Cover Girl - Patrycja Strzałkowska

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Miłość to bez­in­te­re­sow­ne uczu­cie, któ­re jest czę­ścią ży­cia każ­de­go czło­wie­ka. Seks zaś to mi­łość fi­zycz­na, któ­ra jest na­tu­ral­na i in­stynk­tow­na. Za­głę­bia­nie się w de­fi­ni­cję tych dwóch wy­ra­zów jest, rzecz ja­sna, kom­plet­nie bez­sen­sow­ne i to­tal­nie zbęd­ne, po­nie­waż każ­dy do­sko­na­le wie, co one ozna­cza­ją. Mi­łość i seks łą­czą się ze sobą i sca­la­ją w jed­ność, two­rząc sil­ne po­wią­za­nie. Mi­łość bez sek­su jest nie­peł­na, a seks bez mi­ło­ści to pu­sty akt cie­le­sny.

Py­ta­nie, czy dla każ­de­go hap­py end ozna­cza to samo? Szczę­ście to świa­do­me po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji o swo­im wła­snym ży­ciu. Dla jed­ne­go ozna­cza to stwo­rze­nie ogrom­nej ro­dzi­ny, dla dru­gie­go jest to wsta­wie­nie za­je­bi­ste­go zdję­cia na In­sta­gra­mie, dla trze­cie­go prze­le­ce­nie jak naj­więk­szej licz­by lu­dzi, dla ko­lej­ne­go wła­dza, a dla jesz­cze ko­goś ogrom­ne kwo­ty na kon­cie ban­ko­wym. Każ­dy wy­obra­ża so­bie wy­ma­rzo­ną eg­zy­sten­cję ina­czej, na swój ob­raz i po­do­bień­stwo. Nie ma ide­al­ne­go mo­de­lu ży­cia, po­nie­waż wszy­scy na tym świe­cie mamy swo­je po­trze­by. Każ­dy jest inny. Bez wy­jąt­ku. Dla­te­go też ma­jąc tę wie­dzę, ła­twiej przy­jąć do wia­do­mo­ści in­for­ma­cję, że nie każ­dy jest zdol­ny, by ko­chać. Na­praw­dę! Nie­wy­klu­czo­ne, że na na­szej pla­ne­cie żyją lu­dzie o czar­nej du­szy, dla któ­rych mi­łość to za mało. Dla ta­kich osób kwe­stie nie­ma­te­rial­ne nie mają war­to­ści. Nie wie­rzą w Boga, nie wie­rzą w lu­dzi, nie wie­rzą w uczu­cia, po­nie­waż ufa­ją tyl­ko temu, co ma wy­mier­ną war­tość, naj­le­piej prze­li­czal­ną na pie­nią­dze. Czło­wiek nie ro­dzi się ani do­bry, ani zły. To przy­cho­dzi z cza­sem, wte­dy, gdy w na­szych gło­wach za­czy­na­ją się kon­kre­ty­zo­wać war­to­ści, i wte­dy, gdy moż­na już świa­do­mie oce­nić, ja­kie są skut­ki na­szych dzia­łań.

Taka wła­śnie była Mar­ty­na. Ob­cho­dzi­ło ją tyl­ko to, co dało się prze­li­czyć na pie­nią­dze. To co, że w środ­ku była kom­plet­nie pu­sta, sko­ro z wierz­chu ab­so­lut­nie ide­al­na? Cia­ło do­pra­co­wa­ne w każ­dym szcze­gó­le przy­po­mi­na­ło zdję­tą przed chwi­lą pro­sto z pół­ki lal­kę Bar­bie. Mia­ła prze­pięk­ne pla­ty­no­we wło­sy do pasa, któ­re od­bi­ja­ły zło­ci­ste pro­mie­nie słoń­ca, in­ten­syw­nie błę­kit­ne oczy, o ja­kich ma­rzą mi­lio­ny ko­biet, brzo­skwi­nio­wą cerę i ide­al­nie szczu­płą fi­gu­rę. Nie było w ca­łej Pol­sce dziew­czy­ny, któ­ra wy­glą­da­ła by tak jak ona. Mi­ja­jąc ją na uli­cy, moż­na było się za­sta­na­wiać, czy to aby na pew­no żywa isto­ta. Dla jed­nych była ide­ałem, a dla in­nych dmu­cha­ną lalą do ru­cha­nia, ale taką, w któ­rej pły­nie go­rą­ca krew i bije praw­dzi­we ser­ce. Czę­sto wzbu­dza­ła kon­tro­wer­sje, obrzy­dze­nie, a jed­no­cze­śnie za­chwyt. Czę­sto o niej mó­wi­li, oglą­da­li się za nią i wo­ła­li jej imię. Czy czu­ła się z tym źle? Ani tro­chę, ale... Chcia­ła wię­cej. Było jej za mało. Chcia­ła wię­cej roz­mów, wię­cej po­dzi­wu i wię­cej wszyst­kie­go. Czu­ła nie­do­syt.

Gdy była na­sto­lat­ką i nie była jesz­cze tak wy­ra­cho­wa­na, w jej du­szy od­zy­wa­ła się sa­mot­na proś­ba o mi­łość. Ale była tak ci­cha, że Mar­ty­na le­d­wo co ją sły­sza­ła. Je­den je­dy­ny raz zda­rzy­ła jej się przy­go­da na­zwa­na przez nią związ­kiem. W grun­cie rze­czy do praw­dzi­wej re­la­cji temu ukła­do­wi było bar­dzo da­le­ko. Opie­rał się on na wspól­nych ko­rzy­ściach ma­jęt­ne­go i, o czym war­to wspo­mnieć, żo­na­te­go męż­czy­zny oraz bar­dzo mło­dej, za­gu­bio­nej ko­bie­ty, któ­ra ni­g­dy w ży­ciu nie za­zna­ła opie­kuń­czej tro­ski ojca. Jak moż­na się do­my­ślać, ona wi­dzia­ła w nim ojca, a jemu za­le­ża­ło tyl­ko na paru szyb­kich nu­mer­kach w ho­te­lo­wym po­ko­ju i bra­ku zo­bo­wią­zań. Jak szyb­ko ten ro­mans się za­czął, tak samo szyb­ko się skoń­czył.

Po tym zda­rze­niu osta­tecz­nie stra­ci­ła na­dzie­ję i za­bi­ła głos, któ­ry wo­łał w jej gło­wie o odro­bi­nę mi­ło­ści. Jego echo wy­par­ła ze swo­ich wspo­mnień. Te­raz prze­sta­ła zaj­mo­wać się tym, co mi­nę­ło. Po cza­sie stać ją było na coś wię­cej niż pie­lę­gno­wa­nie wspo­mnień o tym, co umar­ło. To, co się wy­da­rzy­ło, i to, co ich łą­czy­ło, stra­ci­ło dla Mar­ty­ny zna­cze­nie, i praw­dę mó­wiąc, z ostat­ni­mi łza­mi po jego stra­cie po­zby­ła się z ser­ca resz­tek do­bro­ci. Czy on był temu wi­nien? Oczy­wi­ście, że nie. To ona zde­cy­do­wa­ła się na zwią­zek, któ­ry z góry był ska­za­ny na po­raż­kę, to ona pod­ję­ła de­cy­zję, że bę­dzie tyl­ko dziew­czy­ną z dziu­rą mię­dzy no­ga­mi, ni­kim wię­cej. Sama so­bie za­wdzię­cza to, że kom­plet­nie stra­ci­ła wia­rę w męż­czyzn: w ich szla­chet­ność, a na­wet czło­wie­czeń­stwo. Sama do­pro­wa­dzi­ła się do tego, że ostat­nią rze­czą, o któ­rej by po­my­śla­ła, było po­świę­ce­nie wszyst­kie­go dla mi­ło­ści. Seks stał się dla niej kar­tą prze­tar­go­wą i prze­stał się wią­zać z uczu­ciem. Był za­da­niem, za któ­re do­sta­wa­ła piąt­ki, dzie­siąt­ki i ty­sią­ce, głów­nie na kar­cie kre­dy­to­wej jej no­we­go part­ne­ra. W mgnie­niu oka wy­szła za nie­go za mąż. Nie mia­ła wła­ści­wie na co cze­kać, bo jego ze­gar bio­lo­gicz­ny od­mie­rzał ostat­nie lata ży­cia. Skoń­czył sześć­dzie­siąt osiem lat, gdy sta­nął na ślub­nym ko­bier­cu u boku mło­dej ko­bie­ty. Był zna­nym w ca­łej Pol­sce ak­to­rem z po­kaź­nym kon­tem ban­ko­wym, a Mar­ty­na jako jego żona kro­czy­ła obok nie­go prze­peł­nio­na prze­ko­na­niem, że wy­gra­ła ży­cie. Dziew­czy­na była pew­na, że sta­ła się kró­lo­wą, a jej mał­żo­nek cie­szył się z niej tak samo, jak z no­we­go sa­mo­cho­du. I szcze­rze mó­wiąc, wca­le nie ceni jej wy­żej od no­we­go mo­de­lu iPho­ne'a. Obo­je byli sie­bie war­ci. Rola nor­mal­no­ści w ich ży­ciu, była tyl­ko bla­dym cie­niem. Nie mu­sie­li nic przed sobą uda­wać, bo po co mie­li my­lić chęć pójś­cia do łóż­ka z mi­ło­ścią? On chciał wię­cej, ona chcia­ła jak naj­le­piej, on chciał jak naj­młod­szą, ona - jak naj­dro­żej się tyl­ko dało. Ona chcia­ła być sław­na, a on jej mógł to dać. To nie był ego­izm. To dwo­je po­pie­przo­nych lu­dzi: sta­ry zbo­cze­niec, któ­re­go ma­rze­niem było za­mo­cze­nie swo­je­go spróch­nia­łe­go pe­ni­sa w mło­dej du­pie, i dwu­dzie­sto­lat­ka o spa­czo­nej psy­chi­ce, któ­rej było wszyst­ko jed­no, jak zdo­bę­dzie to, o czym ma­rzy­ła. Czy­sta har­mo­nia, yin-yang.

To się dzie­je na­praw­dę. Tak wy­glą­da czy­jeś ży­cie, tak brzmią czy­jeś my­śli, tak ze­psu­ty jest świat lu­dzi, któ­rych co­dzien­nie mi­ja­my na uli­cy. Każ­dy ma swo­ją nor­mal­ność i każ­dy ina­czej ją de­fi­niu­je. Mar­ty­na wła­śnie tego chcia­ła i wła­śnie to do­sta­ła.

Za­du­fa­ne w so­bie typy w ide­al­nie do­pa­so­wa­nych gar­ni­tu­rach i z kłę­bią­cy­mi się w gło­wach brud­ny­mi, choć eks­klu­zyw­ny­mi my­śla­mi, pa­trzy­ły wy­uz­da­nym wzro­kiem w stro­nę Mar­ty­ny, któ­ra sie­dzia­ła wy­pro­sto­wa­na przy ba­rze w re­stau­ra­cji na 40. pię­trze ho­te­lu w cen­trum War­sza­wy. Był wto­rek. Wtor­ki Mar­ty­na mia­ła wol­ne. Nie mu­sia­ła spę­dzać cza­su z przy­kle­jo­nym na klej ob­łu­dy sztucz­nym uśmie­chem u boku swo­je­go męża, z któ­rym na­wet nie po­tra­fi­ła roz­ma­wiać. W te dni zni­kał na 24 go­dzi­ny. Wy­łą­czał te­le­fon. Nie mó­wił jej nic. Je­dy­ną za­sa­dą, któ­rej mu­sia­ła prze­strze­gać w ich mał­żeń­stwie, było nie­za­da­wa­nie py­tań. W za­mian za to mia­ła wszyst­ko. Wszyst­ko, co było dla niej naj­waż­niej­sze. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, taki układ pa­so­wał jej ide­al­nie. Mia­ła czas, by ode­tchnąć od męż­czy­zny, któ­ry osa­czał ją z każ­dej stro­ny. Miał cha­rak­ter tak zgorzk­nia­ły jak ona. Cią­gnę­ło wil­ka do lasu.

"Brzyd­ka ona brzyd­ki on, a taka ład­na mi­łość" - na­pi­sał Jan Wo­łek, za­śpie­wa­ła Gra­ży­na Ło­ba­szew­ska.

Głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ny i moc­no wy­pra­co­wa­ny cy­nizm Mar­ty­ny da­wał o so­bie znać za­wsze, gdy uda­wa­ła szczę­ście, uzna­jąc, że jej się to opła­ca. Od naj­młod­szych lat była uczo­na, że sprze­dać moż­na na­wet du­szę. Mia­sto, w któ­rym żyła, od za­wsze szep­ta­ło jej to do ucha. Nie po­zna­ła in­ne­go ży­cia i nie chcia­ła in­ne­go ży­cia. Na dziew­czy­nie ni­g­dy nie ro­bi­ło więk­sze­go wra­że­nia to, że wszyt­ko mia­ło swo­ją cenę. Mi­łość, wła­dza, ka­rie­ra, suk­ces, wszyt­ko to mia­ło swo­ją war­tość wy­li­czo­ną w bank­no­tach. Tak wła­śnie wy­glą­da­ła rze­czy­wi­stość, w któ­rej już od dzie­ciń­stwa ko­ja­rzy­ła męż­czyzn tyl­ko ze sfe­rą ma­te­rial­ną. W jej ro­dzin­nym domu nie było ani jed­ne­go osob­ni­ka płci mę­skiej, na­wet pies wa­bił się Luna i zde­cy­do­wa­nie był suką. Mar­ty­na w pa­mię­ci mia­ła ojca, któ­re­go wi­dy­wa­ła raz na pół roku. Oka­zjo­nal­nie prze­sy­łał jej mat­ce ali­men­ty i tyle wła­ści­wie było z nie­go po­żyt­ku. Nie zna­czył dla niej wie­le, bo po pro­stu go w jej ży­ciu nie było. Ni­g­dy nie miał dla niej cza­su, ni­g­dy nie chciał go dla niej mieć. Dla­cze­go za­tem mia­ła­by w ogó­le po­my­śleć, że ją ko­cha? Nie ko­chał. Wy­cho­wy­wa­ła ją tyl­ko mat­ka, jego nie było. Zo­sta­wił je, więc mat­ka mu­sia­ła wziąć spra­wy w swo­je ręce i prze­jąć na sie­bie rolę oby­dwoj­ga ro­dzi­ców. Świet­nie jej to zresz­tą wy­cho­dzi­ło i za­wsze zna­ko­mi­cie da­wa­ła so­bie ze wszyst­kim radę. Mar­ty­na już jako mło­da dziew­czy­na była na­uczo­na, aby fa­ce­tów trak­to­wać jako ma­szy­ny do pła­ce­nia ra­chun­ków. Na pod­sta­wie wi­ze­run­ku ojca stwo­rzy­ła so­bie ob­raz wszyst­kich męż­czyzn. Dla­te­go też nie było dla niej żad­nym pro­ble­mem za­mie­nić mi­łość na pie­prze­nie, wia­rę na bo­ga­tych fa­ce­tów, a seks na pie­nią­dze. Ni­g­dy nie chcia­ła żyć byle jak, byle prze­trwać. Za­wsze chcia­ła być naj­lep­sza, mimo wszyst­ko no­sić gło­wę wy­so­ko i pa­trzeć na in­nych z góry.

