TOPIELICA ZE STAWU, PANI Z DWORKU
Wcześniej
Podczas gdy w lokalnej prasie nadal fetowano wodowanie pancernika Scharnhorst, uznając je za ogromny sukces Kriegsmarine[2], Wilhelm Halterman świętował osobisty sukces.
Uratował z toni młodziutką Ingrid Frommhagen.
"W końcu..." - westchnął w myślach, bo czuł, że jego marzenia o tym, by być bliżej niej, by ją zdobyć i zawłaszczyć, zaczęły się spełniać.
Zalana łzami, z pustym wzrokiem, dygocząc na całym ciele, dziewczyna wyglądała tak, jakby chciała się utopić. Wilhelm nie bez trudu wyciągnął ją z wody, opatulił lichym kożuchem, który zostawiła na brzegu, na wpół przytomną wziął na ręce i zaniósł do samochodu. Ważyła tyle co piórko (cięższy był chyba sam kożuch), a Wilhelm, choć z drewnianą nogą, dał radę. Dałby zresztą, gdyby ważyła dziesięć kilo więcej, bo chciał.
Jakże ona mu się podobała! Mimo że taka blada, spłakana i mizerna, z posklejanymi włosami i opuchniętymi oczami. Od kiedy trzy lata wcześniej dostrzegł ją w galowym mundurku podczas obozu Związku Niemieckich Dziewcząt[3], na którym znalazł się jako kombatant wojenny, by opowiadać młodym o Wielkiej Wojnie i wielkiej odwadze niemieckich żołnierzy, ciągnęło go do niej. A przecież dzieliła ich przepaść pokolenia, ponad dwadzieścia lat. Ta różnica nie przeszkadzała mu jednak wypatrywać jej na targu, w kościele, pośród młodych dziewcząt nad stawem w parku.
Zerkał na nią tak zachłannie, tak zaborczo. Czasami zagadywał, ale ona, onieśmielona jego wiekiem, do rozmowy skora nie była. Uprzejmie odpowiadała, kłaniała się z daleka, bo wiedziała, że tak trzeba. Ale nic ponadto.
Obojętne zachowanie młodej Frommhagen czasami irytowało go do tego stopnia, że krew w nim wrzała. Zaczajał się wtedy na nią, jakby była zwierzyną. Podążał jej śladem, tropił, pragnąc upewnić się, że nie zlega z byle wieśniakiem. Tego by nie zniósł. Ale nigdy z żadnym jej nie nakrył i sam coraz bardziej jej pożądał, choć wiedział, że nigdy nie posiądzie jej ciała. Bo nie mógł. Bo Wielka Wojna go okaleczyła i oszpeciła, zwłaszcza okolice lędźwi. Sprawiła, że sam nie potrafił na nie patrzeć, a i fizycznego spełnienia też poczuć nie dał rady. Fantazjował jednak, i to w sposób znacznie silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej, wręcz obsesyjny. Raz rozpędził się w tym fantazjowaniu. Stała wtedy nieopodal Stettiner Tor[4]. Zmierzchało. Wokół nie było nikogo, jedynie oni. Wilhelm zaszedł ją od tyłu i niby w zabawie objął niestosownie mocno i niestosownie blisko bioder. Odskoczyła jak oparzona.
- A coś ty taka dzika? - zapytał.
Spojrzała na niego swoimi sarnimi oczami.
- To żarty, żarciki przecież - tłumaczył.
- Proszę tak nie żartować. To nie przystoi.
- Ty mi nie mów, co mnie przystoi, a co nie - burknął.
- Źle mnie pan zrozumiał. To mnie nie przystoi znajdować się tak blisko pana - odparła odważnie.
Halterman zmierzył ją wzrokiem. Nie spodziewał się takich słów, ale w duchu przyznał, że mile go ta jej zadziorność zaskoczyła. Przełknął ślinę, bo z tego zachwytu aż w gardle mu zaschło, ale dla pozoru zrobił groźną minę.
- A tak w ogóle, co tu robisz po zmroku? Sama?
- Czekam.
- Na kawalera jakiego?
- W pewnym sensie.
- To znaczy? - zdenerwował się i Ingrid od razu to dostrzegła.
Jakiś nerw w jego oku, jakąś wściekłość.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo z bramy po przeciwnej stronie ulicy wyszedł postawny mężczyzna w średnim wieku.
- Ingrid! - zawołał surowo.
- Przepraszam, to mój wuj - rzekła do Wilhelma. - Z nim byłam umówiona.
Halterman poczuł ulgę. Odprowadził Ingrid wzrokiem, a kiedy zniknęła z pola widzenia, poprzysiągł sobie, że kiedyś ta piękna dziewczyna będzie jego. Za jej osobistą zgodą lub bez.
Niosąc ją na rękach piaszczystą drogą, przypomniał sobie o złożonej nie tak dawno przysiędze i zrozumiał, że los, podsuwając teraz Ingrid, wyraźnie mu sprzyja. Postanowił więc to wykorzystać i już nie wypuścić jej z rąk. Myślał, że nie będzie to łatwe, że trochę potrwa, a jego sakwa znacząco ucierpi, ale cóż. Tymczasem Ingrid miała stać się jego za darmo, i to już za moment.
Przekroczywszy próg domu, Wilhelm nakazał służbie zająć się nieoczekiwanym gościem. Przebrać dziewczynę, umyć, nakarmić i zakwaterować w gościnnej sypialni. Potem posłał po doktora.
- Wszystko z nią dobrze? - zapytał po badaniu.
Medyk pokiwał głową.
- Jest wycieńczona i zdaje się, że ma anemię. Przepisałem leki, ale nie wiem, czy ją na nie stać.
- Niech pana o to głowa nie boli. Coś jeszcze?
- Nie jadła. Chyba ze dwa dni. Proszę ją nakarmić. Na początek czymś cienkim, niezbyt tłustym, i przypilnować, by na pewno zjadła.
- Zje. Osobiście sprawdzę.
Doktor zmarszczył brwi, jakby zdziwiony, i odchrząknął. Halterman się zreflektował i wyciągnął pieniądze.
- Nie, nie o zapłatę mi chodzi - stwierdził. - Dlaczego trafiła do pana? Ingrid Frommhagen tu nie mieszka.
- Nic panu do tego. - Wilhelm wcisnął lekarzowi do ręki zapłatę z sowitym napiwkiem.
- Muszę wpisać adres na recepcie.
- To wpisuj pan mój. Chyba znasz?
Doktor mruknął pod nosem, zanotował dane na kartce i wyrwał ją z bloczka.
- Jeśli ta anemia się utrzyma - podał Haltermanowi papier - trzeba będzie położyć pacjentkę do szpitala.
- Zajmiemy się nią dobrze. Szpital nie będzie potrzebny.
- Wolałbym szpital, bo samo zapewnienie może nie wystarczyć. Nie chodzi przecież tylko o panienkę Ingrid... - Lekarz w szczególny sposób wymówił słowo "panienkę". - Ale i o dziecko. Może je stracić.
Wilhelma zamurowało. Zaczął pospiesznie mrugać, a potem kilka razy pokiwał głową.
- Tak, tak... - odezwał się w końcu, ale jakoś tak piskliwie, niewyraźnie. Ścisnął ramię doktora i skierował w stronę służby, co było jednoznaczne z pożegnaniem. - Jak rzekłem, zajmiemy się nią. Lepiej niż w tym waszym przybytku.
Po wyjściu medyka opadł na obite cielęcą skórą krzesło w swym wytwornym gabinecie. Zazwyczaj czuł się w nim jak lew, lecz teraz sam sobie zdawał się myszą. Mały, skurczony i na wskroś zaskoczony wiadomością od doktora.
"Ingrid Frommhagen, piękna Ingrid, była przy nadziei..."
Halterman zapalił papierosa, wstał i podszedł do okna, odprowadzając wzrokiem odjeżdżającego czarnym oplem doktora, a później patrzył za służącym, który zamykał bramę. Nieustająco na niego warczał. Tym razem jednak Wilhelm nie pomyślał o otwarciu okna i zelżeniu odźwiernego. Że za wolny, że niedokładny i że go wyrzuci z roboty na zbity pysk. Nie, nie zrobił tego, bo niby na niego patrzył, ale w rzeczywistości go nie widział.
W gabinecie spędził dobry kwadrans, po czym udał się do Ingrid. Droga na piętro była chyba najdłuższa w jego życiu. Po słowach, które usłyszał, próbował ochłonąć i jednocześnie układał w myślach przemowę.
Otworzył drzwi. Widząc go, Ingrid natychmiast wstała i wyprężyła się jak struna. Natknął się na jej wzrok. Smutny wzrok zranionej sarny.
- Przepraszam za kłopot - wyszeptała.
- Usiądź, proszę - powiedział łagodnie, a ona go posłuchała.
Wilhelm z troską otulił jej kolana kocem, pogładził po ramieniu i sprawdził dłonie. Były ciepłe.
- Nie chcę robić trudności. Pójdę już. Ubrania wypiorę i oddam.
- Nie trzeba. Możesz je wziąć. Są po mojej... Nieważne zresztą.
- Dziękuję, ale naprawdę muszę już iść. Ciotka na pewno mnie szuka.
- Wie, żeś u mnie. Posłałem wiadomość. Ale nie byłaby zadowolona ani ona, ani wuj, gdyby dowiedzieli się, żeś próbowała sobie życie odebrać - wypalił. - I żeś w ciąży.
Dziewczyna spurpurowiała, z jej oczu popłynęły łzy. Rzewne, szczere łzy.
- Nie becz. Który ci to zrobił?
Ingrid przetarła oczy i przeczesała palcami jeszcze mokre włosy.
- Za boską ingerencją to się chyba nie odbyło, co? - rzucił odrobinę złośliwie i zaraz pożałował, bo Ingrid spuściła głowę i posmutniała jeszcze bardziej. - Nie chciał ślubu? Z tobą? Taką ładną, młodą?
- To nie tak.
- A jak?
- Nie mogę powiedzieć.
Wilhelm ujął ją za rękę.
- Mnie możesz. Ja zrozumiem.
Ingrid zalała się łzami i długo nie mogła opanować. Wilhelm gładził ją po włosach.
- Sama tego nie rozumiem. Pan też nie zrozumie.
- Mam na imię Wilhelm i tak się do mnie zwracaj, Ingrid.
Nie patrząc na niego, jakby ze wstydu, pokiwała tylko głową.
- Ze mną możesz o wszystkim rozmawiać - dodał. - Mam trochę więcej lat od ciebie i zrozumiem. Wszystko zrozumiem. Naoglądałem się w życiu. Na wojnie byłem.
Ingrid znów skinęła głową i nie patrząc na Wilhelma, zaczęła dukać.
- Na tym ostatnim obozie... było inaczej. Od samego początku. Wszyscy jacyś napięci, wybuchali z byle powodu. Chłopacy ciągle się bili, dziewczyny kłóciły. O wszystko, dosłownie. O to, która ma większy biust, a która bardziej umięśnione nogi, która ma nieść sztandar, która ma iść na przodzie, a która na końcu. Głównie jednak o to, która z którym pójdzie do łóżka. Ja nie chciałam z żadnym, ja chciałam tylko z miłości i dlatego wytykali mnie palcami. Dla dziewczyn liczyło się tylko to, ile chłopak ma wzrostu i ile zrobi pompek. Czy ma niebieskie oczy, blond włosy albo chociaż jasną cerę i szczupły nos. Jak szybko biega albo czy wygrywa na pięści. Takich sobie wybierały. W naszym pokoju każdej nocy byli chłopacy. Czasami jeden z kilkoma po kolei, a czasami kilku po kolei z jedną. Po wszystkim dziewczyny do rana leżały z nogami w górze, "żeby dać dziecko Führerowi", tak mówiły. Ja nie chciałam i dlatego ostatniej nocy zgotowały mi piekło. Przywiązały do łóżka, zakneblowały usta i zwołały wszystkich chłopców, którzy wcześniej z nimi byli. I oni... Każdy z nich... Każdy po kolei, a niektórzy więcej niż raz... - Głos Ingrid się załamał.
Wilhelm pogładził ją pocieszycielsko po dłoni. Odchrząknęła i nie podnosząc głowy, mówiła dalej:
- Kiedy oni to wszystko robili, moje koleżanki dopingowały ich, jak na jakichś zawodach. Myślałam, że umrę. Z bólu. Ze wstydu. Ale nie umarłam. Po wszystkim ktoś rozwiązał mi ręce. Leżałam bez ruchu, nie wiem jak długo. - Ingrid ukryła twarz w dłoniach. - Dziewczyny wybiegły z pokoju, chłopcy też, a ja zostałam sama. Cała we krwi. Następnego dnia wstałam przed świtem. Wykąpałam się, uczesałam włosy, ubrałam odświętnie i udawałam, że nic się nie wydarzyło.
- Podasz mi ich nazwiska, a ja ich znajdę - rzekł twardo Wilhelm. - Wyciągnę konsekwencje, nie martw się.
Sięgnął po papierosa i zapalił.
- Nie. Niczego nie podam - stwierdziła Ingrid zasadniczo.
- Muszą odpowiedzieć za swoje czyny. Skrzywdzili cię.
- Skrzywdzili, ale nic tego nie zmieni. Żadna kara nie wróci mi tego, co straciłam. Nie chcę mieć z nimi do czynienia. Nie chcę ich nigdy widzieć. Nigdy więcej nie wrócę do szkoły, nie pojadę na żaden zlot, choćby mnie ciotka z wujem mieli na bruk wyrzucić, choćby mnie to życie kosztowało. Nigdy. Spaliłam swój strój i nie zamierzam nosić nowego.
Przez chwilę milczeli. Wilhelm wstał i podszedł do kredensu, żeby strzepnąć popiół do popielnicy.
- Jesteś pewna, że to wtedy zaszłaś w ciążę? Na zlocie? - zadał w końcu pytanie, które od dłuższego czasu w nim wybrzmiewało.
- Nie ma innej możliwości. Bo ja nigdy... - Głośno przełknęła ślinę. - Nigdy z nikim... - Złapała się za głowę. - Boże, jak ja powiem to wujostwu?
- Normalnie powiesz. Każde dziecko Rzeszy jest cenne i nikt nie ma prawa rzec ci złego słowa.
- Ale moja ciotka jest...
- Twoja ciotka też to wie i jeśliby choć słowem cię zbeształa, zostanie ukarana.
- Nie zna pan... Nie znasz jej, Wilhelmie - poprawiła się.
- Chętnie więc poznam i powiem jej do słuchu. A tymczasem mów, co zamierzasz.
- Nie wiem... - Pokręciła głową, a on ponownie usiadł obok niej. - Ja nic nie wiem. Jeśli ciotka z wujem mnie najpierw nie zabiją, a pozwolą urodzić, to potem zabiorą mi dziecko. Na pewno zabiorą... - Zaniosła się płaczem.
Wilhelm objął ją ramieniem i mocno przytulił.
"Będzie łatwiej, niż przypuszczałem... - pomyślał. To, za czym gonił, a raczej ta, za którą gonił, sama zjawiła się w jego progach i sama podała mu siebie na tacy. - Już nie odejdzie. Nie ma dokąd... Będzie moja. Moja..."
- Ale może i lepiej, że zabiorą... - chlipała Ingrid. - Ja nie wiem, czy dałabym radę wychować sama dziecko... No bo kto mi pomoże? Na spotkaniach mówili nam o tych domach dla młodych matek, ale czy mnie wezmą? Bo ciotka na pewno nie... Przytułek mnie czeka albo gorzej...
Wilhelm pozwolił jej się wygadać. Chciał, by mówiła, by snuła coraz gorsze scenariusze, by widziała się w coraz bledszym świetle. Z każdym słowem jego przewaga rosła.
- Mam propozycję - rzucił, kiedy skończyła. Podał Ingrid chusteczkę, a ona otarła oczy i policzki. - Jeśli się zgodzisz - zaczął łagodnie - jutro ogłosimy zrękowiny, a za miesiąc weźmiemy ślub i rozpowiemy o dziecku. A jak je powijesz, o przedwczesnych narodzinach.
Ta propozycja oszołomiła Ingrid. Dziewczyna wpatrywała się w niego pełnym niezrozumienia wzrokiem, nerwowo poruszając ustami.
- To chyba lepsze od opowieści o topielicy z jeziora, co? Od życia w przytułku albo pod mostem?
Ingrid nadal milczała.
- No... Powiedz coś! - ponaglił ją.
- Ale...? Ale dlaczego pan... Dlaczego to robisz? - spytała cicho.
- Bo jestem dobrym człowiekiem.
Ingrid uklękła u kolan Wilhelma, ujęła jego dłoń i ucałowała ją, a potem przytuliła ją do policzka. Mężczyzna poczuł, jak gorąc dumy rozlewa się po jego ciele. Takiego zachowania oczekiwał. Dokładnie takiego.
Jak postanowił, tak zrobił. Od następnego dnia adorował młodziutką Ingrid, prowadzał się z nią ulicami Pyritz, spacerował alejami Bürgerparku[5], przysiadał z nią w kawiarence, zabierał do kina. Nie przesadzał z umizgami, nigdy bowiem nie należał do wylewnych, ale obdarowywał kwiatami i czekoladkami. Kupił suknie, palto, organizował przejażdżki wykwintną, sprowadzoną z samego Wiednia bryczką. Poznał jej ciotkę i wuja i przeprowadził z nimi długą rozmowę. Ciotka wyszła z niej z błyskiem w oku, wuj zaś z nabożnością głaskał się po wypchanej kieszeni.
Dziwiło to znajomych Wilhelma, bo pozwalał Ingrid kierować swoim najlepszym mercedesem. Od zawsze chciała nauczyć się prowadzić, ale nigdy nie miała sposobności. Po zmierzchu nie pozwalał, bo raz się nie sprawiła, za dnia zaś i owszem.
- Ma dar - wyznał szczerze raz, podczas zakrapianej partyjki pokera. - Aż trudno uwierzyć, że kobieta pojmuje ten fach. Mówię wam, zrobię z niej kierowcę.
I rzeczywiście zrobił, bo Ingrid w lot nauczyła się jazdy autem, a Wilhelm w duchu musiał przyznać, że prowadziła lepiej niż niejeden mężczyzna. Na głos jednak tego nie wypowiedział, choć i tak wiele dobrego o niej wtedy mówił, a ludzie ze zdziwienia przecierali oczy.
- W końcu kogoś ma. Przestaną mu głupoty po łbie chodzić - mawiali nieliczni.
- Stary cap nie powinien o młódkach myśleć - plotkowali inni. - Ledwie osiemnastka, a on? Mógłby być jej ojcem.
- To se sierotę przygruchał! Słyszałem, że naobiecywał jej hektarów, bo za darmo z nim nie chciała - strzępili język przy piwie, koloryzując okoliczności.
Do Wilhelma wszystkie te głosy dochodziły, bo donosicieli miał wielu, ale nie zważał na komentarze. Liczyło się, że zdobył, co zaplanował. Dużo myślał o ciąży i dziecku, które nosiła Ingrid. Nikt mu już nie odbierze ojcowskiej satysfakcji, nikt nie zakwestionuje, że ma potomka. Że on, wielki i zamożny Wilhelm Halterman, ma dziedzica! Tylu z niego dworowało, tylu wytykało brak dzieci. Przecież Wódz był przeciwny bezdzietności, w pewnym sensie bezdzietność karał, a on? Ani żony, ani dziecka. Chciałby, marzył - i o jednym i o drugim, ale co najwyżej mógł zaciskać pięści, bo dziecka spłodzić nie był w stanie, a ośmieszać się przed kobietą nie zamierzał. W oczach ludzi wojna odebrała mu nogę. Nikt w Pyritz nie wiedział, że wyrwała z jego ciała coś dla niego najważniejszego, męskość, jednocześnie nie pozbawiając chuci, a wręcz ją wzmacniając. I to wcale nie do kobiet dojrzałych, o bujnych kształtach, a do drobnych i niepozornych.
Teraz miał u swego boku właśnie taką. Pełnoletnią, ale z urody dziewuszkę młodziutką, drobną. Dwadzieścia trzy lata młodsza Ingrid będzie jego żoną!
Ludzie przestaną gadać. Teraz na pewno.
Gdyby tajemnica Wilhelma wyszła na jaw, jego życie zmieniłoby się na gorsze, a plany dotyczące kariery zawodowej ległyby w gruzach. Bycie wdowcem nie oznaczało niczego złego ani niespotykanego, ale bycie mężczyzną bez lędźwi, bez szans na potomka, stawiało go w podłym świetle. Przez wiele lat próbował wślizgnąć się w polityczne struktury, zdobyć stanowisko we władzach. Bezskutecznie. Wilhelm wierzył, że to z powodu wdowieństwa i bezdzietności. Przez to drugie zresztą bardziej. Bo czego więcej mogło mu brakować?
Wcześniej stronił od kobiet, które w różny sposób próbowały go usidlić, odsyłał swatów. Nie zamierzał pokazywać się żadnej w negliżu, ale z Ingrid mógł zagrać tak, jak chciał. Czuł, był pewien, że dobra Ingrid okaże mu zrozumienie. Długo zastanawiał się, jakich słów użyć do wyjawienia jej tajemnicy i kiedy w końcu ułożył wszystko w głowie, a było to tydzień przed ślubem, ze strapioną miną usiadł obok niej w saloniku i zaczął mówić.
- Wiesz o mnie wiele, wiele jeszcze się dowiesz, ale o jednej rzeczy chciałbym, byś dowiedziała się teraz. To dotyczy mnie jako mężczyzny. I tych spraw... No... W sypialni.
Ingrid wzięła go za rękę i przycisnęła ją z miłością do swojego policzka.
- Nie jest mi łatwo, bo to bardzo intymna sprawa, ale skoro mamy być mężem i żoną...? - kontynuował, badając jej reakcję.
- Mnie możesz o wszystkim powiedzieć, Wilhelmie.
Spodziewał się takich słów.
- Obiecaj, że nigdy nikomu nie powiesz o tym, czego za chwilę się dowiesz.
Ingrid skinęła głową.
- Obiecaj.
- Obiecuję, Wilhelmie. Za tydzień będę twoją żoną, wejdę do twojej sypialni i żaden intymny szczegół nie będzie mi obcy.
- Właśnie. Mnie chodzi o ten intymny szczegół, jak się wyraziłaś. Bo... Kiedy wejdziesz już do mojej sypialni, nie będziesz w niej sobą... Bo ja... Po wojnie... Kiedy odłamek we mnie trafił, straciłem nie tylko nogę, ale znacznie więcej. Wyrwało mi kawał bebechów...
Ingrid zareagowała dokładnie tak, jak chciał - wydała z siebie ciche i zbolałe westchnienie.
- Nie myślę tu o żołądku, wątrobie czy co tam jeszcze jest. Z tym było nie najgorzej, ale... - Teatralnie przełknął ślinę. Na gładkim czole Ingrid pojawiła się długa zmarszczka. - Ci pieprzeni Polacy wyrwali mi to, co u mężczyzny najważniejsze... - Wykonał kolisty ruch ręką przy lędźwiach. Ingrid uniosła brwi. - I o mało nie straciłem życia, choć Bóg mi świadkiem, że były chwile, kiedy wolałbym zdechnąć.
- Bardzo ci współczuję cierpienia, które musiałeś znieść - powiedziała łagodnie. - Jeśli mogę jakoś ci ulżyć...?
Wilhelm odkaszlnął kilkakrotnie, a potem niepewnie na nią spojrzał. I wtedy już wiedział. Wiedział, że osiągnął wszystko, czego chciał.
- Nie, nie możesz... Chociaż...? Chociaż jednak chyba tak. Bo... Kiedy już będziemy mężem i żoną, to zaproszę cię do swojej sypialni, jak przystało na małżeństwo - mówił powoli, cicho, a ona, nieco zawstydzona, słuchała. - Ale przez to, co mi się przytrafiło, nigdy nie będę w stanie dać ci tego, o czym mogłaś słyszeć od kobiet, że dostają. Albo o czym gdzieś przeczytałaś. Rozumiesz, co mam na myśli?
Subtelnie pokiwała głową.
- Nie będę mógł z tobą... No wiesz... Bo...
Ingrid przyłożyła do jego ust dwa palce, jakby nie chciała, by jej się tłumaczył. On ucałował jej dłoń, a ona poczuła wzruszenie. W jej oczach pojawiły się łzy.
- Będę twoją żoną, zgodziłam się na to. I zostanę nią na dobre i na złe, w każdych okolicznościach, bo wierzę w małżeństwo. I to, co inni robią w swoich sypialniach, nie jest dla mnie ważne. My będziemy mieć swoją i będziemy w niej robić to, co jest nam pisane. Biorę cię na męża takim, jaki jesteś, ze wszystkim, co masz i... czego ci brakuje. Tak samo, jak ty mnie wziąłeś, nie pytając o to, co mam ani czego mi brak, bez stawiania warunków... - powiedziała szczerze i z oddaniem, a Wilhelm pomimo wcześniejszej pewności poczuł się dziwnie.
Usiadł do tej rozmowy z wyrachowaniem i przekonaniem co do tego, jak ona przebiegnie. Wiedział, że Ingrid na wszystko się zgodzi, czuł to od samego początku. Bo z jej oczu biło dobro, z jej ust szczerość, a z gestów łaska. Wiedział, jak będzie, a teraz, gdy jego przewidywania się sprawdziły, poczuł... wyrzuty sumienia. Szlag! Nie chciał ich czuć, a mimo to poczuł.
- Jest jeszcze coś, co... To, co powiedziałaś... Ja będę chciał, żebyś jednak zjawiała się w mojej sypialni, bo jestem mężczyzną, mam potrzeby, ale...
Ponownie zamknęła mu usta dłonią.
- Nie musisz niczego mi tłumaczyć, Wilhelmie. Niczego. Będę twoją żoną i przyjdę do twojej sypialni zawsze, gdy będziesz chciał. Taka moja rola i taka moja wola. Będę ci to ślubowała i słowami, całym ciałem i sercem.
Wilhelm ucałował jej dłoń, a ona pomyślała, że jeśli mąż zawsze będzie okazywał jej taką czułość, to jest szczęściarą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki