Córki chrzestne - Julia Albrecht, Corinna Ponto

-
Proszę czekać

Historia z poprzedniego stulecia

Corinna Ponto

Jesteśmy zwykłą rodziną. Dużo się śmiejemy, wygłupiamy i kłócimy. Nasze dzieci dorastają. Równolegle jednak, trochę w ukryciu, narasta coś groźnego. Istnieje bowiem głęboka rysa na rodzinnej historii, która wprawdzie ściśle łączy się z historią tego kraju i dotyczy nie tylko nas, dla nas jednak stanowi element jednostkowego losu.

Żyjemy w teraźniejszości, uczymy się na przyszłość i o niej myślimy - w przeszłość nie zaglądamy prawie wcale. "Opowiem ci o tym, jak podrośniesz!" - ile razy mam to jeszcze powtarzać obu moim synom?

W rodzinnej historii zapisały się dwie ucieczki. O ucieczce babci przed potwornościami wojny dzieci już słyszały. Jej rodzeństwo potrzebowało dziesięciu dni, aby wśród nalotów bombowych dotrzeć ostatnim pociągiem szpitalnym ze Śląska do internatu w Brandenburgii, gdzie chcieli odebrać moją matkę. Rozminęli się i odnaleźli w Holsztynie dopiero po czterech tygodniach strachu. Natomiast historia drugiej ucieczki, tej przed RAF-owskim terrorem, wciąż nie chce mi przejść przez usta. Yorck i David mają teraz po czternaście i jedenaście lat, a ja wciąż wzdragam się przed opowiedzeniem im tego wszystkiego dokładnie.

Boję się, że historia przemocy, która nagle wdziera się w prywatne życie, mogłaby ich zanadto przerazić.

Wiesz, Julio, opowiedziałam starszemu synowi o naszym spotkaniu, po tym, jak wspomniałam o roku 1977. Stwierdził, że musisz być chyba bardzo stara. Dla niego to historia z poprzedniego stulecia. Tak, to jest historia z poprzedniego stulecia - ale ty jesteś młoda i nasze spotkanie - ten swoisty wehikuł czasu - też jest młode.

Przez całe lata mówiło się, że dziadek zginął w czymś w rodzaju tragicznego "wypadku", potem stopniowo w opowieści pojawili się "terroryści" - ale opowiedzieć to wszystko, całą historię terroru we własnym domu, chronologicznie od początku aż do dziś? Jak?

Pozwól, że zacytuję fragment "wyznania", podpisanego przez twoją siostrę: "ludzie, którzy rozpętali wojny w Trzecim Świecie i wyrzynają całe narody". Chytrze uśmiechnięty dziadek na rodzinnym portrecie miałby wyrzynać całe narody? Już widzę oczy moich dzieci, szeroko rozwarte w niedowierzaniu.

Czy mam im odczytać płomienne wezwanie hrabiny Dönhoff, czy powinnam zacytować inne mądre artykuły z jesieni 1977 roku - czy mówić tylko własnymi słowami? Nawet wiem jakimi, ale z jakiegoś powodu nie chcę, by moje emocje wywarły wpływ na dzieci. Cóż więc robię? Pozwalam, żeby przeszłość nadal kryła się za zamkniętymi drzwiami.

Julio, jakie to dziwne - czy naprawdę mamy się teraz zdobyć na odwagę i wspólnie wejść do tego zamkniętego pomieszczenia?

Publikacjami o RAF-ie dałoby się wypełnić długie rzędy regałów. Może jednak zdołałybyśmy przedstawić historie dotąd nieporuszane i niewypowiedziane? Ta myśl przemawia mi do wyobraźni, choć jednocześnie martwi mnie, jak ciężkie zadanie nas w związku z tym czeka.

Przy okazji można by się zastanowić, czemu przez dziesiątki lat historię RAF-u rozpatrywano wyłącznie przez pryzmat sprawców, jednak nie to powinno stanowić nasz główny cel. Chodzi mi przede wszystkim o to, aby do istniejącej mozaiki dołożyć jeszcze inne kamyczki. Prawdopodobnie my dwie nie będziemy w stanie przeprowadzić szczegółowych poszukiwań - z pewnością jednak przedstawimy pewne kwestie, które dotąd pomijano i których jeszcze nie opisano.

Z pewnością we dwójkę możemy też dotrzeć do sedna - sedna zbrodni i sedna naszych wspomnień i uczuć. Nasza opowieść to tylko drobny fragment całej historii RAF-u, ale może przyczynić się do tego, aby zwrócić ofiarom nie tylko twarz, lecz także ich własną historię.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Ławka na Pariser Platz

Corinna Ponto

Gdy myślę o naszym pierwszym spotkaniu, paradoksalnie zawsze staje mi przed oczami obraz dwóch młodych policjantów z lubością wypluwających pestki ze zjadanych właśnie jabłek. Siedzieli w drzwiach policyjnej furgonetki, machając nogami, dwa metry od naszej ławki. Ich uśmiechy - nie mogli się przecież domyślać, pod czyje nogi celują pestkami - zderzyły się z naszym osłupieniem, olbrzymim napięciem, jakie w tamtej chwili odczuwałyśmy. Odpowiedziałyśmy im uśmiechem, bo cała ta sytuacja była tak dziwna, tak nierzeczywista.

W naszych osobach spotkały się dwa bieguny politycznej historii Niemiec, która tak bardzo obciążyła nasz kraj i która po dziś dzień stanowi jedno z największych wyzwań niemieckiej historii. Spotkałyśmy się po z górą trzydziestu latach akurat w najpilniej w tamtej chwili strzeżonym miejscu w całym kraju. Nad nami kołowały helikoptery, każdy skrawek placu był strzeżony przez policyjne furgonetki, tymczasem dwóch przedstawicieli kolejnego pokolenia władz państwowych uśmiechało się do nas dobrodusznie i wcinało jabłka. Odgłos pestek upadających na chodnik jeszcze dziś brzmi mi w uszach wyraźniej niż natarczywy hałas helikopterów.

Na ławce na Pariser Platz rozpoczął się dialog, podczas którego przyjrzałyśmy się kwestiom nurtującym nas obie i każdą z osobna, zaczęłyśmy też opowiadać sobie nawzajem o poszczególnych fragmentach naszego życia.

Rozmowa szybko przerodziła się w wartką wzajemną opowieść, nawet jeśli od początku przerywały ją też niekiedy chwile milczenia pełnego szacunku. Cały czas wyraźnie czułyśmy, kiedy lepiej będzie zamilknąć.

Przy pierwszym spotkaniu Julia miała łzy w oczach. Jej pierwsze pytanie brzmiało: "Czy ma pani chusteczkę?". Wręczyłam jej jedną ze słowami: "Zwykle nigdy ich nie mam przy sobie".

Przy drugim spotkaniu to ja płakałam.

Obie wpadłyśmy na pomysł, że warto kontynuować ten dialog w listach, aby umocnić i ocalić nasze wspomnienia. Wiara w to, że znajdziemy wspólną drogę, rozwijała się spontanicznie w każdej z nas. Przekazując sobie nawzajem swoje historie, zyskałyśmy możność stworzenia wspólnej opowieści.

Głos z innego świata

Julia Albrecht

Jej słowa wdzierają mi się do głowy jak głos z innego świata. Choć wcale nie są skierowane do mnie. To wypowiedź Corinny Ponto na temat zabójstwa jej ojca w książce Anne Siemens: "Dla RAF-u był elementem systemu, dla mnie - ojcem". Corinna Ponto zarzuca tam, bardzo ostrożnie, ale jednoznacznie, moim rodzicom, że nie opowiedzieli jej rodzicom, co się działo z moją siostrą Susanne przed jej wizytą w domu rodziny Ponto, 30 lipca 1977 roku.

Słowa Corinny na temat zabójstwa jej ojca docierają do mnie w chwili, kiedy i tak już zajmuję się przede wszystkim tą kwestią. Zdecydowałam się nakręcić film dokumentalny o konsekwencjach postępku mojej siostry i jego znaczeniu dla naszej rodziny, a więc dla nas. Od wielu miesięcy wraz z matką przeglądałam stare listy, dokumenty i fotografie i po raz setny wałkowałam wciąż to samo dręczące nas pytanie: jak to się mogło stać? Jak mogło dojść do tego, że Susanne wykorzystała własnych rodziców i przyjaźń między rodzinami do realizacji ideologicznych celów RAF-u?

Poczułam wewnętrzny przymus napisania do Corinny. Nie znałam jej. Niewykluczone, że widziałam ją kiedyś jako dziecko, ale wyleciało mi to z pamięci. Corinna była córką Jürgena Ponto. Szczupłą kobietą, stojącą obok matki na zdjęciu z pogrzebu Jürgena, które oglądałam setki razy. Dla mnie była nie tyle konkretną osobą, ile po prostu córką człowieka, którego śmierć umożliwiła moja siostra i za którą jest współodpowiedzialna. Od chwili, gdy matka Corinny, Ignes, od razu w 1977 roku zerwała z nami kontakty, nigdy później nie doszło do żadnego spotkania czy wymiany listów między naszymi rodzinami. Napisałam do Corinny Ponto list, który w skrócie przedstawiono poniżej; odnoszę się w nim do wywiadów, których udzielała.

Droga Pani Ponto,

wszystko, co czytałam na Pani temat w ostatnich miesiącach, poruszyło mnie do głębi. Nigdy przecież nie miałyśmy żadnego kontaktu. Nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, jak niewiele lat nas dzieli. Rok 1977 stanowił wielki wstrząs również w moim życiu. Nie tylko ze względu na niewiarygodną grozę tego, co się stało, bo i ja tak odbierałam przestępstwo popełnione na Pani ojcu. Ale też dlatego, że po prostu za nic nie mogłam pojąć, że to moja siostra je umożliwiła. Ojciec Pani był moim ojcem chrzestnym, a więc i dla mnie był bardzo ważny. (...) Zarzut pod adresem moich rodziców, że w żadnym wypadku nie powinni byli puścić mojej siostry do Państwa, mogę doskonale zrozumieć, bo i ja sama przez wiele lat myślałam podobnie. Przed zamordowaniem ojca Pani rodzice mieli wrażenie, że Susanne wróciła na dobrą drogę, że znów należy do społeczeństwa. Właśnie dlatego, że Susanne szukała zbliżenia z rodzicami Pani, sądzili, jak mówi moja matka, że się wreszcie opamiętała. (...)

Rodzice zdawali sobie sprawę, że Susanne była bardzo aktywna w środowisku lewackim, i bardzo się z tego powodu martwili. O ile wiem, nic jednak nie wskazywało na to, że Susanne miała jakikolwiek związek z wydarzeniami w Sztokholmie[1], i jestem absolutnie pewna, że rodzice o niczym takim nawet nie pomyśleli. Doszło jednak do aresztowania na holenderskiej granicy. Nie umiem dokładnie powiedzieć, jak moi rodzice ocenili to wydarzenie. Mam jednak wrażenie - choć i dla mnie samej jest to trudne do pojęcia - że ani tamto aresztowanie, ani udział Susanne w jednej z pierwszych akcji squattersów w Hamburgu nie uświadomiły im kontekstu, który kazałby im uważniej i bardziej krytycznie przyjrzeć się działalności córki. Może nawet było przeciwnie: chcieli jej wierzyć. Chcieli też wierzyć w to, że wszystko znów wróci na swoje miejsce. To jednak po części tylko spekulacje.

Nie mam bynajmniej zamiaru usprawiedliwiać tu czy bronić kogokolwiek. Potworny czyn mojej siostry jest mi całkowicie obcy. Zdrada rodziny Pani stanowi i dla mnie niebywałe obciążenie i wydaje mi się tak niepojęta, tak niewyobrażalna, jak chyba nic innego na świecie.

Pozdrawiam serdecznie,

Julia Albrecht

Wysławszy list na adres Fundacji im. Jürgena Ponto, poczułam podniecenie. Nie miałam jednak zielonego pojęcia, co może z tego wyniknąć. Czułam też, jak wzbiera we mnie wstyd: jak mogło minąć tyle lat, zanim pomyślałam o Corinnie? Czemu od chwili przestępstwa, a więc od trzydziestu lat, skupiałam się zawsze tylko na naszej historii, naszym cierpieniu i nigdy nawet nie zadałam sobie pytania, jak poradziła sobie z tym rodzina Ponto? Ich wszystkich, a także samo zabójstwo Jürgena oglądałam z perspektywy siostry jednej z uczestniczek zamachu.

Nie z punktu widzenia ofiary. Z jednej strony to pewnie całkiem normalne, że w takiej sytuacji człowiek dostrzega tylko własne nieszczęście i przymyka oczy na wszystko inne. Z drugiej strony uznałam, że ludzka przyzwoitość nie pozwala wytłumaczyć faktu, że nasza rodzina nie zainteresowała się losem Pontów ani razu od chwili, gdy jesienią 1977 roku Ignes Ponto napisała do mojego ojca list, w którym oznajmiła, że nie życzy sobie żadnych dalszych kontaktów, jako że niemożliwe jest jednoczesne opłakiwanie jej zmarłego męża i zaginionej córki taty.

Szczególnie przykry wydał mi się fakt, że mój ojciec - który był dla Corinny ojcem chrzestnym, tak jak Jürgen dla mnie - nigdy potem nie napisał do swojej chrześnicy. A może napisał? W jego spuściźnie znajdują się listy ze wszystkich etapów życia. Jest tam też "list" do zmarłego przyjaciela Jürgena z 1992 roku. Ojciec pisze w nim: "Przez te wszystkie lata o wiele za rzadko i zbyt powierzchownie wspominałem Ciebie i Twoją rodzinę. Chyba zabrakło mi siły, a może odwagi...".

To zabawne, jak łatwo dorosłym przeoczyć dzieci. A jednocześnie wiem już sama, jak trudno odnaleźć właściwą miarę, gdy chodzi o historie, które opowiadamy własnym dzieciom.

Odpowiedź Corinny przyszła błyskawicznie.

Droga Julio Albrecht,

tytułuje mnie Pani w swoim liście oficjalnie per "Pani", co uważam za dowód wielkiego taktu - a więc i ja odpowiem Pani w ten sposób. (...) Dziękuję za list. Powinnyśmy się zobaczyć - cały czas myślę o Pani, o jej odczuciach i okropnościach, które Pani przeżyła. Jest mi to bardzo bliskie. Dobrze byłoby porozmawiać. Proszę mi wierzyć, że mój obraz RAF-u i siostry Pani jest bardzo złożony i że zawsze starałam się wypowiadać na ten temat z możliwie największą ostrożnością.

Może z początku powinnyśmy ograniczyć się do korespondencji, pewnie przyjdzie nam to łatwiej, a też odświeży nasze wspomnienia.

Pozdrawiam serdecznie,

Corinna Ponto

Bardzo się ucieszyłam. Z radości zaczęłam podskakiwać na jednej nodze. Miałam uczucie, że zaczęłyśmy tkać nić, która może się okazać bardzo ważna. Zarazem wcale nie wiedziałam, o czym właściwie miałybyśmy rozmawiać.

Wymieniłyśmy więc kilka listów. Chciałam się z nią spotkać. Chciałam coś zacząć od nowa. Jej ojciec nie żył, mój był już bardzo słaby i zmarł w grudniu 2007 roku, na siedem miesięcy przed tym, jak spotkałyśmy się z Corinną po raz pierwszy. Mam nadzieję, że dotarło do niego jeszcze, że nawiązałyśmy ze sobą kontakt.

Pierwsze spotkanie odbyło się na Pariser Platz w Berlinie. Corinnie zależało, byśmy spotkały się na dworze. Przyjechałam punktualnie na rowerze, ale z początku nie mogłam się dostać na miejsce, bo plac był zamknięty ze względów bezpieczeństwa. Policjant przed hotelem Adlon powiedział, że w mieście przebywa Condoleezza Rice, amerykańska sekretarz stanu, i niedługo będzie tędy przejeżdżać. W końcu przedostałam się od innej strony. Na ławce, na której się umówiłyśmy, siedziała wysoka blondynka w dżinsach i wpatrywała się w ekran komórki. Na mój widok wstała, a gdy się do niej zbliżyłam, wzięła mnie w ramiona.

W tamtej chwili pękły lody. Jej uścisk wydał mi się niewiarygodny. A jednocześnie przyniósł mi wielką ulgę. Uznałam, że tym jednym gestem okazała taką wielkoduszność, że już choćby tylko z tego powodu wszystko wydało mi się możliwe.

Później, przy kolejnym spotkaniu, Corinna powiedziała, że rozpoznała czy też wyczuła we mnie mojego ojca, dlatego w pewnym sensie to spotkanie było też dla niej spotkaniem naszych ojców. Ja widziałam to inaczej. Po pierwsze, chyba nie byłam tak blisko związana z moim ojcem jak Corinna ze swoim. I po drugie, czułam się jak krewna przestępczyni, która spotyka krewną ofiary. Cały czas żywe jest we mnie poczucie winy i wstydu, które utrudnia mi zmierzenie się z historią - i z Corinną.

[1] Napad RAF-u na niemiecką ambasadę w Sztokholmie w 1975 roku (przyp. J.A. i C.P).