Córki łowcy niedźwiedzi. Opowieść o siedmiu siostrach - Anneli Jordahl

-
Proszę czekać

Spis treści

Title-Page Prawa autorskie Epigraf Gospodarstwo Rozdział 1 Rozdział 2 Kolofon

Lista stron

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 444 445

Punkty orientacyjne

Okładka Strona tytułowa Prawa autorskie Spis treści Epigraf Kolofon

Rozdział 2

Dopóki nie zapuścisz się w głąb lasu, gdzie wysoko na pięknie starzejących się sosnach rosną huby, dopóty nie dowiesz się niczego o Finlandii. Dlatego siostry marzyły o tym, żeby ujrzeć te dostojne lasy na północy kraju, do których ma odwagę wejść tylko prawdziwy znawca lub poszukiwacz przygód bez instynktu samozachowawczego. Ze mnie samej jest zbyt wygodnicka mieszczuszka, żebym prowadziła spartańskie, wyczerpujące fizycznie życie sióstr - szczególnie takie, jakie je właśnie czekało. Żeby to prawidłowo oddać, sporo się naczytałam o faunie i florze, uważnie przestudiowałam historie życia spisane przez Saamów; nie mieli sobie równych, jeśli chodzi o wiedzę na temat tego, jak przeżyć, korzystając z darów lasu, wiedzieli wszystko o tym, jak przetrwać w śniegu i mrozie i oczywiście jak polować na zwierzęta, żeby nie paść z głodu, a także jak się z nimi zaprzyjaźnić.

Johanna zapakowała do plecaka butelkę wody i pieczone pierogi karelskie z ryżem, Tanja niosła termos z kawą, drewniany kubek i chrupkie pieczywo, Tiina piersiówkę, zapałki, paski kory brzozowej i sidła ze sznurka.

Po przejściu dziesięciu kilometrów dotarły do kurnika rodziny Niskanpää; Johanna poleciła najmłodszej siostrze - drobnej i zwinnej Eldze - żeby weszła pośród gdaczące pióra i dławiący smród kurzego gówna i spróbowała ukraść jak najwięcej jajek. Jej starsze siostry miały stać na czatach. Wytłoczki wzięły z szopy znajdującej się ściana w ścianę z kurnikiem.

W gęstym świerkowym lesie było przyjemnie ciepło, jak to późnym latem. Komary nie dawały im spokoju, chociaż siostry wysmarowały się olejkiem terpentynowym. Szły i szły, aż Laura i Elga zaczęły jęczeć i nalegać na odpoczynek. Pot spływał im po czołach, Elga uskarżała się na nogi, które przypominały dwa kije od mioteł. W tej właśnie chwili otworzył się przed nimi widok na polanę, a ich oczom ukazał się duży, oświetlony przez słońce kamień. Zdawał się wręcz wołać do nich: Niech posłużę wam za płytę kuchenną, dziewczęta! Przeklęty upał okazał się zbawienny, bo gdyby ktoś ich ewentualnie szukał, ogień mógłby je zdemaskować. Aune rozbiła jajko o brzeg kamienia z wgłębieniem o płaskiej, gładkiej powierzchni. Nieco bardziej sycące byłoby to danie, gdyby usmażyć je na tłuszczu do smarowania broni. Johanna liczyła, że pozostałe siostry wytrą do czysta kawałek kamienia, przyrządzą jajka i podadzą jej gotowy posiłek, więc zajęła się przycinaniem świerku na solidne posłanie. Była zdania, że jako przywódczyni tejże gromady pracuje za dwie, w związku z czym zasługuje na dodatkową chwilę wytchnienia. Położyła się na plecach i obserwując, jak chmury migiem przelatują nad wierzchołkami świerków, czekała na swoje smażone jajko na kromce suchego pieczywa.

Kiedy już wszystko pochłonęły, a Tiina głośno beknęła, usłyszały w oddali szczekanie psów i swoje imiona niosące się ponad drzewami: spośród przytłumionych męskich głosów wyróżniał się odbijający się echem, przeszywający głos matki. Siostry wyprostowały się i nadstawiły uszu, zdawało się, że szuka ich jakaś spora brygada, nie sposób było jednak rozstrzygnąć, czy jest już blisko. Johanna schowała pod gęstym świerkiem obcięte gałęzie, uprzątnęła wszelkie ślady ich bytności i poleciła siostrom zbierać się do wymarszu. Puściły się biegiem jedna za drugą wprost w ciemny, chłodny las. Minęły torfowiska i obeszły bagno, z którego zerwała się czapla i wyprostowana jak strzała odleciała w bezpieczniejsze miejsce.

Czternaście zmęczonych nóg, czternaście gołych stóp pozbawionych jakiegokolwiek sensownego zadania. Po czterech godzinach Elga osunęła się z westchnieniem na kolana, a Tiina wyciągnęła się na kępie mchu. Dzięcioł czarny. Sójka zwyczajna. Nigdzie nie było słychać choćby piśnięcia prześladowców. Czy poprzednio coś im się przesłyszało? Siedem par młodych uszu nie mogło chyba wziąć pohukiwania sowy za niski głos matki.

Tanja i Johanna obeszły okolicę w poszukiwaniu dogodnego miejsca na odpoczynek i odkryły, że zaledwie kilkaset metrów dalej znajduje się leśny staw. Rzuciły manatki, zerwały z siebie ubrania i wskoczyły do wody. Siedem fontann. Tiina doścignęła kraulem Simone i nawet Laura przyłączyła się do zabawy. Dziewczęta pluskały się w wodzie, wydając z siebie okrzyki radości.

Odzyskawszy siły, zbudowały szałas i rozdzieliły między siebie pierogi; na dworze tymczasem zapadał zmierzch i w krzakach buszowały nocne zwierzęta. Piersiówka krążyła od ust do ust, trunek palił i rozdzierał, półksiężyc świecił, odbijając się od powierzchni wody. Blade ciała znów wsunęły się do czarnej jak węgiel toni, wszystkie z wyjątkiem Aune i Laury, które uważały, że jest na to nieco zbyt chłodno. Elga złapała się za nos i wskoczyła do wody, a Tiina udawała, że ją ratuje, po czym mocno złapała siostrę za głowę i na dłuższą chwilę wcisnęła pod wodę. Szorstki śmiech zagłuszył pełen przerażenia kaszel i rozpaczliwe próby złapania oddechu.

Potem, trzęsąc się, siedziały obok siebie, aż wyczerpane ułożyły się splecione na bagnie; a to głowa na brzuchu, a to na ramieniu, poskręcane jak szczeniaki, które chcą się ogrzać od psiego rodzeństwa. Tak zapadły w głęboki sen, którego nie dane im było doświadczyć, odkąd ojciec zniknął z powierzchni ziemi. Czy istnieje w ogóle sen tak głęboki, że graniczy niemal ze śmiercią? Nie wszystkie popadły w odrętwienie. Laura obcięła finką gałąź i zrobiła sobie posłanie pośród mchu u stóp gęstego drzewa, otoczona ciężkimi gałęziami. Wsłuchała się w dające poczucie bezpieczeństwa odgłosy: piski nietoperzy i szelesty, których źródłem - jak sądziła - były lisy i jelenie.

Johannę obudziło pukanie. Dzięcioł zielony wybił dużą dziuplę w sośnie i mniejszy pokoik dziecięcy poniżej gniazda dorosłych. Dorośli chcieli najwyraźniej spać w spokoju. Zaspana Johanna przeciągnęła się, wyprostowała obolałe od wysiłku nogi i zorientowała się, że leży w lesie koło Tiiny, która przez sen świszcząco oddycha i której pachy potwornie wręcz capią. Dzięcioł dalej stukał, ale poza tym słychać było tylko sapanie sióstr i świszczący oddech Tiiny przypominający postękiwanie starego dziadygi. Johanna poszukała w plecaku ostatnich kilku pierogów karelskich z ryżem. Zajadając się nimi, popatrzyła na staw spowity poranną mgłą i bawiące się ważki. Chciwie zerknęła na drugiego pieroga, który wyglądał smakowicie, powstrzymała się jednak, ogarnięta niecodziennym i nawet całkiem przyjemnym poczuciem sprawiedliwości. Niech tym ostatnim podzielą się siostry. Głód był bowiem ich jedynym zmartwieniem w tym przepięknym miejscu. Johanna wyjęła z plecaka sznurowe sidła. Jeśli przed południem zastawią pułapki metodą ojca, w najlepszym razie będą miały coś do zjedzenia na kolację. Wtedy jednak będą musiały rozpalić demaskujący je ogień.

Johanna zanurkowała, a jej poranna kąpiel zbudziła pozostałe siostry. Tanja i Aune głośno ziewnęły i potrząsnęły Simone. Elga, która nienawidziła wstawania o świcie, dalej drzemała, Tanja i Aune zaś weszły do wody i popłynęły do Johanny. Simone usiadła przed szałasem ze złożonymi dłońmi, żeby zmówić poranny pacierz. Laura wyczołgała się z szałasu pod świerkiem, popatrzyła na staw i pluskające się siostry. Włożyła buty, zapaliła papierosa i ruszyła do lasu, gdzie spacerując w samotności, od czasu do czasu pochylała się i sprawdzała mech. Znalazła wilgotną glinę, której sporo wydłubała; ściągnęła z siebie bluzkę, wypakowała ją gliną do pełna, odcisnęła wodę i zabrała tobołek, po czym przycupnęła na dogodnym do tego kamieniu. Ostrożnymi ruchami palców ulepiła z grudek dziewczynkę o lisim nosie.

Późnoletnie zajęcia związane z sidłami i przygotowaniami do wieczornego ogniska przebiegały bez zakłóceń. Wszystko szło dobrze, zgodnie z optymistycznym planem, który rano ułożyła dla nich Johanna. Dwa gołębie wpadły bowiem w cwanie zastawioną pułapkę i siostry, nie mówiąc na głos ani słowa, z wdzięcznością pomyślały o swoim ojcu w niebie. Johanna położyła się na posłaniu z mchu, popatrzyła na wierzchołki świerków i, znalazłszy wygodną pozycję, zaczęła nucić popularną piosenkę; Tanja podśpiewywała ją wraz z siostrą, kiedy razem odzierały z piór martwe ptaki. Simone budowała szałas ze świerkowych gałązek, a kilka metrów dalej płonęło ognisko. Nad żarem Aune i Simone piekły nabite na patyk ptaki, policzki miały wysmarowane sadzą, a ubrania postrzępione. Laura siedziała obok sióstr i pogrążona we własnym świecie lepiła z gliny osła.

Komary atakowały ze wszystkich stron. Siostry polowały na nie przy akompaniamencie przekleństw. Simone podpaliła brzozowy pniak i dym nieco rozproszył chmarę owadów. Kiedy czekały, aż mięso się dopiecze, Aune opowiedziała im o młodej Aino zmuszonej do zamążpójścia za starego Väinämöinena, czyli tę smutną historię, do której zawsze powracał Veikko. Siostry były żądne nowych szczegółów. Aino powiedziano, że to ogromny zaszczyt poślubić tak powszechnie szanowanego mężczyznę, niemal równego bogom, który ma w dodatku urzekający, niski głos i kiedy śpiewa, gromadzi wokół siebie tłumy słuchaczy. Młódka wolała się jednak utopić, niż dopuścić do tego, by w jej łonie znalazł się pomarszczony członek starca. Väinämöinen, opłakując niedoszłą żonę o długich, lśniących włosach, wypłynął łodzią na jezioro i w miejscu, gdzie dziewczyna odebrała sobie życie, zobaczył silny blask bijący od powierzchni. W głębinie dostrzegł młodą Aino, która przemieniła się w połyskującą srebrzyście rybę. Łódź prawie się wywróciła, kiedy...

- Czy ona naprawdę istniała? - przerwała jej Tiina.

- Oczywiście, że tak - odparła spokojnie Aune.

- Ale przecież nie przemieniła się w rybę... chyba w to nie wierzycie - odparła Elga.

- Krąży zbyt wiele podobnych opowieści, bym miała w to nie uwierzyć - oświadczyła Simone. - Weźmy choćby tę...

Łatwo można było zauważyć, że zbliża się jesień. Zmierzch zapadł wcześnie i leśny staw spowiły mgły. Siostry wpatrywały się w tę biel. Czy to znak, że gdzieś tam, w ciemności, znajduje się dusza Aino? Każda świtezianka modra rysująca wzór na gładkiej powierzchni wody była od niej pozdrowieniem. W zapadającej ciemności rozległ się stłumiony jęk, gdy rój komarów zleciał się do sióstr.

- N-n-nie drapcie się... krew... wszystkie tu wtedy się zlecą - instruowała je Johanna.

- Równie dobrze możesz powiedzieć, że mamy przestać pić - prychnęła Tiina.

Siostry rozdrapywały bąble po ukąszeniach, a ślinka ciekła im z ust, kiedy nad ogniem skwierczały ptaki, a Simone palcami dzieliła mięso. Wygłodniałe chwytały za jedzenie, parząc sobie języki i palce. Po zjedzeniu gołębi poprzysięgły sobie, że nigdy więcej nie wezmą do ust ptasiego mięsa, nigdy nie będą już tak głodne. Johanna pozwoliła, żeby piersiówka z bimbrem znów przeszła z rąk do rąk. Tiina beknięciami i pierdami zaintonowała melodię, namawiając siostry, żeby zgadły, co to za kawałek, na co Elga przybrała typową dla nastolatek minę, która wyrażała bezdenne poczucie wyobcowania. Chciała się jakoś uwolnić od tej gromady.

- Ostudzę trochę łepetynę.

Ściągnęła ubranie, wskoczyła do wody, na której powstała lśniąca bańka - kąpiel w pianie, jaką miał jej do zaoferowania staw.

Tiina poszła jej śladem.

- Schłodzę sobie tyłek.

Zniknęła pod wodą i nurkowała tak długo, aż Johanna wystraszyła się, że siostra zaczepiła się o łodygę nenufaru. Laura wstała z kamienia, na którym siedziała, i zanurzyła nogi w zimnej wodzie. Kiedy pozostałe siostry już się wykąpały, również zanurkowała i z wolna popłynęła na przeciwległy brzeg. Pływaniu w leśnym stawie zawsze towarzyszy pewne napięcie, bo nigdy nie wiadomo, co się czai na dnie. Zawsze można liczyć, że znajdują się tam czaszki z epoki kamienia łupanego czy szkielety ludzi, którzy postanowili ze sobą skończyć. Czaszki niedźwiedzi. Koń, który szedł zimą po lodzie, gdy Veikko był młody. Teraz ta woda czyściła brudne ubrania dziewcząt, rozwieszone później przez siostry do wyschnięcia przy ogniu.

Po kąpieli siostry stały nagie wokół buchających płomieni ogniska i próbowały się ogrzać. Starsze z nich zwróciły uwagę, że włosy łonowe Elgi zrobiły się latem krzaczaste, a cycki Tanji się zaokrągliły. Johanna puściła w obieg piersiówkę. Kiedy zrobiła się pusta, siostry zamilkły, a Johanna westchnęła. Wszystkie siostry bez wyjątku wiedziały, co to znaczy. Czekały tylko na sygnał, żeby usiąść w kręgu przy ogniu. Johanna wdrapała się na kopiec i stanęła nad resztą. Laura zajęła miejsce po skosie z nogami poza kręgiem.

- Czy nie byłoby miło uwolnić się od tego s-s-starego babska w domu? - spytała retorycznie i popatrzyła wyzywająco na gromadę swoich sióstr.

- Zamierzasz ją sprzątnąć? - spytała Elga z krzywym uśmieszkiem.

- Nie, ale uciec od niej na dobre - odparła Johanna.

Siostry zawołały chórem:

- Taaak!

Johanna uciszyła ich wycie i spoważniała.

- Pytanie tylko, czy na dłuższą metę sprostamy życiu włóczęgi?

- Bezdomni śpią pod gołym niebem - oświadczyła przytomnie Aune. - Jesienne burze i mroźne zimy hartują człowiekowi skórę. Umiemy się dostosować do okoliczności. Nie mamy zajęczych serc. Nasi kochani rodzice już o to zadbali. Veikko nauczył nas wszystkiego, co sam umiał.

- Wkrótce zaczną się nocne przymrozki - zauważyła Tanja. - Jesienne deszcze. Musimy wspólnie znaleźć jakieś rozwiązanie.

- Świerki posłużą nam za tarcze. Tylko pomyśl, jakby to było mieć za sąsiadów wilki i niedźwiedzie - odezwała się Aune.

Johanna ukucnęła i powiedziała przyciszonym głosem:

- M-m-myślę... że nasz kochany ojciec... tam na szczycie góry pali fajkę otoczony aniołami. Wiecie, co mi powiedział, gdy byliśmy na polowaniu i spaliśmy w szałasie?

- Nieee.

- Będę żyć wiecznie. Zawsze będę z wami. Nasze panowanie nigdy się nie skończy.

- Ale czy ochroni nas przed burzą śnieżną? - wtrąciła Elga i czar prysł.

- Duch Święty zawsze będzie nas miał w swojej opiece - oświadczyła Simone. - Ja w każdym razie to wiem, ale nasza kochana matka jest zapewne śmiertelnie przerażona.

- To babsko tylko marzy o tym, żeby połamać nam wszystkie kości - syknęła Tiina.

- Kamienie w lesie mają w sobie więcej czułości niż ta wiedźma, którą mamy za matkę - rzuciła Tanja.

- Czeka nas p-p-porządne manto, jeśli tylko wrócimy do domu - oświadczyła Johanna. - Jeśli dostanie nas w swoje sz-sz-szpony, rozerwie nas na kawałki.

Nawet łagodnie usposobiona Aune nie miała litości:

- To babsko jest istnym przeciwieństwem czułej matki Lemminkäinena.

- Tamta matka miała, rzecz jasna, syna, nie siedem c-c-córek - zauważyła Johanna.

Nasza licząca siedem głów gromada ucichła pogrążona w melancholii, oddając pole odgłosom nocy. Zaczęły marznąć, posiniały im usta i trzęsły się, chociaż tego akurat nie było widać w ciemności. Zaniepokojona Simone skubała paznokcie u stóp, w jej głosie słychać było wątpliwości.

- Czasu pozostało niewiele. Już łapią nocami przymrozki. Nie damy rady zahartować się przed nadejściem jesieni. Widzę po sobie, że diabeł dostanie nas w swoje szpony, jeśli tu zostaniemy. Równie dobrze możemy więc wrócić do domu i mieć to już za sobą, przyjąć swą karę. Udamy się tam jutro z rana, zaraz po przebudzeniu i porannej kąpieli.

- I w domu nad rzeką, i w dolinie pełnej strumieni wiedzie nam się całkiem dobrze - zauważyła Johanna. - Mamy tam wszystkie potrzebne narzędzia do robienia piwa i bimbru. Moje drogie, przełóżmy naszą ucieczkę na przyszły rok i wszystko spokojnie zaplanujmy.

- Schłodzony w ziemiance porter - dodała Tiina. - To dla mnie dom.

- Możemy poprosić Veikka, żeby z nami zamieszkał, nawet matka wtedy złagodnieje - podsunęła Aune. - Niech dni spędzone w lesie staną się czymś, co będziemy mogły wspominać i o czym opowiadać, gdy się zestarzejemy.

Simone popatrzyła w niebo i pobożnie złożyła dłonie.

- Co zamierza nasza biedna matka? - spytała. - Czy wróciła do domu i zebrała ludzi, żeby poszli z nią na poszukiwania?

- Nie ujdzie nam to płazem - westchnęła Aune.

- Jesteśmy wytrzymałe. A razem nie do zdarcia - odparła Johanna.

- Spokojnie wrócimy do domu, z podniesionym czołem przyjmiemy czekające nas razy - powiedziała Simone.

- Dzięki temu nie będziemy musiały tu leżeć jak stado owiec - poparła ją Tiina.

- Ale owce nie idą nigdy dobro... wolnie na rzeź - zauważyła Johanna.

- Trudno powiedzieć, żebyśmy urodziły się w owczej skórze - odparła Aune.

- Zagryziemy zęby i pozostaniemy nieugięte. Wszystkie nasze argumenty przemawiają za tą decyzją - podkreśliła Simone.

Elga odchrząknęła.

- Proponuję, żebyśmy dały sobie jeszcze jeden dzień na zastanowienie, zanim pozwolimy wychłostać sobie plecy. A co ty na to, Lauro? Hej, tam w kałuży z tymi glinianymi miśkami.

- Ja zostaję. Dobrze mi się tu pracuje. Wy wracajcie do domu.

- Będziesz jadła glinę? - spytała Elga.

- Tak.

- A kiedy przyjdzie mróz? - drążyła najmłodsza z sióstr.

- Śnieg i porosty.

- Okej. Jeszcze jeden dzień - zdecydowała Johanna. - Co takiego tam skleciłaś?

Laura popatrzyła na Johannę.

- Dziewczynę z niedźwiedziem.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Ojciec idzie, już tu jest!, zawołała Johanna, stojąc przed domem na ganku, jej głos poniósł się po okolicy i sześć sióstr nadbiegło zaraz z błyskiem w oczach. Ojciec roztaczał wokół siebie cudowny zapach lasu iglastego, potu i krwi niedźwiedzia. Wszedł prosto do kuchni, usiadł na rozchwianym fotelu przy kominku, rzucił kurtkę i bluzę na krzesło, ściągnął buciory i wytrzepał z nich na podłogę kamyczki, igły i liście brzozy. Elga, najmłodsza, wdrapała mu się na kolana, usadowiła wygodnie na zakrwawionych portkach, oparła głowę o pożółkły od potu siateczkowy podkoszulek, przez który wystawała szczecina porastająca tors ojca, i chłonęła kojący smród potu spod jego pach, mieszającym się z ostrym zapachem skórzanych butów. Ojciec włożył do ust fajkę i zaciągnął się nią ochoczo, przykładając zapałkę do tytoniu. Chwycił dziewczynkę, posadził ją sobie na prawej stopie i uniósł nogę, żeby pobujać ją na tej domowej huśtawce. Elga, wznosząc się teraz ku niebu i opadając, już prawie nie czuła bólu tyłka po laniu, po tych wszystkich razach, jakie wymierzyła jej matka.

Jedzie wóz, jedzie wóz, na wozie maślanka, ciągnie go klacz mała, co się wabi Blanka. Mały rycerz ją dosiada, ostróg jeszcze nie zakłada.

I tak te zabijające w córkach wszelką radość życia poczynania matki tym razem zostały jej zapomniane.

Każdego ranka zaraz po przebudzeniu Johanna wychodziła na ganek, gdzie ojciec siedział w chmurze fajkowego dymu ze wzrokiem utkwionym ponad wierzchołkami drzew i spoglądał na niebieskoszare góry. Wyjmował fajkę i węszył na wszystkie strony świata jak drapieżnik, po czym kiwał głową na Johannę. Wiedziała, że ojciec ma wewnętrzny radar rejestrujący każdego niedźwiedzia poruszającego się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Czy mogę iść z ojcem? Mogę, mogę? Tak, jeśli tylko chcesz. W chwilach, gdy każde z nich pakowało torbę myśliwską, a Johanna machała na pożegnanie sześciu zazdrosnym siostrom, czuła w żołądku nerwowe skurcze, bo umacniała się jej pozycja wśród dziewcząt. Johanna - jak sama uważała - ze względu na swój wiek najlepiej nadawała się do roli przywódczyni, niczym zwierzchniczka predystynowana do tego, żeby poznać tajemnice myśliwskie ojca i wyuczyć się jego telepatycznego kontaktu z niedźwiedziami. Ojciec tak często wracał z upolowanym zwierzem do domu, że twarde mięso o wybornym smaku wspierało rozwój wytrzymałych dziewczęcych ciał - ich silne ramiona i szerokie barki. Białko i piwo nie miały tylko wpływu na Elgę, która pozostała chuda jak patyk. Mogło się to, rzecz jasna, zmienić za jakiś rok, ale wydawała się ulepiona z innej gliny, nawet jeśli była obdarzona tym samym kolorem włosów, co reszta sióstr. Czy oby na pewno spłodził ją ten sam ojciec?

Ojcu w lesie sprzyjało szczęście, więc cały jego świat kręcił się wokół łowów, praktycznych i mentalnych przygotowań strategii, jak przechytrzyć rozjuszoną bestię. Czy wróci do domu na weekend z kolejnym ustrzelonym zwierzęciem? Coraz częściej zdarzało mu się kompletnie zapominać o ukochanych dziewczynkach w tym krótkim czasie, który spędzał w gospodarstwie. Nie widział ich ani nie słyszał, chociaż siedziały kręgiem wokół niego i przyglądały się, jak czyści strzelby, smaruje je tłuszczem rysia i popija portera. Następnego dnia już go nie było.

Nocami dziewczęta leżały na niedźwiedzich skórach, tęskniąc, zawodząc i przyzywając ojca w snach. W ich wizjach wracał do domu na ogromnym niedźwiedziu brunatnym; Tanja i Aune leżały blisko siebie i trzymały się za ręce. Gdy Johanna nie mogła spać, kładła się do łóżka ojca i napawała się zapachem jego poduszki. Rodzice od dawna mieli oddzielne sypialnie, matka urządziła sobie własny kącik na strychu. Nikt inny tam nie zaglądał, pokój na poddaszu cuchnął śmierdzącymi, skwaśniałymi wyziewami jej ciała. Dochodziły stamtąd jedynie przytłumione dźwięki. Czyżby krzyczała przez sen?

W dniu dwunastych urodzin Elgi ojciec był w lesie na polowaniu; zawczasu oświadczył córkom, że rzucił wyzwanie najbardziej rozjuszonemu niedźwiedziowi, jakiego kiedykolwiek widział, okoliczności są tak niebezpieczne, że nie chce mieć przy tym towarzystwa, szczególnie że córki instynktownie go naśladują. Łaziły więc po gospodarstwie, powłócząc nogami. Z tego całego oczekiwania ich zabawy stawały się z dnia na dzień coraz bardziej brutalne. Eldze podstawiano nogi, szturchano ją, dźgano ostrymi przedmiotami i zastawiano na nią wnyki. Kiedy otworzyła drzwi obory, na głowę wylał się jej dzban wody. Przemoczona do suchej nitki i zmarznięta stała upokorzona, słuchając pękających ze śmiechu sióstr na czele z Johanną:

Masz za swoje, paskudny kurwiszonie!

Po tragicznej śmierci ojca radosne śmiechy w gospodarstwie ucichły, nie odbywały się tam już walki zapaśnicze ani krowie bingo. Strzelba na łosie leżała pośrodku stołu w kuchni niczym relikt, centralne umiejscowienie broni zastępowało w pokoju ducha ojca. Nikt nie chciał jeść mięsa z niedźwiedzia upolowanego przez niego podczas ostatniej potyczki, jakby było to jego ciało, siostry sprzedały je więc na jarmarku. Zachowały jednak skórę zaimpregnowaną krwią ojca. Wielki łeb o hardym spojrzeniu, ostre kły i długie, wygięte pazury odpowiadały za największą stratę w ich życiu. Widok rozjuszonego niedźwiedziego pyska wyznaczył siostrom nowy kierunek na resztę ich życia.

Nic gorszego nie mogło ich już spotkać po tej stracie.

Smutek trawił pierś każdej z nich przez kilka mrocznych lat. Pałętały się bez celu po gospodarstwie jak lunatyczki, sił nie starczało im nawet na zabawę i psoty. Tylko sporadycznie dziewczęta pozwalały sobie na uniesienie kącików ust i nadstawienie uszu, gdy wuj Veikko wpadał do nich w odwiedziny; nawet matka miękła pod jego wpływem. Między nią a córkami panowało wtedy jakże potrzebne krótkie zawieszenie broni.

Veikko miał już grubo ponad sześćdziesiąt lat i był niemal ślepy, kuśtykał, podpierając się ciosaną laską. Rozpoznawał głosy siostrzenic, wiedział, że mówią jedna przez drugą, zazwyczaj nie słuchając siebie nawzajem. Przywitał się z nimi od najstarszej do najmłodszej: najpierw z Johanną, bliźniaczkami Tanją i Aune, Simone, potem z drugimi bliźniaczkami, Tiiną i Laurą, a na końcu z małą Elgą. Głos wuja stał się dźwięczny, gdy rozsiadł się wygodnie w swoim stałym miejscu do opowiadania historii - na skrzyni na opał pokrytej skórami bobrów.

Castor, powiedział i poklepał skórę. Bóbr to po łacinie castor. Ważne, żeby to wiedzieć.

Siostry ułożyły drewno w piecu, a Tanji udało się rozpalić cichy, niestrzelający iskrami ogień. Potem wyciągnęły niedźwiedzie skóry i usiadły wokół wuja w półokręgu. Gdy Veikko zaczynał opowiadać, jego historie brzmiały jak pieśni płynące z ust młodego mężczyzny. Głos - odpowiednio dostrojony baryton - rytm, radość z wypowiadanych słów i w końcu:

Opowieść. Sama po prostu płynęła.

Największe skupienie biło od Aune, która usiadła jak zawsze najbliżej, naprzeciw wuja, żeby wychwycić każde jego słówko, każdy akcent i każdą teatralną przerwę służącą podniesieniu napięcia. Uważnie przyglądała się gestom wykonywanym przez wuja podstarzałą dłonią z fioletowym paznokciem na kciuku i uciętym środkowym palcem. Johanna słuchała z zamkniętymi oczami. Spała? Tiina siedziała po turecku. Pstrykała palcami. Wyciągnęła przed siebie nogi, a potem położyła się na brzuchu. Elga popatrzyła na nią rozeźlona. Kiedy Tiina zabrała się do robienia pompek, Tanja przywołała ją do porządku.

Wuj sięgnął do kieszeni płaszcza po brzozowy patyk grubości łokcia i zaczął strugać go podczas mówienia. Niedźwiedzie i łosie wyrastały w jego dłoniach, jakby ręce same pamiętały miary i kształty, kiedy on snuł opowieść znaną siostrzenicom. Mit o młodej Aino, która utopiła się, żeby nie musieć poślubić starego brodatego barda Väinämöinena; dziewczęta chciały słuchać tej historii za każdym razem, podobnie jak dzieci stale domagają się tej samej bajki. Nie miało znaczenia, że publikę tworzyły nastolatki (jeśli nie liczyć Elgi, która nie ukończyła jeszcze trzynastu lat, i Johanny mającej już lat dwadzieścia). Jeśli Veikko przymierzał się do jakiejś nowej historii, z miejsca był proszony, żeby na wstępie opowiedzieć którąś z ich ulubionych. To one decydowały. Chcemy posłuchać o Hagar, którą zmuszono do zamążpójścia na pustyni Synaj. Siostry najbardziej lubiły historię o matce Lemminkäinena, która wyłowiła i złożyła w całość porąbane ciało swojego pięknego syna i udało się jej na nowo tchnąć w niego życie. Siedziała na brzegu rzeki w Tuoneli, trzymając uzdrawiającą dłoń na jego nagim, pozbawionym życia ciele, kiedy... Wtem ich prawdziwa matka weszła do kuchni i czar prysł. Córki westchnęły. Luohi, usiądźże z nami na chwilę, Veikko zwrócił się do siostry aksamitnym głosem. Pokręciła głową, a surowe rysy jej twarzy wygładziły się na widok brata. Z mleczarni jadą, odparła krótko.

Po dwóch dniach, gdy głos wuja - historie opowiadane im przez niego od świtu do nocy z przerwami jedynie na pieczone kiełbaski i saunę - pobrzmiewał jeszcze w ich uszach, siostry odprowadziły go do domu skrótem przez las. Ostrożna, powolna wędrówka; nijak nie dało się zmusić starego mężczyzny do przyśpieszenia kroku. W miejscach, gdzie ścieżki były zarośnięte korzeniami, o które łatwo można się było potknąć, a zbocza strome i śliskie po deszczu, siostry na zmianę przenosiły go nad przeszkodami. Kiedy siadali na pieńkach drzew i suchych kępach na bagnach, żeby wuj odpoczął, ten dalej opowiadał. O pieczarach w pokrytych mchem blokach skalnych, gdzie niegdyś mieszkali ludzie; zbiedzy i włóczędzy, niezamężne kobiety, które żyły tam z bękartami. On sam bawił się w dzieciństwie z synem leśnej kurwy i wyraźnie pamiętał, jak siedzieli w ciemnicy głębokiej i zimnej od wilgoci groty, rywalizując, kto opowie bardziej przerażającą historię o duchach. Zmyślali jak najstraszliwsze szczegóły. Matkę tego chłopca nazywano leśną dziwką nie dlatego, że oddawała się mężczyznom za pieniądze, a dlatego, że zaszła w ciążę z dyrektorem wiejskiej szkoły; pracowała jako pokojówka jego żony. Potem ją wyrzucono i wszędzie słyszała tylko nie, nie, nie, usiłując wynająć mieszkanie od gminy. Nikt nie chciał mieszkać po sąsiedzku z taką kobietą, bękarty roznoszą choroby, którymi mogą się zarazić dzieci. Dlatego osiedliła się - podobnie jak wiele innych niezamężnych matek - z synem w grocie.

Jeśli chcecie podszlifować swoje historie, zbierzcie się w jakiejś grocie, oświadczył Veikko, niesiony jak mały chłopiec na silnych barkach Tiiny, po czym wrócił do opowiadania nierównym głosem z zadyszką o przyjaznych leśnych istotach - duchach, skrzatach, wróżkach. Zostało ich już niewiele, ale temu, kto naprawdę zaprzyjaźni się z lasem, czasem dane jest je zobaczyć. Oczywiście las może też zabić - podczas pożaru lub burzy albo kiedy napadnie w nim człowieka niedźwiedź - ale jedno jest pewne: nie rozpuszcza o nikim złych plotek.

W długiej drodze powrotnej od wuja Aune starała się naśladować jego dar snucia opowieści, ale posypał się na nią grad wyzwisk i zamilkła. Po mniej więcej dziesięciu kilometrach brzuchy zaczęły grać marsza wszystkim siedmiu siostrom. Nie jadły nic od śniadania, które składało się z gotowanego jajka i kawałka wyschniętego na kamień chleba. Męczyła je myśl, jak długa droga jeszcze je czeka. Czy matka próbuje złamać je głodem? Zrobiła się jeszcze bardziej zgryźliwa, odkąd została wdową. Po powrocie do domu krowy niespokojnie muczały, brodząc w łajnie, w kuchni piętrzyły się niepozmywane naczynia, a podwórze zarosły wybujałe paprocie. Dawno niepodlewana, pożółkła monstera stała na parapecie przyciśnięta do wilgotnej szyby, jakby starała się przecisnąć przez szkło i zaczerpnąć świeżego powietrza oraz odrobiny deszczu. Dom ojcowski sprawiał wrażenie porzuconego, wydawał się obcy, nawet groźny. Laura, która rzadko wyrażała kategoryczne opinie, wysunęła bezpardonową propozycję:

- Te utyskiwania matki są trucizną dla ciała. Ucieknijmy do lasu.

- Doprowadzi nas do ruiny - przyznała Tanja. - Zjednoczmy się i stawmy jej opór. Jeśli starannie to zaplanujemy, będziemy mogły żyć...

Tiina walnęła pięścią w stół.

- Tak, wynośmy się!

- A co by powiedział na to Veikko? - zapytała Aune.

- Może n-n-natrafimy na ślad naszego starego - powiedziała Johanna, która po śmierci ojca zaczęła się jąkać. - Narysował mi m-m-mapę i zaznaczył m-m-miejsca na odpoczynek.

To jąkanie ją irytowało, podważało jej autorytet przywódczyni. Szybko się połapała, że przez to szacunek jej plemienia zawisł na włosku. I jeszcze ten przeklęty, drwiący uśmieszek Elgi.

- Jest gdzieś w lesie i ma nas pod swoją opieką - powiedziała gorliwie Simone. - Czuję, że zostawił jakieś znaki. Spogląda teraz na nas z góry. Ojcze, daj nam niebiańskie siły!

Elga jak zwykle dopilnowała, żeby to ona miała ostatnie słowo.

- O to już chyba same będziemy musiały zadbać.

Rozdział 1

Od razu zwracały na siebie uwagę. Kiedy sprzedawały na jarmarku drewno, grzyby i suszone zajęcze mięso, wyglądały z daleka jak każdy. Zwykle pojawiały się we dwie lub trzy, ubrane we flanelowe koszule i czarne skórzane kurtki. To, co je wyróżniało i z miejsca zdradzało ich obecność, to zapach, jaki wokół siebie roztaczały. Mieszanka żywicy, potu i niemytego łona.

Z tyłu na kurtkach miały narysowane oko drapieżnika, a nad nim strzelbę. Poniżej zaś widniała rzymska cyfra siedem. Czy były trojaczkami? Wyglądały podobnie: szerokie czoła, zmierzwione kasztanowe włosy nietknięte nigdy przez fryzjera i zapewne od dawna porządnie niemyte. Dwie z sióstr różniły się od trzeciej nosem; ten jej był zdeformowany po lewej stronie, zapewne w wyniku odmrożenia.

Nad boiskiem piłkarskim zastawionym straganami unosił się radosny gwar, sprzedawca warzyw usiłował przekonać sceptycznie nastawionych klientów, że rokietta siewna to inaczej rukola. Włóczącą się wkoło parę młodych ludzi ciekawiło, jak miejscowa piekarnia wyrabia cieszący się wzięciem chleb z kory, którym gardzili starsi - najedli się go po uszy podczas wojny. Nie mogłam oderwać wzroku od tych sióstr, coś mnie do nich przyciągało, dyskretnie krążyłam wokół ich straganu. Kiedy wydawały papierowe torby z grzybami, moją uwagę przykuły szorstkie, podrapane dłonie, długie palce i paznokcie zwieńczone paseczkami brudu. Przez głowę przeszło mi pytanie, ilu klientów straciły, dekorując stragan lśniącymi ogonami najnowszych zdobyczy, zapalczywość tutejszych miłośników zwierząt stale bowiem rosła. Lisie kity zadyndały najpierw przed tłumem gapiów, po czym siostry zademonstrowały, do czego jeszcze mogą służyć: do zawieszenia ich sobie wokół bioder i wykonywania obscenicznych ruchów. Mężczyźni, których żony musiały przekonywać, żeby tu z nimi przyszli, obserwowali teraz ten spektakl z rozbawionymi minami: wycieczka - przynajmniej jeśli o nich chodzi - nie okazała się kompletnie pozbawiona sensu.

Tabliczki z nazwami towarów zapisano z błędami tak koślawym charakterem pisma, jakby zadanie to powierzono siedmiolatce. "Mienso nieźwieźia". "Słotkie maliny prosto zlazu". Z daleka pstryknęłam zdjęcie sióstr rozkładających niedźwiedzie skóry. Ostrość ustawiłam na żar skręconych przez nie własnoręcznie cienkich papierosów, zwisających im z kącików ust. Czasem zaciągały się nimi tak długo, że parzyły się w usta. Stanęłam przy ich straganie, wyjrzałam zza dwóch mężczyzn domagających się od sprzedawczyń potwierdzenia, że w ostatnich latach populacja niedźwiedzi wzrosła. Gdy zapytałam, ile biorą za drewno i czy mają terminal, dostałam kąśliwą odpowiedź, że przyjmują wyłącznie gotówkę; ani na moment nie oderwały ciemnobrązowych oczu od owłosionych męskich ramion. Banknoty i monety otrzymywane za każdą sprzedaną rzecz wkładały do brązowej skórzanej sakwy, którą skrzętnie wiązały. Po wyprzedaniu niemal całego towaru wyjęły piersiówki, pociągnęły z nich i skrzywiły się teatralnie. Publika zaniosła się śmiechem. Stało się to ich numerem popisowym. Czasem proponowały łyk stojącym na przedzie mężczyznom. Zawsze najwięcej klientów tłoczyło się przy ich straganie, zgiełk był tam także największy: gwizdy i brawa. W końcu stanęłam koło barczystych mężczyzn i uniosłam aparat, żeby zrobić zdjęcie roku, wyostrzone na bliznę wijącą się jak wąż od kącika oka do kącika ust jednej z dziewcząt. Wesoły nastrój błyskawicznie przeszedł we wrogość. Siostry przeniosły spojrzenia z mężczyzn na moją twarz; pamiętam ten nagły zwrot akcji, jakby działo się to w zwolnionym tempie: blask oczu przeszedł w czerń, flirt zmienił się w niechęć. W moją stronę zionęły cztery czarne dziury. Ta z blizną przejechała palcem po gardle. Nogi się pode mną ugięły, serce zadudniło mi w piersi; dlaczego nie spytałam o zgodę? Przecież zwykle pytam przed cyknięciem komuś fotki. Założyłam osłonę na obiektyw i przewiesiłam aparat przez ramię. Dziewczęta wróciły do zabawiania publiczności, dopiły alkohol do ostatniej kropelki, a ja bez proszenia dostałam znienacka rekordowy opust na ostatnią lisią kitę. Ta z blizną demonstracyjnie pomachała mi nią przed twarzą. Ogarnął mnie niewidzialny, choć wyraźnie wyczuwalny obłok kipiącej energii sprzedawczyni i ku własnemu zdziwieniu wyciągnęłam do niej drżącą rękę z banknotem.

Nie mogłam przestać myśleć o tym, jak żyją. Wdarły się szturmem do mojej głowy. Co jedzą na śniadanie? Co robią, kiedy boli je ząb? Kupiłam notes do zapisywania spostrzeżeń; słowa pisane odręcznie są bardziej na serio. Drążyłam temat, wypytując znajomych i ludzi z miasta. Kupiłam kolejny notatnik i lekko opętana posunęłam się o krok dalej - rozpytałam się wśród urzędników gminnych różnych szczebli, co wiedzą o siostrach. Otrzymałam sprzeczne odpowiedzi. "Biedaczki niebędące w stanie przystosować się do życia w społeczeństwie", twierdziła większość. "Dobry Boże, dorastały bez telewizora, komputera i komórki. A przez ostatnie dziesięć lat nie miały nawet telefonu stacjonarnego. Prawdopodobnie ledwie umieją czytać, bo nie chodziły do szkoły". Mówiono, że pewnej nauczycielce, która straciła pracę, gdy przyłapano ją na grożeniu uczniowi nożem, udało się do nich jakoś dotrzeć i na tyle zdobyła zaufanie sióstr, że najmłodsza z nich wzięła chociaż do ręki elementarz. Była żądna wiedzy i bystra, ale po opanowaniu sztuki czytania zerwała kontakt z nauczycielką i stała się dla niej nieosiągalna.

Bez wątpienia sprawy się skomplikowały, odkąd dziewczęta zmuszone były zająć się zmasakrowanym ciałem ojca zabitego przez niedźwiedzia. Widok był zapewne makabryczny. Zwierzę leżało ciężko ranne, krew tryskała mu z otwartej paszczy, tętno wciąż było wyczuwalne, obok zaś leżał martwy myśliwy. Zmaltretowane zwłoki i niedająca się rozpoznać twarz świadczyły o stoczeniu zaciętej walki. Najstarsza siostra dobiła niedźwiedzia, żeby oszczędzić mu zbytecznej męki.

Ojciec był powszechnie znany jako wprawny łowca niedźwiedzi, ludzie nie mogli się wprost nadziwić, jak jest wytrzymały i jak długo może chodzić po lesie. Miał bowiem sporą nadwagę, a z biegiem lat kilogramów mu przybywało. Nieliczni, którzy widzieli go w akcji, podkreślali, że ociężały mężczyzna przeskakuje nad korzeniami, kłodami i kamieniami jak zwinny biegacz na orientację. W końcu sława stała się jego przekleństwem. Oskarżono go o kłusownictwo; wprawdzie policja kilkakrotnie go poszukiwała, ale nigdy nie udało się go doprowadzić na rozprawę. Jego najstarsza córka zaczęła wtedy szkołę i rodzice dopilnowali, żeby ją rzuciła. Cała rodzina unikała jakichkolwiek kontaktów ze społeczeństwem, a sąsiadka, wdowa Niskanpää z gospodarstwa oddalonego o dziesięć kilometrów od domu sióstr, załatwiała sprawunki, kupowała to, co niezbędne, napełniała kanistry benzyną i pomagała ich matce przy porodach. Nauczona przez swoją matkę, która przeszła krótki kurs udzielania pierwszej pomocy, robiła na tym odludziu za dobrą samarytankę.

Ojciec ukrywał się raz za razem przed prześladowcami - zarówno tymi rzeczywistymi, jak i wyimaginowanymi. Najpewniej wracał do domu na noc i rano znów zaszywał się głęboko w lesie. Kiedy umarł, córki znajdowały ślady jego bytności w walących się, opuszczonych chatach i przestronnych grotach na pagórkowatym obszarze porośniętym puszczą.

Wiadomość o jego śmierci wywołała konsternację, dalsza koegzystencja samotnej matki i pogrążonych w żałobie córek pod jednym dachem stała się nie do zniesienia, wzajemna niechęć prowadziła do agresji i przemocy. Do domu przestano wpuszczać nawet panią Niskanpää. Kilku robotników leśnych widziało wychudzone, posiniaczone siostry wałęsające się między drzewami.

Na pogrzebie do siedmiu córek dołączyli: matka Louhi, sąsiadka Niskanpää z synem Johnem i wuj sióstr Veikko Huovinen. Simone jako jedyna złożyła ręce do modlitwy i śpiewała psalmy, które znała na pamięć. Kiedy później dziewczęta kolejno podchodziły, żeby położyć na trumnie ojca gałązkę cykorii podróżnika, żadna z nich nie płakała, choć wyraźnie dało się zauważyć, że są pogrążone w głębokim smutku. Najstarsza z nich, Johanna, długo stała przy trumnie, potem pogładziła wieko i zacharczała. Po skończonej ceremonii pastor wziął ją i jej siostrę Tanję na stronę i powiedział: Pamiętajcie, w jakiej jesteście dobrej sytuacji. Macie matkę i gospodarstwo. Przez lata sporo się nasłuchałem o osieroconych przez ojców dzieciach, które żyją w lesie jak niechlujne łasice. Szczęście wam sprzyja.

Na nic się jednak zdały słowa przestrogi, wyznał mi pastor, gdy zaproszona na plebanię siedziałam przed nim z notesem. Po śmierci ojca był w kontakcie z matką i jedną z córek, która pragnęła utrzymać te spotkania w najgłębszej tajemnicy przed resztą rodziny. W tym okresie trwała już jednak między matką a dziewczętami wojna pozycyjna. Pastor mówił o przemocy, a żywa gestykulacja spokojnego na ogół mężczyzny zdradzała, że jest równie zafascynowany siedmioma siostrami jak ja. Ich zagadką dającą się naświetlić pod różnym kątem. Kiedy już myśleliśmy, że udało nam się wreszcie oddać słowami nędzną pozycję społeczną sióstr, te wymykały się wszelkim określeniom i zwinnie przed nami czmychały.

Matka rozluźniła w końcu żelazny uścisk i od czasu do czasu pomieszkiwała u brata, trzydzieści kilometrów od gospodarstwa. Zmarła, będąc akurat w domu, i zostawiła dziewczęta zdane na pastwę losu w zaniedbanym majątku ojca, spleśniałym, z dziurawym dachem. W biografii córek wiele rzeczy było na "nie", w tym wiele niezapłaconych rachunków. Na piecu w kuchni leżały sterty wezwań do zapłaty i gróźb eksmisji od komornika.

Pastor zapukał do ich drzwi. Zamierzał ze stoickim spokojem spróbować nakłonić siostry, żeby wzięły się w garść i wyprawiły matce pogrzeb. Widok, który ukazał się jego oczom, gdy wszedł do dużej wiejskiej kuchni, będzie go prześladować już do końca życia. Zmarła leżała na ławie. Do wiader kapała deszczówka. Talerze z zaschniętą owsianką i kluskami piętrzyły się w zlewie. Rzucone w kąt pudełka po pizzy sięgały sufitu. Dwie kury dziobały dywanik z psiej sierści, który pokrywał niegdyś zapewne piękną drewnianą podłogę z szerokich desek.

Smród byłby na pewno jeszcze gorszy, gdyby nie przyjemna mgiełka tytoniu z fajki i dymu papierosowego spowijająca kuchnię i przywodząca pastorowi na myśl wspomnienie o rozkosznym pykaniu, któremu z lubością się oddawał, dopóki nie dopadły go trudności z oddychaniem i lekarz nie dał mu jasno do zrozumienia, jak szkodliwe dla jego chorych płuc mogą okazać się dalsze inhalacje z dymu.

Z mgiełki wyłaniało się siedem bladych twarzy, potarganych kasztanowych czupryn, z daleka przypominających pole kołyszącego się żyta. Siostry siedziały przy stole, na środku którego leżała strzelba.

Pastor stał w drzwiach kuchni.

- A ty, klecho, skąd się tu, kurna, wziąłeś? - ryknęła Tiina.

Simone była zdecydowanie uprzejmiejsza:

- Dobry, proszę się rozgościć. Zapali pastor z nami North State? Znalazłyśmy zakazany owoc.

Wyciągnęła w jego stronę zieloną paczkę.

Pastor popatrzył chciwie na papierosy, ręka mu zadrżała, oparł się jednak pokusie. Ujrzał zwłoki Louhi. Łagodną twarz, usta zastygłe w niewyraźnym uśmiechu. Kiedy się widzieli, zaledwie kilka razy, jej twarz zdawała się zafrasowana, ciało - ociężałe. Teraz zaś się uśmiechała, dla odmiany.

Łagodnie uniósł dłoń i powiedział siostrom:

- Musicie pochować matkę w trumnie na poświęconej ziemi.

Siostry popatrzyły na siebie zdziwione. Głęboko zaciągnęły się papierosami. Głos zabrała Aune:

- Wyniesiemy ją do lasu i pochowamy nad bagnem. Ostatnie życzenie naszej matki będzie pierwszym, które spełnimy.

- W takim razie trzeba ją skremować - zauważył pastor.

Johanna wydmuchała dym i popatrzyła na niego, marszcząc czoło.

- Skremować?

- Spalić jej zwłoki, żeby można było rozsypać prochy. Wszystko inne jest niezgodne z prawem.

- Ty je palisz? - spytała Tiina.

Pastor pokręcił głową.

- Zajmują się tym ci, którzy obsługują piece.

Johanna burknęła krnąbrnie:

- Spalimy zwłoki, jeśli uznamy to za stosowne. W tym domu radzimy sobie same.

- I sądzicie, że dobrze wam idzie?

Elga parsknęła niepohamowanym śmiechem i popatrzyła z uznaniem na pastora. Tiina wybałuszyła na nią oczy, nie rozumiejąc, czego ta tak chichocze.

- Możesz odebrać jej zwłoki jutro, żebyśmy zdążyły się pożegnać - rzuciła Johanna.

- Będę tu o dziesiątej. Bóg zapłać za kawę - powiedział odruchowo pastor, po czym spragniony kawy opuścił żwawym krokiem przerażające gospodarstwo.

Podczas odtwarzania mi tej wymiany zdań z pamięci był wielce ukontentowany swoimi zdolnościami aktorskimi i darem zapamiętywania szczegółów, dlatego postanowiłam nagrywać odtąd wywiady. Chciałam, żeby padające odpowiedzi były maksymalnie barwne i autentyczne, resztę bowiem musiałam sobie sama dośpiewać. Z początku sądziłam, a raczej żywiłam głęboką nadzieję, że skłonię do współpracy przynajmniej jedną z sióstr. Jeśli wziąć pod uwagę, że nie chodziła nigdy do szkoły, była wręcz zaskakująco elokwentna, ale po odbyciu z nią kilku rozmów przyszło mi stwierdzić, że nie powiedziała mi nic konkretnego, nic, dzięki czemu moja opowieść choćby zbliżyła się do prawdy. Żadnych szczegółów, dzięki którym ta historia zaczęłaby żyć, sami rozumiecie.

Zainspirowana siostrami, wypijam kilka porterów przy biurku i puszczam wodze fantazji. Próbuję sformułować rdzeń tej opowieści w porywającym prologu. Jak ubrać w słowa fizyczną przemoc, brak ogłady sióstr lub - z drugiej strony - piękno i nieprzewidywalność przyrody? Jak poradzić sobie ze sprzecznymi informacjami? Wiele pytanych przeze mnie osób przedstawia diametralnie odmienną wersję losów tych nieszczęśniczek. Mówią, że siostry należały do ludzi pozbawionych skrupułów, robiły podejrzane interesy i były tak harde, że nie wahały się ani chwili, nim sięgnęły po przemoc, gotowe wręcz zabić, jeśli tylko poczuły zagrożenie. Wszyscy ostrzegają mnie, że dziewczęta sprawnie radzą sobie z bronią palną, i wspominają pogłoski o dwóch potężnych psach. Według paru rozmówców te bestie zostały specjalnie wyszkolone do atakowania... krocza.

Czemu gmina wywiesiła białą flagę? Uzyskane przeze mnie odpowiedzi brzmią jak legendy. Plotka głosi, że dwaj pracownicy pomocy społecznej, którzy po śmierci ich ojca, łowcy niedźwiedzi, próbowali skontaktować się z dziewczętami, zostali przez nie zamknięci w służącej za ubojnię komórce. Po przykuciu ich łańcuchami siostry ostro się z nimi obeszły, sięgając po średniowieczne narzędzia tortur. Powiadano, że jednemu odrąbały męskość, upiekły ją na ruszcie, po czym zjadły na obiad ze smakiem.

Władze porzuciły więc starania mające skłonić siostry do zarejestrowania się w gminie. Tym samym zaakceptowały utratę wpływów z podatków jakże potrzebnych na tym wyludniającym się terenie i w biednym miasteczku, gdzie przy głównej ulicy straszą puste lokale usługowe.

Dotąd nigdy nie zatrzymano córek łowcy niedźwiedzi sprzedających na jarmarku skarby lasu. Dlaczego? Wynika to zapewne z lęku przemieszanego ze współczuciem osób decyzyjnych oraz powszechnej potrzeby choćby niewielkiego dreszczyku emocji.

W tym miasteczku jedynie w tych, którzy opowiadają o życiu siedmiu sióstr, wstępuje na chwilę życie, a w ich oczach pojawia się blask. Zainteresowanie nimi jest tak duże, że byłoby kompletną głupotą z mojej strony, gdybym nie spróbowała spełnić swojego marzenia o zostaniu pisarką, przelewając na papier ich losy.

Żeby dowiedzieć się czegoś fundamentalnego o życiu człowieka, trzeba poznać jego okres dorastania. Jak można twierdzić, że wie się cokolwiek, skoro nie ma się bladego pojęcia, kim byli jego rodzice, w jakich warunkach mieszkała ta rodzina i jaką pozycję zajmowali jej członkowie w społeczeństwie? Nie sposób uciec od dzieciństwa, przez całe życie gryzie ono człowieka w pięty ostrymi kłami młodego wilczka. Na pewnych etapach spogląda się za siebie i odkrywa rozświetlające wnętrze światło, na innych - wszystko jakby spowija bezkresna ciemność. Z pewnością się domyślacie, że dzieciństwo sióstr stanowiło trudne do ułożenia puzzle, bo ich rodzina mieszkała na odludziu, a ukochany wuj, marynarz Veikko Huovinen, będący jak na ironię losu imiennikiem znanego pisarza, zmarł, gdy udało mi się przeprowadzić z nim zaledwie jedną rozmowę. Wuj sióstr - brat ich matki - uchodził powszechnie za uzdolnionego gawędziarza i na stare lata zapraszano go często na kawę do lokalnego stowarzyszenia etnograficznego przy okazji dorocznych zjazdów.

Co mogę jako etnolożka amatorka powiedzieć z całą pewnością o świecie dzieciństwa tych siedmiu dziewcząt? Niezbyt wiele. Tylko tyle, że ów świat był otoczony lasem. Wysokie sosny i gęste świerki. Wiotkie brzozy o białych jak kreda pniach rosły wokół gospodarstwa. Ich prawdziwy dom to głęboki las, nie pola obsiane żytem. Brzydziły się każdą chwilą, kiedy zmuszone były orać, bronować i obsiewać ziemię, a później zbierać plony; harówką, która kojarzyła im się z ciężkim krokiem matki, opuchniętymi łydkami i bijącą z twarzy wściekłością.

Borsuki kręciły się niewzruszone w pobliżu dziewcząt, gdy te kąpały się w leśnym stawie, pluskały w bagnach i opijały się do woli czystą wodą ze strumienia. Z kolei gołębie i wiewiórki - nie mówiąc już o wydrach i kunach - nauczyły się z czasem trzymać od nich z dala.

Pozwólcie, że wreszcie przedstawię wam siostry. Nie sposób przypasować żadnej z nich do jakiegoś typu - Ponura, Nieśmiała, Wesoła... Cała siódemka jest bowiem posępna i stroni od ludzi. Wesołe są wtedy, gdy bez żadnych zahamowań wlewają w siebie bimber i uwarzone w domu piwo. Dzieje się to, rzecz jasna, często. Jeśli pić, to tylko wodę, ognistą wodę, mówią chórem, jakby była to ich własna przyśpiewka do kieliszka. Johanna skanduje najgłośniej, jej organizm jest w stanie przyjąć największą ilość alkoholu, nim runie nieprzytomna na ziemię. Jest najstarszą z sióstr i niedawno skończyła dwadzieścia lat. Chociaż zachowuje się dość swobodnie, jeśli chodzi o spożywanie procentów, można ją opisać jako sumienną i poniekąd troskliwą. Nie bez przyczyny młodsze siostry uważają ją jednak za przemądrzałą, wręcz apodyktyczną. Skręca je, kiedy słyszą, jak powtarza: Słuchajcie, dziewczyny, zróbmy to wreszcie porządnie. Razem sobie z tym poradzimy. Szczególnie jeśli zważyć, że nie należy do bystrzaków. Najmłodsza z sióstr i najbardziej rozgarnięta - Elga - nieraz dała jej to odczuć w bezczelny, irytujący sposób, typowy dla młodzieży u progu dojrzewania. Tak znalazły się na wojennej ścieżce i nieustannie dochodzi między nimi do tarć. Pierworodna i ta urodzona jako ostatnia nigdy nie wypaliły jakże pożądanej fajki pokoju.

Tanja i Aune nie są do siebie aż tak podobne, jak zwykle bywają bliźniaczki jednojajowe. Tanji nie straszne są kwestie praktyczne, Aune z kolei ma dwie lewe ręce do podejmowanych przez siostry zajęć, bo żyje w świecie swojej wyobraźni i niczym wuj Veikko opowiada historie, zarówno takie własne, jak i powszechnie znane baśni ludowe. Bliźniaczki Tiina i Laura też mocno się od siebie różnią, obie są jednak równie niezaradne. Tiina jest silna jak bokser i energiczna, ale brak jej koordynacji ruchowej. Przeważnie nie ma z niej większego pożytku. Krótkowzroczna Laura natomiast błądzi lunatycznym krokiem własnymi ścieżkami. To ona najmocniej ze wszystkich sióstr obstawała, żeby zostawić gospodarstwo i przenieść się do dziczy, skoro ojciec i matka opuścili ziemski padół. Traktuje świerki tak, jakby były jej prawdziwymi rodzicami.

Momencik. Zapomniałam jeszcze o Simone. Jako jedyna wierzy w Boga Ojca i Biblię, z całą dosłownością. Jako jedyna - w sekrecie - garnęła się do matki. Pozostałe sześć sióstr aż świerzbi, kiedy rzuca Słowem Bożym na prawo i lewo, twierdząc, że widziała Jezusa, a nawet diabła we własnej osobie. Zarazem wszystkie aż się rwą do słuchania historii biblijnych, które postrzegają jako najwspanialsze baśnie, lubując się w tych brutalnych przygodach, w których to kobiety zwykle najmocniej obrywają.

O dorastaniu ich rodziców niewiele da się powiedzieć. Głód i harówka od ukończenia dziesiątego roku życia. Zagadką dla większości pozostaje to, jak Heikki i Louhi się spotkali i jak naszła ich ochota, żeby poocierać się o siebie nagimi ciałami. A fakt, że powtarzali to co najmniej pięć razy, na co są niezbite dowody, pozostaje tym bardziej zagadkowy. Chociaż czy takie pocieranie się nie stanowi swego rodzaju znaku zapytania w przypadku większości par, bez względu na miłosną konstelację? Heikki i Louhi mieszkali wprawdzie pod jednym dachem, nic jednak nie robili harmonijnie ramię w ramię. Obowiązki podlegały ścisłemu podziałowi w tym niewielkim, leśnym gospodarstwie z dającymi mleko krowami i żyzną doliną z poletkiem żyta. Gdyby nie córki, życie płynęłoby tu w całkowitej ciszy.

Głośne śmiechy i piski dziewcząt wznosiły się ponad wierzchołki sosen, ich krzyki było słychać nawet dziesięć kilometrów dalej, w mieście na dworcu autobusowym. Niczym zwinne koty tarzały się po trawie podczas walk zapaśniczych tak zaciekłych, że garści rudawych włosów latały w powietrzu, a z nosów tryskała krew. Kiedy syn sąsiadki, John Niskanpää, mieszkał w domu, zakradał się do gospodarstwa sióstr, ukrywał z lornetką w krzakach i obserwował je przez żywopłot. Jego spostrzeżenia okazały się bezcenne dla mojej pracy.

Do skłonienia dziewcząt do tego, żeby przestały drzeć się wniebogłosy, bo wszystkim wkoło pękały bębenki, stosowano ten sam trik, co do uciszania psów: odwracano ich uwagę. Ojciec wychodził na ganek, brał ze ściany strzelbę i stawał przed domem koło córek okładających się pięściami - wszystkich z wyjątkiem najmłodszej, która odliczała i ogłaszała zwyciężczynie. Ojciec celował w wierzchołki sosen i trafiał wiewiórkę, zwierzę spadało z gałęzi na gałąź i uderzało o ziemię jakby z opóźnieniem. Wtedy sześć parujących potem, umorusanych błotem sióstr podnosiło się z ziemi. Z ociekającymi krwią rękami i guzami na czołach podążały za ojcem, konkurując o miejsce tuż za krzepkim mężczyzną; przytulały się do niego, przykładały głowy do jego okrągłego brzucha i szerokiej klatki, on zaś delikatnie odsuwał od siebie zabłocone córki, pochylał się i łapał martwe zwierzę za ogon, żeby unieść wciąż ciepłe truchło do słońca.

- Jeśli wybuchnie wojna lub inna zaraza, zawsze możecie zjeść wiewiórkę. Wprawdzie nie ma zbyt wiele mięsa, ale jej mózg jest tłusty i smaczny.

Stojące kręgiem wokół niego dziewczęta słuchały uważnie, obserwowały każdy jego ruch, żeby później móc naśladować ojca we wszystkim jak siedem młodych lisów. Nie, jak sześć. Laura jak zwykle szła z boku, słuchała jednym uchem, wpatrywała się w niebo, jakby widziała coś ciekawego wśród wierzchołków drzew, mimo że w jej oczach wszystko się ze sobą zlewało. Ojciec gwizdał, kiedy nadchodził czas nauki, a ona podążała za nim mimo ślamazarnej mowy ciała i zblazowanego wyglądu. Dobrze jest trenować na wiewiórkach, to najtrudniejsze ćwiczenie. Nie siedzą ani chwilę spokojnie.

Każda z nich po kolei dostawała do ręki strzelbę i mierzyła do sosny, gdzie siedziały gryzonie, nawet najmłodsza musiała spróbować. Z początku pomagano jej utrzymać ciężką broń. Mierz nieco niżej, instruował ją łowca spokojnym, ojcowskim głosem, bo przestrzelisz. Ale nie tak nisko, bo podziurawisz futrzaka.

Skóra miała zostać nietknięta, inaczej nie da się jej sprzedać. Elga oddała strzał. Z nieba spadła sroka.

Czasem zjawiała się tam matka, żeby z powstrzymywaną wściekłością odkomenderować córki do pomocy przy dojeniu. Na próżno. Matka mówiła nieskładnie, chaotycznie wyrzucała z siebie pojedyncze słowa, na co odpowiadał jej drwiący śmiech w siedmiu tonacjach i ojcowskie niech cię, babo, szlag, uczę przecie nasze dziewczynki sztuki przetrwania!

*

Z biegiem lat matka wytaczała coraz cięższe działa, żeby przemocą zmusić córki do odciążenia jej w codziennych zajęciach w gospodarstwie, przynajmniej w ulżeniu krowom domagającym się dojenia. Raz, gdy ojciec pojechał do lasu, żeby zapolować na niedźwiedzia, Laura syknęła tylko to dobre dla bab na prośby matki. Będę artystką, nie dziewką urabiającą sobie ręce w oborze, burknęła, tupiąc nogą. Elga powtórzyła słowa siostry na temat kobiecych obowiązków i oświadczyła, że zostanie profesorką. Na to diabeł wstąpił w matkę, mocno chwyciła najmłodszą córkę, powaliła ją na ziemię, sama padła na kolana i wymierzyła dziewczynie w pośladki siedem mocnych razów szczapą drewna na opał. Rumieńce pojawiły się na policzkach Louhi, dyszała głośno i jakby na pozór upajała się swoją tężyzną. Potem przeszła do starszej córki i poczęła okładać ją po twarzy drewnianą łyżką w wyraźnie muzycznym rytmie, szybkie, silne ciosy, aż rączka odpadła, a z ucha Laury polała się krew. Johanna i Tiina z czystej złośliwości zachowały stoicki spokój, drwiąco śmiejąc się matce prosto w twarz, choć Elga wciąż nie mogła pohamować łez.

Nadejdzie jeszcze dzień, kiedy każda z nich posiądzie taką siłę mentalną, że ból nie będzie docierał do ich świadomości.