Cory dostaje drugą szansę - L. Sherman

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Maj 1998 roku

Na­ta­sha

Jego pa­lec kre­ślił de­li­katny wzór wo­kół mo­jego sutka, który skur­czył się i stward­niał pod wpły­wem jego do­tyku i chłod­nego po­wie­trza w po­koju. Le­że­li­śmy w zu­peł­nej ci­szy obok sie­bie na moim łóżku. Przy­kry­li­śmy się koł­drą, ale moje piersi i jego tors były od­sło­nięte.

Wspólna na­uka za­sko­czyła nas oboje i prze­ro­dziła się w se­sję piesz­czot, a po­tem cze­goś wię­cej. Jak to zwy­kle by­wało, mia­łam dom dla sie­bie. Miesz­ka­łam tylko z mamą, która wy­je­chała w de­le­ga­cję.

Wes­tchnę­łam za­do­wo­lona i za­mknę­łam oczy, roz­ko­szu­jąc się jego piesz­czo­tami i na­szą bli­sko­ścią.

To mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, a te­raz także ktoś o wiele waż­niej­szy.

- Jak okre­ślić to, co nas łą­czy? - wy­pa­li­łam ni z gruszki, ni z pie­truszki.

Za­sko­czony Cory otwo­rzył oczy i spoj­rzał na mnie.

- Co masz na my­śli?

- Czy je­stem te­raz twoją dziew­czyną? - Może to było dziwne py­ta­nie, prze­cież le­ża­łam naga w łóżku z chło­pa­kiem, w któ­rym za­ko­cha­łam się od pierw­szego wej­rze­nia już trzy lata wcze­śniej.

- Chcesz, że­bym zo­stał twoim chło­pa­kiem? - Uśmiech­nął się do mnie wred­nie, ten przy­stojny drań, i znów mnie do sie­bie przy­cią­gnął.

- Ja... Nie wiem, Cory. Wiesz, że cię ko­cham, i to bar­dzo, ale trudno prze­wi­dzieć, czy nam się uda. - Znów ode­zwała się moja nie­pew­ność. Wie­dzia­łam, że je­stem nie­brzydka, by­łam jed­nak tylko ku­jo­no­watą naj­lep­szą przy­ja­ciółką tego lu­bia­nego wy­spor­to­wa­nego chło­paka, któ­rego za­wsze ota­czał wia­nu­szek naj­pięk­niej­szych dziew­czyn. - Je­steś zbyt po­pu­larny i mo­żesz prze­bie­rać w la­skach. Nie moja liga.

Jego dłoń czule pie­ściła moje ra­mię, ale przez dłuż­szy czas nie od­po­wia­dał.

- Sa­sho, je­steś naj­pięk­niej­szą dziew­czyną, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem, a by­cie z tobą, zwłasz­cza w taki spo­sób, spra­wia, że staję się naj­szczę­śliw­szym fa­ce­tem na świe­cie.

Od­prę­ży­łam się i wtu­li­łam się w niego. Le­że­li­śmy na ły­żeczkę, de­lek­to­wa­łam się do­ty­kiem jego twar­dych mię­śni i dłu­gich koń­czyn. Cory był sil­nym skrzy­dło­wym w na­szej li­ce­al­nej dru­ży­nie ko­szy­kar­skiej i co­dzien­nie miał tre­ningi - te­raz, po se­zo­nie, tro­chę mniej, ale i tak mu­siał utrzy­mać formę. To było lato przed ukoń­cze­niem szkoły. Jesz­cze tylko kilka ty­go­dni i bę­dziemy mieli le­niwe wa­ka­cje tylko dla sie­bie. By­łam te­raz szczę­śliwą dziew­czyną, która mo­gła się cie­szyć od­wza­jem­nio­nym uczu­ciem.

- Je­śli mnie chcesz, je­stem cała twoja. Wy­star­czy, że po­pro­sisz...

Prze­rwał mi głę­bo­kim po­ca­łun­kiem. Lu­dzie, jak on ca­ło­wał. Cie­płe, gład­kie wargi do­ty­kały mo­ich ust, a kiedy wsu­nął się do nich jego ję­zyk, mia­łam wra­że­nie, jakby zwa­lił się na mnie cały świat. Na­sze ję­zyki tań­czyły i za­częły się go­nić. Po­czu­łam ucisk i ból w piersi. Te­raz, kiedy wie­dzia­łam, jak to jest go ca­ło­wać, nie po­tra­fi­łam się tym na­sy­cić, nie chcia­łam się wy­co­fać.

***

Cory

Po­ca­łu­nek z Sa­shą był ucie­le­śnie­niem fan­ta­zji. Po­żą­da­łem jej od za­wsze - a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wało. Na po­czątku było to czy­sto mło­dzień­cze za­uro­cze­nie, ale po­tem na­sza przy­jaźń prze­ro­dziła się w głę­boką mi­łość i przy­wią­za­nie. Uza­leż­ni­łem się od niej i od wszyst­kiego, co się z nią wią­zało: jej dow­cipu, uśmie­chu, a naj­bar­dziej od jej ko­bie­cych krą­gło­ści. Sa­sha była wy­soka i szczu­pła, ale ide­al­nie wy­peł­niona we wszyst­kich wła­ści­wych miej­scach: miała jędrne, miesz­czące się w dłoni piersi, ani za małe, ani za duże, twarde okrą­głe po­śladki i wą­ską ta­lię. Kie­dyś była tan­cerką. Miała wspa­niale wy­rzeź­bione mię­śnie i miękką skórę.

Od­wró­ci­łem nas i usta­wi­łem się nad nią. Za­mkną­łem oczy i po­cze­ka­łem, aż po­czuję się kom­pletny. Wresz­cie była moja. Mój ku­tas znowu zro­bił się twardy, pra­gną­łem po­czuć, jak jej cie­pło mnie otula. Czy ja kie­dy­kol­wiek się nią na­sycę? Praw­do­po­dob­nie nie. Za­ko­cha­łem się do sza­leń­stwa w tej brą­zo­wo­okiej bo­gini. Jej dłu­gie ja­sno­brą­zowe włosy były roz­rzu­cone na po­duszce i wy­glą­dały jak po­tar­gana au­re­ola.

- Co się dzieje w tej two­jej cu­dow­nej główce? - Po­chy­li­łem się i po­ca­ło­wa­łem ją w czoło.

- Znowu zro­bi­łeś się twardy? - spy­tała zdu­miona.

- Tak wła­śnie na mnie dzia­łasz, ko­cha­nie. Gdy je­steś w po­bliżu, cały czas mam erek­cję. - Za­chi­cho­ta­łem i od­chy­li­łem się, by włą­czyć znaj­du­jące się na jej sto­liku ra­dio. Była już na nim usta­wiona jej ulu­biona so­ftroc­kowa sta­cja i usły­sze­li­śmy Truly, Ma­dly, De­eply Sa­vage Gar­den. - Czy mogę się z tobą ko­chać? Wiem, że pew­nie je­steś obo­lała, ale Sa­sho, tak strasz­nie cię pra­gnę...

- Cory, tak bar­dzo pra­gnę znowu po­czuć cię w so­bie. Pro­szę, nie po­wstrzy­muj się. Po­trze­buję cię tak samo mocno jak ty mnie. - Po­gła­skała mnie po ple­cach, by za­pew­nić o praw­dzi­wo­ści swo­ich słów.

By­łem jej pierw­szym chło­pa­kiem, a to był do­piero nasz drugi raz Wie­dzia­łem, że mu­szę dzia­łać po­woli, chcia­łem jej spra­wić przy­jem­ność. To dzięki niej po­czu­łem się le­piej niż kto­kol­wiek inny. Żadna po­de­rwana po pi­jaku la­ska nie mo­gła się z nią rów­nać, a wła­śnie tylko ta­kie dziew­czyny mia­łem przed nią.

Ca­łym swoim cia­łem i du­szą pra­gną­łem, by dała nam szansę. Za­czą­łem ob­sy­py­wać ją po­ca­łun­kami od szyi do wspa­nia­łych piersi, ssa­łem i li­za­łem jej sztywne sutki. Mia­łem jej ciało na każde za­wo­ła­nie i to było nie­sa­mo­wite. Wiła się pode mną, nie mo­głem się po­wstrzy­mać i prze­je­cha­łem dło­nią po jej boku - wie­dzia­łem, że ma tam ła­skotki.

- Wy­ko­rzy­sty­wa­nie mo­jej sła­bo­ści prze­ciwko mnie, gdy je­stem tak na­krę­cona, jest nie w po­rządku - wy­dy­szała.

Uło­ży­łem się mię­dzy jej no­gami.

- Po­czuj, co ze mną ro­bisz. - Wy­pchną­łem mied­nicę i mój ku­tas pra­wie wszedł w jej słodką cipkę. - Ko­cha­nie, je­steś moją naj­więk­szą sła­bo­ścią.

Ra­dio za­grało Crush Jen­ni­fer Pa­ige.

Prze­su­ną­łem się w dół łóżka i prze­cią­gną­łem ję­zy­kiem od jej za­ci­śnię­tej dziurki do tego, co, jak po­dej­rze­wa­łem, było łech­taczką. Wy­pchnęła bio­dra do góry.

Nie by­łem szcze­gól­nie do­świad­czony w sek­sie. Mia­łem sie­dem­na­ście lat i by­łem już z kil­koma dziew­czy­nami, ale mu­sia­łem szcze­rze przy­znać, że ni­gdy nie zna­leź­li­śmy czasu, by się na­wza­jem po­zna­wać, tak jak te­raz po­zna­wa­li­śmy się ja i moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Mia­łem za sobą kilka szyb­kich, nie­po­rad­nych nu­mer­ków na im­pre­zach lub w moim sa­mo­cho­dzie. Edu­ka­cję sek­su­alną za­pew­niał mi tylko stos po­gnie­cio­nych po­ży­czo­nych ma­ga­zy­nów porno i nie do końca wie­dzia­łem, co ro­bię.

Dmuch­ną­łem w gu­zi­czek Sa­shy i okrą­ży­łem go ję­zy­kiem. Ję­czała.

- Sash, do­brze ci? Daj mi znać, ko­cha­nie, je­steś moją pierw­szą... - Uśmiech­ną­łem się.

- O cho­lera... Je­steś bo­giem seksu! Czy to pierw­szy raz, kiedy li­żesz dziew­czynę? - spy­tała zdy­szana. - Rób to, co ro­bi­łeś do tej pory, a z pew­no­ścią zdo­bę­dziesz złoty me­dal, Cory. Je­steś o wiele lep­szy od mo­ich pal­ców.

Prze­rwa­łem i zła­pa­łem jej łech­taczkę mię­dzy dwa palce.

- Je­stem aż tak do­bry, ko­cha­nie?

- Uhm, tak, pro­szę, nie prze­sta­waj, nie mo­żesz te­raz tak po pro­stu prze­stać.

Uśmiech­ną­łem się pod wpły­wem jej de­spe­ra­cji. Po chwili Sa­sha wy­pchnęła bio­dra, by pod­sta­wić cipkę wprost pod moje usta.

- Nie martw się, spra­wię, że doj­dziesz, a po­tem mój ku­tas musi tra­fić do two­jej na­pa­lo­nej cipki. - Jej ci­che po­ję­ki­wa­nia i smak jej so­ków na­prawdę mnie na­krę­cały. Czu­łem pod­nie­ca­jące mro­wie­nie na skó­rze, tak strasz­nie pra­gną­łem tej dziew­czyny.

- Och tak, pro­szę - wy­dy­szała.

Wy­su­ną­łem ję­zyk i za­czą­łem nim wi­ro­wać wo­kół gu­ziczka. Wsu­ną­łem palce w jej mo­kre i go­rące cie­pło. Eks­plo­do­wała i do­szła mi w ustach, jej soki po­kryły moje palce. Kto by po­my­ślał, że jesz­cze kilka go­dzin wcze­śniej ona była dzie­wicą, a ja ni­gdy wcze­śniej nie do­pro­wa­dzi­łem żad­nej ko­biety do or­ga­zmu?

Na­tych­miast za­ło­ży­łem pre­zer­wa­tywę i wsze­dłem w Sa­shę. Po szczy­to­wa­niu była bar­dzo mo­kra. Na­dal czu­łem lek­kie skur­cze.

- Cho­lera, Sash, ale je­steś cia­sna. Chry­ste, je­stem naj­szczę­śliw­szym fa­ce­tem na ziemi.

Oplo­tła mnie no­gami, przez chwilę w niej zo­sta­łem, a po­tem wy­sze­dłem i wsze­dłem raz jesz­cze.

- Mu­szę cię te­raz ze­rżnąć; ale je­śli to bę­dzie dla cie­bie za dużo, to mi o tym po­wiedz. - Za­trzy­ma­łem się, cze­ka­jąc na jej zgodę.

- Ze­rżnij mnie mocno. Chcę, że­byś to zro­bił, to nie­sa­mo­wite uczu­cie, Cor. - Za­częła ryt­micz­nie po­ru­szać bio­drami, a ja opar­łem się na rę­kach, by ją po­ca­ło­wać.

- Tak bar­dzo cię ko­cham, Sa­sho.

- Cory, ko­cham cię od za­wsze, nie wi­dzia­łeś tego?

Za­czę­li­śmy upra­wiać seks, a po­tem ra­zem szczy­to­wa­li­śmy.

Roz­dział drugi

Ten chło­pak i dziew­czyna są moi

Wio­sna 2018 roku

Na­ta­sha

- Mamo! Je­stem w domu. Coś cu­dow­nie pach­nie! - krzyk­nął Jake z ko­ry­ta­rza.

- Tu­taj, ko­cha­nie, opra­co­wuję ar­gu­menty na ju­trzej­szą sprawę w są­dzie - od­krzyk­nę­łam. - Na bla­cie leżą świeże bu­łeczki cy­na­mo­nowe.

Po­now­nie sku­pi­łam się na lap­to­pie i no­tat­kach ze świa­do­mo­ścią, że za chwilę mój przy­stojny dzie­więt­na­sto­letni syn wpad­nie do mo­jego ga­bi­netu. Za­wsze tak ro­bił. Sły­sza­łam, jak otwiera i za­myka szafki w kuchni. Uśmiech­nę­łam się pod no­sem. Miesz­ka­li­śmy tu od nie­dawna i jesz­cze nie do końca się tu od­na­lazł. Jesz­cze do ze­szłego roku by­li­śmy w Se­at­tle, aż wresz­cie - jako ostat­nia z na­szego trio - opu­ści­łam Wy­brzeże Pół­nocno-Za­chod­nie, by być bli­żej mo­ich dzieci. No do­bra, to nie były już dzieci, ale nie umia­łam po­ra­dzić so­bie z bra­kiem ich bli­sko­ści. Mia­łam tylko ich i by­łam ich je­dy­nym ro­dzi­cem. Moja mama i tata wciąż żyli i sza­leli, za­jęci swo­imi spra­wami se­nio­rów, grali w golfa i bry­dża. Uśmiech­nę­łam się na tę myśl.

- Prze­rwa na kawę, mamo, pew­nie nie ja­dłaś nic przez cały dzień! - Jake wrę­czył mi ku­bek z kawą i do­dał: - Praw­nik to osoba, która pi­sze do­ku­ment na dzie­sięć ty­sięcy słów i na­zywa go krót­kim. - Pre­zent w po­staci prak­tycz­nego żartu od naj­waż­niej­szych osób w moim ży­ciu: mo­ich dzieci. Uro­dzi­łam je, gdy mia­łam osiem­na­ście lat. Po­sta­no­wi­łam to zro­bić, cho­ciaż wie­dzia­łam, że będę ska­zana na sa­mo­dzielne ro­dzi­ciel­stwo.

- Dzię­kuję bar­dzo, ko­cha­nie, wierz mi, że zja­dłam wię­cej, niż trzeba. Chyba ze cztery bułki z cy­na­mo­nem. - Uśmiech­nę­łam się.

- Prze­ży­jesz, chu­dzielcu. - Jake był na sty­pen­dium ko­szy­kar­skim na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia i za­wsze cho­dził głodny.

Na szczę­ście oboje miesz­kali w No­wym Jorku. Ju­lia, sio­stra Jake'a, rów­nież stu­dio­wała na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia i chciała kon­ty­nu­ować na­ukę w dzie­dzi­nie prawa. De­cy­zja o prze­pro­wadzce tu­taj po dwu­dzie­stu la­tach spę­dzo­nych na Za­chod­nim Wy­brzeżu nie była trudna. Przez cały ze­szły rok pró­bo­wa­łam się przy­zwy­czaić do sa­mot­no­ści po raz pierw­szy w ży­ciu, ale kiep­sko mi to wy­cho­dziło. Wie­dzia­łam, że już ni­gdy nie będę na­rze­kać na ha­łas, jaki dzieci ro­bią w domu. Za­czę­łam szu­kać pracy na Wschod­nim Wy­brzeżu i tu przy­je­cha­łam. Szczę­ście mi do­pi­sało i wy­lą­do­wa­łam jako praw­niczka w fir­mie z Wall Street. Moje dzieci były do­ro­słe i już od ja­kie­goś czasu nie po­trze­bo­wały mnie przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę, ale sta­no­wi­li­śmy zgraną paczkę.

- Przyj­dziesz na mój mecz w ten week­end? Gramy z Bro­oklyn. To bę­dzie świetna roz­grywka - po­wie­dział Jake z peł­nymi ustami.

Po­dmu­cha­łam na pa­ru­jącą, go­rącą kawę i prze­nio­słam się od biurka na ka­napę w rogu po­koju, bo Jake z tymi swo­imi dłu­gimi koń­czy­nami za­jął całą sofę.

- Oczy­wi­ście, chęt­nie przyjdę! Masz dla nas bi­lety czy mu­szę ku­pić przez in­ter­net? - spy­ta­łam i wzię­łam kęs bu­łeczki.

- Tre­ner przez cały se­zon da­wał nam dar­mowe ro­dzinne bi­lety do strefy VIP. Mu­sisz tylko ode­brać je tuż przed me­czem. - Wy­cią­gnął nogi.

Aż trudno uwie­rzyć, że ten czło­wiek był kie­dyś ma­leń­kim dziec­kiem wa­żą­cym za­le­d­wie pół­tora ki­lo­grama. Uro­dzi­łam Jake'a i Ju­lię tro­chę za wcze­śnie, co w przy­padku bliź­niąt jest dość po­wszechne. Byli ide­alni, ale ma­lutcy. Jake wy­rósł na bar­dzo przy­stoj­nego chło­paka z ciem­no­brą­zo­wymi po­tar­ga­nymi wło­sami, sza­ro­nie­bie­skimi oczami, ja­kie miał jego oj­ciec, i taką samą smu­kłą, umię­śnioną syl­wetką. Dziew­czyny sza­lały za nim przez całe li­ceum. Ju­lia była piękna i wy­soka jak na ko­bietę, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo po­dobna do mnie; wy­jąt­kowo po­ważna i za­czy­tana. Ni­gdy nie wi­dzia­łam, by in­te­re­so­wał się nią ja­kiś chło­pak. Poza stu­diami sku­piała się na mo­de­lingu i kel­ne­ro­wa­niu, przez co prak­tycz­nie nie miała czasu na zwią­zek. By­ły­śmy do sie­bie bar­dzo po­dobne i lu­dzie czę­sto mó­wili, że to skóra zdjęta ze mnie. Ju­lia miała też jed­nak ce­chy ojca. Moje dzieci były moją dumą, po trud­nych pierw­szych la­tach od­na­leź­li­śmy wspólny rytm i stą­pa­li­śmy twardo po ziemi.

Jake klep­nął się dłońmi po udach.

- Idę na tre­ning.

- Jak to miło z two­jej strony, że wpa­dłeś po­ga­wę­dzić ze swoją sta­ruszką. - Uśmiech­nę­łam się. - Mi też już się koń­czy czas, mu­szę się przy­go­to­wać na ju­trzej­sze po­ranne spo­tka­nia, a roz­prawę mam o dru­giej. To trudna sprawa, wy­grana wcale nie jest taka oczy­wi­sta.

- W ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia.

Wsta­łam, by od­pro­wa­dzić go do drzwi.

Jake po­chy­lił się i wziął mnie w swoje silne ra­miona. Gdy mnie pod­niósł, pi­snę­łam.

- Nie rób tak, ty ol­brzy­mie.

Za­śmiał się tylko i otwo­rzył drzwi.

- Na ra­zie, mamo skrza­cie.

- My­ślisz, że uj­dzie ci to na su­cho, młody czło­wieku? Pa­mię­taj, że na­dal je­stem twoją matką. - Pu­ści­łam do niego oko.

Naj­wy­raź­niej spo­kój nie był mi pi­sany. Gdy by­łam młodą dziew­czyną, czę­sto sie­dzia­łam sama w domu i spę­dza­łam mnó­stwo czasu we wła­snym to­wa­rzy­stwie lub z Co­rym, ale przez dwie ostat­nie de­kady nie za­zna­łam spo­koju.

Wzię­łam do ręki te­le­fon i włą­czy­łam moją ulu­bioną play­li­stę, kom­pi­la­cję mu­zyki z li­ce­al­nych lat 1996-1999. Z tam­tego okresu ży­cia mia­łam za­równo miłe, cie­płe wspo­mnie­nia, jak i te trudne i bo­le­sne. Jed­nego dnia pro­wa­dzi­łam nie­winne, ła­twe ży­cie na­sto­latki, a na­stęp­nego mu­sia­łam na­tych­miast do­ro­snąć.

Eks­pres do kawy wciąż był włą­czony, więc zro­bi­łam so­bie do­lewkę, gdy pustkę w po­ko­jach wy­peł­niło Kiss Me Si­xpence None The Ri­cher, a moje my­śli po­wę­dro­wały do czasu, który te­raz wy­da­wał się tak od­le­gły, że pra­wie jakby ni­gdy się nie wy­da­rzył.

Roz­dział trzeci

Ściem­niacz

Maj 1998 roku

Cory

- Hej, pani K., jak się pani dzi­siaj miewa? - Rzu­ci­łem ple­cak w ko­ry­ta­rzu i przy­wi­ta­łem się z mamą Sa­shy.

- O, cześć, Cory, do­brze wi­dzieć twoją przy­stojną twarz! Sa­sha jest w sa­lo­nie i ogląda Je­zioro ma­rzeń, nie wiem, czy uda ci się od­wró­cić jej uwagę. - Uśmiech­nęła się do mnie. - Je­steś głodny? Bo za­raz biorę się do ro­bie­nia ka­na­pek.

- Prze­cież mnie pani zna. Je­stem za­wsze głod­nym do­ra­sta­ją­cym chłop­cem - od­par­łem żar­to­bli­wie i po­kle­pa­łem się po brzu­chu.

Mama Sa­shy była naj­faj­niej­szą ze zna­nych mi mam. Uwiel­bia­łem wła­sną mamę, ale ona była bar­dziej tra­dy­cyjna i za­cho­wy­wała po­zory przy ich tak zwa­nych zna­jo­mych. Mój oj­ciec miał pry­watną kan­ce­la­rię prawną w Char­le­sto­nie i ro­dzice ob­ra­cali się w krę­gach praw­ni­ków. Opar­łem się o fra­mugę drzwi do kuchni i moje noz­drza wy­peł­nił za­pach do­mo­wego chleba. Ależ by­łem szczę­ścia­rzem.

- Nie mo­żemy do­pu­ścić do tego, że­byś na­dal był głodny, prawda? Idź spraw­dzić, czy uda ci się wy­rwać Sa­shę ze świata ma­rzeń, a ja za chwilę przy­niosę wam her­batę i ka­napki.

Ru­szy­łem naj­ci­szej, jak tylko umia­łem, bo chcia­łem za­sko­czyć moją dziew­czynę, która być może nie usły­szała jesz­cze, że przy­sze­dłem i na­ro­bi­łem ha­łasu. Sie­działa na ka­na­pie i była w zu­peł­nie in­nym świe­cie, za­uro­czona ży­ciem Joey, Pa­ceya, Daw­sona i reszty gangu z Je­ziora ma­rzeń. Cza­sami oglą­da­li­śmy ra­zem ten se­rial i spra­wiało mi to przy­jem­ność, głów­nie dla­tego, że po pro­stu lu­bi­łem spę­dzać czas z Sa­shą.

Jej dłu­gie włosy opa­dały na kra­wędź ka­napy. Naj­ci­szej, jak po­tra­fi­łem, przy­kuc­ną­łem za nią, od­su­ną­łem włosy i zło­ży­łem bar­dzo mo­kry po­ca­łu­nek na jej szyi.

- Nie prze­sta­waj, Cory, nie­sa­mo­wite uczu­cie - wy­mam­ro­tała.

Prze­sko­czy­łem przez ka­napę i usia­dłem obok Sa­shy.

- Wcale się nie prze­stra­szy­łaś, prawda? - Wsu­ną­łem jej rękę pod szyję i ją do sie­bie przy­tu­li­łem.

- Za­cho­wu­jesz się jak słoń w skła­dzie por­ce­lany - od­parła zło­śli­wie.

Na­dal na mnie nie pa­trzyła, tylko ga­piła się na te­le­wi­zor.

Za­czą­łem się śmiać.

- I wła­śnie dla­tego za tobą sza­leję.

To zwró­ciło jej uwagę.

- Jak tam na tre­ningu? - Lekko ob­ró­ciła głowę w moją stronę i prze­su­nęła dłoń, by po­ło­żyć ją na moim le­wym udzie.

- W po­rządku, nic nad­zwy­czaj­nego. Ju­tro wie­czo­rem gramy mecz u sie­bie. Przyj­dziesz, ko­cha­nie? - Po­chy­li­łem się, by po­ca­ło­wać ją w czoło.

- Wiesz, że jesz­cze ni­gdy nie prze­ga­pi­łam żad­nego me­czu i tego też nie prze­ga­pię. Je­stem twoją naj­więk­szą fanką.

Nie roz­ma­wia­li­śmy zbyt wiele o tym, co nas łą­czy. Zde­cy­do­wa­nie coś mię­dzy nami było i po­woli mo­gli­śmy za­cząć po­ka­zy­wać to światu. A przy­naj­mniej na­szym ko­le­gom z klasy. Od­kąd na­sze wspólne ucze­nie się prze­ro­dziło się w coś wię­cej, nie mi­nął jesz­cze na­wet ty­dzień. W szkole ca­ło­wa­li­śmy się kilka razy, trzy­ma­li­śmy się za ręce i sie­dzie­li­śmy ra­zem pod­czas lun­chu, ale nie było jesz­cze "roz­mowy".

By­cie z Sa­shą to naj­bar­dziej na­tu­ralna rzecz na świe­cie. Na­sze re­la­cje w re­kor­do­wym cza­sie prze­szły od by­cia naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi do by­cia ko­chan­kami, ale nic nie wy­da­wało się wy­mu­szone czy nie­zręczne. Li­czy­li­śmy się tylko my i na­sza re­la­cja.

- Go­towi na prze­ką­ski? - Do po­koju we­szła mama Sa­shy, która przy­nio­sła tacę z je­dze­niem.

- Dzięki, mamo. Je­steś naj­lep­sza. - Sa­sha wzięła ta­lerz i za­częła so­bie na­kła­dać różne pysz­no­ści.

- Głodna, skar­bie? Jedz, bo bę­dziesz po­trze­bo­wała dużo ener­gii. - Po­ła­sko­ta­łem ją tak, jak zro­biłby to naj­lep­szy przy­ja­ciel.

- Obie­canki ca­canki - szep­nęła tak, by mama nie usły­szała.

- Ni­gdy nie wy­co­fuję się z obiet­nicy. Po­win­naś już o tym wie­dzieć. - Cho­lera, jak ja strasz­nie jej pra­gną­łem. Ko­cha­li­śmy się dwa razy w so­botę po po­łu­dniu, a te­raz była środa. Jak się stąd wy­mkniemy?

- Je­śli nie ma­cie nic prze­ciwko, wy­sko­czę do cen­trum han­dlo­wego. Mam kilka spraw do za­ła­twie­nia i umó­wioną wi­zytę u fry­zjera. - Pani K. wstała, by przy­go­to­wać się do wyj­ścia.

Czyli jed­nak wszech­świat słu­cha cza­sami próśb dwojga na­pa­lo­nych na­sto­lat­ków.

Gdy tylko za­mknęły się za nią drzwi wej­ściowe...

- Kto pierw­szy na gó­rze - szep­nęła Sa­sha i po­bie­gła w stronę scho­dów.

- Tak, Sash, mo­żesz wy­gry­wać ten wy­ścig każ­dego dnia, bo ja zmie­rzam pro­sto do mety.

- Och. Mój. Boże, Cory. - Spoj­rzała na mnie ostro.

- Czyli mó­wisz, że nie chcesz skoń­czyć? - Gdy wbie­ga­li­śmy po scho­dach, klep­ną­łem ją w ten ide­alny ty­łek.

- Albo będę na me­cie przed tobą, albo nie je­steś zbyt do­brze wy­cho­wa­nym dżen­tel­me­nem.

- Ko­cha­nie, je­dy­nym moim pra­gnie­niem jest za­pro­wa­dzić cię do mety.

Roz­dział czwarty

Prze­klęty

Wio­sna 2018, biuro

Cory

Słońce grało w ko­ro­nach drzew. Był jesz­cze wcze­sny ra­nek. Za­wsze lu­bi­łem po­dzi­wiać po­ranny gwar mia­sta z mo­jego ga­bi­netu z wi­do­kiem na Co­lum­bus Circle i Cen­tral Park. Pły­nąca z góry ci­sza wy­raź­nie kon­tra­sto­wała z ma­sami włą­cza­ją­cych się do ru­chu lu­dzi, któ­rzy z mo­jego punktu wi­do­ko­wego na szes­na­stym pię­trze wy­da­wali się mali jak mrówki. Na­pi­łem się kawy i po­pra­wi­łem kra­wat. Wszystko - od mo­jego gra­na­to­wego gar­ni­turu po wło­skie skó­rzane oks­fordy - było szyte na miarę, na­wet ko­szula. Ni­gdy nie umia­łem zna­leźć gar­ni­turu na mój roz­miar w nor­mal­nym skle­pie, a w moim za­wo­dzie od­po­wiedni wy­gląd to wa­ru­nek ko­nieczny. Od­sta­wi­łem pu­sty ku­bek po ka­wie na biurko i wci­sną­łem in­ter­kom. Dzi­siej­szy dzień za­po­wia­dał się cie­ka­wie.

- Marlo, je­steś?

- Tak, pro­szę pana! - od­po­wie­działa na­tych­miast.

Marla była moją nową se­kre­tarką i uparła się, by mó­wić do mnie "pro­szę pana". Czu­łem się przez to jak wła­sny oj­ciec, poza tym ta­kie pod­kre­śla­nie róż­nic w hie­rar­chii wy­da­wało mi się nie­po­trzebne - wo­la­łem, gdy w biu­rze pa­no­wała swo­bod­niej­sza at­mos­fera. Pro­wa­dzi­łem na­szą ro­dzinną kan­ce­la­rię prawną, a ten od­dział na­le­żał do mnie. Wy­ko­rzy­sta­łem na­zwi­sko mo­jej ro­dziny, by stwo­rzyć lep­sze pod­stawy tu, w No­wym Jorku, gdzie kon­ku­ren­cja była nie­ubła­gana.

- Ale wiesz, że mo­żesz mó­wić mi po imie­niu? - spy­ta­łem ją po raz enty.

- Prze­pra­szam, wiem - wy­ją­kała. - Po pro­stu nie chce mi to przejść przez gar­dło.

Wcze­śniej pra­co­wała u mo­jego eme­ry­to­wa­nego już ko­legi, który bez wąt­pie­nia lu­bił za­cho­wy­wać po­zory.

- Marlo, nie chcę się czuć jak wła­sny oj­ciec i nie je­stem ja­kimś sta­rym szo­wi­ni­stą, który upar­cie sta­wia sie­bie na pie­de­stale. - Uśmiech­ną­łem się cie­pło, bo wie­dzia­łem, że jej po­przedni szef był uoso­bie­niem ty­po­wego praw­nika. - Mo­żesz przyjść do mo­jego ga­bi­netu? Chciał­bym omó­wić ter­mi­narz. - Na ten dzień mia­łem za­pla­no­wa­nych mnó­stwo spo­tkań, ale przy­naj­mniej nie było żad­nych roz­praw, które za­kłó­cały rytm dnia. A po­nie­waż była to środa, to po pracy mia­łem iść na ko­la­cję i piwo w nie­sa­mo­wi­tym nie­wiel­kim bro­wa­rze z mo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi: Co­ope­rem, Mi­cha­elem i Ja­me­sem. - Sko­czę po kawę, chcesz też? - spy­ta­łem.

***

Na­ta­sha

Gdy wje­cha­łam na szes­na­ste pię­tro Lo­gan & Lo­gan, roz­legł się dzwo­nek windy. Po­czu­łam, jak dreszcz prze­biega mi po krę­go­słu­pie, i wy­pro­sto­wa­łam się, by choć spró­bo­wać po­zbyć się tego uczu­cia. Przez wiele lat uni­ka­łam tego, jak mo­głam, a tu pro­szę, moja praca we­pchnęła mnie do ja­skini lwa. Na­szło mnie nie­po­ko­jące uczu­cie, że całe moje do­tych­cza­sowe ży­cie się roz­pad­nie.

- Je­stem Na­ta­sha Kel­ler, przy­szłam na spo­tka­nie z Co­rym Lo­ga­nem. Mo­jej klientki jesz­cze nie ma, czy mo­gła­bym tu na nią po­cze­kać? - Słowa te miały dziwny i za­ka­zany smak. Po­czu­łam, jak w ką­ciku oka zbiera mi się łza, która w każ­dej chwili może spły­nąć po po­liczku. Wzię­łam kilka głę­bo­kich od­de­chów; mu­sia­łam wziąć się w garść.

Ładna młoda bru­netka w re­cep­cji rzu­ciła mi przy­ja­zny uśmiech.

- Pro­szę usiąść, pani Kel­ler. Dam znać Cory'emu, że już pani przy­szła, ale że czeka pani jesz­cze na klientkę. - Znowu się uśmiech­nęła.

- Dzię­kuję, to bar­dzo miło z pani strony. - Ostroż­nie usia­dłam w obi­tym ko­nia­kową skórą uszaku i omio­tłam wzro­kiem piękne kla­syczne wnę­trze. Do­brze wie­dzia­łam, że Cory do­sko­nale so­bie ra­dzi. Śle­dzi­łam jego ka­rierę przez wszyst­kie te lata. Po na­ro­dzi­nach me­diów spo­łecz­no­ścio­wych wszyst­kie in­for­ma­cje na jego te­mat stały się o wiele ła­twiej do­stępne. W pew­nym mo­men­cie mo­jego ży­cia roz­wa­ża­łam skon­tak­to­wa­nie się z nim i przy­zna­nie się do wszyst­kiego. Wresz­cie, gdy bliź­niaki skoń­czyły sześć lat, ze­bra­łam się na od­wagę, ale wtedy wła­śnie do­wie­dzia­łam się, że się żeni. W ostat­nim cza­sie nie spraw­dza­łam, co u niego, i by­łam cie­kawa, czy na­dal miał żonę, czy po­ja­wiły się dzieci.

- Pa­nuj nad sobą - szep­nę­łam.

Na­gle ktoś gwał­tow­nie wy­rwał mnie z roz­my­ślań.

- Cześć, Na­ta­sho. - Po­de­szła do mnie moja klientka. - Je­ste­śmy go­towi?

- Oczy­wi­ście. Sprawdźmy, czy uda nam się dzi­siaj dojść z nimi do po­ro­zu­mie­nia. - Wsta­łam z wy­god­nego fo­tela i uśmiech­nę­łam się za­chę­ca­jąco.

Od­głos otwie­ra­nych drzwi na ko­ry­ta­rzu na lewo od re­cep­cji ozna­czał, że ktoś się zbliża. Prze­je­cha­łam dło­nią po ubra­niu, by wy­gła­dzić nie­wi­doczne za­gnie­ce­nia. Spo­strze­gaw­cza re­cep­cjo­nistka pew­nie po­wia­do­miła już Cory'ego, że je­ste­śmy go­towe.

Nie cho­dziło o to, że nie wie­dzia­łam, jaki był wy­soki, przy­stojny i cza­ru­jący. Lata, które nas dzie­liły, na­gle znik­nęły, a ja wstrzy­ma­łam od­dech.

- O raju. Czy to jest ad­wo­kat dru­giej strony? - za­py­tała moja klientka.

- Tak, to Cory Lo­gan we wła­snej oso­bie. - Ku mo­jemu zdu­mie­niu udało mi się coś po­wie­dzieć.

- W pew­nym sen­sie ro­zu­miem, dla­czego ma pra­wie stu­pro­cen­towy wskaź­nik wy­gra­nych - mó­wiła da­lej i ga­piła się na niego jak za­hip­no­ty­zo­wana.

- Ja też mam taki wskaź­nik. Nie ma po­wo­dów do zmar­twień. - Uję­łam ją pew­nie za ło­kieć i po­de­szłam do Cory'ego, który uśmie­chał się do nas pro­fe­sjo­nal­nie. Nie wie­dział, że to ja będę pro­wa­dzić sprawę, czy też po pro­stu przy­wdział ma­skę na po­kaz?

- Wi­tam pa­nie, za­pra­szam do mo­jego skrom­nego ga­bi­netu. - Wy­cią­gnął rękę i przy­wi­tał się z Alyssą, moją klientką. Pra­wie ze­mdlała pod wpły­wem jego do­tyku, a ja prze­wró­ci­łam oczami, co oczy­wi­ście za­uwa­żył.

- Na­ta­sha Kel­ler i Alyssa Jo­nes - za­po­wie­dzia­łam.

Ujął moją dłoń w swoją i utrzy­mał uścisk tylko przez se­kundę dłu­żej, niż to było wska­zane. Cie­pło od jego do­tyku ro­ze­szło się pod moją skórą od dłoni i w górę ra­mie­nia, po­zo­sta­wia­jąc za sobą dziwne uczu­cie otu­chy i mro­wie­nie ocze­ki­wa­nia. Spoj­rza­łam w bok, by unik­nąć bez­po­śred­niego kon­taktu wzro­ko­wego, ale ciało mnie zdra­dziło. Moja głowa sama się od­wró­ciła, tak jakby miała wła­sną wolę. Spoj­rza­łam w osza­ła­mia­jące sza­ro­nie­bie­skie oczy Cory'ego. Wspo­mnie­nia za­lały mój umysł i sta­łam jak za­hip­no­ty­zo­wana. Nie po­tra­fi­łam od­wró­cić wzroku.

- Wi­taj, Na­ta­sho. - Jego głę­boki cie­pły głos otu­lił mnie i wy­łą­czył wszyst­kie inne dźwięki w biu­rze.

- Wi­taj, Cory, kopę lat. - W po­wie­trzu mię­dzy nami kłę­biło się mnó­stwo nie­wy­po­wie­dzia­nych słów. De­li­kat­nie za­bra­łam dłoń z jego wiel­kiej dłoni. Czy on był pod ta­kim sa­mym wra­że­niem jak ja?

- Za­czy­najmy. Mój klient czeka już w sali kon­fe­ren­cyj­nej na końcu ko­ry­ta­rza... ostat­nie drzwi po le­wej. - Pu­ścił nas przo­dem.

Ni­gdy nie mo­gła­bym od­po­wied­nio się przy­go­to­wać na po­nowne spo­tka­nie z nim po tylu la­tach. Z atrak­cyj­nego na­sto­latka, któ­rego ko­cha­łam, wy­rósł na ele­ganc­kiego męż­czy­znę, ale nie ma się co dzi­wić, był prze­cież naj­przy­stoj­niej­szym chło­pa­kiem w na­szym li­ceum. Te­raz jest doj­rzały, ma ku­rze łapki w ką­ci­kach oczu i przy­pró­szone si­wi­zną włosy. Biją od niego pew­ność sie­bie i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Stare uczu­cia od­żyły i mój umysł gro­ził roz­wa­le­niem opa­no­wa­nia, o które tak bar­dzo się sta­ra­łam. Wi­dzia­łam w nim star­szego Jake'a; chło­pięcy urok ustę­pu­jący miej­sca mą­dro­ści i fi­ne­zji, co było jesz­cze bar­dziej po­cią­ga­jące niż w okre­sie, gdy mój naj­lep­szy przy­ja­ciel stał się moim chło­pa­kiem.

Czu­łam, jak wszyst­kie te lata roz­pa­dają mi się w rę­kach. A może sza­lona che­mia mię­dzy nami po pro­stu pła­tała mi fi­gle?

***

- Musi pani zro­zu­mieć, że mój klient nie może za­pła­cić pani klientce wię­cej, niż już za­ofe­ro­wał. - Cory za­bęb­nił pal­cami w stół.

Spo­tka­nie od­było się w peł­nym skła­dzie. Gdy­bym nie znała chło­paka ukry­wa­ją­cego swoje praw­dziwe "ja" za nie­ustę­pli­wym wy­ra­zem twa­rzy, czu­ła­bym się dość onie­śmie­lona. Je­stem pewna, że nie­raz wy­ko­rzy­stał swój wzrost, świetny wy­gląd i in­te­li­gen­cję do rzu­ce­nia na ko­lana ko­goś mniej pro­fe­sjo­nal­nego. Sie­dzie­li­śmy przy owal­nym stole kon­fe­ren­cyj­nym. Alyssa i ja do­sta­ły­śmy miej­sca z wi­do­kiem na Cen­tral Park. Krze­sła roz­sta­wiono nie­przy­pad­kowo. Usia­dłam na­prze­ciwko Cory'ego z Alyssą po mo­jej le­wej stro­nie, a klient Cory'ego, na­bywca, sie­dział na­prze­ciwko niej obok Cory'ego.

- Nie­za­leż­nie od tego, jak do­brze pro­spe­ruje biz­nes pani klientki, mój klient bę­dzie mu­siał za­in­we­sto­wać dużą sumę, aby wpro­wa­dzić sieć pie­karni na wyż­szy po­ziom.

Alyssa sprze­da­wała swoją małą sieć pie­karni na Man­hat­ta­nie, aby umoż­li­wić im szyb­szy roz­wój w przy­szło­ści. Miała po­zo­stać na sta­no­wi­sku kre­atyw­nej de­we­lo­perki biz­ne­so­wej i zaj­mo­wać się skle­pami, ale by­łaby już tylko pra­cow­nicą, a nie wła­ści­cielką.

Ten za­do­wo­lony z sie­bie drań od­wa­żył się od­chy­lić w fo­telu i przy­jąć po­zy­cję pod ty­tu­łem "je­stem górą". Po tym ru­chu na­pięła się ko­szula na jego umię­śnio­nym tor­sie i zdą­ży­łam do­strzec skra­wek skóry, za­nim zmie­nił po­zy­cję. Siłą rze­czy za­uwa­ży­łam, jak po­pra­wił spodnie pod pa­skiem. Czy on wie­dział, jak na mnie działa? Z pew­no­ścią nie umknęło mu, jak się na niego ga­pię... Mu­sia­łam wró­cić do trybu praw­niczki, ina­czej kon­cer­towo spie­przy­ła­bym sprawę. To była jedna z mo­ich prost­szych spraw i nie mo­głam wszyst­kiego ze­psuć tylko dla­tego, że na­gle spo­tka­łam swoją na­sto­let­nią mi­łość.

- Znam kwotę, którą pa­no­wie za­pro­po­no­wali, jed­nak nie do końca je­stem prze­ko­nana, czy ta sieć nie jest warta wię­cej. - Głos klientki prze­rwał moje roz­my­śla­nia.

Cory nie­znacz­nie się uśmiech­nął.

Otwo­rzy­łam czarny skó­rzany se­gre­ga­tor i wy­ję­łam ko­pie ana­liz biz­ne­so­wych, które zgro­ma­dzi­łam, by prze­pro­wa­dzić rze­telne po­rów­na­nie.

- W tym roku sprze­dano lub, je­śli pa­no­wie wolą: ku­piono, kilka po­dob­nych firm, ale za kwotę więk­szą o od pięt­na­stu do dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cent od tej, którą pa­no­wie pro­po­nują. - Wy­su­nę­łam kontr­ar­gu­ment i vo­ila, wró­ci­łam do gry. Po­da­łam im ko­pie przez stół.

- Bar­dzo pro­szę. Znajdą tu pa­no­wie dane pię­ciu po­dob­nych trans­ak­cji na Man­hat­ta­nie. Wszyst­kie firmy zo­stały sprze­dane w tym roku... po znacz­nie wyż­szej ce­nie i na­dal do­brze pro­spe­rują.

Cory po­chy­lił się nad pa­pie­rami i przez dłuż­szą chwilę ana­li­zo­wał dane, po czym pod­niósł głowę.

- Co chyba oczy­wi­ste, ja i mój klient mu­simy się temu przyj­rzeć. Nie mo­żemy i nie mamy za­miaru po­dej­mo­wać de­cy­zji wy­łącz­nie na pod­sta­wie pani da­nych. - Za­mknął swój se­gre­ga­tor, tak jakby chciał za­koń­czyć spo­tka­nie. - Może usta­limy go­dzinę no­wego spo­tka­nia w przy­szłym ty­go­dniu? Bę­dziemy mieli czas na omó­wie­nie i po­rów­na­nie na­szych ana­liz.

Nie mo­gła­bym się na to nie zgo­dzić. Na ich miej­scu rów­nież po­pro­si­ła­bym o wię­cej czasu, aby do­kład­niej przyj­rzeć się da­nym i pry­wat­nie do­ra­dzić klien­towi naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

Czas pra­wie się skoń­czył. Spo­tka­łam mo­jego chło­paka z li­ceum, mo­jego nie­gdyś naj­lep­szego przy­ja­ciela, ojca mo­ich pięk­nych dzieci, i udało mi się nie za­ła­mać. Na­wet w ta­kich oko­licz­no­ściach, gdy zna­leź­li­śmy się po obu stro­nach ba­ry­kady, był taki, ja­kim go za­pa­mię­ta­łam i o ja­kim ma­rzy­łam przez tyle lat.

- Je­śli mo­żemy się spo­tkać tu­taj, to pro­po­nuję przy­szłą środę o tej sa­mej po­rze. Mam stąd bli­sko do swo­jego biura - rzekł klient Cory'ego.

***

Cory

Po za­koń­cze­niu spo­tka­nia nasi klienci roz­ma­wiali o pie­kar­niach, stra­te­gii na przy­szłość i obie­cu­ją­cych per­spek­ty­wach. By­łem prze­ko­nany, że znaj­dziemy roz­wią­za­nie ide­alne dla obu stron. Wy­da­wali się pod­eks­cy­to­wani per­spek­tywą współ­pracy; na­po­tka­li­śmy po pro­stu nie­wielką prze­szkodę na dro­dze do suk­cesu.

Na­ta­sha ukła­dała swoje rze­czy w czar­nej, wy­glą­da­ją­cej na drogą teczce. Jej strój - od nie­ska­zi­tel­nego czar­nego spodnium po cie­li­ste czó­łenka - świad­czył o tym, że od­nosi suk­cesy i ma pie­nią­dze. Za­my­ślony, uśmiech­ną­łem się do sie­bie i prze­je­cha­łem kciu­kiem po dol­nej war­dze. Nie wie­dzia­łem, jak się po­czuję, gdy po­now­nie zo­ba­czę ją po tylu la­tach. Nie cho­dzi o to, że nie my­śla­łem, by ją zna­leźć i do niej do­trzeć, ale przez po­nad de­kadę by­łem żo­naty, oże­ni­łem się z moją dziew­czyną ze stu­diów. W ze­szłym roku roz­sta­li­śmy się na spo­koj­nie. Po pro­stu się od sie­bie od­da­li­li­śmy, a po­nie­waż nie mie­li­śmy dzieci, nic nas nie łą­czyło. By­li­śmy wolni i mo­gli­śmy za­cząć ży­cie od nowa.

Mu­sia­łem się tro­chę przy­zwy­czaić do ta­kiej sy­tu­acji i po­now­nie od­na­leźć swoją toż­sa­mość. Szcze­rze mó­wiąc, czu­łem się sa­motny, nie prze­pa­da­łem za oka­zjo­nal­nymi pod­ry­wami czy przy­go­dami na jedną noc. Szu­ka­nie ko­biet na chwilę, by po­dra­pać swę­dzące miej­sce, ro­biło się nudne, a od czasu mo­jej ostat­niej randki mi­nęło już kilka mie­sięcy.

Sa­sha wciąż miała nie­sa­mo­wite ciało, była wy­soka, miała wą­ską ta­lię i smu­kłe nogi aż do sa­mej ziemi. Prze­wyż­szała więk­szość ko­biet i bez pro­blemu mo­głaby zro­bić ka­rierę w mo­de­lingu, ale miała też świet­nie dzia­ła­jący mózg i nie zwra­cała uwagi na swój wy­gląd. Ścięła włosy na krót­kiego blond boba. Znik­nęły ja­sno­brą­zowe ko­smyki, za które tak czę­sto cią­gną­łem.

Chyba za długo się na nią ga­pi­łem.

- Coś się stało? - za­py­tała, a ja usły­sza­łem w jej gło­sie zde­ner­wo­wa­nie.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu na­prawdę do­brze cię wi­dzieć - od­par­łem szcze­rze. Przez rok po jej odej­ściu by­łem cie­niem sa­mego sie­bie. Wina le­żała po mo­jej stro­nie, ale Sa­sha nie dała mi moż­li­wo­ści wy­ja­śnie­nia ca­łej tej sy­tu­acji. Poza tym z pew­no­ścią nie za­słu­ży­łem na drugą szansę.

- Wza­jem­nie - od­parła i się do mnie uśmiech­nęła.

Cho­lera, prze­pa­dłem.

Nasi klienci ru­szyli ko­ry­ta­rzem w stronę re­cep­cji. A my ce­lowo wszystko opóź­nia­li­śmy.

- Mia­ła­byś może ochotę wy­sko­czyć kie­dyś na kawę? - Mu­sia­łem ją o to spy­tać. Kie­dyś była mi­ło­ścią mo­jego ży­cia i nie mo­głem te­raz po­zwo­lić, by po­now­nie wy­mknęła mi się z rąk.

- Nie wiem, Cory, je­stem bar­dzo za­jęta od­naj­dy­wa­niem się w no­wym miej­scu pracy i za­miesz­ka­nia. Wła­śnie się tu prze­pro­wa­dzi­łam. - Wes­tchnęła.

- Cho­dzi mi oczy­wi­ście o czy­sto pla­to­niczne spo­tka­nie. Po pro­stu cie­szę się, że znów cię wi­dzę, no i mamy wiele do nad­ro­bie­nia. - Mu­sia­łem to z sie­bie wy­rzu­cić.

- Masz te­raz mój nu­mer i e-mail; skon­tak­tuj się ze mną i może ja­koś się umó­wimy. - Uśmiech­nęła się nie­śmiało.

Roz­legł się dzwo­nek windy, wie­dzia­łem, że koń­czy nam się czas. Przy­trzy­ma­łem drzwi Sa­shy i jej klientce.

- Moje pa­nie, to były bar­dzo owocne roz­mowy i mam na­dzieję, że w przy­szłym ty­go­dniu doj­dziemy do po­ro­zu­mie­nia.

Roz­dział piąty

Chcę być twoja

Lato 1998 roku

Na­ta­sha

Cory usa­do­wił swoje wiel­kie ciało obok mnie w sto­łówce i ukradł frytkę z mo­jej tacki.

- No cóż, ja też się cie­szę, że cię wi­dzę, pro­szę, czę­stuj się.

- Umie­ram z głodu - za­czął na­rze­kać. - Tre­ner dał nam dziś ostry wy­cisk na po­ran­nym tre­ningu. Wszystko mnie boli - ma­ru­dził.

- Och, bie­dac­two - za­gru­cha­łam i po­kle­pa­łam go po gło­wie. - Wy­daje mi się, że roz­pacz­li­wie po­trze­bu­jesz czu­ło­ści - szep­nę­łam.

Nasz sto­lik po­woli za­peł­niał się jego ko­le­gami z dru­żyny i ich po­pu­lar­nymi dziew­czy­nami, a także kil­koma mo­imi przy­ja­ciół­kami, które ja­dały ze mną lunch.

- Jak­byś zga­dła. I wiesz, co jesz­cze? Dziś i przez resztę week­endu będę sam w domu. Moi ro­dzice wy­je­chali z mia­sta.

- Ale zbieg oko­licz­no­ści, moja mama też wy­je­chała z mia­sta. - Za­chi­cho­ta­łam, bo Cory za­czął mnie ła­sko­tać.

Po­chy­lił się nade mną i szep­nął:

- Cho­lera, ko­cha­nie, zro­bi­łem się twardy na myśl o tym, na ile spo­so­bów będę cię miał w ten week­end.

Od kilku ty­go­dni wie­dzie­li­śmy, że obie na­sze ro­dziny wy­jeż­dżają, i za­pla­no­wa­li­śmy, że zo­stanę u niego w domu. Spa­ko­wana torba cze­kała już w moim sa­mo­cho­dzie. Zła­pa­łam go za rękę i po­ło­ży­łam ją na moim udzie. W tym miej­scu spód­niczka mi się pod­cią­gnęła. Jego palce wsu­nęły się pod rą­bek i zna­la­zły się nie­bez­piecz­nie bli­sko go­rą­cego środka. Aby unik­nąć po­dej­rza­nych spoj­rzeń ze strony ko­le­gów, po­chy­li­łam się i opar­łam łok­cie na stole, lekko roz­sze­rza­jąc nogi. Cory przy­su­nął się do mnie tak bli­sko, jak tylko mógł, i za­czął mu­skać pal­cami brzeg mo­ich maj­tek. Osło­nił mnie swoim du­żym cia­łem i oparł je­den ło­kieć na stole.

- A może zro­bimy dzi­siaj ogni­sko? Wszy­scy je­dzie­cie na Folly Be­ach? - za­częła wy­py­ty­wać Trina, che­er­le­aderka. Był to ostatni ty­dzień przed wa­ka­cjami i grupka na­sto­lat­ków wy­bie­rała się na plażę.

Nie umia­łam sku­pić się na roz­mo­wie. Od­dech uwiązł mi w gar­dle, gdy cze­ka­łam w na­pię­ciu, czy Cory od­waży się po­su­nąć się da­lej.

- Prze­stań - szep­nę­łam. Sta­ra­łam się brzmieć groź­nie i się od­su­nąć, ale po­nio­słam sro­motną klę­skę. Moje ciało mnie zdra­dziło i ni­g­dzie się nie wy­bie­rało.

Cory miał taką wprawę, pra­gnę­łam go dwa­dzie­ścia cztery na sie­dem.

- O co cho­dzi? - spy­tała Trina.

- Och, o nic, po pro­stu nie wiem jesz­cze, ja­kie mamy plany.

- Mo­żemy je­chać na plażę, to za­leży od cie­bie, ko­cha­nie - wtrą­cił Cory, nie prze­ry­wa­jąc piesz­czot pod sto­łem. Na ra­zie tylko do­ty­kał we­wnętrz­nych stron mo­ich ud, a ja już by­łam na niego go­towa.

Mój Boże! W co ja się zmie­ni­łam?

O nie, nie wy­bie­ramy się na żadną plażę. Dziś wie­czo­rem chcia­łam go mieć tylko dla sie­bie.

Od na­szego pierw­szego razu nie­mal trzy ty­go­dnie wcze­śniej spę­dza­li­śmy ze sobą tyle czasu, ile tylko umoż­li­wiały nam na­sze na­pięte har­mo­no­gramy. Nie było to ta­kie trudne, po­nie­waż nasi ro­dzice przy­zwy­cza­ili się już do tego, że ra­zem się uczymy. Na­dal po­zwa­lali nam uczyć się za za­mknię­tymi drzwiami, mimo że po­in­for­mo­wa­li­śmy ich o zmia­nie w cha­rak­te­rze na­szych re­la­cji. Prawdę mó­wiąc, cza­sami na­prawdę się uczy­li­śmy; nie za­mie­rza­łam za­wa­lić eg­za­mi­nów z po­wodu chło­paka.

Nogi mi się trzę­sły. Zro­zu­mia­łam, że je­śli za­raz nie prze­rwę jego gie­rek, cała ta sy­tu­acja za­koń­czy się bar­dzo że­nu­jąco. Ze­rwa­łam się z miej­sca. Cory pra­wie spadł na pod­łogę, a cały sto­lik wy­buch­nął śmie­chem.

- Za­pra­szam na słówko, te­raz! - Po­cią­gnę­łam go za rękę.

Ktoś gwizd­nął.

- Trzęsę się ze stra­chu, ta jego baba jest prze­ra­ża­jąca - rzu­cił ktoś ze zgro­ma­dzo­nych.

Ale Cory do­sko­nale wie­dział, o co mi cho­dzi. Nie by­łam na niego zła, po pro­stu roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łam or­ga­zmu. Chwy­cił na­sze torby i po­wie­dział ra­do­śnie:

- Na ra­zie!

Cho­lera, czy on pu­ścił do nich oko?

- Masz za­miar skoń­czyć to, co za­czą­łeś? - wy­pa­ro­wa­łam.

- Pew­nie, że tak, prze­cież za­wsze dążę do tego, by cię za­do­wo­lić. Przez cały czas. - Wy­cią­gnął mnie ze sto­łówki na opu­sto­szały ko­ry­tarz, a po­tem do ja­kie­goś schowka. Gdy tylko za­mknął drzwi, jego usta za­ata­ko­wały moje wargi, a na­sze ję­zyki roz­po­częły za­bawę i li­za­nie.