Rozdział 1
Izzy
- To nie ja, to ty.
Gość, z którym byłam już od roku, poklepał mnie po ramieniu swoją miękką, spoconą dłonią.
Chciałam powiedzieć temu baranowi, że nie zrywa się z kimś takim tekstem, ta formułka brzmi inaczej. W szoku byłam w stanie patrzeć tylko na ekran telefonu.
Przebraliśmy się za Harley Quinn i Jokera na imprezę halloweenową w mojej pracy. Byłam podekscytowana, miałam na sobie naprawdę dobry strój, ale kiedy wysiadaliśmy z auta, on dostał jakąś wiadomość. Niewiele myśląc, podniosłam smartfon z fotela, ale kiedy ekran błysnął i pojawiła się na nim para sztucznych piersi, musiałam otworzyć wiadomość. Kto by tak nie zrobił?
Za chwilę przyszły kolejne.
Gerald Johnson III był spełnieniem moich marzeń. W pewnym sensie. Słoik, w którym zamykałam swoje emocje, współgrał z jego upodobaniem do stabilności. Był przeciętniakiem z miękkimi policzkami i blond włosami, cichym usposobieniem, przyjaznym wobec każdego, kogo spotkał. Myślałam, że we wszystkim, oprócz swojej pracy, był idealny. Musiał podróżować służbowo po całym świecie, bo jego ojciec miał wielką firmę inwestycyjną - a przynajmniej tak mi wmawiał.
Ufałam mu. Byłam na tych wyjazdach. Gerald rzeczywiście na nich pracował.
Tak mi się wydawało.
Jego ostatnia podróż trwała aż dwa miesiące, a przez dwa tygodnie po powrocie do domu nie chciał zupełnie nic ze mną robić. Zaczęłam się zastanawiać, czy jestem wystarczająco dobra, czy może coś jest ze mną nie tak. Czy go odepchnęłam?
Teraz wiedziałam, że byłoby to całkowicie uzasadnione, biorąc pod uwagę wiadomości. To nie przeze mnie. To on zawinił.
Uniosłam telefon, żeby zobaczył zdjęcia. I właśnie wtedy powiedział:
- To nie ja, to ty.
Moja wina? Jego zdrady miały być moją winą?
- Ja? - zapiszczałam. Pokrywka słoika, w którym trzymałam swoją ciemną stronę, nieco się uchyliła. - Niech zgadnę, ja doprowadziłam cię do tego, że wysłałeś tej całej Lucy zdjęcie swojego kutasa na półmisku? Na półmisku, Gerald! Serio?
Pokręcił głową. Jego blond włosy zafalowały, po czym zmarszczył brwi i spojrzał na mnie wzrokiem szczeniaczka. Kiedyś myślałam, że to urocze.
- Skarbie, nie chciałem, żebyś dowiedziała się w ten sposób, ale, szczerze, sądzisz, że miałem ochotę wracać do tego? - odparł, wskazując na mnie.
Spojrzałam na siebie, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Mówiłem ci, że powinnaś przyłożyć się bardziej do ćwiczeń i zrzucić trochę wagi. Ale ty w ogóle się nie starałaś.
Serce na chwilę mi stanęło, a ciśnienie skoczyło. Rozstania zawsze były mieszanką gniewu i smutku, ale tym razem trzymałam się wściekłości. Zebrałam się w sobie, żeby mu odpowiedzieć, ale on kontynuował, zamiast pozwolić mi mówić.
- Nie zrozum mnie źle, podobasz mi się, naprawdę. Ale, wiesz, muszę się trzymać pewnych standardów, potrzebuję dziewczyny, która będzie do nich pasować. Lucy to się udaje. A ty nawet ze mną nie pijesz na naszych wydarzeniach charytatywnych. Firma ojca naprawdę wymaga, żebym miał u boku kogoś, kto błyszczy w towarzystwie. Chyba musimy od siebie trochę odpocząć, żebyś mogła nad sobą popracować.
- Trochę od siebie odpocząć? - Brzmiałam jak zdarta płyta.
Naprawdę sądził, że po tym wszystkim moglibyśmy do siebie wrócić? Umawiałam się z aż takim idiotą? Wracał do domu, ale myślami był gdzie indziej. Nie mogłam nawet przyciągnąć jego uwagi na tyle długo, żeby seks był w porządku - nie żeby Gerald był kiedykolwiek nie wiadomo jak dobry w łóżku. Sypianie z nim przypominało drapanie się nie tam, gdzie swędzi. Żyłam jednak w celibacie przez dwa miesiące i miałam już dość.
A teraz to on mi mówił, że nie daję mu tego, czego potrzebuje.
- Słuchaj, nie chcę, żeby tak to się skończyło. Może nad tym popracujemy? - Zmarszczył brwi, znowu próbując posłać mi rozczulające spojrzenie.
- Och, naprawdę? Może powinniśmy napisać do Lucy, że między wami skończ...
- Nie! - krzyknął, zabierając mi telefon. - To znaczy... czemu nie spróbujemy od siebie odpocząć? Zrywam z tobą tylko na razie. Jak mówiłem, dobrze się z tobą bawię, Izzy. Po prostu... rozmawiałem z ojcem i z paroma przyjaciółmi. Myślimy, że może powinnaś zrzucić parę kilogramów, zanim weźmiemy ślub i przeniesiemy się do lepszego miejsca, gdzie nie będziesz musiała aż tak ciężko pracować i będziesz mogła bardziej się na mnie oprzeć. Przerwa dobrze nam zrobi, poumawiamy się z innymi, a potem do siebie wrócimy...
- Gerald, nie chcę za ciebie wychodzić - wyrwało mi się. Aż się wzdrygnęłam na tę myśl. - Nie chcę też nad niczym pracować - dodałam, podkreślając każde słowo, żeby było jasne, że z nami koniec.
- Słuchaj, wiem, że jesteś zła. Pamiętaj jednak, o czym mówiła twoja terapeutka.
Wytrzeszczyłam oczy. Naprawdę chciał iść tą drogą? Moja terapeutka na pewno by zrozumiała, gdybym od razu rozdrapała mu twarz. Słoik otworzył się jeszcze bardziej.
- Sama widzisz. Wściekasz się. Masz temperament i tendencję to przesadzania, kiedy ktoś cię zrani, więc i ja muszę to znosić. To dużo. Jak myślisz, jak się czuję w związku z kimś uzależnionym, Izzy?
Czyli jednak przekroczył granicę. Gerald zarzekał się, że moje uzależnienie nie ma dla niego znaczenia. Obiecywał, że nie użyje go przeciwko mnie, a jednak, skurwysyn, po to sięgnął.
- Ale, Gerald, mówiłeś...
- Wiem, co mówiłem. Naprawdę tak myślałem. Po prostu trudno dobrze się bawić, skoro nie możesz zbyt dużo wypić albo spróbować czegoś nowego, bo boisz się swojej "skłonności do uzależnień". - Pokazał palcami cudzysłów, jakby nie uważał tego za prawdziwe. - Lucy jest jak powiew świeżego powietrza. Gdybyś ją poznała, zrozumiałabyś. Może brunch we troje trochę rozluźniłby atmosferę.
Nie.
Zawsze wiedziałam, że Gerald nie jest dla mnie. Powinnam czuć motyle w brzuchu, kiedy się całowaliśmy, prawda? Powinnam chcieć, żeby jak najszybciej wracał do domu z wyjazdów służbowych, a nie mieć nadzieję, że zostanie dzień dłużej.
Powinnam, ale nigdy tak się nie działo.
Z nim wszystko było przeciętne, choć próbowałam. Kilka razy powstrzymałam się od zerwania, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że pewnych rzeczy nie da się sprowadzić tylko do emocjonalnych wzlotów i upadków. Skoro nie tęskniłam za nim, kiedy wyjeżdżał, to co z tego? Byłam przecież dorosła i dojrzale radziłam sobie z nasza rozłąką.
Teraz jednak wszystko nabierało sensu.
- Powiem więcej, żeby ci to ułatwić. Z nami koniec.
- Skarbie, weź głęboki wdech. - Dąsał się jak dziecko.
- Gerald, nie dzwoń do mnie ani nie pisz. To koniec.
Otworzyłam drzwi samochodu, ale złapał mnie za ramię.
- Izzy, kocham cię.
Prawie mu uwierzyłam. Pocił się i strzelał palcami.
- Proszę, skarbie, naprawdę cię kocham - powtórzył.
