Córka ziemi. Tom 1 - Ann-Catrin Mattsson

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Le­genda

Nie­któ­rzy są prze­ko­nani, że była cza­row­nicą. Inni wie­rzą, że anio­łem ze­sła­nym z nieba przez sa­mego Boga. W wy­bra­nych opo­wie­ściach jest zdraj­czy­nią. Ja zna­łam Aileę i wiem, że nie była ani cza­row­nicą, ani anio­łem, ani zdraj­czy­nią.

Sły­sza­łam te le­gendy, zna­łam pro­roc­twa na długo przed tym, za­nim po raz pierw­szy spoj­rza­łam na wy­soką ja­sno­włosą dziew­czynkę, która przy­była do Sto­wa­rzy­sze­nia. Wy­dała mi się bo­gi­nią, cho­ciaż drżały jej ręce.

Od tam­tego dnia sta­ły­śmy się nie­roz­łączne. Sio­stry i naj­lep­sze przy­ja­ciółki, po­mimo że Aileę trak­to­wano nie­mal jak kró­lową i miała nad nami taką prze­wagę, że do­tknię­cie jej ozna­czało śmierć. Ale dzięki ćwi­cze­niom ja rów­nież na­uczy­łam się ko­mu­ni­ko­wać z tym dru­gim świa­tem, cho­ciaż ni­gdy jej w tym nie do­rów­na­łam, po­nie­waż Ailea sta­no­wiła jego in­te­gralną część, tak po­łą­czoną z la­sem i zie­mią, że od­dy­chała ich ryt­mem.

Do dzi­siaj lu­dzie mnie py­tają, czy zna­łam ją oso­bi­ście. Zna­łam ich wszyst­kich - od­po­wia­dam. Także jego, męż­czy­znę, któ­rego ko­chała Ailea. Czło­wieka o tem­pe­ra­men­cie nie­okieł­zna­nym i dzi­kim jak wzbu­rzone mo­rze i bu­rzowe niebo. Ro­de­ric po­sia­dał umie­jęt­ność pod­pa­la­nia świata wo­kół sie­bie, nie po­zwa­la­jąc, by do Ailei zbli­żył się choć je­den pło­mień.

Wpro­wa­dzał za­męt, taki po pro­stu był. Tacy byli. Bo­go­wie two­rzący wo­kół sie­bie chaos. Byli jak ży­wioł. Let­nia bu­rza, tor­nado pro­ble­mów. To, co naj­pięk­niej­sze w ka­ta­stro­fach. Może to brzmi nie­wia­ry­god­nie, jak bajka, lecz tak wła­śnie ich za­pa­mię­ta­li­śmy.

Od dawna nie żyją, a ich pro­chy po­łą­czyły się z zie­mią. Nie opo­wiem tej hi­sto­rii taką, jaką była, tylko jak ją za­pa­mię­ta­łam i jak mi ją przed­sta­wiono. A tych ta­jem­nic nie po­winno się zdra­dzać ni­komu nie­wta­jem­ni­czo­nemu.

Aby na­ro­dziła się gwiazda, musi na­stą­pić jedna rzecz. Znisz­cze­nie. Wszystko musi zo­stać ob­ró­cone w perzynę, więc rów­nież opo­wieść o niej. Bo naj­pięk­niej­sze rze­czy ro­dzą się w bó­lach. Mi­nie kil­ka­set lat, za­nim lu­dzie po­znają jej hi­sto­rię. Hi­sto­rię Ailei - córki ziemi.

Ailea

IR­LAN­DIA, KWIE­CIEŃ 1649

- Wszy­scy nie żyją.

Z ust wy­do­bywa się je­dy­nie szept. Strzępy snów niosą się po izbie ci­chym echem. Małe, ostre odłamki wspo­mnień: za­krwa­wione ciała, pła­czące nie­mow­lęta i ko­biety w roz­dar­tych su­kien­kach, ra­nią ją za każ­dym ra­zem, gdy za­myka oczy.

- W ko­ściele byli lu­dzie - cią­gnie Ailea - ale czer­woni męż­czyźni ich za­bili, na­wet ko­biety i dzieci.

Po­mimo cie­pła, ja­kie dają grube owcze skóry, przez jej ciało prze­biega dreszcz. Mat­czyne gła­ska­nie za­miera na uła­mek se­kundy.

- Cho­dzi ci o to, że byli ubrani na czer­wono?

Ailea kiwa głową.

- Mieli na so­bie czer­wone płasz­cze. Matko, wy­daje mi się, że ci żoł­nie­rze byli An­gli­kami.

- Dla­czego tak my­ślisz?

Ailea pró­buje so­bie ich przy­po­mnieć. Dla niej to oczy­wi­ste, cho­ciaż nie po­trafi tego wy­ja­śnić. To jak nad­cho­dząca bu­rza, którą czuje się w ko­ściach.

- Za­cho­wy­wali się jak An­glicy. Oni... nie pa­łali do nas sym­pa­tią.

- Do nas?

Ailea na­po­tyka py­ta­jące spoj­rze­nie matki.

- Do nas, ka­to­li­ków. Za­bili wszyst­kich.

Moc­niej wtula się w cie­płe ob­ję­cia matki, szuka w nich po­cie­sze­nia i po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Pło­mień świecy od­bija się w lo­kach ko­biety, wzmac­nia czer­wone tony, spra­wia­jąc, że jej włosy wy­dają się bar­dziej rude, niż są w rze­czy­wi­sto­ści.

Sie­dzą tak dłuż­szą chwilę, aż matka w końcu wy­pusz­cza ją z ob­jęć i od­suwa od sie­bie na dłu­gość ra­mie­nia.

- Chyba nie od­wie­dzi­łaś babki Bri­gid? - Piegi na twa­rzy matki prze­su­wają się, gdy marsz­czy czoło. - Wiem, że zwy­kła wam, dzie­ciom, opo­wia­dać te wszyst­kie straszne hi­sto­rie, jedną gor­szą od dru­giej. Nie­dawno wró­ci­łaś do domu z pła­czem, bo na­ga­dała ci o miesz­ka­ją­cej w le­sie cza­row­nicy, która pod­rzyna gar­dła ma­łym dziew­czyn­kom i robi wino z ich krwi.

Ailea do­sko­nale pa­mięta tę hi­sto­rię i to, jak się prze­stra­szyła. Babka Bri­gid nie omiesz­kała też pod­kre­ślić, że ta zła cza­row­nica lubi zwłasz­cza dziew­czynki o blond wło­sach, ta­kie jak Ailea, po­nie­waż ich krew po pro­stu sma­kuje naj­le­piej.

- Ba­łaś się sama spać przez kilka ty­go­dni - przy­po­mina matka.

- Przy­się­gam, nie by­łam u niej!

- Dziecko, nie je­stem zła. Ani ja, ani oj­ciec nie bę­dziemy się o to na cie­bie zło­ścić.

- Ale nie by­łam! Nie od­wie­dzi­łam jej od czasu tej kłótni po­mię­dzy oj­cem a nią.

O matko, jak się uniósł. Tak zwy­zy­wał babkę Bri­gid, że jego za­zwy­czaj ła­godna twarz zro­biła się czer­wona.

- Je­śli mó­wisz, że tam nie by­łaś, to ja ci wie­rzę. - Matka ca­łuję ją w czoło. - To był tylko zły sen, moje dziecko.

- Tak są­dzi­cie, matko?

Ailea szuka spoj­rze­nia ro­dzi­cielki, chce w jej nie­bie­skich oczach zna­leźć coś, co po­twier­dzi te słowa, lecz ko­bieta od­wraca wzrok. Ko­lejny pło­mień roz­świe­tla mrok, gdy w drzwiach staje oj­ciec. Nic nie mówi, gdy marsz­cząc czoło, przy­gląda się mał­żonce i córce le­żą­cym w łóżku.

Matka od­po­wiada na nie­po­wie­dziane przez niego py­ta­nie.

- Znowu miała kosz­mary - wy­ja­śnia.

Oj­ciec ciężko wzdy­cha. Po­ciera dło­nią nie­ogo­lony pod­bró­dek.

- To się robi nie do znie­sie­nia.

Ailea spała tylko dwie noce w swoim po­koju, od kiedy go do­stała. Oj­ciec uwa­żał, że od­dzielna sy­pial­nia wcale nie jest jej po­trzebna, ale ona na nią na­le­gała, tłu­ma­czyła mu, że jest już dużą dziew­czynką, nie­długo skoń­czy sie­dem lat, a duże dziew­czynki śpią w swo­ich łóż­kach, tak twier­dziła Mo­ira. A Ailea po­trafi być prze­ko­nu­jąca.

Nie­stety nocne kosz­mary pod­ko­pały od­wagę Ailei. Jest prze­ra­żona, boi się znowu za­snąć i tego, że złe sny po­wrócą. Czy oj­ciec każe jej spać tu­taj sa­mej? Strach nie chce jej opu­ścić. Ni­czym ptak, uwił so­bie gniazdo w jej gar­dle i cho­ciaż cią­gle prze­łyka ślinę, nie chce wy­fru­nąć.

Oj­ciec pod­cho­dzi do łóżka. De­li­kat­nie głasz­cze matkę po gło­wie i wy­ciąga córkę z jej bez­piecz­nych ob­jęć. Ailei ści­ska się gar­dło, z jej oczu try­skają łzy. Za­pora za­raz się prze­rwie i doj­dzie do po­wo­dzi. Ale oj­ciec za­miast po­ło­żyć ją w jej wła­snym łóżku, kła­dzie so­bie jej głowę na piersi i nie­sie ją do mał­żeń­skiej sy­pialni.

- Już do­brze. Dzi­siaj mo­żesz spać z nami.

Po wej­ściu do sy­pialni męż­czy­zna pod­nosi pie­rzynę, żeby córka mo­gła się wśli­zgnąć do ich łóżka. Po­ściel wciąż jest cie­pła od ich ciał. Bose stopy Ailei do­ty­kają mięk­kich owczych skór. Wci­ska nos w po­duszkę i wciąga w noz­drza za­pach ta­baki i ce­dru. Za­pach ojca. Ten siada obok niej, de­li­kat­nie gła­dzi ją po czole i no­sie, tak jak za­wsze to ro­bił.

- Spró­buj za­snąć, ma fille bien-aimée, będę tu przy to­bie czu­wał, do­póki nie za­pad­niesz w sen.

Lubi, gdy oj­ciec tak ją na­zywa. Wy­po­wiada te słowa ła­god­nie i z fran­cu­skim ak­cen­tem, który ona tak ko­cha. Po jej ciele roz­cho­dzi się cie­pło, wy­piera cały strach i resztki noc­nego kosz­maru, który po­woli się kur­czy.

Ro­de­ric

WŁO­CHY, KWIE­CIEŃ 1649

- Ro­de­ricu!

Ostry głos pia­stunki nie­sie się echem po dzie­dzińcu. Ko­bieta po­ru­sza się na czwo­ra­kach, wci­ska­jąc dło­nie w piasz­czy­stą zie­mię i prze­su­wa­jąc wzro­kiem wzdłuż szcze­liny pod szopą z na­rzę­dziami.

Ro­de­ric opiera się ple­cami o pień, świa­domy, że ko­bieta tu go nie doj­rzy. W po­wie­trzu unosi się woń dzieg­ciu. Chło­piec za­myka oczy i bie­rze głę­boki wdech. Na drze­wie zmar­twie­nia go nie do­ty­czą. Jest da­leko od mnó­stwa nud­nych obo­wiąz­ków.

Wła­śnie wdra­py­wał się na drzewo, gdy w kuchni roz­le­gły się krzyki i pia­stunka zro­zu­miała, co się stało. Nada­rzyła się oka­zja, gdy Ma­ria po­je­chała na targ, a pia­stunka za­ga­dała się z pa­rob­kiem z są­sied­niego go­spo­dar­stwa. Pia­stunka pra­cuje u nich za­le­d­wie od paru ty­go­dni, a jed­nym z jej obo­wiąz­ków, gdy Ro­de­ric nie ma aku­rat lek­cji z an­giel­skim ba­ka­ła­rzem, jest go pil­no­wać. Za­da­nie, któ­remu czę­sto nie jest w sta­nie po­do­łać.

Pia­stunka wstaje. Zgrzebny far­tuch jest po­pla­miony krwią ptaka, któ­rego ra­zem z inną dziewką opra­wiły wcze­śnie rano.

- Ro­de­ricu! To nie jest za­bawne! - Roz­kłada ręce w ge­ście re­zy­gna­cji. - Pro­szę na­tych­miast tu przyjść!

W gniew­nym to­nie sły­chać de­spe­ra­cję. Wy­rzuty su­mie­nia wiją się w jego brzu­chu ni­czym pod­stępny wąż. Może za bar­dzo utrud­nia ży­cie tej no­wej pia­stunce?

Na za­cho­dzie wzbi­jają tu­many ku­rzu. Ro­de­ric po­chyla się, by le­piej wi­dzieć. Czyżby wy­do­by­wały się spod ko­pyt ko­nia za­przę­żo­nego do po­wozu? Woź­nica jest jesz­cze zbyt da­leko, by Ro­de­ric mógł mieć pew­ność, lecz po kilku mi­nu­tach wy­raź­nie wi­dzi ko­nia. Nie jest do­brze. My­ślał, że nie bę­dzie jej całe przed­po­łu­dnie. Już po chwili nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści. Ma­rii, która to­ruje so­bie drogę ni­czym do­wódca na polu bi­twy, nie spo­sób po­my­lić z ni­kim in­nym.

- Utra­pie­nie z tym nie­sfor­nym chło­pa­kiem! - Pia­stunka ociera łzy brud­nym far­tu­chem.

Ro­de­ric stwier­dza, że ko­bieta mimo wszystko prze­sa­dza.

- Li­czę do dzie­się­ciu. Je­śli do tego czasu nie zle­ziesz z tego drzewa, to przy­niosę ró­zgę i tak ci złoję ty­łek, że po­pa­mię­tasz!

Głos Ma­rii hu­czy rów­nie ostrze­gaw­czo jak grzmoty ob­wiesz­cza­jące bu­rzę. Ro­de­ric szybko roz­waża, ja­kie ma moż­li­wo­ści, ale wy­gląda na to, że albo do­sta­nie la­nie, albo bę­dzie jesz­cze go­rzej, czyli zo­sta­nie za­mknięty w po­koju, i to bez je­dze­nia. Wi­dział tego tłu­stego ptaka, któ­rego zła­pały służki, i nie chciałby prze­ga­pić wie­cze­rzy. Już woli do­stać ró­zgą.

Te­atral­nie wzdy­cha­jąc, obej­muje pień drzewa i scho­dzi na tyle ni­sko, że w końcu może ze­sko­czyć na zie­mię. Pia­stunka pa­trzy na star­szą ko­bietę, jakby nie wie­działa, czego się od niej ocze­kuje. Ma­ria stoi w roz­kroku, pod­parta pod boki, i z ka­mienną twa­rzą mie­rzy go za­bój­czym wzro­kiem. Stara mamka po­trafi wy­glą­dać prze­ra­ża­jąco, gdy tego chce. Jest w tej ro­dzi­nie, od­kąd Ro­de­ric sięga pa­mię­cią, i wy­cho­wuje go twardą ręką.

Ro­de­ric wy­ciera ręce w no­gawki spodni.

- My­śla­łem, że wró­ci­cie do­piero za kilka go­dzin.

W od­po­wie­dzi Ma­ria chwyta go mocno za ucho, po czym cią­gnie za sobą do domu. Młoda pia­stunka po­tyka się i ru­sza tuż za nimi. Cią­głe wy­ra­bia­nie cia­sta spra­wiło, że mamka ma ra­miona silne jak sam Her­ku­les. Ależ to boli! Ma­ria cią­gnie tak mocno, że Ro­de­ric jest prze­ko­nany, że za­raz urwie mu ucho.

- Puść mnie! - pro­te­stuje.

- Sły­sza­łam, co prze­skro­ba­łeś! W kuchni jest po­bo­jo­wi­sko! - Ma­ria szar­pie go jesz­cze moc­niej. - Wy­pu­ścić ro­pu­chy, jasz­czurki i co tam jesz­cze zbie­ra­łeś! Uwa­żasz, że to za­bawne?

Ale to na­prawdę wy­glą­dało ko­miczne. Ma­ria na­wet tam nie we­szła, więc nie po­winna się na ten te­mat wy­po­wia­dać. Ro­de­ric ma przed oczami ob­raz słu­żek, które krzy­cząc i po­py­cha­jąc się, wspi­nają się na stół. Cia­sto i mi­ski fru­wa­jące w po­wie­trzu, gdy z pod­ka­sa­nymi spód­ni­cami pró­bo­wały prze­pę­dzić wał­kami te małe stwo­rze­nia. Po­mimo pra­wie ode­rwa­nego ucha Ro­de­ric nie po­trafi po­wstrzy­mać uśmie­chu.

- Niech Bóg się zmi­łuje nad twoją za­gu­bioną du­szą, chłop­cze!

Ma­ria pusz­cza jego ucho i chwyta go mocno za ra­mię. Po­py­cha go przez próg, po czym cią­gnie w głąb po­sia­dło­ści. Ro­de­ric wpada na kre­dens i o mało nie strąca jed­nego z dro­go­cen­nych wa­zo­nów, które oj­czym Ja­mes ku­pił pod­czas ich ostat­niej po­dróży do We­ne­cji. Na­czy­nie kosz­to­wało kro­cie, ale Ro­de­ric wie, że ary­sto­kra­cja lubi się szczy­cić swoim bo­gac­twem.

Jego matka sie­dzi wy­pro­sto­wana z nogą za­ło­żoną na nogę na jed­nej z ka­nap obi­tych tka­niną. Ha­ftuje na ja­snym lnie le­żą­cym na jej ko­la­nie. Wa­zon na stole za nią efek­tow­nie pod­kre­śla zie­lony ko­lor jej sukni. Ro­de­ric jest pe­wien, że usia­dła tam ce­lowo, wła­śnie z tego po­wodu. Ciemne loki wy­do­stały się z upię­cia i miękko opa­dają na jej ra­miona za każ­dym ra­zem, gdy pod­nosi rękę, ha­ftu­jąc.

Ro­de­ric do­piero po chwili za­uważa swo­jego młod­szego brata sie­dzą­cego na dy­wa­nie, po­chło­nię­tego prze­glą­da­niem książki i cał­ko­wi­cie po­grą­żo­nego w swoim świe­cie. Wy­gląda na to, że ani ich nie wi­dzi, ani nie sły­szy.

- O co cho­dzi?

Matka kon­ty­nu­uje ha­fto­wa­nie, nie pod­no­sząc wzroku. Pia­stunka dyga ni­sko, przy­gryza dolną wargę i błą­dzi wzro­kiem po­mię­dzy ka­napą a Ma­rią.

- Prze... pra­szam, ba­ro­nowo, nie chcemy ja­śnie pani kło­po­tać, ale cho­dzi o Ro­de­rica.

Ro­de­ric chce po­wie­dzieć pia­stunce "wy­pro­stuj się i prze­stań się tak de­ner­wo­wać", gdyż wie, że jego matka nie­na­wi­dzi wszel­kich oznak sła­bo­ści. Igła się za­trzy­muje.

- Py­ta­nie nie było do cie­bie.

Głos jest lo­do­waty jak zi­mowy stru­mień. Pia­stunka się wzdryga, jakby ba­ro­nowa ją spo­licz­ko­wała. Jej usta się otwie­rają ni­czym u ryby wy­cią­gnię­tej z wody, pró­buje zna­leźć od­po­wied­nie słowa. Matka nie daje jej dojść do głosu.

- Mo­żesz odejść! Zrób coś po­ży­tecz­nego, na mi­łość bo­ską!

Pia­stunka znowu dyga. Z po­chy­loną głową i zgar­bio­nymi ple­cami opusz­cza po­miesz­cze­nie.

Ro­de­ric nie­na­wi­dzi, na­prawdę nie­na­wi­dzi tej nie­fra­so­bli­wo­ści, z jaką matka nad­używa swo­jej wła­dzy, by upo­ko­rzyć in­nych. Ma­ria, przy­zwy­cza­jona do ra­dze­nia so­bie z matką, stoi nie­ru­chomo.

- No, mów, co tym ra­zem spso­cił mój syn.

- Ro­de­ric naj­wy­raź­niej rano do­brze się ba­wił, wy­pusz­cza­jąc z wia­dra ro­bac­two, gdy służba wy­ra­biała cia­sto na chleb.

- Na­prawdę? - Mię­to­wo­zie­lony haft za­czyna przy­bie­rać kształt płat­ków kwia­tów. - Do­brze, zajmę się tym. - Matka pod­nosi wzrok. - Je­śli to wszystko, Ma­rio, mo­żesz odejść.

Ro­de­ric od­pro­wa­dza wzro­kiem starą mamkę.

- Po­dejdź no tu! - roz­ka­zuje matka.

Ro­de­ric na­po­tyka jej wład­cze spoj­rze­nie z rów­nie nie­złom­nym upo­rem. Jego matka, Ile­ana Ca­stro de Gu­evara, ucho­dzi za jedną z naj­pięk­niej­szych nie­wiast w Hisz­pa­nii, mimo że ma po­nad trzy­dzie­ści lat i nie jest już młoda. Po­trafi okrę­cać so­bie męż­czyzn wo­kół ma­łego palca, aby po­tem wy­ci­snąć ich jak cy­trynę.

- Czy aby nie je­steś za duży na ta­kie dzie­cięce psoty?

Dez­apro­bata w jej gło­sie jak zwy­kle wy­wo­łuje w nim iry­ta­cję. Matka prze­krzy­wia głowę.

- Cza­sami wy­daje mi się, że wciąż je­steś ma­łym dziec­kiem, które nie wie, jak się za­cho­wać.

- Nie je­stem mały!

- To prze­stań się tak za­cho­wy­wać!

Krew w jego ży­łach bu­zuje i jest bli­ski tego, aby coś jej od­pa­ro­wać, ale opa­no­wuje się i gry­zie się w ję­zyk. Za­ci­ska zęby i pod­cho­dzi do młod­szego brata sie­dzą­cego na pod­ło­dze. Ga­briel jedną ręką pod­piera pod­bró­dek. Mocno marsz­czy czoło, wio­dąc pal­cem wska­zu­ją­cym dru­giej ręki po tek­ście w książce. Za­czął skła­dać li­tery, gdy miał trzy wio­sny, a te­raz, jako sied­mio­la­tek, czyta tak do­brze jak Ro­de­ric.

Dzielą ich nie­całe cztery lata. Ro­de­ric od za­wsze lubi swo­jego młod­szego brata, ale je­śli ma być szczery, to lubi też swoją sio­strę. Jed­nak Ga­briel jest na swój spo­sób wy­jąt­kowy. Ro­de­ric nie pa­mięta, by wi­dział go za­gnie­wa­nego czy na­prawdę wzbu­rzo­nego. Ga­briel ni­gdy nie spra­wia kło­po­tów, po­trafi sam się ba­wić go­dzi­nami, je­śli znaj­dzie coś, co go za­in­te­re­suje. Wszy­scy mó­wią, że Ro­de­ric ma dia­bła za skórą, za to tem­pe­ra­ment Ga­briela jest ła­godny ni­czym letni wiatr. Może mają ra­cję. Prze­cież Ga­briel to imię Ar­cha­nioła.

Chło­piec spo­gląda na niego swo­imi du­żymi oczami, lekko się uśmie­cha­jąc.

- Na­prawdę to zro­bi­łeś?

Ro­de­ric igno­ruje py­ta­nie wzru­sze­niem ra­mion, lecz od­wza­jem­nia uśmiech. Jest prze­ko­nany, że Ga­briel wi­dział wia­dra z ro­pu­chami i ro­ba­lami, które ukrył w ich sza­fie, ale wie, że ni­gdy by na niego nie do­niósł.

Matka od­kłada ro­bótkę.

- Ro­de­ricu, po­dejdź no tu. Mu­szę z tobą po­waż­nie po­roz­ma­wiać.

Nad­szedł ten mo­ment. Tylko żeby matka nie od­pra­wiła go do po­koju bez wie­cze­rzy.

- Cho­dzi o karę? Bo...

- Nie o tym chcę z tobą po­roz­ma­wiać. - Matka bie­rze głę­boki wdech i do­daje: - Pora za­dbać o twoją przy­szłość. Po­je­dziesz do Bo­lo­nii i roz­pocz­niesz na­ukę w Ac­ca­de­mia Mi­li­tare. Roz­piera cię ener­gia, którą trzeba ja­koś spo­żyt­ko­wać.

Bo­lo­nia. Znaj­duje się tam jedna z naj­lep­szych szkół woj­sko­wych w Eu­ro­pie. Ro­de­ric wie, że jego stryj zo­stał tam wy­słany jako je­de­na­sto­la­tek. Każdy, kto chce się na­uczyć fech­tunku, ma­rzy o tym, by ro­bić pod okiem jed­nego z mi­strzów z tej szkoły, jed­nak tylko nie­liczni mają ko­nek­sje lub wy­star­cza­jącą ilość pie­nię­dzy. Suk­nia matki się po­gnio­tła i Ro­de­ric wi­dzi iry­ta­cję wy­ma­lo­waną ja jej twa­rzy, gdy ręką pró­buje wy­gła­dzić ma­te­riał.

