Coś się kończy, coś zaczyna. Tom 2 - Eugeniusz Rataj

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział. I. CUD...

Jeden rzut oka wystarczył, bym zauważył, że nieznajoma dziewczyna, która nagle pojawiła się obok mnie, gdy robiłem zakupy w naszym wiejskim sklepie, była obca i... interesująca. Poprosiłem jeszcze o butelkę wina, a co tam, może się przydać, i powoli pakowałem wszystko do teczki, spoglądając ukradkiem na stojącą obok blondynkę. Moją uwagę od razu przykuły jej niesamowite piersi, wypełniające stanik, osłonięty jedynie białym, obcisłym i mocno przybrudzonym podkoszulkiem. Widoczne pod nim dwie półkule, jak piłki od szczypiorniaka, zdawały się zaraz wystrzelić spod tego stanika lub go rozerwać. Do tego sięgające ramion blond włosy, przyjemna, niebrzydka twarz, opalona skóra i wyraźny tyłeczek, opięty przez krótkie i obcisłe szorty, tak samo przybrudzone jak podkoszulek. Robiła zakupy, a ja wpatrywałem się w nią ukradkiem. Musiała to zauważyć, spojrzała w moją stronę, jej usta drgnęły w niewielkim uśmiechu, oczy omiotły moją postać i na moment spotkały się z moimi. Zarumieniła się lekko, zaczęła pakować zakupy, po czym skierowała się w stronę wyjścia. Odwróciłem się za nią. Znikając w drzwiach spojrzała jeszcze w moją stronę i wyszła.

- Coś jeszcze? - zagadnęła sklepowa, śmiejąc się z mojej reakcji, bo wciąż stałem przed ladą, jak słup soli, trzymając w ręku torbę z zakupami.

Zaprzeczyłem i wybiegłem ze sklepu.

Coś musiałem zrobić, bo dziewczyna wsiadała już na rower. Ale co? Przecież nie mogłem wyskoczyć na środek drogi, jak wieśniak, po to, by ją zatrzymać. Na szczęście dziewczyna przystanęła, zsiadła z roweru i zaczęła poprawiać torbę z zakupami wiszącą na kierownicy. Przez moment zerknęła w moją stronę. Wtedy zaatakowałem.

- Spocisz się na tym rowerku zanim dojedziesz do domu - rzuciłem w jej stronę przejętym głosem i od razu pożałowałem.

Cholerka, co za wymyślna gadka, naprawdę, szczyt inteligencji - skrytykowałem sam siebie.

Jednak dziewczyna ponownie spojrzała w moją stronę, mierząc mnie wzrokiem. Pomyślałem, że zaraz usłyszę - a co cię to obchodzi - albo - martw się o siebie - lub mniej skromną odzywkę i tyle wyjdzie z mojej zaczepki, ale uzmysłowiłem sobie również, że w zasadzie, to nie muszę się spinać, bać się i przejmować tym, co ona zrobi, jak zareaguje na moją zaczepkę, co mi odpowie, ponieważ nie zależało mi aż tak bardzo. Jak chce, to niech sobie jedzie, pies ją drapał. Z drugiej jednak strony byłoby mi trochę szkoda, gdyby rzeczywiście odjechała.

A co tam, co ma być, to będzie, pełna swoboda, pełen luz - uspokajałem swoje emocje i wtedy poczułem w sobie ten luz, i odwagę do nawiązania z nią kontaktu.

- A co? To podryw czy troska? - spytała dziewczyna przyjaznym głosem.

Takiej normalnej odpowiedzi się nie spodziewałem.

- Powiedzmy... - odparłem i szybko dodałem: - Pewnie jesteś tu na wakacjach?

- Jakbyś zgadł. Już dwa tygodnie. A co? - odpowiedziała, opierając się o rower.

Nie bardzo miałem zamiar odpowiadać na to dziwne pytanie - a co? - i tłumaczyć jej o co mi chodzi, więc brnąłem dalej.

- To pewnie pomagasz przy żniwach?

- Trochę... Bardziej zajmuję się domem wujka i dzieciakami.

- Żniwa to tutaj jedyna rozrywka o tej porze, jak widzisz - dorzuciłem inteligentnie.

- Całkiem ciekawa, można się opalić i w ogóle... Mi się tu podoba - stwierdziła, wbrew moim oczekiwaniom.

- Tak? To chyba jesteś wyjątkowym wyjątkiem - zaśmiałem się. - A skąd w ogóle jesteś?

- Z miasta, a dokładniej, to z Chełmna.

- No, a teraz, to u kogo bawisz te dzieciaki? - dopytywałem.

Wskazała głową na drogę przed nią.

- Tam, u wujka. Mieszka paręset metrów stąd. Wiesz co... Muszę już jechać, zawieźć prowiant, bo czekają. Bez moich zakupów nie będzie obiadu. To co? - wsiadając na rower spojrzała na mnie raz jeszcze i zawahała się.

- Aaa... co później robisz? - spytałem, aby tylko ją powstrzymać, chociaż na chwilę.

Wciąż nie mogłem napatrzeć się na te jej niesamowite cycuszki, rozpalające moje zmysły, moją chęć obcowania z dziewczyną. Miałem już dość samotności, potrzebowałem towarzystwa, a tego dnia szczególnie, więc skoro los zrządził, że pojawiła się na mojej drodze i udało mi się nawiązać z nią kontakt, a nawet normalną rozmowę, to musiałem tę szansę wykorzystać. Musiałem...

A wszystko to przez Mirkę. A może dzięki niej...

*

Gdy wracaliśmy znad jeziora nie bardzo mogliśmy pogadać o naszych planach i umówić się na przyszłość. Dopiero tuż przed rozstaniem Mirka szepnęła do mnie, abym za tydzień do niej zadzwonił, to się umówimy.

- Jeżeli jeszcze chcesz, oczywiście - dodała.

Wobec tego w niedzielę, w przeddzień święta Wniebowzięcia, wracając z kościoła wstąpiłem do Sołtysa i poprosiłem o zamówienie rozmowy telefonicznej. Sołtys szybko zakręcił korbką czarnego telefonu i podał telefonistce w centrali przekazany mu numer. Minęło zaledwie trzydzieści minut mojego oczekiwania, gdy telefon się odezwał i w słuchawce usłyszałem - ...łączę rozmowę... - a potem trzaski i daleki, cichy głos Mirki. Pierwsze, co od niej usłyszałem, to informacja, że nici z jej wyjazdu na obóz, wobec czego w sierpniu będzie częściej w domu. I chciała się ze mną koniecznie umówić, ale nie na następny dzień, jak planowałem, ponieważ wyjeżdżała z rodzicami na wieś, lecz zaproponowała spotkanie w tygodniu. Nalegałem na moją wersję proponując, aby została w domu, to będziemy mieli wolną chatę i może jakoś to wykorzystamy, ale nic nie wskórałem. Niestety, na spotkanie w tygodniu z kolei ja nie miałem szans. W tej fazie żniw nie mogłem zostawić rodziców i wyjechać na cały dzień. Zaproponowałem więc Mirce, że w takim razie zadzwonię za tydzień, bo może uda mi się wygospodarować wolne w kolejną niedzielę.

- Jak uważasz, twoja wola... To cześć - odpowiedziała i usłyszałem trzask słuchawki.

Tęskniłem przez cały tydzień, mając świadomość, że Mirka chciała się spotkać, a ja miałem te swoje cholerne żniwa i nie mogłem się wyrwać. Wciąż też męczyły mnie natrętne myśli związane z jej przeżyciami na wakacjach w Juracie. Z drugiej jednak strony pocieszała mnie myśl, że nie pozostałem jej dłużny, miałem w tym czasie swoje chwile uniesienia z Karoliną, której postać wciąż, co pewien czas pojawiała się w moich myślach.

W sobotę wieczorem zamówiłem u Sołtysa kolejną rozmowę z Mirką, jednak w słuchawce usłyszałem głos jej matki. Najpierw musiałem wytłumaczyć kim jestem i dlaczego dzwonię, po to tylko, aby na koniec usłyszeć, że Mirka ponownie pojechała na wieś. Byłem zaskoczony, ponieważ umawialiśmy się na tę rozmowę, aby coś zaplanować. Nawet wywalczyłem już, po dramatycznej rozmowie z rodzicami, wolny poniedziałek i mógłbym się urwać z domu nawet na cały dzień. Gdy uprzedziłem o tym rodziców zaczęły się pretensje. Po kilku uwagach, że tylko bym jeździł, a o robocie nie myślę, że żyjemy z gospodarki, to powinienem patrzeć roboty, zdenerwowałem się i nie wytrzymałem. Kolejny raz wyrzuciłem przed rodzicami swoje emocje dotyczące pracy w gospodarstwie.

- A jakie ja mam przyjemności w wakacje, co? Bo raz poszedłem na festyn i raz wyjechałem do miasta w ważnej sprawie, to mam tyle przyjemności?! I w poniedziałek chcę gdzieś pojechać, to są te przyjemności? Całe wakacje, każdego roku zapieprzam jak dziki osioł i co z tego mam? Trochę grosza, co łaska, jak jadę do internatu i czasami parę groszy od święta. Raz w życiu wyjechałem na wakacje nad morze i to tyle z moich przyjemności. Wielka mi sprawa. Róbcie co chcecie, ale skoro wolicie robić w niedzielę, to w poniedziałek się urywam! - wyrzuciłem z siebie i wybiegłem z domu zły, ze łzami w oczach.

W każde wakacje miałem zaledwie kilka dni na swoje wypady i to miały być te moje przyjemności. Co dnia to samo, przez cały tydzień, przez dwa miesiące, każdego roku.

A kiedy przyjdzie czas na wolność, szaleństwa, przygody, na życie pełną gębą i wszystko inne? - rozważałem w sobie, pełen buzujących emocji.

I wygrałem. Ojciec zmienił plany i w poniedziałek postanowił jechać po części do maszyn, a to oznaczało dzień wolny od pracy w polu. Okazało się jednak, że Mirka mnie wykołowała i wyszło na to, że w wolny od żniw dzień nie będę miał co robić. Nie poddałem się jednak. Jeszcze przed południem, zły na rodziców, na Mirkę i na cały świat, na całe moje do dupy życie, wprowadzony w przygnębiający nastrój przez smętne "Lato z Radiem", wsiadłem na rower i pojechałem na wieś. Nie wiedziałem po co, ważne, aby wydostać się z domu, skosztować wolności, upić się z Romkiem albo coś jeszcze.

Może zdarzy się jakiś cud i coś mi się przytrafi? - łudziłem się iskierką nadziei.

Miałem w kieszeni kilka złotych, które mama wcisnęła mi do ręki na zgodę, więc postanowiłem zaszaleć. Jechałem, mijając wozy drabiniaste, pełne złotych snopków, ludzi i kolegów pracujących na polach, witając się z nimi tradycyjnym - Szczęść Boże! Wieś nie próżnowała, w upalnych promieniach słońca tętniła życiem i wytężonym wysiłkiem, nad polami unosił się gwar, kurz i żniwny zapach dojrzałych zbóż.

Zatrzymałem się dopiero przy sklepie. Tylko, co mogło się na wsi w ten zwykły dzień przytrafić? No chyba, że naprawdę zdarzyłby się jakiś cud.

*

Czekając na reakcję dziewczyny, utwierdzałem się w przekonaniu, że cuda jednak istnieją. Już samo to, że pojawiła się na wsi i stanęła na mojej drodze, było na to dowodem. Tymczasem dziewczyna na powrót zsiadła z roweru, mierząc moją postać wzrokiem.

- Co robię później? - zastanowiła się przez chwilę. - Różnie... Czasem pomagam krowy sprowadzać z pola, czasami co innego, ale zazwyczaj robię co chcę. Czasem łażę bez sensu albo... - zawiesiła głos i patrzyła na mnie tak, jakby oczekiwała propozycji z mojej strony. Zorientowałem się szybko. Teraz albo nigdy, mój Los nie da mi drugiej szansy. Więcej cudów na wsi na pewno się nie wydarzy.

- Słuchaj, to... może moglibyśmy połazić tak razem? - zaproponowałem, trochę niepewnie.

- No, a ty nie masz żniw?

- Wieczorem robię co chcę, tak jak ty. To jak?

- A więc to jednak podryw - uśmiechnęła się. - Jak chcesz, mi to rybka - odpowiedziała obojętnie.

- To może przyjedź o 19:00 pod nasz dom kultury. Wiesz gdzie to?

- Dom kultury na wsi, dobre... - zaśmiała się. - No dobra, jak chcesz - skinęła głową, wsiadła na rower i kręcąc tyłeczkiem odjechała, znikając za zakrętem. Wtedy aż podskoczyłem z radości - kurka wodna, udało się, umówiłem się na wieczorny spacer z obcą dziewczyną, będę miał towarzystwo, pogadamy i może trochę napatrzę się na te jej cycuszki, i niczego sobie tyłek? Patrzenie i gadanie to nie grzech, ani zdrada, to tylko trening w obcowaniu z dziewczyną. A takim piersiom nie mogłem przecież odpuścić. Natomiast przy okazji zrewanżuję się Mirce za jej durne wygłupy na wakacjach. Niech ma za swoje, za te jej wszystkie grzechy, głupie zachowania i wymuszone na mnie obietnice za nie moje winy. Bo tym właśnie skończyło się jej wyznanie na plaży - moimi, wymuszonymi obietnicami.

Rozdział II. OBIETNICA

Było gorąco, pomimo, że od jeziora powiała lekka bryza, niosąc znad wody odrobinę chłodu, okrzyki i piski młodzieży, szalejącej na rowerach wodnych po jego środku. Mirka, opowiadając swoje wakacyjne wrażenia, penetrowała mnie co chwilę wzrokiem, jakby sprawdzała moją reakcję na jej słowa, unikając jednak spojrzenia w oczy. Na jej skórze zbierały się kropelki potu, które obserwowałem bezwiednie, słuchając jej wyznania. I czułem, jak wzbierała we mnie gorączka emocji.

- Oto i cała historia, na której tak ci zależało, uparciuchu - z rumieńcem na twarzy zakończyła swoją długą opowieść o wakacyjnej przygodzie. - I co, zadowolony teraz?

Poprawiła włosy i wpatrywała się we mnie oczami, które przenikały mnie na wylot, rozbrajały i zawsze powodowały, że miękłem i poddawałem się jej woli. A w tym momencie patrzyła w sposób wyjątkowy, szarymi oczami wilczycy, bez emocji, obojętnie - jak mi się zdawało. A może pełnymi napięcia? Patrzyła, czekając na moją reakcję, a gdy się jej nie doczekała, odezwała się ponownie:

- Nie wiem, co tam sobie wyobrażasz w tej swojej głowie, ale... Przecież to, że pewnie wariat się we mnie zabujał i latał za mną, to nie moja wina. Wiesz przecież jaka jestem, więc... - poruszyła się niespokojnie, ponownie poprawiła włosy. - No i co, lepiej ci teraz? Przeszło ci? Czy dalej wydaje ci się, że robiłam tam niestworzone rzeczy? No słucham?

Długo milczałem zszokowany jej słowami. Wprost nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem z jej ust, z wypowiadanych przez nią zdań, wyrażanych gdzieś w tle emocji. Trawiłem w sobie jej wyznanie, aż w końcu eksplodowałem emocjami z samej głębi duszy:

- Kurwa, Mirka! Co ty opowiadasz! Jak mogłaś!

Mirka tak, jak podejrzewałem, zadawała się na wakacjach z jakimś chłopakiem, chodziła z nim na plażę, razem z nim się opalała i kąpała, robiła jakieś głupie ćwiczenia, słuchała jego pitolenia w jakichś kawiarniach i nie wiadomo co jeszcze razem wyprawiali, a opowiadała o tym tak, jakby nic się nie wydarzyło, jakby to było normalne. I w dodatku tak była tym chłopakiem pochłonięta, że nawet nie miała czasu, aby do mnie napisać coś więcej, niż kilka prostych słów! I zmieniła się, traktując mnie bardzo chłodno od pierwszej minuty dzisiejszego spotkania. Czy również pod wpływem tego chłopaka?

I co ona sobie teraz myśli, że co? - kołatało w moim udręczonym umyśle, coś ściskało mi serce i żołądek, szalone myśli pałętały się po głowie, wyobraźnia rzucała przed oczy coraz to inne obrazy z Mirką w tle.

- Ja pierdziele, Mirka, jak mogłaś? - powtórzyłem ciszej, z przejęciem. - To ty taka głupia jesteś, na taki prosty lep dałaś się nabrać jakiemuś studentowi? Bo co, bo z Warszawy był? Co, komplementów nigdy nie słyszałaś?

Patrzyła na mnie zaskoczona moją reakcją, a może obojętna na moje emocje? Sam nie wiedziałem, co te oczy chciały mi powiedzieć. A może chciały ukryć więcej, niż wyznały jej słowa? - zastanawiałem się.

- Spokojnie, bo ci zaraz serce pęknie - odezwała się, chyba z lekką drwiną w głosie. - Przecież nic się takiego nie stało. Chciałeś wiedzieć, a w zasadzie to zmusiłeś mnie do wyznań, to teraz wiesz już wszystko i sam widzisz, że nic takiego się nie wydarzyło. Nie wiem dlaczego się tak bulwersujesz, jakby nie wiem co. No i coś obiecałeś - przypomniała mi.

- Co obiecałem, bo już, kurwa, nie pamiętam - wciąż nie mogłem się uspokoić.

- Obiecałeś, że nic się nie stanie, jak ci wszystko powiem. Powiedziałeś, że nie odejdziesz, że nie zostawisz mnie tutaj. Zapomniałeś już?

Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem. W tym momencie nie znałem odpowiedzi na swoje wątpliwości, nie wiedziałem co zrobię, co powinienem zrobić, nie wiedziałem nawet, co chciałbym zrobić. Natomiast Mirka czytała w moich myślach, jak w otwartej księdze, tego byłem już pewien.

- To co chcesz teraz zrobić? - spytała. - Zostawisz mnie tu samą? Pójdziesz sobie, bo co... bo jakiś chłopak na mnie leciał i myślał, że mu się ze mną coś uda? Zostawisz mnie dlatego, że spędzałam z nim czas na wakacjach? No powiedz, co zrobisz?

- Nie wiem, kurwa, nie wiem co zrobię - odparłem, pewnie zbyt emocjonalnie, ale nie umiałem ukryć swoich uczuć. Myślałem gorączkowo, ale cóż mogłem zrobić, aby uspokoić swoją roztrzęsioną duszę i nie stracić tej dziewczyny, czekającej na moją ostateczną reakcję?

- Przecież mogłam ci tego wszystkiego nie powiedzieć, tak. Skąd byś wiedział? Nigdy byś się nie dowiedział. I co? Przecież tylko spędzałam z nim czas i nic więcej. Co, sama miałam chodzić po mieście i plaży, tak uważasz?

- A to na pewno wszystko? Nic więcej nie zaszło miedzy wami? Skąd mam to wiedzieć? - wciąż gnębiły mnie wątpliwości.

- Och, głuptasie... Wszystko... Serio - zapewniła mnie łagodnym głosem i takim samym spojrzeniem. Wlepiała we mnie swoje zniewalające i niewinnie ślepia, poprawiając co chwilę włosy. Patrzyłem na nią, wciąż się zastanawiając... Wierzyłem jej, ponieważ musiałem wierzyć.

- A powiedz mi - przypomniałem sobie nagle pewną kwestię - o co ci chodziło z tym macaniem, z tą ręką w majtkach, co? Skąd to ci się wzięło? Bo ja przecież...

Spojrzała na mnie spłoszona. Tak, to strach błysnął przez moment w jej oczach.

- Macaniem? W majtkach? Co ty za głupoty znowu wymyślasz?

Przypomniałem jej własne słowa i to, że przecież pomiędzy nami nic takiego nie zaszło, nie miało szans zajść, ponieważ ja się tak nie zachowywałem. Więc skąd wzięła to porównanie?

Mirka zarumieniła się i zaśmiała, tak trochę sztucznie.

- Aaa, o to ci biega - zaczęła niepewnym głosem. - To nie było teraz, na wakacjach, jak chcesz wiedzieć, tylko kiedyś, dawno temu. Pewien chłopak próbował mi, głupol, włożyć rękę, wiesz, ale dostał po łbie i tyle w temacie. W sumie to było bez znaczenia, naprawdę. Pytałam, bo chciałam wiedzieć, czy ty też jesteś taki głupi, ale przecież wiem, że nie - wyjaśniała mi łagodnym, niewinnym głosem. - To tamten okazał się zboczeńcem.

Patrzyłem na nią, na ten mój skarb i ważyłem w sobie za... i przeciw. Z każdą chwilą uświadamiałem sobie, że jestem zbyt słaby, aby od niej odejść. A może za bardzo ją kochałem? Dopiero tego dnia, po tym, jak nagle pojąłem, że mogłem ją stracić, zrozumiałem, jak była dla mnie ważna.

- Nie wiem, co mam zrobić, ale chyba wiem czego nie chcę zrobić - zdecydowałem.

Podniosła na mnie oczy w oczekiwaniu.

Wiedziałem, że prościej będzie powiedzieć czego nie chcę zrobić, ale przecież wiedziałem to od samego początku - nie chciałem odejść, nie chciałem jej stracić, nie mogłem jej zostawić. Tylko, czy dam radę o wszystkim zapomnieć? - zastanawiałem się.

Mirka przez dwa tygodnie zadawała się z jakimś napalonym gościem, który wlepiał w nią oczy, spędzali razem czas na plaży i nie tylko, i nie wiadomo co jeszcze, a ja miałem ot tak sobie zapomnieć? To ona z natłoku wrażeń zapomniała na tych wakacjach o mnie, a nie ja o niej.

- To czego nie chcesz zrobić, co? Powiedz - spytała głosem, który mnie również uspokajał i był jak lekarstwo na moją rozdrażnioną duszę.

- Mówiłem już... Nie chcę cię zostawić - nie mogłem powiedzieć więcej, nie mogłem się otworzyć przed nią bardziej, bo pewnie wykorzystałaby to przeciw mnie, skoro już i tak zastanawiała się nad wyborem: ja czy on, inteligent ze stolicy.

Jednak był to moment, w którym dokonałem własnego wyboru. Czy słusznego? - czas pokaże.

- To nie zostawiaj, nie musisz - wyszeptała i zdawało mi się, że w jej oczach dostrzegłem błysk nadziei.

Patrzyła na mnie tymi ślepkami... Znałem już to spojrzenie, wiedziałem, co ono potrafi ze mną zrobić, znałem jego moc. Spuściłem wzrok, nie chciałem patrzeć w te oczy, więc patrzyłem na jej opalone, długie nogi i na tę intymną wypukłość, rysującą się pod jej obcisłymi majtkami koloru nieba.

- Marku, nic się nie stało, naprawdę. Powinieneś mnie znać, wiesz jaka jestem. To wszystko było bez znaczenia, zwykła znajomość. Daj mi szansę - zapewniała mnie pojednawczym głosem. - Zresztą, co ja plotę... Dajmy sobie szansę. Tylko warunek, nie ma lekko. Musisz się za siebie wziąć, musisz mnie zaskoczyć. Nie możesz być chłopakiem ze zwykłego grajdołka, takim zwykłym prowincjuszem, bez zainteresowań, ideałów. Stać cię na to, aby zabłysnąć. Obiecujesz? Co?

Niesamowite. To nie ona, tylko ja będę musiał spełniać warunki? W momencie, gdy zastanawiałem się nad tym, jak mam postąpić, ona stawiała mi warunki naszego dalszego bycia razem. Tak, jakbym to ja narozrabiał, a nie ona. Odwróciła kota ogonem, jak zwykle. Co za dziewczyna... No tak, wilczyca! Wilczyca alfa!

Klęczałem przed nią na kocu, więc Mirka podniosła się i uklękła naprzeciw, wsuwając swoje kolano pomiędzy moje. Uśmiechnęła się.

- Obiecujesz?

Skinąłem głową, nie miałem siły odwracać tego kota ponownie... Czy to zresztą miało znaczenie, gdzie ten pieprzony kot miał w tym momencie ogon?

- Panie Marku, skoro obiecałeś, to teraz proszę mnie objąć i przytulić - zażyczyła sobie takim miłym głosikiem, nieznoszącym sprzeciwu. Objąłem ją, poczułem przenikające mnie ciepło jej ciała i bijące pod jej piersią serce.

Czy to kochające serce bije tak mocno? - zastanawiałem się.

- Noo, może wystarczy już tych czułości, co! Nie jesteście tu sami! - usłyszeliśmy znajomy głos.

Razem obróciliśmy głowy w stronę, z której dobiegał.

- Tato!? A co ty tu robisz?! - krzyknęła zaskoczona Mirka, lekko mnie odpychając.

- Jesteście w miejscu publicznym, bo dalej w krzaki to już wam się nie udało wejść, na szczęście - oburzał się jej ojciec, gdy stanął przed nami.

Zmierzył mnie hardym wzrokiem.

- Właśnie się żegnaliśmy... A ty skąd tutaj?

- A ja jestem czujny, wolałem zobaczyć co ty tu robisz. Ładne mi pożegnanie... gdzieś w krzakach. Ledwo was znalazłem.

- Przyjechałeś po nas, naprawdę? Tato, jesteś super - Mirka szczerze się ucieszyła, puszczając mimo uszu stwierdzenia ojca. Ponownie w sprytny sposób odwracała tego kota...

- Przyjechałem po ciebie, bo już późno - odpowiedział jej tato. - A nie wiem, czy jesteś w dobrych rękach - ponownie zmierzył mnie wzrokiem.

- Super, to my się zbieramy.