1.
Majątek Wigurów pod Łomżą, czerwiec 1805
Jaśmina Wigura, najstarsza z córek baronostwa, w białej powłóczystej sukience, z wiankiem z polnych kwiatów na głowie spacerowała brzegiem Narwi w towarzystwie ojca.
- Czy to nie dziwne, że odprowadza mnie tata na zabawę nad rzeką?
- Wolałbym mieć cię na oku, Miniu. - Uśmiechnął się do niej. - Poza tym też chciałbym poszukać kwiatu paproci, choć dobrze wiem, że te rośliny nie kwitną, nie tworzą owoców i nasion. Rozmnażają się za pomocą zarodników.
- Skoro tata zdaje sobie sprawę z tego, że taki kwiat nie istnieje, to po co go szukać i narażać się na niebezpieczeństwo, błądząc nocą po podmokłym gruncie?
- A kto powiedział, że nie istnieje? Może to nie paproć, a jakiś zupełnie inny gatunek rośliny. Istnieje wiele kwiatów kwitnących raz do roku, a nawet i rzadziej. Ludzie mogli go pomylić z paprocią, co nie oznacza, że wszystko sobie wymyślili. W każdej legendzie jest ziarnko prawdy.
- Dlatego tata zbiera różne manuskrypty, zwoje i stare księgi z legendami druidzkimi, słowiańskimi, celtyckimi, arturiańskimi, afrykańskimi, germańskimi, tartariańskimi, azteckimi i wszystkimi innymi, które da się zdobyć?
- Owszem. Poza tym nie mógłbym puścić cię na zabawę samej, więc weźmiemy w niej udział oboje. Twoja matka uparła się karmić Jagodę piersią, a ta domaga się mleka co dwie godziny. Bliźniaczki i Rozalia są jeszcze za młode, żeby ci towarzyszyć. Na kuzynów nie ma co liczyć. Brezowie mieli inne plany, a ciotka Elżbieta nie wypuści Ksawerego spod swoich skrzydeł, nim ten przekroczy trzydziestkę.
- Tato! - upomniała go córka.
- Wiem, że nie powinienem tak mówić, ale nikt nas tutaj nie słyszy, a baronowa zachowuje się niczym stara kwoka.
Jaśmina zachichotała i przytuliła się do ramienia ojca. Ryszard Wigura nigdy nie zachowywał się jak większość szlachciców. Był naukowcem, podróżnikiem, odkrywcą, badaczem, ale też wrażliwym i wesołym człowiekiem, który uwielbiał swoje córki i starał się przekazać im tyle wiedzy, ile tylko zdołał, nie traktując ich jako słabsze czy mniej rozumne od mężczyzn. I tak w wieku lat szesnastu Jaśmina biegle mówiła po angielsku, francusku i rosyjsku, posługiwała się całkiem sprawnie tureckim i arabskim, znała łacinę, czytała mapy, podstawowe hieroglify, głagolicę2, posługiwała się przyborami nawigacyjnymi, warzyła wszelkiego typu napary, wywary, mikstury i nalewki, potrafiła zszywać rany i rozpoznawać rodzaje urazów owiec, koni i bydła. Poza tym haftowała, jako tako malowała, tańczyła, rachowała, pisała piękne listy i robiła wszystko to, co powinna robić młoda panna w jej wieku.
2 Najstarsze znane pismo słowiańskie.
- Pamiętałaś o czarodziejskim zielu? - przypomniał ojciec.
- O bylicy? Oczywiście. - Wskazała na płócienną torbę przewieszoną przez ramię. - Wiadomo, że po wrzuceniu jej do ognia wzmacnia jego właściwości oczyszczające oraz krzyżuje i udaremnia wszelkie nikczemne praktyki czarownic.
- Jeszcze do niedawna ciebie również uznano by za wiedźmę. Ostatni proces o czary miał miejsce w państwie litewsko-polskim w tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym roku. Stracono wówczas czternaście niewiast, a w sumie w Europie, począwszy od lat siedemdziesiątych siedemnastego wieku, torturowano, spalono, powieszono, uduszono, utopiono lub zabito w jakiś inny sposób od czterdziestu do sześćdziesięciu tysięcy osób, najwięcej młodych kobiet.
- Myli się tata.
- Tak?
- Ofiarami oskarżeń padały przede wszystkim chłopki i mieszczanki, szlachcianek prawo zabraniało torturować, a bez tego żadna nie przyznałaby się do paktowania z diabłem. Na mnie, jako córce barona, trudno byłoby wymóc przyznanie się do winy.
- Doprawdy?
- Tak twierdzi profesor O'Brien.
- Skoro tak, to nie powinniśmy się niczego obawiać. Na szczęście czasy inkwizycji i palenia na stosie mamy już za sobą. Swobodnie mogę was uczyć o roślinach i ich zastosowaniu. Swoją drogą, zrobię ci mały sprawdzian.
- Bardzo proszę.
- Łacińska nazwa bylicy?
- Artemisia.
- Pięknie - ocenił. - Miejsce występowania?
- Europa, Azja i Ameryka Północna, choć mniej liczne gatunki można spotkać wszędzie poza Antarktydą.
- Doskonale - pochwalił. - Jesteśmy prawie na miejscu. Zaraz rozpocznie się rozpalanie ognisk. Mam nadzieję, że pójdzie sprawniej niż w ubiegłym roku.
- Dżdżyło wtedy, więc nie ma się co dziwić. Dziś mamy piękną pogodę.
- Nie pogniewasz się, jeśli cię zostawię przy ognisku na kilka minut i pójdę coś sprawdzić?
- Co takiego?! - Pozostawienie nieletniej dziewczyny nie było zbyt rozsądne, ale po baronie można było się tego spodziewać. W końcu zabrał już kiedyś córkę na wielomiesięczną wyprawę przez Europę i Morze Śródziemne do wybrzeży Afryki.
- Posadziłem tu niedaleko kilka roślin i chcę przeanalizować, jak się rozwijają w pobliżu konkretnych gatunków drzew. Taki mały eksperyment.
- Interesujące.
- Bardzo. Widzę sporo znajomych twarzy. Tam stoi nasza pokojówka. - Wskazał dłonią na pulchną młodą dziewczynę i pomachał do niej przyjaźnie. - Zaraz wrócę - zapewnił córkę. - Nie oddalaj się.
- Dobrze - obiecała.
Po odejściu ojca, mimo że wokół znajdowało się wielu przyjaznych jej ludzi, Jaśmina poczuła się osamotniona. Nie była jedną z dziewcząt folwarcznych, czeladniczek, służących ani chłopek. Te znały się i traktowały nawzajem jak równe sobie. Jej nikt co prawda nie odrzucał, ale inne szlacheckie rodziny z najbliższej okolicy nie próbowały bratać się z ludźmi należącymi do niższych klas społecznych i ci byli nieco uprzedzeni także do Wigurów.
- Panienka nie skacze? - usłyszała za plecami głos jednej z czeladniczek ich sąsiadów.
- Nie - odrzekła ostrożnie. - Popatrzę sobie.
- Żaden z kawalerów nie jest godzien chwycić panienki za rękę? - zakpiła inna, choć nie było w jej głosie słychać złośliwości.
Dziewczęta nie skakały pojedynczo, tylko w parach z młodzieńcami, którzy popisywali się skokami nieco wcześniej.
- Nie, ale nie jestem za dobra w podskokach.
- Żartowałam tylko, nie musi panienka, jeśli nie chce.
- A może jednak spróbuje? - spytał wysoki, szczupły młodzieniec o najciemniejszych oczach, jakie w życiu widziała, i uśmiechnął się do niej tak promiennie, że zapomniała o wszelkich swoich obawach.
- Nie wiem, czy to wypada.
- Nie proszę panienki o rękę, tylko o skok przez ognisko. - Uśmiechnął się, prezentując białe zęby. - To kupalnocka i wszyscy powinniśmy się cieszyć.
- A czy skok pary nie jest przypadkiem wróżbą ich szczęścia, objawiającego się w wiecznej miłości i wierności? - przypomniała.
- Im dłużej na panią patrzę, tym bardziej jestem skłonny pozostać jej sługą do końca swoich dni. - Puścił do niej oko.
- Doprawdy? - Zjeżyła się. - Nawet nie wie pan, jak mam na imię. - A w czerwonym blasku ognia wygląda jak syn władcy podziemi, dodała w myślach, prześlizgując się wzrokiem po jego śniadej twarzy, czarnych niczym onyks włosach i nienagannej, smukłej sylwetce. Dlaczego ktoś taki zwrócił na nią uwagę? I czego szukał w ich okolicy?
- Moje niedopatrzenie. Zdaje się, że ktoś powinien nas sobie przedstawić, ale w tych okolicznościach zasady salonowe nie obowiązują. Dalegor Kossakowski. - Ujął jej dłoń i ucałował czubki palców.
- Jaśmina Wigura - przedstawiła się i uśmiechnęła pod nosem. Imię Dalegor nie brzmiało jak wyrwane z czeluści piekielnych. - Ten, który oddala pożogę - wyszeptała.
- Sämin, kwiat jaśminu. Nie spotkałem się jeszcze z tym imieniem.
- To pomysł mojego ojca.
- Pasuje do pani - stwierdził, wpatrując się z uwagą w jej oczy. - Zatem?
- Co takiego? - Nie skojarzyła, o co pytał.
- Skaczemy?
- Nie wiem - odparła nieco onieśmielona. Nie rozumiała, co się z nią działo.
- Boi się pani?
- Trochę - przyznała, choć nie była w tym momencie pewna, czy bardziej ognia, czy tajemniczego młodzieńca.
- Pomogę. Proszę mi zaufać i mocno chwycić moją dłoń.
Podała mu rękę, a ten zamiast w stronę ogniska pociągnął ją do rzeki.
- Co pan wyprawia?! - krzyknęła, rozglądając się w poszukiwaniu pomocy. Jeden z wiejskich chłopków zareagował, ale uśmiech i gesty Dalegora go uspokoiły.
- Musimy zmoczyć stopy, wówczas żar nie będzie nam straszny. A jeszcze lepiej ubłocić je porządnie, wtedy z pewnością się nie poparzymy.
- Sprytna sztuczka - pochwaliła go i podeszła do bagnistego brzegu, by już po chwili z ubłoconymi stopami i wybrudzoną sukienką ustawić się w kolejce do skoku przez ognisko.
- Gotowa? - upewnił się.
- Bardziej nie będę.
- Biegniemy w miejscu, robimy dwa szybkie kroki i na trzy skaczemy - zakomenderował.
Odpowiedziała kiwnięciem głową.
- Zaczynamy. Raz, dwa, trzy! - Wyskoczyli i bez większego wysiłku znaleźli się po drugiej stronie ognia.
- Udało się! - krzyknęła zdziwiona i zapominając o wszelkich konwenansach, rzuciła się chłopakowi na szyję. - Przepraszam pana. - Odskoczyła od niego. - Nie powinnam, nie chciałam, zwykle tak nie reaguję... - tłumaczyła się.
- Ależ ja się nie gniewam. Nieczęsto piękne dziewczyny rzucają się na mnie w ten sposób. A już tym bardziej publicznie.
Jaśmina zarumieniła się niczym dojrzała malina. W tym samym momencie nadszedł jej ojciec.
- Dobry wieczór, baronie - przywitał się młodzieniec.
Jaśmina spojrzała pytająco na ojca.
- Dobry wieczór, panie Kossakowski. Widzę, że poznał pan już moją najstarszą córkę.
- Owszem. Zdążyłem nawet złożyć jej przysięgę wierności - zażartował, wskazując na ubłocone stopy i ognisko.
- Pan Kossakowski przyjechał tu po mikstury dla koni ze stadniny swojego ojca i zaproponowałem mu, żeby przyłączył się do zabawy - wyjaśnił córce baron. - Czy ma pan gdzie zanocować? - zwrócił się do młodzieńca.
- Nie planowałem noclegu. Prześpimy się na zmianę z moim furmanem w powozie.
- Nonsens. Zatrzyma się pan u nas i odpocznie. Oczywiście razem ze swoim woźnicą.
- To miłe z pana strony, baronie.
- Moja żona nie wybaczyłaby mi, gdybym puścił pana po nocy w podróż powrotną, zwłaszcza że to za moją namową przedłużył pan pobyt.
- Dziękuję.
- A teraz może poszukamy tego sławnego kwiatu? - podsunął myśl Wigura.
- Najpierw chyba puszczanie wianków - zauważył Dalegor.
- Rzeczywiście. Jaśmino, może spróbujesz?
- To chyba nie najlepszy pomysł. A jeśli nikt go nie wy... Może lepiej... - Zaczęła się denerwować.
- Proszę się nie obawiać. Prędzej utonę, niż pozwolę, aby pani wianek odpłynął w nieznane - zadeklarował młodzieniec, zorientowawszy się, że dziewczyna się boi, że uczestnicy zabawy zignorują jej wianek. - Nie miałem nic złego na myśli - usprawiedliwił się, pojmując pod wpływem wzroku barona, że nie było to zbyt fortunne stwierdzenie.
Gdyby twarz Jaśminy nie przybrała wcześniej barwy malin, to z pewnością poczerwieniałaby, słysząc tę sugestię. Skonfundowana, ale i podekscytowana dołączyła do innych dziewcząt, przywiązała do deseczki z umocowaną świeczką upleciony z polnych kwiatów wianek i puściła go na wodę. Nurt rzeki w tym miejscu nie był zbyt szybki, a woda na tyle płytka, by młodzieńcy mogli dotykać dna stopami. Ustawieni byli w odległości około stu metrów i po drodze parę wianków zdążyło zboczyć z kursu, zaplątać się o wystające rośliny wodne albo zwyczajnie utonąć, doprowadzając kilka dziewcząt do płaczu. Wianek Jaśminy płynął prosto przez dobre dziewięćdziesiąt metrów, niestety tuż przed finiszem zaczął zmierzać do przeciwległego brzegu i zapadać się w ciemnych odmętach. Utonięcie wianka wróżyło życiowe i miłosne kłopoty. Pannę, do której należał, według tradycyjnych wierzeń czekały nieodwzajemniona miłość, staropanieństwo, samotne wychowywanie nieślubnego dziecka, zgryzota, a nawet przedwczesna śmierć. Jaśmina nie wierzyła w zabobony, ale zaczynało jej się robić przykro, ponieważ wszystko wskazywało na to, że jej wianek zatonie. Do przeciwległego brzegu było dość daleko, a księżyc zaczynały przysłaniać ciężkie chmury, sprawiając, że nie było łatwo cokolwiek dostrzec.
Niezrażony tym faktem Dalegor rzucił się po swoje trofeum i popisując się umiejętnościami pływackimi, zanurkował i wynurzył się z wiankiem w dłoni.
Jaśmina i jej ojciec podbiegli i zaczekali, aż wyjdzie z rzeki.
- W takim stanie nie nadaje się pan na poszukiwania kwiatu paproci - uznał baron. - Jeszcze się pan nabawi jakiegoś choróbska.
- Postoję sobie przy ogniu i wyschnę.
- Ominie pana najciekawsza część.
- To przeze mnie - zauważyła Jaśmina, wdzięczna i onieśmielona poświęceniem. - Nie musiał pan tak ryzykować. To tylko zabawa.
- Obiecałem, a ja słowa staram się dotrzymywać.
- Postawa godna pochwały - zapewnił baron - jednak nie zmienia tego, że musi pan najpierw wyschnąć.
- Może dotrzymam panu przez ten czas towarzystwa i dogonimy tatę, jeśli będzie szedł wolno i stale w jednym kierunku? - zaproponowała Jaśmina, zapominając, że nie było to zbyt stosowne.
- Dobrze - odparł bez zastanowienia jej ojciec, nim zdołał pomyśleć, że nie powinien się zgadzać. - Będę szedł bardzo, bardzo powoli i ufam, że zostawiam córkę w dobrych rękach. Znam pańskich rodziców i wiem, gdzie pana znaleźć - dodał na wszelki wypadek, a potem zaśmiał się pod nosem, bo o młodzieńcu wiedział na tyle dużo, by móc mu zaufać.
Pozostali uczestnicy zabawy rozpierzchli się w różnych kierunkach, czy to w poszukiwaniu czarodziejskiej rośliny, czy na umówioną schadzkę. Jaśmina i Dalegor zostali przy ognisku.
- Wprawiłem panią w zakłopotanie? - spytał, ustawiając się blisko ognia. Trzymany do tej pory w rękach wianek odłożył na trawę.
- To raczej ja zachowałam się niestosownie.
- Miała pani dobre intencje.
Uśmiechnęła się i spuściła głowę.
- Chyba że nie do końca.
- Co pan sugeruje? - odważyła się zapytać i odwróciła gwałtownie głowę w drugą stronę, gdy rozpiął guziki koszuli, by ta szybciej wyschła.
- Tylko się z panią droczę. Pięknie się pani rumieni. - Uśmiechnął się promiennie, a jego twarz ozdobiły urocze dołeczki.
Jaśmina nie miała doświadczenia we flirtowaniu, ale odnosiła wrażenie, że słowa młodzieńca zmierzają właśnie w tym kierunku. Między poważnymi tomiszczami ojca czytywała czasem dla rozrywki lekkie pozycje z biblioteczki matki.
- Po jakiego rodzaju mikstury przyjechał pan do mojego taty? - Chwyciła się tematu, w którym czuła się zdecydowanie pewniej.
- Trenujemy konie wyścigowe, które wystawiane są w gonitwach w całej Europie. Mój ojciec sprowadza ogiery czystej krwi arabskiej z Bliskiego Wschodu, dzięki czemu mamy wysokiej jakości materiał rozpło... Przepraszam, zagalopowałem się. Nie powinienem poruszać takich tematów.
- Ależ to bardzo interesujące. Rozumiem, na czym polega krzyżowanie... hm... - Zakrztusiła się. - Przepraszam - wydukała. - Nie powinnam z panem rozmawiać w ten sposób. Niebawem zacznę bywać w towarzystwie, a nie potrafię zachować się, jak na młodą damę przystało.
- Nie jesteśmy na balu ani uroczystej kolacji, a ja też wolę mówić wprost i używać zrozumiałego języka, choć proszę mi wierzyć, potrafię odpowiednio dobierać słowa, jeśli zajdzie taka potrzeba. - Zrobił bardzo poważną minę, ale w jego oczach zdołała dostrzec wesołe iskierki. - Przesadziłem z treningiem i kilka koni nabawiło się urazów ścięgien i wiązadeł, niektóre przeciążyły mięśnie.
- To poważny problem.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Niestety okazuje się, że do długiej listy swoich wad muszę dorzucić brak cierpliwości i przerost ambicji. Sądziłem, że wiem już na tyle dużo o trenowaniu koni, że sam sobie z tym świetnie poradzę, a zamiast tego naraziłem mojego ojca na straty, a biedne zwierzęta na niepotrzebne cierpienie.
- Na szczęście mój ojciec opracował kilka skutecznych metod leczenia - powiedziała łagodnie Jaśmina. Nieczęsto spotykała ludzi, którzy przyznawali się do błędów, a jeszcze rzadziej takich, którzy dbali o dobro zwierząt. - Tyle że poza odpowiednimi opatrunkami pomocny bywa masaż, a tego trzeba się nauczyć. Radziłabym wzmacniać konie od środka.
- Od środka?
- Podawać im odpowiednią paszę, pamiętając o tym, że konie mają małe żołądki, i dbać o to, by nie zapełniały ich byle czym. Jeśli zależy panu na zdrowiu i dobrostanie zwierząt, radziłabym przyjrzeć się pastwiskom, sprawdzić, czy jakość trawy jest odpowiednia, włączyć lucernę, ziarna zbóż, sprawdzać, czy konie dostają czystą, świeżą wodę.
- Widzę, że naprawdę zna się pani na rzeczy - odparł Dalegor, patrząc na nią z uznaniem. - A co pani powie o skurczach mięśni? Mam młodego ogiera, któremu zdarza się utrata kontroli nad kończynami.
- Czy koń ten jest odpowiednio karmiony?
- Trzymam go ostatnio na padoku, ale jest tam trawa i dostaje dodatkowo paszę.
- A nie rośnie tam przypadkiem mlecz?
- Rośnie, ale konie go przecież nie jadają.
- Jeśli trawa ich zdaniem nie jest zbyt smaczna, to potrafią połasić się na mlecze, a te z kolei wywołują skurcze mięśni i wpływają na tętno konia.
- Będę musiał się temu przyjrzeć. A teraz przepraszam, ale muszę odwrócić się do pani tyłem i wysuszyć resztę ubrania.
- Proszę bardzo. Ja wysuszę buty. - Podeszła i ustawiła się obok niego, przysuwając jedną ze stóp do ognia.
- To niesamowite, że kobieta... że tak młoda osoba - poprawił się - wie tyle o hodowli koni.
- Uważa pan, że kobiety nie mogą posiadać rozległej wiedzy w dziedzinach, które powszechnie uważane są za typowo męskie?
- Przeciwnie. Nie spotkałem jednak do tej pory takiej, która chciałaby zgłębiać ich tajniki. Poza moją matką, ale ta skrzętnie ukrywa swoje zapędy, choć ostatnio uległa i zaczęła pomagać mi w nauce arabskiego i tureckiego.
- Mój ojciec również uczył mnie tych języków. Nie należą do łatwych. Ale przydają się, jeśli ktoś chciałby odwiedzić tereny imperium osmańskiego, choć, jak twierdzi, można tam spotkać wiele osób mówiących w naszym języku.
- To prawda. Kiedy Rzeczypospolita pod koniec ubiegłego stulecia została podzielona między Rosję, Austrię i Prusy, imperium osmańskie dało wyraz swojej dezaprobacie, zostawiając w trakcie oficjalnych spotkań dyplomatycznych puste miejsce dla posła Lechistanu. Wcześniej Polacy pojawiali się tam raczej jako wzięci w jasyr niewolnicy.
Jaśmina spojrzała na niego z uznaniem.
- Słyszy to pani? - spytał, rozglądając się naokoło.
- Co takiego? - zaciekawiła się. - Nie wierzę w istnienie wróżek, topielic i wodników, więc jeśli próbuje mnie pan nastraszyć...
- Skądże. Zdaje się, że ktoś gra na organkach.
- Rzeczywiście. Słyszę coraz wyraźniej.
- Grzechem byłoby nie skorzystać z nadarzającej się okazji.
- Czyli?
W odpowiedzi odwrócił się w jej kierunku, skłonił się z kurtuazją i wyciągnął dłoń w geście zaproszenia do tańca.
- Tutaj?
- Lepszej scenerii nie mógłbym sobie wyobrazić. Proszę spojrzeć w bok. Księżyc w całej swojej krasie rysuje długą, falistą drogę na ciemnej wodzie. Rzeka prezentuje się nadzwyczaj urokliwie, a wybujała natura zachęca do wesołej zabawy. Może nie natarła się pani nasięźrzałem zgodnie z tradycją, ale nie umniejsza to w niczym temu, że chciałbym z panią zatańczyć.
- Romantyk z pana. - Uśmiechnęła się nieco ironicznie, by ukryć wrażenie, jakie wywołał na niej młody mężczyzna. - Nie jestem jednak pewna, czy nam wypada.
- To noc radości i wolności. Dziś możemy pozwolić sobie na więcej - zachęcił.
Podała mu niepewnie dłoń, ale kiedy tylko przyciągnął ją do siebie, wszelkie obawy rozpłynęły się niczym poranna mgła, a do jej nozdrzy dotarł subtelny piżmowy zapach jego rozgrzanej ogniem skóry, który sprawił, że przestała myśleć o czymkolwiek innym poza ciemnowłosym młodzieńcem. Blask ogniska i srebrnej poświaty miesiąca okalały mocno zarysowaną linię szczęki, wydatne usta, gęste brwi i otulone miękkimi rzęsami niemal czarne oczy, w które, wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości, pozwoliła sobie spojrzeć. Utonęła w nich, przepadła, zapomniała o całym świecie. Istnieli tylko oni, ich taniec, miarowe oddechy, cicha muzyka, żywioły matki ziemi i firmament upstrzony prastarymi konstelacjami, będącymi świadkami tej magicznej chwili.
Uniosła odruchowo głowę, jakby nie ona kierowała własnym ciałem, a on pochylił swoją i wydawało się, że za chwilę ich usta złączą się w pocałunku.
- Niewiele o pani wiem, pani nie wie prawie nic o mnie. Choć bardzo mnie kusi, aby skraść pani pocałunek, nie powinienem tego robić.
- Ja również - wyszeptała, nie spuszczając z niego wzroku. W jego oczach dostrzegła coś, czego nie potrafiła określić. - Ale ta noc...
- Ta noc... - powtórzył i zaczął ponownie pochylać się w jej kierunku.
Jaśmina przełknęła ślinę. Rozsądek podpowiadał jej, że powinna go powstrzymać, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa i nie była władna nakazać mu odwetu. Nie chciała tego robić... Nieśmiało uniosła głowę i pozwoliła, by złożył na jej ustach delikatny, bardzo krótki pocałunek. Pełen pasji, odrobiny niepewności i... szacunku.
- Zgaduję, że nikt pani wcześniej nie całował, panno Wiguro.
- Skąd to przypuszczenie?
Spojrzał na jej zaciśnięte do białości kłykcie i unoszącą się z drżeniem klatkę piersiową.
- Zgaduję - rzucił z łobuzerskim uśmiechem.
- Czy to źle? - obruszyła się.
- Przeciwnie - odparł, nie spuszczając z niej wzroku, niczym drapieżnik bawiący się swoją ofiarą. - Podobało się pani?
- Nie wiem.
- Nie wie pani?
- Nie mam porównania. Kiedy go nabiorę, chętnie udzielę odpowiedzi.
Otworzył ze zdziwienia usta, a następnie skłonił się z uznaniem.
- Od teraz ma pani we mnie nie tylko wielbiciela jej urody i intelektu, ale i poczucia humoru. Choć przyznam, że to było jedynie cmoknięcie. Nie mógłbym wykorzystać pani niewinności. Jeśli panią uraziłem, przepraszam. Skłamałbym, twierdząc, że żałuję, ale przepraszam - uzupełnił.
Jaśmina uniosła brew, poruszyła nią nieznacznie, wyciągnęła dłoń, a on ujął ją mocno w swoją i pobiegli w kierunku, w którym poszedł baron Wigura.
Dopiero później zdała sobie sprawę z tego, że była to noc, podczas której po raz pierwszy zadurzyła się w mężczyźnie i którą wielokrotnie później przywoływała w pamięci. Ich pierwszy pocałunek, jeden z wielu, stanowiący jednocześnie krok do szczęścia i zguby...