1
Antonia Delgado była pewna tylko jednej rzeczy w swoim życiu: wierzyła, że śmierć była pomyłką, którą można było naprawić, a jednocześnie była ona dla niej wyjątkowym wydarzeniem, które mimo swojej powtarzalności potrafiło ją wciąż zaskoczyć. Do kwestii związanych ze śmiercią podchodziła z entuzjazmem i traktowała je poważnie, ale nigdy nie była w stanie jej przechytrzyć.
Kiedy była małą dziewczynką, za każdym razem, kiedy jej babcia otwierała bardzo ciężkie drzwi od szafy na ubrania i ściągała z wieszaka czarną sukienkę z rękawem trzy czwarte, wiedziała, że ktoś umarł. Nie musiała o nic pytać. Antonia odstawiała drewniane kręgielki, jo-jo albo lalkę, którą tata podarował jej na Boże Narodzenie i powoli szła do swojego pokoju, żeby się przebrać. Ona też miała specjalne ubrania na pogrzeby: sztruksową oliwkową spódnicę, bawełnianą szarą koszulę, którą musiała zapiąć pod samą szyję, nylonowe granatowe rajstopy i kozaczki zapinane wokół kostki na rzep. Nieważne, czy nieboszczyk zadecydował opuścić dzielnicę w styczniu, czy w lipcu: ubranie zawsze było identyczne. Taką decyzję podjęła jej babcia Lela, która podejmowała wszystkie decyzje dotyczące śmierci. Była swojego rodzaju niebiańską faraonką, której postanowień nie wolno było kwestionować.
Do?a Lela przez wiele lat dzieliła zamiłowanie do pogrzebów ze swoimi siostrami. Wszystkie wstawały bardzo wcześnie. Potem wstawiały czajniczek na mate, układały gazetę na stole otoczonym rosnącą na patio winoroślą i przekartkowywały skrupulatnie ogłoszenia pogrzebowe, stamtąd czerpały informacje, jak planować zajęcia na cały tydzień. Mógł to być jakiś sąsiad, znajomy, daleki krewny, każda śmierć nadawała się, żeby wziąć udział w rytuale: karawany, kanapeczki w pokojach domów pogrzebowych, mężczyźni i kobiety idący ramię w ramię, oblewając łzami zakupione na tę okazję ubrania.
Wraz z upływem czasu, kiedy najstarsza z sióstr wyszła za mąż i zaprzestała tego makabrycznego statystowania z młodzieńczych czasów, Lelę najbardziej zabolała jednak postawa jej młodszej siostry. Pewnego dnia, przed przeglądaniem gazet oświadczyła, że chce umrzeć w samotności. Dokładnie w taki sposób, w dosłownym znaczeniu tego słowa: pragnęła śmierci. Nieszczęsna zostawiła własnoręcznie podpisany list, w którym wydała szczegółowe rozkazy: jej ciało powinno zostać skremowane. Żadnej stypy ani całunu. I podkreślała wielkimi literami, żeby nikomu nie przyszło na myśl zredagowanie jej nekrologu: "umarła w samotności". Lela była przekonana, że ten ostatni akapit był skierowany do niej i nigdy jej tego nie wybaczyła. Ale ten drobny mankament nie zatrzymał jej śmiertelnego hobby, nadal przechowywała w pudełkach po butach najbardziej intrygujące wycinki z nekrologów, jakby były najprawdziwszymi skarbami, poza tym przekazała w spadku zwyczaj ich czytania z niewyczerpanym zainteresowaniem swojemu synowi i wnuczce.
Wystarczyło jej dziesięć leniwych kroków, żeby dostać się do kuchni i ściągnąć z ognia mały czajniczek, odrobinę wybrzuszony po tylu latach użytkowania. Wlała wodę do kubka, do którego kilka minut wcześniej włożyła torebkę herbaty, przycisnęła ją do brzegu i wycisnęła połówkę cytryny. Pokój był mały, ale wygodny. Rzadko dzielone łóżko, dwie szafki nocne, jeden drewniany, sosnowy stół pomalowany na czerwono, z czterema krzesłami do kompletu, jedna donica, która należała do babci Leli, i kredens, na którym stał stary telewizor - to wszystkie meble, jakie znajdowały się w kawalerce w Almagro. Kiedy ją kupiła prawie dwadzieścia lat temu, wydawała jej się prawdziwą rezydencją. Przyzwyczajona do dzielenia łazienki z sąsiadami z niedużego korytarza, przyjęła tamtą malutką łazienkę jako zasłużony luksus. Pierwszy raz w życiu prywatność miała stać się częścią jej codzienności.
Podjęcie decyzji o zrezygnowaniu z cukru zajęło jej zaledwie sekundę: chciała zrzucić kilka kilogramów, a przynajmniej spróbować zapiąć jedyne guziki w płaszczu. Zbliżała się zima, a jej skromna garderoba była na nią za mała. Letnie popołudnia spędzone na pożeraniu lodów doprowadziły jej talię do tragicznego stanu.
W tę sobotę o wschodzie słońca było pochmurno i chłodno. Subtelne światło przedostawało się do wnętrza przez okno. Antonia usiadła przy stole, rozgrzała gardło dwoma łykami gorzkiej herbaty, potarła dłońmi i odruchowo otworzyła dziennik na stronie z nekrologami. Nie zatrzymywała się ani żeby śledzić kampanie prezydenckie, ani na wykresach pokazujących skoki i spadki dolara, ani żeby przeczytać artykuły, które mówiły o wydarzeniach w miejscach na świecie, których nigdy nie pozna, bo to ją nie interesowało. Ogłoszenia pogrzebowe były jedyną rzeczą, która ją zajmowała, bo tam odnajdywała historie. Porządny nekrolog nie tylko dostarczał informacji na temat osoby, która już nigdy nie przekroczy progu własnego domu, albo o tym, jaka kobieta już nie będzie musiała kupować butów. Zdradzał on namiętności, nienawiść, odrazę i ból tych, którzy pozostają żywi. Po szybkiej lekturze Antonia wychwytywała, gdzie zbierało się na przepychanki o spadek lub pragnienie znalezienia się w centrum uwagi. Jej eksperckie spojrzenie potrafiło ocenić, kto był kochankiem osoby, z powodu której składano kondolencje, i uśmiechała się, patrząc na wyznania oficjalnie uznanej przed Bogiem żony i innych świadków. Uwielbiała wyobrażać sobie przyjaciółki o podwójnej tożsamości, które towarzyszą zmarłej koleżance w dotarciu do jej domu w niebie, kłócąc się podczas stypy z opuszczoną służącą.
Skończyła czytanie nekrologów w dzienniku "Clarín", podenerwowana faktem, że publikują ogłoszenia o zmarłych, których nikt nie zna. Z kolei nekrologi z "La Nación" sprawiały jej szaleńczą przyjemność. Wycinała je i przechowywała w foliowych koszulkach, zachowując kolejność alfabetyczną, była dumną posiadaczką prawie kompletnej sagi najlepiej usytuowanych w mieście rodzin, dlatego wystarczyło zwykłe powiadomienie, a dołączała nekrologi, które wydawca uznawał za godne uwagi. Te teksty należały do jej ulubionych, bo przedstawiały najważniejsze informacje o zmarłym, który zasłużył na to szczególne miejsce w dzienniku. Wielokrotnie miała wątpliwości co do słuszności tych kilku linijek, bo ile prawdy może zawierać opis osoby z jej najszlachetniejszymi i godnymi podziwu wyczynami? Czy znając zaledwie cztery czy pięć pozytywnych cech można dowiedzieć się, ile dobroci lub zła mieści się w człowieku? No dobrze, myślała Antonia Delgado, przecież ostatecznie człowiek umiera raz, po latach czytania nekrologów, wiedziała, że dość często były one niesprawiedliwe - zarówno, jeśli chodziło o wychwalanie, jak i krytykę, ale też i zapomnienie.
Zapowiadała się produktywna sobota. Antonia otworzyła metalową skrzynkę, która służyła jej do przechowywania nici i wyjęła małe nożyczki. W czwartek zmarł sławny projektant, dlatego sekcja nekrologów zmieniła się w wybieg mody. Modelki i modele, aktorzy, aktorki, dziennikarze - nikt nie miał zamiaru nie skorzystać z okazji, aby pozostawić swój podpis. "Proszę, jak lubią się obnosić", pomyślała Antonia, kręcąc jednocześnie głową z jednego boku na drugi i patrząc niechętnym spojrzeniem na to, co uważała za fałszywe współczucie. Nie było mowy, żeby historia, której poszukiwała, znalazła się w tych przyklejanych łzach. Tutaj potrzebna była umiejętność rozszyfrowania prawdziwego bólu, więc pouczona doświadczeniem kierowała się do anonimów, do ogłoszeń bez imienia i nazwiska, tych ogłoszeń, które szukający niezdrowych podnieceń, omijali, bo łaknęli cierpienia znajomych im osób, kogoś, kogo oglądają w telewizji. Ale Antonia Delgado nie szukała chorych uniesień. Nic z tych rzeczy. Ona była historyczką śmierci.
Końcem małych nożyczek ugodziła w malutki kwadrat i uśmiechała się, kiedy starannie go wycinała.
? Castillo, Nahuel, R.I.P.
Zawsze zostaje nam Paryż. Martín.
Właśnie tam, jednym zdaniem zostało wypowiedziane wszystko, co trzeba było powiedzieć. Antonia niemal była w stanie wyobrazić sobie przytulonych do siebie Nahuela i Martina, spacerujących przez francuskie miasto, które widziała wielokrotnie na zdjęciach. Paryż, stolica mody, świadek ich wiecznej miłości. Klejem w sztyfcie przykleiła wycinek na białą kartkę i kontynuowała poszukiwania śladów tych, którzy naprawdę kochali utalentowanego Nahuela Castillo. W miarę jak jej skupione oczy przeskakiwały pomiędzy wieloma udawanymi żalami, zaczynała się coraz bardziej złościć. Jak mogło dojść do tego, że śmierć tak ładnego i sympatycznego chłopaka wytworzyła tyle fałszu: "Zawsze będę o tobie pamiętać", "Nikt tobie nie dorówna", "Pozostaniesz w moim sercu". Wszystko kłamstwa. Antonia była całkowicie przekonana, że te celebrytki prędzej czy później rzucą się w ramiona innego "najlepszego na świecie" projektanta, którego nowe ubrania przyozdobią wkrótce ich idealne ciała. "Zdrajczynie", wyszeptała.
Nagle jedno drobne ogłoszenie zwróciło jej uwagę. Prawie gubiło się pomiędzy tyloma publikacjami skierowanymi do Nahuela. Antonia zostawiła nożyczki obok kubka z herbatą i pochyliła się nad gazetą, jakby chcąc jej posłuchać. Zerwała się nagle na równe nogi i podeszła do kalendarza, który podarowali jej w sklepie mięsnym, żeby coś sprawdzić, ufała temu kalendarzowi bardziej niż datom, które podawano w dzienniku. Nie pozwalała się oszukiwać prasie. Była sobota 15 kwietnia. Uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Jak mogła zapomnieć? Jak mogła wypaść jej z głowy tak ważna data?
Uklękła naprzeciwko kredensu i zaczęła przeszukiwać swoje archiwa. W pudełkach po butach ułożonych w stos i oznaczonych etykietami Antonia przechowywała wycinki z najważniejszych nekrologów. Pomagała sobie placem wskazującym, kiedy czytała etykiety. Trzecie pudełko na drugiej półce było tym, którego szukała - w nim przechowywała to, co najcenniejsze, swoje ulubione historie.
Położyła pudełko na stole i otworzyła je bardzo starannie, jakby z czułością. Wzięła głęboki oddech, żeby poczuć zapach, który wydzielała gałązka rozmarynu, którą włożyła pomiędzy kartki w zeszłym roku. Ponieważ to pudełko było otwierane co roku, każdego 15 kwietnia. "Minęło już dziesięć lat, moja kochana. Ktoś nadal za tobą tęskni, Cornelio", szepnęła ze smutnym uśmiechem, nie odrywając wzroku od zarchiwizowanych wycinków.
"POSZUKIWANA NASTOLATKA ZAGINIONIONA W EL PARAJE. Piętnastoletnia dziewczyna uczestniczyła w wycieczce szkolnej.
Policja Federalna dołącza się do poszukiwań."
"EL PARAJE - Nastolatka z Buenos Aires zaginęła dwadzieścia cztery godziny temu w małej patagońskiej miejscowości."
"Cornelia Villalba, lat 15, jest jedną z uczennic prestiżowej angielskiej szkoły Dullmich College. Dziewczyna przyjechała do wioski w ramach wymiany naukowo-społecznej. Według zeznań koleżanek ostatnim razem, kiedy ją widziały, przebywała w barze w wiosce. Lokalne władze zawiadomiła koordynatorka wymiany, nauczycielka Ludmila Roviralta.
Śnieg, który spadł w ostatnich godzinach, utrudnia poszukiwania dziewczyny. Jak poinformowano dzisiaj rano, władze udostępniły już helikopter ratunkowy, a jeden zespół policji federalnej dotrze na miejsce, żeby kontynuować poszukiwania.
Zaginiona dziewczyna jest córką znanego lekarza, Eugenia Villalby, nagradzanego przez Krajową Akademię Nauk Medycznych w dziedzinie badań nad metodami leczenia raka.
Cornelia Villalba ma 1,60 m wzrostu i waży 50 kg, ma ciemne, bardzo krótkie włosy z postrzępioną grzywką i jasne oczy. W chwili zaginięcia miała na sobie czarne dżinsy, niebieską koszulkę na długi rękaw, puchową kurtkę w różowym kolorze i szalik w białe i fioletowe paski."
Antonia Delgado złożyła wycinek ze szczególną starannością. W miarę upływu czasu gazeta zabarwiła się na żółto, a tusz wytarł się w niektórych miejscach. Nie było to tak istotne, ponieważ prawie mogła wyrecytować tekst z pamięci.
Jak każdego 15 kwietnia, zatrzymała się, patrząc na zdjęcia, które opublikował wtedy magazyn "Gente". Specjalne śledztwo, w którym poza relacją z nikłych postępów w poszukiwaniach dziewczyny, znajdował się również kompletny opis przedstawiający życie i przedsięwzięcia rodziny Villalba, przedstawicieli zamożnej i elitarnej klasy, którą desperacja rzuciła na kolana. Ani ich konta z milionami dolarów i pesos, ani posiadłość w Punta del Este, ani mieszkanie na alei Libertador, ani nawet stare samochody z kolekcji doktora Villalby nie wystarczyły, żeby wykupić powrót Cornelii. Opowieść o wydarzeniach związanych z zaginięciem tamtej biednej dziewczyny wydawała się niewystarczająca: czytelnicy chcieli więcej, a stojąca na wysokości zadania prasa z przyjemnością serwowała nowe historie.
Wyraz twarzy Cornelii zawsze przykuwał uwagę Antonii: nie istniało ani jedno zdjęcie, na którym dziewczyna by się uśmiechała. Na wszystkich wyglądała jakby zasłaniała zęby albo chowała zmartwienia, albo jeszcze coś całkowicie innego. Kto to wiedział? Jej brat Dionisio, zupełnie przeciwnie, rozświetlał uśmiechem wszystkie archiwalne zdjęcia, które zostały opublikowane. Wysoki, umięśniony, obdarzony prezencją aktora filmowego chłopak wybijał się na pierwszy plan na wszystkich zdjęciach. Ze zniechęceniem schowała po raz kolejny cenne materiały na temat historii Cornelii i przez kilka minut trwała w bezruchu, czytając jeszcze raz opublikowane tego dnia ogłoszenie.
Cornelio Villalbo, połowa twojej nieobecności jest jak miłość.
Oczy Antonii zaszły łzami. Żaden z jej ulubionych zmarłych nie wzruszał jej tak bardzo jak Cornelia. Ona była inna. Być może fakt, że nigdy nie odnaleziono jej ciała, sprawiał, że była wyjątkowa. Była jak podróżujący w czasie duch raz za razem wprawiający w ruch wydarzenia każdego 15 kwietnia. Kiedy o tym rozmyślała, uwagę jej przykuło inne ogłoszenie w sekcji nekrologów. Przetarła oczy grzbietem dłoni i podeszła do gazety, która leżała na stole. Doktor Eugenio Villalba i jego żona Clara zamówili mszę w dziesiątą rocznicę zniknięcia ich córki Cornelii.
Drugi nekrolog o Cornelii ją zaskoczył. Nigdy nie wydarzyło się nic podobnego: dwie publikacje tego samego dnia. Nie myślała o tym jednak zbyt długo. Musiała tam pójść. Antonia spojrzała na zegarek: nie miała dużo czasu, ale gdyby się pośpieszyła, być może zdążyłaby zająć jedno z głównych miejsc w kościele. Zaczęła szukać portfelika, który leżał na blacie w kuchni. Na szczęście miała wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zamówić taksówkę. Szczególna okazja wymagała gotowości do pokrycia wszelkich kosztów.
Założyła czarną sukienkę. Rękawy sięgały jej do łokci, a spódnica tuż za kolana. Szylkretowa spinka w kształcie motyla spięła nieposłuszne loki. Przeszła kilka przecznic aż do najbliższej alei. Na początku z pewnym trudem, bo zapinane na guziki buty cisnęły ją na wysokości podbicia, ale nie przeszkadzało jej to. Wzięła głęboki oddech i przyspieszyła kroku. Nie mogła pozwolić sobie na spóźnienie. Czekała na tę chwilę od dziesięciu lat.