Cristiano Ronaldo - Santiago Siguero

-
Proszę czekać

PROLOG

Cristiano to Futbol

Bar­dzo ła­two mi na­pi­sać wstęp po­świę­co­ny Cri­stia­no Ro­nal­do. Po pierw­sze, po­nie­waż jest to czło­wiek, któ­re­go nie trze­ba przed­sta­wiać, ale przede wszyst­kim dla­te­go, że mogę opi­sać go w trzech sło­wach: Cri­stia­no to Fut­bol.

Po­zna­łem Cri­stia­no, kie­dy gra­łem w klu­bie Ma­ríti­mo[1]. Cie­ka­we było to, że naj­pierw po­zna­łem jego ro­dzi­nę, a do­pie­ro póź­niej jego sa­me­go. Już na pierw­szy rzut oka zo­rien­to­wa­łem się, że ten chło­pak ma wszyst­ko co trze­ba, żeby stać się jed­nym z naj­lep­szych. Czas nie­co zwe­ry­fi­ko­wał te prze­czu­cia, bo nie jest jed­nym z naj­lep­szych, ale po pro­stu naj­lep­szym pił­ka­rzem na świe­cie. Fut­bol i Cri­stia­no to jed­ność - cu­dow­na jed­ność. Dużo mogę po­wie­dzieć o jego ge­niu­szu, jego spraw­no­ści, jego zdol­no­ści do po­świę­ceń, jego gi­gan­tycz­nym ta­len­cie, jego pra­gnie­niu sta­łe­go utrzy­my­wa­nia szczy­to­wej for­my fi­zycz­nej i psy­chicz­nej na tre­nin­gach i za­wo­dach. Ale może czy­tel­nik le­piej mnie zro­zu­mie, je­śli po­wiem po pro­stu, jak się cie­szę, że nie jest on moim prze­ciw­ni­kiem. Bo Cri­stia­no jest osza­ła­mia­ją­cym na­past­ni­kiem.

W okre­sie wspól­ne­go gra­nia w Re­alu Ma­dryt i re­pre­zen­ta­cji Por­tu­ga­lii czę­sto zda­rza­ły nam się sy­tu­acje, dzię­ki któ­rym sta­li­śmy się nie tyl­ko do­bry­mi ko­le­ga­mi, ale wręcz przy­ja­ciół­mi. To bar­dzo waż­ne, bo mo­głem po­znać go jako czło­wie­ka. Z dumą mogę stwier­dzić, że jest to mło­dzie­niec o ogrom­nej wraż­li­wo­ści. My­ślę, że wła­śnie ta skłon­ność do od­bie­ra­nia wszyst­kich sy­gna­łów oto­cze­nia zbu­do­wa­ła wspa­nia­łe­go czło­wie­ka. Nie je­stem na­wet w sta­nie wy­li­czyć wszyst­kich ak­cji cha­ry­ta­tyw­nych, ja­kie zre­ali­zo­wał w cią­gu ka­rie­ry.

Pa­mię­tam, jak pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej zor­ga­ni­zo­wa­nej w trak­cie to­ur­née Re­alu Ma­dryt po Sta­nach Zjed­no­czo­nych ktoś go spy­tał, czy trud­no jest być Cri­stia­no Ro­nal­do. On, któ­ry mu­siał po­ko­nać nie­skoń­cze­nie wie­le prze­szkód spo­łecz­nych i ro­dzin­nych, od­po­wie­dział, że w żad­nym ra­zie. Ale ja mogę stwier­dzić - i na pew­no się nie mylę - że bar­dzo trud­no być Cri­stia­no Ro­nal­do, i że tyl­ko oso­ba o po­sta­wie we­wnętrz­nej i spor­to­wej po­dob­nej do jego zdol­na jest god­nie no­sić opi­nię mi­strza nad mi­strza­mi, a jed­no­cze­śnie sta­le osią­gać do­sko­na­łe wy­ni­ki.

Mamy do czy­nie­nia ze spor­tow­cem, któ­ry się nie kry­je ze swo­imi pra­gnie­nia­mi, nie tai ich i nie umniej­sza. Cri­stia­no ni­ko­go nie oszu­ku­je, jest przej­rzy­sty i to jesz­cze bar­dziej wy­róż­nia jego po­stać w świe­cie, w któ­rym więk­szość woli od­wró­cić gło­wę i uda­wać, że nie wi­dzi. Jako za­wo­do­wy pił­karz je­stem dum­ny nie tyl­ko z tego, że dzie­lę szat­nię z jed­nym z naj­więk­szych spor­tow­ców w dzie­jach. Każ­de­go dnia cie­szę się, że moja ka­rie­ra może prze­bie­gać rów­no­cze­śnie z jego ka­rie­rą, a ja mam przy­wi­lej by­cia świad­kiem roz­wo­ju ge­nial­ne­go przed­sta­wi­cie­la mo­je­go ulu­bio­ne­go spor­tu i mo­je­go za­wo­du. Cris to fut­bol.

Pepe

Zawodnik klubu Real Madryt i reprezentacji Portugalii

WSTĘP

Cristiano Ronaldo - kochasz czy nienawidzisz?

Otrzy­ma­ne z wy­daw­nic­twa Al Po­ste za­da­nie na­pi­sa­nia książ­ki o Cri­stia­no ode­bra­łem jako wy­róż­nie­nie. Przy­ją­łem je bez wa­ha­nia, cho­ciaż jesz­cze tego sa­me­go dnia za­czę­ły tar­gać mną wąt­pli­wo­ści: jak po­dejść do książ­ki o pił­ka­rzu, któ­ry wy­wo­łu­je naj­wię­cej kon­tro­wer­sji na świe­cie?

Na po­cząt­ku 2009 roku Ro­nal­do był twa­rzą agre­syw­nej kam­pa­nii Nike: CR Love/Hate. Cho­ciaż re­kla­my nie do­tar­ły do Hisz­pa­nii, to sam udział Cri­stia­no i for­ma prze­ka­zu wy­wo­ła­ły bu­rzę. Tyl­ko naj­bar­dziej za­go­rza­li ki­bi­ce Pre­mier Le­ague zna­li jej praw­dzi­wy wy­miar, czy­li hi­sto­rię dzie­cia­ka, któ­ry przed sze­ściu laty po­ja­wił się na Old Traf­ford i pod okiem Fer­gu­so­na stał się naj­lep­szym za­wod­ni­kiem na świe­cie.

W Hisz­pa­nii pra­sa kon­cen­tro­wa­ła się na folk­lo­rze: ro­man­se, po­le­mi­ki, zmia­ny wi­ze­run­ku, nowe fer­ra­ri... Mi­ja­ją czte­ry lata, ale nie­któ­rzy wciąż ogra­ni­cza­ją się do tej po­wierz­chow­no­ści. I nie­na­wi­dzą Ro­nal­do. Jed­nak inni (w tym ja) na­uczy­li się go do­ce­niać: do­ce­niać nie­sa­mo­wi­te­go pił­ka­rza, na­past­ni­ka sie­ją­ce­go spu­sto­sze­nie, wiel­kie­go za­wod­ni­ka - i jest to oce­na czy­sto i ce­lo­wo su­biek­tyw­na - o wy­mia­rze hi­sto­rycz­nym.

Kie­dy Cri­stia­no tra­fił do Ma­dry­tu, cie­szył się już opi­nią naj­lep­sze­go na świe­cie. Trze­ba mieć od­wa­gę, aby twier­dzić, że jest nim na­dal. Eks­plo­zja ta­len­tu Leo Mes­sie­go w ostat­nich la­tach była po pro­stu nie­sa­mo­wi­ta. Jed­nak blask Mes­sie­go nie po­wi­nien przy­ćmić Cri­stia­no - by­ło­by to nie­spra­wie­dli­we wo­bec ich obu. Są bo­wiem jak dwie stro­ny tego sa­me­go me­da­lu; jin i jang współ­cze­sne­go fut­bo­lu. Ich nie­praw­do­po­dob­ne ka­rie­ry się do­peł­nia­ją. Po­wsta­łe mię­dzy nimi an­ta­go­ni­zmy są tak­że od­zwier­cie­dle­niem od­wiecz­ne­go kon­flik­tu mię­dzy ich klu­ba­mi. W tej glo­bal­nej woj­nie role są już od daw­na po­dzie­lo­ne. W roz­gryw­ce wi­ze­run­ko­wej Ro­nal­do jest dużo da­lej od swo­je­go prze­ciw­ni­ka niż na mu­ra­wie.

Do­tych­czas ni­g­dy nie trze­ba było zresz­tą wy­bie­rać. Di Stéfa­no, Pelé, Cruyff i Ma­ra­do­na byli ab­so­lut­ny­mi kró­la­mi w swo­ich epo­kach. Ża­den z nich nie mu­siał kon­ku­ro­wać z kimś, kto mógł­by im do­rów­nać. A to wła­śnie jest jed­na z wiel­kich cech wy­róż­nia­ją­cych Ro­nal­do. On chce być naj­lep­szy. To był jego cel od cza­su roz­gry­wek po­dwór­ko­wych na po­chy­łych zbo­czach Ma­de­ry i to po­zo­sta­nie w nim do koń­ca ka­rie­ry. On sam zresz­tą tego nie kry­je - prze­ciw­nie. Dla wie­lu jego bez­czel­ność jest rów­nie fa­scy­nu­ją­ca co styl gry.

Dla Cri­stia­no by­cie pił­ka­rzem to za mało. On chce być gwiaz­dą i an­ga­żu­je w to całe swo­je umie­jęt­no­ści tech­nicz­ne i siły umy­sło­we. Dzię­ki du­cho­wi ry­wa­li­za­cji wkro­czył na ścież­kę ka­rie­ry, któ­ra - na­wet gdy­by mia­ła za­koń­czyć się ju­tro - uzna­na by była za dzie­jo­wą. I w Man­che­ste­rze Uni­ted, i w Re­alu Ma­dryt, i w re­pre­zen­ta­cji Por­tu­ga­lii.

Nie cho­dzi o to, żeby go ko­chać albo nie­na­wi­dzić, ale by spoj­rzeć na nie­go w szer­szym kon­tek­ście. Z tym wła­śnie za­mia­rem przy­stą­pi­łem do spi­sy­wa­nia tego tek­su. Mam na­dzie­ję, że lek­tu­ra bę­dzie po­ży­tecz­na.

Cristiano Ronaldo podczas meczu Ligi Hiszpańskiej między Espanyolem i Realem Madryt na Estadi Cornella-El Prat w dniu 12 stycznia 2014

Madera - chuderlak z wielkimi marzeniami

"Moje ży­cie jest pa­smem wy­zwań". Więk­szość tych, któ­rzy zna­ją Cri­stia­no Ro­nal­do - ro­dzi­na, ko­le­dzy, tre­ne­rzy, przy­ja­cie­le z dzie­ciń­stwa, oso­by z oto­cze­nia - tym zda­niem sa­me­go pił­ka­rza okre­śla­ją prze­bieg ży­cio­wej i za­wo­do­wej ka­rie­ry gwiaz­dy klu­bu Real Ma­dryt i re­pre­zen­ta­cji Por­tu­ga­lii. To spor­to­wiec, któ­ry przez całe ży­cie przy­go­to­wy­wał się, aby osią­gnąć obec­ną po­zy­cję. Jako trzy­dzie­sto­la­tek, Cri­stia­no dla więk­szo­ści ki­bi­ców i eks­per­tów od pił­ki noż­nej już za­pi­sał się w dzie­jach tego spor­tu. Mamy tu do czy­nie­nia z mie­szan­ką od­po­wied­nich pro­por­cji ta­len­tu, wy­trwa­ło­ści, zdol­no­ści sta­wia­nia czo­ła prze­ciw­no­ściom i odro­bi­ny szczę­ścia ko­niecz­ne­go do wspię­cia się na szczy­ty. To po­łą­cze­nie za­wa­ży­ło w de­cy­du­ją­cych mo­men­tach spor­to­wej ka­rie­ry, któ­ra - z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa - jesz­cze się bę­dzie roz­wi­jać.

Ma­rzył o tym, żeby zo­stać gwiaz­dą pił­ki noż­nej i nie trze­ba wie­lu ar­gu­men­tów na po­twier­dze­nie tego, że mu się uda­ło. Ale nie była to ła­twa dro­ga. Po­mi­mo wro­dzo­nych wa­run­ków do gry w pił­kę mu­siał przejść pró­by nie tyl­ko ta­len­tu spor­to­we­go, ale tak­że cha­rak­te­ru i mo­ty­wa­cji. Były to chwi­le, kie­dy siła psy­chicz­na była istot­niej­sza niż zdol­no­ści spor­to­we. Te sy­tu­acje wy­ro­bi­ły oso­bo­wość, któ­ra może po­do­bać się bar­dziej lub mniej. Jed­nak dzię­ki niej osią­gnął po­zy­cję, któ­rą trud­no oba­lić ar­gu­men­ta­mi czy­sto spor­to­wy­mi: jest zna­ko­mi­to­ścią świa­to­we­go fut­bo­lu.

