7
Chyba umknęła mi puenta
Spodziewałam się, że Jaxon zatrzyma się zaraz za drzwiami stołówki i powie to, co ma do powiedzenia, jednak powinnam była wiedzieć lepiej... Przecież nie lubi robić scen w miejscach publicznych. Zatem kiedy puszcza drzwi, które trzymał otwarte przede mną, i odchodzi korytarzem, zgaduję, że kieruje się do swojej wieży.
Ale w ostatniej sekundzie skręca i zamiast udać się na prowadzące do jego pokoju schody, zabiera mnie na górę tymi, którymi można dojść do mojego.
Moje odczucia zaczynają przypominać film klasy B, z tą różnicą, że zamiast Pomidora, który pożarł Cleveland jest Smutek, który pochłonął dziewczynę, gargulca i całe cholerne góry. Zawsze w jego pokoju odbywaliśmy poważne rozmowy, spędzaliśmy czas, a nawet się obmacywaliśmy. To, dokąd mnie prowadzi, podpowiada mi wszystko, co muszę wiedzieć o czekającej mnie rozmowie.
Kiedy już jesteśmy na górze, otwieram drzwi i wchodzę, spodziewając się, że Jaxon za mną podąży, ale zamiast tego staje przy ozdobionej koralikami zasłonie Macy, a na jego przystojnej twarzy maluje się po raz pierwszy, od nie wiem jak dawna, niepewność.
- Wiesz, że zawsze jesteś u mnie mile widziany - wyduszam słowa z zaciśniętego gardła, starając się udawać, że wszystko jest w porządku. - Nic się nie zmieniło.
- Wszystko się zmieniło - poprawia.
- Tak - przyznaję, chociaż bardzo pragnę temu zaprzeczyć. - Chyba tak.
Oddycham coraz szybciej, bo czuję, jakby wielki głaz spoczywał na mojej piersi, co nie ma nic wspólnego z tym, że jestem gargulcem, tylko z rodzącą się we mnie paniką. Obracam się plecami do niego, próbując złapać oddech w taki sposób, aby tego nie widział.
Jednak Jaxon zna mnie lepiej, niż mogłabym tego sobie życzyć, więc nagle staje przede mną i wielkimi dłońmi obejmuje moje małe, mówiąc:
- Oddychaj ze mną, Grace.
Nie mogę. Nie mogę zaczerpnąć powietrza. Nie mogę mówić. Mogę jedynie stać tu i czuć, że się duszę.
Czuję się, jakby ziemia umykała mi spod stóp, a ściany wokół mnie się zamykały.
Jakby moje ciało zwróciło się przeciwko mnie, pragnąc mnie zniszczyć, tak samo jak zewnętrzne siły, od walki z którymi zaczynam się męczyć.
- Wdech... - Wciąga głęboko powietrze i przez chwilę zatrzymuje je w płucach. - I wydech. - Wypuszcza je w powolnym, nieregularnym tempie. A kiedy jedynie gapię się na niego szeroko otwartymi oczami, on mocniej ściska moje dłonie. - No dalej, Grace. Wdech... - Ponownie nabiera powietrza.
Oddycham, choć nie tak głęboko i równo jak on - jestem pewna, że brzmię przy tym, jakbym krztusiła się krwawym naleśnikiem - a mimo to powietrze wpływa do moich płuc.
- Właśnie tak - mówi, pocierając moje ramiona i ręce. Ma to być uspokajające - i nawet takie jest - ale również mnie niszczy, ponieważ nie odbieram tego tak, jak powinnam. Nie czuję, że to mój dawny Jaxon mnie dotyka, przynajmniej nie w taki sposób, jak robił to kiedyś.
Powoli i z wielkim trudem udaje mi się zapanować nad atakiem paniki. Kiedy strach odchodzi i w końcu ponownie mogę oddychać, opieram czoło o pierś chłopaka, który natychmiast mnie obejmuje, więc nie potrzeba dużo czasu, bym chwyciła go w pasie.
Nie wiem, jak długo stoimy tak w siebie wtuleni, ale wiem, że to pożegnanie. Boli bardziej, niż się tego spodziewałam.
- Przykro mi - mówi w końcu i mnie puszcza. - Bardzo mi przykro, Grace.
Walczę z pragnieniem ponownego przylgnięcia do niego, aby móc go ściskać tak długo, jak tylko zdołam.
- To nie twoja wina - mówię łagodnie.
- Nie chodziło mi o atak paniki, chociaż z jego powodu również mi przykro. - Przeczesuje włosy palcami i po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru widzę wyraźnie całą jego twarz. Wygląda okropnie, jakby był zagubiony, zdruzgotany i cierpiał tak samo jak ja. Może nawet bardziej. - Przykro mi z powodu tego wszystkiego. Gdybym mógł cofnąć to swoje nieostrożne zachowanie, tę chwilę całkowitego egoizmu i naiwności, zrobiłbym to w okamgnieniu. Ale nie mogę, a teraz... - Jego oddech staje się nierówny. - A teraz jesteśmy tutaj i nie mogę nic z tym, kurwa, zrobić.
- Poradzimy sobie. To zajmie nam trochę czasu, ale...
- To nie jest takie proste. - Kręci głową, zaciskając mocno zęby. - Może sobie poradzimy, a może nie. Ale spójrz na siebie, Grace. Jesteś w okropnym stanie, doświadczasz ataków paniki - urywa i nerwowo przełyka ślinę. - Ranię cię, a to ostatnia rzecz, której pragnę.
- Więc tego nie rób. - Tym razem to ja obejmuję jego. - Nie rób tego, proszę.
- To już się stało. Właśnie to staram ci się powiedzieć. To, co teraz czujemy... to tylko ból fantomowy, jak po utracie kończyny. Wciąż boli, choć nic już nie ma. I nigdy więcej nie będzie... jeśli nadal będziemy się tak zachowywać.
- To wszystko, czym według ciebie jesteśmy? - pytam, gdy ból uderza we mnie z siłą wielkiego młota. - Czymś, co kiedyś miało jakieś znaczenie?
- Jesteś dla mnie wszystkim, Grace. Byłaś, odkąd cię pierwszy raz zobaczyłem. Ale nam nie wychodzi. Za bardzo boli. Nas wszystkich.
- Teraz boli, ale przecież nie musi tak być. Nasza więź została zerwana, ale to nie oznacza, że nie można również zerwać tej z Hudsonem...
- Wydaje ci się, że tego właśnie chcę? - pyta ostro. - Żyję od dwustu lat i to był najgorszy ból, jaki przyszło mi znosić. Myślisz, że tego właśnie dla ciebie pragnę? I dla Hudsona? - mówi ochryple, następnie odchrząkuje, kręci głową, nabierając głęboko powietrza, po czym powoli je wypuszcza, nim dodaje: - Wiem, że cierpi, ilekroć widzi nas razem.
Również kręcę głową.
- Mylisz się. Mówiłam ci, Jaxon. Jesteśmy przyjaciółmi i Hudson się z tym pogodził.
- Nie widzisz go, gdy odchodzisz - upiera się. - Już raz zabiłem brata, bo byłem arogancki, dziecinny i uważałem, że tak należy postąpić, bo nie ma innego wyjścia. Więcej tego nie zrobię, nie w ten sposób. Nie zamierzam krzywdzić ani jego, ani ciebie.
- A co z tobą? - dociekam, nawet jeśli bije ode mnie ból. - Co po tym wszystkim stanie się z tobą?
- To nie ma znaczenia...
- Ależ ma! - rzucam głośno. - Dla mnie ma znaczenie.
- To moja wina, Grace. Wszystko. To ja jestem dupkiem, który naładował broń i który wyrzucił ją do śmieci. To, że zostałem z niej postrzelony jest moją winą.
- I to tyle? - pytam drżącym głosem. - Zrywamy i nawet nie mam prawa głosu?
- Masz je, Grace, i wybierasz... - milknie, a cień tego, co zamierzał powiedzieć, zawisa między nami jak duch.
- Wcale nie! - staram się wyjaśnić, ale słowa wychodzą z moich ust płaczliwym jękiem. - Nie kocham go, Jaxon. Nie tak, jak kocham ciebie.
- Pokochasz - odpowiada i wiem, jak wiele go to kosztuje. - Więź partnerska może powstać, gdy dwie osoby po raz pierwszy się spotykają i nawet nie znają swoich imion. Przypomnij sobie, jak było między nami. Jednak magia wie. Musisz jej jedynie zaufać. To jest to, co i ja powinienem był zrobić.
Odwracam wzrok, patrzę pod nogi, gdziekolwiek, byle tylko nie spoglądać na Jaxona, gdy pęka mi serce, jednak on tego nie widzi. Zamiast się cofnąć, tak jak bardzo tego pragnę, chwyta mnie za podbródek i odchyla mi głowę, aż nie mam wyjścia, muszę patrzeć w jego ciemne, pełne smutku oczy.
- Przepraszam, że nie walczyłem o nas z całych sił - mówi tak ochrypłym głosem, że ledwie go poznaję. - Zrobiłbym wszystko, aby ci tego oszczędzić. Oddałbym wszystko, aby odzyskać moją partnerkę.
Chcę mu powiedzieć, że przecież tu jestem i zawsze będę, ale oboje wiemy, że byłoby to kłamstwo. Przepaść między nami wciąż się powiększa i boję się, że pewnego dnia żadne z nas nie znajdzie sposobu, aby ją przeskoczyć.
Łzy napływają mi do oczu, więc mrugam gwałtownie, zdeterminowana nie płakać przy nim, bo nie chcę pogarszać tej sytuacji. Zamiast więc szlochać, jakbym tego pragnęła, robię to, co jako jedyne przychodzi mi do głowy, żeby było dobrze... a przynajmniej trochę lepiej niż teraz.
- Nigdy nie zdradziłeś mi puenty tamtego kawału - szepczę.
Patrzy na mnie ze zdumieniem. Chyba nie może uwierzyć, że przywołuję w takiej chwili, jak ta, coś tak niedorzecznego. Jednak mojemu związkowi z Jaxonem towarzyszyło wiele dobrych i złych emocji, więc nie chcę, żeby to się tak kiepsko skończyło.
Posyłam mu więc wymuszony uśmiech i ciągnę:
- Co powiedział pirat, gdy skończył osiemdziesiąt lat?
- Ach, ten. - Jaxon parska zbolałym śmiechem, ale to jednak wesołość, więc uznaję to za wygraną. Zwłaszcza gdy odpowiada: - Powiedział: "Jo ho, osiemdziesiąt butelek rumu na umrzyka skrzyni".
Patrzę na niego z otwartymi ustami, zaraz jednak kręcę głową.
- Wow.
- Wydaje się, że nie warto było tyle czekać, co?
To pytanie ma drugie dno, jednak w tym momencie nie mam siły, więc koncentruję się na dowcipie.
- Jest naprawdę słaby.
- Wiem.
Na jego twarzy pojawia się niewielki uśmiech, więc postanawiam utrzymać go tam jeszcze trochę. Może właśnie dlatego kręcę głową i dodaję:
- Bardzo, bardzo słaby.
Unosi brwi, a mi, nie będę kłamać, lekko drżą kolana, choć nie mają już do tego prawa.
- Myślisz, że stać cię na coś lepszego? - pyta.
- Wiem, że tak. Co robi piłkarz na środku ulicy?
Kręci głową.
- Nie wiem. Co takiego?
- Stoi... - zaczynam odpowiadać, ale Jaxon przerywa mi, zanim mam szansę dokończyć puentę, całuje mnie z całym tłumionym w sobie smutkiem, ale i frustracją oraz potrzebą, które aż kipią między nami.
Sapię, ale unoszę ręce, gdy palce świerzbią, aby po raz ostatni wsunąć je w jego włosy. Jednak już go nie ma, a trzask zamykanych drzwi jest jedynym dowodem na to, że w ogóle tu gościł.
Przynajmniej dopóki po moich policzkach nie zaczynają spływać łzy.