2
Sam fakt, że mieszkasz w wieży, nie czyni cię księciem
Sama jazda nie była tak tragiczna, jak się obawiałam.
Co nie znaczy, że czuję się jakoś super, ale to pewnie dlatego, że byłam w podróży przez cały dzień i po prostu chcę dostać się gdzieś - gdziekolwiek - gdzie mogę zostać dłużej niż na postoju. Nie mówiąc już o naprawdę długiej przejażdżce skuterem śnieżnym.
A jeśli to miejsce jest również ciepłe i pozbawione lokalnych dzikich zwierząt, których wycie słyszę w oddali, to jestem za. Zwłaszcza że wszystko poniżej mojej talii chyba zasnęło...
Jestem w trakcie próby wymyślenia, jak obudzić mój bardzo zdrętwiały tyłek, kiedy nagle zbaczamy ze szlaku (i mam na myśli "szlak" w najluźniejszym znaczeniu tego słowa), którym podążałyśmy, i wkraczamy na coś w rodzaju płaskowyżu na zboczu góry. Przedzieramy się przez kolejne zagajniki drzew, aż w końcu dostrzegam przed sobą światła.
- Czy to Akademia Katmere?! - krzyczę.
- Tak! - Macy zmniejsza trochę prędkość, balansując wokół drzew zupełnie, jakbyśmy były na gigantycznym torze slalomowym. - Powinnyśmy tam dotrzeć za jakieś pięć minut!
Dzięki Bogu. Gdybym zabawiła tutaj nieco dłużej, rzeczywiście mogłabym stracić palec lub trzy, nawet będąc w podwójnych wełnianych skarpetach. Każdy wie, że Alaska nie należy do ciepłych miejsc. Muszę jednak przyznać, że jest cholernie zimno, na co kompletnie nie byłam przygotowana.
W oddali rozbrzmiewa kolejny ryk. Kiedy w końcu udaje się nam wydostać z gąszczu drzew, cała moja uwaga skupia się na ogromnym budynku stojącym przed nami, do którego zbliżamy się z każdą kolejną sekundą.
Może jednak powinnam powiedzieć, że oto wyłania się przed nami ogromny zamek, ponieważ budynek, na który patrzę, w niczym nie przypomina nowoczesnej budowli. I absolutnie nie nasuwa też skojarzenia z żadną ze szkół, które do tej pory widziałam. Próbowałam to miejsce wygooglować, zanim tu dotarłam, najwyraźniej jednak Akademia Katmere jest tak elitarna, że nawet Google o niej nie słyszało. Po pierwsze, jest wielka, naprawdę wielka i... rozległa. Z tego miejsca wygląda tak, jakby ceglany mur przed zamkiem przecinał górę w połowie.
Po drugie, jest elegancka. Serio, naprawdę elegancka, z architekturą, którą znałam jedynie ze słyszenia na zajęciach poświęconych sztuce. W konstrukcji dominują sklepione i przyporowe łuki oraz olbrzymie, ozdobne okna.
I po trzecie, kiedy podjeżdżamy bliżej, nie mogę przestać się zastanawiać, czy to moje oczy mnie oszukują, czy też z zamkowych murów wystają gargulce - prawdziwe gargulce. Wiem, że to tylko moja wyobraźnia, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie spodziewałam się zobaczyć Quasimodo czekającego na nas, gdy w końcu dotrzemy na miejsce.
Macy podjeżdża pod ogromną bramę z przodu szkoły i wprowadza kod. W kilka sekund brama się otwiera. I znów jedziemy.
Im bliżej jesteśmy, tym bardziej wszystko wydaje się surrealistyczne. Jakbym była uwięziona w horrorze lub obrazie Salvadora Dalí. Akademia Katmere może i jest gotyckim zamkiem, ale przynajmniej nie ma fosy, mówię sobie, gdy przebijamy się przez ostatni zagajnik drzew. I żadnego ziejącego ogniem smoka strzegącego wejścia. Tylko długi, kręty podjazd, który wygląda jak każdy inny szkolny podjazd, który widziałam w telewizji - z wyjątkiem tego, że jest pokryty śniegiem. Wielki szok. I prowadzi prosto do ogromnych, niesamowicie zdobionych drzwi wejściowych szkoły.
Antycznych drzwi. Drzwi zamkowych.
Potrząsam głową, próbując to wszystko ogarnąć. Tak ma teraz wyglądać moje życie?
- Mówiłam ci, że nie będzie źle - mówi Macy, podjeżdżając do przodu i rozpryskując śnieg dookoła. - Nie widzieliśmy nawet karibu, a co dopiero wilka.
Ma rację, więc tylko przytakuję i udaję, że nie jestem tym wszystkim przytłoczona.
Udaję, że mój żołądek nie jest zaciśnięty w supeł, a cały mój świat nie wywrócił się do góry nogami po raz drugi w ciągu miesiąca.
Udaję, że wszystko jest w porządku.
- Przynieśmy twoje walizki do pokoju i rozpakujmy cię. To pomoże ci się zrelaksować.
Macy schodzi ze skutera śnieżnego, po czym zdejmuje kask i czapkę. Po raz pierwszy widzę ją bez tego całego zimowego sprzętu i nie mogę się nie uśmiechnąć na widok jej tęczowych włosów. Są ścięte na krótko i lekko zmierzwione. Po trzech godzinach w kasku teoretycznie powinny przylegać płasko do jej czaszki. Zamiast tego wygląda, jakby właśnie wyszła z salonu.
Jej kurtka, buty i spodnie narciarskie są do siebie idealnie dopasowane, sprawiając, że wygląda jak modelka z okładki jakiegoś magazynu o modzie z alaskańskiej dziczy.
Swoją drogą, jestem pewna, że mój wygląd wskazuje, że przeszłam trwającą kilka rund walkę z wkurzonym karibu. I przegrałam. Fatalnie. Co wydaje się zrozumiałe, bo tak właśnie się czuję.
Macy szybko rozładowuje moje walizki i tym razem chwytam dwie z nich. Daję jednak radę zrobić tylko kilka kroków w górę, w stronę długiego podjazdu wiodącego do imponujących drzwi wejściowych zamku. Zaraz potem dają o sobie znać problemy z oddychaniem.
- To wysokość - mówi Macy, zabieraj jedną z walizek z mojej ręki. - Wspinałyśmy się dość szybko, a ponieważ pochodzisz z terenów na wysokości poziomu morza, zajmie ci kilka dni, żeby przyzwyczaić się do tego jak rozrzedzone jest powietrze tutaj w górze.
Sama myśl o niemożności oddychania sprawia, że jestem bliska ataku paniki, który ledwo trzymałam na wodzy przez cały dzień. Zamykając oczy, biorę głęboki oddech - lub tak głęboki, jaki tylko mogę tutaj wziąć - i próbuję go zwalczyć.
Wdech, wytrzymać pięć sekund, wydech. Wdech, przytrzymać przez dziesięć sekund, wydech. Wdech, przytrzymać przez pięć sekund, wydech. Tak jak uczyła mnie mama Heather. Doktor Blake jest terapeutką i daje mi wskazówki, jak radzić sobie z niepokojem, z którym zmagam się od śmierci rodziców. Ale nie jestem pewna, czy jej wskazówki są w stanie pomóc zwalczyć to wszystko bardziej, niż ja sama to potrafię.
Mimo to nie mogę stać tu bez końca niczym figura lodowa albo jeden z wpatrujących się we mnie gargulców. Zwłaszcza że nawet mając zamknięte oczy, wyczuwam promieniujące od Macy pokłady troski.
Biorę jeszcze jeden głęboki oddech i ponownie otwieram oczy, obdarzając kuzynkę uśmiechem, choć daleko mi do wesołości.
- Jak to mówią, udawaj tak długo, aż stanie się to prawdą, co nie?
- Będzie dobrze - odpowiada, patrząc na mnie ze współczuciem. - Po prostu stój przez chwilę w miejscu, aż złapiesz oddech. Zaniosę twoje walizki do drzwi.
- Mogę to zrobić sama.
- Poważnie, dam radę. Wyluzuj na chwilę. - Podnosi rękę w znanym na całym świecie geście stopu. - Nigdzie się nam nie śpieszy.
W jej tonie jest nieme błaganie o uniknięcie kłótni, więc odpuszczam dalszą dyskusję. Zwłaszcza że atak paniki, który próbuję odeprzeć, jeszcze bardziej utrudnia mi oddychanie. Zamiast tego przytakuję i patrzę, jak niesie walizki - jedną po drugiej - aż do drzwi wejściowych szkoły.
W tym momencie mój wzrok przykuwa błysk koloru nad nami.
Jest tam i znika tak szybko, że nawet szukając go, nie mogę być pewna, czy kiedykolwiek istniał. Nagle pojawia się znowu. Błysk czerwieni w oświetlonym oknie najwyższej wieży.
Nie wiem, kto to jest, ani dlaczego to w ogóle ma znaczenie, ale zatrzymuję się tam, gdzie jestem. Obserwuję, czekając. Zastanawiam się, czy ta osoba, kimkolwiek jest, pojawi się ponownie.
Nie mija wiele czasu, gdy to następuje.
Nie widzę wyraźnie - odległość, ciemność i zniekształcona szyba w oknach nie ułatwiają mi obserwacji - ale mam wrażenie, że dostrzegam silną szczękę, kudłate ciemne włosy i czerwoną kurtkę na tle światła.
To niewiele i nie ma powodu, dla którego miałoby to przykuć moją uwagę - z pewnością nie ma powodu, dla którego miałoby to utrzymać moją uwagę - jednak tracę poczucie czasu. Macy wtaszczyła moje trzy walizki na szczyt schodów. Dopiero wtedy przytomnieję.
- Gotowa by spróbować jeszcze raz? - woła w dół ze swojego miejsca w pobliżu drzwi wejściowych.
- Och, tak. Oczywiście. - Zaczynam wchodzić na ostatnie trzydzieści lub więcej stopni, ignorując to, że kręci mi się w głowie. Choroba wysokościowa - jeszcze jedna rzecz, o którą nigdy nie musiałam się martwić w San Diego.
Fantastycznie.
Ostatni raz spoglądam w okno i już nie jestem zaskoczona, że ktokolwiek patrzy na mnie z góry, bo już dawno zniknął. Mimo to przechodzi mnie niewytłumaczalny dreszcz rozczarowania. Nie ma to najmniejszego sensu, więc całkowicie to olewam. Mam teraz większe powody do zmartwienia.
- To miejsce jest niewiarygodne - zwracam się do kuzynki, gdy otwiera jedne z drzwi i wchodzimy do środka.
A niech mnie, myślałam, że cały zamek z jego spiczastymi łukami i misterną kamieniarską robotą był imponujący z zewnątrz. Teraz, kiedy zobaczyłam wnętrze... jestem całkiem pewna, że powinnam dygnąć. Albo przynajmniej wytrzeć buty i się kłaniać. To znaczy, wow! Po prostu... wow!
Sama nie wiem, gdzie zerknąć najpierw: na wysoki sufit z misternym żyrandolem z czarnego kryształu czy na trzaskający głośno kominek, który dominuje na całej prawej ścianie foyer.
W końcu wybieram kominek, z powodu ciepła. I dlatego, że jest cholernie wspaniały, a jego obudowa to kunsztowny wzór z kamienia i witraży, który odbija światło płomieni przez cały pokój.
- Całkiem fajne, co? - mówi Macy z uśmiechem, stając za moimi plecami.
- Megafajne - zgadzam się. - To miejsce jest...
- Magiczne. Wiem. - Unosi brwi wymownie, dodając: - Chcesz zobaczyć więcej?
Naprawdę chcę. Wciąż daleko mi do pogodzenia się z mieszkaniem w internacie na Alasce, ale to nie znaczy, że nie chcę obczaić zamku. Prawdziwego zamku, z kamiennymi ścianami i wyszukanymi gobelinami. Nie mogę się powstrzymać od patrzenia na nie, gdy torujemy sobie drogę przez wejście do jakiegoś wspólnego pokoju.
Jedynym problemem jest to, że im głębiej wchodzimy do szkoły, tym więcej uczniów napotykamy. Niektórzy stoją w osobnych grupach, rozmawiając i śmiejąc się, inni siedzą przy kilku drewnianych stołach, pochyleni nad książkami, telefonami lub ekranami laptopów. W tylnym rogu jednego pokoju, na kilku antycznych kanapach w różnych odcieniach czerwieni i złota, rozłożyła się grupa sześciu facetów grających na xboksie na ogromnym telewizorze, podczas gdy kilku innych studentów tłoczy się wokół nich, żeby popatrzeć.
Dopiero gdy podchodzimy bliżej, zdaję sobie sprawę, że nie oglądają gry wideo. Ani swoich książek. Ani nawet swoich telefonów. Zamiast tego wszyscy patrzą na mnie, gdy Macy prowadzi mnie (mówiąc "prowadzi", mam na myśli "paraduje ze mną") przez środek pokoju.
Czując ścisk w żołądku, pochylam głowę, żeby ukryć moje bardzo widoczne zażenowanie. Rozumiem, że każdy chce zobaczyć nową dziewczynę - zwłaszcza gdy jest siostrzenicą dyrektora szkoły - ale nie ułatwia mi to znoszenia obserwacji ze strony grupy obcych ludzi. Zwłaszcza że jestem prawie pewna, że moje zmaltretowane kaskiem włosy wyglądają okropnie.
Unikanie kontaktu wzrokowego i próba opanowania oddechu absorbują mnie na tyle, że nie jestem w stanie rozmawiać, gdy torujemy sobie drogę przez pokój. Dopiero gdy wychodzimy na długi, kręty korytarz, w końcu mówię do Macy:
- Nie mogę uwierzyć, że chodzisz tu do szkoły.
- Obie chodzimy tu do szkoły - przypomina mi z szybkim uśmiechem.
- Tak, ale... - urywam. Dopiero co tu przyjechałam. I nigdy nie czułam się bardziej nie na miejscu.
- Ale? - powtarza, wyginając brwi w łuk.
- To naprawdę jest coś. - Przyglądam się wspaniałym witrażom, które biegną wzdłuż zewnętrznej ściany i misternym rzeźbionym formom, które przystrajają łukowaty sufit.
- Tak to prawda. - Zwalnia, żebym mogła za nią nadążyć. - Ale to jest dom.
- Twój dom - szepczę, starając się nie myśleć o domu, który zostawiłam za sobą, w którym najbardziej szaloną rzeczą były umieszczone na ganku dzwoneczki wietrzne i bączki mojej matki.
- Nasz dom - poprawia mnie, wyciągając swój telefon i wysyłając szybki SMS. - Zobaczysz. A skoro już o tym mowa, mój tata chce, żebym pomogła ci w wyborze rodzaju pokoju.
- Rodzaju pokoju? - powtarzam, skanując wzrokiem zamek, a przed oczami migają mi jak żywe hordy duchów i rycerzy w zbrojach.
- Cóż, wszystkie pojedyncze pokoje na ten semestr zostały już przydzielone. Tata powiedział mi, że możemy poupychać parę osób razem, byś miała jeden dla siebie, ale tak naprawdę miałam nadzieję, że może zechcesz zamieszkać ze mną. - Przez sekundę uśmiecha się z nadzieją, ale po tym szybko przybiera poważną minę. - To znaczy, całkowicie rozumiem, że możesz potrzebować trochę przestrzeni dla siebie teraz po...
I znowu to wygaszenie. Dostrzegam to tak samo, jak za każdym razem. Zwykle to ignoruję, ale tym razem nie mogę się powstrzymać od pytania:
- Po czym?
Tylko ten jeden raz chcę, żeby ktoś inny to powiedział. Może wtedy poczuję się bardziej realnie, nie jak żywcem wyjęta z koszmarnego snu.
Ale kiedy Macy wzdycha i jej twarz przybiera kolor śniegu leżącego na zewnątrz, zdaję sobie sprawę, że to nie będzie ona. I że to niesprawiedliwe z mojej strony oczekiwać, że tak będzie.
- Przepraszam - szepcze, wyglądając prawie tak, jakby zamierzała się rozpłakać.
Tylko nie to. Po prostu nie. To ostatnia potrzebna mi teraz rzecz, kiedy jedyne co trzyma mnie w pionie, to moja złośliwa postawa i zdolność do szufladkowania wszystkich i wszystkiego.
Nie zamierzam ryzykować utraty kontroli nad jednym z moich poczynań. Nie tutaj, na oczach mojej kuzynki i wszystkich innych, którzy mogą przechodzić obok. I nie teraz, kiedy ze spojrzeń wszystkich gapiów jasno wynika, że jestem najnowszą atrakcją w zoo.
Więc zamiast wtopić się w Macy i przytulić, czego tak bardzo potrzebuję, zamiast pozwolić sobie na myślenie o tym, jak cholernie tęsknię za domem, rodzicami i moim życiem, wycofuję się i obdarzam ją najlepszym uśmiechem, na jaki mogę się zdobyć.
- To co, pokażesz mi nasz pokój?
Troska w jej oczach się nie zmniejsza, ale dostrzegam przebłyskujący z nich spokój.
- Nasz pokój? Naprawdę?
Wzdycham głęboko i całuję na pożegnanie moje marzenia o odrobinie spokojnej samotności. Nie jest to tak trudne, jak powinno być, ale siłą rzeczy w ciągu ostatniego miesiąca straciłam o wiele więcej niż własną przestrzeń.
- Naprawdę. Mieszkanie z tobą brzmi idealnie.
Już raz ją zdenerwowałam, co zupełnie nie jest w moim stylu. Tak samo jak wyrzucanie kogoś z jego pokoju. Poza tym, że jest to niegrzeczne i trąci nepotyzmem, wydaje się również idealną drogą do wkurzania ludzi, co zdecydowanie nie jest teraz na mojej liście rzeczy do zrobienia.
- Super! - Macy szczerzy się i otacza mnie ramionami, obdarzając szybkim, ale potężnym uściskiem. Potem zerka na swój telefon i przewraca oczami.
- Tata nadal nie odpowiedział na SMS-a. Jest naprawdę beznadziejny w takich sprawach. Posiedź sobie tutaj, a ja po niego pójdę, okej? Wiem, że chce cię zobaczyć.
- Mogę iść z tobą...
- Proszę, usiądź, Grace. - Wskazuje na ozdobne krzesła w stylu prowansalskim, które stoją z obu stron małego stolika do szachów znajdującego się w alkowie na prawo od schodów. - Założę się, że jesteś wyczerpana i szczerze mówiąc, panuję nad sytuacją. Odpręż się na chwilę, podczas gdy ja sprowadzę tatę.
Wiem, że ma rację. Boli mnie głowa i nadal źle mi się oddycha, więc po prostu przytakuję i zapadam się w najbliższym krześle. Jestem bardzo zmęczona i nie pragnę niczego więcej niż oprzeć głowę o krzesło i zamknąć oczy na minutę. Ale boję się, że zasnę, jeśli to zrobię. A nie chcę ryzykować, że będę dziewczyną przyłapaną na ślinieniu się na korytarzu pierwszego dnia... lub kiedykolwiek, jeśli o to chodzi.
Bardziej po to, żeby nie odpłynąć, niż z prawdziwego zainteresowania, podnoszę jedną z leżących przede mną figur szachowych. Jest zrobiona z misternie wyrzeźbionego kamienia, a moje oczy rozszerzają się, gdy uświadamiam sobie, na co patrzę. Doskonałe odwzorowanie wampira, aż po czarną pelerynę, przerażający grymas i obnażone kły. Tak dobrze pasuje do klimatu gotyckiego zamku, że nie mogę się powstrzymać od śmiechu. W dodatku jest przepięknie wykonany.
Zaintrygowana sięgam po figurę z drugiej strony szachownicy i prawie śmieję się na głos, kiedy zdaję sobie sprawę, że to smok - zadziorny, królewski, z ogromnymi skrzydłami. Jest absolutnie piękny.
Tak jak i cały zestaw.
Odkładam go tylko po to, by podnieść kolejnego smoka. Ten jest mniej zadziorny, ale z jego sennymi oczami i złożonymi skrzydłami sprawia wrażenie bardziej skomplikowanego. Patrzę na niego uważnie, zafascynowana dokładnym dopracowaniem detali - od idealnych punktów na skrzydłach, do starannego zakręcenia każdego szponu - odzwierciedla tylko to, jak wiele uwagi artysta włożył w bierkę. Nigdy nie byłam fanką szachów, ale ten zestaw może zmienić moje zdanie na temat owej gry.
Odkładam figurę smoka, przesuwam się na drugą stronę szachownicy i podnoszę królową wampirów. Jest piękna, ma długie, lejące się włosy i misternie zdobioną pelerynę.
- Na twoim miejscu byłbym ostrożny, jeśli o nią chodzi. Ma paskudne ugryzienie - odzywa się ktoś niskim, dudniącym głosem dobiegającym z tak bliska, że prawie spadam z krzesła. Zamiast tego podskakuję, odkładając z łoskotem figurę szachową, po czym obracam się w miejscu, a serce wali mi jak szalone, wyłącznie po to, by znaleźć się twarzą w twarz z najbardziej onieśmielającym facetem, jakiego kiedykolwiek widziałam. I to nie tylko dlatego, że jest seksowny... chociaż zdecydowanie jest.
Ma w sobie coś więcej, coś innego, potężnego i przytłaczającego, choć nie mam pojęcia, co to jest. To znaczy, wiem. Ma taką twarz, o jakiej uwielbiali pisać dziewiętnastowieczni poeci - zbyt intensywną, by być piękną, i zbyt uderzającą, by być czymkolwiek innym.
Kości policzkowe w kształcie drapaczy chmur. Pełne czerwone usta.
Szczęka tak ostra, że mogłaby przeciąć kamień. Gładka, alabastrowa skóra.
I jego oczy... bezdenny obsydian, który widzi wszystko, ale nic nie pokazuje, otoczony najdłuższymi, najbardziej obscenicznymi rzęsami, jakie kiedykolwiek widziałam.
A co gorsza, te wszechwiedzące oczy są teraz skupione na mnie z laserową precyzją. Znienacka ogarnia mnie przerażenie, że może zobaczyć wszystkie te rzeczy, nad których ukryciem tak ciężko i długo pracowałam. Próbuję odwrócić głowę, próbuję oderwać wzrok od jego spojrzenia, ale nie mogę. Jestem przez nie uwięziona, zahipnotyzowana czystym magnetyzmem, który wypływa z niego falami.
Przełykam ciężko ślinę, próbując złapać oddech. Bez skutku.
On zaczyna się szczerzyć, jeden kącik jego ust unosi się w wykrzywionym uśmiechu, który czuję w każdej komórce mego ciała. To tylko pogarsza sprawę, bo ten uśmieszek mówi mi, że on dokładnie wie, jaki ma na mnie wpływ. I co gorsza, że sprawia mu to przyjemność.
W tym momencie ogarnia mnie irytacja, topiąc odrętwienie, w którym trwałam od śmierci rodziców. Owo osłupienie było jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie od krzyku przez cały dzień, każdego dnia, na niesprawiedliwość tego wszystkiego. Na ból, przerażenie i bezradność, które zawładnęły całym moim życiem.
To nie jest dobre uczucie. A fakt, że spowodował je ten facet - z tym uśmiechem, twarzą i zimnymi oczami, które nie odrywają się ode mnie, jednocześnie nie pozwalając mi na zbyt wiele - tylko wkurza mnie bardziej.
Właśnie ta złość w końcu daje mi siłę, by uwolnić się od jego wzroku. Odrywam oczy, po czym desperacko szukam czegoś innego - czegokolwiek innego - na czym mogłabym się skupić.
Niestety, stoi tuż przede mną i to tak blisko, że blokuje mi widok na wszystko inne.
Zdeterminowana by uniknąć jego spojrzenia przenoszę wzrok na jego długie, szczupłe ciało i momentalnie żałuję, że to zrobiłam. Czarne dżinsy i T-shirt, który ma na sobie, tylko podkreślają jego płaski brzuch i twarde, dobrze zarysowane bicepsy. Nie wspominając już o podwójnie szerokich ramionach, które blokują pole widzenia w pierwszej kolejności.
Jeśli dodać do tego gęste, ciemne włosy, które są trochę za długie, tak że opadają na twarz, i na jego cudownie doskonałe kości policzkowe, nie pozostaje nic innego, jak tylko się poddać, jak przyznać, że ten chłopak jest seksowny, czy to z obrzydliwym uśmiechem, czy bez.
Trochę niegodziwy, wielce nieokiełznany, ogólnie mówiąc - niebezpieczny.
Kiedy tylko sobie to uświadamiam, niewielka ilość tlenu, którą udało mi się wciągnąć do płuc na tak dużej wysokości, całkowicie znika, co przyprawia mnie o jeszcze większą wściekłość. No, poważnie. Kiedy dokładnie stałam się bohaterką jakiegoś romansu dla nastolatków? Nowa dziewczyną śliniąca się na widok najgorętszego, najbardziej nieosiągalnego chłopaka w szkole?
Żałosne. To się nie może stać.
Zdeterminowana, aby zdusić już w zarodku to, co się we mnie rodzi, zmuszam się do popatrzenia na jego twarz ponownie. Tym razem, kiedy nasze spojrzenia spotykają się i zderzają, zdaję sobie sprawę, że nie ma znaczenia, czy zachowuję się jak żywcem wyjęta z obciachowego romansidła.
Bo to na pewno nie jest jego bajka.
Jedno spojrzenie i wiem, że ten brunet ze wzrokiem, w którym dominuje arogancja, którego cała postawa aż krzyczy "pieprzę cię", nie nadaje się na bohatera czyjejkolwiek historii miłosnej. Z całą pewnością nie mojej.