Córka zjadaczki grzechów (Tom 2). Śpiący Książę - Melinda Salisbury


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Podchodząc, skupiam wzrok na drzwiach przede mną, nie patrzę na strażników stojących po obu stronach. Staram się wyglądać na znudzoną, lekko nieobecną. Nie ma tu nic do oglądania, nic wartego uwagi. Po prostu kolejny wieśniak idący na zgromadzenie. Na szczęście żaden z nich nawet na mnie nie patrzy, kiedy wchodzę do podupadłego Domu Sprawiedliwości. Mijając strażników, powoli wypuszczam powietrze z płuc, a napięcie nieco ustępuje.
Wewnątrz wcale nie jest cieplej. Mocniej okrywam się płaszczem i idę w stronę sali, w której Chanse Unwin, samozwańczy Sędzia Almwyk, ma przekazać nam najnowsze wieści od Rady Tregellanu. Woda spływa po moich włosach i nosie. Przyglądam się rzędom drewnianych ławek i krzeseł ustawionych przodem do podium. Miejsc jest znacznie więcej niż mieszkańców wsi, którzy mają w nich zasiąść. Smród panujący w sali wykrzywia mi twarz. Mimo że jest nas niewielu, niedomyte ciała, mokra wełna, metal i strach - wszystko to tworzy gęstą woń stęchlizny. Tak właśnie pachnie rozpacz.
Ci z nas, którzy nadal probują tu żyć, są mokrzy i drżą z zimna. Przejmujący chłód i jesienny deszcz przeniknęły przez nasze cienkie, wytarte ubrania i wdarły się w głąb naszych ciał, gdzie pozostaną przez całą zimę. Stojącym w równych szeregach pod ścianami żołnierzom jest jednak całkiem sucho i ciepło w grubych, zielonych, wełnianych tunikach i solidnych, skórzanych bryczesach. Ich czujne spojrzenia stale przeczesują salę.
Za sobą słyszę szamotaninę. Odwracam się i widzę żołnierzy zatrzymujących mężczyznę idącego zaraz za mną i przyciskających go do ściany. Przeszukują go, sprawdzają jego płaszcz i kaptur, a później puszczają wolno. Odwracając się, czuję na twarzy uderzenie gorąca. Udaję, że nic nie widziałam.
Pochylona przemykam wzdłuż tylnego rzędu i zajmuję miejsce w ławce dobre sześć stóp od najbliższej mi osoby. Kobieta burczy coś pod nosem. Trudno stwierdzić, czy to powitanie, czy raczej ostrzeżenie. Jej ręka unosi się i dotyka amuletu wiszącego na skórzanym rzemieniu na jej szyi. Spoglądam na amulet kątem oka. Przyglądam się złotemu dyskowi błyszczącemu w jej poskręcanych palcach, zanim schowa go pod płaszczem. Wiem, co to jest, ale wątpię, czy to prawdziwe złoto. Gdyby to było prawdziwe złoto, już dawno ktoś zdarłby jej ten amulet z szyi. Bogowie, gdyby to było prawdziwe złoto, sama bym to zrobiła. Gdyby to było złoto, amulet przynajmniej byłby coś wart.
Mój przyjaciel Silas roześmiał się, gdy powiedziałam mu, że wieśniacy noszą amulety mające chronić ich przed Śpiącym Księciem. Śmiałam się razem z nim, ale tak naprawdę uważałam, że w takich okolicznościach wiara w magię wcale nie jest taka dziwna. Półksiężyce z soli i chleba zawieszone na prawie wszystkich drzwiach i oknach we wsi, medaliony z trzema złotymi gwiazdami schowane za kołnierzem. Śpiący Książę to postać magiczna, rodem z mitów i przesądów. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego wydaje się naturalne przeciwstawianie mu magii, mitów i przesądów. Jednak w głębi duszy wiem, że żadna ilość tanich cynowych wisiorków nie powstrzyma go przed przybyciem, jeśli taka będzie jego wola. Jeżeli zapragnie zająć Tregellan, nie powstrzymają go żadne obsypane solą progi, jagody ostrokrzewu czy dębowe gałązki zawieszone na drzwiach i oknach. Jeśli nie mógł go powstrzymać zamek pełen strażników, to raczej nie da mu rady metalowy krążek czy kawałek krzaka.
Przed jego powrotem prawie nikt w Tregellanie nie uwierzyłby w coś tak nieracjonalnego, to nie po tregellańsku. Od czasu do czasu trafia się jakiś oszołom, który wierzy w Dąb czy Ostrokrzew i maluje sobie twarz i tyłek na czerwono sokiem z jagód w każde przesilenie, ale nie tak żyje większość z nas. Nie jesteśmy Lormeranami, z ich świątyniami, żyjącymi boginiami i dziwaczną rodziną królewską. Jesteśmy ludźmi nauki, rozumu. Przynajmniej tak nam się wydawało. Raczej trudno jest pozostać wiernym rozumowi, kiedy bajka sprzed pięciuset lat okazuje się prawdą, a potem niszczy zamek i zabija ludzi w sąsiednim kraju.
"Bądź grzeczną dziewczynką albo przyjdzie Nosiciel, a wtedy Śpiący Książę zje twoje serce" - tak mówiono dziewczynkom w Tremayne. Śpiący Książę był potworem z bajki, historyjką, która miała sprawić, że będziemy posłuszne. Opowieścią przestrzegającą przed chciwością i autokracją. Nigdy nie śniło się nam, że w końcu się obudzi. Zapomnieliśmy, że jest prawdziwy.
Odwracam się od kobiety i staram się przypomnieć sobie, kto jeszcze pozostał w Almwyk. Przypadkowo napotykam wzrok jednego z żołnierzy, który kiwa do mnie głową, wzmagając jeszcze stale towarzyszące mi uczucie ucisku w klatce piersiowej. Odpowiadam lekkim skinieniem i unikam kontaktu wzrokowego, staram się zachować spokój. Powstrzymuję się od dotknięcia kieszeni, aby sprawdzić, czy fiolka nadal w niej jest.
Kompletnie nie nadaję się na przemytnika narkotyków. Idąc tutaj, przynajmniej sześć razy sprawdzałam, czy nadal mam fiolkę, mimo że nie spotkałam nikogo, a już na pewno nikt nie podszedł do mnie na tyle blisko, aby wyjąć mi coś z kieszeni. Mimo wszystko w Almwyk trzeba mieć się na baczności.
Almwyk to nie wioska, gdzie utrzymuje się dobre relacje z sąsiadami. W miejscu takim jak to, prosząc o pomoc czy okazując słabości, można co najwyżej zostać wyśmianym. W najgorszym wypadku, jeśli trafi się na niewłaściwą osobę i niewłaściwy moment, można dostać nożem pod żebro. Przed przybyciem żołnierzy często zdarzało się, że ktoś porzucał w lesie zwłoki lub je stamtąd przynosił. Nikogo to nie interesowało. Tutaj człowiek szybko uczy się przymykać oko na takie rzeczy.
Zaniedbane chałupy, z których zbudowane jest Almwyk, zamieszkane są przez ludzi zdesperowanych i wyklętych: ludzi, którzy stracili swój dom i swoje dotychczasowe życie w innych regionach Tregellanu za przestępstwa, do których popełnienia za nic się nie przyznają. Ludzie często mawiają, że w najtrudniejszych czasach, takich jak wojna czy zaraza, społeczności jednoczą się i wzajemnie wspierają. Nie w Almwyk. Gdy zbliżała się wojna, chałupy stopniowo pustoszały, a ci, którzy pozostali, plądrowali je w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby im się przydać. To tylko kwestia czasu, kiedy obecność mieszkańców przestanie być przeszkodą dla szabrowników. Instynkt gromadzenia wszystkiego, co może ułatwić przetrwanie, stanie się w końcu silniejszy niż zwykła ludzka życzliwość. Nawet teraz rozglądam się po pomieszczeniu, sprawdzając, kto pozostał i kto może stanowić zagrożenie.
Często umilam sobie czas, próbując zgadnąć, jakie zbrodnie popełnili ci, którzy nadal tu są. Najgorsi przestępcy, mordercy i tym podobni zniknęli, gdy tylko zjawili się żołnierze, pozostały więc jedynie zwykłe męty: dłużnicy, pijacy, narkomani, szulerzy i kłamcy. Biedacy i nieszczęśnicy. Ci, którzy nie odchodzą, bo nie mają dokąd.
To nie jest miejsce, gdzie przychodzi się, by zamieszkać. To miejsce, gdzie przychodzi się zgnić.
Zaciskam pięści pod znoszonym płaszczem i przyglądam się swojemu marznącemu oddechowi, zanim się rozwieje i połączy z oddechami innych, zwiększając tylko wilgoć panującą w sali. Grube szyby w oknach pokryte są parą. Nie znoszę tego wrażenia, że oddycham oddechami innych. Nie znoszę świadomości, że w dzisiejszych czasach nawet powietrze jest używane, kradzione. I tak ledwie mogę oddychać.
Gdy wszyscy, którzy mieli przybyć, są już na miejscu, rozsiani jak resztki rodzynek w smutnym puddingu śliwkowym, do sali wchodzi Chanse Unwin, prawdopodobnie najbardziej groteskowy przypadek w królestwie, jeśli chodzi o Sędziów. Pierś ma wypiętą i przygląda się twarzom zebranych. Kiedy jego spojrzenie pada na mnie, posyła mi lekki powitalny uśmiech. Moja skóra cierpnie, gdy uśmiech zmienia się w grymas zaniepokojenia albo jego karykaturę. Unwin wygląda na tak spoconego, że jego zmarszczone brwi zdają się niemal spływać mu z twarzy.
Po jego obu stronach stoją ubrani na zielono żołnierze o ponurych twarzach, którzy wcześniej pilnowali drzwi na zewnątrz. Co zaskakujące, dołącza do nich również kapitan, którego pękaty tułów opasany jest czerwoną szarfą. Za nimi wchodzi kolejnych sześciu żołnierzy i staje wzdłuż ścian. W pomieszczeniu słychać szmery, a atmosfera gęstnieje jeszcze bardziej.
Natychmiast siadam prosto i staję się uważna niczym zając. Wszyscy siedzący wokół mnie robią to samo, nawet kobieta, która burknęła na mnie, kiedy siadałam, przestaje garbić się jak wiedźma i spogląda groźnie na Unwina. Sięgając za pas w poszukiwaniu noża, widzę wokół wiele innych dłoni wędrujących ku butom lub za pazuchę. Każdy upewnia się, że jest uzbrojony.
Czegokolwiek ma dotyczyć to spotkanie, Unwin na pewno jest przekonany, że wieści zostaną źle przyjęte. Serce podchodzi mi do gardła, bo w tej chwili tylko jedna informacja mogłaby wywołać bunt. Z trudem chwytane powietrze jeszcze bardziej gęstnieje mi w gardle.
Chanse Unwin raz jeszcze rozgląda się po pomieszczeniu, ogarniając wzrokiem wszystkich zebranych, a następnie składa dłonie.
- Mam wieści od Rady w Tressalyn - mówi z namaszczeniem i satysfakcją. - Nie są one dobre. Trzy noce temu golemy Śpiącego Księcia zaatakowały lormerańskie miasto Haga. Zniszczyły dwie tamtejsze świątynie. Również tym razem nikt nie przeżył. Zamordowały każdego, kto nie chciał pokłonić się Księciu, czyli około czterystu osób. Atak ten nastąpił po splądrowaniu świątyń w Monkham i Lortune. Armia Księcia znajduje się teraz mniej niż pięćdziesiąt mil od naszej granicy z Lormere. Na podstawie jego poprzednich posunięć Rada uważa, że następne zaatakowane zostanie Chargate.
Na te słowa wszyscy odwracają się do swoich sąsiadów pełni niepokoju. Szepczą między sobą, a drobne lokalne sprzeczki i trwające od pokoleń rodzinne animozje odchodzą w niepamięć. Ja nie patrzę na nikogo. Zamiast tego zaciskam palce na rękojeści mojego noża i biorę głęboki oddech. Chargate jest po drugiej stronie lasu, to lormerański odpowiednik Almwyk. Znaczyłoby to, że golemy są zaledwie kilka godzin drogi od nas.
Unwin chrząka, a szepty ustają.
- Rada oznajmia, że podjęte przez nią próby negocjacji ze Śpiącym Księciem zakończyły się niepowodzeniem. Odmówił on kategorycznie podpisania traktatu pokojowego z Tregellanem. Nie zaprzeczył też, że planuje inwazję. - Rzuca spojrzenie kapitanowi, który uśmiecha się złośliwie i spogląda na jednego ze swoich żołnierzy.
Zastanawiam się, ile Unwin tak naprawdę wie, a ile tylko kazano mu przekazać.
- Z tego powodu - mówi dalej Unwin - Rada odbyła posiedzenie nadzwyczajne i jednogłośnie stwierdziła, że jest zmuszona do ogłoszenia w Tregellanie stanu wojny.
Tu robi dramatyczną pauzę, jakby oczekując, że będziemy protestować. My jednak się nie odzywamy, siedzimy w ciszy z kamiennymi twarzami, powstrzymując swoje reakcje do momentu, aż dotrze do sedna, do czegoś, co nas dotyczy. Czekamy, aż uzasadni obecność piętnastu nowo powołanych żołnierzy tregellańskiej armii w pomieszczeniu, w którym jest nas nieznacznie więcej.
Unwin, zdawszy sobie z tego sprawę, kontynuuje.
- Wczorajszej nocy tregellańska armia zamknęła granicę od rzeki Aurmere do klifów Tressamere, włączając Lasy Wschodnie. - Robi kolejną pauzę, a cały świat kurczy się do tej sali, do tych słów. "Nie mów tego". Skupiam się, jak tylko mogę. "Nie mów tego". - Od tego momentu wszelki ruch i handel między tym miejscem a Lormere jest zabroniony. Granica jest zamknięta. Każdy, kogo złapiemy na próbie jej przekroczenia, zostanie zabity na miejscu.
Wszyscy zebrani naraz biorą oddech, wdychając całe powietrze z sali.
- Biorąc pod uwagę jej strategiczne położenie, wieś zostanie zamieniona w koszary i bazę operacyjną dla garnizonu broniącego granicy. Almwyk zostanie ewakuowane. Natychmiast.
"Nie". Mija ułamek sekundy, w którym mózgi zgromadzonych przetwarzają usłyszaną informację.
Potem rozpętuje się piekło.
Rozdział 2
O spotkaniu dowiedziałam się, gdy Chanse Unwin zapukał do moich drzwi dzisiejszego ranka, zanim wzeszło słońce. W końcu udało mi się zasnąć jakąś godzinę lub dwie przed świtem. Znów śniłam o tym mężczyźnie. Tym razem staliśmy na moście nad rzeką, w pobliżu mojego starego domu w Tremayne. Było lato, srebrne ryby przemykały w czystej wodzie, a słońce prażyło, grzejąc mnie w głowę. Byłam ubrana w mój stary strój uczennicy. Sukienka - niebieska i czysta, liczne kieszenie fartucha pełne były małych fiolek, roślin i proszków. Czułam ich zapach. Ziołowa, ostra woń rozmarynu, kory wierzbowej i sosny: zapachy oznaczające dom i wiedzę, pracę i szczęście. Słuchając jego głosu, sięgnęłam do jednej z kieszeni i pozwoliłam palcom wędrować między suszonymi liśćmi.
Był wysoki i szczupły. Mimo ładnej pogody miał na sobie płaszcz z kapturem. Gdy mówił, pochylał się w moją stronę. Opowiadał historię, tworząc krąg złożony tylko z nas, a pełne wdzięku gesty jego dłoni dopełniały opowieść. Jego słowa ulatywały natychmiast, jak często ma to miejsce w snach, ale uczucia, które przywoływały, trwały nadal. Wiedziałam, że jego słowa miały wywołać we mnie śmiech, prawdziwy i głęboki, przez który od nadmiaru radości aż boli brzuch. Uśmiechnął się na widok mojego zachwytu, co uczyniło tę chwilę jeszcze słodszą.
Kiedy w końcu przestałam się śmiać, odwróciłam się do niego i zobaczyłam, że szuka czegoś w płaszczu. Wyjął małą lalkę i przesunął w moją stronę po jednym z kamieni, z których zbudowany był most. Wyciągnęłam rękę i podniosłam ją, muskając palcami jego palce. Usłyszałam, jak wstrzymuje oddech, co wywołało we mnie dziwne uczucie.
- Co to? - zapytałam, spoglądając na malutką figurkę.
- To ty - odpowiedział. - Lubię nosić cię ze sobą. Lubię być blisko ciebie. Czuwać nad tobą.
Wtedy zabrał lalkę z mojej dłoni i starannie umieścił w fałdach swojego płaszcza. Przyglądałam się temu, a serce łomotało mi w piersi. Nie widziałam jego twarzy, ale czułam, że na mnie patrzy. Zarumieniłam się, a on, dostrzegając to, uśmiechnął się lekko, rozchylił usta i zwilżył wargi językiem.
Gdy zbliżył się do mnie jeszcze bardziej, moje serce zaczęło bić coraz głośniej, a wtedy nagle jego odgłos stał się uporczywym waleniem w moje frontowe drzwi. Zostałam wyrwana z letniego snu, a w drewniane okiennice stukały krople deszczu. Ból w moim brzuchu nie był powodowany śmiechem, lecz głodem, a sen uleciał jak pajęczyna na wietrze. Odczuwałam jednocześnie przejmujący smutek i ulgę. Rozmyślanie o słońcu Tremayne w Almwyk w czasie zimy powodowało zarazem radość i żal.
Przeciągnąwszy się mocno, wstałam z leżącego na ziemi siennika, owinęłam się kocem, jakby to był płaszcz i nagle i z głuchym trzaskiem uderzyłam się w kolano o nogę od stołu tak mocno, że aż pociemniało mi w oczach. Skorzystałam z tego, że właściwie nikt mnie nie słyszy i zaklęłam siarczyście. Uderzenia w drzwi nie ustawały, były rytmiczne jak puls.
Kiedy otworzyłam drzwi, stał za nimi Chanse Unwin - blady, jego mięsiste wargi ułożone były w szeroki uśmiech, kiedy przyglądał mi się od góry do dołu. Przeszły mnie ciarki, gdy wodził oczami po moim okrytym kocem ciele.
- Errin, witam. Obudziłem cię?
- Oczywiście, że nie, panie Unwin. - Wyszczerzyłam zęby, siląc się na uśmiech.
On uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Świetnie, świetnie. Nie chciałbym ci przeszkadzać. Czy mogę rozmawiać z twoją matką?
- Niestety, nie ma jej.
Spojrzał mi przez ramię, jakby myślał, że zobaczy moją matkę chowającą się przed nim.
- Nie ma jej? - powtórzył, wskazując głową słońce prześwitujące przez drzewa Wschodniego Lasu. - Przecież zakaz wychodzenia dopiero się skończył. Na pewno zobaczyłbym ją, gdyby właśnie wyszła.
- Nie wiem, jak to możliwe, że się pan z nią minął - odrzekłam uprzejmie. - Wyszła chwilę przed tym, jak zapukał pan do drzwi. Przez moment nawet myślałam, że to ona puka, bo czegoś zapomniała.
- To wyjaśnia, dlaczego nie jesteś ubrana. - Uśmiechnął się lubieżnie i wykorzystał okazję, aby jeszcze raz przyjrzeć mi się od stóp do głów.
Owinęłam się ciaśniej moim płaszczem z koca. Słyszałam wystarczająco dużo plotek przy studni, żeby wiedzieć, że Unwin mieszka w Almwyk od ponad dwudziestu lat. Mimo otaczającej go aury dostojeństwa, mówi się, że znalazł się tutaj z tego samego powodu co wszyscy - nie miał innej możliwości i nie był mile widziany gdzie indziej. Mówi się, że stworzył Almwyk z ruin starej królewskiej wioski łowieckiej i zajął się jej nadzorem, najpierw jako ośrodka czarnorynkowego handlu, a następnie jako osady, żeby trochę na tym zarobić. Kiedy zjawili się urzędnicy, żeby zbadać sprawę, udawał skruszonego najlepiej jak umiał, w zamian za parę groszy oferując potrzebującym schronienie i utrzymując ich w ryzach. Sędzia Almwyk.
- Dziwi mnie, że w ogóle otworzyłaś drzwi. To mógł być każdy. Żyjemy w ciężkich czasach, ludzie nie mają nic do stracenia... Żołnierze są daleko od swoich domów, swoich żon. Uchodźcy nie pogardzą niczym, co wpadnie im w ręce.
Nic nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Ale moja twarz pewnie mówiła wszystko to, czego nie odważyłam się powiedzieć na głos.
- Teraz możesz współczuć tym ludziom, ale gdy będą zmarznięci, głodni i nastanie noc... - Unwin pochylił się w moją stronę. - Nikt cię nie obroni. - Spojrzał w górę, na puste nadproże drzwi, po czym wyjął z kieszeni kilka jagód i złoty dysk, a następnie wyciągnął rękę w moją stronę. - Przeciwko śmiertelnikom albo Śpiącemu Księciu.
Byłam pewna, że Unwin nie wierzy w moc talizmanów i amuletów bardziej niż ja, ale zachowałam to dla siebie.
- To bardzo miłe, ale nie chciałabym pozbawiać pana ochrony.
- Chętnie wszedłbym do środka i poczekał na twoją matkę. W ten sposób moglibyśmy obydwoje skorzystać z zapewnianej przeze mnie ochrony.
Musiałam bardzo się postarać, żeby odpowiedzieć uprzejmie.
- Dziękuję bardzo za tak szczodrą ofertę, ale nie chcę zabierać pańskiego cennego czasu. Poza tym mam jeszcze kilka spraw do załatwienia dzisiejszego ranka. Właściwie to muszę zaraz wychodzić. Do widzenia. - Już zaczęłam zamykać drzwi, ale Unwin wetknął stopę w szczelinę.
Oczy zwęziły mu się jeszcze bardziej, aż stały się jedynie wąskimi szparkami nad jego czerwonymi policzkami. Schował swój amulet.
- Wszystko w porządku? - zapytał powoli. - Nie słyszałaś może czegoś na temat swojego brata? Wiesz, że możesz mi zaufać. Jestem twoim przyjacielem. Twojej matki również. Chętnie pomogę, wystarczy poprosić.
- Wszystko w porządku, panie Unwin. W najlepszym porządku. Moja matka jest po prostu bardzo zajęta, nic więcej.
- Najwyraźniej. Nie widziałem jej przynajmniej od kilku tygodni. Może miesięcy. Jestem jednak pewien, że chętnie przyjdzie na dzisiejsze spotkanie.
Z przerażenia aż ścisnęło mnie w żołądku.
- Spotkanie?
Teatralnie uderzył się dłonią w czoło.
- Nic jeszcze nie mówiłem? Cóż, rozpraszasz mnie! Dotarły do mnie wieści od Rady w Tressalyn. Wysłali posłańca z ważnym obwieszczeniem. Najszybciej jak mogę staram się wezwać wszystkich do Domu Sprawiedliwości, aby mogli go wysłuchać.
- W takim razie nie będę pana dłużej zatrzymywać.
Jego twarz skrzywiła się w grymasie irytacji, a ja wiedziałam, że posunęłam się za daleko. Nigdy nie byłam dobra w trzymaniu języka za zębami. Jednak Unwin szybko odzyskał równowagę. Popękane żyłki na jego policzkach poruszały się, gdy próbował znów ułożyć usta w uśmiech.
- Jesteś bardzo miła i aż nazbyt zapobiegliwa. To rzadkie cechy u młodej kobiety. Nie każdemu może się to podobać. Ja to jednak podziwiam. Twoja bezpośredniość jest urocza. Jestem pewien, że te same cechy doceniasz także w innych, więc nie będę dłużej owijał w bawełnę ani obrażał cię półsłówkami. Przyszedłem także po czynsz. Wciąż jesteście mi winne dwa floreny za ostatni miesiąc. Pomyślałem, że nie będę was fatygował, ponieważ i tak mam wieści do przekazania.
- Oczywiście - odpowiedziałam. - Nie zapomniałam. Tak się składa, teraz sobie przypominam, że właśnie w tej sprawie moja matka wyszła tak wcześnie. Chyba zaszło niewielkie nieporozumienie.
- Obawiam się, że tak - odpowiedział ponuro. - Mam jednak nadzieję, że zobaczę was obie na spotkaniu i po wszystkim dacie mi zaległe cztery floreny.
- Cztery floreny? Czynsz to przecież dwa.
- Odsetki, Errin. Niestety, musiałem pożyczyć pieniądze, żeby pokryć waszą zaległą płatność. Wiesz, mam swoje zobowiązania. Dlatego tym razem będę musiał policzyć wam trochę więcej. Zakładam, że to rozumiesz. Niewielu właścicieli pozwoliłoby najemcy na mieszkanie bez płacenia czynszu. Ale, jak już powiedziałem, jestem waszym przyjacielem. - Jego uśmiech aż ociekał tryumfem. - Chcę tylko wam pomóc.
Byłam wściekła. Kłamał i bezczelnie wykorzystywał trudną sytuację, w której z własnej winy się znalazłam. Wiedział, że ledwie stać mnie na zapłatę dwóch florenów, które jestem mu winna.
- Nie będzie to problemem, prawda? Jeżeli będzie, możemy o tym porozmawiać. Możemy ponegocjować. - Oblizał wargi, a ja natychmiast poczułam ulgę, że nic tego dnia nie jadłam.
- Nie ma takiej potrzeby, panie Unwin. Jestem pewna, że moja matka ma wszystko pod kontrolą.
Uśmiech Unwina osłabł, a na jego twarzy pojawił się złowrogi grymas.
- Spotkanie rozpoczyna się punktualnie o trzeciej. Do zobaczenia. - Kłaniając się, sięgnął po moją rękę i przyciągnął ją do swoich ust.
Potem raz jeszcze omiótł wzrokiem moje ciało i odwrócił się, a ja zamknęłam drzwi. Opierając się na nich, słuchałam, jak się oddala. Nie byłam w stanie powstrzymać dreszczy.
Cztery floreny. Jeden wciąż jest schowany w garnku. Ostatnie oszczędności na nagłe wypadki. "Chwała Ostrokrzewowi za Silasa" - przypomniałam sobie. Będę musiała odszukać go przed spotkaniem. Przy odrobinie szczęścia będzie miał dla mnie kolejne zlecenie i może zapłaci z góry.
Tymczasowe uczucie ulgi zostało przerwane przez kolejne walenie do drzwi. Tym razem do drugich. Tych prowadzących do sypialni.
Kiedy otworzyłam drzwi do sypialni, przedmiot rzucony w moim kierunku z ciemnego pokoju omal nie trafił mnie w głowę. Pochyliłam się, ale niewystarczająco szybko. Emaliowany nocnik uderzył mnie w ramię, a mocz rozlał się na koc, którym byłam owinięta, przesiąkając w głąb tuniki. Moja matka kucała na łóżku, szczerząc zęby i szykując się do skoku na mnie. Jej oczy były dzikie i podbiegłe krwią.
- Mamo? - powiedziałam cicho.
Ledwie zdążyłam zamknąć drzwi. Gdy tylko usłyszałam szczęk zamka, uderzyła w nie od wewnątrz. Oparłam się o drzwi, gdy zaczęła w nie walić. Potem drżąc, weszłam do kuchni.
Zbyt blisko.
Przed powrotem do matki poczekałam, aż słońce wzejdzie całkowicie. Znalazłam ją wciśniętą między łóżko a ścianę, zwiniętą i w milczeniu patrzącą w dal.
- Mamo? - powiedziałam łagodnie, powoli zbliżając się do niej, zachowując prostą drogę do drzwi na wypadek, gdyby wciąż było w niej więcej bestii niż człowieka. Już wcześniej udawało jej się mnie oszukać.
Podniosłam ją delikatnie i pomogłam wstać. Kiedy trzymałam ją w ramionach, wydawała się tak krucha, że trudno było mi powstrzymać żal. Sitowie rozłożone na podłodze szeleściło lekko, gdy ciągnęła po nich swoje stopy. Starałam się zapamiętać, które wiązki były brudne i wymagały wymiany. Właściwie to wszystkie powinny być wymienione, ale nasze zapasy pieniędzy były tak marne jak zapasy czystego sitowia. Oparłam ją o sfatygowany bujany fotel, a następnie przyniosłam czystą wodę i szmatę.
Nieważne, ile razy już to robiłam - mycie jej zawsze wydaje mi się nienaturalne. Jej skóra jest jak papier, przesuwa się, gdy przeciągam po niej szmatą, delikatna jak skrzydła ćmy. Zadrapania na jej przedramionach zagoiły się, zostawiając siatkę srebrzystych blizn lśniących w świetle świecy. Wycieram je ze szczególną uwagą, mimo że staram się na nie nie patrzeć.
Kiedy podniosłam jej ręce, aby ubrać ją w koszulę nocną, posłusznie trzymała je w górze, pozwalając mi układać się w dowolnej pozycji, jak lalka.
Wolę, kiedy jest agresywna.
Była sobie kiedyś młoda uczennica aptekarza, która mieszkała na farmie w domu z czerwonej cegły, z dachem ze złotej strzechy, otoczonym przez zielone pola. Miała ojca, który nazywał ją "mądrą dziewczynką" i dał jej na własność ogródek z ziołami, oraz matkę, która była życzliwą i pełną życia osobą. Miała też brata, który potrafił śmiać się i cieszyć.
Jednak pewnego dnia ojciec miał wypadek i, mimo jej wysiłków, umarł. Wraz z nim umarły wszystkie jej nadzieje i marzenia. Farma, dom rodzinny od pokoleń, została sprzedana. Brązowe włosy matki stały się siwe, a jej dusza coraz bardziej blakła, kiedy podążała w stronę Almwyk jak upiór, bez słowa skargi, bez uczuć. Jej brat, dawniej energiczny i pełen radości, stał się zimny i surowy, jego oczy ze złością zwrócone były na wschód.
Gdyby ktoś sześć miesięcy temu powiedział mi, zanim jeszcze życie przeciekło mi przez palce jak woda, że moja matka zostanie przeklęta, odcięta od świata i otumaniona przeze mnie lekami, zaśmiałabym się mu w twarz. Później sprzedałabym mu kopniaka za obrazę, a potem śmiała się dalej. Już prędzej uwierzyłabym, że bajki okażą się prawdą. Oczywiście teraz już wszyscy wierzymy w bajki. Szkarłatny Varulv wymknął się ze stron książki i mieszka ze mną w tej chatce. Śpiący Książę obudził się ze snu i splądrował Lormere, armia stworzonych za pomocą alchemii golemów podąża za nim, gdy przemierza królestwo, zostawiając za sobą stosy trupów. Opowieści nie są już tylko opowieściami - ich bohaterowie krążą teraz po świecie. Czekam tylko, aż Mully Kadłubek zapuka do mojego okna i poprosi o ciepły kąt. Moje życie będzie wtedy kompletne.
Właściwie to nie, nie na to czekam.
Nowo ogłoszony król, Merek z Domu Belmis, został zabity, zanim zdołał włożyć na głowę koronę, tak jak wszyscy ci, którzy nie chcieli przyrzec wierności Śpiącemu Księciu i próbowali powstrzymać go przed objęciem tronu.
Kiedyś widziałam króla Mereka we własnej osobie, mniej niż rok temu, kiedy był jeszcze księciem. Przejeżdżał przez moje dawne rodzinne miasto, Tremayne, ze świtą równie pięknych i dumnych młodych mężczyzn. Lirys i ja wymieniłyśmy pełne podziwu spojrzenia. Nasze policzki płonęły purpurą tak bardzo, że mój brat spojrzał na nas krzywo, a później na księcia na białym koniu. Książę Merek był przystojny, aż nazbyt przystojny.Ciemne loki otaczające jego twarz podskakiwały, gdy skinieniem głowy pozdrawiał ludzi rzucających kwiaty i monety przed jego konia. Może i Tregellan pozbył się swojej rodziny królewskiej, ale my byliśmy szczęśliwi, wychwalając przyszłego króla Lormere. Wyglądał tak, jak powinien wyglądać książę.
Zanim przybyli żołnierze, rozmawiałam z uchodźcami spiesznie przejeżdżającymi przez wieś w drodze do Tyrwhitt. Opowiadali mi, że głowa króla, ukoronowana kawałkiem drewna, nabita jest na pal nad główną bramą miasta Lortune, w środku rzędu utworzonego z głów jego poddanych. Nie jestem sentymentalna, ale nie mogę znieść myśli, że jego piękna, pełna nadziei twarz spogląda martwymi oczami na królestwo, którym nigdy nie będzie rządzić, otoczona głowami tych, którzy pozostali mu wierni do końca. Nie wiem, czy jedna z tych głów nie należy do Liefa.
Pytałam każdego wyzutego z uczuć uchodźcę, z którym udało mi się porozmawiać, czy słyszał cokolwiek o Tregellaninie zabitym przez Śpiącego Księcia albo czy na bramie obok głowy króla znajduje się głowa z włosami i kośćmi policzkowymi przypominającymi moje. Czy słyszał coś o Tregellaninie, który został schwytany, uwięziony lub gdzieś się ukrywa. Spędziłam godziny, chodząc tam i z powrotem po lesie, licząc, że w końcu zobaczę go idącego w moim kierunku z szalonym uśmiechem na twarzy, bez choćby cienia skruchy za to, że martwiłam się o niego.
Po prostu nie wierzę, że mój brat nie żyje. Lief zrobiłby wszystko, żeby pozostać przy życiu. Nie był człowiekiem, który dobrowolnie rzuciłby się na miecz. Gdyby Śpiący Książę zażądał ukłonu w zamian za jego życie, przystałby na to. Pokłoniłby się i zaczekał na odpowiedni moment na ucieczkę. Był... jest sprytny. Musi być gdzieś uwięziony, może chory lub ranny, może po prostu czeka, aż będzie mógł bezpiecznie uciec.
Rodzina przede wszystkim, jak mawiał tata, kiedy się kłóciliśmy. Przypominał nam, jak jego babcia potajemnie wyprowadzała swoich synów ze starego tregellańskiego zamku w noc, kiedy to ludzie zbuntowali się przeciwko rodzinie królewskiej i zabili jej członków. Nasza prababka była damą dworu królowej i żoną dowódcy armii. Kiedy usłyszała ludzi pod bramą, opuściła stanowisko, zabrała swoje dzieci i uciekła. Porzuciła swoje dawne życie, żeby zacząć na nowo gdzie indziej. Inni ludzie przychodzą i odchodzą, ale rodzina jest na zawsze.
Lief postępował tak samo. Zabrał nas tu, żebyśmy utrzymali się przy życiu. Musiał udać się do Lormere, bo nie mieliśmy nic. Sprzedaliśmy wszystko, żeby spłacić nasze długi, gdy opuściliśmy Tremayne. Ta stara, brudna, ciasna, dziurawa chatka i apatia naszych sąsiadów to ostatnie rzeczy chroniące mnie i moją matkę do powrotu Liefa. Teraz nawet to zostanie nam odebrane. Nie będziemy miały gdzie się ukryć.
A my potrzebujemy schronienia, bo gdy księżyc się zaokrągla, staje się ciężki i pękaty, moja dawniej łagodna i kochająca matka zmienia się w potwora o czerwonych ślepiach i zakrzywionych szponach, który przez zamknięte drzwi szepcze o sposobach, w jakie chce mnie skrzywdzić.
Jednak kiedy ma w sobie bestię, przynajmniej jest w stanie mnie dostrzec. Usłyszeć mnie. Kiedy jest moją matką, jestem dla niej duchem. Jak mój ojciec i mój brat, tylko że ja nadal żyję. Nadal tu jestem.