Pochylił się, żeby mnie pocałować. Chyba byłam zbyt zaskoczona, by zareagować, nieprzygotowana na to, że wysmaga mnie słowami. Potem jednak jego ręka powędrowała w górę mojej koszuli, jakby chciał mnie obmacać. Odsunęłam się gwałtownie i go odepchnęłam.
- Żartujesz sobie?
- Zawsze nam się układało. Weźmy kilka głębokich wdechów i pójdźmy na brunch z Lucy, kochanie. Będzie dobrze. Potrzebujemy cię.
- My?
- Ja - poprawił się. - Ja cię potrzebuję. Kocham cię.
Próbował patrzeć na mnie stanowczo i namiętnie, ale wyglądał sennie i głupio.
- Twoje przekonanie, że między nami było w porządku, tylko dowodzi, że nie pasowaliśmy do siebie.
Mogłam powiedzieć więcej, ale się powstrzymałam. Teraz byłam lepsza w kontrolowaniu temperamentu. Moja terapeutka miała rację w tej kwestii.
- Krzyżyk na drogę, Geraldzie Johnsonie Trzeci. - Przewróciłam oczami, wyrwałam rękę z jego uścisku i wysiadłam z samochodu.
Oczywiście ten facet nie mógł pozwolić, żeby to zerwanie było łatwe. Musiał opuścić szybę i zrobić pośmiewisko z nas obojga.
- Krzyżyk na drogę? Dałem ci wszystko, a tak niewiele wymagałem w zamian. Na pewno nie chciałem dziwki, która idzie na przebieraną imprezę ze swoją wielką dupą na wierzchu. Do twojej wiadomości: ten widok powinien być zarezerwowany tylko dla mnie.
Pewnie.
To chyba dobry moment, by wspomnieć, że z dwóch sióstr bliźniaczek ja nie byłam tą dobrą. Ten tytuł należał do Delilah. Dostawała dobre stopnie, nigdy się nie buntowała, nigdy nie sprawiała wielu kłopotów. Łagodziła napięcia, zamiast je powodować.
Ja z kolei ledwo skończyłam liceum i trafiłam do poprawczaka, gdy byłam tak naćpana, że próbowałam kraść w sklepie. Nawet tego nie pamiętam. Naprawdę nisko wtedy upadłam. Miałam swoje powody, które trzymałam zamknięte w pudełku pod łóżkiem. Taka jednak byłam, mimo że bliscy przez całe życie wręcz zalewali mnie miłością. Uzależnienie może zmienić każdego. Nie musiałam pochodzić ze skonfliktowanej rodziny ani mieć trudnej przeszłości, żeby znaleźć się w szponach narkotyków. Fentanyl działał szybko i mocno. Wystarczył jeden eksperyment z przyjaciółką i wpadłam. Kilka pechowych zdarzeń później wszystko się posypało.
Z poprawczaka wyszłam jednak czysta. Poszłam na odwyk, próbowałam nie oglądać się za siebie. Mimo to wciąż byłam tą złą bliźniaczką. Starałam się zostać prymuską jak Delilah, ale - nie oszukujmy się - byłam jak pierdolona kula ognia zdolna rozpętać piekło, a nie jak moja siostra anielica.
To dlatego ubrałam się jak Harley Quinn. Nadruk "Daddy's Little Monster" ciągnął się przez całą szerokość mojej koszulki, a czerwona szminka kontrastowała z bladą skórą. W przebraniu chodziło mi z początku o zabawę, ale teraz okazało się całkiem na miejscu. Zastanawiałam się, czemu jeszcze się powstrzymuję. Dlaczego kobieta musi zawsze hamować emocje, żeby nikogo nie urazić? Przestrzeń, w której mogłybyśmy poczuć, że źle nas potraktowano, po prostu nam się należała. Nie! Zasługiwałyśmy na nią.
Tamtej nocy moje przebranie było jak najbardziej odpowiednie.
Podeszłam z powrotem do auta Geralda i sięgnęłam do torebki. Zazwyczaj nie noszę ze sobą farby w spreju, ale zobaczyłam ją na przecenie, gdy dobierałam ostatnie elementy naszych kostiumów, i nie mogłam się powstrzymać. Farba była krwistoczerwona. Idealny odcień, żeby zwrócić czyjąś uwagę na obraz albo odważnie odrestaurować mebel. Uwielbiałam robić obie te rzeczy. Uspokajały mnie jak nic innego. Może ta farba przydałaby mi się do stworzenia mojego następnego dzieła, ale teraz miała posłużyć do czegoś innego.
Zwolniłam kroku i zdjęłam zatyczkę z puszki. Gdyby Gerald nie był tak ograniczony, może zrozumiałby, co się święci, kiedy zaczęłam wstrząsać puszką, i w porę by odjechał.
- Izzy, co ty ro...
Czerwona farba przecięła przednią szybę samochodu i prysnęła na twarz Geralda.
- Seks i tak był słaby - powiedziałam suchym tonem.
Krzyknął i uderzył włącznik, żeby zamknąć okno tak szybko, jak to możliwe.
Zaczęłam pisać "dupek" na eleganckich czarnych drzwiach, ale Gerald ruszył, gdy w końcu zrozumiał swój błąd. Nie było nim jednak zerwanie przed imprezą halloweenową w biurze, ale umawianie się ze mną.
Westchnęłam głęboko. Powietrze wydawało się świeże, czyste, nie tak ciężkie jak dotychczas. Spojrzałam na chmury. Chwila wolności, upust frustracji i gniewu - to było cudowne. Jakbym dotąd była zamknięta w ciasnej przestrzeni i wreszcie mogła się przeciągnąć. Uśmiechnęłam się w stronę nieba. Jakaś wyższa siła powinna wiedzieć, że Gerald III nie został stworzony dla Izzy Pierwszej Tego Imienia. Byłam chyba zbyt pokręcona, żeby spotykać się z kimś tak ułożonym.
Mojej rodzinie nie spodoba się nasze rozstanie.
Mama uśmiechnęła się, kiedy go poznała, jakby miał rozwiązać wszystkie jej problemy związane ze mną.
- On ukoi twoją duszę, Izzy - powiedziała.
Tak bardzo się myliła.
- Chyba już nie jesteś w związku. - Głęboki głos zadudnił w mroku bocznej uliczki.
Podskoczyłam na ten dźwięk i się odwróciłam. Znałam ten głos, rozpoznałabym go wszędzie. Nienawidziłam go każdą komórką swojego ciała, mimo że nie słyszałam go od roku.
- Jezu, Cade, co jest, do cholery? Stałeś tu przez cały czas?
Wynurzył się z cienia, jakby został stworzony, żeby w nim przebywać. Pewnie byłam jedyną osoba, której coś takiego mogło przyjść na myśl. Cały mój zespół w pracy zgadzał się, że mamy szczęście, pracując pod kierownictwem Cade'a, bo przyjął ofertę od Stonewood Enterprises, dzięki której dostaliśmy urlop i podwyżkę. Nic nie mówiłam, ale wiedziałam, że mydlą nam oczy. Stonewood Enterprises razem z Cade'em i całą rodzina Armanellich pracowali dla rządu. Razem rządzili krajem, a my byliśmy tylko pionkami w grze, w której to oni ustalali zasady. Cade chciał mnie od tego odsunąć, więc to zrobił - na swój niedorzeczny sposób.
Mimo to przez ostatni rok wielokrotnie próbowałam złamać zabezpieczenia systemu. Za każdym razem trafiałam jednak na przeszkodę. A Cade był na tyle bezczelny, że zhakował mi komputer i powiedział, żebym odpuściła. Zabijałam w ten sposób czas, ale powoli się od tego uwalniałam. Myślałam, że życie z moim chłopakiem jest wystarczająco dobre, a praca w Stonewood Enterprises, mimo że nudna, pozwalała spokojnie opłacić rachunki.
- Na tyle długo, żeby zobaczyć, jak malujesz mu twarz i niszczysz auto - wyjaśnił Cade.
- Zasłużył na to.
- Na pewno, Harley Quinn? - Przechylił głowę i przyjrzał się mojemu przebraniu. - Chcesz zadzwonić po policję i poddać się z własnej woli czy zaczekasz, aż on ich zawiadomi?
Czemu mnie o to pytał? Każdy, kto to widział, wolałby pozostać w ukryciu, żeby nie mieszać się w tę niezręczną sytuację. Cade w niej jednak rozkwitał. Uśmiechał się do mnie, jakby był w swoim żywiole.
- Dobrze się bawisz? - Wyrzuciłam ręce w górę. - Czemu w ogóle tu jesteś?
- A dlaczego miałoby mnie tu nie być?
Absurdalne pytanie. Cade kierował zespołami do spraw cyberbezpieczeństwa w rządzie, Pentagonie i Stonewood Enterprises. Latał po całym świecie, pracował przy tajnych projektach, ale ani razu nie pojawił się w biurze mojego zespołu zajmującego się bezpieczeństwem danych. Teoretycznie miał tam największy pokój, ale nigdy nie widziano go na naszym piętrze.
- Nie byłeś w swoim biurze w Stonewood Enterprises, odkąd zaczęłam tam pracę.
Cade potarł popołudniowy zarost.
- Jasne, a kiedy to było?
Nadal miałam farbę w puszce.
- Twoją facjatę też powinnam pomalować.
Zaśmiał mi się prosto w twarz.
Ręce mnie świerzbiły. Gotowało się we mnie nawet bardziej niż w przypadku Geralda.
- Śmiejesz się z moich przenosin czy z tego, że chcę zobaczyć farbę na twojej twarzy? Uprzedzam, że żadna z tych rzeczy nie jest zabawna.
- Po co ci w ogóle ta farba?
- Maluję w domu, kiedy... nie twój interes.
Cade mruknął.
- Nie zależało ci tak bardzo na prywatności, gdy minutę temu krzyczałaś o swoim życiu erotycznym.
- To, co usłyszałeś w trakcie mojej kłótni z Geraldem, też nie jest twoją sprawą.
Wzruszył ramionami.
- Wszystko, co cię dotyczy, to moja sprawa, laleczko.
- Udowodniłeś to rok temu - mruknęłam, gotowa wypuścić swoje demony.
Zastanawiałam się często, co mu powiem, jeśli znowu go spotkam. Nawet nie poprosił mnie oficjalnie o to, żebym przestała działać w sprawie Albańczyków. Po prostu mnie przeniósł.
- Ach, prawdziwa Izzy jest dzisiaj na wolności. Rozumiem.
Żołądek mi się ścisnął. Cade musiał zauważyć, że coś przed wszystkimi ukrywam. Z łatwością dostrzegał to, na co inni byli ślepi, i strasznie mnie to wkurwiało.
Dlatego zachowywałam się, jakbym nie wiedziała, o czym mówi.
- Co to niby miało znaczyć?
Westchnął, jakby męczyły go moje wybryki, i ruszył w kierunku budynku.
- Jeśli chcesz znowu wyciągać sprawy sprzed roku, śmiało, zacznij histeryzować.
- Ja histeryzuję? - Tupnęłam. - Podwoiłeś pensje ludziom z mojego zespołu, zmuszając mnie do zaakceptowania przenosin i fikcyjnej umowy, bo chciałeś, żebym odpuściła temat Albańczyków.
- Skoro tak twierdzisz. - Wzruszył ramionami i zaśmiał się, otwierając przede mną jedno ze skrzydeł wielkich szklanych drzwi Stonewood Tower.
Przeszłam koło niego, zirytowana. Zachowywał się tak, jakby to, co zrobił, było tylko drobną niedogodnością.
- Wywróciłeś do góry nogami moją stabilność finansową, żeby tylko coś udowodnić.
Zmrużył oczy, słysząc mój ton.
- Słucham? Dostałaś premię, więcej wolnego czasu, twój zespół przeniósł się razem z tobą. Nadal czekam, aż mi za to podziękujesz.
- Przecież wiesz, że jedyne, czego możesz się spodziewać, to "pierdol się, dupku" - powiedziałam, podchodząc do niego i unosząc brodę, żeby moje słowa wybrzmiały głośno i wyraźnie.
Cade zacisnął usta. Nagle wydał się większy, mroczniejszy. A potem na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Odsłonił zęby, jakby był gotowy wyrządzić mi krzywdę. Właśnie w ten sposób mężczyźni utrzymywali władzę: poprzez strach. Ludzie nie zwracali się do niego tak jak ja w tej chwili.
- Uwielbiam, kiedy odkrywasz swoje emocje. Kiedy naprawdę wierzysz w to, co mówisz.
Dosłownie zawarczałam i szybkim krokiem skierowałam się w stronę windy.
- Nie wiem, czemu w ogóle przejmujesz się czymkolwiek w Stonewood Enterprises. Bez ciebie świetnie dajemy sobie radę.
- Właśnie widziałem, że moi pracownicy są szczególnie zręczni w posługiwaniu się sprejem na ulicy. - Ton Cade'a stał się protekcjonalny.
- To sprawa między mną i moim chłopakiem.
Chciałam krzyczeć i pójść do domu jak ostatni dzieciak. Ten człowiek potrafił grać mi na nerwach i wiedziałam, że właśnie próbuje to robić.
- Cóż, teraz już byłym chłopakiem - uściślił.
Nie mogłam go już znieść. Poza tym to jedno wypowiedziane przez Cade'a zdanie zabolało mocniej niż samo zerwanie.
- Nieważne, Cade - ucięłam. Słoik już się otworzył i nie byłam pewna, jak z powrotem zamknąć w nim emocje. - Nie jestem dzisiaj w nastroju.
Nikt nie mówił tak do Cade'a. Zdawałam sobie z tego sprawę. Dobry haker umiał znaleźć brudy na twój temat, najlepszy potrafił zniszczyć ci życie, wyciągnąć wszystkie trupy z szafy, wysłać cię do więzienia. W pewnym sensie każdy czuł, że Cade ma na niego haki, dlatego nikt nie wchodził mu w drogę. Ja o tym wiedziałam, bo w przeszłości spędziłam z nim trochę czasu. Z tego powodu nim gardziłam. Traktował mnie jak kogoś niegodnego zaufania, a potem przeniósł mnie do miejsca, w którym nie stanowiłam żadnego zagrożenia.
A ja nadal chciałam udowodnić mu, że się mylił. Nie wiedziałam czemu. Cała sytuacja stała się przez to trochę żenująca.
- Mój były chłopak na mnie nie doniesie. To by zrujnowało jego cenną reputację - stwierdziłam drwiąco, wkładając puszkę farby z powrotem do torebki.
- A powinien. Zniszczenie auta tego kutasa to przestępstwo. Mogłaś też uszkodzić mu wzrok.
Zmrużyłam oczy, patrząc na niego. Oczekiwałam, że wymierzy mi jeszcze jeden cios, powie, że jestem stuknięta, ale zamiast tego nazwał Geralda kutasem. Najmniejsza oznaka, że w jakiś sposób mu na mnie zależy, sprawiała, że zaciskałam usta, a gniew ulatywał. Wstyd palił mnie od środka, docierało też do mnie, jak upokarzające było to, że dałam się przyłapać na swoim dziecinnym odwecie. A do tego zostałam rzucona. Zastanawiałam się, czy Cade słyszał okrutne słowa Geralda, zanim użyłam farby. Wzrok mi się zamazał, a broda zaczęła drżeć. Cade pewnie to zauważył.
- Może tak zrobi. Możesz też sam wysłać nagranie z monitoringu na policję i wypełnić donos.
Cade zbliżył się do mnie i wziął w palce jeden z moich blond loków.
- Już usunąłem nagranie z kamer.
To wyznanie i dotyk przykuły moją uwagę w sposób, w jaki nie powinny.
- Czemu to zrobiłeś? - wyszeptałam, wpatrując się w niego.
- Pracujesz dla mnie. To zaszkodziłoby nam obojgu. - Wzruszył ramionami, owinął pasmo wokół palca, wpatrując się w nie, jakby próbował złamać kod. - Pofarbowałaś włosy, żeby pasowały do przebrania?
- To tylko zmywalna farba w spreju.
Machnęłam dłonią z polakierowanymi na czerwono paznokciami, żeby skupić się na small talku. Chciałam przestać myśleć o koszmarnym początku wieczora i o tym, że moje ciało reaguje na obecność człowieka, którego miałam za wroga.
- To za dużo jak na firmową imprezę. - Cade odsunął się, oglądając mnie od stóp do głów. - Za bardzo się wysiliłaś, laleczko.
Przynajmniej się przebrałam i przyszłam na imprezę. Mężczyzna przede mną nie postarał się ani trochę. Przyjrzałam mu się dokładnie i ledwo powstrzymałam się od komentarza - Cade miał na sobie zwykły garnitur.
- Laleczko?
- Harley Quinn to pseudonim, do którego przyzwyczaiły nas filmy. Wszyscy wiemy, że miała też inne.
Przewróciłam oczami. Cade nigdy nie ujawniał niczego ze swojego życia, nawet jeśli chodziło o coś tak drobnego jak czytanie komiksów. Z przyjemnością grzebał w prywatnych sprawach innych, ale nigdy nie mówił o sobie.
- Co z tego? Czytałam komiksy i lubię ją. No i miało wyjść uroczo z...
- Gerald nie jest materiałem na Jokera - powiedział i potarł brew.
Uliczne światła grały na ostrych rysach jego twarzy. Mężczyzna obok mnie mógłby odegrać Psycho, Jokera, Michaela Myersa, Batmana, Supermana, kogokolwiek by zechciał - i wyszłoby mu to świetnie. Był wysoki, miał mocne ciało, choć nie miałam pojęcia, jak utrzymuje formę. Za każdym razem, kiedy go widziałam, garbił się nad jakimś urządzeniem albo komputerem.
Teraz jednak było inaczej.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie powinieneś znać nawet jego imienia? - powiedziałam z naciskiem, bo Cade miał brzydki zwyczaj grzebania w moim życiu.
- Wiem o tobie wszystko - wyszeptał.
Wstrząsnął mną dreszcz, którego Gerald nigdy u mnie nie wywołał.
- Łącznie z tym, że postarałaś się z kostiumem o wiele bardziej, niż powinnaś.
- Nie możesz mi wytykać zaangażowania, skoro sam masz wszystko w dupie.
Od razu zacisnęłam usta. Nadal byłam wściekła. Nie powinnam pozwalać, żeby emocje przejmowały nade mną kontrolę albo żebym pod ich wpływem wyżywała się na swoim przełożonym. W końcu Cade nadal nim był, mimo że go nie widywałam.
Ku mojemu zaskoczeniu cmoknął sceptycznie i wyjął maskę z kieszeni marynarki.
- Mam wszystko w dupie? Szybko mnie oceniłaś.
Podkreślił bezczelne słowa, których wobec niego użyłam, po czym włożył maskę z powrotem do kieszeni, jakby nie był jeszcze gotowy, żeby ją założyć.
- Maska z Krzyku? - Uniosłam brew. - Lubisz Ghostface'a?
- To łatwy kostium, kiedy trzeba wziąć w czymś udział, ale nie bardzo się chce.
- Oczywiście, że nie chcesz być na imprezie - mruknęłam, wyrzucając ręce w górę i odwracając się w stronę wind.
Cade wszystkim kierował, bo był najlepszy, ale brakiem entuzjazmu do pracy w zespole okazywał nam brak szacunku. Mnie drażniło to szczególnie, bo chciałam być team leaderką, odkąd dołączyłam do grupy zajmującej się bezpieczeństwem danych w Stonewood Enterprises. Postanowiłam, że będę żyła swoją pracą, że będę nią oddychać jak powietrzem. To pomagało mi się skupić, oderwać myśli od innych kwestii i najpewniej utrzymywało mnie w zdrowiu fizycznym i psychicznym przez większość czasu. Lepiej było mi tylko wtedy, gdy nie spałam, bo łamałam kod albo pomagałam komuś z zespołu z algorytmem. Często robiłam to dlatego, że Cade nigdy nie odpowiadał, kiedy ktoś z nas do niego dzwonił lub pisał. Myślę, że większość osób po prostu usunęła jego numer.
- Czemu miałbym chcieć, skoro mogę robić bardziej produktywne rzeczy? - Usłyszałam jego głos zza pleców, tak jakby nie mógł odpuścić.
Czy naprawdę przesadziłabym, gdybym kazała mu pójść schodami na samą górę? Budynek miał sto dziesięć pięter, wiedziałam też, że byłoby na co popatrzeć w trakcie wchodzenia. Gmach został zaprojektowany specjalnie dla Stonewood Enterprises na kształt fali wznoszącej się ku niebu. W środku windę otaczał wodospad odzwierciedlający motyw architektoniczny z zewnątrz. Miękkie skórzane fotele w lobby, marmurowe podłogi i kryształowe żyrandole sprawiały, że w ogóle nie czuło się jak w pracy. Wspinaczka na ostatnie piętro zajęłaby Cade'owi pewnie całą noc, dzięki czemu nie spotkałabym go na imprezie.
- Och, nie wiem, może dlatego, że masz zespół, który pracuje dla ciebie cały rok. Nikt cię nie widział, wszyscy są zaaferowani przyjęciem - powiedziałam.
- A ty jesteś? - spytał, a kącik jego ust się uniósł.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej