Córka żywiołu - Leigh Fallon

-
Proszę czekać

Rozdział 1 Ten okropny pierwszy dzień Cztery miesiące wcześniej...

Mój pierwszy dzień w szkole... znowu. Wbiłam się w nowy mundurek i spojrzałam krytycznie w lustro. Mundurek! Wciąż nie mogłam w to uwierzyć. W Bostonie mundurki obowiązywały tylko w drogich, prywatnych szkołach. Ale wystarczyło kilka minut googlowania i już wiedziałam, że tu, w Irlandii noszą je wszyscy uczniowie. Mój składał się z szafirowego swetra w serek (a przynajmniej czegoś, co ja nazwałabym "sweater", bo list ze szkoły wymieniał to jako "jumper", ale ja naprawdę jeszcze się nie przyzwyczaiłam do irlandzkiego angielskiego), szarej spódniczki i krawata w niebiesko­-żółte paski. Ohyda oczywiście, ale mogło być gorzej. Przynajmniej łatwo wtopię się w tłum.

Skrzywiłam się do odbicia w lustrze i poprawiłam gumkę, którą związałam falujące, brązowe włosy. Naprawdę przydałaby mi się odrobina makijażu - chociaż kapka maskary i błyszczyk - ale stanowisko szkoły w tej sprawie było jasne: żadnego malowania się. Pozostałości zakonnych korzeni.

W końcu, średnio zadowolona z wyglądu, zeszłam na dół, gdzie tata już siedział w kuchni przy laptopie i coś tam mruczał o kablach.

- Cześć, tato. Udało ci się to uruchomić?

- Hej, Meg - powitał mnie z lekko zdezorientowaną miną. - No, tak, działał jak trzeba, ale potem ni stąd, ni zowąd całkiem padł.

- Każde urządzenie elektryczne działa o wiele lepiej, gdy jest podłączone do prądu. Bateria ci się wyładowała. - Podeszłam do wtyczki, włożyłam ją do gniazdka i włączyłam na nowo komputer.

- Działa! - zakrzyknął.

- Cud techniki - rzuciłam przez ramię, wkładając dwie kromki chleba do tostera. - Jak tam w nowej pracy?

- Świetnie. Może zaszłabyś do mnie do klubu po szkole? Oprowadzę cię po moich włościach. Mam przeczucie co do tego miejsca, Megan. To może być właśnie to.

Miałam nadzieję, że się nie myli. Byłoby miło zostać w jakiejś szkole dłużej niż rok, nawet jeśli to oznaczało mieszkanie w Kinsale.

- Jasne, tato. Wpadnę do ciebie po lekcjach - obiecałam. Tosty wyskoczyły, więc szybko posmarowałam jeden masłem. - Czas na mnie. Muszę znaleźć wszystkie klasy i w ogóle.

- Powodzenia - powiedział, wyglądając zza komputera z uśmiechem, który miał mi dodać otuchy. - Poradzisz sobie. Jestem pewien, że od razu poczujesz się jak w domu.

Szkoła znajdowała się całkiem niedaleko, a po drodze (na szczęście w dół) zobaczyłam masę dzieciaków zmierzających w tym samym kierunku. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Właściwie było tak, jakby ludzie w ogóle mnie nie zauważali. Punkt dla mnie za niewyróżniający się wygląd. Mam metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i bladą skórę usianą piegami, więc idealnie pasowałam do morza twarzy sunących w stronę szkoły. Pewnie nawet uszłabym za Irlandkę z tymi moimi ciemnozielonymi, migdałowymi oczami po tacie i małą, owalną twarzą po mamie.

Skręciłam za róg i ujrzałam szkolną bramę. Trochę ścisnął mi się żołądek. Szkoła znajdowała się w długim, parterowym budynku. Przed nim był parking, a za nim boiska do koszykówki i piłki nożnej. Wzięłam głęboki oddech i skierowałam się w stronę głównego wejścia, gdy moją uwagę zwróciły czyjeś oczy. Za bramą, opar­ty o latarnię stał wysoki chłopak. Gapił się na mnie. Zadrżałam i poczułam mrowienie w dłoniach. Zacisnęłam je w pięści i spuściłam wzrok.

Co jest, u licha?

Tak się zmieszałam, że zrobiłam krok, zupełnie nie patrząc, i wpadłam na jakąś dziewczynę.

- Bardzo przepraszam! - krzyknęłam, gdy zachwiałyśmy się i złapałyśmy nawzajem. Szybko obejrzałam się w stronę latarni, ale chłopak już zniknął.

- Nic się nie stało - zaćwierkał przyjazny głos. - Szukasz kogoś? - Podążyła za moim wzrokiem z widoczną ciekawością.

- Nie, nie... To znaczy tak. Muszę znaleźć gabinet dyrektora.

- Nowa?

- To aż tak rzuca się w oczy? - spytałam ze śmiechem.

- Jestem Caitlin - przedstawiła się. - Jesteś w piątej ­klasie?

Powiedziała "fifth term" - kolejny termin, do którego będę się musiała przyzwyczaić. W Ameryce powiedziałabym po prostu, że jestem "juniorem".

- No, mam na imię...

- Megan - dokończyła za mnie i uśmiechnęła się przepraszająco na widok mojego zdumienia. - To małe miasto. Zastanawialiśmy się, kiedy się wreszcie pojawisz. - Wskazała na szkołę. - Do gabinetu dyrektorki musisz przejść przez te podwójne drzwi i na prawo. Dyrektorką jest siostra Basil. - Wymówiła to imię złowieszczym tonem.

Poczułam, jak blednę.

Świetnie. Straszna zakonnica.

- Nie jest aż taka zła - pocieszyła mnie Caitlin. - Surowa, ale sprawiedliwa. Patrz jej prosto w oczy i cokolwiek powie, potakuj, a wszystko będzie w porządku.

- Dzięki - rzuciłam, odwracając się. Potarłam dłonie, usiłując pozbyć się nieznośnego mrowienia, które wciąż czułam.

- Powodzenia! Na pewno wkrótce znów się zobaczymy. Daję głowę, że będziemy razem na jakichś zajęciach. - Pomachała mi i poszła sobie.

Dzięki radzie Caitlin spotkanie z siostrą Basil minęło bez żadnych problemów. Szybko załatwiła formalności, dała mi mój plan lekcji i mapkę szkoły, a potem wypchnęła mnie ze swojego gabinetu.

W Irlandii lekcje podzielone są na bardziej i mniej zaawansowane w zależności od zdolności ucznia. Na szczęście dostałam się na zaawansowany angielski i to była moja pierwsza lekcja. Ruszyłam przez korytarz, wpatrując się w mapę od siostry Basil. Gdy dotarłam do klasy, było w niej już całkiem sporo uczniów. Rozmawiali między sobą. Usiadłam w pierwszej wolnej ławce, otworzyłam mojego Hamleta i robiłam, co mogłam, żeby wyglądać na pogrążoną w lekturze, w rzeczywistości podsłuchując paplaninę wokół.

To niepojęte, jak szybko ludzie tu mówią. Wciąż nie mog­łam się przyzwyczaić do ich melodyjnego akcentu. Upuściwszy długopis (niby przypadkiem), schyliłam się, żeby go podnieść, i dzięki temu mogłam się nieco rozejrzeć. Sama byłam zaskoczona tym swoim zdenerwowaniem. Zawsze uważałam, że z łatwością przystosowuję się do nowych miejsc. Talent ten mogłam nieprawdopodobnie rozwinąć dzięki coraz to nowym szkołom i znajomym. Ale dziś było jakoś inaczej. Podrapałam się po szyi. Zaczynała mnie swędzieć, gdy byłam podenerwowana. Znów wróciło mrowienie w rękach, aż stały się zimne i jakieś nieprzyjemnie sztywne. Wcisnęłam je sobie pod uda, żeby je ogrzać i trochę polepszyć krążenie.

I wtedy właśnie do klasy wkroczyła Caitlin. Z szerokim uśmiechem podeszła wprost do mnie.

- Widzisz? Mówiłam, że będziemy razem na jakichś zajęciach - powiedziała i rzuciła książki na ławkę. Spojrzała ponad moją głową, zawahała się i w końcu usiadła, by od razu pochylić się w moją stronę. - Znasz Adama?

Pokręciłam głową.

- Kogo?

- Adama DeRísa. Siedzi za tobą. Nie patrz teraz, bo się gapi.

Poczułam, jak gorąc wędruje powoli po mojej szyi, aż zapiekła mnie lekko blizna. Korciło mnie, żeby od razu się odwrócić i spojrzeć.

- Nikogo tu nie znam.

- Hmm, ale on zachowuje się tak, jakby cię znał. Cały czas się gapi. Dziwne. Zwykle zajmuje się tylko sobą i ma nas wszystkich w nosie. Cholibcia - mruknęła, odwracając raptownie głowę w moją stronę. - Przyłapał mnie, jak się patrzyłam. I tak już wydaje mu się, że jest nie wiadomo kim.

Spojrzałam kątem oka, tylko lekko odginając szyję, żeby jakoś go dojrzeć, ale właśnie wtedy weszła nauczycielka i z miejsca zarzuciła nas Szekspirem.

Gdy lekcja się skończyła, Caitlin szybko spakowała swoje książki i notatki. Ja ociągałam się, bo liczyłam na to, że ten cały Adam zbierze się pierwszy i będę miała okazję rzucić na niego okiem, gdy będzie wychodził z klasy.

Caitlin obejrzała się niezauważalnie przy wstawaniu z ławki.

- Nadal się gapi - szepnęła, ledwie poruszając ustami, gdy odwracała się, żeby porozmawiać z dziewczyną siedzącą za mną. - Powiem ci, jak będzie szedł.

Ledwie to powiedziała, usłyszałam szuranie krzesła, a Caitlin trąciła mnie łokciem i uniosła brwi. Wiedziałam, że zachowuję się zupełnie głupio. Miałam siedemnaście lat, a nie dwanaście. Ale po prostu musiałam zobaczyć, co to za facet. Spojrzałam ukradkiem, gdy usłyszałam, że jest już blisko. To był ten sam typ, który patrzył na mnie wcześniej przy bramie. Serce zaczęło mi bić jak szalone, a ręce znów zesztywniały i poczułam mrowienie. Gorąc uniósł się aż na twarz.

- Oho, nowa ma chętkę na Adama - prychnęła blondyna za mną. - Nie trać czasu, lala - dodała, przedrzeźniając amerykański akcent.

- Jennifer! Raz mogłabyś być miła! - Caitlin klepnęła ją żar­­tem, gdy Jennifer przepychała się między nami do ­wyjścia.

Adam obejrzał się na mnie i wpadł na framugę. Zamrugał i pocierając ramię, wyszedł szybko. Jennifer odwróciła się w naszą stronę, otwierając szeroko usta, a potem ruszyła za nim, śmiejąc się głośno.

Caitlin chwyciła mnie za rękę i razem ruszyłyśmy przez zatłoczony korytarz.

- Nie przejmuj się Jennifer. Po prostu ci zazdrości, bo na nią nigdy nawet nie spojrzał. On jest trochę dziwny, ten cały Adam.

Kiwałam bezmyślnie głową. Umierałam ze wstydu. Jak mogłam tak głupio zareagować na zupełnie nieznanego mi chłopaka?

Caitlin zauważyła moją minę i szybko zmieniła temat.

- Pokaż mi swój plan lekcji - powiedziała, zerkając na papier, który trzymałam razem z notatnikiem. - O, świetnie, mamy razem francuski. Tylko czekaj, aż zobaczysz pana Flooda!

Odprężając się nieco, uśmiechnęłam się do niej.

- A co?

- Jaką on ma twarz! Taką facjatę to może kochać tylko matka, ale nie to jest najgorsze.

Spojrzałam na nią pytająco.

- A co jest najgorsze?

Zmarszczyła nos z obrzydzenia.

- Sama zobaczysz.

Przeszłyśmy szybko do następnej klasy i po chwili zrozumiałam, dlaczego Caitlin bardzo mądrze wybrała dla nas ławkę na szarym końcu. Pan Flood każde słowo wymawiał z wielką emfazą i nie ulegało wątpliwości, że jest niezwykle dumny ze swych krasomówczych talentów. Najbardziej cierpiały na tym pierwsze ławki. Ludzie krzywili się i z obrzydzeniem wycierali twarze. Jedna z nich należała do Jennifer, która spóźniła się na lekcję. Otarła policzek rękawem swetra, a ja zaśmiałam się cicho. Sprawiedliwości stało się zadość.

Choć starałam się skupić na lekcji, myślami wciąż wracałam do Adama. Było w nim coś innego. Emanował arogancją - od czubka tego idealnie prostego nosa po starannie rozczochrane ciemne włosy. Był zupełnie nie w moim typie. Nie żebym w ogóle miała jakiś typ. Nigdy nie zagrzaliśmy nigdzie miejsca, więc naprawdę nie miałam dotąd szansy na nawiązanie czegokolwiek poza przelotnymi znajomościami.

Nagle zauważyłam, że pan Flood stoi tuż nade mną.

Excusez­-moi, mademoiselle, mais peux j'ayez s'il vous plaît votre attention - powiedział, nachylając się nad moją twarzą i nie skąpiąc fontanny śliny.

Oui, monsieur, je suis désolée - wybąkałam, wracając raptownie na ziemię. Dobrze, że Adam nie chodzi na francuski, bo naprawdę powinnam się już wreszcie skupić.

Pan Flood wrócił do swojego biurka, a gdy nie patrzył, szybko otarłam twarz.

- Musisz przyznać, że to nazwisko świetnie do niego pasuje, nieprawdaż? - szepnęła Caitlin.

Pierwsza połowa dnia przeleciała mi bardzo szybko, mignęła lekcja za lekcją i już była pora na lunch. Siadłyśmy z Caitlin na trawniku przed szkołą i zabrałyśmy się do wcinania naszych rozmokłych kanapek. Inni też rozsiedli się grupkami na trawie i grzali się w słońcu. Było dość ciepło jak na wrzesień i właśnie podwijałam rękawy, gdy dołączyła do nas Jennifer.

Potargała mi włosy na powitanie.

- Przepraszam za wcześniej. Tylko sobie żartowałam. Nie gniewasz się, co?

Usiadła i uśmiechnęła się do mnie.

- Jasne, że nie - wymamrotałam, lekko zaskoczona tak nagłą zmianą.

Gdy tak siedziały obok siebie, Jennifer i Caitlin wydały mi się jak noc i dzień. Jennifer miała pasemka i na pewno prostowała włosy, a jej twarz była gładka i opalona (założyłabym się, że sztucznie). Była ładna, ale też wyraźnie sporo się nad tym napracowała. Wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że ma na twarzy niezłą tapetę. A zatem surowa polityka szkoły co do makijażu nie była jednak aż tak bezwzględna. Skoro przechodziły takie rzeczy, na pewno nikt by się do mnie nie przyczepił o odrobinę make­-upu.

Caitlin była przeciwieństwem swojej koleżanki. Miała jasnobrązowe włosy, które w długich pasmach otaczały jej przyjazną, ładną twarz. Jej szeroki uśmiech był szczery i wesoły, a na twarzy nie widziałam ani ociupinki makijażu.

Jennifer wstała i zamachała do dwóch chłopców, którzy stali przy szkolnych drzwiach. Jeden miał kręcone, jasne włosy i na jej znak skoczył w naszą stronę z szerokim uśmiechem. Zauważyłam, że Caitlin lekko się rumieni i spogląda na niego nieśmiało. Drugi miał ciemne włosy, które sterczały mu we wszystkie strony.

- Cześć, Jennifer - powiedział ten z ciemnymi wło­sami.

- Darren, to ta nowa z Ameryki, o której ci opowiadałam. Ma na imię Megan - przedstawiła mnie Jennifer.

- Ach, więc to przez ciebie DeRís chodzi dziś cały ranek jak nieprzytomny. Muszę przyznać, że fajnie jest zobaczyć go w takim stanie. Dobra robota, Megan. Witamy w metropolii zwanej Kinsale.

- D'Reese? - spytałam, patrząc na Caitlin.

- Adam DeRís, ten chłopak, który rano tak się na ciebie gapił - wyjaśniła.

- Lepiej się do niego nie zbliżaj - powiedział Darren ze złośliwym uśmieszkiem. - Bo cię zmieni w ropuchę czy coś... - Świsnęła piłka i trzasnęła go prosto w głowę. - Hej! To bolało, pacany! - krzyknął do grupki chłopaków stojących przy bramce.

- Chodź, Killian, zaczynają bez nas - mruknął Darren, lekko szturchając blondyna, który właśnie patrzył na Caitlin. - Jennifer, spotykamy się po szkole przed bramą, tak?

- Jasne - odparła Jennifer, trzepocząc rzęsami. Potem odwróciła się do nas. - Nie mogę się z nim nie zgodzić. Super jest wreszcie zobaczyć, jak pan Über­-cool i Megapozbierany zachowuje się jak patafian. - Otaksowała mnie zadowolonym spojrzeniem. - Mam przeczucie, że będziesz bardzo użytecznym dodatkiem do naszej paczki. Ale, ale... czy ktoś wreszcie spyta mnie, co zaszło w ten weekend między mną a Darrenem? - Uśmiechnęła się znacząco do Caitlin.

- Że niby ciebie trzeba pytać? - mruknęła Caitlin, przewracając oczami.

I tak Jennifer zagłębiła się w szczegółowe wyjaśnienia, w jaki sposób spiknęli się z Darrenem w weekend, nie szczędząc nam żadnych drobiazgów. Im bardziej się ekscytowała, tym szybciej mówiła, aż w końcu zupełnie przestałam ją rozumieć. To nawet nie brzmiało jak angielski. Myślami wróciłam do tego, co powiedział Darren. Czy ja się przesłyszałam, czy on coś wspomniał o ropuchach? Głos Jennifer stał się tylko tłem, bo moją uwagę przykuł znajomy profil.

Przy szkolnej bramie stał Adam i najwyraźniej się z kimś kłócił. Widziałam, jak marszczy brwi i zaciska pięści. Ciemne, falujące włosy tego drugiego były tak długie, że spływały mu aż na kołnierz skórzanej kurtki. Wskazywał dłonią na szkołę, twarz miał wykrzywioną ze złości, a potem nagle odwrócił się i odszedł. Adam patrzył za nim i pocierał dłonią kark.

Ciekawe, o co chodzi. Nagle odwrócił się i popatrzył mi prosto w oczy. Pod ciężarem jego wzroku, uciekłam spojrzeniem i podrapałam się po swędzącej znów szyi. Gdy podniosłam głowę, już go nie było.

Znów dotarł do mnie głos Jennifer. Najwyraźniej zakończyła opowieść, bo westchnęła i wyglądała na rozmarzoną.

- Ale super, nie, Meg? - spytała Caitlin, zwracając się w moją stronę.

- Yyy, no, jasne. Świetnie - odparłam prędko.

- No to co, Caitlin? A ty kiedy wreszcie coś zrobisz z tym Killianem? - chciała wiedzieć Jennifer.

Caitlin spłoniła się, na co Jennifer przewróciła oczami.

- No, przestań. Latasz już za nim od dwóch lat, dziewczyno! To staje się po prostu nudne. Przecież wszyscy wiedzą, że za nim szalejesz!

- Oj, zamknij się, Jennifer - prychnęła Caitlin, ale bez złości. - Chodźcie, czas wracać do klasy. - Skoczyła na równe nogi i pociągnęła mnie za ręce. - Ja cię kręcę, ale masz lodowate dłonie - zawołała i puściła mnie, żeby podnieść z ziemi sweter, który cały już był w trawie.

- Wiem. Od rana są takie. - Pokręciłam głową z frustracji i schowałam dłonie w rękawy, gdy szłam za nią do ­środka.

Caitlin złapała mnie po lekcjach, gdy zmierzałam w stronę bramy, i wyciągnęła komórkę.

- Dasz mi swój numer? Czuję, że będzie mi koniecznie potrzebny, żeby zadzwonić dziś wieczorem i się trochę nad sobą poużalać.

Uniosłam wciąż lodowate dłonie.

- Sorki, nie mam jeszcze irlandzkiej komórki, ale pracuję nad tym.

Zrobiła przerażoną minę.

- Nie masz komórki?! I jak ty tu przetrwałaś tak długo?

Wybuchnęłam śmiechem.

- Obiecuję, że załatwię sobie telefon do końca tygodnia. Zaraz spotykam się z tatą. Przycisnę go.

Nagle śmiech zamarł mi na ustach. Kawałek od nas na ulicy stał Adam i opierał się o obdrapanego starego volkswagena golfa. Rozmawiał z tym samym chłopakiem, z którym przedtem się kłócił. Usta Adama ułożyły się w uśmiechu, gdy tamten uderzył go dla żartu i wsiadł na motor.

Caitlin podążyła za moim wzrokiem i westchnęła.

- Zaufaj mi, nie chcesz się w to pakować - oświadczyła, stając tak, że mi ich zasłoniła.

- Co masz na myśli?

Zniżyła głos.

- To nadęty, zadzierający nosa dupek. Zamiesza ci w głowie. Zrób to dla mnie i po prostu miń go grzecznie. Ja już naprawdę muszę spadać, bo inaczej mama mnie zabije. - Odwróciła się powoli i poszła sobie.

Ręce drżały mi z zimna. Wsunęłam je do kieszeni, ale nie ruszyłam się z miejsca. Adam był teraz zupełnie wyluzowany, śmiał się z czegoś, co powiedział ten drugi. Spojrzałam na jego oczy - jasnozielone, szeroko rozstawione, z idealnie białymi białkami, otoczone gęstymi, ciemnymi rzęsami. Zapatrzyłam się na linię jego warg, na wysokie kości policzkowe, wyraźnie zarysowaną szczękę, zaokrąg­loną lekko na brodzie. Kiedy ujrzałam w samochodzie tę dziewczynę, aż jęknęłam.

- No tak - mruknęłam pod nosem.

Adam rzucił okiem w moją stronę i coś do niej powiedział. Popatrzyła na mnie nieufnie, a ja poczułam, jak rumieniec wstydu wpełza mi na szyję. Czy zachowywałam się aż tak źle?

Weź się w garść, dziewczyno! Wyprostowałam się i odwróciłam, żeby iść w stronę miasta. Nie zauważyłam jakiegoś staruszka i mało na niego nie wpadłam.

- Ojej, bardzo pana przepraszam. - Uśmiechnęłam się, oczekując, że i on mnie przeprosi, albo chociaż się odsunie, żeby mnie przepuścić. Ale on tylko stał tam i wpatrywał się we mnie szarymi, załzawionymi oczami.

- Yyy... przepraszam - wybąkałam, schodząc z chodnika i przyspieszając kroku. Obejrzałam się przez ramię. Staruszek miał na sobie jakiś kuriozalny brązowy płaszcz przepasany sznurem. Wyglądał niczym dziwny mnich. Siwe włosy opadały mu aż na plecy, a długą brodę miał spiętą skórzaną spinką. Zwrócił w moją stronę swoją pozbawioną wyrazu twarz.

Odwróciłam się jak oparzona i już się więcej nie obejrzałam. Dziwne. Czułam, że znam skądś tę twarz, ale nie miałam bladego pojęcia skąd.

Skupiłam się, żeby się nie zgubić na tej dziesięciominu­towej trasie do mariny, w której pracował teraz tata. Klub był mały, ale znany na całym świecie, więc kierownicze stanowisko, które tacie tu zaproponowano, wydawało nam się jego życiową szansą. Nacisnęłam lśniącą mosiężną klamkę i wszedłszy do środka, skierowałam się od razu w stronę recepcji.

- Dzień dobry, nazywam się Megan Rosenberg. Przyszłam zobaczyć się z tatą, Calebem Rosenbergiem.

- A! Córka pana Rosenberga. Tak się właśnie zastanawiałam, kiedy cię poznam. Jak tam pierwszy dzień w szkole, słonko? Ta nasza szkoła jest naprawdę miła, prawda? Moja córka skończyła ją w zeszłym roku. Teraz studiuje w Limerick.

Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, pokiwałam głową.

Wychyliła się w moją stronę i posłała mi szeroki, matczyny uśmiech.

- Już do niego dzwonię i dam mu znać, że przyszłaś, kochanie.

Kilka minut później pojawił się tata.

- Megan! - zawołał. - Jak tam pierwszy dzień w s­zkole?

Odciągnęłam go od recepcji.

- Ogólnie w porządku.

- Zaprzyjaźniłaś się z kimś? - spytał zgodnie ze swym zwyczajowym kwestionariuszem na pierwszy dzień szkoły.

- Poznałam kilka osób. Jedna dziewczyna, Caitlin, jest naprawdę bardzo miła.

- Caitlin Brennan? - wtrąciła się recepcjonistka.

- Yyy... tak - odpowiedziałam powoli. Ojej, to jest naprawdę bardzo małe miasteczko.

- Jej matka jest właścicielką pensjonatu Mgliste Poranki. To bed­-and­-breakfast. - Uśmiechnęła się.

Tata dyskretnie przewrócił oczami i wypchnął mnie przez drzwi wejściowe.

- Sybil... - powiedział, jakby to wszystko wyjaśniało. - To powiedz mi teraz, jak ci naprawdę minął ten pierwszy dzień?

- Szczerze, to było naprawdę nieźle. Tym razem jakoś wszystko jest inaczej.

- Wiem, co masz na myśli, Meg. Myślę, że twoja mama ma na nas oko - dodał, patrząc smutno w niebo.

- Może.

- A może to twoja irlandzka krew. To dla ciebie jak powrót do domu.

- Mam irlandzką krew?

- No, dość rozcieńczoną, ale jednak. Dziadek twojej mamy pochodził chyba z tej okolicy. W każdym razie na pewno z hrabstwa Cork.

- To pewnie wyjaśnia piegi - stwierdziłam, patrząc krytycznie na swoje ręce. - No to co? Oprowadzisz mnie po swoim imperium? - Uniosłam dłoń i machnęłam nią wokół. - Wszystko tu wygląda naprawdę ekskluzywnie. Masz ładne biuro?

Tata oprowadził mnie więc z dumą po całym terenie. Musiałam obejrzeć łódki, marinę i klub. Usiłowałam wykrzesać z siebie nieco zainteresowania, ale nigdy nie przepadałam za morzem i łodziami. Tak naprawdę zawsze trochę panikowałam na wodzie. Było w niej coś, co mnie pociągało, ale jednocześnie zawsze wyczuwałam niebezpieczeństwo i wolałam zachować bezpieczny dystans.

- Jestem z ciebie taka dumna, tato - powiedziałam, gdy już pokazał mi wszystko, co było do obejrzenia. - Naprawdę ci się poszczęściło. Jak udało ci się zdobyć tę robotę?

- Nadal tego nie wiem - przyznał. - Chyba ktoś mnie polecił, ale szczerze mówiąc, nie wiem kto. A chciałbym wiedzieć, żeby móc tej osobie podziękować. Taka szansa na pewno nigdy więcej mi się nie trafi.

- Zasłużyłeś sobie na nią. - Urwałam. - Ale jest jedna sprawa...

Spojrzał na mnie z niepokojem.

- Naprawdę będę tu potrzebowała komórki.

Wyraźnie mu ulżyło.

- Zaraz to załatwimy! Chodź. Kończę dziś wcześniej, więc zapraszam cię na wielką porcję fish'n'chips. Jeśli wejdziesz między Irlandczyków, musisz jeść tak jak oni!

- Brzmi super - powiedziałam, biorąc go pod ramię. - Prowadź.

Tata otworzył przede mną drzwi i stanęłam twarzą w twarz z zaskoczonym Adamem DeRísem.

- Dzień dobry - powiedział w stronę mojego taty i zupełnie nie patrząc na mnie.

- Dzień dobry, Adamie. To moja córka, Megan - przedstawił mnie tata. - Adam jest jednym z naszych instru­ktorów.

Nie wiedziałam, co zrobić z oczami.

- Miło mi cię poznać, Megan - wymamrotał i zaczął się wycofywać, potykając się o własne nogi. - Przepraszam pana, ale trochę się spieszę.

- Oczywiście, oczywiście. - Czoło taty zmarszczyło się, gdy pochylił się w moją stronę i szepnął: - To było bardzo dziwne. To taki miły chłopiec. Zresztą nieważne. Chodźmy na tę rybę.

Żołądek tak mi się ścisnął, że nie miałam siły nawet myśleć o jedzeniu. Obejrzałam się za siebie na szybko oddalającego się Adama.

- Nie przejmuj się nim, tato - powiedziałam, zmuszając się do uśmiechu. - Nic mnie to nie obchodzi.

Ale kłamałam. Reakcja Adama obchodziła mnie. Obchodziła mnie aż do bólu.

Rozdział 2 Dzień drugi

Tego dnia obudziłam się z jedną myślą: muszę udowodnić sobie, że Adam DeRís jest dla mnie zwykłym siedemnasto­latkiem, jak wszyscy inni. Byłam pewna, że gdy tylko zobaczę go z samego rana, pryśnie wczorajszy urok. Przecież nie może być aż taki wspaniały, jak mi podpowiada pamięć; na pewno coś mi się tylko zwidziało. Gdy tylko to sobie udowodnię, będę mogła zacząć od nowa. A może nawet uda mi się odzyskać trochę godności.

I dlatego właśnie już czterdzieści pięć minut przed pierwszą lekcją tkwiłam przed szkolną bramą.

Sterczałam tu już pół godziny i choć mijało mnie coraz więcej uczniów, po Adamie nie było śladu. Patrzyłam z niepokojem na drogę.

Gdy poczułam rękę na ramieniu, aż podskoczyłam.

- Jednak wróciłaś. - Caitlin uśmiechała się do mnie wesoło. - Nie wystraszyliśmy cię mimo wszystko?

Roześmiałam się.

- Nie do końca. Pomyślałam, że zaryzykuję jeszcze jeden dzień, zanim ucieknę w panice z powrotem do Stanów.

- Chodź, lepiej wejdźmy już do środka. Jeśli spóźnimy się na biologię, Psycho Phil wpadnie w szał.

Tym mnie zbiła z pantałyku. Zupełnie zapomniałam, że w Irlandii plan lekcji jest inny każdego dnia. Może spotkam Adama na biologii? Właśnie miałam spytać Caitlin, kim jest Psycho Phil, gdy uświadomiłam sobie, że znów czuję mrowienie w dłoniach. Nadjechał czarny volkswagen i zaparkował po drugiej stronie ulicy. Adam otworzył drzwi, wysiadł i płynnym ruchem zarzucił sobie plecak na ramię. Potem pochylił się i powiedział coś do dziewczyny, która wysiadała właśnie od strony pasażera. Była to ta sama dziewczyna, z którą widziałam go wczoraj. Wysoka i smukła, z gładkimi, czarnymi włosami ściętymi idealnie na modnego boba.

Ruszyli w stronę bramy, gdzie stałyśmy z Caitlin. Adam wyglądał na rozbawionego, a ona spoglądała na niego ze złośliwym uśmieszkiem i jakimś magicznym błyskiem w oku. Adam przeszedł obok, w ogóle nas nie zauważając. Dziewczyna rzuciła mi szybkie spojrzenie, a potem poszła dalej.

- Szlak by ją trafił - wymamrotałam. Wstyd mi się było do tego przyznać, ale opanowała mnie dzika zazdrość. Ta dziewczyna była po prostu oszałamiająca. Z nią nigdy w życiu nie mogłabym rywalizować. A w dodatku pewnie właśnie śmiali się ze mnie, bo przecież moje zauroczenie Adamem było widać jak na dłoni.

- Ziemia do Megan! Ziemia do Megan! - powiedziała Caitlin i strzeliła mi palcami przed nosem. - Megan? Słyszysz mnie w ogóle? - spytała trochę głośniej. - A może nadal jesteś z pewnym wysokim, smagłym i nieprzyzwoicie przystojnym panem DeRísem? - Podążyła za moim wzrokiem.

- Mogę sobie pomarzyć. - Wciąż gapiłam się za nimi. Nie było sensu ukrywać moich dość rzucających się w oczy uczuć. - Wyglądają razem świetnie - dodałam niechętnie.

- No trudno, żeby nie wyglądali - zgodziła się. - Przecież to bliźniaki. Czy ty w ogóle mnie nie słuchasz? No naprawdę jesteś beznadziejna. Chodźmy już. - Chwyciła mnie za ramię i zaczęła ciągnąć w stronę szkoły. - Teraz to już naprawdę się spóźnimy!

Biegłyśmy korytarzem do klasy.

- Bliźniaki - wysapałam przy drzwiach.

- Tak, są bliźniakami. Ona ma na imię Áine. - Pokręciła głową z irytacji. - Megan, naprawdę, no nie obraź się, ale odpuść sobie. Tylko tracisz czas. To kretyn, powaga. Zupełny plank. A teraz, ciii - szepnęła, przykładając palec do ust i otwierając drzwi do pracowni biologicznej. Weszłam za nią, zachodząc w głowę, co może znaczyć "plank". Ten irlandzki angielski mnie wykończy.

- Witam, witam. Miło mi, że w końcu zaszczyciły nas panie swoją obecnością - rozległ się sarkastyczny głos. - Domyślam się, że mam przyjemność z naszą nową uczennicą, panną Rosenberg. - Patrzył na mnie jegomość o nieznośnie świdrującym spojrzeniu i z większą ilością włosów na twarzy niż na głowie. - Cóż, panno Rosenberg, mam wielką nadzieję, że zamierza pani kontynuować edukację w naszej szkole w lepszym stylu, a jeśli nie, byłbym wdzięczny, gdyby przynajmniej nie sprowadzała pani na złą drogę panny Brennan.

- Oczywiście, proszę pana - wybąkałam i uciekłam do pierwszej wolnej ławki. Zaczynałam rozumieć, dlaczego nadano mu przydomek "Psycho Phil".

Gdy tylko zorientowałam się, że omawiamy układ limfatyczny, który przerabialiśmy już w mojej poprzedniej szkole w zeszłym roku, wyłączyłam Psycho Phila i moje myśli powędrowały ku Adamowi. Znów miałam go przed oczami, jak z uśmiechem opierał się o samochód, jak rozbawiony odrzucał głowę do tyłu, a oczy lśniły mu figlarnie. Wypchnęłam ten obraz z głowy i przypomniałam sobie ostro, że przecież usiłuję wyrzucić go z mojego systemu, a nie jeszcze wzmacniać zauroczenie nim. Potarłam bliznę na szyi. Znów swędziała. Było to tym bardziej denerwujące, że nigdy przedtem tak mi nie dokuczała. Ale z drugiej strony nigdy wcześniej nie rumieniłam się cały czas przez takiego faceta. Potarłam okrągły kształt na szyi i znów wróciły do mnie wspomnienia o mamie. Blizna była bolesną pamiątką po naszym ostatnim dniu spędzonym razem.

Miałam wtedy sześć lat. Pojechałyśmy z mamą do babci, która mieszkała w domu spokojnej starości. Świetnie się bawiłyśmy, grałyśmy w różne gry, a babcia opowiadała mi najróżniejsze historie z czasów, kiedy mama była w moim wieku. Po kolacji wsiadłyśmy z mamą do samochodu i ruszyłyśmy do domu. Mieszkaliśmy wtedy około trzech godzin jazdy samochodem od babci.

Zaczął padać deszcz i wycieraczki pracowały jak szalone, żeby cokolwiek było widać przez szybę. Mama podgłośniła radio i fałszowałyśmy sobie wesoło, śmiejąc się i wymyślając własne słowa do piosenek. Potem nagle pojawił się ten metal wprost przed moimi oczami i rozległ się taki pisk, że aż rozbolały mnie uszy. Wrzasnęłam.

Później leżałam już na szpitalnym łóżku z masą podłączonych rurek i piszczących maszyn obok. Tata trzymał mnie za rękę.

- Wróciłaś do mnie - wyszeptał, a po twarzy płynęły mu łzy. Potem powiedział mi, że mama zginęła na miejscu. Ja byłam nieprzytomna przez kilka dni. Nim odzyskałam świadomość, już było po pogrzebie mamy. Nigdy więcej jej nie zobaczyłam.

Minęło tyle lat, a moje wspomnienia tych kilku chwil podczas zderzenia wciąż były bardzo żywe, choć nie uruchamiały już takich emocji. Po wypadku pozostały mi tylko blizna, smutek taty i poczucie winy, gdy usiłowałam sobie przypomnieć mamę. Zawsze miałam przy sobie jej zdjęcie, żeby chociaż nie zapomnieć, jak wyglądała.

Dźwięk dzwonka wyrwał mnie z zamyślenia. Caitlin odwróciła się w moją stronę.

- Wybrałaś plastykę czy ekonomikę gospodarstwa domowego?

- Plastykę - odpowiedziałam i zebrałam książki.

- No to musisz sobie teraz sama radzić. Ja lecę piec ciasto. Widzimy się na matmie. Sala do plastyki jest na końcu korytarza, skręć w prawo i będziesz ją miała po lewej.

- Caitlin, o co chodzi z Adamem i Enyą? Czemu ludzie ich nie lubią?

Caitlin roześmiała się.

- Ona ma na imię Áine. Czyta się Onia. Będziesz się musiała przyzwyczaić do irlandzkich imion. W każdym razie oni po prostu... no wiesz, zadzierają nosa i są tacy jacyś dziwni. - Pochyliła się bliżej. - Chodzą nawet te plotki o ich rodzinie. Niby w nie nie wierzę, ale wiesz, jak to mówią, nie ma dymu bez ognia.

- Jakie plotki?

- Ludzie mówią, że dzieją się wokół nich dziwne rzeczy. A Adam i Áine naprawdę nie robią nic, żeby przekonać kogoś, że jest inaczej.

- Jak mówisz "dziwne", to co właściwie masz na myśli?

- No, takie naprawdę dziwne. No wiesz... różne takie czary­-mary...

- Chyba nie mówisz poważnie.

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się niewyraźnie.

- Sama nie wiem. Ale żeby potem nie było, że cię nie ostrzegałam! - Pogroziwszy mi palcem, wyszła z klasy.

Nie byłam najlepsza z plastyki, ale spodobały mi się te zajęcia. Ku mojej uldze nauczycielka zignorowała wszelkie formalności i od razu przeszła do rzeczy. Podała mi szkicownik i wysłała do ławki z rysownicą. Spojrzałam na martwą naturę złożoną z białych stokrotek ustawioną na środku klasy, wzięłam ołówek i wtedy moją uwagę zwróciły lśniące, czarne włosy po drugiej stronie sali.

Áine DeRís. Nawet na mnie nie spojrzała, tylko dalej szkicowała sobie spokojnie. O co chodzi z tymi bliźniakami? Jakbym nie była w stanie od nich uciec. Znów spojrzałam w jej stronę i tym razem pochwyciłam jej spojrzenie. Szybko odwróciła wzrok, a ja potarłam szyję z irytacji. Teraz, kiedy już wiedziałam, że Adam i Áine są bliźniakami, podobieństwo wydawało mi się uderzające: ciemne, gęste włosy, zielone oczy, wyraziste rysy twarzy. Obydwoje emanowali cichą pewnością siebie, tą specyficzną arogancją wynikającą zwykle z uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie. Dziwne. Stary samochód Adama raczej nie sugerował zawrotnego bogactwa.

Szkicowałam, wciąż o nich myśląc i zerkając na Áine przez więdnące kwiaty, kiedy tylko nie patrzyła w moją stronę. Pod koniec lekcji aż się miło zdziwiłam wynikami pracy. Skończywszy szkic, poszłam po utrwalacz. Właśnie wracałam do ławki, gdy minęła mnie Áine. Tak się spieszyła, by obok mnie przejść, że otarła się o martwą naturę i mało nie przewróciła wazonu. Nic nie powiedziała, tylko poprawiła wazon, podniosła stokrotkę, która spadła, i delikatnie odłożyła ją na moją ławkę. Uśmiechnęła się do mnie nieśmiało i odeszła.

Caitlin ma rację. Dziwne. Chwytając plecak, zerknęłam na kwiatek, który leżał u mnie na ławce. Spojrzałam jeszcze raz. Mogłabym przysiąc, że gdy go podnosiła z ziemi, była to oklapnięta, biała stokrotka, ale teraz miałam przed sobą zupełnie zdrową różową stokrotkę. Wrzuciłam ją do plecaka z innymi rzeczami i poszłam na kolejną lekcję.

Po matmie (którą wszyscy tu nazywali "maths" zamiast po prostu "math"!) wyszłyśmy z Caitlin na lunch. Jennifer, Killian i Darren już wylegiwali się w słońcu. Paplali przy tym beztrosko, więc sięgając po kanapkę, zaczęłam się im przysłuchiwać, żeby poznać najnowsze plotki. W pewnym momencie Darren odwrócił się w moją stronę, potem w innym kierunku, po czym znów spojrzał na mnie. Wyglądał na niezwykle ubawionego.

- Darren, co ty robisz? - spytała Jennifer.

- Tak się tylko zastanawiałem, na co się gapi ten Rían DeRís, ale wychodzi na to, że to na ciebie, Megan. Do licha, coś ty mu złego zrobiła, co?

- Ree­-in? - Podniosłam wzrok i zobaczyłam jego twarz. Był to ten sam chłopak, który wczoraj kłócił się o coś z Adamem. Ten na motocyklu. Czyli to brat Adama! Patrzył na mnie z taką intensywnością, że musiałam odwrócić wzrok. - Ale dlaczego w ogóle miałby się na mnie gapić? Nie znam go - powiedziałam niepewnie.

- W ogóle go tu nie powinno być. Skończył szkołę w zeszłym roku. Na twoim miejscu uważałbym, Megan. Jeszcze rzuci na ciebie urok czy coś. Ludzie mówią, że DeRísowie to czarownicy - odparł Darren, wstając i wymachując nade mną rękoma niczym czarodziej.

- Darren, nie gadaj bzdur. Nasłuchałeś się jakichś głupot. - Jennifer posłała Darrenowi ostre spojrzenie i pociągnęła go za koszulę, żeby usiadł. - A poza tym, jeśli już słuchać plotek, to mówią, że oni są druidami, a nie czarownikami.

Darren pochylił się w moją stronę.

- Mój dziadek twierdzi, że są spokrewnieni ze starym sabatem Killeen, który w dziewiętnastym wieku rzucił klątwę na całe miasteczko.

- Co? Chyba sobie ze mnie żartujecie. Czy to miałaś na myśli, kiedy mówiłaś, że oni są dziwni, Caitlin? - spytałam.

- Zamknij się, Darren. Tylko bez sensu ją nastraszysz - powiedziała Caitlin z naganą w głosie.

Popatrzyli na mnie z poważnymi minami. Potem nagle wybuchnęli śmiechem.

- Nie przejmuj się nami - powiedziała Caitlin, głaszcząc mnie po ramieniu. - Tak, chodzą różne plotki, że niby działo się nie wiadomo co, ale żadne z nas oczywiście w nie nie wierzy. Prawda? - Obejrzała się na resztę.

- Jakie plotki? - Postanowiłam ich przycisnąć.

- Opowiedz jej tę o kocie! - zawołała z przejęciem Jennifer, trącając Darrena łokciem.

- Noo, ta jest niezła - zgodził się Darren i znów pochylił się w moją stronę. - Dawno, dawno temu mieszkała tu pewna kobieta. Nazywała się Elizabeth Killeen. Podobno była pra­prababcią DeRísów czy jakoś tak... No w każdym razie była z niej niezła laska i faceci zupełnie ­wariowali na jej punkcie. Oczywiście wszystkie kobiety obwiniały Elizabeth o to, że ich faceci się za nią oglądają, a jedna postanowiła nawet jej przygadać. Ale kiedy poszła jej powiedzieć coś do słuchu, Elizabeth zmieniła się w szaloną kotkę, rzuciła się na nią z pazurami i wydrapała jej jedno oko. Podobno potem je zjadła i dopiero wtedy zmieniła się z powrotem w Elizabeth. W każdym razie tak to opowiada Jednooka Lily.

- Jednooka Lily? - zapytałam.

- No. To prawnuczka tamtej kobiety. Jednooka Lily mówi, że ich rodzina jest teraz przeklęta i że od tamtego dnia wszystkie dziewczynki rodzą się u nich tylko z jednym okiem.

Caitlin rzuciła w niego skórką od kanapki.

- Ale brednie. Jednooka Lily to zidiociała alkoholiczka, która usnęła po pijaku na przystani i straciła oko, bo jakiś rybak niechcący rzucił w nią haczykiem. Nie słuchaj go, Meg. Wszystko, co mówi, to wierutne bzdury.

Popatrzyłam po innych. Darren uśmiechał się do mnie złośliwie, a Jennifer skupiła się na badaniu swoich włosów pod kątem rozdwajających się końcówek.

- To kto się zapisuje na lekcje żeglarstwa? - spytał Killian, zmieniając temat.

Caitlin od razu się zapaliła do pomysłu, gdy ja tymczasem aż się wzdrygnęłam. Jak dla mnie nie mogło być gorszej propozycji.

Caitlin spojrzała w moją stronę.

- Masz ochotę, Meg?

- Mowy nie ma - odpowiedziałam szybko, śmiejąc się nerwowo. - Woda i ja naprawdę nie pasujemy do siebie.

- No, coś ty. Będzie super - powiedział prosząco Killian i spojrzał błagalnie na Jennifer i Darrena.

- Jak dla mnie za niski poziom. - Jennifer westchnęła i zadarła nos w stronę słońca.

- Jen, no nie przesadzaj - prychnął Darren. - Wylegiwanie się całymi dniami na pokładzie motorówki taty nie oznacza jeszcze, że znasz się na żeglarstwie!

Nadąsała się, a tymczasem Killian zwrócił żebrzące spojrzenie w stronę Caitlin.

- Caitlin, zapiszesz się?

Caitlin była ugotowana.

- Bardzo bym chciała, tylko nie wiem, co na to moja mama.

- Świetnie. - Killian posłał jej promienny uśmiech.

- A kto prowadzi ten kurs? - spytał Darren.

- Klub jachtowy i jakieś zewnętrzne centrum edukacji. Na pewno sam wiadomy druid przyłączy się do szkoleń - odparł Killian.

Poczułam, jak moja twarz zaczyna zdradzać zainteresowanie. Starałam się to ukryć, ale Caitlin bynajmniej tego nie przeoczyła. Zauważywszy moją słabość, od razu postanowiła ją wykorzystać.

- No, Meg, zgódź się. Będzie fajnie i dzięki temu przez pięć tygodni nie będziemy musiały chodzić na WF w piątek po południu.

Jęknęłam w duchu. Na wodzie wpadałam w kompletną panikę, a tu mnie nagle wrabiają w kurs żeglarstwa! Chcesz tego i dobrze o tym wiesz - zaśpiewał mi głos w głowie. Sam na sam z Adamem DeRísem...

- Pomyślę o tym - obiecałam.

- Niech wam będzie. To ja też - dodała Jennifer, żeby nie odstawać.

Caitlin dosłownie podskoczyła z radości.

- Chodźcie. Czas iść do klasy. - Wyglądała tak, jakby miała zaraz eksplodować.

- Mamy jeszcze dobre dziesięć minut do końca przerwy - zawołałam, biegnąc za nią.

- Naprawdę zrobisz ze mną ten kurs? - Odwróciła się w moją stronę.

- Nie cierpię wody - przyznałam, wzdrygając się mimowolnie - ale jeśli mnie tam potrzebujesz...

- O, tak, tak! Bardzo! - wyrzuciła z siebie. - Killian tam będzie i może mi się zdawało, ale on chyba chciał, żebym też tam była, nie? Może czas już rozpocząć Operację Złapać Killiana.

- Operację Złapać Killiana? - powtórzyłam ze śmiechem.

- Oj, zamknij się. Przecież muszę niemal ocierać ci ślinę za każdym razem, kiedy Adam znajduje się w odległości trzech metrów.

- Lepiej bądź dla mnie milsza, jeśli chcesz, żebym się zapisała na to żeglowanie - ostrzegłam.

- Dobra. Przyrzekam, że już nawet nie wspomnę o ­Adamie!

- I bardzo dobrze.

- Ha! W dodatku, by okazać ci moją wdzięczność, zabiorę cię w ten weekend do wspaniałej stadniny w Kinsale. Spodoba ci się, zobaczysz - oświadczyła.

- A nasza wycieczka do stadniny nie będzie miała żadnego związku z tym, że rodzice Killiana są jej właścicielami, prawda?

Uniosła pytająco brwi.

- Skąd wiesz?

- To małe miasteczko - odparłam, naśladując jej ton. - Jennifer coś o tym wspomniała.

Uśmiechnęła się zawstydzona.

- Ale są tam różne bardzo piękne zwierzęta... i mają też ładne konie - dodała z figlarnym uśmiechem.

- Jesteś niemożliwa! Chodź już wreszcie. Lepiej skup się na lekcjach, zamiast myśleć o naprężonych mięśniach i twardych zadach. No, oczywiście mówię o koniach.

Wybuchnęła beztroskim śmiechem i pobiegłyśmy do klasy.

Wieczorem opowiedziałam tacie o moich planach związanych z kursem żeglarskim. Trochę go to zaskoczyło (delikatnie mówiąc), bo dobrze wiedział, że nie znoszę wody. Ale oczywiście był zachwycony.

- Już widzę, że to idealne miejsce dla ciebie - powiedział. - Nie wiem, na czym to polega, ale ty po prostu promieniejesz. - Urwał nagle. - Sekundka, czy na tym kursie będą jacyś chłopcy?

- Tato, przecież jestem w koedukacyjnej szkole. Oczywiście, że będą chłopcy.

Tata nieco się zaniepokoił.

- Czy któryś może wpadł ci w oko?

- Tato! Jestem w tej szkole od dwóch dni! Daj mi szansę się zadomowić.

- Nie to miałem na myśli. Tylko tak jakoś inaczej się zachowujesz i pomyślałem, że może stoi za tym jakiś czynnik zewnętrzny.

- Nie, tato. Żadnych chłopców.

Spojrzał z powrotem na ekran telewizora, gdzie cicho szumiały wiadomości.

- Ten kurs jest prowadzony przez mój klub, prawda? - spytał, nie oglądając się na mnie.

- No, a co?

- Tak sobie tylko myślałem, że chyba pomaga go organizować jeden z naszych. Ten Adam DeRís. Ten, na którego wpadliśmy wczoraj, pamiętasz?

- No, mamy razem kilka lekcji.

- Szkoda, że nie słyszałaś, co Sybil wygaduje o jego rodzinie... Niestworzone dyrdymały, ale muszę przyznać, że ta kobieta ma dar opowiadania.

- Co takiego mówiła?

Tata pochylił się do przodu.

- Mówi, że ziemia DeRísów jest nawiedzona. Ludzie w ogóle boją się tam chodzić. Ponoć, gdy się zbliżasz do ich terenu, atakują cię stada drapieżnych ptaków. A rolnicy mówią, że przy granicy z polami DeRísów nic im nie rośnie.

- A słyszałeś tę o kocie?

Tata pokiwał głową i roześmiał się wesoło.

- No, ta to już przebija wszystko. W każdym razie Adam jest świetnym instruktorem. Będziesz w dobrych rękach.

Gdybym tak już teraz mogła być w tych dobrych rękach - pomyślałam z uśmiechem. O rany. Było ze mną coraz gorzej.

Tego samego wieczoru przypomniałam sobie nagle o tej stokrotce od Áine. Rzuciłam się na łóżko, poszperałam w plecaku i w końcu ją znalazłam. Była nadal w tak świetnym stanie jak wtedy, gdy mi ją dała siostra Adama. Zakręciłam nią w palcach, przyglądając się delikatnym płatkom, a moje myśli znów pobiegły ku rodzinie DeRísów. Wyrwało mnie z nich jakieś drapanie za oknem. Zza szyby gapiła się na mnie wielka, czarna wrona. Wokół prawego oka miała pierścień srebrnych piór, przez co zdawało się, że mruga porozumiewawczo.

- A sio! - zawołałam i machnęłam ręką. Uciekła.

Nie zaprzątając tym sobie więcej głowy, odłożyłam stokrotkę na nocny stolik i zwinęłam się na łóżku, otulając się mocno kołdrą.