Coup de foudre panny Stansfield - Ewa Pocierznicka

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (31,98 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Sezon na męża

2 grudnia 1912 roku, Nowy Jork

Cioteczka Augusta po raz pięćdziesiąty nerwowo przekopywała swoją torebkę. Jej bratanica Effie Stansfield uznała w duchu, że torebka to wybitnie nieadekwatna nazwa dla czegoś o rozmiarach średniej walizki. Prędzej bagaż podręczny. Albo przenośna składnica wszystkiego, co może się przydać.

- O mój Boże, gdzie ja mam bilety, przecież je tu włożyłam - jęczała cioteczka, nie przestając ryć w czeluściach swego bagażu podręcznego. Effie się zlitowała.

- Ciociu, przecież ciocia włożyła bilety do kieszeni salopy. Tej wewnętrznej.

Augusta na odmianę pomacała się po wszystkich kieszeniach wymienionej części odzieży. Istotnie, dwa bilety klasy pierwszej na trasie Nowy Jork - Liverpool, hojny dar kuzynki Augusty, Emilii (która przed laty nieprawdopodobnie szczęśliwym trafem poślubiła najprawdziwszego amerykańskiego milionera), tkwiły spokojnie w wewnętrznej kieszeni.

Pożegnawszy się wcześniej ze wspaniałomyślną Emilią i jej nie mniej wspaniałomyślnym, wciąż potwornie bogatym mężem, Effie i Augusta tkwiły teraz w kolejce do trapu dla pasażerów pierwszej klasy wsiadających na pokład transatlantyku Argos. Nie był on tak obłąkańczo ogromny i luksusowy jak Olympic czy niesławnej pamięci Titanic, ale i tak niezmiernie wytworny.

- Mam tylko nadzieję, że nie będzie tam pluskiew - westchnęła Augusta.

Właściciele taniej krypy, którą przypłynęły do Ameryki, najwyraźniej oszczędzali na dezynsekcji, bo w pluszach na pozór eleganckich saloników i kabin kryły się dorodne, wypasione pluskwy. Niestety, mimo wypasienia wciąż były żądne krwi, w związku z czym podróż minęła paniom głównie na rozpaczliwym drapaniu się po wszystkim, po czym dało się podrapać bez naruszania zasad przyzwoitości. A mimo że wiek dwudziesty zdążył wkroczyć w drugą dekadę, zasady te wciąż były dosyć surowe, co w tym konkretnym przypadku ograniczało drastycznie możliwość drapania się po czymkolwiek. Pozostawało cierpienie z zaciśniętymi zębami.

Poruszona tą swędzącą gehenną kuzynka Emilia postanowiła zaoszczędzić krewniaczkom podobnego losu w drodze powrotnej i dlatego właśnie cioteczka Augusta oraz Effie szykowały się teraz do wstąpienia na pokład renomowanego statku, czyli na Argos.

Statek dymił z obu kominów wprost w bure, grudniowe niebo. Pasażerowie oczekiwali mniej lub bardziej cierpliwie przed trapami, stewardzi machinalnie oddzierali paski papieru od biletów i przepuszczali kolejnych wchodzących. Effie nudziła się jak mops, dziękując przy okazji, że nie musi na dokładkę marznąć, bo temperatura była wręcz wiosenna.

Od strony miasta, z kłapaniem podkutych ćwiekami, roboczych buciorów, nadbiegł jakiś mężczyzna. Nie wyglądał na pasażera pierwszej klasy, a jednak usiłował się przebić przez skłębiony tłumek eleganckich kolejkowiczów przed Effie.

- Steward! - ryknął poirytowany jegomość o twarzy buldoga, którego ów człowiek trącił łokciem. - Jakiś obdartus się tu pcha!

Effie stanęła na palcach, poprawiła okulary, wyciągnęła szyję i przeklęła w duchu swój nikczemny wzrost.

- Co tam się dzieje? - dopytywała się cioteczka. - Nic nie widzę, spójrz no, moja droga!

Jeden ze stewardów pofatygował się sprawdzić zażalenie człowieka-buldoga. Obdarzył przeciągłym spojrzeniem spóźnialskiego, jego obdarty, tweedowy melonik, sfatygowany garnitur myśliwski typu norfolk i robocze buty.

- Trap dla pasażerów klasy trzeciej jest tam - rzekł krótko.

Oberwaniec nie drgnął.

- Mam bilet - oznajmił spokojnie, niskim, głębokim głosem.

- To idź do swojego trapu. - Głos stewarda był lodowaty.

- To jest mój trap - odparł oberwaniec, wciąż z niezmąconym spokojem. - Szukam matki.

Wiedziona czystą ciekawością Effie gapiła się zachłannie na dziwnego mężczyznę. Stał spokojnie, na szeroko rozstawionych, długich nogach, patrząc na stewarda nieco z góry, albowiem był wysoki, a steward wręcz przeciwnie. Pod rondem kapelusza Effie mogła dostrzec kawałek opalonej na brązowo twarzy i lśniące oczy.

- A ja ojca - parsknął steward. - Zjeżdżaj!

Obdartus sięgnął do kieszeni sfatygowanej marynarki i wyjął bilet. W tym samym momencie tłum za jego plecami zafalował.

- Winnie! - Przepojony oburzeniem niewieści okrzyk spłoszył kilka najbliższych mew, które z wrzaskiem poderwały się do lotu.

Odziana w czerń matrona, niewątpliwie zakuta w gorset, co zdradzała jej sylwetka i ruchy, przebiła się niczym okręt wojenny przez oczekujących, po czym spiorunowała oberwańca wzrokiem.

- Pan wybaczy - zwróciła się teraz do ogłupiałego stewarda. - Nazywam się Frances Osbourne, a to mój syn, Winston. Zapewniam, że oboje posiadamy stosowne bilety. Mój syn po prostu nie ma pojęcia, jak się należy ubierać.

- Mam pojęcie - mruknął tamten.

- Milcz, młodzieńcze. - Palec urękawiczonej dłoni matrony uniósł się w jego stronę oskarżycielsko. - Narobiłeś mi wstydu. Kapitan kawalerii, a wygląda jak obwieś! Dobrze przynajmniej, że tym razem nie masz butów związanych drutem. Dlaczegoś się, nicponiu jeden, nie ubrał normalnie?

Kapitan westchnął.

- Nie zdążyłem - powiedział.

- Nie trzeba się było szwendać po podejrzanych miejscach do białego rana! - prychnęła matrona.

- Nigdzie się nie szwendałem. Siedziałem w stajni do późna.

- Temu tylko konie w głowie - westchnęła dama w czerni. - Winnie, kiedy ty dorośniesz?

- Już dorosłem, mamo - odparł uprzejmie kawalerzysta-abnegat.

Matka bez słowa wciągnęła go do kolejki.

- No cóż tam się stało, mów, dziewczyno! - Cioteczka szarpnęła Effie za rękaw.

- A, nic takiego - odrzekła Effie powoli. - Przyszedł jakiś dziwny mężczyzna i...

- I co, i co? - Czubek nosa Augusty zadrgał w podnieceniu. Cioteczka kochała skandale i ploteczki.

- Nic, steward myślał, że to pasażer trzeciej klasy, ale on miał bilet na pierwszą. I matkę - odpowiedziała Effie cokolwiek nieuważnie, usiłując zlokalizować w tłumie przed sobą obszarpany melonik.

- Każdy ma matkę - zdziwiła się cioteczka.

- On miał w kolejce - wyjaśniła. - To kapitan kawalerii.

- Pewnie Amerykanin - prychnęła cioteczka lekceważąco. - Amerykanie tacy są.

Effie nie zdążyła nawet jęknąć głośno w odpowiedzi na ten potężny nietakt, gdy ktoś odezwał się gdzieś z tyłu.

- Ależ skąd - rzekł miły alt. - To rasowy Anglik, dżentelmen z dobrej rodziny.

- Zubożałej? - zdziwiła się Effie. Znani jej dżentelmeni nie chadzali w kapeluszach nadających się wyłącznie do cedzenia atramentu ani w roboczych buciorach.

Dama roześmiała się perliście.

- Zubożałej? Paradne! Kochana, Osbourne'owie to jedna z najbogatszych rodzin w Sussex! Och, Boże drogi, ja tu stoję i plotkuję, a nawet się nie przedstawiłam, wybaczcie mi, drogie panie, ten brak manier. Jestem Violet Harrison, a ten zaspany niedźwiedź tutaj to mój mąż, Thomas.

Effie i Augusta odwróciły się do rozmówczyni, niewysokiej kobiety w średnim wieku, obok której stał mężczyzna istotnie o posturze niedźwiedzia i zdecydowanie nieprzytomnym spojrzeniu.

- Również się nie popisałyśmy. - Cioteczka spłonęła rumieńcem. - Niegrzecznie doprawdy tak stać tyłem do rozmówców. Augusta Umpleby, a to moja bratanica, Euphemia Stansfield.

Effie dygnęła odruchowo. Pani Harrison uśmiechnęła się, zaspany niedźwiedź zaś skłonił głowę i coś wymruczał pod nosem.

- Wracamy do domu, z wesela najmłodszej siostry Tommy'ego - wyjaśniła pani Harrison konfidencjonalnym tonem. - Zakochało się niebożę w amerykańskim doktorze, co zrobić.

- Nie rymować bez sensu - mruknął kwaśno Tommy.

- Zawsze jest taki rano, niech panie nie zwracają uwagi. - Jego połowica wyraźnie się rozkręcała, wyczuwszy w Auguście pokrewną, złaknioną ploteczek duszę. - O czym to ja...? Ach, Osbourne'owie!

- No właśnie. - Effie natychmiast uczepiła się nurtującej ją kwestii. - Dlaczego kapitan Osbourne nosi się tak... e... niecodziennie?

Violet Harrison wzruszyła ramionami.

- Winnie Osbourne to ekscentryk. Taki już jest.

Zanim Effie zdążyła wycisnąć z niej coś więcej, na nabrzeże zajechał lśniący od złoceń samochód. Wysiadła z niego młoda, złotowłosa kobieta w olśniewającym bladozielonym kostiumie spacerowym i kapeluszu o rozmiarach koła młyńskiego. Pani Harrison obrzuciła to wstrząsające nakrycie głowy zachłannym spojrzeniem, po czym z niejakim żalem dotknęła czubkami palców swego znacznie skromniejszego kapelusza, Effie zaś spojrzała na elegantkę z niekłamaną zawiścią. Kostium bowiem był ostatnim krzykiem mody, wąski długi żakiet i nie mniej wąska i długa spódnica, wszystko skrojone na sylwetki wysokie i smukłe, by nie rzec: podobne greckim kolumnom. Niska, szerokobiodra Effie przypominała posturą raczej pithos, gliniany dzban do przechowywania oliwy, niż marmurową kolumnę, więc o przywdzianiu takiego krawieckiego arcydzieła mogła tylko marzyć. A w tym gigantycznym kapeluszu wyglądałaby jak grzyb, prawdopodobnie muchomor.

Nie żeby w swoim praktycznym tweedowym kostiumie i takimż kapelusiku wyglądała dużo bardziej olśniewająco, co to, to nie. W swoim praktycznym kostiumie, Effie była gotowa przyznać to wprost, wyglądała jak niewielka, dość nastroszona sowa, które to podobieństwo podkreślały duże, okrągłe okulary w rogowej oprawce.

Tymczasem młoda piękność o posturze kolumny dumnie sunęła przed siebie, zadowolona z wrażenia, jakie zrobiła na zebranych. Effie poczuła natychmiastową, kompletnie irracjonalną niechęć. Ma taką sylwetkę charta, jada zapewne jak wróbelek, a na statku traci kompletnie apetyt na cały rejs, może nosić wyszukane i modne kreacje, a jakby tego było mało, w bladej zieleni wygląda oszałamiająco. Większość znanych Effie blondynek wyglądałaby w tym kolorze jak zwiędła sałata, ta tutaj czarowała cerą jak płatek róży. Co za... co za hetera!

Za heterą truchtała pulchna kobieta w zaawansowanym wieku średnim spowita w obłędnie drogie futro i chudy mężczyzna wyglądający, jakby go najpierw zasuszono, a następnie zamarynowano w occie.

- Proszę, proszę, państwo Peabody - mruknęła pani Harrison.

- Ci Peabody? - Na policzki Augusty wybiły rumieńce. - Od browarów?

- Tak jest, właśnie ci - przyświadczyła pani Harrison. - Polowanie w Stanach się nie udało, jak widzę...

Porozumiała się spojrzeniem z Augustą.

- Oho - mruknęła cioteczka. - To się zacznie sezon myśliwski na statku!

Effie, wciąż jeszcze rozproszona kuriozalnym kapitanem Osbourne, teraz straciła wątek do reszty.

- Jakie polowanie? - zapytała z najwyższym zdumieniem. - Jaki sezon myśliwski? Na morzu?!

Obie panie uśmiechnęły się z pobłażaniem.

- Na męża, moja droga - wyjaśniła cioteczka. - Evelyn Peabody poluje na męża.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