Cristiano Ronaldo - Santiago Siguero

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
Bardzo łatwo mi napisać wstęp poświęcony Cristiano Ronaldo. Po pierwsze, ponieważ jest to człowiek, którego nie trzeba przedstawiać, ale przede wszystkim dlatego, że mogę opisać go w trzech słowach: Cristiano to Futbol.
Poznałem Cristiano, kiedy grałem w klubie Marítimo[1]. Ciekawe było to, że najpierw poznałem jego rodzinę, a dopiero później jego samego. Już na pierwszy rzut oka zorientowałem się, że ten chłopak ma wszystko co trzeba, żeby stać się jednym z najlepszych. Czas nieco zweryfikował te przeczucia, bo nie jest jednym z najlepszych, ale po prostu najlepszym piłkarzem na świecie. Futbol i Cristiano to jedność - cudowna jedność. Dużo mogę powiedzieć o jego geniuszu, jego sprawności, jego zdolności do poświęceń, jego gigantycznym talencie, jego pragnieniu stałego utrzymywania szczytowej formy fizycznej i psychicznej na treningach i zawodach. Ale może czytelnik lepiej mnie zrozumie, jeśli powiem po prostu, jak się cieszę, że nie jest on moim przeciwnikiem. Bo Cristiano jest oszałamiającym napastnikiem.
W okresie wspólnego grania w Realu Madryt i reprezentacji Portugalii często zdarzały nam się sytuacje, dzięki którym staliśmy się nie tylko dobrymi kolegami, ale wręcz przyjaciółmi. To bardzo ważne, bo mogłem poznać go jako człowieka. Z dumą mogę stwierdzić, że jest to młodzieniec o ogromnej wrażliwości. Myślę, że właśnie ta skłonność do odbierania wszystkich sygnałów otoczenia zbudowała wspaniałego człowieka. Nie jestem nawet w stanie wyliczyć wszystkich akcji charytatywnych, jakie zrealizował w ciągu kariery.
Pamiętam, jak podczas konferencji prasowej zorganizowanej w trakcie tournée Realu Madryt po Stanach Zjednoczonych ktoś go spytał, czy trudno jest być Cristiano Ronaldo. On, który musiał pokonać nieskończenie wiele przeszkód społecznych i rodzinnych, odpowiedział, że w żadnym razie. Ale ja mogę stwierdzić - i na pewno się nie mylę - że bardzo trudno być Cristiano Ronaldo, i że tylko osoba o postawie wewnętrznej i sportowej podobnej do jego zdolna jest godnie nosić opinię mistrza nad mistrzami, a jednocześnie stale osiągać doskonałe wyniki.
Mamy do czynienia ze sportowcem, który się nie kryje ze swoimi pragnieniami, nie tai ich i nie umniejsza. Cristiano nikogo nie oszukuje, jest przejrzysty i to jeszcze bardziej wyróżnia jego postać w świecie, w którym większość woli odwrócić głowę i udawać, że nie widzi. Jako zawodowy piłkarz jestem dumny nie tylko z tego, że dzielę szatnię z jednym z największych sportowców w dziejach. Każdego dnia cieszę się, że moja kariera może przebiegać równocześnie z jego karierą, a ja mam przywilej bycia świadkiem rozwoju genialnego przedstawiciela mojego ulubionego sportu i mojego zawodu. Cris to futbol.
Pepe
Zawodnik klubu Real Madryt i reprezentacji Portugalii
WSTĘP
Otrzymane z wydawnictwa Al Poste zadanie napisania książki o Cristiano odebrałem jako wyróżnienie. Przyjąłem je bez wahania, chociaż jeszcze tego samego dnia zaczęły targać mną wątpliwości: jak podejść do książki o piłkarzu, który wywołuje najwięcej kontrowersji na świecie?
Na początku 2009 roku Ronaldo był twarzą agresywnej kampanii Nike: CR Love/Hate. Chociaż reklamy nie dotarły do Hiszpanii, to sam udział Cristiano i forma przekazu wywołały burzę. Tylko najbardziej zagorzali kibice Premier League znali jej prawdziwy wymiar, czyli historię dzieciaka, który przed sześciu laty pojawił się na Old Trafford i pod okiem Fergusona stał się najlepszym zawodnikiem na świecie.
W Hiszpanii prasa koncentrowała się na folklorze: romanse, polemiki, zmiany wizerunku, nowe ferrari... Mijają cztery lata, ale niektórzy wciąż ograniczają się do tej powierzchowności. I nienawidzą Ronaldo. Jednak inni (w tym ja) nauczyli się go doceniać: doceniać niesamowitego piłkarza, napastnika siejącego spustoszenie, wielkiego zawodnika - i jest to ocena czysto i celowo subiektywna - o wymiarze historycznym.
Kiedy Cristiano trafił do Madrytu, cieszył się już opinią najlepszego na świecie. Trzeba mieć odwagę, aby twierdzić, że jest nim nadal. Eksplozja talentu Leo Messiego w ostatnich latach była po prostu niesamowita. Jednak blask Messiego nie powinien przyćmić Cristiano - byłoby to niesprawiedliwe wobec ich obu. Są bowiem jak dwie strony tego samego medalu; jin i jang współczesnego futbolu. Ich nieprawdopodobne kariery się dopełniają. Powstałe między nimi antagonizmy są także odzwierciedleniem odwiecznego konfliktu między ich klubami. W tej globalnej wojnie role są już od dawna podzielone. W rozgrywce wizerunkowej Ronaldo jest dużo dalej od swojego przeciwnika niż na murawie.
Dotychczas nigdy nie trzeba było zresztą wybierać. Di Stéfano, Pelé, Cruyff i Maradona byli absolutnymi królami w swoich epokach. Żaden z nich nie musiał konkurować z kimś, kto mógłby im dorównać. A to właśnie jest jedna z wielkich cech wyróżniających Ronaldo. On chce być najlepszy. To był jego cel od czasu rozgrywek podwórkowych na pochyłych zboczach Madery i to pozostanie w nim do końca kariery. On sam zresztą tego nie kryje - przeciwnie. Dla wielu jego bezczelność jest równie fascynująca co styl gry.
Dla Cristiano bycie piłkarzem to za mało. On chce być gwiazdą i angażuje w to całe swoje umiejętności techniczne i siły umysłowe. Dzięki duchowi rywalizacji wkroczył na ścieżkę kariery, która - nawet gdyby miała zakończyć się jutro - uznana by była za dziejową. I w Manchesterze United, i w Realu Madryt, i w reprezentacji Portugalii.
Nie chodzi o to, żeby go kochać albo nienawidzić, ale by spojrzeć na niego w szerszym kontekście. Z tym właśnie zamiarem przystąpiłem do spisywania tego teksu. Mam nadzieję, że lektura będzie pożyteczna.
Cristiano Ronaldo podczas meczu Ligi Hiszpańskiej między Espanyolem i Realem Madryt na Estadi Cornella-El Prat w dniu 12 stycznia 2014
"Moje życie jest pasmem wyzwań". Większość tych, którzy znają Cristiano Ronaldo - rodzina, koledzy, trenerzy, przyjaciele z dzieciństwa, osoby z otoczenia - tym zdaniem samego piłkarza określają przebieg życiowej i zawodowej kariery gwiazdy klubu Real Madryt i reprezentacji Portugalii. To sportowiec, który przez całe życie przygotowywał się, aby osiągnąć obecną pozycję. Jako trzydziestolatek, Cristiano dla większości kibiców i ekspertów od piłki nożnej już zapisał się w dziejach tego sportu. Mamy tu do czynienia z mieszanką odpowiednich proporcji talentu, wytrwałości, zdolności stawiania czoła przeciwnościom i odrobiny szczęścia koniecznego do wspięcia się na szczyty. To połączenie zaważyło w decydujących momentach sportowej kariery, która - z dużą dozą prawdopodobieństwa - jeszcze się będzie rozwijać.
