Rozdział 1 Tilda
Sąsiadka powiedziała jej któregoś dnia, po wyjątkowo głośnej nocy w ich mieszkaniu, kiedy Piotr postanowił ją utopić, że to wszystko normalne, że każdy polski dom ma swoje brudy. I że trzeba z tym żyć. Powiedziała to w windzie, po czym znów zatopiła wzrok w ekranie telefonu i więcej się nie odezwała. Więc Matylda żyła. Myślicie, że to łatwo odejść od faceta, który cię bije? Może specjalistkom od szkoleń z asertywności łatwo. Może kiedy się nie kocha. W innym wypadku się trwa. Tak, innego określenia teraz Matylda nie mogła znaleźć. Zapytana przez kogoś na Facebooku o to, co słychać, powinna odpowiadać "się trwa". Sprząta, je, pracuje, śpi. I bonusowo - dostaje się. Także bonusowo - boi się. Bo cios może nadejść z każdej strony. Gdy stoi przy zlewozmywaku i szoruje garnek po spaghetti. Nagle wielka dłoń ściśnie za kark i uderzy jej twarzą o ścianę nad zlewem. Cios może spaść w nocy, kiedy nagle usłyszy do ucha szept - szykuj się. Kolejne dwa dni po tym należy nosić podpaskę, taką dużą, Bella. Widziała kiedyś taką u siostry tuż po narodzinach siostrzeńca. Żona Lota, w słup soli zamieniona, miała też przecież normalne życie. Tańczyła, planowała, mierzyła suknie. Obejrzała się tylko raz. Może chciała zobaczyć, co zostawia? Ulubioną palarnię kawy? Ten wiecznie pogrążony w cieniu krzak dzikiej róży u zbiegu piaszczystych ulic? Za swój błąd zapłaciła życiem. Nie miała nawet imienia. To Lot ją zdefiniował. Jej pan. Skończyła jako sól. Matylda też cała była solą. Sól toczyła się jej kroplami po czole i plamami strachu wzdłuż kręgosłupa. A przecież też marzyła, też planowała. I też obejrzała się tylko raz. Dla sąsiadów również nie miała imienia.
Każdy nastolatek pragnie dla siebie wyjątkowego życia. W klasie maturalnej dziewczyny uganiały się za starszymi facetami, którzy mieli pracę i własne auta. Matyldę faceci pociągali, owszem. Kiedy jednak zauważyła, w jaki sposób traktują jej koleżanki oraz czym się interesują, zaczęła o nich myśleć raczej bardziej jako o życiowej przeszkodzie niż jako potencjalnych kandydatach na partnera. Pojawiło się kilku fajnych. Ale byli takimi samymi dziwakami jak ona. I pewnie tak samo myśleli o dziewczynach, jak ona o chłopakach. Więc skupiała się na książkach. Z historii, anglika i polskiego była dobra wystarczająco, żeby móc sobie odpuścić przygotowania do matury. Czytała. Głównie Kinga, Koontza i Poego. A potem robiła grafikę. Na komputerze? Byli biedni. Nawet w 2000 roku, gdy świat podobno miał stanąć na technologicznym szczycie, nadal nie miała komputera. Miała za to biurko, które ojciec dostał w 1990 na bony pracownicze, zanim jeszcze poszła do przedszkola. Z brązowej sklejki, z jedną szafką po lewej stronie. Trzymała w niej książki i zeszyty. Kredki, pastele, farby i ołówki stały w kubkach na blacie, posegregowane według klasyfikacji - ciepłe i zimne barwy. Wieczorami, po lekturze kolejnej książki, Matylda wyciągała blok i zaczynała rysować. W świetle lampki pracowało jej się lepiej. Pennywise, którego naszkicowała ołówkiem, miał czerwone zęby wampira. Patrzył na nią przenikliwie znad biurka, przypięty do korkowej tablicy szarą pinezką. Co wieczór miał okazję obserwować, jak długowłosa ruda nastolatka tworzy kolejne potwory. Duchy, zmarłych, którzy wstali z grobu. Wszystko, co pojawiało się najpierw na stronach książek amerykańskich autorów, później znajdowało swoje alter ego w pracach Matyldy. Tak. Każdy nastolatek pragnie dla siebie wyjątkowego życia.
W 2005 Polacy żyli śmiercią Jana Pawła II, Lech Kaczyński został prezydentem, a ona dostała się na studia bez problemu, mając gdzieś to, co dzieje się dookoła niej. Malarstwo, jej marzenie i oczywisty wybór dla outsiderki od zawsze bardziej związanej z tym, co wykreowane niż z rzeczywistością. Wyobrażała sobie, że spotkanie z wielkim miastem będzie filmowe. W dniu egzaminu wstała o piątej dwadzieścia. Rozpuściła świeżo umyte włosy, zrobiła delikatny makijaż. Włożyła sprane dżinsy i białą koszulę ojca. Na lewym nadgarstku zawiązała dwa rzemyki z koralikami. Wsunęła trampki, poszła pożegnać się ze śpiącym jeszcze tatą, wzięła ze stołu w kuchni pięć dych, które zostawił jej na bilety i kanapkę, sprawdziła, czy spakowała książkę, zarzuciła torbę na ramię i wyszła.
Tego dnia pociągiem jechało wielu jej rówieśników. Dziewczyny odstawione, w szpilkach, chłopcy w obleśnych swetrach. Szczebiot w grupach, podniecenie, opowiadanie sobie o tym, co się teraz zmieni w życiu. Ona siedziała sama. Trochę gapiła się przez okno, trochę czytała, trochę słuchała Queen z walkmana. Innuendo była wówczas najbardziej zniszczoną od wiecznego słuchania kasetą w jej skromnym zestawie. Nie wiedziała, czego słuchają jej rówieśnicy na okrągłych discmanach. Kiedyś dostała na Mikołajki w klasie płytę z przebojami radiowymi. Było jej wstyd przyznać, że nie ma w domu odtwarzacza CD. Więc gdy Mirka zapytała, czy chce kasetę, czy płytę, powiedziała, że płytę. Może na studiach, gdy już zacznie pracować, kupi sobie odtwarzacz, albo nawet wieżę stereo. Na razie musiał jej wystarczyć walkman z czasów komunii. Boże, co to były za czasy dla wrażliwego dzieciaka. Dziś wyznaczyłaby nową drogę zblazowanym kolegom. Wtedy, cóż, nikt nie dokuczał Matyldzie. Była bardzo ładna i dobrze się uczyła. Takich dzieciaków się nie rusza. Dawało się z nią pogadać i pożartować. Ciekawie mówiła. Ale nie zapraszało się jej na imprezy, na spacery z psem po szkole. Nosiła dziwne ciuchy, jakby z lumpa, wielkie swetry i podarte trampki. Słuchała staroci. I czytała. A to przecież mogło wprawić w zakłopotanie nawet nauczyciela.
Więc na egzaminy Matylda jechała sama. Polska znalazła się już w Europie i wszędzie mówiono o tym, jak dobrze będzie teraz młodym ludziom. Otwarte granice. Konta w bankach o dziwnie brzmiących nazwach. Euro. Wiele razy wyobrażała sobie, jak będzie się czuła w Warszawie. Pani świata. Zostanie malarką. Będzie robić ilustracje do książek. Wyjedzie do Ameryki na stypendium, bo jakiś profesor dostrzeże jej talent. W stolicy pozna superchłopaka. Może nawet zamieszkają razem gdzieś na Starym Mieście. Koniecznie na poddaszu.
Warszawa okazała się przerażająca. I była taka przez pierwsze trzy lata. Potem Matylda zaczęła się przyzwyczajać, a w końcu polubiła to miasto. Na studiach nie dostrzegł jej żaden profesor. Wkuwała teorię z zakurzonych podręczników, aby zaliczyć kolejne sesje. Na trzecim roku wybrała specjalizację. Nowość na uczelni. Grafika użytkowa i artystyczna. Miała już chyba za sobą najgorszy czas, gdy zarabianej w barach i na rozdawaniu ulotek kasy ledwie starczało na opłacenie pokoju w wynajmowanym z ludźmi z roku mieszkaniu na Bródnie. Non stop wsuwała wtedy pączki i zupki chińskie. Zapisała się do uczelnianej biblioteki i kiedy jej rówieśnicy, utrzymywani przez rodziców, wieczory spędzali na piwie i pizzy, ona czytała. Życie wydawało jej się równie beznadziejne jak obskurny pokoik, bardziej przypominający wagon kolejowy ze starą meblościanką niż wymarzone poddasze na Starym Mieście. Nie było też żadnego chłopaka. Nie wychodziła nigdzie, z wyjątkiem tych sporadycznych wypadów do kina, kiedy na ekrany wchodził nowy horror, o czym dowiadywała się z plakatów na przystankach autobusowych. Bilet kosztował zwykle tyle, co jej dzienny koszt żarcia, więc następnego dnia chodziła głodna. Nie brała od ojca kasy. Nie miała też od kogo pożyczyć. I nie chciała. Wystarczały jej te pełne litości spojrzenia współlokatorów, którym rodzice co tydzień przywozili tyle słoików z kotletami i bigosem, że wykarmiono by tym armię. Ona w lodówce trzymała jedynie butelkę wody mineralnej i masło. Nie to jednak było jej zmartwieniem. Lęk o brak żarcia pojawia się dopiero przed trzydziestką. Wtedy lęk Matyldy skupiał się wokół przyszłości. Warszawa ją rozczarowała, studia ją rozczarowały. Sama sobą czuła się rozczarowana. Coraz rzadziej rysowała. Zresztą nie miała kasy na nowe kredki i mazaki. Nienawidziła siebie za to, kim jest. Coś, z czego była dumna, teraz napawało ją obrzydzeniem. Mogła iść na pieprzoną pedagogikę, na filologię angielską. Kim będzie po malarstwie? Przewodnikiem po muzeum?
Grafikę wybrała więc jako ostatnią deskę ratunku przed kompletnym pogrążeniem się w rozpaczy nad zmarnowanym życiem. I w zasadzie wtedy zaczęła się ta dobra strona jej przygody z Warszawą.
Na studiach dużo rysowali. Kompletnego świra grupa dostała na punkcie komputerów. Jako że specjalizacja była nowością na uczelni, dostali do dyspozycji salę pełną świeżutkiego sprzętu. Młodzi profesorowie pokazywali, jak korzystać z Photoshopa, z programów, które pozwalały rysować i tworzyć cuda. Dla Matyldy ten czas był jak narkotyk. Zajęcia ją pochłaniały. Wciąż uczyła się czegoś nowego. Było jej trudniej niż innym. Nigdy wcześniej nie korzystała z komputera. Nigdy wcześniej nie miała nawet komputera. Z czasem nabierać zaczęła coraz większej pewności siebie. Tworzyła. Pogodziła się ze swoimi starymi przyjaciółmi. Klaunami, zombiakami, wampirami z kart książek. Bardzo szybko wszyscy zauważyli, że jej prace wyróżniają się na tle grupy. Któregoś dnia, gdy siedziała pod salą komputerową, czekając na kolejne zajęcia, podszedł do niej Bartek. Chłopak z grupy. Kojarzyła go z widzenia. Dobrze rysował, ale skupiał się raczej na przekształcaniu znanych logo w jakieś futurystyczne obrazy niż na czerpaniu inspiracji z własnych zainteresowań, takich jak książki, muzyka czy film. Dla Matyldy opieranie się wówczas na czymś już gotowym było jak cover piosenki. Może być super, ale zawsze będzie tylko powieleniem.
- Czytałaś na stronie o konkursie? - zapytał Matyldę.
- Nie mam komputera - odpowiedziała Matylda, wówczas już niekryjąca się z tym, że jest biedna.
Chłopak podrapał się po głowie, trochę speszony.
- Sprawa jest taka. Do trzydziestego maja trzeba złożyć projekt grafiki. Temat to serce grafika. Dowolny styl. Wymiary mam spisane w zeszycie, zaraz ci podam. - To mówiąc, zaczął grzebać w plecaku. - Wiesz, do wygrania jest laptop Toshiby. Plus pakiet płyt ze wszystkimi programami, z jakich korzystamy... I wiesz co? Zwycięski projekt znajdzie się na stronie szkoły, stanie się logo naszej katedry... - Chłopak mówił coraz szybciej.
A Matyldzie coraz szybciej biło serce. Jeszcze tego samego dnia zapytała dziekana, czy może wieczorami korzystać z pracowni, aby przygotować projekt konkursowy. Mogła. Pracę, zapisaną na płycie, złożyła w dziekanacie tydzień przed terminem. Wygrała. I wtedy zaczęła się zabawa.
Najpierw ktoś z grupy nieśmiało zaproponował jej, aby coś przygotowała dla firmy jego ojca. Jakieś logo, plakaty. Więc przygotowała. Dostała za to siedem stów. Nigdy w życiu tyle nie zarobiła w tak krótkim czasie. Poszła do Empiku i kupiła pierwszy tom Mrocznej Wieży, komiks o Wilqu i dwa magazyny na temat projektowania grafik komputerowych. Poszła też do KFC. Kupiła wielki kubeł kurczaka i duże frytki. Siedziała, wygodnie oparta o czerwony fotel, i po prostu wąchała zakupione książki. To była najlepsza chwila w Warszawie, a może nawet w całym jej życiu. Na takie życie czekała.
Bardzo szybko wszyscy dowiedzieli się o tym, że Matylda jest mistrzynią. Zgłaszali się do niej studenci, zgłaszali profesorowie, zgłaszali ich znajomi. Ktoś zasugerował, że powinna mieć pseudonim, podpisywać nim prace. Więc którejś deszczowej soboty, pojadając chipsy i słuchając Red Hot Chili Peppers na nowym boomboxie, stworzyła sobie logo i pseudonim. Postać w kapturze, której twarzy nie widać, w rękach trzyma pędzel i paletę malarską. Otacza ją pierścień z wygrawerowanym słowem. Tilda.
Patrzyła na to logo, swój artystyczny pseudonim, i czuła się dobrze. Czuła się sobą. Była przecież twórczynią bez twarzy, prawda? Nie miała znajomych, nie potrzebowała ich. Ale jednocześnie coraz silniej odczuwała własną moc twórczą. Czuła się trochę jak druid, a trochę jak wiedźma. I było jej z tym dobrze.
Obroniła się na pięć. Na uczelni stała się cichą gwiazdą. Znali ją, podziwiali. Nie było więc nic dziwnego w tym, że któregoś dnia po obronie zadzwonił do niej sam dziekan. Miała już wówczas od dwóch lat komórkę. Nokię 3510. Mogła dzwonić do ojca i pisać, bo za zarobione na jednym projekcie pieniądze kupiła mu taki sam model na kartę. Za 460 zł. Tata był z niej dumny. A ich więź, po burzliwych i bardzo milczących pierwszych trzech latach w Warszawie, na nowo zaczęła się odbudowywać. Więc zadzwonił dziekan. Był środek lata. Matylda siedziała nad jakimś ślubnym projektem. Para chciała, aby zrobiła im portret w komiksowym stylu. Miała za to dostać tysiaka. Takich zleceń podczas wakacji miewała sporo, nawet cztery czy pięć w miesiącu. W końcu wakacje to okres ślubny.
Starała się zachować profesjonalnie i ukryć zaskoczenie, jakie wywołał w niej znajomy głos:
- Pani Matyldo, tak sobie o pani myślę... - zaczął dziekan i odchrząknął. - Przepraszam, źle to zabrzmiało. Jest pani wyjątkowo utalentowaną osobą. Tak się składa, że szwagier szuka teraz kogoś takiego jak pani do swojej firmy. To agencja reklamowa. Zajmują się nietypowymi zleceniami. Jakieś konwenty związane z bajkami, przepraszam... animacjami. Eventy dla młodzieży, oprawa festiwali filmowych... Myślę, że pani nietuzinkowe zainteresowania rysownicze, przepraszam, noo... w sensie, że ma pani wyjątkowy talent, idealnie wpisywałyby się w profil jego firmy. Zależy mu na pracowniku od zaraz. Czy mogę przekazać mu kontakt do pani?
Matyldę trochę rozśmieszył sposób, w jaki starszy pan mówił o jej zainteresowaniach.
Ludzie często pytali ją, co zamierza robić dalej. Koledzy szukali zaczepienia w agencjach reklamowych i wydawnictwach, kupowali "Pressa" i wszystkie możliwe magazyny o mediach i reklamie. Matylda miała to gdzieś. Wiedziała, że robi coś wyjątkowego i że projektowanie kolejnych wklejek do "Faktu" z kuponami rabatowymi zabiłoby ją, możliwe, że nawet dosłownie. Wiedziała, że czeka ją coś więcej. Wróciła wiara w dawne marzenia. Własne logo i pseudonim dodawały jej jeszcze więcej siły. Zaprojektowała sobie nawet taki tatuaż, który planowała zrobić na jesieni. Telefon od dziekana był jak magiczne przypieczętowanie drogi, którą wybrała.
- Biorę to - powiedziała po prostu. I już następnego dnia szła na spotkanie do firmy Jerzego Komasy.
Od razu wrzucili ją na głęboką wodę. I dobrze. Matylda lubiła pracować. I w zasadzie była pracownikiem idealnym. Nie piła, nie spóźniała się. Zawsze na czas z projektami. Nawet gdy była chora, pracowała z domu. Miała już wówczas stałe łącze internetowe. Mało się odzywała, a jeśli już - zawsze była miła, zabawna. Większość pracowników dziwiła się temu, że tak fajna dziewczyna jest jednocześnie tak nietowarzyska. W męskiej części załogi budziła niepokój, gdy siedziała z tymi swoimi rozwianymi rudymi włosami, pochylona w skupieniu nad tabletem lub ekranem komputera. Jakby poza nią i pracą nie było nic ważnego. Robili zakłady o to, któremu uda się ją poderwać. Matylda była świadoma zainteresowania, jakie wzbudza, jednak nie robiło to na niej żadnego wrażenia. Nie dlatego, że faceci jej się nie podobali. Owszem. Miała też swoje potrzeby seksualne, które załatwiała sama, czasem oglądając online jeden z krótkich filmów pornograficznych. Faceci ją interesowali, ale nie widziała wokół siebie żadnego, który byłby wart jej zainteresowania. Przede wszystkim żaden nie czytał książek. Nosili w większości długie, tłuste włosy i mieli zaniedbaną cerę. Nie mogła znieść myśli o tym, że któryś mógłby ją pocałować. W przerwach między zleceniami siedzieli w komórkach i grali w coś albo gadali o grach. Oglądali Prison Break i stare odcinki Archiwum X. I nie patrzyli w oczy rozmówcom, tylko nerwowo skubali skórki przy paznokciach lub pocierali małe, wyglądające jak kępki włosów łonowych bródki. Nie wiedzieli nic o Maine, o Poem, nie znali soundtracku z Miasteczka Twin Peaks. Żyli pracą, snem, masturbacją i McDonaldem. Matylda szukała czegoś więcej. Nie zadzierała nosa, wręcz przeciwnie. Była miła i naprawdę lubiła tych chłopców w spodniach moro. Ale brzydzili ją jako potencjalni partnerzy. Widziała, że ich podnieca, że za każdym razem wpadają przy niej w dziwne zakłopotanie, typowe, kiedy w gronie męskim pojawi się piękna kobieta. Krępowało ją to, więc uciekała za blat swojego biurka, by dalej tworzyć smoki, komiksy i superbohaterów. Od czasu do czasu, widząc na ulicy przystojnego chłopaka z książką, wpadała w dziwne przygnębienie. Zastanawiała się, czy jest sam, czy kogoś ma. Nigdy nie odważyłaby się podejść. Zasypiając, często wyobrażała sobie, że taki facet przychodzi do firmy, Jurek przedstawia go jako nowego grafika i... gość na nią spogląda, ona na niego. I już wiedzą, że to nie będzie zwykła znajomość.
Podobno czasem lepiej, aby marzenia się nie spełniały. Bo mogą okazać się naszym najgorszym koszmarem. Któregoś dnia Jurek naprawdę przyprowadził do firmy Pana Idealnego. Miała wtedy dwadzieścia sześć lat. Była samowystarczalna życiowo, tak lubiła mówić o sobie, gdy koleżanki uprzejmie podstawiały jej pod nos facebookowe profile swoich braci. Trudno to zrozumieć, tak. Sama, bez chęci na zabawę w dom. Jakby zaplątała się gdzieś pomiędzy światem nastolatków i dorosłych. Rudowłosy Piotruś Pan. Inne dzieci z Nibylandii już dawno pozakładały swoje stada. Tilda nie. Nigdy nie ciągnęło jej do rodziny. Widziała, jak ojciec pogubił się po śmierci matki. Sam musiał wychować dwie dziewczyny. Radzić sobie z ich okresami, humorami i niemocą, ale przede wszystkim z cholerną samotnością i tęsknotą za matką, którą tak po prostu zabił pijany kierowca, gdy któregoś popołudnia przechodziła przez pasy. To było lato. W wiadomościach trąbili o powodzi stulecia, Czesław Niemen śpiewał z Nosowską, że musisz uwierzyć w to, chwilę później zmarła Księżna Diana, a jej koleżanka z piętra powiedziała, że może teraz Maria Włoszczewska z Siedlec ma swoją przyjaciółkę z Anglii w Niebie. Wtedy Tilda postanowiła, że nigdy się nie zakocha, nie zwiąże z nikim i że miłość jest tak ohydna, jak płaczący w środku nocy przy kuchennym stole ojciec, który w tęsknocie za matką obnażał swoją ludzką stronę, jak miękki brzuch, odbierając córkom poczucie bezpieczeństwa, bo przecież jak mógł je obronić przed światem, jeśli przemawiał przez niego tylko żal? Matylda nie chciała tak skończyć. Postanowiła nigdy się nie zakochać, nie związać z nikim. I tak żyła. Bez zobowiązań, bez pragnień, prawdopodobnie z traumą sięgającą tego dnia, gdy babka oznajmiła jej, że została sierotą. I nigdy nie chciała się z nikim związać. Tylko że życie lubi nas sprawdzać. Szczególnie gdy tak kurczowo trzymamy się myśli, że coś nas nie dosięgnie.
- To jest Piotr. Piotr jest przedstawicielem naszego klienta, firmy Enter. To z nim będziecie się kontaktować w sprawie nowego projektu "Wilki". Za projekt logo odpowiada Tilda, za plakaty promujące projekt też, a za zaproszenia i ulotki Czarek. Materiały rozda wam Piotr - powiedział szef.
Matylda spojrzała na wysokiego blondyna w czarnym T-shircie i granatowych dżinsach, który stanął w progu ich pokoju grafików. Na nogach miał conversy. Trzymał ręce w kieszeniach spodni, co jeszcze bardziej podkreślało doskonałą budowę jego klatki piersiowej i ramion. Na nadgarstku coś wyraźnie się odznaczało. Matyldzie szybciej zabiło serce. To Pennywise! Po plecach przebiegł jej nieznany dotąd dreszcz. Niemożliwe! Przystojny, ubrany tak, jak Matylda lubiła. I ten tatuaż. Nikt nie wytatuowałby sobie morderczego klauna przypadkiem. Nikt!
- Cześć wam - powiedział Piotr i uśmiechnął się, patrząc na Matyldę. Był w podobnym wieku.
Jeszcze wtedy próbowała skupić się na pracy, jak całe życie zresztą. Żadnych niepotrzebnych emocji, zadania, focus, koncentracja, szczęśliwe sam na sam we własnym świecie, praca, ciche cztery ściany, zero powinności i lęku o to, że ktoś któregoś dnia nie wróci do domu, a ona skończy przy kuchennym stole, żałosna i słaba, jak jej ojciec.
Projekt "Wilki" dotyczył nowej akcji harcerzy. Miał pokazać, że odwalają kawał dobrej roboty na rzecz ochrony polskich wilków. Enter wygrało przetarg na wypromowanie akcji. Klient zażyczył sobie, żeby wszystko zrobione było w konwencji komiksowo-artystycznej. W ramach akcji w wielu miastach odbywać się miały eventy i pikniki rodzinne, promujące ekologię oraz harcerstwo. Mężczyzna z tatuażem był pięć lat młodszy od Matyldy. Dojrzały, doświadczony, samotny, zupełnie jak nie faceci w jego wieku. I zakochany w literaturze. W firmie odpowiadał za brudną robotę, jak sam powiedział. Zwykle użerał się ze zleceniobiorcami, wymuszając na nich trzymanie się terminów i wytycznych szefostwa. Miał etat, auto i dwupokojowe mieszkanie na Mokotowie, które kupił dzięki wsparciu rodziców. Miewał związki, ale przelotne, tak jej później powiedział. Anie, Kasie i Magdy, nic nieznaczące przygody.
Zaiskrzyło już podczas pierwszego spotkania. Matylda widziała, że wpadła mu w oko. Widział to także Czarek, nowy pracownik, bratanek Jerzego. Siedział w tej swojej nieodłącznej wizytówce, jaką był szary T-shirt ze zdjęciem zespołu Korn, i bujał się na krześle w firmowej kuchni.
- Lalusik na ciebie leci - powiedział po prostu.
Matylda spojrzała na niego, jakby miała moc zabijania wzrokiem.
- Dobra, Królowo Lodu, jaja sobie robię, wyluzuj - powiedział Cezary i na nowo zatopił się w lekturze nowego komisu Marvela, pożerając przy tym wielkiego, grubo lukrowanego pączka. Kontrast pomiędzy mężczyznami był tak widoczny, że Tilda aż przez moment skarciła się w duchu za to, że kiedykolwiek Czarek wydawał jej się ciekawym człowiekiem. Może nie materiałem na partnera, ale chociaż kimś na tyle interesującym, by wyjść z nim na piwo czy może nawet zaprosić go do siebie. Tymczasem teraz siedział przy biurku i wyśmiewał się z tego, że ich firmowa Pani Niedostępna wreszcie znalazła się w centrum wydarzeń, które w każdym biurze stanowią zawsze ciekawy element życia codziennego.
Bardzo szybko zainteresowanie Piotra Matyldą dostrzegli także inni. Zresztą nietrudno było zauważyć kwiaty i drobne upominki, podobno ofiarowywane Tildzie przez zadowoloną z jej projektów firmę Enter. Cóż, Czarek zasuwał równie ciężko, a jednak nie na jego biurku lądowały nowości wydawnicze Albatrosa czy też bilety do kina.
To był czas, kiedy w Matyldzie zaczęła się burza. Nigdy dotąd nie była z mężczyzną. Raz czy dwa całowała się na studiach po wypaleniu trawki, ofiarowanej w zbitym papierosie przez współlokatorkę podczas jakiejś domówki. Nie doświadczyła wówczas niczego specjalnego, przyspieszonego bicia serca czy łaskotania w okolicach podbrzusza, o którym tak opowiadały rówieśniczki. Czuła tylko smród papierosów, zioła i chipsów. Doświadczony Piotr napawał Matyldę strachem, chociaż dbał o nią. Otulał własną bluzą, gdy późnym wieczorem wychodzili z kina. Całował w czoło. Całował w usta, a wtedy Matyldę przechodził prąd wzdłuż całego kręgosłupa. Chciała więcej. Ale się bała. Nie chciała tego idealnego obrazka popsuć własną niezgrabnością w łóżku i brakiem doświadczenia.
Kiedy któregoś dnia leżeli u niego po sutej kolacji, zamówionej z wietnamskiego baru, wreszcie powiedziała, że się boi.
- Nigdy jeszcze tego nie robiłam.
- Nie jadłaś wietnamskiego żarcia? - zapytał.
- Nigdy jeszcze nie kochałam się z mężczyzną...
Poczuła, że się czerwieni, choć wiedziała, że to głupie, że przecież Piotr zaakceptuje ją taką, jaka jest. Codziennie powtarzał jej, że jest najlepsza, że czekał na nią całe życie. Nie powinnam się bać, sama siebie skarciła. Dziewictwo przed trzydziestką wcale nie musi oznaczać jedynie chwytliwego nagłówka w gazetach albo portalach dla znudzonych życiem. Wstydziła się, że Piotr ją oceni, ale nie chciała udawać.
- Czyli z kobietą owszem? - zapytał ponownie, uśmiechając się od ucha do ucha. Przytulił ją mocno, znowu przebiegł jej po plecach dobrze znany dreszcz. - Można więc powiedzieć, że będę twoim wilkiem. Jesteś zdana na moją pastwę, droga owieczko. I radzę ci szybko uciekać, bo kiedy już cię złapię, to...
Nie dokończył. Zaczął gryźć ją w szyję, a Matylda śmiała się i śmiała, szczęśliwa i zupełnie nieświadoma tego, że Piotr mówił zupełnie poważnie. Miał okazać się jej wilkiem. Kimś, kto goni, żądny krwi. Żadna mała owieczka nie ucieknie przed wilkiem. Może co najwyżej zgubić się w lesie. Ale cóż. Wołanie o pomoc może usłyszeć tylko wilk.
Pierwszy raz nie należał do przyjemnych, choć Piotr bardzo się postarał. Kupił wino, róże. Zadbał o każdy sentymentalny element. Włączył Creeda, którego uwielbiali oboje. Nie było jednak przyjemnie. Bolało, to raz. Piotr bardzo szybko skończył, to dwa. I chciał równie szybko kochać się ponownie, mimo że Matylda lekko krwawiła, to trzy.
- Było milusio - stwierdził. Nie zapytał o jej opinię. Założył, że było... zaraz, zaraz. Jak? Milusio? Że też nadal nie zapomniała tego obleśnego określenia.
- Przestań - powiedziała stanowczo i złapała go za rękę.
Nie kochali się już więcej tego wieczoru. Przez następnych kilka dni też nie. Matyldę bolał brzuch, tak jak podczas okresu. Wróciła do swojego mieszkania, wynajmowanego od profesorki z ASP, i przez kilka dni pracowała z domu, a w przerwach czytała Pilipiuka. Jakub Wędrowycz zawsze poprawiał jej humor.
To były dni, kiedy naprawdę zaczęła zastanawiać się nad tym, czy Piotr jest rzeczywiście tym właściwym. Coś sprawiało, że się go bała. A może to było tylko poczucie, że go zawiodła jako kobieta? Nie miała zbyt dużo czasu na zastanawianie się. Piotr pojawił się w progu jej mieszkania z bukietem róż i winem. No właśnie. Zawsze róże. Wszędzie pełno róż. Boże, za jak głupią musiał ją uważać, za jak naiwną...
Oczywiście, że wpuściła go do środka. I do swojego życia. Z czasem seks stał się przyjemny, a ona coraz częściej przejmowała inicjatywę. Nie pamięta już, kto pierwszy powiedział coś o wspólnym mieszkaniu. Po prostu tak wyszło. Spakowali jej rzeczy i zawieźli je na Dolną, do mieszkania Piotra. I zaczęła się zabawa w prawdziwy dom. Był rok 2012.
Zarabiali naprawdę dobrze. Praca sprawiała im przyjemność. Wieczorami opowiadali sobie, jak minął im dzień, oglądali amerykańskie seriale na FOX lub HBO, uprawiali szybki seks i szli spać. W weekendy jeździli za Warszawę. Piotr lubił robić jej niespodzianki. Kazimierz Dolny, Gdańsk, Puławy. Założyła konto na Facebooku i regularnie zaczęła wstawiać wspólne zdjęcia. Święta spędzali z jej ojcem oraz siostrą i jej dzieciakami. Matka Piotra mieszkała w Stanach i od czasu do czasu rozmawiali przez Skype'a. Matylda nie miała zbyt wiele do powiedzenia o swojej przyszłej teściowej. Raz czy dwa zdawkowo wymieniły jakieś życzenia i tyle. Gadanie przez Skype'a z obcą osobą ją zawstydzało. Zawsze gdy matka Piotra była online, Matylda zaczynała sprzątać, szła na zakupy, bo nagle czegoś zabrakło w lodówce albo odbierała e-mail od Jurka z jakimś służbowym poleceniem na już. Unikała tej kobiety. Poza tym nie wiedziała, jak miałaby się do niej odnosić. W jej życiu nie było żadnych starszych kobiet. Nie wiedziała, o czym wypada z nimi rozmawiać i jak się zachowywać. Ojciec nigdy nie związał się z żadną inną po śmierci żony. Więc matka Piotra wywoływała w Matyldzie niepokój, jej obecność w komputerze, jej głos powodowały skrępowanie. Piotr zdawał się niczego nie dostrzegać. To było Matyldzie bardzo na rękę.
Bardzo szybko poznała znajomych Piotra z pracy i ze studiów. W niedziele spotykali się gdzieś na Starym Mieście i szli na piwo lub obiad. Czasem grupowo chodzili do teatru. Matylda lubiła tych ludzi, tak jak lubi się słabo znanych kuzynów. Byli dla niej mili, a ona życzyła im wszystkim dobrze. Nie nawiązała jednak żadnej przyjaźni z koleżankami Piotra. Nie miałyby o czym rozmawiać. Uzależnione od pracy, wiecznie zmęczone obowiązkami i narzekające na kierownictwo, spędzające wolny czas na zakupach w Galerii Mokotów oraz na kolejnych wizytach u kosmetyczki, były jak postaci z innej galaktyki. Kiedyś przy piwie pojawił się temat książek. Właśnie do kin weszła ekranizacja jakiegoś bestsellera i ktoś zaczął dyskusję na temat wyższości literatury nad filmem.
- Ja tam najbardziej lubię literaturę, która jednak czegoś uczy. Każe stawać się nam kimś lepszym. No, kurwa, czego może nauczyć taka Chmielewska albo Prus. Pamiętacie gościa? - zapytała Anka, piękna blondynka z pomalowanymi na intensywnie zielony kolor paznokciami.
- Lubiłam Prusa w szkole. Choć dopiero na studiach zrozumiałam, o czym pisze. Wiecie, zamieszkałam tutaj i chciałam na nowo spojrzeć na Warszawę. Oczami Wokulskiego, Łęckiej... - powiedziała Matylda.
- Czyli taki trochę z ciebie grzebacz w starociach? Ciekawe. Wiecie, ja najbardziej lubię książki, z których coś we mnie zostanie. No nie mówcie mi, że Alchemik nie jest taką książką. Jak czytałam, to serio, płakałam. Jakby wiecie, serce mi się oczyściło - ciągnęła Anka.
Matyldę gdzieś coś ścisnęło w żołądku. Piotr spojrzał na nią wymownie. Wiele razy śmiali się z truizmów Paulo Coelho. Piotr nie chciał jednak, żeby Matylda zaczęła się mądrzyć. Jej wiedza podobno wprowadzała ludzi w zakłopotanie, a że była kobietą piękną, zakłopotane były zwykle inne kobiety w jej towarzystwie. Co później odbijało się na Piotrze w pracy, kiedy dziewczyny przy kawie komentowały jego niby przemądrzałą partnerkę. Piotr powiedział o tym Matyldzie po którymś z wyjść na piwo z jego znajomymi z pracy.
- Nigdy więcej, kurwa, nie waż się przy tych cipach tak mądrzyć - powiedział i rzucił w nią butem.
Był podchmielony, ona zresztą też. Odrzuciła but i kazała mu spierdalać. Śmiała się, ale było jej przykro. Rano oboje zapomnieli o sytuacji. W końcu pary się czasem kłócą, no nie?
Ale podczas kolejnych spotkań odzywała się coraz mniej. Słuchała. O franku szwajcarskim, kredytach na mieszkania, o rozbudowie osiedli na Białołęce, o rządzie, podwyżkach cen na bilety ZTM, o dzieciach, o romansach, o seksie. Kto kogo i gdzie. Wszystko kręciło się wokół firmy Enter, jej pracowników i klientów. Piotr umiejętnie wpasowywał się w otoczenie, śmiejąc się z nieśmiesznych rzeczy i udając głupszego, niż jest. Dopiero kiedy przekraczali próg mieszkania, zaczynał tyradę. Jacy to głupcy, jak źle, że musi się z nimi użerać, jak chujowo, że akurat na rynku tak mało jest ofert ciekawej pracy. Zawsze był po tych spotkaniach wściekły. W zasadzie to coraz mniej pojawiało się chwil, kiedy nie był wściekły. Przeszkadzał mu styl ubierania Matyldy, to, jak gotuje. Nawet projekty, które wykonywała dla Jurka, zaczął krytykować.
Na początku zrzucała to na nadmiar obowiązków i przemęczenie. Była wyrozumiała, bo za każdym razem gdy znów powiedział coś przykrego, przychodził potulnie i przepraszał. A ona rozumiała. Piotr był nieprzeciętnie inteligentny. Troskliwy. Wrażliwy. Czytali te same książki, podobały im się te same filmy. Czy ktoś taki mógłby zrobić jej krzywdę? Kochali Pennywise'a i The Walking Dead. Uwielbiali kurczaka z orzechami nerkowca z baru wietnamskiego pod blokiem. Coraz częściej rozmawiali o dziecku. Życie nie zawsze bywa bajką, ale w przypadku Matyldy najczęściej bywało. A te wszystkie sytuacje z Piotrem? Na Boga. Jesteśmy tylko ludźmi. To normalne, że się wkurwiamy. Że czasem powiemy coś niemiłego. Albo zrobimy.
Więc pierwszy raz, kiedy ją uderzył, potraktowała jako odreagowanie stresu. Sporo o tym czytała w sieci. Zwróciła mu uwagę na to, że ostatnio trochę przytył. Leżeli na kanapie i oglądali jakiś stary western na Dwójce. Za oknem dzieciaki grały w piłkę, na ławie stały puste talerze po tarcie z owocami, którą Piotr kupił rano w cukierni. Było ciepło, wiosennie, niedzielnie i leniwie.
- Weź może już zostaw mi ten kawałek, kochanie, bo robisz się coraz bardziej okrągły - powiedziała i zabrała mu ostatni kęs ciasta z rąk, po czym szybko wsunęła go do ust. Piotr usiadł gwałtownie i spojrzał na nią tym swoimi dziwnym wzrokiem, który sprawiał, że zaczynała się bać.
- Co powiedziałaś, kurwa? - wycedził. - Jestem, kurwa, jaki? Gruby? - Prawa dłoń chwycił ją za szyję. - Jaki jestem? - zapytał ponownie, głośniej.
- Daj spokój, robię sobie żarty - odpowiedziała szybko. - Jesteś najbardziej zajebisty na świecie.
Nie odpowiedział. Ponownie położył się na kanapie. Przez chwilę siedziała, próbując uspokoić oddech, i patrzyła na niego z ostrożnością łani obserwującej lwa. Poklepał miejsce obok siebie, dając jej znać, że może znów się położyć obok niego. Wtuliła głowę w zagłębienie jego ręki. Na ekranie Clint Eastwood strzelał do gości ukrytych na dachu jakiegoś domu, gdy przyszedł cios w skroń. Druga ręka zaczęła przygniatać szarpiącą się głowę. Nigdy w życiu nie czuła takiego bólu.
- Zapamiętaj sobie, szmato. Jestem wilkiem. I mogę zeżreć cię na obiad, kiedy mi się spodoba. I nikt po ciebie nie przyjdzie - wyszeptał jej prosto do ucha, żeby dokładnie słyszała każde słowo.
Nie pamięta wszystkich kolejnych razów. Było ich coraz więcej. Przychodziły znienacka, tak lubił najbardziej. Zawsze znalazł się pretekst. Za małe o rozmiar skarpetki, które kupiła mu w H&M. Przypalony sos z wołowiną. Kurz na ekranie telewizora.
Dom stał się dziwnie cichy. Jedynie miarowe cykanie zegara wiszącego w salonie przerywało tę ciszę, utwierdzając Matyldę w przekonaniu, że jeszcze żyje. Nadal pracowała, jadła i spała. Plus zaczęła być bita.
Bicie nie było jednak najgorszą z przygód, jakie zwykł fundować jej Piotr. Czasem nie mogła zjeść kolacji albo jadła z podłogi. Trzymał jej głowę nad garnkiem z wrzącą wodą, tak że cała twarz prawie pękała od wysokiej temperatury. A czasem miał szampański nastrój. Przytulał, przepraszał, płakał. Mówił, że kocha. Budził ją o świcie w weekend i kazał szykować się na wycieczkę. Siedzieli później gdzieś w Sopocie lub Giżycku, jedli posiłek w eleganckiej restauracji z białymi obrusami, jedno odprężone i czarujące dla wszystkich dookoła, a dla narzeczonej, bo przecież w swej wielkiej naiwności Matylda przyjęła oświadczyny na krótko przed pierwszym razem, cóż, a dla narzeczonej czarujące najbardziej. Jedno więc odprężone, a drugie napięte jak struna, gotowe, by przyjąć cios w każdej chwili, chowające głowę między ramiona, by te ciosy jak najmniej bolały.
Schudła. Regularne ciosy w głowę sprawiły, że zwracała prawie każdy posiłek. Bóle brzucha pozwalały przyjmować głównie kefir i banany. Dieta cud. Nie wiesz, jak schudnąć? Zamieszkaj z psychopatą. Bardzo szybko pożegnasz oponki i flaczki, a w ich miejscu pojawią się wystające kości! Jedyny w swoim rodzaju związek, który blokuje apetyt i wzmaga niechęć do wszystkiego, co smaczne. Nie czekaj! Znajdź swojego Piotra już dziś i wypróbuj nowość, jaką jest podduszanie. Wyzwiska gratis. Gwarancja dożywotnia. Oczywiście, ma się rozumieć, że do końca twojego żywota. Nie martw się jednak. Kiedy wreszcie naprawdę staniesz się Żoną Lota, twój Piotr nadal będzie działał. Znajdzie nową zainteresowaną, aby i ona mogła uzyskać figurę Kate Moss!
W pracy wiedzieli. Nigdy się nie poskarżyła. Nigdy nie uroniła ani jednej łzy. Dopiero później Czarek powiedział, że wiedzieli od początku. To było już wtedy, gdy Jurek przeszedł zawał. Czarek przejął wszystkie jego obowiązki. Długo milczał, kiedy siedziała kolejną godzinę przed pustym monitorem albo białym ekranem tabletu, nie potrafiąc wycisnąć ani jednej kreski czy kształtu. Milczał, gdy widział, że jej prace są coraz gorsze. Nigdy nie wybaczyłby sobie zwolnienia jej. Miał wrażenie, że praca to jedyne miejsce, gdzie ten drań jej nie krzywdzi. Ale ludzie zaczęli gadać. Weź coś z nią zrób. Obsuwa nam zlecenia. Kurwa, może ćpa. Po mecie tak się chudnie. Widzieliście, jak zbrzydła? To było na początku. Potem ktoś zobaczył przypadkiem pręgi na jej szyi, gdy musiała zdjąć kwiecisty szal, bo wplątał się w niego długi kolczyk. Oczywiście od Piotra. Urodzinowy. Z perełkami. Gdyby go zniszczyła, zgubiła, zostałaby ukarana jako niewdzięcznica, tak samo jak wtedy, gdy niechcący nadepnęła na końcówkę od ładowarki do telefonu i metalowe wejście do jej HTC dziwnie się wygięło. Więc musiała zdjąć ten cholerny szal. Myślała, że nikt nie zobaczył. Sine pręgi, pozostałość po nocnej miłości. Potem ślady zaczęły być dostrzegane coraz częściej. Otarcie na policzku, złamany palec u lewej nogi, sińce na ramionach i karku. Sięganie non stop po tabletki przeciwbólowe. To nie mogło się dłużej uchować przed oczami ludzi w firmie.
Chodzili do Czarka pojedynczo lub w parach. Kaśka, nowa praktykantka z czerwoną grzywą, powiedziała przy papierosie:
- No, kurwa, przecież jeśli ten świr ją zabije, pójdziemy siedzieć za współudział!
Czarek długo myślał o tym, jak Matyldę podejść. Znał ją długo i wiedział, że jest jak płochliwa sarna. Mogłaby zrobić coś głupiego. Poinformowanie o tym, że zgłasza sprawę na policję, byłoby dla niej ciosem. W życiu nie spotkał tak wstydliwej osoby. I tak samotnej. Na myśl o tym, że mogłaby uciec - zrezygnować z pracy albo coś sobie zrobić - zaczynało mu się kręcić w głowie. To była dobra dziewczyna, a ten łajdak zrobił z niej wrak. Uśmiercał ją po kawałku, aż któregoś dnia z ich Tildy nie zostanie nic poza zakurzonym tabletem w jej pokoju, dzielonym z Jankiem i Kaśką.
- W jaki sposób mogę ci pomóc od niego spierdolić? - zapytał wprost, kiedy byli sami któregoś dnia.
Spojrzała na niego okrągłymi z przerażenia oczami.
- Słucham? - zapytała.
- Pytam, w jaki sposób mam ułatwić ci ucieczkę od tego bydlaka, który się nad tobą znęca - wyrzucił z siebie bardzo szybko, bojąc się, że jeśli będzie mówił wolniej, w trakcie odejdzie mu odwaga. Nie lubił poruszać z ludźmi intymnych tematów. Tylko że Kaśka miała rację. Kiedy widzisz, że ktoś krzywdzi inną osobę i nic z tym nie robisz, jesteś współwinny. I powinieneś mieć do siebie żal i pretensje o każdego nowego siniaka, któremu nie zapobiegłeś.
Przez kilkanaście sekund patrzyła Czarkowi w oczy. Pewnie po raz pierwszy od kilku lat. Myślała.
- Nie mam gdzie pójść - powiedziała spokojnie. - Nie mam żadnych oszczędności. Wszystkie pieniądze Piotr trzyma na swoim koncie. Każdego pierwszego wypłacam z bankomatu przy Dolnej sześć tysięcy osiemset sześćdziesiąt złotych, wkładam w kopertę i niosę ją do domu. Piotr przelicza dwa razy, siedząc na taborecie w kuchni. Uśmiecha się i wychodzi do wpłatomatu. Od trzech lat nie dotykałam pieniędzy dłużej niż na jebane czterdzieści sekund przy bankomacie. Nie mam żadnych znajomych. Nie znam nikogo. Mój ojciec jest stary, moja siostra ma swoje życie. Nie mam prawa wciągać ich w swoje bagno.
Tyle. Powiedziała to i obróciła się na krześle, tyłem do Czarka, aby dalej pracować nad zleceniem.
Jeszcze przez chwilę mężczyzna stał, wpatrzony w jej drobne plecy, a echo jej spokojnie wypowiedzianego komunikatu brzmiało i brzmiało w jego mózgu jak jakiś koszmar.
Tego dnia Matylda wyszła z pracy wcześniej. Nie powiedziała nic Czarkowi, tylko Kaśce rzuciła przez ramię, że źle się czuje. Nie mogła znieść myśli, że wszyscy wiedzą. Dla bitej kobiety największym wstydem jest właśnie fakt, że wiedzą wszyscy. Głupia, chyba to lubi, skoro nadal z nim jest. Co za sierota! Nie poradzi sobie sama, serio? Przecież ona też tak myślała, zanim nie poznała swojego Wilka, prawda? Że bite kobiety są głupie, że należy nimi gardzić. Że zasługują na to, co mają.
Wyszła z pracy, bo kręciło jej się w głowie. Ostatni akt się zakończył. Opadły wszystkie maski. Jeśli dotąd przez cholerne osiem godzin oszukiwała się, że jednak jest normalnie, słuchając ludzi w pracy, obserwując ich, robiąc kolejne projekty, to teraz i to się skończyło. Koniec z przytakiwaniem koleżankom opowiadającym o tym, że facetom w głowie tylko seks i imprezy. Koniec z opowiadaniem o weekendach spędzanych na rowerowym szlaku. Wszyscy wiedzą, że jest kłamczuchą, która daje sobą pomiatać i w dodatku kłamie o tym, jak wygląda jej życie.
Serce waliło jej jak oszalałe. Wysiadła z tramwaju na Racławickiej i przebiegła przez pasy. Szła w kierunku Dolnej, do mieszkania. W zasadzie po co? Żeby spakować rzeczy i uciec? Ale dokąd? Żeby poczekać, aż on wróci z pracy i go zabić? A może żeby zabić siebie? Ofiarować mu ostatni dar swej poddańczej miłości, zakrwawione zwłoki w wannie, tej samej, którą razem wybierali w salonie na Wołoskiej, tej samej, w której wiele razy myślała o tym, żeby podciąć sobie żyły i zakończyć to wszystko.
W parku na Spacerowej zatrzymała się. Zachciało jej się wymiotować. Pochyliła głowę, trzymając się obręczy jakiejś ławki. Przed oczami wirowały czarne plamy. I wtedy ktoś pojawił się obok. Tak przynajmniej jej się zdawało, zanim straciła przytomność.