Coś się kończy, coś zaczyna. Tom 3 - Eugeniusz Rataj

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

VI. HARCERKA

- Jesteście już najstarszą grupą, można na was polegać, pełnicie role dyżurnych, udzielacie się, pomagacie w kuchni i tak dalej, tak więc teraz mam dla was nagrodę, wyróżnienie, można powiedzieć - zagaił prosto z mostu nasz internacki wychowawca, gdzieś w połowie września.

Popatrzyliśmy po sobie całą piątką, zdumieni. Byliśmy przecież w tym internacie prawie, jak zastępcy wychowawców i w końcu ktoś nas docenił, nasze wysiłki, dodatkowe obowiązki, udzielanie się i tak dalej.

- Jako, że poprzednicy dawno opuścili internat i szkołę, to teraz wy macie swoją szansę i zostajecie od jutra.... druhami drużynowymi. Czuj!

- Czuwaj - odburknęliśmy bez entuzjazmu, ponieważ nie tego się spodziewaliśmy, chociaż mnie ta propozycja trochę połechtała.

Zawsze to jakieś wyróżnienie i awans w internackiej, i szkolnej hierarchii. Ale również dodatkowe obowiązki.

- Zaraz wam przydzielę drużyny, każdy, wiadomo, będzie miał swoją - oznajmił jeszcze wychowawca.

Do harcerstwa, pomijając czas szkoły podstawowej, należeliśmy od początku zawodówki. Taka była zasada, nikt nas nie pytał o zdanie, a my nie mieliśmy nic przeciw temu. Jak trzeba, to trzeba. Otrzymaliśmy od wychowawcy beżowe bluzy i kolorowe krajki, i raz w tygodniu, w dniu mundurowym ubieraliśmy się w te stroje do szkoły. Poza tym niewiele się w tym harcerstwie działo. Były zbiórki, na których się spotykaliśmy i nic więcej, zbieranie makulatury lub innych surowców - co miało nas uczyć kolejnej, życiowej zaradności - i czasami w ramach działalności harcerskiej wrzucaliśmy koks do internackiej kotłowni, co właściwie nie miało nic wspólnego z harcerstwem. I raz kilka drużyn pojechało do pobliskiego lasu pod namioty, co było ciekawą przygodą, szczególnie, gdy pewnej nocy zaskoczyła nas burza. Na tym obozie sadziliśmy las, a wieczorami zbieraliśmy chrust na ognisko, przy którym długo śpiewaliśmy i zajmowaliśmy się sobą, oceniając tęsknym okiem harcerki. Piotr, jak się pochwalił, zaliczył nawet jakąś harcerkę w obozowym magazynie, gdy miał w nim dyżur, a reszta sadziła ten las. W jaki sposób ją zaliczył, tego nam nie zdradził. Ja z Jankiem i Marcinem zaliczyliśmy jedynie wypicie wina podczas nocnej warty i tyle. Harcerka żadna nam się nie nawinęła, chociaż o tym głośno marzyliśmy.

Najlepiej z przydziałem drużyny trafił Piotr. Dostał klasę z Liceum Zawodowego, drużynę samych dziewczyn i to nie byle jakich - z Amazonkami w składzie - czego Stefan nie mógł przeboleć. Na koniec wychowawca, zajmujący się od zawsze harcerstwem, podszedł do mnie.

- Ty mi się wydajesz taki, tego, najrozsądniejszy, to mam dla ciebie specjalną drużynę. Tu niedaleko w szkole podstawowej - oznajmił.

- Co? Słucham?

- A co, głuchy jesteś? - odburknął. - Weźmiesz ósmą klasę, dobre dzieciaki, a nie mam nikogo innego.

- Ale co ja mam z nimi robić? - oponowałem jeszcze.

- To co wszystkie drużyny robią albo... wymyśl coś. Masz łeb to kombinuj - stwierdził, zamykając temat. - Dobra. Jeszcze kierownik chce się z tobą widzieć.

Jeszcze bardziej zaskoczony wszedłem do gabinetu kierownika, który siedział za biurkiem pochylony nad kartkami, z wyraźnymi rumieńcami na twarzy. Dopiero po chwili podniósł na mnie wzrok.

- Siadaj Skowroński. Polonistka pokazała mi wczoraj te twoje wiersze, wychwalając cię, jak nie wiem co - zaczął swój wykład. - Czytam je już drugi raz i staram się coś zrozumieć... Ale dobra, w tej chwili nie to jest ważne, co autor miał na myśli. Z innej beczki. Słuchaj - przerwał na chwilę, wpatrując się we mnie. - Już kiedyś mówiłem na apelu, że sterczycie z tymi dziewuchami pod oknami na korytarzu i marnujecie swój czas, zamiast działać. Przez jakiś czas był z tym spokój, ale znowu się zaczęło. Nie powiem, że źle się uczysz, ale kiedyś, pamiętam, twój portret wisiał nad świetlicą. Pamiętam, jak jeszcze w pierwszej klasie, po pierwszym miesiącu nauki miałeś po piątce z każdego przedmiotu, co nas wszystkich tu zaskoczyło. A to znaczy, że jak chcesz, to możesz. A teraz co? Sterczysz na tym korytarzu z innymi i marnujesz czas. Matura blisko, trzeba wiedzę szlifować, o studia się starać, a ty co? Tracisz czas na gadanie z dziewuchami - przerwał na chwilę, wrzucił kartki do szuflady biurka. - Nie mówię, że te wiersze są złe, ale czy to również nie strata czasu? Teraz, gdy matura blisko? Na jakie studia chcesz iść? - jego spojrzenie wręcz przykuło mnie do krzesła.

- Jeszcze nie wiem, nie zdecydowałem - wzruszyłem ramionami.

Odniosłem wrażenie, że chciał mnie zabić tym swoim spojrzeniem, jednak w jego głosie zabrzmiała cieplejsza nuta.

- Słuchaj, Skowroński... Sam nie wiem, ale tak obserwuję cię od lat... Nie powiem, że zły z ciebie chłopak, spokojny, uczysz się lepiej od innych, chociaż, jak mówiłem, mógłbyś na pewno lepiej, więc... Jesteś synem chłopa, tak?

- Tak, rolnika.

- Właśnie mówię... Za pochodzenie dostaniesz punkty, jak zapiszesz się do partii, to dostaniesz kolejne punkty i twoje szanse wzrosną. I nauka, i jeszcze raz nauka. No... Wstąpisz do naszej peope, a na drogę ja cię zarekomenduję, aby na uczelni już wiedzieli ktoś ty taki. Tak... I jeszcze jedno, a propos twoich wierszy. Przestań zajmować się jakimiś miłościami czy... o czym ty tam ciągle piszesz. O, jeszcze o piciu wina... Nie wiem skąd takie pomysły... Daj sobie z tym spokój i napisz coś konkretnego, coś o tym, co w kraju się dzieje, patriotycznego. O pracy, nauce... O, może jakiś hymn naszej szkoły? O tym pisz, a ja ci na pewno pomogę i będę miał argumenty. Pomyśl o tym, a nie pożałujesz - zakończył.

I zacząłem myśleć. O swojej przyszłości również. Jednak w tym myśleniu byłem wciąż osamotniony, ponieważ żaden z kolegów z pokoju o studiach, czy też o innych planach głośno nie myślał, więc ja również zawiesiłem na ten czas swoje myślenie o planowaniu przyszłości, o tym kim będę i gdzie zajdę na tej swojej niepewnej drodze. Tym bardziej, że po przeżyciach z Mirką i utracie Karoliny na nic nie miałem ochoty, nawet na myślenie, a tym bardziej na naukę.

*

- To ten chłopak, najlepszy jakiego mam. Powinien dać radę - powiedział wychowawca, przedstawiając mnie gronu nauczycielskiemu w najbliższej podstawówce.

- Nasza ósma klasa, to również dobre dzieciaki, na pewno sobie poradzi - stwierdziła najstarsza kobieta z nauczycielskiego grona, przyglądając mi się, jak dziecku przed pierwszą komunią.

Potem wprowadzono mnie do owej ósmej klasy, przedstawiono i za chwilę zostałem z dzieciarnią sam na sam. Serce biło mi z przejęcia, nie wiedziałem, jak mam się zachować i zacząć tę zbiórkę, więc lustrowałem wzrokiem ową dzieciarnię. Ale to wcale nie była taka dzieciarnia, jak zauważyłem. Może drobni, pryszczaci chłopcy nie prezentowali się zbyt okazale, ale ponad połowa z nich była już prawie mojego wzrostu. Część dziewczyn, to również jeszcze drobnica, ale większość z nich zdążyła już wyrosnąć i przeobrazić się w panienki z widocznymi wzgórzami piersi, chociaż jedynie kilka z nich nabierało dopiero ciekawej urody. Na wszystkich twarzach malował się dziwny grymas, który miał być zapewne uśmiechem powitania, tylko jedna twarz była niewzruszona, co przykuło moją uwagę.

Dziewczyna, taka pokroju Joli i Ilony z festynu w Płużanach, o ładnej i subtelnej twarzy, prostych, ciemno blond włosach i z grzywką sięgającą oczu. Szczupła, ale wyrośnięta, w czerwonym sweterku i granatowej spódniczce, siedziała w pierwszej ławce pod oknem. Spod ławki wystawały jej długie, opalone nogi w białych podkolanówkach. Lustrując wzrokiem jej postać, te zgrabne nogi i ładną twarz, ale też niewzruszoną minę, pomyślałem nawet, że to zapewne prymuska i to z jakiejś ważnej rodziny, która wszystko ma gdzieś. Niemniej jednak poruszyła moje emocje.

Byłem starszy, ale byłem uczniem, tak jak oni, więc zastanawiałem się nad tym, jak powinienem się zachować. Przede wszystkim miałem tę świadomość, że musiałem z nimi działać i coś robić. I od razu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Ale najpierw musiałem zacząć to spotkanie, aby ich do siebie przekonać. A miernikiem tego przekonania była dla mnie niewzruszona mina dziewczyny spod okna.

- Czuj, czuj! - wykrzyknąłem przez ściśnięte gardło.

- Czuwaj! - odpowiedzieli nieskładnie, śmiejąc się głośno.

- Jesteście drużyną harcerską - zacząłem drżącym głosem - a ja zostałem waszym drużynowym, chociaż nie wiem za jakie grzechy.

Drużyna ryknęła jeszcze głośniejszym śmiechem, ale jedna osoba pozostała wciąż niewzruszona, delikatnie obserwując moją postać. Właśnie ta w ławce pod oknem.

- To pewnie za słabe wyniki w nauce!

- Albo za wagarowanie!

- Albo jeszcze co gorszego!

- rozległy się głosy i wtórujący im śmiech.