane na spo­sób bry­tyj­ski -?wiel­kie jak stół w jadalni, obu­do­wane stu kilo­gra­mami żeliwa, pod maską dzie­się­cio­konny sil­nik, całość oto­czona wyso­kimi murami i uzbro­jo­nymi straż­ni­kami. Ale teraz, z bli­ska, widzi, że to coś znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego. Zamiast wałka każda maszyna ma dużą, pła­ską szpulę z wąską papie­rową taśmą. To nie ta sama taśma, którą widział wcze­śniej, jak paliła się, prze­la­tu­jąc przez tę wielką machinę. Ta jest węż­sza, a kiedy wycho­dzi z maszyny, nie ma wybi­tych dziu­rek, które mogłaby odczy­tać inna maszyna. Gdy dziew­czyna, prze­pi­su­jąc tekst, naci­ska kolejny kla­wisz, na taśmie dru­kuje się następna litera. Ale nie taka sama, jak na kla­wiszu.

Wpi­sa­nie wszyst­kich liter nie zaj­muje jej długo. Potem oddziera taśmę, która wyla­zła z maszyny. Przy­kleja ją -?jest samo­przy­lepna -?na pier­wot­nym szy­fro­gra­mie i z nie­śmia­łym uśmie­chem wrę­cza Pac­kar­dowi. Ten dzię­kuje czymś pomię­dzy ski­nie­niem głowy a deli­kat­nym ukło­nem -?coś takiego nie uda­łoby się żad­nemu Ame­ry­ka­ni­nowi. Zerka na kartkę i podaje ją Water­ho­use'owi.

Litery na taśmie gło­szą:

einun­dzwan­zig­st­pan­zer­di­vi­sion­be­rich­tet

keine­be­son­de­re­ere­ignise.

-?Żeby uzy­skać te usta­wie­nia, trzeba zła­mać szyfr. A on zmie­nia się codzien­nie?

Pac­kard uśmie­cha się.

-?O pół­nocy. Jeśli zosta­nie pan tutaj... -?zerka na zega­rek -?jesz­cze cztery godziny, zoba­czy pan, że świeże radio­gramy spły­wa­jące ze Służby Y zaczną dawać po prze­pi­sa­niu na Typek­sach kom­pletne bzdury, ponie­waż z wybi­ciem pół­nocy Fryce zmie­niły wszyst­kie kody. Jakby zacza­ro­wana kareta Kop­ciuszka zmie­niła się z powro­tem w dynię. Wtedy musimy zana­li­zo­wać nowe szy­fro­gramy za pomocą "bomb" i usta­lić kody na dany dzień.

-?Ile to trwa?

-?Cza­sem mamy szczę­ście i łamiemy je już około dru­giej lub trze­ciej rano. Na ogół jed­nak trwa to aż do popo­łu­dnia lub wie­czora. Nie­kiedy w ogóle się nie udaje.

-?No dobrze. To pyta­nie będzie głu­pie, ale chciał­bym mieć jasność. Te Typeksy -?wyko­nu­jące tylko mecha­niczne ope­ra­cje deszy­fru­jące -?są zupeł­nie czymś innym niż "bomby", które naprawdę łamią kod?

-?"Bomby", w porów­na­niu z tym tutaj, są maszy­nami o cał­kiem innym, olbrzy­mim stop­niu skom­pli­ko­wa­nia -?odpo­wiada Pac­kard. -?To pra­wie mecha­niczne maszyny myślące.

-?Gdzie one są?

-?W baraku numer jede­na­ście. Ale teraz nie pra­cują.

-?Jasne. Dopiero po pół­nocy, kiedy karoca zmieni się z powro­tem w dynię i trzeba będzie łamać jutrzej­sze usta­wie­nie Enigmy.

-?Wła­śnie.

Pac­kard pod­cho­dzi do małej drew­nia­nej klapki, umiesz­czo­nej nisko w zewnętrz­nej ścia­nie budynku. Obok niej leży szu­fladka na akta. Na obu koń­cach ma haczyki, do każ­dego z nich uwią­zany sznu­rek. Jeden ze sznur­ków wala się luźno po pod­ło­dze. Drugi znika pod klapą. Pac­kard kła­dzie szy­fro­gram na zgro­ma­dzo­nych w szu­fladce innych podob­nych i odsuwa klapkę, odsła­nia­jąc wąski tunel.

-?Okej, ty cią­gniesz! -?woła.

-?Okej, cią­gnę! -?dobiega po chwili odpo­wiedź. Sznu­rek napręża się, taca wjeż­dża do tunelu i znika.

-?Leci do baraku trze­ciego -?wyja­śnia Pac­kard.

-?No to ja też -?mówi Water­ho­use.

* * *

Barak 3 jest tylko kilka metrów dalej, po dru­giej stro­nie obo­wiąz­ko­wej ściany prze­ciw­bom­bo­wej. Na drzwiach wid­nieje wypi­sane kur­sywą: nie­miecka sek­cja woj­skowa. Water­ho­use domy­śla się, że woj­skowa ma odróż­niać ją od mor­skiej, miesz­czą­cej się w Baraku 4. Tutaj sto­su­nek liczby męż­czyzn do kobiet jest chyba wyż­szy. Pod­czas wojny aż dziw­nie widzieć zgro­ma­dzo­nych w jed­nej sali tylu zdro­wych, mło­dych męż­czyzn. Noszą mun­dury armii lądo­wej, RAF-u, cywilne łachy, jest nawet jeden ofi­cer mary­narki wojen­nej.

Śro­dek budynku zaj­muje wielki, pod­ko­wia­sty stół. Z boku stoi jesz­cze jeden, pro­sto­kątny. Każde krze­sło przy każ­dym z nich zaj­muje sku­piony pra­cow­nik. Kartki z prze­chwy­co­nymi radio­gra­mami wpły­wają do baraku na drew­nia­nej tacy, a potem prze­su­wają się od sta­no­wi­ska do sta­no­wi­ska według jakie­goś ści­śle zor­ga­ni­zo­wa­nego sche­matu, który Water­ho­use na razie nie bar­dzo może roz­gryźć. Ktoś wyja­śnia mu, że bomby dopiero po zacho­dzie słońca zła­mały dzi­siej­sze kody, i dla­tego tune­lem z Baraku 6 wła­śnie przy­pły­nął ładu­nek radio­gra­mów z całego dnia.

Na razie posta­na­wia postrze­gać ten barak jako mate­ma­tyczną czarną skrzynkę -?to zna­czy, sku­pić się tylko na jej infor­ma­cyj­nych wej­ściach i wyj­ściach, igno­ru­jąc wewnętrzne szcze­góły. Całe Blet­chley Park jest swego rodzaju czarną skrzynką: wcho­dzą do niej losowe grupki liter, wycho­dzą stra­te­giczne infor­ma­cje wywia­dow­cze, a wewnętrzne niu­anse nie inte­re­sują więk­szo­ści osób z grupy Ultra. Pyta­nie, na które Water­ho­use ma zna­leźć odpo­wiedź, brzmi: czy z tego miej­sca wycho­dzi jesz­cze jeden wek­tor infor­ma­cji, ukryty pod­pro­gowo w radio­gra­mach i postę­po­wa­niu alianc­kich dowód­ców? I czy wska­zuje on na dok­tora Rudolfa von Hac­kl­he­bera?

Kinakuta

Kina­kuta

Ktoś, kto pro­jek­to­wał kory­ta­rze powietrzne dla nowego lot­ni­ska suł­tana, musiał mieć kon­szachty z Izbą Han­dlową Kina­kuty. Jeżeli ma się szczę­ście sie­dzieć po lewej stro­nie, tak jak Randy Water­ho­use, widok z okna pod­czas podej­ścia do lądo­wa­nia przy­po­mina film rekla­mowy.

Mato­wo­zie­lone stoki wyra­stają ze spo­koj­nego błę­kit­nego morza i pną się tak wysoko, że na szczy­tach opró­sza je śnieg, mimo że wyspa leży tylko sie­dem stopni na pół­noc od rów­nika. Randy od razu widzi, co miał na myśli Avi, mówiąc, że jest po brze­gach muzuł­mań­ska, a w środku ani­mi­styczna. Jedy­nym miej­scem, gdzie można ewen­tu­al­nie zbu­do­wać coś przy­po­mi­na­ją­cego nowo­cze­sne mia­sto, jest wybrzeże -?tam wyspę ota­cza rąbek pła­skiego gruntu: beżowa sko­rupka wokół olbrzy­miego szma­ragdu. Naj­więk­sza i naj­lep­sza nizina znaj­duje się na pół­nocnowschodnim krańcu, gdzie na poldery wylewa się główna, kil­ku­ki­lo­me­trowa rzeka wyspy, roz­sze­rza­jąc się w del­to­wate ujście, wycho­dzące na kilka mil w głąb Morza Sulu.

Na dzie­sięć minut przed poja­wie­niem się w zasięgu wzroku mia­sta Kina­kuta Randy'emu nudzi się licze­nie szy­bów naf­to­wych. Z wysoka wyglą­dają jak roz­siane po pły­ci­znach pło­nące zapory prze­ciw­czoł­gowe, mające powstrzy­mać atak pie­choty mor­skiej. Gdy samo­lot wytraca wyso­kość, zaczy­nają przy­po­mi­nać fabryki na szczu­dłach, zwień­czone wyso­kimi pochod­niami, spa­la­ją­cymi kło­po­tliwy natu­ralny gaz. W miarę zbli­ża­nia się do wody, wygląda to coraz groź­niej, jakby pilot lawi­ro­wał pomię­dzy słu­pami ognia, mogą­cymi usma­żyć 777 w locie jak gołę­bia.

Mia­sto Kina­kuta wygląda nowo­cze­śniej niż wszyst­kie ame­ry­kań­skie. Pró­bo­wał coś o nim prze­czy­tać, ale zna­lazł nie­wiele: kilka hase­łek w ency­klo­pe­diach, kilka drob­nych wzmia­nek w histo­rii II wojny świa­to­wej, parę kąśli­wych, choć cie­płych arty­ku­łów w "The Eco­no­mist". Odświe­ża­jąc swe dawne umie­jęt­no­ści z wypo­ży­czalni mię­dzy­bi­blio­tecz­nej, zapła­cił Biblio­tece Kon­gresu za wyko­na­nie kopii jedy­nej książki poświę­co­nej wyłącz­nie Kina­ku­cie -?jed­nego z miliona dawno nie­wzna­wia­nych pamięt­ni­ków z II wojny świa­to­wej, które pro­du­ko­wali sze­re­gowcy w latach 50. i póź­nych 40. Na razie nie miał czasu tego prze­czy­tać, więc pię­cio­cen­ty­me­trowy stos kar­tek robi w walizce za balast.

Tak czy owak, żadna z map nie zga­dza się z rze­czy­wi­sto­ścią dzi­siej­szego Kina­kuta City. Zrów­nano z zie­mią wszyst­kie budowle z cza­sów wojny i zastą­piono nowymi. Rzekę pusz­czono nowym kory­tem. Nie­wy­godną Górę Elizy wysa­dzono w powie­trze, a powstały gruz wsy­pano do morza, two­rząc kilka kilo­me­trów kwa­dra­to­wych nowych dzia­łek, w więk­szo­ści pochło­nię­tych przez lot­ni­sko. Wybu­chy były tak gło­śne, że rządy odda­lo­nych o setki mil Fili­pin i Bor­neo zło­żyły pro­te­sty. Ścią­gnęły także na wyspę gniew Gre­en­pe­ace'u, który oba­wiał się, że suł­tan wystra­szy wie­lo­ryby ze środ­ko­wego Pacy­fiku. Dla­tego Randy spo­dzie­wał się, że pół mia­sta zaj­muje dymiący kra­ter, co oczy­wi­ście jest nie­prawdą. Kikut góry został ele­gancko wybe­to­no­wany i posłu­żył za fun­da­ment dla nowego Mia­sta Tech­no­lo­gii. Wszyst­kie sto­jące tam (i gdzie indziej) dra­pa­cze chmur mają spi­cza­ste wierz­chołki, przy­wo­łu­jące tra­dy­cyjną archi­tek­turę, dawno już zwa­loną bul­do­że­rami i wypeł­nia­jącą gru­zem port. Wie­kowy pałac suł­tana jest jedy­nym budyn­kiem w zasięgu wzroku wyglą­da­ją­cym na wię­cej niż dzie­sięć lat. Oto­czony kilo­me­trami wie­żow­ców z błę­kit­nego szkła przy­po­mina zamro­żony w tafli lodu czer­wo­nawo-beżowy far­fo­cel.

Kiedy sku­pia na nim wzrok, wszystko usta­wia się we wła­ści­wej orien­ta­cji. Nachyla się i, ryzy­ku­jąc repry­mendę ste­war­desy, wyciąga spod sie­dze­nia torbę, a z niej foto­ko­pię pamięt­ni­ków żoł­nie­rza. Na jed­nej z pierw­szych stron jest mapa Kina­kuty z roku 1945, z pała­cem suł­tana dokład­nie pośrodku. Randy obraca ją przed twa­rzą jak spa­ni­ko­wany szo­fer kie­row­nicę i pró­buje usta­wić zgod­nie z tym, co widzi. Tu rzeka. Tu Góra Elizy, gdzie Nip­poń­czycy kie­dyś mieli jed­nostkę wywiadu radio­wego i sta­cję radiową, wszystko to wznie­sione siłami nie­wol­ni­ków. Tutaj dawne lot­ni­sko japoń­skiego lot­nic­twa mor­skiego -?zanim nie zbu­do­wano nowego, peł­niło także funk­cje cywilne. Teraz stoi tam stado żół­tych dźwi­gów nad błę­kitną mgła­wicą stali zbro­je­nio­wej, oświe­tla­nej kon­ste­la­cją migo­cą­cych bia­łych gwiazd -?pra­cu­ją­cych spa­wa­czy.

Obok znaj­duje się coś, co wydaje się nie na miej­scu: szma­rag­dowo-zie­lone poletko, wiel­ko­ści może kilku kwar­ta­łów, oto­czone kamien­nym murem. Wewnątrz, na jed­nym końcu ma spo­kojny sta­wik -?777 leci teraz tak nisko, że Randy może poli­czyć liście lilii wod­nych -?maleńką szin­to­istyczną świą­tynkę wycio­saną z czar­nego kamie­nia, oraz nie­wielką bam­bu­sową her­ba­ciar­nię. Randy przy­ci­ska nos do szyby i gapi się w to miej­sce, dopóki nie prze­sła­nia mu go wyra­sta­jący tuż za koń­cem skrzy­dła miesz­kalny wyso­ko­ścio­wiec. Przez otwarte okno kuchni dostrzega w mikro­se­kun­do­wej migawce kobietę zamie­rza­jącą się tasa­kiem na orzech koko­sowy.

Ten ogród wyglą­dał, jakby został prze­nie­siony o tysiąc mil z pół­nocy -?z Nip­ponu. Gdy Randy domy­śla się wresz­cie, co to takiego, włosy na karku stają mu dęba.

Randy wsiadł do tego samo­lotu kilka godzin temu na lot­ni­sku Ninoy Aqu­ino w Manili. Lot miał opóź­nie­nie, było więc dużo czasu, żeby przyj­rzeć się innym pasa­że­rom: trzech bia­łych, w tym on sam, kil­ku­dzie­się­ciu Malaj­czy­ków (Kina­ku­tań­czycy albo Fili­piń­czycy), a reszta to Nip­poń­czycy. Kilku z nich wyglą­dało na biz­nes­me­nów, podró­żu­ją­cych w grup­kach po dwóch lub trzech, pozo­stali zaś nale­żeli do jakiejś zor­ga­ni­zo­wa­nej wycieczki - wma­sze­ro­wali do hali odlo­tów dokład­nie czter­dzie­ści pięć minut przed cza­sem i usta­wili się w kolejce przed młodą kobietą w gra­na­to­wej spód­niczce, uno­szącą na drążku ele­ganc­kie małe logo. Eme­ryci.

Celem ich podróży nie jest Mia­sto Tech­no­lo­gii ani żaden z cudacz­nych spi­cza­stych dra­pa­czy chmur w dziel­nicy ban­ko­wej. Jadą do tego ogro­dzo­nego murem ogrodu, zbu­do­wa­nego nad maso­wym gro­bem, kry­ją­cym ciała trzech i pół tysiąca nip­poń­skich żoł­nie­rzy. Wszy­scy zgi­nęli 23 sierp­nia 1945.

Dom Qwghlmiański

Dom Qwghl­miań­ski

Water­ho­use prze­ci­ska się tam i z powro­tem cichą boczną uliczką, odczy­tu­jąc mosiężne tabliczki na muro­wa­nych sze­re­gów­kach.

sto­wa­rzy­sze­nie zjed­no­cze­nia hin­du­izmu z isla­mem

towa­rzy­stwo przy­jaźni anglo-lapoń­skiej

zrze­sze­nie obu­rzo­nych

chiang-tzse, towa­rzy­stwo samo­po­mocy

kró­lew­ski komi­tet zapo­bie­ga­nia zuży­ciu kabe­sta­nów okrę­to­wych

fun­da­cja pro­pa­go­wa­nia łątki bol­gera

liga anty­wa­lij­ska

komi­sya na rzecz reformy orto­gra­fyi angiel­skiey

koali­cja na rzecz zapo­bie­ga­nia okru­cień­stwu wobec szkod­ni­ków

kościół wedyj­skiej kwan­to­wej świa­do­mo­ści etycz­nej

bry­tyj­ska płytka mikowa

Naj­pierw bie­rze Dom Qwghl­miań­ski za naj­mniej­szy i naj­po­dlej zlo­ka­li­zo­wany dom towa­rowy na świe­cie. Ma okno w wyku­szu, nachy­la­jące się nad chod­ni­kiem jak taran rzym­skiej tri­remy, poro­śnięte wik­to­riań­skimi ozdób­kami i miesz­czące skrom­niutką wystawę: bez­gło­wego mane­kina odzia­nego w strój, który wygląda, jakby został utkany ze sta­lo­wej wełny (może upa­mięt­nia wojenny nie­do­sta­tek?); kupkę żół­ta­wego błota z wbitą łopatą oraz jesz­cze jed­nego mane­kina (nie­dawno wci­śnię­tego w kąt) ubra­nego w mun­dur mary­narki wojen­nej, dzier­żą­cego wycięty z deski kara­bin.

Water­ho­use zna­lazł prze­żarty przez mole książ­kowe egzem­plarz Encyc­lo­pe­dia Qwghl­miana z tydzień temu, w anty­kwa­ria­cie nie­opo­dal Bri­tish Museum. Od tej pory nosił go w walizce, zaży­wa­jąc po jed­nej lub dwie strony naraz, jak dawki sil­nego lekar­stwa. W Encyc­lo­pe­dii prze­wi­jają się trzy tematy, domi­nu­jące nad każ­dym jej aka­pi­tem, tak jak Trzy Sghry domi­nują nad kra­jo­bra­zem Gór­nego Qwghlm. Dwa z nich to wełna i guano, choć Qwghl­mia­nie w swym sta­ro­żyt­nym, sui gene­ris języku nazy­wają je ina­czej. Fak­tycz­nie, wystę­puje tutaj ta sama hiper­spe­cja­li­za­cja języ­kowa, co u Eski­mo­sów wśród słów ozna­cza­ją­cych śnieg, a u Ara­bów -?pia­sek. Encyc­lo­pe­dia Qwghl­miana ni­gdy nie używa angiel­skich słów "wełna" i "guano", chyba że w celu napięt­no­wa­nia tan­det­nych odpo­wied­ni­ków tych pro­duk­tów, które eks­por­tuje na przy­kład Szko­cja, chcąc per­fid­nie oszu­kać naiw­nych kup­ców, domi­nu­ją­cych na świa­to­wych ryn­kach. Aby się dowie­dzieć, przez deduk­cję, co to naprawdę za pro­dukty, Water­ho­use musiał prze­czy­tać Encyc­lo­pe­dię nie­mal od deski do deski i sko­rzy­stać ze swych umie­jęt­no­ści kryp­to­ana­li­tycz­nych.

Dowie­dziaw­szy się tyle o tych pro­duk­tach, z fascy­na­cją patrzy, jak dum­nie wysta­wiają je w sercu kosmo­po­li­tycz­nego mia­sta: sterta guana i kobieta odziana w wełnę20. Jej szata jest jed­no­li­cie szara, zgod­nie z qwghl­miań­ską tra­dy­cją, gar­dzącą barw­ni­kami, tym obrzy­dli­wym i kurew­skim wyna­laz­kiem Szko­tów. Górną część jej stroju sta­nowi swe­ter, wyglą­da­jący jak z filcu. Po uważ­niej­szym spoj­rze­niu oka­zuje się jed­nak, że to dzia­nina. Qwghl­miań­skie owce są pro­duk­tem wielu śmier­tel­nych ofiar spo­wo­do­wa­nych warun­kami kli­ma­tycz­nymi. Ich wełna sły­nie z gęsto­ści, poskrę­ca­nych jak kor­ko­ciągi włó­kien i odpor­no­ści na wszel­kie znane che­miczne pro­cesy roz­pro­sto­wu­jące. Daje matowy wygląd, według Encyc­lo­pe­dii nie­zwy­kle pożą­dany i opa­trzony sza­le­nie boga­tym słow­nic­twem opi­so­wym.

Trzeci temat Encyc­lo­pe­dii Qwghl­miana pod­po­wiada mane­kin z kara­bi­nem. O mur nie­opo­dal wej­ścia opiera się sta­ru­szek odziany w sta­ro­żytny wariant mun­duru Home Guard, ten z pum­pami. Jego łydki spo­wi­jają wspa­niałe skar­pety z odmiany qwghl­miań­skiej wełny, pod­wią­zane tuż pod kola­nem opa­skami sple­cio­nymi z gru­bych sznu­rów, ukła­da­ją­cymi się w nieco cel­tycki splot. (Encyc­lo­pe­dia pra­wie na każ­dej stro­nie oświad­cza, że Qwghl­mia­nie nie są Cel­tami, choć to od nich pocho­dzą naj­lep­sze cechy kul­tury cel­tyc­kiej). Te pod­wiązki są tra­dy­cyjną ozdobą praw­dzi­wych Qwghl­mian; dżen­tel­meni noszą je pod spodniami gar­ni­tu­rów. Tra­dy­cyj­nie robiono je z dłu­gich, cien­kich ogo­nów skrr­ghów -?naj­po­spo­lit­szych rodzi­mych ssa­ków na wyspach. Encyc­lo­pe­dia defi­niuje je nastę­pu­jąco: "nie­wielki ssak z rzędu Roden­tia (gry­zo­nie) i rodziny Muri­dae (myszo­wate), pospo­lity na wyspach, żywiący się głów­nie jajami pta­ków mor­skich. Przy obfi­to­ści poży­wie­nia b. płodny. Podzi­wiany, a nawet naśla­do­wany przez Qwghl­mian za swą odpor­ność i łatwość przy­sto­so­wa­nia".

Water­ho­use stoi przed wej­ściem przez jakiś czas, roz­ko­szu­jąc się papie­ro­sem i przy­pa­tru­jąc owym pod­wiąz­kom. Wtem mane­kin nie­znacz­nie się poru­sza. Wydaje mu się, że trą­cony przez wiatr zaraz upad­nie, ale potem zauważa, że to żywy czło­wiek i tak naprawdę nie wywraca się, a tylko prze­stę­puje z nogi na nogę.

Dzia­dek zauważa go, uśmie­cha się ponuro i wypo­wiada jakieś słowa powi­talne w swym języku, który, co oczy­wi­ste, jesz­cze mniej niż angiel­ski nadaje się do trans­kryp­cji na alfa­bet łaciń­ski.

-?Dobry -?mówi Water­ho­use.

Sta­ru­szek odpo­wiada czymś dłuż­szym i bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym. Po chwili Water­ho­use (teraz w cza­peczce kryp­to­ana­li­tyka, szuka zna­cze­nia pośród pozor­nej przy­pad­ko­wo­ści, jego układy neu­ro­nowe wyko­rzy­stują redun­dan­cję sygnału) zdaje sobie sprawę, że jest to angiel­ski z potwor­nie sil­nym akcen­tem. Wnio­skuje więc, że jego inter­lo­ku­tor powie­dział: "A z któ­rej czę­ści Sta­nów pan jest?".

-?Moja rodzina sporo się prze­pro­wa­dzała -?odpo­wiada. -?Powiedzmy, że z Dakoty Połu­dnio­wej.

-?Aha -?mówi sta­ru­szek, zapie­ra­jąc się o skrzy­dło drzwi, które po chwili zaczyna ustę­po­wać.

Ręcz­nie kute żela­zne zawiasy okrop­nie zgrzy­tają o grube na cal sworz­nie. Wresz­cie drzwi zde­rzają się z jakimś groź­nym Ogra­nicz­ni­kiem. Dzia­dek wciąż się o nie zapiera, wychy­la­jąc ciało pod kątem czter­dzie­stu pię­ciu stopni, tak by nie zatrza­snęły się z powro­tem i nie zmiaż­dżyły Water­ho­use'a, który prze­myka obok niego. Maleńką sień przy­tła­cza rzeźba -?dwie nim­fetki w zwiew­nych woalach okła­da­jące czmy­cha­jącą sta­ru­chę, całość zaty­tu­ło­wana: Siła Ducha i Umie­jęt­ność Przy­sto­so­wa­nia wypę­dzają Nie­szczę­ście.

Ope­ra­cję powta­rzają kilka razy; każde kolejne drzwi są lżej­sze, ale też coraz boga­ciej zdo­bione. Wyja­śnia się, że ów pierw­szy pokój był naprawdę pre-awant-przed-przed­po­ko­jem, tak więc dotar­cie do wnę­trza Domu Qwghl­miań­skiego zaj­muje tro­chę czasu. Tym­cza­sem zna­leźli się już chyba w środku kwar­tału ulic; Water­ho­use spo­dziewa się, że zaraz zało­mo­cze gdzieś pociąg metra. Ląduje jed­nak w pozba­wio­nym okien, wyło­żo­nym boaze­rią salo­nie, z krysz­ta­ło­wym żyran­do­lem, który jest bole­śnie jaskrawy, choć nie wydaje się, żeby dawał za wiele świa­tła. Jego stopy toną w krzy­kli­wym dywa­nie, tak głę­boko, że omal nie trza­ska mu ścię­gno. Drugi koniec salonu jest strze­żony przez solidne Biurko z potężną Lady za nim. Tu i ówdzie stoją wiel­kie heba­nowe wind­sor­skie krze­sła, mające deli­katny, choć groźny wygląd pra­daw­nych puła­pek na zwie­rzynę.

Na ścia­nach wiszą roz­ma­ite olejne obrazy. Po pierw­szym spoj­rze­niu Water­ho­use dzieli je na wyż­sze niż szer­sze oraz pozo­stałe. Ta pierw­sza kate­go­ria to por­trety dżen­tel­me­nów: wszy­scy chyba mają wspólną gene­tyczną wadę, w jakiś spo­sób defor­mu­jącą czaszkę. Drugą są land­sza­fty, zwłasz­cza mor­skie, wszyst­kie mroczne i burz­liwe. Qwghl­miań­scy mala­rze tak lubią tę pro­du­ko­waną na miej­scu zie­lon­kawo-nie­bie­sko-szarą farbę21, że ukła­dają ją jak łopatą.

Water­ho­use wal­czy z wsy­sa­ją­cym go wło­sem dywanu, aż dociera do Biurka, gdzie pozdra­wia go Lady, ści­ska dłoń i wykrzy­wia twarz w alu­zji do uśmie­chu. Nastę­puje długa, ruty­nowa gadka grzecz­no­ściowa, z któ­rej Water­ho­use zapa­mię­tuje jedy­nie: "Lord Woad­mire nie­ba­wem pana przy­wita" oraz "Her­baty?".

Zga­dza się na her­batę, bo podej­rzewa że owa lady (już zapo­mniał jej nazwi­sko) spe­cjal­nie się tu nie prze­pra­co­wuje. Wyraź­nie nie­za­do­wo­lona, unosi się z krze­sła i ginie gdzieś w głę­bo­kich i wąskich zaka­mar­kach budowli. Dzia­dek już wró­cił na poste­ru­nek przed drzwiami.

Na ścia­nie za biur­kiem wisi foto­gra­fia króla. Water­ho­use, dopóki Chat­tan dys­kret­nie go nie poin­for­mo­wał, nie miał poję­cia, że pełny tytuł Jego Wyso­ko­ści to nie tylko "Z łaski Bożej król Anglii", ale "Z.ł.B.k. Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa Wiel­kiej Bry­ta­nii i Irlan­dii Pół­noc­nej, wysp Man, Guern­sey, Jer­sey oraz Qwghlm Gór­nego i Dol­nego".

Obok znaj­duje się mniej­sze zdję­cie czło­wieka, z któ­rym się zaraz spo­tka. Encyc­lo­pe­dia, wydana kil­ka­dzie­siąt lat temu, oma­wia go i jego rodzinę dość szki­cowo; Water­ho­use musiał więc przed­się­wziąć pewne dodat­kowe bada­nia. Ten czło­wiek jest spo­krew­niony z Wind­so­rami w spo­sób tak pogma­twany, że można to opi­sać tylko przy uży­ciu spe­cja­li­stycz­nych ter­mi­nów gene­alo­gicz­nych.

Uro­dził się jako Graf Hein­rich Karl Wil­helm Otto Frie­drich von Übersetzenseehafenstadt, ale w roku 1914 zmie­nił nazwi­sko na Nigel St. John Glo­am­thorpby, vel Lord Woad­mire. Na por­tre­cie wygląda wypisz wyma­luj na von Übersetzenseehafenstadta i zupeł­nie nie posiada owego pro­blemu z kształ­tem czaszki, tak wyraź­nego na wszyst­kich star­szych obra­zach. Lord Woad­mire nie jest spo­krew­niony z pier­wot­nym rodem ksią­żąt Qwghlm, rodziną Moore (zan­gielsz­czona qwghl­miań­ska nazwa klanu - Mnyhr­rgh), która zakoń­czyła swój żywot w roku 1888, wsku­tek wido­wi­skowo nie­praw­do­po­dob­nego zbiegu schi­sto­so­ma­tozy, samo­bójstw, jątrzą­cych się ran z wojny krym­skiej, pio­ru­nów kuli­stych, wybu­cha­ją­cych armat, upad­ków z konia, nie­wła­ści­wie kon­ser­wo­wa­nych ostryg i zbłą­ka­nych fal.

Her­bata jakiś czas nie nad­cho­dzi, a lord Woad­mire rów­nież nie śpie­szy się spe­cjal­nie do wygra­nia wojny, Water­ho­use krąży zatem po salo­nie i udaje, że inte­re­sują go obrazy. Naj­więk­szy z nich przed­sta­wia pewną liczbę ran­nych i pobi­tych Rzy­mian, gra­mo­lą­cych się ciężko na ska­li­sty, nie­go­ścinny brzeg. Wokół nich fale wyrzu­cają szczątki ich floty inwa­zyj­nej. Na pierw­szym pla­nie, pośrodku, znaj­duje się pewien Rzy­mianin, nie mniej szla­chet­nie pokan­ce­ro­wany; sie­dzi znu­żony na skale, ze zdrę­twia­łej dłoni zwisa mu zła­many miecz; wpa­truje się tęsk­nie w sło­neczną raj­ską wyspę, od któ­rej dzieli go parę mil wzbu­rzo­nej wody. Wyspa jest bogata w wyso­kie drzewa, ukwie­cone łąki i zie­lone pastwi­ska, ale i tak można poznać, że to Górny Qwghlm -?po góru­ją­cych nad nią Trzech Sgh­rach. Strzeże jej parę zam­ków, a jasne plaże są zasłane barw­nymi pro­por­cami obroń­ców wyspy, któ­rzy (jak należy zało­żyć) wła­śnie tak doło­żyli Rzy­mianom, że ci prędko tego nie zapo­mną. Water­ho­use nie musi nawet się schy­lać i wpa­try­wać w tabliczkę; bez tego wie, że tema­tem malo­wi­dła jest nie­udana, a zapewne także apo­kry­ficzna próba wcie­le­nia Archi­pe­lagu Qwghlm do Impe­rium Rzym­skiego przez Juliu­sza Cezara; naj­dal­sza pro­win­cja od Rzymu i naj­gor­szy pomysł, jaki kie­dy­kol­wiek przy­szedł mu do głowy. Powie­dzieć, że Qwghl­mia­nie nie zapo­mnieli tego wyda­rze­nia, to jak oznaj­mić, że Niemcy są cza­sami tro­chę iry­tu­jący.

-?Gdzie pod­dał się Cezar, jaką nadzieję ma Hitler?

Water­ho­use odwraca się w stronę głosu i zauważa Nigela St. John Glo­am­thorpby'ego, vel Lorda Woad­mire, vel Diuka Qwghlm. Facet jest nie­wy­soki. Water­ho­use, uno­sząc nogi jak bocian, masze­ruje po dywa­nie, by uści­snąć mu dłoń. Cho­ciaż puł­kow­nik Chat­tan dał mu wykład na temat wła­ści­wych form zwra­ca­nia się do diuka, Water­ho­use zapo­mniał to rów­nie dokład­nie jak diu­kow­skie drzewo gene­alo­giczne. Posta­na­wia więc tak kształ­to­wać swe wypo­wie­dzi, by uni­kać zwra­ca­nia się doń po nazwi­sku lub przez zaimek. To będzie fajna zabawa i czas mu szyb­ciej zleci.

-?Nie­zły obraz -?mówi Water­ho­use -?naprawdę nie­kiep­ski.

-?Nasze wyspy wyda­dzą się panu nie mniej nad­zwy­czaj­nymi, i to z tego samego powodu -?nie­ja­sno odpo­wiada diuk.

W następ­nym momen­cie, kiedy Water­ho­use uświa­da­mia sobie, co się dzieje, sie­dzi już w jego gabi­ne­cie. Sądzi, że pew­nie odbyła się jakaś grzecz­no­ściowa kon­wer­sa­cja, ale takich rze­czy ni­gdy nie ma sensu śle­dzić. Znów, po raz drugi lub trzeci, pro­po­nują mu her­batę, on zga­dza się, ale her­bata jakoś nie chce się zma­te­ria­li­zo­wać.

-?Puł­kow­nik Chat­tan jest nad Morzem Śród­ziem­nym, więc wysłano mnie w zastęp­stwie -?wyja­śnia Water­ho­use -?nie po to, by mar­no­wać czas na oma­wia­nie detali logi­stycz­nych, lecz abym wyra­ził naszą wdzięcz­ność za tę nie­zwy­kłą w swej hoj­no­ści pro­po­zy­cję doty­czącą zamku. -?Poszło! Żad­nych zaim­ków, żad­nej gafy.

-?Ależ skąd! -?Diuk bie­rze to za afront. Prze­ma­wia nie­śpiesz­nymi, dys­tyn­go­wa­nymi fra­zami czło­wieka, który w pamięci kart­kuje słow­nik nie­miecko-angiel­ski. -?Nawet pomi­ja­jąc moje oso­bi­ste... zobo­wią­za­nia patrio­tyczne... oczy­wi­ście przyj­mo­wane chęt­nie i z rado­ścią... teraz jakby to stało się jakby... bar­dzo modne, żeby trzy­mać... w swo­jej... spi­żarni... cały plu­ton... umun­du­ro­wa­nych ludzi.

-?Wiele zna­ko­mi­tych domów angiel­skich pomaga nam jak może -?potwier­dza Water­ho­use.

-?No cóż... a zatem... pro­szę go użyć! -?mówi diuk. -?Pro­szę się nie... krę­po­wać! Wyko­rzy­staj­cie go... jak należy! Doku­ment­nie! Ten zamek prze­żył... tysiące qwghl­miań­skich zim i prze­trwa... naj­gor­sze, co może­cie mu zgo­to­wać.

-?Już nie­długo mamy nadzieję roz­lo­ko­wać tam nie­wielką jed­nostkę. - Water­ho­use kiwa głową.

-?A czy mógł­bym... zaspo­koić moją... cie­ka­wość... i dowie­dzieć się... jaka to jed­nostka? -?mówi diuk i cofa się o krok.

Water­ho­use jest na to przy­go­to­wany. Jest aż tak przy­go­to­wany, że musi się ugryźć w język i posta­rać o ton kon­fi­den­cjo­nalny.

-?Radio­na­mier­nik.

-?Radio­na­mier­nik?!

-?Odbior­nik radiowy wyso­kiej czę­sto­tli­wo­ści z anteną kie­run­kową. Spo­sób na okre­śle­nie pozy­cji róż­nych nadaj­ni­ków radio­wych, przez namie­rza­nie ich z kilku róż­nych punk­tów.

-?Sądził­bym... przy­pusz­czał­bym, że wie­cie, gdzie są wszyst­kie... nie­miec­kie... nadaj­niki.

-?Oczy­wi­ście wiemy, z wyjąt­kiem tych, które się poru­szają.

-?Poru­szają?! -?Diuk marsz­czy brwi, wyobra­ża­jąc sobie olbrzymi nadaj­nik -?budy­nek, maszt z anteną i tak dalej -?zamon­to­wany na czte­rech rów­no­le­głych szy­nach kole­jo­wych jak Gruba Berta, jadący po ste­pie, cią­gnięty przez zaprzę­żo­nych do niego ukra­iń­skich bur­ła­ków.

-?Na przy­kład U-Booty -?dodaje Water­ho­use.

-?Aha! -?rzuca diuk. -?Aha! -?Odchyla się w skrzy­pią­cym skó­rza­nym fotelu, w myśli rysu­jąc sobie cał­kiem nowy obraz. -?One... wynu­rzają się, tak, i nadają... przez radio?

-?Wła­śnie.

-?A wy... pod­słu­chu­je­cie.

-?Gdyby tylko się dało! -?mówi Water­ho­use. -?Nie­stety. Niemcy z pomocą swo­ich słyn­nych mate­ma­tycz­nych geniu­szy wyna­leźli szy­fry, które są nie­moż­liwe do zła­ma­nia. Nie mamy zie­lo­nego poję­cia, co oni tam nadają. Ale za pomocą radio­na­mier­ni­ków możemy usta­lić, skąd nadają, i odpo­wied­nio skie­ro­wać nasze kon­woje.

-?Aha.

-?Pro­po­nu­jemy więc zamon­to­wać na dachu zamku wiel­kie obro­towe anteny i zakwa­te­ro­wać tu spe­cja­li­stów od namia­rów.

Diuk marsz­czy brwi.

-?Zabez­pie­czy­cie się... jak należy przed bły­ska­wi­cami?

-?Natu­ral­nie.

-?Wie­cie rów­nież, że już w sierp­niu można... spo­dzie­wać się... zamieci śnież­nych i oblo­dze­nia?

-?Pro­gnozy Kró­lew­skiej Qwghl­miań­skiej Sta­cji Mete­oro­lo­gicz­nej w zasa­dzie nie pozo­sta­wiają zbyt wiele dla wyobraźni.

-?A zatem dobrze! -?rzuca diuk, zapa­la­jąc się do pomy­słu. -?To pro­szę sko­rzy­stać z zamku! I dać im... dać im popa­lić!

Electrical Till Corporation

Elec­tri­cal Till Cor­po­ra­tion

Ta keja zasta­wiona sto­sami drew­nia­nych skrzyń i sta­lo­wych beczek jest dowo­dem powoli kry­sta­li­zu­ją­cego się alianc­kiego planu: zała­twie­nia państw Osi przez zasy­pa­nie ich górą pro­duk­tów prze­my­sło­wych. Pro­dukty te wypluły z sie­bie ładow­nie stat­ków z Ame­ryki, Anglii i Indii; leżą tu, bo Austra­lia na razie nie wie, co z nimi począć. To nie jedyna keja w Syd­ney ugi­na­jąca się pod cię­ża­rem ładunku; ale ponie­waż ta tutaj nie służy do niczego wię­cej, towary pię­trzą się wyżej, są star­sze, bar­dziej pordze­wiałe, rojące się w nich szczury są bar­dziej oszro­nione solą i popstrzone mewim gów­nem.

Pomię­dzy nimi prze­ci­ska się facet, pró­bu­jąc nie usma­ro­wać się jesz­cze bar­dziej tymże gów­nem. Nosi mun­dur majora Armii USA. Ma też ciężką walizkę. Nazywa się Com­stock.

W walizce ma roz­ma­ite doku­menty toż­sa­mo­ści, papiery uwie­rzy­tel­nia­jące oraz robiący wra­że­nie list z biura samego Gene­rała w Bris­bane. Miał już oka­zję poka­zać to wszystko austra­lij­skim straż­ni­kom, pod­sta­rza­łym, ale dziw­nie groź­nym, z tymi heł­mami i kara­bi­nami z I wojny. Na nabrzeżu roi się od nich. Nie mówią żad­nym roz­po­zna­wal­nym przez majora dia­lek­tem języka angiel­skiego, i vice versa, ale umieją prze­czy­tać, co napi­sano w jego papie­rach.

Zacho­dzi słońce i budzą się szczury. Major cały dzień łaził po por­cie. Był na woj­nie i w woj­sku wystar­cza­jąco długo, by wie­dzieć, że to, czego szuka, będzie na ostat­niej prze­szu­ki­wa­nej kei -?tak się składa, że to wła­śnie ta. Jeśli zacznie szu­kać od jej końca, znaj­dzie te rze­czy na początku, i na odwrót. Tym bar­dziej trzeba wyka­zać się spo­strze­gaw­czo­ścią. Roz­gląda się wokół, a upew­niw­szy się, że nie ma w pobliżu żad­nych prze­cie­ka­ją­cych beczek z pali­wem lot­ni­czym, zapala papie­rosa. Wojna to pie­kło, ale jak się zapali, da się wytrzy­mać.

Port Syd­ney o zacho­dzie słońca jest wspa­niały, ale on patrzył na niego cały dzień i wła­ści­wie już wcale go nie widzi. Ponie­waż nie ma nic lep­szego do roboty, otwiera walizkę. Ma tam książkę w mięk­kiej opra­wie, już prze­czy­taną. A także sko­ro­szyt zawie­ra­jący pożół­kłe, kru­szące się war­stwy osa­dów, ska­mie­nia­ło­ści, które tylko arche­olog umiałby roz­dzie­lić. To histo­ria o tym, jak Gene­rał, opu­ściw­szy Cor­re­gi­dor i osiadł­szy w kwiet­niu w Austra­lii, wysłał zapo­trze­bo­wa­nie na pewien sprzęt. Jak to zapo­trze­bo­wa­nie prze­słano do Ame­ryki, gdzie odbi­jało się jak kula bilar­dowa po nie­skoń­czo­nym labi­ryn­cie orga­nów woj­sko­wej i cywil­nej biu­ro­kra­cji; jak rze­czony sprzęt został w sto­sow­nym cza­sie wypro­du­ko­wany, skom­ple­to­wany, prze­wie­ziony tędy i owędy na cię­ża­rów­kach i wresz­cie zała­do­wany na sta­tek; i wresz­cie, pewne dowody suge­ru­jące, że tenże sta­tek kilka mie­sięcy temu odwie­dził Port Syd­ney. Nie ma dowodu, że wyła­do­wał ów sprzęt, ale w por­tach statki zawsze coś wyła­do­wują: Com­stock będzie na razie musiał zado­wo­lić się takim zało­że­niem.

Wypa­liw­szy papie­rosa, kon­ty­nu­uje poszu­ki­wa­nia. Nie­które papiery w sko­ro­szy­cie podają pewne magiczne liczby, które powinny być nama­lo­wane na rze­czo­nych skrzy­niach; przy­naj­mniej tak zało­żył w swo­ich cało­dzien­nych poszu­ki­wa­niach. Jeśli się mylił, będzie musiał wró­cić i jesz­cze raz spraw­dzić każdą skrzy­nię w całym por­cie. Aby fak­tycz­nie zer­k­nąć na numer skrzyni, trzeba nie­raz prze­ci­skać się pomię­dzy ich sto­sami i ście­rać z nich skry­wa­jący klu­czowe infor­ma­cje kurz i brud. Major jest teraz umo­ru­sany jak fron­towy żoł­dak.

Kiedy zbliża się do końca kei, jego oko wyłu­skuje sku­pi­sko skrzyń, które chyba należą do tego samego gatunku, ponie­waż ich solna sko­rupa ma podobną gru­bość. Na dole, gdzie zbiera się woda, grubo cio­sane deski prze­gniły. Na górze, gdzie praży słońce, spa­czyły się i popę­kały. Gdzieś muszą być wyma­lo­wane numery, ale wzrok Com­stocka przy­ciąga coś innego: coś, co poru­sza serce, tak jak widok ame­ry­kań­skiej flagi trze­po­czą­cej w poran­nym słońcu poru­sza serce żoł­nie­rza pie­choty w okrą­że­niu. Te skrzy­nie dum­nie noszą skrót nazwy firmy, w któ­rej pra­co­wał major Com­stock (i więk­szość jego towa­rzy­szy broni z Bris­bane), zanim zostali hur­tem wcie­leni do armij­nej Służby Wywiadu Radio­wego. Litery są wybla­kłe i zaku­rzone, ale on poznałby je wszę­dzie: sta­no­wią logo, znak fir­mowy, winietę firmy ETC -?Elec­tri­cal Till Cor­po­ra­tion.

Krypta

Krypta

Ter­mi­nal lot­ni­ska ma chyba przy­po­mi­nać kształ­tem rząd stło­czo­nych malaj­skich domostw. Świeżo malo­wany rękaw wysuwa się jak minóg i przy­sysa neo­pre­no­wym pyskiem do boku samo­lotu. Grupa nip­poń­skich eme­ry­tów nie rusza się z miejsc, kul­tu­ral­nie pozwa­la­jąc wysiąść biz­nes­me­nom: "Pro­szę iść, ludzie, któ­rym skła­damy wizytę, mogą pocze­kać".

Kiedy Randy idzie przez rękaw, na jego skó­rze skra­pla się jed­no­cze­śnie wil­goć i paliwo lot­ni­cze; zaczyna się pocić. Wcho­dzi do budynku ter­mi­nalu, który pomimo tej alu­zji do malaj­skich domów jest zapro­jek­to­wany tak, by wyglą­dać dokład­nie jak każde inne świeżo zbu­do­wane lot­ni­sko. Chłód kli­ma­ty­za­cji ude­rza w twarz jak szpi­ku­lec. Sta­wia torby na pod­ło­dze i zatrzy­muje się, by pozbie­rać myśli, przed wiel­kim jak boisko do siat­kówki malo­wi­dłem Leroya Neimana przed­sta­wia­ją­cym suł­tana gra­ją­cego w polo. Na czas krót­kiego wybo­istego lotu uwiązł w fotelu przy oknie i nie zdo­łał prze­do­stać się do toa­lety, za to teraz znaj­duje jakąś i leje tak zawzię­cie, że pisuar zaczyna jakby jodło­wać.

Kiedy zaspo­ko­jony odcho­dzi od niego, uświa­da­mia sobie obec­ność jesz­cze jed­nego czło­wieka, odwra­ca­ją­cego się od sąsied­niego pisu­aru -?to któ­ryś z tych nip­poń­skich biz­nes­me­nów, któ­rzy nie­dawno wysie­dli z samo­lotu. Kilka mie­sięcy temu jego obec­ność unie­moż­li­wi­łaby Randy'emu odla­nie się. Dziś nawet go nie zauwa­żył. Jako osoba od zawsze cier­piąca na fobię toa­lety publicz­nej, Randy jest szczę­śliwy, że wresz­cie tra­fił na magiczne pana­ceum: nie uwa­żaj się za domi­nu­ją­cego samca alfa, ale zatop się w myślach na tyle, by nie zauwa­żać innych ludzi. Przez tę fobię twój orga­nizm chce ci powie­dzieć, że za inten­syw­nie pra­cu­jesz głową, że trzeba wynieść się z uczelni i wresz­cie, kurwa, zna­leźć jakąś pracę.

-?Widział pan stronę inter­ne­tową Mini­ster­stwa Infor­ma­cji? -?odzywa się biz­nes­men.

Ma na sobie dosko­nały antra­cy­towy gar­ni­tur w drobne prążki, który nosi z taką łatwo­ścią, jak Randy pamiąt­kową koszulkę z 5. Kon­fe­ren­cji Hac­ke­rów, luźne spodnie i indiań­skie san­dały.

-?Ojej! -?wypala Randy. -?Zupeł­nie zapo­mnia­łem!

Wybu­chają śmie­chem. W dłoni Nip­poń­czyka poja­wia się wizy­tówka. Randy musi roze­drzeć rzepa w swej saszetce i pogrze­bać w niej. Wymie­niają karty w tra­dy­cyjny azja­tycki spo­sób, dwiema rękami. Avi kazał Randy'emu ćwi­czyć to nie­mal do per­fek­cji. Obaj kła­niają się, na co skom­pu­te­ry­zo­wane, auto­ma­tyczne pisu­ary reagują bul­go­tem. Drzwi umy­walni otwie­rają się i wcho­dzi star­szy Nip, prze­wod­nik siwo­wło­sego stada.

Sier­żant Armii USA w sta­nie spo­czynku, Sean Daniel McGee, w swo­ich wojen­nych pamięt­ni­kach, gdzie wspo­mina Kina­kutę, okre­śla Nip­poń­czy­ków wła­śnie sło­wem "Nip". Randy ma w tor­bie foto­ko­pię tej książki. To strasz­nie obe­lżywy i rasi­stow­ski epi­tet. Jed­na­ko­woż, na Angli­ków mówi się "Angole", a na Ame­ry­ka­nów "Jan­kesi", prawda? Nazwa­nie Nip­poń­czyka Nipem to prze­cież to samo? A może to raczej to samo co nazwa­nie Chiń­czyka "Chi­no­lem"? Pod­czas setek godzin spo­tkań i w mega­baj­tach zaszy­fro­wa­nych e-maili, które Randy, Avi, John Can­trell, Tom Howard, Eber­hard Föhr i Beryl wymie­nili, zakła­da­jąc firmę Epi­phyte(2), każdy z nich nie­chcący użył raz czy dwa słowa "Jap" -?skrótu od "Japoń­czyka" - dokład­nie tak samo, jak używa się skrótu RAM na okre­śle­nie Ran­dom Access Memory, pamięci o swo­bod­nym dostę­pie. Tyle że "Jap" to oczy­wi­ście rów­nież obe­lżywy i rasi­stow­ski epi­tet. Randy wyczuwa, że to wszystko zależy od stanu umy­słu w chwili, gdy wypo­wiada się to słowo. Jeśli tylko chcesz coś skró­cić, nie jest to obe­lgą. Jeśli nato­miast wzbu­dzasz rasi­stow­skie nastroje, do czego cza­sami zniża się Sean Daniel McGee, to zupeł­nie inna sprawa.

Ten kon­kretny nip­poń­ski osob­nik przed­sta­wia się na wizy­tówce jako Goto Furu­de­nendu (Fer­dy­nand Goto). Randy, spę­dziw­szy ostat­nio sporo czasu na roz­gry­za­niu sche­ma­tów orga­ni­za­cyj­nych pew­nych istot­nych nip­poń­skich firm, wie już, że jest on wice­pre­ze­sem ds. pro­jek­tów spe­cjal­nych (cokol­wiek to zna­czy) w fir­mie Goto Engi­ne­ering. Wie także, że sche­maty orga­ni­za­cyjne firm nip­poń­skich są gówno warte, a nazwy sta­no­wisk nic nie zna­czą. Ale zapewne warto zapa­mię­tać fakt, że gość ma takie samo nazwi­sko jak zało­ży­ciel firmy.

Tekst na wizy­tówce Randy'ego głosi, że nazywa się on Ran­dall L. Water­ho­use (Randy) i że jest wice­pre­ze­sem ds. tech­no­lo­gii sie­cio­wych Epi­phyte Cor­po­ra­tion.

Goto i Water­ho­use wycho­dzą z umy­walni i kie­rują się za roz­rzu­co­nymi po lot­ni­sku pik­to­gra­mami w stronę bagaży.

-?Czy odczuł pan zmianę czasu? -?jowial­nie pyta Goto, cytu­jąc (jak podej­rzewa Randy) roz­mówki angiel­skie.

Jest przy­stoj­nym face­tem z ujmu­ją­cym uśmie­chem. Ma pew­nie koło czter­dziestki, choć może i wię­cej, bo ci Nip­poń­czycy mają cał­kiem inny algo­rytm sta­rze­nia się.

-?Nie -?odpo­wiada Randy.

Jako kom­pu­te­ro­wiec, udziela bar­dzo kiep­skich -?bo zwię­złych i praw­dzi­wych -?odpo­wie­dzi na takie pyta­nia. Dobrze wie, że Goto ma gdzieś jego zmianę czasu. Przy­cho­dzi mu też do głowy, że gdyby zna­lazł się tu Avi, na pewno potra­fiłby wła­ści­wie sko­rzy­stać z tego pyta­nia, wda­jąc się w towa­rzy­ską poga­wędkę. Do trzy­dziestki Randy bar­dzo przej­mo­wał się fak­tem, że nie umie gadać z ludźmi. Teraz mu to zwisa. Nie­długo pew­nie będzie z tego dumny. Tym­cza­sem, dla dobra wspól­nych inte­re­sów, robi co może.

-?Kilka dni sie­dzia­łem w Manili i zdą­ży­łem się zaadap­to­wać.

-?Aha! A jak tam pana inte­resy w Manili, w porządku?

-?A, dzię­kuję, świet­nie -?kła­mie Randy, stwier­dza­jąc, że jego zdol­no­ści inter­per­so­nalne, jak­kol­wiek kiep­skie, miały już czas na roz­bieg. - Przy­le­ciał pan pro­sto z Tokio?

Uśmiech zamiera na ustach Goto; po chwili waha­nia odpo­wiada:

-?Tak.

Ton jest wyraź­nie pro­tek­cjo­nalny: sie­dziba Goto Engi­ne­ering mie­ści się w Kobe, a stam­tąd nie lata się przez Tokio. Goto jed­nak odpo­wie­dział twier­dząco, bo po namy­śle zdał sobie sprawę, że gada z pospo­li­tym Jan­ke­sem, który, mówiąc "Tokio", ma na myśli "te wasze nip­poń­skie wyspy" albo i "gdzie­kol­wiek tam se miesz­ka­cie".

-?Prze­pra­szam -?mówi Randy. -?Cho­dziło mi o Osakę.

Goto uśmie­cha się sze­roko i nie­znacz­nie suge­ruje ukłon.

-?Wła­śnie! Przy­le­cia­łem z Osaki.

Goto i Water­ho­use dry­fują z dala od sie­bie przy odbio­rze bagaży, wymie­niają uśmie­chy, sunąc przez odprawę celną, i wpa­dają na sie­bie na par­kingu. Tu pasa­że­rów zacze­piają Kina­ku­tań­czycy w bia­łych ręka­wicz­kach oraz pięk­nych, niby-mary­nar­skich bia­łych mun­du­rach ze zło­tymi wyło­gami i pro­po­nują trans­fer do hoteli.

-?Pan też mieszka w Foote Man­sion? -?pyta Goto.

To naj­bar­dziej luk­su­sowy hotel na Kina­ku­cie. Zna już odpo­wiedź: jutrzej­sze spo­tka­nie zostało zapla­no­wane tak szcze­gó­łowo, jak start waha­dłowca.

Randy się waha. Do kra­węż­nika wła­śnie pod­je­chał naj­więk­szy mer­ce­des, jakiego w życiu widział, na jego szy­bach para wodna nie two­rzy mgły, ale wręcz skra­pla się i spływa stru­mie­niami. Wysko­czył z niego kie­rowca w libe­rii Foote Man­sion, by pozba­wić pana Goto bagażu. Randy wie, że wystar­czy drobny ruch w kie­runku tego wozu, a wylą­duje w luk­su­so­wym hotelu, gdzie będzie mógł wziąć prysz­nic, pooglą­dać nago tele­wi­zję, popi­ja­jąc fran­cu­skie wino po sto dolców butelka, pójść na basen albo na masaż.

I to wła­śnie jest pro­blem. Już czuje, jak więd­nie w rów­ni­ko­wym upale. Nie może zmięk­nąć zbyt wcze­śnie. Jest na nogach dopiero od sze­ściu czy sied­miu godzin. Ma coś do zro­bie­nia. Zmu­sza się do sta­nię­cia na bacz­ność; przy tym wysiłku poci się tak bar­dzo, że wil­goć chyba osiada na wszyst­kim w pro­mie­niu kilku metrów.

-?Z przy­jem­no­ścią poje­chał­bym razem z panem do hotelu -?mówi -?ale mam jesz­cze parę spraw do zała­twie­nia.

Goto rozu­mie.

-?Może spo­tkamy się na drinku, dzi­siaj wie­czo­rem.

-?Pro­szę zosta­wić mi wia­do­mość -?mówi Randy.

Goto macha do niego zza przy­dy­mio­nej szyby star­tu­ją­cego od kra­węż­nika mer­ce­desa. Randy robi w tył zwrot, wraca do muzuł­mań­skiego Dun­kin' Donuts, przyj­mu­ją­cego osiem walut, i wrzuca coś na ruszt. Potem znów wycho­dzi i nie­znacz­nie zerka w stronę kolejki tak­só­wek. Natych­miast rzuca się ku niemu jeden z kie­row­ców i zrywa mu z ramie­nia torbę z ubra­niami.

-?Do Mini­ster­stwa Infor­ma­cji -?mówi Randy.

Na dłuż­szą metę trudno powie­dzieć, czy Suł­ta­na­towi Kina­kuty opłaci się posia­da­nie odpor­nej na trzę­sie­nia ziemi, wybu­chy wul­ka­nów, tsu­nami i broń ter­mo­ją­drową sie­dziby Mini­ster­stwa Infor­ma­cji, z olbrzy­mim pod­po­dzie­miem wypcha­nym potęż­nymi kom­pu­te­rami i swit­chami sie­cio­wymi. Ale suł­tan zde­cy­do­wał, że to dosko­nały pomysł. Zatrud­nił paru groź­nych Niem­ców, żeby to zapro­jek­to­wali, oraz Goto Engi­ne­ering, żeby to zbu­do­wało. Nikt oczy­wi­ście nie zna się lepiej na klę­skach żywio­ło­wych niż Nip­poń­czycy; może z wyjąt­kiem kilku naro­dów, które dawno wymarły i w związku z tym nie mogą star­to­wać do tego typu prze­tar­gów. Wie­dzą też, podob­nie jak Niemcy, jak to jest dać się zbom­bar­do­wać na mia­zgę.

Oczy­wi­ście są też pod­wy­ko­nawcy i całe stada kon­sul­tan­tów. Avi, doko­nu­jąc cudów swą szybką gadką, zała­twił im jeden z naj­więk­szych kon­trak­tów kon­sul­tin­go­wych: firma Epi­phyte(2) zaj­muje się tutaj "inte­gra­cją sys­te­mów", co ozna­cza, że ma połą­czyć do kupy masę żela­stwa wypro­du­ko­wa­nego przez inne firmy i nad­zo­ro­wać insta­la­cję wszyst­kich tych kom­pu­te­rów, swit­chy i łączy tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nych.

Jazda trwa zaska­ku­jąco krótko. Kina­kuta City nie jest zbyt duże, ści­śnięte mię­dzy stro­mymi pasmami gór, a suł­tan wypo­sa­żył je w mnó­stwo ośmio­pa­smo­wych auto­strad. Tak­sówka pędzi po ziemi odzy­ska­nej, na któ­rej znaj­duje się lot­ni­sko, łukiem omija kikut Góry Elizy, igno­ru­jąc dwa zjazdy do Mia­sta Tech­no­lo­gii, i skręca na nie­ozna­ko­wany śli­mak. Nagle wię­zną w korku zło­żo­nym z olbrzy­mich wywro­tek -?nip­poń­skich masto­don­tów z wypi­sa­nym wiel­kimi, macho lite­rami sło­wem GOTO. Naprze­ciw nich sunie drugi stru­mień cię­ża­ró­wek -?iden­tycz­nych, tylko wyła­do­wa­nych odłam­kami skał. Tak­sów­karz skręca na prawy pas i wyprze­dza je -?mniej wię­cej przez kilo­metr. Jadą w górę -?Randy'emu raz strzyka w uszach. Droga jest zbu­do­wana na dnie wąwozu, wspi­na­ją­cego się na jeden z gór­skich łań­cu­chów. Nie­ba­wem ota­czają ich cia­sno wiru­jące ściany zie­leni, jak gąbka chło­nące i utrzy­mu­jące wewnątrz wieczną chmurę mgły, przez którą od czasu do czasu widać wie­lo­barwne iskry. Randy nie umie powie­dzieć, czy to ptaki, czy kwiaty. Kon­trast pomię­dzy obfitą roślin­no­ścią lasu tro­pi­kal­nego a sza­ro­ścią drogi, młó­co­nej wiel­kimi jak domy opo­nami cię­ża­ró­wek, jest tak silny, że aż dez­orien­tuje.

Tak­sówka się zatrzy­muje. Szo­fer odwraca głowę i spo­gląda nań wycze­ku­jąco. Randy przez chwilę myśli, że może się zgu­bił, i czeka na wska­zówki. Droga koń­czy się tutaj, na par­kingu tajem­ni­czo usy­tu­owa­nym pośrodku mgli­stego lasu. Randy widzi kilka wiel­kich kli­ma­ty­zo­wa­nych cię­ża­ró­wek ze zna­kami róż­nych nip­poń­skich, nie­miec­kich i ame­ry­kań­skich firm; kil­ka­dzie­siąt samo­cho­dów oso­bo­wych; tyleż auto­bu­sów. Są tu wszyst­kie rekwi­zyty wiel­kiego placu budowy oraz kilka dodat­ko­wych, na przy­kład dwie małpy z wiel­kimi sztyw­nymi peni­sami, bijące się o jakąś zdo­bycz z kon­te­nera ze śmie­ciami, ale bra­kuje placu budowy. Jest tylko zamy­ka­jąca drogę ściana zie­leni, tak ciem­nej, że nie­mal czar­nej.

W tej ciem­no­ści zni­kają puste cię­ża­rówki. Wyjeż­dżają pełne, naj­pierw roz­świe­tlają mgłę i mrok reflek­to­rami, potem barw­nymi świa­teł­kami, zamon­to­wa­nymi przez kie­row­ców na chłod­ni­cach, potem bły­skiem chromu i szkła, wresz­cie poja­wiają się same cię­ża­rówki. Oczy Randy'ego przy­zwy­cza­jają się do ciem­no­ści. Teraz widzi przed sobą oświe­tlone rtę­cio­wymi lam­pami wej­ście do groty.

-?Czy mam na pana zacze­kać? -?pyta tak­sów­karz.

Randy zerka na licz­nik, prze­li­cza w pamięci i docho­dzi do wnio­sku, że kurs tutaj kosz­to­wał go jakieś dzie­sięć cen­tów.

-?Tak -?odpo­wiada i wysiada.

Zado­wo­lony kie­rowca cofa wóz i zapala papie­rosa.

Randy stoi i z roz­dzia­wioną gębą gapi się przez dobrą minutę w otwór groty -?tro­chę dla­tego, że widok jest rze­czy­wi­ście nie­sa­mo­wity, a tro­chę dla­tego, że pły­nie stam­tąd rzeka przy­jem­nie chłod­nego powie­trza. Potem powoli lezie przez par­king i znaj­duje naczepę z napi­sem "Epi­phyte".

W środku sie­dzą trzy drobne Kina­ku­tanki; choć ni­gdy go nie widziały, dokład­nie wie­dzą kim jest, i, co wię­cej, zdra­dzają swój zachwyt, że go widzą. Mają na sobie dłu­gie, luźne zwoje jaskra­wych tka­nin, a pod spodem golfy, dla ochrony przed ark­tycz­nym chło­dem kli­ma­ty­za­to­rów. Wszyst­kie są aż zbyt wydajne i opa­no­wane. Randy wszę­dzie w połu­dniowo-wschod­niej Azji spo­tyka kobiety, które powinny sze­fo­wać Gene­ral Motors, albo coś w tym stylu. Bły­ska­wicz­nie roz­sy­łają przez wal­kie-tal­kie wia­do­mość, że przy­je­chał, oraz wrę­czają mu parę potęż­nych butów do kolan, kask i tele­fon komór­kowy, wszystko prze­zor­nie opa­trzone jego nazwi­skiem. Po kilku minu­tach drzwi przy­czepy otwiera młody Kina­ku­tań­czyk w kasku i ubło­co­nych bucio­rach, przed­sta­wia się jako Steve i pro­wa­dzi Randy'ego do wej­ścia. Idą wąskim chod­ni­kiem z desek, oświe­tlo­nym cią­giem żaró­wek w dru­cia­nych klat­kach.

Przez pierw­sze sto metrów, czy coś koło tego, grota jest tylko pro­stym kory­ta­rzem, sze­ro­kim na tyle, by zmie­ściły się w nim dwie cię­ża­rówki Goto i wąski chod­ni­czek dla pie­szych. Randy prze­suwa dło­nią po ścia­nie. Skała jest szorstka i zaku­rzona, nie gładka jak w natu­ral­nych gro­tach, widać też świeże rowki wyżło­bione mło­tami pneu­ma­tycz­nymi lub świ­drami.

Jed­nakże echo suge­ruje, że coś ma się zmie­nić. Steve wpro­wa­dza go do wła­ści­wej groty. Jest, hm, dość prze­pastna. Spo­koj­nie mie­ści kil­ka­na­ście cię­ża­ró­wek, pod­jeż­dża­ją­cych do zała­dunku skałą i bło­tem. Randy zerka w górę, pró­bu­jąc wypa­trzyć sufit, ale widzi jedy­nie bate­rię sil­nych nie­bie­sko-bia­łych lamp, jak na sta­dio­nie, z dzie­sięć metrów nad nim. Dalej jest tylko ciem­ność i mgła.

Steve odcho­dzi, by cze­goś poszu­kać, zosta­wia­jąc Randy'ego na kilka minut samego; to dobrze, ponie­waż potrze­buje sporo czasu, by zorien­to­wać się, gdzie naprawdę jest.

Nie­które ściany groty są gład­kie i natu­ralne, inne szorst­kie, co pozwala odróż­nić miej­sca, gdzie inży­nie­ro­wie kazali ją posze­rzyć. Podob­nie, część pod­łogi jest gładka i nie­zbyt równa. W nie­któ­rych miej­scach obni­żono ją przez wysa­dza­nie i sku­wa­nie, w innych pod­wyż­szono, wyle­wa­jąc beton.

Ta główna hala wydaje się pra­wie skoń­czona. Tu będą mie­ścić się biura Mini­ster­stwa Infor­ma­cji. Głę­biej są jesz­cze dwie mniej­sze groty, w trak­cie powięk­sza­nia. W jed­nej będzie część inży­nie­ryjna (gene­ra­tory prą­do­twór­cze i tak dalej), w dru­giej sys­temy kom­pu­te­rowe.

W dziu­rze uka­zuje się potężny facet w bia­łym kasku. To Tom Howard, wice­pre­zes Epi­phyte do spraw sys­te­mów. Zdej­muje kask i macha nim zapra­sza­jąco do Randy'ego.

Kory­tarz pro­wa­dzący do hali kom­pu­te­ro­wej jest na tyle sze­roki, by mogła nim prze­je­chać fur­go­netka, ale nie jest tak równy i poziomy, jak główne wej­ście. Więk­szość miej­sca zaj­muje nie­sa­mo­wi­cie mocarny i szybki taśmo­ciąg, nio­sący tony kapią­cego sza­rego błota do głów­nej groty, gdzie ładuje się je na cię­ża­rówki firmy Goto. Bio­rąc pod uwagę praw­do­po­dobny koszt i sto­pień skom­pli­ko­wa­nia, ten taśmo­ciąg ma mniej wię­cej tyle wspól­nego z nor­mal­nym budow­la­nym urzą­dze­niem, co myśli­wiec F-15 z kuku­ruź­ni­kiem. W pobliżu niego można wpraw­dzie mówić, ale nikt nic nie usły­szy, więc Tom, Randy i Kina­ku­tań­czyk zwany Steve'em w mil­cze­niu podą­żają dalej, do odle­głej o jakieś sto metrów kolej­nej groty.

Tutaj zmie­ściłby się zale­d­wie nie­wielki par­te­rowy dom. Przez śro­dek bie­gnie taśmo­ciąg, zni­ka­jąc w następ­nym otwo­rze; błoto pocho­dzi gdzieś z głębi góry. Wciąż jest za gło­śno, by roz­ma­wiać. Pod­łoga groty została wyrów­nana beto­nem; co kilka metrów ster­czą z niej rurki, z któ­rych zwi­sają poma­rań­czowe kabelki -?łącza świa­tło­wo­dowe.

Tom pod­cho­dzi do kolej­nego otworu w ścia­nie. Wygląda na to, że od tej groty odga­łę­zia się kilka bocz­nych. Pro­wa­dzi Randy'ego przez dziurę, a potem zatrzy­muje go, kła­dąc mu dłoń na ramie­niu: stoją u szczytu drew­nia­nych schod­ków wbu­do­wa­nych w pra­wie pio­nowy szyb, spa­da­jący o jakieś pięć metrów w dół.

-?Wła­śnie widzia­łeś główną halę ze swit­chami -?mówi Tom. -?Kiedy zosta­nie skoń­czona, będzie to naj­więk­szy router na świe­cie. W paru innych gro­tach insta­lu­jemy kom­pu­tery i sys­temy pamięci maso­wej. Czyli w zasa­dzie naj­więk­szy RAID na świe­cie, wspo­ma­gany olbrzy­mią pamię­cią cache.

RAID ozna­cza Redun­dant Array of Ine­xpen­sive Disks, nad­mia­rową macierz nie­dro­gich dys­ków -?takie urzą­dze­nie pozwala tanio i nie­za­wod­nie zapa­mię­tać duże ilo­ści danych; w prze­cho­walni danych potrzeba dokład­nie cze­goś takiego.

-?No i cały czas odgru­zo­wu­jemy pozo­stałe groty -?cią­gnie Tom. -?Ale tutaj odkry­li­śmy coś, co na pewno cię zain­te­re­suje. -?Odwraca się i zaczyna scho­dzić po schod­kach. -?Wiesz, że Japoń­czycy pod­czas wojny mieli w tych gro­tach schrony prze­ciw­lot­ni­cze?

Randy ma w kie­szeni mapę ze swej książki. Roz­kłada ją i pod­suwa pod żarówkę. No jasne, jest na niej takie miej­sce, wysoko w górach, pod-pisane: wej­ście do schronu prze­ciw­lot­ni­czego i cen­trum dowo­dze­nia.

-?I cen­trum dowo­dze­nia? -?pyta.

-?Tak. Skąd wiesz?

-?Z wypo­ży­czalni mię­dzy­bi­blio­tecz­nej.

-?My nie mie­li­śmy poję­cia, zanim tam nie zleź­li­śmy i nie zoba­czy­li­śmy tego mnó­stwa kabli i innego elek­trycz­nego szajsu. Musie­li­śmy to wszystko wypie­przyć, żeby prze­cią­gnąć nasze.

Randy zaczyna scho­dzić po stop­niach.

-?Ten szyb był pełen gruzu -?mówi Tom -?ale widać było, że idą tam kable, dla­tego wie­dzie­li­śmy, że na dole coś musi być.

Randy ner­wowo popa­truje na strop.

-?Czemu był pełen gruzu? Zawa­lił się, czy co?

-?Nie. Japoń­czycy to zro­bili. Wrzu­cali do niego skały, aż cał­kiem go zasy­pali. Kil­ku­na­stu robot­ni­ków musiało je przez dwa tygo­dnie ręcz­nie wybie­rać.

-?No i co? Do czego pro­wa­dziły te kable?

-?Do żaró­wek -?odpo­wiada Tom. -?To były tylko kable zasi­la­jące, a nie łącz­no­ściowe.

-?To co oni chcieli tam ukryć? -?Randy zszedł już pra­wie na sam dół i widzi, że jest tam nie­wiel­kie pomiesz­cze­nie.

-?Sam zobacz -?mówi Tom i włą­cza świa­tło.

Jaski­nia jest mniej wię­cej roz­mia­rów garażu, z porządną, równą pod­łogą. Stoi tu drew­niane biurko, krze­sło i komoda, wło­chata od pięć­dzie­się­cio­let­niego mchu. A także meta­lowy kufer, poma­lo­wany na zgni­ło­zie­lony kolor pokryty nip­poń­skimi zna­kami.

-?Wywa­ży­łem zamek -?dodaje Tom. Pod­cho­dzi do skrzyni i unosi wieko. W środku jest pełno ksią­żek. -?Co, spo­dzie­wa­łeś się szta­bek złota? -?pyta i uśmie­cha się, widząc minę Randy'ego.

Randy kuca na pod­ło­dze i chwyta się za kostki. Z otwar­tymi ustami gapi się na książki w kufrze.

-?Dobrze się czu­jesz?

-?Zaje­bi­ste déja vu. -?mówi Randy.

-?Od tego?

-?Pew­nie. Już to widzia­łem.

-?Gdzie?

-?U dziadka na stry­chu.

* * *

Randy wydo­staje się z labi­ryntu jaskiń na par­king. Czuje na skó­rze przy­jemne cie­płe powie­trze, ale zaczyna się pocić, nie dotarł­szy nawet do przy­czepy Epi­phyte Corp., by oddać kask i buty. Żegna się z trzema kobie­tami i znów zaska­kuje go ich tro­ska i zaan­ga­żo­wa­nie. Potem przy­po­mina sobie, że nie jest prze­cież byle przy­błędą: jest udzia­łow­cem i waż­nym ofi­cje­lem w fir­mie, która je zatrud­nia -?płaci im, albo je wyzy­skuje, nie­po­trzebne skre­ślić.

Bar­dzo powoli idzie przez par­king, pró­bu­jąc nie roz­grze­wać swego meta­bo­licz­nego pieca. Do ocze­ku­ją­cej na niego tak­sówki pod­je­chała druga, kie­rowcy wysu­nęli głowy przez okna i gadają.

Pod­cho­dząc do nich, zerka przy­pad­kiem w stronę wej­ścia do groty. Widzi obra­mo­waną mroczną pasz­czą, przy­tło­czoną tyta­nicz­nymi kształ­tami cię­ża­ró­wek Goto syl­wetkę samot­nego czło­wieka, siwo­wło­sego, przy­gar­bio­nego, ale szczu­płego i wyglą­da­ją­cego nie­mal jak atleta w swym cie­płym dre­sie i teni­sów­kach. Stoi tyłem do Randy'ego, twa­rzą do groty, w dłoni ma długą ukwie­coną gałązkę. Jest cał­kiem nie­ru­chomy -?wygląda jakby zapu­ścił w błoto korze­nie.

Otwie­rają się przed­nie drzwi naczepy z napi­sem Goto Engi­ne­ering. Po schod­kach scho­dzi młody Nip­poń­czyk w bia­łej koszuli, kra­wa­cie w paski i poma­rań­czo­wym kasku. Ener­gicz­nie zmie­rza ku star­szemu panu. W pew­nej odle­gło­ści zatrzy­muje się, sta­wia stopy razem i wyko­nuje ukłon. Randy nie zna Nip­poń­czyków na tyle, żeby orien­to­wać się w niu­an­sach, ale ów ukłon wygląda mu na nie­zwy­kle for­malny. Mło­dzie­niec pod­cho­dzi z uśmie­chem do star­szego pana i zapra­sza­jąco wska­zuje dło­nią na naczepę Goto. Tam­ten wygląda na zdez­o­rien­to­wa­nego -?może grota wygląda ina­czej niż kie­dyś? -?ale po kilku chwi­lach odpo­wiada zdaw­ko­wym ukło­nem i pozwala się odpro­wa­dzić na bok.

Randy wsiada do swo­jej tak­sówki i mówi do szo­fera:

-?Do Foote Man­sion.

Cały czas miał złu­dze­nia, że prze­czyta sobie, powoli i dokład­nie, od deski do deski, pamięt­niki Seana Daniela McGee, ale tak to bywa ze złu­dze­niami: jadąc do hotelu, wyciąga z torby stos foto­ko­pii i zaczyna wydłu­by­wać z niej rodzynki. Więk­sza część opo­wie­ści nie ma nic wspól­nego z Kina­kutą -?są to doświad­cze­nia McGee wal­czą­cego na Nowej Gwi­nei i Fili­pi­nach. McGee nie jest Chur­chil­lem, ale ma pewien talent do poto­czy­stych opo­wie­ści z dystan­sem, co spra­wia, że nawet banalne aneg­doty da się czy­tać. Przy takich zdol­no­ściach nar­ra­cyj­nych musiał robić nie­złą karierę w kan­ty­nach dla rezer­wi­stów, przy piwie; pew­nie z tysiąc napi­tych sier­żan­tów nama­wiało go, żeby spi­sał cały ten szajs, jeśli tylko wróci żywy do Sta­nów.

Udało mu się wró­cić, ale w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści rezer­wi­stów z Fili­pin, po Dniu Zwy­cię­stwa nie pole­ciał pro­sto do domu. Zbo­czył do Suł­ta­natu Kina­kuty, gdzie wciąż sta­cjo­no­wało około czte­rech tysięcy nip­poń­skich żoł­nie­rzy. To wyja­śnia pewną oso­bli­wość w jego książce. Na ogół, we wspo­mnie­niach wojen­nych Dzień Zwy­cię­stwa poja­wia się na ostat­niej stro­nie, albo przy­naj­mniej w ostat­nim roz­dziale, a potem nar­ra­tor jedzie do domu i kupuje sobie buicka. Lecz u Seana Daniela McGee ten dzień znaj­duje się mniej wię­cej w dwóch trze­cich książki. Kiedy Randy odkłada na bok część sprzed sierp­nia 1945, pozo­staje zło­wrogo gruba sterta kar­tek. Oczy­wi­ste, że sier­żant McGee ma coś jesz­cze w zana­drzu.

Nip­poń­ski gar­ni­zon na Kina­ku­cie jak dotąd omi­jała wojna; podob­nie jak inne takie gar­ni­zony, całą swą ener­gię poświę­cił upra­wia­niu warzyw i ocze­ki­wa­niu na wyjąt­kowo rzad­kie wizyty łodzi pod­wod­nych, któ­rymi Nip­poń­czycy pod koniec wojny prze­wo­zili z miej­sca na miej­sce naj­waż­niej­sze ładunki i naj­po­trzeb­niej­szych spe­cja­li­stów, w rodzaju mecha­ni­ków lot­ni­czych. Kiedy dostali wia­do­mość od cesa­rza, naka­zu­jącą zło­żyć broń, uczy­nili to posłusz­nie i (należy podej­rze­wać) z zado­wo­le­niem.

Trudno było tylko zna­leźć kogoś, komu dałoby się pod­dać. Alianci sku­pili się na pla­no­wa­niu inwa­zji na wyspy nip­poń­skie, dla­tego tro­chę potrwało, zanim wysłali woj­ska do opusz­czo­nych gar­ni­zo­nów w rodzaju Kina­kuty. Opis bała­ganu w Manili jest bar­dzo cierpki -?w tym momen­cie McGee zaczyna tra­cić cier­pli­wość i wdzięk. Zaczyna być zło­śliwy. Dwa­dzie­ścia stron póź­niej ląduje na nabrzeżu Kina­kuta City. Stoi na bacz­ność, gdy kapi­tan jego kom­pa­nii przyj­muje kapi­tu­la­cję nip­poń­skiego gar­ni­zonu. Staje na war­cie przy wej­ściu do grot, gdzie kil­ku­na­stu naj­bar­dziej zacie­kłych Nipów odmó­wiło pod­da­nia się. Orga­ni­zuje sys­te­ma­tyczne roz­bra­ja­nie wychu­dłych nip­poń­skich żoł­nie­rzy i dopil­no­wuje, by wszyst­kie kara­biny i amu­ni­cja wylą­do­wały w oce­anie; jed­no­cze­śnie na wyspę tra­fiają pro­wiant i lekar­stwa. Pomaga nie­wiel­kiemu kon­tyn­gen­towi inży­nie­rów roz­cią­gnąć drut kol­cza­sty wokół lot­ni­ska, które zamie­niają w obóz jeniecki.

Randy kart­kuje to wszystko pod­czas jazdy do hotelu. Potem jego wzrok przy­cią­gają słowa w rodzaju "prze­bity", "wrza­ski", "obrzy­dliwe", cofa się więc o kilka stron i zaczyna czy­tać sta­ran­niej.

Zakoń­cze­nie jest takie: począw­szy od roku 1940, Nip­poń­czycy wywle­kli z chłod­nego, czy­stego inte­rioru wyspy tysiące tubyl­ców, zmu­sza­jąc ich do nie­wol­ni­czej pracy na roz­pa­lo­nym, jado­wi­tym wybrzeżu. To oni powięk­szyli wielką grotę, w któ­rej zna­lazł się schron prze­ciw­lot­ni­czy i cen­trum dowo­dze­nia; utwar­dzili drogę na Górę Elizy, gdzie przy­sia­dły sta­cje rada­rowe i nawi­ga­cyjne; zbu­do­wali kolejny pas star­towy na lot­ni­sku; i tysią­cami wymie­rali na mala­rię, tyfus, dyzen­te­rię, z głodu i prze­mę­cze­nia. Ci sami tubylcy, albo ich osa­mot­nieni bra­cia, ze swych kry­jó­wek w górach przy­glą­dali się, jak sier­żant Daniel McGee i jego kole­dzy roz­bra­jają Nip­poń­czy­ków i zamy­kają ich wszyst­kich na lot­ni­sku, pod strażą kilku prze­waż­nie zaspa­nych albo napi­tych sze­re­gow­ców. Tubylcy pra­co­wali w dżun­gli dzień i noc, robiąc włócz­nie, dopóki następna peł­nia księ­życa nie oświe­tliła reflek­to­rem śpią­cych Nip­poń­czy­ków. Wtedy wychy­nęli z lasu, co Sean Daniel McGee opi­suje jako "hordę", "rój szer­szeni", "wyjącą armię", "czarny legion pro­sto z bram pie­kieł", i na jesz­cze inne spo­soby, takie, któ­rych teraz już nie uda­łoby mu się opu­bli­ko­wać. Ame­ry­ka­nów powa­lili na zie­mię i roz­bro­ili, ale nie zro­bili im nic złego. Na drut kol­cza­sty poło­żyli tyle gałęzi, by dało się po nich przejść, a potem wpa­dli na lot­ni­sko z włócz­niami goto­wymi do ciosu. Opo­wieść McGee cią­gnie się przez ponad dwa­dzie­ścia stron; jest to przede wszyst­kim histo­ria pew­nej nocy, pod­czas któ­rej pewien sym­pa­tyczny sier­żant z połu­dnio­wego Bostonu na zawsze utra­cił rów­no­wagę psy­chiczną.

-?Sir?

Randy ze zdu­mie­niem zauważa, że drzwi tak­sówki są otwarte. Roz­gląda się; jest pod mar­kizą przed hote­lem Foote Man­sion. Drzwi przy­trzy­muje mu chudy, żyla­sty boy, wyglą­da­jący tro­chę ina­czej niż więk­szość spo­tka­nych dotąd Kina­ku­tań­czy­ków. Książ­kowy opis tubylca z inte­rioru pasuje doń ide­al­nie.

-?Dzię­kuję -?mówi Randy i pod­kre­śla to hoj­nym napiw­kiem.

Wszyst­kie meble w jego pokoju są zapro­jek­to­wane w Skan­dy­na­wii, ale wyko­nane tutaj, z rzad­kich, tro­pi­kal­nych gatun­ków drewna. Widok z okna ma na góry, jed­nak, wycho­dząc na maleńki bal­ko­nik, może spoj­rzeć na skra­wek wody, roz­ła­do­wy­wany kon­te­ne­ro­wiec i więk­szą część ogrodu pamięci, wznie­sio­nego przez Nip­poń­czy­ków na miej­scu masa­kry.

Czeka nań kilka wia­do­mo­ści i fak­sów: prze­waż­nie od innych pra­cow­ni­ków Epi­phyte, któ­rzy infor­mują, że już dotarli, i podają numer pokoju. Randy roz­pa­ko­wuje się, bie­rze prysz­nic i wysyła do pralni koszule na jutro. Potem zasiada wygod­nie przy sto­liku, włą­cza lap­topa i otwiera biz­ne­splan firmy Epi­phyte(2).

Jaszczur

Jasz­czur

Bobby Sha­ftoe wybrał się wła­śnie z kole­gami na małą poranną prze­jażdżkę po oko­licy.

We Wło­szech.

Wło­chy! To, kurwa, nie­moż­liwe. O co cho­dzi?

Nie jego sprawa wie­dzieć. Co on ma robić, wytłu­ma­czono mu bar­dzo jasno. Musieli wyra­żać się bar­dzo jasno, ponie­waż to zada­nie kom­plet­nie nie ma sensu.

W sta­rych dobrych cza­sach, na Guadal­ca­nal, jego dowódca mówił coś w rodzaju "Sha­ftoe, zli­kwi­do­wać tam­ten bun­kier!" i odtąd Sha­ftoe był wol­nym strzel­cem. Mógł iść, biec, pły­nąć lub się czoł­gać. Mógł pod­kraść się i cisnąć wiązkę gra­na­tów albo z odle­gło­ści zała­twić cel mio­ta­czem ognia. Jeśli wyko­nał zada­nie, nie miało zna­cze­nia jak.

Cel tej skrom­nej misji jest dlań kom­plet­nie nie­zro­zu­miały. W środku nocy budzą jego, porucz­nika Eno­cha Roota, trzech innych mari­nes, w tym radio­ope­ra­tora oraz paru gości z SAS i spę­dzają do jed­nego z nie­licz­nych doków na Mal­cie jesz­cze nie wysa­dzo­nych w powie­trze przez Luft­waffe. Czeka tam okręt pod­wodny. Wsia­dają na pokład i mniej wię­cej przez dwa­dzie­ścia cztery godziny grają w karty. Pra­wie cały czas są na powierzchni, gdzie łodzie pod­wodne mogą pły­nąć znacz­nie szyb­ciej, choć od czasu do czasu zanu­rzają się: widocz­nie są ku temu powody.

Gdy wypusz­czają ich znów na pokład, jest śro­dek następ­nej nocy. Wylą­do­wali w małej zatoczce, na suchym, poszar­pa­nym wybrzeżu; tyle widać przy świe­tle księ­życa. Cze­kają na nich dwie cię­ża­rówki. Otwie­rają klapy w pokła­dzie okrętu i zaczy­nają wyła­do­wy­wać różne rze­czy; mari­nes tasz­czą do jed­nej z cię­ża­ró­wek worki wypchane chyba wszel­kiego gatunku śmie­ciami. Tym­cza­sem Angole ze Spe­cial Air Service, za pomocą klu­czy do nakrę­tek, szmat, smaru i mnó­stwa prze­kleństw mon­tują coś w dru­giej cię­ża­rówce, z mate­ria­łów przy­wie­zio­nych w skrzy­niach na okrę­cie pod­wod­nym. Zanim zdoła dokład­nie się przyj­rzeć, zakry­wają to bre­zen­tem, ale Sha­ftoe widzi, że lepiej, żeby ten przed­miot w niego nie celo­wał.

Po przy­stani wałęsa się paru śnia­dych, wąsa­tych gości. Palą i dys­ku­tują z kapi­ta­nem łodzi. Po wyła­do­wa­niu wszyst­kich skrzyń, kapi­tan chyba płaci im kil­koma następ­nymi kuframi z ładowni okrętu. Faceci otwie­rają parę z nich i wyglą­dają na zado­wo­lo­nych.

W tym momen­cie Sha­ftoe nie wie nawet, na jakim zna­leźli się kon­ty­nen­cie. Pierw­szy raz ujrzaw­szy kra­jo­braz, sądził, że to Afryka Pół­nocna. Kiedy zoba­czył ludzi, sta­wiał na Tur­cję czy coś takiego.

Dopiero gdy nad ich małym kon­wo­jem wscho­dzi słońce, a on (leżąc z tyłu cię­ża­rówki na wor­kach ze śmie­ciami i zer­ka­jąc spod bre­zentu) widzi dro­go­wskazy i chrze­ści­jań­skie kościoły, orien­tuje się że to muszą być Wło­chy albo Hisz­pa­nia. Wresz­cie dostrzega znak wska­zu­jący drogę do Rzymu i domy­śla się, że to Wło­chy. Znak wska­zuje w stronę prze­ciwną od poran­nego słońca, muszą więc znaj­do­wać się gdzieś na połu­dnie lub połu­dniowy wschód od Rzymu. Są rów­nież na połu­dnie od jakie­goś grodu zwa­nego Napoli.

Jed­nakże nie­zbyt długo podzi­wia widoki. Sytu­acja do tego nie zachęca. Cię­ża­rówkę pro­wa­dzi jakiś gość zna­jący tutej­szy język. Czę­sto zatrzy­muje się i gada z miej­sco­wymi. Cza­sem brzmi to jak przy­ja­ciel­ska poga­wędka. Cza­sem jak kłót­nia na temat kul­tury jazdy. A cza­sem jest cich­sza i ostroż­niej­sza. Sha­ftoe domy­śla się, że pod­czas tych roz­mów kie­rowca daje komuś w łapę, żeby ich prze­pu­ścił.

Wydaje mu się wstrzą­sa­jące to, że w kraju aktyw­nie uczest­ni­czą­cym w jed­nej z naj­więk­szych wojen w histo­rii -?w kraju rzą­dzo­nym, na miłość Boską, przez wojow­ni­czych faszy­stów -?dwie cię­ża­rówki pełne uzbro­jo­nych nie­przy­ja­ciół mogą jeź­dzić sobie gdzie chcą, chro­nione tylko kil­koma plan­de­kami po pięć dola­rów sztuka. Kry­mi­nał! Cóż to za żało­sna ope­ra­cja? Ma ochotę zerwać się na równe nogi, odrzu­cić plan­dekę i dać tym maka­ro­nia­rzom nie­zły opier­dol. Całemu temu kra­jowi przy­da­łoby się porządne wyszo­ro­wa­nie szczo­teczką do zębów. Zdaje się, że ci ludzie nawet się nie sta­rają. No bo Nipy, cokol­wiek by o nich myśleć, kiedy wypo­wia­dają ci wojnę, to przy­naj­mniej trak­tują to poważ­nie.

Wal­czy z pokusą wycho­wa­nia Wło­chów. Uświa­da­mia sobie, że to sprzeczne z roz­ka­zami, które wykuł na pamięć, zanim zszo­ko­wała go i namie­szała mu zdrowo w gło­wie ta prze­jażdżka po kraju Osi. Gdyby owe roz­kazy nie wyszły z ust samego puł­kow­nika Chat­tana -?gościa, który dowo­dzi Jed­nostką 2702 -?nie uwie­rzyłby w ani jedno słowo.

Mają roz­bić jakieś obo­zo­wi­sko. Pew­nie przez dłuż­szy czas sporo pograją sobie w karty. Tym­cza­sem radio­ope­ra­tor będzie ciężko pra­co­wał. Ta faza ope­ra­cji może trwać z tydzień. Jest praw­do­po­dobne, że po pew­nym cza­sie spora gro­mada Niem­ców oraz Wło­chów (jeśli aku­rat przy­pad­kiem będzie im się chciało) będzie bar­dzo mocno sta­rać się ich zabić. Kiedy to się wyda­rzy, trzeba nadać przez radio wia­do­mość, pod­pa­lić tę budę, pod­je­chać na jakieś pole, które robi za lądo­wi­sko, i wsiąść do samo­lotu tych bez­tro­skich face­tów z SAS.

Na początku Sha­ftoe nie dowie­rzał. Sądził że to angiel­ski humor, kawał, jakiś falowy rytuał, albo coś takiego. W ogóle nie wie co począć z tymi Ango­lami, bo są to (według jego oso­bi­stych spo­strze­żeń) jedyni poza Ame­ry­ka­nami ludzie posia­da­jący poczu­cie humoru. Sły­szał, że podobno mają je także nie­któ­rzy goście z Europy Wschod­niej, ale ni­gdy ich nie spo­tkał, a teraz nie mają zbyt wiele powo­dów do śmie­chu. W każ­dym razie, ni­gdy nie wia­domo, kiedy ci Angole sobie żar­tują.

Jed­nakże wszyst­kie podej­rze­nia, że to może być żart, ulot­niły się, kiedy ujrzał, jaką wydają im broń. Sha­ftoe zaob­ser­wo­wał, że jak na insty­tu­cję zaj­mu­jącą się strze­la­niem i wysa­dza­niem na wielką skalę, woj­sko jest iry­tu­jąco nie­chętne do roz­da­wa­nia broni. A więk­szość tej, którą ci wyda­dzą, można sobie wetknąć w dupę. Dla­tego wła­śnie mari­nes od dawna musieli kupo­wać thomp­sony za wła­sne pie­nią­dze: kor­pus chciał, by zabi­jali ludzi, ale nie dawał im potrzeb­nych narzę­dzi!

Tyle że ta Jed­nostka 2702 to zupeł­nie inna broszka. Nawet sze­re­gowi mają roz­py­la­cze! A jeśli to nie zwró­ciło niczy­jej uwagi, na pewno uczy­niły to kap­sułki z cyjan­kiem. No i wykład Chat­tana na temat wła­ści­wej metody strze­la­nia we wła­sną głowę ("zdzi­wi­li­by­ście się jak wielu pod każ­dym wzglę­dem kom­pe­tent­nych ludzi nie radzi sobie z tym pozor­nie pro­stym zada­niem").

A teraz zdaje sobie sprawę, że roz­kazy Chat­tana zawie­rały mil­czący suple­ment: "no tak, a jeśli któ­ryś z Wło­chów, któ­rzy miesz­kają we Wło­szech, któ­rzy tam rzą­dzą i któ­rzy są z nami w sta­nie wojny -?jeśli któ­ryś z nich zauważy was i z jakie­goś powodu sprze­ciwi się reali­za­cji waszego planu, cokol­wiek to jest, to wtedy zde­cy­do­wa­nie należy go zabić. A jeśli to nie pomoże, to wów­czas, bar­dzo pro­szę, zabij­cie się, ponie­waż na pewno zro­bi­cie to lepiej i porząd­niej niż faszy­ści. No i nie zapo­mnij­cie olejku do opa­la­nia!".

Prawdę mówiąc, ta misja Sha­ftoe'owi odpo­wiada. Na pewno nie jest gor­sza niż Guadal­ca­nal. Mar­twi go tylko to (stwier­dza, mosz­cząc się na wor­kach z tajem­ni­czymi śmie­ciami i zer­ka­jąc przez pęk­nię­cie w plan­dece), że nie zna celu.

Reszta jego plu­tonu może żyje, a może nie; chyba sły­szy ich krzyki, ale wśród szumu fal i bez­li­to­snego ter­kotu kara­binu maszy­no­wego trudno mieć pew­ność. Potem przy­cho­dzi mu do głowy, że nie­któ­rzy muszą być żywi, bo ina­czej Nipy by nie strze­lały.

Wie, że jest bli­żej kara­binu niż któ­ry­kol­wiek z kole­gów. Tylko on ma jakieś szanse.

Wła­śnie wtedy podej­muje Wielką Decy­zję. Przy­cho­dzi zaska­ku­jąco łatwo - ale w końcu naprawdę głu­pie decy­zje zawsze są naj­ła­twiej­sze.

Pod­czoł­guje się za kłodą do punktu naj­bliż­szego kara­bi­nowi. Bie­rze kilka głę­bo­kich wde­chów, unosi się na kolana i prze­ska­kuje przez pień! Teraz ma otwarty widok na wylot jaskini, błysk z lufy w kształ­cie komety pokrat­ko­wany siatką chro­niącą przed gra­na­tami. Wszystko nad­zwy­czaj wyraźne. Ogląda się na plażę i widzi tylko nie­ru­chome ciała.

Nagle ma olśnie­nie: strze­lają nie dla­tego, że kto­kol­wiek z napast­ni­ków jesz­cze żyje, ale po to, by zużyć zbędną amu­ni­cję i nie dźwi­gać jej z powro­tem. Sha­ftoe jest tre­pem i rozu­mie to.

Potem lufa odwraca się gwał­tow­nie w jego stronę -?zauwa­żyli go. Jest na otwar­tym polu, wysta­wiony na strzał. Może zanur­ko­wać w ściółkę, ale będą ją orać ogniem, dopóki go nie dostaną. Staje więc na rów­nych nogach, mie­rzy z pisto­letu w grotę i zaczyna strze­lać. Lufa kara­binu maszy­no­wego celuje teraz wprost w niego.

Ale nie strzela.

Czter­dziestka piątka trza­ska. Skoń­czyły się naboje. Jest cisza -?tylko szum fal i ten wrzask. Sha­ftoe wkłada pisto­let do kabury i wyciąga rewol­wer.

Wrzask nie brzmi zna­jomo. To nie jest żaden z kole­gów Sha­ftoe'a.

Z wylotu groty nad jego głową wypada żoł­nierz Cesar­skiej Pie­choty Mor­skiej. Przez chwilę znaj­duje się w jed­nej linii ze źre­nicą pra­wego oka Sha­ftoe'a oraz muszką jego rewol­weru. Sha­ftoe kilka razy pociąga za spust i pra­wie na pewno zali­cza tra­fie­nie.

Cesar­ski marine zaplą­tuje się w siatkę i spada na zie­mię tuż przed nim. Chwilę póź­niej z groty wyska­kuje drugi Nip, rzę­żący nie­zro­zu­miale, naj­wy­raź­niej z prze­ra­że­nia. Ląduje krzywo; Sha­ftoe sły­szy chru­pot łama­nej kości. Pomimo ran zaczyna biec w stronę morza, gro­te­skowo powłó­cząc zła­maną nogą. Cał­kiem igno­ruje Sha­ftoe'a. Z karku i ramion Nipa leje się krew, a strzępy mię­śni podry­gują pod­czas biegu.

Bobby chowa rewol­wer. Powi­nien zała­twić gościa z kara­binu, ale jest zbyt zdez­o­rien­to­wany, żeby cokol­wiek zro­bić.

W wylo­cie jaskini bły­ska coś czer­wo­nego. Sha­ftoe unosi wzrok i nie zauważa niczego na tyle wyra­zi­stego, by odci­nało się od ogłu­sza­ją­cego wizu­al­nego szumu dżun­gli.

Potem znów widzi ten błysk czer­wieni. Znów znika. Miał kształt ostrej litery Y, jak roz­wi­dlony gadzi język.

Wtem z wylotu jaskini wypry­ska ruchomy, oży­wiony kawał dżun­gli i z hukiem zwala się w ściółkę. Ziel­sko trzę­sie się i pochyla pod jego cię­ża­rem.

Wresz­cie dociera na plażę. Bie­gnie nisko przy ziemi, na czte­rech łapach. Na chwilę staje i celuje języ­kiem w stronę cesar­skiego żoł­nie­rza, który kuś­tyka w morze kil­ka­na­ście metrów dalej.

Pia­sek try­ska w powie­trze, jak dym z pło­ną­cych opon drag­stera. Jasz­czur pędzi po plaży. W jedną, dwie, trzy sekundy poko­nuje odle­głość do Nipa, chwyta go od tyłu pod kolana i z impe­tem prze­wraca w wodę. Potem wle­cze trupa z powro­tem na brzeg. Kła­dzie wśród mar­twych Ame­ry­ka­nów, kilka razy obcho­dzi, maj­ta­jąc języ­kiem, wresz­cie zaczyna go poże­rać.

-?Panie sier­żan­cie! -?mówi sze­re­gowy Fla­na­gan. -?Dotar­li­śmy na miej­sce!

Bobby, jesz­cze na dobre nie roz­bu­dzony, zauważa, że jego głos brzmi równo, nie jest ani prze­ra­żony, ani pod­eks­cy­to­wany. Cokol­wiek to za "miej­sce", nie jest tam nie­bez­piecz­nie. Nie są pod ostrza­łem.

Sha­ftoe otwiera oczy i widzi żoł­nie­rzy zwi­ja­ją­cych kry­jący tył cię­ża­rówki bre­zent. Gapi się pro­sto w błę­kitne wło­skie niebo, roz­darte na brze­gach roz­pacz­li­wie gesty­ku­lu­ją­cymi gałę­ziami drzew.

-?Cho­lera! -?wykrzy­kuje.

-?Coś się stało, sier­żan­cie?

-?Nic. Zawsze tak mówię, jak się obu­dzę -?odpo­wiada Sha­ftoe.

* * *

Ich nowy dom oka­zuje się sta­rym kamien­nym budyn­kiem gospo­dar­czym, sto­ją­cym pośród farmy, plan­ta­cji, sadu, pola oli­wek czy jak tam się, kurwa, nazywa miej­sce, gdzie się hoduje oliwki. Gdyby ta buda stała w Wiscon­sin, każdy prze­cho­dzący wie­śniak powie­działby, że jest opusz­czona. Tutaj Sha­ftoe nie jest tego taki pewien. Dach czę­ściowo zawa­lił się do środka pod mor­der­czym cię­ża­rem czer­wo­nej dachówki, a roz­dzia­wione okna i drzwi wysta­wiają wnę­trze na żywioły. Budy­nek jest tak wielki, że po kilku godzi­nach wale­nia mło­tami są w sta­nie wpro­wa­dzić do środka jedną z cię­ża­ró­wek, kry­jąc ją przed lata­ją­cymi szpic­lami. Z dru­giej wyła­do­wują wory ze śmie­ciami. Potem Włoch wsiada do niej, odjeż­dża i już ni­gdy się nie poka­zuje.

Kapral Ben­ja­min, radio­ope­ra­tor, zaczyna wdra­py­wać się na drzewa oliwne i roz­cią­gać mię­dzy nimi mie­dziane druty. SAS-owcy idą na reko­ne­sans, a mari­nes otwie­rają wory ze śmie­ciami i zaczy­nają je roz­rzu­cać. Mają tam wło­skie gazety z kilku mie­sięcy, wszyst­kie ktoś otwo­rzył, poprze­kła­dał strony, zło­żył byle jak na powrót. Nie­które arty­kuły są wyrwane, inne obwie­dzione kół­kami albo opa­trzone zapi­sa­nymi ołów­kiem uwa­gami. Do mózgu Sha­ftoe'a zaczy­nają się z powro­tem prze­są­czać roz­kazy Chat­tana: składa gazety na kupę w kącie sto­doły, stare pod spodem, now­sze na górze.

Mają cały wór nie­do­pał­ków papie­ro­sów, sta­ran­nie wypa­lo­nych do samego koniuszka. Są jakiejś nie­zna­nej, kon­ty­nen­tal­nej marki. Nosi ten wór po całym obej­ściu, jak siewca, rzu­ca­jąc pety gar­ściami na zie­mię. Sku­pia się zwłasz­cza tam, gdzie fak­tycz­nie ktoś pra­cuje: wokół stołu kaprala Ben­ja­mina i dru­giego pro­wi­zo­rycz­nego blatu, który posłuży im do jedze­nia i rżnię­cia w pokera. To samo robi z kok­taj­lem kor­ków od wina i kap­sli od piwa. Iden­tyczną liczbę fla­szek po winie i piwie ciskają, jedna po dru­giej, w pusty róg sto­doły. Bobby Sha­ftoe zauważa, że to naj­bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące zada­nie, jakie kie­dy­kol­wiek mu się tra­fiło: przej­muje je więc od sze­re­gow­ców i rzuca butel­kami jak roz­gry­wa­jący z wiscon­siń­skiej dru­żyny Green Bay wyko­pu­jący piłkę na drugą połowę, pomię­dzy bystrych napast­ni­ków.

Angole wra­cają z roz­po­zna­nia i nastę­puje zamiana ról; teraz mari­nes ruszają zapo­znać się z tere­nem, a SAS-owcy podej­mują roz­ła­du­nek śmieci. Po godzi­nie łaże­nia, sier­żant Sha­ftoe oraz sze­re­gowi Fla­na­gan i Kuehl usta­lają, że oliwna farma znaj­duje się na dłu­gim, wąskim pła­sko­wyżu, bie­gną­cym mniej wię­cej z pół­nocy na połu­dnie. Na zacho­dzie teren unosi się ku stoż­ko­wa­tej górze, podej­rza­nie przy­po­mi­na­ją­cej wul­kan. Na wscho­dzie po kilku milach opada ku morzu. Na pół­nocy pła­sko­wyż zamy­kają gęste zaro­śla, na połu­dnie zaś cią­gną się kolejne pola uprawne.

Chat­tan kazał mu zna­leźć jakiś dogodny punkt do obser­wa­cji zatoki, moż­li­wie naj­bliż­szy sto­doły. Tuż przed zmierz­chem udaje mu się: skała wysta­jąca ze zbo­cza wul­kanu leży pół godziny mar­szu od kwa­tery i jest sto kil­ka­dzie­siąt metrów wyżej.

W dro­dze powrot­nej o mało co nie zabłą­dzili: tak dobrze zaka­mu­flo­wana została sto­doła. SAS-owcy zaciem­nili wszyst­kie otwory, nawet szcze­liny w zawa­lo­nym dachu i zain­sta­lo­wali się wygod­nie w nada­ją­cych się do użytku zaka­mar­kach wnę­trza. Z tymi wszyst­kimi śmie­ciami (teraz uzu­peł­nio­nymi jesz­cze kurzymi kośćmi i pió­rami, ścin­kami wło­sów i skór­kami poma­rań­czy) wygląda, jakby miesz­kali tu przez dobry rok. Sha­ftoe domy­śla się, że o to wła­śnie ma cho­dzić.

Kapral Ben­ja­min ma pra­wie jedną trze­cią miej­sca dla sie­bie. Angole z SAS cią­gle nazy­wają go pie­przo­nym szczę­ścia­rzem. Już zmon­to­wał nadaj­nik; lampy żarzą się cie­płą czer­wie­nią. Ma też nie­wia­ry­godną ilość papie­rów. Więk­szość jest stara i fał­szywa, tak jak te wszyst­kie nie­do­pałki. Ale po kola­cji, kiedy słońce zdą­żyło zajść nie tylko tu, ale i w Lon­dy­nie, zaczyna stu­kać alfa­be­tem Morse'a.

Sha­ftoe zna Morse'a, jak wszy­scy tutaj. Kiedy Angole i Ame­ry­kańcy sie­dzą za sto­łem, zrzu­ca­jąc się na bank do cze­goś, co zapo­wiada się na cało­nocny mara­ton gry w kierki, wszy­scy nad­sta­wiają ucha na pra­cu­jący klucz tele­gra­ficzny Ben­ja­mina. Sły­szą kom­pletne bzdury. Sha­ftoe w pew­nym momen­cie wstaje i zagląda Ben­ja­mi­nowi przez ramię, żeby się upew­nić, czy nie zwa­rio­wał; i widzi, że sły­szał dobrze:

xyhel anaog gfqpl twpki aoeut

i tak dalej, i tak dalej, przez setki stron.

Następ­nego ranka kopią latrynę i wle­wają do niej kilka beczek Ame­ry­kań­skiego, Stu­pro­cen­to­wego, Gwa­ran­to­wa­nego Woj­sko­wego Gówna. Zgod­nie ze wska­zów­kami Chat­tana, leją gówno po tro­chu, wrzu­ca­jąc gar­ści zmię­tych wło­skich gazet, tak by wyglą­dało, że tra­fiło do latryny w natu­ralny spo­sób. To naj­gor­sza nie­wo­jenna robota, jaką kie­dy­kol­wiek wyko­ny­wał Sha­ftoe w trak­cie swej służby ojczyź­nie, może z wyjąt­kiem udzie­la­nia wywiadu porucz­ni­kowi Reaga­nowi. Do końca dnia daje wolne wszyst­kim, oprócz kaprala Ben­ja­mina, który do dru­giej w nocy pusz­cza w eter bez­sen­sowne litery.

Następ­nego dnia wypo­sa­żają punkt obser­wa­cyjny. Po kolei masze­rują wte i wewte, wte i wewte, wte i wewte, wydep­tu­jąc w ziemi ścieżki, roz­sy­pują tro­chę nie­do­pał­ków i bute­lek po napo­jach, wraz z odro­biną Woj­sko­wego Gówna i Woj­sko­wych Szczyn. Fla­na­gan i Kuehl tasz­czą na górę skrzy­nię i ukry­wają ją pod skałą. W środku są książki z syl­wet­kami roz­ma­itych wło­skich i nie­miec­kich stat­ków i okrę­tów, podobne ścią­gawki z samo­lo­tami oraz lor­netki, lunety, sprzęt foto­gra­ficzny, czy­ste notat­niki i ołówki.

Mimo że to wła­śnie Sha­ftoe prze­waż­nie dowo­dzi całym zamie­sza­niem, jest mu dziw­nie trudno zna­leźć chwilkę, by w cztery oczy poga­dać z Eno­chem Rootem. Root unika go od czasu tego brze­mien­nego w zda­rze­nia lotu dakotą. Wresz­cie, pią­tego dnia, Sha­ftoe wypro­wa­dza go w pole: wraz z żoł­nie­rzami zosta­wiają Roota na poste­runku obser­wa­cyj­nym, po czym Sha­ftoe wraca i łapie go sam na sam.

Root jest zdzi­wiony, ale się spe­cjal­nie nie zło­ści. Zapala wło­skiego papie­rosa i czę­stuje nimi Sha­ftoe'a. Bobby z iry­ta­cją stwier­dza, że z nich dwóch to on się dener­wuje. Kape­lan, jak zawsze, jest opa­no­wany.

-?No dobra -?zaczyna Sha­ftoe -?co tam wyczy­ta­łeś? Wiesz, w tych papie­rach, które wetknę­li­śmy zmar­łemu rzeź­ni­kowi?

-?Były po nie­miecku -?mówi Root.

-?Cho­lera!

-?Na szczę­ście -?dodaje Root -?ten język nie jest mi cał­kiem obcy.

-?Ach, taak. Twoja matka była Szwabką, nie?

-?Tak, lekarką-misjo­na­rzem, jeśli to pomoże roz­wiać któ­reś z two­ich uprze­dzeń doty­czą­cych Niem­ców.

-?A ojciec Holen­drem.

-?Prawda.

-?A po co wylą­do­wali na Guadal­ca­nal?

-?Żeby pomóc potrze­bu­ją­cym.

-?Ach, taak.

-?Po dro­dze pod­uczy­łem się też tro­chę wło­skiego. W kościele czę­sto się go sły­szy.

-?Niech mnie! -?wykrzy­kuje Sha­ftoe.

-?Ale mój wło­ski ma silne nale­cia­ło­ści z łaciny -?ojciec upie­rał się, żebym się jej uczył. Więc pew­nie dla miej­sco­wych brzmiał­bym raczej sta­ro­świecko. Wła­ści­wie, pew­nie gadał­bym jak sie­dem­na­sto­wieczny alche­mik albo coś w tym stylu.

-?A mógł­byś zaga­dać jak ksiądz? To by kupili.

-?Jeśli sta­nie się naj­gor­sze -?przy­znaje Root -?spró­buję pal­nąć jakąś kościelną gadkę i zoba­czymy, co się sta­nie.

Obaj zacią­gają się dymem i patrzą na wielki zbior­nik wodny przed nimi; jak dowie­dział się Sha­ftoe, nazywa się to "Zatoka Neapo­li­tań­ska".

-?No, w każ­dym razie -?przy­po­mina sobie -?co tam było w tych papie­rach?

-?Mnó­stwo szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji o woj­sko­wych kon­wo­jach z Palermo do Tunisu. Ewi­dent­nie wykra­dzione z taj­nych nie­miec­kich źró­deł.

-?O sta­rych kon­wo­jach czy...

-?O kon­wo­jach, które jesz­cze nie wyru­szyły -?spo­koj­nie koń­czy Root.

Sha­ftoe dopala papie­rosa i przez chwilę mil­czy. Wresz­cie mówi:

-?Dziwne, kurwa, dziwne. -?Wstaje i idzie w stronę sto­doły.

Zamek

Zamek

Gdy Law­rence Prit­chard Water­ho­use wysiada z pociągu, jakiś drań chlu­sta mu pro­sto w twarz lodo­watą, sło­nawą wodą. Ostrzał cią­gnie się, kiedy idzie wzdłuż szpa­leru tych łobu­zów z wia­drami. Ale potem zauważa, że nikogo tu nie ma. To po pro­stu taka cha­rak­te­ry­styczna cecha miej­sco­wego kli­matu, tak jak mgła w Lon­dy­nie.

Kładka, bie­gnąca nad torami do dworca w Utter Maurby, jest zamknięta ścia­nami i dachem; powstaje gigan­tyczna pisz­czałka orga­nowa, rezo­nu­jąca infra­dź­wię­kową wibra­cją, napę­dzaną wia­trem i desz­czem. Kiedy wcho­dzi do niej, deszcz prze­staje siec mu twarz, może więc zatrzy­mać się na chwilę i obda­rzyć owo zja­wi­sko zasłu­żo­nym zachwy­tem.

Burza ubiła wiatr i wodę w cał­ko­wi­cie losową pianę. Trzy­many w powie­trzu mikro­fon zare­je­stro­wałby jedy­nie biały szum -?cał­ko­wity brak infor­ma­cji. Jed­nakże, gdy ów szum ude­rza w długą rurę kładki, powo­duje rezo­nans, obja­wia­jący się w gło­wie Water­ho­use'a jako niski pomruk. Fizyczne wła­ści­wo­ści rury wydo­by­wają z szumu spójną infor­ma­cję! Och, gdyby tu był Alan!

Water­ho­use eks­pe­ry­men­tuje, śpie­wa­jąc tony har­mo­niczne tego niskiego dźwięku pod­sta­wo­wego: oktawę, kwintę, kwartę, wielką ter­cję. Każdy z nich mniej lub bar­dzie rezo­nuje w rurze klatki scho­do­wej. To taki sam sze­reg nut, jakie można wydo­być z bla­sza­nego instru­mentu dętego. Prze­ska­ku­jąc z nuty na nutę, potrafi zagrać nie naj­gor­sze fan­fary. Udaje mu się cał­kiem przy­zwo­ity cap­strzyk.

-?Jak pięk­nie!

Odwraca się. Za nim stoi kobieta z walizą wiel­ko­ści beli siana. Ma chyba z pięć­dzie­siąt lat, posturę pieca kaflo­wego, a kilka sekund temu, zanim wysia­dła z pociągu, miała do tego ładną, wiel­ko­miej­ską trwałą na gło­wie. Po jej twa­rzy i szyi spływa słona woda, wsią­ka­jąc w grube odzie­nie z sza­rej qwghl­miań­skiej wełny.

-?Dzień dobry pani -?mówi Water­ho­use.

Potem zabiera się do tasz­cze­nia jej walizy na górę. Teraz oboje znaj­dują się, wraz z całym baga­żem, w wąskim, kry­tym mostku pro­wa­dzą­cym nad torami do budynku dworca. Kładka ma okna: Water­ho­use dostaje potwor­nych mdło­ści, kiedy wygląda przez nie (oraz cen­ty­me­trową war­stwę desz­czu i mor­skiej wody) wprost na pół­nocny Atlan­tyk. Główny zbior­nik wodny znaj­duje się stąd o rzut bere­tem i zawzię­cie pró­buje dostać się bli­żej. To zapewne złu­dze­nie optyczne, ale wydaje się, że wierz­chołki fal są na jed­nym pozio­mie z nimi, pomimo że stoją prze­cież dobre sześć metrów nad zie­mią. Każda z tych fal musi ważyć tyle co wszyst­kie pociągi towa­rowe w całej Anglii i toczy się ku nim nie­ubła­ga­nie, po pro­stu tłu­kąc skały na kwa­śne jabłko. Wszystko to spra­wia, że Water­ho­use pra­gnie tylko skrę­cić się w kon­wul­sji, zwa­lić na zie­mię i zwy­mio­to­wać. Zatyka uszy.

-?A więc chyba jest pan z orkie­stry, prawda? -?pyta kobieta.

Water­ho­use odwraca się ku niej. Jej wzrok prze­ska­kuje po jego mun­du­rze, spraw­dza oznaki. Potem spo­gląda mu w twarz i obda­rza go bab­ci­nym uśmie­chem.

Water­ho­use w jed­nej chwili zdaje sobie sprawę, że ta kobieta jest nie­miec­kim szpie­giem. A niech to!

-?Tylko pod­czas pokoju, pro­szę pani -?odpo­wiada. -?Teraz mary­narka ma inne zada­nia dla ludzi z dobrym słu­chem.

-?Ach, więc nasłu­chuje pan cze­goś, prawda?! -?wykrzy­kuje.

Water­ho­use uśmie­cha się.

-?Ping! Ping! -?mówi, imi­tu­jąc sonar.

-?Aha! Jestem Har­riett Qrtt. -?Kobieta wyciąga rękę.

-?Hugh Hughes -?odpo­wiada Water­ho­use i ści­ska jej dłoń.

-?Cała przy­jem­ność...

-?Po mojej stro­nie.

-?Zapewne będzie pan musiał gdzieś prze­no­co­wać. -?Kobieta się rumieni. - Pro­szę wyba­czyć. Zakła­da­łam, że jedzie pan na Górny. -?Górny, czyli Górny Qwghlm. Teraz znaj­dują się w Dol­nym Qwghlm.

-?To wła­ści­wie prawda -?odpo­wiada Water­ho­use.

Tak jak wszystko na Wyspach Bry­tyj­skich, nazwy "Górny" i "Dolny Qwghlm" są bar­dzo mylące. Dolny Qwghlm nawet nie jest wyspą; łączy go z lądem mie­rzeja, która kie­dyś pod­czas przy­pływu kryła się pod wodą, lecz wzmoc­niono ją gro­blą, po któ­rej bie­gnie droga i linia kole­jowa. Górny Qwghlm leży dwa­dzie­ścia mil dalej.

-?Mój mąż i ja pro­wa­dzimy tutaj taki mały hote­lik -?mówi pani Qrtt. - Będziemy zaszczy­ceni, jeśli spe­cja­li­sta od asdika zano­cuje u nas.

Asdic to tylko bry­tyj­ski skrót na okre­śle­nie sonaru, ale Water­ho­use za każ­dym razem, gdy to sły­szy, robi spro­śną minę i wpada w nie­po­ha­mo­wany ciąg gie­rek słow­nych22.

Tak więc ląduje u pań­stwa Qrtt. Pań­stwo Qrtt i pan Water­ho­use spę­dzają wie­czór zbici w gro­madkę wokół jedy­nego źró­dła cie­pła: opa­la­nego węglem tostera wmu­ro­wa­nego w pale­ni­sko sta­rego kominka. Co jakiś czas pan Qrtt otwiera drzwiczki i zarzuca popiół mia­łem węglo­wym. Pani Qrtt znosi żar­cie i szpic­luje Water­ho­use'a. Zauważa jego nieco asy­me­tryczny chód i wyciąga zeń, że kie­dyś cho­ro­wał na polio. Water­ho­use gra -?w małej salce mają fis­har­mo­nię -?a ona to komen­tuje.

* * *

Water­ho­use po raz pierw­szy widzi Górny Qwghlm przez otwór szpi­gatu. Nawet nie wie co to takiego szpi­gat, poza tym, że koja­rzy mu się z rzy­ga­niem. Zanim jesz­cze wypły­nęli za falo­chron w Utter Maurby, załoga promu udzie­liła mu i kilku innym pasa­że­rom szcze­gó­ło­wych wska­zó­wek doty­czą­cych wymio­to­wa­nia; klu­czowy punkt mówił, że jeśli prze­chy­lisz się nad relin­giem, fale pra­wie na pewno zmyją cię za burtę. Znacz­nie lepiej opaść na czwo­raki i celo­wać w szpi­gat. Lecz kiedy zerka przez te szcze­liny, przez pra­wie połowę czasu widzi nie morze, lecz odle­gły hory­zont, goniące prom mewy lub cha­rak­te­ry­styczną, z trzema słu­pami, syl­wetkę Gór­nego Qwghlm.

Te słupy, zwane Sgh­rami, są bazal­to­wymi kolum­nami. Ponie­waż trwa II wojna świa­towa, a Górny Qwghlm jest czę­ścią Wysp Bry­tyj­skich leżącą naj­bli­żej dzia­łań wojen­nych na pół­noc­nym Atlan­tyku, są teraz naje­żone ante­nami i upstrzone budami radio­ope­ra­to­rów. Jest też czwarty sghr, o wiele niż­szy od pozo­sta­łych, który łatwo wziąć za zwy­kłą górkę; wznosi się nad jedy­nym por­tem Gór­nego Qwghlm (i natu­ral­nie także nad jedy­nym osie­dlem na wyspie, nie licząc bazy mary­narki wojen­nej po dru­giej stro­nie). Na wierz­chołku owego czwar­tego sghra stoi zamek, for­mal­nie będący sie­dzibą Johna Glo­am­thorpby'ego-Woad­mire'a. To on ma być nową kwa­terą główną Jed­nostki 2702.

Pięć minut wystar­cza na obej­ście całej miej­sco­wo­ści. Główną ulicą wście­kły kogut goni wątłą owieczkę. W wyżej poło­żo­nych miej­scach leży śnieg, ale na ulicy tylko szara maź, któ­rej nie odróż­nisz od rów­nie sza­rych kocich łbów, dopóki się nie pośliź­niesz i nie stłu­czesz sobie zadka. Encyc­lo­pe­dia Qwghl­miana sporo używa dużych liter -?Mia­sto, Zamek, Hotel, Pub, Przy­stań. Water­ho­use odwie­dza Sracz, gdzie pozbywa się ostat­nich wstrzą­sów z podróży mor­skiej, a potem rusza Ulicą. Pod­jeż­dża doń Samo­chód i pro­po­nuje, że go pod­wie­zie; oka­zuje się, że to Tak­sówka. Zabiera go do Parku, gdzie Water­ho­use ogląda się za Pomni­kiem (przed­sta­wia­ją­cym sta­ro­żyt­nych Qwghl­mian tłu­ką­cych nie­szczę­snych wikin­gów); Tak­sówkarz nie omiesz­kał zauwa­żyć tego gestu, skręca więc do Parku, by dokład­niej przyj­rzeć się Pomni­kowi.

Pomnik należy do gatunku rzeźb mają­cych wiele do powie­dze­nia i zaj­mu­ją­cych odpo­wied­nio pokaźny areał. Jego cokół to kawał miej­sco­wego bazaltu, przy­naj­mniej po jed­nej stro­nie pokryty qwghl­miań­skimi runami, które Water­ho­use roz­po­znaje dzięki Encyc­lo­pe­dii. Dla igno­ranta-bar­ba­rzyńcy może i wyglą­dają jak nie­koń­cząca się seria usta­wio­nych losowo liter X, I, V, kre­sek, gwiaz­dek i odwró­co­nych V. Lecz są odwiecz­nym źró­dłem dumy dla...

-?Mie­li­śmy gdzieś tych Rzy­mian i tego jakie­goś tam Juliu­sza Cezara - zauważa tak­sów­karz -?i ichni alfa­bet też spe­cjal­nie nam nie zaim­po­no­wał.

Fak­tycz­nie: Encyc­lo­pe­dia Qwghl­miana zawiera sąż­ni­sty arty­kuł na temat miej­sco­wego sys­temu runów. Jego autor ma takiego pier­dolca, że aż przy­kro się to czyta.

Qwghl­miań­ski zwy­czaj two­rze­nia wszyst­kich zna­ków z pro­stych linii i wystrze­ga­nia się łuków i pętli nie jest pod żad­nym pozo­rem pro­stacki - jak utrzy­mują nie­któ­rzy angiel­scy uczeni -?lecz nadaje pismu kla­row­ność i oszczędną formę. Ów spo­sób pisa­nia jest nie­zwy­kle prak­tyczny, zwa­żyw­szy że pocho­dzi z kra­iny, w któ­rej (po tym, jak Anglicy wykar­czo­wali wszyst­kie drzewa) więk­szość wykształ­co­nych inte­lek­tu­ali­stów cierpi na chro­niczne obu­stronne odmro­że­nia.

Water­ho­use opusz­cza okno, by mieć lep­szy widok: naj­wy­raź­niej ktoś zgu­bił też Zmy­wak do szyb. Chłodny wiatr na twa­rzy spra­wia, że cho­roba mor­ska zaczyna ustę­po­wać, aż do chwili, w któ­rej kom­bi­nuje, jak by tu nawią­zać kon­takt z Ladacz­nicą.

Potem, roz­cza­ro­wany, zdaje sobie sprawę, że Ladacz­nica, jeśli ma choć tro­chę rozumu, sie­dzi po dru­giej stro­nie, w bazie mary­narki.

-?A to cóż za łaj­dak? -?pyta Water­ho­use.

Wska­zuje na naroż­nik pomnika, gdzie wychu­dły, zmal­tre­to­wany nie­szczę­śnik, zakuty w obrożę z łań­cu­chem, drży i wzdryga się na widok krwa­wej łaźni spra­wia­nej Rzy­mia­nom przez qwghl­miań­skich siła­czy. Zna odpo­wiedź, ale nie może się powstrzy­mać, żeby nie zapy­tać.

-?Hark! -?wypala tak­sów­karz, jakby zbie­rał flegmę do wyplu­cia. -?On pew­nie jest z Dol­nego Qwghlm.

-?No jasne.

Ta roz­mowa naj­wy­raź­niej wpra­wiła szo­fera w par­szywy i mściwy nastrój, który może zała­go­dzić tylko szybka jazda. Droga do zamku wije się kil­ku­na­stoma ser­pen­ty­nami, zeszklo­nymi śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nym czar­nym lodem. Water­ho­use cie­szy się, że nie musi po nich iść, ale te zakręty i wpa­da­jąca w pośli­zgi tak­sówka na nowo wywo­łują u niego cho­robę loko­mo­cyjną.

-?Hark! -?Szo­fer, nic nie mówiący od dobrych paru minut, odzywa się mniej wię­cej w trzech czwar­tych drogi. -?Oni prak­tycz­nie roz­wi­nęli powi­talny dywan dla Rzy­mian. Roz­ło­żyli nogi dla wikin­gów. Teraz pew­nie są tam Niemcy!

-?Skoro już mówimy o żółci -?dodaje Water­ho­use -?pro­szę się tutaj zatrzy­mać. Dalej pójdę na pie­chotę.

Tak­sów­karz żach­nął się zdzi­wiony, choć uspo­koił się, gdy Water­ho­use wyja­śnił, że w prze­ciw­nym razie będą musieli się nie­źle naod­śnie­żać. Nawet wniósł mu wór na szczyt sghra.

Jed­nostka 2702 w oso­bie Law­rence'a Prit­charda Water­ho­use'a, peł­nią­cego rolę awan­gardy, dociera do zamku mniej wię­cej kwa­drans póź­niej. Spa­cer daje mu czas na dopra­co­wa­nie histo­rii, wcie­le­nie się w rolę. Chat­tan ostrzegł go, że będą tam słu­żący, któ­rzy będą zauwa­żać różne rze­czy i plot­ko­wać. Znacz­nie wygod­niej byłoby odpra­wić ich na jakiś czas na ląd, ale byłoby to nie­tak­tem wobec diuka. "Będziesz musiał wypra­co­wać jakiś modus vivendi" -?powie­dział Chat­tan. Kiedy Water­ho­use spraw­dził ów ter­min w słow­niku, zgo­dził się z nim gorąco.

Zamek jest zwa­łem gruzu wiel­ko­ści Pen­ta­gonu. W zawietrz­nym naroż­niku zain­sta­lo­wano sprawny dach, insta­la­cję elek­tryczną i parę innych baje­rów, na przy­kład drzwi i okna. Tutaj -?a tylko to zdo­łał Water­ho­use zwie­dzić przez pierw­sze popo­łu­dnie i wie­czór -?można zapo­mnieć, że jest się na Gór­nym Qwghlm i uda­wać, że to jakieś cie­płe i przy­jemne miej­sce, na przy­kład góry Szko­cji.

Następ­nego dnia w towa­rzy­stwie Ghnxha, kamer­dy­nera, wypra­wia się w pozo­stałe skrzy­dła zamku i z zado­wo­le­niem stwier­dza, że nie można do nich przejść, nie wycho­dząc na zewnątrz; wewnętrzne kory­ta­rze dawno zamu­ro­wano na głu­cho, by zapo­biec migra­cjom gry­zoni zwa­nych "skrr­ghs" (co wyma­wia się mniej wię­cej jak "sker­rys") -?żywio­ło­wych, ogo­nia­stych zwie­rzą­tek o błysz­czą­cych oczach -?masko­tek wyspy. Ta izo­la­cja, choć nie­wy­godna, będzie dobra ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa.

I Water­ho­use, i Ghnxh, są opa­tu­leni w twarde jak dechy war­stwy ory­gi­nal­nej qwghl­miań­skiej wełny. Ten drugi nie­sie gal­wa­nicz­nego lucy­fera. Gal­wa­niczny lucy­fer wygląda na sta­ro­świecką kon­struk­cję. Ghnxh, który ma chyba ze sto lat, tylko uśmie­cha się z wyż­szo­ścią na widok ame­ry­kań­skiej woj­sko­wej latarki Water­ho­use'a. Tonem sotto voce, jakby spro­sto­wu­jąc jakąś prze­ogromną towa­rzy­ską gafę, wyja­śnia mu, że gal­wa­niczny lucy­fer jest o tyle lep­szy, że nawet wspo­mi­na­nie o latarce jest nie­zmier­nym nie­tak­tem wobec wszyst­kich. Pro­wa­dzi Water­ho­use'a do spe­cjal­nego pokoju za poko­jem za poko­jem za poko­jem za poko­jem za spi­żar­nią, pokoju, który służy wyłącz­nie do kon­ser­wa­cji gal­wa­nicz­nego lucy­fera oraz prze­cho­wy­wa­nia jego czę­ści i mate­ria­łów eks­plo­ata­cyj­nych. Ser­cem urzą­dze­nia jest ręcz­nie dmu­chany kuli­sty szklany słój, porów­ny­walny obję­to­ścią z czte­ro­li­tro­wym dzba­nem. Ghnxh, cier­piący na bar­dzo zaawan­so­waną hipo­ter­mię albo Par­kin­sona, celuje szkla­nym lej­kiem w szyjkę słoja. Potem z wysił­kiem ściąga z półki wielki szklany gąsior. Gąsior, opa­trzony ety­kietką woda kró­lew­ska, mie­ści pio­ru­nu­jący poma­rań­czowy płyn. Ghnxh wyciąga szklany korek, obej­muje naczy­nie i prze­chyla, tak że ciecz zaczyna prze­le­wać się do lejka i słoja. Gdy na blat stołu spad­nie mu kro­pla, unosi się coś na kształt dymu: płyn wyżera dziurę, bar­dzo podobną do tysięcy innych dziu­rek w stole. Opary dostają się do płuc Water­ho­use'a; są nie­sa­mo­wi­cie żrące. Chwiej­nie wycho­dzi z pomiesz­cze­nia.

Kiedy odważa się wró­cić, Ghnxh struga elek­trodę z bloku czy­stego węgla. Słój z wodą kró­lew­ską jest już zakor­ko­wany, moczy się w nim roz­ma­itość anod, katod i innych sub­stan­cji pomoc­ni­czych, zawie­szo­nych w zaci­skach z kutego złota. Ze słoja wycho­dzą grube prze­wody w izo­la­cji z ręcz­nie ple­cio­nego azbe­stu, łącząc go z zasad­ni­czym ele­men­tem gal­wa­nicz­nego lucy­fera: mie­dzianą sala­terką, któ­rej wylot zamyka soczewka Fre­snela, podobna do sto­so­wa­nej w latar­niach mor­skich. Ghnxh, wystru­gaw­szy wła­ści­wego kształtu węglową elek­trodę, wtyka ją w małe wycię­cie na boku mie­dzia­nej misy i nie­dbale prze­kłada wyłącz­nik z Fran­ken­ste­ina rodem. Po sty­kach prze­ska­kuje z odgło­sem petardy iskra.

Water­ho­use przez chwilę myśli, że zawa­liła się ściana domu, wysta­wia­jąc ich bez­po­śred­nio na świa­tło sło­neczne. Ale to tylko Ghnxh włą­czył gal­wa­nicz­nego lucy­fera, który zresztą zaraz, pod­re­gu­lo­wany śrubką z brązu, zaczyna świe­cić z dzie­sięć razy jaśniej. Zawsty­dzony Water­ho­use wtyka mary­nar­ską latarkę w jej klips na pasku i wycho­dzi przed Ghnxhem z pokoju; gal­wa­niczny lucy­fer odczu­wal­nie grzeje go w kark.

Wypra­co­wują sobie cał­kiem nie­zły modus vivendi: Water­ho­use otwiera kop­nia­kiem drzwi, a Ghnxh wbiega do pokoju i smyrga wkoło świa­tłem lampy, jak mio­ta­czem ognia, pło­sząc kil­ka­dzie­siąt czy kil­ka­set pisz­czą­cych sker­rów. Wów­czas Water­ho­use ostroż­nie wkra­cza do środka, prze­waż­nie prze­ła­żąc przez szczątki dachu, sufitu, czyli tego, co nie­gdyś zamy­kało ten pokój od góry. Prze­pro­wa­dza pobieżną kon­trolę, pró­bu­jąc osza­co­wać, ile wysiłku trzeba wło­żyć, by mógł w tym pomiesz­cze­niu zamiesz­kać jakiś bar­dziej roz­wi­nięty orga­nizm.

Połowa zamku jest, w róż­nych miej­scach, spa­lona przez połą­czone siły pira­tów z Bar­ba­rii, pio­ru­nów, Napo­le­ona oraz nałogu pale­nia w łóżku. Naj­do­kład­niej zro­bili to chyba piraci (pew­nie po pro­stu pró­bo­wali się ogrzać), a może po pro­stu tamte szczątki były dłu­żej wysta­wione na dzia­ła­nie żywio­łów. W każ­dym razie, w tym skrzy­dle Water­ho­use wresz­cie znaj­duje miej­sce, gdzie nie ma zbyt wiele gruzu do wywa­le­nia i które można szybko zamknąć, paroma deskami i kil­koma bre­zen­to­wymi płach­tami. Znaj­duje się dokład­nie po prze­ciw­nej stro­nie niż zamiesz­kana część zamku, co wysta­wia je wpraw­dzie na zimowe zamie­cie, ale za to chroni przed wścib­skim okiem służby. Water­ho­use mie­rzy je z grub­sza kro­kami, a potem wraca do swego pokoju, zosta­wia­jąc Ghnxhowi roz­mon­to­wa­nie gal­wa­nicz­nego lucy­fera.

Potem szki­cuje plany kon­struk­cji, wresz­cie znaj­du­jąc jakieś zasto­so­wa­nie dla swych inży­nier­skich umie­jęt­no­ści. Spo­rzą­dza listę mate­ria­łów, posłu­gu­jąc się oczy­wi­ście wie­loma licz­bami; typowa pozy­cja to: 100 5 × 10 2m. Zapi­suje to jesz­cze raz, nie licz­bami a słow­nie: sto pięć na dzie­sięć po dwa m. Takie sfor­mu­ło­wa­nie może być mylące, popra­wia je więc na: sto sztuk desek pięć na dzie­sięć dług. dwa m.

Potem wyciąga kartkę wyglą­da­jącą jak strona z reje­stru, podzie­lona pio­nowo na grupy po pięć kolumn. Wpi­suje w nie komu­ni­kat, pomi­ja­jąc odstępy:

stosz tukde sekpi ecnad ziesi ecdlu gdwam

i tak dalej. Każdą literę J zastę­puje przez I, tak że klej zamie­nia się w klei. Zapi­suje co trze­cią linię.

Odkąd opu­ścił Blet­chley Park, cały czas nosi w kie­szeni na piersi arku­sze cie­niut­kiej prze­bitki; kiedy śpi, wkłada je pod poduszkę. Teraz wyciąga je i wybiera jedną kartkę, opa­trzoną u góry nume­rem seryj­nym; resztę strony wypeł­niają ele­gancko wypi­sane na maszy­nie litery w rodzaju:

athop cognq dltui caprh mulep

i tak dalej, aż do końca strony.

Owe arku­sze zostały zapi­sane przez panią Ten­ney, wie­kową żonę wika­rego, pra­cu­jącą w Blet­chley Park. Pani Ten­ney ma prze­dziwną pracę: bie­rze dwa arku­sze prze­bitki, prze­dziela je kalką, wkręca w maszynę; na górze wpi­suje numer seryjny. Potem kręci korbą urzą­dze­nia wprost z salonu bingo, skła­da­ją­cego się z kuli­stej klatki zawie­ra­ją­cej dwa­dzie­ścia pięć drew­nia­nych kulek, każda z wypi­saną literą (nie używa się litery J). Po zakrę­ce­niu klatką odpo­wied­nią ilość razy, zgod­nie z zawartą w instruk­cji pro­ce­durą, zamyka oczy, sięga przez otwór do klatki i na chy­bił tra­fił wyciąga kulkę. Odczy­tuje literę, zapi­suje ją, wrzuca kulkę z powro­tem, zamyka klapkę i powta­rza cały pro­ces. Od czasu do czasu do pokoju zaglą­dają faceci o poważ­nych twa­rzach, wymie­niają z nią uprzej­mo­ści i zabie­rają wypeł­nione kartki. Lądują one w końcu u roz­sia­nych po całym świe­cie ludzi w rodzaju Water­ho­use'a, wielu w nie­skoń­cze­nie bar­dziej roz­pacz­li­wym i nie­bez­piecz­nym poło­że­niu. Nazy­wają się klu­czami jed­no­ra­zo­wymi.

Prze­nosi litery klu­cza jed­no­ra­zo­wego w puste wier­sze poni­żej jaw­nego tek­stu:

stosz tukde sekpi ecnad ziesi

athop cognq dltui caprh mulep.

Kiedy koń­czy, zajęte są już dwa wier­sze na trzy.

Wresz­cie po raz ostatni wraca do góry strony i zaczyna ana­li­zo­wać litery parami. Pierw­sza litera wia­do­mo­ści to S. Pierw­sza litera klu­cza jed­no­ra­zo­wego, umiesz­czona dokład­nie poni­żej tam­tej, to A.

A to pierw­sza litera alfa­betu, zatem Water­ho­use, który sta­now­czo za długo zaj­mo­wał się szy­frami, uważa ją za rów­no­ważną z liczbą 1. W ten sam spo­sób S równa się 18, jeśli korzy­stamy z alfa­betu pozba­wio­nego litery J. Dodaj 1 do 18, a otrzy­masz 19, czyli literę T. Dla­tego, w pierw­szej kolum­nie, poni­żej S i A, Water­ho­use wpi­suje T.

Kolejna pio­nowa para to T i T, czyli 19 i 19, co w nor­mal­nej aryt­me­tyce razem daje liczbę 38, nie­ma­jącą odpo­wied­nika wśród liter. Jest za duża. Ale Water­ho­use już dawno nie miał do czy­nie­nia z nor­malną aryt­me­tyką. Wyćwi­czył się za to w dzia­ła­niach modulo, dokład­niej -?modulo 25, co ozna­cza, że dzie­lisz wszystko przez 25 i bie­rzesz tylko resztę z dzie­le­nia. 38 podzie­lone przez 25 daje 1 z resztą 13. Jedynkę wyrzu­camy, a 13 prze­kłada się na literę N, co Water­ho­use wpi­suje w dru­giej kolum­nie. W trze­ciej, O i H daje 14 + 8 = 22, czyli W. W czwar­tej -?S i O daje 18 + 14 = 32. 32 podzie­lone przez 25 daje 1 z resztą 7. Albo, jak ująłby to Water­ho­use, 32 modulo 25 daje 7. Sie­dem to litera G. W pią­tej kolum­nie mamy Z i P, czyli 25 + 15 = 40, 40 modulo 25 daje 15. 15 to litera P. Zatem pierw­sza grupa kodowa wygląda nastę­pu­jąco:

stosz

athop

tnwgp.

Doda­jąc losowy ciąg athop do zna­czą­cego ciągu stosz, Water­ho­use wypro­du­ko­wał nie­czy­telne śmieci. Zaszy­fro­waw­szy w ten spo­sób cały tekst, bie­rze nową kartkę i wypi­suje na niej tylko szyfr: tnwgp i tak dalej.

Diuk udo­stęp­nił Water­ho­use'owi swój tele­fon z lanego żelaza. Water­ho­use pod­nosi słu­chawkę z wide­łek, wywo­łuje tele­fonistkę, zama­wia roz­mowę miej­scową, do jed­nostki mary­narki i łączy się z radio­ope­ra­to­rem. Literka po literce dyk­tuje mu szyfr. Radio­ope­ra­tor notuje i obie­cuje, że zaraz to nada.

Nie­ba­wem puł­kow­nik Chat­tan w Blet­chley Park otrzyma wia­do­mość zaczy­na­jącą się od tnwgp i cią­gnącą się dalej w tym samym stylu. Chat­tan posiada drugi egzem­plarz klu­cza jed­no­ra­zo­wego pani Ten­ney. Wypi­sze na kartce tekst zaszy­fro­wany, co trze­cią linię. Poni­żej prze­pi­sze tekst klu­cza:

tnwgp

athop.

A potem wykona odej­mo­wa­nie, tam gdzie Water­ho­use wyko­nał doda­wa­nie. T minus A, czyli 19 minus 1, czyli 18, czyli S. N minus T, czyli 13 minus 19, czyli -6, a zatem 19, czyli T. I tak dalej. Po odszy­fro­wa­niu cało­ści zabiera się do pracy i w końcu deski pięć na dzie­sięć poja­wiają się na przy­stani.

Dlaczego

Dla­czego

Biz­ne­splan firmy Epi­phyte ma ze dwa i pół cen­ty­me­tra gru­bo­ści -?nie gruby, nie chudy, lecz w sam raz.

Wewnętrzne kartki to tekst poskła­dany, ele­gancko i kla­row­nie, na lap­to­pie Aviego. Okładki to postrzę­piony, ręcz­nie czer­pany papier z plew ryżo­wych, łodyg bam­busa, dziko rosną­cych konopi oraz kry­sta­licz­nej wody ze sto­pio­nego lodowca, wypro­du­ko­wany przez pomarsz­czo­nych rze­mieśl­ni­ków ze spo­wi­tej we mgłę, zbu­do­wa­nej z wul­ka­nicz­nych skał świą­tyni, gdzieś na jakiejś wyspie zna­nej tylko wyspor­to­wa­nym, oble­czo­nym w lycrę mania­kal­nym podróż­ni­kom. Na owych okład­kach znaj­duje się impre­sjo­ni­styczna mapa Morza Połu­dnio­wo­chiń­skiego, nama­lo­wana przez mole­ku­lar­nie zre­kon­stru­owa­nych kali­gra­fów z dyna­stii Ming, uży­wa­ją­cych pędzel­ków z cze­sa­nej grzywy jed­no­rożca, zanu­rza­nych w atra­men­cie spo­rzą­dzo­nym z węgla drzew­nego, który ślepi słup­nicy ręcz­nie wypa­lili z frag­men­tów Świę­tego Krzyża.

Struk­tura logiczna tre­ści biz­ne­splanu jest jak wzięta wprost z Prin­ci­pia Mathe­ma­tica. Przed­się­biorcy mniej­szego kali­bru kupują sobie pro­gramy do ich pisa­nia: pakiety spryt­nie ze sobą połą­czo­nych tek­sto­wych gotow­ców i arku­szy kal­ku­la­cyj­nych, tak że wystar­czy tylko je przej­rzeć i wypeł­nić kilka luk. Ale Avi i Beryl napi­sali tyle biz­ne­spla­nów, że teraz mogą je trza­skać z pamięci. Plany Aviego z reguły wyglą­dają mniej wię­cej tak:

credo: My, firma [nazwa] jeste­śmy głę­boko prze­ko­nani że [coś, co chcemy robić] oraz wzbo­ga­ca­nie naszych udzia­łow­ców nie są jedy­nie zada­niami uzu­peł­nia­ją­cymi się. Prze­ciw­nie, że są ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane.

cel: Zwięk­sze­nie war­to­ści naszych akcji poprzez [robie­nie cze­goś tam].

nie­zwy­kle poważne ostrze­że­nie: (wydru­ko­wane na oddziel­nej kartce, czer­wo­nymi lite­rami na żół­tym tle). Jeśli nie jesteś inte­li­gentny jak Karl Frie­drich Gauss, prze­ni­kliwy jak pół­ślepy pucy­but z Kal­kuty, twardy jak gene­rał Wil­liam Tecum­seh Sher­man, bogaty jak kró­lowa Anglii, odporny emo­cjo­nal­nie jak kibic dru­żyny Red Sox i ogól­nie zdolny do radze­nia sobie jak prze­ciętny dowódca ato­mo­wej łodzi pod­wod­nej, ni­gdy nie wolno ci zbli­żać się do tego doku­mentu. Należy pozbyć się go w spo­sób odpo­wiedni dla sil­nie radio­ak­tyw­nych odpa­dów, a następ­nie skon­tak­to­wać się z kwa­li­fi­ko­wa­nym chi­rur­giem w celu ampu­ta­cji rąk na wyso­ko­ści łokci oraz wyłu­pie­nia gałek ocznych. Ostrze­że­nie to jest nie­zbędne, ponie­waż pew­nego razu, sto lat temu, star­sza pani z Ken­tucky zain­we­sto­wała sto dola­rów w firmę włó­kien­ni­czą, która zaraz padła i zwró­ciła jej zale­d­wie dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć. Od tego czasu rząd sie­dzi nam na dupie. W przy­padku zigno­ro­wa­nia tego ostrze­że­nia, dalej czy­tasz na wła­sne ryzyko -?z całą pew­no­ścią stra­cisz wszystko co posia­dasz i prze­ży­jesz ostat­nie dni swego życia, opę­dza­jąc się od rojów ter­mi­tów w kolo­nii dla trę­do­wa­tych w del­cie Mis­si­sipi.

Czy­tasz dalej? Świet­nie. Teraz, wystra­szyw­szy cie­nia­sów, możemy przejść do kon­kre­tów.

stresz­cze­nie dla kie­row­nic­twa: Pozy­skamy [ileś tam kapi­tału] potem [zro­bimy coś tam], boga­cąc naszych akcjo­na­riu­szy. Szcze­góły niżej.

wstęp: [Ten trend], o któ­rym już wszy­scy wie­dzą, [tam­ten trend], tak nie­zwy­kle skom­pli­ko­wany, że praw­do­po­dob­nie do tej pory o nim nie sły­sza­łeś, oraz [taki tam jesz­cze jeden trend], na pierw­szy rzut oka zupeł­nie z nimi nie­zwią­zany, sko­ja­rzone razem dopro­wa­dziły nas do (ści­śle taj­nej, pouf­nej, zastrze­żo­nej, zare­je­stro­wa­nej i opa­ten­to­wa­nej) kon­cep­cji zwięk­sze­nia war­to­ści naszych akcji poprzez [zro­bie­nie cze­goś tam]. Potrze­bu­jemy do tego celu [duża kwota] i już po [nie­zbyt długi czas] zwięk­szymy war­tość naszych akcji do [jesz­cze więk­sza kwota], chyba że [niebo pier­dyk­nie nam na głowy].

szcze­góły: Etap 1: Po zło­że­niu ślu­bów czy­sto­ści i abs­ty­nen­cji oraz pozby­ciu się wszel­kich dóbr mate­rial­nych, z wyjąt­kiem habi­tów z samo­działu, my (zob. załą­czone CV) prze­pro­wa­dzimy się do skrom­nego zestawu zło­mo­wa­nych chłodni pośrodku pustyni Gobi, gdzie ceny dzia­łek są tak niskie, że dopłaca się nam za ich zaj­mo­wa­nie. Tym samym przy­no­simy naszym udzia­łow­com war­tość jesz­cze przed roz­po­czę­ciem pracy. Żyjąc na dzien­nych racjach skła­da­ją­cych się z gar­ści suro­wego ryżu i cho­chli wody, zaczniemy [robić jakieś tam rze­czy].

Etap 2, 3, 4, ..., n-1: Następ­nie [zro­bimy jesz­cze inne rze­czy, cały czas pod­no­sząc war­tość naszych akcji], z wyjąt­kiem wypadku, gdy [w Zie­mię wal­nie aste­roid o śred­nicy powy­żej tysiąca kilo­me­trów; w tym bowiem przy­padku należy poczy­nić pewne dodat­kowe zało­że­nia: patrz arku­sze kal­ku­la­cyjne 397-413].

Etap n: Zanim jesz­cze wyschnie atra­ment na naszych nagro­dach Nobla, skon­fi­sku­jemy mają­tek naszych kon­ku­ren­tów, a także głup­ców, któ­rzy zain­we­sto­wali w ich żało­sne firmy. Wszyst­kich ich sprze­damy w nie­wolę. Powstałe zyski zostaną równo roz­dzie­lone mię­dzy akcjo­na­riu­szy, któ­rzy i tak pra­wie tego nie odczują, ponie­waż w tym momen­cie (patrz tabela 265), firma nasza będzie więk­sza niż Impe­rium Bry­tyj­skie u szczytu formy.

tabele i wykresy: [mnó­stwo stron zapeł­nio­nych drob­nym dru­kiem, wygod­nie pod­su­mo­wa­nych przez wykresy, wszyst­kie naj­wy­raź­niej przed­sta­wia­jące szy­bu­jące w niebo krzywe wykład­ni­cze, choć z wystar­cza­jącą ilo­ścią pseu­do­lo­so­wych zakłó­ceń, by wyglą­dały praw­do­po­dob­nie].

życio­rysy: Przy­po­mnij sobie pierw­sze kadry filmu Sied­miu wspa­nia­łych, a będziesz mógł pomi­nąć ten roz­dział; powi­nie­neś przy­czoł­gać się do nas na czwo­ra­kach i bła­gać nas o przy­wi­lej wypła­ca­nia nam pen­sji.

* * *

Dla Randy'ego i reszty biz­ne­splan jest jed­no­cze­śnie Torą, głów­nym har­mo­no­gra­mem, tek­stem moty­wa­cyj­nym i trak­ta­tem filo­zo­ficz­nym. Jest to żywy, dyna­miczny doku­ment. Jego arku­sze kal­ku­la­cyjne to palimp­se­sty, połą­czone z kon­tami firmy i jej finan­so­wymi danymi, tak że aktu­ali­zują się przy każ­dym wpły­wie i wypły­wie pie­nię­dzy. To obsłu­guje Beryl. Avi nato­miast zaj­muje się sło­wami -?abs­trak­cyj­nym szkie­le­tem planu oraz kon­kret­nymi szcze­gó­łami, które obja­śniają owe arku­sze, inter­pre­tu­jąc liczby. Ta część rów­nież mutuje z tygo­dnia na tydzień, gdy Avi otrzy­muje nowe dane z arty­ku­łów w azja­tyc­kim wyda­niu "Wall Street Jour­nal", roz­mów z rzą­do­wymi ofi­cje­lami w gigan­tycz­nych japoń­skich barach kara­oke, danych geo­gra­ficz­nych ska­pu­ją­cych z sate­li­tów oraz męt­nych tech­nicz­nych pism ana­li­zu­ją­cych naj­now­sze osią­gnię­cia tech­no­lo­gii świa­tło­wo­do­wych. Umysł Aviego prze­tra­wia także pomy­sły Randy'ego i pozo­sta­łych człon­ków grupy, wbu­do­wu­jąc je w plan. Co kwar­tał zapi­suje się stałą kopię biz­ne­splanu w jego aktu­al­nym kształ­cie, która po maki­jażu wędruje do inwe­sto­rów. Plan numer 5 ma wła­śnie zostać roze­słany, w pierw­szą rocz­nicę powsta­nia firmy. Wstępny szkic dostali kilka tygo­dni temu, w zaszy­fro­wa­nym e-mailu, któ­rego Randy nawet nie prze­czy­tał, zakła­da­jąc, że wie, co tam jest. Ale sub­telne alu­zje z ostat­nich kilku dni pod­po­wia­dają mu, żeby lepiej tam zaj­rzał i prze­ko­nał się, co rze­czy­wi­ście sie­dzi w tym cho­ler­nym pla­nie.

Odpala swego lap­topa, wtyka do niego kabel tele­fo­niczny, uru­cha­mia pakiet komu­ni­ka­cyjny i wybiera numer w Kali­for­nii. To ostat­nie zada­nie oka­zuje się łatwe, ponie­waż jest to nowo­cze­sny hotel, a Kina­kuta ma nowo­cze­sną sieć tele­fo­niczną. Gdyby nie było łatwe, pew­nie byłoby nie­moż­liwe.

W małej, zagra­co­nej, stale ciem­nej i pach­ną­cej gorą­cym pla­sti­kiem szafce na kable, w posie­ka­nym na kubiki biu­rze wynaj­mo­wa­nym przez firmę Novus Ordo Sec­lo­rum Sys­tems, wci­śnię­tym pomię­dzy firmę depo­zy­tor­ską a zniż­kowe biuro podróży, w naj­ba­nal­niej­szym moż­li­wym biu­rowcu z ery dys­ko­te­ko­wej w Los Altos, budzi się modem i wypluwa na linię tro­chę szumu. Ten szum podró­żuje pod powierzch­nią Pacy­fiku jako układ bły­sków w szkla­nym włók­nie, tak prze­zro­czy­stym, że gdyby zro­bić z niego cały ocean, z Kali­for­nii byłoby widać Hawaje. Infor­ma­cja dociera wresz­cie do kom­pu­tera Randy'ego, który odpo­wiada podob­nym szu­mem. Modem w Los Altos to jeden z sze­ściu podob­nych, pod­łą­czo­nych do tego samego kom­pu­tera, cał­kiem nor­mal­nie wyglą­da­ją­cego peceta w wie­żo­wej obu­do­wie, który cho­dzi non stop od jakichś ośmiu mie­sięcy. Z sie­dem mie­sięcy temu wyłą­czyli moni­tor, bo i tak tylko mar­no­wał prąd. A potem John Can­trell (czło­nek zarządu Novus Ordo Sec­lo­rum Sys­tems Inc., który zała­twił wsta­wie­nie tam tego ser­wera) poży­czył go sobie, gdyż jeden z kode­rów pra­cu­ją­cych nad naj­now­szą wer­sją Ordo potrze­bo­wał dru­giego moni­tora. Póź­niej Randy odłą­czył kla­wia­turę i mysz -?i tak bez moni­tora nie dałoby się wkle­pać niczego sen­sow­nego. Teraz stoi tam tylko cichutko szu­miący sza­ro­biały obe­lisk, nie­po­sia­da­jący inter­fejsu użyt­kow­nika, poza cyklo­pową zie­loną diodą, wpa­tru­jącą się w mroczny kra­jo­braz pustych pude­łek po pizzy.

Ale z tyłu ma gruby kon­cen­tryczny kabel łączący go z Inter­ne­tem. Kom­pu­ter Randy'ego gada z nim przez chwilę, nego­cju­jąc warunki pro­to­kołu PPP (słu­żą­cego do komu­ni­ka­cji po łączu tele­fo­nicz­nym), a potem jego malutki lap­top staje się także czę­ścią Inter­netu; może wysy­łać dane do Los Altos, a ów samotny kom­pu­ter, zwany Nagrob­kiem, skie­ruje je w stronę dzie­siąt­ków milio­nów innych maszyn w sieci.

Nagro­bek, znany sieci jako tomb­stone.epi­phyte.com, wie­dzie skromny żywot skrzynki pocz­to­wej i pod­ręcz­nego schowka dla pli­ków. Nie robi nic nad­zwy­czaj­nego, mogłoby to robić tysiąc ser­wi­sów sie­cio­wych -?taniej i łatwiej. Jed­nakże Avi, ze swym geniu­szem do prze­wi­dy­wa­nia naj­gor­szych moż­li­wych kata­strof, upie­rał się, że muszą posia­dać wła­sny ser­wer, a Randy i pozo­stali prze­pa­trzą kod jądra sys­temu wiersz po wier­szu, w poszu­ki­wa­niu luk w sys­te­mie bez­pie­czeń­stwa. W każ­dej księ­garni nad Zatoką leżały sterty trzech róż­nych ksią­żek opi­su­ją­cych, jak słynny crac­ker prze­jął cał­ko­witą kon­trolę nad kil­koma ze zna­nych ser­wi­sów inter­ne­to­wych. Dla­tego wła­śnie Epi­phyte nie mogła uży­wać takich ser­wi­sów do prze­cho­wy­wa­nia swych taj­nych doku­men­tów, a potem z czy­stym sumie­niem twier­dzić, że zacho­wuje nale­żytą sta­ran­ność w inte­re­sie akcjo­na­riu­szy. Stąd wziął się tomb­stone.epi­phyte.com.

Randy loguje się i spraw­dza pocztę: czter­dzie­ści sie­dem wia­do­mo­ści, w tym jedna sprzed dwóch dni, od Aviego, zaty­tu­ło­wana "epi­phy­te­Biz­Plan. 5.4.ordo". Biz­ne­splan firmy Epi­phyte, 5 wyda­nie, wer­sja 4, w for­ma­cie, który odczy­tać może jedy­nie [Novus] Ordo [Sec­lo­rum], pro­gram, będący wła­sno­ścią firmy o tej samej nazwie; tak się składa, że jego trud­niej­sze frag­menty napi­sał sam John Can­trell.

Randy poleca kom­pu­te­rowi ścią­gnąć ten plik -?to chwilę potrwa. Tym­cza­sem prze­wija sobie nagłówki pozo­sta­łych wia­do­mo­ści, spraw­dza­jąc tytuły, nazwi­ska nadaw­ców i wiel­kość, pró­bu­jąc przede wszyst­kim wyczaić, które z nich można wywa­lić bez czy­ta­nia.

Dwie odpa­dają od razu, bo przy­cho­dzą spod adresu koń­czą­cego się na "aol.com", w cyber­prze­strzeni jest to oko­lica zamiesz­kana przez dzie­ciaki i ich rodzi­ców -?ni­gdy przez stu­den­tów, hac­ke­rów czy gości pra­cu­ją­cych z zaawan­so­waną tech­no­lo­gią. Obie są od adwo­kata Randy'ego, usi­łu­ją­cego w moż­li­wie naj­ła­god­niej­szy spo­sób roz­se­pa­ro­wać sprawy finan­sowe jego i Char­lene. Randy czuje, jak wzra­sta mu ciśnie­nie krwi, a miliony naczyń wło­so­wa­tych w mózgu obrzy­dli­wie bul­go­czą. Na szczę­ście, te listy są bar­dzo krót­kie, a tematy wyglą­dają nie­szko­dli­wie, więc zaraz się uspo­kaja i posta­na­wia teraz się nimi nie przej­mo­wać.

Pięć e-maili pocho­dzi z kom­pu­te­rów o nie­zwy­kle zna­jo­mych nazwach - znaj­du­ją­cych się w uczel­nia­nej sieci, którą kie­dyś zarzą­dzał. Wysłali je admi­ni­stra­to­rzy sys­te­mów, któ­rzy prze­jęli je po nim i zawsze zada­wali mu wszyst­kie łatwe pyta­nia, w rodzaju: "Gdzie naj­le­piej zama­wiać pizzę?" i "Gdzie scho­wa­łeś zszywki?", a teraz doszli do punktu, w któ­rym wysy­łają mu kawały skom­pli­ko­wa­nego kodu, napi­sa­nego prze­zeń wiele lat temu, z pyta­niami typu: "Czy to jest błąd, czy coś nie­sa­mo­wi­cie cwa­nego, i jesz­cze tego nie zro­zu­mia­łem?". Randy posta­na­wia chwi­lowo je zigno­ro­wać.

Z tuzin wia­do­mo­ści od przy­ja­ciół, prze­waż­nie zawie­ra­ją­cych inter­ne­towy humor, który czy­tał już sto razy. Kolejny tuzin -?od innych pra­cow­ni­ków Epi­phyte; na ogół cho­dzi o uzgad­nia­nie ter­mi­nów, bo jutro mają się wszy­scy spo­tkać na Kina­ku­cie.

Pozo­staje jesz­cze około tuzina listów nale­żą­cych do szcze­gól­nej kate­go­rii, nie­ist­nie­ją­cej tydzień temu, zanim uka­zał się nowy "TURING Maga­zine", zawie­ra­jący arty­kuł o pro­jek­cie prze­cho­walni danych na Kina­ku­cie, a na okładce zdję­cie Randy'ego na łodzi, na Fili­pi­nach. Avi tro­chę się nabie­gał, żeby wci­snąć im ten arty­kuł -?chciał mieć czym poma­chać przed twa­rzami pozo­sta­łych uczest­ni­ków jutrzej­szego spo­tka­nia. "TURING" jest pismem do tego stop­nia atrak­cyj­nym wizu­al­nie, że nie da się go oglą­dać bez oku­la­rów spa­wal­ni­czych, dla­tego upie­rali się przy zdję­ciu. Wysłali foto­grafa do Krypty. Oka­zała się nie­fo­to­ge­niczna. Nastą­piło zamie­sza­nie. Foto­graf pole­ciał nad Zatokę Manil­ską, gdzie zro­bił zdję­cie Randy'ego sto­ją­cego na łodzi obok wiel­kiej szpuli poma­rań­czo­wego kabla, na tle wyła­nia­ją­cego się ze smogu wul­kanu. Maga­zyn wpraw­dzie nie znaj­dzie się w kio­skach wcze­śniej niż za mie­siąc, ale ów arty­kuł jest w sieci już od tygo­dnia, wzbu­dza­jąc wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie na liście dys­ku­syj­nej Miło­śni­ków Tajem­nic -?tam gdzie poja­wiają się wszy­scy ci geniu­sze w rodzaju Johna Can­trella i dys­ku­tują nad naj­now­szymi algo­ryt­mami mie­sza­ją­cymi i gene­ra­to­rami liczb pseu­do­lo­so­wych. Ponie­waż na zdję­ciu poja­wił się aku­rat Randy, sku­pili się na nim, bio­rąc go za pomy­sło­dawcę całej idei. Stąd wzięła się nowa kate­go­ria listów w skrzynce pocz­to­wej Randy'ego: nie­pro­szone rady i kry­tyka od kryp­to­ma­nia­ków z całego świata. Teraz w skrzynce odbior­czej ma czter­na­ście takich wia­do­mo­ści, w tym osiem od osoby lub grupy osób, pod­pi­su­ją­cych się jako admi­rał Iso­roku Yama­moto.

Kusi go, by je zigno­ro­wać, ale jest mały pro­blem: więk­szość ludzi od Miło­śni­ków Tajem­nic jest co naj­mniej z dzie­sięć razy bystrzej­sza od niego. Na tej liście w każ­dej chwili można zoba­czyć, jak rosyj­ski pro­fe­sor mate­ma­tyki wymie­nia ciosy z pro­fe­sorem z Indii, kilo­bajt po kilo­baj­cie, a obiek­tem dys­ku­sji jest jakiś zadzi­wia­jąco drobny niu­ans teo­rii liczb pierw­szych, co kilka dni zaś poja­wia się cudowne, kar­mione przez rurkę dziecko z Cam­bridge, z jesz­cze bar­dziej zadzi­wia­ją­cym uza­sad­nie­niem, dla­czego mia­no­wi­cie obaj się mylą.

Więc kiedy tego pokroju osoby wysy­łają mu e-maile, Randy stara się przy­naj­mniej na nie zer­k­nąć. Tro­chę podejrz­li­wie odnosi się do tych pod­pi­sa­nych "admi­rał Iso­roku Yama­moto", albo cyfrą 56 (kryp­to­ni­mem go ozna­cza­ją­cym). Ale to, że ci goście są wręcz obłęd­nie roz­po­li­ty­ko­wani, nie ozna­cza, że nie znają się na mate­ma­tyce.

Do: randy@tomb­stone.epi­phyte.com

Od: 56@pral­nia.org

Temat: prze­cho­wal­nia danych

Masz gdzieś w sieci swój klucz publiczny? Chciał­bym z Tobą poko­re­spon­do­wać, ale nie chcę, żeby to wszystko czy­tał Paul Com­stock :) Mój klucz publiczny, jeśli tylko masz ochotę odpo­wie­dzieć, jest taki:

-?KLUCZ PUBLICZNY ORDO

(mnó­stwo krzacz­ków)

-?KONIEC KLU­CZA PUBLICZ­NEGO ORDO.

Twoja kon­cep­cja prze­cho­walni danych ma pewne istotne ogra­ni­cze­nie. Co będzie, jeśli rząd Fili­pin ode­tnie Ci kabel? Albo jeśli dobry Suł­tan zmieni zda­nie i posta­nowi zna­cjo­na­li­zo­wać Twoje kom­pu­tery i prze­czy­tać wszyst­kie dyski? Potrzebna jest nie JEDNA prze­cho­walnia ale cała SIEĆ prze­cho­walni -?rzecz bar­dziej nie­za­wodna, podob­nie jak Inter­net jest bar­dziej nie­za­wodny niż jedna maszyna.

Pod­pi­sano,

Admi­rał Iso­roku Yama­moto, który pie­czę­tuje się tak:

-?POD­PIS CYFROWY ORDO

(mnó­stwo krzacz­ków)

-?KONIEC POD­PISU CYFRO­WEGO ORDO.

Randy zamyka ten list, nie odpo­wia­da­jąc. Avi nie życzy sobie, żeby roz­ma­wiali z Miło­śni­kami Tajem­nic, z obawy, że zostaną oskar­żeni o kra­dzież czy­ichś pomy­słów, dla­tego odpo­wie­dzią na wszyst­kie takie e-maile jest sza­blon, za który Avi zapła­cił z dzie­sięć tysięcy dola­rów jakie­muś praw­ni­kowi, spe­cja­li­ście od ochrony wła­sno­ści inte­lek­tu­al­nej.

Czyta kolejny list, po pro­stu z uwagi na adres zwrotny:

Od: root@pal­las.eru­di­to­rum.org

Na kom­pu­te­rze pra­cu­ją­cym pod sys­te­mem Unix, "root" to nazwa Boga wśród użyt­kow­ni­ków, tego, który może czy­tać, usu­wać i zmie­niać wszyst­kie pliki, uru­cho­mić każdy pro­gram, doda­wać nowych użyt­kow­ni­ków i usu­wać ist­nie­ją­cych. Tak więc, kiedy otrzyma się e-mail od kogoś takiego, to tak jakby dostało się list, w któ­rym nadawca tytu­łuje się w nagłówku pre­zy­den­tem lub gene­ra­łem. Randy był swego czasu rootem na wielu róż­nych sys­te­mach, w tym kilku war­tych dzie­siątki milio­nów dola­rów, zatem kul­tura zawo­dowa naka­zuje, by przy­naj­mniej prze­czy­tał ten list.

Prze­czy­ta­łem o Waszym pro­jek­cie.

Dla­czego to robi­cie?

A po tym blok pod­pisu cyfro­wego Ordo.

Należy przy­jąć, że jest to próba nawią­za­nia filo­zo­ficz­nej dys­ku­sji. Deba­to­wa­nie przez Inter­net z ano­ni­mo­wymi nie­zna­jo­mymi to zabawa dla fra­je­rów -?prze­waż­nie oka­zują się zadu­fa­nymi szes­na­sto­lat­kami dys­po­nu­ją­cymi nie­ogra­ni­czoną ilo­ścią wol­nego czasu. Bądź też są od nich nie do odróż­nie­nia. Nie­mniej, adres "root" ozna­cza, że ta osoba admi­ni­struje dużym kom­pu­te­rem albo (co bar­dziej praw­do­po­dobne) ma w domu kom­pu­ter dzia­ła­jący pod Finuk­sem. Jed­nakże nawet domowy użyt­kow­nik Finuksa stoi o kilka szcze­bli wyżej niż prze­ciętny sur­fu­jący po Inter­ne­cie ama­tor.

Randy otwiera okienko ter­mi­nalu i pisze:

whois eru­di­to­rum.org

a sekundę póź­niej otrzy­muje blok tek­stu z usługi Inter­NIC:

eru­di­to­rum.org (Socie­tas Eru­di­to­rum)

oraz zwy­kły adres: skrzynka pocz­towa w Lip­sku, w Niem­czech.

A potem kilka nume­rów tele­fo­nów. Wszyst­kie mają kie­run­kowy do Seat­tle. Ale trzy następne cyfry wydają się Randy'emu zna­jome: to numer do firmy prze­kie­ro­wu­ją­cej połą­cze­nia, popu­lar­nej wśród czę­sto podró­żu­ją­cych osób -?takiej, która prze­syła twoje wia­do­mo­ści gło­sowe, faksy i tym podobne tam, gdzie się w danej chwili znaj­du­jesz. Cały czas korzy­sta z tego na przy­kład Avi.

Prze­wi­ja­jąc dalej, Randy widzi:

Rekord zak­tu­ali­zo­wany: 98-11-18

Rekord utwo­rzony: 90-03-01.

"90" natych­miast rzuca się w oczy. W Inter­ne­cie to data pre­hi­sto­ryczna. Ozna­cza to, że Socie­tas Eru­di­to­rum nie­źle wyprze­dzało resztę pele­tonu. Zwłasz­cza że są z Lip­ska, który pod­ów­czas znaj­do­wał się w NRD.

Ser­wery domeny w nastę­pu­ją­cej kolej­no­ści:

NS.SF.PRAL­NIA.ORG

...a potem cztery liczby prze­dzie­lone krop­kami -?adres "pralni.org", która jest usługą ano­ni­mi­zu­jącą pakiety sie­ciowe. Korzy­sta z niej wielu Miło­śni­ków Tajem­nic -?"pral­nia" nie pozwala wytro­pić, skąd dokład­nie łączą się z sie­cią.

Wszystko to nic nie zna­czy, ale Randy nie może ze spo­koj­nym sumie­niem zało­żyć, że dostał ów list od znu­dzo­nego szes­na­sto­latka. Praw­do­po­dob­nie powi­nien wysłać jakąś zdaw­kową odpo­wiedź, ale oba­wia się, że zachęci go do wysła­nia pro­po­zy­cji wej­ścia do inte­resu; pew­nie do jakiejś podej­rza­nej firmy z branży high-tech, poszu­ku­ją­cej kapi­tału.

W naj­now­szej wer­sji biz­ne­splanu pew­nie zna­la­złoby się wyja­śnie­nie, dla­czego Epi­phyte(2) buduje Kryptę. Randy mógłby je po pro­stu wyciąć i wkleić do odpo­wie­dzi dla root@pal­las.eru­di­to­rum.org. Byłyby to jakieś okrą­głe zda­nia, miłe dla ucha udzia­łow­ców, a więc tro­chę by gościa odstrę­czyły. Przy odro­bi­nie szczę­ścia może prze­stałby go męczyć. Klika więc na ikonkę Ordo -?pira­midę z okiem. Otwiera się nie­wiel­kie okienko do wpi­sy­wa­nia pole­ceń. Ordo ma rów­nież bar­dzo ładny inter­fejs gra­ficzny; Randy nim pogar­dza. Menu i przy­ci­ski -?to nie dla niego. Pisze:

>decrypt epi­phy­te­Biz­Plan.5.4.ordo

Kom­pu­ter odpo­wiada:

Potwierdź swoją toż­sa­mość: wpro­wadź zda­nie-hasło, albo wpisz "bio" w celu uru­cho­mie­nia iden­ty­fi­ka­cji bio­me­trycz­nej.

Do odszy­fro­wa­nia pliku Ordo potrze­buje klu­cza pry­wat­nego: wszyst­kich 4096 bitów naraz. Klucz jest zapi­sany na twar­dym dysku Randy'ego. Ale czarne cha­rak­tery mogą wła­mać się do pokoju hote­lo­wego i odczy­tać zawar­tość dysku, dla­tego sam klucz rów­nież jest zaszy­fro­wany. Ordo potrze­buje więc klu­cza do klu­cza, któ­rym jest (to jedyne ustęp­stwo Can­trella na rzecz przy­ja­zno­ści użyt­kow­ni­kowi) hasło-zda­nie: ciąg słów, łatwiej­szy do zapa­mię­ta­nia niż 4096 cyfr dwój­ko­wych. Ale musi być to dłu­gie zda­nie: ina­czej szyfr będzie zbyt łatwy do zła­ma­nia.

Kiedy Randy ostatni raz zmie­niał hasło, czy­tał jakieś wspo­mnie­nia z II wojny świa­to­wej. Pisze:

> Nipy z gar­dło­wymi okrzy­kami "ban­zai" wyro­ili się z oko­pów, bły­ska­jąc mie­czami i bagne­tami w pro­mie­niach naszych reflek­to­rów

i naci­ska kla­wisz "Enter". Ordo odpo­wiada:

nie­pra­wi­dłowe hasło

spró­buj jesz­cze raz, albo wpisz "bio" w celu uru­cho­mie­nia iden­ty­fi­ka­cji bio­me­trycz­nej.

Randy klnie i pisze to samo jesz­cze kilka razy, nie­znacz­nie zmie­nia­jąc inter­punk­cję. Nie pomaga.

Z despe­ra­cji i z cie­ka­wo­ści, pisze:

bio

a pro­gram odpo­wiada:

Nie mogę zna­leźć pliku z kon­fi­gu­ra­cją bio­me­tryczną.

Poga­daj z Can­trel­lem :-/

Natu­ral­nie, nie jest to nor­malne zacho­wa­nie tego pro­gramu. Ordo nie ma iden­ty­fi­ka­cji bio­me­trycz­nej, a jego komu­ni­katy nie wymie­niają po nazwi­sku ani Can­trella, ani nikogo innego. Naj­wy­raź­niej Can­trell napi­sał jakiś dodat­kowy modu­lik i roze­słał go do swych kole­gów z firmy Epi­phyte(2).

-?No dobra -?mówi Randy.

Pod­nosi słu­chawkę i wykręca numer jego pokoju. Ponie­waż hotel jest nowiutki, odzywa się skrzynka gło­sowa Can­trella. Zadał sobie nawet trud, żeby nagrać na niej powi­ta­nie:

-?Mówi John Can­trell z firmy Novus Ordo Sec­lo­rum oraz Epi­phyte. Infor­ma­cja dla osób, które dzwo­niły na mój uni­wer­salny numer tele­fonu i nie mają poję­cia, gdzie jestem: otóż jestem w hotelu Foote Man­sion w Suł­ta­na­cie Kina­kuty -?sprawdź­cie w porząd­nym atla­sie. Jest godzina szes­na­sta, dwu­dzie­sty pierw­szy maja, czwar­tek. Praw­do­po­dob­nie jestem "Pod Bombą i Kotwicą".

* * *

"Pod Bombą i Kotwicą" to hote­lowy bar o pirac­kiej sty­li­za­cji, wcale nie tak fał­szy­wej, jak suge­ruje ta nazwa. Ozda­bia go (wśród innych muze­al­nych eks­po­na­tów) kilka auten­tycz­nie wyglą­da­ją­cych mosięż­nych dział. John Can­trell sie­dzi przy naroż­nym sto­liku. Jak na czło­wieka w kow­boj­skim kape­lu­szu, nie­zbyt się rzuca w oczy. Na stole ma otwar­tego lap­topa, tuż obok jakie­goś drinka z rumem, poda­nego w wazie do zupy, połą­czo­nego z ustami Can­trella pół­me­trową słomką. Pociąga łyk i kle­pie w kla­wia­turę. Dru­żyna wyglą­da­ją­cych na twar­dzieli chiń­skich biz­nes­me­nów przy barze przy­gląda mu się nie­do­wie­rza­jąco; kiedy widzą nad­cho­dzą­cego Randy'ego, z dru­gim lap­to­pem, coś pomru­kują. Patrz­cie no, teraz już jest dwóch takich!

Can­trell unosi wzrok i się uśmie­cha. Uśmiech­nięty zawsze wygląda dia­bo­licz­nie. Trium­fal­nie ści­skają sobie dło­nie. Choć prze­je­chali się tylko jumbo jetami, czują się jak Stan­ley i Living­stone.

-?Nie­zła opa­le­ni­zna -?rzuca kpiąco Can­trell, krę­cąc wąsik.

Zasko­czony Randy dwa razy zaczyna coś mówić i prze­rywa, w końcu poko­nany kręci głową. Obaj się śmieją.

-?Opa­li­łem się na łodziach, a nie na hote­lo­wym base­nie. Przez ostat­nie kilka tygo­dni nic tylko gasi­łem różne pożary.

-?Mam nadzieję, że żad­nych poważ­nych. Nic, co by wpły­nęło na war­tość naszych udzia­łów -?rzuca z kamienną twa­rzą Can­trell.

Randy dodaje:

-?Ty za to jesteś zachę­ca­jąco blady.

-?Po mojej stro­nie wszystko idzie świet­nie -?mówi Can­trell. -?Tak jak sądzi­łem: mnó­stwo Miło­śni­ków Tajem­nic pali się do pracy nad praw­dziwą prze­cho­wal­nią danych.

Randy zama­wia guin­nessa.

-?Prze­wi­dy­wa­łeś także, że więk­szość tych gości będzie nie­zdy­scy­pli­no­wana i roz­trze­pana.

-?Tych nie zatrud­ni­łem. A skoro wszyst­kimi oso­bli­wymi rze­czami zaj­muje się Eb, to na pewno damy radę prze­tur­lać się przez te kilka pro­gów zwal­nia­ją­cych, które żeśmy napo­tkali.

-?Widzia­łeś Kryptę?

Can­trell unosi brew i rzuca mu nie­ska­zi­telną imi­ta­cję para­no­icz­nego spoj­rze­nia.

-?Pra­wie jak ten bun­kier NORAD w Colo­rado Springs.

-?No, pew­nie! -?Randy się śmieje. -?W Górach Cze­je­nów.

-?Jest za duży -?oświad­cza Can­trell. Wie, że Randy myśli to samo.

Dla­tego to Randy wciela się w advo­ca­tus dia­boli.

-?Ale suł­tan wszystko robi duże. Na wiel­kim lot­ni­sku wiszą jego wiel­kie por­trety.

Can­trell kręci głową.

-?Mini­ster­stwo Infor­ma­cji to poważne przed­się­wzię­cie. Nie wymy­ślił go suł­tan, ale jego tech­no­kraci.

-?Podobno Avi tro­chę ich zmięk­czył...

-?Może i tak. Ale ci faceci, na przy­kład taki Moham­med Pra­gasu, wszy­scy są po naukach ści­słych na Stan­for­dzie, Oxfor­dzie czy Sor­bo­nie. Wszystko aż po zawiasy do drzwi skon­stru­owali Niemcy. Ta jaski­nia nie ma być pomni­kiem ku czci suł­tana.

-?No pew­nie, to nie jest pro­jekt pro­pa­gan­dowy -?odpo­wiada Randy, myśląc o chłod­nej hali kom­pu­te­ro­wej, którą trzy­sta metrów pod mgli­stym lasem buduje Tom Howard.

-?Czyli musi ist­nieć jakieś racjo­nalne wytłu­ma­cze­nie tego ogromu.

-?Może jest w biz­ne­spla­nie? -?strzela Randy.

Can­trell wzru­sza ramio­nami: on też go nie czy­tał.

-?Ostatni, który prze­czy­ta­łem od deski do deski, to Plan Numer Jeden. Rok temu -?wyznaje Randy.

-?Ten był dobry -?mówi Can­trell23.

Randy zmie­nia temat:

-?Zapo­mnia­łem swo­jego hasła. Musisz mi zro­bić ten bio­me­tryczny wyna­la­zek.

-?Tu jest za gło­śno. On słu­cha two­jego głosu, prze­pusz­cza przez Fouriera i zapa­mię­tuje kilka naj­waż­niej­szych para­me­trów. Zro­bimy to póź­niej, u mnie w pokoju.

Randy czuje, że musi wyja­śnić, dla­czego nie odpi­sy­wał.

-?Cał­kiem pochło­nęły mnie sprawy łączy tego avcla w Manili.

-?No, i jak tam?

-?Posłu­chaj. Moja praca jest dość pro­sta -?wyja­śnia Randy. -?Mamy ten gruby nip­poń­ski kabel z Taj­wanu na Luzon. Na każ­dym końcu stoi router. Potem jest sieć krót­kich kabel­ków mię­dzy wyspami. Kładą je wła­śnie goście z avcla. Jak wiesz, każdy z nich rów­nież ma routery na obu koń­cach. Moim zada­niem było zapro­gra­mo­wa­nie ich, tak żeby dane z Taj­wanu na Kina­kutę zawsze miały zie­lone świa­tło.

Can­trell odwraca wzrok; boi się, że go to znu­dzi. Randy nie­mal kła­dzie się na stole, ponie­waż wie, że to nie jest nudne.

-?Posłu­chaj, John! Jesteś dużą firmą od kart kre­dy­to­wych!

-?No dobra. -?Can­trell, lekko zde­ner­wo­wany, patrzy mu w oczy.

-?Trzy­masz dane w prze­cho­walni na Kina­ku­cie. Musisz ścią­gnąć stam­tąd tera­bajt bar­dzo waż­nych danych. Zaczy­nasz -?zaszy­fro­wane bajty z wizgiem lecą przez Fili­piny na Taj­wan, giga­bajt na sekundę, a stam­tąd do Sta­nów. -?Randy dra­ma­tycz­nie urywa i pociąga łyk guin­nessa. -?A wtedy koło Cebu wywraca się prom.

-?I co z tego?

-?W ciągu dzie­się­ciu minut sto tysięcy Fili­piń­czy­ków naraz pod­nosi słu­chawki tele­fo­nów.

Can­trell ude­rza się dło­nią w czoło.

-?O rany!

-?No to już rozu­miesz! Kon­fi­gu­ro­wa­łem tę sieć tak, żeby nie­za­leż­nie od wszyst­kiego te dane na­dal pły­nęły do two­jej firmy. Co naj­wy­żej tro­chę wol­niej.

-?Widzę, że mia­łeś z tym sporo pracy.

-?Wła­śnie te routery dały mi do myśle­nia na temat szyb­ko­ści. Tak się składa, że to dobre routery. Ale po pro­stu nie mają wystar­cza­ją­cej prze­pu­sto­wo­ści, by zapeł­nić Kryptę o tej wiel­ko­ści ani by uza­sad­nić ją z eko­no­micz­nego punktu widze­nia.

-?Sedno wyja­śnień Aviego i Beryl to: Epi­phyte nie jest już posia­da­czem jedy­nego łącza pro­wa­dzą­cego do Krypty.

-?Ale kła­dziemy prze­cież ten kabel na Pala­wan...

-?Pachołki suł­tana ścią­gały tutaj inne firmy -?mówi Can­trell. -?Avi i Beryl mówią ogród­kami, ale po wymia­nie zdań z Tomem i wycią­gnię­ciu wnio­sków, wydaje mi się, że w stronę Kina­kuty zmie­rzają dwa kolejne kable.

-?Super! -?woła Randy. To tylko przy­cho­dzi mu do głowy: -?Super! - Pochła­nia pół szkla­nicy guin­nessa. -?To ma sens. Skoro już robią to z nami, mogą powtó­rzyć z innymi dostaw­cami łączy.

-?Naszym przy­kła­dem ścią­gnęli tu innych.

-?No to... pyta­nie brzmi: czy kabel przez Fili­piny jest nam na­dal potrzebny? Czy my go chcemy?

-?Tak -?odpo­wiada Can­trell.

-?Jest?

-?Nie, mia­łem na myśli, że: tak, to jest pyta­nie.

Randy się zasta­na­wia.

-?Wła­ści­wie, to może być dobra wia­do­mość dla two­jej czę­ści ope­ra­cji. Wię­cej ruro­cią­gów do Krypty ozna­cza na dłuż­szą metę wię­cej klien­tów.

Can­trell unosi brwi, zanie­po­ko­jony o odczu­cia Randy'ego. Randy odchyla się do tyłu ze stoł­kiem i mówi:

-?Już dys­ku­to­wa­li­śmy o tym, czy firma Epi­phyte wła­ści­wie powinna pie­przyć się z tymi kablami i route­rami w całych Fili­pi­nach.

Can­trell mówi:

-?Biz­ne­splan cały czas powta­rzał, że prze­cią­gnię­cie kabla przez Fili­piny mia­łoby eko­no­miczny sens, nawet gdyby na jego końcu nie było Krypty.

-?Biz­ne­splan musi twier­dzić, że sieć wewnątrz­fi­li­piń­ska może dzia­łać jako nie­za­leżna firma i na­dal prze­żyć, po to żeby uza­sad­nić, że ją robimy.

Nie trzeba mówić nic wię­cej. Bar­dzo inten­syw­nie sku­piali się na sobie nawza­jem, odwró­ceni do reszty baru ple­cami, a teraz obaj naraz pro­stują się, prze­cią­gają i zaczy­nają roz­glą­dać wokół. W samą porę, poja­wił się bowiem Goto Furu­de­nendu z bry­gadą, jak zga­duje Randy, inży­nie­rów budow­la­nych: dobrze wyglą­da­ją­cych, schlud­nych Nip­poń­czy­ków około trzy­dziestki. Randy zapra­sza go uśmie­chem, potem kiwa na kel­nera i zama­wia kilka nip­poń­skich piw, gorz­kich, zim­nych i ser­wo­wa­nych w wiel­kich butlach.

-?A, przy­po­mniało mi się, Miło­śnicy Tajem­nic strasz­nie się mną inte­re­sują -?rzuca Randy.

Can­trell uśmie­cha się, zdra­dza­jąc sen­ty­ment dla tych waria­tów.

-?Bystrzy para­no­icy to fun­da­ment kryp­to­lo­gii -?mówi -?ale nie zawsze znają się na biz­ne­sie.

-?Znają się chyba aż za dobrze -?kontr­uje Randy.

Gdzieś głę­boko pozo­staje w nim iry­ta­cja, że zszedł do baru, żeby się dowie­dzieć, co odpi­sać do root@eru­di­to­rum.org w odpo­wie­dzi na jego pyta­nie ("Dla­czego to robi­cie?"), a wciąż nie ma o tym poję­cia. Wła­ści­wie to wie mniej niż przed­tem.

Potem faceci od Goto dołą­czają do nich. Wpa­dają także Eber­hard Föhr i Tom Howard. Nastę­puje kom­bi­na­to­ryczna eks­plo­zja wizy­tó­wek i przed­sta­wia­nia się nawza­jem. Wygląda to na uzgad­nia­nie pro­to­ko­łów przed jakąś potężną popi­jawą -?Randy, sta­wia­jąc im piwo, nie­chcący wyzwał ich na poje­dy­nek w grzecz­no­ści, muszą więc wyka­zać, że w takim kon­kur­sie nie dadzą się poko­nać. Zsu­wają się sto­liki, atmos­fera staje się wręcz nie­wia­ry­god­nie luźna. Eb też musi posta­wić kolejkę piw. Nie­ba­wem impreza obniża loty aż do poziomu kara­oke. Randy wstaje i śpiewa "Me and You and a Dog Named Boo". To łatwe: pio­senka jest relak­sowa, łagodna, nie­wy­ma­ga­jąca sza­fo­wa­nia emo­cjami. Ani umie­jęt­no­ściami wokal­nymi.

W pew­nej chwili Tom Howard obej­muje sto­łek Can­trella, żeby tym wygod­niej krzy­czeć mu w ucho. Ich iden­tyczne eutro­piczne bran­so­letki, z wygra­we­ro­waną instruk­cją: "Hej, dok­torku, zamroź mnie tak i tak", błysz­czą i rzu­cają się w oczy; Randy nie­po­koi się, że zaraz zauważy je któ­ryś z Nip­poń­czy­ków i zacznie zada­wać pyta­nia, na które bar­dzo trudno odpo­wie­dzieć. Tom przy­po­mina Can­trel­lowi o czymś (z jakie­goś powodu zawsze mówią o Can­trellu w ten spo­sób -?po pro­stu nie­które osoby są stwo­rzone do woła­nia po nazwi­sku). Can­trell kiwa głową i rzuca Randy'emu poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. Kiedy ten spo­gląda na niego, Can­trell prze­pra­sza­jąco spusz­cza wzrok i zaczyna ner­wowo ści­skać dłońmi butelkę po piwie. Tom cały czas patrzy z zain­te­re­so­wa­niem na Randy'ego. Po wszyst­kich tych ukrad­ko­wych zer­k­nię­ciach wszy­scy trzej lądują w końcu przy prze­ciw­nym końcu baru.

-?A więc znasz Loeba -?mówi Can­trell. Widać, że jest tym zde­gu­sto­wany, a jed­no­cze­śnie pod wra­że­niem, jakby się dowie­dział, że Randy kie­dyś pobił kogoś na śmierć gołymi rękami, a potem ni­gdy nikomu o tym nie wspo­mniał.

-?Znam -?odpo­wiada Randy. -?Tak dobrze, jak w ogóle da się poznać takiego faceta.

Can­trell nad­mier­nie sku­pia się na zdzie­ra­niu nalepki z butelki piwa, wątek podej­muje zatem Tom:

-?Robi­li­ście razem biz­nes?

-?Wła­ści­wie nie. Mogę spy­tać, skąd wy o tym wie­cie? To zna­czy, skąd w ogóle wie­cie, że ist­nieje jakiś tam Andrew Loeb? Przez tę sprawę z Digi­bom­be­rem?

-?No, nie, to było dużo póź­niej. Andy stał się dość znaną posta­cią w pew­nych krę­gach, w któ­rych obra­camy się z Tomem -?mówi Can­trell.

-?Jedyne kręgi, z jakimi mi się koja­rzy, to grupy prze­trwa­nia w warun­kach pier­wot­nych oraz goście uwa­ża­jący, że zostali rytu­al­nie wyko­rzy­stani przez sata­ni­stów.

Randy rzuca te słowa bez zasta­no­wie­nia, jak teleks dru­ku­jący pro­gnozę pogody. Zda­nie zawisa w powie­trzu.

-?To wyja­śnia kilka rze­czy -?odzywa się wresz­cie Tom.

-?Co sobie pomy­śla­łeś, kiedy FBI zro­biło mu w domku rewi­zję? -?pyta Can­trell. Znów szcze­rzy zęby.

-?Nie wie­dzia­łem, co myśleć. Pamię­tam, że oglą­da­łem w wia­do­mo­ściach nagra­nie, jak agenci wyno­szą z tej jego szopy pudła z dowo­dami rze­czo­wymi, i myśla­łem, że moje nazwi­sko musi tam gdzieś być.

-?A FBI kon­tak­to­wało się w ogóle z tobą? -?pyta Tom.

-?Nie. Chyba jak prze­szu­kali te wszyst­kie papiery, szybko doszli do wnio­sku, że to nie Digi­bom­ber, i skre­ślili go z listy.

-?I zaraz po tym zda­rze­niu Loeb poja­wił się w sieci -?dodaje Can­trell.

-?Nie mogę w to uwie­rzyć.

-?My też nie mogli­śmy. Wiesz, wszy­scy dosta­wa­li­śmy egzem­pla­rze jego mani­fe­stów, wydru­ko­wane na tym sza­rym papie­rze z surow­ców wtór­nych, podob­nym do tych postrzę­pio­nych arku­szy, jakie się wyciąga z fil­tra w pralce.

-?Uży­wał jakie­goś orga­nicz­nego, wod­nego atra­mentu, który łusz­czył się jak czarny łupież -?mówi Tom.

-?Śmia­li­śmy się kie­dyś, że na wszyst­kich biur­kach walają się pozo­sta­ło­ści po jego wypo­ci­nach -?powiada Can­trell. -?Więc, kiedy gość nazwi­skiem Andy Loeb poja­wił się na liście mailin­go­wej Miło­śni­ków Tajem­nic i w gru­pie Eutro­pia i zaczął przy­sy­łać kilo­me­trowe tyrady, nikt z nas nie uwie­rzył, że to on.

-?Sądzi­li­śmy, że zwy­czaj­nie ktoś siadł i napi­sał zna­ko­mite paro­die jego tek­stów.

-?Ale kiedy przy­cho­dziły codzien­nie, a potem zaczął się wda­wać z ludźmi w sąż­ni­ste dys­ku­sje, stało się oczy­wi­ste, że to on -?mru­czy Tom.

-?Jak­żeż on zdo­łał to pogo­dzić z fak­tem, że jest lud­dy­stą?

Can­trell:

-?Powie­dział, że zawsze uwa­żał kom­pu­tery za siłę, która alie­nuje i ato­mi­zuje spo­łe­czeń­stwo.

Tom:

-?Ale ponie­waż przez czas jakiś był podej­rza­nym numer jeden w spra­wie Digi­bom­bera, chcąc nie chcąc, zapo­znał się z Inter­ne­tem, który zmie­nił naturę kom­pu­te­rów, łącząc je ze sobą.

-?O rany! -?wykrzy­kuje Randy.

-?Roz­my­ślał o Inter­ne­cie przez cały czas, kiedy robił to, co zwykł robić Andrew Loeb -?cią­gnie Tom.

Randy:

-?Obo­zo­wa­nie na golasa w lodo­wa­tym gór­skim stru­mie­niu, łapa­nie i zabi­ja­nie gołymi rękoma szczu­rów piż­mo­wych.

Tom:

-?I zdał sobie sprawę, że kom­pu­tery mogą być narzę­dziem jed­no­czą­cym spo­łe­czeń­stwo.

Randy:

-?Założę się, że uznał sie­bie za czło­wieka, który tego wła­śnie dokona.

Can­trell:

-?No, wła­ści­wie mniej wię­cej coś takiego mówił.

Randy:

-?Chyba nie chce­cie mi wmó­wić, że został także Eutro­pia­ni­nem?

Can­trell:

-?No, nie. Raczej odkrył w tej gru­pie schi­zmę, o któ­rej nie wie­dzie­li­śmy, i zało­żył wła­sny odłam.

Randy:

-?Zda­wało mi się, że Eutro­pia­nie są dwu­stu­pro­cen­to­wymi indy­wi­du­ali­stami, czy­stymi liber­ta­ria­nami.

-?Niby tak! -?mówi Can­trell. -?Ale pod­sta­wowe zało­że­nie to, że tech­no­lo­gia uczy­niła nas post­ludźmi. Że homo sapiens plus tech­nika daje w isto­cie cał­kiem nowy gatu­nek: nie­śmier­telny, wszech­obecny -?z uwagi na sieć -?i zmie­rza­jący ku wszech­mocy. Liber­ta­ria­nie pierwsi tak uwa­żali.

Tom dodaje:

-?Ale ta idea przy­cią­gała roz­ma­itych ludzi, w tym Andy'ego Loeba. Zja­wił się znie­nacka i zaczął coś glę­dzić o instynk­cie stad­nym.

-?Oczy­wi­ście, wszy­scy Eutro­pia­nie obrzu­cili go sto­sem jobów, bo to poję­cie było wśród nich obło­żone ana­temą.

Tom:

-?Ale on walił dalej, po pew­nym cza­sie nie­któ­rzy zaczęli się nawet z nim zga­dzać. Oka­zało się, że wśród Eutro­pian jest cał­kiem pokaźna frak­cja, która ma gdzieś liber­ta­ria­nizm, nato­miast fascy­nuje ją instynkt stadny.

-?Czyli teraz Andy jest lide­rem tejże frak­cji? -?pyta Randy.

-?No, tak wycho­dzi -?mówi Can­trell. -?Oddzie­lili się i zało­żyli wła­sną grupę dys­ku­syjną. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy z kawał­kiem nie­wiele o nich sły­sze­li­śmy.

-?Więc skąd się dowie­dzie­li­ście, że Loeb miał coś wspól­nego ze mną?

-?Od czasu do czasu wpada na grupę Miło­śni­ków Tajem­nic -?wyja­śnia Tom. - Ostat­nio dużo dys­ku­to­wało się tam o Kryp­cie.

Can­trell:

-?Kiedy się dowie­dział, że Avi i ty macza­cie w tym palce, przy­słał ogrom­nia­stą prze­mowę -?dwa­dzie­ścia czy trzy­dzie­ści kilo­baj­tów zdań zło­żo­nych. Nie był to list pochwalny.

-?Jezus, co on do nas ma? Wygrał pro­ces. Mnie dopro­wa­dził do ban­kruc­twa. Można by pomy­śleć, że ma coś lep­szego do roboty niż wycią­ga­nie tego trupa z szafy. -?Randy wali się w pierś. -?Czy on ni­gdzie nie pra­cuje?

-?Jest czymś na kształt adwo­kata -?oznaj­mia Can­trell.

-?Aha! Łatwo zgad­nąć!

-?Oskar­żał nas -?mówi Tom. -?Psy łań­cu­chowe kapi­ta­li­zmu. Ato­mi­za­cja spo­łe­czeń­stwa. Uła­twia­nie życia han­dla­rzom nar­ko­ty­ków i klep­to­kra­tom z Trze­ciego Świata.

-?No, przy­naj­mniej jedną rzecz zro­zu­miał -?rzuca Randy. Jest szczę­śliwy: wresz­cie zna­lazł odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego budują Kryptę.

Manewr wsteczny

Manewr wsteczny

Sio jest błot­nym cmen­ta­rzem. O bagni­sty kawa­łek miej­sca wal­czą ci, któ­rzy już oddali życie za cesa­rza, i ci, któ­rzy dopiero zamie­rzają. Cudaczne widla­sto­ogo­nowe ame­ry­kań­skie samo­loty codzien­nie wyla­tują ze słońca i mor­dują ich strasz­liwą ulewą ognia z dzia­łek i kru­szą­cymi czaszki deto­na­cjami bomb, dla­tego śpią w nie­za­sy­pa­nych gro­bach i wycho­dzą tylko w nocy. Lecz ich nory są pełne cuch­ną­cej wody, która roi się od zja­dli­wych stwo­rzeń, a kiedy zacho­dzi słońce, sie­cze ich deszcz, wbi­ja­jąc im w kości stra­tos­fe­ryczny chłód. Każdy żoł­nierz 20. Dywi­zji wie, że nie wyj­dzie z Nowej Gwi­nei żywy, pozo­staje mu tylko wybrać śmierć: pod­dać się, żeby być tor­tu­ro­wa­nym, a potem zma­sa­kro­wa­nym przez Austra­lij­czy­ków? Przy­ło­żyć sobie gra­nat do głowy? Pozo­stać na miej­scu i dać się zabi­jać samo­lo­tom w dzień, a w nocy tyfu­sowi, dyzen­te­rii, mala­rii, gło­dowi i wyzię­bie­niu orga­ni­zmu? A może przejść do Madang, dwie­ście mil przez góry i wez­brane rzeki, co zakrawa na samo­bój­stwo nawet w cza­sie pokoju, gdy dys­po­nuje się żyw­no­ścią i lekar­stwami?

I takie wła­śnie mają roz­kazy. Na Sio przy­la­tuje gene­rał Ada­chi -?to pierw­szy "swój" samo­lot, jaki widzieli od tygo­dni -?ląduje na roz­jeż­dżo­nej, zaka­żo­nej ziemi, którą nazy­wają lot­ni­skiem, i zarzą­dza ewa­ku­ację. Mają iść w głąb lądu czte­rema gru­pami. Każdy pułk grze­bie swo­ich zmar­łych, pakuje resztki ekwi­punku i odro­binę pro­wiantu i z tru­dem gra­moli się w kie­runku gór. Kolejne oddziały mogą tro­pić poprzed­nie po zapa­chu, idąc za smro­dem dyzen­te­rii oraz po tru­pach, roz­rzu­co­nych jak zna­czące drogę okru­chy.

Naj­wyżsi dowódcy idą na końcu, podob­nie jak plu­ton łącz­no­ści; bez sil­nego nadaj­nika i towa­rzy­szą­cych mu kryp­to­gra­ficz­nych para­fer­na­lii gene­rał nie jest gene­rałem, a dywi­zja nie jest dywi­zją. W końcu prze­stają nada­wać, roz­bie­rają radio­sta­cję na naj­mniej­sze moż­liwe czę­ści, które, nie­stety, nie są aż tak małe -?radio­sta­cja dywi­zji to wielka maszyna, stwo­rzona do roz­świe­tla­nia jonos­fery. Ma wła­sny gene­ra­tor spa­li­nowy, trans­for­ma­tory i inne pod­ze­społy, które nie mogą być lek­kie. Radio­ope­ra­to­rzy, z tru­dem wlo­kący po górach wła­sne szkie­lety, będą musieli dźwi­gać brze­mię sil­ni­ków, zbior­ni­ków z pali­wem i trans­for­ma­to­rów.

I jesz­cze wielką sta­lową skrzy­nię z książ­kami kodo­wymi. Te książki były pie­kiel­nie cięż­kie, nawet suche: teraz są nasiąk­nięte wodą. Nieść je - to nie­wy­ko­nalne. Regu­la­min mówi, że wobec tego trzeba je spa­lić.

Żoł­nie­rze z plu­tonu łącz­no­ścio­wego 20. Dywi­zji nie są w tym momen­cie spe­cjal­nie w nastroju do żar­tów, nawet do popu­lar­nego wśród żoł­nie­rzy wisiel­czego humoru. Jeśli cokol­wiek na całym świe­cie może ich teraz roz­śmie­szyć, to wła­śnie pomysł roz­pa­le­nia ogni­ska z prze­mo­czo­nych ksią­żek szy­fro­wych, pod­czas burzy, na bagnie. Może i uda­łoby się je pod­pa­lić, zlaw­szy obfi­cie pali­wem lot­ni­czym, któ­rego i tak nie mają dosyć. Wtedy z ogni­ska unio­słaby się do nieba kolumna dymu, wabiąc myśliwce P-38 jak zapach czło­wieka wabi komary.

Może pale­nie nie jest konieczne. Nowa Gwi­nea to wyjący wir roz­kładu i znisz­cze­nia; oca­leć mogą tylko skały i osy.

Oddzie­rają okładki, na dowód, że książki zostały znisz­czone, potem ładują je z powro­tem do kufra i zako­pują przy brzegu szcze­gól­nie mści­wej rzeki.

To nie jest dobry pomysł. Ale cały czas ich bom­bar­do­wano. Nawet jeśli nie trafi cię żaden odła­mek, fala ude­rze­niowa wali cię jak kamienna ściana poru­sza­jąca się z pręd­ko­ścią tysiąca kilo­me­trów na godzinę. W prze­ci­wień­stwie do muru, ona prze­nika przez twoje ciało, jak snop świa­tła przez szklaną figurkę. A po dro­dze prze­sta­wia wszyst­kie ele­menty, zakłó­ca­jąc każdy pro­ces w każ­dej komórce, aż do poziomu mito­chon­driów, w tym te, które pozwa­lają umy­słowi zacho­wać cią­głość czasu i postrze­ga­nia świata. Kilka takich wybu­chów wystar­czy, żeby roze­rwać nić świa­do­mo­ści na plą­ta­ninę krót­kich strzęp­ków. Ci żoł­nie­rze nie są już takimi ludźmi, jakimi wyszli z domów; nie można od nich ocze­ki­wać roz­sąd­nego myśle­nia ani zro­bie­nia cze­goś sen­sow­nego. Obrzu­ca­nie skrzyni bło­tem nie jest dla nich racjo­nalną pro­ce­durą, lecz czymś w rodzaju rytu­ału, któ­rym oka­zują wła­ściwy sza­cu­nek temu skarb­cowi dziw­nych infor­ma­cji.

A potem zarzu­cają na plecy brze­mię żelaza i ryżu i zaczy­nają gra­mo­lić się w góry, pozo­sta­wioną przez towa­rzy­szy wydep­taną ścieżką, którą już zara­sta dżun­gla. Kamie­nie milowe sta­no­wią ciała -?teraz już cuch­nące pola bitew, toczo­nych przez roz­sza­lałe stada nie­zna­nych nauce mikro­bów, insek­tów, zwie­rząt i pta­ków.

Radionamiernik

Radio­na­mier­nik

Maszt namier­nika poja­wia się na nowej kwa­te­rze Jed­nostki 2702 szyb­ciej niż dach, a antena zawi­sła na nim, zanim jesz­cze dopro­wa­dzono prąd do jej urzą­dzeń. Water­ho­use udaje naj­le­piej jak może, że przej­muje się tym. Opo­wiada robot­ni­kom o wszyst­kim: może i potężne armady czoł­gów wal­czące na afry­kań­skiej pustyni są roman­tyczne i poru­sza­jące, ale roz­strzy­ga­jąca bitwa tej wojny (igno­ru­jąc, jak zawsze, front wschodni) toczy się na Atlan­tyku. Nie można jej wygrać, jeśli nie zatopi się paru U-Bootów, nie da się ich zato­pić jeśli się ich nie znaj­dzie, a potrze­bu­jemy nowego spo­sobu na ich znaj­do­wa­nie, lep­szego niż wpusz­cza­nie mię­dzy nie kon­woju, który roz­bi­jają w puch. Dla­tego, widzi­cie pano­wie, trzeba tę antenę uru­cho­mić jak najszyb­ciej.

Water­ho­use to żaden aktor, ale kiedy druga burza lodowa w ciągu tygo­dnia poważ­nie uszka­dza antenę, a on całą noc repe­ruje ją przy świe­tle gal­wa­nicz­nego lucy­fera, jest pra­wie pewien, że już ma ich na haczyku. Służba zamku pra­cuje do późna, żeby zaopa­try­wać go w gorącą her­batę i brandy, a następ­nego dnia, gdy wciąga poła­taną antenę na szczyt masztu, budow­lańcy obda­rzają go kil­koma ser­decz­nymi "hura". Są tak pewni, że ratują ludz­kie żywoty na Pół­noc­nym Atlan­tyku, że pew­nie zlin­czo­wa­liby go, gdyby poznali prawdę.

Ta bajka o namier­niku jest wręcz żenu­jąco praw­do­po­dobna. Jest tak praw­do­po­dobna, że gdyby Water­ho­use pra­co­wał dla Niem­ców, nabrałby podej­rzeń. Antena ma sil­nie kie­run­kową cha­rak­te­ry­stykę. Odbiera mocny sygnał, kiedy jest skie­ro­wana pro­sto na źró­dło, w innym przy­padku zaś - słaby. Ope­ra­tor czeka, aż U-Boot zacznie nada­wać, a potem kręci nią tam i z powro­tem, dopóki nie otrzyma mak­sy­mal­nego odczytu; wtedy kie­ru­nek anteny daje azy­mut na źró­dło sygnału. Mając dwa lub wię­cej takie azy­muty, uzy­skane przez różne sta­cje, można przy uży­ciu trian­gu­la­cji dokład­nie okre­ślić poło­że­nie źró­dła sygnału.

Aby zacho­wać pozory, sta­cja musi być obsa­dzona dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, co przez kilka pierw­szych tygo­dni roku 1943 nie­mal zabija Water­ho­use'a. Reszta Jed­nostki 2702 nie poja­wiła się w ter­mi­nie, a więc pod­trzy­my­wa­nie złu­dzeń spada na razie tylko na niego.

Wszy­scy ludzie w pro­mie­niu dzie­się­ciu mil -?czyli wszy­scy cywilni miesz­kańcy Qwghlm, albo, innymi słowy, cała qwghl­miań­ska nacja -?widzą wzno­szący się nad zam­kiem maszt z anteną. Nie są głupi; nie­któ­rzy z nich muszą przy­naj­mniej rozu­mieć, że z tego cho­ler­stwa nie ma żad­nego pożytku, jeśli celuje cały czas w tę samą stronę. Jeśli się nie rusza, nie pra­cuje. A skoro nie pra­cuje, to co, u dia­bła, dzieje się tam na zamku?

Dla­tego Water­ho­use musi nią krę­cić. Mieszka w kaplicy, śpiąc -?wtedy, gdy śpi -?w hamaku roz­pię­tym nie­bez­piecz­nie wysoko (już wie, że "skerry" ska­czą zna­ko­mi­cie).

Gdyby spał w dzień, nawet przy­pad­kowi obser­wa­to­rzy z mia­steczka zauwa­ży­liby, że antena się nie poru­sza. To byłoby nie­do­brze. Ale nie może spać także w nocy, kiedy nie­miec­kie radio­gramy odbi­jają się od jonos­fery, pomię­dzy U-Bootami na Pół­noc­nym Atlan­tyku a ich bazami w Bor­de­aux i Lorient: ponie­waż obser­wa­tor znaj­du­jący się naprawdę bli­sko - powiedzmy, cier­piący na bez­sen­ność słu­żący z zamku, albo nie­miecki szpieg z lor­netką, nie­opo­dal w ska­łach -?zacząłby podej­rze­wać, że nie­ru­choma antena radio­na­mier­nika to pic na wodę i foto­mon­taż. Dla­tego Water­ho­use pró­buje, kra­kow­skim tar­giem, spać kilka godzin o świ­cie i kolejne kilka, gdy się zmierz­cha -?jego ciało jed­nak nie znosi tego naj­le­piej. A gdy wstaje, nie spo­dziewa się po dniu niczego dobrego: wie, że będzie sie­dział przez osiem, a jeśli trzeba, to i dwa­na­ście godzin, przy kon­soli namier­nika, przy­glą­da­jąc się, jak z ust wyla­tuje mu para, i nasłu­chu­jąc... ciszy!

Stwier­dza bez­tro­sko, że jest par­szy­wym samo­lu­bem, bo użala się nad sobą w sytu­acji, kiedy inni ludzie dają się sie­kać kulami.

To pomi­nąw­szy, co wła­ści­wie ma robić, żeby nie osza­leć? Codzienne czyn­no­ści zna już na pamięć: przez pewien czas trzyma antenę celu­jącą mniej wię­cej na zachód, potem kręci nią tam i z powro­tem, coraz mniej­szymi łukami, uda­jąc, że namie­rza U-Boota, a póź­niej zosta­wia ją w tej pozy­cji na chwilę i wyko­nuje paja­cyki, żeby się roz­grzać. Porzu­cił swój mun­dur na rzecz szat z cie­płej qwghl­miań­skiej wełny. Co jakiś czas, w zupeł­nie nie­prze­wi­dy­wal­nych odstę­pach, przy­cho­dzi doń ktoś z zam­ko­wej służby, z wazą zupy, ser­wi­sem do her­baty, albo po pro­stu po to, by zoba­czyć, jak się ma, i powie­dzieć, mu, że fajny z niego gość. Raz dzien­nie zapi­suje na kartce kupę bzdur­nych liter -?rze­kome wyniki nasłu­chu -?i wysyła to do bazy mary­narki.

Dzieli swój czas na myśli o sek­sie i o mate­ma­tyce. Te pierw­sze wciąż wci­skają się mię­dzy te dru­gie. Sprawy pogar­szają się jesz­cze, gdy Blan­che, potężna kucharka, która przy­no­siła mu posiłki, zapada na puchlinę wodną, poda­grę, kolkę, zim­nicę, czy jakąś inną przy­pa­dłość z Szek­spira rodem, i zastę­puje ją Mar­ga­ret, dwu­dzie­sto­let­nia i bar­dzo pocią­ga­jąca.

Mar­ga­ret naprawdę mie­sza mu w gło­wie. Kiedy już nie może wytrzy­mać, idzie do latryny (aby służba nie zdy­bała go w nie­od­po­wied­nim momen­cie) i wyko­nuje Ręczną Rekon­fi­gu­ra­cję. Lecz już na Hawa­jach nauczył się, że Ręczna Rekon­fi­gu­ra­cja to nie to samo. Efekt ula­tuje zbyt szybko.

A kiedy czeka, aż uleci, sporo pra­cuje nad mate­ma­tyką. Alan dał mu swoje notatki, trak­tu­jące o redun­dan­cji i entro­pii, doty­czące szy­fro­wa­nia głosu, na któ­rym teraz pra­cuje w Nowym Jorku. Water­ho­use stu­diuje je i wypro­wa­dza kilka cie­ka­wych lema­tów, któ­rych, nie­stety, nie może wysłać Ala­nowi, nie naru­sza­jąc przy tym zdro­wego roz­sądku oraz pew­nej liczby prze­pi­sów bez­pie­czeń­stwa. Skoń­czyw­szy z tym, sku­pia się na czy­stej, żywej kryp­to­lo­gii. Sie­dział w Blet­chley Park wystar­cza­jąco długo, by zdać sobie sprawę, jak nie­wiele naprawdę rozu­mie z tej sztuki.

U-Booty sta­now­czo za dużo gadają przez radio. Wie o tym każdy nie­miecki mary­narz. Ich spe­cja­li­ści od bez­pie­czeń­stwa nale­gali, by dowódz­two coś z tym zro­biło. I w końcu wpro­wa­dzili czte­ro­tar­czową wer­sję Enigmy, która przez pra­wie rok dawała Blet­chley Park nie­źle w dupę.

Żeby przy­nieść Water­ho­use'owi posi­łek, Mar­ga­ret musi obejść cały zamek na zewnątrz; kiedy tu dotrze, będzie miała zaró­żo­wione policzki. A para z jej ust będzie uno­sić się wokół twa­rzy jak jedwabny woal...

Law­rence, pro­szę prze­stać! Tema­tem dzi­siej­szego wykładu jest czte­ro­tar­czowa Enigma Krieg­sma­rine, znana Niem­com jako Try­ton, alian­tom zaś -?jako Rekin. Wpro­wa­dzono ją do eks­plo­ata­cji 2 lutego zeszłego roku (1942), jed­nak dopiero po odna­le­zie­niu osa­dzo­nego na mie­liź­nie U-Boota, 30 paź­dzier­nika, Blet­chley Park otrzy­mał mate­riał nie­zbędny do zła­ma­nia kodu. Kilka tygo­dni temu, 13 grud­nia, Blet­chley Park osta­tecz­nie roz­wa­lił Rekina, po czym wewnętrzna łącz­ność Krieg­sma­rine znów sta­nęła dla alian­tów otwo­rem.

Pierw­sza rzecz, jakiej się dowie­dzieli: Niemcy do cna zła­mali kody mary­narki han­dlo­wej i przez cały rok wie­dzieli dokład­nie, gdzie znaj­dują się kon­woje.

Wszyst­kie te infor­ma­cje Water­ho­use otrzy­mał w ciągu ostat­nich dni, za pośred­nic­twem stu­pro­cen­towo pew­nego szy­fru z klu­czem jed­no­ra­zo­wym. Blet­chley zawia­da­mia go o tym, ponie­waż wynika z tego pyta­nie doty­czące teo­rii infor­ma­cji, a więc to jego działka i jego pro­blem. Pyta­nie brzmi: jak szybko możemy wymie­nić szy­fry mary­narki han­dlo­wej, nie pod­po­wia­da­jąc Niem­com, że zła­ma­li­śmy Rekina?

Nie musi zasta­na­wiać się nad tym długo: zaraz wyciąga wnio­sek, że sprawa jest zbyt skom­pli­ko­wana, by wda­wać się w jakieś gierki. Jedy­nym spo­so­bem jest sfin­go­wa­nie jakie­goś wypadku, który wyja­śni Niem­com, dla­czego nagle stra­ci­li­śmy zaufa­nie do szy­frów naszej mary­narki han­dlo­wej i zmie­niamy je wszyst­kie. Pisze taki wła­śnie mel­du­nek i zaczyna szy­fro­wać go klu­czem jed­no­ra­zo­wym, któ­rego drugi egzem­plarz ma Chat­tan.

-?Czy wszystko w porządku?

Water­ho­use zrywa się i odwraca z biją­cym ser­cem.

To Mar­ga­ret, spo­wita woalem wła­snego odde­chu; na mun­du­rek poko­jówki narzu­ciła szary weł­niany płaszcz. Dło­nie, ukryte w miten­kach, pod­trzy­mują tacę z her­batą i her­bat­ni­kami. Jedyne czę­ści ciała, któ­rych nie opa­tu­liła wełną, są kostki nóg i twarz. Te pierw­sze są ład­nie zary­so­wane; Mar­ga­ret nawet tutaj nosi wyso­kie obcasy. Nato­miast twarz, ni­gdy nie­wy­sta­wiana na blask słońca, przy­wo­dzi na myśl płatki róży roz­rzu­cone na śmie­tance z Devon­shire.

-?Oj! Zaraz to od pani wezmę! -?woła Water­ho­use i rzuca się naprzód, spa­zma­tycz­nym ruchem, spo­wo­do­wa­nym namięt­no­ścią i wyzię­bie­niem orga­ni­zmu jed­no­cze­śnie. Przej­mu­jąc tacę, nie­chcący ściąga jedną z mite­nek, która spada na pod­łogę. -?Prze­pra­szam! -?mówi, zda­jąc sobie sprawę, że ni­gdy jesz­cze nie widział jej dłoni.

Dłoń ma wyma­lo­wane na czer­wono paznok­cie; Mar­ga­ret zwija ją w trąbkę przy ustach i chu­cha do środka. Obser­wuje go wiel­kimi zie­lo­nymi oczyma, wypeł­nio­nymi spo­koj­nym ocze­ki­wa­niem.

-?Słu­cham, co takiego? -?mówi Water­ho­use.

-?Czy wszystko w porządku? -?powta­rza ona.

-?Tak! A dla­czego?

-?Bo antena od godziny się nie ruszała -?wyja­śnia Mar­ga­ret.

Water­ho­use jest tak zmie­szany, że ledwo trzyma się na nogach.

Mar­ga­ret wciąż zasła­nia usta koń­cami pal­ców i pola­kie­ro­wa­nymi paznok­ciami; Water­ho­use widzi tylko jej zie­lone oczy. Mru­gają chy­trze i zło­śli­wie, po czym zer­kają na hamak.

-?Przy­snęło się tro­chę na służ­bie, co nie?

W pierw­szym odru­chu chce zaprze­czyć i wyznać prawdę: że myślał o sek­sie, kryp­to­lo­gii i zapo­mniał krę­cić anteną. Lecz póź­niej zauważa, że Mar­ga­ret pod­po­wie­działa mu lep­szą wymówkę.

-?Przy­znaję się do winy -?mówi. -?Ostat­niej nocy sie­dzia­łem długo.

-?Her­bata tro­chę pana roz­bu­dzi -?odpo­wiada Mar­ga­ret. Potem jej wzrok wraca do hamaka. Dziew­czyna z powro­tem naciąga mitenkę. -?Jak to jest?

-?Co jak to jest?

-?No, jak się śpi w czymś takim? Jest wygod­nie?

-?Bar­dzo wygod­nie.

-?Mogę zoba­czyć?

-?Aha. Tylko tro­chę trudno jest tam wejść, na tej wyso­ko­ści.

-?Ale panu się udaje, co nie? -?rzuca kpiąco Mar­ga­ret.

Water­ho­use czuje, że się czer­wieni. Mar­ga­ret pod­cho­dzi do hamaka i zdej­muje czó­łenka. Water­ho­use wzdryga się, widząc jej bose stopy na kamien­nej pod­ło­dze, która nie była cie­pła od czasu, gdy ber­be­ryj­scy piraci spa­lili zamek. Paznok­cie u nóg też ma pola­kie­ro­wane na czer­wono.

-?Mnie to nie prze­szka­dza -?rzuca Mar­ga­ret. -?Jestem córką far­mera. No dalej, pro­szę mnie pod­sa­dzić!

Water­ho­use cał­ko­wi­cie utra­cił resztki kon­troli nad sytu­acją i sobą samym. Wydaje mu się, że jego język jest zro­biony z ciał jami­stych. Robi krok naprzód, pochyla się i robi scho­dek z dłoni. Mar­ga­ret wsta­wia tam stopę i wska­kuje do hamaka, z piskiem i chi­cho­tem zni­ka­jąc we wro­nim gnieź­dzie sza­rych weł­nia­nych ple­dów. Hamak huśta się tam i z powro­tem pośrodku kaplicy, jak kadziel­nica wydzie­la­jąca słaby aro­mat lawendy. Jesz­cze raz, dwa razy... Pięć, dzie­sięć razy, dwa­dzie­ścia... Mar­ga­ret mil­czy i się nie rusza. Water­ho­use stoi, jakby stopy zalano mu beto­nem. Po raz pierw­szy od wielu tygo­dni nie wie, co się zaraz zda­rzy; ta utrata kon­troli spra­wia, że czuje się bez­radny i oszo­ło­miony.

-?Jest roz­kosz­nie -?mówi Mar­ga­ret. I w końcu się poru­sza. Water­ho­use widzi jej twa­rzyczkę wyglą­da­jącą zza brzegu hamaka, spod kap­tura sza­rego pledu. -?Ojej! -?wrzesz­czy nagle i kła­dzie się znów na płask. Ten nagły ruch dodaje do ryt­micz­nego koły­sa­nia hamaka mimo­śro­dowe drga­nia.

-?Co się stało? -?roz­pacz­li­wie rzuca Water­ho­use.

-?Mam lęk wyso­ko­ści! -?krzy­czy Mar­ga­ret. -?Prze­pra­szam, Law­rence, powin­nam cię uprze­dzić. Czy mogę panu mówić po imie­niu? -?Ton suge­ruje, że odmowa bar­dzo by ją ura­ziła.

Jak Water­ho­use mógłby zra­nić uczu­cia ład­nej, bosej, cier­pią­cej na lęk wyso­ko­ści dziew­czyny, bez­rad­nie wiszą­cej w hamaku?

-?Tak, oczy­wi­ście -?mówi. Ale wie dobrze, że piłeczka wciąż jest po jego stro­nie. -?Czy mogę ci jakoś pomóc?

-?Będę bar­dzo zobo­wią­zana -?odpo­wiada Mar­ga­ret.

-?Może sta­niesz mi na ramiona, albo coś takiego? -?pró­buje Water­ho­use.

-?Za bar­dzo się boję.

Jest tylko jedno wyj­ście.

-?No tak. Będzie wiel­kim nie­tak­tem, jeśli sam wejdę na górę, by ci pomóc?

-?To będzie bar­dzo boha­ter­skie z two­jej strony! Będę nie­wy­mow­nie wdzięczna.

-?No cóż, więc...

-?Ale nale­gam, żebyś naj­pierw dokoń­czył swoje obo­wiązki!

-?Słu­cham, co takiego?

-?Law­rence -?wyja­śnia Mar­ga­ret -?kiedy zejdę z tego hamaka, muszę iść do kuchni i zetrzeć pod­łogę, która, dzięki Bogu, już jest i tak dość czy­sta. Ty nato­miast masz ważne zada­nie do wyko­na­nia: możesz ura­to­wać setki ludzi z kon­woju na pół­noc­nym Atlan­tyku! Wiem, że spa­łeś pod­czas pracy; to bar­dzo nie­ład­nie. Nie wpusz­czę cię tutaj, zanim tego nie nad­ro­bisz.

-?No dobrze. Nie mam więc wyj­ścia -?mówi Water­ho­use. -?Służba nie drużba.

Pro­stuje ramiona, obraca się na pię­cie i odma­sze­ro­wuje do biurka. Skerry zała­twiły się już ze wszyst­kimi her­bat­ni­kami, ale może nalać sobie her­baty. Potem kon­ty­nu­uje szy­fro­wa­nie wska­zó­wek dla Chat­tana: "pewne bedzie tylko roz­wia­za­nie silowe zala­do­wac ksiazke kodow na sta­tek umie­scic w kon­woju do mur­man­ska ocze­ki­wac na mgle wpasc na lad w nor­we­gii".

Szy­fro­wa­nie klu­czem jed­no­ra­zo­wym zaj­muje mu tro­chę czasu. Law­rence potrafi liczyć modulo 25 przez sen, ale robie­nie tego, gdy ma się wzwód, to zupeł­nie inna kwe­stia.

-?Law­rence? Co ty tam robisz? -?pyta Mar­ga­ret ze swego gniazdka w hamaku, gdzie, jak wyobraża sobie Water­ho­use, z każdą chwilą jest coraz cie­plej i coraz przy­tul­niej.

Ukrad­kiem zerka na jej porzu­cone czó­łenka.

-?Przy­go­to­wuję mel­du­nek -?odpo­wiada. -?Nie ma żad­nego pożytku z moich obser­wa­cji, jeśli ich nikomu nie zgła­szam.

-?Racja, pew­nie -?potwier­dza z namy­słem Mar­ga­ret.

Nad­szedł czas na pod­rzu­ce­nie do żało­snego żela­znego pie­cyka. Ładuje do niego kilka szu­fli cen­nego węgla, swój brud­no­pis i stronę z klu­czem jed­no­ra­zo­wym, któ­rej dopiero co uży­wał.

-?Powinno się tro­chę nagrzać.

-?Och, to świet­nie -?mówi Mar­ga­ret. -?Cała się trzęsę.

Law­rence wie, że to suge­stia, by roz­po­cząć eks­pe­dy­cję ratun­kową. Mniej wię­cej pięt­na­ście sekund póź­niej sie­dzi w hamaku z Mar­ga­ret. Jest tu cia­sno i chwiej­nie, co ich nie zaska­kuje. Tro­chę się kręcą i wiercą; wresz­cie Law­rence ląduje na ple­cach, a ona nad nim, z udem mię­dzy jego udami.

Mar­ga­ret, zszo­ko­wana, odkrywa, że Law­rence ma erek­cję. Chyba wsty­dzi się, że nie odga­dła jego potrzeb.

-?Bie­daku! -?wykrzy­kuje. -?Oczy­wi­ście! Jak mogłam być taka tępa! Jesteś tu taki samotny! -?Całuje go w poli­czek, co jest miłe, gdyż on jest zbyt osłu­piały, żeby się poru­szyć. -?Mężny rycerz zasłu­guje na wszel­kie wspar­cie, jakiego możemy mu udzie­lić my, cywile -?dodaje Mar­ga­ret, jedną ręką się­ga­jąc do roz­porka.

Potem naciąga sobie na głowę weł­niany pled i przy­biera inną pozy­cję. Law­rence Prit­chard Water­ho­use, osłu­piały, obser­wuje co się dzieje. Pół­przy­mknię­tymi oczyma spo­gląda na sufit kaplicy i dzię­kuje panu Bogu za to, że przy­słał mu oczy­wi­stego nie­miec­kiego szpiega i anioła miło­sier­dzia, w jed­nym prze­uro­czym opa­ko­wa­niu.

Kiedy koń­czy, otwiera oczy i bie­rze głę­boki haust chłod­nego atlan­tyc­kiego powie­trza. Widzi wszystko wokół ze świeżo nabytą jasno­ścią. Nie­wąt­pli­wie, Mar­ga­ret cudow­nie pod­nie­sie mu pro­duk­tyw­ność na fron­cie kryp­to­lo­gicz­nym -?o ile tylko skłoni ją, by tu wra­cała.

Stronice

Stro­nice

Na torze Ascot w Bris­bane już dawno nie bie­gały konie. Jego wnę­trze wypeł­nia roz­gar­diasz pona­cią­ga­nych bre­zen­to­wych płacht. Trawa uschła, pozba­wiona słońca i zdep­tana sto­pami tysięcy pod­ofi­ce­rów. Pole zryto latry­nami, roz­bito namioty z kuch­niami polo­wymi. Na padoku, gdzie nie­gdyś konie roz­pro­sto­wy­wały nogi, wyro­sły jak grzyby po desz­czu baraki z bla­chy fali­stej. W nich męż­czyźni bez koszul -?bo jest upalny sty­czeń -?sie­dzą przed radio­od­bior­ni­kami lub maszy­nami do pisa­nia.

Rów­nie dawno dziwki nie opa­lały się na dłu­giej weran­dzie domu przy Henry Street, a prze­cho­dzący dżen­tel­meni, idący lub wra­ca­jący z wyści­gów, zer­kali na ich wdzięki przez białą balu­stradę, wahali się, spraw­dzali port­fele, porzu­cali skru­puły, zawra­cali na pię­cie i wspi­nali się po schod­kach. Teraz jest tam pełno męż­czyzn -?ofi­ce­rów i mania­ków mate­ma­tycz­nych: na par­te­rze głów­nie Austra­lij­czycy, na pię­trze Ame­ry­ka­nie oraz szczypta Bry­tyj­czy­ków -?szczę­ścia­rzy, któ­rych wywie­ziono z Sin­ga­puru, zanim gene­rał Yama­shita, Tygrys Malaj­ski, zdo­łał ich schwy­tać i wycią­gnąć im z głów stra­te­giczne infor­ma­cje.

Dzi­siaj cały bur­del wygląda jak posta­wiony na gło­wie: wszy­scy z upraw­nie­niami Ultra sie­dzą w garażu, brzę­czą­cym i szu­mią­cym od wen­ty­la­to­rów i nie­mal pro­mie­niu­ją­cym cie­płem. W staj­niach stoi pordze­wiały bla­szany kufer, wciąż wyma­zany rzecz­nym bło­tem, czę­ściowo kry­ją­cym wyma­lo­wane na jego bokach nip­poń­skie ide­ogramy. Gdyby nip­poń­ski szpieg wypa­trzył go pod­czas gorącz­ko­wej jazdy z portu do domu publicz­nego, wie­działby, że nale­żał kie­dyś do plu­tonu radio­wego 20. Dywi­zji, która zagi­nęła w dżun­gli na Nowej Gwi­nei.

Plotka, którą prze­krzy­kują szum dmu­chaw, głosi, że zna­lazł ją austra­lij­ski saper. Jego oddział wła­śnie szu­kał min w opusz­czo­nej kwa­te­rze 20. Dywi­zji, gdy jego detek­tor zwa­rio­wał. Tuż nad brze­giem rzeki.

Książki kodów są uło­żone w skrzyni równo jak sztabki złota. Są mokre, nad­ple­śniałe i bra­kuje im okła­dek, ale jak na czasy wojny, to i tak nie­źle. Męż­czyźni, nadzy od pasa w górę, wyj­mują je po kolei, jak pie­lę­gniarki nowo­rodki z wanie­nek, i niosą na stoły. Tam odci­nają prze­gniłe oprawy i oddzie­lają nasiąk­nięte wodą strony, jedną po dru­giej, wie­sza­jąc je na pro­wi­zo­rycz­nie roz­pię­tych pod sufi­tem sznu­rach do bie­li­zny. Gdy powie­trze wyciąga z kar­tek uwię­zioną w nich rzeczną wodę, atmos­fera nasyca się odo­rem i wil­go­cią Nowej Gwi­nei; wszystko to tra­fia nawet na zewnątrz, gdzie odda­leni o pół mili prze­chod­nie marsz­czą nosy. Żoł­nie­rze rewi­dują szafki bur­delu -?wciąż pach­nące fran­cu­ską per­fumą, pudrem, lakie­rem do wło­sów i nasie­niem. Chcą wię­cej sznurka. Sieć roz­pię­tych sznu­rów gęst­nieje, nowe war­stwy krzy­żują się pod i nad sta­rymi, a każdy cen­ty­metr sznurka zaraz zaj­muje nowa mokra kartka. Każda stro­nica to tabela ze zna­kiem hira­gana, kata­kana lub kanji w jed­nej komórce i cią­giem cyfr lub łaciń­skich zna­ków w dru­giej, a wszyst­kie te strony są pozna­czone odsy­ła­czami do innych stron, w sys­te­mie, który spodo­bałby się tylko kryp­to­gra­fowi. Poja­wia się foto­graf, a za nim stado pomoc­ni­ków, obju­czo­nych kilo­me­tra­mi­filmu. Wie tylko, że ma zro­bić ide­alne zdję­cie każ­dej kartki. Mala­ryczny smród nie­mal obez­wład­nia go, gdy wcho­dzi do stajni, ale po chwili mu prze­cho­dzi. Roz­gląda się. Wszę­dzie widzi kapiące, ciek­nące i zwi­ja­jące się stro­nice ksią­żek, które, wysy­cha­jąc, bie­leją. Tabele z infor­ma­cjami stają się ostrymi kształ­tami, jak siatki w tak wielu celow­ni­kach bom­bow­ców, krzyże celow­ni­cze wycięte w tak wielu pery­sko­pach, pędzą­cych przez chmury i mgły, by zogni­sko­wać się na pod­brzu­szach nip­poń­skich frach­tow­ców wio­zą­cych woj­sko, cięż­kich od paliwa z Pół­noc­nego Bor­neo, oży­wio­nych gorącą parą.

Taran

Taran

-?Sir! Czy mógłby mi pan powie­dzieć, dokąd pły­niemy?

Porucz­nik Monk­berg wzdy­cha z drże­niem; żebra latają mu jak bla­szana szopa pod­czas cyklonu. Wyko­nuje nie­zbyt sprawną pompkę. Tym samym wyciąga głowę z sedesu, o który opie­rał się rękoma. Sedesu, albo "king­stona", jak się go nazywa w tym kon­tek­ście -?w kon­tek­ście nie­sa­mo­wi­cie zde­ze­lo­wa­nego frach­towca. Urywa kawa­łek szorst­kiej euro­sraj­ta­śmy i ociera usta, zanim spoj­rzy na sier­żanta Roberta Sha­ftoe, który trzyma się ściany.

Sha­ftoe potrze­buje opar­cia, ponie­waż dźwiga ekwi­punku pra­wie tyle, ile sam waży. Wszystko to zostało już dla niego sta­ran­nie zapa­ko­wane.

Mógłby na tym poprze­stać. Ale Skaut Orli tak nie postę­puje: Bobby wszystko wycią­gnął, roz­pa­ko­wał, roz­ło­żył na pokła­dzie, obej­rzał i zapa­ko­wał z powro­tem.

Pozwo­liło mu to na wycią­gnię­cie kilku poważ­nych wnio­sków. Mia­no­wi­cie: oni spo­dzie­wają się, że Jed­nostka 2702 przez naj­bliż­sze trzy tygo­dnie będzie robić co może, żeby nie zamar­z­nąć na śmierć. Z prze­rwami na zabi­ja­nie mnó­stwa uzbro­jo­nych po zęby skur­wieli. Naj­pew­niej Niem­ców.

-?D-d-do N-n-n-orwe­gii -?odpo­wiada Monk­berg.

Wygląda tak żało­śnie, że Sha­ftoe zasta­na­wia się, czy nie dać mu m-m-m-mor­finy, która powo­duje wpraw­dzie łagodne mdło­ści, ale powstrzy­muje sil­niej­sze mdło­ści cho­roby mor­skiej. Potem docho­dzi do sie­bie, przy­po­mina sobie, że Monk­berg jest ofi­ce­rem, który ma za zada­nie wysłać go na śmierć, i posta­na­wia, że niech się wypcha.

-?Sir! Na czym ma pole­gać nasza misja w Nor­we­gii?

Monk­berg wydo­bywa z sie­bie bul­go­tliwe bek­nię­cie.

-?Wal­nąć i uciec -?odpo­wiada.

-?W co wal­nąć, sir?

-?W Nor­we­gię.

-?A gdzie uciec, sir?

-?Do Szwe­cji.

Faj­nie. Nie­bez­pieczna podróż mor­ska przez wody rojące się od U-Bootów, zde­rze­nie z Nor­we­gią, roz­pacz­liwa ucieczka przez zamar­z­nięte tereny oku­po­wane przez faszy­stów, wszystko to wydaje się try­wialne w porów­na­niu z celem: zna­le­zie­niem się w naj­czyst­szym i naj­więk­szym zasob­niku auten­tycz­nych szwedz­kich cipen­cji.

-?Sha­ftoe! Obudź się!

-?Tak jest, sir!

-?Zauwa­ży­łeś zapewne, w co jeste­śmy ubrani. -?Monk­ber­gowi cho­dzi o to, że wszy­scy zosta­wili swe blaszki-nie­śmier­tel­niki i wbili się w cywilne ciu­chy bądź mun­dury mary­narki han­dlo­wej.

-?Tak jest, sir!

-?Nie chcemy, żeby Huno­wie, czy kto­kol­wiek inny, wie­dzieli, kim naprawdę jeste­śmy.

-?Tak jest, sir!

-?No wła­śnie, spy­tasz: skoro mamy wyglą­dać na cywi­lów, to po cho­lerę nam te wszyst­kie roz­py­la­cze, gra­naty, ładunki wybu­chowe i tak dalej?

-?Sir, o to wła­śnie mia­łem zapy­tać!

-?Na to wszystko mamy przy­go­to­waną histo­rię. Chodź ze mną.

Monk­berg nagle oka­zuje zapał. Gra­moli się na równe nogi i pro­wa­dzi Sha­ftoe'a przez liczne kory­ta­rze i schod­nie, pro­sto do ładowni statku.

-?Wiesz co to za statki, te pozo­stałe?

Sha­ftoe patrzy nań tępo.

-?Te statki wokół nas? Rozu­miesz, jeste­śmy w kon­woju.

-?Tak jest, sir! -?Odpo­wiedź brzmi tro­chę mniej pew­nie.

Nikt z nich nie prze­by­wał zbyt długo na pokła­dzie, odkąd okręt pod­wodny wysa­dził ich na tym kiwa­ją­cym się wraku. Nawet gdyby wyszli i rozej­rzeli się wokół, nic by nie wypa­trzyli, poza mgłą i ciem­no­ścią.

-?W kon­woju do Mur­mań­ska -?cią­gnie Monk­berg. -?Wszyst­kie te statki wiozą broń i sprzęt dla Związku Sowiec­kiego. Jasne?

Doszli do ładowni. Porucz­nik zapala świa­tło, uka­zu­jąc skrzynki. Mnó­stwo, mnó­stwo skrzy­nek.

-?Od cho­lery broni -?mówi Monk­berg -?w tym roz­py­la­cze, gra­naty, ładunki i tak dalej. Rozu­miesz, do czego piję?

-?Nie, nie rozu­miem, do czego pan pije.

Monk­berg pod­cho­dzi krok bli­żej. Dener­wu­jąco bli­sko. Mówi teraz kon­spi­ra­cyj­nym tonem:

-?Rozu­miesz, jeste­śmy zwy­kłymi mary­na­rzami na tym statku han­dlo­wym. Pły­niemy do Mur­mań­ska. Robi się mgła. Oddzie­lamy się od kon­woju. I nagle, pier­dut! Wpa­damy, kurwa, na Nor­we­gię. Jeste­śmy uwię­zieni w kraju oku­po­wa­nym przez hitle­row­ców. Musimy prze­do­stać się do Szwe­cji. Ale zaraz, zaraz, mówimy do sie­bie. A ci wszy­scy Niemcy pomię­dzy nami a szwedzką gra­nicą? No, lepiej uzbro­imy się po zęby. A kto może lepiej uzbroić się po zęby niż załoga frach­towca wypcha­nego po brzegi bro­nią? Lecimy na dół do ładowni, w pośpie­chu wywa­żamy pokrywy kilku skrzyń i się zbro­imy.

Sha­ftoe zerka na skrzy­nie. Żadna nie ma wywa­żo­nej pokrywy.

-?A potem -?kon­ty­nu­uje Monk­berg -?opusz­czamy sta­tek i walimy do Szwe­cji. Zapada długa cisza. Sha­ftoe w końcu wykrztu­sza:

-?Tak jest, sir!

-?No to otwie­raj te skrzynki.

-?Tak jest, sir!

-?I niech to wygląda na pośpiech. Pośpiech! No, dawaj! Rusz dupę!

-?Tak jest, sir!

Sha­ftoe pró­buje wczuć się w rolę. Co potrzeba do wywa­że­nia wieka skrzyni? Nie widzi żad­nych łomów. Wycho­dzi z ładowni i pędzi kory­ta­rzem. Monk­berg leci tuż za nim, poga­nia­jąc go:

-?Śpie­szysz się! Zaraz tu będą hitle­rowcy! Musisz się uzbroić! Pomyśl o swo­jej żonie i dzie­cia­kach w Lub­bock, Glas­gow, czy gdzie tam.

-?Oco­no­mo­woc, Wiscon­sin, sir! -?gniew­nie rzuca Sha­ftoe.

-?Nie, nie! Nie naprawdę! W two­jej roli jako pie­przo­nego mary­na­rza na mie­liź­nie! Patrz, Sha­ftoe! Tutaj! Ratu­nek jest w zasięgu ręki!

Sha­ftoe odwraca się; Monk­berg wska­zuje na szafkę z napi­sem sprzęt prze­ciw­po­ża­rowy.

Otwiera drzwi i wśród innych narzę­dzi widzi także gigan­tyczny topór; z takimi zawsze ganiają stra­żacy.

Trzy­dzie­ści sekund póź­niej jest w ładowni i roz­wala w stylu Wali­góry skrzynkę z amu­ni­cją kali­ber .45.

-?Szyb­ciej! Bar­dziej cha­otycz­nie! -?krzy­czy Monk­berg. -?To nie jest ope­ra­cja chi­rur­giczna! Jesteś spa­ni­ko­wany! -?Wresz­cie mówi: -?A, cho­lera! -?Pod­cho­dzi doń i zabiera topór.

Robi potężny zamach i nie tra­fia w skrzynkę, stop­niowo uświa­da­mia­jąc sobie kolo­salny cię­żar i dłu­gość tego narzę­dzia. Sha­ftoe pada na pokład i odta­cza się w bez­pieczne miej­sce. Monk­berg w końcu ustala zasięg oraz azy­mut i wresz­cie udaje mu się tra­fić. Po pokła­dzie ska­czą drza­zgi i wióry. -?Rozu­miesz! -?Monk­berg ogląda się przez ramię na Sha­ftoe'a. -?Ma być pełno odłam­ków! Kom­pletny chaos!

Jed­no­cze­śnie patrzy na niego, gada i zamie­rza się topo­rem, a ponie­waż sta­tek koły­sze, prze­suwa także stopę; dla­tego ostrze topora prze­la­tuje obok skrzynki i wali go pro­sto w kostkę.

-?Rrrany! -?cichym, spo­koj­nym gło­sem mru­czy Monk­berg. Zafa­scy­no­wany przy­gląda się swej nodze.

Sha­ftoe pod­cho­dzi, by zoba­czyć, co tam jest takiego cie­ka­wego.

Monk­berg ele­gancko prze­ciął sobie spory kawa­łek lewej nogi. W świe­tle latarki widać roz­cięte naczy­nia krwio­no­śne i wią­za­dła ster­czące po bokach krwa­wej rany, jak wysa­dzone przez sabo­ta­ży­stów mosty i ruro­ciągi dyn­da­jące po obu stro­nach wąwozu.

-?Sir, pan jest ranny! Lepiej zawo­łam porucz­nika Roota!

-?Nie! Masz zostać tu i pra­co­wać! -?mówi Monk­berg. -?Sam znajdę Roota. - Obiema rękami ści­ska nogę powy­żej rany. Krew try­ska na pokład. - Ide­al­nie! -?mówi w zadu­mie. -?Dodaje tyle reali­zmu.

Po kilku powtó­rze­niach tego roz­kazu, Sha­ftoe z ocią­ga­niem wraca do roz­wa­la­nia skrzyń. Monk­berg przez kilka minut kuś­tyka i zata­cza się po ładowni, zale­wa­jąc wszystko krwią, wresz­cie wle­cze się do Eno­cha Roota. Na koniec mówi jesz­cze:

-?Pamię­taj! To ma wyglą­dać jak splą­dro­wane!

Ale ten numer z nogą szyb­ciej uświa­da­mia mu o co cho­dzi, niż zdo­łałby to powie­dzieć Monk­berg. Widok krwi przy­wo­dzi na myśl Guadal­ca­nal i inne awan­tury. Wła­śnie scho­dzi mu ostat­nia dawka mor­finy, co spra­wia, że jest bystrzej­szy. No i zaczyna czuć cho­robę mor­ską -?chce ją więc zwal­czyć pracą fizyczną.

Więc mniej lub bar­dziej sza­leje sobie z topo­rem. Traci rachubę czasu.

Żałuje tro­chę, że Jed­nostka nie została na suchym lądzie -?naj­le­piej jesz­cze w cie­płym kli­ma­cie, tak jak ostat­nio -?przez dwa sło­neczne tygo­dnie we Wło­szech.

Przez pierw­szą część misji ciężko pra­co­wali, tasz­cząc wte i wewte te beczki z gów­nem. Ale reszta (oprócz kilku ostat­nich godzin) wyglą­dała jak nor­malny urlop, z tym że bez żad­nych kobiet. Codzien­nie zmie­niali się na poste­runku obser­wa­cyj­nym i patrzyli przez tele­skopy i lor­netki na Zatokę Neapo­li­tań­ską. Każ­dej nocy kapral Ben­ja­min zasia­dał do radia i stu­kał kolejną por­cję bzdur w alfa­be­cie Morse'a.

Pew­nego wie­czoru otrzy­mał radio­gram i jakiś czas go odszy­fro­wy­wał. Obwie­ścił nowinę Sha­ftoe'owi:

-?Niemcy wie­dzą, że jeste­śmy tutaj.

-?Co zna­czy, że wie­dzą, że jeste­śmy tutaj?

-?Wie­dzą, że od przy­naj­mniej sze­ściu mie­sięcy mie­li­śmy punkt obser­wa­cyjny nad Zatoką Neapo­li­tań­ską.

-?Ale jeste­śmy tu dopiero od nie­ca­łych dwóch tygo­dni.

-?Jutro będą tu nas szu­kać.

-?No to spier­da­lajmy stąd -?odparł Sha­ftoe.

-?Puł­kow­nik Chat­tan roz­ka­zuje ci zacze­kać -?rzekł Ben­ja­min -?zanim nie będziesz wie­dział, że Niemcy wie­dzą, że tu jeste­śmy.

-?Ale ja już wiem, że Niemcy wie­dzą, że tu jeste­śmy. Wła­śnie mi powie­dzia­łeś.

-?Nie, nie, nie. Zacze­kaj do momentu, w któ­rym dowie­dział­byś się, że Niemcy wie­dzą, nawet gdyby puł­kow­nik Chat­tan nie powie­dział ci przez radio.

-?Robisz mnie w chuja, czy jak?

-?Takie roz­kazy -?odpo­wie­dział Ben­ja­min i na dowód wrę­czył mu odszy­fro­wany radio­gram.

Gdy tylko zaświ­tało, usły­szeli prze­cze­su­jące niebo samo­loty obser­wa­cyjne. Sha­ftoe był gotów do reali­za­cji planu ucieczki; upew­nił się, że inni rów­nież. Wysłał paru SAS-owców na reko­ne­sans w trud­niej­sze miej­sca na ich szlaku odwrotu. Sam zaś uło­żył się na ple­cach i patrzył w niebo, przy­glą­da­jąc się samo­lo­tom.

Czy teraz wie­dział, że Niemcy wie­dzą?

Odkąd się obu­dził, łaziło za nim kilku face­tów z SAS, gapiąc się na niego. Sha­ftoe wresz­cie popa­trzył w ich stronę i ski­nął głową. Pobie­gli. Chwilę póź­niej usły­szał łomot cięż­kich klu­czy spa­da­ją­cych do wnę­trza skrzy­nek z narzę­dziami.

Całe niebo było pełne pie­przo­nych szwab­skich samo­lo­tów roz­po­znaw­czych. To już cał­kiem nie­zła poszlaka, wska­zu­jąca, że Niemcy wie­dzą. A on sam dosko­nale widział te samo­loty, więc w zasa­dzie wie­dział, że wie­dzą. Ale puł­kow­nik Chat­tan roz­ka­zał mu cze­kać, aż będzie miał "pew­ność, że został ewi­dent­nie zauwa­żony przez Niem­ców", cokol­wiek by to zna­czyło.

Zwłasz­cza jeden z nich cały czas zbli­żał się do nich. Leciał tuż nad zie­mią, prze­cze­su­jąc ją wąskimi zago­nami. Sha­ftoe cze­kał, aż minie ich pozy­cję. Chciało mu się krzy­czeć. To było zbyt głu­pie, żeby mogło być praw­dziwe. Chciał już wystrze­lić racę i niech to się skoń­czy.

Wresz­cie, wcze­snym popo­łu­dniem, leżąc w cie­niu drzewa, spoj­rzał pro­sto w górę i pra­wie mógł poli­czyć wręgi na pod­brzu­szu nie­miec­kiego samo­lotu. Hen­schel Hs-12624 z poje­dyn­czym wygię­tym do tyłu skrzy­dłem zamon­to­wa­nym nad kadłu­bem, tak by nie zasła­niać widoku w dole, z mnó­stwem wysta­ją­cych dra­bi­nek, zastrza­łów i gigan­tycz­nym pła­sko­sto­pym pod­wo­ziem. Jeden Nie­miec zamknięty w szkla­nej osło­nie pro­wa­dził samo­lot, drugi, na świe­żym powie­trzu, zer­kał w dół spod gogli i mani­pu­lo­wał przy obro­to­wym kara­bi­nie maszy­no­wym. Ten pra­wie zaj­rzał Sha­ftoe'owi w oczy, po czym klep­nął pilota po ramie­niu i wska­zał w dół.

Hen­schel prze­rwał swój regu­larny tor poszu­ki­wań, robiąc zwrot, tak by znów prze­le­cieć nad ich pozy­cją.

-?To jest to -?powie­dział Sha­ftoe. Wstał i skie­ro­wał się w stronę zruj­no­wa­nej sto­doły. -?To jest to! Rób­cie co trzeba! -?krzyk­nął.

SAS-owcy sie­dzieli na skrzyni cię­ża­rówki, pod plan­deką i pra­co­wali klu­czami. Sha­ftoe zer­k­nął w tamtą stronę i spo­strzegł poły­sku­jące czę­ści od vic­kersa roz­ło­żone na czy­stym bia­łym płót­nie. Skąd ci goście do cho­lery wzięli czy­ste, białe płótno? Pew­nie zacho­wali je spe­cjal­nie na dzi­siaj. Dla­tego nie mogli dopro­wa­dzić vic­kersa do porządku wcze­śniej? Ponie­waż dostali roz­kazy, by poskła­dać go w pośpie­chu, w ostat­niej chwili.

Kapral Ben­ja­min zawa­hał się z ręką unie­sioną nad klu­czem.

-?Sier­żan­cie, jest pan pewien, że wie­dzą o nas?

Wszy­scy odwró­cili się, by zoba­czyć, co odpo­wie Sha­ftoe na to pro­ste pyta­nie. Powoli zara­biał sobie na repu­ta­cję czło­wieka, któ­rego należy obser­wo­wać.

Zakrę­cił się na pię­cie i wyszedł na otwarty teren, kilka metrów dalej. Sły­szał, jak za jego ple­cami chłopcy z Jed­nostki 2702 prze­py­chają się w drzwiach, chcąc mieć lep­szy widok na niego.

Hen­schel wra­cał w kolej­nym prze­lo­cie, lecąc tak nisko, że chyba można by mu było cisnąć kamie­niem w szybę.

Sha­ftoe wycią­gnął swego Tommy'ego, zare­pe­to­wał, mach­nął suwa­dłem zamka do góry, do dołu i otwo­rzył ogień.

Nie­któ­rzy narze­kali, że roz­py­lacz ma słabą siłę raże­nia; ale on na wła­sne oczy widział sypiące się z sil­nika samo­lotu odłamki. Hen­schel pra­wie natych­miast stra­cił rów­no­wagę. Skrzy­dła prze­chy­liły się do pionu i dalej, odwra­ca­jąc się do góry nogami, samo­lot stra­cił i tak nie­wielką wyso­kość, po czym wyko­nał odwró­cone lądo­wa­nie awa­ryjne w gaju oliw­nym, nie dalej niż sto metrów od nich. Ale nie wybuchł od razu pło­mie­niem.

Sha­ftoe sły­szy za ple­cami jęk roz­cza­ro­wa­nia.

Potem zapada cisza. Jedyny dźwięk to popi­ski­wa­nie radia kaprala Ben­ja­mina. Teraz zna już odpo­wiedź na swoje pyta­nie i wysyła ostatni radio­gra­mik. Sha­ftoe choć raz rozu­mie kod Morse'a -?ta wia­do­mość idzie jaw­nym tek­stem: wykryli nas prze­rwać plan torus.

Wyko­nu­jąc pierw­sze zada­nie planu Torus, chłopcy wleźli na cię­ża­rówkę, wyje­chali z kry­jówki i zatrzy­mali się, nie gasząc sil­nika, wśród drzew nie­opo­dal. Ben­ja­min, skoń­czyw­szy, porzu­cił radio i dołą­czył do nich.

Sha­ftoe, wyko­nu­jąc swoje pierw­sze zada­nie planu Torus, obszedł całe gospo­dar­stwo torem naśla­du­ją­cym zyg­za­ku­jący lot roz­po­znaw­czego samo­lotu. Niósł odwró­cony do góry dnem kani­ster z ben­zyną. Bez zakrętki.

Została mu mniej wię­cej jedna trze­cia ben­zyny. Posta­wił kani­ster pośrodku sto­doły. Wycią­gnął zawleczkę z gra­natu, cisnął go pod kani­ster i uciekł z budynku. Cię­ża­rówka już odjeż­dżała, gdy dobiegł do niej i zanur­ko­wał pro­sto w ocze­ku­jące ramiona swej jed­nostki. Wcią­gnęli go na pakę. Usa­do­wił się z tyłu i zdą­żył jesz­cze zoba­czyć, jak szopa wyla­tuje w powie­trze w postaci cał­kiem zado­wa­la­ją­cej kuli ognia.

-?Dobra -?rzu­cił. -?Mamy parę godzin do zabi­cia.

Wszy­scy faceci w cię­ża­rówce -?oprócz pra­cu­ją­cych nad vic­ker­sem SAS-owców -?spoj­rzeli po sobie. On naprawdę powie­dział coś takiego?

-?Eee... sier­żan­cie... -?ode­zwał się wresz­cie jeden z nich -?może pan wyja­śnić, o co cho­dziło z tym zabi­ja­niem czasu?

-?Samo­lot przy­leci po nas dopiero za jakiś czas. Takie roz­kazy.

-?Jakiś kło­poty, czy coś?

-?Nie. Wszystko idzie jak trzeba. Takie roz­kazy.

Chłopcy nie chcieli wsz­czy­nać teraz awan­tury, ale wymie­nili sporo spoj­rzeń. Wresz­cie prze­mó­wił Enoch Root:

-?Pew­nie zasta­na­wia­cie się, chłopcy, dla­czego nie mogli­śmy naj­pierw pocze­kać kilka godzin, zanim ujaw­ni­li­śmy się Niem­com, i dotrzeć do samo­lotu w sam raz na czas.

-?No pew­nie! -?potwier­dzili, ener­gicz­nie kiwa­jąc gło­wami, wszy­scy Ame­ry­ka­nie i Angole.

-?To dobre pyta­nie -?odrzekł Root. Zabrzmiało to tak, jakby sam znał odpo­wiedź.

Nagle wszy­scy w cię­ża­rówce zapa­łali chę­cią, by dźgnąć go nożem.

Niemcy skie­ro­wali parę jed­no­stek naziem­nych do zabez­pie­cze­nia skrzy­żo­wań dróg w rejo­nie. Kiedy Jed­nostka 2702 dotarła na pierw­sze z nich, wszy­scy Niemcy byli świeżo zabici, musieli więc tylko zwol­nić, by kilku Marine Raide­rów mogło opu­ścić kry­jówki i wsko­czyć do środka.

Niemcy na dru­gim skrzy­żo­wa­niu nie mieli poję­cia, co się dzieje. Ewi­dent­nie coś im się popier­do­liło w łącz­no­ści, co łatwo było poznać nawet mimo barier kul­tu­ral­nych i języ­ko­wych. Jed­nostka 2702 po pro­stu otwo­rzyła ogień spod plan­dek i roz­nio­sła ich na pla­sterki, albo przy­naj­mniej zmu­siła do ukry­cia się.

Następni Niemcy już nie byli tacy; w poprzek drogi usta­wili blo­kadę z cię­ża­rówki i dwóch aut i scho­wali się za nimi, mie­rząc z kara­bi­nów. Wyglą­dało, że mają tylko lekką broń. Ale do tego czasu vic­kers został wresz­cie poskła­dany, ska­li­bro­wany, wyre­gu­lo­wany, spraw­dzony i zała­do­wany. Bre­zent odchy­lił się. Sze­re­gowy Mikul­ski (pol­skiego pocho­dze­nia) -?ponury, zamy­ślony, stu­dwu­dzie­sto­ki­lowy żoł­nierz SAS zaczął pra­co­wać vic­kersem mniej wię­cej wtedy, gdy Niemcy zare­pe­to­wali swe kara­biny.

Bobby Sha­ftoe po gim­na­zjum wylą­do­wał w tech­ni­kum, gdzie miał mnó­stwo warsz­ta­tów. Oczy­wi­ste więc, że pewną ilość czasu poświę­cał na cię­cie dużych kawał­ków drewna i metalu na mniej­sze kawałki. W warsz­ta­cie słu­żyły do tego celu liczne piły, nie­które lep­sze, inne gor­sze. Nie­które ope­ra­cje, bez­na­dziej­nie dłu­gie i męczące przy uży­ciu ręcz­nej piły, można było wyko­nać piłą elek­tryczną. Podob­nie, pewne cię­cia i mate­riały powo­do­wały, że mniej­sze piły elek­tryczne blo­ko­wały się lub prze­grze­wały, trzeba więc było użyć więk­szej piły elek­trycznej. Jed­nakże nawet przy naj­moc­niej­szej pile elek­trycznej w całym warsz­ta­cie Sha­ftoe zawsze czuł, że powstają w niej jakieś naprę­że­nia. Zawsze zwal­niała, kiedy brzesz­czot zetknął się z mate­ria­łem, zawsze drgała, nagrze­wała się, a jeśli zbyt mocno naci­ska­łeś na mate­riał, mogła się zaklesz­czyć. Ale potem pew­nego lata popra­co­wał w tar­taku, gdzie mieli piłę taśmową. Piła taśmowa, zapas ostrzy, czę­ści zamienne, rze­czy do kon­ser­wa­cji, spe­cjalne narzę­dzia i instruk­cje obsługi zaj­mo­wały całe pomiesz­cze­nie. To było jak dotąd jedyne narzę­dzie z całym zaple­czem, jakie widział. Piła była wiel­ko­ści samo­chodu. Ostrze pro­wa­dziły dwa gigan­tyczne, ośmiosz­pry­chowe koła, jakby wymon­to­wane z paro­wozu. Brzesz­czoty były robione z dłu­giej zęba­tej taśmy, któ­rej trzeba było odwi­nąć mniej wię­cej kilo­metr, odciąć i sta­ran­nie zespa­wać końce, two­rząc pętlę. Kiedy prze­sta­wia­łeś wyłącz­nik, przez chwilkę nie działo się zupeł­nie nic, oprócz wydo­by­wa­ją­cej się z ziemi infra­dź­wię­ko­wej wibra­cji, jakby gdzieś z dala nad­jeż­dżał pociąg towa­rowy; wresz­cie ostrze zaczy­nało się poru­szać, powoli, ale nie­ubła­ga­nie nabie­ra­jąc szyb­ko­ści, aż zęby zni­kały, a taśma sta­wała się pio­ru­nem czy­stej, pie­kiel­nej ener­gii, napię­tym mię­dzy sto­łem a wiszą­cym nad nim osprzę­tem. Aneg­doty o wypad­kach z piłą taśmową opo­wia­dano ści­szo­nymi gło­sami i zwy­kle nie mie­szano ich z innymi opo­wie­ściami o wypad­kach. W każ­dym razie, naj­bar­dziej godny uwagi był fakt, że tą piłą mogłeś prze­ciąć cokol­wiek, a ona nie tylko robiła to szybko i spraw­nie, ale nawet nie zauwa­żała, że cokol­wiek robi. Nie zauwa­żała, że czło­wiek prze­ciąga przez nią wielki kawał jakie­goś mate­riału. Ni­gdy nie zwal­niała i ni­gdy się nie prze­grze­wała.

Po skoń­cze­niu szkoły Sha­ftoe dowie­dział się z doświad­cze­nia, że broń palna ma wiele wspól­nego z piłami. Kara­biny i pisto­lety mogły wystrze­li­wać poci­ski, pew­nie, ale miały odrzut, grzały się, zanie­czysz­czały i w końcu zaci­nały. Innymi słowy, strze­lają, ale jest to dla nich wielki wysi­łek, powo­du­jący pewne naprę­że­nia, któ­rych po dłuż­szym cza­sie nie wytrzy­mują. Ale vic­kers na pace tej cię­ża­rówki był wobec innych kara­bi­nów tym, czym piła taśmowa w porów­na­niu do innych pił. Miał chło­dze­nie wodą. Wła­ści­wie miał nawet pie­przoną chłod­nicę. Miał całe zaple­cze, tak jak piła taśmowa, i załogę tech­ni­ków do obsługi. Ale kiedy już się roz­pę­dził, mógł strze­lać nie­prze­rwa­nie całymi dniami, o ile tylko wty­kano do niego nowe taśmy z nabo­jami. Gdy sze­re­go­wiec Mikul­ski otwo­rzył ogień, także nie­któ­rzy inni, spra­gnieni walki, zaczęli strze­lać do Niem­ców z kara­bi­nów. Poczuli się jed­nak tak żało­śni i słabi, że zaraz zre­zy­gno­wali, scho­wali się w rowie, zapa­lili po papie­ro­sie i przy­glą­dali się stru­mie­niowi poci­sków prze­su­wa­ją­cemu się powoli wzdłuż blo­kady na dro­dze. Mikul­ski oblał oło­wiem wszyst­kie blo­ku­jące drogę pojazdy, krę­cąc kara­bi­nem tam i z powro­tem, jak wyce­lo­waną na źró­dło ognia gaśnicą. Potem wybrał kilka punk­tów, za któ­rymi ktoś mógłby się ukry­wać, i sku­pił się na nich, ryjąc tunele przez bla­chy samo­cho­dów, dopóki nie zoba­czył, co naprawdę jest po dru­giej stro­nie. Kadłuby i ramy roz­pa­dały się na dwoje. Ściął ze sześć drzew, za któ­rymi poten­cjal­nie mogli ukry­wać się Niemcy, a potem sko­sił coś z ćwierć hek­tara trawy.

Tym­cza­sem stało się jasne, że nie­któ­rzy Niemcy wyco­fali się za nie­duży nasyp, skąd znów strze­lają do nich. Mikul­ski uniósł zatem lufę vic­kersa i plu­nął serią w niebo, tak by poci­ski, na zasa­dzie moź­dzie­rza, spa­dły po dru­giej stro­nie wznie­sie­nia. Chwilę trwało, zanim się wstrze­lał, lecz potem cier­pli­wie roz­siał ołów po całym polu, jakby pod­le­wał traw­nik.

Jeden z SAS-owców nawet zaczął coś liczyć na kola­nie -?jak długo powi­nien to robić Mikul­ski, by mieć pew­ność, że roz­kład poci­sków na ziemi będzie miał odpo­wied­nią gęstość, powiedzmy, jeden na stopę kwa­dra­tową. Kiedy już nale­ży­cie obsiał glebę oło­wia­nymi plom­bami, obró­cił się z powro­tem w stronę blo­kady i spra­wił, że cię­ża­rówka par­ku­jąca w poprzek roz­pa­dła się na frag­menty wystar­cza­jąco małe, by zepchnąć je z drogi.

W końcu prze­rwał ogień. Sha­ftoe miał ochotę wpi­sać coś do dzien­nika, tak jak wpi­sują to kapi­ta­no­wie po wpro­wa­dze­niu okrętu wojen­nego do portu. Mija­jąc pobo­jo­wi­sko, zwol­nili, by się tro­chę poga­pić. Kru­che szare żeliwo kar­te­rów sil­ni­ków roz­le­ciało się jak szkło; widać było wnę­trze w prze­kroju, wysta­wione na świa­tło dzienne lśniące tłoki i wały kor­bowe, krwa­wiące ole­jem i pły­nem chło­dzą­cym.

Prze­je­chali przez resztki blo­kady i wje­chali na otwartą, z rzadka poro­śniętą prze­strzeń -?zna­ko­mite miej­sce do ataku powietrz­nego ze strony Luft­waffe. Pierw­sze dwa myśliwce Mikul­ski i vic­kers roz­wa­lili w locie. Druga para za jed­nym zama­chem znisz­czyła cię­ża­rówkę, ciężki kara­bin i sze­re­go­wego Mikul­skiego. Nikt wię­cej nie został ranny; wszy­scy leżeli w rowie, przy­glą­da­jąc się, jak Mikul­ski spo­koj­nie sie­dzi w gnieź­dzie kara­binu, bawi się w próbę odwagi z dwoma mes­ser­sch­mit­tami i w końcu prze­grywa.

Zaczęło się już ściem­niać. Jed­nostka udała się dalej na pie­chotę, dźwi­ga­jąc na noszach szczątki Mikul­skiego. Wpa­dli na nie­miecki patrol i wal­czyli z nim: dwóch SAS-owców odnio­sło rany, a jed­nego z nich trzeba było nieść na noszach. Wresz­cie dotarli w umó­wione miej­sce, pole psze­nicy, gdzie roz­ło­żyli flary, by wska­zać samo­lo­towi lądo­wi­sko. Armijny DC-3 wylą­do­wał ele­gancko, zabrał wszyst­kich na pokład i zawiózł ich na Maltę bez dal­szych przy­gód.

I tam wła­śnie poznali porucz­nika Monk­berga.

Zaraz po zda­niu raportu wsa­dzili ich na okręt pod­wodny, pły­nący w nie­zna­nym (a przy­naj­mniej go nie podano) kie­runku. Ale gdy zna­leźli w swym ekwi­punku ważące po pięć kilo impre­gno­wane swe­try, zaczęli się domy­ślać. Kilka klau­stro­fo­bicz­nych dni póź­niej prze­nie­siono ich na ten frach­to­wiec.

Łajba jest tak żało­sna, że bawili się, pod­mie­nia­jąc w roz­ma­itych żeglar­skich wyra­że­niach słowo "okręt" na "prze­kręt", np. "Dopro­wadź­cie do porządku tę kajutę prze­krętową", albo "Dokąd wie­zie nas ten cho­lerny kapi­tan prze­krętu?". I tym podobne.

Bobby Sha­ftoe, w ładowni prze­krę­to­wej, stara się jak może, by wyglą­dało to na kom­pletny chaos. Wywala na pokład kara­biny i pisto­lety maszy­nowe. Otwiera skrzynki z amu­ni­cją kali­ber .45 i roz­rzuca je wokół. Znaj­duje też narty -?narty się przy­da­dzą, co nie? Tu i ówdzie wtyka minę, żeby nastra­szyć tro­chę tych Niem­ców, któ­rzy zabiorą się do bada­nia wraku. Roz­pa­ko­wuje gra­naty. Takie pełne skrzynki wyglą­dają nie­spe­cjal­nie cha­otycz­nie, wyciąga więc kilka z nich, nie­sie na górę i ciska za burtę. Rzuca tam także parę sztuk nart -?może fale wyrzucą je gdzieś na brzeg, dokła­da­jąc się do owego ogól­nego cha­osu, który tak bar­dzo leży na sercu porucz­ni­kowi Monk­ber­gowi.

I wła­śnie idąc po pokła­dzie z ładun­kiem nart, zauważa coś we mgle. Oczy­wi­ście zaraz robi unik. Po wielu ata­kach powietrz­nych Bobby Sha­ftoe zna­ko­mi­cie wyuczył się uni­ków. Robi tak inten­sywny unik, że wszyst­kie narty padają na pokład, a on już pra­wie rzuca się mię­dzy nie. Ale stoi na nogach na tyle długo, że udaje mu się przyj­rzeć temu cze­muś. Leży dokład­nie przed nimi, tro­chę wyżej niż mostek statku i (w prze­ci­wień­stwie do ata­ku­ją­cych Zero lub mes­ser­sch­mit­tów) nie poru­sza się szybko -?stoi i tyle. Jak chmura na nie­bie. Jakby mgła zle­piła się w gęstą bryłę, jak tłu­czone ziem­niaki u mamy. Robi się coraz jaśniej­sza, a kon­tur coraz wyraź­niej­szy. Zaczyna widzieć tam coś jesz­cze.

Ta druga rzecz jest zie­lona.

Zaraz, zaraz! Patrzy na zie­lone ska­li­ste zbo­cze z wielką plamą śniegu pośrodku.

-?Uwaga! -?wrzesz­czy i rzuca się na pokład.

Ma nadzieję, że zde­rze­nie z lądem zasko­czy go łagod­no­ścią, deli­kat­no­ścią. Pamięta, jak to jest, gdy wjeż­dża się moto­rówką na piasz­czy­stą plażę, w ostat­niej chwili wyłą­cza i pod­nosi sil­nik, po czym wśli­zguje się miękko na pia­sek.

Oka­zuje się, że to bar­dzo kiep­skie porów­na­nie. Frach­to­wiec w rze­czy­wi­sto­ści pły­nie znacz­nie szyb­ciej niż typowa, pyr-pyr-pyr, łódeczka do łowie­nia ryb. No i nie wśli­zguje się na piasz­czy­stą plażę, tylko zde­rza się czo­łowo z pio­nową gra­ni­tową ścianą. Huk jest potężny, dziób statku wygina się do góry, a Bobby Sha­ftoe nagle orien­tuje się, że jedzie na brzu­chu po oblo­dzo­nym pokła­dzie.

Przez chwilę oba­wia się, że ześliź­nie się pro­sto do wody, ale udaje mu się wyce­lo­wać w łań­cuch kotwicy, który sku­tecz­nie go wyha­mo­wuje. Sły­szy, jak gdzieś pod nim dzie­sięć tysięcy małych i dużych przed­mio­tów zatrzy­muje się na innych prze­szko­dach.

Nastę­puje krótka chwila spo­koju, którą prze­rywa larum nie­licz­nej załogi statku:

-?opu­ścić prze­kręt! opu­ścić prze­kręt!

Żoł­nie­rze Jed­nostki 2702 ruszają do sza­lup. Sha­ftoe wie, że potra­fią zatrosz­czyć się o sie­bie, idzie więc na mostek. Szuka tych kilku cuda­ków, dzięki któ­rym zawsze zda­rzy się coś cie­ka­wego: porucz­nika Roota, porucz­nika Monk­berga i kaprala Ben­ja­mina.

Naj­pierw widzi kapi­tana statku -?zapada się w fotel, nalewa sobie drinka i wygląda na czło­wieka, który dopiero co wykrwa­wił się na śmierć. Ten nie­szczę­śnik to ofi­cer zawo­dowy z mary­narki wojen­nej, odłą­czony od regu­lar­nych sił tylko do tego jed­nego zada­nia, które wła­śnie wyko­nał. Widać, że to wszystko bar­dzo mu się nie podoba.

-?Nie­źle wyszło, sir! -?mówi Sha­ftoe, bo nie wie, co wła­ści­wie powie­dzieć. Potem idzie do kabiny radio­ope­ra­tora, zwa­biony odgło­sami kłótni.

Dra­ma­tis per­so­nae to: kapral Ben­ja­min, z wielką księgą, w pozie przy­wo­dzą­cej na myśl gniew­nego kazno­dzieję sar­ka­stycz­nie poka­zu­ją­cego swym zbłą­ka­nym para­fia­nom jak wygląda Biblia; porucz­nik Monk­berg, pół­le­żący w krze­śle, ze zra­nioną koń­czyną na stole; oraz porucz­nik Root, pra­cu­jący nad nią z igłą i nitką.

-?Moja przy­sięga zobo­wią­zuje mnie... -?zaczyna Ben­ja­min.

Prze­rywa mu Monk­berg:

-?Przy­sięga zobo­wią­zuje was, kapralu, do wyko­ny­wa­nia moich roz­ka­zów!

Medy­ka­menty Roota są na sku­tek zde­rze­nia roz­siane po całym pokła­dzie. Sha­ftoe zaczyna zbie­rać je i porząd­ko­wać, szcze­gól­nie uważ­nie wypa­tru­jąc małych bute­le­czek, które mogłyby się gdzieś zawie­ru­szyć.

Ben­ja­min jest bar­dzo pod­mi­no­wany. Widać, że nie potrafi dotrzeć do Monk­berga, a więc otwiera ciężką księgę na chy­bił tra­fił i unosi ją nad głową. Na jej stro­nach, wiersz za wier­szem, stoją losowe litery.

-?To jest -?wykrzy­kuje -?kod mary­narki han­dlo­wej alian­tów! ta książka znaj­duje się na każ­dym frach­towcu w każ­dym kon­woju na Pół­noc­nym Atlan­tyku! Te statki uży­wają jej do nada­wa­nia swo­jej pozy­cji! rozu­mie pan, co się sta­nie, jeśli ta książka wpad­nie w ręce niem­ców?!

-?Otrzy­mał pan roz­kaz -?odpo­wiada Monk­berg.

I cią­gną w tym stylu przez kilka minut; Sha­ftoe tym­cza­sem sprząta z pokładu medyczne śmieci. Wresz­cie widzi to, czego szu­kał: poto­czyła się za szafkę, ale chyba cudem jest nie­na­ru­szona.

-?Sier­żan­cie Sha­ftoe! -?woła Root. Tym razem naj­bar­dziej udało mu się upodob­nić tonem do ofi­cera.

Sha­ftoe odru­chowo się wypręża.

-?Tak jest, sir!

-?Dawka mor­finy porucz­nika Monk­berga pew­nie zaraz się skoń­czy. Pro­szę zna­leźć fiolkę z mor­finą i natych­miast mi ją dać.

-?Tak jest, sir! -?Sha­ftoe jest żoł­nie­rzem pie­choty mor­skiej, co ozna­cza, że jest naprawdę dobry w wyko­ny­wa­niu roz­ka­zów, nawet wtedy, gdy wła­sne ciało każe odmó­wić.

Ale i tak palce nie chcą wypu­ścić bute­leczki z uści­sku i Root musi roz­wie­rać je nie­mal siłą.

Ben­ja­min i Monk­berg pogrą­żyli się w dys­ku­sji i nie zwra­cają uwagi na ich roz­mowę.

-?Porucz­niku Root! -?mówi Ben­ja­min, wyso­kim i drżą­cym gło­sem.

-?Tak, kapralu? -?rzuca z roz­tar­gnie­niem Root.

-?Mam powody sądzić, że porucz­nik Monk­berg jest nie­miec­kim szpie­giem i że należy go pozba­wić dowo­dze­nia tą misją i aresz­to­wać!

-?Ty skur­wy­synu! -?krzy­czy Monk­berg.

Może sobie pokrzy­czeć: Ben­ja­min wła­śnie oskar­żył go o zdradę, za co może tra­fić przed plu­ton egze­ku­cyjny. Lecz Root trzyma jego nogę w uści­sku na stole, więc Monk­berg się nie rusza.

Root jest cał­kiem nie­po­ru­szony. Chyba wręcz cie­szy się, że padło tak nie­wia­ry­god­nie poważne oskar­że­nie. To oka­zja, by poga­dać o czymś istot­niej­szym niż, na przy­kład, wymy­śla­nie mary­nar­skich wyra­żeń ze sło­wem "prze­kręt" w miej­sce "okrętu".

-?Zoba­czysz, pole­cisz za to pod sąd wojenny, ty kana­lio! -?wykrzy­kuje Monk­berg.

-?Kapralu Ben­ja­min, jakie ma pan pod­stawy do tego oskar­że­nia? -?mówi Enoch Root, tonem jak z koły­sanki.

-?Porucz­nik nie udzie­lił mi pozwo­le­nia na znisz­cze­nie ksią­żek kodo­wych, do czego zobo­wią­zuje mnie przy­sięga! -?krzy­czy Ben­ja­min. Cał­kiem stra­cił pano­wa­nie nad sobą.

-?Puł­kow­nik Chat­tan dał mi jasne i wyraźne roz­kazy! -?Monk­berg zwraca się do Roota.

Sha­ftoe jest zdzi­wiony. Monk­berg naj­wy­raź­niej doce­nił auto­ry­tet Roota w tej kwe­stii. A może jest prze­stra­szony i szuka sprzy­mie­rzeńca. Ofi­ce­ro­wie zwie­rają szyki prze­ciwko pod­ofi­ce­rom. Jak zwy­kle.

-?Ma pan te roz­kazy na piśmie, abym mógł się z nimi zapo­znać? -?pyta Root.

-?Nie sądzę, żeby­śmy mogli teraz dys­ku­to­wać na ten temat -?mówi Monk­berg wciąż bła­gal­nym i obron­nym tonem.

-?A więc, co pan pro­po­nuje zro­bić? -?pyta Root, prze­cią­ga­jąc jedwabną nitkę przez jego zdrę­twiałe mię­śnie. -?Sie­dzimy na mie­liź­nie. Nie­długo będą tu Niemcy. Albo zosta­wiamy książki kodowe, albo nie. Decy­zję trzeba pod­jąć natych­miast.

Monk­berg fla­czeje na krze­śle.

-?Może mi pan poka­zać roz­kazy na piśmie? -?pyta Root.

-?Nie. Otrzy­ma­łem je ust­nie -?odpo­wiada Monk­berg.

-?Czy była w nich kon­kret­nie mowa o książ­kach kodo­wych?

-?Tak, była -?oznaj­mia Monk­berg, jak świa­dek na sali sądo­wej.

-?Czy te roz­kazy naka­zy­wały pozo­sta­wie­nie ksią­żek kodo­wych, tak by mogły wpaść w ręce Niem­ców?

-?Tak, naka­zy­wały.

Chwila ciszy; Root zwią­zuje szew i zabiera się za kolejny. Potem odzywa się:

-?Jakiś scep­tyk, na przy­kład kapral Ben­ja­min, mógłby pomy­śleć, że ta sprawa z książ­kami kodo­wymi to pań­ski wymysł.

-?Gdy­bym sfał­szo­wał wła­sne roz­kazy, mógł­bym zostać roz­strze­lany.

-?Tylko jeżeli pan oraz paru świad­ków tego zda­rze­nia prze­do­sta­nie­cie się na tery­to­rium alian­tów i skon­fron­tu­je­cie z puł­kow­ni­kiem Chat­ta­nem -?mówi spo­koj­nie i cier­pli­wie Root.

-?Co tu się, do cho­lery, dzieje? -?pyta jeden z SAS-owców, wpa­da­jąc przez luk poni­żej i pędząc schod­nią na górę. -?Cze­kamy i cze­kamy w tych pier­do­lo­nych łodziach! -?Wpada do kabiny; twarz mu poczer­wie­niała od zimna i zde­ner­wo­wa­nia. Roz­gląda się ner­wowo.

-?Spier­da­laj -?mówi Sha­ftoe.

Gość z SAS ma szybki refleks.

-?Tak jest, panie sier­żan­cie!

-?Idź na dół i powiedz tym z łódek, żeby też spier­da­lali -?dodaje Sha­ftoe.

-?Już się robi! -?SAS-owiec znika.

-?Jak zaświad­czą ci nie­spo­kojni ludzie w sza­lu­pach -?cią­gnie Root - praw­do­po­do­bień­stwo, że pan oraz paru świad­ków zda­rze­nia prze­do­sta­nie­cie się z powro­tem na nasze tery­to­rium, zmniej­sza się z minuty na minutę. A fakt, że wła­śnie przy­pad­kiem parę minut temu poważ­nie zra­nił się pan w nogę wła­sną ręką, nie­zwy­kle kom­pli­kuje naszą ucieczkę. Albo wszy­scy zosta­niemy schwy­tani razem, albo pan poprosi o pozo­sta­wie­nie. Każdy z tych wypad­ków ratuje pana od sądu wojen­nego i plu­tonu egze­ku­cyj­nego - zakła­da­jąc, że jest pan nie­miec­kim szpie­giem.

Monk­berg nie wie­rzy wła­snym uszom.

-?Ależ... ależ, porucz­niku, to prze­cież był wypa­dek! Ude­rzy­łem się w nogę tym cho­ler­nym topo­rem. Nie sądzi pan chyba, że zro­bi­łem to umyśl­nie!?

-?Nie­stety, trudno nam powie­dzieć -?odpo­wiada Root.

-?Czemu po pro­stu nie znisz­czymy ksią­żek? To byłoby naj­bez­piecz­niej­sze - mówi Ben­ja­min. -?Po pro­stu wyko­nam mój stały roz­kaz, nic w tym złego. Za to nie pójdę pod sąd wojenny.

-?Ale w ten spo­sób cała misja pój­dzie na marne! -?odpo­wiada Monk­berg.

Root przez chwilę zasta­na­wia się nad tym.

-?Czy kie­dy­kol­wiek ktoś zgi­nął, dla­tego że nie­przy­ja­ciel ukradł jeden z naszych szy­frów i prze­czy­tał nasze wia­do­mo­ści?

-?No pew­nie -?mówi Sha­ftoe.

-?A czy kto­kol­wiek po naszej stro­nie mógłby zgi­nąć -?cią­gnie Root - ponie­waż nie­przy­ja­ciel nie posia­dał jed­nego z naszych szy­frów?

To dopiero zagadka. Naj­szyb­ciej decy­duje się na odpo­wiedź kapral Ben­ja­min, choć nawet on musi to prze­my­śleć.

-?Oczy­wi­ście, że nie!

-?Sier­żan­cie Sha­ftoe? Jakie jest wasze zda­nie? -?pyta Root, mie­rząc go poważ­nym spoj­rze­niem.

Sha­ftoe mówi:

-?Wszyst­kie te szy­fry to skom­pli­ko­wane rze­czy.

Kolej na Monk­berga.

-?Tak. M... m... myślę... że mógł­bym wymy­ślić jakąś hipo­te­tyczną sytu­ację, w któ­rej ktoś rze­czy­wi­ście mógłby zgi­nąć.

-?A pan, porucz­niku Root? -?pyta Sha­ftoe.

Root przez długą chwilę mil­czy. Pra­cuje igłą i nitką. Wydaje się, że mija kilka minut. A może i nie. Po pro­stu wszy­scy się dener­wują, że zaraz nakryją ich Niemcy.

-?Porucz­nik Monk­berg każe mi wie­rzyć, że prze­ka­za­nie kodów alianc­kiej mary­narki han­dlo­wej w ręce Niem­ców zapo­bie­gnie ofia­rom wśród alianc­kich żoł­nie­rzy -?odzywa się w końcu Root. Na dźwięk jego głosu wszy­scy ner­wowo pod­ska­kują. -?Wła­ści­wie, skoro musimy tutaj użyć cze­goś w rodzaju rachunku róż­nicz­ko­wego ofiar, pyta­nie naprawdę brzmi: czy w jakiś spo­sób zdo­łamy ura­to­wać wię­cej ludzi niż stra­cimy?

-?Tego to ja już nie rozu­miem -?mówi Sha­ftoe. -?Nie zda­łem nawet z alge­bry.

-?Zacznijmy więc od tego, co wiemy: zdra­dze­nie kodów spo­wo­duje straty, ponie­waż pozwoli Niem­com usta­lić, gdzie są nasze kon­woje, i zato­pić je. Prawda?

-?Prawda! -?mówi kapral Ben­ja­min.

Root naj­wy­raź­niej przy­chyla się do jego zda­nia.

-?To będzie prawdą -?cią­gnie -?dopóki alianci nie zmie­nią sys­te­mów szy­frów, co zapewne uczy­nią jak naj­szyb­ciej. Czyli po ujem­nej stro­nie rachunku ofiar mamy kilka zato­pio­nych kon­wo­jów na krótką metę. A po stro­nie dodat­niej? -?Uno­sząc brwi, w zadu­mie wpa­truje się w ranę Monk­berga. -?Jak odda­nie kodów mogłoby ura­to­wać czy­jeś życie? No cóż, to są impon­de­ra­bi­lia.

-?Co takiego? -?pyta Sha­ftoe.

-?Przy­pu­śćmy, że na przy­kład z Nowego Jorku wyru­sza jakiś tajny kon­wój, wio­zący tysiące żoł­nie­rzy i jakąś nową broń, która odmieni losy wojny i ura­tuje tysiące ist­nień ludz­kich. I załóżmy, że korzy­sta on z cał­kiem nowego szy­fru, tak że nawet kiedy Niemcy dostaną nasze dzi­siej­sze książki, nie będą nic o nim wie­dzieć. Sku­pią swe siły na zata­pia­niu kon­wo­jów, o któ­rych wie­dzą, zabi­ja­jąc może kil­ku­set mary­na­rzy. A tym­cza­sem tajny kon­wój prze­śliź­nie się mię­dzy nimi, dostar­czy swój cenny ładu­nek i ura­tuje tysiące ludzi.

Kolejna długa cisza. Sły­szą teraz krzyki reszty Jed­nostki 2702, sie­dzą­cej w łodziach ratun­ko­wych; pew­nie żoł­nie­rze szcze­gó­łowo prze­dys­ku­to­wują kwe­stię, czy zosta­wie­nie wszyst­kich jeba­nych ofi­ce­rów na roz­bi­tym statku kwa­li­fi­kuje się jako bunt.

-?To tylko hipo­teza -?mówi Root. -?Ale wyka­zuje, że dodat­nie saldo w licz­bie ofiar jest przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie moż­liwe. A teraz, po namy­śle, sądzę, że nawet może nie być żad­nego nega­tyw­nego skutku.

-?Co pan mówi? -?wtrąca Ben­ja­min. -?Oczy­wi­ście, że jest nega­tywny sku­tek!

-?Zakła­dasz, że Niemcy nie zła­mali jesz­cze tego szy­fru. -?Root okrwa­wio­nym pal­cem wska­zuje wiel­kie tomisz­cze pełne nie­zro­zu­mia­łych tek­stów. -?Ale może zła­mali. Wie­cie, zata­piali nasze kon­woje jeden po dru­gim. Jeśli tak się ma sprawa, odda­nie im w ręce książki nie ma nega­tyw­nych skut­ków.

-?Ale to prze­czy pana teo­rii o taj­nym kon­woju! -?mówi Ben­ja­min.

-?Tajny kon­wój to tylko Gedan­ke­ne­xpe­ri­ment -?wyja­śnia Root.

Kapral Ben­ja­min prze­wraca oczami; naj­wy­raź­niej wie, co to zna­czy.

-?Jeśli oni już zła­mali te kody, to po co my tru­dzimy się i ryzy­ku­jemy życie żeby im je dać?!

Root roz­waża to przez chwilę.

-?Nie wiem.

-?No, porucz­niku Root, co pan myślisz? -?pyta Sha­ftoe kilka nie­zno­śnie dłu­gich minut póź­niej.

-?Myślę, że pomimo mojego Gedan­ke­ne­xpe­ri­mentu, wyja­śnie­nie kaprala Ben­ja­mina -?że Monk­berg jest nie­miec­kim szpie­giem -?jest bar­dziej praw­do­po­dobne.

Ben­ja­min wydaje wes­tchnie­nie ulgi. Monk­berg spa­ra­li­żo­wany z prze­ra­że­nia gapi się w twarz Roota.

-?Ale co chwila zda­rza się coś nie­praw­do­po­dob­nego -?dodaje Root.

-?Och, na miłość boską! -?wybu­cha Ben­ja­min i wali dło­nią w książkę.

-?Porucz­niku Root? -?odzywa się Sha­ftoe.

-?Tak, sier­żan­cie?

-?Porucz­nik Monk­berg zra­nił się przy­pad­kowo, sam widzia­łem.

Root patrzy Sha­ftoe'owi w oczy. Zaczyna być cie­ka­wie.

-?Naprawdę?

-?Tak jest, sir. Zupeł­nie przy­pad­kowo.

Root roz­dziera pakiet ste­ryl­nej gazy i zaczyna owi­jać nią nogę Monk­berga; krew natych­miast przez nią prze­siąka, szyb­ciej niż jest w sta­nie nawi­jać kolejne war­stwy. Ale stop­niowo zaczyna ją wyprze­dzać - gaza pozo­staje biała i czy­sta.

-?Chyba nad­szedł czas by pod­jąć decy­zję. Mówię: zosta­wiamy tutaj te książki kodowe, tak jak mówi porucz­nik Monk­berg.

-?Ale jeśli to nie­miecki szpieg... -?zaczyna Ben­ja­min.

-?To jak dotrzemy na zie­mię aliancką, będzie miał prze­rą­bane -?koń­czy Root.

-?Powie­dział pan, że mamy nie­wiel­kie szanse.

-?Nie powi­nie­nem był tego mówić -?prze­pra­sza­jąco stwier­dza Root. -?Nie była to zbyt mądra ani prze­my­ślana uwaga. Nie brała pod uwagę ducha Jed­nostki 2702. Jestem prze­ko­nany, że damy sobie radę z tym małym kło­po­tem. Jestem prze­ko­nany, że prze­do­sta­niemy się do Szwe­cji i zabie­rzemy ze sobą Monk­berga.

-?O, to jest wła­ściwy duch! -?mówi Monk­berg.

-?Jeśli w któ­rym­kol­wiek momen­cie Monk­berg będzie symu­lo­wał, albo poprosi, żeby go zosta­wić, czy w inny spo­sób zwięk­szy ryzyko schwy­ta­nia nas przez Niem­ców, to natych­miast stwier­dzimy, że jest nie­miec­kim szpie­giem.

Monk­berg nie prze­jął się tym spe­cjal­nie.

-?No to wypier­da­lajmy stąd, i to już! -?wypala i zrywa się na nogi, chwie­jąc się tro­chę z utraty krwi.

-?Zaraz! -?odzywa się Sha­ftoe.

-?Co takiego, Sha­ftoe? -?pyta Monk­berg. Znów dowo­dzi.

-?Po czym poznamy, że on zwięk­sza ryzyko zła­pa­nia nas?

-?Sha­ftoe, o co ci cho­dzi?

-?To może nie być takie oczy­wi­ste. Może w pew­nym miej­scu w lesie czeka już na nas nie­miecki oddział. I może porucz­nik Monk­berg zapro­wa­dzi nas pro­sto w pułapkę.

-?Ty masz łeb, chło­pie! -?woła Ben­ja­min.

-?Porucz­niku Monk­berg -?odzywa się Root. -?Jako naj­bliż­szy odpo­wied­nik leka­rza okrę­to­wego, pozba­wiam pana dowo­dze­nia z powo­dów zdro­wot­nych!

-?Jakich to powo­dów zdro­wot­nych?! -?krzy­czy wystra­szony Monk­berg.

-?Stra­cił pan dużo krwi, a ta pozo­stała jest zanie­czysz­czona mor­finą. A więc następny stop­niem ofi­cer będzie musiał prze­jąć dowo­dze­nie i podej­mo­wać wszyst­kie decy­zje co do kie­runku, w jakim się uda­jemy.

-?Ale pan jest jedy­nym pozo­sta­łym ofi­ce­rem! -?wtrąca Sha­ftoe. -?Oprócz kapi­tana statku, a on bez statku nie jest żad­nym kapi­ta­nem!

-?Sier­żan­cie Sha­ftoe! -?powar­kuje Root, tak ide­al­nie wcie­la­jąc się w ofi­cera pie­choty mor­skiej, że Sha­ftoe i Ben­ja­min odru­chowo stają na bacz­ność.

-?Tak jest, sir! -?odpo­wiada Sha­ftoe.

-?To mój pierw­szy i ostatni roz­kaz, więc słu­chaj uważ­nie! -?kla­ruje Root.

-?Tak jest, sir!

-?Sier­żan­cie Sha­ftoe, pro­szę zapro­wa­dzić mnie i resztę jed­nostki do Szwe­cji!

-?Tak jest, sir! -?wykrzy­kuje Sha­ftoe i wyma­sze­ro­wuje z kabiny, prak­tycz­nie zwa­la­jąc Monk­berga z nóg.

Inni idą za nim, zosta­wia­jąc książki kodowe na stole.

Po około pół­go­dzi­nie pie­prze­nia się z łodziami ratun­ko­wymi Jed­nostka 2702 znów staje na suchym lądzie. Lądzie Nor­we­gii. Śnieg leży już kil­ka­na­ście metrów powy­żej poziomu morza; całe szczę­ście, że Bobby Sha­ftoe dobrze radzi sobie z nar­tami. SAS-owcy też to potra­fią -?umieją nawet zmaj­stro­wać coś w rodzaju sanek do cią­gnię­cia porucz­nika Monk­berga. Po kilku godzi­nach są już głę­boko w lesie i idą na wschód, od momentu wylą­do­wa­nia nie napo­tkaw­szy żywej duszy -?ani Niemca, ani Nor­wega. Zaczyna padać śnieg, zakry­wa­jąc ich ślady. Monk­berg jest grzeczny -?nie domaga się, by go zosta­wić, nie wystrze­li­wuje flar. Sha­ftoe zaczyna myśleć, że prze­do­sta­nie się do Szwe­cji może być jedną z łatwiej­szych misji Jed­nostki 2702. Jedyna trud­ność to, jak zawsze, zro­zu­mieć o co tu, kurwa, cho­dzi.

Należyte starania

Nale­żyte sta­ra­nia

Mapy połu­dniowo-wschod­niej Azji wiszą na ścia­nach, a nawet zasła­niają okna, spra­wia­jąc, że pokój hote­lowy Aviego wygląda jak bun­kier. Firma Epi­phyte Corp. zebrała się na pierw­szym od dwóch mie­sięcy zgro­ma­dze­niu akcjo­na­riu­szy. W pokoju tło­czą się Avi Halaby, Randy Water­ho­use, Tom Howard, Eber­hard Föhr, John Can­trell i Beryl Hagen, oga­ła­ca­jąc mini­ba­rek z prze­ką­sek i zim­nych napo­jów. Nie­któ­rzy sie­dzą na łóżku. Eber­hard sie­dzi boso i po turecku na pod­ło­dze; przed nim, na stołku stoi lap­top. Avi nie siada. Krzy­żuje ręce, zamyka oczy i opiera się o drzwiczki szafki z rzad­kich gatun­ków maho­niu, kry­ją­cej zestaw audio-wideo. Ma na sobie pięk­nie wypraną białą koszulę, wykroch­ma­loną tak mocno i nie­dawno, że wciąż trzesz­czy przy każ­dym ruchu. Kwa­drans temu był jesz­cze ubrany w nie­zmie­niany od czter­dzie­stu ośmiu godzin T-shirt.

Randy przez chwilę ma wra­że­nie, że Avi zasnął w mocno nie­stan­dar­do­wej pio­no­wej pozy­cji. Nagle odzywa się cicho:

-?Spójrz­cie na tę mapę. -?Otwiera oczy i kie­ruje na nią wzrok, nie tra­cąc cen­nej ener­gii na poru­sza­nie głową. -?Sin­ga­pur, połu­dniowy czu­bek Taj­wanu i naj­bar­dziej wysu­nięty na pół­noc punkt Austra­lii two­rzą trój­kąt.

-?Avi -?mówi poważ­nie Eb -?każde trzy punkty two­rzą trój­kąt.

Na ogół nie spo­dzie­wają się po Eber­har­dzie, że będzie łago­dził atmos­ferę swym humo­rem, ale i tak w pokoju roz­lega się chi­chot. Avi szcze­rzy zęby -?nie dla­tego, że go to śmie­szy, lecz dla­tego, że sta­nowi dowód wyso­kiego morale.

-?Co jest pośrodku trój­kąta?

Wszy­scy znów patrzą na mapę. Wła­ściwa odpo­wiedź brzmi: punkt pośrodku Morza Sulu, ale jest oczy­wi­ste, co ma Avi na myśli.

-?My jeste­śmy -?mówi Randy.

-?No wła­śnie. Kina­kuta ma ide­alne poło­że­nie dla elek­tro­nicz­nego skrzy­żo­wa­nia dróg. Ide­alne miej­sce, by umie­ścić w nim wiel­kie routery.

-?Wsta­wiasz gadkę jak do akcjo­na­riu­szy -?rzuca ostrze­gaw­czo Randy.

Avi nie zwraca na to uwagi.

-?Naprawdę, w ten spo­sób jest to o wiele bar­dziej sen­sowne.

-?W jaki spo­sób? -?pyta ostro Eb.

-?Dowie­dzia­łem się, że jest tu jesz­cze kilka firm od kabli. Jedna grupa z Sin­ga­puru i kon­sor­cjum z Austra­lii i Nowej Zelan­dii. Innymi słowy: kie­dyś byli­śmy jedy­nym dostawcą łącz dla Krypty. Od wczo­raj podej­rze­wam, że będziemy jed­nym z trzech.

Tom Howard trium­fal­nie szcze­rzy zęby: pra­cuje w Kryp­cie, więc pew­nie wie­dział pierw­szy. Randy i Can­trell wymie­niają spoj­rze­nia.

Eb sztyw­nieje.

-?Od jak dawna o tym wiesz? -?pyta.

Randy widzi złość na twa­rzy Beryl. Nie lubi, jak testuje się ją w ten spo­sób.

-?Słu­chaj­cie, my z Ebem prze­pro­simy was na minutkę, dobra? -?Randy wstaje.

Dok­tor Eber­hard Föhr roz­gląda się zdzi­wiony, potem wstaje i idzie za Ran­dym.

-?Gdzie idziemy?

-?Zostaw kom­pu­ter -?mówi Randy, pro­wa­dząc go na kory­tarz. -?Idziemy tylko tutaj.

-?Po co?

-?To wygląda tak. -?Randy zamyka drzwi, tak żeby zamek się nie zatrza­snął. -?Goście tacy jak Avi i Beryl, dobrze otrza­skani w biz­ne­sie, w zauwa­żalny spo­sób pre­fe­rują roz­mowy w cztery oczy, jak teraz. Co wię­cej, rzadko coś zapi­sują.

-?Wyja­śnij mi.

-?To sprawa z teo­rii infor­ma­cji. Jeśli zda­rzy się naj­gor­sze i będziemy mieli sprawę w sądzie...

-?W sądzie? Co ty mówisz?

Eb pocho­dzi z małego mia­steczka. Jego ojciec uczył mate­ma­tyki w liceum, a matka angiel­skiego. W rodzin­nych stro­nach pew­nie byłby wyrzut­kiem, z uwagi na swój wygląd, ale podob­nie jak wielu tam­tej­szych ludzi, uważa, że sprawy należy zała­twiać w spo­sób otwarty, pro­sty i logiczny.

-?Nie chcę cię dener­wo­wać -?mówi Randy. -?Nie suge­ruję, że coś takiego zaraz się zda­rzy. Ale Ame­ryka to Ame­ryka, zdzi­wił­byś się, jak czę­sto inte­resy pro­wa­dzą do pro­ce­sów. Kiedy sąd wkra­cza do akcji, wszyst­kie, zupeł­nie wszyst­kie, doku­menty są ujaw­niane. Dla­tego Avi i Beryl ni­gdy nie mają na piśmie nic, do czego nie mogliby przy­znać się na sali sądo­wej. Co gor­sza, każdy może być pod przy­sięgą popro­szony o zezna­nia. Dla­tego roz­mowy w cztery oczy, jak tutaj, są naj­lep­sze.

-?Rozu­miem, słowo jed­nej osoby kon­tra słowo dru­giej osoby.

-?Wiem, że rozu­miesz.

-?Ale i tak trzeba nam było dys­kret­nie o tym powie­dzieć.

-?Avi i Beryl mówią nam o tym dopiero teraz, bo wcze­śniej chcieli prze­dys­ku­to­wać ten pro­blem w cztery oczy. Innymi słowy, chro­nili nas, a nie zata­jali coś przed nami. A teraz ofi­cjal­nie obwiesz­czają nam tę wia­do­mość.

Eber­hard już nie jest podejrz­liwy. Ale, co gor­sza, ziry­to­wał się. Podob­nie jak więk­szość mania­ków tech­nicz­nych, kiedy doj­dzie do wnio­sku, że inni nie postę­pują logicz­nie, może stać się nie­bez­pieczny. Randy unosi dło­nie -?pod­daje się.

-?Ustalmy, że to jest bez sensu -?mówi.

Eb nie­prze­jed­na­nie patrzy w dal.

-?Zgo­dzisz się ze mną, że świat jest pełen irra­cjo­nal­nych ludzi i idio­tycz­nych sytu­acji?

-?Jaaaaa... -?pota­kuje ostroż­nie Eb.

-?Jeśli mamy dłu­bać przy kom­pu­te­rach i dostać za to forsę, ktoś musi nas zatrud­nić, nie?

Eb sta­ran­nie roz­waża to zda­nie.

-?Tak.

-?Ozna­cza to, że trzeba utrzy­my­wać z nim przy­naj­mniej mini­malny kon­takt, choć to może i nie­przy­jemne. I że trzeba zaak­cep­to­wać parę innych bzdur, adwo­ka­tów, PR-owców i mar­ke­tin­gow­ców. Jeśli zaczął­byś gadać z takim gościem, pew­nie dostał­byś pier­dolca. Tak samo ja. Nie?

-?Chyba tak.

-?A więc, to dobrze, że poja­wiają się ludzie tacy jak Beryl i Avi, ponie­waż sta­no­wią nasz inter­fejs. -?W gło­wie poja­wia mu się obraz z cza­sów Zim­nej Wojny. Wyciąga przed sie­bie ręce i maca coś w powie­trzu. - Jak te skrzy­nie z ręka­wi­cami, któ­rych używa się do obróbki plu­tonu. Rozu­miesz?

Eber­hard kiwa głową. To obie­cu­jący znak.

-?Ale to nie zna­czy, że wszystko będzie tak jak w pro­gra­mo­wa­niu. Oni mogą tylko prze­fil­tro­wać, zła­go­dzić irra­cjo­nalną naturę zewnętrz­nego świata. I dla­tego wła­śnie cza­sem robią coś, co wydaje się bez sensu.

Spoj­rze­nie Eba staje się coraz bar­dziej nie­obecne.

-?Cie­ka­wie byłoby podejść do tego pro­blemu poprzez teo­rię infor­ma­cji - oznaj­mia. -?Jak prze­sy­łać dane tam i z powro­tem w wewnętrz­nej sieci - Randy rozu­mie, że Eb ma na myśli pra­cow­ni­ków małej firmy -?tak aby nie ist­niały one dla osób z zewnątrz?

-?Jak to, nie ist­niały?

-?Jak sąd mógłby wezwać do ujaw­nie­nia doku­mentu, jeśli z jego punktu widze­nia on ni­gdy nie powstał?

-?O co ci cho­dzi, chcesz go zaszy­fro­wać?

Eb jest nieco ura­żony pro­sto­li­nij­no­ścią Randy'ego.

-?To już robimy. Ale wciąż dałoby się udo­wod­nić, że doku­ment o pew­nej wiel­ko­ści został w pew­nym cza­sie wysłany do pew­nej skrzynki pocz­to­wej. -?Ana­liza pakie­tów sie­cio­wych.

-?Tak. A gdyby ją zakłó­cić? A gdy­bym zapi­sał na moim twar­dym dysku pełno loso­wych baj­tów, tak żeby nie było wia­domo, gdzie leżą poszcze­gólne pliki? Ich ist­nie­nie scho­wa­łoby się w szu­mie, jak prę­go­wany tygrys w wyso­kiej tra­wie. No i mogli­by­śmy stale wysy­łać szum do sie­bie nawza­jem, wte i wewte.

-?To by nie­źle kosz­to­wało.

Eber­hard macha ręką.

-?Pasmo jest tanie.

-?To raczej akt wiary niż stwier­dze­nie fak­tów -?mówi Randy -?ale w przy­szło­ści może tak być.

-?Randy, w przy­szło­ści leży cała reszta naszego życia, więc możemy rów­nie dobrze zacząć już teraz.

-?No cóż, możemy wró­cić do tej dys­ku­sji póź­niej?

-?Jasne.

Wra­cają do pokoju. Tom, który spę­dził tu, na wyspie, naj­wię­cej czasu, wła­śnie mówi:

-?Te pół­to­ra­me­trowe, w żół­tawo-brą­zowe plamy na błę­kit­nym tle są nie­szko­dliwe i świet­nie się z nimi bawi. A te, co mają metr sześć­dzie­siąt i brą­zo­wawo-żółte plamy na tur­ku­so­wym tle, mogą cię zabić jed­nym uką­sze­niem, w dzie­sięć minut, chyba że wcze­śniej popeł­nisz samo­bój­stwo, bo ból jest nie do znie­sie­nia.

Wszystko to ma dać Randy'emu i Ebowi do zro­zu­mie­nia, że kiedy ich nie było, nikt nie mówił o inte­re­sach.

-?No dobra -?odzywa się Avi. -?Wycho­dzi na to, że Krypta może być poten­cjal­nie znacz­nie więk­sza niż myśle­li­śmy na początku, i to jest dobra wia­do­mość. Ale musimy sobie pora­dzić z jed­nym pro­ble­mem. -?Avi zna Randy'ego na wylot i wie, że on tak naprawdę się tym nie przej­mie.

Spoj­rze­nia wszyst­kich zwra­cają się ku Randy'emu. Wątek przej­muje Beryl. Zawłasz­czyła sobie zada­nie trosz­cze­nia się o uczu­cia innych, ponie­waż całej resz­cie naj­oczy­wi­ściej bra­kuje do tego kwa­li­fi­ka­cji. Mówi z żalem:

-?Wszyst­kie prace wyko­nane przez Randy'ego na Fili­pi­nach, wyko­nane, dodajmy, zna­ko­mi­cie, nie są już klu­czo­wym ele­men­tem naszej firmy.

-?No dobra, nie ma sprawy -?odpo­wiada Randy. -?Kur­czę, przy­naj­mniej zła­pa­łem tro­chę słońca, pierw­szy raz od dzie­się­ciu lat.

Wszy­scy natych­miast czują ulgę. Tom, jak to on, bły­ska­wicz­nie wraca do kon­kre­tów:

-?A mogli­by­śmy jakoś wyplą­tać się z naszych rela­cji z Den­ty­stą? Tak po pro­stu, znik­nąć z tego inte­resu?

Rytm roz­mowy zostaje zakłó­cony. Cał­kiem jakby wyłą­czyć prąd w dys­ko­tece.

-?Nie wia­domo -?odzywa się wresz­cie Avi. -?Zba­da­li­śmy umowy. Ale napi­sali je praw­nicy Den­ty­sty.

-?Czy jego wspól­nicy nie są praw­ni­kami? -?pyta Can­trell.

Avi nie­cier­pli­wie wzru­sza ramio­nami, jakby nie o to mu cho­dziło.

-?Wspól­nicy. Inwe­sto­rzy. Sąsie­dzi, przy­ja­ciele, zna­jomi, z któ­rymi gra w golfa. Jego hydrau­lik pew­nie też jest praw­ni­kiem.

-?Rozu­mie­cie, on jest zna­nym pie­nia­czem -?mówi Randy.

-?Inny poten­cjalny pro­blem -?dodaje Beryl. -?Jeśli znaj­dziemy spo­sób, żeby wyka­ra­skać się z umowy z avcla, stra­cimy krót­ko­ter­mi­nowe przy­chody z fili­piń­skiej sieci, na które liczy­li­śmy. Kon­se­kwen­cje tego mogą być gor­sze, niż się spo­dzie­wa­li­śmy.

-?Cho­lera! -?rzuca Randy. -?Tego wła­śnie się oba­wia­łem.

-?Jakie są te kon­se­kwen­cje? -?mówi Tom, jak zwy­kle pod­cho­dząc do rze­czy prag­ma­tycz­nie.

-?Musie­li­by­śmy pod­wyż­szyć kapi­tał, aby pokryć ten nie­do­bór -?odpo­wiada Avi. -?Wyemi­to­wać akcje, zmniej­sza­jąc nasze udziały.

-?Do ilu? -?pyta John.

-?Poni­żej pięć­dzie­się­ciu pro­cent.

Ta magiczna liczba wywo­łuje epi­de­mię wes­tchnień, ner­wo­wych ruchów i jęków wśród pra­cow­ni­ków Epi­phyte Corp., któ­rzy w sumie mają ponad pięć­dzie­siąt pro­cent udzia­łów. Uświa­do­miw­szy sobie kon­se­kwen­cje, zaczy­nają zna­cząco zer­kać na Randy'ego.

Ten wresz­cie wstaje i osła­nia się dłońmi.

-?No dobrze, dobrze. Co z tego wynika? W biz­ne­spla­nie cały czas w kółko powta­rza się, że sieć fili­piń­ska ma sens sama z sie­bie -?że można ją wydzie­lić i będzie w sta­nie samo­dziel­nie się utrzy­mać. O ile wiemy, to wciąż prawda, tak?

Avi zasta­na­wia się dłuż­szą chwilę i wypo­wiada sta­ran­nie skon­stru­owaną odpo­wiedź:

-?To zda­nie jest tak samo praw­dziwe jak przed­tem.

Wzbu­dza ner­wowe chi­choty i sar­ka­styczną owa­cję:

-?Brawo, ten Avi to bystrzak! Co my byśmy bez niego zro­bili!

-?Okay -?mówi Randy. -?Jeśli zosta­niemy przy Den­ty­ście, nawet w sytu­acji kiedy jego przed­się­wzię­cie prze­staje nas w ogóle obcho­dzić, to być może zdo­łamy zaro­bić wystar­cza­jącą ilość kasy, żeby nie roz­wad­niać akcji. Nato­miast jeśli zerwiemy umowę z avcla, wspól­nicy Den­ty­sty zaczną bom­bar­do­wać nas pro­ce­sami -?to nie kosz­tuje ich pra­wie nic i nic nie ryzy­kują. Ugrzęź­niemy w sądzie w Los Ange­les. Cią­gle będziemy musieli tam latać i skła­dać zezna­nia. Wydamy górę forsy na adwo­ka­tów.

-?A możemy też prze­grać -?rzuca Avi.

Wszy­scy wybu­chają śmie­chem.

-?Dla­tego musimy zostać -?kon­klu­duje Randy. -?Musimy współ­pra­co­wać z Den­ty­stą, czy tego chcemy, czy nie.

Nikt się nie odzywa; nie dla­tego, że nie zga­dzają się z Ran­dym - prze­ciw­nie. Po pro­stu, to wła­śnie on pro­wa­dził sprawy na Fili­pi­nach i to on będzie musiał radzić sobie z tą mało przy­jemną sytu­acją. Przyj­mie na sie­bie całą siłę ude­rze­nia. Lepiej niech sam się tego podej­mie, bez niczy­ich naci­sków. Teraz zgła­sza się na ochot­nika, gło­śno i publicz­nie; chce urzą­dzić spek­takl. Pozo­stali akto­rzy to: Avi, Beryl, Tom, John i Eb. Publicz­ność składa się z mniej­szo­ścio­wych udzia­łow­ców firmy Epi­phyte, Den­ty­sty i jesz­cze-nie-obsa­dzo­nych-w-rolach sędziów. Ten spek­takl ni­gdy nie ujrzy świa­tła dzien­nego, chyba że ktoś pozwie ich do sądu i wezwie na świad­ków, żeby stre­ścili go pod przy­sięgą.

John posta­na­wia tro­chę to upięk­szyć.

-?avcla finan­suje fili­piń­ski pro­jekt na wła­sne ryzyko, tak?

-?To prawda -?stwier­dza auto­ry­ta­tyw­nie Avi, prze­ma­wia­jąc bez­po­śred­nio do hipo­te­tycz­nych sędziów-z-przy­szło­ści. -?Daw­niej insta­la­to­rzy kabli naj­pierw sprze­da­wali pasmo, żeby pozy­skać kapi­tał. avcla buduje wszystko za wła­sne pie­nią­dze. Kiedy skoń­czą, będą mieli kabel na wła­sność i sprze­da­dzą pasmo temu, kto przed­stawi naj­lep­szą ofertę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rok 1940 dobrze nada­wał się na eks­pe­ry­menty z cho­ro­bami wene­rycz­nymi, ponie­waż wła­śnie zaczęła poja­wiać się peni­cy­lina w zastrzy­kach (przyp. aut.). [wróć]

Ordo (łac.) -?porzą­dek, rząd, ład. Novus Ordo Sec­lo­rum, czyli "Nowy ład na wieki", to motto znaj­du­jące się na Wiel­kiej Pie­częci Sta­nów Zjed­no­czo­nych (przyp. tłum.). [wróć]

Tak nie­odmien­nie nazy­wali Nip­poń­czy­ków żoł­nie­rze pie­choty mor­skiej, ni­gdy nie­uży­wa­jący czte­rech sylab tam, gdzie wystar­czą dwie (przyp. aut.). [wróć]

W języku angiel­skim. W pol­skim naj­czę­ściej wystę­puje A, potem I, E, O, Z, N, W, R, S, Y, C, T, D, M, K, P, Ł, L, U, J, B, G, Ę, Ą, H, Ż, Ó, Ś, Ć, F, Ń, Ź, V, X, Q. W angiel­skim zaś kolejno: E, T, A, O, N, I, S, R, H, L, D, C, U, P, F, M, W, Y, B, G, V, K, X, Q, J, Z (przyp. tłum.). [wróć]

Atak na Pearl Har­bor: 7 grud­nia (przyp. tłum.). [wróć]

"Hypo" to woj­skowy spo­sób wyma­wia­nia litery H. Water­ho­use, bystry chło­pak, dedu­kuje, że jest co naj­mniej sie­dem innych sta­cji -?Alfa, Bravo, Char­lie itd. (przyp. aut.). [wróć]

Jeśli tym­cza­sowo zało­żymy, że Alan myli się i ludz­kie mózgi nie są maszy­nami (przyp. aut.). [wróć]

Pol­skie słowa "karzeł", "kra­sno­lu­dek" i "kra­sno­lud" wszyst­kie odpo­wia­dają angiel­skiemu "dwarf" (przyp. tłum.). [wróć]

"Zawsze wierni" (łac.) -?dewiza ame­ry­kań­skiej pie­choty mor­skiej (przyp. tłum.). [wróć]

Oczy­wi­sty para­doks, ale nic nad­zwy­czaj­nego -?Randy'emu, odkąd wyje­chał z Ame­ryki, takie spo­strze­że­nia przy­cho­dzą łatwiej (przyp. aut.). [wróć]

Pogar­dliwe okre­śle­nie woj­sko­wego, który nie jest na tyle dobry, by zna­leźć się w mari­nes (przyp. aut.). [wróć]

Ludzie zna­jący Azję uży­wają słowa "Nip". Fakt, że puł­kow­nik mówi "Jap", suge­ruje, że słu­żył na Atlan­tyku bądź Kara­ibach (przyp. aut.). [wróć]

Waafki (wła­ści­wie WAAF) i Wrenki (WRNS) -?bry­tyj­skie kobiece for­ma­cje pomoc­ni­cze, odpo­wied­nio w lot­nic­twie woj­sko­wym i mary­narce wojen­nej (przyp. tłum.). [wróć]

Arthur Cooley Den­ton (ur. 1920), wybitny ame­ry­kań­ski chi­rurg. W cza­sie II wojny świa­to­wej praw­do­po­dob­nie jesz­cze nie zdo­łał skoń­czyć medy­cyny (przyp. tłum.). [wróć]

ANZAC -?Armia Austra­lij­ska i Nowo­ze­landzka (Austra­lian and New Zealand Army Corps) (przyp. tłum.). [wróć]

Ang. assas­sin to nazwa sekty asa­sy­nów, a także słowo pospo­lite -?zama­cho­wiec (przyp. tłum.). [wróć]

Sta­tek pasa­żer­ski Lusi­ta­nia został zato­piony przez nie­miecki okręt pod­wodny w roku 1915. Zgi­nęło ponad 1200 osób (przyp. tłum.). [wróć]

Nie ma na popar­cie tej tezy żad­nych obiek­tyw­nych danych; wydaje mu się tylko, że sam pomysł jest super (przyp. aut.). [wróć]

Ben­ze­dryna -?han­dlowa nazwa table­tek amfe­ta­miny (przyp. tłum.). [wróć]

Water­ho­use posta­no­wił, że nie będzie się wygłu­piać, usi­łu­jąc wyma­wiać qwghl­miań­skie słowa, i uży­wał wyłącz­nie ich angiel­skich odpo­wied­ni­ków (przyp. aut.). [wróć]

Według Encyc­lo­pe­dii Qwghl­miana jest wytwa­rzana z poro­stów (przyp. aut.). [wróć]

Asdic -?angiel­ska nazwa sonaru, skrót od Anti-Sub­ma­rine Detec­tion Inve­sti­ga­tion Com­mit­tee (Komi­tet ds. Badań nad Wykry­wa­niem Okrę­tów Pod­wod­nych), ale Water­ho­use'owi koja­rzy się z: ass (dupa) + dick (kutas) (przyp. tłum.). [wróć]

Can­trell robi alu­zję do faktu, że Plan Numer Jeden przy­niósł im kilka milio­nów dola­rów kapi­tału począt­ko­wego z firmy inwe­stor­skiej Spring­bo­ard Group w San Mateo (przyp. aut.). [wróć]

Sha­ftoe przez ostat­nie kilka tygo­dni nie miał nic lep­szego do roboty niż sta­wiać pasjansa kar­tami pt. POZNAJ SPRZĘT NIE­PRZY­JA­CIELA, dla­tego teraz może recy­to­wać numery modeli mało zna­nych nie­miec­kich samo­lo­tów zwia­dow­czych (przyp. aut.). [wróć]

Prolog

Pro­log

Dwa koła w górze. Pisk.

Bam­bu­sowy gaj, posie­kany

Odgłosy wojny

...to naj­lep­sze, co potrafi na pocze­ka­niu uło­żyć kapral Bobby Sha­ftoe - sto­jąc na błot­niku, jedną ręką trzy­ma­jąc Spring­fielda, a drugą łapiąc się za lusterko wsteczne, tak że licze­nie sylab na pal­cach nie wcho­dzi w grę. "Pisk" to jedna sylaba czy dwie? Cię­ża­rówka w końcu posta­na­wia się nie prze­wra­cać i z łomo­tem wraca na cztery koła. Pisk znika -?i ula­tuje ta chwila. Jed­nakże Bobby wciąż sły­szy śpiew kuli­sów, a teraz także podobne do strza­łów trza­ski sprzę­gła, gdy sze­re­gowy Wiley redu­kuje bieg. Może go ponosi? A z tyłu, pod plan­de­kami, tele­pie się pół­to­rej tony szaf z aktami, lawi­rują książki kodów, w gene­ra­to­rze prą­do­twór­czym Sta­cji Alfa chlu­pie paliwo. Nowo­cze­sność: pie­kło dla twór­ców haiku. "Gene­ra­tor prą­do­twór­czy" to ile sylab? Osiem? Nie zmie­ści­łoby się nawet w dru­giej linijce!

-?Możemy prze­jeż­dżać ludzi? -?pyta sze­re­gowy Wiley i ude­rza w klak­son, zanim Bobby Sha­ftoe zdąży odpo­wie­dzieć.

Sikhij­ski poli­cjant prze­ska­kuje przez wózek z nawo­zem. W pierw­szym odru­chu Sha­ftoe chciał odpo­wie­dzieć: "No pew­nie, a co nam zro­bią, wypo­wie­dzą wojnę?", ale jako naj­star­szy stop­niem w tej cię­ża­rówce pew­nie powi­nien myśleć, albo coś takiego, zatem nie wali tak pro­sto z mostu, naj­pierw lustruje sytu­ację:

Szan­ghaj, 16.45, pią­tek, 28 listo­pada 1941. Bobby Sha­ftoe i sze­ściu żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej na cię­ża­rówce gapią się w dal Kiu­kiang Road, w którą wła­śnie z nie­bez­piecz­nym prze­chy­łem skrę­cili. Po pra­wej stro­nie mają kate­drę, a więc przy­stań jest -?ile? -?jakieś dwie prze­cznice dalej? Cumuje tam kano­nierka patrolu rzecz­nego Jangcy. Czeka na towar, który wiozą. Jedyny pro­blem tak naprawdę sta­nowi fakt, że owe dwie prze­cznice zamiesz­kuje jakieś pięć milio­nów Chiń­czy­ków.

Choć ci Chiń­czycy to doświad­czone miesz­czu­chy, a nie spa­leni słoń­cem wie­śniacy -?kiedy się pędzi szybko i trąbi, scho­dzą z drogi. I rze­czy­wi­ście, więk­szość odska­kuje na boki, two­rząc złu­dze­nie, że cię­ża­rówka pędzi szyb­ciej niż sie­dem­dzie­siątką, którą poka­zuje licz­nik.

Bam­bu­sowy gaj nie poja­wił się w haiku Bobby'ego Sha­ftoe'a w celu nada­nia mu orien­tal­nego smaczku, mają­cego w domu, w Oco­no­mo­woc, zro­bić wra­że­nie na publice. Przed cię­ża­rówką znaj­duje się mnó­stwo cięż­kich bam­bu­so­wych drą­gów, dzie­siątki pro­wi­zo­rycz­nych szla­ba­nów tara­su­ją­cych drogę ku rzece, ponie­waż ofi­ce­ro­wie Floty Azja­tyc­kiej i Czwar­tej Dywi­zji Pie­choty Mor­skiej pla­nu­jący tę skromną ope­ra­cję zapo­mnieli uwzględ­nić czyn­nik Piąt­ko­wego Popo­łu­dnia. Bobby Sha­ftoe wyja­śniłby im, gdyby tylko chcieli zapy­tać skrom­nego zupaka, że droga kon­woju pro­wa­dzi przez śro­dek dziel­nicy ban­ko­wej. Miesz­czą się tutaj oczy­wi­ście banki Hong­kongu, Szan­ghaju, City Bank, Chase Man­hat­tan, Bank of Ame­rica, BBME, Chiń­ski Bank Rolny i jest pełno szaj­so­wa­tych, pro­win­cjo­nal­nych bancz­ków, a kilka z nich ma umowy ze szcząt­ko­wym chiń­skim rzą­dem, pozwa­la­jące im na emi­sję waluty. Inte­res musi być cho­ler­nie nie­opła­calny, bo tną koszty, dru­ku­jąc bank­noty na sta­rych gaze­tach, tak że, jeśli umiesz czy­tać po chiń­sku, widzisz wia­do­mo­ści i wyniki meczów polo sprzed roku prze­świ­tu­jące spo­mię­dzy kolo­ro­wych cyfr i obraz­ków, które czy­nią z tej maku­la­tury pie­nią­dze.

Każdy han­dlarz dro­biem i rik­szarz w Szan­ghaju wie, że te umowy sta­no­wią, że każdy wydru­ko­wany bank­not musi mieć pokry­cie w takiej a takiej ilo­ści sre­bra, to zna­czy, każdy może wejść do jed­nego z ban­ków na krańcu Kiu­kiang Road, cisnąć na kon­tuar kupę papie­rów i (zało­żyw­szy, że te bank­noty wydru­ko­wał wła­śnie ten bank) otrzy­mać w zamian praw­dziwe sre­bro.

Gdyby Chiny nie były wła­śnie dzie­siąt­ko­wane przez Cesar­stwo Nip­ponu, rząd wysłałby pew­nie swych urzęd­ni­ków, aby spraw­dzali, czy banki mają w skarb­cach odpo­wied­nią ilość sre­bra, a wszystko odby­wa­łoby się dys­kret­nie i ele­gancko. Jed­nakże w tych warun­kach bank jest zmu­szany do uczci­wo­ści tylko przez pozo­stałe banki.

A robią to tak: pod­czas nor­mal­nego urzę­do­wa­nia mnó­stwo papie­ro­wych pie­nię­dzy prze­cho­dzi przez okienka (dajmy na to) Chase Man­hat­tan Banku. Są wyno­szone na zaple­cze i wrzu­cane do skrzyń na pie­nią­dze (z pół metra kwa­dra­to­wego powierzchni i metr głę­bo­ko­ści, ze sznu­rami na wszyst­kich rogach), do jed­nej wszyst­kie bank­noty wypusz­czone przez, na przy­kład, Bank of Ame­rica, do dru­giej wszyst­kie City Banku, i tak dalej. A w pią­tek po połu­dniu wzy­wają kuli­sów. Każdy kulis, albo para kuli­sów, ma ze sobą długi bam­bu­sowy drąg -?kulis bez kija jest jak chiń­ski marine bez niklo­wa­nego bagnetu -?i prze­tyka go przez liny na rogach skrzyni. Potem każdy z nich zakłada na ramię jeden koniec kija, uno­sząc pudło. Muszą iść noga w nogę, ina­czej skrzy­nia zacznie się koły­sać i wszystko wypad­nie. Dla­tego idą do celu -?banku, któ­rego nazwa wid­nieje na bank­no­tach -?ze śpie­wem na ustach i sta­wiają kroki zgod­nie z ryt­mem dyk­to­wa­nym przez muzykę. Drąg jest dość długi, muszą więc śpie­wać gło­śno, by się usły­szeć, poza tym każda para kuli­sów na ulicy śpiewa swą wła­sną pieśń, usi­łu­jąc zagłu­szyć pozo­stałe, żeby nie zgu­bić rytmu.

Zatem dzie­sięć minut przed zamknię­ciem otwie­rają się drzwi wielu ban­ków; jak w pre­lu­dium pie­przo­nego broad­way­ow­skiego musi­calu, wma­sze­ro­wują do nich gro­mady roz­śpie­wa­nych kuli­sów, ciskają na pod­łogę skrzy­nie wystrzę­pio­nych bank­no­tów i żądają w zamian sre­bra. Robią tak wszyst­kie banki. Cza­sem wszyst­kie w ten sam pią­tek, zwłasz­cza gdy jest to dzień w rodzaju 28 listo­pada 1941, kiedy nawet taki trep jak Bobby Sha­ftoe rozu­mie, że lepiej mieć w kie­szeni kawał sre­bra niż kupę sta­rych pocię­tych gazet. I wła­śnie dla­tego, kiedy już zwy­kli prze­chod­nie, wła­ści­ciele wóz­ków z jedze­niem i wście­kli sikhij­scy gli­nia­rze zeszli z drogi i roz­płasz­czyli się pod ścia­nami klu­bów, skle­pów i bur­deli na Kiu­kiang Road, Bobby Sha­ftoe z kole­gami wciąż nawet nie widzą będą­cej ich celem kano­nierki, przez ten poziomy las potęż­nych bam­bu­so­wych drą­gów. I nie sły­szą nawet wła­snego klak­sonu, przez tę pul­su­jącą, pen­ta­to­niczną kako­fo­nię śpiewu. To nie jest zwy­czajna ban­kowa godzina szczytu. To osta­teczne roz­li­cze­nie, zanim ogień ogar­nie całą wschod­nią pół­kulę. W ciągu naj­bliż­szych dzie­się­ciu minut miliony obiet­nic wydru­ko­wa­nych na tych skraw­kach sraj­ta­śmy zostaną dotrzy­mane albo zła­mane. Sre­bro i złoto zmieni wła­ści­ciela albo nie. Jest to swego rodzaju skar­bowy Sądny Dzień.

-?Jezus Maria, nie da rady! -?krzy­czy sze­re­gowy Wiley.

-?Kapi­tan powie­dział, żeby nie zatrzy­my­wać się pod żad­nym, kurwa, pozo­rem! -?przy­po­mina mu Sha­ftoe.

Nie roz­ka­zuje Wiley­owi roz­jeż­dżać kuli­sów, ale przy­po­mina mu, że jeśli ich nie roz­je­dzie, to będą się musieli z tego tłu­ma­czyć -?co będzie dość skom­pli­ko­wane, bo ich kapi­tan jedzie tuż za nimi w samo­cho­dzie wypcha­nym chiń­skimi mari­nes wyma­chu­ją­cymi pisto­le­tami maszy­no­wymi. A z dotych­cza­so­wych poczy­nań kapi­tana doty­czą­cych tej Sta­cji Alfa można wywnio­sko­wać, że ma już na dupie kilka śla­dów od pasa, wyko­na­nych ręką jakie­goś admi­rała z Pearl Har­bor albo nawet (wer­ble) Kwa­tery Głów­nej Pie­choty Mor­skiej, mię­dzy 8. Street a Eye Street w Waszyng­to­nie.

* * *

Sha­ftoe i pozo­stali mari­nes od zawsze wie­dzieli, że Sta­cja Alfa to tajem­ni­cza klika chu­do­szy­ich próż­nia­ków sie­dzą­cych na dachu budynku w Stre­fie Mię­dzy­na­ro­do­wej, w szo­pie z powią­za­nych sznur­kami desek, z któ­rej we wszyst­kie strony wysta­wały anteny. Jeśli przy­glą­da­łeś się im wystar­cza­jąco długo, mogłeś zauwa­żyć, jak nie­które z nich się ruszają, namie­rza­jąc coś daleko na morzu. Sha­ftoe nawet napi­sał o tym haiku:

Antena szuka

Nos tro­pi­ciela na wiatr

W dal, w głos eteru.

To było jego dru­gie haiku w ogóle -?z pew­no­ścią nie speł­niało norm z listo­pada 1941 -?i nie­chęt­nie je sobie przy­po­mina.

Jed­nakże do dzi­siaj żaden z mari­nes nie miał poję­cia, jaką wielką rze­czą jest Sta­cja Alfa. Oka­zało się, że mają za zada­nie opa­ko­wać w bre­zent tonę sprzętu, kilka ton papie­rów i wycią­gnąć je na zewnątrz. Następny dzień, czwar­tek, spę­dzili, roz­wa­la­jąc szopę, roz­pa­la­jąc ogni­sko z jej resz­tek i paląc nie­które książki i notatki.

-?Chol-lera! -?krzy­czy sze­re­gowy Wiley.

Tylko kilku kuli­sów zla­zło z drogi albo w ogóle zauwa­żyło samo­chód. Od rzeki dobiega ten nie­sa­mo­wity huk, jakby Bóg trzep­nął się w kolano grubą na milę bam­bu­sową witką. Pół sekundy póź­niej na ulicy nie widać ani jed­nego kulisa -?tylko mnó­stwo skrzyń z porzu­co­nymi bam­bu­so­wymi drą­gami, podry­gu­ją­cymi na wie­trze, podzwa­nia­ją­cymi o bruk jak wiel­kie wietrzne dzwonki. Wiley wrzuca wyż­szy bieg i wjeż­dża w nie. Sha­ftoe przy­ci­ska się do drzwi cię­ża­rówki i opusz­cza głowę z nadzieją, że jego sta­ro­świecki hełm pie­cho­cia­rza z I wojny świa­to­wej na coś się przyda. Pudła z pie­niędzmi zaczy­nają pękać i roz­pa­dać się pod kołami cię­ża­rówki. Sha­ftoe zerka przez zamieć bank­no­tów i widzi, jak gigan­tyczne bam­bu­sowe drągi wzbi­jają się w powie­trze, odbi­jają od sie­bie i wirują nad nabrze­żem.

Liście Szan­ghaju

Prze­świty w stali nieba

Nade­szła zima.

Ugory

Ugory

Odłóżmy kwe­stię ist­nie­nia Boga na póź­niej; na razie przyj­mijmy, że na naszej pla­ne­cie jakimś spo­so­bem poja­wiły się samo­re­pro­du­ku­jące orga­ni­zmy i natych­miast zaczęły robić ze sobą nawza­jem porzą­dek: bądź zale­wa­jąc oto­cze­nie swymi przy­bli­żo­nymi kopiami, bądź też w bar­dziej bez­po­średni spo­sób, któ­remu chyba nie muszę poświę­cać zbyt wielu słów. Więk­szo­ści z nich się nie udało, ich gene­tyczne dzie­dzic­two zostało więc na zawsze wyma­zane ze świata, ale kilka zna­la­zło spo­sób na prze­trwa­nie i roz­mno­że­nie się. Mniej wię­cej po trzech miliar­dach lat tej nie­kiedy komicz­nej, na ogół jed­nak nud­nej fugi, peł­nej żądz i krwi, Blan­che, żona ewan­ge­lic­kiego kazno­dziei Buny­ana Water­ho­use'a z Murdo w Połu­dnio­wej Dako­cie, uro­dziła syna -?God­freya Water­ho­use'a IV.

Od uro­dze­nia God­frey był, jak każde inne stwo­rze­nie na ziemi, nie­sa­mo­wi­cie zaje­bi­stym twar­dzie­lem, choć w dość wąskim, nauko­wym sen­sie tego ter­minu -?mia­no­wi­cie, można było wypro­wa­dzić jego gene­alo­gię aż do owego pierw­szego samo­re­pro­du­ku­ją­cego się stwora, któ­rego, zwa­żyw­szy liczbę i róż­no­rod­ność jego potom­ków, można by śmiało uwa­żać za naj­bar­dziej zaje­bi­stego twar­dziela wszech cza­sów.

W kate­go­rii kosz­mar­nie zabój­czych, meme­tycz­nie zapro­gra­mo­wa­nych maszyn śmierci, były to naj­sym­pa­tycz­niej­sze istoty. Zgod­nie z tra­dy­cją swego imien­nika (pury­tań­skiego pisa­rza Johna Buny­ana, który więk­szość życia spę­dził w wię­zie­niu lub ucie­ka­jąc przed nim), wie­lebny Water­ho­use ni­gdy nie nauczał dłu­żej w jed­nym miej­scu. Kościół co rok czy dwa prze­no­sił go do innego mia­steczka w Dako­tach. Nie­wy­klu­czone, że God­frey uwa­żał taki styl życia za dość alie­nu­jący, ponie­waż mniej wię­cej w poło­wie stu­diów w kon­gre­ga­cyj­nym col­lege'u w Fargo uciekł z zagrody i zaczął latać na wol­no­ści. Wresz­cie w jakiś spo­sób zro­bił dok­to­rat z lite­ra­tury kla­sycz­nej na małej pry­wat­nej uczelni w Ohio. Aka­de­micy są jed­nak szcze­pem nie mniej wędrow­nym niż kazno­dzieje, przyj­mo­wał więc pracę wszę­dzie, gdzie mu zapro­po­no­wano. Wykła­dał grekę i łacinę w chrze­ści­jań­skim col­lege'u Bol­ger (umowa nr 322) w West Point, stan Wir­gi­nia, gdzie rzeki Mat­ta­poni i Pamun­key zbie­gają się w estu­arium rzeki James, a obrzy­dliwe wyziewy potęż­nej papierni prze­ni­kają wszyst­kie szu­flady, wszyst­kie szafki, a nawet stro­nice ksią­żek. Jego świeżo poślu­biona mał­żonka Alice, z domu Prit­chard, która dora­stała, jeż­dżąc za swym ojcem -?wędrow­nym kazno­dzieją, po poła­ciach wschod­niej Mon­tany - gdzie powie­trze pach­niało śnie­giem i szał­wią -?tutaj rzy­gała przez trzy mie­siące. Sześć mie­sięcy póź­niej uro­dziła Law­rence'a Prit­charda Water­ho­use'a.

Chłop­czyk miał bar­dzo dziwny sto­su­nek do dźwięku. Nie bał się ani wycia syreny straży pożar­nej, ani bicia dzwo­nów, ale kiedy do domu wla­ty­wał szer­szeń i nie­mal nie­sły­szal­nie brzę­czał, kre­śląc pod sufi­tem zama­szy­ste figury Lis­sa­jous, krzy­czał z bólu spo­wo­do­wa­nego hała­sem. A gdy zoba­czył lub poczuł coś, czego się bał, zaty­kał uszy dłońmi.

Jedy­nym dźwię­kiem, któ­rego w ogóle się nie bał, był głos orga­nów w kaplicy col­lege'u. Sama kaplica jest nie­warta wspo­mnie­nia, ale organy ufun­do­wali wła­ści­ciele papierni -?nada­łyby się nawet do cztery razy więk­szego kościoła. Zna­ko­mi­cie uzu­peł­niał je orga­ni­sta, eme­ry­to­wany nauczy­ciel mate­ma­tyki, sądzący, że pewne atry­buty Pana Naszego (sta­ro­te­sta­men­tową gwał­tow­ność i kaprys, nowo­te­sta­men­towy maje­stat i triumf) można bez­po­śred­nio prze­flan­co­wać w dusze zgro­ma­dzo­nych grzesz­ni­ków za pomocą fron­tal­nej powo­dzi dźwię­ków. Nie miało zna­cze­nia, że ryzy­ko­wał roz­bi­cie witraży, ponie­waż i tak nikomu się nie podo­bały, a wyziewy papierni wyże­rały z nich oło­wiane łącze­nia. Nie­stety, kiedy po mszy środ­kiem prze­szła kolejna star­sza dama, zata­cza­jąca się z dzwo­nie­niem w uszach, i ura­czyła księ­dza wyjąt­kowo kąśli­wym komen­ta­rzem na temat nad­mier­nego dra­ma­ty­zmu muzyki, zna­le­ziono innego orga­ni­stę.

Mimo to, lek­cji gry wciąż udzie­lał mate­ma­tyk. Uczniom nie wolno było doty­kać instru­mentu, zanim nie opa­no­wali dobrze for­te­pianu; kiedy wyja­śniono to Law­rence'owi Prit­char­dowi Water­ho­use'owi, w ciągu trzech tygo­dni nauczył się grać fugę Bacha i zapi­sał się na lek­cje orga­nów. Jako że miał wtedy zale­d­wie pięć lat, nie się­gał jed­no­cze­śnie do manu­ałów i pedału, musiał zatem grać na sto­jąco, czy raczej cho­dząco - od pedału do pedału.

Kiedy skoń­czył dwa­na­ście lat, organy się zepsuły. Rodzina papier­ni­ków nie zosta­wiła żad­nego fun­du­szu na kon­ser­wa­cję, więc nauczy­ciel mate­ma­tyki zde­cy­do­wał, że spró­buje zro­bić to sam. Był już wtedy chory i potrze­bo­wał zwin­nego pomoc­nika: Law­rence poma­gał mu otwo­rzyć instru­ment. Po raz pierw­szy zoba­czył, co się działo, kiedy przy­ci­skał kla­wi­sze.

Każdy rejestr -?brzmie­nie, barwa dźwięku wyda­wa­nego przez organy, np. flet blo­kowy, trąbka, pikolo -?miał oddzielny rząd pisz­cza­łek, usta­wio­nych od naj­więk­szej do naj­mniej­szej. Dłu­gie rury wyda­wały niskie dźwięki, a krót­kie -?wyso­kie. Ich wierz­chołki two­rzyły wykres: nie pro­stą linię, lecz wzno­szącą się krzywą. Orga­ni­sta-mate­ma­tyk usiadł z kil­koma zapa­so­wymi pisz­czał­kami, ołów­kiem oraz kartką i pomógł Law­rence'owi zro­zu­mieć dla­czego. Kiedy ten wresz­cie pojął, poczuł się tak, jakby jego nauczy­ciel znie­nacka zagrał naj­lep­szy frag­ment fan­ta­zji i fugi g-moll Bacha na orga­nach wiel­ko­ści Mgła­wicy Andro­medy -?frag­ment, w któ­rym wujek Johann pod­daje roz­bio­rowi archi­tek­turę wszech­świata jed­nym nie­mi­ło­sier­nie obni­ża­ją­cym się i prze­ista­cza­ją­cym akor­dem, jakby prze­bi­jał nogą kolejne war­stwy śmieci, i zatrzy­mał ją w końcu na twar­dej opoce. Koń­cówka wykładu koja­rzyła się zaś z soko­łem, nur­ku­ją­cym przez war­stwę po war­stwie złu­dzeń i pozo­rów; zależ­nie od tego kim jesteś, prze­ra­ża­ją­cym, dener­wu­ją­cym lub wpro­wa­dza­ją­cym chaos. Nie­biosa się otwarły. Law­rence ujrzał chóry aniel­skie usze­re­go­wane w geo­me­tryczną nie­skoń­czo­ność.

Z pła­skiej skrzynki wypeł­nio­nej sprę­żo­nym powie­trzem wyra­stały w rów­no­le­głych sze­re­gach pisz­czałki. Wzdłuż jed­nej osi wszyst­kie pisz­czałki dla tej samej nuty. Wzdłuż dru­giej zaś wszyst­kie tego samego reje­stru, lecz nastro­jone na różną wyso­kość. Przy naci­śnię­ciu kla­wi­sza odzy­wały się wszyst­kie rury dające odpo­wied­nią nutę, o ile ich reje­stry były otwarte.

Mecha­nicz­nie, wszystko to dzia­łało w spo­sób kla­rowny, pro­sty i logiczny. Law­rence przy­pusz­czał, że maszy­ne­ria musi być przy­naj­mniej tak skom­pli­ko­wana, jak naj­bar­dziej zło­żona z fug, które można na niej zagrać. Teraz dowie­dział się, że urzą­dze­nie o pro­stej kon­struk­cji może pro­du­ko­wać wyniki o nie­skoń­czo­nej zło­żo­no­ści.

Reje­strów rzadko uży­wano poje­dyn­czo -?głów­nie po kilka naraz, w zesta­wach uwzględ­nia­ją­cych skła­dowe har­mo­niczne poszcze­gól­nych dźwię­ków (kolejny sma­ko­wity kęs mate­ma­tyki!). Z nie­któ­rych korzy­stało się czę­ściej niż z innych. Na przy­kład, z mnó­stwa fle­tów naraz pod­czas cichego Ofia­ro­wa­nia. Organy posia­dały pomy­słowy mecha­nizm zwany kom­bi­na­cją, pozwa­la­jący orga­ni­ście bły­ska­wicz­nie wybrać dane zesta­wie­nie reje­strów -?takie, które sam usta­lił. Wci­skał guzik i ze stołu gry wyska­ki­wało kilka reje­strów, popy­cha­nych sprę­żo­nym powie­trzem; organy w jed­nej chwili sta­wały się cał­kiem nowym instru­men­tem o innych brzmie­niach.

Następ­nego lata Law­rence i Alice, jego matka, zostali sko­lo­ni­zo­wani przez dale­kiego kuzyna -?nie­sa­mo­wi­cie zabój­czą kre­aturę zwaną wiru­sem. Law­rence wywi­nął się, pozo­stała mu tylko nie­mal nie­zau­wa­żalna skłon­ność do powłó­cze­nia nogą. Alice wylą­do­wała w żela­znym płucu. Póź­niej, ponie­waż nie mogła sku­tecz­nie odkaszl­nąć, dostała zapa­le­nia płuc i umarła.

God­frey, ojciec Law­rence'a, bez­tro­sko przy­znał, że nie będzie w sta­nie udźwi­gnąć całego tego brze­mie­nia. Zwol­nił się z posady w małym col­lege'u w Wir­gi­nii i prze­pro­wa­dził, wraz z synem, do domku w Moor­head w sta­nie Min­ne­sota, nie­opo­dal Buny­ana i Blan­che. Póź­niej zna­lazł pracę jako nauczy­ciel w pobli­skiej świec­kiej szkole.

Wszy­scy odpo­wie­dzialni doro­śli w życiu Law­rence'a naj­wy­raź­niej zawarli w tym momen­cie cichą umowę: że naj­lep­szym spo­so­bem jego wycho­wy­wa­nia -?a na pewno naj­ła­twiej­szym -?jest zosta­wie­nie go w spo­koju. Rzad­kie wypadki, kiedy potrze­bo­wał pomocy kogoś doro­słego, zwy­kle pole­gały na tym, że zada­wał pyta­nia, na które nikt nie umiał odpo­wie­dzieć. W wieku szes­na­stu lat, nie zna­la­zł­szy w lokal­nym szkol­nic­twie niczego fra­pu­ją­cego, Law­rence Prit­chard Water­ho­use poszedł do sta­no­wego col­lege'u Iowa, gdzie zdał maturę. Mieli tam mię­dzy innym Kor­pus Szko­le­niowy Rezerwy Mary­narki, do któ­rego na siłę go zapi­sano.

Kor­pus miał mię­dzy innymi orkie­strę i był zachwy­cony, sły­sząc, że Law­rence inte­re­suje się muzyką. Ponie­waż na pokła­dzie pan­cer­nika trudno byłoby ćwi­czyć na orga­nach, dali mu gloc­ken­spiel i parę pałe­czek.

Kiedy Law­rence nie masze­ro­wał tam i z powro­tem na brzegu rzeki Skunk i nie walił w dzwonki, sku­piał się na mecha­nice. Pod koniec nie szło mu za dobrze -?dostał się w ręce buł­gar­skiego pro­fe­sora Johna Vin­centa Ata­na­soffa i jego dyplo­manta, Clif­forda Berry'ego. Budo­wali oni maszynę, która miała zauto­ma­ty­zo­wać roz­wią­zy­wa­nie pew­nych szcze­gól­nie upier­dli­wych rów­nań róż­nicz­ko­wych.

Głów­nym pro­ble­mem Law­rence'a było leni­stwo. Zauwa­żył, że wszystko staje się prost­sze, kiedy się patrzy na wylot -?jak Super­man swym rent­ge­now­skim wzro­kiem -?poprzez odwra­ca­jące uwagę ozdóbki i dostrzega się ukryty pod spodem mate­ma­tyczny szkie­let. Kiedy się roz­bie­rze jakieś urzą­dze­nie na ele­menty mate­ma­tyczne, wie się o nim wszystko i można nim wtedy dowol­nie mani­pu­lo­wać za pomocą zale­d­wie ser­wetki i ołówka. Dostrze­gał mate­ma­tykę w krzy­wiź­nie srebr­nych pły­tek swych dzwon­ków, w łań­cu­cho­wym łuku mostu i w wysa­dza­nym kon­den­sa­to­rami bęb­nie maszyny liczą­cej Ata­na­soffa i Berry'ego. Praw­dziwe wale­nie w gloc­ken­spiel, skrę­ca­nie mostu czy docho­dze­nie, dla­czego maszyna nie działa, już tak go nie inte­re­so­wało.

Stąd miał złe oceny. Jed­nakże od czasu do czasu wyko­ny­wał na tablicy jakąś mate­ma­tyczną akro­ba­cję, po któ­rej pro­fe­so­rom ugi­nały się kolana, a stu­denci patrzyli nań podejrz­li­wie i wrogo. Plotka się roz­cho­dziła.

Tym­cza­sem babka Blan­che w jego imie­niu po cichu odświe­żała swe kon­gre­ga­cyjne kon­takty. Jej wysiłki zwień­czył triumf, gdy pewien owsiany magnat od Św. Pawła ufun­do­wał mu skom­pli­ko­wane sty­pen­dium; jego celem było wysłać ewan­ge­li­ków ze Środ­ko­wego Zachodu na rok do porząd­nej uczelni z Ivy League, co (naj­wy­raź­niej) sta­no­wiło okres na tyle długi, by pod­nieść ich IQ o kilka klu­czo­wych punk­tów, i na tyle krótki, by ich nie zde­pra­wo­wać. Zatem Law­rence stał się stu­den­tem dru­giego roku w Prin­ce­ton.

Prin­ce­ton był czci­godną uczel­nią i przy­ję­cie do niej sta­no­wiło wielki zaszczyt, nikt jed­nak nie wspo­mniał o tym Law­rence'owi, a ten skąd miałby wie­dzieć. Miało to dobre i złe skutki. Przy­jął sty­pen­dium z tak mizer­nymi wyra­zami wdzięcz­no­ści, że owsiany magnat się wściekł. Z dru­giej strony, łatwo przy­sto­so­wał się do Prin­ce­ton, dla niego bowiem była to po pro­stu inna miej­sco­wość. Przy­po­mi­nała mu ładne oko­lice Wir­gi­nii, w mie­ście było kilka pięk­nych orga­nów, choć nie do końca podo­bały mu się prace domowe z inży­nie­rii, doty­czące pro­ble­mów pro­jek­to­wa­nia mostów i wyci­na­nia kół zęba­tych. Jak zawsze, dawały się upro­ścić do mate­ma­tyki, na ogół nie spra­wia­ją­cej mu pro­ble­mów. Cza­sem jed­nak uty­kał w mar­twym punk­cie, co spro­wa­dziło go do budynku Fine Hall, kwa­tery głów­nej Wydziału Mate­ma­tyki.

Szwen­dało się tam pstro­kate towa­rzy­stwo, czę­sto z bry­tyj­skim lub euro­pej­skim akcen­tem. Z admi­ni­stra­cyj­nego punktu widze­nia, wielu z nich nie było nawet z Wydziału Mate­ma­tyki ale z jakie­goś IZBC -?Insty­tutu Zaawan­so­wa­nych Badań nad Czymś-tam. W końcu jed­nak wszy­scy sie­dzieli w tym samym budynku i wszy­scy wie­dzieli to i owo o mate­ma­tyce. Dla­tego Law­rence ich nie roz­róż­niał.

A kiedy szedł do nich po radę, tylko nie­któ­rzy uda­wali nie­śmia­łych; więk­szość chęt­nie go słu­chała. Wymy­ślił na przy­kład metodę roz­wią­za­nia pew­nego trud­nego pro­blemu doty­czą­cego kół zęba­tych; inży­nier­ski spo­sób wyma­gał sze­regu bar­dzo roz­sąd­nych, ale mało este­tycz­nych przy­bli­żeń. Metoda Law­rence'a dawała dokładne wyniki. Miała tylko jedną wadę: do obli­czeń potrzeba było try­liona ope­ra­to­rów suwaka loga­ryt­micz­nego i try­liona lat. Teraz pra­co­wał nad dia­me­tral­nie róż­nym podej­ściem, które miało zre­du­ko­wać te war­to­ści do biliona i biliona. Na nie­szczę­ście, nie udało mu się nikogo w Fine Hall zain­te­re­so­wać rze­czą tak pro­za­iczną jak tryby, zanim nie zaprzy­jaź­nił się z ener­gicz­nym Angli­kiem, któ­rego nazwi­sko natych­miast zapo­mniał, a który ostat­nio naprawdę zaj­mo­wał się pro­duk­cją kół zęba­tych. Ten facet wśród tylu moż­li­wo­ści posta­no­wił zbu­do­wać wła­śnie mecha­niczną maszynę liczącą -?dokład­nie, liczącą pewne war­to­ści funk­cji dzeta Rie­manna:

gdzie s to liczba zespo­lona.

Law­rence'owi funk­cja dzeta nie wydała się ani bar­dziej, ani mniej inte­re­su­jąca niż inne mate­ma­tyczne pro­blemy, ale nowy przy­ja­ciel zapew­nił go, że jest ona nie­sa­mo­wi­cie ważna i że naj­lepsi mate­ma­tycy na świe­cie męczą ją od kil­ku­dzie­się­ciu lat. Sie­dzieli do trze­ciej w nocy, pró­bu­jąc zna­leźć roz­wią­za­nie pro­blemu Law­rence'a. Ten dum­nie przed­sta­wił wyniki swemu pro­fe­so­rowi od inży­nie­rii, który odrzu­cił je pogar­dli­wie ze wzglę­dów prak­tycz­nych i posta­wił mu, za te wszyst­kie trudy, ocenę nie­do­sta­teczną.

Po kilku następ­nych spo­tka­niach Law­rence wresz­cie zapa­mię­tał, że sym­pa­tyczny Bry­tyj­czyk nazywa się Al Taki-owaki. Był namięt­nym cykli­stą -?wybrali się więc na kilka wycie­czek rowe­ro­wych w wiej­skie oko­lice Ogro­do­wego Stanu. Jeż­dżąc po New Jer­sey, roz­ma­wiali o mate­ma­tyce, a zwłasz­cza o maszy­nach, które wyrę­czy­łyby ich w jej nud­nych frag­men­tach. Al myślał już nad tym dłu­żej, niż Water­ho­use, i zro­zu­miał, że maszyny liczące to coś wię­cej niż tylko urzą­dze­nia oszczę­dza­jące ludzki wysi­łek. Pra­co­wał nad rady­kal­nie nową kon­cep­cją mecha­ni­zmu liczą­cego, który roz­wią­załby każdy aryt­me­tyczny pro­blem, o ile tylko wie­dzia­łoby się, jak go zapi­sać. Z czy­sto logicz­nego punktu widze­nia, wie­dział już wszystko co trzeba o tej (na razie hipo­te­tycz­nej) maszy­nie, choć jesz­cze nie zdo­łał jej zbu­do­wać. Law­rence wywnio­sko­wał, że w Cam­bridge (Cam­bridge w Anglii -?stam­tąd pocho­dził Al), a i w Fine Hall, fak­tyczne budo­wa­nie maszyn uwa­żano za nie­godne uczo­nego. Al z zasko­cze­niem odkrył, iż Law­rence nie podziela tego poglądu.

Pew­nego dnia zapy­tał go deli­kat­nie, czy nie miałby naprawdę nic prze­ciwko, żeby nazy­wać go peł­nym imie­niem -?Alan, a nie Al. Law­rence prze­pro­sił i obie­cał, że będzie się sta­rał mieć to na uwa­dze.

Kilka tygo­dni póź­niej, gdy sie­dzieli nad leśnym stru­mie­niem ponad kanio­nem rzeki Dela­ware, Alan uczy­nił Law­rence'owi pewną dzi­waczną pro­po­zy­cję doty­czącą peni­sów. Wyma­gała ona wielu meto­dycz­nych wyja­śnień, przy któ­rych czę­sto się czer­wie­nił i jąkał. Był kul­tu­ralny jak ni­gdy i kilka razy pod­kre­ślił, iż jest świa­dom, że nie wszy­scy na świe­cie oka­zują takie wła­śnie zain­te­re­so­wa­nia.

Law­rence stwier­dził, że praw­do­po­dob­nie należy wła­śnie do tej reszty ludzi.

Alan był bar­dzo poru­szony fak­tem, że Law­rence w ogóle się nad tym zasta­na­wiał, i prze­pro­sił za tę kon­ster­na­cję. Natych­miast wró­cili do tematu maszyn liczą­cych; ich przy­jaźń wyda­wała się nie­na­ru­szona. Jed­nakże na następ­nej wycieczce rowe­ro­wej -?mieli noco­wać pod namio­tem na Sosno­wych Ugo­rach -?poja­wił się nowy kolega, Nie­miec imie­niem Rudy Jakiś-tam.

Rela­cja mię­dzy Rudym i Ala­nem wyglą­dała na bliż­szą, a przy­naj­mniej bar­dziej wie­lo­war­stwową; Law­rence wywnio­sko­wał, że kon­cep­cja Alana doty­cząca peni­sów wresz­cie zna­la­zła ama­tora.

Dało mu to do myśle­nia. Z ewo­lu­cyj­nego punktu widze­nia, jaki sens ma prze­by­wa­nie razem ludzi, któ­rzy nie zamie­rzają mieć potom­stwa? Musiało to mieć jakieś dobre i bar­dziej sub­telne uza­sad­nie­nie.

Przy­cho­dził mu do głowy tylko taki pomysł: obec­nie w repro­duk­cji i zabi­ja­niu współ­za­wod­ni­czą nie poje­dyn­cze osob­niki, ale całe grupy ludzi -?spo­łe­czeń­stwa; a w spo­łe­czeń­stwie jest dużo miej­sca dla kogoś, kto nie ma dzieci, o ile tylko jest w jakiś spo­sób poży­teczny.

Alan, Rudy i Law­rence jechali na połu­dnie, roz­glą­da­jąc się za Sosno­wymi Ugo­rami. Po pew­nym cza­sie mia­steczka poja­wiały się rza­dziej, a farmy ustę­po­wały miej­sca niskim, ane­micz­nym i kol­cza­stym drze­wom, które cią­gnęły się chyba aż na Flo­rydę -?zasła­nia­jąc im widok z przodu, ale nie osła­nia­jąc od wia­tru.

-?Gdzie, do licha, są te Sosnowe Ugory? -?zapy­tał kilka razy Law­rence. Zapy­tał nawet o to faceta na sta­cji ben­zy­no­wej. W końcu kole­dzy zaczęli się pod­śmie­wać.

-?Gdże som te Sosnowe Ugory? -?zapy­tał Rudy, roz­glą­da­jąc się.

-?Poszu­kajmy cze­goś wyglą­da­ją­cego na ugór, z dużą liczbą sosen -?rzu­cił w zadu­mie Alan.

Droga była pusta, jechali więc obok sie­bie, z Ala­nem w środku.

-?Tak Kafka wyobra­żałby sobie las -?mruk­nął Rudy.

W tym momen­cie Law­rence zro­zu­miał, że znaj­dują się wła­śnie na Sosno­wych Ugo­rach. Lecz nie wie­dział kto to taki ten Kafka.

-?Mate­ma­tyk? -?strze­lił.

-?To bar­dzo straszny pomysł -?rzekł Rudy.

-?Kafka to pisarz -?powie­dział Alan. -?Law­rence, nie obraź się, że cię o to zapy­tam... czy ty w ogóle roz­po­zna­jesz jakieś inne nazwi­ska i imiona? To zna­czy, inne niż naj­bliż­szej rodziny i przy­ja­ciół.

Law­rence zro­bił zakło­po­taną minę.

-?Pró­buję dojść, czy to wszystko wycho­dzi stąd -?rzekł Alan, stu­ka­jąc knyk­ciami w głowę Law­rence'a -?czy też cza­sem przy­swa­jasz jakieś poję­cia od innych istot ludz­kich.

-?Kie­dyś, kiedy byłem mały -?odparł Law­rence -?w kościele w Wir­gi­nii zoba­czy­łem anioły, ale sądzę, że one poja­wiły się w mojej gło­wie.

-?Bar­dzo dobrze -?stwier­dził Alan.

Póź­niej pod­jął kolejną próbę. Doje­chali do wieży straży pożar­nej, która nie­zmier­nie ich roz­cza­ro­wała: tylko samotne schodki pro­wa­dzące doni­kąd i mała polanka poni­żej, błysz­cząca od odłam­ków bute­lek po trun­kach. Roz­bili namiot na brzegu stawu peł­nego rdza­wych glo­nów, przy­kle­ja­ją­cych się do wło­sów na ciele. Potem nie pozo­stało im nic, tylko popi­jać schnapsa i gadać o mate­ma­tyce.

Alan rzekł:

-?No, to jest tak: Ber­trand Rus­sell i ten drugi gość, Whi­te­head, napi­sali Prin­ci­pia Mathe­ma­tica...

-?Teraz to mnie nabie­rasz -?odpo­wie­dział Water­ho­use. -?Nawet ja pamię­tam, że to napi­sał Izaak New­ton.

-?New­ton napi­sał inną książkę i też zaty­tu­ło­wał ją Prin­ci­pia Mathe­ma­tica. Ona tak naprawdę wcale nie jest o mate­ma­tyce. Dzi­siaj nazy­wamy to fizyką.

-?To dla­czego ją nazwał Prin­ci­pia Mathe­ma­tica?

-?W cza­sach New­tona nie­spe­cjal­nie odróż­niano mate­ma­tykę od fizyki...

-?A nawet i w dży­szej­szych cza­sach -?dodał Rudy.

-?...dokład­nie o tym chcia­łem mówić -?cią­gnął Alan. -?O Prin­ci­pia Mathe­ma­tica, w któ­rych Rus­sell i Whi­te­head zaczęli zupeł­nie od zera, to zna­czy od niczego, i skon­stru­owali to wszystko -?całą mate­ma­tykę -?z kilku fun­da­men­tal­nych pew­ni­ków. A mówię ci to dla­tego, Law­rence, że... Law­rence! Uwa­żaj!

-?Hmm?

-?Rudy, weź ten kij, o ten, tutaj, pil­nuj Law­rence'a i za każ­dym razem, gdy zoba­czysz ten nie­obecny wzrok, szturch­nij go!

-?To nie jest angel­ska szkoła, tu nie można tak robitsz!

-?No, słu­cham -?powie­dział Law­rence.

-?Z P.M. wyni­kał zupeł­nie nowy i rady­kalny wnio­sek: że cała mate­ma­tyka, ale to cała, może być wyra­żona za pomocą pew­nego upo­rząd­ko­wa­nia sym­boli.

-?Leib­niz powie­dział to na długo przed nimi! -?zapro­te­sto­wał Rudy.

-?Noo, Leib­niz wyna­lazł zapis, któ­rego uży­wamy w rachunku róż­nicz­ko­wym, ale...

-?Nie o to mi cho­dży!

-?I wymy­ślił macie­rze, ale...

-?I nie o to!

-?I robił jakieś rze­czy z aryt­me­tyką dwój­kową, ale...

-?To cał­kiem cosz innego!

-?No to o czym ty, Rudy, do cho­lery, gadasz?

-?Leib­niz wymysz­lił pod­sta­wowy alfa­bet -?zde­fi­nio­wał zbiór sym­boli do wyra­ża­nia zdań logicz­nych.

-?Cóż, nie wie­dzia­łem, że do zain­te­re­so­wań Herr Leib­niza zali­czała się także logika, ale...

-?Oczi­wisz­szie, że tak! Chciał zro­bić to, co Rus­sell i Whi­te­head, ale nie tylko z mate­ma­tyką, lecz ze wszyst­kim!

-?Hmm, zwa­żyw­szy, że chyba jesteś jedy­nym czło­wie­kiem na świe­cie, który o tym wie, możemy zdaje się zało­żyć, że mu się to nie udało?

-?Możesz zakła­dać sobie co tylko zechcesz, Alan -?odparł Rudy. -?Ale ja jestem mate­ma­ty­kiem i nie robię żad­nych zało­żeń.

Alan wes­tchnął ura­żony i rzu­cił Rudy'emu Zna­czące Spoj­rze­nie, które według Water­ho­use'a ozna­czało, że póź­niej mu to wypo­mni.

-?Pozwól­cie mi posu­nąć się o krok naprzód. Chcę tylko, żeby­ście się zgo­dzili, że mate­ma­tyka może być wyra­żona jako ciągi sym­boli -?zabrał Law­rence'owi kij i zaczął ryso­wać na ziemi kształty w rodzaju "+ = 3 ) ?--1 ?" -?i naprawdę nie dbam o to, czy będą nimi sym­bole Leib­niza, Rus­sella, czy hek­sa­gramy z księgi I Ching...

-?Leib­niz fascy­no­wał się I Ching! -?wtrą­cił Rudy.

-?Prze­stań na chwilę z tym swoim Leib­ni­zem i posłu­chaj. To jest tak: ty, Rudy, i ja, jeste­śmy w pociągu, sie­dzimy w wago­nie restau­ra­cyj­nym, gadamy sobie miło. Pociąg z ogromną szyb­ko­ścią cią­gną loko­mo­tywy, nazy­wają się Ber­trand Rus­sell, Rie­mann, Euler i tak dalej. A nasz przy­ja­ciel Law­rence bie­gnie wzdłuż pociągu i pró­buje dotrzy­mać nam kroku -?nie zna­czy to oczy­wi­ście, że jeste­śmy od niego bystrzejsi, ale że jest wie­śnia­kiem, który nie ma biletu. I słu­chaj, Rudy: ja w tym momen­cie po pro­stu wycią­gam rękę przez okno i pró­buję wcią­gnąć go do tego pie­przo­nego pociągu, żeby­śmy mogli poga­wę­dzić sobie o mate­ma­tyce we trzech i nie słu­chać przy tym, jak ten bie­dak sapie i łapie powie­trze.

-?Dobrze, Ala­nie.

-?Nie potrwa to nawet minuty, jeśli nie będziesz prze­ry­wać.

-?Ale jest też taka loko­mo­tywa, co nazywa się Leib­niz.

-?Myślisz, że nie­wy­star­cza­jący hołd zło­ży­łem Niem­com? Wła­śnie mia­łem zamiar wspo­mnieć jed­nego faceta z umlau­tem.

-?Taak, pew­nie Herr Türinga? -?chy­trze zapy­tał Rudy.

-?Herr Türing pojawi się póź­niej. Myśla­łem o Gödlu.

-?Ale on nie jest Niem­cem, to Austriak!

-?Oba­wiam się, że teraz to na jedno wycho­dzi.

-?Anschluss to nie mój pomysł, nie patrz na mnie w ten spo­sób! Dla mnie Hitler jest obrzy­dliwy!

-?Wiem, kto to Gödel -?wtrą­cił w samą porę Water­ho­use. -?Ale mogli­by­śmy cof­nąć się kawa­łek?

-?No pew­nie.

-?Po co taki kło­pot? Po co Rus­sell to zro­bił? Czy w mate­ma­tyce tkwił jakiś błąd? No wie­cie: dwa i dwa to cztery, prawda?

Alan pod­niósł dwa kap­sle i uło­żył je na ziemi.

-?Dwa. Raz, dwa. Dodać... -?doło­żył jesz­cze dwa. -?Dru­gie dwa. Raz, dwa. Daje cztery. Raz, dwa, trzy, cztery.

-?Był w tym jakiś błąd? -?rzekł Law­rence.

-?Ależ, Law­rence, kiedy zaj­mu­jesz się mate­ma­tyką, abs­trak­cyjną mate­ma­tyką, to prze­cież nie liczysz kap­sli?

-?Niczego nie liczę.

-?To bar­dzo nowo­cze­sny pogląd -?oznaj­mił Rudy.

-?Doprawdy?

Ode­zwał się Alan:

-?Przez długi czas w domy­śle zakła­dano, że mate­ma­tyka to coś w rodzaju fizyki, na kap­slach. Że wszyst­kie dzia­ła­nia, które można prze­pro­wa­dzić na papie­rze, dowol­nie skom­pli­ko­wane, można -?oczy­wi­ście teo­re­tycz­nie - spro­wa­dzić do zabawy z fak­tycz­nie ist­nie­ją­cymi licz­ma­nami, na przy­kład kap­slami.

-?Ale nie możesz mieć dwóch i jed­nej dzie­sią­tej kap­sla.

-?No to dobra, załóżmy, że na kap­slach przed­sta­wiamy liczby cał­ko­wite, a rze­czy­wi­ste, jak dwa prze­ci­nek jeden, repre­zen­tu­jemy jako wiel­ko­ści fizyczne, jak na przy­kład dłu­gość tego kija. -?Alan dorzu­cił kijek do zbioru kap­sli.

-?A co z ?? Nie możesz zro­bić kija, który ma dokład­nie ? cali dłu­go­ści.

-?? pocho­dży z geo­me­trii. Ta sama bajka -?wtrą­cił Rudy.

-?Tak, uwa­żało się, że geo­me­tria eukli­de­sowa to w isto­cie pewna odmiana fizyki, że linie pro­ste i tak dalej są cechami świata rze­czy­wi­stego. Ale sły­sza­łeś o Ein­ste­inie?

-?Nie mam pamięci do nazwisk.

-?Taki siwy facet z wiel­kimi wąsami.

-?Ach, no tak -?potwier­dził tępo Water­ho­use. -?Pró­bo­wa­łem spy­tać go o sprawę kół zęba­tych. Twier­dził, że jest już spóź­niony, albo coś takiego.

-?Ten facet wymy­ślił ogólną teo­rię względ­no­ści, która jest jakby prak­tycz­nym zasto­so­wa­niem nie geo­me­trii Eukli­desa, lecz Rie­manna...

-?Tego od two­jej funk­cji dzeta?

-?Rie­mann ten sam, ale temat inny. Law­rence, nie wda­wajmy się w dygre­sje...

-?Rie­mann wyka­zał, że może ist­nieć wiele róż­nych geo­me­trii, innych od eukli­de­so­wej, ale wciąż wewnętrz­nie spój­nych -?wyja­śnił Rudy.

-?No dobra, to wra­cajmy do tych Prin­ci­piów -?rzekł Law­rence.

-?No pew­nie! Rus­sell i Whi­te­head. To wyglą­dało tak: kiedy mate­ma­tycy zaczęli bawić się rze­czami takimi jak pier­wia­stek z minus jeden albo kwa­ter­niony, prze­stało się to prze­kła­dać na kije i kap­sle. Ale wyniki wciąż były sen­sowne.

-?Albo przy­naj­mniej wewnętrz­nie spójne -?dodał Rudy.

-?Okej. To ozna­cza, że mate­ma­tyka to coś wię­cej niż fizyka na kap­slach.

-?Tak się wyda­wało, ale natych­miast powstało pyta­nie: czy mate­ma­tyka to rze­czy­wi­ście prawda, czy tylko jakaś zabawa sym­bo­lami? Innymi słowy, odkry­wamy prawdę czy trze­piemy kapu­cyna?

-?To musi być prawda, bo jak opie­ramy na tym fizykę, to wszystko działa! Sły­sza­łem o tej tam ogól­nej względ­no­ści, wiem, że zro­bili jakieś doświad­cze­nia i wszystko się spraw­dziło.

-?Ale więk­szosztsz mate­ma­tyki nie nadaje się do doświad­czal­nego spraw­dze­nia -?zauwa­żył Rudy.

-?Ideą tego dzieła było zerwa­nie więzi z fizyką -?rzekł Alan.

-?Ale żeby przy tym samemu nie zle­cieć.

-?To chcieli zro­bić w tych Prin­ci­piach?

-?Rus­sell i Whi­te­head roz­bili wszyst­kie mate­ma­tyczne poję­cia na bar­dzo pro­ste ele­menty, typu "zbiór". Stąd wypro­wa­dzili liczby cał­ko­wite i tak dalej.

-?Ale jak możesz spro­wa­dzić na przy­kład ? do zbioru?

-?Nie da się -?rzekł Alan -?ale możesz wyra­zić ją jako długi ciąg cyfr. Trzy prze­ci­nek jeden, cztery, jeden, pięć, dzie­więć, i tak dalej.

-?A cyfry to liczby cał­ko­wite.

-?Ależ jak to! ? samo nie jest liczbą cał­ko­witą!

-?Ale możesz obli­czyć cyfry ?, jedną po dru­giej, za pomocą pew­nych wzo­rów. I możesz je zapi­sać, na przy­kład tak! -?Alan zaczął ryso­wać po ziemi.

-?Żeby ucie­szyć naszego przy­ja­ciela, oto wzór na sze­reg Leib­niza. Widzisz, Law­rence? To jest ciąg sym­boli.

-?No dobra. Widzę ciąg sym­boli -?przy­znał z ocią­ga­niem Law­rence.

-?Możemy kon­ty­nu­ować? Gödel kilka lat temu powie­dział: "Uwa­żaj! Jeśli kupisz tę histo­rię, że mate­ma­tyka to po pro­stu ciągi sym­boli, to... zgad­nij co?". I wyka­zał, że każdy ciąg sym­boli -?tak jak ten wzór tutaj -?można prze­tłu­ma­czyć na liczby cał­ko­wite.

-?Jak?

-?To nic szcze­gól­nego, Law­rence, po pro­stu kodo­wa­nie. Spo­sób kodo­wa­nia wybie­ramy arbi­tral­nie. Na przy­kład, zamiast tej wiel­kiej i brzyd­kiej sumy możemy napi­sać liczbę "538" i tak dalej.

-?No, teraz to chyba przy­po­mina już trze­pa­nie kapu­cyna.

-?Nie! Nic podob­nego, ponie­waż Gödel zasta­wił pułapkę! Wzory mate­ma­tyczne mogą dzia­łać na licz­bach, prawda?

-?No pew­nie. Na przy­kład 2x.

-?Otóż to. Możesz pod x pod­sta­wić dowolną liczbę, a wzór 2x ją podwoi. Ale jeśli zako­du­jemy jako liczbę wzór mate­ma­tyczny, taki jak ten tutaj, to inny wzór może prze­pro­wa­dzić na niej dzia­ła­nie! Wzory do dzia­ła­nia na wzo­rach!

-?I to wszystko?

-?Nie. Potem wyka­zał, przez bar­dzo pro­ste rozu­mo­wa­nie, że jeśli wzory rze­czy­wi­ście mogą odwo­ły­wać się do sie­bie, można zapi­sać wzór ozna­cza­jący "to twier­dze­nie nie może być udo­wod­nione". Co zadzi­wiło wielce Hil­berta i wszyst­kich innych, ocze­ki­wali bowiem dokład­nie odwrot­nego wyniku.

-?Wspo­mi­na­łeś wcze­śniej tego jakie­goś Hil­berta?

-?Nie, Law­rence. To nowa postać w tej dys­ku­sji.

-?Co to za jeden?

-?Facet zada­jący trudne pyta­nia. Kie­dyś zadał ich całą listę. Gödel odpo­wie­dział na jedno.

-?A Türing na dru­gie -?dodał Rudy.

-?Kto to taki?

-?To ja -?odrzekł Alan. -?Rudy żar­tuje. W Turingu nie ma umlauta.

-?Ale póź­niej wie­czo­rem, będzie w nim umlaut -?powie­dział Rudy patrząc nań w spo­sób, który dopiero po latach Law­rence odczy­tał jako tłu­mioną złość.

-?No, nie trzy­maj mnie w napię­ciu. Na które z jego pytań zna­la­złeś odpo­wiedź?

-?Na Ent­sche­idung­spro­blem -?odpo­wie­dział Rudy.

-?Czyli?

-?Hil­bert chciał wie­dzieć, czy w przy­padku dowol­nego zda­nia logicz­nego można zawsze stwier­dzić, czy jest fał­szywe, czy praw­dziwe.

-?Ale po wywo­dzie Gödla zmie­nił to -?zauwa­żył Rudy.

-?To prawda. Potem sfor­mu­ło­wał to tak: czy możemy usta­lić, czy dane twier­dze­nie jest moż­liwe, czy też niemoż­liwe do udo­wod­nie­nia? Innymi słowy: czy ist­nieje jakiś mecha­niczny pro­ces, za pomocą któ­rego można oddzie­lić zda­nia udo­wad­nialne od nie­udo­wad­nial­nych?

-?Alan, pro­ces mecha­niczny to miała być prze­no­śnia...

-?Oj, prze­stań, Rudy! My z Law­ren­cem cał­kiem dobrze znamy się na maszy­nach.

-?Teraz łapię -?oświad­czył Law­rence.

-?Co zna­czy, że łapiesz? -?zapy­tał Alan.

-?Twoja maszyna, nie ta od funk­cji dzeta, ale ta druga. Roz­ma­wia­li­śmy, żeby ją zbu­do­wać...

-?Nazywa się Uni­wer­salna Maszyna Turinga -?rzekł Rudy.

-?Głów­nym celem tego ustroj­stwa jest oddzie­le­nie zdań do udo­wod­nie­nia i nie do udo­wod­nie­nia, tak?

-?Stąd wła­śnie wziął mi się pomysł -?rzekł Alan. -?Zatem ist­nieje odpo­wiedź na pyta­nie Hil­berta. A teraz chciał­bym naprawdę zbu­do­wać taką maszynę, która wygra­łaby z Rudym w sza­chy.

-?Nie powie­dzia­łeś bied­nemu Law­rence'owi, jaka jest ta odpo­wiedź! - zapro­te­sto­wał Rudy.

-?Law­rence sam do tego doj­dzie. Dam mu coś do roboty.

* * *

Wkrótce stało się jasne, że Alan naprawdę chciał powie­dzieć: "Dam mu coś do roboty na czas, kiedy my będziemy się pie­przyć". Law­rence wsu­nął notat­nik za pasek spodni, pod­je­chał kil­ka­set metrów do wieży pożar­ni­czej, wspiął się na plat­formę i usiadł; notat­nik oparł o kolana, tak by padało nań świa­tło.

Nie mógł jed­nak zebrać myśli, a potem jego uwagę odwró­cił fał­szywy zachód słońca, roz­ja­śnia­jący chmury po stro­nie pół­nocno-wschod­niej. Naj­pierw pomy­ślał, że nisko wiszące chmury odbi­jają ostat­nie pro­mie­nie słońca, ale świa­tło było zbyt sku­pione i migo­cące. Potem pomy­ślał, że to bły­ska­wica. Ale było za mało błę­kitne. Migo­tało inten­syw­nie, modu­lo­wane przez (jak nale­żało przy­jąć) wiel­kie i dziwne zja­wi­sko prze­sło­nięte hory­zon­tem. Kiedy po prze­ciw­nej stro­nie świata zaszło słońce, łuna nad New Jer­sey usta­bi­li­zo­wała się, przy­bie­ra­jąc łagodną barwę latarki prze­świ­tu­ją­cej przez dłoń pod koł­drą.

Law­rence zszedł na dół, wsiadł na rower i ruszył przez Sosnowe Ugory. Nie­ba­wem tra­fił na drogę pro­wa­dzącą wprost do świa­tła. Po kilku godzi­nach łuna odbi­ja­jąca się od cięż­kich chmur zaczęła roz­świe­tlać kamie­nie bru­kowe i zmie­niać stru­myczki Ugo­rów w żarzące się roz­pa­dliny.

Droga skrę­cała w nie­wła­ściwą stronę, Law­rence poje­chał więc na prze­łaj przez las -?był już bar­dzo bli­sko, a świa­tło na nie­bie stało się tak silne, że prze­świ­ty­wało przez rzadki dywan krza­cza­stych sosen -?czar­nych pień­ków, wyglą­da­ją­cych na spa­lone, choć wcale nie były. Pod kołami roweru poja­wił się pia­sek, ale był wil­gotny i zbity; sze­ro­kie opony dobrze sobie z nim radziły. W jed­nym miej­scu musiał się zatrzy­mać i prze­rzu­cić rower nad pło­tem z drutu kol­cza­stego. Potem wyje­chał spo­mię­dzy drzew na ide­al­nie pła­ską piasz­czy­stą polanę usianą kęp­kami trawy; zdu­miony ujrzał niski ogni­sty mur, prze­bie­ga­jący wzdłuż hory­zontu, sze­roki nie­mal jak zanu­rza­jący się w morzu księ­życ w jesien­nej pełni. Był tak jaskrawy, że trudno było zoba­czyć coś poza nim -?Law­rence wciąż wjeż­dżał w rowy i mean­dru­jące po pola­nie stru­myki. Nauczył się nie patrzeć bez­po­śred­nio w pło­mie­nie. I tak cie­ka­wiej było roz­glą­dać się na boki: pła­sko­wyż zna­czyły równo roz­siane naj­więk­sze budynki, jakie kie­dy­kol­wiek widział -?wznie­sione przez fara­onów wiel­kie pudła po her­bat­ni­kach, a w kilo­me­tro­wych odstę­pach mię­dzy nimi sze­roko roz­kra­czone gno­mony ze sta­lo­wych trój­ką­tów -?wewnętrzne szkie­lety pira­mid. Naj­więk­szy z nich dziu­ra­wił śro­dek ide­al­nego okręgu torów kole­jo­wych, o śred­nicy kil­ku­dzie­się­ciu metrów: dwie sre­brzy­ste krzywe uło­żone na pła­skiej ziemi, w jed­nym miej­scu prze­cięte cie­niem wieży, wska­zu­ją­cym czas zatrzy­ma­nym zega­rem sło­necz­nym. Prze­je­chał wzdłuż budynku mniej­szego niż inne. Obok niego stały owalne zbior­niki. Z zawo­rów na górze ula­ty­wała z pomru­kiem para, ale zamiast uno­sić się w powie­trze, ska­py­wała po bokach i roz­le­wała się po tra­wie war­stwą sre­bra.

Podłużny ogień ota­czało pier­ście­niem tysiąc mary­na­rzy w bieli. Jeden z nich uniósł dłoń i kazał Law­rence'owi się zatrzy­mać. Ten pod­je­chał do niego i dla rów­no­wagi oparł jedną stopę o pia­sek. Przez chwilę gapili się na sie­bie, a potem Law­rence, któ­remu nic innego nie przy­szło do głowy, ode­zwał się:

-?Ja też jestem z mary­narki.

Mary­narz naj­wy­raź­niej podej­mo­wał przez chwilę jakąś decy­zję. Zasa­lu­to­wał Law­rence'owi i wska­zał mu mały budy­nek, nieco dalej od ognia.

Wyglą­dał, jakby był tylko żarzącą się odbi­tym bla­skiem ścianą; ale cza­sem eks­plo­zja magne­zo­wego błę­kit­nego świa­tła powo­do­wała, że w mroku uka­zy­wały się jego ramy okienne -?pro­sto­kątna bły­ska­wica wie­lo­krot­nie odbi­ja­jąca się echem pośród nocy. Law­rence naci­snął na pedały i prze­je­chał obok budynku: spi­ralne stado sku­pio­nych fil­co­wych kape­lu­szy, sztur­cha­ją­cych cien­kie, zwię­złe notat­niki ele­ganc­kimi wiecz­nymi pió­rami, peł­za­jące bokiem foto­gra­fie, odwra­ca­jące swe wiel­kie chro­mo­wane tar­cze; równe sze­regi śpią­cych ludzi, nakry­tych prze­ście­ra­dłami razem z twa­rzami, spo­cony facet z wybry­lan­ty­no­wa­nymi wło­sami, wypi­su­jący na tablicy nazwi­ska pełne umlau­tów. W końcu, obszedł­szy budy­nek naokoło, zwę­szył zapach gorą­cej ropy, poczuł na twa­rzy pło­mie­nie i ujrzał jak trawa zwija się w żarze i wysy­cha.

Zapa­trzył się na glo­bus: nie wypeł­nioną kon­ty­nen­tami i oce­anami kulę, lecz sam szkie­let -?eks­plo­zję połu­dni­ków, zakrzy­wia­ją­cych się w klatkę wokół kopuły poma­rań­czo­wego żaru. Oświe­tlone pło­ną­cym pali­wem połu­dniki były cien­kie i wyraźne, jak nary­so­wane piór­kiem kre­śla­rza. Gdy pod­szedł bli­żej, roz­pa­dły się na sprytne kon­struk­cje z pier­ścieni i belek, puste w środku jak pta­sie kości. Odda­la­jąc się od bie­gu­nów, wcze­śniej czy póź­niej zaczy­nały wędro­wać, wygi­nać się, albo po pro­stu odła­my­wały się i wisiały w pło­mie­niach, drżąc jak suche badyle. Tu i ówdzie ide­alną geo­me­trię pla­miły sieci prze­wo­dów i uprzęże kabli elek­trycz­nych. Law­rence pra­wie wje­chał na roz­bitą flaszkę po winie i posta­no­wił, że dalej idzie na pie­chotę, żeby oszczę­dzić opony. Poło­żył rower, nakry­wa­jąc przed­nim kołem meta­lowy wazon, wyglą­da­jący jak wyto­czony na tokarce. Ster­czało z niego kilka zwę­glo­nych róż. Kilku mary­na­rzy złą­czyło ręce w tron, dźwi­ga­jąc kawał węgla drzew­nego w kształ­cie czło­wieka, pokryty ska­fan­drem z nie­ska­zi­tel­nego azbe­stu. Kiedy szli, ich stopy plą­tały się w potęż­nych zwo­jach lin i meta­lowych strun, kabli i dru­tów; te poru­szały się ukrad­ko­wym ruchem w pro­mie­niu kil­ku­na­stu metrów. Law­rence zaczął sta­ran­nie sta­wiać stopy jedna za drugą, pró­bu­jąc zmie­rzyć ogrom tego, co widział. Gon­dola w kształ­cie rakiety ster­czała sko­sem z pia­sku, pod­pie­ra­jąc para­sole pogię­tych śmi­gieł. Ponad nią wid­niały kilo­me­tro­wej dłu­go­ści dura­lu­mi­niowe zastrzały i pomo­sty. Na ziemi ujrzał otwartą walizkę, z parą dam­skich butów, jak na wysta­wie ele­ganc­kiego sklepu, kartę dań, spa­loną na owalny węgie­lek, parę znisz­czo­nych paneli z boaze­rii, jakby z nieba spadł cały pokój -?jeden był ozdo­biony wielką mapą świata, wiel­kimi kołami roz­cho­dzą­cymi się pro­mie­ni­ście od Ber­lina, drugi zaś zdję­ciem zna­nego gru­bego Niemca w mun­du­rze, szcze­rzą­cego zęby na ukwie­co­nej try­bu­nie; za nim znaj­do­wał się potężny wid­no­krąg nowego ste­rowca.

Po pew­nym cza­sie Law­rence prze­stał już zauwa­żać nowe rze­czy. Wsiadł więc na rower i ruszył z powro­tem przez Sosnowe Ugory. Zgu­bił się w mroku i tra­fił pod wieżę dopiero o świ­cie. Nie prze­jął się, że zabłą­dził -?jadąc po ciemku przez las, roz­my­ślał o maszy­nie Turinga. W końcu odna­lazł brzeg stawu, nad któ­rym biwa­ko­wali. Misa spo­koj­nej czer­wo­na­wej wody oświe­tlona wscho­dzą­cym słoń­cem wyglą­dała jak jezioro krwi. Alan Mathi­son Turing i Rudolf von Hac­kl­he­ber, przy­tu­leni jak łyżeczki, leżeli na brzegu, wciąż uma­zani glo­nami ze stawu. Law­rence roz­pa­lił małe ogni­sko, zapa­rzył her­batę i wtedy się obu­dzili.

-?Roz­wią­za­łeś ten pro­blem? -?zapy­tał Alan.

-?A więc możesz prze­kształ­cić Uni­wer­salną Maszynę Turinga w dowolną maszynę, po pro­stu zmie­nia­jąc kom­bi­na­cję...

-?Kom­bi­na­cję?

-?Prze­pra­szam, Alan. Myślę o two­jej UMT jak o czymś w rodzaju orga­nów.

-?Aha.

-?W każ­dym razie, jeśli ją zro­bisz, będziesz mógł wyko­nać dowolne obli­cze­nie, o ile tylko taśma będzie wystar­cza­jąco długa. Kur­czę, Alan, ciężko będzie zro­bić taśmę, która jest wystar­cza­jąco długa i można na niej pisać sym­bole, a potem je kaso­wać -?bęben z kon­den­sa­to­rami Ata­na­soffa będzie dzia­łał tylko do pew­nej wiel­ko­ści. Trzeba będzie...

-?To dygre­sja -?wtrą­cił łagod­nie Alan.

-?No... no dobrze. Jeśli masz taką maszynę, możesz wyra­zić dowolną kom­bi­na­cję jako liczbę -?ciąg sym­boli. Żeby roz­po­cząć obli­cze­nia, wpu­ścisz do maszyny taśmę z innym cią­giem sym­boli. Cały czas pole­gamy na dowo­dzie Gödla -?jeśli każda kom­bi­na­cja usta­wień maszyny i danych może być zapi­sana jako ciąg liczb, możesz po pro­stu uło­żyć wszyst­kie moż­liwe kom­bi­na­cje w olbrzy­mią macierz, wtedy pod­pada to pod prze­kąt­niowy dowód Can­tora; wnio­sek brzmi: nie­które z liczb na pewno nie dadzą się obli­czyć.

-?A co z Ent­sche­idung­spro­blem? -?przy­po­mniał Rudy.

-?Udo­wod­nie­nie bądź oba­le­nie twier­dze­nia, kiedy zako­du­jesz je jako liczby, jest po pro­stu dzia­ła­niem na tych licz­bach. Odpo­wiedź więc brzmi: nie! Nie­które z twier­dzeń nie mogą być udo­wod­nione ani oba­lone przez mecha­niczny pro­ces! Dla­tego sądzę, że mimo wszystko ma sens bycie czło­wie­kiem!

Dotych­czas Alan wyglą­dał na zado­wo­lo­nego, ale teraz twarz mu się zapa­dła.

-?No, Law­rence, tutaj poczy­ni­łeś nie­uza­sad­nione zało­że­nia.

-?Nie słu­chaj go, Law­rence! -?rzekł Rudy. -?On zaraz ci powie, że nasze mózgi to maszyny Turinga!

-?Ale prze­cież udo­wod­ni­łeś, że jest mnó­stwo wzo­rów, któ­rych maszyna Turinga nie potrafi ugryźć!

-?Ty też to udo­wod­ni­łeś, Law­rence.

-?A nie sądzisz, że potra­fimy robić pewne rze­czy, któ­rych nie umie maszyna Turinga?

-?Law­rence, Gödel zgo­dziłby się z tobą -?dodał Rudy. -?I tak samo Hardy.

-?Daj mi choć jeden przy­kład -?powie­dział Alan.

-?Funk­cji nie­po­li­czal­nej, którą może wyko­nać czło­wiek, a maszyna Turinga nie?

-?Tak. I daruj mi sen­ty­men­talne bzdury o kre­atyw­no­ści. Uwa­żam, że Uni­wer­salna Maszyna Turinga mogłaby wyka­zy­wać zacho­wa­nia, które uzna­li­by­śmy za kre­atywne.

-?No to nie wiem... Posta­ram się rozej­rzeć za czymś takim...

Jed­nakże póź­niej, gdy wra­cali do Prin­ce­ton, rzu­cił nagle:

-?A sny?

-?Jak te anioły w Wir­gi­nii?

-?No, na przy­kład.

-?Law­rence, to po pro­stu szum w neu­ro­nach.

-?A dzi­siaj w nocy śniło mi się, że palił się ste­ro­wiec.

* * *

Wkrótce Alan zro­bił swój dok­to­rat i wró­cił do Anglii. Napi­sał do Law­rence'a parę listów. W ostat­nim z nich po pro­stu stwier­dził, że nie ma już nic "istot­nego" do napi­sa­nia i żeby Law­rence nie brał tego do sie­bie. Law­rence natych­miast zro­zu­miał, że spo­łe­czeń­stwo Alana skie­ro­wało go do pracy nad czymś uży­tecz­nym -?zapewne roz­wią­za­niem pro­blemu, jak obro­nić się przed pożar­ciem żyw­cem przez jed­nego z sąsia­dów. Zasta­na­wiał się, jaką robotę znaj­dzie jemu Ame­ryka.

Wró­cił na sta­nową uczel­nię w Ohio, prze­my­śli­wał nad zmianą spe­cja­li­za­cji na mate­ma­tykę, ale nie uczy­nił tego. Wszy­scy, któ­rych się radził, zga­dzali się, że mate­ma­tyka, podob­nie jak kon­ser­wa­cja orga­nów, to piękna rzecz, ale trzeba jesz­cze jakoś zaro­bić na chleb. Został więc na mecha­nice i radził sobie coraz gorzej, aż wresz­cie w poło­wie ostat­niego roku uni­wer­sy­tet zapro­po­no­wał, by zajął się czymś uży­tecz­nym -?na przy­kład kry­ciem dachów. Wyma­sze­ro­wał więc stam­tąd, wprost w ocze­ku­jące ramiona mary­narki wojen­nej.

Dali mu test na inte­li­gen­cję. Pierw­sze pyta­nie z mate­ma­tyki doty­czyło łodzi na rzece: "Port Smith jest odda­lony sto mil w górę rzeki od portu Jones. Rzeka pły­nie z szyb­ko­ścią 5 mil na godzinę. Łódź wyciąga 10 mil na godzinę. Ile czasu zaj­mie rejs od portu Smith do Jones? A ile z powro­tem?".

Law­rence od razu się zorien­to­wał, że to pod­chwy­tliwe pyta­nie. Trzeba być idiotą, by przy­jąć to pro­stac­kie zało­że­nie, że szyb­kość prądu, 5 mil na godzinę, należy po pro­stu odjąć lub dodać od szyb­ko­ści łodzi. Pięć mil na godzinę to oczy­wi­ście śred­nia szyb­kość. Prąd jest szyb­szy pośrodku nurtu i wol­niej­szy przy brze­gach. Na łukach zmie­nia się w spo­sób jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wany. Pyta­nie doty­czy więc hydro­dy­na­miki i da się do niego podejść za pomocą pew­nych, dobrze zna­nych, rów­nań róż­nicz­ko­wych. Law­rence zanur­ko­wał w zada­nie, szybko (przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało) zaczer­nia­jąc obu­stron­nie obli­cze­niami dzie­sięć kar­tek papieru. Gdzieś po dro­dze zauwa­żył, że jedno z poczy­nio­nych zało­żeń, wraz z uprosz­czo­nymi rów­na­niami Naviera-Sto­kesa, daje moż­li­wość zba­da­nia szcze­gól­nie inte­re­su­ją­cej rodziny rów­nań róż­nicz­ko­wych cząst­ko­wych. Mimo­cho­dem udo­wod­nił nowe twier­dze­nie. Jeśli to nie dowo­dzi jego inte­li­gen­cji, to co mogłoby jej dowieść?

Wtem roz­brzmiał dzwo­nek. Zaczęto zbie­rać kartki. Law­rence'owi udało się wynieść brud­no­pis. Zabrał go do aka­de­mika, prze­pi­sał na czy­sto i wysłał do jed­nego z bar­dziej przy­stęp­nych pro­fe­so­rów mate­ma­tyki w Prin­ce­ton, który od razu posta­rał się o publi­ka­cję w pary­skim piśmie mate­ma­tycz­nym.

Kilka mie­sięcy póź­niej Law­rence otrzy­mał dwa dar­mowe egzem­pla­rze tego pisma. Był już w San Diego w Kali­for­nii, na pokła­dzie dużego okrętu USS Nevada. Okręt miał wła­sną orkie­strę, a mary­narka przy­dzie­liła Law­rence'a do gry na dzwon­kach, ponie­waż testy wyka­zały, że nie jest wystar­cza­jąco inte­li­gentny do innych zadań.

Worek z listami, zawie­ra­jący wkład Law­rence'a w lite­ra­turę mate­ma­tyczną, przy­szedł dosłow­nie w ostat­niej chwili. Jego okręt, wraz z kil­koma sio­strza­nymi, cumo­wał do tej pory w Kali­for­nii. Teraz jed­nak wszyst­kie zostały skie­ro­wane do jakie­goś Pearl Har­bor na Hawa­jach, żeby poka­zać Nipom, kto tu rzą­dzi.

Law­rence ni­gdy tak naprawdę nie wie­dział, co chce zro­bić ze swoim życiem, ale szybko stwier­dził, że posada okrę­to­wego muzyka na pan­cer­niku kotwi­czą­cym na Hawa­jach, w cza­sie pokoju, nie jest wcale taka zła. Główna wada: cza­sem trzeba było sie­dzieć lub masze­ro­wać w upał i wytrzy­my­wać spo­ra­dyczne fał­sze innych muzy­ków. Miał mnó­stwo wol­nego czasu, który wyko­rzy­sty­wał do pracy nad sze­re­giem nowych twier­dzeń z zakresu teo­rii infor­ma­cji. Dys­cy­plinę tę wyna­lazł i miał pra­wie na wyłącz­ność jego przy­ja­ciel Alan, lecz wiele szcze­gó­łów na­dal wyma­gało dopra­co­wa­nia. Wraz z Rudym i Ala­nem opra­co­wali ogólny plan: co wymaga jesz­cze udo­wod­nie­nia bądź oba­le­nia. Law­rence pruł przez tę listę jak ści­gacz. Zasta­na­wiał się, co pora­biają Alan i Rudy w Anglii i Niem­czech, ale nie mógł do nich napi­sać, zacho­wał więc swe prace dla sie­bie. A kiedy nie grał na dzwon­kach i nie pra­co­wał nad twier­dze­niami, zosta­wały jesz­cze bary i potań­cówki. Water­ho­use sam tro­chę popra­co­wał peni­sem, zła­pał try­pra, wyle­czył go1, kupił pre­zer­wa­tywy. Wszy­scy mary­na­rze tak robili. Jak trzy­let­nie dzieci, które wty­kają sobie ołó­wek do ucha, odkry­wają, że to boli, i wię­cej już tego nie robią. Pierw­szy rok minął mu jak z bicza trzasł. W oka­mgnie­niu. Nie było na świe­cie bar­dziej sło­necz­nego i roz­le­ni­wia­ją­cego miej­sca niż Hawaje.

Novus Ordo Seclorum

Novus Ordo Sec­lo­rum

-?Fili­piń­czycy to ludzie cie­pli, deli­katni, tro­skliwi i uczynni -?mówi Avi. -?Dobrze się składa, bo wielu z nich nosi ukrytą broń.

Randy znaj­duje się na lot­ni­sku w Tokio, peł­znąc wśród tłumu tak wolno, że wszy­scy podróżni się wście­kają. Spę­dzili ostat­nie pół dnia w nie­wy­god­nych fote­lach wetknię­tych do alu­mi­nio­wej rury pod­la­nej naftą lot­ni­czą. Ich walizki z kół­kami huczą jak myśliwce na prze­ciw­po­śli­zgo­wych row­kach w pod­ło­dze. Mija­jąc jego zwa­li­stą i wysoką postać, obcie­rają sobie o nie kolana. Randy trzyma przy uchu swój nowy tele­fon GSM. Podobno miał dzia­łać wszę­dzie na świe­cie, z wyjąt­kiem Sta­nów. To pierw­sza oka­zja, by go wypró­bo­wać.

-?Głos masz jak dzwon -?mówi Avi. -?Jak tam lot?

-?W porządku -?odpo­wiada Randy. -?Na ekra­nie poka­zy­wali taką ani­mo­waną mapę.

Avi wzdy­cha.

-?Teraz wszyst­kie linie mają takie -?rzuca mono­ton­nym gło­sem.

-?Jedyne miej­sce mię­dzy San Fran­ci­sco i Tokio to wyspa Midway.

-?I co z tego.

-?No i tak tam wisiała przez cały czas. MIDWAY. Jak niemy wyrzut.

Randy dociera do wyj­ścia dla odla­tu­ją­cych do Manili; zatrzy­muje się, podzi­wia­jąc pół­to­ra­me­trowy tele­wi­zor o wyso­kiej roz­dziel­czo­ści, noszący logo zna­nej nip­poń­skiej firmy elek­tro­nicz­nej. Leci wideo, na któ­rym pro­fe­sor dzi­wak z kre­skówki i jego wierny pomoc­nik pies pogod­nie wypunk­to­wują trzy drogi prze­no­sze­nia wirusa HIV.

-?Mam dla cie­bie mój odcisk palca -?mówi.

-?Dawaj.

Randy patrzy na wierzch dłoni, gdzie zano­to­wał dłu­go­pi­sem sze­reg liter i cyfr.

-?AF 10 06 E9 99 BA 11 07 64 C1 89 E3 40 8C 72 55.

-?Mam -?odpo­wiada Avi. -?To z Ordo, tak?

-?Tak. Z lot­ni­ska w San Fran­ci­sco wysła­łem ci e-mailem klucz.

-?Miesz­ka­nie się jesz­cze zała­twia -?dodaje Avi. -?Na razie zare­zer­wo­wa­łem ci apar­ta­ment w hotelu Manila.

-?Co zna­czy, że jesz­cze się zała­twia?

-?Fili­piny to jeden z tych post­hisz­pań­skich kra­jów, gdzie nie ma jasnej gra­nicy mię­dzy sto­sun­kami służ­bo­wymi i oso­bi­stymi -?mówi Avi. -?Nie wydaje mi się, żeby można tu coś wyna­jąć bez wże­nie­nia się w rodzinę, któ­rej nazwi­skiem nazwano któ­rąś z głów­nych ulic.

Randy siada na krze­sełku w hali odlo­tów. Dziar­scy cel­nicy w nie­praw­do­po­dob­nie ele­ganc­kich kape­lu­szach wyszu­kują wzro­kiem Fili­piń­czy­ków obar­czo­nych nad­mia­rem pakun­ków i pod­dają ich publicz­nemu rytu­ałowi wypeł­nia­nia małych baga­żo­wych przy­wie­szek i odda­wa­nia bagaży. Fili­piń­czycy prze­wra­cają oczami i tęsk­nie wyglą­dają przez okna. Jed­nakże więk­szość ocze­ku­ją­cych to Nip­poń­czycy -?kilku biz­nes­me­nów, a reszta tury­ści. Oglą­dają film edu­ka­cyjny: jak dać się obra­bo­wać za gra­nicą.

-?No, no. -?Randy spo­gląda przez okno. -?Leci następny jumbo jet do Manili.

-?W Azji żadna porządna linia nie obcyn­dala się z samo­lo­tami mniej­szymi niż 747 -?wypala Avi. -?Jeśli ktoś będzie pró­bo­wał zapa­ko­wać cię do 737, albo, nie daj Boże, air­busa, to wyry­waj stam­tąd bie­giem, zadzwoń do mnie na mój sky pager, a ja wyślę po cie­bie heli­kop­ter.

Randy się śmieje.

-?Posłu­chaj -?cią­gnie Avi -?ten twój hotel jest bar­dzo stary, bar­dzo wielki, ale leży mocno na ubo­czu.

-?Po co niby zbu­do­wali wielki hotel na ubo­czu?

-?Kie­dyś ta oko­lica była mod­niej­sza. To nad samym brze­giem, na skraju Intra­mu­ros.

Lice­alna hisz­pańsz­czy­zna Randy'ego wystar­cza by to prze­tłu­ma­czyć: Za Murami.

-?Ale w 1945 Nip­poń­czycy zbu­rzyli całe Intra­mu­ros -?cią­gnie Avi. - Meto­dycz­nie. Wszyst­kie hotele dla biz­nes­me­nów i biu­rowce miesz­czą się w nowej dziel­nicy, Makati. Dużo bli­żej lot­ni­ska.

-?A więc ty chcesz, żeby nasza firma mie­ściła się w Intra­mu­ros.

-?Skąd wiesz?

-?Nor­mal­nie nie mam za dobrej intu­icji, ale trzy­na­ście godzin sie­dzia­łem w samo­lo­cie; mózg mam wywró­cony na lewą stronę i roz­wie­szony do wysu­sze­nia.

Avi zarzuca go przy­go­to­wa­nymi wcze­śniej wyja­śnie­niami: lokale biu­rowe są w Intra­mu­ros o wiele tań­sze. Bli­żej do wszyst­kich mini­sterstw. Makati, nowa i modna dziel­nica biu­rowa, jest zbyt odizo­lo­wana od praw­dzi­wych Fili­pin. Randy go nie słu­cha.

-?Chcesz pra­co­wać w Intra­mu­ros, bo zostało meto­dycz­nie zbu­rzone, a ty masz obse­sję na punk­cie Holo­cau­stu -?mówi w końcu Randy, cicho i bez zło­ści.

-?No tak. I co z tego?

* * *

Randy gapi się przez okno lecą­cego do Manili boeinga 747, popi­ja­jąc flu­ory­zu­jący zie­lony nip­poń­ski napój z psz­cze­lego eks­traktu (przy­naj­mniej na butelce są nary­so­wane psz­czoły) i prze­żu­wa­jąc coś, co ste­war­desa nazwała Japoń­ską Prze­ką­ską. Niebo i woda mają ten sam kolor - odcień błę­kitu, który powo­duje, że cierpną mu zęby. Samo­lot jest tak wysoko, że, patrząc i w górę, i w dół, widzi skró­cone per­spek­tywą kipiące zwały cumu­lo­nim­bu­sów. Chmury wydo­by­wają się z roz­grza­nego oce­anu, jakby był pełen wybu­cha­ją­cych pan­cer­ni­ków. Szyb­kość wzro­stu mają nie­sa­mo­witą; przy­bie­rają kształty tak dzi­waczne i roz­ma­ite, jak ryby głę­bi­nowe; przy­pusz­cza, że są rów­nie nie­bez­pieczne dla samo­lotu jak bam­bu­sowe ostrza punji dla bosego pie­szego. Kiedy zauważa na skrzy­dle czer­wono-poma­rań­czowe godło, słońce, jest zdu­miony. Czuje się jak w sta­rym fil­mie wojen­nym.

Włą­cza lap­topa. W jego skrzynce odbior­czej pię­trzą się e-maile od Aviego, zaszy­fro­wane na dzie­sięć spu­stów. Są to kró­ciut­kie tek­sty z ostat­nich trzech dni, wysy­łane prze­zeń za każ­dym razem, gdy tylko przy­szła mu do głowy jakaś myśl. Nawet gdyby Randy o tym nie wie­dział, domy­śliłby się, że Avi ma jakąś prze­no­śną maszynkę do wysy­ła­nia mejli, łączącą się radiem z Inter­ne­tem. Uru­cha­mia kawa­łek opro­gra­mo­wa­nia nazy­wa­jący się dokład­nie Novus Ordo Sec­lo­rum, choć wszy­scy mówią po pro­stu "Ordo"2. To pro­sta gra słów -?Ordo, pro­gram szy­fru­jący, usta­wia bity wia­do­mo­ści w Nowy Ład, taki, że wścib­skie rządy spę­dzą stu­le­cia na jego odszy­fro­wy­wa­niu. Pośrodku ekranu poja­wia się zeska­no­wane zdję­cie pira­midy Che­opsa. Na jej wierz­chołku powoli mate­ria­li­zuje się jedno oko.

Ordo może pra­co­wać na dwa spo­soby. Pierw­szy, dość oczy­wi­sty: można kazać mu odszy­fro­wać wszyst­kie wia­do­mo­ści i zapi­sać je w pli­kach tek­sto­wych na dysku, skąd można je potem dowol­nie odczy­ty­wać. Jeśli jed­nak masz para­noję, czy też manię prze­śla­dow­czą, takie roz­wią­za­nie ma wadę: każdy, kto dorwie się do twar­dego dysku Randy'ego, może je prze­czy­tać. Z tego co wie, cel­nicy w Manili prze­szu­kają mu kom­pu­ter pod kątem por­no­gra­fii dzie­cię­cej. A może też, otu­ma­niony zmianą stref cza­so­wych, zosta­wić lap­topa w tak­sówce. Zatem prze­łą­cza Ordo w tryb stru­mie­niowy, kiedy pliki są deszy­fro­wane tylko na tyle, by je prze­czy­tać, a potem, po zamknię­ciu okie­nek, zni­kają z pamięci kom­pu­tera i dysku twar­dego.

Temat pierw­szej wia­do­mo­ści od Aviego brzmi: "Wytyczna nr 1".

"Szu­kamy miej­sca, gdzie pasują nam liczby. Cóż to zna­czy? Że liczba lud­no­ści za chwilę eks­plo­duje -?można to prze­wi­dzieć, patrząc na histo­gram wieku spo­łe­czeń­stwa -?a dochód na głowę poszy­buje w górę, tak jak w Nip­po­nie, na Taj­wa­nie czy w Sin­ga­pu­rze. Te dwie liczby pomno­żone przez sie­bie dają wykład­ni­czy wzrost, który powi­nien przy­nieść nam od chuja kasy, zanim doj­dziemy do czter­dziestki".

Jest to alu­zja do roz­mowy Randy/Avi sprzed dwóch lat, kiedy to Avi naprawdę wyzna­czył, ile to jest "od chuja kasy". Nie była to stała liczba, ale wzór w komórce w arku­szu kal­ku­la­cyj­nym, zależny od wielu stale fluk­tu­ują­cych wskaź­ni­ków eko­no­micz­nych. Cza­sem Avi, pra­cu­jąc na kom­pu­te­rze, zosta­wia w maleń­kim okienku uru­cho­miony arkusz, żeby stale mieć na oku war­tość "od chuja kasy".

Druga wia­do­mość, wysłana kilka godzin póź­niej, ma temat "Wytyczna nr 2".

"Dwa: wybierz tech­no­lo­gię, w któ­rej nikt nie sta­nowi dla nas kon­ku­ren­cji. W tej chwili są to sieci. Jeśli cho­dzi o sieci, kasu­jemy wszyst­kich fachow­ców na świe­cie. To nawet nie jest zabawne".

Następ­nego dnia Avi przy­słał pocztę zaty­tu­ło­waną po pro­stu "Ciąg dal­szy". Może stra­cił rachubę wysła­nych wytycz­nych.

"Kolejna zasada: tym razem zacho­wu­jemy kon­trolę nad firmą. A zatem zatrzy­mu­jemy co naj­mniej 50 pro­cent udzia­łów -?co ozna­cza zerowe lub nie­wiel­kie inwe­sty­cje zewnętrzne, dopóki nie zyskamy tro­chę na war­to­ści".

-?Nie musisz mnie prze­ko­ny­wać -?mru­czy Randy, czy­ta­jąc.

"To narzuca nam pro­fil dzia­łal­no­ści. Odpada wszystko, co wymaga dużych począt­ko­wych inwe­sty­cji".

* * *

Luzon to czarno-zie­lone góry posie­kane rze­kami, przy­po­mi­na­ją­cymi raczej lawiny mułu. Tam gdzie ocean gra­ni­czy z pla­żami, w kolo­rze khaki, woda przy­biera szo­ku­jący opa­li­zu­jący odcień basenu z przed­mie­ścia. Dalej, na połu­dnie, góry są pozna­czone bli­znami wypa­lo­nej ziemi -?prze­świ­tuje spod nich jaskra­wo­czer­wona gleba wyglą­da­jąca jak rany. Więk­szość nich pokrywa jed­nak roślin­ność, przy­po­mi­na­jąca węzeł­kowy zie­lony mate­riał, któ­rym mode­la­rze od kole­jek pokry­wają swe wzgó­rza z papier mâché; ich potężne łań­cu­chy nie noszą żad­nych śla­dów ludz­kiej ręki. Bli­żej Manili nie­które stoki są już wykar­czo­wane, zabu­do­wane i powią­zane sznu­rami linii wyso­kiego napię­cia. Stawy są obra­mo­wane ryżo­wymi polet­kami. Mia­sta to sku­pi­ska cha­ty­nek, pogru­po­wa­nych wokół wiel­kich kościo­łów zbu­do­wa­nych na pla­nie krzyża i pokry­tych porząd­nymi dachami.

Nagle wyko­nują zwrot nad Zatoką Manil­ską, pozna­czoną nie­skoń­czo­nymi szkar­łat­nymi włók­nami -?to kwitną jakieś glony. Tan­kowce z ropą cią­gną za sobą opóź­nione tęcze, wyra­sta­jące z ich kil­wa­te­rów. Każdy zaką­tek wypeł­niają dłu­gie cien­kie łodzie o dwóch kadłu­bach, wyglą­da­jące jak jaskrawo umasz­czone nar­t­niki.

A potem już sie­dzą na pasie lot­ni­ska NAIA, Ninoy Aqu­ino Inter­na­tio­nal Air­port. Snują się po nim straż­nicy i wszel­kiej maści gli­nia­rze, z M16 lub strzel­bami gład­ko­lu­fo­wymi z pisto­le­tową kolbą; na gło­wach mają bur­nusy z chu­s­tek do nosa, przy­ci­śnięte ame­ry­kań­skimi czap­kami base­bal­lo­wymi. Facet w jaskra­wo­bia­łym mun­du­rze stoi przed postrzę­pio­nym koń­cem lądo­wi­ska, opusz­cza­jąc ręce z flu­ore­scen­cyj­nymi poma­rań­czo­wymi drąż­kami, jak Jezus obda­rza­jący miło­sier­dziem świat pełen grzesz­ni­ków. Siar­czane, łatwo­palne tro­pi­kalne powie­trze zaczyna prze­cie­kać przez wen­ty­la­tory Jumbo Jeta. Wszystko wil­got­nieje i więd­nie.

Jest w Manili. Wyj­muje pasz­port z kie­szeni koszuli. W pasz­por­cie wid­nieje nazwi­sko: ran­dall law­rence water­ho­use.

* * *

Tak oto poja­wiła się na świe­cie firma Epi­phyte.

-?Ja kana­li­zuję to, co złe! -?powie­dział Avi.

Numer tele­fonu poja­wił się na page­rze Randy'ego, gdy sie­dział w knaj­pie na nabrzeżu, wśród tłumu zna­jo­mych jego dziew­czyny. Był to lokal, w któ­rym codzien­nie dru­ko­wali na lase­rówce świe­żut­kie menu, na imi­ta­cji per­ga­minu wyko­na­nej w 100% z surow­ców wtór­nych, gdzie dania gar­ni­ro­wały oscy­lo­sko­powe zyg­zaki jaskra­wych sosów, a w cha­rak­te­rze prze­ką­sek ser­wo­wano spię­trzone, archi­tek­to­niczne san­dwi­cze z rzad­kich skład­ni­ków, wyrzeź­bione w kształt przy­po­mi­na­ją­cych dro­gie kamie­nie pira­mi­dek. Randy przez cały obiad wal­czył z pokusą wycią­gnię­cia jed­nego z przy­ja­ciół Char­lene (wszystko jedno któ­rego) na chod­nik i sto­cze­nia z nim bójki na pię­ści.

Zer­k­nął na pager, spo­dzie­wa­jąc się numeru Cen­trum Kom­pu­te­ro­wego Trzech Braci, gdzie pra­co­wał (a z admi­ni­stra­cyj­nego punktu widze­nia -?na­dal pra­cuje). Dra­pieżne cyfry numeru Aviego prze­szyły jego duszę jak 666 duszę fun­da­men­ta­li­sty.

Pięt­na­ście sekund póź­niej sam stał na chod­niku, prze­cią­ga­jąc kartą przez auto­mat tele­fo­niczny, jak zama­cho­wiec pod­rzy­na­jący brzy­twą gar­dło spa­sio­nemu poli­ty­kowi.

-?Z Góry pły­nie moc -?gadał Avi. -?I tak się składa, bie­daku, że dzi­siaj pły­nie przeze mnie.

-?Co mam zro­bić? -?zapy­tał Randy, chłod­nym, nie­mal wro­gim tonem masku­jąc nie­przy­tomne pod­nie­ce­nie.

-?Kup bilet do Manili -?odparł Avi.

-?Naj­pierw muszę to obga­dać z Char­lene -?rzekł Randy.

-?Sam w to nie wie­rzysz.

-?Char­lene i ja jeste­śmy od wielu lat w zwią...

-?Dzie­sięć lat. I jesz­cze się nie oże­ni­łeś. Sam sobie, kurwa, dośpie­waj.

(Sie­dem­dzie­siąt dwie godziny póź­niej będzie już w Manili patrzył na Flet o Jed­nej Nucie).

-?Cała Azja zasta­na­wia się, kiedy wresz­cie Fili­piny pozbie­rają się do kupy -?rzekł Avi. -?To kwe­stia lat dzie­więć­dzie­sią­tych.

(Pierw­szą rze­czą, jaką widzisz po przej­ściu przez kon­trolę pasz­por­tową, jest wła­śnie Flet o Jed­nej Nucie).

-?Takiego olśnie­nia dozna­łem, sto­jąc w kolejce do kon­troli na lot­ni­sku Ninoy Aqu­ino. -?Avi skleja ostat­nie trzy wyrazy w jeden rap­tow­nie wyar­ty­ku­ło­wany dźwięk. -?Wiesz, że oni mają tam oddzielne bramki?

-?Tak sądzę -?odpo­wie­dział Randy.

Rów­no­le­gło­ścian suszo­nego tuń­czyka wyko­nał beczkę w jego żołądku. Poczuł per­wer­syjny ape­tyt na podwójne lody. Nie podró­żo­wał tak wiele jak Avi, więc miał tylko mętne wyobra­że­nie "bramki".

-?No, wiesz. Jedna bramka dla miej­sco­wych. Druga dla obco­kra­jow­ców. Może i trze­cia dla dyplo­ma­tów.

(Teraz, ocze­ku­jąc na pod­stem­plo­wa­nie pasz­portu, Randy widzi to wyraź­nie. Przy­naj­mniej raz nie nie­cier­pliwi się, cze­ka­jąc. Staje w kolejce tuż obok bramki dla EPK-ów i obser­wuje ich. Są ryn­kiem dla firmy Epi­phyte. Więk­szość to młode kobiety, na ogół mod­nie ubrane, ale ze skrom­no­ścią wprost z kato­lic­kich szkół z inter­na­tem. Wyczer­pane dłu­gim lotem i ocze­ki­wa­niem, gar­bią się i osu­wają, a potem nagle pro­stują i uno­szą drobne pod­bródki, jakby wzdłuż kolejki szła nie­wi­dzialna zakon­nica, tłu­kąc je linijką po wyma­ni­kiu­ro­wa­nych dło­niach).

Ale sie­dem­dzie­siąt dwie godziny temu nawet nie zro­zu­miał, co Avi ma na myśli, mówiąc "bramki", więc odrzekł tylko:

-?No, wiem, co to bramki.

-?Ale w Manili mają oddzielne tylko dla wra­ca­ją­cych EPK-ów!

-?EPK-ów?

-?Emi­gra­cyj­nych Pra­cow­ni­ków Kon­trak­to­wych. Fili­piń­czy­ków pra­cu­ją­cych za gra­nicą -?z uwagi na to, że ich gospo­darka jest tak kiep­ska. W Ara­bii Sau­dyj­skiej jako opie­kunki i niańki. W Sta­nach pie­lę­gniarki i ane­ste­zjo­lo­dzy. Pio­sen­ka­rze w Hong­kongu, kurwy w Bang­koku.

-?Kurwy w Bang­koku? -?Tam aku­rat Randy był. Zakrę­ciło mu się w gło­wie na pomysł impor­to­wa­nia pro­sty­tu­tek do Taj­lan­dii.

-?Fili­piń­skie kobiety są pięk­niej­sze -?dodał spo­koj­nie Avi. -?I mają w sobie tę dra­pież­ność, która spra­wia, że bar­dziej pocią­gają maso­chi­stycz­nych face­tów na dele­ga­cjach niż te wyszcze­rzone i głu­piut­kie Tajki.

Obaj wie­dzieli, że to pie­prze­nie; Avi, czło­wiek z rodziną, nie miał oso­bi­stych doświad­czeń tego rodzaju. Lecz Randy nie wypo­mniał mu tego. Dopóki Avi zacho­wy­wał zdol­ność do impro­wi­zo­wa­nego wci­ska­nia ludziom nie­praw­do­po­dob­nego kitu, dopóty mieli szansę na zaro­bie­nie "od chuja kasy".

(A teraz, gdy już tu jest, kusi go zga­dy­wa­nie, które z tych dziew­czyn w kolejce dla EPK-ów są dziw­kami. Stwier­dza jed­nak, że to nie ma sensu, pro­stuje ramiona i rusza w stronę żół­tej linii).

Wzdłuż linii wio­dą­cej od kon­troli pasz­por­tów do barie­rek rząd fili­piń­ski usta­wił szklane gabloty z eks­po­na­tami gło­szą­cymi chwałę kul­tury fili­piń­skiej sprzed cza­sów Magel­lana. Pierw­sza z nich zawiera gwóźdź pro­gramu: pier­wotny, ręcz­nie wystru­gany instru­ment, opa­trzony długą i nie­czy­telną nazwą po tagal­sku. Poni­żej, mniej­szymi lite­rami, angiel­skie tłu­ma­cze­nie: Flet o Jed­nej Nucie.

-?Fili­piny są natu­ral­nie odizo­lo­wa­nym śro­do­wi­skiem, rozu­miesz? -?mówi Avi. -?Wiesz, jakie to rzad­kie? Kiedy znaj­du­jesz coś takiego, nur­ku­jesz tam jak wście­kła norka w rurę pełną suro­wego mię­cha.

Słówko na temat Aviego: rodzina jego ojca w ostat­niej chwili ucie­kła z Pragi. Byli typo­wymi Żydami z Europy Środ­ko­wej. Nie­ty­powa była tylko jedna cecha: wciąż żyli. Ale rodzina jego matki to nie­wia­ry­godne cudaki: Żydzi z nowego Mek­syku, od trzy­stu lat miesz­ka­jący na ste­pie, ucie­ka­jący przed jezu­itami, polu­jący na grze­chot­niki i obże­ra­jący się bie­lu­niem; wyglą­dali jak India­nie, gadali jak kow­boje. Dla­tego Avi w sto­sun­kach z ludźmi był nie­prze­wi­dy­walny. Na ogół grzeczny i kul­tu­ralny, co robiło kolo­salne wra­że­nie na biz­nes­me­nach -?a zwłasz­cza nip­poń­skich -?cza­sem nagle wybu­chał, jakby się nażarł sza­leju. Wtedy tylko Randy wie­dział, jak go podejść; dla­tego Avi w takich sytu­acjach dzwo­nił wła­śnie do niego.

-?Oj, daj spo­kój! -?rzu­cił Randy. Przy­glą­dał się mija­ją­cej go opa­lo­nej dziew­czy­nie na rol­kach. Wra­cała z plaży. -?Natu­ral­nie odizo­lo­wani?

-?Dopóki Fili­piny się nie pozbie­rają, będą mieli pełno EPK-ów. A ci chcą się kon­tak­to­wać z rodzi­nami, bo Fili­piń­czycy są nie­sa­mo­wi­cie rodzinni. Przy nich Żydzi to banda wyalie­no­wa­nych samot­ni­ków.

-?No dobra. O jed­nych i dru­gich wiesz wię­cej niż ja.

-?Są tak sen­ty­men­talni i uczu­ciowi, że od razu patrzysz na nich szy­der­czo.

-?Nie musisz się naje­żać -?rzekł Randy. -?Ja nie zamie­rzam się z nich nabi­jać.

-?Jak usły­szysz w ich­nim radiu dedy­ka­cje pio­se­nek, to na pewno się uśmie­jesz -?odparł Avi. -?Ale, szcze­rze mówiąc, w tym punk­cie możemy się cze­goś od nich nauczyć.

-?No, teraz to chyba zgry­wasz świę­toszka...

-?Prze­pra­szam -?rzu­cił zupeł­nie szcze­rze Avi.

Przez cztery lata mał­żeń­stwa żona Aviego pra­wie cały czas była w ciąży. On zaś z każ­dym dniem sta­wał się coraz bar­dziej reli­gijny i w każ­dej roz­mo­wie musiał choć raz wspo­mnieć o Holo­cau­ście. A Randy był kawa­le­rem u progu zerwa­nia z dziew­czyną, z którą miesz­kał.

-?Avi, wie­rzę ci. Nie będzie pro­blemu, jak polecę klasą busi­ness?

Avi go nie usły­szał, Randy zało­żył więc, że odpo­wiedź brzmi "tak".

-?Jeśli to nie zmieni się przez dłuż­szy czas, będziemy mieli wielki rynek na Pino­gramy.

-?Pino­gramy?

-?Rany boskie, nie mów tego na głos! Wła­śnie wypeł­niam wnio­sek o zastrze­że­nie tej nazwy. -?Istot­nie, w słu­chawce roz­brzmie­wał kle­kot kla­wi­szy, tak gwał­towny, jakby Avi po pro­stu trzy­mał kla­wia­turę w swych szczu­płych, bla­dych dło­niach i zawzię­cie nią potrzą­sał. -?Ale jeśli Fili­piny pozbie­rają się do kupy, nastąpi boom w tele­ko­mu­ni­ka­cji, tak jak w każ­dym innym Ragu.

-?Ragout?

-?Roz­wi­ja­ją­cej się Azja­tyc­kiej Gospo­darce. Tak czy owak, wygry­wamy.

-?Pew­nie ma to coś wspól­nego z tele­ko­mu­ni­ka­cją?

-?Tra­fiony, zato­piony. -?W tle jakieś dziecko zaczęło kasz­leć i popła­ki­wać. -?Muszę koń­czyć -?rzu­cił Avi. -?Szlomo znów ma atak astmy. Zapisz mój odcisk palca.

-?Odcisk palca?

-?No, mój klucz do szy­fro­wa­nia. Do wysy­ła­nia poczty.

-?Ordo?

-?Tak.

Randy wyjął dłu­go­pis i, nie znaj­du­jąc w kie­szeni żad­nej kar­teczki, wyce­lo­wał go we wnę­trze dłoni.

-?Strze­laj.

-?67 81 A4 AE FF 40 25 9B 43 0E 29 8D 56 60 E3 2F. -?Avi odło­żył słu­chawkę.

Randy wró­cił do restau­ra­cji. Po dro­dze popro­sił kel­nera o małą butelkę dobrego czer­wo­nego wina. Char­lene usły­szała to i rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie. Randy wciąż myślał o wro­dzo­nym ludz­kim okru­cień­stwie i prze­oczył to; bel­fer­skie men­tor­stwo czę­ste wśród wszyst­kich jej przy­ja­ciół.

-?O Boże! Trzeba będzie wyje­chać z Kali­for­nii! -?zro­zu­miał nagle.

Wodorosty

Wodo­ro­sty

Kobieta z dziec­kiem

Błysk strzału w bla­dych oczach

Brzęk zamar­z­łej łzy.

Czwarta bry­gada pie­choty mor­skiej masze­ruje w dół przy melo­dii Johna Phi­lipa Sousy, co powinno być drugą naturą każ­dego marine. Ale Czwarta Bry­gada sie­działa w Szan­ghaju (a to nie pałac Mon­te­zumy ani nabrzeże Try­po­lisu) za długo, dłu­żej niż powinna -?Bobby już widział, jak jego sier­żant, nie­jaki Frick, rzyga z opiu­mo­wego głodu.

Orkie­stra pie­choty mor­skiej jest o kilka szan­ghaj­skich prze­cznic przed nimi. Plu­ton Bobby'ego sły­szy łupa­nie wiel­kich bęb­nów i świ­dru­jące dźwięki pikolo i dzwon­ków, ale nie roz­róż­nia melo­dii. Dowo­dzi nim kapral Sha­ftoe, ponie­waż sier­żant Frick do niczego się nie nadaje.

Sha­ftoe masze­ruje wzdłuż szyku, niby to nad­zo­ru­jąc swych ludzi - prze­waż­nie jed­nak gapi się na Szan­ghaj.

Szan­ghaj zaś gapi się na nich. Prze­waż­nie wita ich owa­cją na sto­jąco. Oczy­wi­ście, są tacy uliczni cwa­niacy, co poczy­tują sobie za punkt honoru poka­zać mari­nes, że się ich nie boją -?z bez­piecz­nej odle­gło­ści wykrzy­kują obe­lgi i odpa­lają fajer­werki, które nie uspo­ka­jają niczy­ich sko­ła­ta­nych ner­wów. Euro­pej­czycy klasz­czą -?cały rzą­dek rosyj­skich tan­ce­rek od Del­monta poka­zuje uda i prze­syła poca­łunki. Więk­szość Chiń­czy­ków nato­miast zacho­wuje kamienne twa­rze -?co według Bobby'ego ozna­cza, że ze stra­chu srają w gacie.

Ale naj­gor­sze są kobiety z pół­bia­łymi dziećmi na ręku. Nie­które histe­ry­zują i rzu­cają się pomię­dzy żoł­nie­rzy. Nie powstrzy­mują ich nawet kolby kara­bi­nów. Pozo­stałe, ze sto­ic­kim spo­ko­jem trzy­mają swe jasno­okie nie­mow­lęta i gapią się na pagony i szarże w poszu­ki­wa­niu wino­waj­ców. Wszyst­kie sły­szały, co zaszło w Nan­ki­nie, kiedy przy­szli Japońcy, i wie­dzą, że kiedy to wszystko się skoń­czy, złe wspo­mnie­nia w pamięci jakie­goś marine mogą być jedy­nym śla­dem po ich ist­nie­niu.

Przy­naj­mniej tak jest w przy­padku Sha­ftoe'a: polo­wał na jele­nie w Wiscon­sin i widział, jak kuś­ty­kają po śniegu, wykrwa­wia­jąc się. Widział, jak jeden z żoł­nie­rzy zgi­nął pod­czas zwy­kłych ćwi­czeń na wyspie Par­ris. Widział zwały splą­ta­nych ciał spły­wa­jące rzeką z miej­sca, gdzie Nip­poń­czycy rewan­żo­wali się za Chiń­ski Incy­dent; widział też, jak uchodźcy z Nan­kinu umie­rają z głodu w rynsz­to­kach Szan­ghaju. Sam zabi­jał ludzi usi­łu­ją­cych wedrzeć się na łodzie, które miał obo­wią­zek chro­nić. A jed­nak wydaje mu się, że ni­gdy nie widział cze­goś tak prze­ra­ża­ją­cego jak te Chinki z kamien­nymi twa­rzami, pia­stu­jące swe białe dzieci, nie­po­ru­szone nawet eks­plo­du­ją­cymi wokół petar­dami.

Aż do momentu, gdy zerka w twa­rze nie­któ­rych żoł­nie­rzy -?gapią się na tłum, gdzie ich spoj­rze­nia odwza­jem­niają ich wła­sne twa­rze, tylko pulch­niej­sze i zlane łzami. Nie­któ­rzy sądzą, że to żart. Ale nie­któ­rzy wyma­sze­ro­wali rano z koszar jako zdrowi i mocni męż­czyźni, i zanim doszli do nabrzeża i ocze­ku­ją­cej na nich kano­nierki, zwa­rio­wali. Nie oka­zują tego. Sha­ftoe po samych oczach wie, że coś w nich pękło.

Naj­lepsi z żoł­nie­rzy są w pod­łym nastroju. Nawet ci, któ­rzy, jak Sha­ftoe, nie zwią­zali się z Chin­kami, musieli wiele zosta­wić: domy z poko­jów­kami, pucy­bu­tami i kuli­sami, kobiety i opium pra­wie za darmo. Nie wie­dzą, dokąd ich wysy­łają, ale można śmiało powie­dzieć, że tam za te dwa­dzie­ścia jeden dola­rów mie­sięcz­nie tyle sobie nie kupią. Zakwa­te­rują ich w kosza­rach i znowu będą musieli nauczyć się glan­so­wać buty. Pod­nie­sie­nie tra­pów z kamien­nej kei odcina ich od całego świata, któ­rego już ni­gdy nie zoba­czą -?od świata, gdzie żyli jak kró­lo­wie. A teraz są znowu w pie­cho­cie mor­skiej. Sha­ftoe jest zado­wo­lony: on chciał być w mari­nes. Jed­nakże wielu z nich weszło tutaj w wiek średni i im się ode­chciało.

Mari­nes z minami wino­waj­ców kryją się pod pokła­dem. Sha­ftoe zostaje na górze. Kano­nierka odbija od nabrzeża i kie­ruje się w stronę ocze­ku­ją­cego na redzie krą­żow­nika Augu­sta.

Nabrzeże jest pełne pstro­kato odzia­nych gapiów, zatem plama jed­no­li­tego oliw­ko­wego koloru natych­miast rzuca mu się w oczy: grupa nip­poń­skich żoł­nie­rzy przy­szła urzą­dzić swoim jan­ke­skim odpo­wied­ni­kom iro­niczne poże­gna­nie. Sha­ftoe wypa­truje kogoś wyso­kiego i potęż­nego -?i łatwo go znaj­duje. Goto Dengo macha do niego.

Sha­ftoe zdej­muje hełm i odma­chuje mu. A potem, spon­ta­nicz­nie, tak po pro­stu, robi zamach i ciska hełm pro­sto w Goto Dengo. Goto Dengo, żeby zła­pać go pośród roz­sza­la­łego tłumu, musi poprzew­ra­cać z tuzin swo­ich kole­gów. Każdy z nich zdaje się uważa, że oba­le­nie na zie­mię przez Goto Dengo to wielki zaszczyt, a oprócz tego zna­ko­mita zabawa.

Dwa­dzie­ścia sekund póź­niej nad zatło­czo­nym nabrze­żem prze­la­tuje kometa. Spada i odbija się na drew­nia­nym pokła­dzie kano­nierki. Nie­kiep­ski rzut. Goto Dengo popi­sał się swoim zama­chem. Sha­ftoe pod­biega do poci­sku - kamie­nia obwią­za­nego białą szarfą -?i chwyta go. To jedna z tych opa­sek o tysiącu splo­tów (praw­do­po­dob­nie; Sha­ftoe wpraw­dzie zdjął nie­przy­tom­nym Nipom parę takich, ale ni­gdy nie chciało mu się liczyć nitek), które wiążą sobie na gło­wach jako tali­zmany; pośrodku ma ten ich czer­wony kotlet, a po bokach jakieś nip­poń­skie napisy. Odwią­zuje ją od kamie­nia. Nagle zauważa, że to wcale nie kamień -?to gra­nat ręczny! Ale poczciwy Goto Dengo tylko żar­to­wał -?nie wycią­gnął zawleczki. Bobby Sha­ftoe będzie miał piękną pamiątkę.

* * *

Pierw­sze haiku Sha­ftoe'a było szybką i byle jaką tra­we­sta­cją zawo­ła­nia mari­nes:

To mój kara­bin

Jest takich wiele, ale

Ten tutaj jest mój.

Popeł­nił to w nastę­pu­ją­cych oko­licz­no­ściach: cała Czwarta Dywi­zja sta­cjo­no­wała w Szan­ghaju, pil­nu­jąc posta­no­wień Trak­tatu i robiąc za fizycz­nych na kano­nier­kach patroli rzecz­nych na Jangcy. Jego plu­ton wła­śnie wró­cił z Ostat­niego Patrolu: tysiąc­mi­lo­wego roz­po­zna­nia bojem, aż do samego Nan­kinu (a raczej jego ruin), Han­kow i z powro­tem. Pie­chota mor­ska robiła to cały czas, od Powsta­nia Bok­se­rów, w cza­sie wojny domo­wej i póź­niej. Ale teraz, pod koniec roku 1940, kiedy Nipy3 wałę­sają się już po całych pół­noc­now­schod­nich Chi­nach, poli­tycy z dale­kiego Waszyng­tonu wresz­cie rzu­cili ręcz­nik na ring i roz­ka­zali chiń­skim mari­nes nie pły­wać już po Jangcy.

Mari­nes ze sta­rego zaciągu, jak Frick, twier­dzili, że są w sta­nie odróż­nić zor­ga­ni­zo­wa­nych ban­dy­tów od uzbro­jo­nych band głod­nych wie­śnia­ków, nacjo­na­li­stów, komu­ni­stycz­nych par­ty­zan­tów i nie­re­gu­lar­nych sił opła­ca­nych przez wojen­nych wataż­ków. Ale dla Bobby'ego Sha­ftoe'a były to tylko pie­prz­nięte, uzbro­jone żółtki cza­tu­jące na patrol rzeczny. Ów Ostatni Patrol był nie­złą wycieczką. Ale teraz miał go za sobą, sie­dział w Szan­ghaju, naj­bez­piecz­niej­szym miej­scu w Chi­nach, choć sto razy bar­dziej nie­bez­piecz­nym niż naj­nie­bez­piecz­niej­sze miej­sce w Ame­ryce. Sześć godzin temu zleźli z kano­nierki, poszli do baru i dopiero teraz wyszli -?zde­cy­do­wali, że naj­wyż­szy czas odwie­dzić bur­del. Po dro­dze przy­pad­kiem prze­cho­dzili koło tej nip­skiej restau­ra­cji.

Bobby Sha­ftoe już przed­tem zaglą­dał tam przez okno i obser­wo­wał faceta z nożem, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co on, u licha, robi -?zdaje się, cho­lera, że sie­kał surową rybę, kładł jej kawałki na kul­kach ryżu i poda­wał Nipom po dru­giej stro­nie lady. Oni zaś to żarli.

To musi być jakieś złu­dze­nie optyczne. Na pewno wcze­śniej ugo­to­wali ją gdzieś na zaple­czu.

Ta kwe­stia nur­to­wała Sha­ftoe'a mniej wię­cej od roku. Kiedy teraz z gro­madą innych napa­lo­nych i pija­nych mari­nes prze­cho­dził obok, zwol­nił kroku i zer­k­nął przez okno, pró­bu­jąc zebrać kolejne dowody. Przy­siągłby, że nie­które z ryb były rubi­no­wo­czer­wone -?nie mogłyby mieć takiego koloru, gdyby były ugo­to­wane.

Jeden z jego towa­rzy­szy, Rho­des ze Shre­ve­port, zauwa­żył to spoj­rze­nie. Zaczął pod­pusz­czać Sha­ftoe'a, żeby wszedł i zasiadł przy barze. Potem inny sze­re­gowy, Gowicki z Pit­ts­burga, jesz­cze podwoił stawkę!

Sha­ftoe zagryzł wargi i zasta­no­wił się. Już wła­ści­wie zde­cy­do­wał: pój­dzie tam. Był zwia­dowcą-snaj­pe­rem, takie sza­leń­stwo leżało więc w jego natu­rze; ale uczono go także, że przed sztur­mem należy dokład­nie zba­dać teren.

Restau­ra­cja była w trzech czwar­tych wypeł­niona -?wyłącz­nie umun­du­ro­wa­nymi nip­poń­skimi żoł­nie­rzami. Ofi­ce­ro­wie kon­cen­tro­wali się przy barze, gdzie kucharz kroił tę niby surową rybę. Gdy­byś miał tylko jeden gra­nat, rzu­cił­byś go wła­śnie tam. Reszta sali była zasta­wiona dłu­gimi sto­łami, przy któ­rych sze­re­gowcy popi­jali rosół z paru­ją­cych cza­rek. Na nich Sha­ftoe zwró­cił szcze­gólną uwagę, to oni bowiem za jakieś sześć­dzie­siąt sekund mieli obi­jać mu mordę. Nie­któ­rzy sie­dzieli sami i coś czy­tali. W kącie jeden żoł­nierz opo­wia­dał kawał, albo może jakąś histo­rię, sku­pia­jąc wokół sie­bie grupkę innych.

Im dłu­żej prze­pro­wa­dzał roz­po­zna­nie, tym bar­dziej Gowicki i Rho­des upew­niali się, że naprawdę chce to zro­bić. Pod­eks­cy­to­wani zawo­łali pozo­sta­łych mari­nes, któ­rzy odda­lili się już w stronę bur­delu.

Sha­ftoe zoba­czył, że wra­cają -?jego tak­tyczne odwody.

-?No, kurwa, raz się żyje -?powie­dział i wszedł do środka.

Pozo­stali nie mogli w to uwie­rzyć i krzy­czeli coś roz­e­mo­cjo­no­wani. Prze­cho­dząc przez próg restau­ra­cji, Sha­ftoe prze­szedł do legendy.

Kiedy poja­wił się w drzwiach, wszyst­kie Nipy spoj­rzały na niego. Jeśli nawet się zdzi­wili, nie oka­zali tego. Kucharz za kon­tu­arem zaczął wygła­szać jakieś rytu­alne powi­ta­nie, które zachwiało się i urwało, gdy tylko nań spoj­rzał. Gość po dru­giej stro­nie sali, wielki rumiany Nip, wciąż opo­wia­dał swój dow­cip, histo­rię, czy co tam.

Sha­ftoe kiw­nął głową, tak ogól­nie, pod­szedł do naj­bliż­szego stołka baro­wego i usiadł.

Inni mari­nes zacze­ka­liby, aż zbie­rze się cały oddział. Potem przy­pu­ści­liby masowy szturm na restau­ra­cję, poła­mali kilka krze­seł, roz­lali tro­chę zupy. Ale Sha­ftoe prze­jął ini­cja­tywę, zanim do tego doszło, i wszedł tam sam, jak przy­stało na zwia­dowcę-snaj­pera. Ale nie tylko dla­tego: także dla­tego, że to był Bobby Sha­ftoe -?szcze­rze zacie­ka­wiony tym loka­lem; gdyby się dało, chęt­nie spę­dziłby w środku kilka spo­koj­nych minut i nauczył się cze­goś nowego, nim zacznie się zabawa.

Oczy­wi­ście, pomógł też fakt, że Sha­ftoe po pijaku był spo­kojny i zamy­ślony, a nie zapal­czywy i agre­sywny. Musiał nie­źle cuch­nąć piwem (te Szwaby z Tsin­gao pędziły cał­kiem dobre, smak koja­rzył mu się z Wiscon­sin i spra­wiał, że tęsk­nił za domem). Ale nie darł się i nie roz­bi­jał.

Kucharz pochy­lił się nad kawał­kiem ryby i uda­wał, że nie widzi Bobby'ego. Pano­wie przy kon­tu­arze zmie­rzyli go zim­nym wzro­kiem, po czym zajęli się jedze­niem. Sha­ftoe patrzył na surowe ryby uło­żone na tłu­czo­nym lodzie, potem rozej­rzał się po sali. Nip w rogu odczy­ty­wał z notat­nika krót­kie zda­nia -?dzie­sięć, może dwa­na­ście słów. Jego mała publicz­ność po każ­dej fra­zie spo­glą­dała po sobie, uśmie­cha­jąc się, krzy­wiąc, a cza­sem nawet tupiąc z podziwu.

O, kurwa! Gość czy­tał wier­sze! Sha­ftoe nic nie rozu­miał, ale po brzmie­niu poznał, że to muszą być wier­sze. Co prawda nie rymo­wały się, ale te Nipy wszystko robiły na odwrót.

Zauwa­żył, że kucharz gapi się na niego. Odchrząk­nął, co i tak nie miało sensu: nie mówił po nip­poń­sku. Spoj­rzał na czer­wone kawałki ryby, wska­zał je, uniósł dwa palce.

Wszy­scy zdu­mieli się, że Ame­ry­ka­nin fak­tycz­nie coś zamó­wił. Napię­cie nieco zelżało. Kucharz zabrał się do pracy i wypro­du­ko­wał dwie por­cje, które podał mu na drew­nia­nej pod­stawce.

Sha­ftoe nauczył się jeść owady i odgry­zać głowy kur­cza­kom, sądził więc, że i z tym sobie pora­dzi. Chwy­tał pal­cami kawałki ryby, tak jak oni, i zja­dał. Było dobre. Zamó­wił dwa kolejne, tym razem w innym gatunku. Gość w rogu cią­gle czy­tał wier­sze. Sha­ftoe zjadł i zamó­wił coś jesz­cze. Mniej wię­cej przez dzie­sięć sekund czuł się tam bez­piecz­nie -?pomię­dzy sma­kiem ryby i brzmie­niem poezji -?i zapo­mniał, że prze­cież miał wsz­cząć bru­talną bija­tykę na tle raso­wym.

Trze­cie zamó­wie­nie brzmiało ina­czej: surowa ryba przy­kryta z wierz­chu cien­kim, prze­świ­tu­ją­cym pla­ster­kiem cze­goś wil­got­nego i lśnią­cego. Wyglą­dało to jak papier pakowy nasą­czony ole­jem. Sha­ftoe przy­glą­dał się przez chwilę, ale nie przy­po­mi­nało mu to niczego zna­jo­mego. Rozej­rzał się na boki z nadzieją, że któ­ryś z Nipów zamó­wił to samo, chcąc podej­rzeć, jak się to wła­ści­wie je, ale bez skutku.

Do cho­lery, prze­cież to są ofi­ce­ro­wie. Może któ­ryś zna tro­chę angiel­ski.

-?P-szam. Co to jest? -?zapy­tał, uno­sząc róg tej cudacz­nej błony.

Kucharz spoj­rzał nań ner­wowo, po czym pyta­ją­cym wzro­kiem zmie­rzył pozo­sta­łych klien­tów.

Wywią­zała się dys­ku­sja. Wresz­cie, z końca baru ode­zwał się porucz­nik nip­poń­skiej mary­narki.

-?Wodo­ro­sty.

Mru­kliwy i wrogi ton porucz­nika nie spodo­bał się Sha­ftoe'owi. Mina Nipa świad­czyła o tek­ście w rodzaju: "I tak tego nie zro­zu­miesz, wie­śniaku, więc niech ci będzie, że to wodo­ro­sty".

Sha­ftoe splótł ręce na kola­nach, przez chwilę przy­glą­dał się wodo­ro­stom, a potem prze­niósł wzrok na porucz­nika, wciąż patrzą­cego na niego bez wyrazu.

-?Jaki gatu­nek wodo­ro­stów, sir?

Po sali zaczęły prze­la­ty­wać zna­czące spoj­rze­nia, jak alfa­bet sema­fo­rowy przed bitwą mor­ską. Prze­rwano recy­ta­cję wier­szy, sze­re­gowcy z tyłu sali zaczęli pod­cho­dzić do baru. Porucz­nik tym­cza­sem prze­tłu­ma­czył pozo­sta­łym odpo­wiedź Sha­ftoe'a; zaczęli ją szcze­gó­łowo oma­wiać, jakby to była poważna poli­tyczna oferta, zło­żona przez Fran­klina Delano Roose­velta. Porucz­nik zamie­nił słówko z kucha­rzem. Potem znów zwró­cił się do Sha­ftoe'a:

-?Mówi, żebyś teraz zapła­cił.

Kucharz uniósł dłoń i potarł palce kciu­kiem.

Po roku spę­dzo­nym w patro­lach na Jangcy Bobby miał nerwy z tytanu i nie­ogra­ni­czone zaufa­nie do swych kole­gów, zatem zwal­czył pokusę odwró­ce­nia głowy i zer­k­nię­cia w okno. Wie­dział, co może zoba­czyć: goto­wych umrzeć za niego żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej, ramię przy ramie­niu. Podra­pał się po nie­dawno wyko­na­nym tatu­ażu w kształ­cie smoka. W ciszy, jaka nagle zapa­no­wała w lokalu, było wyraź­nie sły­chać skro­ba­nie brud­nych paznokci o świeże strupy.

-?Nie odpo­wie­dział pan na pyta­nie -?powie­dział Sha­ftoe, wyma­wia­jąc słowa z typowo pijacką pre­cy­zją.

Porucz­nik prze­tłu­ma­czył to na nip­poń­ski. Kolejna dys­ku­sja. Tym razem jed­nak krótka i sta­now­cza. Sha­ftoe domy­ślił się, że zaraz go stąd wyko­pią. Wypro­sto­wał się.

Nipy były nie­złe; jesz­cze zanim męż­czyźni pod­nie­śli rękę na Sha­ftoe'a, wypro­wa­dzili jeden szturm przez drzwi, na chod­nik, tak by zwią­zać siły mari­nes. Ów wyprze­dza­jący atak unie­moż­li­wił im otwarty najazd na restau­ra­cję, który mógłby prze­szko­dzić ofi­ce­rom w spo­ży­wa­niu posiłku, a przy odro­bi­nie szczę­ścia spo­wo­do­wać także znaczne straty mate­rialne. Potem Sha­ftoe poczuł, jak łapią go co naj­mniej trzy pary rąk i uno­szą w powie­trze. Pochwy­cił wzrok porucz­nika i wrza­snął:

-?Kit mi wci­skasz z tymi wodo­ro­stami?!

Co do samej bija­tyki, nie­zwy­kły był tylko fakt, że Sha­ftoe, jesz­cze zanim zaczął, został wynie­siony na ulicę. Potem już wszystko prze­bie­gało tak jak w innych bój­kach z nip­poń­skimi żoł­nie­rzami w Szan­ghaju. Wszystko spro­wa­dzało się do meczu: ame­ry­kań­ska krzepa (nie brali do Czwar­tego Pułku kogoś, kto nie miał przy­naj­mniej metr osiem­dzie­siąt wzro­stu) kon­tra nip­poń­ska sztuka napa­rza­nia.

Sha­ftoe nie był bok­se­rem, lecz zapa­śni­kiem. Na szczę­ście. Inni mari­nes uno­sili pię­ści i usi­ło­wali wal­czyć zgod­nie z regu­łami mar­kiza Queens­berry -?zerowe szanse prze­ciwko wschod­nim sztu­kom walki. On zaś nie miał złu­dzeń co do swego boksu, więc po pro­stu opusz­czał głowę i szar­żo­wał jak byk, po dro­dze kilka razy obry­wał po gębie, ale prze­waż­nie uda­wało mu się porząd­nie chwy­cić prze­ciw­nika i cisnąć go na bruk. Nip był po tym z reguły tak wstrzą­śnięty, że Sha­ftoe bez pro­blemu zakła­dał mu nel­sona lub wykrę­cał rękę do tyłu i zmu­szał do pod­da­nia.

Na wyno­szą­cych go na zewnątrz żoł­nie­rzy natych­miast nasko­czyli mari­nes. Naprze­ciw Sha­ftoe'a zna­lazł się prze­ciw­nik co naj­mniej dorów­nu­jący mu wzro­stem -?co dość nie­spo­ty­kane. Był też solid­nie zbu­do­wany. Ale nie przy­po­mi­nał zapa­śnika sumo, już raczej fut­bo­li­stę: obrońcę, i to z jajami. Skur­wy­syn był silny; Sha­ftoe od razu wie­dział, że wpadł w nie­złe tara­paty. Gość wal­czył w innym stylu niż Ame­ry­ka­nie, ów styl obej­mo­wał (jak bole­śnie prze­ko­nał się Bobby) roz­ma­ite nie­do­zwo­lone chwyty, na przy­kład dusze­nie i silne krót­kie ciosy w główne sploty ner­wowe. Roz­ziew mię­dzy cia­łem i duszą Bobby'ego, spory już po samym alko­holu, został tymi tech­ni­kami posze­rzony do roz­mia­rów otchłani. W końcu wylą­do­wał na chod­niku; bez­radny i spa­ra­li­żo­wany gapił się w pulchną twarz swego prze­ciw­nika. Był to (zauwa­żył) ten sam facet, który czy­tał wier­sze w kącie restau­ra­cji. Jak na poetę był dobrym zapa­śni­kiem. Albo i na odwrót.

-?To nie są wodo­ro­sty. -?rzekł wielki Nip. Miał taką minę jak psotny uczeń. -?To się po angiel­sku nazywa kale­basa, czy jakoś tak. -?Odwró­cił się i wszedł z powro­tem do restau­ra­cji.

Tyle legendy. Żaden z pozo­sta­łych mari­nes nie ma jed­nak poję­cia, że nie było to ostat­nie spo­tka­nie Bobby'ego Sha­ftoe'a i Goto Dengo. Po tym zda­rze­niu Bobby'emu pozo­stało wiele palą­cych pytań, doty­czą­cych pro­ble­mów tak róż­nych, jak wodo­ro­sty, poezja i japoń­skie napa­rzanki. Odszu­kał Goto Dengo, co nie było takie trudne -?wyna­jął po pro­stu jakie­goś Chiń­czyka, żeby cho­dził za potęż­nym Nipem po mie­ście i codzien­nie zda­wał Bobby'emu raport. Dowie­dział się zatem, że Goto Dengo codzien­nie spo­tyka się w parku ze swymi kam­ra­tami i ćwi­czy jakieś sztuki walki. Upo­rząd­ko­waw­szy sprawy testa­men­towe i napi­saw­szy ostatni list do swych rodzi­ców i rodzeń­stwa w Oco­no­mo­woc, Sha­ftoe udał się pew­nego ranka do parku, przed­sta­wił zasko­czo­nemu Goto Dengo i umó­wił się, że będzie słu­żył za żywy worek tre­nin­gowy. Uznali, że jego umie­jęt­no­ści samo­obrony są śmiesz­nie pry­mi­tywne, lecz podzi­wiali go za odpor­ność; zatem, za nie­wielką cenę kilku zła­ma­nych żeber i pal­ców, Bobby Sha­ftoe odbył wstępny kurs owej szcze­gól­nej sztuki napa­rza­nia, ulu­bio­nej przez Goto Dengo. Zwało się to dżudo. Z cza­sem wyni­kło z tego kilka towa­rzy­skich spo­tkań w barach i restau­ra­cjach, gdzie Sha­ftoe nauczył się roz­po­zna­wać cztery rodzaje wodo­ro­stów, trzy gatunki rybiej ikry i kilka sma­ków nip­poń­skich wier­szy. Oczy­wi­ście gówno rozu­miał, ale potra­fił liczyć sylaby. Wyda­wało mu się, że to wystar­cza, by delek­to­wać się ich­nią poezją.

Ale to mu nie pomoże -?podob­nie jak i pozo­stałe wia­do­mo­ści o ich kul­tu­rze -?gdy już nie­długo roz­każą mu ich zabi­jać.

Sha­ftoe w rewanżu poka­zał Goto Dengo, jak się porząd­nie rzuca piłką. Wielu Nipów jest świet­nych w base­ballu -?nawet oni śmiali się, widząc, jak ich zwa­li­sty przy­ja­ciel bez­sen­sow­nie wyma­chuje rękoma. Ale to Sha­ftoe nauczył go sta­wać w roz­kroku, obra­cać bar­kami i podą­żać cia­łem za piłką. Przez ostatni rok bar­dzo przy­kła­dał się do tych lek­cji -?może dla­tego aż do Manili, a nawet potem, wciąż widział oczyma wyobraźni Goto Dengo roz­sta­wia­ją­cego stopy na kamie­niach nabrzeża, zamie­rza­ją­cego się i ciska­ją­cego weń owi­nię­tym wstążką gra­na­tem.

* * *

Po kil­ku­dnio­wej podróży wszy­scy widzą, że sier­żant Frick zapo­mniał, jak się czy­ści buty. Co noc wysta­wia je na pokład obok koi, jakby się spo­dzie­wał, że jakiś kulis zabie­rze je i wyglan­suje. Co rano, budząc się, zastaje je w jesz­cze gor­szym sta­nie. Po kilku dniach zaczyna zbie­rać opieprz od kadry i dosta­wać dyżury przy obie­ra­niu kar­to­fli.

To byłoby jesz­cze do wyba­cze­nia. Kariera Fricka zaczęła się na pre­rii, od polo­wa­nia na obwie­szo­nych amu­ni­cją despe­ra­dos ata­ku­ją­cych pociągi pocz­towe. Poważ­nie. W 1927 z zasko­cze­nia wywieźli go do Szan­ghaju, musiał więc wyka­zać nieco ela­stycz­no­ści. No dobra. A teraz sie­dzi na tym nędz­nym przed­wo­jen­nym krą­żow­niku i jest mu ciężko. No dobra. Ale nie zacho­wuje przy tym god­no­ści, któ­rej mari­nes wyma­gają sami od sie­bie. Narzeka. Pozwala się upo­ka­rzać. Wścieka się. Wielu innych chiń­skich mari­nes zacho­wuje się podob­nie.

Pew­nego razu, gdy Sha­ftoe rzuca sobie skó­rzanką z paroma innymi mło­dymi mari­nes, widzi nagle grupkę tych sta­rych na after­deku. Po samych gestach i minach widać, że znowu narze­kają.

Sha­ftoe sły­szy gadkę dwóch mary­na­rzy.

-?Co się, kurwa, poro­biło z tymi mari­nes? -?mówi jeden.

Drugi w smutku kiwa głową, jak lekarz, któ­remu pacjent wła­śnie fajt­nął oczami do tyłu.

-?Te bie­daki cał­kiem zazja­ciały.

A potem obra­cają się i patrzą na Sha­ftoe'a.

Tego wie­czoru Sha­ftoe pochła­nia kola­cję dwa razy szyb­ciej, wstaje i pod­cho­dzi do stołu, przy któ­rym sie­dzą z ponu­rymi minami Sta­rzy Mari­nes.

-?Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, panie sier­żan­cie! -?krzy­czy. -?Pro­szę o pozwo­le­nie wyczysz­cze­nia panu butów!

Fric­kowi opada szczęka, uka­zu­jąc na wpół prze­żuty kawał goto­wa­nej woło­winy.

-?Czego?

Mesa milk­nie.

-?Sier­żan­cie, pro­szę o pozwo­le­nie na wypa­sto­wa­nie pana butów!

Frick nawet na trzeźwo nie jest za bystry, a teraz wystar­czy spoj­rzeć na jego źre­nice, by nabrać pew­no­ści, że wraz z kole­gami prze­szmu­glo­wał na pokład tro­chę opium.

-?Nu, myśle co tak -?odpo­wiada.

Popa­truje po swym plu­to­nie zrzęd. Są tro­chę zmie­szani, a tro­chę roz­ba­wieni. Roz­wią­zuje sznu­ro­wa­dła. Bobby Sha­ftoe zabiera te obrzy­dli­stwa; po chwili wraca z pięk­nie wyglan­so­wa­nymi butami. W tym cza­sie Frick już nawa­lił się i rzą­dzi wszyst­kimi.

-?Nu, nie­źle wyglą­dają te buty, kapralu -?mówi, zadzie­ra­jąc nosa. - Niech mnie, jesteś w tym pra­wie tak dobry, jak mój kulis.

W nocy ktoś zaszywa kilku kole­siów Fricka w koce i robi im też inne, bar­dziej cham­skie kawały. Jed­nemu nie­znani sprawcy spusz­czają kocówę. Z rana dowódz­two robi nie­spo­dzie­waną inspek­cję i opie­prza ich. Przez więk­szość dnia "zazja­ciali" sie­dzą w kącie i oglą­dają sobie nawza­jem plecy.

Około połu­dnia Frick wresz­cie poj­muje, że wszystko to spro­wo­ko­wał gest Sha­ftoe'a i że Sha­ftoe od razu wie­dział, co się sta­nie. Wali na pokład, pod­biega do niego i pró­buje wyrzu­cić go za burtę.

Bobby'ego w ostat­niej chwili ostrzega jeden z kole­gów. Rzuca się w bok, o włos uni­ka­jąc ataku. Frick odbija się od relingu, odwraca i usi­łuje zła­pać go za jaja. Sha­ftoe dźga go w oko. Frick się uspo­kaja. Odsu­wają się od sie­bie. For­mal­no­ściom stało się zadość; uno­szą pię­ści.

Bok­sują się przez kilka rund. Zbiera się wielki tłum mari­nes. Więk­szość sta­wia na Fricka. Wpraw­dzie jest tępy jak but, a teraz jesz­cze wście­kły, ale za to dobry w pię­ściach, no i waży ze dwa­dzie­ścia kilo wię­cej.

Sha­ftoe wytrzy­muje do momentu, kiedy ciężki cios Fricka roz­wala mu wargę.

-?Ile jesz­cze mamy do Manili?! -?krzy­czy.

Frick jest, jak zwy­kle po pyta­niu, zasko­czony i osłu­piały. Na chwilę się pro­stuje.

-?Dwa dni -?odpo­wiada jeden z ofi­ce­rów.

-?Niech to szlag -?rzuca Bobby Sha­ftoe. -?Jak, do cho­lery, mam cało­wać moją kobietę z taką gębą?

Frick odpo­wiada:

-?Idź na mia­sto i znajdź sobie tań­szą.

Tyle tylko trzeba. Sha­ftoe opusz­cza głowę i szar­żuje na Fricka, wrzesz­cząc jak Nip. Zanim Frick się pozbie­rał, Sha­ftoe już zapa­ko­wał go w jeden z tych chwy­tów od Goto Dengo. Prze­suwa się w górę, w końcu łapiąc go za szyję, i ści­ska, aż wargi Fricka przy­bie­rają barwę wnę­trza ostrygi. Potem prze­wie­sza go przez reling, trzy­ma­jąc za kostki. Frick przy­tom­nieje na tyle, żeby zawo­łać:

-?Pod­daję się!

Szybko zbiera się sąd dys­cy­pli­narny. Sha­ftoe zostaje uznany za win­nego oka­zy­wa­nia grzecz­no­ści (przez wyczysz­cze­nie butów Fricka) i obrony żoł­nie­rza (sie­bie) przed roz­wście­czo­nym napast­ni­kiem. Roz­wście­czony napast­nik idzie pro­sto do paki. Już po kilku godzi­nach docho­dzące stam­tąd odgłosy infor­mują wszyst­kich, jak się czuje czło­wiek po odsta­wie­niu opium.

A więc sier­żant Frick nie zoba­czy, jak wpły­wają do Zatoki Manil­skiej. Sha­ftoe'owi pra­wie jest go żal.

Cały dzień mają po lewej bur­cie wyspę Luzon -?led­wie widoczną przez mgłę czarną syl­wetkę; cza­sem prze­lot­nie bły­sną palmy i plaże. Wszy­scy mari­nes już tędy prze­pły­wali, znają więc Środ­kowy Łań­cuch, na pół­noc od nich, a za nim Góry Zambale, opa­da­jące do morza nie­opo­dal Zatoki Subic. Subic wyzwala lawinę pie­prz­nych aneg­dot. Nie wpły­wają tam jed­nak: podą­żają na połu­dnie, wokół pół­wy­spu Bata'an, następ­nie bio­rąc kurs w kie­runku lądu, wprost w Zatokę Manil­ską. Cały okręt zajeż­dża pastą do butów, tal­kiem i pły­nem po gole­niu; może i Czwarta Bry­gada spe­cja­li­zuje się w dziw­kar­stwie i nad­uży­wa­niu opium, ale wia­domo też, że to naj­przy­stoj­niejsi mari­nes w całym kor­pu­sie.

Mijają Cor­re­gi­dor, wyspę w kształ­cie kro­pli wody na wypa­sto­wa­nym bucie, lekko zaokrą­gloną pośrodku, ale stromo opa­da­jącą ku morzu. Jeden z koń­ców to długi, chudy i suchy ogon. Mari­nes wie­dzą, że jest zryta tune­lami i naje­żona strasz­li­wymi dzia­łami, lecz jedyną widoczną for­ty­fi­ka­cją są beto­nowe koszary na wierz­chołku, miesz­czące fachow­ców od obsługi tej broni. Ponad szczy­tem wznosi się plą­ta­nina anten. Wyglą­dają zna­jomo -?wiele z nich uno­siło się poprzed­nio nad Sta­cją Alfa w Szan­ghaju, gdzie Sha­ftoe musiał je zde­mon­to­wać i zała­do­wać na cię­ża­rówkę.

Nie­da­leko nich do morza opada olbrzymi wapienny klif. U pod­stawy jest wej­ście do kry­jówki wszyst­kich tych szpio­nów i radio­ope­ra­to­rów. Nie­opo­dal znaj­duje się port, dość w tej chwili oblę­żony: roz­ła­do­wują towary z cywil­nych frach­tow­ców i usta­wiają je na plaży. Zauwa­żają to wszy­scy mari­nes: to pewny znak, że będzie wojna. Augu­sta kotwi­czy w zatoczce. Prze­ła­do­wują wszyst­kie nakryte plan­de­kami radiowe machiny na moto­rówki i zawożą do przy­stani, wraz z cien­ko­szy­imi face­tami, któ­rzy opie­ko­wali się nimi w Szan­ghaju.

Kiedy mijają Cor­re­gi­dor i wcho­dzą do zatoki, zapach ginie. Pod powierzch­nią wody pły­wają esy-flo­resy glo­nów. Nad nie­ru­cho­mym morzem cią­gną się brą­zowe sznury dymu z komi­nów stat­ków. Nie­tknięte wia­trem, rozpły­wają się w pół­przej­rzy­ste, postrzę­pione łań­cu­chy gór­skie. Mijają wielką bazę woj­skową w Cavite -?spła­cheć lądu tak pła­skiego i nisko poło­żo­nego, że gdyby nie pali­sada drzew pal­mo­wych, nie byłoby wia­domo, gdzie się koń­czy woda. Wznosi się tam kilka han­ga­rów i wież ciśnień, za nimi zaś widać ciemne sku­pi­ska koszar. Manila leży wprost przed nimi, wciąż spo­wita mgiełką. Idzie już ku wie­czo­rowi.

A potem mgła się roz­pływa; atmos­fera staje się przej­rzy­sta jak oczy dziecka, przez nie­mal godzinę widocz­ność sięga nie­skoń­czo­no­ści. Potem wpły­wają na oto­czoną cumu­lo­nim­bu­sami arenę; na wskroś chmur wiją się kor­ko­ciągi bły­ska­wic. Pła­skie szare chmury, jak odłamki poroz­bi­ja­nych dachó­wek pomię­dzy kowa­dłami. Za nimi następna war­stwa chmur zamyka się w skle­pie­nie w pół drogi do księ­życa, żarząc się różowo i łoso­siowo w pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca. Jesz­cze dalej kolejne chmury, opa­tu­lone desz­czem jak ozdoby cho­in­kowe bibułką, prze­bły­ski czy­stego nieba, kolejne cumu­lo­nim­busy strze­la­jące do sie­bie dwu­na­sto­mi­lo­wymi pio­ru­nami. Niebo wewnątrz nieba wewnątrz nieba.

W Szan­ghaju było zimno, a całą drogę się ocie­plało. Nie­które dni były upalne i duszne. Jed­nakże kiedy na hory­zon­cie poja­wia się Manila, pokład owiewa cie­pła bryza. Mari­nes wzdy­chają, jakby wszy­scy uni­sono wytry­snęli.

Zapach Manili

Wachlo­wany pal­mami

I uda Glory.

Pła­skie dachy Manili mają mie­szany styl, tro­chę hisz­pań­ski, tro­chę chiń­ski. Mia­sto odgra­dza od morza wklę­sły wał, z bul­wa­rem na szczy­cie. Spa­ce­ro­wi­cze odwra­cają się i machają do mari­nes; nie­któ­rzy prze­sy­łają całusy. Po scho­dach kościoła scho­dzi na bul­war para młoda; robią sobie zdję­cie w rzu­ca­ją­cym pła­skie cie­nie brzo­skwi­nio­wym pobla­sku zacho­dzą­cego słońca. Faceci noszą pstro­kate, zwiewne fili­piń­skie koszule lub ame­ry­kań­skie mun­dury, kobiety -?piękne suk­nie. Mari­nes gwiż­dżą i drą się, kobiety spo­glą­dają na nich, uno­sząc nieco spód­nice, żeby się nie potknąć. Mari­nes dostają zawro­tów głowy i pra­wie wypa­dają za burtę.

Kiedy zawi­jają, z wody wytry­ska pół­księ­ży­cowy szyk lata­ją­cych ryb. Oddala się ruchem wędru­ją­cej pustyn­nej wydmy. Rybki są srebrne, w kształ­cie liści. Po kolei z meta­licz­nym stuk­nię­ciem ude­rzają w wodę. Dźwięki zle­wają się w ostry ter­kot. Pół­księ­życ szy­buje pod keją, prze­pływa mię­dzy jej fila­rami i znika w mroku głę­bin.

Manila, Perła Orientu, 7 grud­nia 1941, wcze­sny nie­dzielny wie­czór. Na Hawa­jach, po dru­giej stro­nie linii zmiany daty, dopiero co minęła pół­noc. Bobby Sha­ftoe i jego kole­dzy mają kilka godzin wol­nego. Mia­sto jest nowo­cze­sne, kwit­nące, chrze­ści­jań­skie i zna angiel­ski. Jest naj­bo­gat­szym i naj­mniej zaco­fa­nym mia­stem w Azji, cał­kiem jak­byś był w domu, w Sta­nach. Pomimo kato­lic­kiej wiary, są tu miej­sca naj­wy­raź­niej od fun­da­men­tów zapro­jek­to­wane spe­cjal­nie dla potrzeb napa­lo­nych mary­na­rzy. Można tam tra­fić, skrę­ca­jąc raz w prawo, kiedy tylko sta­nie się na suchym lądzie.

Bobby Sha­ftoe skręca w lewo, grzecz­nie wyma­wia­jąc się legio­nowi roz­go­rącz­ko­wa­nych pro­sty­tu­tek i obiera kurs na maja­czące w ciem­no­ści ściany Intra­mu­ros. Przy­staje tylko koło kwia­cia­rza w parku i kupuje bukiet róż. Facet ma nie­zły utarg. Park i mury są pełne prze­cha­dza­ją­cych się kochan­ków; męż­czyźni prze­waż­nie w mun­du­rach, kobiety w skrom­nych, ale ele­ganc­kich suk­niach, krę­cące wspar­tymi na ramio­nach para­sol­kami.

Kilku doroż­ka­rzy chce z nim ubić inte­res, ale Bobby odma­wia. Dorożka zawio­złaby go szyb­ciej, a on jest na to zbyt zde­ner­wo­wany. Prze­cho­dzi przez bramę w murze do sta­rej, hisz­pań­skiej dziel­nicy.

Intra­mu­ros to labi­rynt kamien­nych ścian o bar­wie jasnej skóry, stromo wzno­szą­cych się ponad wąskimi ulicz­kami. Żela­zne kraty strzegą okien par­te­rów, wijąc się, pęcz­nie­jąc i wypusz­cza­jąc pre­cy­zyj­nie wykute liście. Pierw­sze pię­tra nad­wie­szają się nad ulicą, dźwi­ga­jąc latar­nie gazowe, wła­śnie zapa­lane przez słu­żą­cych z dłu­gimi, kop­cą­cymi prę­tami. Z okien na górze dry­fuje śmiech i muzyka, a kiedy prze­cho­dzi przed otwie­ra­ją­cymi się na wewnętrzne dzie­dzińce arka­dami, czuje zapach kwia­tów.

Za cho­lerę nie roz­róż­nia tych ulic. Pamięta nazwę "Magal­la­nes", bo kie­dyś Glory powie­działa mu, że to to samo, co "Magel­lan". Pamięta widok kate­dry z okna domu pań­stwa Pascual. Kilka razy obcho­dzi ten kwar­tał - jest pewien, że to już bli­sko. Wtem sły­szy docho­dzący z pierw­szego pię­tra wybuch dziew­czę­cego śmie­chu i leci ku niemu jak meduza wessana w rurę. Zga­dza się. To tutaj. Dziew­czyny obga­dują po angiel­sku jed­nego ze swych nauczy­cieli. Nie sły­szy wpraw­dzie głosu Glory, ale wydaje mu się, że odróż­nia jej śmiech.

-?Glory! -?mówi. Potem powta­rza to gło­śniej.

Jeśli nawet go sły­szą, nie zwra­cają uwagi. W końcu zamie­rza się i ciska bukie­tem róż jak gra­na­tem w kształ­cie tłuczka, ponad drew­nianą balu­stradą, przez wąską szcze­linę w okien­ni­cach z macicy per­ło­wej i wprost do pokoju.

Zapada tam nie­zwy­kła cisza, prze­ra­dza­jąca się po chwili w salwy śmie­chu. Prze­raź­li­wie nie­śmiało roz­su­wają się okien­nice z macicy per­ło­wej. Na bal­kon wycho­dzi dzie­więt­na­sto­let­nia dziew­czyna. Ma na sobie mun­du­rek szkoły pie­lę­gniar­skiej, biały jak blask gwiazd na bie­gu­nie pół­noc­nym. Włosy roz­pusz­czone do wyszczot­ko­wa­nia wiją się leni­wie, poru­szane wie­czorną bryzą. Ostatni, rumiany pro­mień zacho­dzą­cego słońca spra­wia, że jej twarz żarzy się jak węgie­lek. Glory chowa się za bukie­tem, zanu­rza w nim nos, głę­boko wdy­cha zapach, czar­nymi oczyma zer­ka­jąc na Bobby'ego spo­mię­dzy kwia­tów. Potem powoli opusz­cza bukiet, uka­zu­jąc wyso­kie kości policz­kowe, dosko­nały maleńki nosek, fan­ta­stycz­nie wyrzeź­bione wargi i led­wie widoczne zęby, białe, ale pocią­ga­jąco krzywe.

-?Matko z córką -?mówi Bobby Sha­ftoe. -?Kości policz­kowe masz jak pług śnieżny.

Ona przy­kłada palec do ust. Cokol­wiek dotyka jej warg, prze­szywa pierś Sha­ftoe'a nie­wi­dzialną włócz­nią. Przez chwilę przy­gląda mu się, ustala czy sku­pił na niej uwagę i czy ni­gdzie sobie nie pój­dzie. Potem się odwraca. Świa­tło prze­śli­zguje się po jej poślad­kach, nic nie uka­zu­jąc, ale suge­ru­jąc wgłę­bie­nie pośrodku. Wraca do pokoju i zasuwa za sobą okien­nicę.

Nagle pokój pełen dziew­cząt milk­nie -?nie sły­chać nic poza spo­ra­dycz­nymi, tłu­mio­nymi chi­cho­tami. Sha­ftoe zagryza język. Wszystko spie­przą. Pań­stwo Pascual zwrócą uwagę na tę ciszę i będą coś podej­rze­wać.

Wielka brama otwiera się, szczę­ka­jąc żela­stwem. Odźwierny zapra­sza go do środka. Sha­ftoe idzie za tym star­szym jego­mo­ściem przez czarny, skle­piony wjazd. Twarde pode­szwy jego lśnią­cych butów śli­zgają się na kamie­niach. Koń w stajni na tyłach czuje zapach jego wody po gole­niu i rży. Radio w służ­bówce por­tiera pobrzę­kuje senną ame­ry­kań­ską muzyką - wol­nymi tań­cami z woj­sko­wej roz­gło­śni.

Kamienne ściany dzie­dzińca obra­sta kwit­nąca wino­rośl. Jest tu cicho, czy­sto i przy­tul­nie, pra­wie jak w pomiesz­cze­niu. Por­tier wska­zuje mu schody wio­dące na pierw­sze pię­tro. Glory nazywa je entre­su­elo i mówi, że to pół­pię­tro. Dla Bobby'ego wygląda jak nor­malne, peł­no­prawne pię­tro. Wcho­dzi. Zadzie­ra­jąc głowę, widzi pana Pascu­ala, drob­nego, łysego męż­czy­znę z przy­strzy­żo­nym wąsi­kiem i w oku­la­rach. Ma na sobie ame­ry­kań­ską koszulę z krót­kim ręka­wem, spodnie khaki i kap­cie; w jed­nej dłoni trzyma kie­li­szek San Miguel, w dru­giej papie­rosa.

-?Miło znowu pana widzieć, sze­re­gowy Sha­ftoe!

-?Prze­pra­szam, panie Pascual, ale już jestem kapra­lem.

Pan Pascual wtyka papie­rosa do ust i ści­ska rękę Bobby'ego.

-?No to gra­tu­luję! W zeszłym tygo­dniu spo­tka­łem się z pana wujem, Jac­kiem. Nie wydaje mi się, żeby się spo­dzie­wał, że pan wraca.

-?Sir, wszy­scy byli zasko­czeni -?odpo­wiada Bobby.

Idą teraz nieco wyż­szym pasa­żem wokół dzie­dzińca. Na pozio­mie gruntu miesz­kają tylko trzoda i słu­żący. Pan Pascual pro­wa­dzi ich aż do drzwi wio­dą­cych na entre­su­elo. Ściany są tu z szorst­kiego kamie­nia, pod­łoga to zwy­kłe malo­wane deski. Prze­cho­dzą przez mroczny, posępny gabi­net. Nie­gdyś ojciec i dzia­dek pana Pascu­ala przyj­mo­wali tutaj zarząd­ców swych hacjend i plan­ta­cji. Przez chwilę Bobby ma nadzieję. Na tym pię­trze jest kilka pokoi, które kie­dyś słu­żyły wyż­szym słu­żą­cym, wujom -?sta­rym kawa­le­rom i cio­tu­niom -?sta­rym pan­nom. Teraz hacjendy to już nie to co kie­dyś, więc pań­stwo Pascual wynaj­mują te pokoje uczen­ni­com. Może pan Pascual zapro­wa­dzi go od razu do Glory?

Nie­stety, to tylko złu­dze­nia wyposz­czo­nego żoł­nie­rza: Sha­ftoe znaj­duje się u stóp olbrzy­mich scho­dów z pole­ro­wa­nego drewna nara. Widzi sufit z bla­chy fali­stej, żyran­dole i impo­nu­jącą syl­wetkę pani Pascual, wbitą w potężny gor­set, wyglą­da­jący jakby wymy­ślili go kon­struk­to­rzy stat­ków. Wcho­dzą do ante­sali, która według Glory służy do przyj­mo­wa­nia przy­pad­ko­wych, nie­za­po­wie­dzia­nych gości; choć Bobby i tak w życiu nie widział ele­gant­szego pokoju. Wszę­dzie stoją stare wazy i wazony, pew­nie antyczne i pew­nie z Chin i Japo­nii. Powiewa świeży wie­trzyk. Bobby wygląda przez okno i widzi dobrze wyka­dro­waną, zie­loną kopułę kate­dry, zwień­czoną cel­tyc­kim krzy­żem; dokład­nie tak, jak to sobie zapa­mię­tał. Pani Pascual wyciąga dłoń. Sha­ftoe ją ści­ska.

-?Pani Pascual -?mówi -?ser­decz­nie dzię­kuję za przy­ję­cie mnie.

-?Pro­szę usiąść. Musi pan nam wszystko opo­wie­dzieć.

Sha­ftoe siada w wykwint­nym fotelu koło for­te­pianu, nie­znacz­nie popra­wia spodnie, żeby nie uwie­rały sztyw­nego penisa, prze­suwa ręką po policzku. Gole­nie wystar­czy jesz­cze na parę godzin. Nad głową brzę­czy eska­dra samo­lo­tów. Pani Pascual po tagal­sku instru­uje poko­jówkę. Sha­ftoe bada zastru­piałe rany na kost­kach pal­ców i zasta­na­wia się, co powie­dzia­łaby pani Pascual, gdyby rze­czy­wi­ście wszystko jej opo­wie­dział. Może lody skru­szy­łaby jakaś aneg­dotka o walce wręcz z chiń­skimi rzecz­nymi pira­tami na rzece Jangcy. Przez drzwi i hall widzi róg domo­wej kaplicy, same gotyc­kie ostro­łuki, zło­cony ołtarz i hafto­wany klęcz­nik, cał­kiem wyświech­tany łękot­kami pani Pascual.

Podają papie­rosy, uło­żone w dużej szka­tule z laki jak poci­ski arty­le­ryj­skie w skrzynce. Popi­jają her­batę i gawę­dzą o byle czym, zdaje się, że przez jakieś trzy­dzie­ści sześć godzin. Panią Pascual trzeba cały czas zapew­niać, że wszystko jest w naj­lep­szym porządku i nie będzie wojny. Pan Pascual naj­wy­raź­niej sądzi, że wojna jest tuż za rogiem, i co chwila wpada w zadumę. Inte­resy szły ostat­nio nie­źle. Razem z Jac­kiem Sha­ftoe'em, wujem Bobby'ego, prze­wo­zili mnó­stwo towaru do Sin­ga­puru. Ale nie­ba­wem pew­nie się pogor­szy.

Poja­wia się Glory. Zmie­niła szkolny mun­du­rek na sukienkę. Bobby nie­mal wypada tyłem przez okno. Pani Pascual kon­wen­cjo­nal­nie ponow­nie ich sobie przed­sta­wia. Bobby Sha­ftoe całuje Glory w rękę -?sądzi, że to musi być bar­dzo szar­mancki gest. Ma szczę­ście, że to uczy­nił -?Glory ukrywa w dłoni maleńką, zwi­niętą kar­teczkę, która ląduje w jego ręce.

Glory siada i natych­miast otrzy­muje fili­żankę her­baty. Znów całe wieki gadki szmatki. Pan Pascual osiem­dzie­siąty siódmy raz pyta, czy Bobby spo­tkał się już z wujem Jac­kiem, Sha­ftoe zaś powta­rza, że dosłow­nie przed chwilą zsiadł z okrętu, ale na pewno odwie­dzi go jutro rano. Prze­pra­sza i wymyka się do łazienki, sta­ro­mod­nej, z dwiema dziu­rami nad głę­bo­kimi sztol­niami, na pewno pro­wa­dzą­cymi aż do samego pie­kła. Roz­wija i czyta kar­teczkę, zapa­mię­tuje instruk­cje, po czym drze ją i spusz­cza do dziury.

Pani Pascual pozwala parze zako­cha­nych na pełne pół godziny "sam na sam", co ozna­cza, że rodzice wycho­dzą z pokoju i nie wpa­dają czę­ściej niż co pięć minut. Potem nastę­puje bole­śnie długa i szcze­gó­łowa cere­mo­nia poże­gnalna, na końcu któ­rej Sha­ftoe ląduje na ulicy, a Glory powiewa mu chu­s­teczką z bal­konu.

Pół godziny póź­niej ich języki tre­nują dżudo z tyłu dorożki galo­pu­ją­cej po bruku w stronę noc­nych klu­bów na Malate. Uwol­nie­nie Glory z rezy­den­cji pań­stwa Pascual to pro­sta sprawa dla mocno zmo­ty­wo­wa­nego marine z Chin i szwa­dronu cwa­nych uczen­nic szkoły pie­lę­gniar­skiej.

Glory chyba całuje go z otwar­tymi oczami, bo nagle uwal­nia się i woła do fia­kra:

-?Pro­szę sta­nąć! Pro­szę sta­nąć!

-?Co jest? -?pyta tępo Sha­ftoe.

Roz­gląda się i nie widzi nic poza góru­ją­cym nad nimi wiel­kim, sta­rym kościo­łem. Ukłu­cie stra­chu. Ale kościół jest ciemny, w pobliżu nie ma Fili­pi­nek w dłu­gich suk­niach i mari­nes w galo­wych mun­du­rach, więc to nie może być jego ślub.

-?Chcę ci coś poka­zać -?mówi Glory i gra­moli się z dorożki.

Sha­ftoe goni za nią -?do kościoła San Agu­stin. Tyle razy prze­cho­dził koło tej kupy kamie­nia, a nie sądził, że wej­dzie do środka -?na randkę.

Glory zatrzy­muje się u stóp potęż­nych scho­dów i pyta:

-?Widzisz?

Sha­ftoe spo­gląda w mrok, myśląc, że może jest tam jakiś witraż, albo dwa, może Chry­stu­sowe Rany, albo Prze­bi­cie Świę­tego Boku, ale...

-?Popatrz w dół -?mówi Glory, postu­ku­jąc minia­tu­rową stópką w pierw­szy sto­pień scho­dów. Jest to jeden gigan­tyczny kawał gra­nitu.

-?Wygląda mi na jakieś dzie­sięć do dwu­dzie­stu ton -?powiada auto­ry­ta­tyw­nie Bobby.

-?Pocho­dzi z Mek­syku.

-?A tam, opo­wia­dasz!

Glory uśmie­cha się do niego.

-?Zanieś mnie na górę.

I na wypa­dek, gdyby Sha­ftoe śmiał odmó­wić, nie­mal pada na niego; nie ma więc wyboru -?musi chwy­cić ją w ramiona. Glory układa kark w zgię­ciu ramie­nia Bobby'ego, żeby jak naj­bar­dziej zbli­żyć się do jego twa­rzy; on jed­nak naj­le­piej pamięta dotyk jedwab­nego rękawa na świeżo ogo­lo­nej szyi.

Zaczyna się wspi­nać. Choć Glory nie waży dużo, spo­cił się jak mysz już po czte­rech stop­niach. Ona obser­wuje go z odle­gło­ści dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, wypa­tru­jąc oznak zmę­cze­nia. Czuje, że się rumieni. Dobrze, że na całej dłu­go­ści scho­dów palą się tylko ze dwie świece. Stoi tu piękne popier­sie Chry­stusa w koro­nie cier­nio­wej; po twa­rzy ście­kają mu dłu­gie, rów­no­le­głe kro­ple krwi, a po pra­wej...

-?Te wiel­kie głazy, po któ­rych idziesz, zostały wydo­byte w Mek­syku, kil­ka­set lat temu, zanim jesz­cze Ame­ryka stała się pań­stwem. Przy­pły­nęły tutaj w dnach manil­skich gale­onów, jako balast. -?Wyma­wia to słowo jak bajast.

-?Niech mnie.

-?Kiedy przy­biły, wycią­gnięto kamie­nie, przy­wie­ziono tutaj, do kościoła San Agu­stin i uło­żono jeden na dru­gim. Co roku nowy głaz na zeszło­rocz­nym. Wresz­cie, po wielu latach, powstały takie schody.

Po chwili, Sha­ftoe myśli, że co naj­mniej tyle lat zaj­mie mu wej­ście na górę tego cho­ler­stwa. Szczyt jest ude­ko­ro­wany natu­ral­nej wiel­ko­ści Chry­stu­sem dźwi­ga­ją­cym krzyż, chyba tak ciężki jak jeden z tych kamien­nych stopni. I co, Bobby miałby się skar­żyć? Wtedy odzywa się Glory:

-?A teraz znieś mnie na dół, żeby dobrze zapa­mię­tać tę histo­rię.

-?Masz mnie za jakie­goś napa­lo­nego pół­główka, który nie zapa­mięta histo­rii, jeśli nie ma w niej pięk­nej dziew­czyny?

-?Tak -?odpo­wiada Glory i śmieje mu się w twarz.

Znosi ją na dół. Potem, zanim cokol­wiek innego przyj­dzie jej do głowy, nie­sie ją wprost przez drzwi i do bryczki.

Bobby Sha­ftoe w trak­cie akcji bojo­wej ni­gdy nie traci głowy, ale reszta wie­czoru jest dla niego roz­my­tym maja­kiem. Przez mgłę prze­bija się tylko kilka wra­żeń: wysia­dają z dorożki przed nad­mor­skim hote­lem; wszy­scy żoł­nie­rze gapią się na Glory; Bobby gapi się na nich, gro­żąc, że nauczy ich kul­tury; tań­czą przy­tu­lańca w sali balo­wej, a spo­wite w jedwab udo Glory wsuwa się coraz bar­dziej mię­dzy jego nogi; jej sprę­ży­ste ciało przy­ci­ska się doń coraz moc­niej; spa­ce­rują po bul­wa­rze pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem; zauwa­żają, że jest odpływ; wymie­niają spoj­rze­nia; Bobby znosi ją na dół, na wąski pasek kamie­ni­stej plaży.

Zanim rze­czy­wi­ście zaczął ją rżnąć, mniej lub wię­cej stra­cił świa­do­mość, odle­ciał w jakiś fan­ta­styczny, libi­dy­nalny sen. Rżną się bez naj­mniej­szych zaha­mo­wań, bez wąt­pli­wo­ści, bez jakich­kol­wiek kło­po­tli­wych myśli. Ich ciała same z sie­bie zlały się w jedno, jak para kro­pli desz­czu na szy­bie. Jeśli w ogóle o czymś myśli, to o tym, że jest to kul­mi­na­cyjny punkt całego życia. Naro­dziny w Oco­no­mo­woc, bal matu­ralny, polo­wa­nia na jele­nie na Gór­nym Pół­wy­spie, poli­gon na wyspie Par­ris, wszyst­kie chiń­skie bija­tyki i potyczki, poje­dy­nek z sier­żan­tem Fric­kiem, wszystko to jest drzewce za ostrzem włóczni.

Gdzieś wyją syreny. Gwał­tow­nie odzy­skuje świa­do­mość. Czyżby przez całą noc trzy­mał Glory opartą o falo­chron, a ona ści­skała go udami w talii? To nie­moż­liwe. W ogóle nie było przy­pływu.

-?Co to takiego? -?pyta ona. Ręce ma zaci­śnięte na jego szyi. Roz­plata je i opusz­cza na jego pierś.

Wciąż uno­sząc ją na rękach sple­cio­nych pod nie­ska­zi­tel­nym i cie­płym tyłecz­kiem, Sha­ftoe odsuwa się od skały i odwraca w stronę morza, patrząc na niebo. Widzi włą­cza­jące się reflek­tory. I nie jest to hol­ly­wo­odzka pre­miera.

-?To wojna, kocha­nie -?odpo­wiada.

Szturmy

Szturmy

Foyer hotelu Manila jest mniej wię­cej wiel­ko­ści boiska fut­bo­lo­wego. Pach­nie zeszło­rocz­nymi per­fu­mami, egzo­tycz­nymi orchi­de­ami i sprayem na insekty. Przy fron­to­wych drzwiach stoi wykry­wacz metali; tak się składa, że od kilku dni mieszka tu pre­mier Zim­ba­bwe. Wysocy Afry­ka­nie w porząd­nych gar­ni­tu­rach stoją tu i ówdzie, grup­kami po dwóch i trzech. Stadka nip­poń­skich tury­stów w ber­mu­dach, san­da­łach i bia­łych skar­pet­kach gnież­dżą się w mięk­kich, sze­ro­kich i głę­bo­kich sofach, cicho cze­ka­jąc na umó­wiony sygnał. Fili­piń­skie dzie­ciaki z wyż­szych sfer dzierżą wal­co­wate pojem­niki po chip­sach, jak wodzo­wie ple­mion swe berła. W bez­piecz­nej odle­gło­ści krąży dys­tyn­go­wany star­szy boy z ręcz­nym roz­py­la­czem, spry­sku­jąc pod­łogę środ­kiem owa­do­bój­czym. Wcho­dzi Ran­dall Law­rence Water­ho­use, ubrany w tur­ku­sową koszulkę polo, z wyszy­tym logo jed­nej z tych firm ban­kru­tów high-tech, które zało­żyli wraz z Avim, luźne błę­kitne dżinsy na szel­kach i potężne spor­towe buty, nie­gdyś białe.

Zaraz po przej­ściu wszyst­kich for­mal­no­ści na lot­ni­sku zauwa­żył, że Fili­piny, podob­nie jak Mek­syk, są jed­nym z tych kra­jów, w któ­rym Liczą Się Buty. Szybko pod­biega do recep­cji, żeby zachwy­ca­jąca młoda dziew­czyna w mor­skiej libe­rii nie widziała jego stóp. Kilku faga­sów wdaje się w żało­sną, syzy­fową prze­py­chankę wokół jego walizy, o roz­mia­rze i cię­ża­rze dwu­szu­fla­do­wej szafki na akta. Avi powie­dział mu: "Nie znaj­dziesz tam żad­nych tech­nicz­nych ksią­żek. Zabierz wszyst­kie, które mogą się przy­dać".

Apar­ta­ment Randy'ego składa się z sypialni i pokoju dzien­nego, oba mają ze cztery metry wyso­ko­ści. Jest jesz­cze kory­tarz z kil­koma szaf­kami i róż­nymi urzą­dze­niami z branży inży­nie­rii sani­tar­nej. Całość wyło­żono jakimś twar­dym tro­pi­kal­nym drew­nem, zabar­wio­nym na piękny kasz­ta­nowy kolor, co na pół­nocy wyglą­da­łoby ponuro, ale tutaj daje przy­tulny, domowy nastrój. Dwa główne pokoje mają olbrzy­mie okna. Przy klam­kach znaj­dują się maleń­kie tabliczki ostrze­ga­jące przed tro­pi­kal­nymi owa­dami. Każdy pokój jest odgro­dzony od okien wie­lo­war­stwo­wym sys­te­mem barier: nie­sa­mo­wi­cie cięż­kie drew­niane okien­nice, jeż­dżące z łosko­tem po szy­nach jak manew­ru­jące na roz­jaz­dach pociągi towa­rowe; druga war­stwa to pię­cio­cen­ty­me­trowe kwa­draty z macicy per­ło­wej, oprawne w wypo­le­ro­waną drew­nianą kratkę -?wszystko to prze­suwa się na kolej­nych szy­nach; potem firanki i na koniec grube kotary, zawie­szone na podzwa­nia­ją­cych sta­lo­wych prę­tach.

Zama­wia wielką fili­żankę kawy, która budzi go na krótko -?ledwo zdąża się roz­pa­ko­wać. Jest późne popo­łu­dnie. Fio­le­towe chmury wyła­niają się z ota­cza­ją­cych mia­sto gór z nie­mal nama­cal­nym roz­pę­dem wul­ka­nicz­nych lawin błot­nych, zamie­nia­jąc połowę nieba w ciemny mur poprze­ci­nany pio­no­wymi pio­ru­nami; ściany pokoju bły­skają, jakby pod oknem uwi­jali się papa­razzi. Tam jed­nak, po chod­ni­kach pędzą sprze­dawcy żyw­no­ści z Rizal Park, ucie­ka­jąc przed desz­czem, który pada, jak padał od pię­ciu­set lat, na pochyłe czarne ściany Intra­mu­ros. Gdyby nie bie­gły w linii pro­stej, można by wziąć je za natu­ralne dziwo geo­lo­giczne: nagie, ciemne wul­ka­niczne grzbiety wynu­rza­jące się z trawy niczym zęby z dzią­seł. Mury mają kli­no­wate wycię­cia, ponad wyschniętą fosą zbie­ga­jące się ku daw­nym strzel­ni­com, tak by pola ostrzału poszcze­gól­nych dział zacho­dziły na sie­bie. Kiedy mieszka się w Sta­nach, ni­gdy nie widzi się niczego star­szego niż dwa, dwa i pół wieku, a i po to trzeba poje­chać na Wschod­nie Wybrzeże. Świat służ­bo­wych podróży -?lot­nisk i tak­só­wek -?wszę­dzie wygląda tak samo. Randy ni­gdy nie jest w sta­nie uwie­rzyć, że zna­lazł się w innym kraju, dopóki nie ujrzy cze­goś takiego jak Intra­mu­ros, a wtedy musi dłuż­szy czas stać tam jak kre­tyn i medy­to­wać.

* * *

W tym samym momen­cie nad Oce­anem Spo­koj­nym, w małym, sym­pa­tycz­nym wik­to­riań­skim mia­steczku leżą­cym w jed­nej trze­ciej drogi z San Fran­ci­sco do Los Ange­les, zaci­nają się kom­pu­tery, zni­kają z nich ważne pliki, poczta dry­fuje w prze­strzeń mię­dzy­ga­lak­tyczną, a wszystko to dla­tego że Randy nie ma ich na oku. Owo mia­steczko mie­ści trzy małe col­lege: jeden zało­żony przez stan Kali­for­nia i dwa -?przez pro­te­stanc­kie odłamy, teraz prze­kli­nane przez więk­szość wykła­dow­ców. Wszyst­kie trzy -?Trzej Bra­cia - sta­no­wią do spółki ośro­dek aka­de­micki o śred­nim zna­cze­niu. Ich sys­temy kom­pu­te­rowe są połą­czone. Wymie­niają mię­dzy sobą stu­den­tów i pro­fe­so­rów. A od czasu do czasu urzą­dzają kon­fe­ren­cje naukowe. W tej czę­ści Kali­for­nii są plaże, góry, sekwo­jowe lasy, win­nice, pola gol­fowe i roz­le­głe insty­tu­cje peni­ten­cjarne. Jest tu też mnó­stwo trzy- i czte­ro­gwiazd­ko­wych hoteli, a Trzej Bra­cia dys­po­nują w sumie wystar­cza­jącą liczbą auli i sal, by móc gościć kilka tysięcy uczest­ni­ków.

Avi zadzwo­nił jakieś osiem godzin temu, w trak­cie poważ­nej inter­dy­scy­pli­nar­nej kon­fe­ren­cji pod tytu­łem: "Środ­kowa faza (1939-45) walki o glo­balną hege­mo­nię w XX wieku n.e.". Tro­chę to przy­dłu­gie, poja­wił się więc zwię­zły pseu­do­nim: "Wojna jako tekst".

Goście przy­jeż­dżają z Amster­damu, Medio­lanu i tak dalej. Komi­tet orga­ni­za­cyjny kon­fe­ren­cji, w któ­rym zasiada rów­nież Char­lene, dziew­czyna (wła­ści­wie wszyst­kie objawy wska­zują, że była dziew­czyna) Randy'ego, kazał pew­nemu arty­ście z San Fran­ci­sco nama­lo­wać pla­kat. Arty­sta zaczął od czarno-bia­łego, pół­to­no­wego zdję­cia przed­sta­wia­ją­cego wymi­ze­ro­wa­nego żoł­nie­rza pie­choty z II wojny świa­to­wej, z papie­ro­sem zwi­sa­ją­cym z kącika ust. Prze­pu­ścił je przez ksero, roz­le­wa­jąc kropki rastra w grube plamy, jak prze­żute przez psa gumowe piłeczki, potem pod­dał jesz­cze innym znie­kształ­ce­niom, aż otrzy­mał postrzę­piony, agre­sywny, wyra­zi­sty obraz: blade oczy żoł­nie­rza stały się nie­sa­mo­wi­cie białe. Potem dodał kilka plam koloru: czer­woną szminkę, błę­kitny cień do powiek oraz kawa­łek czer­wo­nego paska od sta­nika wyła­żący spod roz­cheł­sta­nej mun­du­ro­wej koszuli.

Zaraz po uka­za­niu się pla­kat zdo­był jakąś nagrodę. Napi­sano o nim w pra­sie, po czym został przez media okrzyk­nięty Ofi­cjal­nym Przed­mio­tem Kon­tro­wer­sji. Pewien przed­się­bior­czy dzien­ni­karz zdo­łał wytro­pić żoł­nie­rza przed­sta­wio­nego na ory­gi­nal­nej foto­gra­fii -?obwie­szo­nego orde­rami wete­rana i sta­rego ślu­sa­rza, który, jak się oka­zało, nie tylko cie­szy się zna­ko­mi­tym zdro­wiem, ale od czasu gdy rak zabrał mu żonę, objeż­dża Połu­dnie swą pół­cię­ża­rówką, poma­ga­jąc przy odbu­do­wie pod­pa­lo­nych przez pija­nych świ­rów murzyń­skich kościo­łów.

Arty­sta, który zapro­jek­to­wał pla­kat, wyznał potem, że po pro­stu sko­pio­wał go z książki i nie sta­rał się nawet o uzy­ska­nie jakie­go­kol­wiek pozwo­le­nia -?wszakże sama idea otrzy­my­wa­nia pozwo­leń na wyko­rzy­sta­nie pracy innych ludzi jest błędna, ponie­waż wszyst­kie dzieła sztuki są wtórne wobec innych. Wyso­ko­obro­towi praw­nicy, jak bom­bowce nur­ku­jące, zle­cieli się na małe mia­steczko, gdzie na dachu murzyń­skiego kościoła sie­dział gniewny wete­ran z gębą pełną gwoź­dzi, wbi­ja­jąc je w lami­no­waną sklejkę i pomru­ku­jąc "bez komen­ta­rza" w kie­runku hordy repor­te­rów na traw­niku na dole. Po sze­regu narad w sali miej­sco­wego Holi­day Inn wete­ran wyszedł w towa­rzy­stwie jed­nego z pię­ciu naj­słyn­niej­szych adwo­ka­tów na świe­cie i oznaj­mił, że wnosi pozew prze­ciwko Trzem Bra­ciom; jeśli prze­grają, zamie­nią się w dymiącą dziurę w sko­ru­pie ziem­skiej. Obie­cał podzie­lić odszko­do­wa­nie pomię­dzy murzyń­skie kościoły oraz różne sto­wa­rzy­sze­nia inwa­li­dów wojen­nych i bada­czy raka piersi.

Komi­tet orga­ni­za­cyjny wyco­fał pla­kat. Spo­wo­do­wało to poja­wie­nie się w Inter­ne­cie tysiąca nie­le­gal­nych kopii, i w ogóle zwró­ciło na niego uwagę milio­nów ludzi, któ­rzy w innym wypadku wcale by go nie zauwa­żyli. Podali do sądu arty­stę; ten posia­dał mniej wię­cej tysiąc dola­rów i długi (prze­waż­nie kre­dyty stu­denc­kie) opie­wa­jące na 69 tysięcy.

Wszystko to stało się, zanim jesz­cze roz­po­częła się kon­fe­ren­cja. Randy wie­dział o tym tylko dla­tego że Char­lene wro­biła go w zapew­nie­nie kon­fe­ren­cji obsługi kom­pu­te­ro­wej, czyli wyko­na­nie witryny inter­ne­to­wej i udo­stęp­nie­nie gościom poczty elek­tro­nicz­nej. Kiedy wszystko to uka­zało się w gaze­tach, poczta napły­nęła sze­roką strugą, szybko zapy­cha­jąc wszyst­kie linie i zapeł­nia­jąc zain­sta­lo­wane przez Randy'ego w ciągu ostat­niego mie­siąca dyski.

Zaczęli zjeż­dżać się uczest­nicy. Więk­szość zdaje się noco­wała w domu, w któ­rym od sied­miu lat miesz­kali Randy i Char­lene. Dom był wielki, stary i wik­to­riań­ski, miej­sca było więc w bród. Zja­wiali się goście z Heidel­bergu, Paryża, Ber­ke­ley, Bostonu, sia­dali wokół ich kuchen­nego stołu, popi­jali kawę i gadali o Spek­ta­klu. Randy wywnio­sko­wał, że cho­dzi o tę aferę z pla­ka­tem, ale kiedy mówili dalej i dalej, wyczuł, że nie uży­wają tego słowa w zwy­kłym zna­cze­niu, lecz jakimś slan­go­wym, aka­de­mic­kim; i że zawiera ono dla nich wiele pod­tek­stów i kono­ta­cji, któ­rych ni­gdy nie zro­zu­mie, jeśli nie zosta­nie jed­nym z nich.

Dla Char­lene i pozo­sta­łych uczest­ni­ków "Wojny jako tek­stu" było oczy­wi­ste, że poda­jący ich do sądu wete­ran jest naj­gor­szym typem czło­wieka -?wła­śnie takim, jakiego na swych spo­tka­niach wyszy­dzali, palili jego kukły i nurzali w popio­łach post­hi­sto­rycz­nego dys­kursu. Randy spę­dzał wśród nich wiele czasu i tro­chę się przy­zwy­czaił, ale wtedy głowa pękała mu od zaci­ska­nia zębów. Cią­gle zry­wał się na równe nogi pośrodku posił­ków czy roz­mów i wycho­dził na samotne spa­cery. Robił to po czę­ści po to, żeby nie chlap­nąć cze­goś nie­dy­plo­ma­tycz­nego, po czę­ści zaś był to dzie­cinny i bez­owocny spo­sób na przy­cią­gnię­cie upra­gnio­nej uwagi Char­lene.

Od samego początku wie­dział, że histo­ria z pla­ka­tem będzie totalną kata­strofą. Cią­gle ostrze­gał Char­lene i resztę. Słu­chali go z kli­nicz­nym spo­ko­jem, jakby był bada­nym pacjen­tem po prze­ciw­nej stro­nie wenec­kiego lustra.

* * *

Randy zmu­sza się do czu­wa­nia, dopóki nie zapad­nie ciem­ność. Potem przez kilka godzin leży w łóżku i usi­łuje zasnąć. Ter­mi­nal kon­te­ne­rowy jest nie­da­leko, na pół­noc od hotelu, a więc przez całą noc bul­war Rizal, bie­gnący tuż pod hisz­pań­skim murem, jest dokład­nie zakor­ko­wany cię­ża­rów­kami wio­zą­cymi kon­te­nery. Całe mia­sto jest jed­nym wiel­kim sil­ni­kiem spa­li­no­wym. Można odnieść wra­że­nie, że posiada wię­cej tło­ków i rur wyde­cho­wych niż reszta świata. Nawet o dru­giej w nocy pozor­nie nie­po­ru­szona masa hotelu drży i grze­cho­cze od wyle­wa­ją­cej się z sil­ni­ków ener­gii sej­smicz­nej. Hałas włą­cza alarm w jed­nym z samo­cho­dów na par­kingu. Od tego odpa­lają kolejne alarmy i tak dalej. Randy'ego budzi nie tyle samo wycie, ile totalny idio­tyzm takiej reak­cji łań­cu­cho­wej. Jest to lek­cja przy­kła­dowa: rodzaj kosz­mar­nego, lawi­no­wego popier­do­le­nia się tech­niki, przez który hac­ke­rzy nie śpią, nawet jeśli nie sły­szą obja­wów.

Otwiera schło­dzo­nego heine­kena, staje przy oknie i patrzy. Cię­ża­rówki ozda­biają piękne cho­inki z wie­lo­barw­nych żaró­wek -?choć nie tak jaskrawe jak te na jeep­ney­ach -?fili­piń­skich mikro­bu­sach -?uwi­ja­ją­cych się i zyg­za­ku­ją­cych mię­dzy nimi. Widok tak wielu czu­wa­ją­cych i pra­cu­ją­cych ludzi spra­wia, że ode­chciewa mu się spać.

Jest zbyt zamu­lony prze­su­nię­ciem stref cza­so­wych, żeby zro­bić coś, co wymaga myśle­nia -?ale jest pewna bez­myślna rzecz, którą może się zająć. Ekran, ide­alny pro­sto­kąt koloru roz­cień­czo­nego mleka w skan­dy­naw­ski świt, wygląda, jakby lewi­to­wał pośrodku ciem­nego pokoju. Świa­tło dobywa się z małych jarze­nió­wek uwię­zio­nych w poli­wę­gla­no­wej trum­nie wyświe­tla­cza. Może się wydo­stać tylko przez skie­ro­waną w stronę Randy'ego szybkę, w cało­ści pokrytą małymi tran­zy­stor­kami uło­żo­nymi w siatkę; mogą one zatrzy­my­wać lub prze­pusz­czać fotony -?wszyst­kie lub tylko te o pew­nej dłu­go­ści fali, roz­bi­ja­jąc białe świa­tło na barwy. Włą­cza­jąc je i wyłą­cza­jąc według pew­nego planu, można prze­ka­zać Randy'emu Water­ho­use'owi pewną treść. Przej­mu­jąc na kilka godzin kon­trolę nad tymi tran­zy­stor­kami, dobry fil­mo­wiec mógłby opo­wie­dzieć mu całą fabułę.

Nie­stety, po świe­cie pałęta się o wiele wię­cej lap­to­pów niż war­tych uwagi reży­se­rów. Kon­trola nad tran­zy­sto­rami pra­wie ni­gdy nie tra­fia w ręce czło­wieka. Na ogół ste­ruje nimi opro­gra­mo­wa­nie. Kie­dyś fascy­no­wało Randy'ego, lecz teraz już nie. Wystar­cza­jąco trudno jest zna­leźć fascy­nu­ją­cych ludzi.

Poja­wia się pira­mida i oko. Randy spę­dza teraz z Ordo tyle czasu, że kazał swo­jemu kom­pu­te­rowi uru­cha­miać go auto­ma­tycz­nie.

Dzi­siaj Randy ma dla lap­topa tylko jedno zasto­so­wa­nie: łącz­ność z innymi ludźmi za pomocą e-maila. Kiedy kore­spon­duje z Avim, musi uży­wać Ordo - narzę­dzia zamie­nia­ją­cego jego pomy­sły w stru­mie­nie bitów nie­mal nie­odróż­nialne od bia­łego szumu, które można wysłać do Aviego z zacho­wa­niem pouf­no­ści. Obec­nie jedyne aktywa firmy Epi­phyte sta­nowi infor­ma­cja -?pomy­sły poparte pewną liczbą fak­tów i danych. Można ją więc ukraść. Dla­tego szy­fro­wa­nie ma sens. Pyta­nie brzmi: ile para­noi to w sam raz?

Avi przy­syła mu zaszy­fro­waną pocztę: "Kiedy przy­je­dziesz do Manili, chciał­bym żebyś wyge­ne­ro­wał 4096-bitową parę klu­czy i zapi­sał ją na dys­kietce. Masz ją cały czas nosić przy sobie. Nie trzy­maj klu­cza na twar­dym dysku. Pod twoją nie­obec­ność każdy może wła­mać się do pokoju i ukraść ten klucz".

Randy roz­wija więc menu i wybiera pozy­cję "Nowy klucz".

Wyska­kuje okienko zawie­ra­jące kilka moż­li­wych dłu­go­ści klu­cza: 768, 1024, 2048, 3072 oraz Inną. Wybiera tę ostat­nią opcję i ze znu­że­niem wpi­suje 4096.

Nawet zła­ma­nie 768-bito­wego klu­cza wymaga potęż­nych zaso­bów. Dodaj jeden bit -?do 769 -?a sta­nie się to dwa razy trud­niej­sze. Klucz 770-bitowy jest z kolei dwa razy trud­niej­szy, i tak dalej. Uży­cie 768-bito­wego klu­cza utaj­ni­łoby ich wia­do­mo­ści przy­naj­mniej na kilka dobrych lat przed pra­wie wszyst­kimi insty­tu­cjami na świe­cie, a zła­ma­nie klu­cza 1024-bito­wego jest astro­no­micz­nie bar­dziej zło­żone.

Nie­któ­rzy uży­wają nawet klu­czy 2048- lub 3072-bito­wych. Takie powstrzy­mają naj­lep­szych łama­czy kodów na świe­cie na czas mie­rzony astro­no­micz­nymi jed­nost­kami, o ile tylko nie powstaną tech­no­lo­gie rodem z innego świata, na przy­kład kom­pu­tery kwan­towe. Więk­szość pro­gra­mów szy­fru­ją­cych, nawet tych napi­sa­nych przez mają­cych hopla na punk­cie pouf­no­ści eks­per­tów od kryp­to­gra­fii, nie obsłu­guje dłuż­szych klu­czy. Ale Avi upiera się, żeby korzy­stać z Ordo, uwa­ża­nego zresztą za naj­lep­szy pakiet do szy­fro­wa­nia na świe­cie, ponie­waż pozwala on na wybór dowol­nej dłu­go­ści klu­cza -?nie­ogra­ni­czo­nej, o ile tylko ktoś może odpo­wied­nio długo pocze­kać na zmie­le­nie prze­zeń odpo­wied­niej ilo­ści cyfe­rek.

Randy zaczyna pisać. Nawet nie patrzy na ekran; gapi się przez okno na świa­tła cię­ża­ró­wek i jeep­neyów. Leni­wie kle­pie w kla­wia­turę jedną ręką.

Wewnątrz kom­pu­tera znaj­duje się dokładny zegar. Gdy Randy ude­rza w kla­wisz, Ordo zapa­mię­tuje aktu­alny czas, z dokład­no­ścią do mikro­se­kund. Jeden wci­ska o 3.05.56.935788, drugi o 3.05.57.290664, czyli o 0,354876 sekundy póź­niej. Kolejny -?po następ­nym 0,372307 sekundy. Ordo zapa­mię­tuje wszyst­kie te odstępy cza­sowe i odrzuca naj­bar­dziej zna­czące cyfry (w tym przy­kła­dzie 35 i 37), ponie­waż one będą wyka­zy­wać naj­więk­szą regu­lar­ność.

Ordo pra­gnie loso­wo­ści. Inte­re­sują go tylko naj­mniej zna­czące cyfry, powiedzmy -?76 i 07 na końcu tych liczb. Potrze­buje mnó­stwa liczb bar­dzo, bar­dzo loso­wych. Bie­rze te z grub­sza losowe war­to­ści, prze­pusz­cza przez funk­cje mie­sza­jące, spra­wia­jące, że stają się jesz­cze bar­dziej losowe, i pod­daje je testom sta­ty­stycz­nym, by spraw­dzić, czy nie zawie­rają ukry­tych pra­wi­dło­wo­ści. Ordo ma nie­bo­tycz­nie wyso­kie normy doty­czące loso­wo­ści, dopóki zaś nie zostaną speł­nione, wciąż każe Randy'emu łomo­tać w kla­wia­turę.

Trwa to tym dłu­żej, im dłuż­szy klucz chce się wyge­ne­ro­wać. Randy pró­buje wyge­ne­ro­wać potwor­nie długi. W zaszy­fro­wa­nej wia­do­mo­ści do Aviego zauwa­żył, że jeśli wyko­rzy­stać do budowy jed­nego kosmicz­nego super­kom­pu­tera wszyst­kie czą­steczki wszech­świata i gdyby tego super­kom­pu­tera użyć do zła­ma­nia 4096-bito­wego klu­cza, to i tak potrwa­łoby to dłu­żej niż czas ist­nie­nia świata.

"Przy dzi­siej­szym sta­nie tech­niki, to prawda" -?broni się Avi. "A jak poja­wią się kwan­towe kom­pu­tery? Albo nowe tech­niki mate­ma­tyczne, uła­twia­jące fak­to­ry­za­cję dużych liczb pierw­szych?".

"Na jak długo chcesz utaj­nić te wia­do­mo­ści?" -?zapy­tał Randy, w ostat­nim e-mailu wysła­nym z San Fran­ci­sco. "Na pięć lat? Dzie­sięć? Dwa­dzie­ścia pięć?".

Zaraz po wej­ściu do hotelu odszy­fro­wał i prze­czy­tał odpo­wiedź Aviego. Wciąż wisi mu przed oczyma, jak utrwa­lony bły­skiem powi­dok: "Pra­gnę, żeby pozo­stały tajne tak długo, jak długo ludzie będą zdolni do wyrzą­dza­nia zła".

Wresz­cie kom­pu­ter wydaje sygnał dźwię­kowy. Randy pozwala dłoni odpo­cząć. Ordo grzecz­nie uprze­dza go, że przez chwilę będzie zajęty, i zabiera się do pracy. Prze­szu­kuje kosmos liczb, roz­glą­da­jąc się za dwiema wiel­kimi licz­bami pierw­szymi, które pomno­żone przez sie­bie dadzą wynik o dłu­go­ści 4096 bitów.

Jeśli chcesz, by twoje sekrety pozo­stały tajne dłu­żej niż będziesz żył, przy wybie­ra­niu dłu­go­ści klu­cza musisz być futu­ro­lo­giem. Musisz oce­nić, ile razy szyb­sze kom­pu­tery powstaną w ciągu tego czasu. Musisz także wziąć pod uwagę poli­tykę. Albo­wiem, jeśli cały świat sta­nie się pań­stwem poli­cyj­nym z obse­sją na punk­cie odkry­wa­nia sta­rych tajem­nic, może skie­ro­wać znaczne siły do roz­wią­za­nia pro­blemu fak­to­ry­za­cji -?roz­kładu na czyn­niki -?dużych liczb pierw­szych.

Zatem dłu­gość uży­wa­nego przez cie­bie klu­cza też jest czymś w rodzaju kodu. Gdyby zorien­to­wany w tema­cie rzą­dowy pod­słu­chi­wacz zauwa­żył, że Randy i Avi uży­wają 4096-bito­wego klu­cza, wycią­gnąłby takie wnio­ski:

- Avi nie zna się na tym. Ten wnio­sek można oba­lić, zba­daw­szy pokrótce dotych­cza­sowe osią­gnię­cia Aviego.

Albo:

- Avi jest kli­nicz­nym para­no­ikiem. To rów­nież można oba­lić po drob­nym wywia­dzie.

Albo:

- Avi jest nad­mier­nym opty­mi­stą, jeżeli cho­dzi o przy­szły roz­wój tech­no­lo­gii kom­pu­te­ro­wych, bądź też pesy­mi­stą, jeżeli cho­dzi o kli­mat poli­tyczny.

Albo:

- Avi pla­nuje posu­nię­cia w per­spek­ty­wie co naj­mniej stu lat naprzód.

Kiedy kom­pu­ter prze­la­tuje przez licz­bowy wszech­świat, Randy prze­cha­dza się po pokoju. Kon­te­nery na tych wszyst­kich cię­ża­rów­kach noszą takie same znaki fir­mowe, jak w Połu­dnio­wym Seat­tle, kiedy roz­ła­do­wy­wano tam sta­tek. Randy odczuwa dziwną satys­fak­cję, jakby, wyko­nu­jąc ten wariacki skok przez ocean, wpro­wa­dził do swego życia nowy rodzaj syme­trii. Przy­je­chał z kraju, gdzie pro­dukty są kon­su­mo­wane, do kraju, gdzie są pro­du­ko­wane, z kraju, gdzie ona­nizm został wynie­siony na ołta­rze przez naj­wyż­sze war­stwy spo­łeczne, do kraju, gdzie samo­chody mają w oknach nalepki "Stop anty­kon­cep­cji!". I wydaje mu się to dziw­nie wła­ściwe. Ostatni raz czuł się tak, kiedy dwa­na­ście lat temu zakła­dał z Avim pierw­szą, ska­zaną na klę­skę, firmę.

* * *

Randy doj­rze­wał w col­lege'u na wscho­dzie stanu Washing­ton, zro­bił dyplom na Uni­ver­sity of Washing­ton w Seat­tle i wylą­do­wał w biblio­tece, a dokład­niej w Wypo­ży­czalni Mię­dzy­bi­blio­tecz­nej, jako refe­rent II klasy. Jego zada­niem było prze­twa­rza­nie rewer­sów nad­cho­dzą­cych z mniej­szych biblio­tek, i na odwrót -?wysy­ła­nie zamó­wień gdzie indziej. Gdyby dzie­wię­cio­letni Water­ho­use mógł zer­k­nąć w przy­szłość i ujrzeć sie­bie w tej roli, byłby w siód­mym nie­bie: głów­nym narzę­dziem pracy w Wypo­ży­czalni Mię­dzy­bi­blio­tecz­nej był roz­szy­wacz. W czwar­tej kla­sie Randy zoba­czył takie narzę­dzie w rękach nauczy­ciela, ocza­ro­wało go swym pomy­sło­wym i zło­wro­gim kształ­tem, przy­po­mi­na­ją­cym szczęki jakie­goś futu­ry­stycz­nego smoka-robota. Zaczął nawet celowo źle zszy­wać różne rze­czy, żeby potem pro­sić nauczy­ciela o usu­nię­cie zszy­wek i po raz kolejny podzi­wiać groźne żuchwy w akcji. Posu­nął się do tego, że rąb­nął roz­szy­wacz z nie­za­mknię­tego biurka i wmon­to­wał go w Erek­tora - mor­der­czego robota, któ­rym ster­ro­ry­zo­wał wszyst­kie dzie­ciaki z sąsiedz­twa; jego wężowa pasz­cza znisz­czyła wiele tanich pla­sti­ko­wych zaba­wek. Wresz­cie kra­dzież wykryto, a Randy'ego uka­rano przy­kład­nie w obli­czu czło­wieka i Boga. W Wypo­ży­czalni Mię­dzy­bi­blio­tecz­nej miał w szu­fla­dzie nie jeden, lecz kilka roz­szy­waczy, przy tym do jego obo­wiąz­ków nale­żało ich uży­wa­nie, codzien­nie przez godzinę czy dwie.

Ponie­waż biblio­teka uni­wer­sy­tecka była dobrze zaopa­trzona, czy­tel­nicy nie zama­wiali ksią­żek z innych biblio­tek, chyba że cho­dziło o pozy­cje, które zostały ukra­dzione albo były dość szcze­gólne. Wymię­bib (jak piesz­czo­tli­wie nazy­wali wypo­ży­czal­nię Randy i jego współ­pra­cow­nicy) miał swo­ich sta­łych bywal­ców -?gości, któ­rzy mieli na rewer­sach tony szcze­gól­nych ksią­żek. Byli na ogół męczący, prze­ra­ża­jący, albo jedno i dru­gie. U Randy'ego zwy­kle lądo­wali przed­sta­wi­ciele pod­grupy "jedno i dru­gie" -?on jako jedyny nie zamie­rzał pra­co­wać tu doży­wot­nio. Wyda­wało się oczy­wi­ste, że Randy, po astro­no­mii, ze zna­ko­mitą zna­jo­mo­ścią kom­pu­te­rów, pew­nego dnia pój­dzie dalej, a jego współ­pra­cow­nicy nie żywią takich ambi­cji. Jego szer­sza sfera zain­te­re­so­wań i szer­sze gra­nice tego, co uwa­żał za nor­malne, przy­da­wały się zwłasz­cza przy nie­któ­rych czy­tel­ni­kach.

Dla wielu i on był męczą­cym, obse­syj­nym, prze­ra­ża­ją­cym typem. Jego obse­sją były nie tylko nauki ści­słe, lecz także gry role-play­ing, czyli fabu­larne, w sce­ne­rii fan­tasy. Tylko dla­tego mógł zno­sić przez tyle lat tę głu­pią pracę, że w cza­sie wol­nym cał­kiem zaj­mo­wało go odgry­wa­nie sce­na­riu­szy fan­tasy o zło­żo­no­ści i głębi gim­na­sty­ku­ją­cej wszyst­kie pod­ze­społy mózgu, tak wyraź­nie mar­nu­jące się pod­czas pracy w Wymię­bi­bie. Nale­żał do grupy, która spo­ty­kała się w każdy pią­tek wie­czo­rem i koń­czyła grę w nie­dzielę. Innymi fila­rami tej grupy byli: Che­ster, stu­diu­jący na dwóch fakul­te­tach -?muzyce i infor­ma­tyce, oraz Avi, koń­czący histo­rię.

Kiedy pew­nego dnia w Wymię­bi­bie poja­wił się nowy magi­strant, nazwi­skiem Andrew Loeb, i wycią­gnął ze złach­ma­nio­nego ple­caka trzy­ca­lowy stos pre­cy­zyj­nie wypi­sa­nych na maszy­nie rewer­sów; natych­miast został roz­po­znany jako pewien typ klienta i skie­ro­wany do Randy'ego Water­ho­use'a. Kon­takt tych dwóch umy­słów został nawią­zany w jed­nej chwili, choć Randy w pełni zdał sobie z tego sprawę dopiero, gdy z sali pocz­to­wej zaczęły przy­jeż­dżać zamó­wione przez Loeba książki.

Celem pracy Andy'ego Loeba było usta­le­nie budże­tów ener­ge­tycz­nych tubyl­czych szcze­pów Indian. Aby zacho­wać tem­pe­ra­turę ciała i pod­trzy­my­wać oddy­cha­nie, ludz­kie ciało musi wydat­ko­wać pewną ilość ener­gii. War­tość ta rośnie, kiedy robi się zimno albo rze­czone ciało wyko­nuje jakąś pracę. Jedy­nym spo­so­bem uzy­ska­nia tej ener­gii jest jedze­nie. Nie­które pro­dukty mają więk­szą war­tość ener­ge­tyczną niż inne. Na przy­kład, pstrąg jest bar­dzo pożywny, ale tak ubogi w tłuszcz i węglo­wo­dany, że spo­ży­wa­jąc go trzy razy dzien­nie, można umrzeć z głodu. Inne poży­wie­nie może dawać wię­cej ener­gii, ale pozy­ska­nie go i przy­go­to­wa­nie może wyma­gać jej tyle, że z kalo­rycz­nego punktu widze­nia jest to nie­opła­calne. Andy Loeb pró­bo­wał usta­lić, co w prze­szło­ści jadły pewne szczepy pół­nocno-zachod­nich Indian, ile ener­gii zuży­wały na zdo­by­cie tego pro­wiantu i ile dawał on im ener­gii. Chciał prze­pro­wa­dzić te obli­cze­nia dla Indian nad­brzeż­nych, jak Sali­sze (z łatwym dostę­pem do owo­ców morza) i Cay­use (nie­po­sia­da­jący tako­wego), w ramach jakie­goś nie­sły­cha­nie zawi­łego planu porów­na­nia ich względ­nych stan­dar­dów życia oraz wpływu owych stan­dar­dów na kul­turę (nad­mor­skie ple­miona two­rzyły nie­zwy­kle misterne dzieła sztuki, śród­lą­dowe zaś od czasu do czasu maznęły coś na skale).

Dla Andy'ego było to ćwi­cze­nie w ramach sty­pen­dium z meta­hi­sto­rii. Dla Randy'ego brzmiało to jak począ­tek zaje­bi­stej gry. Zaduś szczura piż­mo­wego -?dosta­niesz 136 Punk­tów Ener­gii. Wymknie ci się -?tem­pe­ra­tura rdze­nia znowu ci spad­nie o jeden sto­pień.

Andy był pie­kiel­nie meto­dyczny: po pro­stu wyszu­ki­wał wszyst­kie książki na dany temat, potem wszyst­kie wspo­mniane w biblio­gra­fiach tam­tych ksią­żek, no pew­nie, i tak przez cztery czy pięć pozio­mów; spraw­dzał, czy wszyst­kie są dostępne na miej­scu, a pozo­stałe zama­wiał w Wymię­bi­bie. Te prze­cho­dziły przez biurko Randy'ego, który kilka prze­czy­tał, a pozo­stałe prze­kart­ko­wał. Dowie­dział się ile tłusz­czu wie­lo­ry­biego musieli zjeść polar­nicy, żeby nie umrzeć z głodu. Przej­rzał dokładne spe­cy­fi­ka­cje woj­sko­wych żela­znych racji. Nie­ba­wem zaczął kse­ro­wać klu­czowe infor­ma­cje.

W reali­stycz­nej grze role-play­ing nale­żało noto­wać ilość jedze­nia zdo­by­waną przez poszcze­gólne postaci -?oraz trud­ność zdo­by­cia go. Postaci wędru­jące po pustyni Gobi w listo­pa­dzie roku 5000 p.n.e. musiały bar­dziej mar­twić się żyw­no­ścią niż, dajmy na to, poru­sza­jące się po środ­ko­wym Illi­nois w roku 1950.

Randy nie był pierw­szym pro­jek­tan­tem gier, który to zauwa­żył. Było kilka nie­by­wale głu­pich gier, pomi­ja­ją­cych ów pro­blem; Randy i jego kole­dzy pogar­dzali nimi. Te, w któ­rych brał udział, i te, które sam zapro­jek­to­wał, zmu­szały do poświę­ce­nia na zdo­by­wa­nie poży­wie­nia reali­stycz­nej ilo­ści czasu. Nie­stety, nie­ła­two było usta­lić, co jest "reali­styczne". Randy, jak więk­szość pro­jek­tan­tów, prze­zwy­cię­żył ten pro­blem, kle­cąc kilka pry­mi­tyw­nych rów­nań, które po pro­stu wyssał z palca. Jed­nakże w książ­kach, arty­ku­łach i pra­cach wypo­ży­cza­nych przez Andy'ego Loeba zna­lazł wła­śnie dane potrzebne do opra­co­wa­nia skom­pli­ko­wa­nego, nauko­wego, opar­tego na fak­tach, sys­temu reguł.

Symu­lo­wa­nie wszyst­kich fizycz­nych pro­ce­sów zacho­dzą­cych w ciele każ­dej postaci było nie do zro­bie­nia; zwłasz­cza gdy w grze poja­wiały się armie liczące setki tysięcy ludzi. Nawet pro­stacka symu­la­cja, z kil­koma zmien­nymi i pro­stymi rów­na­niami, robiona "na pie­chotę" wyma­ga­łaby kosz­mar­nej ilo­ści obli­czeń. Tyle że działo się to w poło­wie lat 80. - kom­pu­tery oso­bi­ste taniały i sta­wały się wszech­obecne. Kom­pu­ter mógłby auto­ma­tycz­nie śle­dzić dużą bazę danych i mówić, czy dany osob­nik jest syty, czy też gło­duje. Nie było prze­ciw­ska­zań, żeby tego nie skom­pu­teryzować.

Chyba że mia­łeś, jak Randy Water­ho­use, gów­nianą pracę i nie było cię stać na kom­pu­ter.

Oczy­wi­ście każdy pro­blem jest do obej­ścia. Uczel­nia miała ich od cho­lery. Gdyby Randy zała­twił sobie konto na jed­nym z nich, mógłby tam napi­sać pro­gram i uru­cha­miać go za darmo.

Na nie­szczę­ście, konta dostępne były tylko dla stu­den­tów i nauczy­cieli aka­de­mic­kich. Randy nie był ani jed­nym, ani dru­gim.

Na szczę­ście, mniej wię­cej wtedy zaczął uma­wiać się ze stu­dentką ostat­niego roku o imie­niu Char­lene.

Jak, do cho­lery, udało się face­towi o postu­rze beczki od piwa, pra­cu­ją­cemu w śle­pym zaułku jako biblio­te­karz i spę­dza­ją­cemu cały wolny czas w kom­plet­nie odje­cha­nym śro­do­wi­sku gier role-play­ing, zadzierz­gnąć więź ze zgrabną i nie­brzydką stu­dentką-huma­nistką, w wol­nym cza­sie pły­wa­jącą kaja­kiem i cho­dzącą na zagra­niczne filmy? Pew­nie pole­gało to na przy­cią­ga­niu prze­ci­wieństw -?tak zwany zwią­zek kom­ple­men­tarny. Spo­tkali się oczy­wi­ście w Wymię­bi­bie: bar­dzo inte­li­gentny, ale spo­kojny i łagodny Randy pomógł bar­dzo inte­li­gent­nej, ale roz­trze­pa­nej i kapry­śnej Char­lene upo­rząd­ko­wać stertę rewer­sów. Powi­nien od razu się z nią umó­wić, ale był zbyt nie­śmiały. Druga i trze­cia oka­zja nada­rzyła się, gdy zamó­wione przez nią książki zaczęły się prze­są­czać z sali pocz­to­wej. Tym razem uczy­nił to. Poszli do kina. Oboje oka­zali się nie tyle chętni, ile wręcz roz­pacz­li­wie spra­gnieni. Zanim się zorien­to­wali, Randy już dał Char­lene klucz do swego miesz­ka­nia, a ona mu hasło do swo­jego konta w sieci kom­pu­te­ro­wej. I wszystko było pięk­nie.

Uni­wer­sy­tecki sys­tem kom­pu­te­rowy był lep­szy niż żaden. Randy jed­nak czuł się upo­ko­rzony. Podob­nie jak inne poważne aka­de­mic­kie sieci kom­pu­te­rowe, ta pra­co­wała pod kon­trolą cięż­kiego, prze­my­sło­wego sys­temu ope­ra­cyj­nego zwa­nego Unix, który miał krzywą ucze­nia stromą jak Mat­ter­horn, nato­miast nie posia­dał żad­nych baje­rów i uła­twień rodem z wła­śnie wcho­dzą­cych w modę kom­pu­te­rów oso­bi­stych. Randy tro­chę z niego korzy­stał na wcze­śniej­szych latach i mniej wię­cej wie­dział o co cho­dzi. Ale i tak poświę­cił sporo czasu, żeby nauczyć się pisać dobry kod. Już poja­wie­nie się Char­lene zmie­niło jego życie, a teraz zmiany poszły znacz­nie dalej: wypadł z towa­rzy­stwa gier fabu­lar­nych, prze­stał cho­dzić na spo­tka­nia Sto­wa­rzy­sze­nia Twór­czego Ana­chro­ni­zmu i cały wolny czas spę­dzał albo z kobietą, albo przed ekra­nem ter­mi­nalu. I była to, per saldo, chyba zmiana na lep­sze. Przy Char­lene znaj­do­wał nowe roz­rywki, jak na przy­kład ćwi­cze­nia fizyczne albo cho­dze­nie na kon­certy. Przy kom­pu­te­rze uczył się cze­goś nowego, coś two­rzył. Może coś zupeł­nie bez­u­ży­tecz­nego, ale two­rzył.

Mnó­stwo czasu poświę­cał na gadki z Andrew Loebem, który naprawdę robił te rze­czy, do któ­rych Randy pisał pro­gramy: zni­kał na kilka dni, wra­cał zmi­zer­niały i drżący, z rybimi łuskami w bro­dzie albo zaschniętą posoką pod paznok­ciami. Poże­rał kilka Big Maców, spał przez całą dobę, a potem spo­ty­kał się z Ran­dym w barze (Char­lene czuła się nie­swojo, przyj­mu­jąc go w domu) i ze swadą opo­wia­dał o trud­no­ściach codzien­nego życia w stylu pier­wot­nym. Spie­rali się, czy ludzie pier­wotni jedli obrzy­dliwe czę­ści ciała zwie­rząt, czy też je wyrzu­cali. Andrew gło­so­wał za "tak", Randy się nie zga­dzał -?fakt, że byli pry­mi­tywni, nie ozna­czał prze­cież, że nie posia­dali smaku. Andy wypo­mi­nał mu roman­tyzm. W końcu, żeby zakoń­czyć dys­ku­sję, wybrali się razem w góry, uzbro­jeni tylko w noże i kolek­cję wyko­na­nych przez Andy'ego mister­nych puła­pek. W trze­cią noc Randy zauwa­żył, że poważ­nie myśli o zje­dze­niu paru owa­dów.

"Czego nale­żało dowieść" -?powie­dział Andrew.

W każ­dym razie, ukoń­cze­nie pro­gramu zabrało Randy'emu pół roku. Był udany -?podo­bał się Che­ste­rowi i Aviemu. Randy był umiar­ko­wa­nie zado­wo­lony, że tak skom­pli­ko­wana rzecz naprawdę działa, ale nie miał złu­dzeń co do jej uży­tecz­no­ści. Był wręcz zawsty­dzony, że zmar­no­wał na to tyle czasu i ener­gii umy­sło­wej. Wie­dział jed­nak, że gdyby nie pisał kodu, spę­dziłby tyle samo czasu, gra­jąc w gry albo cho­dząc w śre­dnio­wiecz­nym kostiu­mie na spo­tka­nia Sto­wa­rzy­sze­nia Twór­czego Ana­chro­ni­zmu. Praw­do­po­dob­nie sie­dze­nie przed kom­pu­te­rem wyszło mu na dobre -?wypo­le­ro­wało jego umie­jęt­no­ści pro­gra­mo­wa­nia, już przed­tem nie­kiep­skie. Z dru­giej strony, wszystko to zro­bił pod sys­te­mem Unix, nada­ją­cym się dla naukow­ców i inży­nie­rów -?nie­zbyt roz­tropny ruch w epoce, w któ­rej wszyst­kie pie­nią­dze łado­wano w kom­pu­tery oso­bi­ste.

Che­ster i Randy prze­zwali Aviego "Entu­zja­stą" ponie­waż naprawdę kochał gry fan­tasy. Avi zawsze twier­dził, że gra pozwala mu zro­zu­mieć, jak rze­czy­wi­ście żyło się w daw­nych cza­sach; był też mania­kal­nym stró­żem histo­rycz­nej auten­tycz­no­ści. I w porządku: wszy­scy mieli jakieś głu­pawe wytłu­ma­cze­nia, a histo­ryczne oby­cie Aviego też czę­sto się przy­da­wało.

Nie­długo potem Avi obro­nił dyplom i znik­nął. Wypły­nął kilka mie­sięcy póź­niej w Min­ne­apo­lis, gdzie dostał pracę u jed­nego z więk­szych wydaw­ców gier role-play­ing. Zapro­po­no­wał Randy'emu, że kupi jego pro­gram za szo­ku­jąco dużą sumę tysiąca dola­rów, plus mały udział w przy­szłych zyskach. Randy na pod­sta­wie ogól­nego opisu przy­jął ofertę, popro­sił Aviego, by przy­słał mu umowę, a potem wyszedł poszu­kać Andy'ego. Zna­lazł go na dachu bloku -?pich­cił tam jakieś rybie flaki w naczy­niu z kory brzo­zo­wej. Pra­gnął podzie­lić się z nim tą rewe­la­cją i odpa­lić mu jakąś dolę. Wyszła z tego jed­nak bar­dzo nie­przy­jemna roz­mowa, na doda­tek pro­wa­dzona wśród zim­nego, zaci­na­ją­cego desz­czu.

Albo­wiem Andrew wziął całą sprawę o wiele poważ­niej niż Randy. Dla Randy'ego był to fuks, szczę­śliwy traf. Andrew, syn praw­nika, trak­to­wał to jak fuzję potęż­nych kor­po­ra­cji, zadał wiele upier­dli­wych, deta­licz­nych pytań na temat kon­traktu, który jesz­cze nie ist­niał, a pew­nie i po napi­sa­niu zająłby nie wię­cej niż jedną kartkę. Randy nie zda­wał sobie sprawy, że Andrew, zada­jąc tak wiele pytań, na które on nie umie odpo­wie­dzieć, w isto­cie uzur­puje sobie sta­no­wi­sko Dyrek­tora Zarzą­dza­ją­cego. Zakła­dał, że są z Ran­dym wspól­ni­kami, co oczy­wi­ście nie było prawdą.

Ponadto, Andrew nie miał zie­lo­nego poję­cia, jak wiele czasu i wysiłku wło­żył Randy w napi­sa­nie tego kodu. Albo (jak miał zro­zu­mieć póź­niej Randy) może i miał. W każ­dym razie, z góry zało­żył, że podzielą się fifty-fifty -?zupeł­nie nie­współ­mier­nie do wkładu pracy. Innymi słowy, postę­po­wał tak, jakby wszyst­kie jego bada­nia na temat zwy­cza­jów die­te­tycz­nych ludzi pier­wot­nych były czę­ścią przed­się­wzię­cia, co dawało mu prawo do połowy zysków.

Zanim Randy wykrę­cił się od dal­szej roz­mowy, cza­cha mu dymiła. Przy­szedł z wła­snym punk­tem widze­nia, nato­miast pogląd jego adwer­sa­rza był naj­oczy­wi­ściej absur­dalny; ale po godzi­nie bicia piany przez Andrew sam zaczął mieć wąt­pli­wo­ści. Po dwóch czy trzech bez­sen­nych nocach posta­no­wił, że odwoła całą trans­ak­cję. Nędzne kil­ka­set dola­rów nie było warte tych tor­tur.

Lecz Andrew (teraz już repre­zen­to­wany przez jed­nego z praw­ni­ków z firmy ojca) sta­now­czo zaopo­no­wał. Według adwo­kata, stwo­rzyli wspól­nie coś mają­cego war­tość eko­no­miczną, jeśli zatem Randy zanie­cha sprze­da­nia tego po cenie ryn­ko­wej, to Andrew straci pie­nią­dze. Wszystko wyglą­dało jak nie­wia­ry­godny kaf­kow­ski kosz­mar; Randy mógł jedy­nie wyco­fać się do naroż­nego sto­lika w ulu­bio­nym pubie, popi­jać ciemne piwo (czę­sto w towa­rzy­stwie Che­stera) i obser­wo­wać roz­wój tej fan­ta­stycz­nej psy­cho­dramy. Teraz już zda­wał sobie sprawę, że dotknęła go oso­bli­wość rodziny Andrew. Oka­zało się, że jego rodzice się roz­wie­dli, a potem zaja­dle wal­czyli o opiekę nad jedy­na­kiem. Mamu­sia zabrała go, stała się hipi­ską i przy­stała do jakiejś sekty w Ore­go­nie. Plotki gło­siły, że owa sekta wyko­rzy­stuje dzieci sek­su­al­nie. Tatuś wyna­jął pry­wat­nych szpicli do odbi­cia Andrew, a potem udo­wad­niał swoją miłość, zasy­pu­jąc go dobrami mate­rial­nymi. Wywią­zała się prze­wle­kła bitwa sądowa, w trak­cie któ­rej tatuś opła­cił jakie­goś podej­rza­nego psy­cho­te­ra­peutę, by zahip­no­ty­zo­wał Andrew i wydu­sił z niego pod­dane wypar­ciu nie­opi­sa­nie prze­ra­ża­jące wspo­mnie­nia.

To tylko stresz­cze­nie dla kie­row­nic­twa dzi­wacz­nego życia, o któ­rym Randy dowia­dy­wał się tego i owego, w miarę jak mijały lata. Póź­niej miał stwier­dzić, że życie Andy'ego było dzi­waczne frak­tal­nie -?to zna­czy, że można było wziąć dowol­nie mały frag­ment, dokład­nie zba­dać -?a oka­za­łoby się to rów­nie skom­pli­ko­wane i cudaczne jak całość.

W każ­dym razie, Randy przy­pad­kiem zaplą­tał się w to życie i jego dzi­wac­twa. Jeden z bar­dziej gor­li­wych cwa­nia­ków w fir­mie praw­ni­czej ojca Andy'ego posta­no­wił, w ramach uprze­dza­ją­cego ciosu, uzy­skać kopie wszyst­kich kom­pu­te­ro­wych pli­ków Randy'ego, wciąż znaj­du­ją­cych się w uczel­nia­nym sys­te­mie. Nie trzeba mówić, że zabrał się do tego bez zbęd­nych cere­gieli, a kiedy uczel­nia zaczęła otrzy­my­wać jego ponure pisma, zawia­do­miła zarówno adwo­kata Andy'ego, jak i Randy'ego, że kto­kol­wiek, kto stwo­rzył komer­cyjny pro­dukt przy uży­ciu kom­pu­te­rów uczelni, musi się z nią podzie­lić zyskiem. Randy zaczął więc otrzy­my­wać listy z pogróż­kami nie od jed­nej, lecz dwóch grup groź­nych praw­ni­ków. A potem Andy zagro­ził, że pozwie go do sądu za spro­wo­ko­wa­nie tej afery, co prze­cież zmniej­szyło o połowę war­tość jego udzia­łów w przed­się­wzię­ciu!

W końcu, żeby zapo­biec dal­szym stra­tom i wydo­stać się z tara­pa­tów, Randy sam musiał wziąć adwo­kata. W sumie kosz­to­wało go to pra­wie pięć tysięcy dola­rów. Opro­gra­mo­wa­nia ni­gdy nikomu nie sprze­dał, bo nie dałoby się: było obcią­żone taką wadą prawną, że łatwiej byłoby sprze­dać zardze­wia­łego Gar­busa, któ­rego ktoś roz­krę­cił na czę­ści i ukrył je w budach psów obron­nych na całym świe­cie.

Wtedy to pierw­szy i jedyny raz w życiu pomy­ślał o samo­bój­stwie. Nie­zbyt inten­syw­nie ani poważ­nie, ale pomy­ślał.

Kiedy to wszystko się skoń­czyło, Avi wysłał mu odręcz­nie napi­sany liścik: "Współ­praca z Tobą bar­dzo mi się podo­bała. Bar­dzo bym chciał, aby­śmy pozo­stali przy­ja­ciółmi, a także, w razie nada­rza­ją­cej się oka­zji, wspól­ni­kami w inte­re­sach".