Od autorki
Od autorki
Choć Córki Warszawy są fikcją literacką, inspirowały mnie dokonania
Żegoty, organizacji ruchu oporu działającej w Polsce podczas drugiej
wojny światowej, a szczególnie postać jednej z przywódczyń - Ireny
Sendlerowej. Irena była katolicką działaczką, pielęgniarką i pracowniczką opieki społecznej, która uratowała życie tysiącom
żydowskich dzieci. Uchroniła je przed niechybną śmiercią z rąk
hitlerowców, szmuglując z warszawskiego getta. Prowadziła skrupulatne
zapisy personaliów i pseudonimów dzieci, a notatki zakopywała pod
jabłonią. W 1965 roku została uznana przez Izrael za Sprawiedliwą wśród
Narodów Świata. Zmarła w roku 2008 i do końca swoich dni protestowała
przeciw nazywaniu jej bohaterką.
Irena Sendlerowa jest jedyną "rzeczywistą" postacią powieści; wszystkie
pozostałe są fikcyjne, ale oddają bohaterskie działania wielu polskich
obywateli, którzy nie chcieli stać z boku i biernie przyglądać się
ludobójstwu ludności żydowskiej.
Dla mnie pisanie powieści historycznych wiąże się z ogromną
odpowiedzialnością, ponieważ inspiruję się prawdziwym życiem -
radościami, tragediami i wszystkim pomiędzy. W ramach moich szeroko
zakrojonych badań podczas pracy nad Córkami Warszawy pojechałam do
stolicy Polski i odwiedziłam rejony warszawskiego getta, określanego
przez jego więźniów jako prawdziwe "piekło na ziemi", w którym
przetrwanie było możliwe jedynie dzięki pomysłowości, pracowitości,
solidarności i - co może najważniejsze - nadziei. Większa część getta
została zniszczona pod koniec drugiej wojny światowej, ale jego
pozostałości przetrwały w wymownym i pełnym szacunku kontekście. Warto
je odwiedzić.
Jednak dobra fikcja historyczna to znacznie więcej niż proste
opowiadanie o konkretnym okresie. Nie wystarczy tylko zadbać o prawdziwość "faktów" - ram czasowych, scenerii czy panującej wówczas
mody. Fikcja historyczna powinna także uchwycić coś istotnego z ludzkiego życia i, jeśli zostanie stworzona rzetelnie, zapewnić wgląd w ówczesne realia, który okaże się ponadczasowy. To, co moim zdaniem
wyróżnia tę opowieść, to zapierająca dech w piersiach odwaga takich osób
jak Irena Sendlerowa, pozornie zwykłych ludzi, którzy ryzykowali życie
swoje i swoich bliskich, by powstać i walczyć z nieludzkim reżimem oraz
ideologią. Umiejscowienie akcji książki w tym konkretnym okresie
historii było ryzykownym przedsięwzięciem, bo nietrudno o błąd, i to
bolesny. Ale to jest też szansa na uczestnictwo w dobrej misji,
nakreślenie wyjątkowej perspektywy na teraźniejszość i przyszłość.
Sprawienie, że zwroty takie jak "nigdy więcej" nabiorą realnego,
współczesnego znaczenia. Mam nadzieję, że godnie i prawdziwie
przedstawiłam losy Ireny Sendlerowej oraz jej koleżanek i kolegów z Żegoty.
Rozdział 1
1
SEATTLE, DZISIAJ
Lizzie weszła do swojego dawnego pokoju w rodzinnym domu i ku jej
zaskoczeniu znajomy zapach wciąż się tam unosił - lakier do włosów i ten
trochę słodki, owocowy aromat perfum dla nastolatek. Łóżko nadal było
przykryte patchworkową narzutą, uszytą kiedyś przez babcię. Stało teraz
przysunięte do ściany, by zrobić miejsce dla stołu z maszyną do szycia,
kawałków tkanin i manekina krawieckiego.
Poczuła, że łzy znów napływają jej do oczu. Wzięła głęboki oddech i wbiła paznokcie w dłonie, żeby pohamować płacz. Płakała non stop w drodze do domu rodziców i była już tym całkowicie wyczerpana.
Na zewnątrz wiatr trzaskał okiennicami. Koniec czerwca, nadciągała
burza, a światło było przyćmione i ziarniste. Podeszła do przeciwległej
ściany i włączyła małą różową lampkę. No ale przynajmniej nie jest
zimno, pomyślała i od razu w jej głowie odbiły się echem pełne dobrych
intencji słowa przyjaciół - słowa pociechy, które słyszała tyle razy w ciągu ostatnich kilku lat.
"No ale wciąż jesteś młoda".
"No ale nadal możesz zajść w ciążę".
"No ale przynajmniej nie był jeszcze w pełni uformowany".
Lizzie nie chciała słyszeć więcej komentarzy zaczynających się od "no
ale". Pragnęła tylko, żeby ktoś wziął ją w ramiona i zrozumiał, że jej
ból, jej żałoba są prawdziwe. Pierwszy raz, cztery lata temu, to raczej
było bardzo niemiłe zaskoczenie niż cokolwiek intensywniejszego.
Zdarzyło się tuż przed magiczną granicą dwunastego tygodnia, gdy ryzyko
poronienia jest największe. Ona i jej mąż Alex nikomu nic nie
powiedzieli. Płakała przez kilka dni, po czym pomyślała: Lepiej nie
rozdrapywać tej rany. Po czterech miesiącach ponownie zaszła w ciążę.
Ta trwała nieco dłużej - czternaście tygodni. Wielkość brzoskwini.
Ludzie zaczęli wygłaszać te swoje "no ale" z przyległościami.
Numer trzy, figa, któregoś dnia zniknęła, zaraz po ustąpieniu
porannych mdłości. Lizzie otrzymała kilka esemesów od przyjaciół, wyrazy
wsparcia wysłane z bezpiecznego dystansu. Dowiedziała się, jak bardzo im
przykro i jaka jest niesłychanie dzielna.
A ta ostatnia, ta, którą straciła miesiąc temu, była zaledwie wielkości
jagody. W głowie Lizzie wydawała się jednak o wiele większa i teraz
Lizzie z poczuciem winy zastanawiała się, czy nie pokładała zbyt
wielkich nadziei w tak małym życiu. Czy te wszystkie jej pragnienia i marzenia nie były dla tego dziecka ciężarem ponad siły?
Ludzie przestali komentować; nikt nie potrafił znaleźć właściwych słów.
Trzeba przyznać i docenić, że Alex nigdy nie wyskoczył z żadnym "no
ale". Jednak po jakimś czasie przestał ją przytulać. W końcu wyznał, że
ma opory, by w ogóle się odzywać, bo nie chciałby chlapnąć czegoś
niestosownego.
- Powiedz mi, co mam powiedzieć, Lizzie - poprosił. - A ja to będę
powtarzał.
Ale o czym tu było mówić? O tym nieznośnie ciężkim żalu, co wbija się w serce i raz doprowadza cię do szalonej furii, a innym razem do otępienia
ze smutku? Kiedy ona i Alex nie mogli już na siebie patrzeć, Lizzie
uciekła do domu rodzinnego, zanim któreś z nich powie lub zrobi coś, co
mogłoby nieodwracalnie zniszczyć ich związek.
I teraz znów była w pokoju, w którym dorastała. Spojrzała w stronę okna,
przypominając sobie, jak Alex wiele lat temu rzucał w nie małymi
kamyczkami, by wieczorową porą dać jej znać, że przyszedł i czeka.
Poznali się w liceum jakieś dwadzieścia lat temu. Zakochana para ze
szkoły średniej - to banał, z którego oboje się śmiali, ale miłość ich
połączyła, gdy mieli po siedemnaście lat i od tamtej pory niemal się nie
rozstawali. Jedyny dłuższy czas rozłąki nastąpił, gdy Alex poszedł na
medycynę, a Lizzie robiła licencjat z pedagogiki. Pobrali się po
skończeniu studiów przez Alexa i gdy tylko nieco okrzepli w nowo
zdobytych zawodach, rozpoczęli intensywne starania o dziecko. Lizzie
przeszła wtedy na pół etatu. Chciała mieć czworo dzieci, on dwoje, więc
żartowali, że w ramach kompromisu będzie trójka. Byli młodzi i pełni
entuzjazmu, a wszystko wydawało się takie proste. Nigdy nie
przypuszczała, z jak ogromnym cierpieniem będą się wiązać próby
realizacji tego planu przez kolejne cztery lata.
Odwiedzili wszystkich specjalistów, wykonali wszystkie badania, ale nikt
nie był w stanie powiedzieć im, co jest nie tak. "Odpręż się, zrelaksuj"
- radzili lekarze. "Jedź na wakacje, przestań o tym myśleć. Zajdziesz w ciążę, kiedy zajdziesz, i już".
Ale ciało Lizzie, jej głupie, bezużyteczne ciało, nie było w stanie
donosić ciąży. Jestem porażką, myślała, jedną wielką porażką. Nawet
w najtrudniejszych momentach nie winiłaby Alexa, gdyby zostawił ją dla
kogoś, kto będzie w stanie dać mu upragnione dzieci. Ostatnio pracował
coraz dłużej i dłużej, chociaż potrzebowała go bardziej niż
kiedykolwiek. I dlatego zaczęła go trzymać trochę na dystans. Żeby mniej
bolało, kiedy nieuchronnie ją opuści. Myślała, że wypłakała już zapas
łez na całe życie, ale nie, wciąż ich nie brakowało. Stała tam i łkała
dalej. To było bez sensu. Ale nie dało się powstrzymać łez. Tkwiła
uwięziona w swojej rozpaczy.
Otworzyły się drzwi i weszła matka.
- Och, kochanie - podeszła do Lizzie i przytuliła ją. - Och, kochanie -
powtórzyła. - Wiesz, jak bardzo się cieszymy, gdy przyjeżdżasz, ale nie
mogę patrzeć, jak się zamartwiasz. Serce mi pęka.
Odczekała chwilę, aż Lizzie trochę się uspokoi, po czym ujęła jej dłoń i delikatnie ścisnęła.
- Pomożemy ci przetrwać te wakacje, dobrze? Kiedy znów zacznie się
szkoła, poczujesz się dużo lepiej. Uwielbiasz te swoje dzieciaki,
prawda? Jestem pewna, że praca oderwie cię od czarnych myśli.
- Nie wrócę - powiedziała cicho Lizzie.
- To znaczy, że co?
- Składam wypowiedzenie. Ja... po prostu nie dam rady, mamo, przebywać
ciągle wśród dzieci. Są takie słodkie i uwielbiam je, ale przez to
świadomość, że mogę nigdy nie mieć własnych, jest zbyt bolesna.
- A Alex?
Lizzie westchnęła.
- Jestem zbyt zmęczona, żeby o tym rozmawiać, mamo. Może jutro.
Matka uśmiechnęła się smutno i pogłaskała jeden z ciemnych loków za
uchem Lizzie.
- Będziemy sobie z tym radzić dzień po dniu i każdego dnia będzie
lepiej, zobaczysz - powiedziała. - Możesz zostać, ile chcesz. Ale, jak
widzisz, urządziłam tu szwalnię - kontynuowała, omiatając dłonią małe
wnętrze. - Więc jeśli nie chcesz spać na moich wykrojach i próbkach
tkanin, trzeba będzie wynieść trochę rzeczy na strych, kochanie - to
ostatnie słowo matka wtrąciła po polsku. Kochanie.
Ten strych jest ładniejszy, niż wskazuje na to nazwa, pomyślała Lizzie
kilka dni później, gdy weszła na górę i się rozglądała. Żadna tam ciemna
i zakurzona przestrzeń pod krokwiami. Raczej przytulny kącik, w którym
ona i jej młodsza siostra Hannah siedziały godzinami i bawiły się
domkiem dla lalek, aż mama krzyczała: "Jeśli nie zejdziecie natychmiast
na obiad, wyrzucam jedzenie do śmieci!".
Lizzie przez dwa dni zabierała się do posprzątania swojego zamienionego
w szwalnię pokoju, ale kiedy wczoraj wieczorem po raz kolejny boleśnie
uderzyła palcem stopy w stół z maszyną, zdecydowała, że nadszedł czas
zrobić nieco miejsca. Pokój na poddaszu był mały, miał osobliwy skośny
sufit i spore okno, przez które teraz wpadało poranne światło. Gdyby
stanęła na palcach i wyciągnęła szyję, ponad kasztanowcami mogłaby
dostrzec Ocean Spokojny.
Gdy ona i Hannah się wyprowadziły, strych stał się magazynem rzeczy na
co dzień niepotrzebnych, ale mających dla rodziców zbyt dużą wartość
sentymentalną, żeby je wyrzucić: rocznikowe księgi szkolne jej i Hannah,
fioletowe pompony cheerleaderki Lizzie, stare albumy ze zdjęciami,
podniszczone ozdoby świąteczne, śpioszki noszone najpierw przez nią,
potem przez Hannah. Ich pierwsze dziecięce buciki...
Ona i Alex kupili dziecięce buciki najlepszym przyjaciołom - Susie i Geoffowi - kiedy urodziło się im pierwsze dziecko. Na tydzień przed
pierwszym poronieniem Lizzie. Alex chciał też kupić drugą parę
wykonanych z miękkiego białego zamszu, niemożliwie malutkich bucików dla
ich dziecka, ale Lizzie się nie zgodziła. Kupowanie takich rzeczy przed
porodem przynosi pecha. Jak widać, ta zabobonna ostrożność na nic się
zdała.
Susie i Geoffowi kilka lat później urodziło się drugie dziecko, wkrótce
po trzecim poronieniu Lizzie. Kiedy Lizzie odwiedziła przyjaciółkę w szpitalu, usłyszała od niej szczere wyrazy współczucia, ale Susie nie
była w stanie ukryć zachwytu i szczęścia, jakie odczuwała, tuląc w ramionach nowo narodzone dziecko. Lizzie nie miała jej tego za złe,
oczywiście że nie, ale tłumienie własnej udręki i goryczy stawało się
coraz bardziej wyczerpujące. Doskwierało jej też narastające poczucie
izolacji wśród coraz to liczniejszych znajomych, którzy zakładali
rodziny.
Potrząsnęła głową, żeby odpędzić wspomnienia, i rozejrzała się po małym,
zagraconym pokoju na poddaszu. Od czego zacząć? Obiecała mamie, że
stworzy tutaj nowe miejsce do szycia, znajdzie przestrzeń na stół i wszelkie inne szpargały. Na lewo od okna stało sześć kartonowych pudeł i stary skórzany kufer. Podniosła pierwsze pudło. Było ciężkie, ale teraz
już przecież nie musiała unikać dźwigania takich rzeczy. Nie musiała się
też martwić wieloma innymi sprawami: regularnym przyjmowaniem witamin
dla kobiet w ciąży, rezygnowaniem z ukochanego sushi, piciem rano
bezkofeinowej kawy mimo ciągłego niewyspania i zmęczenia. Dziś wieczorem
będzie też mogła wypić z mamą kieliszek - lub trzy - jakiegoś dobrego
cabernet sauvignon.
Przygryzła wargę, żeby powstrzymać łzy. Te luksusy nie były żadnym
pocieszeniem.
Postawiła pudło obok drzwi, żeby było bliżej, i zrobiła to samo z pozostałymi. Znajdą nowy dom w piwnicy.
Złapała za uchwyt kufra, chciała go przesunąć, ale ani drgnął.
Spróbowała jeszcze raz, jęcząc z wysiłku. Nic z tego, był za ciężki.
Będzie musiała go opróżnić. Uklękła, otworzyła zamki i uniosła wieko.
Maszyna do szycia Singer, błyszcząca, czarna ze złotymi zdobieniami.
Lizzie wiedziała, gdzie jest podstawa maszyny. Tego modelu nie
sprzedawano ze stolikiem z żeliwnymi nogami, tylko z niewielką mahoniową
szafką, która pełniła teraz funkcję kredensu w sypialni rodziców.
W kufrze pod maszyną znajdowało się całe mnóstwo starych, oprawionych w skórę książek. Encyklopedya polska - dwadzieścia kilka tomów, mogła
być coś warta, ale nie musiała. Lizzie postanowiła, że spróbuje namówić
rodziców, by zgodzili się wystawić encyklopedię na eBayu czy też
Craigsliście. Wyjmowała książki po dwie naraz, kichając, gdy do jej
nozdrzy docierał kurz, być może starszy niż ona sama.
Wstała. Teraz powinna przesunąć kufer z łatwością. Pochylając się, by
znów złapać za uchwyt, zwróciła uwagę na pewien detal. Co to było?
Złożona kartka? Coś wbite między tapicerkę a ściankę kufra. Delikatnie
to wyłuskała. Koperta, pożółkła i wyschnięta ze starości. Zaciekawiona
Lizzie otworzyła ją i wyjęła kilka fotografii. Światło było zbyt słabe,
żeby dobrze się im przyjrzeć, więc podeszła do okna i usiadła na starym
wiklinowym foteliku, który niepokojąco zaskrzypiał pod jej ciężarem. To
były tylko trzy zdjęcia z dawnych czasów, czarno-białe i z ozdobnie
wyciętymi krawędziami.
Pierwsza fotografia przedstawiała młodą kobietę z ciemnymi włosami
splecionymi w warkocz schludnie upięty na głowie, siedzącą na ławce,
otoczoną czwórką dzieci. Jedno z nich, bardzo małe, siedziało na jej
kolanach. Lizzie zmrużyła oczy, żeby lepiej dostrzec szczegóły. Znała tę
kobietę z innych zdjęć rodzinnych. To była jej prababcia Zofia - Lizzie
przypomniała sobie polskie słowo "prababcia". Pięknie wyszła na tym
zdjęciu: gęste ciemne włosy, wydatne kości policzkowe i delikatne
zmarszczki wokół śmiejących się oczu. Ale co to były za dzieci? Lizzie
obejrzała rewers fotografii, ale nie znalazła żadnego opisu. Wiedziała,
że jej prababcia miała jedną córkę - Magdę, babcię Lizzie - ale nie
znała zbyt dobrze historii swojej rodziny. Miała tylko świadomość, że
już kilka pokoleń mieszkało w Seattle.
Na drugim zdjęciu znowu młoda Zofia, tym razem w grupie kobiet - część z nich starsza, niektóre w zbliżonym wieku. Może jej przyjaciółki? Ale
były w strojach pielęgniarek, co Lizzie uznała za dziwne, bo chyba by
jej o tym powiedziano, gdyby prababcia była pielęgniarką. Zofia stała po
lewej stronie grupy, uśmiechała się nieśmiało.
Na trzeciej fotografii prababcia siedziała obok innej kobiety, która
trzymała na kolanach małą dziewczynkę. Zdjęcie zrobiono na zewnątrz,
widać było z tyłu ceglany mur. Wydawało się, że ziemia jest oszroniona,
ale światło wyjątkowo jasne, wiosenne. Kobiety uśmiechały się do
obiektywu, lekko mrużąc oczy od słońca. Uśmiech tej drugiej wydawał się
jednak wymuszony. Była przeraźliwie chuda, zdaniem Lizzie wyglądała na
chorą. Dziewczynka dla odmiany zdawała się bardzo żywotna. Miała około
pięciu, sześciu lat. Śmiejąc się, odchyliła głowę do tyłu. Jej sylwetka
była trochę nieostra, można się więc domyślać, że dziecko się wyrywało i próbowało zeskoczyć z kolan kobiety. Lizzie odwróciła fotografię i westchnęła zachwycona. Na odwrocie widniał napis: "Warszawa 1942", a pod
nim nazwisko: "Szczęsna". Lizzie wiedziała, że to oryginalna polska
pisownia nazwiska Chesney, które nosiła jej prababcia. Wielu mieszkańców
Europy Wschodniej zamerykanizowało swoje nazwiska, kiedy przybyli do
Stanów. Poniżej znajdowało się jeszcze inne: "Zielińska". Lizzie nigdy
wcześniej go nie słyszała, ale domyśliła się, że nosiły je kobieta i dziewczynka.
Wyprostowała się i zmarszczyła brwi. Może trzeba było schować te zdjęcia
do jednego ze starych albumów rodzinnych, ale coś ją tknęło. Nie dawała
jej spokoju pierwsza fotografia, ta z prababcią i dziećmi. Obejrzała ją
jeszcze raz. Między Zofią a dzieciakami była widoczna naturalna
zażyłość, głęboka i czuła więź. Coś więcej niż sympatia dla dzieci
przyjaciół. Przyjrzała się Zofii dokładniej. Tak, na chłopca stojącego
przy jej ramieniu prababcia spoglądała bez wątpienia matczynym wzrokiem.
Maluch na jej kolanach przytulony był do jej piersi, a jedna z dziewczynek, która mogła mieć osiem, może dziewięć lat, patrzyła na nią
wielkimi pełnymi uwielbienia oczami.
Czy to mogły być rodzone dzieci Zofii? A jeśli tak, dlaczego nigdy nie
opowiadano o nich Lizzie? Zdziwiona wytarła ręce w dżinsy i ruszyła na
dół.
- Mamo?! - zawołała, schodząc wąskimi schodami. - Dlaczego nigdy mi nie
powiedziałaś, że prababcia miała inne dzieci, nie tylko babcię Magdę?
Rozdział 2
2
WARSZAWA, WRZESIEŃ 1942
Zofia poszła włożyć teczkę do szafki z dokumentami i powoli zaczynała
się cieszyć, że tydzień pracy dobiega końca. Pochyliła się. Głośno
zaburczało jej w brzuchu, zawstydzona rozejrzała się dookoła,
sprawdzając, czy ktoś to usłyszał. W przeciwległym zakątku dużego biura
dwóch kolegów wściekle pisało na maszynach, a Alina - siedząca z Zofią
biurko w biurko - spojrzała na nią i uśmiechnęła się.
- Zgłodniałaś? - zapytała, mrugając porozumiewawczo.
Zofia przewróciła oczami.
- Nic nowego.
Podczas przerwy obiadowej zjadła tylko kanapkę z margaryną i już nie
mogła się doczekać domowych gołąbków z mieloną wieprzowiną, grzybami i cebulą. Jednak ostatnio mama Zofii zaczęła dodawać do farszu więcej
warzyw, bo mięso strasznie podrożało. Ojciec był kaletnikiem, miał mały
warsztat, gdzie produkował wyroby skórzane - paski, torby, portfele,
walizki. Spędzał w pracy mnóstwo czasu, dawał z siebie wszystko, by
utrzymać rodzinę, jednak wojna i okupacja w oczywisty sposób odciskały
piętno także na interesach drobnych przedsiębiorców. Rodzina Zofii i tak
radziła sobie całkiem nieźle, wielu innym ludziom wiodło się gorzej, ale
jej młodsza siostra Zuzanna urodziła się ze słabym sercem i kłopoty
zdrowotne z tym związane wciąż powracały. Niekiedy brakowało jej tchu,
bywała bardzo blada i zbyt słaba, by wstać z łóżka. Wydatki na doktora i leki bardzo obciążały budżet rodziny. Nie dawało się już związać końca z końcem, bazując tylko na dochodach ojca. Zofia w Wydziale Opieki
Społecznej i Zdrowia Publicznego oczywiście nie zarabiała wielkich
pieniędzy, ale był to dochód stały i pewny. Dlatego co rano szła do
pracy z dumą i przyjemnością.
Kiedy skończyła sortować dokumenty, znów usiadła za biurkiem i próbowała
się skupić na aktach leżących przed nią, a nie na burczeniu w brzuchu. W pomieszczeniu rozległ się stukot maszyny do pisania trzeciej kobiety, z którą Zofia i Alina dzieliły biuro. Elżbieta była niby miła, ale raczej
sztywna i zasadnicza, nie wchodziła w przyjacielskie relacje,
zachowywała dystans.
Siedząca obok Zofii Alina zapaliła papierosa. Twierdziła, że pali, by
zachować smukłą sylwetkę, ale było to wręcz zabawne tłumaczenie, biorąc
pod uwagę, że z natury była drobna i szczuplutka. Zofia miała inną
teorię, jej zdaniem dużo bardziej prawdopodobną - koleżanka paliła, żeby
ograniczyć apetyt, bo teraz niedobory jedzenia dawały się coraz bardziej
we znaki. Z tego powodu Zofia też próbowała zacząć palić, ale nic z tego
nie wyszło - smak i zapach papierosów ją odrzucały.
- Jeszcze tylko pół godziny, dziewczyny! - zaszczebiotała Alina. - Może
potem...
Przerwały jej czyjeś krzyki i trzaśnięcie drzwiami na korytarzu. Zofia
podniosła wzrok znad biurka. To pewnie pan Wójcik, kierownik wydziału,
który miał gabinet po drugiej stronie korytarza. Znów podniesione głosy
i coś jakby odgłos krzesła ciągniętego przez kogoś po podłodze.
Alina uchyliła drzwi i wyjrzała na zewnątrz.
- To oni - powiedziała cicho. - Te przeklęte Szwaby.
Elżbieta odchrząknęła głośno, ale nic nie powiedziała. Z zewnątrz
słychać było tupot butów i rozkazy wydawane szczekliwym tonem.
- Alino - szepnęła Zofia. - Odsuń się od drzwi, bo cię zobaczą!
Poglądy Aliny na temat niemieckich okupantów były powszechnie znane i Zofia nieustannie martwiła się, że któregoś dnia koleżanka powie zbyt
głośno o słowo za dużo. Niemcy byli bardzo przewrażliwieni na swoim
punkcie i z byle powodu wpadali we wściekłość. Wymierzali surowe kary
czasem ot tak, dla kaprysu, bo mogli. Trzeba się było cieszyć, jeśli
kończyło się tylko na grzywnie czy konfiskacie kartek żywnościowych.
Kilka tygodni temu Zofia przez przypadek otworzyła teczkę z aktami
sprawy, którą prowadziła Alina. Niemal natychmiast zauważyła swój błąd,
ale coś przykuło jej uwagę i zaczęła przeglądać dokumenty. Dotyczyły
rodziny Abramowiczów, małżeństwa żydowskiego mieszkającego w getcie.
Zofia ze zdziwieniem odnalazła pewną istotną nieprawidłowość. Z aktów
urodzenia wynikało, że para miała troje dzieci - ośmioletniego Aarona,
sześcioletnią Esterę i młodszą o rok Friedę. Natomiast w innych
dokumentach, przygotowanych przez Alinę, była jeszcze wzmianka o czwartym dziecku - trzyletnim Jonatanie - co oznaczało, że rodzina
Abramowiczów zyskała prawo do wyższego zasiłku.
Zofia pospiesznie odłożyła akta na miejsce, bo Alina właśnie wróciła do
biura. Jednak od tego momentu dość regularnie zaglądała do innych spraw
koleżanki i znajdowała podobne poprawki w statystykach: odmładzanie
dzieci o rok lub dwa lata, dodawanie lat ludziom starszym, zaniżanie
rzeczywistej powierzchni mieszkalnej... W efekcie rodziny żydowskie
kwalifikowano do otrzymywania wyższych świadczeń. Cała ta sytuacja
sprawiła, że Zofia poczuła się niekomfortowo. Naprawdę lubiła Alinę,
były bardziej przyjaciółkami niż koleżankami z pracy. Regularnie się
spotykały. W chłodniejsze miesiące roku odwiedzały się wieczorami w domach, a wiosną i latem wybierały się na spacery, urządzały pikniki.
Alina pochodziła z dużej, zżytej rodziny, miała siostrę i trzech braci.
Rodzeństwo uwielbiało się wygłupiać, robili sobie różne psikusy. Zofia
darzyła ich wszystkich dużą sympatią.
Dlatego nie miała najmniejszego zamiaru dzielić się podejrzeniami z kimkolwiek, a już na pewno nie z kierownikiem wydziału, panem Wójcikiem.
Miałaby poczucie, że dopuszcza się zdrady. Ale podobnie mocno, jak
nienawidziła niemieckiej okupacji, zaczęła się teraz martwić, że
przyjaciółka mogłaby wpaść w poważne kłopoty, gdyby jej poprawki zostały
kiedykolwiek odkryte. Zofia uznała, że najlepiej będzie siedzieć cicho
jak mysz pod miotłą i poczekać, aż ta przeklęta wojna się skończy.
Z korytarza nagle dotarło echo szybkich, zdecydowanych kroków i Alina
pobiegła z powrotem do biurka. Drzwi się otworzyły i wszedł pan Wójcik,
dysząc i sapiąc. Był wielkim, tęgim mężczyzną. Pewnie skądś bierze
dodatkowe kartki na mięso, pomyślała Zofia.
Elżbieta przestała pisać na maszynie, trzy kobiety spojrzały na szefa
wyczekująco.
- Drogie panie - powiedział, a z jego piersi wydobył się głośny świst. -
Mam pewne wieści. Właśnie odwiedził mnie adiutant generalnego
gubernatora.
Alina parsknęła śmiechem.
- Będę zobowiązany, jeśli zachowa pani swoje opinie dla siebie, panno
Dmowska - skarcił ją Wójcik. - Od dzisiaj, zgodnie z nowymi przepisami,
nasz wydział nie będzie już udzielał pomocy Żydom. Ze skutkiem
natychmiastowym.
- Ale... - zaczęła Alina, wstając. - Ale oni nas potrzebują! Był pan
kiedykolwiek w getcie, zwłaszcza ostatnio? Warunki są okropne. Wielu
ludzi jest chorych, a ci, którzy nie chorują, głodują. Nie można tak po
prostu...
- Wystarczy, panno Dmowska! - przerwał Wójcik podniesionym głosem. -
Proszę siadać! Jeszcze nie skończyłem.
Alina stała jeszcze przez kilka sekund, nie mogąc opanować drżenia, ale
w końcu usiadła. Zacisnęła mocno usta, a jej twarz przybrała wyraz,
którego Zofia nie potrafiła zinterpretować.
- Odtąd z jadłodajni mogą korzystać wyłącznie obywatele polscy. Zakłady
zbiorowego żywienia w obrębie murów dzielnicy żydowskiej zostaną
zamknięte - kontynuował Wójcik. - Zlikwiduje się emerytury i świadczenia, w tym zasiłek mieszkaniowy i na małe dzieci. Nadzór
epidemiologiczny powinien być jednak prowadzony bez zmian - skrzywił
się. - Biorąc pod uwagę zachorowalność na tyfus wśród Żydów, decyzję o odizolowaniu dzielnicy chyba należy uznać za słuszną.
Zofia słyszała już bardzo wiele "rozsądnych" uzasadnień zamknięcia getta
przez hitlerowców: głównie mówiono o zapobieganiu roznoszeniu przez
Żydów tyfusu i innych chorób. Przygryzła dolną wargę, by zatamować
przypływ smutku. Nigdy nie była w getcie, ale o fatalnych warunkach
słyszała od Aliny. Trudno się dziwić, że w takich okolicznościach, przy
braku możliwości utrzymywania higieny, szerzyły się tam choroby.
- Żeby było jasne - stwierdził z naciskiem Wójcik. - Koniec z pomaganiem
Żydom.
- Już się boję i lecę słuchać Szkopów - wymamrotała Alina pod nosem, ale
niewystarczająco cicho.
Wójcik zrobił kilka kroków w jej stronę i pochylił się nad biurkiem,
nerwowo poruszając wąsami.
- Stąpasz po kruchym lodzie, młoda damo! - warknął. - Jeśli chcesz
złożyć wypowiedzenie, czekam w gabinecie.
Oczy Aliny rozbłysły i przez niepokojąco długą chwilę Zofia obawiała
się, że zaraz usłyszy z ust przyjaciółki coś, co przypieczętuje jej
natychmiastowe zwolnienie dyscyplinarne. Jednak w końcu Alina tylko
przełknęła ślinę i wściekle zgniotła papierosa w popielniczce.
Godzinę później szły obie, prowadząc rowery, ulicą Karolkową. Chodniki
były pełne ludzi spieszących do domów, zmęczonych po całym dniu pracy.
Nad miastem wisiało ponure, ciemnoszare niebo. Dokuczliwie chłodny wiatr
wiał im w plecy. Był początek września, ale nic nie zapowiadało
nadejścia złotej polskiej jesieni. Ciągle tylko chmury i deszcz. Lato
wydawało się bardzo odległym wspomnieniem, a zima dopiero miała nadejść.
Mimo wszystko dobrze było wreszcie wyjść z dusznego biura.
Alina zapaliła papierosa.
- Wiesz - powiedziała, wypuszczając cienką strużkę niebieskiego dymu. -
Musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie podejść i nie uderzyć go w twarz.
- Kogo, Wójcika?
Przyjaciółka zacisnęła dłoń w pięść i dźgnęła powietrze przed sobą.
- Właśnie tak. Prosto w nos!
Ten ruch wyglądał komicznie, Zofia musiała się uśmiechnąć.
Alina westchnęła i znów ruszyły przed siebie.
- Wiem, to by nic nie dało - stwierdziła. - Chociaż w pełni na to
zasłużył.
- Naprawdę myślisz, że go to nic nie obchodzi? - zapytała Zofia. -
Wiesz, on pracuje w opiece społecznej od tak dawna, że chyba musi czuć
jakąś misję pomagania potrzebującym.
- Nie byłabym taka pewna - powiedziała Alina. - Jemu chyba całkiem
pasuje koncepcja traktowania Żydów jako podludzi. Jasne, człowiekowi w potrzebie oddałby własną koszulę. Ale tylko pod warunkiem, że ten
człowiek byłby Aryjczykiem.
Zofia wróciła myślami do wypowiedzi Wójcika na temat Żydów roznoszących
tyfus. Nie on jeden w mieście był nieprzychylny polskim Żydom. Wielu
sąsiadów Zofii nie zadało sobie trudu, by ukryć radość, gdy Żydów
wypędzano z ich domów do getta, zwłaszcza że można było przejąć
pozostawione przez nich duże mieszkania, niektóre w pełni umeblowane.
Natomiast ojciec Zofii dwa lata temu odrzucił ofertę zakupu po zaniżonej
cenie przedsiębiorstwa żydowskiego konkurenta, gdy weszły w życie nowe
przepisy zabraniające Żydom prowadzenia działalności gospodarczej. Inni
nie byli tak empatyczni i teraz jej ojca nie tylko wykańczały niskie
ceny narzucane przez konkurencję, ale też coraz bardziej zacięta walka o zdobycie skór potrzebnych do produkcji. Więc tym bardziej Zofia była
wdzięczna losowi, że mogła pomagać w utrzymaniu rodziny. To ona wpadła
na pomysł, by po ukończeniu szkoły kształcić się na pracownika
socjalnego. Rodzice chcieli, by znalazła męża, założyła rodzinę i się
ustatkowała. Ale wybuchła wojna, zachodnia część kraju dostała się pod
okupację niemiecką, a wschodnią zajęli Sowieci. Nastały okoliczności
nadzwyczajne. W domu wybuchało wiele kłótni na tle wyboru Zofii, ale ona
odziedziczyła po ojcu dumę - a także upór - i w końcu postawiła na
swoim, pokonując opory rodziców. Tak, wojna zmieniła zasady gry.
Od ponad roku pracowała w Wydziale Opieki i Zdrowia w centrum Warszawy i pokochała tę pracę, mimo że niemieccy okupanci nieustannie wprowadzali
nowe zasady i regulacje, utrudniając działalność wydziału na każdym
kroku. Do jej głównych zadań należało załatwianie dokumentów z urzędu
stanu cywilnego, sprawdzanie, które rodziny potrzebowały pomocy
finansowej i społecznej. Miała zbyt mało doświadczenia, by przydzielano
jej wizyty domowe, ale żywiła nadzieję, że w przyszłym roku to się
zmieni. Praca z ludźmi, a nie papierkowa robota - taki cel jej
przyświecał, gdy postanowiła zostać pracownikiem socjalnym.
Idąca obok niej Alina nieustannie perorowała:
- Najpierw zamknęli szkoły żydowskie i zabronili Żydom korzystać z transportu publicznego. Potem żydowscy prawnicy i lekarze stracili prawo
do wykonywania zawodu - zatrzymała się i spojrzała na Zofię, która też
przystanęła. - Nigdy nie poznałaś Racheli, prawda?
Zofia pokręciła przecząco głową.
- Pracowała w wydziale od lat, wkładając w to całe serce i duszę.
Każdego ranka jako pierwsza przychodziła do biura i wychodziła wieczorem
ostatnia. Ludzie garnęli się do niej, chcieli mieć ją za swoją
opiekunkę, ponieważ przedkładała potrzeby innych nad własne. Była
najmilszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałam. A potem... - przerwała i rzuciła papierosa na ziemię, rozgniatając go butem. - Któregoś ranka nie
pojawiła się w pracy, co było do niej niepodobne, a później powiedziano
nam, że została zwolniona. Bo jest Żydówką.
Zofia zmarszczyła brwi.
- Nie wiedziałam o tym.
- Wójcik przyszedł na jej miejsce. Nie mógł się doczekać, aż zajmie jej
gabinet i będzie mógł przedstawiać jej osiągnięcia jako swoje.
- Co się z nią stało?
Alina wzruszyła ramionami, jej oczy posmutniały, a potem pojawiły się w nich gorycz i żal.
- Chyba musiała przenieść się do getta, jak cała reszta. Próbowałam ją
odszukać, ale ślad po niej zaginął.
- Przykro mi - powiedziała cicho Zofia. Nie miała pojęcia, co jeszcze
może dodać.
- A wiesz, że zmuszają Żydów do pracy za grosze w polskich fabrykach?
- Tak, słyszałam.
Zofia wiedziała o tym, bo konkurenci jej ojca zatrudniali mężczyzn i kobiety z getta.
- Nie chcę mieć nic wspólnego z niewolniczą pracą - powiedział kiedyś z goryczą, gdy ktoś zasugerował, że jest to całkiem niezły interes.
- Urządzają w getcie łapanki - mówiła Alina. - Na chybił trafił
zgarniają ich z ulic. W zeszłym roku dla zabawy wyłapali Żydówki, które
ich zdaniem wyglądały zbyt elegancko, bo miały na ustach szminkę i nosiły ładne ubrania. Tygodniami kazali im zbierać ziemniaki - ze
złością wykrzywiła usta.
Szły dalej w milczeniu. Na rogu ulicy Karolkowej i Leszno grupa mężczyzn
- robotników budowlanych, sądząc po zakurzonych tynkiem ubraniach -
stała i rozmawiała, podając sobie z rąk do rąk butelkę zawierającą
bursztynowy płyn. Na oko krupnik - tanią domową wódkę o smaku miodu.
Mężczyźni cmokali znacząco, gdy Zofia i Alina przechodziły obok nich,
ale obie to zignorowały.
- Urodziłam się tu, w Warszawie - powiedziała w końcu Alina, podejmując
rozmowę. - Ale już od jakiegoś czasu nie czuję się tu jak w domu. To
tak, jakby... Och, nie wiem, jak to opisać. Na przykład ta ulica -
wskazała ręką przed siebie. - Kiedy byłam małą dziewczynką,
przychodziłam tu z mamą na zakupy. Widzisz tę fontannę? Pamiętam
naprawdę gorące lato, mogłam mieć jakieś sześć lat, a mama pozwoliła mi
zdjąć buty, wejść i trochę się pochlapać. Bose nogi w zimnej wodzie, ale
było fajnie! A tam - wskazała piekarnię po drugiej stronie ulicy -
kupowałyśmy pączki z konfiturą truskawkową. Pyszne! - uśmiechnęła się na
to wspomnienie. Potem jej twarz znów pociemniała. - Ta ulica zawsze
wiązała się z wesołymi wspomnieniami. Ale teraz, gdy wiem, że prowadzi
prosto do getta... Płakać mi się chce!
Zamrugała, próbując przegonić łzy wściekłej bezsilności. Zofia
wiedziała, że Alina jest energiczną, pełną pasji kobietą, gotową
przeciwstawić się każdej niesprawiedliwości na swojej drodze, ale ten
poziom rozdrażnienia przyjaciółki był czymś nowym. Czymś, przez co Zofia
poczuła spory dyskomfort. Próbowała otrząsnąć się z tego stanu. Przecież
nic nie mogła na to wszystko poradzić, prawda? Niemcy przejęli władzę,
robili, co chcieli, i jeśli postanowili uniemożliwić ośrodkom opieki
społecznej pomaganie Żydom, Zofia była bezsilna. Pamiętała, kiedy po raz
pierwszy zetknęła się twarzą w twarz z nazistowską brutalnością. To był
jej drugi tydzień w wydziale. Grupa mundurowych wtargnęła do biura bez
uprzedzenia, wydzierając się: "Kontrolle! Kontrolle!". Przewracali meble
i wywalali dokumenty na podłogę. Przez trzy godziny Zofia i jej koledzy
zmuszeni byli stać twarzą do ściany, jak niegrzeczne dzieci karcone w szkole. Jedna z sekretarek zemdlała, a żołnierz zaczekał, aż odzyska
przytomność, po czym uderzył ją mocno w twarz i kazał ponownie stanąć
przy ścianie. To przeżycie wstrząsnęło Zofią do głębi.
Alina kontynuowała:
- Naziści twierdzą, że zamknięcie Żydów w getcie ma na celu
powstrzymanie rozprzestrzeniania się tyfusu, ale tak naprawdę stworzyli
idealne warunki do rozwoju epidemii. A teraz uniemożliwiają nam
niesienie pomocy tym, którzy najbardziej nas potrzebują. To czyste zło!
Zofia zwolniła kroku i mocniej opatuliła się kołnierzem płaszcza. Jej
przyjaciółka miała rację, to było czyste zło. I Alina przynajmniej
próbowała jakoś mu przeciwdziałać.
- Wiem, że zmieniałaś różne rzeczy w aktach, szczegóły, które działały
na korzyść twoich podopiecznych - powiedziała cicho.
Iskra paniki przemknęła przez twarz Aliny.
- Nikomu nie powiedziałam! - zapewniła ją szybko Zofia. - Nigdy bym na
ciebie nie doniosła. Doskonale rozumiem, dlaczego to robisz. Ale to
jest...
- Co?
- Przecież to strasznie niebezpieczne. Co by było, gdyby ktoś się
dowiedział? Chyba lepiej poczekać, aż wojna się skończy.
- I co wtedy? - w głosie przyjaciółki znów zabrzmiała złość, ale Zofia
wiedziała, że to nie na nią wściekała się Alina, tylko na nieznośnie
trudną sytuację. - Sowieci i Niemcy zafundowali nam kolejny rozbiór. Czy
naprawdę myślisz, że po prostu zwrócą nam nasz kraj, kiedy ta cholerna
wojna wreszcie się skończy, kiedykolwiek to się stanie?
Zofia się zaczerwieniła.
- Tak naprawdę nigdy... Nigdy o tym tak nie myślałam.
- A ja owszem - zakomunikowała Alina. Kilka blond kosmyków wysunęło się
z jej warkoczy i teraz smagały jej twarz na wietrze. - Dlatego
zdecydowaliśmy, że jedynym sposobem na zmianę naszej przyszłości -
zmianę losów Polski - jest walka.
- My?
Alina znów przystanęła. Rozejrzała się wokół i ściszyła głos. Po chwili
wahania powiedziała:
- Ja i Elżbieta.
- Elżbieta? - Zofia prawie się roześmiała. Zasadnicza Elżbieta? Ta,
która nigdy nie przedłużała przerwy obiadowej ani o minutę, która
każdego popołudnia sprzątała biurko przed wyjściem, której szwy pończoch
były zawsze proste jak pod linijkę?
Alina skinęła głową.
- I Szymon z urzędu stanu cywilnego. Akty urodzenia, zgonu i tym
podobne. I inni. Ale te nowe niemieckie przepisy to prawdziwy cios.
Trzeba będzie znaleźć inny sposób na przekierowanie środków dla rodzin
żydowskich - nagle wyciągnęła rękę i chwyciła dłoń Zofii. - Musisz
przysiąc na życie swojej rodziny, że nigdy, przenigdy nikomu tego nie
powtórzysz.
- Nigdy bym nie powtórzyła, ja... - Zofia przełknęła ślinę. - Będę
milczała jak grób.
Minął je młody mężczyzna na rowerze, jego płaszcz łopotał na wietrze.
Zofia patrzyła, jak znikał za rogiem, w kierunku wejścia do getta od
ulicy Chłodnej. Zastanawiała się, ile z tego, co słyszało się na mieście
o getcie, było prawdą. Początkowo nikt za bardzo nie wiedział, jak wielu
Żydów tam przeniesiono. Większość ludzi, w tym Zofia, nie miała pojęcia,
co się dzieje w środku. Od zawsze było wiadomo, że społeczność żydowska
trzyma się razem, wspiera się wzajemnie, no to może teraz po prostu będą
mieli blisko do własnych szpitali, szkół i synagog. Od czasu, gdy getto
zostało odgrodzone murem, w tak naiwny i głupi sposób nie myślał już
chyba nikt. Zaczęły krążyć straszne pogłoski o opłakanych warunkach
życia, bezwzględnych i niczym nieuzasadnionych pobiciach i aresztowaniach przez niemieckich żołnierzy, o wyłapywaniu z ulicy
młodych Żydów do pracy przymusowej.
Zofia chyba po prostu nie chciała w to wszystko uwierzyć. Wypierała
myśl, że istoty ludzkie są zdolne do takich okrucieństw. Poza tym plotek
i pogłosek zawsze jest więcej w takich czasach jak teraz - w okolicznościach, w których oficjalny obieg wiadomości kompletnie
wypaczała cenzura. Pocieszała się też, że tak czy inaczej nie jest
bezczynna, bo robi dobrą robotę w Wydziale Opieki i Zdrowia. Ale w głębi
duszy wiedziała, że oszukuje samą siebie. Pięć lat temu ukończyła szkołę
z doskonałymi ocenami, gotowa coś zmienić, ba, gotowa naprawiać świat!
Pięć lat to przecież niewiele, a jednak wydawało się, że minęło pół
wieku. Wtedy Hitlera uważano za paskudnego, ale raczej niegroźnego
człowieczka, który bardziej mógł obszczekać, niż ugryźć, Austria nadal
była suwerennym państwem, a Niemcy i Sowieci nie podzielili jeszcze
Polski między siebie.
A potem nagle wszystko się rozpadło. Bombardowania w pierwszych dniach
wojny, długie noce spędzone w zimnych i wilgotnych schronach, nędzne
racje żywnościowe, rąbanie mebli na opał. Ale to wszystko było niczym w porównaniu z tym, przez co przechodzili Żydzi, pomyślała teraz. Alina
miała rację. Gdyby wszyscy uczciwi ludzie siedzieli cicho, powiedzieli
sobie "Niech będzie, co ma być", ograniczyli się jedynie do modlitwy i nadziei na lepsze czasy, to jaka byłaby szansa, że cokolwiek się zmieni?
Żadna. Większość Polaków była wierząca. Czy Jezus nie nauczał, że należy
bronić i wspierać uciskanych, wykluczonych, chorych i biednych?
Sprzeciwiał się przecież wszelkim formom niesprawiedliwości.
Spojrzała na Alinę.
- Chcę pomóc - wypaliła, zaskakując samą siebie.
Przyjaciółka zrobiła oczy jak pięć złotych.
- Zosiu, ja... Ja nie oczekuję, że...
- Zdecydowałam. Chcę pomagać. Masz rację, we wszystkim masz rację.
Wypowiedzenie tych słów na głos z jednej strony odebrało jej dech, a z drugiej - przyniosło poczucie wyzwolenia.
- Moim obowiązkiem jako Polki i chrześcijanki jest pomagać, jak tylko
mogę.
Alina znów ujęła jej dłonie.
- Wiem, że chcesz dobrze, Zosiu, ale to, co robimy, jest niezwykle
niebezpieczne.
- Jestem skłonna podjąć to ryzyko.
Alina wzięła głęboki oddech.
- Ale tu nie chodzi o mandat czy nawet więzienie. Słyszałaś o Ani
Kowalskiej? Może czytałaś o niej w gazecie?
Zofia pokiwała głową w milczeniu. Nie tylko znała to nazwisko, Ania i ona należały do tej samej parafii, widywały się w kościele Świętego
Kazimierza.
- No tak, wiem, w zeszłym tygodniu została stracona - szepnęła Zofia. -
Skazano ją za sabotaż, za wysadzanie linii kolejowej pod Łodzią. Nie
mogłam w to uwierzyć, gdy się dowiedziałam. Zawsze była taka... Taka miła
i delikatna - głos Zofii drżał.
- No i słusznie, że nie mogłaś w to uwierzyć. Bo to nie była prawda.
Cały proces był sfingowany, same wymysły - Alina przełknęła ślinę. -
Ania należała do naszej grupy. Szwaby ją nakryły na szmuglowaniu do
getta ampułek ze szczepionką Weigla. Chciała zaszczepić dzieci przeciw
tyfusowi.
Zofia wydała z siebie cichy jęk, po czym pospiesznie zrobiła znak krzyża
i wyszeptała krótką modlitwę.
- Powieszono ją, bo próbowała ratować życie dzieci - powiedziała Alina
ochrypłym głosem. Była bliska płaczu.
Zofia poczuła, że jej dotychczasowy zapał zaczyna słabnąć. Powieszona za
ratowanie cudzego życia? Czy Zofię stać na takie bohaterstwo?
- Co jeszcze robi wasza grupa? - zapytała, wbijając paznokcie w dłonie,
czym chciała powstrzymać nagłą chęć wycofania się z pochopnych
deklaracji.
- Załatwiamy fałszywe dokumenty, pomagamy w zmianie tożsamości Żydom,
którym udało się wydostać z getta. Poza tym dostarczamy żywność i leki
osobom uwięzionym za murami. To ważna praca - powiedziała z pasją. -
Ważna i dobra.
Zamilkła na chwilę, obok przejechał wóz konny, słychać było pisk
nienaoliwionych kół i głośny stukot końskich kopyt na bruku.
- Posłuchaj - pochyliła się do przodu konspiracyjnie. - Jeśli mówisz
poważnie, mogę cię przedstawić kilku osobom. Każda pomoc jest na wagę
złota.
- Rozumiem - powiedziała Zofia, czując ucisk w żołądku, jakby jechała na
karuzeli w wesołym miasteczku. Wzięła łapczywy oddech. - Wchodzę w to.
Chcę pomóc.
Alina przystanęła na chwilę i odwróciła wzrok, pocierając dłonią o dłoń,
żeby się rozgrzać. Zofia zastanawiała się, czy w głowie przyjaciółki nie
pojawiła się obawa, że ujawniła zbyt wiele.
Po przeciwnej stronie ulicy kilku uczniów kopało puszkę. Pokrzykiwali
triumfalnie, gdy tylko udało im się trafić w jedną z ulicznych latarni
gazowych.
- Nigdy bym cię nie zdradziła - zapewniła w końcu Zofia, aby przerwać
niezręczną ciszę. - Proszę, zaufaj mi.
Alina spojrzała jej prosto w oczy.
- Ufam - powiedziała poważnie. Potem jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu. - Tak, ufam ci.
Zofia odetchnęła z ulgą i gestem wskazała chodnik przed nimi na znak, że
czas wracać do domu. Kiedy dotarły na plac Bankowy, pożegnały się
krótkim uściskiem.
- Musisz się z tym przespać - stwierdziła Alina. - To, co robimy, jest
bardzo niebezpieczne i naprawdę powinnaś podjąć decyzję nie pod wpływem
emocji, ale na chłodno. Zastanów się dobrze i daj mi znać w poniedziałek. Jeśli zmienisz zdanie, nie będę mieć do ciebie cienia
pretensji.
Zofia potrząsnęła głową.
- Chcę pomóc. Jestem tego absolutnie pewna.
Alina uśmiechnęła się do niej szeroko i poszła w swoją stronę. Zofia
odprowadziła ją wzrokiem, patrzyła, jak przyjaciółka skręca w ulicę
prowadzącą do jej domu. Poczuła dziwne połączenie podniecenia i strachu.
W coś ty się wpakowała, dziewczyno?
Rozdział 3
3
SEATTLE, DZISIAJ
Na zewnątrz rozległ się nagły hałas - coś jakby przepełnione żalem wycie
jakiegoś nocnego zwierzęcia - i Lizzie się ocknęła. Podniosła głowę znad
komputera i wtedy poczuła ból w zesztywniałych ramionach. Niezgrabnie
próbowała to rozruszać. Potem sprawdziła godzinę na telefonie - pięć
minut po północy. Za późno, żeby zadzwonić do Alexa, a poza tym nie
miała mu nic do powiedzenia. Wysłała wcześniej wiadomość, ale nie
odpowiedział. Najwyraźniej też nie miał nic do powiedzenia. Przetarła
oczy, próbując odgonić przykre myśli, że chyba stracili już siłę i ochotę na pocieszanie się nawzajem.
Przez okno na poddaszu Lizzie spojrzała na czarne, nocne niebo usiane
gwiazdami. Wyprostowała ręce i przeciągnęła się, aż coś jej strzeliło w kościach. Naprawdę powinnam znowu zacząć ćwiczyć jogę, pomyślała, a potem, z pewnymi wyrzutami sumienia, uświadomiła sobie, że przez cały
dzień nie myślała o poronieniu. Czy to dobrze? Czy powinna się z tego
cieszyć? Wstała, by rozprostować nogi, i przeszła przez pokój do okna,
zauważając swoje odbicie w szybie. Wyglądała na przestraszoną, jej
przetłuszczone włosy opadały bezładnie na ramiona. I dopiero gdy
potwornie zaburczało jej w brzuchu, uświadomiła sobie, że od dawna nic
nie jadła. Ostatnio coś tam na lunch.
Wieczorem matka bezskutecznie wołała Lizzie kilka razy i na pewno już
trochę się o nią martwiła. Lizzie przesiadywała na strychu godzinami,
pochłonięta badaniem przeszłości prababci. Mama nie była w stanie
powiedzieć nic konkretnego na temat tajemniczych starych zdjęć.
Wiedziała tylko, że prababcia Zofia była w jakiś sposób zaangażowana w działalność polskiego ruchu oporu podczas wojny, ale stwierdziła, że nie
lubiła o tym rozmawiać.
- Myślę, że to były bardzo trudne czasy - powiedziała matka wcześniej,
podczas lunchu. - Twoja prababcia nie chciała rozdrapywać starych ran.
Pewnie obawiała się, że to nie przyniesie nic dobrego. I wiesz -
położyła dłoń na ręce Lizzie - może miała ważne powody, by zostawić
przeszłość w przeszłości.
Lizzie wydała jakiś neutralny znaczeniowo dźwięk i pozwoliła matce
zmienić temat. Ale gdy opowiedziała już wszystko o zbliżających się
obchodach 4 lipca, podczas których całą okolicę ogarnie
czerwono-biało-niebieskie szaleństwo grillowania i fajerwerków, Lizzie
poczuła, że ciekawość nie odpuszcza i wierci jej dziurę w brzuchu. Nie
było innego wyjścia - skoro swędzi, to trzeba podrapać. Zatem zaraz po
lunchu wróciła na strych i wznowiła poszukiwania. Przeszłość odgrywała
teraz dla niej rolę odskoczni od całego smutku, jaki odczuwała w teraźniejszości.
Zaczęła od prostego wyszukiwania w internecie informacji o Polsce
podczas drugiej wojny światowej, a następnie konkretnie o Warszawie,
rodzinnym mieście prababci. W pierwszej kolejności wyskakiwały linki
dotyczące zniszczenia stolicy pod koniec wojny i te na temat getta.
Lizzie przescrollowała wiele niepokojących zdjęć: biedni ludzie w różnym
wieku odziani w łachmany, wychudzone dzieci żebrzące na chodnikach,
ludzie sprzedający resztki dobytku na prowizorycznych targowiskach...
Zacisnęła powieki i zamknęła kolejną zakładkę. Czytanie o okropnościach,
krzywdach, jakie naziści wyrządzili Żydom, i oglądanie zdjęć prawdziwych
ofiar zawsze ją rozstrajało i wykańczało psychicznie.
Na chwilę zamknęła oczy, żeby te obrazy rozproszyły się i zniknęły.
Następnie wpisała w wyszukiwarkę "polski ruch oporu IIWŚ" i przeczytała
kilka artykułów o Armii Krajowej, Gwardii i Armii Ludowej oraz Polskiej
Partii Socjalistycznej - silnych organizacjach z rozbudowanymi
strukturami. Walczyły zbrojnie z okupantem, ale też pomogły tysiącom
polskich Żydów, którzy po ucieczce z getta ukrywali się po aryjskiej
stronie. Ruch oporu dawał im żywność, opiekę medyczną, pieniądze i fałszywe tożsamości. Lektura była fascynująca, ale nie przyniosła
informacji na temat zaangażowania prababci, więc Lizzie wpisała: "Zofia
Szczęsna". Po chwili westchnęła rozczarowana, bo poszukiwania nie
przyniosły żadnych rezultatów.
Musiała je jakoś zawęzić. Pomyślała o zdjęciu Zofii z dziećmi, wpisała
"polski ruch oporu + dzieci" i natrafiła na informacje o organizacji
prowadzonej przez Irenę Sendlerową. Ta kobieta w czasie wojny była jedną
z najbardziej znanych działaczek społecznych. Lizzie kliknęła w inny
link i znów na nią trafiła: Irena Sendlerowa, uznana przez instytut Yad
Vashem za jedną ze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata za uratowanie
życia niezliczonym żydowskim dzieciom. Sendlerowa przemycała dzieci z getta, po czym umieszczała je w rodzinach zastępczych i klasztorach,
wiele z nich w Domu Dziecka Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny
Maryi w Warszawie.
Lizzie piekły już oczy ze zmęczenia. Może na tę noc wystarczy. Już miała
wyłączyć laptopa, gdy nagle zmieniła zdanie i szybko wstukała w Google'a: "zdjęcia Ireny Sendlerowej". Nie znalazła zbyt wielu
fotografii - większość przedstawiała starszą siwowłosą panią o przyjaznej okrągłej twarzy. Ale Lizzie wytrwale przewijała dalej i jej
wzrok wreszcie padł na stare czarno-białe zdjęcie. Przyjrzała się bliżej
i wciągnęła powietrze zaskoczona. Czy to możliwe?
Przewertowała stosy papierów i notatek leżących przed nią na małym
biurku, znalazła drugą fotografię, tę przedstawiającą jej prababcię i grupę kobiet. Przyłożyła zdjęcie do ekranu... I tak, to była ta sama
kobieta! Zatem jej prababcia rzeczywiście znała ważną przywódczynię
ruchu oporu. Lizzie wróciła myślami do tego, co powiedziała jej matka
podczas lunchu, że Zofia nie lubiła rozmawiać o przeżyciach z czasów
wojny. Ale dlaczego? Z pewnością ci bojownicy ruchu oporu byli nadludzko
odważni. Lizzie nie mogła sobie wyobrazić ogromu strachu i niebezpieczeństwa, z którymi ci ludzie musieli się mierzyć każdego dnia.
Dlaczego więc nie być z tego dumną? Po co trzymać to w tajemnicy przed
własną rodziną?
Lizzie przetarła oczy i wyłączyła komputer. Może powinna posłuchać rady
matki i zostawić przeszłość w przeszłości. Ale jednocześnie czuła, jak
narasta w niej ciekawość. Poza tym dobrze było dla odmiany nie skupiać
się na sobie. Zapadła natychmiastowa i ostateczna decyzja: Lizzie spędzi
lato, zbierając informacje o prababci.
Rozdział 4
4
WARSZAWA, WRZESIEŃ 1942
- Wyglądasz okropnie, kochanie. Kolejna nieprzespana noc?
Matka Zofii nałożyła do miski porcję wodnistej kaszy manny. Zofia
spojrzała na paciaję z niechęcią.
- Nie jestem głodna, mamo.
Matka wyprostowała się i cmoknęła z lekką irytacją.
- Nie wydziwiaj. Musisz jeść. Też wolałabym podać ci coś bardziej
pożywnego. Ale wczoraj u rzeźnika znów zabrakło wieprzowiny, a już
świeże jajka to nie wiem kiedy zobaczę!
Westchnęła głośno i przeżegnała się.
Naprzeciwko Zofii, przy kuchennym stole, jej ojciec Ludwik czytał
gazetę, a u jego boku siedziała młodsza siostra Zuzanna. Tego ranka była
bardzo blada, chociaż zajadała kaszę mannę z apetytem niepasującym do
jej drobnej budowy.
Właśnie skończyła piętnaście lat, ale wyglądała bardziej na
dwunastolatkę.
- Izabelo - powiedział Ludwik, nie podnosząc wzroku znad gazety. -
Przestań się martwić. Grunt, że mamy co jeść i nic się nam nie stanie,
jeśli przez jakiś czas będziemy jeść więcej warzyw, a mniej mięsa.
- Czy jest jeszcze kawa? - zapytała Zofia. Czuła się potwornie zmęczona.
Mało spała przez ostatnie dwie noce, wciąż odtwarzając w myślach
rozmowę, którą odbyła z Aliną. Co ją podkusiło, żeby zadeklarować chęć
pomocy? Hitlerowcy bezlitośnie i brutalnie tłumili wszelkie formy oporu,
więc gdyby się zaangażowała i ją złapali, ryzykowałaby życie nie tylko
własne, ale także rodziny. W najlepszym przypadku firma jej ojca
zostałaby zamknięta i nie byłoby ich stać na leczenie Zuzanny. W najgorszym... Zofia przygryzła wargę. Wolała o tym nie myśleć.
- Tylko erzac, kawa z cykorii - oznajmił ojciec, krzywiąc się. - To jest
tak gorzkie, że trzeba dodać pięć łyżeczek cukru, żeby nadawało się do
picia. Ale twoja mama nie pozwala mi tak słodzić.
- No jasne, daj znać, jak ci spadną z nieba kartki na cukier -
odpowiedziała ostro mama Zofii. - Wtedy będziesz mógł sypać te swoje
pięć łyżeczek.
Ludwik parsknął cicho.
- Proszę, nie kłóćcie się - powiedziała Zuzanna, patrząc to na matkę, to
na ojca.
Izabela zaśmiała się dobrotliwie.
- Nie kłócimy się, prawda, kochanie? - pochyliła się do przodu i pocałowała męża w czubek głowy, po czym Ludwik chwycił żonę w talii i przyciągnął na kolana.
- Kłócić się? Z tą piękną kobietą? - zapytał. - Nigdy!
Izabela pisnęła, gdy połaskotał ją w bok, a Zuzanna zaczęła chichotać.
- Teraz ja, tato! - poprosiła, delikatnie odsuwając matkę i siadając na
kolanach ojca.
Była dzieckiem niespodzianką, urodzonym, gdy Ludwik i Izabela mieli już
około czterdziestki, a Zofia osiem lat. Wszyscy ją uwielbiali, nazywano
ją Żabką, bo jak była malutka, to tak śmiesznie ruszała nóżkami. Wadę
serca zdiagnozowano, gdy miała niespełna rok. Rodzice poszli z nią do
lekarza, zaniepokojeni, że nie przybiera na wadze i wolno rośnie.
Doktorzy orzekli, że Zuzanna nie przeżyje więcej niż dziesięć lat, ale
teraz miała już piętnaście. Zofia podejrzewała, że zapalczywy, zadziorny
charakterek siostry i skłonność do psot wpływały na to, że nie poddawała
się chorobie. Nadal jednak musiała regularnie się badać, a leczenie
serca było kosztowne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki