Córki rozbójniczki - Grażyna Plebanek

Reflow text when sidebars are open.
Uwielbiam kobiety w sensie plemiennym. Co prawda, jak wiele z nas, jestem Zosią Samosią i kiepsko funkcjonuję w hierarchii, ale marzy mi się zaplecze z myśli wysnutej przez kobiety. To pozorny paradoks: być osobną i nie lubić drabinek, a jednak chcieć świata, w którym można przysiąść wśród swoich. Dobrze byłoby mieć należny każdej z nas stołek w Niehierarchicznej Izbie Kobiet-Lordów - choćby to był zydel outsiderki.
Podobno w niektórych zbiorowościach kobiety na pewien czas odsuwały się od mężczyzn, oddzielały od nich fizycznie. Coś tam snuły, żuły, przędły, mełły. Wizje tego, co robiły, gdy mężczyźni im nie przeszkadzali, oscylują od złowieszczych (wiedźmy) po naturalistyczno-arkadyjskie (jednoczesne miesiączkowanie). Kicz na bok - ważne jest to, że czai się za tym następujące przeczucie: kobiety są głodne swojego towarzystwa, własnych opowieści, świata widzianego ich oczyma.
Przykładem są powstające w ostatnich latach książki o doświadczeniach kobiet na wojnie, podczas zrywów i rewolucji. Front ten sam, a opowieści pisane z perspektywy mężczyzn i kobiet - różne. Zaznaczanie tych różnic nie jest wykopywaniem topora wojennego, a wręcz przeciwnie, sprzyja tworzeniu wspólnoty, twórczo zróżnicowanej (mężczyzna, który na wzmiankę, że kobieta ma bóle menstruacyjne, odpowiada: "Rozumiem, mnie też boli brzuch", wzbudza we mnie atawistyczny lęk).
Kobiety czytają więcej niż mężczyźni. Czytanie staje się też coraz częściej przywilejem starszych, według statystyk młodsi czytają mniej albo wcale. Ludzie po studiach niezwiązanych z literaturą już nie wstydzą się powiedzieć, że nie przeczytali w ciągu roku ani jednej książki. Pewnie można się lubić i w wersji podstawowej, bez dodatkowego wyposażenia w postaci wyobraźni budowanej dzięki literaturze. Nie oceniam, tylko gdy spotykam takie osoby, przychodzi mi na myśl scenka z powieści Terry'ego Pratchetta, gdzie na pytanie "Co to jest prolog?" pada odpowiedź: "Odmiana robaka"1.
Czytanie zawsze było elitarne. Elitarność daje przewagę, pozwala się gromadzić pod pewną flagą, jest uczestniczeniem, może stać się doświadczeniem zbiorowym, a nawet "sprawą". Choćby taką, by nasycić pozytywnie przymiotnik "kobiece", również w odniesieniu do czytania, tak by nie stało się bliźniakiem powiedzenia "babskie gadanie" (versus "chłopski rozum"). Czytaniem (i pisaniem) można stworzyć język równościowy, odpatriarchalizować go, to narzędzia subtelne, a skuteczne, jak na kobiecą broń przystało.
Myśl wysnuta przez kobiety a myśl kobieca to dwie różne sprawy. Głupio byłoby tę ostatnią zamykać w obrębie biologicznej płci. Wszyscy mogą uczestniczyć w przywracaniu godności słowu "kobiecy".
*
Bywają książki zbójeckie, mogą być rozbójnickie. Tytułem Córki Rozbójniczki nawiązuję do postaci z baśni Andersena, drugoplanowej, ale dla mnie bardzo ważnej. Dziewczynka, którą spotyka główna bohaterka Królowej Śniegu, to córka kobiety herszta zbójeckiej bandy. Mała Rozbójniczka, samowolna, krnąbrna, samolubna, trąca strunę dziewczyńskości - to my przed treningiem społecznym.
Jestem za zatrzymaniem w sobie pewnej naiwności, bezczelności, za rozwijaniem nastoletniej umiejętności "zwąchiwania się", instynktownego wyczuwania, z kim nam dobrze (choć niekoniecznie po drodze, merkantylizm to odpychająca cecha dojrzałości). Mam nosa do kobiet, które lubią inne kobiety, lubią je naprawdę. Jest w nich życzliwość, a nie czujność.
Córka Rozbójniczki jest prawdziwa i surowa, a tkwi na drugim planie. Ją i jej podobne postaci stawiam w tej książce na przedzie, gdzie ich miejsce. Ona i pozostałe bohaterki: Anda, Izabela Czartoryska, Isadora Duncan, Dagny Juel, Szara Wilczyca, Ana?s Nin, Zofia Nałkowska, Virginia Woolf, Maggie Gee, Niania Ogg, Babcia Weatherwax, a także kapłanki, Amazonki, czarownice, królowe, sufrażystki, hakerki, lisice i wilczyce - to postaci autentyczne i fikcyjne. Spotykałam je w różnych okresach życia. Niektóre poznałam w dzieciństwie, a są ze mną do tej pory. Same mnie znajdowały, przychodziły pojedynczo lub parami, wpływały tanecznym krokiem lub kuśtykały, udając bezbronne staruszki.
Nie są bezbronne. Choć nieobecne w kanonie lektur, chociaż nie figurują w gronie idealnych matek czy wiernych żon, to one trzymają wartę na rogatkach naszego świata, pilnują, by nie rozlazł się w szwach. Dziedziczymy po nich geny i powiedzonka, spojrzenia i temperament, nawyki i popędliwość.
Po co mi te ponowne lektury? Czytałam te książki, wędrują ze mną, w przenośni i dosłownie. Teraz pożyczam je, egzemplarze z podkreśleniami i oślimi uszami - niech opowieść idzie dalej. Dzięki niej czuje się grunt pod nogami, nieważne, czy z liter, czy z płyt chodnikowych.
To opowieść o plemieniu, które nazwałam Córkami Rozbójniczki.
Piotruś leżał na sąsiednim łóżku i wpatrywał się we mnie szarymi oczami. Z korytarza dochodziło pobrzękiwanie naczyń, kobiety w sznurowanych butach na koturnie, z wyciętymi piętami, szykowały obiad. Spojrzenie Piotrusia oplatało kokonem, w szparze drzwi przesuwały się postaci w fartuchach, głowy w czepkach pochylały się nad parującymi garnkami, brunatne rogi koców wysuwały się z powłoczek o niedbale zawiązanych trokach.
Niektóre dzieci spały, inne tylko udawały, popatrując na salę spod na wpół przymkniętych powiek. Piotruś leżał z szeroko otwartymi oczami i śledził ruch kołdry, która unosiła się przy każdym moim oddechu.
- Piotrek, spać! - krzyknęła Pani.
Niektóre dzieci poruszyły się przez sen, inne drgnęły, jakby na czymś przyłapane. Piotruś wzniósł oczy do nieba i zamknął je dla świętego spokoju. Pani się odwróciła.
- Znam córkę rozbójniczki... - szepnęłam.
Szare oczy chłopca otworzyły się, patrzył teraz na mnie uważnie. Poruszyłam się niespokojnie.
- Wierzę ci - doszedł mnie gorący szept Piotrusia. - Naprawdę ci wierzę.
Brzdęk! Spadł blaszany cedzak, kłębek zapachu pomidorowej podtoczył się pod nasze łóżka.
- Poznałam ją, naprawdę - powiedziałam, marszcząc brwi. - Królowa Śniegu porwała Kaja, a Gerda poszła go szukać. Po drodze spotkała córkę rozbójniczki. Jej mama była hersztem bandy rozbójników, rozumiesz? I ta dziewczynka dała Gerdzie renifera, a ona na nim dotarła do krainy lodu.
- I co było dalej? - zapytał Piotruś.
- Znalazła Kaja i zabrała go do domu.
Spojrzenie Piotrusia kleiło się rozgotowanym ryżem.
- Mogę do ciebie mówić Gerda?
W ustach zrobiło się ślisko, jak śliski był fartuch Pani, którą obejmowałam co rano w pasie. Czepiałam się jej bioder, bo chciałam do mamy, moje łzy ściekały z fartucha Pani na podłogę, nic w ten materiał nie wsiąkało.
- Gerda, śpisz?
Odwróciłam się na drugi bok, widział teraz moje plecy zakryte po szyję kocem udającym kołdrę. Tego ranka Pani też na nie patrzyła, gdy szłam prosto do sali, gdzie bawiły się dzieci. Już nie tuliłam się do jej fartucha.
- Gerda?... - szepnął Piotruś.
- Nie jestem żadną Gerdą!
- To jak mam cię nazywać? - Wiercił się na drewnianym, składanym łóżku. - A ja mogę być Kajem?
Uniosłam się na łokciu.
- Proszę Pani! - zawołałam w ciszy leżakowania. - On mi przeszkadza spać!
Scenografia mojego ówczesnego pokoju: żółte ściany, w rogu piec z białych kafli, naprzeciwko okno, a w nim drobinki kurzu wirujące w powietrzu. W zimowe wieczory nad moim łóżkiem paliła się lampka, zabawki zajmujące stolik pod ścianą rzucały cienie jak z japońskiego teatru. Rano czekały na mnie prezenty: kwiaty wymalowane mrozem na szybach. Drapałam je leciutko paznokciem, wzniecając biały pył, chuchałam, aż śnieżne kwiaty topniały. Jeśli nie ma dwóch identycznych śnieżynek, to i kwiaty pewnie za każdym razem tworzą się inne.
Czyli zapamiętałam zimę. Podobną do tej, ale nie taką samą, jaką opisał Andersen w bajce Królowa Śniegu, jeśli wierzyć śnieżynkom, tym najmniejszym indywidualistkom. Z kuchni dochodził głos z brązowego radia wielkości dwóch cegieł, napędzanego czerwonymi sześcianami baterii: komunikaty o stanie wody na Sanie, audycje dla rolników, przestrogi dla kierowców, a w niedzielę - Matysiakowie. Bliżej głos taty czytającego mi bajkę, ciepło bijące z pieca, ciemniejące zmierzchem okno.
...Gerda siedziała na podłodze. Z kominka sączyło się ciepło, z boku dobiegał równy oddech Kaja. Siedział z podwiniętymi nogami, zasłuchany w opowieść babki, usta miał lekko uchylone. To on pierwszy zobaczył Królową Śniegu. Pewnego razu jej blada twarz mignęła po zimnej stronie szyby; od tej pory nic już nie było takie samo - Kaj się zakochał, a Gerda, ciepła, rozkoszna, potulna Gerda, nic nie mogła na to poradzić. Kaj poczuł najpierw niewinne ukłucie, ale parę dni później był już na prawdziwym głodzie. Nie mógł przestać myśleć o tej kobiecie, wszędzie szukał jej twarzy. Zobaczył ją wreszcie, a ona zaproponowała, by przyczepił saneczki do jej sań ciągnionych przez białe konie. Nie wahał się.
Gerda znalazła się w środku historii jak z Frantica Polańskiego. Był chłopiec i go nie ma. Co się stało? Ukradli go? Kto?! W Gerdzie się gotuje, może trochę zbyt łzawo, ckliwie, ale rezultat jest właściwy - dziewczynka porzuca kominek, babcine opowieści i rusza za Kajem.
Za Gerdą nie przepadałam, przez jej cichy heroizm, lepkie poświęcenie. Za to uwielbiałam postaci, które spotykała po drodze, a przede wszystkim samą drogę. Gerda szła, biegła, czasem brnęła. Była już dość wyczerpana, gdy spotkała inną dziewczynkę. Nietypową, szorstkawą w obejściu. Nie była to prosta konfrontacja panienki w różowej sukience z outsiderką w bojówkach. Gerda-ciepłe kluchy miała w sobie stalowy rys, a mała buntowniczka, córka kobiety, która była hersztem bandy rozbójników, wykazała się tak zwanym dobrym sercem.
Okładka mojego egzemplarza Baśni H. Ch. Andersena: siedząca w saniach smukła kobieta w jednej ręce trzyma wodze, w drugiej bat. Twarz na wpół odwrócona, futro powiewa na wietrze, konie białe od śniegu albo spienione z wysiłku - tak znany rysownik Jan Marcin Szancer widział Królową Śniegu. Otwieram stary egzemplarz na pierwszej stronie: zdjęcie wklejone do książki, a na nim przedszkolaki. Tkwię w rzędzie z moją przyjaciółką Dorotą, obok inne uśmiechnięte szczerbule. Pod spodem staranne litery: "Grażynce na pamiątkę pobytu w przedszkolu - nauczycielki, komitet rodzicielski, dyrektor". Obok zasuszone szarotki (skąd mogłam wiedzieć, że były pod ochroną).
Uwaga! Na scenę wchodzi ONA, Córka Rozbójniczki. Banda jej matki napada na karetę, w której jedzie Gerda; zabija forysiów, stangreta i służących - wszystko to z córką na plecach - rabunek czy nie, ta kobieta jest w pracy, a jednocześnie musi zajmować się dzieckiem.
Już ma zabić Gerdę, gdy córka gryzie ją boleśnie w ucho.
"Ty przeklęty bachorze!" - woła matka.
"...i nie zdążyła zamordować Gerdy".
Jak wygląda mała rozbójniczka? "Była tak duża jak Gerda, ale silniejsza, o szerszych ramionach i ciemniejszej cerze. Jej oczy były czarne i patrzały prawie smutno". Hodowała zwierzęta, ale trzymała je na uwięzi, żeby nie uciekły. Ulubionego renifera łechtała w szyję nożem. Bał się, a ją to bawiło. Z tym nożem spała, cały czas ściskała go w dłoni. Szancer maluje ją jako brunetkę o kręconych włosach i czerwonych ustach, czerwone ma też korale i sukienkę, kiedy tak stoi w jednym sandałku. Gerda jest jej przeciwieństwem: blondynka, mimo trudów drogi starannie uczesana, kokardki trzymają się we włosach. Mała dama ma wysokie trzewiki i suknię na tyle długą, by zakrywała łydki.
Dorota i ja, sześcioletnie: we włosach kokardy, ale sukienki nosimy mini, w dodatku jej jest czerwona. Dorota sprzed lat - złociste kręcone włosy, uśmiech łobuza i niezapomniane opowieści. Zapamiętałam historię o tym, jak jej babcia wyjechała do Włoch, gdzie poznała ludzi różnych narodowości i świetnie się bawiła. Dojrzała kobieta nad brzegiem morza, tańcząca w rytm pulsującej muzyki, wokół wielojęzyczny tłum - tak to sobie wyobraziłam, ten obraz utkwił mi w pamięci, jak okruch lustra w oku Kaja.
[To babcia Doroty nas poznała: przyszły we dwie pod naszą klatkę, bo zginął im czarny kot. Czy go widziałam? "Tak, mignął mi w drodze do piwnicy" - skłamałam. Nie widziałam żadnego kota, ale chciałam poznać Dorotę i jej babcię.]
Dwie dziewczyny - Thelma i Louise, Gerda i Córka Rozbójniczki. Ale te ostatnie nie jadą na śmierć, jak bohaterki filmu grane przez Ginę Davis i Susan Sarandon. Przed nimi droga się dopiero otwiera. Córka Rozbójniczki oddaje Gerdzie swojego renifera, wciska jedzenie, ciepłe rękawice i własną poduszkę, po czym przywiązuje Gerdę do grzbietu renifera i woła do zwierzęcia: "Teraz pędź, ale uważaj na dziewczynkę!".
Gerda odnajduje Kaja. Gdy widzi go po raz pierwszy od czasu rozłąki, chłopiec ubrany jest w ciepłe, zimowe ubranie, szalik podchodzi mu pod nos, czapka obsuwa się na oczy i tylko grzywka wystaje. Skupiony, układa patykiem słowo z kawałków lodu. Jest już innym człowiekiem. Sztywnym z zimna, siłą rzeczy. I tak to się kończy, niby dobrze.
Jest coś takiego w baśniach, że otwierają wyobraźnię dzieciom, a zamykają dorosłym. Nadmiar przestrzeni, skrótowość, która dzieciom robi dobrze, dorosłego peszy. Nie rozumiem fenomenu polskiej popularności Paula Coelho ani Jonathana Carrolla. Odwoływanie się autora do "dziecka w czytelniku" wydaje mi się śliskie i dość podejrzane, boję się, że wydobywa co najwyżej infantylizm. Dlatego, drążąc Królową Śniegu, wolę nawiązywać do mojego odbioru jako dziecka, dziecka, jakim byłam. Kobieta, którą jestem dziś, inaczej widzi postaci Gerdy, Kaja, Córki Rozbójniczki i samej Królowej. Odkładam na bok pryzmat literaturoznawczy, w tej książce bezużyteczny. Chodzi o spojrzenie wtedy i dziś; o to, co pomiędzy, a także o to, co z tego wynikło - czyli o to, "co było dalej". To jest najważniejsze, również w opowieściach.
Gerda znalazła Kaja i co było dalej? Nie o Kaja tu chodziło, to oczywiste - Królowa Śniegu przyjechała do Gerdy. Wyciągnęła z pieleszy, sprowokowała, pokazała jej świat. Sypnęła kawałkami lustra w oczy, żeby uwierały, zniekształcały, budziły emocje, wątpliwości, pytania. Królowa Śniegu, dorosła, mądra kobieta, przyjechała do dziewczynki i nią potrząsnęła. Obudziła skuloną przy kominku Gerdę.
Za każdym razem, gdy tata zawieszał głos w dramatycznych momentach lub, nie daj Boże, w trakcie czytania mi Królowej Śniegu szedł sobie zaparzyć herbatę (taką, jaką teraz sama parzę), miałam nadzieję, że Kaj i Gerda zostaną na Północy. Byłam ciekawa, jak wygląda lodowy zamek, po kolei, komnata po komnacie. Tymczasem oni wrócili do domu, jak Staś i Nel, może się nawet pobrali. "I żyli długo i szczęśliwie" - szczękało zdanie-gilotyna opowieści (bywa nią i w związkach, ale to już materiał na inną opowieść).
A co się stało z Córką Rozbójniczki? (Jak ona w ogóle miała na imię? Dziewczyna, która jest wciąż w drodze, ma wiele imion.) Po odjeździe Gerdy matka-herszt bandy wypiła butelkę whisky i zachrapała w zbójeckiej kryjówce, a jej córka zaprzęgła konie do karocy.
...Wskakuje na kozioł - w jednym ręku wodze, w drugim bat.
Nie traćmy jej z oczu. W następnym rozdziale będzie miała na imię Anda.
PS The Little Robber Maiden - te słowa napisane na kartce wyrwanej z zeszytu dostałam od brytyjskiej pisarki Maggie Gee. "Mała, dzika i nieznośna", tak o naszej ulubionej bohaterce pisał Andersen. Maggie Gee też występuje w tej książce, o czym w kolejnych rozdziałach.
(Fragmenty Królowej Śniegu w przekładzie Stefanii Beylin i Stanisława Sawickiego.)
Pierwsza krew i syk zbuntowanej nastolatki. Gęsta czerwona kropla i niedobre przemeblowanie: swojska rzeczywistość zmienia się w materac fakira najeżony gwoździami konwenansów. Świat czternastoletniej Andy, z której palca cieknie krew, wiruje; spokój dzieciństwa (tylko dorośli twierdzą, że dzieciństwo jest spokojne) dobiega końca. Coś się otworzyło, szczelina, jak ta na skórze, co spływa czerwienią. Dość przejmującą. Anda patrzy na ranę, cisza wokół niej usiłuje być znacząca, ale ustępuje miejsca brzuchatemu zegarowi po przodkach - ten tyka niczym bomba.
Ale Anda, bohaterka powieści Godzina pąsowej róży Marii Krüger, jest córką lekarki. Przytomnie rozgląda się za plastrem i wodą utlenioną, wszystko jest pod kontrolą. Krew jej nie straszna, krew się w niej nie burzy ani jej nie zaleje. Dopóki wzrok nie padnie na twarz tamtej kobiety...
Anda, minutę wcześniej: spieszy się na basen, a że właśnie poplamiła atramentem spódnicę, zakłada spodnie. Leżą pięknie, dziewczynom zbieleje oko, Karol będzie się na nią gapił. Zachwycona ciuchem wykonuje dziewczęco-gombrowiczowski wymach nogą - ze stopy zsuwa się but i tłucze szkło w starej fotografii ciotecznej babki. Anda podbiega do zdjęcia, które od lat wisi w jej pokoju, i po raz pierwszy z uwagą mu się przygląda. Dziwi się staroświeckiej kiecce ciotki. "Ciuch", "kiecka" - to słowa z czasów Andy, podobnie jak "fajna babka" (którą może Anda niedługo zostanie; czy wręcz "kociakiem", jak pisywał wczesny Głowacki). Jest rok 1960.
Naprzeciwko Andy stoi kobieta. W ramce, na razie nieruchomo. Wsparta o kolumienkę, w powłóczystej sukni ozdobionej masą kokardek i podpięć, na ufryzowanej głowie kapelusz ciężki od kwiatów i owoców. Długie rzęsy rzucają cień na delikatny policzek, zgrabny nos wącha wyblakłą różę. Gołym okiem widać, ile je dzieli: ramka (co prawda szkło już w niej zbite), stroje z epoki (tu kuso, tam powłóczyście) i osiemdziesiąt lat - dziewczyna tkwi w roku 1960, kobieta oparta jest o kolumienkę made in fin de si?cle - u niej jest rok 1880.
Uważaj, Ando, ta róża to podstęp, posągowy spokój kobiety tym bardziej! Ale Anda już przysuwa twarz bliżej zdjęcia. Nastolatka i kobieta tkwią naprzeciw siebie, niemal mierzą się wzrokiem, jakby miały ruszyć z dwóch końców jedynej ulicy zamarłego z przerażenia miasteczka na Dzikim Zachodzie. Kobieta trzyma różę, czarno-białą; nastolatka wyciągniętą rękę. Palec Andy zgina się pierwszy - dziewczynę przeszywa ból - ostry kawałek zbitej szybki, za którą tkwi fotografia, przecina skórę. Kropla krwi pada na wyblakły kwiat. Kobieta zerka spod kapelusza na Andę, która myśli: "To moja cioteczna babka, ciotka Eleonora". I druga myśl: cofnąć czas.
[Tylko o godzinę, żeby mama się nie denerwowała, gdy wróci z ojcem z kina i nie zastanie Andy w domu. Anda będzie wtedy na basenie, chce trenować, żeby zostać najlepszą pływaczką. Dzięki temu kupi sobie kawalerkę, może mały samochód. Będzie znana, na pewno niezależna. Dlatego pływanie jest tak ważne. Aha, i trzeba spławić Karola, który doprasza się o randkę. Anda jest zbyt zajęta. Na pływalnię! A że stłukła szkiełko i musi teraz posprzątać, złapać autobus itd., to wszystko się wydłużyło. Jednak nie zrezygnuje z pływania. Cofnie wskazówki zegara w swoim pokoju, żeby mama myślała, że Anda się spóźnia, bo zegar się spóźnia. Cofnie tylko o godzinę. Tak jej się wydaje, naiwnemu dziewczęciu.]
Czas nie słucha Andy.
Dziewczyna staje przy brzuchatym zegarze, prezencie ciotki Eleonory dla babki Andy, w jej ręku połyskuje złoty kluczyk. Co się stanie z Andą, kiedy cofnie wskazówki? Zmienić Czas to podnieść rękę na najsroższe z bóstw, to, które leczy i rani, zasiewa nostalgię i powleka zmarszczkami, które rządzi nami, porami roku, plamami na księżycu i dłoniach. Ręka, którą Anda podniosła na Czas, krwawi; kluczyk powoli zanurza się w brzuchu zegara. Trrrrach! - naraz zegar zgrzyta, róża płonie od krwi dziewczyny - i obok Andy staje... ciotka Eleonora.
Gdy Anda słyszy głos prababko-ciotki, GŁOS kobiety, która powinna tkwić w ramce za szybą - owszem, Anda stłukła szybę butem i mea culpa, tak powinna powiedzieć - jeżą jej się włosy na głowie. Ciotka Eleonora powąchała świeżej krwi upuszczonej przez młodziutką dziewczynę na spłowiałą różę swojej młodości i - ożyła. Stara fotografia przestała być jej domem.
Ciotka Eleonora: strój z epoki, wąziutka talia, smukłe dłonie, twarz drobna, piękna. Kiedyś nazywałam ten ideał kobiecej urody: "ciotka Eleonora". Dziś myślę - Diane Kruger, a może January Jones, gwiazda serialu Mad men? Mój egzemplarz Godziny pąsowej róży ma trzydzieści pięć lat, tyle, ile miała Anda, gdy Czas, przy którym znów gmerała, mściwie zamienił ją w starą pannę. Przez tych trzydzieści pięć lat zwietrzała koncepcja starej panny, wyparował komunizm, wykluł się kapitalizm, niebo książek zasnuły chmury popkultury o zmieniających się w zawrotnym tempie kształtach: dziś Diane Kruger, jutro January Jones. Kto będzie pamiętał jakiś serial za osiemdziesiąt lat? Kto skojarzy Diane Kruger, obsadzoną w roli pięknej Heleny w Troi u boku Brada Pitta? Pitt, kim będzie w pamięci ludzkiej za osiemdziesiąt lat? A tyle przestała nieruchomo ciotka Eleonora oparta o staroświecki postument - w gorsecie! - zanim Anda ją uwolniła za pomocą sztuczki z krwią, różą i zegarem.
Kiedy czytałam pierwszy raz Godzinę pąsowej róży, rysunek z okładki - smukła dama - wdrukował mi się w pamięć, nieprzysypaną jeszcze innymi okładkami, dziełami Photoshopa. Ale wspominam i o tych popkulturowych skojarzeniach, chociaż są nieliterackie i spowodują, że tekst się szybciej zestarzeje; to plamy posłoneczne na obliczu literatury, zmarszczki, które wyszły na jaw wcześniej, niż powinny. Co tam! Brak lęku przed zmarszczkami wyssałam z mlekiem tej powieści, kiedy jako dziewczynka dostałam Godzinę pąsowej róży od przyjaciółki z dedykacją "Z okazji imienin Grażynki od Ireny".
[Irena odnalazła się niedawno, po tych wszystkich latach. Okazało się, że też podróżuje. Kiedy napisała do mnie, akurat znów mieszkała niedaleko - tym razem nie w sąsiednim bloku na warszawskim osiedlu, ale w graniczącej z Belgią Holandii. Ostatnio znów zniknęła, a ja się tym nie niepokoję; nauczyłam się, że z nami tak jest. Droga to rzecz święta.]
Zmiana czasu. Mogłoby się wydawać, że piękna Eleonora skorzysta z okazji i wskoczy w lata sześćdziesiąte, kiedy kobiety mogły swobodniej oddychać. Zostanie aktorką dzięki akcji "Piękne dziewczyny na ekrany", trochę zarobi, a trochę przepuści, bo będzie czuła się w obowiązku stawiać wódkę kolegom z planu. Stanie się ozdobą imprez, wianuszek mężczyzn w identycznych okularach w rogowych oprawkach będzie oczadzał ją dymem z carmenów. Może jakiś prężny działacz pokaże film z nią za granicą, może Eleonora przejdzie się pawim krokiem po czerwonym dywanie? I to by było na tyle, kaganiec ograniczeń nakłada Czas i historia (nie piszę "historia" wielką literą, bo nie lubię wersji Heglowskiej, wpajanej nam w szkołach, historii rozumianej jako fascynacja wojnami i rewolucjami, przedstawianej jako koło zębate, przemielające, przerdzewiałe i przestarzałe).
Czas, w który miała szanse wskoczyć Eleonora, był żywo komunistyczny. Na początku Godziny pąsowej róży znajduje się taki oto kwiatek od wydawcy: "Ta książka przeznaczona jest dla Ciebie, młody Czytelniku. Mam nadzieję, że sięgniesz do kolejnych tomów tej serii - rozpoznasz ją łatwo po jednolitej szacie graficznej. Wybierać będziemy do tej serii książki szczególnie wartościowe i popularne; zabawne i poważne; takie, które się czyta jednym tchem, i takie, które czytamy powoli, smakując ich urodę. Słowem będą to książki bardzo różne, lecz łączy je jedno: zostały napisane w Ludowej Polsce".
Te zdania niczym pług wywalają na wierzch na wpół zakopane dyskusje: jak oceniać komunizm, co myśleć o pisarzach i pisarkach, którzy współpracowali z reżimem, co odciąć, co zostawić, pod kreską, nad kreską czy w ogóle bez niej... Spójrzmy raczej na to, co się w tych zdaniach kryje wartościowego: emocje, jakie wywołują książki, ważne miejsce, jakie zajmują w życiu czytelników. I ten inteligencki sznyt: obecność średników.
Ciotka Eleonora ignoruje nowoczesność lat sześćdziesiątych i wciąga Andę w swoje czasy. Żelazny uścisk rączki w koronkowej rękawiczce będzie od tej pory dyrygował życiem dziewczyny: wprowadzi ją na salony i miny towarzyskie, będzie wodzić po korytarzach kindersztuby i po ciemnawych pokojach warszawskich kamienic z czasów zaborów. Pełno tu zderzeń pojęć; wyzwolona Anda nie chce być "panienką", "panną na wydaniu", "czekającą na starającego się". Odmawia noszenia gorsetu, matinek, tiurniury, a nade wszystko długaśnych gaci. Ona chce na trening! Ale ciotka Eleonora wzrusza ramionami, na których wytwornie opina się fiołkowy jedwab. "Jaki trening? - dziwi się dystyngowanie. - My, kobiety z lat osiemdziesiątych, nie znamy tego słowa". To słowo w kolejnych latach osiemdziesiątych (dwudziestego wieku), o czym Anda jeszcze nie wie, nabierze nowego znaczenia dzięki gorączce aerobiku Jane Fondy.
Anda tak wierzga, że psuje reputację starszej siostry na wydaniu, nic dziwnego, że zostaje potraktowana stosownie do czasów, w których przyszło jej się męczyć. Do szacownej kamienicy jej rodziców na Miodowej przychodzi wąsaty doktor. Ogląda dziewczynę, bada, maca (lekarze z czasów okołofreudowskich wzbudzali we mnie zawsze instynktowny niepokój, jakby byli pedofilami. Niektórzy pewnie byli). Wreszcie wyrokuje: "Dla lekarza ciekawy to obiekt". A gdy Anda ucieka z pensji i wpada do apteki, gdzie pyta o telefon, inny pan, tym razem z bokobrodami, oznajmia: "Dziecię to zdradza niechybne pomieszanie umysłu".
Postać mocno zbudowanego pana - autorytetu z zarostem przyciętym na modłę wzbudzającą szacunek - straszy kobiety od czasów polowań na czarownice. To echo postaci inkwizytora. Inkwizytorzy sądzili kobiety w świetle prawa (jego parodii): odpytywali je do upadłego, torturowali, zabijali im bliskich - córki, synów, mężów, kochanków, wszystkich, którzy odważyli się ich bronić. Ludzie płonęli w Europie na stosach Wielkiej Inkwizycji, w osiemdziesięciu procentach były to kobiety. Płonęły z bólu, bezsilności, strachu, chęci zemsty. Genetycznie przekazywany ból, dziedziczna wściekłość.
Anda odmawia chodzenia na pensję dla panien, która obraża jej inteligencję. Ze wstrętem odrzuca pomysł haftowania ojcu kapci, żałuje matki, która w 1880 roku nie jest lekarką, tylko panią domu obsesyjnie skoncentrowaną na swataniu córek. Andę oburza pomysł, by jej dwudziestoletnia siostra Ewita wychodziła za mąż za czterdziestoletniego starca - obleśnego, lecz bogatego, w przeciwieństwie do studenta, który wzdycha do Ewity z wzajemnością, ale stać go tylko na kawalerkę (i to na mansardzie).
Anda bierze sprawy w swoje ręce i rzuca się na poszukiwania zegara winowajcy. Chce popchnąć czas w dobrą stronę - naprzód. Ale mechanizm znów się zacina i Anda ląduje w tych samych czasach, tyle że kwartał później. Na horyzoncie znów pojawia się ciotka Eleonora. Tym razem piękność jest wkurzona.
"Och, ty dziewczyno z dwudziestego wieku - szepnęła. - Ty nie wiesz i nie rozumiesz, jak piękne jest życie mojej epoki. Tej epoki, w której śliczne kobiety, strojne i wytworne, otoczone są podziwem i uwielbieniem. Przyszłaś tu z pojęciami swoich brutalnych czasów i chcesz do nich wrócić. A cóż się wtedy ze mną stanie? O nie, moja mała, nie posuniesz naprzód starego zegara!
I zanim Anda zdołała się zorientować, ciotka Eleonora..."
Słowa ciotki Eleonory brzmią znajomo, i nic dziwnego, bo tak przecież widzieli kobiety przedstawiciele romantyzmu, pozytywizmu, Młodej Polski, części międzywojnia; nie tylko artyści, ale i ciułacze majątków, które pozwalały im kupić co młodsze i dorodniejsze na żony. Uczymy się tego w szkołach od wieków.
Utkwiło mi w pamięci wspomnienie Tadeusza Konwickiego o kobietach z czasów jego młodości - czy to był fragment tekstu, czy wywiadu, nie pamiętam. Uderzyło mnie, że pisarz zachwycał się krokiem niewiast zdeformowanym przez obcasy i plączące się między nogami długie suknie. Wzruszała go ich niepewność, bezradność, podatność na upadki.
Gdy to czytałam, byłam starsza od Andy, znałam moc nazwiska Konwickiego, miałam wdrukowane i inne "autorytety". Byłam studentką i moja odwaga nie była już z tych nastoletnich, bezkompromisowych. Wkraczałam w fazę, gdy odwaga dziwnie się rozpuszcza w roztworze patriarchalnych prawd. Ale zapamiętałam to zdanie.
Anda jest odważna. Idę tuż za nią, zaglądam jej przez ramię. Czasem się boję, że oddali się zbytnio od zegara, bo jak wtedy wróci? Ale Czas nie zostawia Andy w spokoju, gdziekolwiek się ruszy, on za nią. A ja za nimi. I Eleonora.
Fascynuje mnie związek Andy i Eleonory. Związane ze sobą od pierwszego spojrzenia, nastolatka i kobieta. Uczennica i mistrzyni? Kto kogo uczy?
Na początku Anda, gdy spotyka Eleonorę, jest w szoku. To oczywiste, jej krótkie włosy versus ciotczyne anglezy, spodnie trzy czwarte, a tam poducha na pupie i styl rodem od Vivienne Westwood. Niemowa ze zdjęcia wypowiada się, w dodatku autorytatywnie. Ale ciotka Eleonora nie jest oczywista, jej ciotkowatość jest oksymoronem, a trójkątna twarz wytwornego kotka pociąga zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Eleonora chce rządzić Andą i jej czasem, wpisując ją w swój, nagle odzyskany. Czy jej się to udaje? Odpuśćmy dekoracje z epoki, tu gorset i kapelusz pełnią funkcję płaszcza i szpady. Istotne jest to, gdzie kobieta prowadzi nastolatkę. Po co zabiera ją w krainę niegdysiejszych śniegów? Co chce jej pokazać? To samo, co Królowa Śniegu Gerdzie?
Choć Eleonora jest starsza (w powieści nie ma wieku) i pozostaje niezmiennie piękna, to nie jest już nastolatką. Z powodu starszeństwa wydaje się przeznaczona do pełnienia roli przewodniczki. Tymczasem porządek się odwraca - i to Anda doświadcza pełni kobiecości.
[Przydarzyła mi się ciotka Eleonora: żelazny uścisk drobnej rączki miała śliczna siostra mojego Taty. Jej uroda, podobnie jak Eleonory, nie zna upływu lat. Dobrze mieć piękną ciotkę, którą można się bezkarnie zachwycać, będąc dziewczynką. A po latach sama zobaczyłam wyraz uwielbienia w oczach siedmiolatki, której pomogłam napisać jej pierwszą książkę.]
Prrr, ale chronologicznie, jak nam każe ten brzuchaty zegar, gdy Anda przy nim nie majdruje.
Kiedy wskazówki zegara pchnięte ręką Andy cofają się o osiemdziesiąt lat zamiast o godzinę, dziewczyna zostaje w tym samym miejscu. Znika mieszkanie, w którym się wychowała, bo osiedle w warszawskiej dzielnicy Rakowiec było wówczas urokliwą wsią; wokół Andy rozpościerają się upojne ogrody pełne krążących pszczół, sterczących pręcików kwiatów, puszystych płatków sfruwających z gracją z jabłoni. Kwiatem w ekstazie kwitnienia jest ciotka Eleonora, która spływa miękko z fotografii i staje obok Andy. Dziewczyna wzdycha; tam, w ogrodzie, u boku przewodniczki, majaczą wrota tajemnicy.
Eleonora podaje Andzie ciepłą rotundę. Mięciutkie, długie do stóp futro zakrywa nagość dziewczyny, w tamtych czasach niedopuszczalną (halka, stanik i długawe galoty to nie ubranie). Żelazna ciotczyna rączka ściska ramię Andy, służący przenosi dziewczynę do powozu - żeby nie musiała stąpać po żwirze - co ją peszy, więc wierzga, ale Eleonora robi minę, skuteczną.
Jadą we dwie powozem, koła turkoczą, konie parskają. Zmierzcha, latarnie rzucają niewyraźne kręgi na ulicę, ciemno jak w dupie, a Andzie nie wolno nawet kląć. Wrażenie ciągłego mroku będzie jej towarzyszyć przez czas pobytu w świecie ciotki Eleonory, który okaże się swoistym teatrem cieni, teatrem kabuki, bo formy, konieczności, formy, konieczności, maski - maski!... Stąd ten gorset na ciotce. I jak się okazuje, na Andzie. No właśnie - Anda, którą fiszbiny niemiłosiernie piją, przez co ledwo może oddychać, jeszcze pod rotundą dyskretnie pozbywa się narzędzia tortur (powtarzalność tortur w historii). Wysuwa dłoń przez okno - ciep! - gorset sięga bruku. Następnego dnia gorliwy młodzieniec odniesie go właścicielce, zawstydzając całą dziewiętnastowieczną rodzinę Andy, ale nie uprzedzajmy faktów.
Powóz staje na Miodowej. Dziś mieści się tam szkoła teatralna (genius loci). Edukacja Andy pozbawiona jest elementu pigmalioństwa (Eleonora ma na tyle poczucia obciachu, by nie zakochać się we własnym dziele), jednak pełna zgrzytów, ale co nas nie zabije, to wzmocni. Przed maturą też wylądowałam na Miodowej, gdy rozważałam, czy nie zdawać na teatrologię. Ówczesny dziekan wydziału popatrzył na mnie zza szkieł a la denka od butelek. "Pani chce tu zdawać? - zapytał. - A wygląda pani, jakby była już po studiach". Byłam raptem cztery lata starsza od Andy (dziś myślę, że byłam prawie kobietą, mierząc w kategoriach Simone de Beauvoir: nikt się kobietą nie rodzi, tylko się nią staje), dlatego opinię dziekana odebrałam jako przyganę do zbyt dojrzałego wyglądu. Mnie, osiemnastolatkę, ocenił na dwudziestoparolatkę, pchnął w ramiona starości! Nie ma co, zepsuł mi humor na długo. Dziś myślę, że to jednak ładne było. Starsza, czyli dojrzalsza, jak Eleonora.
Wróćmy na Miodową, gdzie Andę czeka pasowanie na kobietę. Będą tam nad nią pracować, by nie szkodziła innym, dopasowywała się do już ulepionych kobiet i mężczyzn. Żeby wrócić do siebie, do dawnej, zbuntowanej Andy, będzie potrzebowała lat. Może kolejnego kopnięcia butem jakiejś starej ramki, uwolnienia kolejnej postaci, która ją poprowadzi. Gdzie? Może do wrót, które zamajaczyły jej w ogrodzie. W stronę prawdziwej Andy. Może trzeba będzie kolejnych osiemdziesięciu lat.
Ciotka Eleonora tresuje czternastolatkę do roli kobiety, podczas gdy sama bawi się pozycją kobiety świadomej siebie w sensie społecznym i erotycznym. Przebiera się, jeździ powozami, uwodzi, uwozi. Przebudzenie dojrzałej kobiety - ona znów żyje! - Demi Moore swojej epoki. Tymczasem Anda, nastolatka z krwi i kości, opiera się treningowi społecznemu, choć lawinę wydarzeń uruchomiła pozornie na własne życzenie, co typowe dla bohaterów powieści opisujących dojrzewanie; uruchomiła ją swoim nieposłuszeństwem i niesubordynacją, cechami stanowiącymi o atrakcyjności takich postaci, jak Pippi, wczesna Ania z Zielonego Wzgórza czy Koszmarny Karolek. Czy ciotka Eleonora pełni rolę taką, jak policjanci, którzy wpadli do willi Pippi z żądaniem, by nie wywracała porządku świata do góry nogami? A może Eleonora, chwytając Andę cienkimi, osobliwie mocnymi paluszkami, wsadza dziewczynę w ramki, w których samej jest jej piekielnie niewygodnie?
Spotkają się jeszcze kilka razy. Z tym swoim cichym śmieszkiem Eleonora wpakuje najpierw Andę w rolę żony tłustawego Karola (czy tak będzie wyglądał Koszmarny Karolek, gdy dorośnie?), matki czwórki rozwrzeszczanych dzieciaków. Potem pokarze ją losem tak zwanej starej panny (trzydziestopięcioletniej...). Andzie żadna z ról nie odpowiada, wierzga, igrając z Czasem, a Eleonora z wdziękiem przekuwa tę niebezpieczną zabawę w złoto, co się nie świeci, czyli doświadczenia życiowe. Anda, pobywszy w skórze mężatki, a potem starej panny, jedynych możliwych formach rozwoju, jakie stwarzała kobiecie tamta epoka - wraca z ulgą do świata swoich treningów.
Kim jest Eleonora? Czy jest Andy sprzymierzeńcem? (Dlaczego nie mamy w polszczyźnie formy żeńskiej słowa "sprzymierzeniec"?) Ciotka Eleonora nie przestaje mnie fascynować - jej tajemniczy wdzięk, ale i zło, gdy niczym treserka ściskała ramię Andy, wpychała ją w gorset, z roztrzepanego dziecka robiąc piczkę-zasadniczkę (podobną skutecznością wykazała się Lucy Maud Montgomery, której tytułowa bohaterka Ani z Zielonego Wzgórza - porywająca dziewczyna - w kolejnych tomach zmienia się w przeżuwającą życie doktorową Gilbertową Blythe).
Na szczęście Eleonora jest w porządku. Dba o Andę, swoją cioteczną prawnuczkę, oddaje, co do niej należy, chociaż dziewczyna, tak jak i ja, nie do końca jej ufa.
"Na pękatej komódce, tej samej z pokoju na Rakowieckiej, tykał najspokojniej w świecie porcelanowy zegar, malowany w sentymentalne kwiatki. A obok stała we wdzięcznej pozie ciotka Eleonora. Ubrana była tak samo jak na tej swojej fotografii w zielonej pluszowej ramce i uśmiechała się jak zawsze - trochę zalotnie i trochę ironicznie. W smukłej dłoni trzymała świeżą pąsową różę.
- Obraziłaś mnie - szepnęła z wyrzutem. - Posądziłaś o oszustwo!
- Nie wiedziałam, że zegar jest tu - wyjąkała zaskoczona Anda.
- Jak widzisz, moje dziecko.
- To... to znaczy, że mogę, że mogę... - wyjąkała Anda.
- Oczywiście! To znaczy, że możesz robić z nim, co zechcesz. Jest teraz twój, jest twoją własnością".
A więc zegar był zawsze w pobliżu, tylko Anda ciągle się kręciła, latała, biegała, przez co straciła go z oczu. I dobrze, trudno się ruszać ze wzrokiem wlepionym we wskazówki. Dzięki temu zegar jest teraz jej, tylko Andy.
"A gdzie jest kluczyk? - spytała Anda, wyciągając rękę do ciotki Eleonory.
- Oto kluczyk - odpowiedziała ciotka. I podała jej różę, po czym, unosząc lekko falbaniaste suknie, wskoczyła zgrabnie w obramowanie zielonej pluszowej ramy, która nie wiadomo skąd znalazła się nagle na ścianie. - Oto klucz - powtórzyła.
- Jak to? - krzyknęła Anda. - Przecież to jest róża!"
To nie koniec tej opowieści. Przeglądam kartki mojego egzemplarza Pąsowej róży - są podrapane; tam, gdzie kilkadziesiąt lat temu kończyłam czytać, robiłam rysy paznokciem, żeby wiedzieć, gdzie znów zacząć. Te ślady w mojej książce to Czas. Znów zaczynam od początku. Trochę po śladach, a trochę nie.
Mogła być królową Polski. Ale jej mąż nie był wystarczająco dobrym intrygantem, a kochankowi zabrakło charakteru; co prawda królem został, ale koronę stracił.
Powinna być królową Polski. Rządzić, uczyć i gospodarować tak, jak robiła to w swoich włościach. Patriotka, poliglotka; potrafiła rozmawiać i z filozofem, i z władcą absolutnym, i z chłopem. Mądra, o stosunkowo niskim wskaźniku egoizmu, na co wskazuje jej umiejętność słuchania, empatia, była idealną kandydatką na światłą władczynię.
Umierając w wieku dziewięćdziesięciu lat, Izabela Czartoryska zostawiałaby Polskę lepiej wykształconą, mniej rozpitą, być może w jednym kawałku. Wydaje się, że i z carycą Katarzyną poradziłaby sobie lepiej niż kochanek rosyjskiej władczyni - i Izabeli - Stanisław Poniatowski, ostatni król Polski, zwany Ciołkiem. Ale kobiet na trony nie wybierano (co najwyżej po wybiciu w pień męskiej załogi). Mimo to urodzona w XVIII wieku Izabela zrobiła wszystko, by nie przejść do historii wyłącznie jako czyjaś żona.
*
Izabela stoi u bram Arkadii. Nie może się napatrzeć na widok rozciągający się ze wzgórka: chaty otulone kolorowymi ogrodami, słońce połyskujące w srebrnych jak pstrągi strumykach, tu i ówdzie pióro fontanny. Krzaki mają zakaz przekraczania nadanych im form, drób nie pstrzy gruntu kupami albo ktoś je zbiera, by pani tego przybytku, Elżbieta Lubomirska, nie powalała sobie sukni. Arkadia to jej sentymentalne dzieło, wariacja arystokratki na temat pastereczki, marzenie o prostym życiu, simple life, Paris Hilton dojąca krowy w ogrodniczkach Dolce&Gabbana.
Elżbieta Lubomirska jest szwagierką Izabeli. Nienawidzi jej, a Izabela się jej boi, jak to w rodzinie. Ta rodzina nazywa siebie Familią. W czasach tuż przed rozbiorami Polski określenie to mogło budzić zaufanie i słuszny respekt, dziś brzmi jak leksykalny prototyp Rodziny - Prizzich czy Corleone. Familia Czartoryskich w osiemnastym wieku rozciągała macki na całą Polskę, małżeństwa arystokratów aranżowane były często między członkami rodziny z obawy przed uszczupleniem majątku, dlatego piętnastoletnia Izabela ląduje na ślubnym kobiercu u boku własnego wuja. Jeszcze nie ma pełnego obrazu tego, czym jest Familia, mgliście orientuje się, na czym polegają jej, Izabeli, względem niej obowiązki. Polska jako idea też na razie wydaje się nieostra. To wszystko niebawem się zmieni, ale na razie Izabela ma piętnaście lat, jest prawie łysa, a twarz ma zeszpeconą dziobami, bo właśnie przeszła ospę.
Wzgórek, na którym stoi, nazywa się Mon Coteau (po francusku: "mój wzgórek"). Jest zadbany, przystrzyżony, gdzieniegdzie "spontanicznie" zapuszczony, ot, wzgórek prawdziwej damy. Elżbieta Lubomirska wydała masę pieniędzy, by miejsce uczynić sielskim. Nazwa Mon Coteau, obracana przez wieki w milionach polskich ust, zmaceruje się, by wyjść z nich w finalnej wersji Mokotów, która obowiązuje dziś, dwieście pięćdziesiąt lat później.
Skrót, geograficzny i czasowy: Izabela stoi na wzgórku niedaleko miejsca, gdzie wylądowała Anda, kiedy przeniosła się w czasie. Anda, bohaterka Godziny pąsowej róży Marii Krüger, przesunęła nieostrożnie wskazówki zegara - chciała o godzinę, a wyszło osiemdziesiąt lat - i tak znalazła się w roku Pańskim 1880. Warszawska dzielnica Rakowiec, gdzie Anda się urodziła i wychowała, osiemdziesiąt lat wcześniej nie była blokowiskiem, tylko ogrodami. Rakowiec to część Ochoty, sąsiadki Mokotowa - Mon Coteau. Gdyby Anda cofnęła zegar o kolejne sto lat, stanęłaby u boku Izabeli.
Byłam rówieśniczką Izabeli i Andy, gdy pierwszy raz przeczytałam książkę Pauszer-Klonowskiej. Wygrzebałam ją na półce u taty, w mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Zanim przenieśliśmy się na Mon Coteau, mieszkaliśmy na Ochocie, a ja przez Pole Mokotowskie chodziłam do domu mojej babci, która mieszkała na ulicy Rakowieckiej. Czasem towarzyszył mi nasz pies Kajtek, znany w okolicy jebaka na krzywych nogach, w którego żyłach płynęła krew pekińczyka i czau-czau. Zęby wystawały Kajtkowi jak diabłu tasmańskiemu; w okolicy nie było suczki, która by mu się oparła (miał granatowy język).
Kajtek zginął jak prawdziwy macho - pognał za jakąś samiczką, i tyle go widzieliśmy. Przez kilka tygodni babcia, mama i tata chodzili po Polu Mokotowskim i go nawoływali. Kochaliśmy Kajtka, chociaż był jak pies dingo ze swoim trudnym charakterem i niemożnością "ułożenia". Kochaliśmy go właśnie dlatego. Płakaliśmy po nim, ale rozumieliśmy Kajtkowy zew wolności.
Została po nim nieużywana smycz. Kiedy przenieśliśmy się z Ochoty na Mokotów, wychodziłam z nią czasem na dwór w nadziei, że Kajtek wróci. Podczas jednej z tych wypraw gdzieś między Rakowcem a Mokotowem usłyszałam rozmowę Izabeli i Andy. Tak ją zapamiętałam:
Nastolatki 1760-1960
Osoby:
ANDA - zbuntowana czternastolatka,
IZABELA - piętnastoletnia żona własnego wuja.
- Za mąż? W tym wieku?! Ale po co? - To Anda, niemal krzyczy, grzywka zsuwa jej się na oczy.
Izabela wyciąga rękę, żeby odsunąć dziewczynie kosmyk z czoła, ale Anda się cofa. O nie, nie z nią czułości! Izabela nie pokazuje wzburzenia tym brakiem manier, widocznie dziewczyna jest z gminu, obce są jej idee sentymentalizmu, trzeba uważać, by nie okazać jej litości. Co zrobić z formą "ty"? To, wbrew pozorom, stanowi pewien problem dla nastolatki z epoki rokoka.
- A ty, pani, małżonka jeszcze nie masz? - ryzykuje, badając twarz rówieśniczki swoimi uważnymi oczami, w których odbija się wszystko, w których każdy mężczyzna będzie chciał się przejrzeć, a każda kobieta znaleźć zrozumienie. Ale nie Anda!
- Zwariowałaś?! - woła niepoprawna pannica.
Sssyk! Izabela otwiera wachlarz zbyt szybkim ruchem, chowa zarumienione policzki. Twarz Andy też płonie, myśl o poślubieniu kogokolwiek wzbudza w niej mdłości, bo co ze szkołą, z treningami? Anda zostanie pływaczką, to jej marzenie, cel. A ta tu?
- Kim jesteś? - rzuca Anda.
- Hm - odpowiada młodziutka arystokratka. - Księżną Adamową Czartoryską.
Woli nie ryzykować dorzucenia przynależnych Familii tytułów, spisu ziem i tym podobnych. Nagle przychodzi jej do głowy dziwna myśl: że to nie ma znaczenia. Tu jest tylko ona i ta dziwna, pozbawiona manier dziewczyna. Po chwili myśl znika, ale potem całym swoim długim życiem księżna Izabela będzie odpowiadała na pytanie Andy. Aż wyrośnie ponad nazwisko męża, wyjdzie z cienia Familii i zaświeci własnym blaskiem.
*
Izabela pochodzi z rodziny Flemmingów i jest w niej coś karmazynowego, jakiś odprysk magii flaminga. "Piękną nigdy nie byłam - pisze o sobie trzeźwo - ale często bywałam ładną. Mam piękne oczy, a że się w nich wszystkie uczucia duszy malują - wyraz twarzy mojej bywa zajmujący. Płeć mam dosyć białą, czoło gładkie twarzy nie szpeci, nos ani brzydki, ani piękny, usta mam duże, zęby białe, uśmiech miły i ładny owal twarzy. Włosów posiadam dosyć, aby nimi z łatwością przybrać moją głowę, są ciemnego jak i brew koloru. Raczej słusznego jestem wzrostu aniżeli mała, kibić mam wysmukłą, gors może za chudy, rękę brzydką, ale za to nóżkę prześliczną i wiele wdzięku w ruchach. Twarz moja podobna jest do umysłu - największy obojga powab zależał na zręczności, z jaką umiałam podwoić ich wartość".
Oto przepis na powodzenie z jego składnikiem podstawowym: inteligencją. Izabela, kiedy pisze te słowa, ma trzydzieści pięć lat, od co najmniej piętnastu jest kobietą pożądaną przez mężczyzn, matką szóstki dzieci, czule wspominaną kochanką, interesującą partnerką do rozmowy i przedsiębiorczą właścicielką wielkiego majątku. Ale piętnaście lat wcześniej musiała się jeszcze przeglądać w oczach mężczyzn; proces przepoczwarzenia się z nieopierzonej nastolatki w lwicę salonową naoliwiła adoracja iluś tam panów.
Niedługo po tym, jak Izabela wyszła za mąż czy - jak to się w kręgach arystokratycznych odbierało - zyskała wolność (już jej nie pętała przeklęta cnota), zadurzyła się z wzajemnością w kuzynku Stanisławie Poniatowskim. Odbiła go niesympatycznej szwagierce Lubomirskiej, co mogło podnieść temperaturę romansu, ale Izabela nie była mściwa ani zawistna. Z jej życia i tekstów, a także wspomnień osób, które ją znały, wyłania się osobowość pełna życzliwości i akceptacji dla innych, z ładunkiem poczucia humoru pozwalającym na dystans do siebie.
Adam Czartoryski toleruje romans, dając świadectwo otwartości umysłu człowieka swojej epoki. Wozi żonę do zamku na schadzki z królem, upewniając się, że nie gości tam rywalka żony, jego własna siostra Elżbieta Lubomirska. Być może Czartoryski kombinuje, że warto mieć swoją wtyczkę u monarchy - jak nie siostrę, to małżonkę - miłą, lecz niekochaną przecież.
Izabela kwitnie, bo Staś wpatruje się w nią swymi lekko wypukłymi oczyma i szepcze słodko. Sielanka. Ale oto nad Polskę nadciągają czarne chmury: do Warszawy przyjeżdża Mikołaj Repnin, ambasador Rosji, przysłany przez carycę Katarzynę, by zlikwidować reformy uchwalone na sejmie konwokacyjnym. Sytuacja na wyżynach władzy jest tyleż napięta, co skomplikowana: Poniatowski, wyniesiony do godności królewskiej przez Katarzynę, której jest kochankiem, ma nadzieję, że caryca uczyni go swym mężem, by mogli razem panować nad Polską i Rosją. Ale władczyni ani myśli wychodzić za mąż, tym bardziej za człowieka, którego sama posadziła na tronie. Przeliczył się Ciołek, stawiając na swój wdzięk. Polska z liberum veto Katarzynę denerwuje, dlatego wysyła Repnina, by rozprawił się z tą samowolą. Bezwzględny ambasador tylko na to czeka. I wszystko poszłoby według planu, gdyby nie...
Repnin, ta mroczna postać polskiej historii, zakochuje się w Izabeli Czartoryskiej z całą mocą swego wschodniego temperamentu. Rzuca się, by ją zdobyć, ale ona - czy wciąż zakochana w Ciołku, czy świadoma najskuteczniejszego sposobu uwodzenia - wymyka się, zwodzi, wyślizguje.
Repnin desperuje. A nie jest to byle wypierdek, tylko "przystojny magnat rosyjski, w którym przedziwnie łączyły się cechy dworaka i wytwornego światowca z dzikością rosyjskiego bojara [...] było coś niepokojącego i frapującego zarazem w jego orientalnej (po babce Tatarce) oryginalnej urodzie...". Podobał się kobietom, ale nie to zdecydowało o finale jego starań o Izabelę.
Decydująca okazała się wizyta jej dotychczasowego kochanka. "Pewnego październikowego wieczoru [...] przybiegł do niej Stanisław August, błagając, by mu pomogła, by wstawiła się za nim, a także za starymi Czartoryskimi, którym wygrażał Repnin". Król Polski, który "siłą charakteru nie odznaczał się nigdy [...], począł szukać pomocy u kobiety, która go kochała i o której względy zabiegał pan ambasador".
W kilka lat później Izabela napisze w liście do kolejnego kochanka, diuka de Lauzun, że "została złożona na ołtarzu miłości ojczyzny, że stała się powolną ofiarą namiętności ambasadora, by w ten sposób uratować swą rodzinę od prześladowań". "Ofiara", "ołtarz", "ojczyzna" - o, o, o! Identyczna sytuacja - polski refren - powtórzy się z inną mężatką, panią Walewską. Podsunięta Napoleonowi, w którego rękach leżały losy Polski, złożona w jego cesarskim łóżku niczym ofiarna owca. Furda honor, gdy trzeba ratować ojczyznę! Uprawianie seksu z najeźdźcą obowiązkiem patriotycznym Polki.
Do historii przeszło określenie Matka Polka, ale ze świadomości narodowej wyparto proceder uprawiany przez Ojców Stręczycieli. Tymczasem wygląda na to, że to przykazanie patriotyczne dziewczęta polskie dostawały wraz z wychowaniem. Jak bardzo był to nakaz uwewnętrzniony, widać w słowach Izabeli: "Uważałam, że obowiązkiem moim było własną osobą nagrodzić tak wielkie poświęcenie, powiem więcej: choć oddawałam się przez wdzięczność, zdawało mi się, że ustępuję z miłości". Bo jak inaczej ówczesneżony-trofea mogły zapłacić za godziwe warunki życia, nie mogąc pracować, posiadać ani dziedziczyć? Mogły się odwdzięczyć w naturze. Sztuką było zachować w tej maskaradzie ździebko godności.
Gdy Izabela oddawała się Repninowi, była we wczesnej ciąży - z królem, nie z mężem. Dziewczynce nadano imiona Maria Anna, a złośliwa Warszawa nazywała dziewczynkę "Ciołkówną". Tymczasem romans z królem zdechł. Izabela "straciła szacunek dla pięknego kuzynka, który poświęcił ją i jej miłość, aby ratować siebie. Wolała już raczej tego, który właśnie dla niej i dla jej miłości gotów był poświęcić swą karierę, majątek, wszystko".
Kolejnym dzieckiem Izabeli był Adam Jerzy, którego ojcem był Repnin. Kilkadziesiąt lat później, gdy Adam Jerzy i jego brat Konstanty (syn Izabeli i diuka de Lauzun, następcy Repnina w alkowie Izabeli) będą zmuszeni jechać do Rosji, by odsłużyć swoje na carskim dworze, Izabela poprosi listownie Repnina, żeby otoczył opieką jej synów. I on to robi - znów się narazi, z miłości dla ukochanej kobiety. Niech go sobie historia ocenia, jak chce, tego rosyjskiego ambasadora, ale czynami dowiódł, że był prawdziwym mężczyzną.
Odwrotnie niż diuk de Lauzun, który nastąpił po Mikołaju Repninie. Francuz nie był dyskretny. W pamiętnikach opisał łzawo swoje kochanki, w tym Izabelę. Można być wdzięcznym za ten "dokument epoki", ale mnie przechodzą ciarki na myśl o niedyskrecji diuka karmiącej naszą potrzebę plotki. O Izabeli pisze: "słodka w obejściu i w każdym swym ruchu, o niewysłowionym wdzięku, pani Czartoryska była najlepszym dowodem na to, że nie będąc piękną, można być uroczą".
Poznali się w Londynie, gdzie Izabela pojechała w towarzystwie męża, dzieci i kochanka (Repnina). Kiedy Adam Czartoryski odłączał się na chwilę od grupki, Izabela pozostawała z nim w kontakcie listownym, pisała m.in. o postępach w nauce dzieci. Ujmujący jest ten portret czułej matki i seksownej kochanki, odpowiedzialnej kobiety i femme fatale. Fascynowała mnie i fascynuje wielość ról pozornie się wykluczających, jakie podjęła i pogodziła w życiu z właściwym sobie wdziękiem. Ani dziwka, ani madonna - mądra osoba realizująca się w trudnej dla kobiet epoce.
*
Pełna wdzięku, zalotna młoda arystokratka, bohaterka romansów, skandali o europejskim zasięgu - aż bierze pokusa, by odmalować szczegóły tych afer, rzucić ochłapy prywatności, upuścić intymnej krwi. Ale biografka Izabeli, Gabriela Pauszer-Klonowska, traktuje swoją bohaterkę z niezwykłym taktem. Sposób, w jaki o niej pisze, uczy szacunku dla Czartoryskiej, człowieka, kobiety. Pauszer-Klonowska, spisując i interpretując fakty z życia bohaterki, nie kleci z nich maszynki do podniecania czytelników za wszelką cenę, rzadkość w dzisiejszym księstewku non-fiction.
Ta książka nauczyła mnie jeszcze jednej ważnej rzeczy: proporcji życia kobiety. Pauszer-Klonowska na burzliwe romanse Izabeli poświęca raptem jedną ósmą książki. Tym między innymi przyciągnęła moją uwagę - nowym podejściem. W naszej kulturze opowieść zaczyna się od miłości, a kończy na "żyli długo i szczęśliwie". Tu mamy ciąg dalszy (nastąpił, naprawdę!): po opisie życia Czartoryskiej jako dzierlatki otrzymujemy portret kobiety czterdziesto-, pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-..., dziewięćdziesięcioletniej.
Kult młodości nie mówi, co robić, gdy na światło dzienne wyjdą takie ciężkie grzechy, jak zmarszczki, linie mimiczne i przebarwienia, ani co robić, gdy botoks już nie działa. Tym bardziej, jak żyć po tym, gdy wydało się na świat dzieci, dopieściło siebie i kochanków. Kultura XXI wieku to kultura papierka po cukierku. Książka Pauszer-Klonowskiej pokazuje, co jest dalej, poza tą jedną ósmą. Poznajmy Izabelę i jej życie.
Znajdziemy tam również przydatne recepty: jak zmienić datę urodzenia dziecka, by wyglądało na urodzone z prawego łoża; jak cieszyć się tym, że dzieci są małe, a potem duże; jak przyjaźnić się z mężem i kochankami; zachować końskie zdrowie, energię i pomagać innym. Jak pisać. Jak tańczyć w wieku siedemdziesięciu lat. Bo Izabela lubiła tańczyć, przebierać się, wygłupiać, nawet wtedy, kiedy teoretycznie już jej nie wypadało (i ja odmawiam przyswojenia tej kategorii). Bardzo lubiła się śmiać.
Izabela: cera po ospie, dzieci z różnych ojców, znajomość ludzi, w tym mężczyzn i samej siebie. Kobieta wielodzietna i poligamiczna. Kobiecość zwycięska, nieokiełznana.
Na zakończenie podziękowanie Izabeli za przysłanie jej w prezencie historycznych pamiątek, które gromadziła w swoim muzeum w Puławach: "Ekstra jestem kontenta z ruderów!" - pisze Izabela do ofiarodawcy.
Ekstra jestem kontenta z poznania Izabeli.