Na wstępie chcę się zastrzec, że nie wiem, jak należy wychowywać upośledzone dziecko. Nie mogę tego wiedzieć choćby dlatego, że mam tylko jedno niewidome dziecko, a na wyciągnięcie ostatecznych wniosków, mimo obiecujących sygnałów, jest jeszcze - mam nadzieję - dużo czasu. Nie wiem, czy droga, którą obrałam, jest dobra, dokąd prowadzi i czy w ogóle dokądkolwiek prowadzi. Możemy swobodnie eksperymentować, w końcu to nasze życie.
Ogólnie rzecz ujmując, okres mojego dzieciństwa, aż do mniej więcej piętnastego roku życia, postrzegam jako serię zamglonych, niewyraźnych obrazów. Są pewne wydarzenia, historie, które wyróżniają się spośród innych, niczym latarnia morska, która świeci wyraźnie widocznym światłem na dalekim horyzoncie: tak, to stało się, kiedy miałem osiem lat, a tamto, kiedy byłem nastolatkiem, ale w zasadzie swego dzieciństwa nie pamiętam. Dziwne. Nie mam pojęcia, czy to normalne, czy nie. Moje wspomnienia, może na skutek jakichś psychicznych urazów, nie utrwaliły się. Myślę, że nie całkiem bez powodu.
Tego, że chciałam zajść w ciążę i mieć jeszcze jedno dziecko, bylebym tylko nie musiała grać w teatrze kolejnej bohaterki powieści László Németha, nie nazwałabym świadomym planowaniem rodziny. W tamtym czasie nudziłam się w teatrze w Kecskemét i wolałam uciec od obowiązków, zamiast je w kółko powtarzać. Moja córka miała wtedy prawie trzy lata i w pełni cieszyła się atrakcjami życia w domu aktora na prowincji: otwartymi drzwiami, wesołymi, dobrze opłacanymi, w stosunku do naszych skromnych pensji, wspólnymi nianiami, towarzystwem innych dzieci, które skazane były na wychowywanie się w grupie, oraz dużą, odpowiednią do okoliczności wolnością. Uznałam, że na dwudziestu ośmiu metrach kwadratowych, za regałem z książkami, zmieściłoby się jeszcze jedno dziecko. Nie spędzę chyba całego życia w teatrze w Kecskemét i przeniosę się wreszcie na stałe do Budapesztu, zanim ta dwójka przerośnie regał. Z grubsza tak właśnie myślałam o powiększeniu rodziny, wychowywaniu dwojga dzieci, wspólnym życiu z ich ojcem, który mieszkał w Budapeszcie, oraz ze stanowiącym dodatek do naszego życia szorstkowłosym jamnikiem, a także pozostającym z nim w symbiozie syjamskim kotem.
Poprzednie dwa sezony teatralne upłynęły mi w taki sposób, że pakowałam do trabanta oba zwierzaki, wsadzałam córkę do będącego jeszcze w początkowym stadium rozwoju technologicznego fotelika dziecięcego i ruszaliśmy, zależnie od sytuacji, albo do Kecskemét, albo do Budapesztu. Jeśli brałam udział w przedpołudniowych próbach, to oddawałam córkę do żłobka, a wieczorem, gdy grałam w przedstawieniu, zajmowała się nią niania. W nocy po spektaklu, gdy już spała, zabierałam ją do samochodu i rano budziła się w swoim łóżeczku w Budapeszcie. Dziecko było kooperatywne, nie robiło problemu z jeżdżenia w tę i z powrotem. Kiedy już nauczyła się mówić, rankami pytała mnie tylko, czy jedziemy do żłobka dłuższą czy krótszą drogą. Wydawało się, że to wszystko da się ogarnąć z jeszcze jednym dzieckiem. Zmieszczą się w trabancie - kot i pies podróżują i tak na tylnej półce samochodu. Ojciec córki był pełen zrozumienia i niezawodny. Jako że widział mnie w roli bohaterki powieści László Németha, nie musiałam mu długo tłumaczyć, dlaczego wolałabym dziewięciomiesięczną ciążę od sześciotygodniowych prób. I stało się. Pod koniec sezonu do moich teatralnych kostiumów krawcowe musiały doszyć dodatkowo dziesięć centymetrów materiału. Po ostatnim spektaklu pożegnałam się ze wszystkimi na jeden sezon, a dyrektor ani słowem nie wspomniał, że stawiam ich w trudnej sytuacji. Nienawidziliśmy się po cichu i dyskretnie, a to ułatwiało sprawę. Oboje o tym wiedzieliśmy. Życzył mi dużo zdrowia, po czym z ulgą zamknął za mną drzwi swego gabinetu. Lato upłynęło pod znakiem różnych innych zajęć, wakacji, przybierania na wadze oraz drobnych zmian. Trabanta zamieniliśmy na zastavę. Postawiliśmy w pokoju piętrowe łóżko, wymontowaliśmy jego dolną część, a w to miejsce wstawiliśmy łóżeczko z zabezpieczającą kratką, a następnie spróbowaliśmy wytłumaczyć trzylatce, że będzie miała rodzeństwo, albo chłopca, albo dziewczynkę, i doszliśmy do wniosku, że dla wszystkich byłoby najlepiej, gdyby urodziła się jednak dziewczynka. Byłoby to dla nas znacznie wygodniejsze. W zasadzie jej ojciec wolał chłopca, ale o tym dowiedziałam się dopiero po przyjściu na świat mojego syna, a nawet znacznie później, kiedy w końcu urodził mu się zdrowy syn z innego związku. Przypuszczam, że właśnie takiego sobie wymarzył. Zdrowego chłopaka. I pewnie nie obraziłby się, gdyby udało mu się to za pierwszym razem.
Nie zamierzaliśmy robić z tego wielkiego halo. Innym też rodził się braciszek albo siostrzyczka, no, może z wyjątkiem mnie; kiedy byłam mała, okropnie się bałam, że moja mama, która wychowywała mnie sama, zakocha się w kimś i odtąd będę musiała się dzielić nią z tym kimś. W moich koszmarnych snach urodziło mi się nawet rodzeństwo, które miało takie same prawa do mojej matki co ja. Na szczęście upiekło mi się. Mnie tak.
Byłyśmy z moją matką silnie związane. W naszej relacji nie było miejsca dla nikogo innego. Mimo tamtych moich uprzedzeń byłam pewna, że wszystko potoczy się gładko i samoistnie. Uparcie chciałam wierzyć, że los odwdzięczy mi się, chociaż nie będę go szanować. Zatem nie ma się czego bać.
A było czego. Z drobnymi różnicami udało mi się skopiować relację z moją matką w relacjach z własną córką. Zupełnie nie przeszkadzała mi w tym obecność jej ojca. Zawłaszczyłam ją, uwielbiałam i chwaliłam się nią przy każdej okazji, bo wydawało mi się, że jest doskonała. I taka była. Mogłam się domyślać, że jej radość z oczekiwania rodzeństwa nie płynie z serca, ale nie chciałam tego brać pod uwagę. Do szpitala na porodówkę, po umówieniu się z ginekologiem, zawiozłam siebie sama samochodem, zamienionym już wówczas na zastavę. Ojciec mojej córki zabierze ją do babci, gdzie później dostanie gorączki; i tak będzie przez kolejnych dziesięć, piętnaście lat, za każdym razem, kiedy uwaga przestanie być skupiona na niej. Nie spodziewałam się, że z powodu zazdrości, połączonej z bezradnością, temperatura na termometrze może podskoczyć do czterdziestu stopni. Wymioty doprowadziły ją prawie do odwodnienia. Chciała w ten sposób pokazać wszystkim, że nie życzy sobie tego, co się ma wydarzyć. Ale ciąży w dziewiątym miesiącu nie da się cofnąć. To oczywiste, że bez względu na okoliczności dziecko przyjdzie na świat i stanie się jej rodzeństwem.
Później, podczas częstych i głośnych kłótni między nimi, powracającym argumentem, który ucinał dyskusję, było zdanie wypowiadane przez moją córkę, wznoszącą się niczym twierdza nad swoim młodszym bratem i wymierzającą w niego ostateczny cios:
- To ja byłam tutaj pierwszym dzieckiem.
I miała rację.
W drodze do szpitala, na Placu Madácha, została mi w ręku dźwignia zmiany biegów zastavy. Jako że auto było na pierwszym biegu, wtoczyłam się do znajdującego się tam jeszcze wówczas serwisu samochodowego i uprzejmie zapytałam, czy mogliby mi z powrotem zmontować skrzynię biegów, zanim pojawiające się co piętnaście minut skurcze zwiększą swoją częstotliwość. Pracownicy warsztatu spoglądali na siebie z niepokojem, bo choćby po moich rozmiarach widać było, że nie wyolbrzymiam. Na pytanie, dlaczego jadę sama, czemu mnie nikt nie zawiezie do szpitala, na przykład ojciec szykującego się na świat dziecka, nie umiałam odpowiedzieć. Byłoby to normalne dla tych, którzy potrafią dzielić się swoimi problemami z innymi osobami i prosić je o pomoc. Moje życie prawdopodobnie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdybym nie chciała w kółko wszystkim udowadniać, że człowiek nie powinien prosić o pomoc, tylko z pokorą samodzielnie zmierzyć się z problemem. Najwyżej potem, gdy mu się to uda, będzie się przechwalać i kłaniać przed wyimaginowaną publicznością, licząc na gromkie oklaski. Wydawało mi się logiczne, że skoro to ja jestem w ciąży, to i ja będę rodzić na porodówce. Nikt inny nie jest mi do tego potrzebny. W końcu dźwignię biegów też chciałam sama wsadzić z powrotem na miejsce, tylko mi to nie wyszło. Fachowa wiedza to potęga, nie zaszkodzi niekiedy uchylić przed nią czoła. Gdy skurcze zaczęły się pojawiać co dziesięć minut, byłam już w szpitalu.
W 1988 roku uznano za pewnego rodzaju rewolucję w dziedzinie położnictwa fakt, że po wcześniejszej cesarce chciałam urodzić siłami natury. Mój kolega ginekolog, jeszcze wtedy stażysta, wspierał mnie w tym i to nie jego wina, że nadgorliwy ordynator oddziału w ostatnim momencie porodu wbił swój łokieć w mój brzuch, przekonany, że tak będzie dla mnie najlepiej. Faktycznie, nie mógł już bardziej pogorszyć sytuacji. Co prawda udało mi się uniknąć cesarki, ale myśląc o porodzie, wyobrażałam sobie coś bardziej transcendentalnego niż widok lekarza, który położył się na moim brzuchu. I tak, choć bardzo tego chciałam, nie udało mi się doświadczyć radości płynącej z porodu. W przeciwieństwie do mnie ojciec mojego dziecka, który odnalazł się do tego czasu, był wielce zadowolony, że urodził mu się syn. Ja czułam się trochę rozczarowana, chyba wolałam dziewczynkę, ale jeszcze bardziej chciałam, aby to wszystko już się skończyło. Położnik pozwolił ojcu dziecka, a swojemu koledze lekarzowi, przeciąć pępowinę, ale to mistyczne przeżycie również mnie ominęło, ponieważ w tym czasie z przerażeniem przyglądałam się noworodkowi, który, na pierwszy rzut oka, miał wybrakowany podbródek, czerwoną buzię, mrużył swoje podejrzanie czarne oczy i pod każdym względem wydawał się dużym krokiem wstecz w porównaniu z moją córką, która przyszła na świat trzy i pół roku wcześniej. Z tyłu czaszki, w okolicach karku, miał sporą wypukłość, którą można było niemalże wziąć w rękę. Ojciec dziecka musiał dostrzec moje głębokie rozczarowanie, bo pogłaskał główkę spoczywającej na moim brzuchu obcej istoty i zbliżywszy dłoń do owej guli uspokoił mnie głosem, jakim zwykł przemawiać do swoich pacjentów.
- Cóż począć? Będzie świetnie widzieć z tak dobrze rozwiniętym ośrodkiem wzroku.
To było pierwsze zdanie, które Tomi usłyszał w pierwszych chwilach swego życia. Jako że otaczający mnie mężczyźni, zapominając w przypływie radości o mnie, poszli wspólnie napić się szampana, zostałam sama z leżącym na moim brzuchu noworodkiem. Był pomarszczony i nie podobał mi się, ale miałam nadzieję, że z czasem jakoś się wygładzi. Patrzyłam na jego buzię, próbując załapać z nim kontakt wzrokowy. Bezskutecznie. U nas w rodzinie wszyscy mają brązowe oczy, dlatego długo cieszyłam się, że moja córka czarowała swoje otoczenie najpierw niebieskimi, a potem wpadającymi w szarość tęczówkami, aż w końcu w wieku dwóch lat dołączyła do grona brązowookich członków rodziny.
Twarzyczka Tomiego sprawiała wrażenie asymetrycznej, jakby jego jedno oko było większe od drugiego i daleko im było do błękitu. Wydawały się czarne, choć sama nie byłam pewna, bo zdaje się drgały. Znałam go dopiero od pół godziny, więc pomyślałam, że mam jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby ktoś wytłumaczył mi to dziwne zjawisko. Zakładając, że ktoś inny też je widzi. Jakiś czas później, po wypiciu butelki szampana beze mnie, za to za moje zdrowie, mężczyźni wrócili i zabrali dziecko na salę dla noworodków. Ja poczłapałam na salę poporodową i wreszcie, po wielu miesiącach, położyłam się na brzuchu, po czym zasnęłam z wyczerpania. Nie chciałam baby roomu ani tego, by postawili jego łóżeczko obok mego łóżka. Właściwie niespecjalnie mi się podobał i pomyślałam, że przyszłych dwadzieścia lat w zupełności wystarczy, abym uświadomiła mu, że jestem jego matką. Zakładałam, że przez ten czas ja również zdążę się przyzwyczaić do myśli, że on jest moim synem.
Następnego ranka, podczas karmienia, badawczym wzrokiem przyglądałam się jego oczom w świetle lampy, która stała za mną. Wyglądały na zaczerwienione. Kocie oczy. Obracałam go, patrzyłam na niego z każdej strony, on zaś mrużył swoje nadal jeszcze drgające gałki oczne. Pomyślałam, że gdyby coś było nie tak, pediatra powiadomiłby mnie o tym, a skoro nic nie powiedział, to na pewno wszystko jest w porządku. Po przyjściu na świat otrzymał dziesięć punktów w skali Apgar, co oznaczało, że jest zdrowy, rozwinięty i ma prawidłowe zwężenie źrenic. "Skoro ma, to ma" - pomyślałam sobie i o nic nie pytałam. Choć sama tego nie widziałam. Jego podekscytowanemu ojcu, który kursował między szpitalem a domem, w którym wymiotowało nasze starsze dziecko z gorączką, również nic nie powiedziałam. Nie dałam po sobie poznać, że mam złe przeczucia, bo jednocześnie byłam pewna, że się mylę. Moją córkę urodziłam w końcu przez cesarskie cięcie, być może dzieci, które przychodzą na świat siłami natury, są bardziej zmęczone, a ich źrenice wolniej reagują na bodźce. Skąd miałabym to wiedzieć.
Czekałam. Czekałam na to, że w końcu zniknie z jego oczu ta podejrzana czarna plama, którą widziałam w światle lampy zawieszonej nad moim łóżkiem. Za każdym razem, gdy podawano mi go do rąk, byłam pewna, że spojrzy już na mnie kolorowymi, niebieskimi oczami noworodka. Jak nie teraz, to następnym razem. Jak nie dziś, to jutro rano albo wieczorem. Kiedyś na pewno. Muszę tylko być cierpliwa. Pięć dni później dostaliśmy wypis ze szpitala. Ani pediatra, ani ojciec mojego syna, również lekarz, nie wspomnieli o niczym, co wskazywałoby na jakiekolwiek odchylenie od normy. Na pewno zwariowałam. Przejdzie mi. W każdym razie tęsknota za moją córką przyćmiła problem, który tak naprawdę nie istniał. Cieszyłam się, że jesteśmy już w domu. Nie oczekiwałam wielkiego entuzjazmu z jej strony, miałam nadzieję, że sytuacja sama się rozwiąże. Inni też mają rodzeństwo i jakoś z tym żyją. Sama tymczasem doskonale wiedziałam, że moja miłość jest niepodzielna. Moją córkę kochałam, zaś synem opiekowałam się, karmiłam go, zmieniałam mu pieluszki, tak jak należy. Ale różnice między nimi były widoczne już od początku. Moja córka, która należała do pokolenia wychowanego na podręcznikach Spocka, zawsze wypijała do dna dokładnie wyznaczoną przez pediatrę dawkę pokarmu, po czym padała ze zmęczenia. Tomi miał osiem dni, kiedy wspólnie ze mną postanowił wyrzucić do śmietnika słynną książkę Spocka. Wysysał połowę wyliczonego co do grama pokarmu w butelce ze smoczkiem, po czym odwracał głowę.
Ach, pomyślałam sobie, nie masz w ogóle pojęcia o odruchu ssania, który uruchamia się po dotknięciu niemalże każdego punktu na takiej malutkiej buzi jak twoja. Kiedy przystawiam smoczek do krawędzi twoich ust, powinieneś go połknąć jak ryba przynętę! Z rutyną, jak doświadczona matka, przykładałam smoczek butelki do buzi ośmiodniowego bobasa, który konsekwentnie odwracał od niej głowę. Nie byłam w stanie go nakarmić. A dokładniej mówiąc, nie potrafiłam nakarmić go zgodnie z zasadami. Moja córka śmiała się ze mnie, a ojciec dziecka z żywym zainteresowaniem obserwował toczącą się między nami walkę o pozycję, którą ośmiodniowy dzieciak wygrywał ze mną z dużą przewagą. A może po prostu buntował się przeciwko naukowemu wychowaniu albo przeciwko czemuś innemu, o czym jeszcze wtedy nie wiedziałam.
Jednak jakiś trudny do określenia blady niepokój wkradł się do mojej komfortowo urządzonej duszy: skoro ośmiodniowe dziecko już teraz stawia na swoim, to później powinnam spodziewać się innych niespodzianek. Ale o tym też nie rozmawialiśmy, tylko wzruszaliśmy ramionami, śmialiśmy się i zmierzaliśmy ku kolejnym dniom.
* * *