Zna­ne epi­zo­dy już z pierw­szych lat ży­cia Ro­nal­do świad­czą o jego chę­ci współ­za­wod­nic­twa, śmia­ło­ści i dziel­no­ści, za­rów­no w cza­sie gry w pił­kę, jak i poza bo­iskiem. Przy­wo­ły­wa­ne są tak­że sce­ny, któ­re po­ka­zu­ją dziec­ko ska­za­ne na prze­ży­wa­nie swo­je­go dzie­ciń­stwa z dala od ro­dzi­ny. Czę­sto ule­gał tę­sk­no­cie za do­mem oraz uro­kiem pro­ste­go i szczę­śli­we­go ży­cia na Ma­de­rze.

Ni­g­dy jed­nak nie zwąt­pił w swój ta­lent. Dla­te­go sta­wiał so­bie nowe wy­zwa­nia, któ­re z bie­giem cza­su prze­kształ­ci­ły się w ścież­kę ka­rie­ry: naj­pierw do­stać się do Na­cio­na­lu Ma­de­ra, na­stęp­nie przejść te­sty w Spor­tin­gu, za­cząć od słab­szych skła­dów i do­stać się do wyj­ścio­wej je­de­nast­ki; trans­fer do Man­che­ste­ru Uni­ted, żeby zo­stać oczkiem w gło­wie Fer­gu­so­na i osią­gnąć mi­strzo­stwo Pre­mier Le­ague, Eu­ro­py i zdo­być na­gro­dę w ple­bi­scy­cie Zło­tej pił­ki (Bal­lon d'Or); za­grać w Hisz­pa­nii, w Re­alu Ma­dryt. A póź­niej... Co ma być, to bę­dzie. Wie to tyl­ko Cri­stia­no.

Cri­stia­no sta­wiał pierw­sze pił­kar­skie kro­ki na uli­cach ro­dzin­nej Ma­de­ry. Są­sie­dzi wspo­mi­na­ją go jako chu­de­go i wy­so­kie­go chło­pa­ka z pił­ką przy­kle­jo­ną do nogi, za­wsze chęt­ne­go do zor­ga­ni­zo­wa­nia me­czu na łące, je­śli za­wod­ni­ków było wy­star­cza­ją­co dużo, albo na środ­ku dro­gi, z ka­mie­nia­mi usta­wio­ny­mi za­miast słup­ków. "Jak po­ja­wiał się sa­mo­chód, za­bie­ra­li­śmy ka­mie­nie, a kie­dy prze­je­chał, usta­wia­li­śmy je na nowo i da­lej gra­li­śmy" - wspo­mi­na pił­karz. Je­śli nie miał z kim po­grać, go­dzi­na­mi ko­pał pił­kę o ścia­nę.

Wi­dać było, że ma wa­run­ki. Wy­róż­niał się nie tyl­ko ta­len­tem, ale i od­wa­gą. Grał, żeby się ba­wić i ba­wić in­nych, ale ni­g­dy się nie wy­co­fy­wał, kie­dy mie­rzył się ze star­szy­mi od sie­bie. Na­wet wte­dy, gdy ob­ry­wał zde­cy­do­wa­nie za bar­dzo pod­czas pierw­szych dzie­cię­cych roz­gry­wek. Już wte­dy nie zno­sił prze­gra­nych. Sta­rał się uni­kać ich za wszel­ką cenę, dla­te­go wie­lo­krot­nie roz­strzy­gał me­cze sam (tej wady nie zdo­łał do dziś w peł­ni wy­ru­go­wać), ale kie­dy nie wy­gry­wał, ob­ra­żał się na cały świat: na prze­ciw­ni­ków, na ko­le­gów i na sa­me­go sie­bie. Cza­sem wy­bu­chał zło­ścią i inni chłop­cy się z nie­go na­śmie­wa­li. Na­zy­wa­li go "płacz­kiem". To jed­nak tyl­ko po­bu­dza­ło go do dzia­ła­nia i sa­mo­do­sko­na­le­nia, by nie prze­cho­dzić po­now­nie ta­kie­go po­ni­że­nia. Nie ma zna­cze­nia, czy to pił­ka, te­nis, bi­lard czy ping-pong, któ­ry był i jest jego ulu­bio­ną roz­ryw­ką. W tej kwe­stii nic się nie zmie­ni­ło.

Nuno Luz, je­den z naj­bliż­szych Cri­stia­no por­tu­gal­skich dzien­ni­ka­rzy, au­tor fil­mu do­ku­men­tal­ne­go "Pla­ne­ta Ro­nal­do" (SIC, 2007), umiesz­cza mło­de­go Ro­nal­do w kon­tek­ście sy­tu­acyj­nym: "Wy­cho­wy­wa­ła go uli­ca, w bied­nej dziel­ni­cy mia­sta. Tu­taj, je­śli nie masz cha­rak­te­ru, to cię zje­dzą. Albo dep­czesz, albo cię zdep­czą. A on ni­g­dy nie po­zwo­lił się po­de­ptać".

Ro­dzi­na za­wsze była dla Cri­stia­no miej­scem schro­nie­nia i punk­tem od­nie­sie­nia. Naj­młod­szy z czwór­ki ro­dzeń­stwa, przy­szedł na świat 5 lu­te­go 1985 roku w Fun­chal, sto­li­cy Ma­de­ry. Ro­dzi­na Ma­ríi Do­lo­res dos San­tos i José Di­ni­sa Ave­iro miesz­ka­ła pod ad­re­sem Qu­in­ta do Fal­cao w San An­to­nio, bied­nej dziel­ni­cy Fun­chal. Mia­sto jest cen­trum tu­ry­stycz­nym, ofe­ru­ją­cym przy­jezd­nym luk­su­sy nie­do­stęp­ne dla więk­szo­ści ze 100 000 miesz­kań­ców. Wśród nich była ro­dzi­na Dos San­tos Ave­iro, któ­ra wraz z po­ja­wie­niem się na świe­cie Ro­nal­do po­więk­szy­ła się do sze­ściu osób - dwie sio­stry, Cátia i Elma, oraz brat Hugo - i miesz­ka­ła w za cia­snym miesz­ka­niu ko­mu­nal­nym, ze zbyt cien­ki­mi ścia­na­mi i sła­bym azbe­sto­wym da­chem, któ­ry słu­żył do­dat­ko­wo za do­mo­wą pral­nię.

Mat­ka Do­lo­res była sprzą­tacz­ką i ku­char­ką. Oj­ciec José Di­nis był miej­skim ogrod­ni­kiem i już wte­dy za­czy­nał mieć pro­ble­my z pi­ciem. Nie prze­le­wa­ło im się. Mimo wszyst­ko pierw­sze lata Cri­stia­no były bar­dzo szczę­śli­wie. Szko­ła sta­ła na dru­gim pla­nie, ale mia­ła zna­cze­nie, po­nie­waż świad­czy­ła o sta­ra­niach ro­dzi­ców, żeby po­tom­stwo mia­ło lep­szą przy­szłość. Jed­nak pił­ka była na­pę­dem ży­cio­wym. My­ślał o niej, kie­dy otwie­rał oczy z rana i kie­dy kładł się spać z pił­ką obok po­dusz­ki. Cza­sa­mi "za­po­mi­nał" wró­cić na obiad czy ko­la­cję, bo roz­gry­wał mecz, albo ucie­kał przez okno w swo­im po­ko­ju, żeby nie słu­chać zrzę­dze­nia mamy, kie­dy zno­wu szu­kał ko­le­gów i prze­ciw­ni­ków do po­gra­nia "w gałę". "Cią­gle gra­łem w pił­kę. To naj­bar­dziej lu­bi­łem ro­bić" - wspo­mi­na. "Kie­dy wra­cał do domu, py­ta­łam, czy ma coś za­da­ne i za­wsze od­po­wia­dał, że nic. Ła­pał jo­gurt albo owoc i ucie­kał, żeby grać. Wra­cał po nocy" - opo­wia­da Ma­ría Do­lo­res.

Cri­stia­no pół ży­cia spę­dzał na uli­cy, gra­jąc i ko­rzy­sta­jąc z ła­god­ne­go kli­ma­tu wy­spy. Są­sie­dzi i zna­jo­mi pa­mię­ta­ją go za­wsze z pił­ką przy no­dze i uśmie­chem na ustach.

"Wie­dzie­li­śmy, że ma ta­lent, to było oczy­wi­ste, ale ni­g­dy nie wy­obra­ża­li­śmy so­bie, że osią­gnie to, co osią­gnął" - mówi Elma, sio­stra pił­ka­rza. Ja­sne też było, że cała ro­dzi­na od sa­me­go po­cząt­ku roz­bu­dza­ła dzie­cię­ce ma­rze­nia Cri­stia­no. Mama, dwie sio­stry - Cátia i Elma, brat Hugo, a przede wszyst­kim oj­ciec, José Di­nis. To on na­le­gał, żeby Cri­stia­no miał na dru­gie Ro­nal­do, na cześć uwiel­bia­ne­go ak­to­ra, a na­stęp­nie pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ro­nal­da Re­aga­na. Pierw­sze imię wy­bra­ła pra­cu­ją­ca w sie­ro­ciń­cu cio­cia ze stro­ny mat­ki.

Pił­kar­skie­go bak­cy­la zła­pał wła­śnie od swo­je­go ojca, za­pa­lo­ne­go ki­bi­ca, któ­ry - jak więk­szość miesz­kań­ców wy­spy - każ­dą wol­ną chwi­lę po­świę­cał pił­ce. W week­en­dy do­ra­biał na­wet jako od­po­wie­dzial­ny za sprzęt i po­rzą­dek w lo­kal­nej dru­ży­nie Clu­be de Fu­te­bol An­do­rin­ha. Przy­jaź­nił się z Fer­n?o So­usą, sze­fem dru­ży­ny, dla­te­go wy­brał go na chrzest­ne­go swo­je­go naj­młod­sze­go syna. W dniu chrztu roz­gry­wa­ny był mecz i - ku roz­pa­czy pro­bosz­cza - obaj spóź­ni­li się na uro­czy­stość. So­usa ode­grał też klu­czo­wą rolę w pierw­szych la­tach ży­cia Ro­nal­do.

Jako sze­ścio­la­tek mały Cri­stia­no za­mie­nił im­pro­wi­zo­wa­ne bo­iska as­fal­to­we na wspi­na­ją­cych się wy­so­ko ulicz­kach wo­kół domu na praw­dzi­wą mu­ra­wę z kre­do­wy­mi li­nia­mi i mniej wię­cej re­gu­la­mi­no­wy­mi bram­ka­mi w klu­bie CF An­do­rin­ha. Któ­re­goś dnia po­szedł ze swo­im ku­zy­nem Nuno na test i zo­stał od razu przy­ję­ty. Klu­bo­wi tre­ne­rzy zo­rien­to­wa­li się, że tra­fił im się wy­jąt­ko­wy dar z nie­ba: chło­pak z wro­dzo­nym ta­len­tem i za­dzi­wia­ją­cą, jak na ten wiek, wolą wal­ki. To mu zresz­tą zo­sta­ło. Po dwu­dzie­stu la­tach te dwie ce­chy naj­le­piej cha­rak­te­ry­zu­ją jego spo­sób gry.

Nie trze­ba było dłu­go cze­kać, żeby sta­ło się o nim na wy­spie gło­śno. Przy­zwy­cza­jo­ny do sta­wa­nia w szran­ki ze star­szy­mi i więk­szy­mi od sie­bie - na uli­cy nie ma ka­te­go­rii, są tyl­ko ry­wa­le - roz­bił obo­wią­zu­ją­cą w klu­bie An­do­rin­ha hie­rar­chię i na każ­dym kro­ku za­ska­ki­wał tre­ne­rów. Roz­wi­ja­ne zdol­no­ści da­wa­ły mu prze­wa­gę nad ko­le­ga­mi i prze­ciw­ni­ka­mi, ale pierw­szy tre­ner, Sar­din­ha Afon­so, wspo­mi­na, że naj­więk­sze wra­że­nie ro­bił jego cha­rak­ter: "To był praw­dzi­wy wo­jow­nik".

Ruis San­tos, pre­zes klu­bu, po­twier­dza: "Bar­dzo nie lu­bił prze­gry­wać. Za­wsze chciał wy­gry­wać i pła­kał, kie­dy to się nie uda­wa­ło". W do­dat­ku klub An­do­rin­ha nie za­li­czał się do sil­nych dru­żyn na wy­spie. Były me­cze, w któ­rych z góry za­kła­da­no prze­gra­ną, i to zna­czą­cą. Cri­stia­no nie chciał w nich uczest­ni­czyć, ale oj­ciec wie­dział, jak po­bu­dzić w nim du­cha ry­wa­li­za­cji: "Tyl­ko sła­bi dają za wy­gra­ną". To zda­nie już za­wsze bę­dzie wy­brzmie­wać w jego gło­wie.

Kwe­stią cza­su było uzna­nie, że klub An­do­rin­ha sta­nie się dla nie­go za cia­sny. Jego dzie­cię­ce wy­czy­ny (jak ten, kie­dy po prze­gra­nej 0:2 pierw­szej po­ło­wie roz­pła­kał się w szat­ni i bez uzgad­nia­nia z kim­kol­wiek, do­pro­wa­dził - do­słow­nie sam - do wy­ni­ku 3:2) szyb­ko do­tar­ły do dwóch naj­waż­niej­szych klu­bów na wy­spie: Ma­ríti­mo i Na­cio­na­lu. Cri­stia­no prze­zy­wa­ny był już wów­czas psz­czół­ką (la abe­lin­ha) z po­wo­du nie­zmier­nej ru­chli­wo­ści, bły­ska­wicz­nych uni­ków i do­kucz­li­wo­ści dla li­nii obro­ny prze­ciw­ni­ków. I cho­ciaż jemu bar­dziej pa­so­wa­ło Ma­ríti­mo (sta­dion był bli­sko domu), osta­tecz­nie tra­fił do klu­bu Na­cio­nal, któ­ry oka­zał się szyb­szy w sfor­ma­li­zo­wa­niu spra­wy niż klub kon­ku­ren­cyj­ny, któ­re­go przed­sta­wi­ciel nie sta­wił się na osta­tecz­ne spo­tka­nie. Pierw­szy trans­fer Ro­nal­do - za któ­re­go za­pła­co­no ostat­nio 96 mi­lio­nów euro - kosz­to­wał dwa­dzie­ścia pi­łek i dwa peł­ne ze­sta­wy wy­po­sa­że­nia dla dru­ży­ny dzie­cię­cej An­do­ri­nii. Chrzest­ny Fer­n?o So­usa, kie­row­nik ju­nio­rów w Na­cio­na­lu, miał klu­czo­we znacz­nie w ca­łej ope­ra­cji. Zresz­tą nie po raz ostat­ni.

W klu­bie Na­cio­nal, do któ­re­go tra­fił jako dzie­się­cio­la­tek, szyb­ko od­kry­to ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­ne za­wod­ni­ka. An­to­nio Men­do­nça, jego ów­cze­sny tre­ner, tak je okre­śla: "Szyb­kość ope­ro­wa­nia pił­ką, zwo­dów i strza­łu. Roz­gryw­ki ulicz­ne na­uczy­ły go sztu­czek, któ­re po­mo­gły mu grać z chło­pa­ka­mi star­szy­mi i sil­niej­szy­mi. Tam też wzmoc­nił swój cha­rak­ter. Był bar­dzo od­waż­ny". W se­zo­nie 1995/96 w wie­ku dzie­się­ciu lat zdo­by­wa pierw­szy w swo­im ży­ciu ty­tuł w dzie­cię­cych mi­strzo­stwach re­gio­nal­nych.

Etap w dru­ży­nie Na­cio­nal był dla Cri­stia­no pierw­szym do­świad­cze­niem szko­le­nio­wym. "Przede wszyst­kim mu­sie­li­śmy sto­czyć wal­kę o to, żeby zro­zu­miał, że pił­ka to sport ze­spo­ło­wy. Po­tra­fił prze­chwy­cić pił­kę i sam dry­blo­wać do bram­ki prze­ciw­ni­ka. Miał tak sil­ne po­czu­cie wyż­szo­ści, że rzad­ko po­da­wał pił­kę. Po­zo­sta­li za­wod­ni­cy zno­si­li to, bo wy­gry­wa­li­śmy róż­ni­cą dzie­wię­ciu czy dzie­się­ciu bra­mek". Stop­nio­wo tre­ne­rzy na­uczy­li się nim kie­ro­wać i na­ci­skać od­po­wied­nie gu­zi­ki. "Nie lu­bił pu­blicz­nej kry­ty­ki, był bar­dzo dum­ny. Trze­ba było zwra­cać mu uwa­gę na osob­no­ści. Wte­dy słu­chał i się do­sto­so­wy­wał" - przy­zna­je En­ri­que Te­lin­has, inny tre­ner umie­jęt­no­ści tech­nicz­nych pra­cu­ją­cy w no­wym klu­bie.