Marzył o tym, żeby zostać gwiazdą piłki nożnej i nie trzeba wielu argumentów na potwierdzenie tego, że mu się udało. Ale nie była to łatwa droga. Pomimo wrodzonych warunków do gry w piłkę musiał przejść próby nie tylko talentu sportowego, ale także charakteru i motywacji. Były to chwile, kiedy siła psychiczna była istotniejsza niż zdolności sportowe. Te sytuacje wyrobiły osobowość, która może podobać się bardziej lub mniej. Jednak dzięki niej osiągnął pozycję, którą trudno obalić argumentami czysto sportowymi: jest znakomitością światowego futbolu.
Znane epizody już z pierwszych lat życia Ronaldo świadczą o jego chęci współzawodnictwa, śmiałości i dzielności, zarówno w czasie gry w piłkę, jak i poza boiskiem. Przywoływane są także sceny, które pokazują dziecko skazane na przeżywanie swojego dzieciństwa z dala od rodziny. Często ulegał tęsknocie za domem oraz urokiem prostego i szczęśliwego życia na Maderze.
Nigdy jednak nie zwątpił w swój talent. Dlatego stawiał sobie nowe wyzwania, które z biegiem czasu przekształciły się w ścieżkę kariery: najpierw dostać się do Nacionalu Madera, następnie przejść testy w Sportingu, zacząć od słabszych składów i dostać się do wyjściowej jedenastki; transfer do Manchesteru United, żeby zostać oczkiem w głowie Fergusona i osiągnąć mistrzostwo Premier League, Europy i zdobyć nagrodę w plebiscycie Złotej piłki (Ballon d'Or); zagrać w Hiszpanii, w Realu Madryt. A później... Co ma być, to będzie. Wie to tylko Cristiano.
Cristiano stawiał pierwsze piłkarskie kroki na ulicach rodzinnej Madery. Sąsiedzi wspominają go jako chudego i wysokiego chłopaka z piłką przyklejoną do nogi, zawsze chętnego do zorganizowania meczu na łące, jeśli zawodników było wystarczająco dużo, albo na środku drogi, z kamieniami ustawionymi zamiast słupków. "Jak pojawiał się samochód, zabieraliśmy kamienie, a kiedy przejechał, ustawialiśmy je na nowo i dalej graliśmy" - wspomina piłkarz. Jeśli nie miał z kim pograć, godzinami kopał piłkę o ścianę.
Widać było, że ma warunki. Wyróżniał się nie tylko talentem, ale i odwagą. Grał, żeby się bawić i bawić innych, ale nigdy się nie wycofywał, kiedy mierzył się ze starszymi od siebie. Nawet wtedy, gdy obrywał zdecydowanie za bardzo podczas pierwszych dziecięcych rozgrywek. Już wtedy nie znosił przegranych. Starał się unikać ich za wszelką cenę, dlatego wielokrotnie rozstrzygał mecze sam (tej wady nie zdołał do dziś w pełni wyrugować), ale kiedy nie wygrywał, obrażał się na cały świat: na przeciwników, na kolegów i na samego siebie. Czasem wybuchał złością i inni chłopcy się z niego naśmiewali. Nazywali go "płaczkiem". To jednak tylko pobudzało go do działania i samodoskonalenia, by nie przechodzić ponownie takiego poniżenia. Nie ma znaczenia, czy to piłka, tenis, bilard czy ping-pong, który był i jest jego ulubioną rozrywką. W tej kwestii nic się nie zmieniło.
Nuno Luz, jeden z najbliższych Cristiano portugalskich dziennikarzy, autor filmu dokumentalnego "Planeta Ronaldo" (SIC, 2007), umieszcza młodego Ronaldo w kontekście sytuacyjnym: "Wychowywała go ulica, w biednej dzielnicy miasta. Tutaj, jeśli nie masz charakteru, to cię zjedzą. Albo depczesz, albo cię zdepczą. A on nigdy nie pozwolił się podeptać".
Rodzina zawsze była dla Cristiano miejscem schronienia i punktem odniesienia. Najmłodszy z czwórki rodzeństwa, przyszedł na świat 5 lutego 1985 roku w Funchal, stolicy Madery. Rodzina Maríi Dolores dos Santos i José Dinisa Aveiro mieszkała pod adresem Quinta do Falcao w San Antonio, biednej dzielnicy Funchal. Miasto jest centrum turystycznym, oferującym przyjezdnym luksusy niedostępne dla większości ze 100 000 mieszkańców. Wśród nich była rodzina Dos Santos Aveiro, która wraz z pojawieniem się na świecie Ronaldo powiększyła się do sześciu osób - dwie siostry, Cátia i Elma, oraz brat Hugo - i mieszkała w za ciasnym mieszkaniu komunalnym, ze zbyt cienkimi ścianami i słabym azbestowym dachem, który służył dodatkowo za domową pralnię.
Matka Dolores była sprzątaczką i kucharką. Ojciec José Dinis był miejskim ogrodnikiem i już wtedy zaczynał mieć problemy z piciem. Nie przelewało im się. Mimo wszystko pierwsze lata Cristiano były bardzo szczęśliwie. Szkoła stała na drugim planie, ale miała znaczenie, ponieważ świadczyła o staraniach rodziców, żeby potomstwo miało lepszą przyszłość. Jednak piłka była napędem życiowym. Myślał o niej, kiedy otwierał oczy z rana i kiedy kładł się spać z piłką obok poduszki. Czasami "zapominał" wrócić na obiad czy kolację, bo rozgrywał mecz, albo uciekał przez okno w swoim pokoju, żeby nie słuchać zrzędzenia mamy, kiedy znowu szukał kolegów i przeciwników do pogrania "w gałę". "Ciągle grałem w piłkę. To najbardziej lubiłem robić" - wspomina. "Kiedy wracał do domu, pytałam, czy ma coś zadane i zawsze odpowiadał, że nic. Łapał jogurt albo owoc i uciekał, żeby grać. Wracał po nocy" - opowiada María Dolores.
Cristiano pół życia spędzał na ulicy, grając i korzystając z łagodnego klimatu wyspy. Sąsiedzi i znajomi pamiętają go zawsze z piłką przy nodze i uśmiechem na ustach.
"Wiedzieliśmy, że ma talent, to było oczywiste, ale nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że osiągnie to, co osiągnął" - mówi Elma, siostra piłkarza. Jasne też było, że cała rodzina od samego początku rozbudzała dziecięce marzenia Cristiano. Mama, dwie siostry - Cátia i Elma, brat Hugo, a przede wszystkim ojciec, José Dinis. To on nalegał, żeby Cristiano miał na drugie Ronaldo, na cześć uwielbianego aktora, a następnie prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana. Pierwsze imię wybrała pracująca w sierocińcu ciocia ze strony matki.
Piłkarskiego bakcyla złapał właśnie od swojego ojca, zapalonego kibica, który - jak większość mieszkańców wyspy - każdą wolną chwilę poświęcał piłce. W weekendy dorabiał nawet jako odpowiedzialny za sprzęt i porządek w lokalnej drużynie Clube de Futebol Andorinha. Przyjaźnił się z Fern?o Sousą, szefem drużyny, dlatego wybrał go na chrzestnego swojego najmłodszego syna. W dniu chrztu rozgrywany był mecz i - ku rozpaczy proboszcza - obaj spóźnili się na uroczystość. Sousa odegrał też kluczową rolę w pierwszych latach życia Ronaldo.
Jako sześciolatek mały Cristiano zamienił improwizowane boiska asfaltowe na wspinających się wysoko uliczkach wokół domu na prawdziwą murawę z kredowymi liniami i mniej więcej regulaminowymi bramkami w klubie CF Andorinha. Któregoś dnia poszedł ze swoim kuzynem Nuno na test i został od razu przyjęty. Klubowi trenerzy zorientowali się, że trafił im się wyjątkowy dar z nieba: chłopak z wrodzonym talentem i zadziwiającą, jak na ten wiek, wolą walki. To mu zresztą zostało. Po dwudziestu latach te dwie cechy najlepiej charakteryzują jego sposób gry.
Nie trzeba było długo czekać, żeby stało się o nim na wyspie głośno. Przyzwyczajony do stawania w szranki ze starszymi i większymi od siebie - na ulicy nie ma kategorii, są tylko rywale - rozbił obowiązującą w klubie Andorinha hierarchię i na każdym kroku zaskakiwał trenerów. Rozwijane zdolności dawały mu przewagę nad kolegami i przeciwnikami, ale pierwszy trener, Sardinha Afonso, wspomina, że największe wrażenie robił jego charakter: "To był prawdziwy wojownik".
Ruis Santos, prezes klubu, potwierdza: "Bardzo nie lubił przegrywać. Zawsze chciał wygrywać i płakał, kiedy to się nie udawało". W dodatku klub Andorinha nie zaliczał się do silnych drużyn na wyspie. Były mecze, w których z góry zakładano przegraną, i to znaczącą. Cristiano nie chciał w nich uczestniczyć, ale ojciec wiedział, jak pobudzić w nim ducha rywalizacji: "Tylko słabi dają za wygraną". To zdanie już zawsze będzie wybrzmiewać w jego głowie.
Kwestią czasu było uznanie, że klub Andorinha stanie się dla niego za ciasny. Jego dziecięce wyczyny (jak ten, kiedy po przegranej 0:2 pierwszej połowie rozpłakał się w szatni i bez uzgadniania z kimkolwiek, doprowadził - dosłownie sam - do wyniku 3:2) szybko dotarły do dwóch najważniejszych klubów na wyspie: Marítimo i Nacionalu. Cristiano przezywany był już wówczas pszczółką (la abelinha) z powodu niezmiernej ruchliwości, błyskawicznych uników i dokuczliwości dla linii obrony przeciwników. I chociaż jemu bardziej pasowało Marítimo (stadion był blisko domu), ostatecznie trafił do klubu Nacional, który okazał się szybszy w sformalizowaniu sprawy niż klub konkurencyjny, którego przedstawiciel nie stawił się na ostateczne spotkanie. Pierwszy transfer Ronaldo - za którego zapłacono ostatnio 96 milionów euro - kosztował dwadzieścia piłek i dwa pełne zestawy wyposażenia dla drużyny dziecięcej Andorinii. Chrzestny Fern?o Sousa, kierownik juniorów w Nacionalu, miał kluczowe znacznie w całej operacji. Zresztą nie po raz ostatni.
W klubie Nacional, do którego trafił jako dziesięciolatek, szybko odkryto cechy charakterystyczne zawodnika. Antonio Mendonça, jego ówczesny trener, tak je określa: "Szybkość operowania piłką, zwodów i strzału. Rozgrywki uliczne nauczyły go sztuczek, które pomogły mu grać z chłopakami starszymi i silniejszymi. Tam też wzmocnił swój charakter. Był bardzo odważny". W sezonie 1995/96 w wieku dziesięciu lat zdobywa pierwszy w swoim życiu tytuł w dziecięcych mistrzostwach regionalnych.
Etap w drużynie Nacional był dla Cristiano pierwszym doświadczeniem szkoleniowym. "Przede wszystkim musieliśmy stoczyć walkę o to, żeby zrozumiał, że piłka to sport zespołowy. Potrafił przechwycić piłkę i sam dryblować do bramki przeciwnika. Miał tak silne poczucie wyższości, że rzadko podawał piłkę. Pozostali zawodnicy znosili to, bo wygrywaliśmy różnicą dziewięciu czy dziesięciu bramek". Stopniowo trenerzy nauczyli się nim kierować i naciskać odpowiednie guziki. "Nie lubił publicznej krytyki, był bardzo dumny. Trzeba było zwracać mu uwagę na osobności. Wtedy słuchał i się dostosowywał" - przyznaje Enrique Telinhas, inny trener umiejętności technicznych pracujący w nowym klubie.
Kariera w klubie Nacional także nie trwała długo. Dzięki temu, że klub odgrywa znaczącą rolę w historii portugalskiego sportu, młody zawodnik zwrócił uwagę największych łowców talentów, którzy zaczęli dokładniej przyglądać się jego postępom. Nie trzeba było długo czekać, żeby kluby FC Porto i Boavista zaczęły się nim interesować. Jednak przewagę zdobył Sporting, wykorzystując dawny dług zaciągnięty przez klub z wyspy. W operacji ponownie uczestniczył chrzestny, Fern?o Sousa. Drugą ważną postacią był Jo?o Marqu?s de Freitas, prezes fanklubu Sportingu na Maderze, gdzie miał za zadanie wyłapywać talenty dla drużyny z Lizbony.
To dzięki jego naleganiom działacze Sportingu zgodzili się na testy. Właściwie były to dwa sprawdziany, które odbyły się w Wielkim Tygodniu 1997 roku. Na drugi dzień przyszedł przedstawiciel szkółki Sportingu, Aurelio Pereira, który nie mógł uwierzyć, że ten wysoki i chudy chłopak jest tak dobry, jak twierdzą trenerzy uczestniczący w pierwszym dniu testów. To oni - Paulo Cardoso i Osvaldo Silva - podpisali się pod pierwszą notatką o Cristiano: "Gracz wybitnie utalentowany, bardzo wysoki rozwój techniczny. Posiada wyróżniającą się umiejętność zwodów w ruchu i w miejscu".
Ronaldo przystąpił do sprawdzianu z przekonaniem, że będzie przyjęty. "W noc poprzedzającą podróż w ogóle nie spałem. Nigdy nie leciałem samolotem. Pojechałem z mamą. Byłem bardzo zdenerwowany, osłabiony i chudy. To było dobre doświadczenie. Czułem się pewny siebie i spokojny. Wiedziałem, że mnie wezmą, byłem pewny, że im się spodobam".
Jednak sama pozytywna opinia nie wystarczyła, żeby Sporting ostatecznie przeprowadził transfer Cristiano, bo właściwie o to wtedy chodziło. I nie była to operacja tania ani prosta. Uczestniczyli w niej i trenerzy techniczni z akademii, i prezesi klubu, ponieważ kwota wynosiła około 22,5 tysiąca euro. Na tyle klub Nacional był zadłużony po przekazaniu zawodnika o nazwisku Franco. Wobec oporów dyrekcji finansowej klubu Pereira musiał napisać nowe sprawozdanie, w którym zapewniał: "Proponowana kwota może wydawać się przesadna jak na dwunastoletniego chłopaka. Jednak ma on tak duży talent, że należy to potraktować jako ważną inwestycję na przyszłość". Ostatecznie klub Lwów[2] umorzył dług Nacionalu w zamian za chłopca z Madery, chociaż nigdy wcześniej nie zapłacił ani grosza za gracza drużyny dziecięcej. Pod koniec czerwca 1997 roku szef finansowy klubu z Lizbony, Sim?es de Almeida, udzielił pozwolenia na przeprowadzenie operacji. Nawet nie wiedział, że zrobił jeden z najlepszych interesów w historii Sporting Clube de Portugal.