Mar­ty­na szła pew­nym kro­kiem uli­ca­mi cen­trum War­sza­wy, roz­my­śla­jąc nad sen­sem swo­je­go ży­cia, a ra­czej nad jego bra­kiem. I bra­kiem po­my­słu na to, jak mia­ło­by ono da­lej wy­glą­dać. Nie mia­ła ani celu, ani żad­ne­go pla­nu. Każ­dy krok, któ­ry do tej pory ro­bi­ła, koń­czył się to­tal­ną po­raż­ką. Trud­no więc się dzi­wić, że dziew­czy­na nie mia­ła żad­nych aspi­ra­cji i kom­plet­nie stra­ci­ła ocho­tę na to, by jak­kol­wiek się roz­wi­jać. Za­czę­ła ja­kieś stu­dia, ale po kil­ku mie­sią­cach je rzu­ci­ła, bo szyb­ko za­czę­ły ją nu­dzić i we­dług niej nie da­wa­ły nic, a je­dy­nie za­bie­ra­ły czas. Mia­ła też dość ró­żo­wej waty cu­kro­wej, któ­rą przy­no­si­li jej jed­no­ra­zo­wi ko­chan­ko­wie. Nie nada­wa­li się do ni­cze­go, od­sta­wia­li w jej łóż­ku jed­no­ra­zo­we por­no­te­atrzy­ki. Nie da­wa­li jej tego, cze­go na­praw­dę pra­gnę­ła. Nu­dzi­ła ją po­dróż, któ­rą od­by­wa­ła do tej pory. Chcia­ła po­tęż­ne­go grzmo­tu i pio­ru­nów, spa­da­ją­cych z nie­ba dia­men­tów. Ma­rzy­ła o gwiaz­dach, ta­kich z ekra­nu, wca­le nie tych na nie­bie. Nie wie­rzy­ła w cuda ani w Pio­tru­sia Pana, któ­ry przy­le­ci do niej z cza­ro­dziej­skim pył­kiem speł­nia­ją­cym ma­rze­nia. Tak, ma­rze­nia mia­ła. Śni­ła o sła­wie oraz o tym, żeby stać się iko­ną dla ko­biet. Chcia­ła być ide­al­na i zo­stać dziew­czy­ną z okła­dek naj­bar­dziej zna­nych cza­so­pism. Ide­al­nie ze­psu­ta...

Samo po­sia­da­nie ma­rzeń nie wy­star­cza jed­nak, żeby je zre­ali­zo­wać. Po­trzeb­ne są czyn, ruch, po­pęd, bo­dziec... co­kol­wiek. Nie pra­gnę­ła być nor­mal­na, bo ani cza­sy, w któ­rych przy­szło jej żyć, ani miej­sce, w któ­rym się uro­dzi­ła, nor­mal­no­ści nie sprzy­ja­ły. Z każ­dej stro­ny, z każ­de­go kąta, z te­le­wi­zo­ra i z in­ter­ne­tu wy­zie­ra­ła ja­ło­wa, pu­sta per­fek­cja, któ­ra roz­pacz­li­wie krzy­cza­ła w sa­mot­no­ści i w nie­szczę­ściu. Zresz­tą sama do niej dą­ży­ła. Może to przez kom­plek­sy? A może dla­te­go, że dziś ak­cep­tu­je się wy­łącz­nie lu­dzi bez ska­zy? W każ­dym ra­zie nie­mal wszyst­kie czę­ści cia­ła Mar­ty­ny były zro­bio­ne. Ba, wy­rzeź­bio­ne, stwo­rzo­ne na nowo i mak­sy­mal­nie do­pra­co­wa­ne. Ale ona na­dal nie czu­ła się do­brze we wła­snej skó­rze. Mia­ła zo­pe­ro­wa­ny nos, pier­si, po­ślad­ki, do­cze­pia­ne wło­sy, po­więk­szo­ne usta, ode­ssa­ną tkan­kę tłusz­czo­wą z brzu­cha i non stop cho­dzi­ła na co­raz to nowe za­bie­gi ko­sme­tycz­ne. Mia­ły one do­pro­wa­dzić jej cia­ło do ide­ału. I do­pro­wa­dza­ły, choć ona wciąż nie czu­ła sa­tys­fak­cji ani z tego, jak wy­glą­da, ani z tego, jak żyje. Chcia­ła być KIMŚ. Kimś wię­cej niż tyl­ko pięk­ną Mar­ty­ną. Wie­dzia­ła, że szczę­ściu trze­ba odro­bi­nę po­móc, że nic nie przy­cho­dzi samo. Mia­ła świa­do­mość tego, że by­cie ład­ną to zwy­czaj­nie za mało. Ale bra­ko­wa­ło jej ko­nek­sji, zna­jo­mo­ści, dzię­ki któ­rym mo­gła­by się­gnąć po sła­wę. Od­wiecz­na praw­da zna­na w biz­ne­sie, sto­so­wa­na przez naj­więk­sze kon­cer­ny, brzmi: na­wet je­śli pro­dukt jest świet­ny, to i tak bez re­kla­my się nie sprze­da. Mar­ty­na wie­dzia­ła, że bez re­kla­my nie bę­dzie w sta­nie się sprze­dać.

Dwa ki­lo­me­try da­lej i pięt­na­ście mi­nut póź­niej, spa­ce­ru­jąc bez celu, pro­wa­dzo­na przez in­tu­icję, do­tar­ła przed ol­brzy­mie drzwi ze szkła. To nie był przy­pa­dek. Zna­la­zła się przed wejś­ciem do naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nej war­szaw­skiej ga­le­rii han­dlo­wej. W bu­dyn­ku przy ul. Brac­kiej moż­na ku­pić ciu­chy tyl­ko od zna­nych pro­jek­tan­tów, a ceny za naj­drob­niej­szą rzecz za­czy­na­ją się od ty­sią­ca zło­tych. I szy­bu­ją w górę nie­mal bez ogra­ni­czeń. Bez moc­no wy­pcha­ne­go for­są port­fe­la nie ma co tam za­glą­dać. I mało kto za­glą­da, bo więk­szość spo­łe­czeń­stwa zda­je so­bie spra­wę z tego, że Bur­ber­ry, Cha­nel, Chri­stian Dior, Gior­gio Ar­ma­ni, Guc­ci, Lo­uis Vu­it­ton, Ale­xan­der McQu­een, Miu Miu, Pra­da, Ver­sa­ce czy Yves Sa­int Lau­rent nie sprze­da­ją pro­duk­tów po ce­nach z sie­ció­wek. Nic więc dziw­ne­go, że ga­le­ria zwy­kle świe­ci­ła pust­ka­mi. Moż­na tam było spo­tkać kil­ku sta­łych klien­tów, kil­ka par w ukła­dzie: star­szy pan i jego "pod­opiecz­na". Prze­wi­ja­ły się też gwiaz­dy i gwiaz­decz­ki mniej­sze­go ka­li­bru, któ­re mia­ły się za wiel­kie ce­le­bryt­ki. Mar­ty­na zna­ła to miej­sce do­sko­na­le, uwiel­bia­ła ota­czać się luk­su­sem i dro­gi­mi rze­cza­mi. Ko­cha­ła wi­dzieć za­zdrość w oczach in­nych ko­biet, gdy no­si­ła na ra­mie­niu parę ty­się­cy zło­tych. Co cie­ka­we, ona sama ni­g­dy nie po­zna­ła praw­dzi­wej war­to­ści pie­nią­dza. Jak to moż­li­we? Żyła na ba­kier z tym, co ucho­dzi­ło za nor­mę, czy­li ze wzor­cem ty­po­wej mo­no­ga­micz­nej ro­dzi­ny. Ro­bi­ła wszyst­ko za wszel­ką cenę. Jej ego było wciąż nie­za­spo­ko­jo­ne, chcia­ła wię­cej i wię­cej, wdzie­ra­ła się na sam szczyt. A na tym szczy­cie znów było jej wszyst­kie­go za mało. Była nie­prze­cięt­na.

Cze­go pra­gnę­ła naj­bar­dziej? Ma­rzy­ła o do­ko­na­niach, suk­ce­sach? Nie, na­wet sła­wa była dla niej tyl­ko środ­kiem do celu. A tym naj­waż­niej­szym ce­lem było bo­gac­two ab­so­lut­ne, naj­droż­sze przed­mio­ty w nie­ogra­ni­czo­nych ilo­ściach. Ko­cha­ła cheł­pić się bi­żu­te­rią, to­reb­ka­mi, do­dat­ka­mi i przed­mio­ta­mi, któ­re we­dług niej wy­no­si­ły ją po­nad po­spól­stwo, tak przez nią po­gar­dza­ny plebs. Lu­bi­ła wy­zwa­nia i czę­sto sta­wia­ła so­bie za cel zdo­by­cie kon­kret­nej rze­czy. Ot, choć­by ma­leń­ka to­reb­ka od Lo­uis Vu­it­ton w kształ­cie ku­fer­ka. To­reb­ka, o któ­rej ma­rzy­ła, jest jed­nym z naj­droż­szych pro­jek­tów, ja­kie moż­na ku­pić w bu­ti­ku LV. Ale, praw­dę mó­wiąc, kom­plet­nie jej się nie po­do­ba­ła. No wła­śnie. Za to po­do­ba­ła się Mar­ty­nie jej cena - po­nad 25 ty­się­cy zło­tych. To wy­star­czy­ło, aby zmie­nić cał­ko­wi­cie opi­nię na te­mat tego ma­łe­go pa­skudz­twa.

"Chcieć to móc!" po­wta­rza­ła nie­jed­no­krot­nie, za­my­ka­jąc oczy, gdy mu­sia­ła prze­spać się z ja­kimś męż­czy­zną. Za to po ko­lej­nej rand­ce była ob­da­ro­wy­wa­na rze­cza­mi, któ­re tyl­ko wska­za­ła pal­cem. Uwa­ża­ła się za ko­bie­tę luk­su­so­wą, ale luk­su­so­wy mia­ła je­dy­nie ty­łek ubra­ny w ciu­chy do­brych ma­rek i zna­nych pro­jek­tan­tów. Ceną, któ­rą mu­sia­ła za nie pła­cić, była cena jej wła­sne­go cia­ła. Ubra­nia, któ­re no­si­ła, mia­ły za za­da­nie in­for­mo­wać wszyst­kich wo­kół, że luk­sus to dla niej nor­ma i co­dzien­ność. No­sząc ciu­chy naj­droż­szych ma­rek, ocze­ki­wa­ła pre­zen­tów na tym sa­mym, ul­tra­wy­so­kim po­zio­mie. I koło się za­my­ka­ło.

Świat oce­nia cię po tym, jak cię wi­dzi. Na­wet je­śli miesz­kasz w jed­nym po­ko­ju i masz pięć nie­spła­co­nych kre­dy­tów w ban­ku, dla ogó­łu to nie­istot­ne. Bę­dziesz cie­szyć się sza­cun­kiem, o ile na ręku no­sisz Hu­blo­ta, a na ra­mie­niu to­reb­kę Her­me­sa. Oznaj­miasz w ten spo­sób swój sta­tus, swo­ją po­zy­cję i to że je­steś KIMŚ. Właś­nie o ta­kie by­cie kimś cho­dzi­ło Mar­ty­nie. Nie li­czy­ła się cena, nie li­czy­ła się war­tość, li­czy­ła się tyl­ko wy­gra­na.

Do­pra­co­wa­ny wy­gląd wca­le nie po­wo­du­je, że czło­wiek sta­je się lep­szy, ma bo­gat­sze wnę­trze. Nie. Nie. Nie. To nic. Mar­ty­na nie chcia­ła nic poza tym, by być ład­ną okład­ką, nie­zwy­kłą de­ko­ra­cją. Pie­nią­dze są po­trzeb­ne do god­ne­go ży­cia. To oczy­wi­ste. Ale dla każ­de­go sło­wo "god­ność" zna­czy zu­peł­nie coś in­ne­go. "God­ność to god­ne i wy­god­ne ży­cie" - tym ha­słem Mar­ty­na kie­ro­wa­ła się na co dzień.

We­szła do środ­ka bu­dyn­ku cen­trum han­dlo­we­go. Grzecz­nie ski­nę­ła gło­wą na przy­wi­ta­nie ochro­nia­rzom przed wej­ściem. Sta­nę­ła na ru­cho­mych scho­dach, któ­re za­wio­zły ją na dru­gie pię­tro. Spoj­rza­ła na swo­je od­bi­cie w szy­bie, po­pra­wia­jąc spa­da­ją­cy spod be­żo­we­go ka­pe­lu­sza ko­smyk wło­sów. Nie­sfor­nie opa­dał wprost na oku­la­ry Pra­dy. Wte­dy z od­da­li usły­sza­ła zna­jo­my głos i chi­chot. To jej ko­le­żan­ki prze­glą­da­ły pół­ki ze zło­ty­mi łań­cu­cha­mi przy­pię­ty­mi do błysz­czą­cych to­re­bek sław­nej pro­jek­tant­ki Stel­li McCart­ney.

- Wow, ale pięk­ne! - Mar­ty­na za­wo­ła­ła na tyle gło­śno, aby mia­ły szan­sę usły­szeć ją z da­le­ka.

- O, hej Mar­ty­na! Dla­cze­go się wcze­śniej do nas nie ode­zwa­łaś? Nic nie mó­wi­łaś, że wy­bie­rasz się na za­ku­py - dzi­wi­ła się jed­na z nich.

- A wiesz, Ka­ro­la, ja­koś wca­le tego nie pla­no­wa­łam. Nogi same mnie tu za­nio­sły...

- Ha, ha, skąd ja to znam. Ale dla­cze­go ta me­lan­cho­lia w gło­sie? - za­in­te­re­so­wa­ła się dru­ga.

- A weź, prze­stań. Nie mam dziś hu­mo­ru.

- Ja mam w ta­kim ra­zie dla cie­bie pro­po­zy­cję. Pod wa­run­kiem, że nic na dziś nie pla­nu­jesz. Po­pra­wi­my ci ten zły na­strój.

- Nie pla­nu­ję...

- To chodź z nami. Za­mie­rza­my wy­brać so­bie tu­taj coś ład­ne­go, a po­tem idzie­my zjeść obiad i wie­czo­rem ru­sza­my z Go­sią na im­prez­kę. Przy­łą­czysz się?

- Wiesz co... wła­ści­wie to nie­głu­pi po­mysł! - Mar­ty­na ucie­szy­ła się z pro­po­zy­cji ko­le­żan­ki.

- Su­per!

- To co, któ­ra z was bie­rze tę to­reb­kę? Jest cud­na! - uśmiech­nę­ła się do dziew­czyn.

- Eee... Ja ra­czej my­śla­łam o czymś na dzi­siej­szy wie­czór... Może ja­kaś ob­ci­sła su­kien­ka, spód­ni­ca. Chcia­ła­bym ku­pić so­bie coś ta­kie­go, wie­cie, że wej­dę do klu­bu i wszy­scy po­pa­trzą na mnie i ze­mdle­ją z za­chwy­tu. A przy­naj­mniej będą pisz­czeć - od­par­ła Mał­go­rza­ta.

- O cho­le­ra, Goś­ka! Ty to masz wy­ma­ga­nia! Tam na koń­cu są ja­kieś ciu­chy - Mar­ty­na wska­za­ła bu­tik w głę­bi.

- Świę­ta się zna­la­zła. Spójrz na sie­bie. Świe­cisz od stóp do gło­wy. Ale te bot­ki to już mo­głaś so­bie da­ro­wać. Na ki­lo­metr wi­dać, że to Ba­len­cia­ga.

- Chy­ba wła­śnie o to jej cho­dzi­ło - ro­ze­śmia­ła się dru­ga z ko­le­ża­nek.

- Bądź­cie ci­cho, wy zło­śli­we baby! - Mar­ty­na niby skar­ci­ła zna­jo­me, ale za­chi­cho­ta­ła ra­zem z nimi.

- Chodź­cie ze mną. Po­mo­że­cie mi wy­brać coś od­po­wied­nie­go, do­ra­dzi­cie mi - za­pro­po­no­wa­ła.

- Two­je par­cie na wy­gląd jest tak wiel­kie, że już na­wet mnie po­wo­li za­czy­na ono prze­ra­stać - po­now­nie par­sk­nę­ła śmie­chem Ka­ro­li­na, od­wra­ca­jąc się w stro­nę Mał­go­rza­ty.

- Je­śli nie pre­zen­tu­jesz się wy­star­cza­ją­co, to nie ist­nie­jesz - skwi­to­wa­ła tam­ta.

- Co ty ple­ciesz! Po­win­ni cię za to uka­rać wię­zie­niem.

- Nie wkur­wiaj mnie! Sama ła­zisz w Guc­ci.

- Ale ja ca­ły­mi dnia­mi coś ro­bię, a nie tyl­ko leżę i pach­nę jak ty! Stu­diu­ję, mam pra­cę i się roz­wi­jam. A ty wy­da­jesz hajs swo­ich sta­rych i tyl­ko cze­kasz, aż ci ja­kiś ksią­żę wy­sko­czy na dro­gę i wło­ży ko­ro­nę wprost na pu­stą głów­kę.

- Kur­wa, Ka­ro­li­na, zejdź już ze mnie. Prze­gi­nasz - Mał­go­rza­ta naj­wy­raź­niej się wście­kła.

- STOP! Nie kłóć­cie się! Dziew­czy­ny, ja was bar­dzo pro­szę. Wszyst­kie mamy na­sra­ne w gło­wach. Ko­niec, krop­ka - Mar­ty­na po­sta­no­wi­ła być roz­jem­czy­nią.

- Ha, ha, ha. Wy­gra­łaś! - Obie przy­zna­ły jej ra­cję, uśmie­cha­jąc się do sie­bie po­jed­naw­czo.

- Za­raz do was wró­cę, mu­szę sko­czyć na se­kun­dę do to­a­le­ty - rzu­ci­ła Mar­ty­na, od­wra­ca­jąc się w stro­nę wyj­ścia z bu­ti­ku.

- Nie zo­sta­wiaj nas, bo za­raz się po­żre­my!

- Goś­ka, zsi­kam się!

- Do­bra idź! - Goś­ka uda­ła, że war­czy, pa­trząc w stro­nę Ka­ro­li­ny.

- Wrrr - rzu­ci­ła jej ko­le­żan­ka.

Mar­ty­na zo­sta­wi­ła swo­je zna­jo­me, nie­pew­na, czy na pew­no nie zro­bią so­bie krzyw­dy. Po­sta­no­wi­ła jed­nak za­ry­zy­ko­wać i po­szła w stro­nę win­dy. Na­gle, ku jej zdzi­wie­niu, zo­ba­czy­ła męż­czy­znę, któ­ry wy­dał jej się kimś zna­jo­mym. Po ułam­ku se­kun­dy zda­ła so­bie spra­wę, kto to jest. Przed wej­ściem do win­dy stał fa­cet, któ­re­go ko­ja­rzy­ła z ekra­nu. Świet­ny, bar­dzo zna­ny ak­tor, któ­ry grał w naj­lep­szych pol­skich ko­me­diach. Mi­mo­wol­nie uśmiech­nę­ła się do nie­go. A kie­dy od­wza­jem­nił jej uśmiech, za­la­ła ją fala go­rą­ca. Za­czer­wie­ni­ła się za­wsty­dzo­na. Ku jej zdzi­wie­niu męż­czy­zna za­czął roz­mo­wę.

- Gdzie się tak śpie­szysz?

- Szcze­rze mó­wiąc to... oj, do­brze, po­wiem w ta­jem­ni­cy. Idę do to­a­le­ty - dziew­czy­na pró­bo­wa­ła być dow­cip­na, cho­ciaż nie do koń­ca jej się to uda­wa­ło. On jed­nak, nie zwa­ża­jąc na jej in­fan­tyl­ne za­cho­wa­nie, kon­ty­nu­ował roz­mo­wę.

- Ha, ha. W ta­kim ra­zie czy mogę pani po­to­wa­rzy­szyć? - ro­ze­śmiał się, spo­glą­da­jąc na re­ak­cję dziew­czy­ny.

- Nie ro­zu­miem, w ja­kim celu - zdez­o­rien­to­wa­na dziew­czy­na po­pa­trzy­ła na nie­go z lek­ką zło­ścią. Nie wie­dzia­ła, czy przy­pad­kiem jej nie ob­ra­ża.

- Oczy­wi­ście żar­to­wa­łem! Na­zy­wam się Ja­rek, Ja­ro­sław No­wic­ki - mó­wiąc to, wy­cią­gnął rękę w jej kie­run­ku.

- Och, prze­cież wiem, jak się pan na­zy­wa - od­po­wie­dzia­ła onie­śmie­lo­na, ru­mie­niąc się jesz­cze bar­dziej.

- Pro­szę, nie mów do mnie "pan". Ro­zu­miem, że nie je­stem naj­młod­szy, ale bez prze­sa­dy, do­brze?

- Ojej, nie mia­łam tego na my­śli! Broń Boże. Chcia­łam być po pro­stu grzecz­na.

- A ja chcia­łem nie two­rzyć bez­sen­sow­nej ba­rie­ry po­mię­dzy mną a pięk­ną nie­zna­jo­mą. Jak pięk­na dama się na­zy­wa?

- Mar­ty­na.

- Miło cię po­znać, Mar­tyn­ko. Je­steś tu sama?

- A dla­cze­go py­tasz?

- Gdy­byś była, to chęt­nie coś bym ci za­pro­po­no­wał. Jed­nak sko­ro nie od­po­wia­dasz, po­zo­staw­my to w ta­jem­ni­cy.

- Tak, je­stem sama! - szyb­ko skła­ma­ła.

- Zna­ko­mi­cie - ucie­szył się ak­tor. - Wpa­dłem na po­mysł, by za­pro­sić cię na lunch. Ze­chciał­byś mi to­wa­rzy­szyć? Wła­śnie zmie­rzam na ostat­nie pię­tro do mo­jej ulu­bio­nej re­stau­ra­cji. Do­łą­czysz?

- Ojej, se­rio? To zna­czy z miłą chę­cią! - za­szcze­bio­ta­ła to­nem na­sto­lat­ki.

Mar­ty­na na­wet przez se­kun­dę nie za­wa­ha­ła się, wy­bie­ra­jąc to­wa­rzy­stwo ak­to­ra. Zre­zy­gno­wa­ła ze spo­tka­nia z ko­le­żan­ka­mi, któ­re opu­ści­ła przed se­kun­dą i wła­ści­wie na se­kun­dę. In­tu­icja szep­ta­ła jej, że to jest wła­śnie ten mo­ment, gdy jej ży­cie ma szan­sę się ra­dy­kal­nie zmie­nić. Że to, na co tak dłu­go cze­ka­ła i cze­go chcia­ła od losu, cze­go pra­gnę­ła naj­moc­niej na świe­cie, może się zda­rzyć wła­śnie te­raz. Ten spo­tka­ny przy win­dzie męż­czy­zna był jej oka­zją jed­ną na mi­lion. Ba, jed­ną na mi­liard! Sław­ny i bo­ga­ty. Kom­plet­nie nie prze­szka­dza­ło jej, że jest trzy­krot­nie od niej star­szy. Wie­dzia­ła, że ta­kiej oka­zji nie może prze­ga­pić. Po­je­cha­ła z nim na ostat­nie pię­tro bu­dyn­ku. Oczy jej lśni­ły, ser­ce wa­li­ło, mia­ła ogrom­ną na­dzie­ję na miłe, dłu­gie i owoc­ne spo­tka­nie.

No­wic­ki ode­brał od niej płaszcz i wy­cią­gał rękę, wska­zu­jąc krę­te scho­dy.

- Pro­szę tędy - za­pro­wa­dził ją na prze­szklo­ny ta­ras na ostat­niej kon­dy­gna­cji do sto­li­ka tuż przy szkla­nej ba­lu­stra­dzie. Od­su­nął jej krze­sło.

- Je­steś prze­uro­cza. Daw­no nie spo­tka­łem ta­kiej ko­bie­ty jak ty - wy­szep­tał.

- Dzię­ku­ję... - dziew­czy­na od­po­wie­dzia­ła ci­cho. Sta­ra­ła się ukryć za­wsty­dze­nie, uda­jąc, że za­chwy­ca się wi­do­kiem War­sza­wy, któ­ry roz­ta­czał się z tego miej­sca. Dzię­ki temu uni­ka­ła jego spoj­rze­nia.

- Dla­cze­go wi­dzę zde­ner­wo­wa­nie na two­jej ślicz­nej buzi? Za­wsty­dzi­łem cię?

- Nie, skąd...

- Mar­ty­no, prze­cież wi­dzę.

- Po pro­stu nie mogę uwie­rzyć, że roz­ma­wiam z tobą na żywo.

- Nie ana­li­zuj. Ciesz się chwi­lą. Je­stem nor­mal­nym męż­czy­zną.

- Dla cie­bie to ta­kie pro­ste. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy: tak, je­stem lek­ko onie­śmie­lo­na sy­tu­acją.

- Och. Prze­ży­łem już tro­chę w swo­im ży­ciu. Uwierz mi, im mniej się za­sta­na­wiasz, tym wszyst­ko jest prost­sze. Uśmiech­nij się i po­wiedz mi, na co masz ocho­tę.

Mar­ty­na przej­rza­ła kar­tę i po­czu­ła jesz­cze więk­sze za­kło­po­ta­nie. Nie mia­ła po­ję­cia, na co po­win­na się zde­cy­do­wać, aby do­brze wy­paść. Była głod­na, a więc naj­chęt­niej wy­bra­ła­by ja­kieś po­żyw­ne je­dze­nie. Ale z dru­giej stro­ny oba­wia­ła się dać pla­mę. Być może No­wic­ki uzna, że ko­rzy­sta z oka­zji, by się na­jeść? Może bę­dzie się z niej śmiał? Była tak bar­dzo zde­ner­wo­wa­na, że po­sta­no­wi­ła po­sta­wić na naj­prost­sze i naj­bar­dziej "bez­piecz­ne" da­nie, ja­kie jej przy­szło do gło­wy.

- Po­pro­szę nie­ga­zo­wa­ną wodę i może ja­kąś sa­łat­kę - po­wie­dzia­ła wresz­cie.

- Zaj­rza­łaś cho­ciaż do kar­ty? - za­py­tał ak­tor.

- Tak.

- Nie uda­waj więc, że nie masz ocho­ty na nic in­ne­go. Wi­dzę to prze­cież na two­jej ślicz­nej buzi - ob­da­rzył dziew­czy­nę cie­płym uśmie­chem.

- Nie rób mi tego!

- Ale cze­go?

- Przez cie­bie cała się czer­wie­nię.

- He, he, wi­dzę! Prze­stań się już tak pe­szyć.

- Ła­two ci mó­wić.

- Och, lu­dzie cza­sem są okrop­nie le­ni­wi, za­miast chwy­tać to, co naj­lep­sze, za­do­wa­la­ją się mi­ni­mum... Nie bę­dziesz się w moim to­wa­rzy­stwie za­py­chać sa­ła­tą! Nie po­zwo­lę na to. Za­mó­wię ci po­lę­dwi­cę wo­ło­wą z ziem­nia­ka­mi pie­czo­ny­mi w ma­śle. Do tego moje ulu­bio­ne czer­wo­ne wy­traw­ne wino. Na pew­no bę­dzie ci sma­ko­wać.

- Wiesz, co do­bre - uśmiech­nę­ła się do nie­go i ode­tchnę­ła z ulgą.

- Oj wiem, wiem, dla­te­go wła­śnie to ty ze mną tu­taj sie­dzisz.

Wte­dy roz­legł się dzwo­nek. Mar­ty­na po­peł­ni­ła faux pas i w tak ele­ganc­kim miej­scu po­ło­ży­ła te­le­fon na sto­le, tuż obok swo­je­go ta­le­rza. Spoj­rza­ła na ekran. Dzwo­ni­ła Ka­ro­li­na.

- No śmia­ło, od­bierz - uśmiech­nął się do niej Ja­ro­sław.

- Nie, nie, to nic waż­ne­go.

- Jak uwa­żasz. Nie bę­dzie mi to prze­szka­dzać. Nie krę­puj się.

Za­chę­co­na przez nie­go, Mar­ty­na chwy­ci­ła te­le­fon i na­pi­sa­ła SMS-a do ko­le­żan­ki:

Mar­ty­na: Ko­cha­na, bar­dzo was prze­pra­szam. Mu­sia­łam pil­nie wyjść. Ode­zwę się wie­czo­rem. Mam spo­tka­nie.

Na co Ka­ro­li­na od­pi­sa­ła:

Ka­ro­li­na: Ja­kie spo­tka­nie, gdzie ty je­steś? Mia­łaś iść siku! Co ty od­wa­lasz? Za­raz idzie­my na Nowy Świat na obiad. Idziesz z nami?

Mar­ty­na: Nie idę. Nie mogę te­raz roz­ma­wiać.

Ka­ro­li­na: Su­per. Pa.

Mar­ty­na: Nie ob­ra­żaj się. Za­dzwo­nię póź­niej!

Prze­cież nie mo­gła się przy­znać ko­le­żan­kom, że na­wet nie wy­szła z bu­dyn­ku i że jest te­raz dwa pię­tra nad nimi. A już w szcze­gól­no­ści nie mo­gła wspo­mnieć o tym, że sie­dzi z przy sto­li­ku z naj­praw­dziw­szą gwiaz­dą pol­skie­go kina. Kto wie, czy któ­raś z nich nie wpa­dła­by na po­mysł, żeby przyjść do re­stau­ra­cji i pod­pie­przyć Mar­ty­nie jej oka­zję ży­cia. Prze­cież dla nich li­czy­ła się tyl­ko kasa, ale to nie szło w pa­rze na­wet z odro­bi­ną kla­sy. Do Ka­ro­li­ny pod tym wzglę­dem mia­ła jesz­cze odro­bi­nę za­ufa­nia, ale po Mał­go­ś­ce mo­gła się spo­dzie­wać wszyst­kie­go. Wo­la­ła je okła­mać, niż po­wie­dzieć praw­dę. Ta­kie pięk­ne zrzą­dze­nie losu, szczę­śli­wy traf, to była jej szan­sa. Tyl­ko jej! Po jaką cho­le­rę mia­ła strze­lać so­bie w sto­pę? Poza tym Mar­ty­nie bar­dzo za­le­ża­ło, żeby wy­paść przed No­wic­kim jak naj­le­piej. Oba­wia­ła się, że nie bę­dzie po­tra­fi­ła się za­cho­wać od­po­wied­nio i że, nie daj Bóg, któ­raś z jej ko­le­ża­nek bar­dziej przy­pad­nie mu do gu­stu. Prze­cież nie mo­gła zmar­no­wać ta­kiej oka­zji.