Ka­rie­ra w klu­bie Na­cio­nal tak­że nie trwa­ła dłu­go. Dzię­ki temu, że klub od­gry­wa zna­czą­cą rolę w hi­sto­rii por­tu­gal­skie­go spor­tu, mło­dy za­wod­nik zwró­cił uwa­gę naj­więk­szych łow­ców ta­len­tów, któ­rzy za­czę­li do­kład­niej przy­glą­dać się jego po­stę­pom. Nie trze­ba było dłu­go cze­kać, żeby klu­by FC Por­to i Bo­avi­sta za­czę­ły się nim in­te­re­so­wać. Jed­nak prze­wa­gę zdo­był Spor­ting, wy­ko­rzy­stu­jąc daw­ny dług za­cią­gnię­ty przez klub z wy­spy. W ope­ra­cji po­now­nie uczest­ni­czył chrzest­ny, Fer­n?o So­usa. Dru­gą waż­ną po­sta­cią był Jo?o Ma­rqu­?s de Fre­itas, pre­zes fan­klu­bu Spor­tin­gu na Ma­de­rze, gdzie miał za za­da­nie wy­ła­py­wać ta­len­ty dla dru­ży­ny z Li­zbo­ny.

To dzię­ki jego na­le­ga­niom dzia­ła­cze Spor­tin­gu zgo­dzi­li się na te­sty. Wła­ści­wie były to dwa spraw­dzia­ny, któ­re od­by­ły się w Wiel­kim Ty­go­dniu 1997 roku. Na dru­gi dzień przy­szedł przed­sta­wi­ciel szkół­ki Spor­tin­gu, Au­re­lio Pe­rei­ra, któ­ry nie mógł uwie­rzyć, że ten wy­so­ki i chu­dy chło­pak jest tak do­bry, jak twier­dzą tre­ne­rzy uczest­ni­czą­cy w pierw­szym dniu te­stów. To oni - Pau­lo Car­do­so i Osval­do Si­lva - pod­pi­sa­li się pod pierw­szą no­tat­ką o Cri­stia­no: "Gracz wy­bit­nie uta­len­to­wa­ny, bar­dzo wy­so­ki roz­wój tech­nicz­ny. Po­sia­da wy­róż­nia­ją­cą się umie­jęt­ność zwo­dów w ru­chu i w miej­scu".

Ro­nal­do przy­stą­pił do spraw­dzia­nu z prze­ko­na­niem, że bę­dzie przy­ję­ty. "W noc po­prze­dza­ją­cą po­dróż w ogó­le nie spa­łem. Ni­g­dy nie le­cia­łem sa­mo­lo­tem. Po­je­cha­łem z mamą. By­łem bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny, osła­bio­ny i chu­dy. To było do­bre do­świad­cze­nie. Czu­łem się pew­ny sie­bie i spo­koj­ny. Wie­dzia­łem, że mnie we­zmą, by­łem pew­ny, że im się spodo­bam".

Jed­nak sama po­zy­tyw­na opi­nia nie wy­star­czy­ła, żeby Spor­ting osta­tecz­nie prze­pro­wa­dził trans­fer Cri­stia­no, bo wła­ści­wie o to wte­dy cho­dzi­ło. I nie była to ope­ra­cja ta­nia ani pro­sta. Uczest­ni­czy­li w niej i tre­ne­rzy tech­nicz­ni z aka­de­mii, i pre­ze­si klu­bu, po­nie­waż kwo­ta wy­no­si­ła oko­ło 22,5 ty­sią­ca euro. Na tyle klub Na­cio­nal był za­dłu­żo­ny po prze­ka­za­niu za­wod­ni­ka o na­zwi­sku Fran­co. Wo­bec opo­rów dy­rek­cji fi­nan­so­wej klu­bu Pe­re­ira mu­siał na­pi­sać nowe spra­woz­da­nie, w któ­rym za­pew­niał: "Pro­po­no­wa­na kwo­ta może wy­da­wać się prze­sad­na jak na dwu­na­sto­let­nie­go chło­pa­ka. Jed­nak ma on tak duży ta­lent, że na­le­ży to po­trak­to­wać jako waż­ną in­we­sty­cję na przy­szłość". Osta­tecz­nie klub Lwów[2] umo­rzył dług Na­cio­na­lu w za­mian za chłop­ca z Ma­de­ry, cho­ciaż ni­g­dy wcze­śniej nie za­pła­cił ani gro­sza za gra­cza dru­ży­ny dzie­cię­cej. Pod ko­niec czerw­ca 1997 roku szef fi­nan­so­wy klu­bu z Li­zbo­ny, Si­m?es de Al­me­ida, udzie­lił po­zwo­le­nia na prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji. Na­wet nie wie­dział, że zro­bił je­den z naj­lep­szych in­te­re­sów w hi­sto­rii Spor­ting Clu­be de Por­tu­gal.