Rozdział 1. Serdeczny palec w kierunku życia
Dziś umrę. Tak postanowiłem.
Powyższy tekst widniał na komputerze Tymona. Upartego 70-latka, który w dniu swoich urodzin zdecydował się odejść z tego świata. Zanim to zrobi, chciałby napisać list pożegnalny.
Uważał, że musi być wyjątkowy, skoro całe życie pisał i dumnie mógł nazwać się pisarzem. Książki, scenariusze, wiersze lub też cokolwiek na czym dało się zarobić. Pisał dla pieniędzy i w głębi ducha żałował, że nie zdążył stworzyć wybitnego dzieła. Sukcesywnie karmił swoje konto bankowe, ale ego nigdy nie najadło się do syta.
Może teraz coś napisze? Na ostatniej prostej! Nie, w jego pisarskim umyśle brakowało już paliwa. A bez tego to i Ferrari nie pojedzie. Tak też mówił żonie, gdy pytała go dlaczego nie potańczy bez alkoholu... Kiedy to było? Nie pamiętał.
Tymom wpatrywał się w zdanie na komputerze. Dziś umrę. Tak postanowiłem.
Zastanawiał się jak umrzeć. To nie USA, nie miał więc pistoletu by strzelić sobie w łeb, a przecież te rozwiązanie miało dużo zalet. Proste, huczne i jak start do biegu, czyli symboliczne wyruszenie do innego świata. Poza tym sąsiedzi usłyszą strzał i go znajdą, nie będzie tu stare żarcie w lodówce, której ktoś odłączył prąd.
- Zaraz, przecież za chwilę mają być goście. Napisałem do nich, bo rozmowy niezbyt nam szły przez te ostatnie lata. Pogadamy, poświętujemy, może mnie przeproszą za to i owo. A później sobie pójdą i się zabiję. Połknę trochę tabletek, popiję dobrym Whisky i zasnę. Odejdę na swoich warunkach.
Tymon Dantej zamknął laptop nie mając teraz weny na list pożegnalny. Poczłapał więc powoli do salonu, w którym miała odbyć się jego impreza urodzinowa.
8 marca, dziś Tymon kończy 70 lat. Ostatnie urodziny, ostatnie rozmowy z rodziną. Okazja by wszystko naprawić? Jednak 10 krzeseł przy suto zastawionym stole pozostawało puste. Nikt nie przyszedł o 19. Ani jednego gościa nie było też o 20, gdy Tymon otworzył pierwszą butelkę wódki. Sam musiał opróżnić ją do połowy i działał tak nad nią do 21.00. A potem wciąż był sam.
Ponoć po 22 nie powinno się obżerać, ale przecież i tak Tymon miał dziś umrzeć, więc co mu szkodzi objadać się tym co dostarczono w zamówionym cateringu. Ale nic mu nie smakowało, dlatego, gdy o 23.00 wciąż był sam, całe jedzenie wylądowało na podłodze.
Wkurzony Tymon Dantej sięgnął po telefon z nadzieją na jakieś wyjaśnienie. Nikt nie zadzwonił, nikt nie napisał, żaden z zaproszonych gości się dziś nie pojawił. Sam jak palec. Charakter Tymona nakazywał, aby był to ten serdeczny, wystawiony w kierunku tych, którzy go wystawili.
- Nie chcecie? To ja wam dam. Miał być list pożegnalny, miało być przepraszam, ale nie. Dowalę wam wszystkim dziady, wyrzuty sumienia będą was podgryzały całe życie. Ja swoje dziś zakończę i was będę miał głęboko w odbycieniebycie.
Jak Tymon postanowił tak zrobił. Zasiadł do komputera i po zdaniach "Dziś umrę. Tak postanowiłem.", zaczął po kolei wymieniać członków rodziny i spisywać do nich żale. Pisał jak najęty do północy. W tekście pojawiło mnóstwo zarzutów, ale wiedział co kogo zaboli. Jego list pożegnalny miał być wirusem, który zainfekuje sumienia bliskich, gdy on będzie już martwy. Będą myśleć, że może by go powstrzymali, gdyby jednak przyszli.
Tymon miał zamiar dotrzymać swojego postanowienia. Już chciał zacząć wysyłać tenże mail na adresy członków rodziny, aby swoje ostatnie dzieło pisarskie w życiu dotknęło ich w samo serce niczym nóż, ale... nagle kartki z notatkami leżące w nieładzie na biurku zwiał mocny wiatr.
Okno zastukało złowieszczo jakby za moment miała zagościć tu burza. Dantej podbiegł, aby zamknąć okno i wrócić do swoich wyrzutów rodzinnych, czyli otwartej rany, która przez dzisiejsze urodziny zapiekła go tak jak nigdy wcześniej. Ten zacietrzewiony, egocentryczny staruszek krwawił w duszy i nie chciał się do tego przyznać.
Gdy był już przy stukającej okiennicy, usłyszał szept, który dobiegał z podwórka. Powoli się wychylił, niemal ze strachem. Odetchnął, gdy nic nie zobaczył. Ale trwało to tylko 3 sekundy, bo pojawił się wielki, czarny cień przypominający kształtem dłoń i chwycił go za twarz by pociągnąć w dół. Tymon nie walczył. Poczuł, że spada, ale leciał stanowczo zbyt długo jak na 6 piętro...
Rozdział 3. O powieści kilka słów
Światło na chwilę zgasło, by po chwili znów zabłysnąć nikłym blaskiem. Nie było sceny, nie było Piotra, Adama czy Ewy. Narrator zamilkł, a Tymon został sam ze swoimi myślami.
- Co to było? - te pytanie dudniło w jego głowie.
Powtarzane rytmicznie, niczym uderzenia w bęben. Czas był teraz dla niego pojęciem względnym, podobnie jak przestrzeń. Najpierw samotny wieczór w dniu 70 urodzin, własne mieszkanie, przeciąg i... wielka dłoń z cienia, która wciągnęła go... gdzieś. No właśnie, gdzie?
Tymon zastanawiał się czy tak właśnie wygląda śmierć. Ile razy słyszy się, że życie przelatuje nam przed oczami, gdy umieramy. Tymon czekał na jakieś światło na końcu tunelu, ale wciąż był tylko ciemny tunel, z którego próżno szukać wyjścia. Było to na swój sposób przerażające. Taka pustka, ta wieczność, którą ma tu spędzić za karę. No raczej, że nie w nagrodę.
- Czerwona róża, z małej chmury wielka burza. Błyskawice i pioruny, ale któż to szarpie do tej melodii struny?
Tymon Dantej odskoczył odruchowo, a potem zaczął rozglądać się nerwowo w poszukiwaniu źródła powyższych słów. Głos jednak zdawał się dobiegać zewsząd i znikąd.
- Kto tu jest? - pytał Tymon coraz bardziej spanikowany.
- Czarna złość w sercu gości, mury zimne nie wpuszczą radości. Zasieki strachu, skutecznie ją tamują. Niszczą, depczą, rujnują.
- Pokaż się! Gdzie jesteś? Gdzie ja jestem? - wołał Tymon kręcąc się wokół, ale postaci nie zauważył. Rymujący głos nie przestawał przemawiać wierszem.
- Dźwiękami głuchymi, niknąc w rozpaczy, tak ciemnej, że nikt nie zobaczy. Tę cichą melodię buntu orkiestra gra zbyt cicho. Za to zwycięsko śpiewa Licho.
- Kim jesteś? Demonem? Bogiem? Diabłem? - Tymon dopiero teraz zauważył jakieś światło. Ciężko było powiedzieć skąd dochodziło, ale ruszył ostrożnie w kierunku jego źródła.
Czy to te światełko w tunelu, do którego mają iść martwi? Tymon się zawahał. Nie czuł się pewny pobytu w niebie, nie było mu też śpieszno do piekła. Z drugiej strony, co ma za wybór?
Ruszył w stronę coraz większego światła, a niewidzialna postać wciąż mówiła wierszem.
- Muzykę tłumiącą, mantrę trapiącą. Niech też zacznie krwawić. Nie daj, nie daj mu się bawić. Nie żałuj już wcale, czuj się doskonale. To ostrze niedoli, niech ciut zaboli. Z biegiem czasu przyjdzie odpuszczenie, uciekniesz z niewoli - brzmiał głos, coraz agresywniejszy, szybszy. Lecz Tymon nagle zatrzymał się i powiedział:
- Ciasnoty umysłu, marazmu, braku pomysłu. Bo wszystko trwa w ruchu, tak jak Ty słyszysz żalu melodię w uchu. Rytmy niedoli, autor Tymon Dantej.
Oświecenie Tymona pojawiło się nagle, tak jak chuderlawy mim w cylindrze i białym fraku. Miał smutną twarz pomalowaną na biało i czarne łzy na policzkach. Mim patrzył teraz na Danteja ponuro.
70-latek był pewien, że jeśli jeszcze nie umarł to w tym momencie na pewno padnie na zawał. Coś ścisnęło go w klatce piersiowej, nie mógł oddychać, a po chwili znów gdzieś spadał. Ale tym razem tylko sekundę.
Tymon wylądował w parku. Od tak. Otaczała go teraz piękna, wiosenna sceneria. Jakby wszystko budziło się do życia. Oprócz niego.
- Czy to cholerna reinkarnacja? - zastanowił się Tymon.
Nagle zapiekło go przedramię. Podwinął rękaw i zobaczył pojawiające się na skórze napisy. Jakby ktoś wycinał mu je żyletką, choć nie czuł bólu.
Czerwona róża. Rytmy niedoli. Szala samobójcy. Scenariusz, wiersz, znów scenariusz. Tymon, niczym duch, rzucany był w odmęty swojej świadomości. Historie, które niegdyś z jakiegoś powodu napisał, ożywały, a on miał być ich biernym świadkiem. Teraz nadszedł czas na kolejną opowieść.
Rozdział 5. Mimochodem
Tymon spoglądał z dachu jak Pan Śmieciarz pomaga wyjść Janowi Samobójcy z kontenera. Dantej patrzył w dół, ale nie odczuwał strachu. Zastanowił się czy może też skoczyć, gdy zabiorą ten kontener z dołu? Czy może umrzeć skoro już nie żyje?
Na pewno jednak może się bać, bo strach przepełnił Danteja, gdy na dole zobaczył mima z białą, smutna twarzą. Mim patrzył na niego i po chwili wskazał na swoją kieszeń spodni, a potem na Danteja. Tymon zastanowił się chwilę, po czym sięgnął do własnej kieszeni spodni, w środku była kartka.
Zęby zatapiasz w głowie mojej. Jadem napełniasz żyły. Dłonie uczuć krępujesz. Podle umrzeć nakazujesz? Wyzwól mnie, uwolnij mnie. Bez kajdanów kłamstw, bez łańcuchów niewiedzy, uciec chcę od śmierci do życia zza miedzy. Pozostać nie chcę żywy pośród umarłych, ostałych rozbitków na wyspie nienawiści.
Uciec do nadziei od zgliszczy, od złej jesieni, pasma zawiści.
Nie opuszczaj mnie smutku, pełny do innych nienawiści.
Dantej, po odczytaniu na głos powyższego tekstu z karteczki, zastanowił się nad tym co go dotychczas spotkało. Ewa, którą przedstawił mu kiedyś syn, jeździła na wózku. Tymon stopniowo perswadował synowi kochającemu podróże, że będzie ona dla niego hamulcem. Kochał syna i jego pasje, aż w końcu sprawił, że Ewa odeszła. Kłamał, podsycał ich sprzeczki, aż w końcu zabił tę ich miłość, a później jego syn...
Danteja rozmyślania zostały przerwane, gdy mim z białą twarzą zepchnął go z bloku. Tymon spadał bardzo długo.
Rozdział 7. Przetrwać lub zasnąć
Scena 0. Futurospekcja. Plener. Polana.
Młoda kobieta kopie łopatą dół, wygląda jak grób. Kobieta kładzie się w nim, sięga po pistolet i wkłada go do ust. Zamyka oczy, palec spoczywa na spuście. Tymon patrzy na kobietę z obojętnością. Po chwili ją rozpoznaje i chce jej przeszkodzić, ale nie zdąży. Strzał, huk i znów błysk. Po chwili Tymon znajduje się już w innym miejscu, jakby ten sen nie miał mieć końca.
Scena 1. Retrospekcja. Plener. Wieczór. Ta sama polana co scena 0. 3 lata wcześniej.
Mężczyzna i Agata, czyli kobieta ze sceny 0, spacerują po polanie. Trzymają się za dłonie i przytulając oglądają zachód słońca. Jest romantycznie, jest pięknie, jest prawie nierealnie. Ale to było prawdziwe, ona to wie. Para zamyka się w namiocie i zaczynają cieszyć się sobą, miłością, która ich połączyła także fizycznie. Kochają się aż do utraty tchu.
Scena 2. Teraz. Namiot ze sceny 1. Świt.
Agata budzi się ze snu trafiając prosto do koszmaru. Jest bardziej zaniedbana niż w poprzednich scenach, a w pobliżu nie ma jej towarzysza. Oddycha głęboko i zdaje sobie sprawę, że znów jest w szarej, samotnej rzeczywistości. Ubiera się i wychodzi z namiotu. Rozgląda się, sprawdza uzbrojenie (maczeta i pistolet) i rusza w las.
Scena 3. Teraz. Plener. Las. Świt.
Agata sprawdza leśne wnyki, złapały się w nie króliki. Nie śmieszy jej ten rym, beznamiętnie wyciąga je z pułapki. Jeden królik jeszcze oddycha. Twarz Agaty nie pokazuje litości - dobija królika maczetą. Uważa, że to lepsze niż skręcenie mu karku. Takie mają teraz wybory, umrzeć w sposób A lub umrzeć w sposób B. W opcjach nie ma życia.
Scena 4. Teraz. Plener. Dzień. Przy namiocie Agaty.
Agata gotując zupę z królików, zagapiła się w ogień. Kamera zbliża się do płomienia, powracają wspomnienia. Słychać złowieszcze szepty: To koniec, oni nie żyją, wszyscy, zabiłaś ich, Twój świat, on spłonął jak i ty spłoniesz.
Z zawieszenia wyrywa Agatę krzyk kobiety. Agata chwyta za broń i biegnie do lasu. Nie wie czy po to by zabić czy żeby bronić.
Scena 5. Teraz. Las. Dzień.
Agata dobiega do krzyczącej kobiety. Weronika, bo tak ma na imię, złapała się we wnyki. Agata pomaga się jej wydostać. Weronika mimo wszystko atakuje Agatę odruchowo. Przez chwilę się szamotają, ale Agata wychodzi z tego zwycięsko. Agata patrzy na nieprzytomną Weronikę i myśli co z nią zrobić. W końcu postanawia zaciągnąć ją do swojego obozowiska.
Scena 6. Teraz. Plener. Dzień. Przy namiocie Agaty.
Gdy Agata jest blisko obozowiska, trzech mężczyzn je jej zupę i przetrząsa namiot. Agata chowa nieprzytomną kobietę w krzakach. Sprawdza broń, sięga po maczetę i oddycha głęboko kucając za drzewem.
Scena 7. Retrospekcja. Plener. Noc. Droga polna.
Weronika maszeruje drogą wśród łąk i lasów. Ma plecak, ma pecha, ale w tym świecie to normalność. Napada ją 3 mężczyzn
(Ci sami, którzy później zjawią się w obozie Agaty). Weronika zostaje zgwałcona i pozostawiona sama sobie, bez swoich rzeczy. Zbrukana, zasypia płacząc i czeka by umrzeć. Mężczyźni piją alkohol i obiecują wrócić do Weroniki... Później Weronika widzi, że pijani mężczyźni zasnęli. Nie zabija ich, lecz wymyka się do lasu. Jakiś czas później wpada we wnyki, spotyka Agatę, szamocze się z nią i traci przytomność.
Scena 8. Teraz. Plener. Świt.