- Trzeba cię przy­go­to­wać. - Ob­ser­wuje go spod czar­nych rzęs. - Pora skoń­czyć z za­bawą i za­cząć wy­peł­niać swe prze­zna­cze­nie. Wuj słono za­pła­cił za twoją szkołę.

Ro­de­ric się pro­stuje.

- Tak, matko.

Wszyst­kie lek­cje, nie­koń­czące się go­dziny spę­dzone na koń­skim grzbie­cie, miały go przy­go­to­wać na ten dzień. Na­uczy się wal­czyć, do czego po­dobno jest stwo­rzony. Czuje się go­towy.

Ro­de­ric od­wraca się z uśmie­chem i opusz­cza po­miesz­cze­nie.

Ile­ana

WŁO­CHY, KWIE­CIEŃ 1649

Ile­ana od­pro­wa­dza Ro­de­rica wzro­kiem, gdy ten wy­cho­dzi wy­pro­sto­wany. Jej pier­wo­rodny, ide­alny syn. Sze­ro­kie barki, ciemne pu­kle wo­kół twa­rzy o wy­jąt­kowo wy­ra­zi­stych ry­sach. Jest do niej po­dobny, sporo po niej odzie­dzi­czył. Ten sam pro­sty nos i zmy­słowe, pełne usta, iden­tyczny zło­ci­sty od­cień skóry, tylko że jesz­cze ciem­niej­szy po wielu go­dzi­nach spę­dzo­nych na słońcu.

Ale ro­syj­ska krew pły­nąca w ży­łach Ro­de­rica czyni jego wy­gląd bar­dziej nor­dyc­kim, z mocno za­ry­so­waną szczęką i wy­dat­nymi ko­śćmi po­licz­ko­wymi. Ma oczy w tym sa­mym ja­sno­zie­lo­nym ko­lo­rze co li­ście eu­ka­lip­tusa. Za­wsze in­ten­sywne spoj­rze­nie, w któ­rym po­ja­wia się ogień, gdy chło­pak do­strzega ja­kąś nie­spra­wie­dli­wość.

Da so­bie radę. Nadała mu imię ozna­cza­jące sławę i wła­dzę. Świa­do­mie wy­brała starą ro­mań­ską pi­sow­nię, za­miast kla­sycz­nego Ro­drigo, czę­ściej spo­ty­ka­nego w Hisz­pa­nii, aby pod­kre­ślić jego wy­jąt­ko­wość.

Ile­ana usuwa kilka żół­tych ni­tek, które przy­cze­piły jej się do sukni. Imiona są ważne, a jego imię zo­sta­nie za­pi­sane w gwiaz­dach.

* * *

Drzwi są za­mknięte, co nie jest ta­kie dziwne. Ile­ana puka raz, na­ci­ska klamkę i wcho­dzi do po­koju męża. Czuje w noz­drzach ciężki za­pach dymu i opium. Po­tar­gane ja­sne włosy Ja­mesa ster­czą wśród po­du­szek i róż­nych tka­nin. Ko­bieta su­nie spoj­rze­niem wzdłuż cięż­kich ak­sa­mit­nych dra­pe­rii oka­la­ją­cych łóżko, jej mał­żo­nek ma rów­nie wy­ra­fi­no­wany gust, co ona.

Z tego, co może do­strzec, jest goły. Obok łóżka stoi młody męż­czy­zna z na­gim tor­sem i pró­buje na­cią­gnąć spodnie. Jest piękny. Nie­zbyt wy­soki, lecz ma umię­śnione nogi i kla­syczną, ciemną urodę, tak cha­rak­te­ry­styczną dla tych oko­lic.

- Ko­cha­nie, mo­żesz do woli za­ba­wiać się z mło­dymi męż­czy­znami, ale wo­la­ła­bym, że­byś ro­bił to w nocy, a nie w biały dzień. - Ile­ana pod­nosi z pod­łogi po­duszkę, po czym siada na łóżku obok niego.

Na ustach męża błąka się lekki uśmiech. Ile­ana marsz­czy nos.

- I bła­gam, otwórz okno, śmier­dzi tu na­sie­niem.

Ja­mes kła­dzie swoją szczu­płą dłoń na jej dłoni. Na­wet te­raz, gdy się uśmie­cha, Ile­ana do­strzega w jego po­pie­la­tych oczach cień smutku, po­nie­waż Ja­mes ma też me­lan­cho­lijną du­szę po­ety. Ile­ana wzdy­cha.

Się­ga­jąc po ko­szulę za­ko­paną w po­ścieli, śniady mło­dzie­niec błą­dzi za­kło­po­ta­nym spoj­rze­niem po­mię­dzy nią a Ja­me­sem. Ile­ana li­czy na to, że reszta jego ciała jest rów­nie umię­śniona co ra­miona.

Ile­ana wy­ciąga rękę po wi­no­grono le­żące na pół­mi­sku na sto­liku noc­nym.

- Piękny jest. - Wy­sy­sa­jąc sok z wi­no­grona, od­rywa wzrok od męża i spo­gląda w nieco prze­stra­szone oczy mło­dzieńca. - Po­wiedz mi, lu­bisz tylko męż­czyzn czy przy ko­bie­tach też ci sztyw­nieje?

Mło­dzie­niec się ru­mieni. Wę­druje wzro­kiem po­mię­dzy nią a Ja­me­sem.

- Yyy... ja...

- Ile­ano. - W gło­sie Ja­mesa sły­chać de­li­katne ostrze­że­nie. - Zo­staw go w spo­koju.

Krza­cza­ste brwi męża nieco opa­dają.

- Mo­żesz odejść, Pie­tro. - Od­wraca wzrok w stronę mło­dzieńca i ma­cha ręką. - Mu­szę po­roz­ma­wiać z żoną na osob­no­ści.

- Daj spo­kój, może zo­stać, je­śli o mnie cho­dzi, zdjąć coś z sie­bie i do­trzy­mać nam to­wa­rzy­stwa.

Ile­ana po­chyla się i za­pra­sza­jąco gła­dzi brzeg łóżka. Pie­tro na­tych­miast wbija spoj­rze­nie w jej de­kolt. Ona uśmie­cha się pod no­sem. No pro­szę, wdzięki ko­biet nie są mu cał­ko­wi­cie obo­jętne.

- Ile­ano, za­cho­wuj się.

Ton głosu męża zdra­dza, że jed­nak go to bawi. Ona i Ja­mes są swo­imi prze­ci­wień­stwami. Mał­żo­nek, spo­kojny blon­dyn, wspa­nia­ło­myślny ma­rzy­ciel. Kiedy te­raz tak o tym my­śli, to stwier­dza, że ni­gdy nie wi­działa, by stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą. Nie dzi­wota, że lu­dzie biorą go za ojca Ga­briela, cho­ciaż oni oboje wie­dzą, że nim nie jest. Ja­mes wciąż trzyma rękę na jej dłoni, jego kciuk de­li­kat­nie pie­ści cienką skórę na jej nad­garstku. Jest jej skałą. Jej ko­twicą tu­taj, na ziemi. Ile­ana ostroż­nie pod­nosi jego dłoń do swo­ich ust.

- Roz­ma­wia­łam z Ro­de­ric­kiem. Naj­wyż­szy czas, by roz­po­czął szkołę woj­skową w Bo­lo­nii.

Brwi Ja­mesa się uno­szą.

- Tak szybko? Nie jest zbyt młody? Prze­cież nie ma jesz­cze je­de­na­stu lat.

- Nie­któ­rzy po­wie­dzie­liby, że cze­ka­łam zbyt długo. Że edu­ka­cję woj­skową na­leży roz­po­czy­nać już wieku sze­ściu lat.

- Jak­bym sły­szał two­jego brata.

Ila­nea wzdy­cha z dez­apro­batą.

- Wy dwaj ni­gdy się nie do­ga­dy­wa­li­ście.

Ja­mes nie od­po­wiada. Do­tyka ręką brody i omiata spoj­rze­niem kom­natę. Choć nie jest oj­cem Ro­de­rica, Ile­ana wie, że trosz­czy się o chłopca na tyle, by chcieć go ad­op­to­wać w związku z ich za­ślu­bi­nami.

- To do­bry chło­pak. - Mąż wciąż omiata wzro­kiem kom­natę. - Ni­gdy nie lu­bi­łem ar­mii, ca­łego tego wo­jo­wa­nia i ich po­li­tyki.

Ile­ana sięga po wi­no­grono.

- Masz na to zbyt ła­godne uspo­so­bie­nie i zbyt wiel­kie serce, mój drogi.

- W prze­ci­wień­stwie do cie­bie?

- W prze­ci­wień­stwie do mnie. - Ile­ana pry­cha. - Nie osią­gnę­łam tego wszyst­kiego czy­stą do­bro­cią. Ży­cie to stra­te­gia woj­skowa, Ja­mes, i za­pro­wa­dzę go na sam szczyt, na­wet po tru­pach.

- Je­steś pewna, że ro­bisz to dla jego do­bra? - Ja­mes mówi to ła­god­nym to­nem, bez oce­nia­nia.

- Wszystko, co ro­bię, ro­bię dla do­bra swo­ich dzieci. Chcę, żeby zdo­były wła­dzę i wio­dły ży­cie, na które za­słu­gują.

Ile­ana kła­dzie nogi na łóżku, opiera głowę na ra­mie­niu męża i wciąga w noz­drza jego za­pach, cie­płą woń piżma i drzewa san­da­ło­wego. Ja­mes unosi jej dłoń i splata swoje palce z jej pal­cami.

- Kiedy wy­jeż­dża?

- Po­ju­trze. Wszystko już zor­ga­ni­zo­wane. W pierw­szych la­tach Ro­de­ric bę­dzie miał swo­jego men­tora.

Ja­mes de­li­kat­nie gła­dzi jej od­kryty bark. Ile­ana czuje na czole cie­pło jego od­de­chu, gdy mąż mówi do niej szep­tem:

- Za­tem niech tak bę­dzie, naj­droż­sza.

Ailea

IR­LAN­DIA, KWIE­CIEŃ 1649

- Chcę, że­byś trzy­mała się bli­sko mnie. - Kiedy oczy Ailei omia­tają miej­sce, które oj­ciec po­ka­zuje jej pal­cem, on de­li­kat­nie unosi jej pod­bró­dek. - Sły­szysz? Po­gnie­wam się, je­śli nie bę­dziesz wy­ko­ny­wać mo­ich po­le­ceń.

- Tak, oj­cze.

- Mu­szę się z kimś roz­li­czyć i roz­mó­wić z dru­ka­rzem. Mo­żesz się tu­taj po­krę­cić, ale nie chcę, że­byś od­da­lała się za pie­kar­nię.

Mija ich bar­czy­sty męż­czy­zna o krótko ostrzy­żo­nych wło­sach w ko­lo­rze żyta. Rzuca im spoj­rze­nie i wita się z oj­cem ski­nie­niem głowy. Ailea go roz­po­znaje. Oran kie­dyś po­wie­dział, że ten męż­czy­zna spije każ­dego i żadna nie­wia­sta nie jest bez­pieczna w jego to­wa­rzy­stwie, co­kol­wiek miał na my­śli. Usta ojca stają się za­cięte a spoj­rze­nie ostre, gdy wie­dzie za nim wzro­kiem.

- Oj­cze, czy to on, ten męż­czy­zna, któ­rego na­zy­wa­cie roz­pust­ni­kiem?

Twarz ojca robi się czer­wona.

- Gdzie sły­sza­łaś to słowo?

- Ty i Oran tak go na­zy­wa­cie. Po­wie­dzia­łeś... - Ailea milk­nie, pró­buje so­bie przy­po­mnieć słowa ojca. - Po­wie­dzia­łeś, że ten męż­czy­zna ma nie­ule­czalną zdol­ność do pło­dze­nia dzieci.

Oj­ciec po­chyla się nad nią.

- Nie wolno ci tego po­wta­rzać, Aileo. Sły­szysz? To nie było prze­zna­czone dla two­ich uszu.

Ailea do­brze o tym wie, co czyni to jesz­cze bar­dziej eks­cy­tu­ją­cym. Kiwa głową.

- Świet­nie. - Oj­ciec się pro­stuje. - To zaj­mie tylko chwilę. Za­raz wrócę.

Ale czas wle­cze się jak zimny luty. Już ku­piła sy­rop z kwia­tów dzi­kiego bzu, co zle­cił jej oj­ciec, i kilka razy prze­szła przez ry­nek. Plac pęka w szwach. Lu­dzie gło­śno się tar­gują przy wo­zach i stra­ga­nach. Su­szona wie­przo­wina, gli­niane garnki z mio­dem oraz bru­kiew tło­czą się na du­żych de­skach. Wiatr nie­sie ze sobą za­pach świe­żego chleba po­mie­szany ze smro­dem ze­psu­tych ry­bich fla­ków. Sprze­dawca ryb, po­stawne chło­pi­sko z siwą brodą, stoi ka­wa­łek da­lej i ob­słu­guje młodą nie­wia­stę w ciem­nym płasz­czu. Wy­ciera ręce w za­krwa­wiony far­tuch i po­daje ko­bie­cie rybę, a ta wkłada ją do ko­szyka wy­ście­ła­nego li­śćmi.

Gdzie jest Oran? Ailea szuka wzro­kiem pa­robka i za­uważa go przy po­wo­zie. Duże dło­nie ostroż­nie pod­no­szą skó­rzane pasy po­pręgu za­pię­tego na grzbie­cie kla­czy. Na­wet stąd wi­dać, że bra­kuje mu palca u le­wej ręki. Kie­dyś jej po­wie­dział, że stra­cił go w dzie­ciń­stwie. Na po­czątku się go bała, lecz Oran się nie ob­ra­ził. Tak sze­roko się do niej uśmie­chał, że uwy­dat­niały się zmarszczki wo­kół jego oczu. Kiedy w końcu od­wa­żyła się do niego po­dejść, po­zwo­lił jej do­tknąć ki­kuta. Pa­ro­bek zdej­muje czapkę i prze­ciąga dło­nią po mo­krym czole, by od­gar­nąć kilka zło­to­ru­dych ko­smy­ków.

Ailea przy­staje przed szyl­dem pie­karni. Wie, że nie wolno jej iść da­lej i po­winna za­wró­cić, by oj­ciec się nie gnie­wał. Gło­śne ude­rze­nia młot­kiem spra­wiają, że zerka w kie­runku za­ułka. Ha­łas do­cho­dzi z za­kładu zlo­ka­li­zo­wa­nego ka­wa­łek od po­zo­sta­łych bu­dyn­ków. To kuź­nia. Wie to, bo była tam z oj­cem po pod­kowy dla ko­nia. Cie­ka­wość zwy­cięża. Stopa ry­suje na ziemi nie­wi­dzialną li­nię, za­raz za pie­kar­nią. Po­łowa kuźni znaj­duje się za li­nią. Nie zła­mie za­kazu ojca, je­śli tam pój­dzie. Po­krze­piona ru­sza w kie­runku kuźni.

Im bli­żej pod­cho­dzi, tym bar­dziej przy­bie­rają na sile cie­pło i stu­kot młotka. Na jej czole perli się pot. Jak można pra­co­wać w ta­kim ukro­pie? W warsz­ta­cie ko­wala za­miast pod­łogi jest kle­pi­sko i nie ma okien. Je­dyne źró­dło świa­tła sta­nowi duży ogień pło­nący w pa­le­ni­sku.

Ko­wal stoi przy ko­wa­dle i z we­rwą ude­rza w roz­grzane do czer­wo­no­ści że­lazo. Długa lniana ko­szula swo­bod­nie zwisa na jego roz­bu­do­wa­nej klatce pier­sio­wej. Far­tuch z ciem­nej, moc­nej skóry chroni ciało, tak samo jak szmaty za­wi­nięte wo­kół nóg. Oczy śle­dzą ener­giczne ru­chy rąk. W końcu ko­wal pod­nosi wzrok. Na jego twa­rzy wi­dać ja­sne smugi, w miej­scach, gdzie pot przedarł się przez war­stwę sa­dzy.

- Co ro­bi­cie? - za­gaja Ailea.

- O co pa­nienka py­tała? - Ko­wal kła­dzie dłoń za uchem. Oj­ciec mó­wił jej, że ha­łas w kuźni spra­wia, że ko­wale czę­sto nie­do­sły­szą.

- Co ro­bi­cie?

Ko­wal wy­daje od­głos, coś po­mię­dzy po­mru­kiem a chrząk­nię­ciem.

- To na za­mó­wie­nie. Oj­ciec Lu­cas po­pro­sił mnie o rzeźbę do ko­ścioła. Mia­łem na­dzieję, że zdążę przed nie­dziel­nym ka­za­niem.

- Jest piękna - mówi Ailea szcze­rze. Stoi jak za­hip­no­ty­zo­wana.

W tym, jak ko­wal for­muje stal zgod­nie ze swoją wolą, jest coś ma­gicz­nego i za­ka­za­nego. Ob­ser­wuje ją przez chwilę, po czym spusz­cza wzrok i wraca do pracy.

- To wy miesz­ka­cie na wzgó­rzu za la­sem?

Ailea kiwa głową.

Ko­wal za­nu­rza że­lazo w ko­ry­cie z wodą sto­ją­cym obok niego.

- Wa­sza matka to ta ruda, o któ­rej mó­wią, że jest obłą­kana?

Męż­czy­zna unosi krza­cza­stą brew, jakby cze­kał na jej re­ak­cję. Te słowa ude­rzają ją mocno w trze­wia. Ko­wal przy­po­mina jej de­mona, gdy tak stoi wśród ognia, lecz cho­ciaż ją prze­raża, każda ko­mórka jej ciała krzy­czy, że musi sta­nąć w obro­nie swo­jej matki.

- Moja matka nie jest obłą­kana.

- Lu­dzi­ska ga­dają co in­nego. - Jego głos jest spo­kojny, nie­mal przy­ja­zny. - Mó­wią, że taka się uro­dziła.

Ailea prze­szywa go wzro­kiem. Ty par­szywa świ­nio! Nie waż się tak mó­wić o mo­jej matce - my­śli, ale nie ma od­wagi wy­po­wie­dzieć tych słów na głos.

- Matka nie jest obłą­kana. To naj­mil­sza osoba na świe­cie.

- Już do­brze, nie musi pa­nienka się na mnie zło­ścić. Po­wta­rzam tylko, co lu­dzi­ska ga­dają. Je­śli pa­nienka twier­dzi, że to nie­prawda, to ja pa­nience wie­rzę.

Ko­wal po­syła jej uśmiech, ale Ailea od­wraca się na pię­cie i wy­biega z kuźni.

Claude

IR­LAN­DIA, KWIE­CIEŃ 1649

Ja­sne włosy Ailei lekko trze­po­czą na wie­trze. Claude roz­siada się w po­wo­zie, przy­glą­da­jąc się córce bie­gną­cej w jego kie­runku. Jest wy­soka jak na swój wiek. Nie­długo wy­ro­śnie z tej lnia­nej sza­rej su­kienki z ko­ron­ko­wym bia­łym koł­nie­rzy­kiem.

On i Ca­itlín stra­cili wiele dzieci. Nie­które pod­czas po­ro­nień, inne za­nim skoń­czyły rok. Kiedy uro­dziła się Ailea, mieli po­czu­cie, jakby Bóg w końcu wy­słu­chał ich mo­dlitw i ze­słał im jed­nego ze swo­ich anio­łów. Claude wsty­dził się tego, że po­rów­ny­wał ją do po­zo­sta­łych dzieci. Tę­sk­nił za nimi i opła­ki­wał je wszyst­kie, także te, które zmarły jesz­cze w ło­nie Ca­itlín, ale gdy Ailea przy­szła na świat, czuł się tak, jakby ktoś za­pa­lił świecę w wiecz­nej ciem­no­ści.

Córka siada obok niego, lekko zdy­szana. Ma za­ru­mie­nione po­liczki. Claude wyj­muje to­bo­łek z pro­wian­tem, roz­wią­zuje lnianą ście­reczkę i daje córce ka­wa­łek chleba i boczku. Ailea bez słowa bie­rze od niego je­dze­nie, po­grą­żona w my­ślach, jakby pró­bo­wała roz­wią­zać ja­kąś za­gadkę.

- Ku­pi­łaś sy­rop? - pyta Claude.

Ailea wrę­cza mu bu­telkę z sy­ro­pem z kwia­tów dzi­kiego bzu. Coś się stało. Szczę­ście w oczach córki i po­ranne dzie­cięce pod­eks­cy­to­wa­nie, znik­nęły. Sie­dzi przy­gar­biona, ze spusz­czoną głową.

- Stało się coś? Ktoś spra­wił ci przy­krość?

Córka mu nie od­po­wiada. Po­woli ła­mie chleb na mniej­sze ka­wałki.

- Oj­cze... czy matka jest obłą­kana?

Głowę wciąż ma opusz­czoną, jakby wsty­dziła się tego py­ta­nia. Claude po­ciera dło­nią pod­bró­dek.

- Dla­czego o to py­tasz?

Córka za­czyna się wier­cić. Waha się. W dal­szym ciągu nie chce spoj­rzeć mu w oczy.

- Ko­wal tak twier­dzi. Mówi, że lu­dzie ga­dają, że matka jest obłą­kana.

Claude czuje złość. Prze­klęte ga­da­nie. Usły­szał to słowo, gdy wiele lat temu wszedł do tam­tej karczmy. Po­wie­dziano mu, że ta ru­do­włosa jest obłą­kana, rów­nie obłą­kana, co piękna. Mimo to cią­gnęło go do niej. Po­brali się i za­częli wspólne ży­cie w Ir­lan­dii.

Jego matka do­stała szału. Tro­chę ją ro­zu­mie. W jego oto­cze­niu nie za­wie­rało się mał­żeń­stwa z in­nego po­wodu niż pie­nią­dze czy wła­dza. Jak miał jej wy­tłu­ma­czyć, dla­czego po­stą­pił tak, a nie ina­czej, skoro sam nie umiał so­bie od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie?

To były inne czasy i inne ży­cie. Ile lat mi­nęło, od­kąd po­znał Ca­itlín? Dzie­sięć? Je­de­na­ście? To było jesz­cze przed wy­bu­chem wo­jen do­mo­wych w An­glii. Musi po­roz­ma­wiać z żoną, uni­kał tego wy­star­cza­jąco długo. Na­wet w tej czę­ści kraju za­czyna być nie­spo­koj­nie. Oba­le­nie króla to do­piero po­czą­tek. An­glicy najadą na Ir­lan­dię. Pora ucie­kać.

- Oj­cze, czy to prawda? - Po­ważny głos córki wy­rywa go z za­my­śle­nia i każe mu wró­cić do te­raź­niej­szo­ści. - Matka jest obłą­kana?

Claude bie­rze głę­boki wdech.

- Nie, dziecko. Twoja matka nie jest obłą­kana. To tylko zło­śliwe i głu­pie oszczer­stwa.

Wraca my­ślami do tych wszyst­kich chwil, gdy wi­dział, jak Ca­itlín za­pada się w so­bie. Kiedy nie mógł na­wią­zać z nią kon­taktu i był zmu­szony bru­tal­nie nią wstrzą­snąć, by wró­ciła do rze­czy­wi­sto­ści.

- Twoja matka miewa gor­sze dni i wtedy mu­simy jej po­ma­gać. Jest wraż­liwa i nie może się prze­mę­czać.

Córka spo­gląda mu pro­sto w oczy.

- Oj­cze... czy ja je­stem obłą­kana? - Zie­lone oczy córki z nie­po­ko­jem wy­pa­trują od­po­wie­dzi. Oczy tak po­dobne do oczu jego sio­stry, że nie­kiedy nie jest w sta­nie w nie pa­trzeć.

- Skąd ten po­mysł, ma fille bien-aimée?

- Ja też wi­dzę różne rze­czy, oj­cze. Do­kład­nie tak jak matka. Rze­czy, któ­rych nie wi­dzi nikt inny.

Co ma jej po­wie­dzieć? Że jest taka jak inni? Że to tylko jej wy­obraź­nia? Unosi jej pod­bró­dek i mówi sta­now­czym gło­sem:

- A te­raz mnie uważ­nie po­słu­chaj. Wszystko jest z tobą w po­rządku. I z twoją matką rów­nież. Je­ste­ście dwiema naj­pięk­niej­szymi isto­tami, ja­kie stwo­rzył Bóg. Cza­sami my­ślę, że je­ste­ście dwoma anio­łami ze­sła­nymi na zie­mię, by uczy­nić ją lep­szą dla nas wszyst­kich.

Do­łeczki w po­licz­kach córki stają się wi­doczne, gdy jej twarz mięk­nie w lek­kim uśmie­chu. Ailea rzuca ostat­nie okru­chy chleba cie­kaw­skim go­łę­biom, które od­wa­żyły się do niej zbli­żyć.

- Jak się po­zna­li­ście, ty i matka?

Claude dra­pie się po karku, zwle­ka­jąc z od­po­wie­dzią. - Wra­ca­łem do domu z jed­nej ze swo­ich wy­praw ku­piec­kich. Tego dnia strasz­nie wiało i pa­dało. Mu­sie­li­śmy przy­cu­mo­wać w por­cie, tu­taj, w Ir­lan­dii. By­łem prze­mo­czony i po­sze­dłem się ogrzać do karczmy, w któ­rej pra­co­wała. Twoja matka przy­nio­sła mi po­si­łek.

- Ko­chasz matkę, oj­cze?

- Oczy­wi­ście.

- Mo­ira twier­dzi, że mał­żeń­stwo nie ma nic wspól­nego z mi­ło­ścią. - Córka dra­pie się po no­sie, jakby sta­rała się so­bie przy­po­mnieć, co jesz­cze po­wie­działa służka. - Mówi, że to so­jusz dwóch ro­dzin, które chcą wzmoc­nić swoją po­zy­cję i po­mno­żyć bo­gac­two. - Ailea po­wta­rza słowa służki, wy­raź­nie za­do­wo­lona z tego, że do­kład­nie przy­to­czyła to, co usły­szała.

Claude nie może po­wstrzy­mać śmie­chu.

- W wielu przy­pad­kach pew­nie tak wła­śnie jest. Ale ja ko­cha­łem twoją matkę, gdy się z nią że­ni­łem, i wciąż ją ko­cham.

- By­łeś bo­gaty, oj­cze? Gdy miesz­ka­łeś we Fran­cji?

- By­li­śmy dość ma­jętni.

- Bab­cia nie lubi mnie i matki, prawda? To dla­tego ich nie wi­du­jemy?

Claude spusz­cza głowę. To spo­tka­nie zdru­zgo­tało jego żonę. Fran­cu­ska ary­sto­kra­cja po­żarła Ca­itlín żyw­cem, wy­śmie­wali się z niej i tak źle ją trak­to­wali, że w końcu cał­ko­wi­cie po­grą­żyła się we wła­snym świe­cie. Oże­nił się z ir­landzką dziew­czyną o tak ni­skim po­cho­dze­niu, że w jego ro­dzin­nym domu nie do­sta­łaby na­wet po­sady słu­żą­cej.

- Po­ko­cha­liby cie­bie i matkę. Chodź, mu­simy iść do rzeź­nika. Twoja matka chciała, że­by­śmy ku­pili serce wo­łowe. Może weź­miemy też kilka go­łębi i po­pro­simy Mo­irę, żeby je upie­kła.

Córka ze­ska­kuje z po­wozu. Claude wi­dzi, jak przy­gryza dolną wargę, co robi, gdy się czymś mar­twi. Głowę wciąż ma spusz­czoną, jakby cały czas my­ślała o roz­mo­wie z ko­wa­lem. Ten wi­dok ła­mie mu serce.

- Chodź no tu.

Ailea unosi brwi, lecz po­słusz­nie wy­ko­nuje po­le­ce­nie ojca. Claude ze­ska­kuje z bryczki i robi krok w jej kie­runku.

- Wy­pro­stuj się. - Unosi pod­bró­dek córki. - Ni­gdy nie za­po­mi­naj, że w two­ich ży­łach pły­nie fran­cu­ska krew, ma fille bien-aimée. Idziemy przez ży­cie, na spo­tka­nie śmierci, z pod­nie­sioną głową.

Na twa­rzy Ailei po­ja­wia się lekki uśmiech, gdy dum­nie pod­nosi głowę i spo­gląda mu pro­sto w oczy.

- Tak, oj­cze. Z pod­nie­sioną głową na spo­tka­nie śmierci.

Ro­de­ric

BO­LO­NIA, MAJ 1649

Ka­mienne ró­żowe ściany wy­dają się nie mieć końca. Mu­szą mieć ja­kieś trzy­dzie­ści stóp wy­so­ko­ści. Przez duże, łu­ko­wato skle­pione otwory okienne bie­gnące wzdłuż sali wpada do środka świa­tło dzienne. Je­śli nie li­czyć kilku drew­nia­nych ła­wek usta­wio­nych wzdłuż ścian, nie ma tu żad­nych me­bli.

Z sali prze­cho­dzi się do mniej­szego, od­dziel­nego po­miesz­cze­nia. Ro­de­rick zerka przez ra­mię i pod­cho­dzi bli­żej. Kom­natę spo­wija ciem­ność, ale świa­tło prze­ni­ka­jące do środka jest na tyle silne, że chło­pak do­strzega cie­nie szpad i tarcz wi­szą­cych na ścia­nach.

Krew w jego ży­łach za­czyna szyb­ciej krą­żyć. To musi być sala, gdzie ćwi­czą. Sala, w któ­rej bę­dzie tre­no­wał. Ro­de­ric prze­łyka ślinę i musi bar­dzo się po­wstrzy­my­wać, żeby tam nie wbiec i nie zdjąć ze ściany ja­kiejś szpady. Ma­rzy o tym, by po­czuć w dłoni jej cię­żar, usły­szeć świst, gdy klinga prze­cina po­wie­trze.

Kroki niosą się echem, gdy ob­casy spo­ty­kają się z ka­mienną po­sadzką. Ro­de­ric zerka w głąb ko­ry­ta­rza, któ­rym po­dą­żają dwaj męż­czyźni. Za nimi idzie młody chło­pak, który z ca­łych sił stara się do­trzy­mać kroku wyż­szemu z nich, idą­cemu z przodu.

Niż­szy i ma­syw­niej­szy z męż­czyzn skręca, po czym siada na po­sadzce nieco da­lej. Opiera głowę o jedną z ko­lumn. Pro­stuje się, wyj­muje nóż z po­chwy i wy­dłu­buje nim brud zza pa­znokci. Jego włosy są ja­śniej­sze niż u więk­szo­ści lu­dzi w oko­licy. Bujna, długa broda re­kom­pen­suje prze­rze­dzone włosy na gło­wie. Ciało, ni­skie, ale umię­śnione, z sil­nymi udami i bez wcię­cia w ta­lii, przy­po­mina kwa­drat.

Ro­de­ric wraca spoj­rze­niem do pierw­szego z męż­czyzn, który pod­cho­dzi do niego zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Czy to jego men­tor? Wła­ści­wie nie wie, czego się spo­dzie­wał, lecz i tak jest za­sko­czony. Męż­czy­zna jest star­szy od niego ja­kieś dzie­sięć, góra dwa­na­ście lat. Po­dob­nie jak ten drugi ma krót­kie włosy, tylko że jego ukła­dają się w grube fale, a broda jest znacz­nie krót­sza i bar­dziej za­dbana. Chło­pak idący za nim po­tyka się, przy­sta­jąc.

Męż­czy­zna ściąga ja­sne, skó­rzane rę­ka­wiczki, pa­lec po palcu. Roz­pina kurtę i rzuca nią i rę­ka­wi­cami w chło­paka, który od­ru­chowo je ła­pie. Ręce męż­czy­zny od­pi­nają pas mie­czowy.

- Na­zy­wam się Bar­to­lo­muc­cio Da­vila i w pierw­szych la­tach będę twoim na­uczy­cie­lem oraz men­to­rem. - Jego głos brzmi głę­boko i pew­nie, to głos na­wy­kły do prze­ma­wia­nia i po­słu­szeń­stwa. - Mó­wią tu­taj na mnie Muc­cio. Bę­dziemy ze sobą spę­dzać sporo czasu. Pro­po­nuję, by­śmy odło­żyli na bok wszel­kie ty­tuły oraz formy uprzej­mo­ści i zwra­cali się do sie­bie po imie­niu, po­cząw­szy od te­raz.

Ro­de­ric się pro­stuje.

- Nie wi­dzę prze­szkód.

Men­tor nie ode­rwał od niego wzroku, od­kąd się tu­taj po­ja­wił. Ob­ser­wuje chło­paka oczami ko­loru złota.

- A więc to ty je­steś Ro­de­ric Ro­ma­nowy Ca­stro de Gu­evara. Twój wuj to Juan Ca­stro de Gu­evara, Ma­estre de Campo i do­wódca Te­rico de Gu­evara.

- Zga­dza się.

- Ro­ma­now? - Men­tor unosi brwi. - To nie jest ani hisz­pań­skie, ani wło­skie na­zwi­sko. Skąd po­cho­dzi?

Za­pada krę­pu­jąca ci­sza. Ro­de­ri­cowi nie po­doba się kie­ru­nek, w ja­kim zmie­rza ta roz­mowa.

- Z Ro­sji.

- Ro­syj­skie po­cho­dze­nie? To nie­spo­ty­kane w tych oko­li­cach. Twój oj­ciec też jest woj­sko­wym?

- Nie znam swo­jego ojca.

Oczy Muc­cia się zwę­żają.

- Ach tak. W ta­kim ra­zie zo­baczmy, co po­tra­fisz. Jak tam twoja baza?

Wresz­cie. Ro­de­ric czuje eks­cy­ta­cję. W końcu się do­wie, co osią­gnął. Te tre­ningi do póź­nego wie­czora, setki go­dzin spę­dzo­nych na sa­mot­nych ćwi­cze­niach na dzie­dzińcu. Te­raz się na coś przy­da­dzą. Pró­buje, lecz nie cał­kiem udaje mu się za­pa­no­wać nad gło­sem.

- Nie­źle ra­dzę so­bie z mie­czem.

Tylko to w miarę do­brze opa­no­wał, je­śli ma być szczery. Men­tor spo­gląda na niego, jakby nie ro­zu­miał, o czym mówi.

- Py­ta­łem o twoją po­zy­cję ba­zową, po­stawę i pracę stóp.

Ja­kie zna­cze­nie mają jego stopy? Ow­szem, prze­wer­to­wał wszyst­kie szcze­gó­łowe prze­wod­niki do­ty­czące pracy stóp róż­nych mi­strzów w tej dzie­dzi­nie, lecz szcze­rze mó­wiąc, nie sku­piał się na tym pod­czas swo­ich tre­nin­gów.

- Cóż... Chyba wszystko z nimi w po­rządku.

Men­tor robi krok w jego kie­runku.

- Tech­niki, któ­rych uczymy w na­szej szkole, są jed­nymi z naj­do­sko­nal­szych. Sta­bilna baza sta­nowi fun­da­ment umoż­li­wia­jący po­prawną walkę.

Ro­de­ric czuje mro­wie­nie w ciele. Chciałby, żeby men­tor prze­stał mó­wić i po­zwo­lił mu po­ka­zać, co po­trafi.

- Je­stem szybki.

- Świet­nie. W ta­kim ra­zie za­ata­kuj mnie.

- Te­raz? - Ro­de­ric wpa­truje się w men­tora wiel­kimi oczami. - Ale jak to? Go­łymi rę­kami? Bez mie­cza albo ja­kiejś in­nej broni?

Men­tor od­wraca się do dru­giego męż­czy­zny.

- Ste­fano! Chło­pak chce się po­chwa­lić, jak po­słu­guje się mie­czem. Daj miecz!

Kan­cia­sty męż­czy­zna wstaje i idzie do po­miesz­cze­nia z bro­nią. Wresz­cie za­czyna się coś dziać, ale eks­cy­ta­cja Ro­de­rica nie trwa długo. Ste­fano wraca z dwoma pro­stymi, drew­nia­nymi mie­czami.

- Skoro tak bar­dzo ci za­leży na ataku z bro­nią w ręku. - Men­tor rzuca mu krót­kie spoj­rze­nie i do­daje: - Chcę, że­byś mnie za­ata­ko­wał.

- Nie bę­dziemy wal­czyć praw­dziwą bro­nią?

- Wal­czysz tym, co ci daję, i do­brze ci ra­dzę, wy­ko­rzy­staj ten czas. - Muc­cio od­dala się kilka kro­ków od niego. - Zo­baczmy, na co cię stać.

Ro­de­ric za­ci­ska dłoń na rę­ko­je­ści drew­nia­nego mie­cza. Nie za­mie­rza się oszczę­dzać i za­daje se­rię gwał­tow­nych cio­sów, któ­rych men­tor z ła­two­ścią unika. Chło­pak zmie­nia tak­tykę, ble­fuje. Muc­cio od­suwa się non­sza­lancko na bok, chwyta ra­mie­niem rękę Ro­de­rica dzier­żącą miecz i go unie­ru­cha­mia.

- Je­steś zbyt po­ryw­czy, ma­chasz tym mie­czem jak wście­kły rzeź­nik ćwiar­tu­jący za­bi­tego woła. Gniew to zły do­radca. Kiedy je­steś roz­sier­dzony, z two­jej głowy od­pływa krew i wpa­dasz w naj­prost­sze pu­łapki. - Muc­cio od­py­cha Ro­de­rica. - Jesz­cze raz.

Je­śli te słowa miały go uspo­koić, to przy­nio­sły od­wrotny sku­tek. Ro­de­ric po­now­nie ata­kuje, tym ra­zem jesz­cze agre­syw­niej. Men­tor się cofa. Za­raz go trafi! Jest tego pe­wien i za­daje cios z ca­łych sił, lecz Muc­cio robi unik, wy­ko­rzy­stuje to, że chło­pak traci rów­no­wagę i wbija mu ko­lano w bok. Tra­fia w że­bra tak mocno, że Ro­de­ric traci od­dech. Kiedy po­chyla się, żeby na­brać po­wie­trza, Muc­cio ude­rza go mie­czem w nos. Cios spra­wia, że chło­pak pada na ko­lana.

- Miną lata, za­nim mnie po­ko­nasz. Je­steś zbyt agre­sywny i tak mocno otwie­rasz swoją lewą stronę, że na­wet śle­piec by to za­uwa­żył.

Oczy Ro­de­rica za­cho­dzą łzami. Wi­dzi wszystko jak przez mgłę. Niech to dia­bli, co za ból! Kłuje go w że­brach, gdy tylko na­bie­rze po­wie­trza. Wstyd pali jak świeży ślad po opa­rze­niu i spra­wia, że czuje się jak dziecko, któ­rym wła­ści­wie jest. Nie chce pod­nieść głowy, nie chce zo­ba­czyć kry­tycz­nego spoj­rze­nia swo­jego men­tora. Ale Muc­cio tylko się śmieje. Po­chyla się, mierzwi mu włosy i śmieje się jesz­cze gło­śniej, wi­dząc upo­ko­rze­nia na twa­rzy chło­paka.

- Chodź, chłop­cze. Mu­simy coś zjeść. I na­pił­bym się wina. Poza tym sły­sza­łem, że za­trud­nili nową dzier­latkę i z chę­cią so­bie na nią po­pa­trzę.

* * *

Wciąż okropne bolą go że­bra. Nos, spuch­nięty i kom­plet­nie za­pchany krwią, wy­syła tak silne im­pulsy bólu, że Ro­de­ric musi za­gry­zać zęby za każ­dym ra­zem, gdy go do­tyka. Ste­fano twier­dzi, że pod jego okiem już po­ja­wił się nie­bie­sko­zie­lony si­niak, ale jak na to, że zo­stał po­bity, to chło­pak w su­mie czuje się do­brze.

Ro­de­ric sięga po ka­wa­łek chleba i prze­ciąga nim po ta­le­rzu, by ze­brać resztkę sosu. Oprócz mięsa, któ­rego karczma nie po­ża­ło­wała, wy­czuwa smak ce­buli, goź­dzi­ków i ja­kie­goś słod­kiego owocu. Może śliwki? W każ­dym ra­zie sma­ko­wało mu. Był tak głodny, że do­słow­nie po­chło­nął cały po­si­łek. Wy­pija kilka du­żych ły­ków wina. W domu za­wsze jest roz­cień­czone, nie ta­kie mocne. To tu­taj w po­łą­cze­niu z gu­la­szem świet­nie roz­grzewa żo­łą­dek.

W mil­cze­niu ob­ser­wuje męż­czyzn sie­dzą­cych przy stole. Czuje się swo­bod­nie w ich to­wa­rzy­stwie. Za­równo Muc­cio, jak i Ste­fano po­zwa­lają mu uczest­ni­czyć w dys­ku­sji i chęt­nie od­po­wia­dają na jego py­ta­nia. Nie owi­jają w ba­wełnę. Nie trak­tują go jak dziecka, tylko jak jed­nego z nich.

- Jedz. - Muc­cio wy­ciąga nad sto­łem swoje dłu­gie ra­mię i po­daje mu ko­lejny ka­wa­łek chleba. - Wierz mi, mu­sisz się do­brze od­ży­wiać, bo cze­kają cię cięż­kie tre­ningi.

- Skąd się zna­cie, ty i Ste­fano?

Men­tor splata dło­nie za kar­kiem i opiera się na krze­śle.

- Od czego by tu za­cząć? Krótko mó­wiąc, po­zna­li­śmy się tu­taj, w aka­de­mii woj­sko­wej. Słu­ży­li­śmy w tym sa­mym od­dziale pie­choty przez ostat­nie lata, pod tym sa­mym do­wódz­twem. Nie­dawno zo­sta­łem mia­no­wany za­stępcą do­wódcy kom­pa­nii. - Muc­cio wska­zuje no­żem na Ste­fana, po­chło­nię­tego gło­śną roz­mową z męż­czy­zną przy są­sied­nim sto­liku, i uśmie­cha się sze­roko. - Te­raz, tak jak wtedy, jest ode mnie niż­szy stop­niem.

Ste­fano się od­wraca i rzuca w Muc­cia ka­wał­kiem chleba.

- Co chęt­nie pod­kre­ślasz przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji.

Śmiech Muc­cia nie­sie się echem po go­spo­dzie. Na twa­rzy Ro­de­rica po­ja­wia się uśmiech. Już po­lu­bił swo­jego men­tora. Omiata wzro­kiem po­miesz­cze­nie i za­uważa, że nie jest w tym osa­mot­niony. Kilka dziew­cząt rzuca ukrad­kowe spoj­rze­nia w stronę Muc­cia.

- Czyli jesz­cze je­den sto­pień i bę­dziesz do­wódcą ? - pyta Ro­de­ric.

Muc­cio igno­ruje ten ko­men­tarz wzru­sze­niem ra­mion.

- Do­wód­ców kom­pa­nii mia­nują wy­łącz­nie król lub rada wo­jenna. Za­wsze znajdą się lu­dzie z ko­nek­sjami albo pie­niędzmi, któ­rzy mogą so­bie ku­pić wyż­sze sta­no­wi­ska. A ja nie mam ani jed­nego, ani dru­giego. Na pa­pie­rze wy­gląda to im­po­nu­jąco, ale jest słabo opła­cane. Za­ra­biam pięć razy wię­cej, udzie­la­jąc pry­wat­nych lek­cji w tu­tej­szej szkole.

Prze­rywa, gdy pod­cho­dzi do nich z tacą pełną na­czyń ko­bieta o dłu­gich, ja­sno­brą­zo­wych wło­sach, w czer­wo­nej spód­nicy.

- No pro­szę, wy dwaj znowu tu­taj? - Nie­wia­sta prze­chyla głowę, uśmie­cha­jąc się. - Czyżby do­szły cię słu­chy, że ostat­nio za­trud­ni­li­śmy nową dziew­czynę?

Muc­cio roz­kłada ręce z nie­win­nym uśmie­chem.

- Nie wiem, co masz na my­śli. Przy­szli­śmy tu wy­łącz­nie dla wy­śmie­ni­tego je­dze­nia.

- Wi­dzę. A to kto? - Ko­bieta kiwa głową w stronę Ro­de­rica. - Twój młod­szy brat?

- To mój nowy uczeń.

Ko­bieta marsz­czy czoło, przy­glą­da­jąc się po­si­nia­czo­nej twa­rzy Ro­de­rica. Men­tor szcze­rzy zęby.

- Wła­śnie go na­uczy­łem, jak ważna jest praca stóp. Ro­de­ricu, po­zwól, że ci przed­sta­wię, Elena Po­se­lina.

Elena sta­wia tacę na stole. Duże, mio­dowe oczy przy­glą­dają się jego twa­rzy.

- Słodki jak miód. - Po­chyla się. - Bę­dziesz ła­mał serca oko­licz­nym dziew­czę­tom.

Ro­de­ric spo­gląda na nią gniew­nie. Słodki... to nie jest słowo, które chciał usły­szeć. Za­uwa­żyw­szy jego po­nurą minę, Elena par­ska bez­tro­skim śmie­chem.

- Cóż za in­ten­sywne spoj­rze­nie!

- Chodź no tu­taj! - Muc­cio przy­ciąga do sie­bie Elenę i sa­dza ją so­bie na ko­la­nach, po czym szep­cze jej coś na ucho, co spra­wia, że ko­bieta po­woli kręci głową z uśmie­chem.

- Je­steś nie­moż­liwy. - Te­atral­nie wzdy­cha­jąc, zbiera swoje spód­nice i wstaje. - Za­cho­wuj­cie się. - Elena sta­wia na­czy­nia na już i tak prze­peł­nio­nej tacy i rzuca mu spoj­rze­nie. - I nie da­waj­cie już chło­pa­kowi al­ko­holu. Jest pi­jany. - Pusz­cza do niego oko. - Do zo­ba­cze­nia, skar­bie.

Ro­de­ric nie od­po­wiada, tylko prze­szywa ją wzro­kiem.

- Nie rób ta­kiej kwa­śnej miny, chłop­cze. Po­wi­nie­neś się cie­szyć, Elenę nie tak ła­two za­do­wo­lić. - Muc­cio przy­gląda się mu z roz­ba­wioną miną. - Mam prze­czu­cie, że w przy­szło­ści wró­cimy jesz­cze do tego te­matu.

Ro­de­ric pry­cha.

- Wąt­pię.

Sły­sząc tę od­po­wiedź, men­tor znowu wy­bu­cha gar­dło­wym śmie­chem. Ro­de­ric do­pija wino, uśmie­cha­jąc się pod no­sem. Muc­cio wstaje i mach­nię­ciem ręki przy­wo­łuje do sie­bie Ste­fana.

- Chodźmy stąd, za­nim cał­kiem do­bi­jemy mo­jego no­wego ucznia.

- Od­wraca się ku Ro­de­ri­cowi.

- Od­pocz­niemy po po­siłku, wy­trzeź­wie­jesz i roz­pocz­niemy twoje szko­le­nie.

Claude

IR­LAN­DIA, MAJ 1649

- To wszystko. Wy­star­czy tu­taj zło­żyć pod­pis. - Chudy po­śred­nik wska­zuje pal­cem li­nię w pra­wym dol­nym rogu do­ku­mentu. - I ni­niej­szym sprze­daż zo­sta­nie praw­nie sfi­na­li­zo­wana.

Uśmie­cha­jąc się, po­śred­nik po­ka­zuje żółte zęby. Cóż, po­wi­nien być za­do­wo­lony. Jego ku­piec zro­bił do­bry in­te­res. Lord Do­wdall, bo­gaty wła­ści­ciel ziem­ski, który na­był tę po­sia­dłość, w ostat­nich la­tach za­ku­pił w oko­licy kilka do­mów, by po­więk­szyć swoje już i tak ogromne wło­ści. Zie­mię, któ­rej sam nie upra­wia, wy­dzier­ża­wia za astro­no­miczne kwoty. Nie­stety eks­pan­sja An­gli­ków za­chwiała ce­nami nie­ru­cho­mo­ści, więc ogól­nie rzecz bio­rąc, Claude jest za­do­wo­lony. Po­stą­pił słusz­nie. Nad­szedł czas, by się stąd wy­nieść.

Po­śred­nik przy­wo­łuje dziew­czynę pra­cu­jącą w go­spo­dzie i ta na­tych­miast do­lewa mu piwa wa­rzo­nego tra­dy­cyjną me­todą, sło­dzo­nego mio­dem oraz do­pra­wia­nego ja­łow­cem. Claude za­nu­rza gę­sie pióro w ka­ła­ma­rzu, wpi­suje datę i składa nie­dbały pod­pis. Po­śred­nik kiwa głową z za­do­wo­le­niem i po­słu­gu­jąc się sil­nym dia­lek­tem, za­czyna wy­mie­niać ży­cze­nia swo­jego klienta, lecz Claude słu­cha go tylko jed­nym uchem.

- Oczy­wi­ście. Po­dzię­kuj­cie panu Do­wdal­lowi. Ku­pił piękną po­sia­dłość.

Po­śred­nik wstaje, lekko się kła­nia i od­cho­dzi. Claude opiera się na krze­śle. Klamka za­pa­dła. Wy­pro­wa­dzą się z Ir­lan­dii i praw­do­po­dob­nie już tu nie wrócą. Unosi ku­fel i wy­pija kilka du­żych ły­ków piwa. Ca­itlín nie bę­dzie za­chwy­cona, lecz nie mają wy­boru. Za to Ailea praw­do­po­dob­nie uzna prze­pro­wadzkę za bar­dziej eks­cy­tu­jącą. Claude wkłada rękę do we­wnętrz­nej kie­szeni i wyj­muje list, który do­stał przed kil­koma dniami. Cha­rak­ter pi­sma jest sta­ranny, nie wi­dać żad­nych klek­sów.

Drogi Claude,

ży­wię na­dzieję, że ma­cie się do­brze. Nie będę się roz­pi­sy­wał. Pra­gnę Cię je­dy­nie po­wia­do­mić, że wszystko już przy­go­to­wane na Wa­sze przy­by­cie. Zna­la­złem po­sia­dłość, która, jak są­dzę, przy­pad­nie Ci do gu­stu. Oso­bi­ście nie poj­muję, dla­czego chcesz za­in­we­sto­wać wła­śnie w tam­tej oko­licy, lecz dom speł­nia wszyst­kie Twe wy­ma­ga­nia, rów­nież pod wzglę­dem wiel­ko­ści, cho­ciaż uwa­żam, że jest tro­chę za mały. Stoi na ubo­czu, ale nie­da­leko stam­tąd do Glas­gow i Edyn­burga, zgod­nie z Twym ży­cze­niem. Był nie­za­miesz­kany przez wiele lat, więc wy­maga re­montu. Po­wia­dom­cie mnie, gdy bę­dzie­cie ru­szać w drogę.

Twój od­dany przy­ja­ciel

Henry John­ston

Glas­gow, 13 maja roku Pań­skiego 1649

Claude składa list na pół. Prze­pro­wadzka do Szko­cji tro­chę uła­twi mu pracę. Wszystko się ja­koś ułoży, to bę­dzie nowy po­czą­tek dla nich wszyst­kich. Jed­nym hau­stem wy­pija resztkę piwa, sięga po ka­pe­lusz i wstaje. Te­raz po­zo­staje mu tylko pójść do domu i prze­ko­nać do tego po­my­słu ro­dzinę.

Ro­de­ric

BO­LO­NIA, CZER­WIEC 1649

- Kro­cze i gar­dło to naj­lep­sze miej­sca. Mocny cios sprawi, że prze­ciw­nik wy­krwawi się w kilka se­kund.

Do­bry na­strój Muc­cio pry­ska, gdy wcho­dzą na salę tre­nin­gową. Usta ma za­ci­śnięte, wzrok skon­cen­tro­wany, gdy pa­trzy na Ro­de­rica. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że men­tor trak­tuje swoją pracę bar­dzo po­waż­nie. Prze­brali się w ja­sne kurty z mocno wa­to­wa­nego, gru­bego sukna. Kro­pelki potu po­ja­wiają się na skó­rze przy li­nii wło­sów men­tora, gdy mówi.

- Bę­dziemy pra­co­wać z mie­czem i szty­le­tem - wy­ja­śnia. - Tan­tillo, przy­nieś dwa szty­lety - zwraca się do sługi.

Mi­guel, bo tak wła­ści­wie ma na imię chło­pak, na­tych­miast znika. Mimo że jest ró­wie­śni­kiem Ro­de­rica, le­dwo sięga mu do brody, stąd jego przy­do­mek Tan­tillo. Men­tor ni­gdy nie jest dla niego nie­miły, ale miły także nie. Czę­sto trak­tuje go jak po­wie­trze.

Mi­guel wraca. Lekko zdy­szany i z ru­mień­cami na twa­rzy, wrę­cza men­to­rowi szty­lety.

Muc­cio od­wraca się w stronę do Ro­de­rica.

- Twoim dzi­siej­szym za­da­niem jest ob­ser­wo­wać i przy­glą­dać się temu, jak się po­ru­szamy. Czy­ta­łeś trak­tat Gia­coma di Gras­siego Ra­gione di Ad­o­prar si­cu­ra­mente?

- Po­bież­nie. - Ro­de­ric tro­chę mija się z prawdą. Prze­czy­tał ten pod­ręcz­nik tyle razy, że za­częły z niego wy­pa­dać kartki.

- Wiesz za­tem, że Grassi za­le­cał, by we­spół z ra­pie­rem, lżej­szym i krót­szym mie­czem, trzy­mać w le­wej ręce szty­let, by móc jed­no­cze­śnie się bro­nić i ata­ko­wać?

Ro­de­ric kiwa głową.

- To ma za­równo za­lety, jak i wady. Wy­mień cho­ciaż jedną za­letę ra­piera.

- Ra­pie­rem ła­twiej ope­ro­wać. Choć samo pchnię­cie jest trud­niej­sze, to czę­sto jest ono szyb­sze i bar­dziej śmier­cio­no­śne niż cios za­dany mie­czem.

- Zga­dza się - men­tor na chwilę za­wie­sza głos - ale są też mi­nusy. Ra­pier jest, jak słusz­nie za­uwa­ży­łeś, bro­nią ty­powo kolną, a nie sieczną. Na polu bi­twy wciąż pre­fe­ro­wane są cięż­sze mie­cze. Za to ra­pier do­sko­nale na­daje się jako broń uży­wana na co dzień, bo jest po­ręcz­niej­szy, do­brze spraw­dza się w po­je­dyn­kach.

Men­tor waży miecz w ręce. Po tę­pym czubku i pro­stej rę­ko­je­ści można po­znać, że to mo­del do ćwi­czeń.

- Dżen­tel­men musi w pew­nych sy­tu­acjach umieć bro­nić swego ho­noru - oznaj­mia, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Ro­de­rica. - Jak ma­wia stare po­rze­ka­dło, le­karz wy­le­czy ranę na ciele, ale zra­niony ho­nor ule­czy tylko klinga.

Te słowa prze­no­szą Ro­de­rica w prze­szłość. Znowu ma sześć lat i leży na ziemi, przy­gnia­ta­jąc star­szego syna są­sia­dów. Czuje ból, gdy knyk­cie ude­rzają w szczękę chło­paka. Mimo że był trzy lata star­szy od Ro­de­rica i wyż­szy pra­wie o głowę, Ro­de­ric miał prze­wagę. Ja­mes i oj­ciec chło­paka mu­sieli ich roz­dzie­lić. Ro­de­ric zo­ba­czył coś w jego oczach. Zdzi­wie­nie. Strach. Re­spekt. Matka chło­paka na­zwała Ro­de­rica na­rwań­cem. Do­stał na­ganę i ta­kie cięgi, że przez kilka dni nie mógł sie­dzieć, ale nie było mu wstyd i oświad­czył, że nie prze­prosi chło­paka, co oczy­wi­ście po­skut­ko­wało tym, że kara była jesz­cze su­row­sza.

Le­karz wy­le­czy ranę na ciele, ale zra­niony ho­nor ule­czy tylko klinga. Ro­de­ric ro­zu­mie zna­cze­nie tych słów. Bro­nił swo­jego ho­noru. Sta­nął w obro­nie sa­mego sie­bie. Dla­czego miałby się tego wsty­dzić?

- Ro­de­ricu? Słu­chasz mnie?

Kilka kro­pel potu spływa po czole men­tora i za­trzy­muje się na ciem­nych brwiach. - Niech to dia­bli, go­rąco tu jak w pie­kle! - Muc­cio wy­ciera twarz gru­bym rę­ka­wem. - Co to ja mó­wi­łem? - pyta i za­nim Ro­de­ric zdąża od­po­wie­dzieć, do­daje: - A tak, dżen­tel­men musi w pew­nych sy­tu­acjach umieć bro­nić swego ho­noru. Ho­nor jest bez­cenny. To dla­tego męż­czyźni słono płacą mi za to, bym na­uczył ich za­szczyt­nej sztuki po­słu­gi­wa­nia się mie­czem. Można by po­my­śleć, że to nie­do­rzecz­nie wy­soka kwota jak na po­je­dy­nek z ja­kimś mło­dzi­kiem, który ba­rasz­ko­wał w sy­pialni z żoną tego męż­czy­zny, gdy on prze­by­wał poza do­mem.

Ro­de­ric marsz­czy czoło.

- Co to za męż­czy­zna, który nie po­trafi na­wet upil­no­wać wła­snej żony?

Ką­cik ust men­tora się unosi.

- Można by tak po­my­śleć. Ale uwierz mi Ro­de­ricu, na­uczy­łem się jed­nej rze­czy. Je­śli cho­dzi o ko­biety, my, męż­czyźni, za­wsze je­ste­śmy na stra­co­nej po­zy­cji, bez względu na to, jak bar­dzo chcemy wie­rzyć, że mamy nad nimi prze­wagę. - Men­tor opiera się na rę­ko­je­ści mie­cza. - Ko­bieta po­trafi zra­nić naj­lep­szego żoł­nie­rza z taką ła­two­ścią, z jaką cie­pły nóż tnie ma­sło.

- Co masz na my­śli?

Ro­de­ric zu­peł­nie nie ro­zu­mie, do czego zmie­rzają te za­gad­kowe wy­po­wie­dzi. My­śli o sta­rej mamce Ma­rii. Tak... z ta­kimi bi­cep­sami mo­głaby pew­nie uszko­dzić nie­jed­nego męż­czy­znę. Musi mieć ko­miczną minę, gdyż men­tor wy­bu­cha gło­śnym śmie­chem.

- No do­brze, po­mó­dlmy się za twoją du­szę, chłop­cze, że­byś jesz­cze długo nie spo­tkał ta­kiego dziew­czę­cia. - Muc­cio się uśmie­cha, jakby znał ta­jem­nicę, o któ­rej Ro­de­ric jesz­cze nie ma po­ję­cia. - Ale dość już o tym. Je­ste­śmy tu­taj dla two­jej tę­ży­zny fi­zycz­nej, a nie du­cho­wej. O czym to ja mó­wi­łem?

Ro­de­ric czuje ulgę, że wra­cają do te­matu, który jest mu bliż­szy.

- Roz­pra­wia­li­śmy o za­le­tach i wa­dach ra­piera.

- W rze­czy sa­mej. Ra­pier, jak już usta­li­li­śmy, jest po­ręcz­niej­szy, ale ma też pewne wady. To samo do­ty­czy szty­letu. Można go wbić tam, gdzie miecz nie się­gnie i uszko­dzić or­gany prze­ciw­nika. - Men­tor przy­gląda mu się przez chwilę. - Za­uwa­ży­łem, że twój po­przedni mistrz na­uczył cię trzy­mać miecz za szty­le­tem.

Ro­de­ric kiwa głową, lecz na­tych­miast za­miera, gdy Muc­cio kręci swoją.

- To tech­nika, któ­rej uczą w wielu fran­cu­skich szko­łach, ale ja nie je­stem jej en­tu­zja­stą - wy­ja­śnia Muc­cio. - Chcę, że­byś za­wsze trzy­mał miecz przed szty­le­tem. Pod­czas obrony two­rzy to więk­szy dy­stans po­mię­dzy tobą a prze­ciw­ni­kiem. Oczy­wi­ście szty­let można też użyć ofen­syw­nie. Spójrz. Ste­fano jest jed­nym z naj­lep­szych w tej dzie­dzi­nie.

Ste­fano, który do tej pory stał z boku, te­raz bez słowa wy­ciąga szty­let z po­chwy. Ci dwaj męż­czyźni róż­nią się od sie­bie pod każ­dym wzglę­dem. Men­tor, wy­soki, ele­gancki i elo­kwentny. Ste­fano, ni­ski, krępy i gbu­ro­waty. Wcho­dzą do kręgu na środku sali i zaj­mują swoje po­zy­cje. Dźwięk, gdy stal spo­tyka się ze stalą, od­bija się echem od ścian. Ste­fano prze­chwy­tuje cios men­tora i prze­nosi ostrze mie­cza na swoją prawą stronę. Muc­cio zerka w stronę Ro­de­rica

- Wi­dzia­łeś, co się stało? Te­raz po­wsta­nie siła, która sprawi, że prze­ciw­nik, w tym przy­padku ja, bę­dzie chciał spa­ro­wać atak szty­le­tem.

Za­równo miecz, jak i szty­let, są te­raz za­blo­ko­wane przez Ste­fano, który wy­ko­rzy­stuje swoją prze­wagę do ode­pchnię­cia Muc­cia, po czym wbija mu szty­let w przed­ra­mię i szyję. Men­tor szuka jego wzroku.

- Ro­zu­miesz za­sadę? Chodź tu­taj i spró­buj.

Ro­de­ric pod­rywa się z pod­łogi, nie­mal prze­wra­ca­jąc Ste­fana. Men­tor ani drgnie.

- Bez broni.

- Na­wet bez drew­nia­nego mie­cza?

- Wciąż nie wiesz, jak nią wła­dać. - Muc­cio od­kłada na bok mie­cze i szty­lety.

- Jak mam się na­uczyć ob­cho­dzić z mie­czem, skoro nie po­zwa­lasz mi na­wet go do­tknąć!

- Nie po­zwolę ci na to, do­póki nie opa­nu­jesz pod­sta­wo­wych tech­nik...

- Ćwi­czy­łem wła­da­nie praw­dziwą bro­nią, od­kąd skoń­czy­łem sie­dem lat! Nie je­stem ma­łym dziec­kiem!

- Po­słu­chaj mnie uważ­nie. - Men­tor robi krok w jego kie­runku. - Masz ro­bić do­kład­nie to, co ci każę. Kiedy, a ra­czej je­śli, uznam, że opa­no­wa­łeś tech­nikę, przej­dziesz do na­stęp­nego etapu, czyli do tre­ningu z wy­obra­żo­nymi prze­ciw­ni­kami. Dzięki temu nie na­bie­rzesz złych na­wy­ków. Na przy­kład od­sła­nia­nia le­wej strony.

Wy­obra­żony prze­ciw­nik. Krew w jego ży­łach bu­zuje. Men­tor spo­gląda na swoje pa­znok­cie w obo­jęt­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Fech­tu­nek z cie­niem to do­sko­nały spo­sób na do­sko­na­le­nie se­kwen­cji ru­chów. Je­śli to opa­nu­jesz, przej­dziesz do po­je­dyn­ków pod moim nad­zo­rem.

Ro­de­ric z ję­kiem wy­pusz­cza po­wie­trze z płuc.

- To po­trwa całą wiecz­ność.

- Ra­czej mie­siące albo lata. To za­leży od cie­bie. Mnie będą pła­cić do przy­szłej je­sieni.

Wiecz­ność. Nie, nie może do tego do­pu­ścić. Bę­dzie ćwi­czył. Każ­dej nocy i w każ­dej wol­nej chwili, je­śli to ma go przy­bli­żyć do celu. Kiwa głową.

- Do­brze. - Men­tor robi krok do tyłu. - Zo­baczmy, jaki je­steś szybki w no­gach.

Ailea

MO­RZE IR­LANDZ­KIE, LI­PIEC 1649

- Na mi­łość bo­ską, zejdź stam­tąd na­tych­miast! - Głos ojca brzmi ostrze­gaw­czo.

Ailea po­woli scho­dzi z re­lingu.

- Chcia­łam zo­ba­czyć, czy już wi­dać port.

Wy­soka fala ude­rza w burtę statku i Ailea traci rów­no­wagę, ale oj­ciec wy­ciąga ręce, chwyta ją w ta­lii i zde­cy­do­wa­nym ru­chem sta­wia na po­kła­dzie.

- I nie mo­żesz tego zro­bić z po­kładu? - Kiedy nie od­po­wiada, oj­ciec do­daje: - To nie­bez­pieczne. - Unosi jej pod­bró­dek i zmu­sza ją, by spoj­rzała mu w oczy. - Jedno po­tknię­cie i by­ła­byś za burtą.

- By­łam ostrożna! Mocno trzy­ma­łam się liny. O tak. - Ailea de­mon­struje, jak owi­nęła so­bie linę wo­kół ta­lii.

- To nie ma żad­nego zna­cze­nia. Ka­za­łem ci zo­stać na po­kła­dzie. - Oj­ciec marsz­czy brwi. - Wspi­nasz się wszę­dzie jak maj­tek. Praw­dzi­wej da­mie to nie przy­stoi, prawda?

- Cóż, wszyst­kie są tak nudne i wy­nio­słe, że ni­gdy by na to nie wpa­dły - bąka Ailea.

Oj­ciec przez chwilę wal­czy z uśmie­chem, lecz w końcu się pod­daje.

- Pew­nie masz ra­cję, ma fille bien-aimée. Idź i zo­bacz, czy matka nie po­trze­buje po­mocy, wciąż źle się czuje i na pewno ucie­szy się z two­jego to­wa­rzy­stwa.

- Do­brze, oj­cze.

- I po­sta­raj się nie pso­cić, do­póki nie do­pły­niemy do portu.

- Do­brze, oj­cze.

Na­prawdę sta­rała się być grzeczna, ale przez cały po­ra­nek sie­działa za­mknięta w cia­snej ka­bi­nie. Wsłu­chi­wała się w dźwięk ulew­nego desz­czu sta­pia­jący się z od­gło­sami wy­mio­tów matki. Biedna matka. Zwraca wszystko, co zje i wy­pije.

Ailea scho­dzi pod po­kład, mija kam­buz, gdzie ku­charz przy­go­to­wuje po­si­łek. Ka­pi­tan, który jest wła­ści­cie­lem statku, to stary przy­ja­ciel ojca. Prze­wozi lu­dzi i to­wary po­mię­dzy róż­nymi por­tami. Praw­do­po­dob­nie zna wszyst­kie za­toki i mie­li­zny.

Ailea otwiera drew­niane drzwi ich ka­biny. Jej oczy po­trze­bują chwili, by przy­zwy­czaić się do pół­mroku. Matka leży na łóżku. Rude ko­smyki wło­sów przy­kle­iły jej się do czoła. Klatka pier­siowa nie­spo­koj­nie unosi się i opada. Z wia­dra i szmat po­roz­rzu­ca­nych na pod­ło­dze wy­do­bywa się kwa­śny odór. Ailea pod­cho­dzi, siada na brzegu łóżka i prze­mywa czoło matki mo­krą szmatką.

- Le­piej się czu­je­cie, matko?

- Tro­chę le­piej. - Matka bie­rze od­dech. - Naj­gor­sze chyba już mi­nęło.

- Mam spraw­dzić, czy ku­charz może przy­go­to­wać dla was bu­lion?

- Dzię­kuję, skar­bie, ale i tak bym go zwró­ciła. My­ślę, że naj­bar­dziej po­trze­buję snu.

Ailea uświa­da­mia so­bie, że przy­gryza dolną wargę, to brzydki na­wyk, wie o tym, lecz tak się mar­twi, że nie po­trafi się po­wstrzy­mać. Słone mor­skie po­wie­trze wy­su­sza jej usta. Ssąc po­pę­kaną wargę, czuje na ję­zyku smak soli i że­laza. Kiedy do­trą na ląd, po­prosi o maść na­giet­kową.

Matka po­syła jej zmę­czony uśmiech.

- Nie mu­sisz do­trzy­my­wać mi to­wa­rzy­stwa, moje dziecko. Idź na po­kład i po­baw się. Po­ra­dzę so­bie.

- Obie­cuję, że zaj­rzę do was za ja­kiś czas. Opróż­nić wia­dro?

- Je­śli dasz radę. Po­dej­rze­wam, że strasz­nie tu śmier­dzi.

- Nie jest aż tak źle. - Kłam­stwo przy­cho­dzi jej ła­two, bo wie, że matka lubi mieć wo­kół sie­bie czy­sto.

Ailea za­myka za sobą drzwi i ru­sza po scho­dach na górę. Mimo że ko­cha matkę, cie­szy się, że nie musi sie­dzieć z nią za­mknięta w ka­ju­cie. Wy­lewa za­war­tość wia­dra za burtę i szo­ruje je tak do­kład­nie, jak tylko po­trafi, wodą mor­ską z be­czek znaj­du­ją­cych się na statku. Słaby kwa­śny odór na­dal się utrzy­muje, ale nie śmier­dzi już tak jak wcze­śniej. Ude­rza w nią orzeź­wia­jący wiatr prze­sy­cony mor­ską wil­go­cią. Za­myka oczy i po­zwala, by przy­jem­nie mu­skał jej twarz, skóra miło mrowi.

Ka­wa­łek da­lej stoi Oran i roz­ma­wia z jed­nym z człon­ków za­łogi. Męż­czy­zna cią­gnie szot i mówi coś, co roz­śmie­sza pa­robka, który wy­bu­cha cie­płym śmie­chem. Oran nie jest zbyt roz­mowny, ale tu­taj, na statku, wśród za­łogi, czuje się jak w domu. Ailea cie­szy się, że chciał się z nimi prze­nieść do Szko­cji. Spy­tała go, czy ro­dzice będą za nim tę­sk­nić, a on tylko po­krę­cił głową i oświad­czył, że już nie ma ni­kogo, kto by go trzy­mał w Ir­lan­dii. Uśmiech­nął się, lecz w jego nie­bie­skich oczach do­strze­gła smu­tek.

Spo­gląda na maszt, z któ­rego po wan­tach scho­dzi maj­tek. Jest od­wró­cony do niej ple­cami. Nie może być wiele star­szy od niej. Ma dziu­rawą ko­szulę, a na jego czole kręcą się włosy roz­ja­śnione słoń­cem. Ailea pod­cho­dzi bli­żej.

- Co ro­bisz?

Chło­pak rzuca jej krót­kie spoj­rze­nie i da­lej robi swoje, jakby jej nie sły­szał. Ailea pa­trzy na szczyt masztu.

- Wspią­łeś się na samą górę?

Chło­pak się pro­stuje i krzy­żuje ra­miona.

- Setki razy.

- Mogę spró­bo­wać?

- Ha! To nie dla pa­nienki! - Chło­pak pry­cha i do­daje bez­li­to­śnie: - Nie od­wa­ży­ła­byś się, na­wet gdyby oj­ciec ci na to po­zwo­lił.

- Od­wa­ży­ła­bym się!

- Wąt­pię. To nie jest praca dla dziew­czyny. Ha­fto­wa­nie, zbie­ra­nie ja­gód i ro­dze­nie dzieci, do tego się na­da­je­cie.

Ailea robi dwa kroki do przodu, nie­zde­cy­do­wana, czy kop­nąć go w go­leń, czy może wspiąć się na maszt i udo­wod­nić mu jak bar­dzo się myli.

- Cof­nij te słowa!

- A co ty...

- Nie masz nic lep­szego do ro­boty niż prze­szka­dzać pa­nience Du­rand? - Głos ka­pi­tana grzmi ni­czym bu­rza.

Chło­pak od razu się garbi.

- Do ro­boty, nic­po­niu, je­śli nie chcesz, żeby bat za­tań­czył ci na ple­cach!

Ka­pi­tan pod­cho­dzi do chło­paka z groźną miną, a ten na­tych­miast ucieka. Su­rowe rysy męż­czy­zny ła­god­nieją, gdy za­uważa jej prze­ra­że­nie.

- Chyba nie spu­ści­cie mu la­nia?

- Spo­koj­nie, pa­nienko, to tylko ta­kie stra­sze­nie. - Ka­pi­tan prze­ciąga dło­nią po si­wym za­ro­ście. - Ale mu­szą znać swoje miej­sce. Sam by­łem kie­dyś ta­kim nic­po­niem.

- Na­prawdę?

Ka­pi­tan się uśmie­cha. W jego ja­snych oczach wi­dać chło­pięcy błysk, cho­ciaż twarz ma po­marsz­czoną.

- Le­dwo od­ro­słem od ziemi, gdy oj­ciec po­zwo­lił mi się za­cią­gnąć na sta­tek. Nie po­do­bało mu się, że opusz­czam dom, w go­spo­dar­stwie li­czyła się każda para rąk, lecz po­dej­rze­wam, że zro­zu­miał, że nie ma wy­boru. Mo­rze mnie wzy­wało.

Po­dmuch wia­tru roz­wiewa jej włosy, więc od­gar­nia je z twa­rzy.

- Mu­sie­li­ście być bar­dzo od­ważni.

Ka­pi­tan wy­bu­cha grom­kim śmie­chem.

- Wprost prze­ciw­nie. By­łem bo­jaź­liwy i wy­co­fany, dwie naj­gor­sze ce­chy cha­rak­teru w przy­padku ma­ry­na­rza. Ale może to wła­śnie dla­tego cią­gnęło mnie w mo­rze. Mo­rze kształ­tuje nie­ustra­szo­nych i śmia­łych męż­czyzn.

Ailea przy­gryza wargę.

- Ja też chcia­ła­bym zo­stać ma­ry­na­rzem.

- To cięż­kie ży­cie. Nie dla ta­kich gą­sek. Za­dbaj­cie o to, by wyjść za mąż za mi­łego i bo­ga­tego ka­wa­lera, który da wam piękny dom i gro­madkę dzieci.

- Ale ja nie chcę wy­cho­dzić za mąż.

- My­śla­łem, że każda tego chce.

- Ja nie.

- To do­piero za kilka lat, więc do tego czasu pew­nie się pa­nience od­wi­dzi.

Ailea wzdy­cha i zmie­nia te­mat roz­mowy.

- Może mi opo­wie­cie jedną z wa­szych hi­sto­rii?

- Którą chce pa­nienka usły­szeć?

- Tę o stwo­rze­niach mor­skich.

Ka­pi­tan zdej­muje ka­pe­lusz i prze­cze­suje pal­cami mocno już prze­rze­dzone, siwe włosy.

- No do­brze. - Siada na jed­nej z ła­wek i robi Ailei miej­sce obok sie­bie. - Ostat­nio opo­wia­da­łem pa­nience o tym, jak te stwo­rze­nia żyją na dnie mo­rza. - Ka­pi­tan szuka wzroku Ailei, a ona po­ta­kuje żar­li­wie. - Ale kilka razy w roku ich nie­wia­sty wy­pły­wają na po­wierzch­nię, by wa­bić męż­czyzn.

Już to sły­szała. Pod wpły­wem ich śpiewu ma­ry­na­rze roz­bi­jają statki o skały lub, co gor­sza, rzu­cają się w fale.

- Czy one są złe?

- Cóż... - Ka­pi­tan ma taką minę, jakby się nad tym za­sta­na­wiał. - Są jak mo­rze, a ono nie jest ani do­bre, ani złe. Po­tra­fią być tak ła­godne jak spo­kojne mo­rze lub rów­nie nie­bez­pieczne co sztorm na mo­rzu. Tak czy owak, na lą­dzie zrzu­cają swoją ma­giczną skórę i za­mie­niają się w lu­dzi. Ta, która zgubi swoją skórę, musi po­zo­stać czło­wie­kiem i nie może wró­cić do mo­rza. Opo­wiem pa­nience pewną hi­sto­rię... - Ka­pi­tan wę­druje wzro­kiem po otwar­tym mo­rzu. - Hi­sto­rię o pięk­nej sy­re­nie Ethel.

Ailea przy­suwa się bli­żej, nie chce uro­nić ani jed­nego słowa. Ka­pi­tan roz­po­czyna swoją opo­wieść gło­sem głę­bo­kim i ciem­nym ni­czym mo­rze.

- Ethel za­ko­chała się w czło­wieku o imie­niu Finn, a on w niej. Po­brali się i byli ze sobą bar­dzo szczę­śliwi. Ale brat Finna, Ca­omh, za­zdro­ścił mu pięk­nej żony i pew­nego dnia za­mor­do­wał go we śnie.

Ailea robi wiel­kie oczy.

- Za­bił wła­snego brata?

- Ow­szem. A po­tem znisz­czył ma­giczną skórę Ethel i zmu­sił ją do wspól­nego ży­cia. Ethel roz­pa­czała po śmierci uko­cha­nego i co wie­czór cho­dziła nad mo­rze, tę­sk­niąc za do­mem.

Ka­pi­tan milk­nie, wkłada rękę do we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza i wyj­muje fajkę w kształ­cie ryby z otwar­tym pyszcz­kiem. W od­róż­nie­niu od wrzo­ś­co­wej fajki ojca, ta jest wy­ko­nana z gliny.

- A co się stało z Ethel?

- Lata mi­jały. - Ka­pi­tan na chwilę za­wie­sza głos i na­bija fajkę ty­to­niem. - Uro­dziły im się dzieci i wszyst­kie zo­stały świet­nymi ry­ba­kami albo odzie­dzi­czyły rude włosy Ethel.

Ka­pi­tan roz­gląda się za ogniem, ale po­nie­waż w po­bliżu nie ma żad­nej po­chodni, chowa fajkę z po­wro­tem do kie­szeni.

- Pew­nej nocy Ca­omha obu­dziła urze­ka­jąca pieśń. Za­cza­ro­wany, po­dą­żył za tym gło­sem. Z mo­rza wy­ło­niło się naj­pięk­niej­sze stwo­rze­nie, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dział. Jej białe ciało lśniło jak księ­życ, a włosy miały ko­lor ognia. Za­uro­czony, wszedł do wody. Kiedy wy­cią­gnął rękę, by jej do­tknąć, stwo­rze­nie się od­wró­ciło. Wpa­try­wała się w niego Ethel, o oczach zim­nych i czar­nych jak na­pie­ra­jące na nich fale. Przez trzy­dzie­ści lat i trzy­dzie­ści dni cze­kała, aż sio­stry uszyją jej nową skórę. Wcią­gnęła do mo­rza i uto­piła męż­czy­znę, który ją wię­ził, po czym przy­mo­co­wała go do dna, tak aby jego du­sza ni­gdy nie za­znała spo­koju w kró­le­stwie bo­żym. I tak koń­czy się hi­sto­ria Ethel.

Głos ka­pi­tana za­miera, a czar pry­ska. Ailea sie­dzi w mil­cze­niu przez wiele dłu­gich od­de­chów.

- Strasz­nie smutna baśń.

- Tak.

- Ale... mimo wszystko nie uwa­żam, że Ethel była zła. Cho­ciaż za­biła tego czło­wieka.

Roz­wa­ża­jąc jej słowa, ka­pi­tan spo­gląda na swoje dło­nie spo­czy­wa­jące na ko­la­nach.

- Na­wet do­brzy lu­dzie cza­sami ro­bią złe rze­czy, które nie­kiedy, tak jak w przy­padku Ethel, są uza­sad­nione - oznaj­mia.

Jego twarz się zmie­nia. Sie­dzą w mil­cze­niu, oboje za­to­pieni we wła­snych my­ślach. Ka­pi­tan po­now­nie spo­gląda na mo­rze.

- Wie pa­nienka, że kie­dyś mia­łem córkę?

- Na­prawdę?

- Tak. Ale za­raza za­brała za­równo ją, jak i jej matkę. Wy­glą­dała tak jak pa­nienka. Też miała ja­sne włosy, ale jej oczy były nie­bie­skie, nie tak jak pa­nienki, zie­lone, a nos był ob­sy­pany pie­gami.

- Tę­sk­ni­cie za nią?

- Co­dzien­nie.

Roz­my­śla­jąc, Ailea ob­gryza pa­zno­kieć kciuka.

- By­li­by­ście wspa­nia­łym ro­dzi­cem, ale ja już mam ojca i ra­czej nie chcia­ła­bym go zmie­niać.

Ka­pi­tan się śmieje, kła­dąc swoją po­marsz­czoną dłoń na jej dłoni.

- Dzię­kuję pa­nience za te miłe słowa, to miód na moje serce.

Ailea wi­dzi ką­tem oka, że w ich stronę zmie­rza oj­ciec. Wiatr bawi się jego ciem­nymi lo­kami.

- Daj już spo­kój ka­pi­ta­nowi Thur­loe. Wkrótce do­bi­jemy do brzegu i za­łoga bę­dzie go po­trze­bo­wać przy cu­mo­wa­niu. - Oj­ciec po­syła jej uśmiech. - Je­śli wej­dziesz na górę, praw­do­po­dob­nie zo­ba­czysz port.

Ailea na­tych­miast pod­rywa się z ławki i pod­biega do niego.

- Weź­mie­cie mnie na ba­rana, oj­cze?

- My­ślę, że dam radę, cho­ciaż zro­bi­łaś się ciężka.

Oj­ciec się po­chyla, a ona ła­pie go za szyję i wspina mu się na barki. Zza lek­kiej mgły po­woli wy­ła­nia się port. Wkrótce zo­ba­czy iglicę wieży ko­ściel­nej. Po­kła­dem wstrząsa, gdy sta­tek cu­muje przy molo wy­cho­dzą­cym w mo­rze.

Roz­kazy ka­pi­tana pa­dają na po­kład ni­czym grad. Efekt jest na­tych­mia­stowy. Maj­tek i dwóch in­nych człon­ków za­łogi ze­ska­kują na ląd i cu­mują sta­tek. Rzu­cają ko­twicę, a na pale cu­mow­ni­cze za­rzu­cają grube liny. Roz­wija się sze­roki trap z de­sek, po czym z ła­downi wy­jeż­dżają me­ble, skrzy­nie i inne to­wary. Ailea wi­dzi ką­tem oka rude włosy matki.

Do­tarli na miej­sce. Do kraju, który ma stać się ich no­wym do­mem. Jej serce trze­po­cze jak wy­stra­szony ptak. Ailea nie jest pewna, czy te mo­tyle w brzu­chu to pod­eks­cy­to­wa­nie, czy strach przed tym, co ma się wy­da­rzyć.

Chwyta ojca z rękę. Na drżą­cych no­gach robi pierw­szy, nie­pewny krok w nie­znane.

Muc­cio

BO­LO­NIA, LI­PIEC 1649

Po­woli gła­dzi pal­cami jej skórę. Ten miękki ruch spra­wia, że Elena do­staje gę­siej skórki. Pu­kle ko­biety leżą na jego piersi ni­czym ciemne fale. Cie­pły po­dmuch mu­ska włosy na jego piersi za każ­dym ra­zem, gdy ona wy­dy­cha po­wie­trze. Kiedy za­czyna się z nią draż­nić i na chwilę prze­staje ją gła­skać, Elena na­tych­miast chwyta go za rękę i zde­cy­do­wa­nym ru­chem przy­ciąga ją z po­wro­tem.

- Nie prze­sta­waj. To ta­kie przy­jemne, że aż mam dresz­cze.

Muc­cio nic nie mówi, tylko kon­ty­nu­uje de­li­katne gła­ska­nie jej ra­mion. Kilka mi­go­czą­cych świec rzuca na po­kój po­ma­rań­czową po­światę.

- Mo­gła­bym tak le­żeć cały wie­czór. - Elena mru­czy jak kot. - Mó­wi­łam ci, że ko­cham twoje dło­nie? To praw­dziwy dar od Boga.

- Za­wsze w przy­jem­no­ścią ci do­ga­dzam, moja go­łą­beczko. Jed­na­ko­woż li­czy­łem na to, że użyję swo­ich rąk w bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­jący spo­sób.

Cho­ciaż nie wi­dzi jej re­ak­cji, wie, że Elena się uśmie­cha. Pro­stuje nogi i pod­piera głowę ręką. Błą­dzi pal­cami po jego piersi, do­cie­ra­jąc nimi do bli­zny pod oboj­czy­kiem.

- Jest nowa, jesz­cze nie zdą­żyła zbled­nąć. Od kiedy ją masz?

- Od je­sieni. We Flan­drii zo­sta­łem tra­fiony piką.

Elena po­waż­nieje.

- Sły­sza­łam o tej bi­twie. Po­dobno tam­tego dnia prze­lano mnó­stwo hisz­pań­skiej krwi.

- Hisz­pań­skiej krwi? Tyle samo krwi prze­lali Włosi, Niemcy, Ir­land­czycy i Wa­lo­no­wie. Oni rów­nież po­świę­cili swoje ży­cie dla Hisz­pa­nii.

Elena się po­chyla i ca­łuje twardą bli­znę, jakby chciała wy­goić rany swoim cie­płem. Ale bli­zna nie znik­nie i on wcale nie jest pe­wien, czyby tego chciał. To pa­miątka po to­wa­rzy­szach, któ­rzy po­le­gli na polu bi­twy.

Bi­twa pod Lens była krwawa. Fran­cuzi i ich prze­klęty do­wódca zmu­sili ich do od­wrotu, po czym od­nie­śli de­cy­du­jące zwy­cię­stwo. Książę de Condé - Muc­cio prze­klina go w my­ślach - ma­jąc za­le­d­wie dwa­dzie­ścia dwa lata, ob­jął do­wódz­two nad ar­mią fran­cu­ską i zy­skał sławę po zwy­cię­skiej bi­twie pod Ro­croi.

Ale te­raz w Eu­ro­pie pa­nuje po­kój. Po czte­rech la­tach ne­go­cja­cji po­ko­jo­wych wojna trzy­dzie­sto­let­nia wresz­cie do­bie­gła końca. Wojna, która miała swoje źró­dło w spo­rach re­li­gij­nych i po­li­tycz­nych. Po jed­nej stro­nie dy­na­stia Habs­bur­gów, któ­rzy chcieli wzmoc­nić wła­dzę ce­sa­rza i zjed­no­czyć Święte Ce­sar­stwo Rzym­skie, po dru­giej ry­go­ry­stycz­nie lu­te­rań­ska Szwe­cja w so­ju­szu z Lu­dwi­kiem XIII, który chciał wzmoc­nić po­tęgę Fran­cji. So­jusz z pro­te­stan­tami na pół­nocy jest ko­lej­nym do­wo­dem na bez­boż­ność Fran­cu­zów na­gi­na­ją­cych swoje za­sady re­li­gijne do tego, co jest dla nich ko­rzystne. W wy­niku tej wojny dy­na­stia Habs­bur­gów zo­stała osła­biona, a Eu­ropa znisz­czona gra­bie­żami, gwał­tami i cho­ro­bami.

- My­ślisz, że po­kój się utrzyma? - Elana pod­nosi wzrok i spo­gląda mu pro­sto w oczy.

Muc­cio od­gar­nia ko­smyk wło­sów z jej czoła i za­kłada go za ucho.

- Moż­liwe. Mó­dlmy się, żeby tak było.

W głębi du­szy w to jed­nak nie wie­rzy. Wojna trwała tak długo, że nie cho­dzi już o re­li­gię, a ra­czej o wła­dzę i bo­gac­twa. Two­rząc swoje pułki, do­wódcy chcieli mak­sy­mal­nego zwrotu za­in­we­sto­wa­nego ka­pi­tału. A po­kój jest drogi. Na­jem­nych żoł­nie­rzy trzeba od­pra­wić i opła­cić, a skąd wziąć pie­nią­dze? Po­kój kosz­tuje wię­cej niż wojna.

- Po­roz­ma­wiajmy o czymś in­nym. - Elena prze­krzy­wia głowę. - Jak się miewa twój nowy pod­opieczny?

- Cóż - wzdy­cha Muc­cio. - Jest jak nie­sforny szcze­niak. Sta­wia się. Jest uparty. Nie­chęt­nie wy­ko­nuje po­le­ce­nia i ma po­ryw­czy tem­pe­ra­ment. Dni mi­jają mi na pró­bach wbi­cia mu ro­zumu do głowy. - Muc­cio po­ciera dło­nią pod­bró­dek. - Chło­pak się nie pod­daje. Im wię­cej od niego wy­ma­gam, tym bar­dziej chce mi udo­wod­nić, że da radę.

A prawda jest taka, że dużo od niego wy­maga. Pro­wo­kuje go. Każ­dego dnia prze­suwa gra­nicę i ob­ser­wuje, jak chło­pak sta­wia czoła wy­zwa­niom.

- Muc­cio, znam cię od dawna i wi­dzia­łam was ra­zem. - Elena siada. Waży słowa. - Trak­tu­jesz go su­ro­wiej niż swo­ich do­ro­słych uczniów.

- Być może.

- To jesz­cze dziecko.

- Wiem.

Elena wstaje z łóżka, mija krze­sło, o które stoi oparta jego szpada i siada przy to­a­letce.

- Chło­pak ma ta­lent, prawda?

Muc­cio ob­ser­wuje w lu­strze jej twarz.

- Ro­zu­mie za­sady, a brak ta­lentu do nie­któ­rych rze­czy nad­ra­bia wy­trwa­łym tre­nin­giem. W kilka dni opa­no­wuje ćwi­cze­nia, które do­ro­słym zaj­mują ty­go­dnie.

Muc­cio szko­lił wielu lu­dzi. Więk­szość zo­sta­wała prze­cięt­nymi szer­mie­rzami, bez względu na to, jak dużo tre­no­wali. A ten chło­pak ma wro­dzony ta­lent, coś, czego nie można się wy­uczyć ani wy­ćwi­czyć.

Elena mil­czy, szuka cze­goś wśród bu­te­le­czek i por­ce­la­no­wych sło­icz­ków, aż w końcu znaj­duje ole­jek ró­żany. Roz­grzewa kilka kro­pel w dło­niach, po czym prze­cze­suje so­bie nim włosy, a ciemne fale za­czy­nają lśnić. Muc­cio bacz­nie ją ob­ser­wuje, ko­cha te jej ko­biece, nie­świa­dome ge­sty.

- Przy­wią­za­łeś się do tego chłopca.

Elena na­po­tyka w lu­strze jego spoj­rze­nie i nie od­wraca wzroku. Muc­cio splata ręce na karku. Przy­gląda się sta­rym bel­kom na su­fi­cie. Nie­które trzeba by wy­mie­nić. Na­prawdę przy­wią­za­łem się do niego? Za­sta­na­wia się nad tym w my­ślach, choć już zna od­po­wiedź. Tak, przy­wią­zał się. Wie, że to może być pro­blem. Po­wra­cają wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Raf­fa­ele, szczę­śliwy, jak tylko dziecko może być. Gdyby żył, byłby te­raz w wieku Ro­de­rica.

- Tak.

- Co, tak?

- Przy­wią­za­łem się do niego.

Elena nie od­po­wiada. Wstaje, pod­nosi z pod­łogi jego ko­szulę i spodnie, po czym sta­ran­nie je składa i wie­sza na opar­ciu krze­sła.

- Czy to ta­kie straszne? - pyta mięk­kim gło­sem.

- To nie jest dla niego do­bre.

- Nie wąt­pię. Wi­dzia­łam go. Jest cały po­si­nia­czony.

Muc­cio dra­pie się po karku i uśmie­cha pod no­sem.

- Do­stał nie­złe cięgi, od­kąd tu przy­był. Przez pierw­szy ty­dzień ro­bił wszystko, by udo­wod­nić, że może do­trzy­mać nam kroku. Nie cac­ka­łem się z nim, mu­siał wy­trzy­mać to mor­der­cze tempo. Któ­re­goś dnia wzią­łem go na prze­chadzkę. Sze­dłem tak jak za­wsze, szybko i za­ma­szy­stym kro­kiem. - Muc­cio rzuca jej wy­mowne spoj­rze­nie.

- Do­my­ślam się.

- Chło­pak, rzecz ja­sna, nie chciał być gor­szy. Pewno czuł się upo­ko­rzony, le­dwo mo­gąc za mną na­dą­żyć. Sta­rał się, jak mógł. Na­stęp­nego dnia za­uwa­ży­łem, że le­dwo cho­dzi. Każdy krok spra­wiał mu ból, jakby ktoś wbi­jał mu szty­let w pa­chwinę. Na­sza krótka wę­drówka mu­siała wy­wo­łać u niego pie­kielny ból mię­śni. Kiedy go spy­ta­łem, czy do­brze spał i czy jest go­tów na dwu­go­dzinną pracę, zbladł.

Elena otwiera sze­roko oczy.

- Je­steś okropny! - stwier­dza, po czym par­ska śmie­chem. - Na­prawdę go do tego zmu­si­łeś?

- Może i je­stem su­rowy, ale nie głupi. Jego ciało, a zwłasz­cza pa­chwiny, po­trze­bo­wały od­po­czynku.

- Za­tem da­łeś mu wolne?

Muc­cio unosi brwi, uda­jąc, że nie zro­zu­miał jej py­ta­nia.

- Ka­za­łem mu prze­czy­tać trzy­sta stron strasz­nie nud­nego tek­stu. Po­dej­rze­wam, że wo­lałby jed­nak tre­ning, mimo bólu.

- Bie­da­czy­sko.

- Ale na­stępne dwa dni prze­le­żał w łóżku. Jego obo­lałe pa­chwiny mogą mi za to po­dzię­ko­wać.

- Coś mi się zdaje, że chło­pa­kowi nie było tak śpieszno z tymi po­dzię­ko­wa­niami?

- O dziwo masz ra­cję.

- O dziwo... - Elena prze­krzy­wia głowę i spo­gląda na niego zza ciem­nych rzęs. - Ale trudno mi uwie­rzyć w to, że przy­sze­dłeś tu­taj tylko po to, by przez cały wie­czór roz­pra­wiać o tym chłopcu.

Elena roz­wią­zuje sznurki gor­setu i spód­nicy. Ubra­nia zsu­wają się na pod­łogę. Mięk­kie krą­gło­ści lśnią w świe­tle świec ni­czym miedź.

- Po­dejdź no tu­taj. - Jego słowa brzmią jak roz­kaz do­wódcy.

Elena siada na nim okra­kiem. Jego ciało re­aguje na­tych­miast. Tward­nieje. Jej miękka dłoń szuka dłoni Muc­cia. Gła­dzi jego li­nie pa­pi­larne, splata palce z jego pal­cami.

- Mó­wi­łeś coś o swo­ich rę­kach. - Elena po­syła mu je­den ze swo­ich prze­uro­czych uśmie­chów. - Że chcia­łeś ich użyć w bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­jący spo­sób.

Muc­cio nie od­po­wiada, za­miast tego chwyta jej pierś, a na­stęp­nie prze­jeż­dża kciu­kiem po mięk­kiej skó­rze i twar­dej bro­dawce. Elena re­aguje ci­chym ję­kiem. Słodka woń olejku ró­ża­nego po­mie­szana z jej na­tu­ral­nym za­pa­chem spra­wiają, że do kro­cza na­pływa mu krew. Muc­cio wstaje, prze­nosi dło­nie na po­śladki Eleny i przy­ci­ska do sie­bie jej krą­gło­ści, po czym ca­łuje ją na­mięt­nie i tro­chę agre­syw­nie. Do­kład­nie tak jak ona lubi. Jej smu­kłe palce za­ta­piają się w jego lo­kach. Muc­cio chwyta ją za bio­dra, po czym tak nią ob­raca, że Elena lą­duje pod nim. Kiedy jego ję­zyk otwiera jej usta, ona na­piera na niego bio­drami. Muc­cio lekko przy­gryza jej dolną wargę i uśmie­cha się, sły­sząc po­ję­ki­wa­nie Eleny.

- Roz­łóż nogi - szep­cze jej miękko do ucha. - Chcę się upew­nić, że o mnie nie za­po­mnisz, gdy ru­szę w drogę.

Ailea

SZKO­CJA, LI­PIEC 1649

Na pod­łogę bez­sze­lest­nie spada pę­czek roz­ma­rynu, gdy Ailea wy­ciąga z ku­fra nie­dzielną spód­nicę. Roz­ma­ryn do wełny, la­wenda do lnu, mole i larwy nie lu­bią ostrych za­pa­chów. Ailea roz­kłada na łóżku ja­sno­nie­bie­ską tka­ninę, prze­szu­kuje fałdy spód­nicy, by usu­nąć po­zo­sta­ło­ści ziół.

Cho­ciaż od kilku dni miesz­kają w no­wym domu, to do­piero te­raz za­częli roz­pa­ko­wy­wać wszyst­kie skrzy­nie i ku­fry, które z nimi przy­pły­nęły. Ailea za­ko­chała się w tym miej­scu, gdy tylko po­sta­wiła pierw­szy nie­śmiały krok na opu­sto­sza­łym po­dwó­rzu, które jakby tylko cze­kało na to, że ktoś mu okaże tro­skę. Oran i oj­ciec uszczel­nili szpary, na­pra­wili drzwi, przy­nie­śli drewno i przy­go­to­wali staj­nię dla no­wych zwie­rząt. Ailea i matka mają ręce całe w pę­cher­zach od za­mia­ta­nia, szo­ro­wa­nia i no­sze­nia wia­der z czy­stą wodą.

Pierw­szego wie­czoru matka za­pa­liła szał­wiowe ka­dzi­dło, by prze­pę­dzić z domu złe du­chy. Mam­ro­tała ir­landz­kie za­klę­cia, tak stare, że Ailea ich nie ro­zu­miała, wcho­dząc do każ­dego po­miesz­cze­nia, by je oka­dzić. Te­raz Ailea ma wła­sną izbę, więk­szą od po­przed­niej, z oknem wy­cho­dzą­cym na po­łu­dnie, ale w nocy, gdy wyje wiatr, a cie­nie drzew wy­glą­dają jak szpony, wciąż za­krada się do sy­pialni ro­dzi­ców.

Ailea otwiera szu­fladę ko­mody, wkłada do niej sta­ran­nie zło­żoną spód­nicę, po czym zbiega po scho­dach, aby po­szu­kać matki na dole. Go­spo­dar­stwo leży na ubo­czu, nad je­zio­rem, z tyłu są las i pola cią­gnące się ki­lo­me­trami. Obok domu ro­sną dzi­kie róże i roz­ło­ży­ste ja­bło­nie, które praw­do­po­dob­nie ob­fi­cie ob­ro­dzą je­sie­nią.

Przed wej­ściem do kuchni Oran zbu­do­wał kur­nik, żeby ra­zem z matką mo­gły wy­rzu­cać ku­rom resztki je­dze­nia i wy­bie­rać jajka z grzęd. Po po­ran­nej ule­wie w po­wie­trzu unosi się za­pach mo­krych ka­mieni. Ailea scho­dzi po ka­mien­nych scho­dach i ru­sza wą­ską ścieżką do przy­ku­chen­nego ogródka. Po pra­wej stro­nie znaj­duje się wa­rzyw­niak, który oj­ciec za­bez­pie­czył ple­cioną wierzbą, aby kury i za­jące nie mo­gły się do niego do­stać. Po le­wej stro­nie matka pró­buje wy­pie­lić za­chwasz­czony ogró­dek zio­łowy.

Ailea prze­suwa ręką po wy­so­kiej tra­wie. Chłodna rosa osiada na jej skó­rze. Mo­tyle i psz­czoły krążą wo­kół wy­bu­ja­łej la­wendy, aro­ma­tycz­nego czą­bru oraz ty­mianku o pięk­nych, fio­le­to­wo­czer­wo­nych kwiat­kach. Lub­czyk o sil­nych ło­dy­gach i pie­rza­stych li­ściach urzeka swo­imi drob­nymi, ja­sno­żół­tymi kwia­tami ze­bra­nymi w duże bal­da­chy.

Ailea staje nieco da­lej i z ukry­cia ob­ser­wuje matkę. Na jej rę­kach i far­tu­chu wi­dać brą­zowe oraz zie­lone plamy. Prze­cie­ra­jąc czoło rę­ka­wem su­kienki, zo­sta­wia wil­gotny ślad ziemi na ru­dych wło­sach. Dla Ailei jest naj­pięk­niej­szą ko­bietą na świe­cie. Z zie­mią na twa­rzy czy bez. Cza­sami tak stoi, przy­pa­tru­jąc się ko­bie­cym atry­bu­tom matki, któ­rych ona sama jesz­cze nie po­siada. Tę­skni za nimi. Chce być taka jak matka, wy­glą­dać jak ona. Czy też bę­dzie mieć kie­dyś krą­głe bio­dra?

- Może wam po­móc, matko? - pyta, ro­biąc krok do przodu.

Matka pod­nosi wzrok z uśmie­chem peł­nym wdzięcz­no­ści.

- By­łoby wspa­niale. Spę­dzi­łam tu całe przed­po­łu­dnie. Szcze­rze mó­wiąc, za­sta­na­wiam się, czy nie le­piej to wszystko sko­pać.

- Na pewno so­bie z tym po­ra­dzimy.

Pra­cują w mil­cze­niu. Wy­ry­wają chwa­sty i dzi­kie mle­cze. Ailea zbiera za­równo li­ście, jak i ko­rzonki mle­czy. Te pierw­sze można wy­ko­rzy­stać w kuchni, na­to­miast te dru­gie do ce­lów lecz­ni­czych. Matka wy­rywa z ko­rze­niami nie­pro­szoną trawę.

- Jak ci mija dzień? - pyta. - Udało ci się po­cho­dzić po le­sie? Matko Bo­ska, coś ty zro­biła z rę­kami? - Matka otwiera sze­roko oczy. Chwyta dłoń Ailei i przy­gląda się po­ła­ma­nym, brud­nym pa­znok­ciom.

- Po­cho­wa­łam ptaka...

- Ptaka?

- Kruka. Był mar­twy i nie chcia­łam, żeby go zja­dły mrówki.

Ostat­nie słowa wy­po­wiada ze ści­śnię­tym gar­dłem. Kiedy pro­mie­nie słońca pa­dły na czarne pióra, mie­niły się wszyst­kimi ko­lo­rami tę­czy. Pod­bie­gła do ptaka, ma­jąc na­dzieję, że za­bie­rze go do swo­jego po­koju i bę­dzie się nim opie­ko­wać, do­póki nie wy­zdro­wieje, ale kruk już nie żył i ob­la­zły go mrówki. Wi­dząc to, po­czuła gulę w gar­dle i trudno jej było od­dy­chać.

Po­cho­wała ptaka. Od­ko­pała pal­cami war­stwę mchu i ziemi, aż do­łek był wy­star­cza­jąco głę­boki. Zła­mała przy tym dwa pa­znok­cie. Ostroż­nie wło­żyła ciało ptaka do za­głę­bie­nia i przy­sy­pała go zie­mią. Zro­biła krzyż z dwóch pa­ty­ków, na­zry­wała pięk­nych kwia­tów i po­ło­żyła je na gro­bie. Po­tem za­śpie­wała psalm, który sły­szała w ko­ściele. Nie do końca pa­so­wał do oko­licz­no­ści, ale go lubi. Nad tym, czy zwie­rzęta mają du­szę, za­sta­na­wia się od tam­tego dnia, gdy pa­stor su­ro­wym to­nem oświad­czył o wyż­szo­ści czło­wieka jako istoty du­cho­wej.

- Matko... oj­ciec Lu­cas twier­dzi, że zwie­rzęta nie mają du­szy. To prawda? I dla­tego nie my­ślą i nie od­czu­wają bólu tak jak my?

Bar­dzo chce wie­rzyć w to, że zwie­rzęta rów­nież po­sia­dają du­szę.

- Nie wiem, Aileo. - Matka od­gar­nia kilka su­chych ga­łą­zek za­my­ślona. - Ale do­świad­czy­łam wię­cej cie­pła i do­broci od zwie­rząt ani­żeli od nie­któ­rych lu­dzi. I je­śli Bóg stwo­rzył świat i zwie­rzęta, to nie ro­zu­miem, dla­czego nie miałby im dać du­szy.

- Wie­rzy­cie matko, że zwie­rzęta też idą do nieba?

Matka wy­ciera dło­nie w far­tuch i od­wraca się do niej z uśmie­chem.

- Zdaje się, że niebo bez zwie­rząt nie mo­głoby być ra­jem. - Obej­muje Aileę i ręką całą w ziemi od­gar­nia ko­smyk wło­sów z jej twa­rzy. - Chodź, dziecko. Zro­bimy coś do je­dze­nia. Oran i twój oj­ciec pew­nie już umie­rają z głodu, a my mu­simy się przy­go­to­wać na ju­tro.

* * *

- Mam wlać wodę bez­po­śred­nio do ko­tła?

Woda prze­lewa się przez kra­wędź wia­dra, więc Ailea po­pra­wia uchwyt, by nim nie bu­jało. Matka po­syła jej zmę­czony uśmiech.

- Tak, dzię­kuję.

Po­maga im ko­bieta ze wsi. Ge­lis, bo tak jej na imię, ma taki wy­raz twa­rzy, jakby na­piła się octu i wiecz­nie za­ci­śnięte usta, gdy mówi. Ailei od razu nie przy­pa­dła do gu­stu. Mimo to z za­in­te­re­so­wa­niem słu­cha jej opo­wie­ści. Służka wie wszystko o wszyst­kich.

Ra­zem wy­ście­łają prze­ście­ra­dłem dno drew­nia­nej ba­lii. Naj­pierw wkła­dają lniane ubra­nia i te naj­bar­dziej za­bru­dzone. Naj­gor­sze plamy, ta­kie jak te na za­po­co­nych koł­nie­rzy­kach, po­szew­kach na po­duszki i brud­nej bie­liź­nie, matka od razu za­piera na tarce. Ge­lis ła­pie za rogi po­ścieli i składa ją, two­rząc je­den duży pa­ku­nek.

- O tak, pro­szę pani. Te­raz można wlać wody.

Ailea po­chyla się, lecz matka de­li­kat­nie ją od­suwa.

- Cof­nij się parę kro­ków. Woda jest bar­dzo go­rąca, nie chcę, że­byś się po­pa­rzyła.

Matka i Ge­lis ra­zem prze­no­szą ko­cioł i ostroż­nie pod­no­szą go na wy­so­kość kra­wę­dzi ba­lii, po czym wle­wają do niej wrzą­tek. Służka bie­rze głę­boki wdech.

- Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, ży­czę wam dużo szczę­ścia i po­wo­dze­nia w no­wym domu. - Wy­po­wiada te słowa bez cie­pła, z su­rową miną.

- Dzię­kuję. - Matka prze­ciera czoło rę­ka­wem su­kienki. - Zdaje się, że to Cul­la­no­wie są na­szymi naj­bliż­szymi są­sia­dami. My­śle­li­śmy, żeby ju­tro wy­brać się na spa­cer i ich od­wie­dzić. Zna­cie tę ro­dzinę?

Ge­lis mocno ude­rza czer­pa­kiem w pra­nie.

- Ow­szem. Znam ich do­brze. Pani Cul­lane po­maga przy po­ro­dach, je­śli jest taka po­trzeba. Sama ma gro­madkę dzieci. Naj­star­szy chło­pak pro­wa­dzi go­spo­dar­stwo, a dwie star­sze córki, Jo­nat i Rona, nie­ba­wem będą mo­gły wyjść za mąż. Zdaje się, że pani Cul­lane ma jesz­cze co naj­mniej troje dzieci. - Służka li­czy na pal­cach. - Nie, czworo. Dwie dziew­czynki i dwóch chłop­ców.

- Nie ma męża?

- Jej mąż, Ro­bert Cul­lane, pa­nie świeć nad jego du­szą, zmarł dwa lata temu. Za­brała go długa i wy­nisz­cza­jąca go­rączka. To był miły czło­wiek, lu­biany przez wszyst­kich.

- Pani Cul­lane żyje sama?

- O ile wiem, mieszka tylko z dziećmi. Magy Cul­lane zna się na zio­łach i lu­dzie cho­dzą do niej z bó­lami nóg i pro­ble­mami z zaj­ściem w ciążę.

Ailea sze­roko otwiera oczy.

- Jest zna­chorką?

- Skądże znowu. - Ge­lis pry­cha. - Jaką tam znowu zna­chorką. Jak by to wy­glą­dało? Je­śli po­trzeba po­rady le­kar­skiej, trzeba się umó­wić do dok­tora Gil­berta Scotta. To ele­gancki męż­czy­zna, wy­kształ­cony na ja­kimś uni­wer­sy­te­cie w Eu­ro­pie. Ci dwoje nie po­tra­fią się do­ga­dać, po­mnij­cie moje słowa. Czę­sto ska­czą so­bie do oczu.

Ge­lis mie­sza pra­nie tak ener­gicz­nie, że w prze­peł­nio­nej ba­lii za­czyna się prze­le­wać.

- Nie po­ka­zuj­cie się z nią za czę­sto, pani.

- A to dla­czego? - pyta matka.

Służka te­atral­nie wzdy­cha i ści­sza głos.

- Lu­dzie ga­dają, że po­mo­gła ja­kiejś ko­bie­cie spę­dzić płód. To po­ważne prze­stęp­stwo, któ­rego nie na­leży lek­ce­wa­żyć.

- Plotki nie za­wsze są praw­dziwe. - Matka wy­ciąga ko­rek i brudna woda spływa do ba­lii pod spodem.

- Mó­wię tylko, co usły­sza­łam, pani. - Ge­lis ściąga brwi i wy­raź­nie wi­dać po jej mi­nie, że nie chce już na ten te­mat roz­ma­wiać.

Wspól­nymi si­łami z po­wro­tem wle­wają wodę do ko­tła, gdzie jesz­cze raz jest go­to­wana i wy­le­wana na pra­nie. Ailea po­ję­kuje z wy­siłku, lecz Ge­lis jest nie­wzru­szona. Po­mimo swo­jej chu­do­ści ma dużo siły i jest wy­trzy­mała, wy­trwale pra­cuje, nie ro­biąc so­bie przerw, nie­ustan­nie opo­wia­da­jąc przy tym o róż­nych miesz­kań­cach wio­ski. Ailea do­wia­duje się, które ro­dziny są naj­bar­dziej wpły­wowe, które go­spo­dar­stwo ma naj­wię­cej ziemi i czyja żona szy­deł­kuje naj­pięk­niej­sze ko­ronki.

Omó­wiw­szy każdą osobę godną uwagi, Ge­lis zmie­nia te­mat. Robi Ailei szcze­gó­łowy wy­kład na te­mat tego, jak na­leży płu­kać pra­nie. Do­daje też, że to bło­go­sła­wień­stwo mieć bli­sko do wody, bo pra­co­wała w go­spo­dar­stwach, w któ­rych trzeba było ki­lo­me­trami tasz­czyć pra­nie do stru­mie­nia, by je wy­płu­kać. Gdyby tylko wie­działy, jak po­tem do­ku­czały jej plecy i jak inne słu­żące nie przy­kła­dają się do pracy. I traj­ko­cze tak bez ustanku, aż w końcu sfru­stro­wana Ailea ma ochotę krzy­czeć.

Blady zmierzch staje się po­ma­rań­czowy, gdy wresz­cie koń­czą i wra­cają do domu. Aileę boli kark, a w gło­wie pul­suje jej od traj­ko­ta­nia służki, która za­raz pój­dzie do sie­bie. Mo­głaby już nie wra­cać.

Jed­nak ulga nie trwa zbyt długo. Ge­lis ży­czy im do­brej nocy i ku roz­pa­czy Ailei in­for­muje, że wróci wcze­śnie rano, by po­móc matce w ma­glo­wa­niu i ce­ro­wa­niu.

Wcho­dząc do domu, Ailea czuje obez­wład­nia­jące zmę­cze­nie. Du­żymi ły­kami pije ka­pu­śniak pro­sto z mi­seczki. Samo pod­nie­sie­nie łyżki do ust wy­daje jej się czymś nie­wy­ko­nal­nym. Nie pa­mięta, jak prze­brała się do spa­nia, ani kto ją po­ło­żył w łóżku ro­dzi­ców. Za­sy­pia za­raz po przy­ło­że­niu głowy do po­duszki. Bu­dzi się tylko na mo­ment, gdy matka i oj­ciec wśli­zgują się do łóżka. Za­ci­ska po­wieki, wci­ska twarz w po­duszkę i znowu za­sy­pia.

- Claude? - Głos matki prze­rywa ci­szę jak jed­no­dniowy lód. - Zdaje się, że je­stem przy na­dziei.

Ro­de­ric

LASY BO­LO­NII, SIER­PIEŃ 1649

- I już by­łoby po to­bie. - Muc­cio do­tyka ostrzem mie­cza punku, w któ­rym szyja styka się z ra­mie­niem. - Na­wet je­śli nie zgi­nął­byś od ciosu, praw­do­po­dob­nie wy­krwa­wił­byś się w ciągu go­dziny.

Ro­de­ric, zbyt zmę­czony, by mó­wić, kiwa głową w od­po­wie­dzi. Wy­koń­czyła go wę­drówka po wzgó­rzach bo­loń­skich, z któ­rych roz­cią­gają się wspa­niałe wi­doki. Kro­pelka potu pły­nie mu po brwi, po czym sta­cza się do ką­cika oka. Sól wy­wo­łuje pie­cze­nie i Ro­de­ric musi kilka razy za­mru­gać, by znowu wy­raź­nie wi­dzieć. Psia­kość, na­wet jego wła­sny pot działa prze­ciwko niemu.

Nie ma mię­śnia w jego ciele, który by go nie bo­lał. Opu­ścili szkołę o świ­cie, gdy rosa wciąż po­kry­wała zie­mię ni­czym cza­ro­dziej­ski na­lot. Roz­bili obóz wy­soko, nad stru­mie­niem, tam gdzie las cią­gnął się ki­lo­me­trami, a po­ni­żej fa­lo­wały zie­lone wzgó­rza. Ro­de­ric ką­tem oka do­strzega Ste­fana, który śpi oparty o gruby pień dębu. Kurta i pas mie­czowy leżą rzu­cone obok niego. Ka­pe­lusz ma tak głę­boko na­cią­gnięty, że wi­dać mu tylko brodę, a ra­miona skrzy­żo­wane na piersi, jakby się bał, że zo­sta­nie po­strze­lony. Ro­de­ric nie po­trafi tego zro­zu­mieć, ale wy­gląda na to, że Ste­fano umie za­snąć w każ­dym miej­scu.

Prze­suwa wzrok z po­wro­tem na men­tora, który go ob­ser­wuje zza pół­przy­mknię­tych po­wiek z obo­jętną miną.

- Do­świad­czysz mo­men­tów - mówi - gdy po­my­ślisz, że już nie je­steś w sta­nie znieść bólu, a jed­no­cze­śnie ży­cie two­ich lu­dzi bę­dzie za­le­żało od tego, czy to zro­bisz. - Muc­cio cofa się, nie spusz­cza­jąc go z oczu. - Wsta­waj.

Ro­de­ric wstaje, pod­pie­ra­jąc się ręką. Ten nie­winny ruch wy­wo­łuje falę bólu w mię­śniach, ale cho­ciaż ciało do­maga się je­dze­nia i od­po­czynku, on czuje, że żyje, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Tu i te­raz, spo­cony i brudny, jest w swoim ży­wiole. To duży kon­trast w sto­sunku do tych wszyst­kich mo­men­tów, gdy matka ka­zała mu się ład­nie ubrać, po­nie­waż szli na ko­la­cję z ludźmi, któ­rymi gar­dził. Nie­na­wi­dzi z ca­łego serca, gdy matka za­uważa naj­mniej­szą plamkę, a on musi grać ko­goś, kim nie jest. Za­wsze czuje się wtedy... prze­brany.

Na­wet te­raz czuje, jak te ubra­nia go opi­nają, jak droga tka­nina wy­wo­łuje swę­dze­nie na ca­łym ciele, jak gdyby na­wet jego skóra pro­te­sto­wała. To uczu­cie, gdy le­dwo może od­dy­chać. Jakby strój go du­sił, miał nad nim wła­dzę.

- I? - Głos men­tora wy­rywa go z za­my­śle­nia. Wraca do lasu. Do po­lany, bólu, te­raź­niej­szo­ści.

- Słu­cham?

- Za­uwa­ży­łeś, co po­szło nie tak?

Ro­de­ric do­sko­nale wie, kiedy to się stało, cho­ciaż nie ro­zu­mie, jak do tego do­szło.

- To było wtedy, gdy na­sze mie­cze się skrzy­żo­wały i za­czą­łem na cie­bie na­cie­rać.

- Otóż to. - Muc­cio wbija miecz w zie­mię. W prze­ci­wień­stwie do Ro­de­rica od­dy­cha spo­koj­nie, jakby pra­wie się nie zmę­czył. - Kiedy do­ci­skasz do mnie swój miecz, nie mo­żesz siec. Gdy się cofnę, po­le­cisz do przodu i nie uda ci się ode­przeć ataku, kiedy wy­ko­nam ob­rót. Po­da­jesz mi swoją głowę na tacy.

Głos Muc­cio bez­li­to­śnie nie­sie się echem wśród wzgórz. Men­tor prze­cze­suje ręką loki i uśmie­cha się sze­roko. - Mu­szę po­wie­dzieć, że od­sła­niasz się chęt­niej niż dziwki w bur­delu.

Po­liczki płoną mu ze wstydu. Tak, psia­kość! Zro­zu­miał. Ro­de­ric pio­ru­nuje go wzro­kiem, lecz na men­to­rze to nie robi żad­nego wra­że­nia. Chwyta drew­nianą rę­ko­jeść.

- To tech­nika ciężka fi­zycz­nie. Mu­sisz użyć ca­łej swo­jej siły, by na­stępny cios był mocny. - Muc­cio wy­ciąga miecz i wska­zuje na Ro­de­rica ostrzem brud­nym od ziemi. - Za parę lat to nie bę­dzie dla cie­bie pro­blem.

- Co masz na my­śli?

- Ni­gdy nie lek­ce­waż swo­jej fi­zycz­no­ści - twoje ciało też jest bro­nią. Za­pasy to tech­nika, któ­rej wiele osób nie do­ce­nia pod­czas walki.

We­dług wuja tylko dzi­kusy wal­czą w ten spo­sób. Ro­de­ric wpa­truje się w Muc­cia.

- Ale... czy za­pasy nie za­wie­rają ele­men­tów uzna­nych za nie­ho­no­rowe pod­czas walki?

- Ow­szem... wy­krę­ca­nie sta­wów, bi­cie, ko­pa­nie, atak ko­la­nami we wraż­liwe miej­sca na ciele i próba wy­dra­pa­nia oczu to kilka do­brych przy­kła­dów. Mo­żesz mieć parę se­kund na od­zy­ska­nie utra­co­nej broni lub uniesz­ko­dli­wie­nie prze­ciw­nika.

- Ale to nie­uczciwe. - To jak walka z kimś o wiele młod­szym lub słab­szym, my­śli Ro­de­ric.

- Na polu walki szybko zmie­nisz zda­nie. - Men­tor mówi to ta­kim to­nem, jakby roz­ma­wiali o po­go­dzie. - Po­su­niesz się do znacz­nie gor­szych rze­czy, byle tylko prze­żyć. Wierz mi. Ale dość już tego ga­da­nia.

Muc­cio pod­wija rę­kawy ko­szuli, od­sła­nia­jąc umię­śnione przed­ra­miona.

- Zróbmy jesz­cze raz to samo ćwi­cze­nie. Ale tym ra­zem po­każę ci, jak wy­ko­rzy­stać swoją fi­zycz­ność, by za­sko­czyć prze­ciw­nika. - Muc­cio nieco od­dala się od niego.

Ro­de­ric wy­ko­nuje taki sam wy­pad jak przed chwilą, na co Muc­cio zgod­nie z ocze­ki­wa­niami od­po­wiada pa­ro­wa­niem. Za­miast na­pie­rać na men­tora, Ro­de­ric robi krok do tyłu. Po­szło zbyt ła­two. Cho­ciaż ma gdzieś z tyłu głowy, że to pu­łapka, ciało in­stynk­tow­nie chce wy­ko­rzy­stać prze­wagę. W tym sa­mym mo­men­cie, gdy blo­kuje men­tora, Muc­cio robi krok do przodu i do­ty­kają się cia­łami. Men­tor za­ci­ska wolną pięść i ude­rza go w twarz, a Ro­de­ric upada na zie­mię jak ścięte drzewo. Muc­cio prze­cho­dzi nad nim i non­sza­lanc­kim ru­chem do­tyka jego torsu czub­kiem mie­cza.

- Kiedy prze­ciw­nik leży na ziemi, za­bi­jamy go. - Men­tor uśmie­cha się sze­roko. - Wcze­śniej można go też kilka razy kop­nąć w głowę, je­śli to ko­nieczne. To za­wsze uspo­kaja.

Ro­de­ric pio­ru­nuje go wzro­kiem. To cud, że men­tor jesz­cze nie zła­mał mu nosa.

Poza tym Ro­de­ric jest zmę­czony i głodny, a od cel­nego ciosu w twarz czuje jesz­cze bo­le­sne pul­so­wa­nie w gło­wie. Muc­cio mierzwi mu włosy w ten upo­ka­rza­jący spo­sób, któ­rego tak nie­na­wi­dzi.

- Roz­ch­murz się, chłop­cze. Chodź, roz­pa­limy ogni­sko. Mu­simy coś zjeść. Je­stem głodny jak wilk, a ty też wy­glą­dasz tak, jak­byś po­trze­bo­wał się czymś wzmoc­nić.

Słowo "zjeść" na­tych­miast wy­bu­dza Ste­fana z drzemki. Prze­ciąga się, zie­wa­jąc.

- Bę­dziemy jeść?

Muc­cio pry­cha.

- Je­steś nie­sa­mo­wity, mógł­byś prze­spać całą wojnę, ale gdy tylko ktoś wspo­mni o je­dze­niu, bu­dzisz się w se­kundę.

Ste­fano ziewa jesz­cze sze­rzej.

- To kwe­stia prio­ry­te­tów. Mą­dry czło­wiek wie, że na­leży oszczę­dzać siły.

Muc­cio kręci głową i zwraca się do Ro­de­rica:

- Wiesz, jak roz­pa­lić ogień?

Ro­de­ric nie ma po­ję­cia. W domu za­wsze zaj­muje się tym służba. Na jego twa­rzy po­ja­wia się ru­mie­niec, który do­ciera aż do uszu.

- Wiem, jak go pod­trzy­mać, lecz ni­gdy nie uczy­łem się go roz­pa­lać.

Muc­cio kiwa głową.

- Bę­dziesz po­trze­bo­wał ła­two­pal­nego ma­te­riału. Słu­chaj mnie uważ­nie, bo nie lu­bię się po­wta­rzać.

- Za­mie­niam się w słuch.

- Za­nim w ogóle za­czniesz, mu­sisz na­zbie­rać chru­stu. Wierz mi, nie bę­dzie ci się chciało jesz­cze raz roz­pa­lać zga­szo­nego ogni­ska. - Men­tor wska­zuje na pięć ku­pek uło­żo­nych na ziemi, jedna obok dru­giej. Pierw­sza składa się z wió­rów i kory brzozy, a każda na­stępna jest co­raz więk­sza i ma co­raz więk­sze ga­łę­zie. - Kora brzozy jest na po­czą­tek ide­alna. Wióry, su­che ga­łązki i bar­dzo wy­su­szona strawa też się na­dają. Ważne, by były su­che, ina­czej nie zajmą się ogniem.

- A je­śli pada deszcz?

- Drewno bez li­ści czy igieł za­zwy­czaj jest su­che. Spójrz na ga­łę­zie le­żące na ziemi. Je­śli trza­skają, gdy je prze­ła­mu­jesz, mo­żesz mieć pew­ność, że są wy­su­szone. - Muc­cio pod­nosi ga­łąź, która wciąż ma zie­lone li­ście. - Świeże drewno, jak to, źle się pali i wy­dziela dużo gry­zą­cego dymu. Mo­żesz go za to użyć jako rożna nad ogniem.

Muc­cio kła­dzie kilka ka­wał­ków kory brzo­zo­wej i garść wió­rów we­wnątrz ka­mien­nego kręgu. Pro­stuje się, pod­cho­dzi do to­bołka i coś z niego wy­ciąga.

- Wiesz, co to jest?

Ro­de­ric zerka na przed­miot.

- Nie je­stem idiotą - od­po­wiada z wy­raźną iry­ta­cją. Jego duma ucier­piała już wcze­śniej. - To krze­siwo.

Muc­cio igno­ruje gorzki ton chło­paka i wrę­cza mu krze­siwo.

- Świet­nie, w ta­kim ra­zie za­kła­dam, że wiesz, jak go użyć. - Kiedy Ro­de­ric nie od­po­wiada, Muc­cio do­daje: - Nie? W ta­kim ra­zie może po­wi­nie­neś scho­wać swoją dumę do kie­szeni i po­słu­chać, co mam ci do po­wie­dze­nia?

Men­tor po­syła mu su­rowe spoj­rze­nie, sięga do skó­rza­nej sa­kwy le­żą­cej u jego stóp, otwiera ją i wyj­muje ka­mień wy­glą­da­jący jak krze­mień. Bie­rze małą garść hubki i kła­dzie ją na ka­mie­niu. Szyb­kimi ru­chem ude­rza krze­si­wem o ka­mień, aż po­ja­wiają się iskry.

- Spró­buj. - Muc­cio po­daje mu krze­mień i krze­siwo. Ro­de­ric pró­buje, lecz da­leko mu do ele­gan­cji men­tora.

- Rób to lekko - in­stru­uje go Muc­cio. - Pra­cuj nad­garst­kiem.

Po kilku pró­bach wy­ma­ga­ją­cych cier­pli­wo­ści Ro­de­ri­cowi w końcu udaje się wy­krze­sać iskry i hubka zaj­muje się ogniem. Chło­pak nie po­trafi się po­wstrzy­mać przed rzu­ce­niem ukrad­ko­wego spoj­rze­nia men­to­rowi, który kiwa głową z apro­batą.

- Mi­giem, przy­łóż to do kory, za­nim zga­śnie.

Ro­de­ric ostroż­nie prze­nosi pło­nącą hubkę na sto­sik uło­żony we­wnątrz ka­mien­nego kręgu. Żar na po­czątku jest słaby i Muc­cio musi kilka razy w niego dmuch­nąć, aby ogień nie zgasł. Kiedy ogni­sko w końcu się roz­pala, men­tor do­kłada co­raz grub­sze ga­łę­zie.

- Trzeba być cier­pli­wym. - Muc­cio wy­mow­nie unosi brwi. - Wiesz, co to ta­kiego cier­pli­wość? To ce­cha, którą Bóg hoj­nie cię ob­da­rzył. - Do­kłada do ognia kilka ga­łą­zek gru­bo­ści palca. - No tak, cier­pli­wość. Do­rzu­caj po kilka na­raz, ina­czej ogień zga­śnie.

Ste­fano staje obok nich, ma­su­jąc swój ma­sywny kark.

- Długo jesz­cze? Za­raz umrę z głodu.

Chwilę póź­niej wszy­scy trzej zaj­mują miej­sca przed trza­ska­ją­cym ogniem. Muc­cio sie­dzi w mil­cze­niu na­prze­ciwko Ro­de­rica, trzyma na ko­la­nach za­jąca bez głowy, któ­rego ob­dziera ze skóry i pa­tro­szy. Ste­fano od­kraja ka­wa­łek sera i po­daje go Ro­de­ri­cowi z dwiema krom­kami chleba. Kil­ku­dniowe, czer­stwe pie­czywo z tru­dem prze­do­staje się do żo­łądka, ale na­peł­nia go i to jest naj­waż­niej­sze.

- Ładna kurta. - Ste­fano wska­zuje na niego no­żem. - To skóra z je­le­nia?

Ro­de­ric od­wraca wzrok. Palą go po­liczki, i to wcale nie od ognia.

- Z ło­sia.

Ste­fano robi wiel­kie oczy.

- To te gi­gan­tyczne je­le­nie ży­jące na pół­nocy? - Duże okru­chy chleba spa­dają mu na ko­lana, gdy prze­cze­suje brodę pal­cami. - Po­dobno mają sie­dem stóp w kłę­bie. I gi­gan­tyczne po­roże, więk­sze niż sa­mego dia­bła. Dał­bym so­bie rękę uciąć, żeby choć raz w ży­ciu zo­ba­czyć ta­kie po­tężne zwie­rzę.

Ro­de­ric nie od­po­wiada, wpa­truje się w tań­czące pło­mie­nie. Ste­fano wy­ciąga rękę i z sza­cun­kiem do­tyka gar­bo­wa­nej skóry.

- Jak, u li­cha, zdo­by­łeś taką skórę? Mu­siała kosz­to­wać ma­ją­tek.

Co ma od­po­wie­dzieć? Że to pre­zent od czło­wieka, który go spło­dził? Słowo "oj­ciec" wy­daje się nie­wła­ściwe, na­wet w my­ślach. Cho­ciaż okry­cie jest piękne, a skóra miękka jak je­dwab, za­czyna go nie­mi­ło­sier­nie uwie­rać.

- To pre­zent - wy­znaje w końcu.

- Nie byle jaki pre­zent.

Ro­de­ric rzuca w ogień pa­tyk, nie ko­men­tu­jąc tego, a po chwili milk­nie rów­nież Ste­fano.

Za­czyna zmierz­chać, gdy Muc­cio prosi Ro­de­rica, by po­szedł z nim nad rzekę po wodę. Ga­szą ogień pia­chem i zie­mią, a na ko­niec za­le­wają po­piół wodą.

- Upew­nij się, że ogień zgasł. Nie może zo­stać ani jedna iskra. - Men­tor rzuca szyb­kie spoj­rze­nie w jego stronę, od­wraca się i od­cho­dzi. Ro­de­ric do­sy­puje ziemi, przy­dep­tuje ją nogą i ru­sza za nim. Muc­cio za­kłada sio­dło na grzbiet kla­czy, nie pa­trząc na niego. - Zga­szone? - pyta.

- Spraw­dzi­łem kilka razy. Żar już się nie roz­pali.

- Świet­nie.

Nieco da­lej Ste­fano rów­nież pa­kuje swoje rze­czy.

- Pora wra­cać?

Men­tor bez słowa przy­mo­co­wuje ba­gaż po obu stro­nach sio­dła. Coś w spo­so­bie, w jaki to robi, spra­wia, że Ro­de­rica prze­szywa dreszcz. Na kilka nie­po­ko­ją­cych od­de­chów robi się ci­cho, po czym pada od­po­wiedź:

- Ste­fano i ja wra­camy. Przy­je­dziemy po cie­bie ju­tro rano.

To dla­tego men­tor po­ka­zał mu, jak roz­pa­lić ogień. Dla­czego tak bar­dzo za­le­żało mu na tym, aby nie zo­sta­wić ani odro­biny żaru? Nie chciał dać mu fo­rów?

- Mam spać tu­taj, w le­sie, zu­peł­nie sam?

- Tak. - Men­tor na­pina linę wo­kół ba­gażu. - Chyba że się bo­isz. Wtedy, rzecz ja­sna, mo­żesz wró­cić z nami.

- Nie boję się.

- Do­sko­nale. Je­śli uważ­nie słu­cha­łeś, po­wi­nie­neś wie­dzieć, jak roz­pa­lić ogień. Tam masz je­dze­nie. - Muc­cio wska­zuje pal­cem za­jąca, któ­rego wcze­śniej opra­wił. - By­łem na­wet na tyle uprzejmy, że go wy­pa­tro­szy­łem.

Ro­de­ric otwiera usta, lecz słowa grzę­zną mu w gar­dle.

- A... a co, je­śli nie uda mi się roz­pa­lić ognia? - wy­du­sza w końcu.

- Wtedy pój­dziesz spać głodny i zmar­z­nięty. - Muc­cio wkłada stopę w strze­mię, wska­kuje na sio­dło, chwyta lejce i rzuca mu ostat­nie spoj­rze­nie. - Ale do­brze ci ra­dzę, le­piej roz­pal ogień, je­śli nie chcesz to­wa­rzy­stwa wilka, gdy już za­śniesz.

* * *

Las to­nie w ciem­no­ściach, gdy w końcu, po nie­zli­czo­nych pró­bach, Ro­de­ri­cowi udaje się roz­pa­lić ogni­sko, które te­raz pło­nie w ob­rę­bie ka­mien­nego kręgu. Bolą go mię­śnie, gdy po­chyla się i pod­nosi za­jąca, któ­rego zo­sta­wił mu Muc­cio. Trzę­są­cymi się z głodu pal­cami na­bija mięso na zie­lone ga­łązki i kła­dzie je na rusz­cie, który zbu­do­wał nad ogniem. Wcze­śniej prze­kli­nał swo­jego men­tora na czym świat stoi, ale gdy tłuszcz ka­piący z mięsa skwier­czy w pło­mie­niach, od­czuwa sa­tys­fak­cję. Go­dziny po­szu­ki­wań od­po­wied­nich ga­łą­zek spra­wiły, że umiera z głodu. Zdej­muje mięso z rusztu i ni­czym wy­głod­niały dra­pież­nik ru­sza do ataku. Je mięso pro­sto z opa­lo­nej ga­łęzi, nie przej­mu­jąc się tym, że tłuszcz pa­rzy mu pod­nie­bie­nie i ję­zyk.

Po­tem znowu idzie po chrust, a po po­wro­cie kła­dzie się roz­grzany i na­je­dzony na kocu przy ogni­sku. Cho­ciaż pada z nóg, każdy nie­spo­dzie­wany dźwięk spra­wia, że kła­dzie rękę na nożu, wpa­tru­jąc się w ciem­ność.

Okła­mał Muc­cia. Boi się. Nie chce spać w le­sie zu­peł­nie sam. Ale jest coś, co prze­raża go bar­dziej, a mia­no­wi­cie roz­cza­ro­wa­nie w oczach men­tora. To, że mógłby go za­wieść, wra­ca­jąc jak zbity pies. Nie­do­cze­ka­nie. Ni­gdy do tego nie doj­dzie. Wo­lałby umrzeć. Za­mie­rza po­ko­nać strach.

Coś go uwiera w plecy. Pod­nosi koc, od­gar­nia ka­mie­nie, by wy­rów­nać pod­łoże, i za­uważa ja­kiś przed­miot. Bie­rze go do ręki. To ro­dzaj amu­letu, na­szyj­nika z ka­mie­nia, ale bez łań­cuszka. Sięga po bu­kłak, opłu­kuje go wodą i czy­ści kciu­kiem. Przy­bliża się do ognia.

Na­szyj­nik ma ko­lor ostrza noża, choć jego barwa zma­to­wiała od dłu­giego le­że­nia w ziemi. Po­wierzch­nię ka­mie­nia po­kry­wają białe ryty. Ro­de­ric prze­jeż­dża pal­cem po wy­żło­bie­niu przed­sta­wia­ją­cym ptaka. Może to ofiara. Wciąż są jesz­cze lu­dzie skła­da­jący ofiary daw­nym bo­gom. Coś przy­ciąga jego uwagę, jakby ktoś do­tknął jego karku opusz­kami pal­ców, ma wra­że­nie, że po­wi­nien so­bie coś przy­po­mnieć.

Kła­dzie się, mocno ści­ska­jąc amu­let w dłoni. Jego ciało pra­wie na­tych­miast się roz­luź­nia. Straszne dźwięki stają się co­raz bar­dziej od­le­głe, aż w końcu sły­szy tylko cy­ka­nie świersz­czy i trzask ognia. Po­wieki ciążą mu co­raz bar­dziej, jego pod­świa­do­mość szy­kuje się na to, co ma na­dejść. Sen czeka na niego na gra­nicy świa­tła i ciem­no­ści. Na­gle po­ja­wia się ja­kiś ob­raz, ja­sne włosy. Ro­de­ric od­pusz­cza i za­pada w sen.

Muc­cio

LASY BO­LO­NII, SIER­PIEŃ 1649

Muc­cio ob­ser­wuje chło­paka błogo śpią­cego przy ogniu. Pło­mie­nie roz­świe­tlają skórę Ro­de­rica i na­dają jego wło­som brą­zo­wa­wego bla­sku. Za­gląda do niego już trzeci raz. Na po­czątku chło­pak ner­wowo roz­glą­dał się po le­sie, za każ­dym ra­zem, gdy ja­kiś dźwięk prze­ry­wał ci­szę, ale cho­ciaż mu­siał być prze­ra­żony, cały czas dziel­nie wal­czył ze stra­chem.

Są­dząc po spo­wol­nio­nym, świsz­czą­cym od­de­chu, zmę­cze­nie w końcu zwy­cię­żyło, co wcale men­tora nie dziwi. Muc­cio jest za­sko­czony tym, że Ro­de­ric tak długo trzy­mał się na no­gach po tak in­ten­syw­nym tre­ningu, i ła­pie się na tym, że się uśmie­cha. Jest w tym chło­paku coś, co go wzru­sza. Za każ­dym ra­zem, gdy Ro­de­ri­cowi udaje się wy­ko­nać ja­kieś trudne ćwi­cze­nie albo po­ko­nać men­talną prze­szkodę, robi mu się cie­pło na sercu.

Zna to uczu­cie. Tak wła­śnie się czuł, gdy jego młod­szy brat Raf­fa­ele pierw­szy raz sa­mo­dziel­nie wsiadł na du­żego wa­ła­cha i nad nim za­pa­no­wał. Do­kład­nie tak, jak go tego na­uczył. Jakby uro­dził się w sio­dle. To uczu­cie dumy. Muc­cio po­ciera dło­nią pod­bró­dek, ale nie re­aguje na dźwięk ła­ma­nych ga­łęzi. Ste­fana le­dwo wi­dać w ciem­no­ściach.

- Za­snął?

- Śpi jak za­bity.

Ste­fano stoi w mil­cze­niu przez dłuż­szą chwilę, wpa­tru­jąc się w chło­paka.

- Trzeba się wy­ka­zać nie lada od­wagą, by spę­dzić noc w ob­cym le­sie, ma­jąc za to­wa­rzy­sza je­dy­nie swój cień. - Ste­fano od­wraca się do Muc­cia, ale cho­ciaż nie do­strzega ry­sów jego twa­rzy, czuje in­ten­sywne spoj­rze­nie przy­ja­ciela. - Chło­pak jest od­ważny, nikt mu tego nie od­bie­rze.

Kiedy Muc­cio nie od­po­wiada, Ste­fano od­wraca się na pię­cie.

- Roz­pa­li­łem ogień tro­chę da­lej, w do­li­nie - in­for­muje. - Zjemy coś? Idziesz?

- Za­raz przyjdę.

Kroki Ste­fana cichną wśród nie­zmor­do­wa­nego śpiewu cy­kad. Muc­cio bez­sze­lest­nie pod­cho­dzi do za­gaj­nika. Ro­de­ric śpi z ko­cem na brzu­chu i prawą ręką pod głową za­miast po­duszki. Lekko chra­pie, z de­li­kat­nym uśmie­chem na ustach. Muc­cio spo­gląda na do­ga­sa­jące pło­mie­nie.

Tu­taj, w gó­rach, noce by­wają zimne. Za kilka go­dzin ogni­sko zga­śnie, a chło­pak obu­dzi się zzięb­nięty.

Nic w tym dziw­nego. On sam spę­dził wiele nocy w desz­czu i zim­nie, bez ognia. Aby być jak stal, trzeba się za­har­to­wać.

Uspo­ko­jony, od­wraca się, by odejść, lecz po kilku kro­kach zmie­nia zda­nie i wraca do ogni­ska. Prze­klęty szcze­niak! Bie­rze kilka naj­grub­szych ga­łęzi i do­rzuca je do ognia. Te­raz bę­dzie się jesz­cze pa­lić przez ja­kiś czas. Ci­cho od­cho­dzi, sta­jąc się jed­nym z wielu cieni.

Claude

SZKO­CJA, SIER­PIEŃ 1649

- Oj­cze, da­leko jesz­cze?

Ailea od­ska­kuje na bok, omi­ja­jąc dużą ka­łużę. Kilka ja­snych ko­smy­ków już wy­do­stało się z war­ko­cza, który Ca­itlín za­plo­tła jej tego ranka. Claude uśmie­cha się pod no­sem. W tym krót­kim cza­sie, który upły­nął od po­ran­nego po­siłku, córka zdą­żyła go roz­ba­wić pio­sen­kami, po­móc owa­dom przejść przez drogę oraz za­dać mu ze sto py­tań na wszyst­kie moż­liwe i nie­moż­liwe te­maty. Plamy błota po­kry­wają błę­kitną, ładną su­kienkę, tę, którą zwy­kle nosi tylko w nie­dzielę. Ale dziś ubła­gała go, by po­zwo­lił jej ją za­ło­żyć do są­sia­dów. W końcu się zgo­dził.

- Za­raz bę­dziemy - od­po­wiada. - Tak nudno ci w domu ze mną i z matką?

Na po­licz­kach córki po­ja­wia się de­li­katny ru­mie­niec, jakby zde­ma­sko­wał ja­kąś jej ta­jem­nicę. Ailea zwal­nia kroku.

- Wcale nie je­ste­ście nudni. Za­wsze do­brze się z wami ba­wię, oj­cze.

Ailea ma tak za­wsty­dzoną minę, że Claude le­dwo po­wstrzy­muje śmiech.

- Ja też są­dzę, że do­brze się ra­zem ba­wimy, ale nie mu­sisz się wsty­dzić, że cie­szysz się na spo­tka­nie z dziećmi w swoim wieku. - Gła­dzi córkę po gło­wie. - Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, w ro­dzi­nie Cul­la­nów są dwie dziew­czynki w twoim wieku.

- Tak, Ge­lis tak po­wie­działa. - Od­po­wiedź jest krótka, a miny córki, gdy wy­po­wiada imię służki, nie da się nie za­uwa­żyć.

- Chyba cie­szysz się na za­bawę z dziew­czyn­kami?

- A je­śli mnie nie po­lu­bią?

- To nie­moż­liwe.

Aliea nie od­po­wiada, lecz Claude za­uważa jej uśmiech. Po­ranna ulewa za­mie­niła drogę w pole bi­twy pełne dziur wy­peł­nio­nych wodą. Buty, które Claude wy­czy­ścił i wy­po­le­ro­wał gę­sim smal­cem, są aż po kostki ob­le­pione bło­tem.

- Oj­cze, spójrz­cie! - Ailea po­ka­zuje pal­cem dzwonki ro­snące przy dro­dze, bie­gnąc tuż przed nim. La­mówka jej su­kienki ciem­nieje, gdy dziew­czyna kuca, by ze­rwać kwiatki.

Claude urywa źdźbło trawy i wkłada je do ust. Nie­któ­rzy uwa­żają pew­nie, że jest zbyt po­błaż­liwy. Może po­wi­nien być dla córki su­row­szy. Ale jest coś w jej bez­tro­sce, co za­wsze wy­wo­łuje u niego uśmiech. Na samą myśl o tym, że miałby ją stłam­sić, za­mie­nić tę siłę w ule­głość i znisz­czyć wszystko, czym jest Ailea, robi mu się nie­do­brze.

Córka pod­biega do niego z na­rę­czem świeżo ze­rwa­nych kwia­tów.

- Czyż nie są piękne? - Kwiaty w kształ­cie dzwon­ków ciężko zwi­sają na de­li­kat­nych ło­dyż­kach. - Po­my­śla­łam, że dam je pani Cul­lane. - Córka uśmie­cha się sze­roko, a na jej po­licz­kach po­ja­wiają się do­łeczki. - Mam na­dzieję, że je lubi.

- Na pewno. Piękny bu­kiet.

- W dro­dze po­wrot­nej zro­bię taki sam dla matki. - Nie idą w ci­szy dłu­żej niż kilka se­kund, gdy Ailea pyta: - Oj­cze, mo­gli­by­ście po­wie­dzieć coś po fran­cu­sku?

- A co ta­kiego?

- Jak się mówi... - Ailea przy­gryza dolną wargę - jak się mówi "bu­kiet kwia­tów"?

Claude spo­gląda na nią roz­ba­wiony: - Un bo­uquet de fleurs.

- A... bo­ket du flur? - po­wta­rza Ailea, ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

- Pra­wie do­brze. Un ... bo­uquet ... de fleurs.

- An... buke... di fler.

- No pro­szę, jak praw­dziwa dama dworu.

W śmie­chu Ailei sły­chać ra­dość. Cią­gnie go za rę­kaw ko­szuli.

- Oj­cze, po­wiedz­cie coś jesz­cze.

Claude na­tu­ral­nie nie po­trafi się oprzeć pro­szą­cemu spoj­rze­niu córki.

- A co chcia­ła­byś, że­bym po­wie­dział?

Do­łeczki w po­licz­kach córki stają się jesz­cze wy­raź­niej­sze.

- Jak jest... ptak, nie... słońce! Jak się mówi "słońce" po fran­cu­sku?

- So­leil.

- Soo lej.

- Le so­leil ray­onne dans le ciel.

- Co po­wie­dzie­li­ście, oj­cze?

Claude stoi z rę­kami wy­cią­gnię­tymi ku niebu.

- Słońce świeci na nie­bie.

Ailea spo­gląda w górę, na szare, mgli­ste niebo.

- Nie­prawda - stwier­dza z dzie­cięcą pro­stotą.

Claude dra­pie się po gło­wie z uśmie­chem.

- Masz słusz­ność, ma fille bien-aimée.

- Cią­gle mnie tak na­zy­wa­cie. Co to zna­czy?

Claude zdej­muje ka­pe­lusz i za­kłada go jej na głowę.

- To zna­czy "moja ko­chana có­reczko".

- Lu­bię, gdy tak mnie na­zy­wa­cie, oj­cze. - Ailea milk­nie na chwilę. - Dla­czego w domu roz­ma­wiamy tylko po an­giel­sku?

Claude po­ciera dło­nią pod­bró­dek, za­sta­na­wia­jąc się, co od­po­wie­dzieć córce.

- Ni­gdy nie na­uczy­łem się ję­zyka two­jej matki. A Ca­itlín nie znała ani słowa po fran­cu­sku, gdy się po­zna­li­śmy. W go­spo­dzie, gdzie pra­co­wała, ro­iło się od an­glo­ję­zycz­nych kup­ców, więc to był ję­zyk, któ­rym oboje się po­ro­zu­mie­wa­li­śmy.

Claude nie ma serca mó­wić córce, że ję­zyk jej matki jest po­strze­gany jako nie­chrze­ści­jań­ski ję­zyk nie­wy­kształ­co­nej bie­doty. Za­ko­chał się w nim jed­nak, gdy tylko prze­kro­czył próg tam­tej go­spody, a głos jego przy­szłej żony zna­lazł drogę do jego serca.

- Tu­taj, w Szko­cji, an­giel­ski też jest po­wszechny - wy­ja­śnia. - Zwłasz­cza tu, na ni­zi­nach, cho­ciaż więk­szość lu­dzi w gó­rach na co dzień na­dal po­słu­guje się ję­zy­kiem ga­elic­kim.

- Gdzie na­uczy­li­ście się an­giel­skiego, oj­cze? We Fran­cji?

- Nie... - W gło­sie Claude'a sły­chać wa­ha­nie. - Pod­czas jed­nej z mo­ich wy­praw ku­piec­kich. Za­przy­jaź­ni­łem się z pew­nym An­gli­kiem. Uczył mnie an­giel­skiego, w za­mian za to, że ja uczy­łem go fran­cu­skiego. Taki han­del wy­mienny. Zna­jo­mość an­giel­skiego oka­zała się bar­dzo przy­datna, gdy pro­wa­dzi­łem in­te­resy.

To tylko część prawdy. Druga jej część, o tym, dla­czego mu­siał bie­gle po­słu­gi­wać się an­giel­skim, jest znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wana.

Ailea po­pra­wia ka­pe­lusz, który zje­chał jej na oczy.

- Opo­wiedz­cie mi o cza­sach, gdy miesz­ka­li­ście we Fran­cji.

- Nie nużą cię te hi­sto­rie?

Córka kręci głową.

- Co chcesz wie­dzieć?

- Opo­wiedz­cie coś o na­szej ro­dzi­nie, oj­cze. Tak mało o niej mó­wi­cie.

Claude od­wraca wzrok, strze­puje kurz z rę­kawa płasz­cza. Za każ­dym ra­zem, gdy musi mó­wić o ro­dzi­nie, ma wra­że­nie, jakby ktoś kładł mu na piersi ciężki pień.

- Na­sza ro­dzina po­cho­dzi z Re­ims - ce­dzi słowa po­woli. - Pod ko­niec pięt­na­stego wieku jej część osie­dliła się w Pa­ryżu nad rzeką Bi­?vre. Twój przo­dek, Je­han Go­be­lin, był far­bia­rzem i dość szybko do­ro­bił się for­tuny w prze­my­śle tek­styl­nym.

Córka spo­gląda na niego, uno­sząc brwi.

- Jak można się na czymś ta­kim wzbo­ga­cić?

- Je­han wy­na­lazł spe­cjalny barw­nik, bar­dzo drogi w pro­duk­cji, na który mo­gli so­bie po­zwo­lić tylko naj­bo­gatsi. Nada­wał tka­ni­nom żyw­szego ko­loru. Z bie­giem lat jego ro­dzeń­stwo za­jęło się han­dlem. Nie­któ­rzy ku­pili so­bie ty­tuły szla­chec­kie, inni za­częli pra­co­wać w róż­nych urzę­dach. Je­den z naj­zna­mie­nit­szych człon­ków ro­dziny był do­radcą króla Hen­ryka IV. - Wi­dząc zmarszczkę na czole córki, Claude do­daje: - Hen­ryk IV jesz­cze nie­dawno był kró­lem Fran­cji.

- A gdzie miesz­ka­li­ście, gdy by­li­ście mali, oj­cze? Czy bab­cia miała duży dom?

Te nie­winne py­ta­nia wy­wo­łują falę wspo­mnień. Claude ma przed oczami starą po­sia­dłość. Krzewy róż. Pęk­nię­cia na ró­żo­wej fa­sa­dzie domu. Plan­ta­cję z tyłu, wy­glą­da­jącą jak bez­kre­sne, fa­lu­jące mo­rze. Ale wraz ze szczę­śli­wymi wspo­mnie­niami po­ja­wiają się też te mroczne. Lou no­sząca kosz na bio­drze. Jej skóra lśniąca w słońcu jak he­ban. Lou, która nie­za­leż­nie od tego, co jej ka­zano zro­bić, ema­no­wała god­no­ścią, któ­rej nikt nie mógł jej po­zba­wić. Do­piero gdy był star­szy, zro­zu­miał, że oj­ciec wy­mie­nił nie­wol­ni­ków na al­ko­hol, szkło oraz broń. Kilku z nich wziął ze sobą do Fran­cji. Inni zo­stali wy­słani do Ame­ryki Pół­noc­nej i na Ka­ra­iby, gdzie sprze­dano ich na różne plan­ta­cje.

Jako dziecko nie mógł się do­cze­kać po­wrotu ojca do domu i z wy­pie­kami na twa­rzy ob­ser­wo­wał, jak roz­ła­do­wy­wano wozy z cu­krem, ty­to­niem, je­dwa­bi­ście gład­kimi fu­trami i ko­ścią sło­niową po­cho­dzącą z du­żych afry­kań­skich zwie­rząt. Ale po­tem po­znał czło­wieka, który otwo­rzył mu oczy. Czło­wieka, dzięki któ­remu spoj­rzał na świat zu­peł­nie ina­czej. To spo­tka­nie spra­wiło, że nie mógł po­zo­stać w ro­dzin­nym domu. Uciekł w han­del. Wi­zyty w domu sta­wały się co­raz rzad­sze, aż pew­nego dnia już nie wró­cił. Po­znał Ca­itlín.

- Oj­cze? - Głos Ailei wy­rywa go z za­my­śle­nia. - Znowu ma­cie tę zmarszczkę.

- Prze­pra­szam, ko­cha­nie. Za­my­śli­łem się.

- Nie szko­dzi. Mo­żemy o tym po­roz­ma­wiać in­nym ra­zem.

Ailea zdej­muje ka­pe­lusz, od­daje mu go i chwyta go za rękę. Chwilę póź­niej po­śród żół­tych pól wy­ła­nia się go­spo­dar­stwo są­sia­dów. Claude kiwa głową w tam­tym kie­runku.

- To dom Cul­la­nów.

Ailea pod­nosi wzrok, jej po­liczki płoną, gdy cią­gnie go za rękę.

- Chodźmy, oj­cze! Po­śpieszmy się!

- Bie­gnij przo­dem.

Córka się uśmie­cha. Ten uśmiech do­tyka jego du­szy. Ailea pusz­cza jego rękę, a jej ja­sne włosy zni­kają w od­dali.

Ailea

SZKO­CJA, SIER­PIEŃ 1649

- Pani? - Słu­żąca, która za­pro­wa­dziła ich do kuchni, gło­śno wzdy­cha, jakby wstrzy­mała od­dech. - Przy­szli pan Dur­rand i jego córka.

Ko­bieta po­chy­lona nad sto­łem ugi­na­ją­cym się od kwia­tów, ko­rzon­ków i świe­żych ziół pod­nosi wzrok. Ma sze­ro­kie bio­dra, ty­powe dla ko­biety, która uro­dziła kil­koro dzieci. Jej ciem­no­blond włosy są upięte w cia­sny kok, scho­wane pod pro­stym czep­kiem bez ko­ro­nek. Far­tuch po­kry­wają duże, zie­lo­no­żółte plamy.

- Dzię­kuję, Mar­tho - od­po­wiada ko­bieta, która musi być pa­nią Cul­lane. - Bądź tak do­bra i po­szu­kaj mo­ich urwi­sów. Na pewno są na wzgó­rzu.

- Oczy­wi­ście, pani, ale...

- Po­wiedz im, że za­raz bę­dzie pla­cek, a pójdą za tobą jak po­tulne ba­ranki.

Ailea staje tuż obok ojca, tak bli­sko, że czuje cie­pło jego ciała. W pani Cul­lane jest coś prze­ra­ża­ją­cego, coś, co bu­dzi re­spekt.

Oj­ciec kła­dzie rękę na ra­mie­niu Ailei. Córka ob­ser­wuje go ką­tem oka, sta­ra­jąc się oce­nić, czy też jest zde­ner­wo­wany. Ale twarz ojca jest taka jak zwy­kle, spo­kojna i za­my­ślona, z tą cha­rak­te­ry­styczną zmarszczką po­mię­dzy brwiami. Oj­ciec chyba ni­czego się nie boi. Ona sama ma spo­cone dło­nie. Krzy­żuje je na brzu­chu, w na­dziei, że nikt tego nie za­uważy.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć ten ba­ła­gan. - Pani Cul­lane kiwa głową w stronę ziół le­żą­cych na stole. - Mu­szę się nimi za­jąć, bo ina­czej się zmar­nują.

Sku­pia wzrok na ojcu, a po­tem prze­suwa go na Aileę. Na twa­rzy ko­biety po­ja­wia się lek­kie za­sko­cze­nie, jed­nak szybko znika. Pani Cul­lane wpa­truje się w nią, a jej oczy płoną jak roz­ża­rzony bursz­tyn. Ailea nie może od­wró­cić wzroku, cho­ciaż bar­dzo tego chce. Jej serce mocno bije pod su­kienką, w uszach czuje pul­so­wa­nie. Wszystko do­okoła znika. Ailea nie wie, ile czasu mi­nęło i jak długo tak stały, gdy chrząk­nię­cie ojca prze­rywa tę za­cza­ro­waną chwilę.

- Miło, że nas przy­ję­li­ście. Wi­dzę, że ma­cie ręce pełne ro­boty. To moja córka, Ailea.

Pani Cul­lane wy­ciera dło­nie w far­tuch. Po­now­nie spo­gląda na Aileę. Z oj­cow­ską ręką na ple­cach Ailea robi krok do przodu i wrę­cza ko­bie­cie bu­kiet ze­bra­nych przez sie­bie kwia­tów. Nie­które z nich już za­częły więd­nąć i zwi­sają w jej dłoni ni­czym zmę­czone ro­baki. Ailea przy­gryza wargę, a na jej po­licz­kach po­ja­wia się ru­mie­niec.

- Skąd wie­dzia­łaś, że dzwonki to moje ulu­bione kwiaty?

Pani Cul­lane bie­rze od niej bu­kiet. Su­rowe rysy jej twa­rzy miękną w uśmie­chu. Ailea rów­nież uśmie­cha się nie­śmiało. Ko­bieta nie wy­daje jej się już taka straszna. Pani Cul­lane z kwia­tami w dłoni otwiera drzwi pro­wa­dzące do mniej­szego po­miesz­cze­nia. Sły­chać ja­kiś brzdęk i ko­bieta ci­cho prze­klina, ale chwilę póź­niej wy­cho­dzi z nie­bie­skim wa­zo­nem. Na­peł­nia go wodą z dzbanka sto­ją­cego na stole i sta­ran­nie wkłada do niego bu­kiet.

- Zo­ba­czysz, za chwilę dojdą do sie­bie - mówi, mru­ga­jąc do Ailei, po czym wraca do stołu i swo­ich ziół.

- A więc masz na imię Ailea? Piękne imię. Jest w wa­szej ro­dzi­nie od dawna?

Ailea spo­gląda na ojca, który od­po­wiada:

- Ailean to po­pu­larne imię mę­skie w ro­dzi­nie mo­jej żony.

- To wa­sze je­dyne dziecko?

Oj­ciec de­li­kat­nie gła­dzi ją po gło­wie.

- Jak do tej pory Pan Bóg nie po­bło­go­sła­wił nas więk­szą gro­madką.

Pani Cul­lane po­woli kiwa głową, pod­no­sząc kilka ło­dyg za­koń­czo­nych po­dłuż­nymi, pur­pu­ro­wymi kwia­to­sta­nami. Cie­ka­wość zwy­cięża i Ailea pod­cho­dzi bli­żej.

- Czy to bu­kwica le­kar­ska?

- Zga­dza się.

- Matka robi na­par z jej kwia­tów.

- Znasz się na zio­łach?

- Nie­spe­cjal­nie, pani.

- Mów mi Magy - pro­po­nuje ko­bieta, po czym zwraca się do ojca. - Wy rów­nież, pa­nie Du­rand.

- Skoro taka wa­sza wola - od­po­wiada oj­ciec.

Zioła leżą roz­dzie­lone na kilka ku­pek. Nie­które Ailea roz­po­znaje i zna ich na­zwy. Ło­dygi krwaw­nika, pąki ru­mianku i ja­sno­żółte, drobne kwiatki przy­tu­lii. Ale na stole znaj­duje się też wiele ro­ślin, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa. Magy uśmie­cha się do niej.

- Chcesz mi po­móc?

Ailea po­ta­kuje.

- Znasz ser­decz­nik i krwaw­nik?

Ailea jesz­cze raz kiwa głową.

- Świet­nie. W ta­kim ra­zie mo­żesz je wią­zać w mniej­sze pęczki i wie­szać na tam­tych ha­czy­kach. - Megy wska­zuje na drzwi pro­wa­dzące do po­miesz­cze­nia, z któ­rego przy­nio­sła wa­zon.

- To samo zro­bić z la­wendą?

- La­wendę i ru­mia­nek roz­łóż na tka­ni­nie. Po za­su­sze­niu kwiaty i tak opadną.

Ailea ostroż­nie pod­nosi kilka ga­łą­zek ser­decz­nika i de­li­kat­nie robi z nich pę­czek. Silny, gorzki za­pach wy­peł­nia jej noz­drza, gdy do­tyka ząb­ko­wa­nych li­ści. Magy po­syła jej spoj­rze­nie do­da­jące otu­chy, po czym zwraca się do ojca:

- No, jak wam się tu­taj po­doba? Za­do­mo­wi­li­ście się już?

- Tak, dzię­kuje. Cho­ciaż wi­dać, że dom długo stał pu­sty.

- A czym się zaj­mu­je­cie, Pa­nie Dur­rand?

- Claude. Głów­nie han­dlem.

Magy sięga po kilka ga­łą­zek la­wendy, ob­rywa fio­le­towe kwiatki i kła­dzie je na ma­te­riale na­cią­gnię­tym na ramę.

- Masz ko­nek­sje w tej oko­licy, Claude?

- Przede wszyst­kim han­dluję we Fran­cji.

- Ro­zu­miem.

Ailea ob­ser­wuje ich ukrad­kiem, w po­wie­trzu wy­czuwa się ja­kieś na­pię­cie, jakby w każ­dym wy­po­wia­da­nym sło­wie kryło się coś wię­cej. Owija ostat­nie ło­dyżki ser­decz­nika i do­kłada pę­czek do po­zo­sta­łych. Magy przy­gląda się efek­towi.

- Do­bra ro­bota. Je­śli chcesz, mo­żesz je po­wie­sić w spi­żarni.

Ailea bie­rze ze sobą pęczki ziół i idzie do spi­żarni. W po­miesz­cze­niu nie ma okien. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła jest cienka szpara w su­fi­cie. Półki wzdłuż ścian ugi­nają się pod cię­ża­rem moź­dzie­rzy, ko­lo­ro­wych mi­sek oraz sło­ików róż­nej wiel­ko­ści. Zioła i kwiaty leżą roz­ło­żone na sto­ja­kach do su­sze­nia.

Wzrok Ailei za­trzy­muje się na sym­bo­lach wy­ry­tych w oścież­nicy. De­li­kat­nie prze­suwa opusz­kami pal­ców po rzeź­bie­niach w kształ­cie kwia­tów, na­cho­dzą­cych na sie­bie okrę­gów i prze­ci­na­ją­cych się li­niach. Nie zna tych sym­boli, lecz na drzwiach wej­ścio­wych ich domu w Ir­lan­dii były po­dobne znaki. Matka po­wie­działa jej, że chro­nią ich przed złymi mo­cami.

- Zro­bię, co będę mo­gła - mówi Magy ści­szo­nym gło­sem.

Wy­rywa z za­my­śle­nia Aileę, która wie­sza zioła na trzech pu­stych ha­czy­kach i wraca do kuchni.

- Mo­że­cie chwilę zo­stać? - Magy ściąga far­tuch. - Mia­łam na­dzieję, że sku­szę was ka­wał­kiem cia­sta kmin­ko­wego i wi­nem śliw­ko­wym.

- Mo­żemy, oj­cze?

Ailea pa­trzy na niego bła­gal­nym wzro­kiem, a de­li­katne zmarszczki mi­miczne wo­kół oczu ojca stają się wy­raź­niej­sze.

- Chyba nie od­mó­wimy tych pysz­no­ści.

- Chodź, skar­bie. - Magy przy­wo­łuje ją do sie­bie ru­chem ręki. - Pój­dziesz ze mną po cia­sto.

* * *

- Ada­mie, nie roz­py­chaj się!

Ailea ma wła­śnie usiąść na ławce, lecz roz­gnie­wany dziew­częcy głos spra­wia, że spo­gląda w kie­runku drzwi, przez które wbiega troje dzieci w jej wieku.

- Matko! - Naj­star­sza dziew­czynka gło­śno wzdy­cha. - Adam mnie nie słu­cha!

Chło­piec robi do niej bez­czelną minę, na co w obro­nie star­szej sio­stry staje ta młod­sza.

- Nie ciesz się tak. - Dziew­czynka krzy­żuje ra­miona na piersi. - Bo po­wiem matce, co dziś rano zro­bi­łeś przy dre­wutni.

Zu­chwały uśmiech chłopca na­tych­miast znika.

- Ha! Wie­dzia­łam. - Młod­sza z sióstr uśmie­cha się sze­roko. Jej wzrok prze­śli­zguje się po pół­mi­skach ze śliw­kami i cia­stecz­kami. - Och, cia­sto kmin­kowe! - Wy­ciąga rękę w kie­runku ta­le­rza, ale ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie Magy spra­wia, że bły­ska­wicz­nie ją cofa.

- Chodź­cie no tu­taj, urwisy, to was przed­sta­wię.

Magy wska­zuje dzieci pal­cem, jedno po dru­gim.

- To jest Besse, a to Le­sley i Adam.

Besse, star­sza z dziew­czy­nek, jest tro­chę wyż­sza od niej. Jej kasz­ta­nowe włosy są sple­cione w war­kocz opa­da­jący na pierś. Twarz i ra­miona po­kry­wają piegi. Oczy ma ta­kiego sa­mego ko­loru jak Magy, ale nie są tak prze­ni­kliwe. Pa­trzą na Aileę z za­cie­ka­wie­niem i otwar­to­ścią. Le­sley, młod­sza z dziew­czy­nek, ma iden­tyczne ciem­no­blond włosy jak Magy i Adam, są tacy do sie­bie po­dobni, że mo­gliby być bliź­nię­tami. Dziew­czynki sia­dają na ławce obok niej, jedna po pra­wej stro­nie, a druga po le­wej.

- Pro­szę, czę­stuj­cie się. - Magy wy­ko­nuje za­pra­sza­jący gest w stronę ta­le­rza z cia­stem. Rzuca su­rowe spoj­rze­nie La­sley, która na­tych­miast się wy­co­fuje. - Naj­pierw go­ście. - Magy na­lewa im cy­dru do kub­ków. - Gdzie wasz brat?

- Mo­rvan na­dal sie­dzi na drze­wie. Mówi... - Le­sley ma pełne usta, więc naj­pierw musi prze­łknąć cia­sto, by móc kon­ty­nu­ować - ... że nie jest za­in­te­re­so­wany po­zna­wa­niem żad­nych coin ?i­re­an­nach i że na­wet pyszne cia­sto nie jest tego warte.

- Le­sley!

Besse z prze­ra­że­niem wpa­truje się w swoją młod­szą sio­strę.

- Dla­czego się na mnie zło­ścisz? Prze­cież tak po­wie­dział. - Le­sley sięga po ko­lejny ka­wa­łek cia­sta.

- Prze­każ­cie bratu - głos Magy świsz­cze jak bat - że zajmę się nim póź­niej i że ma iść pro­sto do swo­jego po­koju, bez wie­cze­rzy.

Besse ostroż­nie odła­muje ka­wa­łek mięk­kiego cia­sta kmin­ko­wego i wkłada go do ust.

- Nie chcia­ła­bym być w skó­rze Mo­rvana. Matka nie bę­dzie dla niego miła.

Ailea szuka jej wzroku. - Co zna­czą te słowa, coin... eiren.. nach?

- Coin ?i­re­an­nach. - Pie­go­wate po­liczki Besse ro­bią się lekko ró­żowe. - Ekhm... to zna­czy... ir­landz­kie kun­dle.

Ailea od­wraca wzrok. Czuje pul­so­wa­nie w uszach. Ir­landz­kie kun­dle. Nie, ona też nie ma ochoty po­zna­wać ich głu­piego brata, może so­bie zo­stać na tym głu­pim drze­wie na za­wsze. Nie ma nic prze­ciwko temu. Oby z niego spadł i zła­mał so­bie nogę.

- Ech, nie przej­muj się nim. Mo­rvan za­wsze jest taki krnąbrny. - Le­sley prze­nosi war­kocz Ailei z jej ple­ców i gła­dzi go dło­nią. - Masz piękny ko­lor wło­sów. Taki ja­sno­złoty, pra­wie jak wie­czorny księ­życ.

Magy wciąż roz­ma­wia ści­szo­nym gło­sem z oj­cem, który są­czy ciemne wino śliw­kowe. Od czasu do czasu kiwa głową, w re­ak­cji na to, co mówi ko­bieta. Le­sley zli­zuje dżem z pal­ców.

- Matko - prze­rywa Magy - już zje­dli­śmy. Mo­żemy iść się po­ba­wić?

- Do­brze, ale nie od­da­laj­cie się da­lej niż do wiel­kiego dębu. - Magy spo­gląda na Aileę. - Je­śli chcesz, ko­cha­nie, mo­żesz z nimi iść, a ja tu­taj po­roz­ma­wiam so­bie spo­koj­nie z twoim oj­cem. Na­tu­ral­nie, je­śli twój oj­ciec wy­razi zgodę.

Oj­ciec wy­raża zgodę kiw­nię­ciem głowy. Ailea wstaje i dzię­kuje za cia­sto. Od­wraca się i ru­sza w kie­runku drzwi, czu­jąc na ple­cach spoj­rze­nie Magy. Pew­nie tylko jej się wy­daje. Z drżą­cym ser­cem prze­cho­dzi przez próg i bie­gnie do dzieci.

Magy

SZKO­CJA, SIER­PIEŃ 1649

Słońce za­czyna chy­lić się ku za­cho­dowi, spra­wia­jąc, że wierz­chołki drzew płoną je­sien­nymi ko­lo­rami. Magy długo stoi na po­dwó­rzu, od­pro­wa­dza­jąc wzro­kiem dziew­czynkę, któ­rej syl­wetka po­woli znika, aż w końcu cał­kiem się roz­pływa ra­zem z syl­wetką jej ojca.

Magy do­tyka dło­nią szczęki, roz­ma­so­wuje na­pięte mię­śnie. Szcze­rze mó­wiąc nie wie, co czuje w związku z tym, co się dzi­siaj wy­da­rzyło. Nie wie rów­nież, co po­winna zro­bić, je­śli w ogóle po­winna coś zro­bić. Bo dla­czego mia­łaby? Nie ma już żad­nych zo­bo­wią­zań wzglę­dem Sto­wa­rzy­sze­nia. Nic jej z nim nie łą­czy. Nikt, na­wet jej wszech­mocna sio­stra, nie może ni­czego od niej wy­ma­gać. Do dia­bła z nimi! Nie musi nic ro­bić. Poza tym wcale nie ma pew­no­ści.

Do­tyka pul­su­ją­cej skroni. Na samą myśl o sio­strze za­czyna ją bo­leć głowa. Bie­rze głę­boki wdech, za­myka oczy. Ale... po­czuła ją, tę moc, gdy tylko zo­ba­czyła dziew­czynkę. Pul­so­wała wo­kół niej jak ża­rząca się po­świata, cho­ciaż sama Ailea wy­da­wała się nie­świa­doma ist­nie­nia tej aury, która ją ota­czała. Jed­nak rów­nie do­brze to może ozna­czać tylko tyle, że Ailea ma pewne zdol­no­ści. Nie jest w tym osa­mot­niona. Bez wąt­pie­nia... jest coś w tej dziew­czynce.

Magy stwier­dza, że musi po­być sama i od­po­wie­dzieć so­bie na te wszyst­kie py­ta­nia kłę­biące się w jej gło­wie jak trzmiele. Dziar­skim kro­kiem wraca do domu, pro­sto do daw­nego ga­bi­netu swo­jego męża. Od jego śmierci po­zo­staje nie­tknięty. Cho­ciaż nikt nie może jej po­są­dzić o by­cie sen­ty­men­talną, chce, aby po­kój Ro­berta po­zo­stał taki, jaki był.

Strzelba my­śliw­ska, którą jej mąż do­stał w pre­zen­cie za wierną i wie­lo­let­nią służbę woj­skową, wciąż wisi na ścia­nie. Tak samo jak herb i te okropne por­trety jego przod­ków, któ­rych Magy nie­na­wi­dzi. Wy­suwa krze­sła spod biurka, prze­suwa kilka sta­rych li­stów i po­żół­kłych kar­tek i siada wy­god­nie. Po­woli gła­dzi dło­nią drew­niany blat biurka. Ro­bert od za­wsze le­piej po­słu­gi­wał się pió­rem niż mie­czem. W ta­kie dni jak ten tę­skni za mę­żem, za roz­mo­wami z nim, za jego spo­koj­nym gło­sem, który za­wsze był przy niej, gdy tego po­trze­bo­wała.

Kiedy Claude wspo­mniał o swo­jej żo­nie, coś, ja­kieś wspo­mnie­nie, pró­bo­wało wy­do­stać się na po­wierzch­nię. Ni­czym ptak, który do­ma­gał się jej uwagi. Ale na­wet je­śli to prawda? Je­śli ta dziew­czynka jest tym, kim Magy my­śli, że jest, to co to ozna­cza? Dla niej sa­mej, lecz przede wszyst­kim dla Ailei?

Magy bie­rze głę­boki wdech i wy­pusz­cza po­wie­trze, ciężko wzdy­cha­jąc. Nikt nie po­wstrzyma tej dziew­czynki przed po­dą­ża­niem za tym, co jest jej pi­sane. To poza za­się­giem Magy, co nie ozna­cza, że musi to ak­cep­to­wać. Albo że musi uła­twić ży­cie swo­jej sio­strze. Czy po­winna na­pi­sać do Marco? Opo­wie­dzieć mu o swo­ich prze­czu­ciach? Tylko co to da? Jego lo­jal­ność nie za­leży od niej.

Magy wy­suwa górną szu­fladę biurka, wyj­muje kartkę i kła­dzie ją przed sobą, nie wie­dząc, co na­pi­sać, ani na­wet jak za­cząć list. Mi­nęło wiele lat od ich ostat­niej roz­mowy. I nie roz­stały się w przy­jaźni. Pod­nosi przy­krywkę ka­ła­ma­rza i za­nu­rza pióro w atra­men­cie, który za­bar­wia prze­zro­czy­stą koń­cówkę na in­ten­syw­nie czarny ko­lor. Roz­po­czy­na­nie li­stu od zwy­cza­jo­wych uprzej­mo­ści wy­daje jej się nie na miej­scu. Ich re­la­cja taka nie jest. Ni­gdy nie była.

Kro­pla atra­mentu ścieka z pióra i two­rzy na kartce kleksa. Magy wzdy­cha, de­cy­du­jąc się na zwię­złość i uży­cie imie­nia, które jej sio­strze nadało Sto­wa­rzy­sze­nie. Pewną ręką pro­wa­dzi pióro i za­pi­suje cztery li­tery. Każda z osobna jest zwy­czajna, lecz ra­zem, u tych, któ­rzy znają ich zna­cze­nie, bu­dzą re­spekt, a w nie­któ­rych przy­pad­kach strach.

Z po­nurą miną przy­gląda się ozdob­nym li­te­rom, wy­po­wia­da­jąc w my­ślach imię swo­jej sio­stry. Asha.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki