Roderic
LASY BOLONII, SIERPIEŃ 1649
- I już byłoby po tobie. - Muccio dotyka ostrzem miecza punku, w którym szyja styka się z ramieniem. - Nawet jeśli nie zginąłbyś od ciosu, prawdopodobnie wykrwawiłbyś się w ciągu godziny.
Roderic, zbyt zmęczony, by mówić, kiwa głową w odpowiedzi. Wykończyła go wędrówka po wzgórzach bolońskich, z których rozciągają się wspaniałe widoki. Kropelka potu płynie mu po brwi, po czym stacza się do kącika oka. Sól wywołuje pieczenie i Roderic musi kilka razy zamrugać, by znowu wyraźnie widzieć. Psiakość, nawet jego własny pot działa przeciwko niemu.
Nie ma mięśnia w jego ciele, który by go nie bolał. Opuścili szkołę o świcie, gdy rosa wciąż pokrywała ziemię niczym czarodziejski nalot. Rozbili obóz wysoko, nad strumieniem, tam gdzie las ciągnął się kilometrami, a poniżej falowały zielone wzgórza. Roderic kątem oka dostrzega Stefana, który śpi oparty o gruby pień dębu. Kurta i pas mieczowy leżą rzucone obok niego. Kapelusz ma tak głęboko naciągnięty, że widać mu tylko brodę, a ramiona skrzyżowane na piersi, jakby się bał, że zostanie postrzelony. Roderic nie potrafi tego zrozumieć, ale wygląda na to, że Stefano umie zasnąć w każdym miejscu.
Przesuwa wzrok z powrotem na mentora, który go obserwuje zza półprzymkniętych powiek z obojętną miną.
- Doświadczysz momentów - mówi - gdy pomyślisz, że już nie jesteś w stanie znieść bólu, a jednocześnie życie twoich ludzi będzie zależało od tego, czy to zrobisz. - Muccio cofa się, nie spuszczając go z oczu. - Wstawaj.
Roderic wstaje, podpierając się ręką. Ten niewinny ruch wywołuje falę bólu w mięśniach, ale chociaż ciało domaga się jedzenia i odpoczynku, on czuje, że żyje, bardziej niż kiedykolwiek. Tu i teraz, spocony i brudny, jest w swoim żywiole. To duży kontrast w stosunku do tych wszystkich momentów, gdy matka kazała mu się ładnie ubrać, ponieważ szli na kolację z ludźmi, którymi gardził. Nienawidzi z całego serca, gdy matka zauważa najmniejszą plamkę, a on musi grać kogoś, kim nie jest. Zawsze czuje się wtedy... przebrany.
Nawet teraz czuje, jak te ubrania go opinają, jak droga tkanina wywołuje swędzenie na całym ciele, jak gdyby nawet jego skóra protestowała. To uczucie, gdy ledwo może oddychać. Jakby strój go dusił, miał nad nim władzę.
- I? - Głos mentora wyrywa go z zamyślenia. Wraca do lasu. Do polany, bólu, teraźniejszości.
- Słucham?
- Zauważyłeś, co poszło nie tak?
Roderic doskonale wie, kiedy to się stało, chociaż nie rozumie, jak do tego doszło.
- To było wtedy, gdy nasze miecze się skrzyżowały i zacząłem na ciebie nacierać.
- Otóż to. - Muccio wbija miecz w ziemię. W przeciwieństwie do Roderica oddycha spokojnie, jakby prawie się nie zmęczył. - Kiedy dociskasz do mnie swój miecz, nie możesz siec. Gdy się cofnę, polecisz do przodu i nie uda ci się odeprzeć ataku, kiedy wykonam obrót. Podajesz mi swoją głowę na tacy.
Głos Muccio bezlitośnie niesie się echem wśród wzgórz. Mentor przeczesuje ręką loki i uśmiecha się szeroko. - Muszę powiedzieć, że odsłaniasz się chętniej niż dziwki w burdelu.
Policzki płoną mu ze wstydu. Tak, psiakość! Zrozumiał. Roderic piorunuje go wzrokiem, lecz na mentorze to nie robi żadnego wrażenia. Chwyta drewnianą rękojeść.
- To technika ciężka fizycznie. Musisz użyć całej swojej siły, by następny cios był mocny. - Muccio wyciąga miecz i wskazuje na Roderica ostrzem brudnym od ziemi. - Za parę lat to nie będzie dla ciebie problem.
- Co masz na myśli?
- Nigdy nie lekceważ swojej fizyczności - twoje ciało też jest bronią. Zapasy to technika, której wiele osób nie docenia podczas walki.
Według wuja tylko dzikusy walczą w ten sposób. Roderic wpatruje się w Muccia.
- Ale... czy zapasy nie zawierają elementów uznanych za niehonorowe podczas walki?
- Owszem... wykręcanie stawów, bicie, kopanie, atak kolanami we wrażliwe miejsca na ciele i próba wydrapania oczu to kilka dobrych przykładów. Możesz mieć parę sekund na odzyskanie utraconej broni lub unieszkodliwienie przeciwnika.
- Ale to nieuczciwe. - To jak walka z kimś o wiele młodszym lub słabszym, myśli Roderic.
- Na polu walki szybko zmienisz zdanie. - Mentor mówi to takim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie. - Posuniesz się do znacznie gorszych rzeczy, byle tylko przeżyć. Wierz mi. Ale dość już tego gadania.
Muccio podwija rękawy koszuli, odsłaniając umięśnione przedramiona.
- Zróbmy jeszcze raz to samo ćwiczenie. Ale tym razem pokażę ci, jak wykorzystać swoją fizyczność, by zaskoczyć przeciwnika. - Muccio nieco oddala się od niego.
Roderic wykonuje taki sam wypad jak przed chwilą, na co Muccio zgodnie z oczekiwaniami odpowiada parowaniem. Zamiast napierać na mentora, Roderic robi krok do tyłu. Poszło zbyt łatwo. Chociaż ma gdzieś z tyłu głowy, że to pułapka, ciało instynktownie chce wykorzystać przewagę. W tym samym momencie, gdy blokuje mentora, Muccio robi krok do przodu i dotykają się ciałami. Mentor zaciska wolną pięść i uderza go w twarz, a Roderic upada na ziemię jak ścięte drzewo. Muccio przechodzi nad nim i nonszalanckim ruchem dotyka jego torsu czubkiem miecza.
- Kiedy przeciwnik leży na ziemi, zabijamy go. - Mentor uśmiecha się szeroko. - Wcześniej można go też kilka razy kopnąć w głowę, jeśli to konieczne. To zawsze uspokaja.
Roderic piorunuje go wzrokiem. To cud, że mentor jeszcze nie złamał mu nosa.
Poza tym Roderic jest zmęczony i głodny, a od celnego ciosu w twarz czuje jeszcze bolesne pulsowanie w głowie. Muccio mierzwi mu włosy w ten upokarzający sposób, którego tak nienawidzi.
- Rozchmurz się, chłopcze. Chodź, rozpalimy ognisko. Musimy coś zjeść. Jestem głodny jak wilk, a ty też wyglądasz tak, jakbyś potrzebował się czymś wzmocnić.
Słowo "zjeść" natychmiast wybudza Stefana z drzemki. Przeciąga się, ziewając.
- Będziemy jeść?
Muccio prycha.
- Jesteś niesamowity, mógłbyś przespać całą wojnę, ale gdy tylko ktoś wspomni o jedzeniu, budzisz się w sekundę.
Stefano ziewa jeszcze szerzej.
- To kwestia priorytetów. Mądry człowiek wie, że należy oszczędzać siły.
Muccio kręci głową i zwraca się do Roderica:
- Wiesz, jak rozpalić ogień?
Roderic nie ma pojęcia. W domu zawsze zajmuje się tym służba. Na jego twarzy pojawia się rumieniec, który dociera aż do uszu.
- Wiem, jak go podtrzymać, lecz nigdy nie uczyłem się go rozpalać.
Muccio kiwa głową.
- Będziesz potrzebował łatwopalnego materiału. Słuchaj mnie uważnie, bo nie lubię się powtarzać.
- Zamieniam się w słuch.
- Zanim w ogóle zaczniesz, musisz nazbierać chrustu. Wierz mi, nie będzie ci się chciało jeszcze raz rozpalać zgaszonego ogniska. - Mentor wskazuje na pięć kupek ułożonych na ziemi, jedna obok drugiej. Pierwsza składa się z wiórów i kory brzozy, a każda następna jest coraz większa i ma coraz większe gałęzie. - Kora brzozy jest na początek idealna. Wióry, suche gałązki i bardzo wysuszona strawa też się nadają. Ważne, by były suche, inaczej nie zajmą się ogniem.
- A jeśli pada deszcz?
- Drewno bez liści czy igieł zazwyczaj jest suche. Spójrz na gałęzie leżące na ziemi. Jeśli trzaskają, gdy je przełamujesz, możesz mieć pewność, że są wysuszone. - Muccio podnosi gałąź, która wciąż ma zielone liście. - Świeże drewno, jak to, źle się pali i wydziela dużo gryzącego dymu. Możesz go za to użyć jako rożna nad ogniem.
Muccio kładzie kilka kawałków kory brzozowej i garść wiórów wewnątrz kamiennego kręgu. Prostuje się, podchodzi do tobołka i coś z niego wyciąga.
- Wiesz, co to jest?
Roderic zerka na przedmiot.
- Nie jestem idiotą - odpowiada z wyraźną irytacją. Jego duma ucierpiała już wcześniej. - To krzesiwo.
Muccio ignoruje gorzki ton chłopaka i wręcza mu krzesiwo.
- Świetnie, w takim razie zakładam, że wiesz, jak go użyć. - Kiedy Roderic nie odpowiada, Muccio dodaje: - Nie? W takim razie może powinieneś schować swoją dumę do kieszeni i posłuchać, co mam ci do powiedzenia?
Mentor posyła mu surowe spojrzenie, sięga do skórzanej sakwy leżącej u jego stóp, otwiera ją i wyjmuje kamień wyglądający jak krzemień. Bierze małą garść hubki i kładzie ją na kamieniu. Szybkimi ruchem uderza krzesiwem o kamień, aż pojawiają się iskry.
- Spróbuj. - Muccio podaje mu krzemień i krzesiwo. Roderic próbuje, lecz daleko mu do elegancji mentora.
- Rób to lekko - instruuje go Muccio. - Pracuj nadgarstkiem.
Po kilku próbach wymagających cierpliwości Rodericowi w końcu udaje się wykrzesać iskry i hubka zajmuje się ogniem. Chłopak nie potrafi się powstrzymać przed rzuceniem ukradkowego spojrzenia mentorowi, który kiwa głową z aprobatą.
- Migiem, przyłóż to do kory, zanim zgaśnie.
Roderic ostrożnie przenosi płonącą hubkę na stosik ułożony wewnątrz kamiennego kręgu. Żar na początku jest słaby i Muccio musi kilka razy w niego dmuchnąć, aby ogień nie zgasł. Kiedy ognisko w końcu się rozpala, mentor dokłada coraz grubsze gałęzie.
- Trzeba być cierpliwym. - Muccio wymownie unosi brwi. - Wiesz, co to takiego cierpliwość? To cecha, którą Bóg hojnie cię obdarzył. - Dokłada do ognia kilka gałązek grubości palca. - No tak, cierpliwość. Dorzucaj po kilka naraz, inaczej ogień zgaśnie.
Stefano staje obok nich, masując swój masywny kark.
- Długo jeszcze? Zaraz umrę z głodu.
Chwilę później wszyscy trzej zajmują miejsca przed trzaskającym ogniem. Muccio siedzi w milczeniu naprzeciwko Roderica, trzyma na kolanach zająca bez głowy, którego obdziera ze skóry i patroszy. Stefano odkraja kawałek sera i podaje go Rodericowi z dwiema kromkami chleba. Kilkudniowe, czerstwe pieczywo z trudem przedostaje się do żołądka, ale napełnia go i to jest najważniejsze.
- Ładna kurta. - Stefano wskazuje na niego nożem. - To skóra z jelenia?
Roderic odwraca wzrok. Palą go policzki, i to wcale nie od ognia.
- Z łosia.
Stefano robi wielkie oczy.
- To te gigantyczne jelenie żyjące na północy? - Duże okruchy chleba spadają mu na kolana, gdy przeczesuje brodę palcami. - Podobno mają siedem stóp w kłębie. I gigantyczne poroże, większe niż samego diabła. Dałbym sobie rękę uciąć, żeby choć raz w życiu zobaczyć takie potężne zwierzę.
Roderic nie odpowiada, wpatruje się w tańczące płomienie. Stefano wyciąga rękę i z szacunkiem dotyka garbowanej skóry.
- Jak, u licha, zdobyłeś taką skórę? Musiała kosztować majątek.
Co ma odpowiedzieć? Że to prezent od człowieka, który go spłodził? Słowo "ojciec" wydaje się niewłaściwe, nawet w myślach. Chociaż okrycie jest piękne, a skóra miękka jak jedwab, zaczyna go niemiłosiernie uwierać.
- To prezent - wyznaje w końcu.
- Nie byle jaki prezent.
Roderic rzuca w ogień patyk, nie komentując tego, a po chwili milknie również Stefano.
Zaczyna zmierzchać, gdy Muccio prosi Roderica, by poszedł z nim nad rzekę po wodę. Gaszą ogień piachem i ziemią, a na koniec zalewają popiół wodą.
- Upewnij się, że ogień zgasł. Nie może zostać ani jedna iskra. - Mentor rzuca szybkie spojrzenie w jego stronę, odwraca się i odchodzi. Roderic dosypuje ziemi, przydeptuje ją nogą i rusza za nim. Muccio zakłada siodło na grzbiet klaczy, nie patrząc na niego. - Zgaszone? - pyta.
- Sprawdziłem kilka razy. Żar już się nie rozpali.
- Świetnie.
Nieco dalej Stefano również pakuje swoje rzeczy.
- Pora wracać?
Mentor bez słowa przymocowuje bagaż po obu stronach siodła. Coś w sposobie, w jaki to robi, sprawia, że Roderica przeszywa dreszcz. Na kilka niepokojących oddechów robi się cicho, po czym pada odpowiedź:
- Stefano i ja wracamy. Przyjedziemy po ciebie jutro rano.
To dlatego mentor pokazał mu, jak rozpalić ogień. Dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, aby nie zostawić ani odrobiny żaru? Nie chciał dać mu forów?
- Mam spać tutaj, w lesie, zupełnie sam?
- Tak. - Mentor napina linę wokół bagażu. - Chyba że się boisz. Wtedy, rzecz jasna, możesz wrócić z nami.
- Nie boję się.
- Doskonale. Jeśli uważnie słuchałeś, powinieneś wiedzieć, jak rozpalić ogień. Tam masz jedzenie. - Muccio wskazuje palcem zająca, którego wcześniej oprawił. - Byłem nawet na tyle uprzejmy, że go wypatroszyłem.
Roderic otwiera usta, lecz słowa grzęzną mu w gardle.
- A... a co, jeśli nie uda mi się rozpalić ognia? - wydusza w końcu.
- Wtedy pójdziesz spać głodny i zmarznięty. - Muccio wkłada stopę w strzemię, wskakuje na siodło, chwyta lejce i rzuca mu ostatnie spojrzenie. - Ale dobrze ci radzę, lepiej rozpal ogień, jeśli nie chcesz towarzystwa wilka, gdy już zaśniesz.
* * *
Las tonie w ciemnościach, gdy w końcu, po niezliczonych próbach, Rodericowi udaje się rozpalić ognisko, które teraz płonie w obrębie kamiennego kręgu. Bolą go mięśnie, gdy pochyla się i podnosi zająca, którego zostawił mu Muccio. Trzęsącymi się z głodu palcami nabija mięso na zielone gałązki i kładzie je na ruszcie, który zbudował nad ogniem. Wcześniej przeklinał swojego mentora na czym świat stoi, ale gdy tłuszcz kapiący z mięsa skwierczy w płomieniach, odczuwa satysfakcję. Godziny poszukiwań odpowiednich gałązek sprawiły, że umiera z głodu. Zdejmuje mięso z rusztu i niczym wygłodniały drapieżnik rusza do ataku. Je mięso prosto z opalonej gałęzi, nie przejmując się tym, że tłuszcz parzy mu podniebienie i język.
Potem znowu idzie po chrust, a po powrocie kładzie się rozgrzany i najedzony na kocu przy ognisku. Chociaż pada z nóg, każdy niespodziewany dźwięk sprawia, że kładzie rękę na nożu, wpatrując się w ciemność.
Okłamał Muccia. Boi się. Nie chce spać w lesie zupełnie sam. Ale jest coś, co przeraża go bardziej, a mianowicie rozczarowanie w oczach mentora. To, że mógłby go zawieść, wracając jak zbity pies. Niedoczekanie. Nigdy do tego nie dojdzie. Wolałby umrzeć. Zamierza pokonać strach.
Coś go uwiera w plecy. Podnosi koc, odgarnia kamienie, by wyrównać podłoże, i zauważa jakiś przedmiot. Bierze go do ręki. To rodzaj amuletu, naszyjnika z kamienia, ale bez łańcuszka. Sięga po bukłak, opłukuje go wodą i czyści kciukiem. Przybliża się do ognia.
Naszyjnik ma kolor ostrza noża, choć jego barwa zmatowiała od długiego leżenia w ziemi. Powierzchnię kamienia pokrywają białe ryty. Roderic przejeżdża palcem po wyżłobieniu przedstawiającym ptaka. Może to ofiara. Wciąż są jeszcze ludzie składający ofiary dawnym bogom. Coś przyciąga jego uwagę, jakby ktoś dotknął jego karku opuszkami palców, ma wrażenie, że powinien sobie coś przypomnieć.
Kładzie się, mocno ściskając amulet w dłoni. Jego ciało prawie natychmiast się rozluźnia. Straszne dźwięki stają się coraz bardziej odległe, aż w końcu słyszy tylko cykanie świerszczy i trzask ognia. Powieki ciążą mu coraz bardziej, jego podświadomość szykuje się na to, co ma nadejść. Sen czeka na niego na granicy światła i ciemności. Nagle pojawia się jakiś obraz, jasne włosy. Roderic odpuszcza i zapada w sen.