Córki słońca i księżyca - Lisa See

Kup ebooka

59.99 zł
49.79 zł (59,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

YUT HO (DOVE)

Urodziła się dziewczynka zwrócona twarzą na zewnątrz

Od 1 do 28 dnia czwartego miesiąca księżycowego w dziewiątym roku panowania cesarza Tung Chee(1-28 maja 1870)

W dniu, w którym Yut Ho kończy siedemnaście lat, mieszkanie jej rodziny w Mieście Ryżu - Kwangchow, które obcokrajowcy nazwali Kantonem, odwiedza swatka.

- Ożeń się z kurą, a pójdziesz za kurą; ożeń się z psem, a pójdziesz za psem - recytuje. - Bambusowe drzwi należy łączyć z bambusowymi; drzwi drewniane z drewnianymi. - Milknie, by dziewczyna i jej rodzice przyswoili sobie znaczenie tych porzekadeł, po czym kieruje na ojca surowe spojrzenie. - Cera pańskiej córki jest blada jak skórka białej brzoskwini. Jej włosy są czarne jak pióra kruka. Jej stopy to idealne złote lilie, a z haftowanych wzorów na pantoflach wnioskuję, że odebrała staranne wychowanie w sztukach niewieścich. Słyszałam też od sąsiadów, że posiada Cztery Cnoty: posłuszeństwo, skromność, powściągliwość i uległość. - Swatka znów milknie, by pochwały zmiękczyły serca rodziców. - Przypomina mi jedną z Czterech Wielkich Piękności - dodaje po chwili. - O każdej z nich powiadano, że jej wyjątkowa uroda mogła doprowadzić do upadku miast i całych królestw.

Ojciec, w końcu zainteresowany, unosi brwi.

- Ma na imię Yut Ho, ale nazywamy ją Gołąbkiem.

- Ach. - Swatka gładzi się po brodzie. - Niech zgadnę. Natchnęła was wielka piękność Wang Chao-chun, tak olśniewająca, że ptaki na jej widok zapominały machać skrzydłami i spadały z nieba. Nadzwyczaj subtelne, by nazwać córkę imieniem jednego z ptaków zamiast samą Chao-chun. To imię może przecież oznaczać "Tę, Przez Którą Spadają Gęsi", "Tę, Przez Którą Spadają Ptaki" albo...

- "Tę, Która Wabi Ptaki Do Upadku" - kończy ojciec.

- Każda z tych wersji brzmi zbyt ponuro jak na taką urodę - stwierdza swatka. - Liczne opowieści i tradycje pouczają nas, że gołąb to symbol wierności i synowskiego oddania.

Ojciec śmieje się pod nosem, zadowolony, że ktoś docenił jego znajomość literatury i sztuki oraz korzyści, jakie niesie subtelność przy nadawaniu imion.

- W pańskim rodzie od pokoleń nie brakowało cesarskich uczonych - ciągnie swatka, a ojciec wyraźnie spodziewa się dalszych komplementów. Tymczasem kobieta marszczy czoło, uderza dłońmi w uda i zmienia ton. - I choć mężczyźni z pańskiej linii nie odznaczyli się na tyle, by dostąpić zaszczytu wielkich urzędów czy pobierać od cesarza stałe uposażenie, to przynajmniej żadnego z nich nie zesłano na najdalsze krańce imperium.

- Do czego pani zmierza? - pyta zawstydzony ojciec dziewczyny. Po co dźgać kijem wychudłego psa, skoro i bez tego wie, że jest głodny? Swatka nie musi wytykać ojcu niedociągnięć; dowody widać gołym okiem. Mieszkanie jest znośne, ale nadgryzione zębem czasu. Stroje domowników, choć uszyte z jedwabiu, postrzępiły się już na rąbkach. Twarz żony uczonego poorana jest zmarszczkami z powodu trosk finansowych, rozczarowania i wycieńczenia prowadzeniem skromnego gospodarstwa domowego bez pomocy służby.

- Z łatwością mogłabym wyswatać Yut Ho w rodzinie jakiegoś uczonego. Bambusowe drzwi do bambusowych drzwi - oznajmia swatka. - Ale przychodzę z inną propozycją, która przyniesie wam większe korzyści finansowe.

Ojciec się pochyla.

- Słucham.

Swatka przedstawia ofertę.

- Działam w imieniu kobiety, której mąż, zamożny kupiec, mieszka w Lo Sang, czyli w Los Angeles. Jest ona słomianą wdową, kobietą, której mąż całe lata spędza w Kraju Ukwieconej Flagi, w Ameryce. Ona, jako przykładna żona, pragnie pozostać w Chinach, by opiekować się teściami i dziećmi, zarządzać domem oraz wypełniać wszystkie obrzędy, by zadowolić przodków męża w zaświatach. Szuka młodej kobiety, która zostanie drugą żoną i zapewni jej mężowi rozrywkę w barbarzyńskiej krainie.

Odpowiedź ojca nie jest taka, jakiej spodziewa się Yut Ho. Była pewna, że ojciec oświadczy, iż jego córka jest zbyt cenna, by stać się zaledwie drugą żoną, a ona sama - podobnie jak wspomniana słomiana wdowa - zawsze będzie przestrzegać zasad kobiecości i dlatego nie ma ochoty na szukanie przygód poza bramą swojego domu. Stanowcze "nie" jednak nie pada.

- Moja żona i ja nie chcemy, by od córki dzieliły nas góry i morza.

Swatka najwidoczniej spodziewała się takiej reakcji.

- Chłopiec rodzi się twarzą do domu; dziewczynka rodzi się twarzą do świata - recytuje natychmiast. - Od chwili, gdy pańska córka po raz pierwszy zaczerpnęła powietrza tego świata, należała do rodziny swojego przyszłego męża. Wychowywali państwo Gołąbkę dla męża i jego rodu. Będzie do nich należeć nawet po przejściu do zaświatów. Takie jest przeznaczenie córki. - Milknie na chwilę. - Zanim odrzuci pan moją propozycję, proszę rozważyć, co rodzina Sing oferuje w ramach ceny za pannę młodą. - Wyciąga z rękawa niewielki zwój i czyta: - Pięć bel brokatu, osiem bel jedwabiu, sześć kandów...

Lista ciągnie się w nieskończoność, a zamyka ją właściwa cena: wiele taeli złota oraz coś, co wydaje się Yut Ho ogromną ilością meksykańskich srebrnych dolarów, najpewniejszej waluty w Chinach. Nie miała pojęcia, że może być warta aż tyle.

- Rozważę tę propozycję - zapewnia ojciec, ale Yut Ho z tonu głosu ojca wnioskuje, że zastanawia się, jak szybko może otrzymać zapłatę, jak odmieni ona jego życie, ile będzie musiał wydać na posag córki i czy zdoła wynegocjować jeszcze lepszą ofertę.

Następnego dnia zostaje sprowadzony geomanta do zbadania drzewa genealogicznego obu rodzin do trzech pokoleń wstecz. Yut Ho urodziła się w Roku Wodnego Wołu, powinna więc posiadać cechy tego zwierzęcia - cierpliwość, wytrwałość i praktyczność. Ojciec dziewczyny jest wobec geomanty szczery.

- Moja córka pod każdym względem jest jego przeciwieństwem.

- To dobrze! - odpowiada geomanta. - Starszy mężczyzna będzie wolał młodzieńczą żywiołowość i porywczość, ponieważ te cechy rozpalą się również w nim.

Yut Ho dowiaduje się, że jej przyszły mąż urodził się w Roku Konia. Geomanta nie ujawnia, pod jakim wpływem - metalu, wody, drewna, ognia czy ziemi, więc dziewczyna nie jest w stanie określić jego wieku. Próbuje się jednak domyślić. Skoro jest już żonaty i ma sześcioro dzieci, może mieć trzydzieści sześć lat. Wyobraża sobie tego przedsiębiorcę - przystojnego, ważnego, sprytnie poruszającego się w świecie interesów. To, że jest od niej nieco ponad dwa razy starszy, wydaje się błogosławieństwem. Będzie uprzejmy, pełen szacunku i wdzięczności.

- Wół i Koń nie stanowią idealnej pary, ale mimo wszystko to całkiem pomyślny układ - ocenia geomanta. - Wiadomo, że oboje są pracowici i cechuje ich pragnienie bezpieczeństwa.

Yut Ho zręcznie radzi sobie z haftowaniem i wiadomo, że potrafi wykonać dziennie jeden cal wzoru na śliskim jedwabiu. Może poszczycić się tylko tą jedną umiejętnością i nikt wcześniej nie nazwał jej pracowitą, ale ani matka, ani ojciec nie poprawiają geomanty.

Miesiąc później zostaje zawarta umowa małżeńska. Jednym z ostatnich szczegółów jest to, że brat młodej mężatki, Ah Guey, będzie jej towarzyszył aż do Wielkiego Miasta - San Francisco - i tam podejmie pracę w stowarzyszeniu dobroczynnym. Dzięki temu uniknie upokorzenia związanego z porażkami ojca, wyuczy się zawodu, stanie na własnych nogach w Kraju Ukwieconej Flagi i ostatecznie założy nowe przedsiębiorstwo, które połączy dwa odległe brzegi, z ojcem jako wspólnikiem. Plany powstają wbrew powiedzeniu: Dopóki żyją ojciec i matka, dobry syn nie oddala się zbyt daleko. Jednak swatka kilkakrotnie wspomina, że wysłanie syna i córki do Kraju Ukwieconej Flagi może utorować rodzinie drogę do bogactwa. W San Francisco na Gołąbkę będzie czekał mężczyzna o imieniu Sam Yuen. Odwiezie ją do Los Angeles i przekaże mężowi.

Niemal natychmiast ojciec przekazuje rodzinie Singów posag córki: łoże małżeńskie, dwa krzesła i stół - zakupione w domach zastawnych - a także dwie porcelanowe miski, cynową spluwaczkę oraz szkatułkę na biżuterię wypełnioną dostateczną liczbą drobiazgów ze złota, jadeitu i piór zimorodka, by nie była powodem do wstydu. Wkrótce potem Gołąbka wprowadza się do pierwszej żony i dzieci swojego męża, żeby dowiedzieć się od nich, co mężczyzna lubi, a czego nie, oraz poznać najlepsze sposoby, by go zadowolić.

- Nasz mąż, Stary Sing, potrafi wpaść w gniew, jeśli nie zje posiłku o stałej porze - poucza pierwsza żona. - Lubi wstawać wcześnie, żeby przed pracą pójść na spacer. Ceni sobie piękne rzeczy, ty będziesz jedną z nich. W przeciwieństwie do większości mężczyzn, którzy swoje skarby wolą ukrywać, chcąc chronić je przed potencjalnymi złodziejami, on lubi szczycić się tym, co posiada, by udowadniać, jak wielki odniósł sukces i że ma żyłkę do interesów.

Yut Ho próbuje odnieść te cechy do tego, co wie o obu mężczyznach, których zna. Jej brat bywa bystry - czyżby dlatego, że zawsze pragnął lepszego życia? Nie wyobraża sobie, żeby ojciec chodził na spacery. Woli siedzieć w domu i czytać Księgę Pieśni. Pierwsza żona nazywa ich męża "Starym Singiem". Dove zakłada, że jest to określenie wyrażające zarówno czułość, jak i szacunek. Jeśli chodzi o popisywanie się luksusowymi rzeczami, rodzina Dove nie posiada niczego wartościowego poza nią samą, a teraz wysyłają ją za granicę.

Pierwsza żona w przekazywanych naukach skupia się przede wszystkim na tym, co sprawia ich mężowi przyjemność podczas tego, co poeci od dawna nazywają "chmurami i deszczem", zainspirowani nocnym spotkaniem podróżującego króla z boginią gór. Dziewczyna czuje się zawstydzona, lecz także zaintrygowana. Kiedy wyobraża sobie, co robiła tamta para i co ona będzie musiała robić z mężem, do jej kobiecego wnętrza zakrada się ciepło. Rozmyśla też nad innymi historiami miłosnymi pięknych dziewcząt i przystojnych mężczyzn, o których przez lata opowiadali jej matka, ojciec i brat. Wierzy, że połączą ją z mężem głębokie więzi - silniejsze niż czas, przestrzeń i wyzwania, zarówno ziemskie, jak i niebiańskie - które od dzieciństwa rozpalały jej marzenia.

W końcu, zbyt szybko, nadchodzi czas wyjazdu z Chin. Wszystkie cenne elementy posagu pozostają u pierwszej żony, ale Gołąbka może zabrać swoją ślubną biżuterię. Matka z płaczem żegna się z nią w mieszkaniu. Ojciec odprowadza dwoje swoich dzieci do portu. Gołąbka i Ah Guey składają ojcu niski pokłon. Następnie Ah Guey pomaga siostrze o skrępowanych stopach przejść po trapie na prom, którym dotrą do Hongkongu, gdzie zatrzymają się na kilka dni, a później wsiądą na pokład parowca i przeprawią się nim przez Ocean Spokojny.

BEZWARTOŚCIOWA DZIEWCZYNA (PETAL)

Dziecko, które ma odejść

Od 3 do 17 dnia piątego miesiąca dziewiątego roku panowania cesarza Tung Chee(1-14 czerwca 1870)

- Bezwartościowa Dziewczyno. - Mama zwraca się do mnie pseudonimem, który rodzice nadali mi, gdy przyszłam na świat. - Każda istota naszej płci od urodzenia jest dzieckiem, które ma odejść. - Kładzie dłoń na moim policzku. - Córki, bez wyjątku, są dobrem, na którym rodzina traci. Ty i twoje siostry udowodniłyście, że to prawda. Ale zawsze byłaś posłuszna i łagodna wobec braci i sióstr. - Rzadko mnie chwali, więc spuszczam głowę i rozkoszuję się tą wyjątkową chwilą. Chwyta mój podbródek opuszkami palców. - Słuchaj ojca i się nie bój.

- Chodź - mówi ostro Baba. - Chcę dotrzeć do portu w Mieście Ryżu, sprzedać warzywa i wrócić do domu przed zmrokiem...

- Szkoda, że nie mam czegoś, co mogłabym ci dać na szczęście - mówi do mnie mama, ignorując Babę. Kiedy mruga, żeby powstrzymać łzy, wiem, że przypomina sobie złote kolczyki, które dostała z okazji ślubu. Musiała je zastawić wiele lat temu, by tata mógł kupić ziarno ryżu, a później patrzyła, jak plony marnieją z powodu suszy. Może i jestem bezużyteczna, ale zdaniem Baby mam rękę do roślin. Przeżyliśmy dzięki karłowatej, zdeformowanej kapuście, zielonej cebuli i groszkowi cukrowemu, które pomagałam uprawiać w przydomowym ogródku. Mieliśmy nadzieję na nasiona z tegorocznych marnych zbiorów, ale kilka nocy temu wywiał je porywisty wiatr. Teraz liczymy na to, że uda nam się sprzedać skromne plony i za te pieniądze kupić nasiona. Baba mówi, że ma już kupca: kucharza ze statku.

Uśmiecham się do mamy.

- Niczego mi nie trzeba. Wrócę do domu przed zmrokiem z opowieścią dla maluchów.

Odwracam się, wsuwam na ramiona pasy kosza pełnego warzyw zebranych przed świtem i zarzucam ciężar na plecy. Ojciec rusza, a ja za nim. Na końcu drogi przystaję, odwracam się i macham mamie i rodzeństwu. Mama wyciera oczy, grzbietem dłoni ociera czoło i wygładza włosy. Moje rodzeństwo stoi razem w małej grupce. Ci, którzy są na tyle dorośli, by rozumieć, co się dzieje, cieszą się, że czeka mnie przygoda. Trzecia siostra trzyma najmłodszego braciszka w chuście na plecach. Mój najstarszy brat, Ah Loo, ma zaledwie trzynaście lat - jest ode mnie młodszy o pięć lat. Zawsze byliśmy zżyci, dzieliliśmy się obowiązkami: opieką nad rodzeństwem i pracami domowymi. Ah Loo ściska rękę naszego drugiego brata, który niedawno skończył trzy lata. Z drugą siostrą pożegnałam się wczesnym rankiem. W tej chwili leży na naszej wspólnej macie do spania. Cierpi na wyniszczającą chorobę i zastanę ją w tym samym miejscu, kiedy wrócę dziś wieczorem.

Wyciągam nogi, by nadążyć za Babą, który w pośpiechu przemierza wioskę Księżycowego Stawu. Mój świat jest mały - nasz dom z dwoma pokojami i kuchnią na zewnątrz, nasze trzy mou ziemi i rodzinna wioska zamieszkała przez około siedemdziesiąt osób, z którymi jestem spokrewniona. Łączy nas coś więcej niż tylko więzy krwi. Wszyscy jesteśmy biedni i wszyscy jesteśmy głodni. "Rolnicy nigdy nie powinni mieć pustego żołądka", powtarza często Baba, "a jednak tak właśnie jest". Brak deszczu w ostatnich latach utrudnił uprawę czegokolwiek, ale szczególnie bezwzględny okazał się dla ryżu. Jestem chuda. Można by nawet powiedzieć, że drobna jak na swój wiek. Wyglądam raczej na czternaście niż na osiemnaście lat, choć tyle właśnie mam. Urodziłam się w Roku Czarnego Szczura Wodnego, co oznacza, że wyróżniam się pracowitością, sprytem i gospodarnością - cechami pożądanymi u żony - a jednak nie wyszłam jeszcze za mąż. W ostatnich latach w naszej wsi i w sąsiednich wioskach odbyło się niewiele ślubów. Nikt nie chce przyjmować do rodziny kolejnej osoby do wykarmienia. Nie jestem jedyną "bezwartościową dziewczyną" w naszej okolicy.

Gdy mijamy ostatni budynek, okrążamy staw, od którego pochodzi nazwa naszej wsi. Od kilku lat nie ma w nim już ryb. Zebraliśmy i zjedliśmy wszystkie algi, co do pasma. A poziom wody tak się obniżył, że widać błotniste dno. Zostawiamy za sobą staw i Baba przyspiesza kroku, a jego bose, zniszczone stopy zwinnie biegną wąską, gruntową ścieżką pomiędzy wyschniętymi polami ryżowymi. Ja też jestem bosa i lekko, pewnym krokiem przemieszczam się po ubitym pasie ziemi.

Jest piąty miesiąc księżycowy. Wiosna, kiedy topole rozsiewają wszędzie swój nieznośny biały puch, już dawno minęła. Panuje upał. Niebo nad głową jest szare i ciężkie od wilgoci. Pot spływa mi po karku i wsiąka w tunikę, ale się nie skarżę. To Rok Konia. Koń w mitach i baśniach zawsze przewozi bohaterów i bohaterki. Rok Konia to święto mocy i wolności. Właśnie tego teraz doświadczam! Możliwość wyprawy do Miasta Ryżu to wielki dar - mam nadzieję, że Baba ofiaruje mi go jeszcze raz.

Wkrótce znajduję się daleko od domu jak nigdy dotąd. To, co widzę, mogę porównywać tylko z tym, co znam, a przecież widziałam bardzo niewiele. Niektóre pola wyglądają gorzej niż te wokół Księżycowego Stawu. Inne - dość podobnie. Zobaczyć inną wioskę po raz pierwszy, a potem kolejną i kolejną? Bez względu na to, czy są większe, czy mniejsze od Księżycowego Stawu, coś je łączy. Każda wygląda na zabiedzoną. Dachy ze strzechy się zapadają. Nie słychać odgłosów kaczek ani kur, nie mówiąc o świniach, bo zwierząt już nie ma. Z kuchennych palenisk nie unosi się dym, bo nie ma czego gotować. Dzieci się nie śmieją, nie dokazują ani nie śpiewają, ponieważ brakuje im na to energii. Wszystko to dostrzegam dlatego, że pamiętam czasy dzieciństwa, kiedy życie wyglądało inaczej.

Gdy docieramy na przedmieścia Miasta Ryżu, mój wzrok z trudem ogarnia to, co mam przed oczami. Budynków i tłoczących się ludzi jest takie mnóstwo, jakby wszyscy mieszkańcy Księżycowego Stawu zgromadzili się na wiejskim placu z okazji festynu i jakby zniesiono tam głazy z całej okolicy. Tak właśnie wygląda Miasto Ryżu, kwartał za kwartałem. Kiedy Baba opowiadał nam o swoich wizytach w tym mieście, słuchałam go jednym uchem, bo wydawało mi się, że przesadza albo wręcz zmyśla. Mówił o gweilo - białych duchach - o alabastrowej skórze i włosach w demonicznych kolorach: żółci, brązie i czerwieni. I oto są. Prawdziwi, tak brzydcy i przerażający, jak w opowieściach Baby. Obcokrajowcy noszą stroje, buty lub trzewiki oraz kapelusze wykonane z materiałów i w fasonach, które pierwszy raz widzę. Mężczyźni mają twarze porośnięte gęstymi włosami. Obrzydliwe. Wielu z tych gweilo jeździ rikszami. O nich również opowiadał nam Baba. Myślałam, że raczy nas kolejną zmyśloną historią. Ale rzeczywiście mężczyźni - bosi i chudzi, jak Baba i ja - ciągną riksze, w których siedzi mężczyzna lub kobieta gweilo, a czasem oboje. Serce mi zamiera na widok rykszarzy trudzących się bardziej niż nasz dawno zdechły bawół, którego Baba używał do przeciągania głazów z naszej ziemi.

Żadne moje wyobrażenia ani opowieści Baby nie przygotowały mnie na widok rzeki i portu. Na wodzie kołyszą się małe sampany z pojedynczymi wioślarzami, ale są też statki i dżonki różnej wielkości, na których trwa załadunek i rozładunek towarów i ludzi. Tata zatrzymuje się kilka razy, by zapytać nieznajomych, jak dotrzeć do statku z kucharzem, który obiecał kupić nasze plony. Przedzieramy się przez tłum i zgiełk. W końcu trafiamy we właściwe miejsce, ale wśród gwaru i zamieszania nie słyszę, co Baba mówi do mężczyzny stojącego przy wąskim drewnianym mostku prowadzącym na pokład. Baba kiwa głową i daje mi znak. Idę za nim przez mostek i wchodzę na pokład. Podchodzi do nas starsza kobieta.

- Możesz mi mówić "ciociu" - zwraca się do mnie. - Jesteście głodni? Jedliście coś? - Zanim zdążymy odpowiedzieć, prowadzi nas do stolika okolonego odwróconymi skrzynkami pełniącymi funkcję stołków. - Siadajcie - rozkazuje, a my wykonujemy polecenie. Statek jest zacumowany przy nabrzeżu, ale czuję delikatne kołysanie wywołane ruchem wody. Za kobietą stoi kolejny stół zastawiony misami z jedzeniem przeznaczonym zapewne dla załogi. Czuję woń ryżu, sosu sojowego, czosnku, imbiru i cieknie mi ślinka. Ciocia nalewa herbatę do ciężkich glinianych kubków. - Zanim dojdzie do sprzedaży, oboje musicie podpisać dokumenty - oznajmia.

Wydaje mi się to dziwne, bo ani ojciec, ani ja nie umiemy czytać ani pisać, ale Baba kiwa głową, jakby robił to codziennie. Ciocia kładzie na stole dwa arkusze papieru i przygląda im się z powagą godną uczonego przygotowującego się do egzaminów urzędniczych. Kartki są zapisane, ale nawet ja widzę, że znaki nie są chińskie. Przyciąga jeden z arkuszy do siebie. Na dole znajduje się puste miejsce ponad nakreśloną linią.

- Jakiego imienia mam użyć? - pyta.

- Nazywamy ją Bezwartościową Dziewczyną - odpowiada Baba. - Ale w świątyni rodowej zapisano ją jako Sing Ye.

To wszystko wydaje mi się dziwne, ale kuszące zapachy dolatujące od stołu z potrawami odwracają moją uwagę od formalności. W żołądku burczy mi tak głośno, że kobieta się śmieje. Czuję, że policzki mi płoną, i kładę dłoń na brzuchu, bezskutecznie próbując go uciszyć. Niepotrzebnie się krępuję, bo ciocia skupia się już na nowej czynności. Wyciąga pędzel, zanurza go w atramencie i przykłada do pustego miejsca na kartce powyżej linii. Atrament sunie po papierze. To też nie są chińskie znaki - nasze, choć czasami składają się z wielu kresek, mieściłyby się w równych kwadracikach. Tymczasem to, co pisze ciocia, tworzy długi, połączony szlaczek biegnący od lewej do prawej strony. Wygląda jak pełznący po piasku wąż. Te płynne wzory z ozdobnym zawijasem na końcu zostawia na obu kartkach. Przygląda się swojemu dziełu, kiwa głową z zadowoleniem i odkłada pędzel. Przesuwa kartki przez stół tak, że jedna znajduje się przede mną, a druga przed moim ojcem. Spoglądam na niego kątem oka, ale on odwraca wzrok i ponad dziobem statku obserwuje, co dzieje się na nabrzeżu.

- To nic skomplikowanego - uspokaja tatę kobieta, nalewając atrament na spodek. - Dokładny opis tego, co powiedział panu kucharz.

Baba zanurza kciuk w atramencie, a potem przyciska go do papieru. Kiedy kończy, gestem poleca, żebym zrobiła to samo. Składam swój odcisk.

- Wyciągnij ręce.

Robię, co każe, i ze zdumieniem patrzę i słucham, jak odlicza srebrne monety, które wkłada do moich dłoni. Nigdy w życiu nie widziałam tylu pieniędzy.

- Czterdzieści dolarów meksykańskich - podsumowuje. - Teraz oddaj je na przechowanie swojemu Babie.

Robię to z radością, bo nie chcę dźwigać odpowiedzialności za pilnowanie takiej fortuny. A gdybym ją zgubiła?

Baba bierze ode mnie monety i chowa je do kieszeni. Wstaje w milczeniu, podnosi kartkę z odciskami kciuków, składa ją i chowa pod tuniką przy piersi.

- Może pan iść - zwraca się kobieta do mojego ojca. - Proszę zanieść swoje kosze kucharzowi. - Głaszcze mnie po ręce. - Pana córka może zostać ze mną. Dam jej coś do zjedzenia. Kiedy pan wróci, będzie na pana czekać miska.

Ojciec zarzuca sobie na ramiona swój kosz, a później podnosi ten, który przyniosłam, i opiera go o biodro, jakby trzymał na rękach jednego z moich młodszych braci. Pochyla się i ściska mnie za ramię.

- Zaraz wrócę.

Ledwo zwracam na to uwagę, bo ciocia otworzyła właśnie jeden z garnków z jedzeniem. Napełnia miskę parującym ryżem i nakłada na wierzch smażone warzywa. Przesuwa ją po stole w moją stronę wraz z parą pałeczek z taką samą swobodą i gościnnością, z jaką wcześniej podała mi papiery i atrament.

- Jedz.

Nie trzeba mi powtarzać dwa razy. Już po pierwszym kęsie orientuję się, że nie są to same warzywa i ryż. Natrafiam na kawałki wieprzowiny. Nie pamiętam, ile miesięcy temu jadłam mięso. Zmuszam się, żeby nie jeść zachłannie, żeby przeżuwać powoli i delektować się smakiem. Próbuję zapamiętać każdy szczegół, by móc opowiedzieć siostrom i braciom o tym, co widziałam i robiłam, aż nagle z jakiegoś niewidocznego miejsca rozchodzą się silne wibracje, które wstrząsają całym statkiem. Wzdrygam się, przestraszona.

- Baba? - Rozglądam się, bo dociera do mnie, że powinien już wrócić. Budynki po mojej prawej stronie się poruszają. Tylko że to nie one się poruszają. Porusza się statek. Zrywam się tak gwałtownie, że przewracam miskę. - Baba! - wołam.

Robię krok, ale ciocia chwyta mnie za nadgarstek. Próbuję się wyrwać, ale jest zaskakująco silna.

- Baba! - krzyczę.

Staruszka zaciska uścisk. Wskazuje dwóch mężczyzn na pokładzie.

- Jeżeli będziesz się sprzeciwiać - ostrzega ochrypłym głosem, bez śladu wcześniejszej życzliwości - zaraz nabawisz się kłopotów. Najlepiej zejdź pod pokład. Po co patrzeć na to, co zostawiasz za sobą.

Statek znajduje się na środku rzeki. Nawet gdybym zdołała uciec mężczyznom, nie mogłabym wyskoczyć za burtę, bo nie umiem pływać. A nawet jeśli bym umiała, ruch na rzece jest tak duży, że prawdopodobnie zginęłabym pod łodzią lub statkiem.

Mężczyźni podchodzą do nas. Ciotka mnie wypuszcza, a oni chwytają mnie z obu stron pod ramię. Staruszka podnosi kartkę z moim odciskiem kciuka, składa ją i wsuwa do jednej z moich kieszeni.

- Nie zgub jej - radzi. - Tu jest całe wyjaśnienie. Twój ojciec sprzedał cię Hip Yee Tong. Teraz należysz do nich. Jedziesz do Złotej Góry, do Ameryki. Czeka cię całkiem nowe życie.

Nim zdążę odpowiedzieć lub o cokolwiek zapytać, mężczyźni prowadzą mnie przez pokład jak więźnia do wyjścia i w dół po schodach. Otwierają drzwi i wpychają do jakiegoś pomieszczenia.

- Przyjdziemy po ciebie, jak dopłyniemy do Hongkongu - rzuca szorstko jeden z mężczyzn, po czym zatrzaskuje i rygluje drzwi.

Cofam się, aż natrafiam na ścianę. Osuwam się na podłogę. Wybucham płaczem - ze strachu, pod wpływem gniewu i zawodu. Te uczucia nie dotyczą mamy i Baby, którzy zapewne wspólnie wszystko zaplanowali. Nie, moje emocje, niczym strzały, godzą mnie prosto w serce. Wizja przygody z ojcem mnie zaślepiła i dlatego nie zdziwiło mnie to, co widziałam i przeżywałam - niezwykła pochwała mamy, żegnający mnie gromadnie bracia i siostry, fakt, że mama ocierała łzy, gdy oddalałam się z Babą. Potem, już na statku, dałam się zwieść pokusie jedzenia i nie zwróciłam uwagi na nic, co się wokół mnie działo. Teraz próbuję zrozumieć słowa cioci: zostałam sprzedana jakiemuś Hip Yee Tong - nazwa nic mi nie mówi - i płynę do Złotej Góry, dokąd wybrała się część mężczyzn z naszej wioski i słuch po nich zaginął. Ogarnia mnie panika. Zdołam uciec? Czy jeszcze kiedyś zobaczę swoich bliskich?

Po kilku godzinach wracają dwaj mężczyźni. Zaciągają mnie na pokład. Przybiliśmy do portu znacznie większego od tego w Mieście Ryżu. Na nabrzeżu jest tłoczniej i gwarniej, a w porównaniu z innymi ogromnymi statkami nasz wydaje się mały. Nigdzie nie widać starszej kobiety, którą tu poznałam. Jeden z mężczyzn obwiązuje moją szyję sznurem.

- Na wypadek, gdyby przyszło ci do głowy uciekać - informuje.

Sprowadzają mnie na ląd i ciągną wśród tłumów, stosów bagaży i skrzyń z rozmaitymi towarami. Co za hałas! Ryczące statki. Mężczyźni wykrzykujący rozkazy w językach, których nie rozumiem. Sprzedawcy głośno zachwalający swoje towary. Turkot kół riksz, wozów i bryczek na kamiennym bruku. Jestem tak oszołomiona, że nawet gdyby nie ograniczał mnie sznur i gdyby nie trzymali mnie za ręce silni mężczyźni, nie odważyłabym się uciec.

Podchodzimy do potężnego statku z czarnym kominem zionącym dymem, z trzema masztami i ogromnym kołem z boku, przypominającym wielkie koła wodne, którymi w mojej wiosce nawadnia się pola ryżowe. Wąski drewniany pomost prowadzi na górny pokład, drugi - na dolny. Mężczyźni prowadzą mnie niższym mostkiem do odgrodzonego linami zakątka. Kuli się w nim gromada dziewcząt - w moim wieku, nieco starszych i kilka całkiem małych. Wiele z nich płacze. Wśród szlochów, dobiegającego z wnętrza statku warkotu i zgiełku nabrzeża słychać pojedyncze słowa.

- Mamo...

- Pomocy...

- Dlaczego?

- Ja chcę do domu.

Mężczyźni rozwiązują sznur i wpychają mnie do grupy. Odchodzą. Słońce praży. Z wyższego pokładu białe duchy w dziwnych strojach wychylają się za poręcze i przyglądają nam się z góry, jakbyśmy były nowo narodzonymi prosiętami w chlewiku.

Strażnik wspina się na skrzynię i gestem nakazuje, byśmy były cicho.

- Czekamy jeszcze na kilka dziewczyn, jak dotrą, wypływamy. Przy sprzyjającej pogodzie podróż potrwa trzydzieści trzy dni. Po drodze do San Francisco zatrzymamy się na Okinawie i w Honolulu. Informuję was o tym, żebyście nie zadręczały załogi pytaniami. Nie zejdziecie ze statku ani nie będziecie mieć wstępu na główny pokład.

Jego słowa właściwie nic mi nie mówią. Pełne trwogi lamenty wokół mnie świadczą o tym, że nie tylko ja jestem zdezorientowana. Jedna z młodszych dziewczynek podchodzi do mnie i staje tuż obok. Szlocha, z trudem łapiąc oddech. Nie ma więcej niż sześć, może siedem lat. Nie wiem, jak ją pocieszyć, skoro ledwie panuję nad własnymi emocjami.

Wkrótce na pokład sprowadzają grupę około pięćdziesięciu dziewcząt i młodych kobiet. Niektóre niosą zawiniątka z pościelą oraz, jak sądzę, ubraniami i przyborami toaletowymi. Wtedy dociera do mnie, że ja nie mam nic - nawet patyczka do czyszczenia zębów. Ogarnia mnie jeszcze większa rozpacz. Dlaczego mama i tata nie zaopatrzyli mnie w to, czego mogę potrzebować?

Niewiele brakuje, bym się rozpłakała, ale moim oczom nagle ukazuje się widok bardziej osobliwy niż wszystko, co do tej pory widziałam. Dostrzegam dziewczynę w moim wieku, może nieco młodszą. Towarzyszy jej Chińczyk w dziwacznym stroju gweilo, czyli "białych duchów". Powoli kierują się razem na wyższy pokład. Dziewczyna jest odziana w zielony jedwab z haftem białych motyli. Jej ciasno zebrane, nasmarowane olejkiem włosy są upięte w kok. Ma skrępowane stopy. Są tak malutkie, że przypominają stópki mojego kilkumiesięcznego brata. Dłonie chowa w rękawach, więc widzę jedynie skórę jej policzków, bladą jak księżyc. Nie wygląda na przerażoną. Nie płacze. Wydaje się zupełnie spokojna, może nawet szczęśliwa. Kiedy dociera na górny pokład, zatrzymuje się. Z uśmiechem spogląda na miasto, które z pewnością widzi z góry, a potem ochoczo podąża kilka kroków za mężczyzną, aż znika z pola widzenia.

- Chodźcie ze mną! - krzyczy po kilku minutach strażnik.

Inni mężczyźni szturchają nas i wypychają za drzwi. Mała dziewczynka chwyta mnie za tunikę i podąża za mną jak cień. Schodzimy kilka pokładów niżej, pokonując kolejne stopnie, i trafiamy do ogromnego pomieszczenia pełnego ciasno ustawionych rzędów trzypiętrowych prycz. Pokój jest ciemny - bez okien, z niskim sufitem, oświetlony zaledwie kilkoma lampkami oliwnymi. Tutaj na dole jest jeszcze goręcej niż na zewnątrz, a w powietrzu unosi się odór wymiocin, moczu i odchodów. Ogarniają mnie mdłości.

- Zająć łóżka i nie narzekać! - krzyczy strażnik. - Posiłki będą przynoszone rano i wieczorem. W tych porach macie ustawiać nocniki przy drzwiach, żeby opróżniono zawartość. - Milknie. W pomieszczeniu słychać szlochy. - Możecie płakać czy krzyczeć, ile tylko chcecie. Nikt was nie usłyszy. A nawet jeśli, nikt się wami nie przejmie.

Po tych słowach odchodzi. Większość z nas jest zdezorientowana i przerażona, i nie wie, co robić. Kilka kobiet zajmuje łóżka i w końcu reszta też się rusza. Lepiej spać na dole, w środku czy na górze? Wybieram środek. Dziewczynka wspina się na środkowe łóżko w rzędzie obok mojego. Kładzie się na boku i wpatruje się we mnie przygaszonym wzrokiem. Nie dostałyśmy słomy ani sienników, ani płócien do okrycia. Jestem chuda, drewniane listwy dotykają kości. Łóżko nade mną znajduje się tak nisko, że moja ręka, gdy chcę go dotknąć, pozostaje zgięta w łokciu. Prycza jest tak wąska, że ledwo się na niej mieszczę. Kiedy wyciągam ręce na boki, dosięgam łóżek po lewej i prawej stronie. Czuję się właściwie tak, jakbym leżała w trumnie.

Pół godziny później do pomieszczenia przyprowadzają kolejne pięćdziesiąt kobiet, a po nich kolejną grupę mniej więcej równie liczną. Kobiety i dziewczyny mrugają, żeby przyzwyczaić się do ciemności. Widzę to co rusz: oczy, najpierw skupione, otwierają się szeroko ze zdziwienia na widok okoliczności, a później chowają się pod powiekami, próbując ukryć przerażenie, gniew lub smutek.

Statek płynie. Wkrótce po opuszczeniu bezpiecznego portu czuć kołysanie, gdy suniemy przez fale. Nie potrafię sobie wyobrazić, co dzieje się na zewnątrz ani nawet jak wygląda otwarte morze. Skręca mnie w żołądku. Nie tylko ja odczuwam skutki ciągłego, nieprzewidywalnego bujania. Kobiety i dziewczęta biegną do nocników i wymiotują. Czuję chwilową ulgę, gdy posiłek, który podała ciotka, opuszcza mój żołądek. Podstępna potrawa znajduje się poza moim ciałem, ale wiem, że nigdy nie zapomnę, że dałam się zwieść pozornej życzliwości. Wkrótce jednak kołysanie znów przyprawia mnie o mdłości. Na widok tego, co tym razem zostaje w nocniku, robi mi się jeszcze gorzej. W pomieszczeniu czuć potworny smród. Zupełnie jakbyśmy wszystkie umarły i zostały wysłane do osiemnastego kręgu piekła. Płaczę po cichu. Dlaczego mama i Baba zrobili mi coś takiego? Dziewczynka z sąsiedniego łóżka zeskakuje na podłogę i wspina się na moją pryczę. Głaszcze mnie po policzku, zupełnie tak, jak dziś rano zrobiła to mama. Jej palce są gorące, palą moją skórę, przypominają, że wciąż żyję.

* * *

Mamy za sobą dwa tygodnie na morzu. Bez okien trudno odróżnić dzień od nocy, ale o upływie czasu informują nas pory posiłków. Jest tutaj, w tej ładowni, ponad dwieście kobiet i dziewcząt - niektóre mają zaledwie pięć lat. Tłumaczymy sobie, że gotowanie dla tak wielu osób nie może być łatwe, bo potrawy są właściwie niejadalne. Rano dostajemy wodnisty kleik ryżowy i czasami, jako dodatek, marynowane warzywa. Kleik łatwo się przełyka i równie łatwo zwraca. Kolację przynoszą w ogromnych baliach - ryż z rozgotowaną kapustą, która okropnie śmierdzi. Czasami w mojej misce widzę kawałek mięsa, jeszcze z sierścią. Z początku je zostawiałam, ale teraz zjadam, żeby zachować siły.

Wszystkie jesteśmy brudne. Mężczyźni, którzy wynoszą nocniki i oddają nam opróżnione, ale wciąż brudne, przynoszą nam też w wiadrach słoną wodę do mycia. Pierwsze dziesięć osób, które skorzysta z wiadra, ma szczęście. A potem? Jaki sens ma mycie? Cuchnę. Włosy mam w strąkach. Choć dwa razy dziennie pocieram zęby rąbkiem tuniki i płuczę je herbatą, czuję nieprzyjemny smak w ustach. Tydzień temu pojawiło się moje miesięczne krwawienie. Ciotka Lau, starsza kobieta bardzo podobna do tej, która zajmowała się moją sprzedażą, i która również pracuje dla Hip Yee Tong, dała mi kilka szmat, żebym mogła o siebie zadbać.

Następnego dnia ciotka Lau oznajmiła, że nada nam nowe, kwiatowe imiona.

- Na pewno znacie opowieści o Czterech Wielkich Pięknościach. Przypomina mi się historia Yang Kuei-fei o twarzy tak pięknej, że gdy przechodziła, kwiaty chowały się, onieśmielone. - Milknie, żeby upewnić się, że dotarł do nas sens zniewagi. - Ale dlaczego miałabym w ten sposób was zawstydzać? Nie zrobiłabym czegoś takiego - dodaje przewrotnie. - Odtąd będziecie mieszkać na Złotej Górze. Nowe życie chyba najlepiej rozpocząć z imieniem, które jest piękne i oddaje cześć nowej ziemi? - Wystarczy jej jedno spojrzenie, by nazwać mnie Petal. Zostaję Płatkiem. Nie jestem warta całego kwiatu, ale wiele moich towarzyszek podróży z pewnością otrzyma imię Lily, Chrysanthemum czy Jasmin. Ciotka Lau udaje naszą przyjaciółkę i doradczynię, ale w rzeczywistości jest strażniczką, która dba o to, byśmy miały świadomość, że jesteśmy tylko towarem, i pilnuje, żeby ten towar nie uległ uszkodzeniu podczas transportu i żebyśmy pogodziły się ze swoim położeniem. Dowiedziałam się, że podróżuję statkiem Great Republic należącym do przedsiębiorstwa Pacific Mail Steamship. Przekonałam się, że podczas burzy muszę mocno trzymać się pryczy, żeby nie spaść na podłogę. Nauczyłam się wielu nowych słów: parowiec, ładownia, trap, załoga, koje, Kalifornia.

Zaprzyjaźniłam się z kobietami i dziewczynami, które śpią w kojach obok mojej. Szlochy i mdłości ustały, przynajmniej na razie, ale wszystkie tęsknimy za domem. Te, które wiedziały, co je czeka, mogły zabrać ze sobą woreczek ziemi z rodzinnej wioski. Kiedy samotność staje się nie do zniesienia, mieszają kilka ziarenek tej ziemi z gorącą wodą i wypijają, by poczuć bliskość domu. Ale co najmniej połowa z nas, między innymi ja, nie ma dostępu do tego eliksiru, więc pozostaje nam cierpieć w milczeniu.

Dziś wieczorem siedzimy stłoczone na dwóch najniższych łóżkach i na wąskim skrawku podłogi między nimi i rozmawiamy przez chwilę, dopóki nie zgasną lampki. Dziewczynka, która przyłączyła się do mnie tamtego pierwszego okropnego dnia, siedzi obok. Nazywa się Pearl - pozwolono jej zachować swoje ładne imię. Została sprzedana przez rodziców, by zostać mooi-tsai - przyszłą synową, służącą. Rzadko się odzywa.

- Mam nadzieję, że mój mąż jest przystojny - mówi Lotus. Jej imię symbolizuje czystość i płodność. - Ciotka, która ustalała warunki umowy małżeńskiej z Babą, twierdziła, że tak jest, ale...

- Dlaczego miałabyś wierzyć w słowa tej kobiety? - pyta dziewczyna, którą niedawno nazwano Poppy. Spogląda po kolei na wszystkie twarze. - Ilu z nas powiedziano, że poślubimy mężczyzn ze Złotej Góry?

Kilka dziewcząt wskazuje palcem swoją pierś, potwierdzając, że im również obiecano taką przyszłość.

Co wieczór roztrząsamy różne wątki tej samej rozmowy. Great Republic przed zatonięciem z powodu ciężaru złamanych serc ratują jedynie kobiety wciąż przekonane, że czeka je szczęśliwa przyszłość.

- Chcę wierzyć, że ojciec zaaranżował dla mnie małżeństwo - wyznaje Rose Blossom. - Ale gdyby to była prawda, to dlaczego ta stara kobieta powiedziała, że należę do Hip Yee Tong?

Lotus sięga do kieszeni, wyciąga kartkę i ją rozkłada.

- Tutaj czarno na białym stoi, że mam wyjść za mąż.

Poppy prycha.

- Nie potrafisz tego przeczytać. Nie masz pojęcia, co tam jest napisane.

- Ale ciotka powiedziała...

- Cokolwiek ci powiedziała, to na pewno kłamstwo - przerywa Poppy. - Skoro wszystkie mamy poślubić mężczyzn ze Złotej Góry, to dlaczego nasi krewni nie świętowali razem z nami? Dlaczego nie było czerwonych kopert? Dlaczego nie załadowali na statek naszego posagu?

- Nas nie było stać na posag - przyznaję, choć w głębi duszy chcę wierzyć, że czeka mnie ślub.

- A czy twoja rodzina otrzymała zapłatę za pannę? - pyta Poppy. - Widziałaś, jak twoim rodzicom wręczano pieniądze i dobra w podziękowaniu za wychowanie córki i zapewnienie jej utrzymania aż do ślubu?

W milczeniu przyswajamy jej słowa. Tej prawdy żadna z nas nie może podważyć.

- Gdybym mogła, postąpiłabym zupełnie inaczej - szepcze jedna z dziewczyn.

- Drewno zamieniło się w łódź - recytuje Poppy. - Nie ma odwrotu. - Parska śmiechem, gdy do niej dociera, jak trafnie to powiedzenie oddaje naszą sytuację. Nikt jej nie wtóruje.

- Moją historię już znacie - odzywa się Jasmine. - Podpisałam umowę z własnej woli. Chciałam zapewnić pieniądze swojej rodzinie. Dzięki temu mają co jeść. Za kilka lat wrócę ze Złotej Góry w szatach z jedwabiu i adamaszku, z kieszeniami pełnymi złota.

- Jakaś ty głupia - prycha dziewczyna z sąsiedniego łóżka. - Wszystkie słyszałyśmy opowieści o mężczyznach, którzy wyruszyli tam w poszukiwaniu złota, zanim przyszłyśmy na świat. Mieli wrócić do domu bogaci. Nie wrócili. Inni wyjechali później do pracy przy budowie kolei. Mieli spędzić z dala od domu kilka lat i przywieźć worki pieniędzy. I to też się nie stało. Wielu nie wróciło nigdy. Słyszy się o rodzinach, którym dopisało szczęście, bo otrzymali kości zmarłego ojca, męża lub syna.

- Żadnych pieniędzy - dodaje Poppy. - Żadnych gór złota. Tylko kości.

Wracam do tego, co wcześniej powiedziała Rose Blossom.

- Mnie powiedziano, że zostałam sprzedana Hip Yee Tong. - Wokół mnie rozlega się chór cichych "mnie też", a głosy dobiegają nawet spoza naszej grupki. - Ale co to takiego? - pytam.

- Ja znam odpowiedź. - Chrysanthemum wzdycha. Ciotka Lau wyjaśniła nam, że chryzantema jest symbolem jesieni, przyjaźni i dążenia do wiedzy. Nie potrafię stwierdzić, czy tę Chrysanthemum cechuje którykolwiek z tych przymiotów. - To stowarzyszenia, powstały w wielkim San Francisco jako organizacje dobroczynne. Pomagały naszym rodakom w poszukiwaniu zakwaterowania i pracy podczas gorączki złota, a później podczas budowy linii kolejowej.

- Podobno udzielają naszym pożyczek na otwarcie sklepów, pralni czy lokali, w których można zjeść miskę makaronu - wtrąca jedna z dziewczyn.

- Tongi nadal zajmują się taką działalnością - ciągnie Chrysanthemum. - Ale wiele z nich skupia się obecnie na prowadzeniu nielegalnych kasyn i palarni opium. Prowadzą też domy publiczne i właśnie tam nas wysyłają. To zwykli przestępcy.

- Nie chce mi się w to wierzyć - mruczy Lotus.

- Skąd tak dużo wiesz? - pyta ostrym tonem inna z kobiet.

Chrysanthemum odpowiada głosem pełnym smutku.

- Kiedy Baba mnie sprzedał, zapytał o cel. Ciotka nie owijała w bawełnę. Tong będzie mnie codziennie wynajmował wielu mężczyznom. Mam się stać lougeui, kobietą, która ciągle trzyma nogi w górze.

Żadna z nas nie chce tego słuchać. Żadna z nas nie chce w to wierzyć.

- Znów narzekacie, dziewczęta? - pyta ciotka Lau, która przyszła na wieczorny obchód ładowni. - Eee... Co wam to da?

Uczono nas szacunku dla starszych, a jednak nie mam szacunku dla ciotki Lau i nie ufam ani jednemu słowu, które wychodzi z jej ust.

- Wierzcie mi, że macie szczęście - ciągnie. - Jeszcze nie tak dawno statki takie jak te przewoziły haak gwei, czarne duchy, przez inny ocean do Złotej Góry. Tamci mężczyźni i tamte kobiety cały rejs odbywali skuci łańcuchami. Teraz statki nie wożą już takiego ładunku. Zamiast tego przewożą ludzi takich jak wy.

Przy każdym jej słowie ściska mnie w żołądku. Może mówić, co chce, ale wiem, że wcale nie mamy szczęścia.

Pearl i ja w końcu przytulamy się na mojej koi. Martwię się, co będzie z nią, co stanie się ze mną, co stanie się z każdą kobietą i dziewczyną z tego statku. Aiya. Nie z każdą. Jaki los czeka białe kobiety w długich sukniach i kapeluszach albo tę Chinkę, która wsiadła na statek, gdy ja siedziałam jeszcze na pokładzie? Różnimy się jak dzień i noc: ja mam duże, bose stopy, które nigdy nie nosiły sandałów, a co dopiero pantofli; stopy tamtej dziewczyny są skrępowane i ukryte w malutkich, haftowanych pantofelkach. Ja pochodzę ze wsi, mam śniadą cerę i cuchnę, bo nie mogę się umyć; tamta dziewczyna spędza podróż gdzieś nade mną we własnej kajucie. Jest odziana w jedwab. Jest blada, czysta i pięknie pachnie.

Zasypiam kołysana przez statek, czując na karku oddech Pearl, wśród odgłosów cichego płaczu i szeptów kobiet próbujących pocieszać się nawzajem.

MOON

Wspomnienia

1926

Mam osiemdziesiąt dwa lata. Moje włosy są białe jak pióra żurawia. Grzbiety dłoni czas upstrzył plamkami. Każda zmarszczka na mojej twarzy to opowieść o smutku lub radości. Moja schorowana stopa coraz bardziej odmawia posłuszeństwa, a w te dni, kiedy w ogóle mogę chodzić, muszę się podpierać dwiema laskami. Nie potrafię zaznać spokoju, gdy odpoczywam, ani radości, kiedy jestem w ruchu. W moim sercu wciąż żyją wspomnienia Dove i Petal. Pochodziłyśmy z różnych światów, a los rzucił nas tutaj w odmiennych okolicznościach. Wyrwano nas z rodzin, odizolowano i skazano na łaskę obcych. Pomyśl przez chwilę, jak musiałyśmy się czuć - my, kobiety wychowane w chińskiej tradycji, kultywujące chińskie obyczaje - wyprawione przez Ocean Spokojny i sprowadzone ze statku w brudnym, pełnym pyłu i przemocy Los Angeles. Dziś potrafię już uśmiechnąć się na tę myśl, ale tak naprawdę jedyną pozytywną rzeczą w Ameryce było to, że żadna z nas nie musiała żyć pod dyktando teściowej. Teraz spisuję swoją historię, starając się przywołać żywe wspomnienia i utrwalić dawne chwile, zanim znikną z mojej pamięci. Nawet najbledszy atrament jest lepszy niż najtrwalsza pamięć.

Trudno wyobrazić sobie Los Angeles z 1870 roku, ponieważ wyobrażenie o ówczesnym mieście czerpiemy z filmów i fotografii, które powstały później. Teraz mamy tramwaje, utwardzone drogi, elektryczność, instalację wodno-kanalizacyjną w budynkach, kluby nocne, rezydencje, domy towarowe, okazałe hotele i jeszcze bardziej olśniewające pałace kinowe. Od czterech lat działa Hollywood Bowl, a za dwa lata ma zostać ukończony nowy ratusz. Ponad milion osób przybyło do tego miejsca, by zapuścić w nim korzenie - niektóre sięgają tak płytko, że nie przetrwają - a prawie połowa mieszkańców posiada samochody. Zmieniły się także kobiety - noszą krótkie fryzury, odsłaniają kolana, tańczą charlestona, palą, piją i prowadzą auto.

W 1870 roku Nowy Jork i San Francisco, połączone linią kolejową, przeżywały rozkwit, a Los Angeles było zaledwie wioską liczącą pięć tysięcy mieszkańców. My, Chińczycy, stanowiliśmy niewielką część tej populacji - było nas zaledwie stu siedemdziesięciu dziewięciu, w tym trzydzieści cztery kobiety i jedno dziecko. Ja przybyłam jako dwudziesta druga Chinka i doskonale pamiętam, że liczyłam pojawiające się kobiety. Kiedy dwadzieścia lat wcześniej, w 1850 roku, Kalifornia wstąpiła do Unii, zaburzyła równowagę pomiędzy piętnastoma stanami wolnymi a piętnastoma stanami niewolniczymi. Stanowa konstytucja głosiła, że ani niewolnictwo, ani przymusowa służba "nigdy nie będą tolerowane". Ale sformułowanie "nigdy nie będą tolerowane" nie oznacza przecież, że są prawnie zakazane lub karalne, prawda? Ustawa pozbawiła rdzenną ludność szansy na uzyskanie amerykańskiego obywatelstwa. My, Chińczycy, borykaliśmy się z podobnym brakiem swobód. Nie przysługiwało nam prawo do posiadania ziemi, zawierania małżeństw z osobami rasy białej, do głosowania czy zeznawania w sądzie przeciwko białym Amerykanom. A nasze kobiety mogły być kupowane, sprzedawane i stanowić czyjąś własność.

Teraz, pisząc to, zawsze, zawsze, zawsze wracam myślami do Dove i Petal. Dove była urzekająca i niewinna. Te cechy powinny były zapewnić jej w życiu wszystko, co najlepsze, a jednak zapłaciła za nie straszliwą cenę. Była Heleną Trojańską tamtych czasów, jak sugerowali niektórzy, czy po prostu padła ofiarą własnej urody? Petal wychowała się w skrajnej biedzie, ale nigdy nie spotkałam osoby bardziej honorowej i odważnej. Nie byłyśmy przyjaciółkami, które łączy śmiech, wspólne przeżycia i więź na całe życie. Nasze drogi zeszły się niespodziewanie, a każda z nas miała inne pragnienia. Dove chciała kochać i być kochaną, Petal pragnęła wolności, a ja szukałam sprawiedliwości. Ale może się mylę. Może to ja tęskniłam za miłością, Petal szukała sprawiedliwości, a Dove pragnęła wolności. Od tamtej pory upłynęło wiele lat, więc wybacz, jeśli teraz - z perspektywy czasu - widzę to wszystko inaczej. Najprościej powiedzieć, że byłyśmy jak trzy planety krążące po własnej orbicie, które pewnego dnia znalazły się w idealnej koniunkcji.

Wracam do pewnego poranka krótko przed przybyciem Dove i Petal. Mieszkający z nami Wong Gim, brat i prawa ręka mojego męża, oraz Chang Wan, jego drugi pomocnik, mieli dzień wolny i wyszli już z mieszkania. Do śniadania usiedliśmy więc tylko Gene i ja. On jadł swój kleik ryżowy i czytał gazetę, a ja po cichu go obserwowałam. Gene przyjmował chińskich pacjentów w naszym mieszkaniu, ale kilka przecznic dalej miał też gabinet, w którym leczył najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w hrabstwie - prawników, bankierów, a nawet kilku lekarzy medycyny zachodniej. Wszyscy oni byli skłonni słono płacić za jego usługi. Tego dnia przychodzili do niego właśnie ci pacjenci, więc ubrał się stosownie do okazji. Włożył garnitur w zachodnim stylu. Krótko ścięte włosy zaczesał po amerykańsku. To wszystko w połączeniu z diamentowym sygnetem, złotą szpilką do krawata i złotym zegarkiem kieszonkowym obwieszczało światu, że jest najbardziej szanowanym Chińczykiem w mieście, i dowodziło sukcesu lekarza praktykującego tradycyjną medycynę chińską.

Gene musiał wyczuć, że się w niego wpatruję, bo podniósł wzrok znad gazety i się uśmiechnął. Skomentował toczące się negocjacje dotyczące tego, dokąd dotrze nowa linia kolejowa z San Francisco - do San Bernardino, San Pedro czy Los Angeles.

- Już i tak mamy ogromne szczęście, że żyjemy tu i teraz - stwierdził. - Ale jeśli do Los Angeles dotrze kolej, miasto zyska połączenie nie tylko z San Francisco, ale z całym krajem. To zupełnie odmieniłoby sytuację. Miejmy nadzieję, że tak się stanie. - Uśmiechnął się ponownie, potrząsnął gazetą i wrócił do lektury.

Szczęście, że żyjemy tu i teraz...

Choć Gene świetnie diagnozował i leczył ludzi, bywało, że zachowywał się jak koń z klapkami na oczach. Miałam ochotę mu powiedzieć: "Otwórz oczy i powiedz mi, co widzisz. Wytęż słuch i powiedz, co słyszysz. Spójrz na gazetę, którą czytasz. O czym informuje każdy artykuł?". Ale nawet ja wiedziałam, że lepiej milczeć.

Urodziłam się i wychowałam w Hongkongu - tętniącym życiem, pełnym rozmaitych przedsiębiorstw - od ulicznych straganów handlarzy ptakami po wielkie brytyjskie towarzystwa importowo-eksportowe, których siedziby mieściły się w wielopiętrowych budynkach zajmujących całe kwartały. Tymczasem tutaj, spośród ponad dwustu firm działających w mieście, prawie połowę stanowią szynki, a mimo to nie było ani jednego przepisu dotyczącego pijatyk czy zakłócania porządku. Żadne przepisy nie regulowały także działalności jaskiń hazardu czy domów publicznych. Miasto utrzymywało się dzięki opłatom pobieranym od tych przybytków.

Z każdego słowa artykułów prasowych - choć niektóre brzmiały pięknie - biła wrogość wobec Chińczyków. Nazywano nas członkami rodziny o migdałowych oczach lub społeczności z warkoczami. Mówiono: "Chiński Charley", "John Chińczyk" czy "Chińska Mary", określano nas mianem synów i córek nieba, kuzynów księżyca, piękności o księżycowych oczach i niebiańskich istot. Twierdzono, że Chińczycy noszący warkocze są słabi jak dziewczyny. Taki warkocz rósł latami i wymagał pielęgnacji u wykwalifikowanego fryzjera, ale czynił z moich rodaków łatwy cel. Łotry i policjanci uwielbiali ciągać Chińczyków po ulicach za warkocze, a co gorsza - obcinali je i wymachiwali nimi niczym trofeum. Powtarzano, że nasze jedzenie cuchnie, a jednak w wielu domach zatrudniano chińskich kucharzy, a przygotowywane przez nich posiłki uważano za aromatyczne i smaczne.

Miejsce, w którym mieszkaliśmy z Gene'em, nie było na tyle duże, by można je było nazwać Chinatown w obecnym tego słowa znaczeniu. Mieszkaliśmy na Calle de los Negros - gdzie skupiało się życie miejscowej chińskiej społeczności - ponieważ nie wolno nam było mieszkać nigdzie indziej. Calle de los Negros nazywano również Murzyńskim Zaułkiem, choć była co najmniej trzy metry szersza od innych ulic w okolicy. Oczywiście istniała też nazwa używana przez większość ludzi, także dziennikarzy - rasistowska obelga, której nigdy nie pozwoliłam przejść przez usta. Wydawało mi się wątpliwe, by linia kolejowa do Los Angeles - jeśli w ogóle tu dotrze - zmieni to, co ludzie o nas myślą, albo to, gdzie wolno nam mieszkać, ale nie dzieliłam się swoją opinią z Gene'em. Szanowałam męża i nie chciałam mącić wody.

Wyniosłam nasze miski, podeszłam do okna i przez chwilę starałam się uspokoić myśli. Zajmowaliśmy narożne pokoje w budynku Coronela w kształcie litery L, więc miałam dobry widok na otwartą przestrzeń z Calle de los Negros przechodzącą w Los Angeles Street, z Arcadia Street przecinającą i powiększającą trójkątne skrzyżowanie. Wiele lat temu ta parterowa posiadłość należała do najpiękniejszych w mieście. Nadal należała do Antonia Coronela, byłego burmistrza Los Angeles, który wynajmował lokale moim rodakom, ale teraz budynek był w opłakanym stanie. Wielkie płaty wapna i warstwy adobe odpadły, płaski dach się zapadł, a w podłodze zadaszonej drewnianej werandy przed budynkiem brakowało desek lub były one połamane. Na szczęście ceglane mury miały ponad trzydzieści centymetrów grubości i chroniły nas przed letnim upałem, a zimą zatrzymywały ciepło z pieca opalanego drewnem. Każde z mieszkań wychodziło na zadaszony ganek. Przed naszymi drzwiami na dwóch łańcuchach wisiał szyld reklamujący praktykę mojego męża:

Dr Chee Long "Gene" Tong Praktykujący chińską medycynę ziołową Wszyscy są mile widziani Mówimy po chińsku, angielsku, hiszpańsku i francusku

Tego ranka prawie nie czułam bólu stopy, ale nie mogłam przewidzieć, co przyniesie dzień. Czy po południu będę musiała wspomóc się laską? Mojego męża irytowało, gdy ludzie na ulicy widzieli we mnie jakąkolwiek skazę - jakby to godziło w jego lekarski autorytet. Zastanawiałam się często, co będzie, gdy się zestarzeję. Czy stopa całkowicie odmówi posłuszeństwa? Czy zachodni lekarz będzie musiał ją amputować? W czasie wojny secesyjnej widziałam zbyt wiele kalek, by mieć nadzieję na pomyślne zakończenie. Metodycznie, cegiełka po cegiełce, wznosiłam wewnętrzny mur chroniący przed lękami związanymi z przyszłością. Spokojniejsza, odwróciłam się od okna.

Kulejąc, minęłam swój ołtarzyk. Znajdował się pomiędzy dwiema niewielkimi wnękami w glinianej ścianie. Zawsze sądziłam, że kiedyś musiały być one miejscem kultu rodziny Coronelów. W każdej z nisz umieściłam brązową kadzielnicę, by tłumić docierające do nas wonie: odór ulicznych ścieków, zapachy gotowania z sąsiedniego mieszkania i obornika z przylegającej do naszego budynku zagrody, w której sąsiedzi trzymali konie. Weszłam do sypialni, ostatniego pokoju od wschodniej strony budynku Coronelów, dzięki czemu byliśmy oddaleni od miejsca, w którym nocowali pomocnicy mojego męża.

Gene wolał, żebym ubierała się jak Amerykanka, kiedy udawaliśmy się do jego kliniki w białej części miasta. Tego dnia wystroiłam się w długą suknię z halką i sięgające aż do kostek skórzane buty z guzikami. Nie przepadałam za nakryciami głowy, ale włożyłam słomkowy kapelusz ozdobiony jedwabnymi bławatkami. Różniłam się od innych, nielicznych, chińskich żon, które tu mieszkały. Je trzymano w odosobnieniu i pozwalano im wyjść tylko ze względu na specjalne okazje, które zdarzały się rzadko. Szczególnie kupcy obawiali się, że ich żony mogą zostać porwane, wywiezione do innego miasta i sprzedane nowemu mężowi albo jako kobiety stu mężczyzn. Mój mąż podchodził do tej kwestii inaczej. Byłam gwarancją obyczajności dla białych kobiet, które korzystały z jego usług. Chciał także, bym była obecna, gdy przyjmował chińskie pacjentki, dzięki czemu chińskie żony mogły mieć styczność z inną kobietą. Kobiet setki mężczyzn nie widywałam. Ich właściciele woleli kupować od Gene'a ziołowe toniki i podawać je według własnego uznania.

Wróciłam do naszej części dziennej. Mój mąż stał w drzwiach. Uśmiechnął się z aprobatą dla mojego stroju.

- Yue - zwrócił się do mnie po chińsku.

- Chee Long. - Skłoniłam głowę z szacunkiem.

- Jesteś gotowa, Moon? - przeszedł na angielski. W jego głosie pobrzmiewały echa wszystkich jego doświadczeń, a nuty brytyjskiego, amerykańskiego, hiszpańskiego i francuskiego akcentu harmonijnie współgrały z piętnastoma tonami języka kantońskiego.

- Tak, Gene - odparłam również po angielsku, ale moje słowa brzmiały inaczej. Mówiłam z czystym brytyjskim akcentem, ponieważ dorastałam w Hongkongu, a mój ojciec, lekarz medycyny chińskiej, zadbał o to, bym uczęszczała do szkoły misyjnej, chodziła do sądu przyglądać się procesom sądowym i bym poznawała zwyczaje kolonizatorów, a także pomagała mu w opiece nad pacjentami przybywającymi z całego świata, posługującymi się językiem angielskim.

Mój umysł dostosował się do języka angielskiego i do amerykańskiego stylu życia, z jednym istotnym wyjątkiem. Nadal byłam Chinką i gorąco pragnęłam mieć dziecko. Pod wezgłowiem małżeńskiego łoża trzymałam figurkę bogini Kuan-yin - tej, która widzi wszystkie łzy, przyjmuje ofiary i wysłuchuje modlitw kobiet pragnących zajść w ciążę - aby obdarzyła nas szczęściem niezbędnym do poczęcia. Bez względu na to, co wydarzyło się danego dnia i jak bardzo oboje byliśmy zmęczeni, wieczór kończył się małżeńską powinnością.

Wyszliśmy z domu, skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy na zachód zadaszonym drewnianym pasażem przed budynkiem Coronela, mijając inne mieszczące się tu lokale. Najpierw pensjonat dla samotnych mężczyzn, dalej - kawiarnię i zakład fryzjerski. Sklep Forever Prosperous - czyli Wieczny Dobrobyt - zajmował centralne miejsce w budynku Coronela. Był to sklep wielobranżowy dla moich rodaków, a nazwa miała natchnąć klientów optymizmem. Prowadził go Sam Yuen, przywódca Nin Yung Tong. Sąsiadował z nim dom uciech o nazwie Midnight Garden, Ogród Północy. To właśnie tutaj przywódca Sam nadzorował finanse swoich licznych przedsiębiorstw, między innymi jaskini hazardu po drugiej stronie ulicy. Dalej znajdował się sklep Starego Singa - korzystającego z protekcji przywódcy Sama - w którym oferował szeroki asortyment towarów lepszej jakości niż te sprzedawane w Wiecznym Dobrobycie. Idąc dalej na zachód, mijało się kolejny zakład fryzjerski, szynk, a na samym końcu - jeszcze jeden dom uciech prowadzony przez przywódcę Yo Hinga i jego Hong Chow Tong. Tak wielu moich rodaków żyło z dala od swoich żon i rodzin, że w samym kwartale Coronela klientów wystarczało, by mogły się utrzymać dwa przybytki miłości.

Na rogu skręciliśmy w lewo, w Main Street. Ulica tętniła życiem - roiło się na niej od różnej wielkości powozów, kaleszy, dorożek i wozów, nie brakowało także mężczyzn poruszających się konno. Przystanęłam na chwilę i ruszyłam za Gene'em, jak obyczaj nakazywał. Mój mąż po kilku krokach zatrzymał się i chwycił mnie za łokieć.

- Nie jesteś w Chinach i nie jesteś moją niewolnicą - przypomniał. Te słowa i upór, z jakimi je powtarzał, utkwiły mi w pamięci mocniej niż cokolwiek innego z tamtych pierwszych dni w Los Angeles, mimo wszystko czułam się nieswojo, krocząc u boku męża, a jeszcze bardziej krępowało mnie to, że dotykał mnie w miejscu publicznym, ale właśnie tak zachowywali się biali ludzie, co wielokrotnie podkreślał.

Na końcu pierwszego kwartału dotarliśmy do hotelu Bella Union. Po przebyciu tak krótkiego dystansu znaleźliśmy się w części miasta zamieszkanej przez białych. Nie rozpoznawałam wszystkich języków, które słyszałam wokół, ale już wtedy mój słuch potrafił rozróżnić francuski, niemiecki, włoski oraz oczywiście angielski i hiszpański. W naszym kierunku szło chodnikiem dwóch białych mężczyzn. Gdy dobiegły nas tony śpiewnego, południowego akcentu, zeszliśmy na nieutwardzoną jezdnię, by ominąć przechodniów. Zdawało się, że nie zwrócili na nas uwagi, co mnie ucieszyło. Większość Amerykanów w Los Angeles pochodziła z Głębokiego Południa. (To miasto - tak małe - było jedynym w wolnym stanie, które wysłało pułk, Los Angeles Mounted Rifles, by zasilił szeregi Konfederacji). Od przyjazdu zdążyłam się przekonać, że gweilo z Południa byli wyjątkowo nieprzewidywalni. Nigdy nie było wiadomo, co białe duchy mogą zrobić ludziom takim jak my. Ha! Nie było wiadomo, co mogą zrobić sobie nawzajem! Przegrana wojna nie skłoniła ich do przemyśleń. Nosili w sobie głęboką, nieustępliwą gorycz. Jedna zniewaga lub obraza - i już chwytali za pistolet. Miało to ponoć jakiś związek z tym, że są dżentelmenami z Południa i chcą bronić swojego honoru, a przynajmniej tak mi powiedziano. Sprawiedliwość była dla nich sprawą osobistą i należało ją wymierzyć natychmiast.

Gdy znaleźliśmy się kilka metrów za tymi mężczyznami, wróciliśmy na chodnik. Po pokonaniu dwóch kwartałów dotarliśmy do posesji Williama Abbotta. Po lewej stronie stał piętrowy dom z białym sztachetowym płotem i gankiem, na którym państwo Abbott lubili przesiadywać i obserwować otaczający świat. Po prawej stronie mieścił się dom pogrzebowy pana Abbotta. Pan Abbott pozwolił Gene'owi powiesić szyld niemal identyczny jak ten przed naszym mieszkaniem, z tą różnicą, że ten zapraszał wyłącznie amerykańskich pacjentów - co w rzeczywistości oznaczało pacjentów białych - i znajdowała się na nim strzałka wskazująca kierunek.

Obeszliśmy budynek i od tyłu weszliśmy po kilku stopniach prowadzących do gabinetu mojego męża. Stała w nim szafa apteczna, jeszcze większa od tej w naszym mieszkaniu, a przed nią znajdowała się lada. Na ścianie wisiały obok siebie dwa duże rysunki meridianów z przodu i z tyłu ludzkiego ciała. Gene posługiwał się nimi, by tłumaczyć pacjentom, czym jest qi - życiowa siła, o której nigdy wcześniej nie słyszeli. Resztę wyposażenia stanowiło umeblowanie w stylu amerykańskim - kanapa, łóżko polowe, krzesła i drewniany stół. Pani Abbott stwierdziła, że w takim wystroju pacjenci będą się czuli swobodnie, i tak właśnie było. Gene podał mi swój kapelusz, ja zdjęłam własny i oba położyłam za ladą. Mogłam zaczynać pracę.

Byłam córką lekarza i trzecim - najbardziej doświadczonym - pomocnikiem męża. Każdego dnia mełłam zioła i je parzyłam. Potrafiłam przygotowywać emulsje, maści i okłady. Formowałam pigułki i przygotowywałam składniki, które pacjenci mogli zabrać do domu do samodzielnego przyrządzania. Nie przeszłam wieloletniego szkolenia, by rozróżniać i rozumieć dwadzieścia osiem rodzajów pulsu, znałam jednak podstawy. (Jeśli puls dudnił pod opuszkami palców w rytmie znanym jako "uderzenie yin i wyraziste yang", oznaczało to, że Krew i Esencja się połączyły, i mój mąż mógł poinformować kobietę, że jest brzemienna. Tętno nitkowate wskazywało na niedobór qi, który mógł objawiać się zmęczeniem, bezsennością i dusznością). Tego dnia zamierzałam sporządzić spis zapasów, żeby Gene mógł złożyć zamówienie. Większość ziół wysyłano do nas z San Francisco. W niektóre mój mąż zaopatrywał się bezpośrednio od sprzedawców z Chin. Niezależnie od tego, skąd szedł towar, dostawa docierała do nas dopiero po paru tygodniach, a czasem nawet miesiącach. Temu ciągłemu problemowi trudno było zaradzić.

Pierwszą pacjentką tego poranka była pani Mueller, niska i szczupła Niemka z siwymi włosami upiętymi w prosty kok. Cierpiała na niedobory w nerkach i płucach, które objawiały się w postaci wyniszczającej choroby - suchot, leczonych wcześniej przez białych lekarzy bezużyteczną miksturą octu i arszeniku. Usiadła przy stole naprzeciwko Gene'a. Kiedy mój mąż przystąpił do przeprowadzenia Czterech Badań - oglądania, wąchania, mierzenia pulsu i zadawania pytań - oderwałam się od inwentaryzacji, by nalać odwar do buteleczek i je zakorkować.

- Jak pani sypia? - zapytał Gene.

- Lepiej - odparła pani Mueller. Mój mąż trzymał palce na jej nadgarstku, nasłuchując i starając się wyczuć tętno. - Panie doktorze, co dzisiaj pan słyszy?

- Puls jest nadal słaby, ale wyraźniejszy niż wcześniej. Czy odpowiednio się pani odżywia?

Pacjentka poklepała się po brzuchu.

- Mój mąż twierdzi, że lekko przytyłam.

-To dobrze. Odzyskuje pani siły. Kiedy ostatni raz kaszlała pani krwią?

- Dwa tygodnie temu.

- To jest dokładnie ta odpowiedź, którą chciałem usłyszeć.

Gene, rozmawiając z panią Mueller, jednocześnie badał ją węchem. Powoli wciągnęłam powietrze, żeby sprawdzić, jak radzę sobie z tą metodą - mój ojciec twierdził, że mam do niej wyjątkowy dar. Kiedy pacjentka po raz pierwszy przyszła do mojego męża, z powodu skrofulozy wydzielała zapach przypominający woń gotowanej rzepy. Zabiegi Gene'a zamknęły rany na szyi i ostatecznie doprowadziły do zniknięcia owrzodzenia. Nadal czuć było lekko kwaśny zapach wywołany utrzymującą się w płucach flegmą. Nie trzeba było pobierać wieloletnich nauk u mojego ojca, by dostrzec, że stan kobiety znacznie się poprawił.

- Już nie zagląda pani śmierci w oczy - orzekł Gene i skinął głową w moją stronę. - Moja żona przygotowała dla pani lekarstwo. Jak zawsze, rozlała je do buteleczek, więc będzie pani miała pewność, ile dokładnie go zażyć.

- Połowę rano, a połowę wieczorem - wyrecytowała pani Mueller.

- Zgadza się.

Po jej wyjściu powróciłam do inwentaryzacji. Wkrótce zjawił się William Slaney. Był właścicielem sklepu z trzewikami i botkami na rogu ulic Commercial i Los Angeles. Chciał zatrudnić kilku Chińczyków - "wymagana podstawowa znajomość angielskiego" - do reperowania podeszew.

- Mam dla pana idealnych ludzi - oznajmił Gene. - Kiedy mieliby podjąć pracę?

Byłam dumna z tego, że mój mąż pomaga rodakom w znalezieniu posady. Właściciele interesów płacili Gene'owi prowizję za pośrednictwo, a zatrudnieni mężczyźni obdarowywali nas prezentami, na jakie tylko mogli sobie pozwolić, w dowód wdzięczności za to, że otrzymali szansę na nowy początek w Złotej Górze. Gene pełnił również rolę "wodnego ducha" - wysyłał zarobki mężczyzn pocztą do ich krewnych w ojczyźnie.

Gdy pan Slaney i mój mąż kończyli rozmowę, do gabinetu wszedł mój szwagier. Zdziwiłam się, że Gim pojawił się tutaj w swoim wolnym dniu, w dodatku wyglądał na zmartwionego. Był tego samego wzrostu co mój mąż, ale różnili się wyglądem. Gim był szczupły jak trzcina. Nosił tradycyjne niebieskie bawełniane spodnie i długą kurtkę z rękawami zakrywającymi dłonie. Jego warkocz sięgał niemal do kolan. Miał wysokie czoło pozbawione zmarszczek, co świadczyło o bystrości umysłu, ale był jeszcze na tyle młody, że świat nie zdążył go poważnie zmartwić. Podszedł do mojego męża i zaczął szeptać mu coś do ucha. Gene słuchał, kiwając głową, i patrzył mi w oczy, w milczeniu przekazując wiadomość. Postukał palcami w linię włosów. Wkładaj kapelusz. Wychodzimy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej