ROZDZIAŁ DRUGI
Catty i Vanessa siedziały przy kontuarze baru Johnny Rockets. W ciepłym, gęstym powietrzu wisiał zapach bekonu i cebuli. Wokół słychać było gwar rozmów, śmiechów i pisków, ale dopiero ryk ruszających spod lokalu motocykli okazał się wystarczająco głośny, by zagłuszyć lecące tu piosenki z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.
- Przysięgam, że wczoraj nie byłam w twoim pokoju. Twarz Catty otaczały idealne pukle brązowych włosów. Kiedy przekręcała głowę, w loki wplatały się wpadające z zewnątrz promienie słońca.
- Ktoś obrócił mój zegar - powiedziała Vanessa.
- Czemu miałabym to robić?
- Żeby pokazać, że tam byłaś. - Vanessa spojrzała na nią.
- To nie byłby pierwszy raz.
- Przecież byłam z tobą w Planet Bang.
Catty uśmiechała się delikatnie, a uśmiech ten pojawiał się na jej ustach, nawet kiedy marszczyła brwi.
- Myślałam, że może to ty przestawiłaś zegarki. - Miała nadzieję, że to Catty. - Kto inny, jeśli nie ty, mógł to zrobić?
- Może nikt - zauważyła Catty. - Może sama się nakręcasz. Pewnie z pośpiechu i z nerwów przewróciłaś zegar i ustawiłaś go przodem do ściany, nawet tego nie zauważając.
- Może - zgodziła się Vanessa, ale natrętne przeczucie, że ktoś był w jej pokoju, nie chciało jej opuścić.
- Nie mogę uwierzyć, że przestraszyłaś się tak bardzo, że prawie powiedziałaś swojej mamie prawdę o... no, wiesz.
Catty przerzuciła kilka tytułów piosenek w szafie grającej Seeburg Wall-O-Matic. Zabrała monety, które kelner przyniósł, by korzystać ze starej maszyny, i wstukała kilka liczb.
- O mnie też zamierzałaś jej powiedzieć?
- Nie - odparła Vanessa. - Tylko o sobie.
Z głośników zahuczał Charlie Brown, próbując przebić się przez syk smażonych hamburgerów. Do środka weszła grupa motocyklistów i zajęła czerwone fotele przy wejściu.
- Co by zrobiła? - spytała Catty. - To raczej nie jest coś, co spodziewa się usłyszeć każda matka. "Mamo, a wiesz, że mogę być przejrzysta jak duch? Chcesz zobaczyć? A raczej nie zobaczyć?"
Catty roześmiała się tak głośno, że motocykliści odwrócili się i uśmiechnęli do niej.
Vanessa wytarła kroplę czekolady, która spływała po czerwonym logo Johnny Rockets na szklance.
- Nie żartuję, Catty. Nie chodziło tylko o brak księżyca. Ktoś mnie śledził.
- Znam jeden sposób na sprawdzenie, czy tak było.
Catty zagłębiła łyżkę w bitej śmietanie.
- Nie - upomniała ją Vanessa. - Mówiłam ci już. Po tej ostatniej historii już nie chcę.
Tak naprawdę, Vanessa bała się mocy Catty.
- Zawsze tak mówisz, a potem zmieniasz zdanie.
- Chyba tak. Chcesz zjeść moje pomidory?
- Nieźle cię wzięło wczoraj w nocy, co? - Catty zabrała pomidory i włożyła je do swojego hamburgera.
Vanessa nie chciała już rozmawiać o poprzedniej nocy. Lepiej było zapomnieć zarówno o niej, jak i o koszmarnym śnie.
- Szukałam cię dzisiaj w szkole.
- Miałam w tym czasie inne rzeczy do roboty - powiedziała Catty. Podniosła frytkę pokrytą chili oraz serem i włożyła ją sobie do ust.
- Musisz przestać! Opuszczasz zbyt wiele sprawdzianów.
- Moja mama ma to gdzieś.
- Ale ty nie powinnaś.
Vanessa czasem zazdrościła przyjaciółce jej stosunków z matką. Mama Catty nie przejmowała się, gdy jej córka nie chodziła do szkoły, bo wiedziała, że dziewczyna jest inna. Poza tym nie była jej biologiczną matką. Znalazła ją kiedyś przy drodze na pustyni pomiędzy Gila Bend i Yumą. Catty miała wtedy sześć lat.
Chciała przekazać ją władzom w Yumie, ale kiedy zobaczyła, że Catty potrafi manipulować czasem, uznała, że dziewczynka pochodzi spoza ziemi, że została rozdzielona z rodzicami jak E.T. i że w związku z tym musi chronić ją przed przedstawicielami rządu, którzy pewnie by ją pokroili. Zabrała ją do Los Angeles, wiedząc, że w mieście, w którym tyle się dzieje, dziecko z innej planety nie będzie się wyróżniać.
Catty zachowała tylko dwa wspomnienia sprzed czasu, kiedy miała sześć lat. Jedno dotyczyło wypadku, a drugie ognia. Oba były jedynie przebłyskami, które niewiele mówiły o jej przeszłości. Planowała, że gdy jej moc wzrośnie, wróci do chwil, które nastąpiły przed tym, jak została znaleziona.
Vanessa odwinęła papier, w którym podano jej hamburgera. Otworzyła szeroko usta i ugryzła kanapkę, a majonez, sok z ogórków i musztarda pociekły jej po brodzie.
Wrócił kelner.
- Jak hamburger? - spytał.
- Świetny - powiedziała Catty, a z jej ust wypadł kawałek kanapki.
Kelner roześmiał się i podniósł z lady plasterek pomidora, a potem odszedł.
- Jesteś ohydna!
Catty żartobliwie trąciła Vanessę.
- Staram się sprawić, żebyś nie myślała o wczorajszej nocy. Pewnie gonił cię pies albo jakiś bezdomny, który lubi takie zabawy. Wróćmy tam i sprawdźmy.
- Nie.
- Dlaczego? - nalegała Catty, pijąc shake'a.
- Dobrze wiesz dlaczego. Za bardzo boję się, że cofniemy się za daleko i gdzieś utkniemy.
- No i co z tego? Wystarczy, że na nowo przeżyjesz te same chwile. Byłoby fajnie. Wiedziałybyśmy, co się stanie.
- Wcale nie wiesz, czy to naprawdę tak działa.
- Dlatego, że nigdy nie utknęłam - zauważyła Catty.
Kiedy po raz pierwszy spróbowała podróży w czasie, udało jej się uzyskać krótkotrwały efekt. Potem odkryła, że kiedy się skoncentruje, może przeskoczyć dwadzieścia cztery godziny w przeszłość lub w przyszłość. Catty była przekonana, że jeśli straci moc i nie będzie mogła wrócić do teraźniejszości, to po prostu przeżyje na nowo dzień lub go straci. Vanessa nie miała jednak takiej pewności. Istniał jeszcze tunel - dziura w czasie, przez którą przechodziły. Przerażała ją perspektywa utknięcia w niej.
- Nie wiem, czemu tak się martwisz - powiedziała Catty, odgryzając kolejny kęs.
- Nieważne. To na pewno był jakiś bezdomny, tak jak powiedziałaś - nalegała Vanessa. - Nie muszę tego sprawdzać.
Catty mówiła z pełnymi ustami:
- Powinnyśmy to sprawdzić, żeby mieć pewność.
Vanessa wyrwała frytkę z kuli stopionego sera i chili. Owinęła ją surową cebulą i włożyła do ust.
- Pamiętasz, jak pierwszy raz zabrałaś mnie w podróż? - spytała z uśmiechem.
- Tak - zachichotała Catty. - Od twojego wrzasku w tunelu prawie pękły mi bębenki.
Oglądały telewizję po przyjęciu z okazji dziewiątych urodzin Catty, czekając, aż Vanessę odbierze mama. Catty chciała pokazać jej coś specjalnego. Vanessa uznała, że chodzi o kolejny prezent urodzinowy. Zamiast tego przyjaciółka złapała ją za rękę, a powietrze zrobiło się nagle bardzo ciężkie. Delikatne włoski na jej rękach stanęły dęba, kiedy salon rozbłysnął nagle białym światłem. Obie dziewczynki zaczęły wirować w mrocznym tunelu. Powietrze wydawało się tak gęste, że można je było kroić nożem. Krzyk Vanessy wrócił do niej jak echo, stał się nieznośny. Wreszcie obie wróciły z hukiem do salonu. Tylko że salon był inny. Przez okna wlewało się światło słońca. Papier prezentowy i wstążki walały się po szarozielonym dywanie. Potem zajrzały do jadalni, a Vanessa zobaczyła samą siebie - siedziała przy stole, jadła lody i tort. Była zbyt wstrząśnięta, by znów zacząć krzyczeć. Catty zakradła się do kuchni i wróciła z dwoma kawałkami ciasta i nim jeszcze przyjaciółka zdążyła spytać ją o to, co właściwie się dzieje, znów były w tunelu pełnym gęstego, ciężkiego powietrza i nieprzyjemnych woni. Zamiast wylądować z powrotem w salonie, znalazły się kilka ulic dalej, na czyimś ganku.
- Miałam okropną awanturę - pokręciła głową Vanessa. - Moja mama myślała, że sama gdzieś poszłam.
Nie mogła powiedzieć wtedy matce, co naprawdę się stało. I tak by jej nie uwierzyła.
- Ale tort był tego wart - westchnęła Catty.
- Zjadłaś mój kawałek. - Vanessa uśmiechnęła się. - Płakałam, bo tunel tak bardzo mnie przestraszył. Pamiętasz?
- No, ale wyrównałaś rachunki.
- Zasłużyłaś sobie - rzuciła Vanessa. - Ciągle miałam przez ciebie kłopoty.
Vanessa przez kilka tygodni przygotowywała zemstę. Ćwiczyła na swoim pluszowym misiu, aż była w stanie uczynić siebie i jego niewidzialnym. Wreszcie, pewnej niedzieli, kiedy bawiła się z przyjaciółką na jej podwórku, objęła ją i zacisnęła powieki, koncentrując się, póki nie poczuła drgania molekuł. Wtedy otworzyła oczy. Catty stawała się chmurą pyłu. Chmura zawirowała, a Vanessa dostrzegła wyraz bezbrzeżnego zdziwienia na twarzy Catty, nim dziewczyna stała się zupełnie niewidzialna. Udało się! Plan zadziałał. Molekuły Vanessy niemal eksplodowały z zadowolenia. Z początku Catty krążyła po podwórku niczym przekłuty balon. Vanessa jej nie widziała, ale czuła tworzony przez nią prąd powietrza. Kiedy jednak zaczęło jej się robić zimno, zapragnęła znów być widzialna, ale nie była tak wyćwiczona jak jej przyjaciółka. Po godzinie udało się jej uczynić widocznymi zaledwie fragmenty ciał. Kiedy Catty zobaczyła swoją własną rękę, która dryfowała odłączona od ciała, zaczęła płakać. To jeszcze bardziej zaniepokoiło Vanessę. Potrzebowała kilku godzin, by złożyć je obie w widzialną całość.
Catty trąciła ją łokciem
- Powinnaś częściej korzystać ze swojego daru. Praktyka czyni mistrza.
Vanessa jednak tak źle czuła się z tym, co zrobiła przyjaciółce, że przysięgła nigdy nie korzystać ze swojej mocy. Od tego czasu starała się kontrolować swoje molekuły, ale w chwilach, gdy pojawiały się silne emocje, cząsteczki okazywały się silniejsze niż jej wola utrzymania ich w ryzach. Co więcej, światło księżyca w pełni zdawało się wzmagać ich przemianę.
- Jedz szybciej - popędziła ją Catty.
- Dlaczego? Mamy mnóstwo czasu.
Dwie minuty później Catty położyła rękę na jej ramieniu. Miała rozszerzone źrenice, jakby zbierała w mózgu potężny ładunek energii. Vanessa spojrzała na zegarek przyjaciółki. Wskazówka minutowa zaczęła się cofać.
- Tylko nie to - poprosiła. - Po raz trzeci wyjdziemy stąd, nie płacąc.
- Oni tego nie zauważą. Dla nich będzie znów wczorajszy wieczór.
- No ale zjadłyśmy tu i nie zapłaciłyśmy.
Catty wywróciła oczami.
- Jedzenie wczoraj nie istniało, więc w czym problem?
- To wydaje mi się niesprawiedliwe. Poza tym mówiłam ci, że nie chcę się cofać w czasie.
Wskazówki na zegarku Catty przestały się ruszać.
- Musisz wrócić i zobaczyć, że niczego tam nie było, albo nigdy nie przestaniesz myśleć o wczorajszej nocy.
- Nieprawda - powiedziała Vanessa. - Poza tym właśnie weszła Morgan.
- I co?
- Zbyt wiele razy była w pobliżu, gdy przemieszczałyśmy się w czasie. Myślę, że coś podejrzewa.
- Morgan niczego się nie domyśla. Nie może.
- Wiem, że nie może, ale zaczęła zadawać pytania - odparła Vanessa.
Catty była pewna, że gdy cofała się w czasie, ludzie wokół nie odczuwali powrotu do przeszłości. Vanessa jednak uważała, że czuli zmiany w długości godziny, myliły im się wspomnienia i mieli nagłe wrażenie deja vu.
- Poza tym - dodała - powiedziałam jej, że pójdziemy razem do Skinmarketu.
- Czemu chcesz spędzać czas z dziewczyną, która chce ci odebrać Michaela?
- To nieprawda. Po prostu lepiej ode mnie tańczy, a Michael lubi tańczyć.
- Nie chcę się z nią zadawać - zajęczała Catty. - Mam przy niej wrażenie, że nie jestem wystarczająco czysta.
- To tylko twoja wyobraźnia.
Vanessa sięgnęła po swój napój. Kiedy wyciągała rękę, Catty klepnęła ją w nadgarstek. Wskazówka znów zaczęła wirować.
- Nie! - krzyknęła Vanessa w chwili, gdy Seeburg zaczął odtwarzać "Love Potion Number 9".
Motocykliści oderwali się od rozmowy i spojrzeli na nią. Morgan też się odwróciła, a jej lśniące włosy zafalowały w gęstniejącym powietrzu.
Vanessa upuściła hamburgera i chwyciła za pasek swojej torby. Na jej skórze zatańczył prąd. Rzeczywistość rozpłynęła się w białym rozbłysku, a bar z rykiem oddalił się z prędkością światła.
To była ostatnia rzecz, jaką zapamiętała Vanessa, nim runęła razem z Catty do tunelu. Zamknęła oczy i poczuła, jak wirując, spada w dół i jak wywraca się jej żołądek. Nie cierpiała tej woni i tego gęstego powietrza. Nie musiała patrzeć, by wiedzieć, że jej przyjaciółka patrzy na fluorescencyjne wskazówki swojego zegarka. Kiedy dotarły do miejsca przeznaczenia, Catty skoncentrowała się w pełni na powstrzymaniu przepływu czasu i razem wracały do rzeczywistości.
Z potężnym hukiem wylądowały na trawniku.
Vanessa popatrzyła w górę. Wokół nich wciąż unosił się zapach cebuli i hamburgerów, ale zrobiło się ciemno, a obie dziewczyny znalazły się na ulicy, którą szła poprzedniej nocy.
- Musisz popracować nad lądowaniami - jęknęła, podnosząc się z ziemi.
- Już ci mówiłam, że z tunelu można tylko wypaść.
Vanessa rozejrzała się po okolicy. Noc była spokojna, a ciszę zakłócał tylko szelest palmowych liści. Nagle usłyszała ciche, szybkie kroki osoby, która ją goniła.
- Chodźmy zobaczyć, kto to był - powiedziała. - To znaczy: kto to jest.
- Dobrze - zgodziła się Catty.
Popędziły wzdłuż ulicy, a chłodna, wieczorna bryza zakłuła je w policzki. Ich kroki zastukały łagodnie na mokrym od rosy chodniku. Vanessa od razu pojęła, że te kroki, które usłyszała poprzedniej nocy, należały do niej samej i Catty.
Przecznicę dalej zobaczyła siebie - pędziła boso. Ktoś za nią biegł. Z tej odległości nie dało się dostrzec goniącego. Był ubrany na czarno, na głowie miał czapkę.
Usłyszała, jak wykrzykuje dziwną modlitwę w języku, którego nie rozumie.
W tym samym czasie jej prześladowca obejrzał się - wydawało się, że ją zauważył, ale nie miała pewności. Nagle skoczył na trawnik i skrył się w cieniu.
- Tędy - powiedziała Catty.
Vanessa pobiegła za nią skrótem wiodącym pomiędzy dwoma domami aż do wąskiej alejki.
- Myślisz, że ten ktoś zobaczył, że jestem podwójna? - wyszeptała.
- Jeśli tak, to więcej nie będzie cię gonić.
Vanessa prawie się roześmiała, ale była zbyt podekscytowana i zaniepokojona, by dostrzec, kto ją śledził.
Przebiegły alejką do kolejnej przecznicy i przecięły następną ulicę.
- Ten, kto cię goni, powinien gdzieś tu być - wyszeptała Catty.
Skuliły się i ostrożnie ruszyły alejką.
Pozbawione lamp ulicznych tylne podwórka były ciemniejsze, a zalegające na nich cienie zdawały się głębsze. Vanessa spojrzała nad płotem. Nikogo nie zauważyła, ale usłyszała stłumione kroki kogoś, kto bardzo stara się zachowywać cicho.
Obie skuliły się jeszcze bardziej i pobiegły wzdłuż ogrodzenia do garażu. Vanessa wyjrzała za róg i zobaczyła cienistą postać przebiegającą przez trawnik na podwórko następnego domu.
Pomachała do Catty i razem cicho ruszyły naprzód. Kiedy dotarły do kolejnego domu, spojrzały ponad kubłami na śmieci w grobowy spokój cichego podwórka. Jeśli prześladowca tam był, z pewnością usłyszał je i zdołał się ukryć.
Catty trąciła ją łokciem i wskazała coś palcem.
Pomiędzy domem i poskręcanym cyprysem uformował się gęstszy cień. Wyglądało to tak, jakby ktoś tam stał. Vanessa była pewna, że ta osoba patrzy dokładnie na nią, chociaż nie była w stanie dostrzec oczu postaci. Potem cień obrócił się i wyszeptał:
- Znajdę cię później, gdy już będziesz sama.
Vanessa nie była pewna, czy naprawdę usłyszała te słowa, bo wydawały się zaledwie łagodnym drganiem wewnątrz jej umysłu.
Ogarnęła ją panika.
- Słyszałaś? - spytała.
- Co?
- Zabierz nas stąd, Catty. Szybko!
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Vanessa Cleveland przeklinała cicho, idąc ulicą. Nie mogła pozbyć się dziwnego poczucia, że ktoś podąża jej śladem. Jak mogła zapomnieć, że nie ma księżyca?
Ponad nią, wokół pokrytych czerwonym gontem dachów, ślizgały się rzadkie chmury, niosąc ze sobą chłód oceanu. Zimno nie ogarnęło jej od razu - docierało do niej powoli i delikatnie. Zaczęła dygotać, chociaż nie była pewna, czy to z powodu chłodu, czy może ze strachu.
Dziewczyna minęła dwa domy, gdy delikatne stukanie spowodowało, że zatrzymała się i odwróciła. Podniosła się bryza, a kilka suchych liści, szeleszcząc, przesunęło się ku niej po chodniku. Poczuła ulgę i uśmiechnęła się. Próbowała skupić się na czymś przyjemnym, by nie myśleć o strachu.
Zaczęła marzyć o Michaelu Saratodze. Bujne czarne włosy, skręcone w grube loki, sięgały mu aż do ramion. Miał wyraźne, ostre rysy, seksowny uśmiech i łagodne ciemne oczy. Spodobał jej się już pierwszego dnia roku szkolnego, kiedy poznała go na zajęciach z hiszpańskiego. Nie sądziła jednak, by sama mogła mu kiedykolwiek wpaść w oko. Nawet teraz odpychała od siebie tę słodką myśl, aby tylko nie zapeszyć. Michael sprawiał, że w kościach czuła ogień, wręcz ból. To było przyjemne, a zarazem bardzo niemiłe. Jak taki odmieniec jak ona mógł spodziewać się czegoś tak normalnego jak posiadanie chłopaka?
Nagle znów poczuła, że ktoś idzie za nią ulicą. Obejrzała się - oczekiwała, że ujrzy człowieka w szlafroku, który niosąc worki ze śmieciami, wyprowadza właśnie psa, albo kroczącego środkiem drogi bezdomnego, pchającego przed sobą wózek.
Ulica była jednak pusta. Czy to brak księżyca tak stresował Vanessę?
Spróbowała znów skoncentrować się na Michaelu i nie myśleć o cieniach, które zdawały się zbliżać do niej z każdym krokiem. Michael osiem razy poprosił ją do tańca w Planet Bang w Hollywood i z pewnością spędziłaby z nim więcej czasu, gdyby Morgan Page nie wyciągała go wciąż na parkiet. Chłopak lubił tańczyć, a Morgan tańczyła lepiej niż Vanessa.
Próbowała przypomnieć sobie to uczucie, gdy Michael dotykał ją policzkiem, jego dłoń spoczywała na jej talii, a...
Kątem oka zauważyła, że coś się poruszyło. Obróciła się nagle. Cokolwiek to było, przesunęło się gdzieś pomiędzy cieniami i zniknęło.
Pochyliła się i zdjęła ciężkie buty o wygiętych podeszwach. Gdy trzymała je w dłoniach, obcasy wydawały jej się twarde i śmiertelnie niebezpieczne. Cofnęła się o dwa kroki i rozejrzała po ulicy. Nagle zrozumiała. Strach ustąpił miejsca uczuciu ulgi. Pewnie idzie za nią jej najlepsza przyjaciółka, Catty. Czemu wcześniej o tym nie pomyślała? Nie byłby to pierwszy raz, gdy koleżanka próbowała ją nastraszyć, uważając to za coś zabawnego.
- Catty? - powiedziała. - Wiem, że to ty. Wychodź - rzuciła głośniej, ale głos i tak wyraźnie jej zadrżał.
Nikt nie odpowiedział.
- Catty - powtórzyła. Teraz głos był cichszy, zmienił się w przepełniony strachem szept.
Zajrzała w mrok oblepiający bok domu. Cokolwiek się tam kryło, już znikło. Czy to tylko złudzenie w ciemności?
W końcu odwróciła się i znów zaczęła iść, mocno stąpając bosymi stopami po chłodnym betonie. Mama ostrzegała ją, jak niebezpieczne dla dziewczyny może być nocne Los Angeles.
Przepełnił ją gniew, a w gardle zawiązał jej się supeł. Nie powinno być tak niebezpiecznie. Dziewczyny mają prawo cieszyć się nocą, biegać pod gwiazdami i księżycem, a nie siedzieć w domach, ukryte za zaryglowanymi drzwiami.
Gniew przyspieszył jej krok i dodał odwagi. Mocniej chwyciła buty. Kiedy doszła do rogu ulicy, stanęła w świetle latarni, przybierając prowokacyjną pozę. Długo stała w bursztynowym blasku. Jeśli śledził ją ktoś, kto miał złe zamiary - gangster, bandyta lub zdesperowany bezdomny - już by zaatakował.
Znowu pomyślała o Michaelu, o jego dłoni na jej talii. Czy pochylał się, by ją pocałować, gdy odciągnęła go Morgan?
Coś przeskoczyło w ciemności. Czymkolwiek było, bardzo starało się pozostać niewidoczne. Vanessa tym razem była pewna, że to coś istniało naprawdę, że nie było tylko grą światła i cienia. Ruszyła biegiem, ale potknęła się o leżący na ziemi trzykołowy rowerek. Buty wypadły jej z rąk i poleciały na bok. Kierownica przewróconego rowerka boleśnie wbiła jej się w brzuch.
Zabawki wcześniej tam nie było. Zauważyłaby coś tak dużego. Ktoś zakradł się za jej plecami i ją tam postawił. Tylko jak i kiedy?
Porzuciła buty, podniosła się i ruszyła biegiem. Nie krzyczała. Krzyk zabierał zbyt dużo tlenu. Biegła na złamanie karku, mocno poruszając rękami. Już zdołała poczuć narastające w molekułach podniecenie - łagodne, przyjemne drżenie. Mogła poddać się swojej mocy, ale byłoby to zbyt ryzykowne. Miała okropne przeczucie, że to, co właśnie się dzieje, jest w jakiś sposób powiązane z jej niezwykłą zdolnością. Zawsze obawiała się, że pewnego dnia ktoś pozna jej tajemnicę.
Gdyby choć jedna osoba odkryła prawdę, wytropiliby ją, zabrali do jakiegoś tandetnego miejsca, takiego jak Las Vegas, i pokazywali jako atrakcję turystyczną. Potem uderzyła ją nowa fala przerażenia. Może osoba, która ją śledzi, próbuje nastraszyć ją tak, by posłużyła się swoją mocą? Być może mierzyła w nią kamera wideo, której właściciel miał nadzieję nakręcić coś niezwykłego i sprzedać temu, kto da najwięcej.
Kimkolwiek był jej prześladowca, był coraz bliżej. Tupot stóp niósł się po trawie, z każdą chwilą dystans malał. Nie obejrzała się, by zobaczyć, kto za nią biegnie.
Molekuły podniecały się coraz bardziej, chcąc uwolnić się od grawitacji. Wyobraziła sobie, że staje się niewidzialna i pozostawia swoje ubrania, a jej prześladowca zatrzymuje się, by podnieść porzuconą sukienkę z Organzy. To było zbyt ryzykowne.
Nie ruszajcie się, pomyślała. Musiała się skupić, by utrzymać cząsteczki w ryzach. Jej ciało pragnęło poddać się napięciu w kościach i mięśniach i rozpaść się na milion kawałków.
Wtedy kolejny dźwięk spowodował, że serce jej zamarło.
Do kroków tego, kto ją gonił, dołączyły kolejne. Tym razem nie była to jedna osoba, ale dwie, a może nawet więcej. Czy mogło być jeszcze gorzej, niż wyobraziła sobie na początku?
Co zrobi mama, gdy dowie się, że jej córka to dziwadło? Co powiedzą ludzie w szkole? Szkoła średnia i bez tego była trudna. Pragnęła tylko być taka jak inni.
Usłyszała czyjeś słowa. Zorientowała się, że płyną one z jej własnych ust wysokim, zachęcającym tonem. Co takiego mówiła? Czyżby odmawiała zapomnianą modlitwę, której w dzieciństwie nauczyła ją mama?
Jej wargi znów wypowiedziały dziwną frazę:
- O, Mater Luna, Regina noctis, adiuvo me nunc.1
Poza angielskim znała trochę język hiszpański. Te słowa z pewnością nie były ani angielskie, ani hiszpańskie. Skąd się wzięły?
Kątem oka ujrzała sięgającą ku niej rękę.
Słowa znów zebrały się jej w ustach, twardo i mocno. Wypluła je.
- O, Mater Luna, Regina noctis, adiuvo me nunc.
Potęga słów wypełniła ją, gdy je wymawiała.
I nagle jej prześladowcy zniknęli. Biegła dalej, bojąc się uwierzyć w to, co z pewnością było prawdą. Została sama.
Zatrzymała się i obejrzała za siebie na następnej przecznicy. Oparła dłonie na kolanach. Oddychała ciężko, czując kłucie w płucach. Ulica była pusta.
Przed nią stały trzy ogrodowe figurki flamingów. Weszła na mokry trawnik i pociągnęła za długą szyję jednego z nich. Ciało oderwało się od nóg. Odrzuciła plastikowego różowego ptaka i podniosła z ziemi żelazne nogi. Pręty dobrze leżały jej w dłoniach.
Zawróciła i przeszła pół przecznicy. Była już niedaleko Melrose Avenue, a to oznaczało obecność ludzi. Odwróciła się i pobiegła ku uspokajającym dźwiękom ulicy i jasnym neonowym światłom. Woń tajskich przypraw i spaghetti z północy Włoch owiała ją pysznie, kiedy dołączyła do grupy młodzieży idącej po chodniku.
Zatrzymała się w pobliżu przystanku autobusowego i spojrzała na ulicę, z której uciekła. Na ławce siedziało czterech chłopaków i dziewczyna. Chłopcy byli ubrani jak neopry-mitywiści. Mieli srebrne kolczyki w sutkach, brwiach, nosie i w ustach. Tatuaże zwijały się na ich karkach i ramionach w długich zwojach, a na nagich torsach, niczym zwierzęce futra, powiewały klapy czarnych skórzanych kurtek.
- Z kim się bijesz? - spytał wysoki chłopak z czarnymi włosami. Spojrzał na rękę Vanessy.
Popatrzyła w górę. Wciąż trzymała jedną z nóg flaminga, napinając mięśnie. Była gotowa zadać cios.
Uśmiechnęła się, by go uspokoić. Chłopak odsunął się i potknął na krawężniku. Jego oczy mówiły, że w twarzy Vanessy dostrzegł coś, co go przeraziło.
- Idź straszyć w innej okolicy - prychnęła dziewczyna.
Kiedy Vanessa ruszyła w dół Melrose, wciąż się na nią gapili. Jej stopy zagłębiały się w czarnej warstwie brudu, zalegającej na ulicy. Nie chciała nawet wiedzieć, jakie ohydztwa miała pod nogami.
Dom przywitał ją przyjemnym światłem na ganku. Był to niewielki robotniczy budynek skąpany w złotej poświacie. Przy przedniej alejce stało poskręcane oliwne drzewko. Zakradła się pod boczną ścianę i tam się ukryła.
Kiedy miała już pewność, że nikt za nią nie idzie, podeszła do tylnych drzwi, otworzyła je i weszła na ganek. Nogi flaminga rzuciła na pralkę. Upadły z głośnym brzękiem.
- Vanesso! - zawołała mama.
Weszła do ciepłej kuchni. Wokół unosił się zapach kawy, kleju i wiórów z ołówków. Nad stołem wisiała ogromna plansza. Mama zwykła nazywać ją tablicą inspiracji. Przypinała do niej kolorowe próbki i szkice. Pracowała jako projektantka kostiumów filmowych.
- Spóźniłaś się - powiedziała mama, podchodząc do Vanessy. W jej oczach więcej było strachu niż gniewu. Brązowe włosy mamy wyglądały tak, jakby wielokrotnie nerwowo przeczesywała je palcami. Zimnymi dłońmi dotknęła policzka córki, a potem mocno ją przytuliła. - Martwiłam się o ciebie. Mam nadzieję, że nie szłaś do domu piechotą. Wiesz, co o tym myślę.
- Podwieźli mnie - skłamała Vanessa. - Odebrała nas mama Catty.
Mama pokręciła głową.
- Matka Catty nie miałaby nic przeciwko całonocnej zabawie. - Nie podobało jej się to, że Catty może robić, co chce.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała Vanessa. Czuła się naprawdę źle z tym, że jej mama tak się niepokoiła. - Planet Bang zamyka się o pierwszej, a nie o północy.
- W środku tygodnia? Wiesz przecież, że to za późno.
- Następnym razem na pewno będę bardziej uważać na godzinę.
- Jeśli będzie następny raz - wymamrotała mama.
- Mamo, wszyscy chodzą do Planet Bang we wtorki. Tylko we wtorki i w piątki wpuszczają tam nieletnich.
Przerwała i podążyła za wzrokiem mamy. Jej stopy były czarne od ulicznego brudu, a jeden z paluchów krwawił.
- Na miłość boską, Vanesso, co się stało z twoimi butami? - spytała mama.
- Nowe buty okazały się za małe - dziewczyna znów zaczęła kłamać, ale przerwała. Czemu wydawało się jej, że wszystkie rozmowy z mamą zaczynają się od kłamstw lub na nich się kończą? - Zapomniałam zabrać je z Planet Bang. Zadzwonię i zapytam, czy ktoś ich nie znalazł.
- Od dziś sama będę cię odbierać. Dziesiąta trzydzieści to wystarczająco późna godzina jak na środek tygodnia. Powinnaś być już w łóżku.
- Dobrze. - Vanessa podeszła do zlewu i nalała sobie szklankę wody.
- Czy stało się dzisiaj coś, o czym chcesz mi powiedzieć? -spytała mama podejrzliwie.
- Nic.
Vanessa nabrała w usta wody. Poczuła smak metalu i chloru, więc ją wypluła.
- Coś musiało się stać, skoro pijesz wodę z kranu - powiedziała jej mama. - Zatrujesz się.
Nalała szklankę wody ze stojącej w kącie chłodziarki i podała ją Vanessie.
Dziewczyna napiła się chłodnej wody, a potem spojrzała na matkę. Nigdy nie myślała o powiedzeniu jej prawdy, ale też nigdy wcześniej nie czuła, że była tak blisko jej ujawnienia. Co zrobiłaby mama? Może sama miała niezwykłe moce i czekała tylko, aż Vanessa poruszy ten temat?
- Mamo, czy jesteś...
- Jaka?
- No, wiesz... inna? Znaczy, poza ubraniami?
Jej mama ubierała się w rzeczy, które były modne, na długo przedtem, nim wiedziała o tym większość ludzi. Taką miała pracę, ale czasem trudno było mieć tak mocno podążającą za trendami matkę. Nosiła rybaczki i platformy dwa lata wcześniej niż wszyscy - ludzie myśleli wtedy, że ma po prostu za krótkie spodnie.
- Wróżka kiedyś powiedziała mi, że jestem trochę inna - wytłumaczyła mama. - Mówiła mi, że widać to po tym, jak chodzę.
- Ale mnie chodzi o to, czy naprawdę jesteś inna. - Podbródek Vanessy zaczął dygotać. - Wiesz, w kategorii dziwadeł.
- Kochanie - mama objęła ją. - To normalne, że czujesz się, jakbyś nie pasowała do innych. To część dorastania. Nie powinnaś się martwić. Zobacz, jaka jesteś popularna w szkole. Zobacz, jak często koledzy do ciebie dzwonią i zapraszają na imprezy.
Gdyby jej mama wiedziała tylko, jak wiele na swój temat Vanessa musi ukrywać. Może teraz jest lubiana, ale co by było, gdyby prawda wyszła na jaw?
- Dużo robię, by pasować do innych, mamo. - Nie użalała się nad sobą. Tak było naprawdę. - Nastolatki niechętnie akceptują ludzi, którzy bardzo się od nich różnią.
- A czym ty się tak bardzo różnisz? Jesteś ładna. Masz dobre stopnie.
Czy odważy się powiedzieć prawdę? Czy ma wybór? Gdyby jej życie było w niebezpieczeństwie, może mama zdołałaby jej pomóc.
- Pamiętasz tę noc, kiedy byłam mała i obudziłam się z płaczem, bo przyśnił mi się koszmar?
- Którą? To zdarzyło się tak wiele razy...
- Tę noc, kiedy wydawało mi się, że bawię się w chowanego?
- Tak... Znalazłam cię w łazience i zaniosłam do łóżka.
- Nie chowałam się wtedy.
- To co w takim razie robiłaś?
- Ja... - przerwała.
- Tak?
Spojrzała na swoją mamę. Jak mogła powiedzieć jej, że była niewidzialna?
- Wtedy... Tamtej nocy dowiedziałam się...
Tamtej nocy, po przebudzeniu z koszmarnego snu, nie widziała swojego ciała w bladym blasku. Była przerażona, bała się komukolwiek o tym powiedzieć. Myślała, że zrobiła coś złego. Mama usłyszała jej płacz i przybiegła do pokoju. Nie widziała córki, mimo że Vanessa wyciągnęła do niej ręce. To jeszcze bardziej przeraziło dziewczynkę. Kiedy mama szukała jej w domu, molekuły wróciły na miejsce, ale coś poszło nie tak. Jej twarz wyglądała inaczej. Vanessa zamknęła się w łazience, sądząc, że mama już nie będzie jej kochać. W końcu zasnęła i rano obudziła się we własnym łóżku. Znów wyglądała normalnie.
- Vanesso, czego się dowiedziałaś tamtej nocy?
- Niczego. To nieważne.
Matka uniosła jej podbródek i spojrzała w oczy.
- Cała drżysz.
- Chciałabym...
- Powiedz.
- Chciałabym być taka sama jak inni.
- To wszystko? Zaufaj mi, lepiej być sobą i mieć swoje dziwactwa. - Mama znów usiadła przy stole. - Kiedy skończysz szkołę, będziesz mieć przed sobą całe życie. Nie staraj się za bardzo być taka jak inni. Dzieciaki, które tak robią, tracą coś ważnego. - Jej mama recytowała dalej to, co Vanessa zwykła nazywać "Wykładem Standardowym numer 7".
Opuściła mówiącą już do ściany mamę i poszła na górę do łazienki. Umyła nogi. Obserwowała czarną wodę spływającą do odpływu.
Potem wzięła kąpiel, założyła piżamę i poszła do sypialni. Uwielbiała swój pokój. Miała siedzenia na parapetach i okiennice, tapetę w kwiaty i łóżko z mnóstwem poduszek. Mama określała ten wystrój jako "romans i dramat" i mówiła, że pokój wyglądał tak jakby mieszkała w nim baśniowa księżniczka.
Włączyła komputer i kliknęła ikonę programu Sky Show, który kupiła poprzez czasopismo "Astronomia". Na ekranie pojawił się wąski sierp księżyca. Spojrzała na datę. Według informacji podanych przez program na ten dzień przypadał początek pierwszej kwadry - czas, w którym Vanessa powinna czuć się gotowa na przeżycie przygody i ciekawa świata.
Program popełnił jednak błąd. Tej nocy księżyca nie było. Te trzy noce, gdy nie było go widać z ziemi, zawsze dziwnie działały na Vanessę. Czuła się w tym czasie zdenerwowana, jakby w jakiś sposób wyczuwała niebezpieczeństwo. Mama Catty mówiła, że przesądni ludzie wierzą, że brak księżyca sprowadza śmierć i zniszczenie oraz że uwalnia złe moce, które przemierzają wtedy noc.
Łagodny powiew poruszył zasłonami. Vanessa nie zostawiła otwartego okna. Może to mama je otworzyła? Zamknęła okno, usiadła na łóżku i spojrzała na swój komputer.
Otworzyły się drzwi i do pokoju weszła mama.
- Przyszłam pocałować cię na dobranoc - powiedziała. - Czemu tu jest tak zimno?
- Miałam otwarte okno. To ty je otworzyłaś?
- Nie, ale to tłumaczy przeciąg, który czułam przez całą noc.
- Coś jest nie tak z programem. Robiłaś coś z moim komputerem?
- Z komputerem?
- Jasne. - Vanessa pokręciła głową. - Głupie pytanie.
Mama pocałowała ją szybko i skierowała się do wyjścia.
- Mamo?
- Tak?
- Wiesz, co to znaczy? - Spróbowała powtórzyć słowa, które wymówiła wcześniej: - O, ma-ter Luu-na, Ree-gi-na nok-tis, ad-ju-wo me nunk?
- To chyba po łacinie. - Mama uśmiechnęła się. - Robiłaś tak, będąc dzieckiem.
- Mówiłam po łacinie?
- Nie - odparła mama. - Trzymałaś tak swój amulet.
Vanessa spojrzała w dół. Po śmierci ojca jej koszmary się nasiliły. Zawsze miała ten sam sen - czarne cienie ukrywały księżyc w pełni, a potem - niczym widma - nabierały kształtu i zaczynały ją gonić. Zawsze budziła się wtedy, ściskając amulet, który nosiła na szyi. Teraz też zaciskała na nim palce.
- Dobranoc, kochanie. - Mama pocałowała ją w głowę i wyszła z pokoju.
Vanessa spojrzała w noc za oknem. Gdzie nauczyła się łaciny? Wiedziała, że musiało się to łączyć z jej mocą. Gdyby nie było tak późno, zadzwoniłaby do Catty. Teraz musiała czekać do jutra, by dowiedzieć się, czy jej przyjaciółce też zdarzało się czasem wymawiać słowa, których nie rozumiała.
Wsunęła się pod kołdrę. Bawełnianą pościel wysuszyło i wyprasowało słońce, przepełniając ją zapachem swego blasku. Nabrała w płuca tę woń i spojrzała znów na komputer. Po raz pierwszy zauważyła, że jej budzik z fluorescencyjnymi wskazówkami był odwrócony do ściany. Wstała i obróciła go do siebie. Potem zauważyła swój zegarek. Leżał tarczą w dół. Dziwne. Może to dowcip Catty? Vanessa postanowiła poważnie porozmawiać z nią następnego dnia i powiedzieć, że te żarty zaszły już za daleko.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Catty wróciła z colą i usiadła obok Vanessy.
Podbiegła do nich Morgan Page. Rzuciła torebkę i zakręciła pirueta.
- Jak wam się podoba?
Miała na sobie lekką, zwiewną sukienkę. Była zbyt frywolna jak na szkolne przepisy dotyczące stroju, więc w czasie lekcji zakładała na wierzch rękawki. Teraz zrzuciła je i zaczęła popisywać się błyszczącą, najładniejszą w szkole opalenizną. Drogie, zrobione w salonie pasemka dodawały blasku jej i tak doskonałej fryzurze. Podniosła torebkę i wsunęła we włosy żółte okulary.
- Gdzie byłaś? Przeszłam całą drogę do Johnny Rockets i szukałam cię. Pewnie jestem cała mokra od potu.
Catty przechyliła się do Vanessy i wymamrotała:
- Ona jest chyba jedyną osobą na świecie, która uważa, że jej pot jest ładny.
Morgan nie usłyszała Catty, bo przez cały czas mówiła.
- Byłam pewna, że widziałam was przy ladzie. Myślałam, że miałyśmy się tam spotkać.
Vanessa obrzuciła Catty szybkim, gniewnym spojrzeniem.
Morgan patrzyła na nie z ciekawością.
- Nie mogłaś nas widzieć - oznajmiła Catty. - Byłyśmy w szatni chłopców.
Szturchnęła Vanessę łokciem. Vanessa uniosła na dowód kartkę z uwagą.
- Nie było nas tam - powiedziała.
Morgan zatrzymała się i spojrzała na srebrny księżycowy amulet w dłoni Vanessy.
- To idealnie pasowałoby do mojej sukienki.
Wyciągnęła rękę. Vanessa szybko zawiesiła go sobie na szyi.
- Zawsze go nosisz - ciągnęła Morgan. - Nigdy ci się nie nudzi?
- Może czasami - skłamała Vanessa i od razu pożałowała.
Nie chciała, by Morgan uznała, że kiedykolwiek pożyczy jej amulet.
- Widziałam, jak rozmawiałaś z moim ciachem.
- Z kim? - spytała Vanessa.
- Oczywiście z Michaelem. Pytał o mnie?
- Michael zaprosił Vanessę na randkę - poinformowała z zadowoleniem Catty.
Morgan sprawiała wrażenie niezadowolonej, ale po chwili jej przeszło. Uśmiechnęła się i zsunęła okulary z powrotem na nos.
- Wychodzisz z Michaelem?
- Tak. - Vanessa poczuła się nieco zakłopotana.
- Uważaj.
- Na co?
- Wiesz, on lubi podbijać nowe ziemie, a potem pozostawia je spustoszone.
- A po ludzku? - Catty uniosła brwi.
- Udaje czułego i wrażliwego, żebyś zaczęła mu ufać, a potem cię wykorzystuje - odparła Morgan porozumiewawczo.
- Jak może cię wykorzystać, jeśli mu na to nie pozwolisz? - spytała Catty.
- Faceci mają swoje sposoby. Czasami po prostu uznają, że coś im się należy.
- Michael nie wydaje się być...
- Właśnie o to mi chodzi - kontynuowała Morgan. - Tak dopina swego. Założę się, że nigdy się nie całowałaś.
- I co z tego? - zirytowała się Catty.
- Zobaczysz - ostrzegła Morgan.
- Nie wiedziałam, że Michael ci się podoba - powiedziała Vanessa.
- No, proszę cię - parsknęła Morgan. - Każdego przystojniaka nazywam swoim ciachem. Nie ma w nim nic wyjątkowego.
Vanessa wyczuła, że Morgan się denerwuje, może nawet jest zazdrosna, ale nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, dziewczyna już zauważyła coś nowego.
- O, Serena - powiedziała. - Ta to się dziwacznie ubiera.
Serena Killingsworth szła w ich stronę, niosąc swoją wiolonczelę w brązowym futerale. Krótkie włosy, obecnie zafarbowane na intensywnie czerwony kolor, miała ułożone w skręcone loczki. W płatku nosa błyszczał kolczyk. Usta pomalowała fioletową szminką, a zielone oczy podkreśliła czerwono-brązowy- mi cieniami. Uśmiechała się tajemniczo. Była nowa w szkole. Vanessie podobał się jej styl; podziwiała zwłaszcza to, że Serena zdawała się zupełnie nie zważać na opinie innych na swój temat.
- Witaj, Morgan.
Serena postawiła wiolonczelę. Paznokciami w kolorze Seledynowym wprowadziła kombinację cyfr otwierającą zamek w jej szafce.
- Jest jak chodząca wyprzedaż rupieci - wyszeptała krytycznie Morgan.
- Mnie się podoba - powiedziała Vanessa.
- Mnie też - zgodziła się z nią Catty.
Morgan westchnęła.
- No dobra, dziewczyna ma swoje momenty. Tylko jest paskudnie uzależniona od dziwactwa.
- Skąd to wiesz? Chodzi do naszej szkoły dopiero kilka tygodni - sprzeciwiła się Vanessa. - Słyszałam, że jej rodzina przeprowadziła się tutaj z Long Beach, aby mogła równocześnie chodzić na zajęcia na Uniwersytecie Kalifornijskim.
- Inteligencja nie oznacza automatycznie, że nie jest się dziwakiem - powiedziała Morgan, rzucając Catty przebiegłe spojrzenie. - Jej najlepsza przyjaciółka jest na zwolnieniu warunkowym. Należy do gangu we wschodnim Los Angeles.
- To jeszcze nic nie znaczy. - W Vanessie wzbierała irytacja.
- Ponoć balują całymi nocami. Na pewno robią coś dziwacznego.
Serena otworzyła szafkę i rzuciła Morgan rozbawione spojrzenie.
Morgan wyciągnęła z torebki brzoskwiniowy krem do rąk i zaczęła smarować nim ramiona.
- Szkoda, że jej brat ma takiego świra na punkcie surfowania. Naprawdę szkoda. To taki gość, z którym można by spędzić noc. No, ale jego interesuje tylko fala. W czym leży problem tego miasta? Czy wszyscy cudowni faceci budzą się tu pewnego dnia i stwierdzają, że są zbyt dobrzy dla kobiet?
- Nie masz innych zmartwień? - Catty traciła cierpliwość.
Vanessa rzuciła jej szybkie spojrzenie. Nie miała ochoty sędziować przy kolejnej sprzeczce.
Morgan zdawała się jej nie słyszeć.
- Collin jest równie fajny jak Michael - ciągnęła. - No, prawie. Nie wiem tylko, skąd ma taką dziwaczną siostrę. Skoro mi nie wierzysz, to może spytaj Serenę o Michaela.
- Chodziła z nim? - spytała Vanessa.
Morgan roześmiała się lekceważąco.
- Nie do wiary, że o niczym nie wiesz.
- Co? - powiedziały równocześnie Catty i Vanessa.
Morgan przechyliła się do nich.
- To wróżka. Może odpowiedzieć na wasze pytania o facetów. Bierze dwadzieścia dolarów od przepowiedni, ale jej praca jest warta nawet pięćdziesiąt.
- Jak zdołałaś dowiedzieć się tak wiele w tak krótkim czasie? - Catty była zdziwiona.
- Zapytałam. - Morgan z mądrą miną pokiwała głową. - Już dwa razy przepowiadała mi przyszłość.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Vanessa razem z Catty przeszła przez szkolne podwórze.
Jej szczęście zaczęło wypierać nowe zmartwienie.
- Co jeśli Michael postanowi mnie pocałować?
- Nie wiem. Możesz odrobinę rozchylić usta.
- Mówię poważnie - oburzyła się Vanessa. - Co mam zrobić? Od samego patrzenia na niego wibrują mi molekuły. Ostatnim razem, gdy próbowałam mieć chłopaka, nie byłam w stanie tego kontrolować. Ani razu się nie całowaliśmy.
- Pozwól cząsteczkom śpiewać - powiedziała Catty. - Może to mu się spodoba. Poza tym nie wiesz, czy już tym razem będziecie się całować. Czy ćwiczyłaś swoją moc tak, jak ci mówiłam?
Wystarczyło jedno spojrzenie i Catty już wiedziała, że nie.
- Kiedy jesteś sama, musisz stawać się niewidzialna - wytłumaczyła. - Potem znów widzialna i znów niewidzialna. To takie ćwiczenie. Jak inaczej chcesz się nauczyć kontrolować swoją moc? Powinnaś trenować codziennie.
- Teraz mi to nie pomoże. A co jeśli moje molekuły odpalą się same? - zastanawiała się Vanessa. - Co jeśli go wystraszę? Może uzna, że jestem duchem albo jakąś złą istotą.
- Powinnaś bardziej doceniać swój dar. Pomyśl tylko, co mogłabyś z nim zrobić. Wiem, co ja bym zrobiła.
- Co?
- Szpiegowałabym ludzi i kopiowała odpowiedzi na wszystkich sprawdzianach. Marnujesz taką okazję.
- Wszystkie moje problemy biorą się z tego, co ty nazywasz "darem". Żałuję, że nie jesteśmy takie same, jak wszyscy inni.
- Mów za siebie. Mnie podoba się to, co mogę zrobić - powiedziała Catty. - Chcesz colę?
Bycie dziwadłem nigdy nie dręczyło jej tak, jak Vanessę. Może było tak dlatego, że matka Catty zachęcała ją do korzystania z mocy.
- Nie, dziękuję. - Vanessa usiadła na murowanej ławce, stojącej przed znajdującymi się na zewnątrz szafkami. - Zaczekam tu na ciebie.
Spojrzała na amulet, który wisiał na jej szyi. Rzadko go zdejmowała, ale tym razem odpięła go i przyjrzała się księżycowi wyrytemu w metalu. Połyskiwał w świetle słońca, ale nie był po prostu srebrny - odbijał róże, błękity i zielenie. Może to, kim była, miało coś wspólnego z księżycowym amuletem, który dostała w dniu urodzin? Catty też taki miała. Tak właśnie dostrzegły się po raz pierwszy, w parku, kiedy jeszcze obie były w trzeciej klasie. Grały w piłkę nożną w przeciwnych drużynach. Kiedy dojrzały swoje wisiorki, zatrzymały się, a piłka stoczyła się z boiska.
- Skąd to masz? - spytała Catty, ignorując gwizdy kolegów z drużyny.
- Dostałam w prezencie, gdy się urodziłam - odparła Vanessa. - Skąd ty masz swój?
- Nie wiem. Miałam go od zawsze. Nigdy go nie zdejmuję.
- Ja mojego też nie - powiedziała Vanessa.
Sędzia zagwizdał i gra znów się rozpoczęła, ale dziewczyna nie mogła skupić się na meczu. Wciąż odwracała się, by popatrzeć na Catty. Dwa razy wykopała piłkę na aut, a raz wpadła nawet na jednego z członków swojego zespołu.
Potem obie drużyny poszły na obiad. Vanessa i Catty zjadły wspólnie pizzę z pepperoni i podwójnym serem z ananasami i anchois. Od tego czasu były najlepszymi przyjaciółkami. Dopiero z czasem wyjawiły sobie swoje niezwykłe moce. Catty nazywała je darami.
Może wcale nie były darem, ale przekleństwem i może pozbycie się amuletu spowodowałoby, że Vanessę opuściłaby dziwaczna zdolność stawania się niewidzialną? Jednak gdy go zdejmowała, czuła się niekomfortowo. Zastanawiała się, dlaczego tak jest.
ROZDZIAŁ TRZECI
Vanessa poczuła szarpnięcie. Jej głowę odrzuciło w tył, a noc znikła w nagłym błysku i huku. Ścisnęła rękę Catty, gdy razem wirowały w tunelu. Jej żołądek zadrgał od nudności i wiedziała, że jeśli wkrótce się nie zatrzymają, to zwymiotuje zjedzonego wcześniej hamburgera.
Wylądowały twardo. Uderzenie wycisnęło Vanessie powietrze z płuc. Wewnątrz czaszki ostro świdrował ból. Zamknęła oczy, by osłonić się przed nieprzyjemnym fluorescencyjnym oświetleniem.
Bzyczący dźwięk wypełnił jej uszy. Wkrótce zrozumiała, że to śmiech.
- Rany! Dziewczyny! - krzyknął ktoś, a chichot przybrał na sile.
Vanessa z trudem otworzyła oczy. Ledwo zdawała sobie sprawę, że przyjaciółka piszczy i woła ją.
- Catty - wyszeptała.
Tym razem głos Catty przebił się do jej bolącej głowy.
- Vanesso, jesteśmy w szatni chłopaków. Drużyna piłki wodnej właśnie skończyła trening.
Piłka wodna? Wciąż była w transie. Michael był w drużynie piłki wodnej. Zobaczy się z nim. Ta myśl spowodowała, że się uśmiechnęła.
- Michael.
Nowy wybuch śmiechu rozniósł się echem po przebieralni.
- Chce się z tobą zobaczyć, Michael.
Nosem dotknęła czegoś mokrego. Spojrzała w dół. W pobliżu jej twarzy, w kałuży pachnącej chlorem wody, leżały niebieskie kąpielówki. Raptownie podniosła głowę. Szatnia chłopców!
Opuściła wzrok z prędkością równą tej, z jaką uniosła głowę. W gardle zamarł jej krzyk.
- Catty! - wrzasnęła.
Wstała z opuszczoną głową. Nigdy nie wybaczy przyjaciółce tego lądowania.
- Tutaj. - Catty chichotała, zadowolona.
Vanessa znalazła ją, pociągnęła za rękę i wywlekła z tłumu nagich chłopców.
- Zobaczyłyście to, czego szukałyście? - spytał ktoś.
Zakłopotanie spowodowało, że molekuły Vanessy zaczęły się poruszać.
- Nie teraz - wyszeptała.
Rozdzierający gwizd uciął śmiechy. Vanessa rozsunęła palce. Do szatni wpadł trener Dambrowsky, rozchlapując tenisówkami wodę. Czoło i nos miał spalone od słońca.
Vanessa odskoczyła, zakrywając twarz rękoma. Najwyraźniej odstąpił w bok, bo wpadła prosto na jego miękki brzuch.
- Przepraszam. - Próbowała przecisnąć się obok niego.
- Chwileczkę! - Złapał ją za ramię. Jego palce przeszły przez rozchwiane molekuły. - Co jest...?
Tym razem złapał Catty.
- Mam was - powiedział i strzepnął łupież z niebieskiej koszulki.
Szatnię wypełniły gwizdy.
- Powinnyście się wstydzić. Nie macie za grosz przyzwoitości?! - rugał trener Dambrowsky.
- Gdybyśmy były chłopcami w szatni dziewcząt, zachichotałby pan i poklepał nas po plecach - sprzeciwiła się Vanessa, wciąż kryjąc twarz w dłoniach.
Rozłożyła palce, by zobaczyć, jak bardzo go rozzłościła. Opalenizna nabrała karmazynowej barwy. Był wściekły.
- Zobaczmy, kogo my tu mamy? - Trener strzelił palcami i wyciągnął z kieszeni różowy bloczek uwag. - Pokaż się.
Vanessa powoli opuściła ręce.
Trener wyglądał na bardzo zaskoczonego. Czy miała zmienioną twarz?
Spojrzała na Catty i po jej wyrazie twarzy stwierdziła, że wszystko jest w porządku. Odetchnęła głęboko. Jak wytłumaczy się z tego swojej mamie?
- Vanessa Cleveland. Ze wszystkich dziewcząt z drugiej klasy po tobie akurat spodziewałem się czegoś lepszego.
Spojrzał srogo na jej przyjaciółkę.
- I Catty Turner.
Nie był zaskoczony jej obecnością. Podał obu dziewczynom kartki.
- Dostajecie po uwadze.
- Różowy to ładny kolor - ironizowała Catty.
- Tak jest - wymamrotała Vanessa.
Wycofała się z opuszczoną głową, podniosła z kałuży wody swoją torbę i wybiegła na zewnątrz.
Catty czekała na nią przy drzwiach.
- Nie mogę uwierzyć, że nas tu ściągnęłaś - powiedziała
Vanessa. - Co teraz wszyscy powiedzą? Uznają, że się tu zakradłyśmy.
- I co z tego? - Catty pogniotła i wyrzuciła kartkę z uwagą.
- Przecież nie zrobiłam tego celowo.
- Będziesz miała jeszcze większe kłopoty - odparła Vanessa.
- Nie wolno wyrzucać kartek z uwagami.
- Nie dostałybyśmy ich, gdybyś pozwoliła mi nieco zagiąć czas. Chcesz?
- Nie możesz zawsze używać swej mocy, by wymazywać nasze problemy. Za bardzo polegasz na zmianach czasu, które pozwalają ci uniknąć odpowiedzialności.
- Od kiedy to jesteś moją matką?
- Przepraszam. - Vanessa poprawiła torbę na ramieniu. - Ale to niebezpieczne.
- Niebezpieczne? - Catty zachowywała się tak, jakby nigdy wcześniej o tym nie rozmawiały.
- A co jeśli utkniesz w tunelu?
- Jeśli coś pójdzie nie tak, to z niego wypadnę. Tunel nie jest rzeczywisty. Poruszam się przecież szybciej niż światło.
- Być może.
Vanessa oparła się o skąpaną w słońcu ścianę. Mur był gorący i przyjemnie działał na jej bolącą głowę. Nie była równie przekonana jak Catty. Tunel wydawał się jej realnym miejscem. Momenty, w których próbowała mu się przyjrzeć, wydłużały się w nieskończoność.
- Nie wydaje ci się czasem, że należymy do jakiegoś innego świata? Że utknęłyśmy w jakimś zakrzywieniu czasu? Może dlatego twoja mama znalazła cię przy drodze.
- To tłumaczyłoby moją historię, ale co z tobą?
Catty stanęła obok Vanessy. Wypróbowały już wiele teorii, które miały wyjaśnić ich moce. Zakrzywienie czasu było kolejną z nich.
- Obawiam się, że w tym świecie można utknąć.
- To szaleństwo - odparła Catty. - Coś takiego się nie zdarzy.
- Obiecaj, że będziesz ostrożna, albo się rozkleję i powiem ci, jak wiele dla mnie znaczysz.
Catty delikatnie klepnęła ją po plecach.
- Przestań. Mam wszystko pod kontrolą. Rozluźnij się.
Vanessa spojrzała na przyjaciółkę. Poczuła, że dręczy ją coś przerażającego.
- Jak myślisz, kto mnie śledził?
Wyciągnęła z kieszeni okulary przeciwsłoneczne. Od upadku popękały szkła. Wrzuciła je do torby.
- Myślę, że masz cichego wielbiciela. Kogoś, kto się w tobie zadurzył.
- Cichy wielbiciel? - zażartowała Vanessa.
- Połowa chłopaków w szkole się w tobie kocha.
Jakby dla udowodnienia argumentu, obok dziewczyn przeszło dwóch starszych chłopaków z deskorolkami.
- Cześć, Vanesso - powiedział jeden z nich.
- Ładnie dziś wyglądasz - dodał drugi.
- Cześć - Vanessa zamachała do nich.
- Widzisz? - wskazała Catty.
- Po prostu jestem towarzyska. - Vanessa wzruszyła ramionami i wtedy przypomniała sobie, co tak naprawdę zaniepokoiło ją tamtej nocy. - Słyszałaś coś?
- Nie. A ty co myślisz, że słyszałaś?
- Wydawało mi się, że ktoś powiedział: "Znajdę cię później, gdy będziesz sama".
- Nie słyszałam tego - zadumała się Catty. - Ale gdybym usłyszała, to nieźle bym się wystraszyła!
Vanessa uniosła głowę i czując popołudniowe słońce na twarzy, stwierdziła, że nie jest w stanie przypomnieć sobie strachu, który czuła poprzedniej nocy. Groza rozwiała się jak dym.
- Cichy wielbiciel - powtórzyła łagodnie Vanessa.
- Zdecydowanie - powiedziała Catty. - Z początku był pewnie zbyt nieśmiały, by się do ciebie zbliżyć. Samotnik wracający z Planet Bang. Wreszcie zebrał się na odwagę, by porozmawiać z Vanessą Cleveland, najpopularniejszą dziewczyną w liceum La Brea...
- Nie jestem najpopularniejsza.
- Cicho bądź, to moja opowieść. Idzie, by z tobą porozmawiać, a ty panikujesz i uciekasz. Teraz musi cię gonić, żeby móc przeprosić za to, że cię przestraszył. Nagle obraca się, widzi nas i czuje się naprawdę zakłopotany, więc się ukrywa. Ciekawe, kto to taki?
- Ktoś taki jak Michael Saratoga - wyszeptała Vanessa, a poprzednia noc zaczęła głębiej zapadać jej w pamięć. - Mam nadzieję, że to Michael.
- Mówisz o mnie? - powiedział ktoś.
Nagle otworzyła szeroko oczy.
Michael podszedł do niej. Miał na sobie koszulkę z krótkimi rękawami, odsłaniającymi wijące się na ramionach tatuaże w kształcie drutu kolczastego. Dopiero co wyszedł z szatni, więc miał jeszcze mokre włosy. Gdy Vanessa spojrzała w jego duże ciemne oczy, pomyślała o starożytnym bogu słońca, który jakimś sposobem został uwięziony w miejskim koszmarze Los Angeles. Podobało jej się, jak spoglądały na nią te oczy. Popatrzyła na jego usta i idealnie białe zęby. Chciała, by te usta jej pragnęły. Jej molekuły zamruczały. Czy mógł usłyszeć jej pragnienie, niczym cichy pomruk rozchodząc się aż po komórkach jej ciała? Cholerna niewidzialność. Może jeśli pomyśli o nadchodzącej klasówce z geografii, to wrócą na miejsce.
- Cześć, Michael. - Próbowała uniknąć ekscytacji.
Podszedł bliżej, a Vanessa poczuła zapach dezodorantu i chloru. Odetchnęła głęboko.
Michael wciągnął powietrze nosem.
- Pachniesz cebulą.
Vanessa powąchała dłonie. Zapach cebuli i frytek chili podawanych w Johnny Rocket pozostał na czubkach jej palców.
- Przepraszam.
Jaka magia zaklęta w tych ciemnych oczach zmusiła ją do przeprosin?
- Lubię cebulę.
- Ja też - odparła. - Nie widziałam cię po szkole.
- Miałem trening piłki wodnej. - Michael uśmiechnął się.
- Tam pewnie mnie widziałaś.
Poczuła, jak rumieniec oblewa jej policzki, ale postanowiła się tym nie przejmować. To on powinien się rumienić. Uśmiechnęła się z bezczelnością, za którą mama nakrzyczałaby na nią. Wiedziała, że Michael też się zaczerwienił, i chociaż nie było tego widać na jego ciemnych policzkach, to zdradzało go przestępowanie z nogi na nogę i nerwowe chrząkanie.
- Masz ochotę spotkać się w sobotę? - spytał.
- A co planujesz?
To miała być randka? Tupnęła nogą, próbując zmusić swe molekuły do posłuszeństwa. Nie może teraz stać się niewidzialna.
- Coś specjalnego.
Opuszki jego palców delikatnie przesunęły się po jej ramieniu. W żołądku czuła coś jakby trzepot motylich skrzydeł, a na całym ciele mrowienie zadowolonych cząsteczek.
- Zgoda.
- To do zobaczenia w sobotę - powiedział Michael. - Będę po ciebie o siódmej.
Patrzyła, jak odchodzi z plecakiem kołyszącym się na ramieniu.