Ja­ro­sław rów­nież miał spre­cy­zo­wa­ny cel. Szu­kał wła­śnie ta­kiej ko­bie­ty. Mia­ła dupę, cyc­ki i imię koń­czą­ce się li­te­rą A. To wy­star­czy­ło. Była ide­al­ną kan­dy­dat­ką na miej­sce, któ­re przy­go­to­wał. Poza tym była pięk­na, mło­da, na­iw­na i sza­le­nie próż­na. Dla­te­go wła­śnie wpa­dła mu w oko. Tych kil­ka pro­stych cech przy­cią­gnę­ło go do niej. A ją do nie­go z ko­lei to, że po­trze­bo­wa­ła part­ne­ra, któ­ry bę­dzie w sta­nie za­pew­nić jej od­po­wied­ni po­ziom ży­cia. Tak, No­wic­ki był ide­al­nym kan­dy­da­tem, nie mia­ła co do tego wąt­pli­wo­ści. To spo­tka­nie oboj­gu spa­dło jak gwiazd­ka z nie­ba. Pre­zent od Boga, albo ra­czej od wład­cy pie­kieł.

- Je­steś sin­giel­ką? - za­py­tał pro­sto z mo­stu.

- Wi­dzę, że prze­cho­dzi­my od razu do kon­kre­tów.

- Mar­tyn­ko, po pro­stu chcę mieć ja­sną spra­wę.

- Oczy­wi­ście, że je­stem. Być może nie mia­łeś wcze­śniej do czy­nie­nia z ko­bie­ta­mi, któ­re wie­dzą, czym jest wier­ność. Ja aku­rat kie­ru­ję się w ży­ciu pew­ny­mi za­sa­da­mi. Jed­ną z nich jest wła­śnie wier­ność. Prze­cież w in­nym wy­pad­ku nie sie­dzia­ła­bym te­raz z tobą - kła­ma­ła jak z nut.

- W ta­kim ra­zie mogę uwa­żać, że mam przy­jem­ność być z tobą, Mar­tyn­ko, na rand­ce?

- Chy­ba tak...

- Czu­ję się za­szczy­co­ny, na­praw­dę!

- Prze­stań! Znów czu­ję przez cie­bie za­kło­po­ta­nie - wes­tchnę­ła dziew­czy­na.

No­wic­ki pod­niósł rękę i za­wo­łał kel­ne­ra.

- Po­pro­szę jesz­cze jed­ną lamp­kę wina dla pani. Albo może od razu po­pro­si­my o całą bu­tel­kę. - Masz ocho­tę na coś słod­kie­go? Ja­kieś lody, ciast­ko? - zwró­cił się do dziew­czy­ny.

- Wła­ści­wie... Zja­dła­bym pra­lin­ki cze­ko­la­do­we.

- Moja pani ma ocho­tę na pra­lin­ki. Ma­cie tu coś ta­kie­go? - ko­lej­ny raz zwró­cił się do kel­ne­ra.

- Nie­ste­ty, nie - od­parł kel­ner.

- Nie uzna­ję ta­kiej od­po­wie­dzi. Mam na­dzie­ję, że jed­nak ja­kieś się znaj­dą. Prze­cież nie mogę po­zwo­lić, żeby ta mło­da dama wy­szła stąd nie­za­do­wo­lo­na - to mó­wiąc, wsu­nął kel­ne­ro­wi 200 zł na­piw­ku. Był pe­wien, że dzię­ki temu sy­tu­acja zo­sta­nie roz­wią­za­na, i to dość szyb­ko.

- Och nie! Bez prze­sa­dy! Obej­dę się bez cze­ko­la­dek. Wy­bio­rę coś z kar­ty. Nie wie­dzia­łam, że nie mają tu pra­li­nek. Po­cze­kaj... - za­wo­ła­ła Mar­ty­na.

- Spo­koj­nie. Je­steś moim go­ściem. A ja je­stem zna­ny z tego, że gosz­czę naj­le­piej.

- Sko­ro tak...

- Wy­pij­my za­tem za na­sze spon­ta­nicz­ne spo­tka­nie i za to, że się po­zna­li­śmy. Mam na­dzie­ję, że to zmie­ni na­sze ży­cie na lep­sze - pod­niósł kie­li­szek i wzniósł to­ast.

- Za na­sze spo­tka­nie - Mar­ty­na rów­nież pod­nio­sła kie­li­szek, lek­ko prze­chy­li­ła w jego stro­nę, de­li­kat­nie stu­ka­jąc, i upi­ła łyk czer­wo­ne­go trun­ku.

Po trzech kie­lisz­kach wina, dwóch drin­kach wy­pi­tych nie­co póź­niej oraz po dzie­się­ciu cze­ko­lad­kach, któ­re kel­ner przy­niósł z de­li­ka­te­sów po dru­giej stro­nie uli­cy, Ja­ro­sław za­pro­po­no­wał Mar­ty­nie spa­cer. Jak się moż­na spo­dzie­wać, prze­chadz­ka za­koń­czy­ła się w tak­sów­ce, któ­ra za­wio­zła ich do domu No­wic­kie­go.

Po­dał jej rękę, gdy wy­sia­da­ła z tak­sów­ki. A ona z nie­do­wie­rza­niem przy­glą­da­ła się ogrom­ne­mu bu­dyn­ko­wi, któ­ry przy­po­mi­nał jako żywo re­zy­den­cję Car­ring­to­nów z jej ulu­bio­ne­go se­ria­lu.

- Tu miesz­kasz? - za­py­ta­ła.

- Prze­cież nie przy­wio­złem cię do domu ko­le­gi - od­rzekł roz­ba­wio­ny jej za­chwy­tem i nie­do­wie­rza­niem.

Do wej­ścia pro­wa­dzi­ła sze­ro­ka ale­ja i drew­nia­ny most za­wie­szo­ny ni­sko nad ele­ganc­kim sta­wem, opra­wio­nym w szla­chet­ne ramy bia­łe­go mar­mu­ru.

- Jest pięk­na!

- Dzię­ku­ję ci bar­dzo. Wiesz, pro­wa­dzę kil­ka biz­ne­sów i stać mnie na to, by speł­nić wszyst­kie swo­je za­chcian­ki. Mam na­dzie­ję, że wnę­trze rów­nież przy­pad­nie ci do gu­stu. Za­pra­szam do środ­ka.

Otwo­rzył sze­ro­ko drzwi, dum­nie pre­zen­tu­jąc ogrom­ną prze­strzeń holu. Za nim wi­dać było rów­nie duży, a może na­wet więk­szy sa­lon. Na jego środ­ku sta­ły trzy wiel­kie ka­na­py ob­szy­te fu­trem z szyn­szy­li. Gdzieś za nimi, w tle, od­bi­ja­ło się w lu­strze la­zu­ro­we świa­tło bi­ją­ce z gi­gan­tycz­ne­go pod­świe­tla­ne­go akwa­rium. Wszę­dzie sta­ły ol­brzy­mie fi­ku­sy, mo­nu­men­tal­ne mon­ste­ry, do­stoj­ne dak­ty­low­ce i eg­zo­tycz­ne arau­ka­rie. No­wic­ki uwiel­biał ro­śli­ny i usta­wiał je wszę­dzie. W sa­lo­nie pa­no­wał pół­mrok, a go­spo­darz ewi­dent­nie nie chciał tego zmie­niać. Za­mie­rzał stwo­rzyć at­mos­fe­rę, dzię­ki któ­rej Mar­ty­na ule­gnie jego cza­rom, a siwe wło­sy będą mniej rzu­ca­ły jej się w oczy. Po­sa­dził ją przy zło­tym sto­li­ku ka­wo­wym i po­dał kie­li­szek, któ­ry na­peł­nił szam­pa­nem. Roz­pa­lił ogień w ko­min­ku. Wie­dział, jak po­dzia­łać na ko­bie­ce zmy­sły, wie­dział, jak obu­dzić w ko­bie­cie po­żą­da­nie.

- Ja­rek, czy mo­żesz mi coś po­wie­dzieć o so­bie?

- Py­taj, o co chcesz.

- Chcę cię po­znać tro­chę le­piej.

- A cóż ja ci mogę po­wie­dzieć?

- Jak to jest, że taki ele­ganc­ki męż­czy­zna nie ma ko­bie­ty.

- Mia­łem dwie żony.

- To aku­rat wiem z ga­zet. Ale dla­cze­go nie spo­ty­kasz się te­raz z żad­ną ko­bie­tą?

- Prze­cież wła­śnie się spo­ty­kam. Je­steś u mnie.

- Ha, ha, zna­my się od paru go­dzin.

- Mi to wy­star­czy - uśmiech­nął się do Mar­ty­ny, po­pi­ja­jąc zło­ty tru­nek z kwa­dra­to­wej szklan­ki.

- Po­dob­no je­śli taki atrak­cyj­ny fa­cet jest sam, to zna­czy, że nie wszyst­ko jest z nim, hmm... w po­rząd­ku.

- He, he, to już mu­sia­ła­byś sama spraw­dzić. I wte­dy do­pie­ro od­po­wie­dzieć so­bie na to py­ta­nie. Tak, zde­cy­do­wa­nie mu­sisz mnie bli­żej po­znać.

- Taki wła­śnie mam za­miar. Może po­wiesz mi o so­bie coś ta­kie­go, cze­go nie prze­czy­tam w żad­nej ga­ze­cie i na żad­nym por­ta­lu? Za­skocz mnie czymś!

- No cóż... Lu­bię mieć za­pla­no­wa­ne ży­cie. Pro­wa­dzić ka­len­darz swo­ich spraw. Lu­bię, gdy wszyt­ko ma swo­ją do­kład­ną datę i czas wy­ko­na­nia. Lu­bię wie­dzieć, gdzie, co i któ­rej się zda­rzy, a cza­sem prze­wi­du­ję też przy­szłość.

- Co to ma zna­czyć?

- Na przy­kład wiem, że bę­dziesz moją ko­lej­ną żoną.

- Ha, ha - par­sk­nę­ła śmie­chem, nie­mal­że dła­wiąc się szam­pa­nem.

- Nie wiem, co w tym śmiesz­ne­go. Nie uwa­żasz, że do sie­bie pa­su­je­my?

- Czy wła­śnie pró­bu­jesz mnie prze­stra­szyć?

- Lu­bię czuć wła­dzę. Je­stem do tego stwo­rzo­ny.

- Za­czy­nam się cie­bie bać.

- Te­raz po­ca­łu­jesz mnie i pój­dziesz ze mną do łóż­ka - po­wie­dział z dziw­ną sta­now­czo­ścią.

- Je­steś tego taki pe­wien?

- Jak ni­cze­go na świe­cie.

Mar­ty­na nie była prze­ko­na­na do tego, co wła­śnie mia­ła zro­bić. Wręcz prze­ciw­nie. Wca­le nie mia­ła ocho­ty na seks z fa­ce­tem star­szym od sie­bie do­kład­nie o 50 lat. Ale wią­za­ła z tym swo­ją luk­su­so­wą, wy­ma­rzo­ną przy­szłość. Baj­kę, któ­ra była tuż na wy­cią­gnię­cie ręki. Wy­cią­gnię­cie ręki do jego roz­por­ka. Jed­no za cenę dru­gie­go. Cóż, w ży­ciu nie ma nic za dar­mo.

Przy­su­nę­ła się do nie­go i po­ca­ło­wa­ła w usta. Po­czu­ła lek­kie obrzy­dze­nie i nie­znacz­nie się od­su­nę­ła. Po­pro­si­ła o ko­lej­ny kie­li­szek al­ko­ho­lu. Tym ra­zem wy­pi­ła go nie­mal dusz­kiem. Chcia­ła się znie­czu­lić, chcia­ła, by w jej gło­wie zwa­rio­wał cały świat. No­wic­ki pod­niósł ją z sofy, zsu­nął ra­miącz­ko jej su­kien­ki. Po chwi­li pew­nym ru­chem zsu­nął całą su­kien­kę.

- Po­cze­kaj, za­raz przyj­dę - nie­ocze­ki­wa­nie wy­szedł z sa­lo­nu i skie­ro­wał się do ła­zien­ki.

Gdy Mar­ty­na zo­ba­czy­ła za­my­ka­ją­ce się za nim drzwi, wsta­ła i pod­bie­gła do wia­der­ka z lo­dem, w któ­rym chło­dził się z szam­pan. Piła wprost z bu­tel­ki, szyb­ko, łap­czy­wie, by upić się jesz­cze bar­dziej. Gdy tyl­ko usły­sza­ła, że męż­czy­zna zmie­rza w jej kie­run­ku, wró­ci­ła na sofę. Pod­szedł do niej z kom­ple­tem czar­nej ero­tycz­nej bie­li­zny w ręce.

- Za­łóż to dla mnie, pro­szę - zwró­cił się do niej, ale był to roz­kaz, nie proś­ba.

- Do­brze... - po­słusz­nie wzię­ła ko­ron­ko­we body i wsu­nę­ła w nie swe swo­je bar­dzo szczu­płe, może na­wet zbyt szczu­płe cia­ło.

- Te­raz wy­glą­dasz jesz­cze pięk­niej.

Sta­now­czym ru­chem su­nął dło­nią po jej cie­le. Do­ty­kał pier­si, brzu­cha, ple­ców, po­ślad­ków, jak­by oce­niał swo­ją wła­sność, świe­żo na­by­ty cen­ny przed­miot. Wresz­cie szarp­nął nią, od­wró­cił i po­ło­żył, nie­mal rzu­cił na pod­ło­gę. Sta­nął nad nią wy­pro­sto­wa­ny, pod­nie­co­ny i nie­zno­szą­cy sprze­ci­wu. Po chwi­li uklęk­nął tuż nad jej twa­rzą. Mar­ty­na ni­g­dy wcze­śniej nie ko­cha­ła się z fa­ce­tem w tym wie­ku. Ni­g­dy na­wet nie wi­dzia­ła na­gie­go mę­skie­go cia­ła, któ­re ma wię­cej niż 60 lat. Za­mknę­ła oczy, by go dłu­żej nie oglą­dać i nie pa­trzeć na to, co robi. Unio­sła się lek­ko na łok­ciach i za­czę­ła prze­su­wać ję­zy­kiem po wnę­trzu jego ud. Wę­dro­wa­ła co­raz wy­żej, do kro­cza. Czu­ła po­marsz­czo­ną, wi­szą­cą skó­rę mosz­ny, nie­wiel­kie kul­ki ją­der i to, jak jego pod­nie­ce­nie ro­śnie. W koń­cu ob­ję­ła ca­łe­go człon­ka naj­pierw ręką, po­tem usta­mi. Po­czu­ła go nie­mal w prze­ły­ku, mia­ła wra­że­nie, że się dusi i dłu­żej tego nie wy­trzy­ma i... stra­ci­ła świa­do­mość i kon­takt z samą sobą. Urwał jej się film. Jemu to zu­peł­nie nie prze­szka­dza­ło. Wcho­dził w nią gwał­tow­nie, bru­tal­nie, jak­by miał pod sobą dmu­cha­ną lal­kę albo nie­przy­tom­ną dziw­kę. Wresz­cie, zdy­sza­ny, spu­ścił się jej na twarz. Po wszyst­kim po­ło­żył le­d­wo żywą i kom­plet­nie pi­ja­ną Mar­ty­nę w sy­pial­ni, a sam wy­szedł, żeby za­dzwo­nić.

- Ma­riusz, nie uwie­rzysz, jaką po­zna­łem dziś la­skę. Łyka wszyt­ko jak mło­dy pe­li­kan. Do­słow­nie!

- Ha, ha, ro­zu­miem, że ma głę­bo­kie gar­dło.

- Znasz mnie le­piej, niż mi się wy­da­wa­ło - za­śmiał się No­wic­ki. - Przed se­kun­dą wło­ży­łem jej do to­reb­ki 20 kloc­ków. Zo­ba­czy­my, co zro­bi rano, jak to zo­ba­czy. Mam na­dzie­ję, że ob­sra się po pa­chy z ra­do­ści i ze­mdle­je z wra­że­nia. Ta­kiej lal­ki właś­nie szu­ka­łem. Mam już dość tego, że wę­szą wszę­dzie za mną te pa­pa­ru­chy. Zro­bią mi kie­dyś pro­blem. We­zmę so­bie taką głu­pią pan­nę za żonę i moje kło­po­ty się skoń­czą.

- Masz ra­cję, to zna­ko­mi­ty po­mysł.

- Nie dość, że po­bzy­kam so­bie mło­de ciał­ko, to jesz­cze będę miał nie­złą przy­kryw­kę. Prze­cież będę żo­na­ty i wresz­cie prze­sta­ną pi­sać o mnie w ne­cie te bred­nie.

- Co to za la­ska?

- Słod­ka blon­di z ład­ną dup­ką. Spodo­ba­ła­by ci się! Może ci kie­dyś ją po­ży­czę.

- My­ślisz, że ta mała zgo­dzi się na ślub? Pew­nie nie od razu. Ta two­ja ostat­nia afer­ka z gwał­tem ra­czej ci do­bre­go pia­ru nie zro­bi­ła. Do­brze, że tam­ta niu­nia wy­co­fa­ła za­rzu­ty, bo miał­byś duże pro­ble­my. Te­raz ra­tu­je cię coś, co zła­go­dzi wi­ze­ru­nek. I oczy­wi­ście coś, dzię­ki cze­mu prze­sta­ną wę­szyć, gdzie ła­zisz po no­cach. Wiesz Ja­rek, mu­sisz się na­resz­cie "ustat­ko­wać" - przy­ja­ciel koń­czył żar­tem, z któ­re­go obaj się za­czę­li śmiać.

- Ha, ha! Spo­ro za­pła­ci­łem, żeby tam­ta kre­tyn­ka za­mknę­ła gębę. A Mar­ty­na? My­ślę, że dwa ty­go­dnie i jest moja, że grzecz­nie po­wie mi "tak" przed urzęd­ni­kiem sta­nu cy­wil­ne­go. Kto wie, może na­wet już by po­wie­dzia­ła? Jed­nak my­ślę, że le­piej bę­dzie jesz­cze chwi­lę po­cze­kać, bo się jesz­cze wy­stra­szy bie­dac­two - znów obaj się za­śmia­li.

- Co ty mó­wisz! To piję two­je zdro­wie, Ja­rek. Tyl­ko żeby ta pan­na nie szpe­ra­ła za bar­dzo gdzie nie trze­ba.

- Jest na to za głu­pia... spo­koj­nie!

Cię­cie! - krzyk­nął roz­wście­czo­ny re­ży­ser. - Co ty, ko­bie­to, do cho­le­ry, od­sta­wiasz? Ile razy mam ci po­wta­rzać, że masz być pew­ną sie­bie praw­nicz­ką! A ty mi tu od­gry­wasz Dan­kę z "Na Wspól­nej"! Tro­chę ży­cia! Mamy na­grać ki­no­wy hit, a nie film, któ­ry zdo­bę­dzie na­gro­dę że­na­dy roku. Przez cie­bie po­wta­rza­my tę sce­nę już 35. raz! - męż­czy­zna zła­pał się za gło­wę i prze­wra­ca­jąc ocza­mi, spoj­rzał na Ja­ro­sła­wa.

- Może cho­ciaż ty dasz jej do zro­zu­mie­nia, że ma się wziąć do ro­bo­ty... Bar­dzo cię pro­szę, prze­mów tej ba­bie do ro­zu­mu, bo mi już ręce opa­da­ją. Przy­się­gam, że za­raz zro­bię jej krzyw­dę, a do kry­mi­na­łu przez ja­kieś dur­ne bab­sko tra­fić nie za­mie­rzam!

- Spo­ko sta­ry! No pro­blem - Ja­ro­sław z ka­mien­ną twa­rzą zwró­cił się do mło­dej ak­tor­ki.

- Słu­chaj, la­lecz­ko... Za­raz, jak ty w ogó­le masz na imię?

- Lu­iza.

- Do­bra, Lu­iza, mu­sisz coś zro­zu­mieć, gdyż ewi­dent­nie nie poj­mu­jesz, co my tu ro­bi­my. To po­waż­na pro­duk­cja, a nie plac za­baw dla dzie­ciacz­ków. Zda­je mi się, że już je­steś do­ro­sła. Wi­dzę, że cy­cusz­ki masz jak ma­rze­nie. Wy­pnij je, cho­le­ra ja­sna, do przo­du, a ty­łek do tyłu i daj coś z sie­bie! Kur­wa, je­steś ak­tor­ką, a nie mi­mo­zą!

Dziew­czy­na spoj­rza­ła na nie­go nie­pew­nie.

- Ja­rek, to nie jest ta­kie pro­ste. Prze­cież sta­ram się, jak mogę...

- Ja tego ja­koś nie wi­dzę. Nikt tu, kur­wa, tego nie wi­dzi! Umiesz grać czy nie? - Ak­tor po­wo­li za­czy­nał tra­cić pa­no­wa­nie nad sobą.

- Uświa­da­miam ci za­tem, że ow­szem, sta­ram się, ale nie jest mi ła­two, a już w szcze­gól­no­ści nie jest mi miło, gdy się tak do mnie zwra­casz - dziew­czy­na wy­ce­dzi­ła przez zęby.

- A ktoś ci obie­cy­wał, że bę­dzie to ła­twe, pro­ste i przy­jem­ne? W ży­ciu spo­ty­ka się róż­nych lu­dzi. Po­wiedz­my, że ja je­stem ten zły i nie­do­bry, któ­ry ma usta­wić cię do pio­nu.

- Da­ruj so­bie. Ro­zu­miem, że grasz złe­go po­li­cjan­ta, ale to mi w ni­czym nie po­ma­ga.

- Może być tyl­ko go­rzej. Wku­rzasz mnie. Wku­rzasz nas wszyst­kich. Chcesz za­ła­pać się do na­stęp­ne­go fil­mu, ob­cią­ga­jąc re­ży­se­ro­wi albo ko­muś z eki­py? Nie? To po­każ do cho­le­ry, że masz ja­kiś ta­lent! O ile go masz. Bo już stra­ci­li­śmy na to na­dzie­ję - Ja­ro­sław wy­rzu­cał zda­nia jak po­ci­ski, z każ­dym co­raz bar­dziej pod­no­sząc głos.

- Kur­wa mać... Prze­gi­nasz - pod­bró­dek Lu­izy za­czął nie­bez­piecz­nie drżeć.

- Za­słu­ży­łaś! - wrza­snął ak­tor kom­plet­nie już wy­pro­wa­dzo­ny z rów­no­wa­gi.

- Coś ty po­wie­dział? Bu­fon, idio­ta! Sły­sza­łam... Sły­sza­łam, ale my­śla­łam, że to plot­ki. Te­raz już wiem, że to naj­praw­dziw­sza praw­da: je­steś naj­bar­dziej wul­gar­nym i de­bil­nym fa­ce­tem, jaki cho­dzi po tej zie­mi!

- La­lecz­ko, o czym ty do mnie roz­ma­wiasz? Słu­chasz plo­tek? O pani... Mamy tu czy­tel­nicz­kę jed­ne­go z owych prze­świet­nych por­ta­li... Zdradź nam: gdzie po­da­ją naj­cie­kaw­sze, z dupy wy­ssa­ne in­for­ma­cje?

- Je­steś tak bez­na­dziej­ny, że dzi­wię się wszyst­kim, któ­rzy cię za­trud­nia­ją. Dno dna! Za wszel­ką cenę chcesz udo­wod­nić, że je­steś coś wart! Nie je­steś! Je­steś fiu­tem! - wście­kła wy­krzy­cza­ła, co o nim są­dzi, i już pod­nio­sła dłoń, by go spo­licz­ko­wać, ale w ostat­niej chwi­li ją cof­nę­ła.

- Niech Bóg ma cię w swo­jej opie­ce, je­śli od­wa­żysz się mnie do­tknąć. Chy­ba zda­jesz so­bie spra­wę, kim je­stem i jak bar­dzo mo­żesz so­bie tym za­szko­dzić. Zwłasz­cza te­raz, gdy pa­trzy na cie­bie 30 osób. A może wła­śnie o to ci cho­dzi, o ja­kieś za­ba­wy sado-maso? Tak mo­że­my się po­ba­wić, ale za go­dzin­kę, jak nikt nie bę­dzie pa­trzył. Lu­bię ta­kie nie­grzecz­ne dziew­czyn­ki - prych­nął iro­nicz­nie, wy­krzy­wia­jąc usta.

Ja­rek nie miał sza­cun­ku do ni­ko­go i, co naj­gor­sze, do­sko­na­le wie­dział, że może so­bie po­zwo­lić na ta­kie trak­to­wa­nie lu­dzi. Był już tak zna­nym i roz­chwy­ty­wa­nym ak­to­rem, że chy­ba nie było na świe­cie nic, co mo­gło­by po­zba­wić go pra­cy czy po­zy­cji wy­pra­co­wa­nej la­ta­mi.

Ale dziew­czy­na, do­pro­wa­dzo­na do skraj­no­ści, tym ra­zem się nie po­wstrzy­ma­ła. Po se­kun­dzie Ja­ro­sław stał osłu­pia­ły, z pur­pu­ro­wym po­licz­kiem. Te­raz już bar­dziej za­sko­czo­ny niż wście­kły. Już daw­no żad­na ko­bie­ta nie za­dzi­wi­ła go tak jak tego dnia Lu­iza. Trze­ba przy­znać, mia­ła ogrom­ną od­wa­gę i sza­cu­nek do sie­bie. Na­resz­cie ktoś dał do zro­zu­mie­nia ak­to­ro­wi, że nie moż­na bez­kar­nie trak­to­wać in­nych w taki spo­sób. Jed­nak czy ta ak­cja fak­tycz­nie coś zmie­ni­ła? Czy tyl­ko spo­wo­do­wa­ła, że Lu­izę bar­dzo szyb­ko wy­rzu­co­no z pla­nu? Praw­do­po­dob­nie od­po­wiedź na to py­ta­nie nie za­do­wo­li żad­nej ko­bie­ty, więc le­piej nie od­po­wia­dać.

- O ty zdzi­ro! No, no, sza­cu­ne­czek! Ale mam dla cie­bie złą wia­do­mość. Od­tąd bę­dziesz mia­ła dłu­go szla­ban na ekran, a z de­ska­mi te­atru jesz­cze mu­szę po­waż­nie po­roz­ma­wiać. Mo­żesz już za­cząć że­gnać się z ma­rze­nia­mi. Szko­da, oj jaka szko­da. Pierw­szy usta­wił­bym się w ko­lej­ce do ob­cią­ga­nia, gdy­byś przy­szła na ca­sting do na­stęp­ne­go fil­mu.

Dziew­czy­na, sły­sząc ko­lej­ne obe­lgi, znów się za­mach­nę­ła, jesz­cze raz ude­rzy­ła męż­czy­znę, tym ra­zem w dru­gi po­li­czek. Ja­rek chwy­cił jej dłoń, za­nim zdą­ży­ła ją cof­nąć od jego twa­rzy.

- Masz tu­pet, moja dro­ga. Ale tą rącz­ką mi mo­żesz co naj­wy­żej fiu­ta po­szar­pać - mó­wiąc to, od­wró­cił ko­bie­tę i z ca­łej siły po­pchnął w kie­run­ku wyj­ścia.

- Gów­no war­te jest gra­nie z ta­kim cha­mem jak ty! My­ślisz, że wszyst­ko ci wol­no? Nie je­steś pie­przo­nym kró­lem świa­ta! - Lu­iza, krzy­cząc, roz­trzę­sio­na wy­bie­gła ze stu­dia.

Cóż, Ja­rek nie na­le­żał do męż­czyzn ob­da­rzo­nych szcze­gól­ną kul­tu­rą oso­bi­stą. Był za to po­nad­prze­cięt­nie pew­ny sie­bie. Moż­na po­wie­dzieć, że jego ży­cio­wa dro­ga była usła­na... nie, ona była usra­na ró­ża­mi. Za­wsze wszyst­ko ucho­dzi­ło mu pła­zem i do­sko­na­le o tym wie­dział. Świat go ko­chał i da­wał mu ja­sno do zro­zu­mie­nia, że po­zwa­la mu na wie­le. Choć­by jaz­da sa­mo­cho­dem. Pro­wa­dził po wa­riac­ku, jak mu się żyw­nie po­do­ba­ło, prze­pi­sy miał w du­pie. Man­da­tów wła­ści­wie nie do­sta­wał, bo gdy pa­trol po­li­cji go za­trzy­my­wał, ni­g­dy nie pro­sił o do­ku­men­ty, za­wsze o au­to­graf. Był bez­kar­ny. Przyj­mo­wał wy­łącz­nie na­gro­dy, lu­dzie pisz­cze­li na jego wi­dok, ko­bie­ty zdej­mo­wa­ły sta­ni­ki. Tak, był kró­lem, i uzur­po­wał so­bie pra­wo do tego, żeby de­cy­do­wać o ży­ciu in­nych lu­dzi.

Jed­nak tego dnia coś wy­mknę­ło się spod kon­tro­li. Ktoś był nie­po­słusz­ny. Ale on oka­zał mu ła­skę. Nie ob­ciął gło­wy na gi­lo­ty­nie, a je­dy­nie po­słał Lu­izę do dia­bła. Po­czuł się z tym zu­peł­nie ina­czej niż zwy­kle, nie­co­dzien­nie i dość dzi­wacz­nie. Na­wet nie pa­mię­tał, kie­dy, i czy w ogó­le, przy­tra­fi­ła mu się po­dob­na sy­tu­acja. Był roz­ko­ja­rzo­ny, na­wet wście­kły. Ja­kim pra­wem ude­rzy­ła go ko­bie­ta o trzy po­ko­le­nia młod­sza?! To prze­cież ewi­dent­ny brak sza­cun­ku - myś­lał. Bo prze­cież to, że on sam za­cho­wał się po cham­sku, w ogó­le nie za­świ­ta­ło mu w gło­wie. Sta­wiał sie­bie na bar­dzo wy­so­kiej wie­ży, z któ­rej mógł swo­bod­nie pa­trzeć na lu­dzi z góry. Pę­pek świa­ta, świa­ta po­czą­tek, a resz­ta to tyl­ko ro­bac­two. Sta­ry czło­wiek i może... A może! I może być bar­dziej po­pie­przo­ny niż nie­je­den mło­dy Alva­ro, któ­re­mu się wy­da­je, że po­zja­dał wszyst­kie ro­zu­my.

Za­raz po tym zda­rze­niu Ja­ro­sław za­trzy­mał się w naj­bliż­szej ka­wiar­ni. Pa­dło na jed­ną z po­pu­lar­nych w War­sza­wie sie­ció­wek. Chciał ochło­nąć, na­pić się przy­zwo­itej kawy, omó­wić przez te­le­fon z przy­ja­cie­lem zbli­ża­ją­cy się wiel­ki­mi kro­ka­mi za­je­bi­sty wie­czór. Wtor­ko­wy wie­czór, któ­ry miał oczy­ścić złe emo­cje z ca­łe­go ty­go­dnia. Wciąż jesz­cze na­bu­zo­wa­ny, sta­nął w ko­lej­ce i bez­wied­nie za­czął się przy­słu­chi­wać za­mó­wie­niom, któ­re klien­ci skła­da­li ba­ri­stom. Im bar­dziej się wsłu­chi­wał, tym bar­dziej od­zy­wa­ły się w nim skłon­no­ści mor­der­cze, a na­wet my­śli sa­mo­bój­cze. Tak, był już na gra­ni­cy wy­trzy­ma­ło­ści.

Pierw­szy klient:

- Dzień do­bry. Po­pro­szę... - klient na dłuż­szą chwi­lę za­wie­sił głos, pil­nie wpa­tru­jąc się w menu za­pi­sa­ne kre­dą na czar­nej ta­bli­cy za ple­ca­mi sprze­daw­cy.

- Ma pan ocho­tę na moc­niej­szą kawę czy ra­czej de­se­ro­wą? - ba­ri­sta pró­bo­wał po­móc w wy­bo­rze.

- Już wiem, po­pro­szę lat­te na mle­ku so­jo­wym.

- Czy przy­go­to­wać na­pój z po­le­ca­nej kawy ara­bi­ka?

- Nie wiem...

- W ta­kim ra­zie zro­bię ze stan­dar­do­wej mie­szan­ki kaw.

- A może jed­nak zde­cy­du­ję się na tę ara­bi­kę.

- Do­brze.

- Albo nie, jed­nak po­pro­szę zwy­kłą lat­te, ale na mle­ku so­jo­wym - klient w koń­cu pod­jął waż­ką ży­cio­wą de­cy­zję, za­sta­na­wia­jąc się na wy­bo­rem na­po­ju do­bre 5 mi­nut.

Dru­gi klient:

- Po­pro­szę flat whi­te, ko­niecz­nie na mle­ku bez lak­to­zy z bez­cu­kro­wym sy­ro­pem kar­me­lo­wym i do tego trzy to­reb­ki cu­kru trzci­no­we­go.

Trze­ci klient:

- Dzień do­bry, dla mnie ser­ni­czek. Nie, nie ten, tam­ten bez­glu­te­no­wy z po­ma­rań­czą.

- Czy coś jesz­cze bę­dzie?

- Czy w tam­tym ciast­ku są orze­chy?

- Są.

- O to nie. Ab­so­lut­nie! A fe. W ta­kim ra­zie tar­tę i her­bat­kę En­glish bre­ak­fast. I jesz­cze dla żony pro­szę bez­ko­fe­ino­wą cia­stecz­ko­wą mo­chę.

Ja­rek na­resz­cie do­cze­kał się swo­jej ko­lej­ki.

- Jezu... lu­dzie, po­rą­ba­ło was do resz­ty? Chcę kawę z kawą. Ma­cie w ogó­le coś ta­kie­go jak zwy­kła kawa? Może je­stem ja­kiś nie­dzi­siej­szy?

- Pro­szę się nie de­ner­wo­wać. To tyl­ko kawa - mło­dy chło­pak za ladą pró­bo­wał to­no­wać emo­cje. Oczy­wi­ście, za­pa­rzę panu ame­ri­ca­no w wer­sji kla­sycz­nej.

- Da­waj!

- Espres­so na ba­zie mie­szan­ki mo­cha ita­lia za­to­pio­ne w de­mi­ne­ra­li­zo­wa­nej wo­dzie ter­mal­nej. Pa­su­je panu?

- Fa­cet, ja chcę do cho­le­ry czar­ną kawę!

- Tak to się u nas, pro­szę pana, na­zy­wa - ba­ri­sta był już odro­bi­nę znie­cier­pli­wio­ny.

- Nie­waż­ne, daj­cie, co ma­cie. Ile pła­cę?

- 15 zło­tych.

Ja­rek roz­siadł się na ka­na­pie, trzy­ma­jąc ku­bek z kawą. O, par­don, ra­czej z wy­jąt­ko­wą kom­po­zy­cją szla­chet­nych zia­ren i wody wy­do­by­tej z głę­bin na­tu­ral­nych źró­deł ter­mal­nych. Wy­cią­gnął te­le­fon.

- Halo, Ma­riusz?

- Hej, co do­bre­go, Ja­rek?

- Do­bre­go? Nic! Szlag niech tra­fi cały dzi­siej­szy dzień, to ja­kaś po­raż­ka! Wszyt­ko wy­pro­wa­dza mnie z rów­no­wa­gi, wszyst­ko!

- Spo­koj­nie! Wie­czor­kiem się zre­lak­su­jesz... - przy­ja­ciel sta­rał się go uspo­ko­ić, ale chy­ba nie był zbyt prze­ko­nu­ją­cy.

- Obym tyl­ko wy­trwał... - do wie­czo­ra zo­sta­ło jesz­cze parę go­dzin, a No­wic­ki był tak na­bu­zo­wa­ny, że jesz­cze chwi­la, a go­tów ko­muś roz­wa­lić łeb.

Raz na ty­dzień Ja­ro­sław spo­ty­kał się z przy­ja­ciół­mi na mę­skich wtor­kach. Była to ich ry­tu­al­na li­ba­cja, my­śle­li o niej od śro­dy do po­nie­dział­ku non stop. Nie było wśród nich fa­ce­ta, któ­ry w środ­ku ty­go­dnia nie pa­trzył­by co ja­kiś czas na ze­gar i nie od­li­czał mi­nut do go­dzi­ny zero, kie­dy na­resz­cie mo­gli się zo­ba­czyć. W każ­dy wtor­ko­wy wie­czór zni­ka­li i wy­lo­go­wy­wa­li się z ży­cia ro­dzin­ne­go i za­wo­do­we­go. Tych parę go­dzin trak­to­wa­li jako naj­lep­szą na­gro­dę, jaką mo­gli so­bie sami po­da­ro­wać. Ra­do­sną prze­rwę w nud­nym i mo­no­ton­nym ży­ciu, za­ję­tym przez nie­mi­ło­sier­nie gde­ra­ją­ce żony, na­wał obo­wiąz­ków, ter­mi­ny zle­ceń czy ki­lo­me­tro­we sce­na­riu­sze, któ­rych trze­ba uczyć się na pa­mięć. Wcho­dzi­li do swo­je­go świa­ta, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi przed ob­cy­mi, ale przede wszyst­kim przed naj­bliż­szy­mi. Za tymi drzwia­mi dzia­ło się wszyst­ko, na co tyl­ko mie­li ocho­tę. Stwo­rzy­li ta­jem­ni­czy mę­ski krąg, do któ­re­go na­le­ża­ło tyl­ko dzie­się­ciu fa­ce­tów. Byli żo­na­ty­mi, zmę­czo­ny­mi pro­zą ży­cia pod­sta­rza­ły­mi de­ge­ne­ra­ta­mi, któ­rzy do tego mają to­tal­nie nie­rów­no pod su­fi­tem. Na­zy­wa­li sie­bie Dzie­się­cio­ma Dżen­tel­me­na­mi, wszy­scy no­si­li ko­szu­le z mo­no­gra­mem DŻ na man­kie­tach i ufa­li so­bie bez­gra­nicz­nie. Nie było opcji, żeby to, co dzia­ło się mię­dzy nimi, gdzie­kol­wiek wy­pły­nę­ło, a wtor­ko­we wie­czo­ry były ich świę­to­ścią. Zna­czek na man­kie­tach w naj­gor­szych chwi­lach przy­po­mi­nał im o tym i da­wał siłę, żeby prze­trwać do wtor­ku. Wte­dy naj­gor­sze emo­cje znaj­do­wa­ły uj­ście, we wła­snym, mę­skim, wta­jem­ni­czo­nym gro­nie. Gro­nie męż­czyzn o zgorzk­nia­łych ser­cach i wy­ra­fi­no­wa­nych gu­stach ero­tycz­nych. Oczy­wi­ście spo­tka­nia owe nie mia­ły na celu tyl­ko i wy­łącz­nie spusz­cze­nia na­pię­cia z ich pe­ni­sów. Spę­dza­li ra­zem całe wie­czo­ry, roz­piesz­cza­jąc wszyst­kie swo­je zmy­sły. I wy­pusz­cza­jąc na po­wierzch­nię swo­je naj­gor­sze de­mo­ny, drze­mią­ce w nich głę­bo­ko.

Wróć­my jed­nak do roz­mo­wy Jar­ka z Ma­riu­szem:

- Ja­rek, co z tą pan­ną, któ­ra była u cie­bie parę dni temu? - za­gad­nął przy­ja­ciel.

- A jak my­ślisz?

- Nie wy­głu­piaj się, nie będę się ba­wił w zga­dy­wan­ki.

- Cóż, pan­na ła­twa i szyb­ciej mi z nią pój­dzie, niż my­śla­łem. Obu­dzi­ła się rano po bzy­kan­ku. Zna­la­zła for­sę, wy­szła z po­ko­ju zdzi­wio­na. Po czym za­py­ta­ła cie­niut­kim gło­sem "Co to ma być? Dla­cze­go da­łeś mi tyle pie­nię­dzy?".

- Ha, ha, ha! A co, chcia­ła mniej?

- Moż­li­we!

- I co ty jej na to od­po­wie­dzia­łeś?

- Że chcia­łem po­da­ro­wać jej pre­zent, ale nie wie­dzia­łem, co lubi, więc po­sta­no­wi­łem, że dam jej parę zło­tych, żeby sama so­bie coś ku­pi­ła.

- Nie ga­daj, tak szyb­ko wzię­ła?

- Wzię­ła, wzię­ła! Z po­cząt­ku była skrę­po­wa­na, ale po­szło jak po ma­śle. Jak pla­no­wa­łem.

- To te­raz bę­dzie ro­bić wszyst­ko, co tyl­ko jej po­wiesz. Wi­dzi, że masz hajs, i ła­two nie od­pu­ści.

- I wła­śnie o to mi cho­dzi­ło! Nie mam te­raz cza­su na szu­ka­nie in­nej pa­nien­ki, a poza tym nie ma w oko­li­cy ni­ko­go lep­sze­go.

- Oj bez prze­sa­dy, nie ga­daj głu­pot! Śle­py je­steś? Tyle to­wa­ru cho­dzi po uli­cach...

- Ma­riusz. Ja cię pro­szę. Mam mi­lion spraw na gło­wie. Zwy­czaj­nie nie chce mi się szu­kać in­nej. Ja wiem, że te la­cho­cią­gi ku­szą, prę­żą wy­wa­lo­ne na wierzch pier­si, pach­ną, ale wiesz do­brze, o co mi cho­dzi. Zresz­tą, kto po­wie­dział, że będę mu­siał do koń­ca ży­cia oglą­dać tyl­ko jej cyc­ki?

- Wiem, o co cho­dzi. Nie może tak dłu­żej być. Po­trze­bu­jesz żon­ki, i to szyb­ko. Ktoś musi przy to­bie być. Taki fa­cet jak ty po­wi­nien prze­cież mieć się czym po­chwa­lić na ścian­ce. No i wiesz... w koń­cu na­pi­szą o to­bie coś po­zy­tyw­ne­go.

- Cie­szę się, że mam w to­bie ta­kie wspar­cie.

- Już wi­dzę te ta­blo­idy z na­głów­ka­mi "Pan Ja­ro­sław No­wic­ki u boku swej pięk­nej żony. Ustat­ko­wa­ny doj­rza­ły ak­tor".

- Do­kład­nie. A zresz­tą, mi­lej się wra­ca do domu, gdy ktoś tam cze­ka. Pies, dupa, je­den chuj, ale baba przy­naj­mniej się sama ob­słu­ży. A na­wet jak masz to bab­sko to­tal­nie w du­pie, to cho­ciaż do ko­goś gębę otwo­rzysz, z kimś zjesz ko­la­cję i po­je­dziesz do spa.

- Do­sko­na­le wiem, o czym mó­wisz. To co, kie­dy się wi­dzi­cie? Coś już za­pla­no­wa­łeś?

- Aj tam... Jak mi się za­chce, to do niej za­dzwo­nię.

- Ha, ha, ha, nie­zły je­steś.

- Prze­cież obaj wie­my, że te­raz, po tej ak­cji, jak po­da­ro­wa­łem jej parę gro­szy, już bę­dzie jeść mi z ręki. Na­wet gdy­bym jej ka­zał jeść gów­no, toby zja­dła.

- Masz ra­cję.

- Do­bra, Ma­riusz, te­raz mamy cie­kaw­sze rze­czy do ob­ga­da­nia. Ko­niec smęt­nych hi­sto­rii, wy­bi­ła 17. O pra­cy nie ga­da­my, o ży­ciu nie ga­da­my. Te­ma­tem prze­wod­nim dzi­siej­sze­go wtor­ko­we­go wie­czo­ru jest Azja.

- O, za­cie­ka­wi­łeś mnie. Ty za­wsze umiesz coś wy­my­ślić. Ga­daj, co za­pla­no­wa­łeś?

- Ma­riusz, po­wo­lut­ku... Jak nie bę­dzie nie­spo­dzian­ki, to pod­nie­ta bę­dzie mniej­sza i sa­tys­fak­cja nie taka. A tu chy­ba o to cho­dzi! Dziś mają po­nieść nas emo­cje. Bę­dzie za­je­bi­ście. Zresz­tą, jak za­wsze! Za­dzwoń do wszyst­kich i umów nas za dwie go­dzi­ny pod ad­re­sem, któ­ry za­raz ci po­dam. Pa­mię­taj, to na­sze obo­wiąz­ko­we szko­le­nia pra­cow­ni­ków, któ­re mają pod­nieść kwa­li­fi­ka­cje za­wo­do­we - Ja­ro­sław za­koń­czył roz­mo­wę to­nem ty­leż żar­to­bli­wym co nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu, choć przy­ja­ciel ani przez se­kun­dę nie za­mie­rzał mu się sprze­ci­wiać.

Dżen­tel­me­ni, zgod­nie z usta­le­nia­mi, spo­tka­li się o umó­wio­nej go­dzi­nie w wy­zna­czo­nym miej­scu. Na fa­sa­dzie sta­rej za­nie­dba­nej ka­mie­ni­cy wi­sia­ła ta­blicz­ka z nu­me­rem 28, przed bra­mą cze­ka­ła na nich drob­na ko­bie­ca po­stać.

- Wi­tam pa­nów w na­szej re­stau­ra­cji - ko­bie­ta ode­zwa­ła się mi­łym, cie­płym gło­sem. Ubra­na była w ki­mo­no. Jej twarz z da­le­ka wy­glą­da­ła na bar­dzo ja­sną, z bli­ska moż­na było do­strzec, że to efekt bia­łe­go ma­ki­ja­żu. Tak­że fry­zu­rę mia­ła nie­zwy­kłą. Choć sta­ra­li się tego nie oka­zy­wać, ta nie­co­dzien­na sty­li­za­cja wzbu­dzi­ła za­in­te­re­so­wa­nie męż­czyzn; za­sta­na­wia­li się, co tak na­praw­dę kry­je się pod ki­mo­nem.

- W re­stau­ra­cji? Prze­cież nic tu nie ma - zdzi­wił się je­den z nich, spo­glą­da­jąc na Azjat­kę py­ta­ją­co.

Ko­bie­ta wska­za­ła de­li­kat­ną dło­nią nie­po­zor­ne, me­ta­lo­we i moc­no za­rdze­wia­łe drzwi obok głów­nej bra­my.

- Pro­szę za mną - po­wie­dzia­ła.

- To chy­ba ja­kiś żart. Ja­rek, co to za spe­lu­na? - Ma­riusz od­wró­cił się w kie­run­ku przy­ja­cie­la, ale ten tyl­ko ta­jem­ni­czo się uśmiech­nął.

- Spo­koj­nie, wszyst­ko jest pod kon­tro­lą.

Po­szli za nią. Prze­ci­snę­li się przez wą­skie przej­ście, za nim za­czy­nał się dłu­gi ciem­ny ko­ry­tarz. Małe czer­wo­ne lamp­ki tyl­ko nie­znacz­nie roz­pra­sza­ły mrok. Ko­ry­tarz wiódł do wiel­kiej kuch­ni, w któ­rej pa­no­wał nie­sa­mo­wi­ty roz­gar­diasz. Kil­ku ku­cha­rzy w wy­so­kich bia­łych cza­pach krzą­ta­ło się przy pal­ni­kach i prze­krzy­ki­wa­ło po­nad kłę­ba­mi pary uno­szą­cy­mi się znad wo­ków. Azjat­ka po­pro­wa­dzi­ła ich da­lej. Z kuch­ni prze­szli do po­miesz­cze­nia przy­po­mi­na­ją­ce­go duży eks­klu­zyw­ny sa­lon. Był on spo­wi­ty kłę­ba­mi dymu z cy­gar, uno­szą­cy­mi się nad gło­wa­mi go­ści.

- Miło mi po­wi­tać pa­nów w taj­nej re­stau­ra­cji Smak Azji. Mam na­dzie­ję, że spę­dzi­cie z nami nie­za­po­mnia­ne chwi­le i za­sma­ku­je­cie odro­bi­ny roz­ko­szy. I że wa­sze kub­ki sma­ko­we będą usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne, choć nie tyl­ko one... - uśmiech­nę­ła się do nich i za­czę­ła opo­wia­dać o no­wym ku­li­nar­nym miej­scu na ma­pie sto­li­cy.

- W na­szej re­stau­ra­cji może prze­by­wać jed­no­cze­śnie tyl­ko 100 osób. Jest to wy­jąt­ko­we miej­sce dla szcze­gól­nej i wy­se­lek­cjo­no­wa­nej klien­te­li. Za wszyst­kie atrak­cje, któ­re będą pa­nów udzia­łem, na­li­cza­ne są punk­ty na kar­tach - to mó­wiąc, ko­bie­ta wrę­czy­ła każ­de­mu z nich ka­wa­łek ele­ganc­kie­go pla­sti­ku. - Pro­szę nie mar­twić się o ra­chu­nek, kar­tę opła­ca się przy wyj­ściu - do­da­ła dys­kret­nie i kon­ty­nu­owa­ła pre­zen­ta­cję re­stau­ra­cji. - Mu­si­cie pa­no­wie wie­dzieć, że obo­wią­zu­je tu spe­cy­ficz­ny dress code, wszyst­kich klien­tów pro­si­my o jed­na­ko­wy strój, a ra­czej... o jego brak. Po prze­kro­cze­niu pro­gu Sma­ku Azji klien­ci zo­sta­wia­ją swo­je ubra­nia w in­dy­wi­du­al­nych szaf­kach. Kel­ner­ki są zaś ubra­ne tak jak ja, w tra­dy­cyj­ne ki­mo­na, by pod­kre­ślić praw­dzi­wie azja­tyc­ki kli­mat tego miej­sca. Nie mu­si­cie się pa­no­wie ni­ko­go ani ni­cze­go oba­wiać, na­gość ni­ko­go tu nie zgor­szy. Nie tra­fia tu nikt nie­po­wo­ła­ny. Re­stau­ra­cja nie ma okien, tak więc nasz lo­kal nie sta­no­wi pro­ble­mu rów­nież dla są­sia­du­ją­cych miesz­kań­ców. Zresz­tą, mało kto w ogó­le o nim wie. Czuj­cie się tu swo­bod­nie.

Męż­czyź­ni ro­zej­rze­li się zdu­mie­ni po ta­jem­ni­czym po­miesz­cze­niu, po czym kar­nie uda­li się do szat­ni ukry­tej za bam­bu­so­wy­mi ko­ta­ra­mi. Każ­dy z nich zna­lazł w szaf­ce mięk­kie kap­cie oraz szla­frok. Były one przy­go­to­wa­ne dla tych go­ści, któ­rzy nie do koń­ca czu­li się swo­bod­nie ze swo­ją na­go­ścią, albo gdy­by uzna­li, że bę­dzie im za zim­no. Nie­ste­re­oty­po­we miej­sce od sa­me­go po­cząt­ku przy­pa­dło im gu­stu. Re­stau­ra­cję oświe­tlał blask świec, dźwię­ki tłu­mi­ły mięk­kie ko­ta­ry, je­dwab­ne po­dusz­ki i pu­szy­ste dy­wa­ny. Przy wej­ściu na wy­so­kich ba­ro­wych sto­li­kach cze­ka­ły na nich wy­szu­ka­ne kok­taj­le. Ich na­zwy przy­wo­dzi­ły na myśl czte­ry ży­wio­ły: Ogni­sty Smok, Mo­rze Roz­ko­szy, Wład­ca Wia­tru, Raj na Zie­mi.

- To jak wam się, pa­no­wie, po­do­ba? - za­py­tał dum­ny z sie­bie Ja­ro­sław.

- Jak ty zna­la­złeś to miej­sce? Chy­ba tu za­miesz­kam!

- Nie ma spra­wy, za­ła­twio­ne - ro­ze­śmiał się Ja­rek.

- Opo­wia­daj, co tu moż­na cie­ka­we­go ro­bić. Wiesz do­brze, o co py­tam. Będą ja­kieś gołe du­pecz­ki i ci­pecz­ki?

- Ha! Pew­nie, że będą.

Ich eks­cy­ta­cja pa­so­wa­ła do spe­cy­ficz­nej aury pod­nie­ce­nia, któ­ra unio­sła się w po­wie­trzu, wzmoc­nio­nej na­stro­jo­wą mu­zy­ką w tle.

Po ja­kiś cza­sie z szat­ni wy­szła grup­ka lek­ko pi­ja­nych ty­pów. Mie­li klat­ki pier­sio­we po­kry­te krę­co­ny­mi, przy­pró­szo­ny­mi si­wi­zną wło­sa­mi, któ­re ide­al­nie pa­so­wa­ły do ich piw­nych brzusz­ków, opa­da­ją­cych po­wiek i ser­del­ków zwi­sa­ją­cych mię­dzy no­ga­mi. Jed­nak w re­stau­ra­cji było tak ciem­no, że do­strzec moż­na było je­dy­nie za­ry­sy syl­we­tek. Trze­ba przy­znać, że dzię­ki temu Dżen­tel­me­ni nie byli aż tak skrę­po­wa­ni, choć i tak czu­li się dość nie­zręcz­nie. Nie byli pew­ni, cze­go się spo­dzie­wać, za­sko­cze­ni, a jed­no­cze­śnie za­chwy­ce­ni bądź co bądź no­wym do­świad­cze­niem. Usie­dli przy sto­li­kach, wy­bra­li z kart da­nia, któ­re ku­cha­rze przy­rzą­dza­li na ich oczach. Menu skła­da­ło się z po­zor­nie pro­ste­go je­dze­nia - dużo wa­rzyw, kwia­tów, wę­dzo­nych mięs i ryb. Był też czer­wo­ny, czar­ny i zło­ty ka­wior, a tak­że po­tra­wy, któ­re nie­mal­że ru­sza­ły się na ich ta­ler­zach. Je­dze­nie po­da­wa­ne było w gli­nia­nych mi­sach z drew­nia­ny­mi pa­łecz­ka­mi. Al­ko­hol był z ko­lei ser­wo­wa­ny w ol­brzy­mich kie­li­chach, więc czu­li się jak sam Dio­ni­zos. Cho­ciaż w tym przy­pad­ku po­wi­nien być to ra­czej Ca­ishen, chiń­skie bó­stwo do­bro­by­tu, albo inny azja­tyc­ki pa­tron dzi­kiej na­tu­ry i luk­su­su. At­mos­fe­ra pa­nu­ją­ca w re­stau­ra­cji nie była po­dob­na do ni­cze­go in­ne­go. Wraz z na­go­ścią, któ­ra za­sko­czy­ła ich już od wej­ścia, po­ja­wił się rów­nież za­kaz uży­wa­nia urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych. Mie­li dzię­ki temu po­czu­cie jesz­cze więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia w sy­tu­ację, w któ­rej się zna­leź­li. Wła­śnie na tym za­le­ża­ło im naj­bar­dziej. Na chwi­li re­lak­su, ode­rwa­nia od sza­leń­czej go­ni­twy i chwi­li za­mknię­cia się w zu­peł­nie in­nej, abs­trak­cyj­nej rze­czy­wi­sto­ści. Cza­ry mary - sza­leń­cu sta­ry.

- Mam 60 lat, a ta­kie­go miej­sca na oczy nie wi­dzia­łem. Po­daj mi, pro­szę, al­ko­hol - zwró­cił się Ma­riusz do Jar­ka.

- Chy­ba osza­la­łeś, uwa­żasz, że będę ci te­raz po­le­wał? Od cze­go mamy słu­żą­ce! Oj prze­pra­szam, na­sze kel­ne­recz­ki - Ja­rek się ro­ze­śmiał, pod­niósł rękę i szyb­kim ge­stem po­pro­sił jed­ną z ko­biet do sto­li­ka.

- Czy mo­gła­byś nam jesz­cze na­lać tego wina, sake czy cze­go­kol­wiek, co jest w tym dzban­ku?

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana.

- A po­wiedz mi, moja dro­ga... Chodź, chodź, na­chyl się tu, pro­szę, nade mną.

Ko­bie­ta przy­su­nę­ła się, nad­sta­wia­jąc ucho.

- Kie­dy bę­dzie­my mo­gli li­czyć na ma­sa­że? - wy­szep­tał Ja­ro­sław, pusz­cza­jąc oko w stro­nę ko­le­gów.

- Je­śli pa­no­wie chcą, to sale z dziew­czę­ta­mi są już go­to­we - od­rze­kła kel­ner­ka.

- Tak? Pa­no­wie, idzie­my! - Ja­rek pod­niósł się od sto­li­ka, po­zo­sta­li po­szli w jego śla­dy.

Męż­czy­zna sta­nął w ko­lej­ce jako trze­ci. Zer­k­nął przez ra­mio­na ko­le­gów. Zo­ba­czył pra­wie pu­stą salę wy­sła­ną czer­wo­nym dy­wa­nem, na któ­rym klę­cza­ła dziew­czy­na. Za­pa­la­ła świe­cę i roz­grze­wa­ła nad nią ole­jek. Wciąż był zdez­o­rien­to­wa­ny. Miał na­dzie­ję, że będą tam łóż­ka - li­czył prze­cież na seks. Obie­cał to każ­de­mu. I to miał za­ła­twić!

Zza drzwi jed­ne­go z po­koi wy­szła fi­li­gra­no­wa Taj­ka. Jej cia­ło zo­sta­ło le­d­wo co ob­da­rzo­ne krą­gło­ścia­mi przez mat­kę na­tu­rę. Zdez­o­rien­to­wa­ny, przyj­rzał się jej drob­nym dło­niom, wy­jąt­ko­wo szczu­płym no­gom i czar­nym jak smo­ła wło­som. Dziew­czy­na po­cią­gnę­ła go za rękę do pu­ste­go po­ko­ju i za­mknę­ła drzwi. Wska­za­ła prysz­nic i za­pro­po­no­wa­ła, by po ob­my­ciu cia­ła po­zo­stał jesz­cze przez chwi­lę za­mknię­ty w ka­bi­nie. Ja­rek po­słusz­nie udał się pod na­trysk. Na­gle z dołu, spod jego stóp za­czę­ła wy­do­by­wać się para wod­na. Woda skra­pla­ła się na cie­le. Ta pry­wat­na mi­ni­łaź­nia pa­ro­wa bar­dzo mu się spodo­ba­ła. Gdy tyl­ko wy­szedł, dziew­czy­na wska­za­ła krze­sło, na któ­rym się roz­siadł. Na­chy­li­ła się nad nim i pod­nio­sła jego sto­py, ob­le­wa­jąc je cie­płą wodą. Po­da­ła mu trzy bu­te­lecz­ki za­wie­ra­ją­ce trzy róż­ne żele do my­cia, po­pro­si­ła, by wy­brał ten, któ­re­go za­pach naj­bar­dziej mu się po­do­ba. Na­stęp­nie na­ło­ży­ła na jego sto­py kil­ka aro­ma­tycz­nych kro­pel, de­li­kat­nie ma­su­jąc. Po chwi­li prze­nie­śli się na pod­ło­gę. Ja­rek uło­żył się na ple­cach, a ko­bie­ta za­czę­ła ma­so­wać jego szy­ję.

- Czy czu­je pan zde­ner­wo­wa­nie? - za­py­ta­ła.

- To zna­czy?

- Py­tam, bo wy­czu­wam w panu ol­brzy­mie na­pię­cie. Ma­saż w Taj­lan­dii to część na­sze­go ży­cia. Jest dla nas bar­dzo waż­ny. Uwa­żam, że ma­saż re­lak­sa­cyj­ny nie jest nic wart, gdy klient jest na­ła­do­wa­ny na­pię­ciem sek­su­al­nym. U męż­czyzn ta­kich jak pan to zu­peł­nie nor­mal­ne zja­wi­sko. Pro­szę się nie oba­wiać, je­śli ma pan żonę... W Azji ma­saż nie jest uzna­wa­ny za zdra­dę. To tyl­ko ele­men­ty hi­gie­ny fi­zycz­nej i men­tal­nej. Tao­istycz­na teo­ria gło­si, że na pe­ni­sie znaj­du­ją się punk­ty od­po­wia­da­ją­ce ca­łe­mu cia­łu. Ma­su­jąc pe­ni­sa, daję od­prę­że­nie ca­łe­mu cia­łu.

- Pro­szę ro­bić to, co uwa­ża pani za sto­sow­ne - spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny.

Azja­tyc­ki raj, o ja­kim ma­rzył tego dnia, otwie­rał się przed nim w ca­łej oka­za­ło­ści. Na­wet nie spo­dzie­wał się, że bę­dzie cze­kać go ta­kie do­zna­nie. Był go nie­sa­mo­wi­cie cie­kaw. Raz jesz­cze ob­jął wzro­kiem całe cia­ło ko­bie­ty i po chwi­li pod­eks­cy­to­wa­ny od­dał się w jej ręce.

Taj­ka za­czę­ła od­dy­chać po­wo­li i głę­bo­ko, w taki spo­sób, że Ja­rek mógł sły­szeć rytm jej od­de­chu. Wpro­wa­dzi­ło go to w stan bło­gie­go re­lak­su. Jej ru­chy były po­wol­ne i wy­jąt­ko­wo do­kład­ne. W po­cząt­ko­wej fa­zie za­bie­gu męż­czy­zna uło­żył się na ple­cach, a ma­sa­żyst­ka wma­so­wy­wa­ła w jego cia­ło roz­grza­ny i pach­ną­cy ja­śmi­nem ole­jek. Za­czę­ła od nóg, po czym do­kład­nie owi­nę­ła je cie­płym ręcz­ni­kiem, by ole­jek jesz­cze głę­biej wnik­nął w skó­rę. Na­stęp­nie za­ję­ła się ma­sa­żem rąk, ra­mion i klat­ki pier­sio­wej. Kie­dy po­czu­ła, że mię­śnie są od­po­wied­nio roz­luź­nio­ne, lek­ko roz­su­nę­ła jego nogi i usia­dła mię­dzy nimi. Zy­ska­ła w ten spo­sób swo­bod­ny do­stęp do ge­ni­ta­liów i brzu­cha męż­czy­zny.

Na po­cząt­ku po­ło­ży­ła obie dło­nie na jego ko­ści ło­no­wej i przez mi­nu­tę zo­sta­ła w bez­ru­chu, two­rząc lek­kie na­pię­cie. Po­tem okręż­ny­mi ru­cha­mi za­czę­ła ma­so­wać cały ob­szar po­mię­dzy ją­dra­mi, po­ślad­ka­mi i pa­chwi­na­mi i ugnia­ta­jąc, roz­ma­so­wy­wa­ła te miej­sca do­brych kil­ka mi­nut. Na­stęp­nie bar­dzo de­li­kat­nie ob­ję­ła ca­ły­mi dłoń­mi ją­dra, ko­ły­sząc nimi na boki. W koń­cu chwy­ci­ła pe­ni­sa i ryt­micz­nie ści­ska­jąc, raz jed­ną, raz dru­gą dło­nią, prze­su­wa­ła go w górę i w dół. Wresz­cie ob­ję­ła głów­kę od dołu i ma­so­wa­ła w tym miej­scu jed­nym tyl­ko pal­cem. Gdy po­czu­ła, że pod­nie­co­ny do gra­nic moż­li­wo­ści jest już na skra­ju, moc­no ści­snę­ła pe­ni­sa i znie­ru­cho­mia­ła. Zdez­o­rien­to­wa­ny otwo­rzył oczy i spy­tał:

- Co ro­bisz?

- Pro­szę nic nie mó­wić.

Mi­nę­ło kil­ka se­kund i w ca­łym cie­le Ja­ro­sła­wa po­now­nie roz­la­ło się bło­gie cie­pło. I gdy do wy­try­sku bra­ko­wa­ło do­słow­nie jed­ne­go ru­chu jej dło­ni, ko­bie­ta zno­wu prze­rwa­ła i ści­snę­ła go jesz­cze moc­niej. Po chwi­li po­now­nie za­czę­ła po­ru­szać ręką, aż z pe­ni­sa wy­pły­nę­ła go­rą­ca sper­ma, któ­ra ochla­pa­ła kusy far­tu­szek ma­sa­żyst­ki. Wy­tar­ła go wil­got­nym ręcz­ni­kiem, po­dzię­ko­wa­ła i wy­szła.

Ja­rek ostroż­nie pod­niósł się i usiadł. Jego cia­ło było lśnią­ce i sprę­ży­ste, a zmy­sły roz­bu­dzo­ne do gra­nic. Gę­sty za­pach pod­nie­ce­nia uno­sił się w po­wie­trzu. Był za­chwy­co­ny. Daw­no nie prze­żył tak głę­bo­kie­go i in­ten­syw­ne­go or­ga­zmu. Po chwi­li wy­szedł z po­ko­ju. Przed drzwia­mi cze­ka­ła na nie­go inna ko­bie­ta, któ­ra wska­za­ła mu po­kój z le­ża­ka­mi i za­pro­po­no­wa­ła re­laks przy zie­lo­nej her­ba­cie. Sko­rzy­stał. Gdy tyl­ko mi­nął próg po­miesz­cze­nia, za­uwa­żył sie­dzą­cych tam czte­rech ko­le­gów.

- Jak wam się po­do­ba­ło?

- Daw­no nie było mi tak cu­dow­nie. Wspa­nia­łe do­zna­nie, moje cia­ło jest cał­ko­wi­cie zre­lak­so­wa­ne.

- To praw­da. Wi­dać, że la­ski ro­bią to z pa­sją - roz­ma­rzył się je­den z nich.

- Ma­saż jak ma­saż... - wy­mam­ro­tał w od­po­wie­dzi Ma­riusz, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

- Sko­ro ty masz za­wsze ta­kie ma­sa­że, po­leć mi to miej­sce! Za­pi­su­ję się od razu! - Ja­ro­sław aż uniósł gło­wę z le­ża­ka.

- Zwy­kły, kla­sycz­ny ma­saż, spo­ko, jak naj­bar­dziej po­le­cam. Ale nie ro­zu­miem, co wy tak prze­ży­wa­cie... - Ma­riusz po­zo­sta­wał nie­wzru­szo­ny.

- Nie żar­tuj, ta mło­da dup­cia nie zwa­li­ła...? - wy­krzyk­nę­li nie­mal chó­rem.

- Że co?

Męż­czyź­ni spoj­rze­li z nie­do­wie­rza­niem w stro­nę ko­le­gi.

- Za­raz mnie szlag tra­fi. Wy wszy­scy? - do­pie­ro te­raz Ma­riusz zo­rien­to­wał się, o czym mó­wią i co go omi­nę­ło.

- No ra­czej!

- Ale mnie ta lala urzą­dzi­ła. Ja­rek, chcę na­tych­miast roz­ma­wiać z kimś od­po­wie­dzial­nym za ten bur­del - Ma­riusz za­czął się bul­wer­so­wać nie na żar­ty.

- Ha, ha, spo­koj­nie! Bez spi­ny, za­raz ci za­ła­twię re­kom­pen­sa­tę - ro­ze­śmiał się Ja­ro­sław. Wy­szedł z po­ko­ju i za­cze­pił pierw­szą Taj­kę, któ­rą spo­tkał na ko­ry­ta­rzu.

- Mój ko­le­ga coś nie jest hap­py po wa­szym ma­sa­żu.

- Za­pew­niam pana, że na­sza ma­sa­żyst­ka wy­ko­na­ła na­le­ży­cie swo­ją pra­cę i sta­ra­ła się ze wszyst­kich sił, aby jej klient wy­szedł od­po­wied­nio zre­lak­so­wa­ny.

- Do­bra zre­lak­so­wa­ny jest, ale... no wie pani...

- Nie ro­zu­miem - ko­bie­ta uda­wa­ła albo rze­czy­wi­ście nie wie­dzia­ła, o co cho­dzi.

- Za­py­tam wprost: czy ma­cie tu ja­kieś ko­bie­ty, z któ­ry­mi moż­na upra­wiać seks?

- Ow­szem - od­par­ła. - Za tą ko­ta­rą jest po­kój, w któ­rym pana ko­le­ga może spę­dzić czas z jed­ną z dziew­cząt - wska­za­ła dło­nią w głąb ko­ry­ta­rza.

- Niech pani za­ła­twi naj­lep­szą, bo on mnie przez was za­mor­du­je!

- Oczy­wi­ście, pro­szę go już za­wo­łać.

Ja­ro­sław wró­cił po her­ba­tę, upił łyk i po­pa­trzył w stro­nę Ma­riu­sza.

- Co się na mnie ga­pisz? Le­piej ga­daj szyb­ko, co za­ła­twi­łeś.

- He, he, idź już, bo ci za­raz fu­jar­ka eks­plo­du­je. Po pra­wej stro­nie za czer­wo­ną ko­ta­rą bę­dzie na cie­bie cze­ka­ła...

Ma­riusz nie cze­ka­jąc, aż przy­ja­ciel do­koń­czy zda­nie, pod­niósł cięż­ki, gru­by we­lu­ro­wy ma­te­riał. Wszedł do po­miesz­cze­nia, w któ­rym na środ­ku sta­ło ol­brzy­mie an­tycz­ne łoże z bal­da­chi­mem. Opie­ra­ło się na drew­nia­nych ko­lum­nach ozdo­bio­nych gi­gan­tycz­ny­mi bia­ły­mi pió­ra­mi. Za szkla­ną ścia­ną dzie­lą­ca po­miesz­cze­nie na dwie czę­ści sta­ła bar­dzo duża wan­na. Był to ty­po­wy ja­poń­ski po­kój z ele­ganc­kim, czer­wo­nym i czar­nym de­si­gnem.

Po chwi­li we­szła ru­do­wło­sa dziew­czy­na. W tym sa­mym mo­men­cie uci­chła mu­zy­ka i wszel­kie szme­ry do­cho­dzą­ce z ze­wnątrz, jak­by ktoś wy­łą­czył je po­ten­cjo­me­trem. Ma­riu­sza za­mu­ro­wa­ło na jej wi­dok. Była bar­dzo mło­da, pięk­na i de­li­kat­na. Po­cząt­ko­wo czuł się nie­zręcz­nie w tej ci­szy, któ­ra za­pa­no­wa­ła wo­kół i za­pa­dła mię­dzy nimi. Nie wia­do­mo dla­cze­go, dziew­czy­na wy­da­ła mu się bar­dzo sa­mot­na i za­gu­bio­na. Po­de­szła dwa kro­ki i przy­wi­ta­ła się nie­ocze­ki­wa­nie ni­skim, do­ro­słym gło­sem, jed­no­cze­śnie po­da­jąc mu swo­ją bar­dzo drob­ną dłoń. Ta za­ska­ku­ją­ca, po­waż­na do­ro­słość w po­łą­cze­niu z dziew­czę­cą uro­dą spra­wi­ła, że Ma­riusz po­czuł, że bu­dzi się w nim coś na kształt za­uro­cze­nia. W ca­łym swo­im ży­ciu nie spo­tkał tak pięk­nej ko­bie­ty, jak ta taj­ska pro­sty­tut­ka. W od­po­wie­dzi uca­ło­wał jej rękę, przed­sta­wił się.

- Wi­taj, na­zy­wam się Ma­riusz.

- Miło mi, je­stem Mar­ta.

- Ro­zu­miem, że nie bę­dzie­my dzia­łać dziś we­dług żad­nych ści­słe okre­ślo­nych sche­ma­tów i wpro­wa­dzi­my ele­ment za­sko­cze­nia?

- To zna­czy?

- Nie to, że­bym ci nie wie­rzył, ale Azjat­ka o ta­kim imie­niu?

- Wy­bacz, ale moje praw­dzi­we imię jest moją ta­jem­ni­cą - od­rze­kła pół­gło­sem.

- Ro­zu­miem. Mam też na­dzie­ję, że dys­po­nu­jesz li­stą róż­no­rod­nych tech­nik sek­su­al­nych - uśmiech­nął się pro­wo­ka­cyj­nie.

- Nie­ste­ty, nie ro­zu­miem do­brze po pol­sku - od­par­ła za­smu­co­na.

- Może to i do­brze... Za dużo po­wie­dzia­łem na głos - mó­wiąc to Ma­riusz, od­wró­cił się do niej ple­ca­mi i po­pro­sił o de­li­kat­ny ma­saż kar­ku.

- Przed chwi­lą jed­na z two­ich ko­le­ża­nek zro­bi­ła mi ma­saż, a wła­ści­wie an­ty­ma­saż tak, że te­raz wszyst­ko mnie boli.

- Za­raz coś na to za­ra­dzę.

Ma­saż trwał do­słow­nie chwi­lę. Na­stęp­nie dziew­czy­na usia­dła na­prze­ciw­ko nie­go tak, by męż­czy­zna mógł ją ob­ser­wo­wać. I ob­ser­wo­wał. Pa­trzył, jak zdej­mu­je buty, ob­li­zu­je błysz­czą­ce raj­sto­py. Kie­dy je zsu­nę­ła, po­chy­li­ła się, wy­pi­na­jąc po­ślad­ki. Mia­ła ślicz­ny, kształt­ny ty­łek. Wsta­ła, spoj­rza­ła na nie­go i roz­śmia­na rze­kła:

- Nie­grzecz­ne spoj­rze­nie...

Męż­czy­zna za­miast od­po­wie­dzieć, usiadł na łóż­ku obok niej. Jego usta ro­bi­ły się co­raz bar­dziej wil­got­ne, gdy Taj­ka wzię­ła w dło­nie jego pe­ni­sa i po­wo­li za­czę­ła prze­su­wać czub­ki pal­ców wzdłuż trzo­nu. To, co po­czuł, nie było czy­stą ero­ty­ką - po­łą­cze­nie pod­nie­ce­nia, emo­cji, al­ko­ho­lu i cze­goś jesz­cze, nie­okre­ślo­ne­go. Ma­riusz nie miał jed­nak cza­su ana­li­zo­wać swo­ich do­znań, bo dziew­czy­na zła­pa­ła jego pe­ni­sa i wsu­nę­ła go so­bie ca­łe­go do ust. Gdy po­czu­ła, że on jest już bli­sko, za­czę­ła się po­ru­szać co­raz moc­niej z każ­dym przy­bli­że­niem. Na­gle pod­nio­sła się i uklęk­nę­ła przed nim, nad­sta­wia­jąc pier­si. Na fi­nał nie trze­ba było dłu­go cze­kać. Po chwi­li zła­pał ją za kro­cze. Do­ty­kał ją pal­ca­mi na­tar­czy­wie, co­raz moc­niej i głę­biej, aż na­gle po­czuł wy­brzu­sze­nie. Prze­su­nął zdzi­wio­ny rękę w stro­nę jej po­ślad­ków i... opadł na łóż­ko.

- Och, chy­ba już je­stem tak pi­ja­ny, że za­czy­nam mieć oma­my. Daj­my już spo­kój. I tak nie doj­dę dru­gi raz. To dla mnie za szyb­ko.

- Do­brze, sko­ro pan so­bie tak ży­czy.

Taj­ka za­ło­ży­ła szla­frok i szyb­ko opu­ści­ła po­kój. Ma­riusz usiadł na łóż­ku, zła­pał się za gło­wę. Roz­my­ślał, sie­dząc na mo­krym prze­ście­ra­dle, do­bry kwa­drans.

- Halo je­steś tam? - za­wo­łał zza ko­ta­ry zmar­twio­ny Ja­rek.

- Tak, je­stem. Wejdź tu - za­chę­cił go przy­ja­ciel.

- Coś nie tak? Mam na­dzie­ję, że ma­sa­żyst­ka tym ra­zem spro­sta­ła two­im wy­ma­ga­niom - Ja­ro­sław udał za­tro­ska­nie.

- Po­wiem ci coś w ta­jem­ni­cy - Ma­riusz chy­ba na­wet nie za­uwa­żył iro­nii ko­le­gi.

- W ta­jem­ni­cy? Ta­jem­ni­ca to taka rzecz, o któ­rej mó­wisz jed­no­cze­śnie tyl­ko jed­nej oso­bie - ro­ze­śmiał się pi­ja­ny Ja­ro­sław.

- Przy­mknij się! To na­praw­dę jest ta­jem­ni­ca. Masz o niej ni­ko­mu nie mó­wić. Ufam tyl­ko to­bie.

- Do­brze, do­brze, żar­to­wa­łem. Oczy­wi­ście, mo­żesz mi za­ufać.

- Cięż­ko mi to prze­cho­dzi przez na­wet moje wła­sne my­śli. Nie wiem, jak się mam z tym czuć. W ogó­le jak mam ci to po­wie­dzieć.

- Nor­mal­nie. Masz mi to po­wie­dzieć nor­mal­nie. Otwo­rzyć gębę i wy­do­być z sie­bie głos.

- Do­bra, kur­wa, raz się żyje. Ta pan­na, co mi przed chwi­lą ro­bi­ła loda, mia­ła mię­dzy no­ga­mi wac­ka... I naj­lep­sze, że chy­ba mi się to spodo­ba­ło.