Córka żelaznego smoka. Smoki Babel - Michael Swanwick

Kup ebooka

53.99 zł
45.01 zł (44,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

W dniu, w któ­rym dzieci spo­tkały się, by uknuć śmierć nad­zorcy, w gło­wie dziew­czynki-pod­mieńca zro­dziła się decy­zja, by ukraść smoka i uciec. Wtedy jed­nak jesz­cze o tym nie wie­działa.

Odkąd pamię­tała, miesz­kała w fabryce paro­wych smo­ków. Co rano pro­wa­dzono ją razem z innymi mło­do­cia­nymi przy­pi­sań­cami z inter­natu w Budynku 5 do sto­łówki na śnia­da­nie, które ledwo miała czas prze­łknąć przed pracą. Zwy­kle przy­dzie­lali ją do hali obróbki cylin­drów, do pole­ro­wa­nia, cza­sem jed­nak szła do Budynku 12, gdzie kon­tro­lo­wano i sma­ro­wano czarne żela­zne ciel­ska, przed prze­wie­zie­niem do hali mon­tażu koń­co­wego. Kanały w ich wnętrz­no­ściach były dla doro­słego zbyt cia­sne. Musiała się wczoł­gać do tych ciem­nych przejść, prze­trzeć wszystko, a potem nasma­ro­wać. Pra­co­wała do zachodu słońca, a cza­sem dłu­żej, jeśli aku­rat było zamó­wie­nie na szcze­gól­nie waż­nego smoka.

Miała na imię Jane.

Naj­gor­sza praca była w odlew­niach: latem pano­wało tam pie­kło jesz­cze zanim metal polał się do form, waląc falą żaru jak pię­ścią, zimą śnieg zawie­wał przez powy­bi­jane okna, a pod­łogę zaście­łała szara maź. Pra­co­wali tam puka­cze i knu­ro­głowi, ogo­rzałe kosmate stwory, stale mil­czące, poczer­niałe i umię­śnione, o zło­wro­gich, prze­krwio­nych oczach i inte­li­gen­cji, która, nara­żona przez dzie­się­cio­le­cia na magiczne ognie i zimną stal, spa­liła im się na żużel. Jane bała się ich jesz­cze bar­dziej niż roz­to­pio­nych metali, które prze­le­wali, i bru­tal­nych machin, przy któ­rych pra­co­wali.

Któ­re­goś dnia o zmierz­chu wró­ciła z poma­rań­czo­wej kuźni zbyt chora, by coś jeść, owi­nęła się cia­sno cien­kim kocy­kiem i natych­miast zasnęła. Sny miała poplą­tane: bez prze­rwy pole­ro­wała metal, ściany łomo­tały, a pod­łogi śmi­gały w górę jak tłoki gigan­tycz­nego sil­nika. Ucie­kła od nich i scho­wała się pod łóż­kiem, wczoł­gała do sekret­nej kry­jówki mię­dzy ścia­nami, gdzie ukry­wała się, gdy była mniej­sza, przed drob­nymi okru­cień­stwami Koguta. Jed­nakże Kogut poja­wił się tam na samą myśl, recho­tał zło­śli­wie i machał jej przed nosem ropu­chą bez nogi. Gonił ją pod­ziem­nymi chod­ni­kami, pod gwiaz­dami, przez kotłow­nie i warsz­taty.

Wizje się usta­bi­li­zo­wały. Bie­gła w pod­sko­kach przez świat zie­lo­nych traw­ni­ków i ogrom­nych prze­strzeni, dziw­nie zna­jomy - wie­działa, że to musi być Dom. Czę­sto jej się śnił. Byli tam ludzie, któ­rzy o nią dbali i dawali jej tyle jedze­nia, ile tylko chciała. Ubra­nie miała czy­ste i nowe, nikt nie zmu­szał jej do dwu­na­sto­go­dzin­nej pracy w warsz­ta­cie. Miała wła­sne zabawki.

Potem jed­nak, jak zawsze, sen pociem­niał. Ska­kała przez ska­kankę pośrodku ogrom­nego traw­nika, gdy jakiś wewnętrzny zmysł poin­for­mo­wał ją o obec­no­ści intruza. Ota­czały ją nudne białe domy - mimo to, wra­że­nie, że przy­pa­truje się jej jakaś zło­śliwa, inte­li­gentna istota, sta­wało się coraz sil­niej­sze. Złe siły cza­iły się pod dar­nią, sku­piały za każ­dym drze­wem, kuliły pod każ­dym kamie­niem. Opu­ściła ska­kankę na stopy, rozej­rzała się ze zdzi­wie­niem i wykrzyk­nęła imię, któ­rego potem nie pamię­tała.

Niebo roz­warło się.

- Wsta­waj, ty flejo! - syk­nął nie­cier­pli­wie Kogut. - Zbie­ramy się. Musimy posta­no­wić, co ze Szczu­dła­kiem.

Jane zerwała się z biją­cym ser­cem. Mimo że była dez­orien­to­wana po nagłym prze­bu­dze­niu, cie­szyła się, że ucie­kła z tego snu, jed­no­cze­śnie żału­jąc, że go stra­ciła. Oczy Koguta były jak dwa uno­szące się w mroku zimne odbla­ski księ­życa. Klę­czał na jej posła­niu, napie­rał na nią kości­stymi kola­nami. Oddech pach­niał mu wią­zową korą i sple­śnia­łymi liśćmi.

- Prze­suń się, co? Ciśniesz mnie w żebra.

Kogut wyszcze­rzył się i uszczyp­nął ją w rękę.

Ode­pchnęła go. I tak jed­nak cie­szyła się, że go widzi. Wypra­co­wali coś w rodzaju szorst­kiej przy­jaźni, a Jane zdała sobie z cza­sem sprawę, że pod tą pychą i bez­myśl­no­ścią Kogut jest w grun­cie rze­czy cał­kiem sym­pa­tyczny.

- A co mamy posta­no­wić z tym Szczu­dła­kiem?

- Nie wia­domo, dopiero będziemy gadać, głu­pia!

- Zmę­czona jestem - burk­nęła Jane. - Pra­co­wa­łam długo i nie mam ochoty na te wygłupy. Jak mi nie powiesz, idę spać dalej.

Twarz mu pobie­lała, zaci­snął pięść.

- Co to ma być, bunt? Ja tu rzą­dzę. Robisz, co mówię i kiedy mówię, dla­tego że to ja mówię. Jasne?

Przez chwilę mie­rzyli się spoj­rze­niami. Był fejem-mie­szań­cem, stwo­rze­niem, które wiek temu żyłoby dziko w lesie i poka­zy­wało się ludziom tylko od czasu do czasu, żeby prze­wró­cić dojarce sto­łek albo polu­zo­wać szwy w worku z mąką, tak by się roz­sy­pała po zarzu­ce­niu go na ramię. Może i byli płytcy, ale do zło­śli­wo­ści pierwsi i twar­dzi jak szczury. Kogut pra­co­wał jako zbie­racz żela­znych odpad­ków i nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że prze­trwa do końca ter­minu.

W końcu Jane pochy­liła głowę. Nie opła­cało się mu teraz sprze­ci­wiać.

Kiedy unio­sła wzrok, poszedł już budzić innych. Owi­ja­jąc się kocem jak pele­ryną, poszła za nim. Było sły­chać sze­lest stóp i łap, ciche odde­chy, gdy dzie­ciaki zbie­rały się na środku sali.

Dymka wycią­gnęła ukra­dziony oga­rek i wetknęła go w naj­szer­sze miej­sce szcze­liny mię­dzy dwiema krzy­wymi deskami. Wszy­scy klęk­nęli wokoło. Kogut mruk­nął coś pod nosem, mię­dzy pal­cem a kno­tem prze­sko­czyła mu iskra.

Nad świeczką zatań­czył pło­myk. Ścią­gnął spoj­rze­nia wszyst­kich, rzu­cił na ścianę pod­ska­ku­jące zjawy, niczym dwu­wy­mia­rową Noc Wal­pur­gii. W tęczów­kach zatań­czyły dwa­dzie­ścia trzy pomniej­sze pło­myczki. Było ich zale­d­wie dwa­na­ścioro, i to zakła­da­jąc, że chłop­cień czai się gdzieś w pobliżu, scho­dząc z drogi więk­szo­ści świa­tła, a resztę pochła­nia­jąc tak dokład­nie, że nawet jeden foton nie zdra­dzał jego obec­no­ści.

Kogut ode­zwał się z namasz­cze­niem, zaro­zu­miale:

- Blugg musi umrzeć. - Wycią­gnął spod kami­zelki szma­cianą lalkę, nie­kształtną, uszytą byle jak, z dwoma wiel­kimi guzi­kami zamiast oczu i grubą węglową kre­chą zamiast ust. Pro­mie­nio­wała jed­nak mocą i na jej widok kil­koro młod­szych dzieci zmru­żyło oczy, czu­jąc tę samą nie­na­wiść. - Jeżata ma krew wiedźmy. Zro­biła coś takiego.

Jeżata nie­chęt­nie kiw­nęła głową. Strze­gła laleczki jak oka w gło­wie i jedna Pani wie­działa, jak Kogu­towi udało się ją zdo­być. Dzier­żył ją nad świecą.

- Odmó­wi­li­śmy modli­twy, prze­la­li­śmy krew. Teraz tylko trzeba zaszyć w środku coś, co jest jego, i rzu­cić do pieca.

- To mor­der­stwo! - ode­zwała się wstrzą­śnięta Jane.

Rzep prych­nęła.

- Poważ­nie mówię. To nie tylko coś złego, ale i bar­dzo głu­piego. - Rzep była zmien­niczką, tak jak Szczu­dłak, i jak wszy­scy zmien­nicy była tro­chę głu­pawa. Jane dawno nauczyła się, że zamknie się tylko, jeśli bez­po­śred­nio się ją zaata­kuje. - Co nam to da? Nawet jeśli to zadziała, a wąt­pię, będzie śledz­two. A jeśli jakimś cudem do nas nie dojdą, to i tak wymie­nią tylko Blugga na kogoś takiego samego albo i gor­szego. Co za sens go zabi­jać?

To ich powinno uci­szyć. Jed­nakże, ku jej zasko­cze­niu, chór gniew­nych szep­tów wzrósł jak ter­kot cykad.

- Orze nami!

- Bije mnie!

- Nie­na­wi­dzę tego sta­rego śmier­dziela!

- Zabić go - powie­dział drżą­cym gło­sem chłop­cień, tuż nad jej lewym ramie­niem. - Zabić tego wiel­kiego skur­wiela!

Odwró­ciła się, lecz jego już tam nie było.

- Spo­kój! - Kogut rzu­cił Jane pełne wyrzutu spoj­rze­nie. - Musimy zabić Blugga. Nie ma innego wyj­ścia. Szczu­dłak, wystąp.

Szczu­dłak prze­su­nął się tro­chę do przodu. Nogi miał tak dłu­gie, że kiedy sie­dział, głowę trzy­mał niżej niż kolana. Wysu­nął stopę z buciora i mimo­wol­nie podra­pał się za uchem.

- Pochyl głowę.

Cher­lawy młody zmien­nik usłu­chał. Kogut jedną ręką opu­ścił mu głowę jesz­cze bar­dziej, a drugą roz­gar­nął rzad­kie włosy koloru zasta­łej wody.

- Zobacz­cie! Zalążki piór! - Szarp­nął mu głowę do góry i poru­szył ostrym trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wym nosem, żeby poka­zać, jak zwap­niał. - A palce na nogach zmie­niają się w szpony, no sami zobacz­cie.

Dzieci prze­py­chały się, żeby tylko zoba­czyć. Szczu­dłak mru­gał, ale z tępa­wym sto­icy­zmem zno­sił ich sztur­chańce i obma­cy­wa­nie. W końcu Dymka pocią­gnęła nosem i zapy­tała:

- No i co?

- To, że dora­sta. Popa­trz­cie na nos. Albo oczy! Do następ­nego Dzie­wi­czego Księ­życa już się zmieni. A wtedy... a wtedy... - Kogut zro­bił dra­ma­tyczną pauzę.

- Wtedy? - pod­su­nął chłop­cień swoim papie­ro­wym, wietrz­nym gło­si­kiem. Stał teraz gdzieś za Rzep.

- Wtedy będzie mógł latać! - rzu­cił trium­fal­nie Kogut. - Prze­fru­nie za mur, na wol­ność i już ni­gdy nie wróci.

Wol­ność! - pomy­ślała Jane. Zako­ły­sała się na pię­tach i wyobra­ziła sobie Szczu­dłaka odfru­wa­ją­cego z nie­zdar­nym trze­po­tem w zie­lo­no­brą­zowe jesienne niebo. Jej myśli poszy­bo­wały wraz z nim, ponad murami, dru­tem kol­cza­stym, w powie­trze - fabryczne zabu­do­wa­nia i bocz­nice kur­czyły się w dole, ona wzno­siła się ponad bucha­jące dymem kominy, w gęst­nie­jące niebo, wyżej niż sama Jaśnie Pani Księ­życ. I mogłaby ni­gdy, przeni­gdy nie wró­cić!

To oczy­wi­ście było nie­moż­liwe. Tylko smoki i pół­ludzcy inży­nie­ro­wie opusz­czali fabrykę drogą powietrzną. Wszy­scy inni, zarówno robot­nicy, jak i kie­row­nicy, byli ogra­ni­czeni murami i bra­mami, straż­ni­kami i potęż­nym żeliw­nym Zega­rem. Mimo to, i tak przez chwilę czuła, że coś ją ogar­nia, jakiś głód. Wie­działa teraz, że ta idea, idea wol­no­ści, daje się urze­czy­wist­nić, a skoro tak, pra­gnie­nie jej uzy­ska­nia stało się już nie­odwo­łalne.

U pod­stawy mózgu coś się poru­szyło, prze­bu­dziło i rozej­rzało z mroczną cie­ka­wo­ścią. Przez chwilę czuła mdło­ści i zawroty głowy, czuła się jak prze­rzu­cona do jakie­goś pozba­wio­nego świa­tła, klau­stro­fo­bicz­nego światka - lecz zaraz zna­la­zła się z powro­tem w cze­lu­ściach fabryki paro­wych smo­ków, w małej noc­le­gowni na pię­trze Budynku 5, wci­śnię­tego mię­dzy wzor­cow­nię a szopę z pia­skiem, gdzie od nieba dzie­liły ją zaku­rzone drew­niane belki i dach z papy.

- Czyli on sobie odleci - powie­działa ponuro Dymka. Z nie­za­do­wo­le­niem mach­nęła ogo­nem. - No to co? Mamy zabić Blugga, żeby miał pre­zent na poże­gna­nie?

Za krnąbr­ność Kogut wal­nął ją w ramię.

- Durna! Tępa! Wredna! Co, myślisz, że Blugg nie zauwa­żył? Myślisz, że nie zapla­no­wał ofiary dla Bogini, żeby zatrzy­mała prze­mianę?

- Jakiej ofiary? - zapy­tała Jane.

Kogut chwy­cił się jedną ręką za kro­cze, drugą wygiął w sierp i wyko­nał nią tnący gest. Zabrał rękę. Uniósł brew.

- Dociera?

Nie­spe­cjal­nie dotarło, ale Jane nie była na tyle głu­pia, żeby się przy­znać. Zaczer­wie­niła się i powie­działa:

- Oj.

- No dobra, słu­chaj­cie. Obser­wo­wa­łem Blugga. W dni, kiedy cho­dzi odlew­nia żeliwa, on w połu­dnie idzie do swo­jego gabi­netu. Stam­tąd widzi nas przez okno w drzwiach i obcina sobie te swoje par­szywe, wiel­kie pazury. Ma taki wielki, ogrom­nia­sty nóż, a ścinki wywala do popiel­niczki. Jak skoń­czy, pakuje je w ser­wetkę i wrzuca do pieca w odlewni, żeby nie dało się ich użyć prze­ciwko niemu. Następ­nym razem zor­ga­ni­zuje się jakieś zamie­sza­nie. Wtedy Jane wśliź­nie się do jego pokoju i ukrad­nie parę ścin­ków. Jeden, dwa, nie wię­cej - popa­trzył na nią groź­nie - bo zauważy.

- Ja? - jęk­nęła Jane. - Czemu ja?

- Nie bądź tępa. Na innych ma zabez­pie­cze­nia. Nie przejdą przez drzwi. A ty... ty jesteś z innej krwi. Jego klą­twy i uroki cie­bie nie powstrzy­mają.

- No tak, dzięki bar­dzo - odparła Jane. - Ale ja tego nie zro­bię. To błąd i już wam mówi­łam, dla­czego.

Parę mniej­szych dzie­cia­ków pode­szło do niej z groź­nymi minami. Splo­tła ręce.

- Nie obcho­dzi mnie, co tam sobie gada­cie, mnie do tego nie zmu­si­cie. Znajdź­cie sobie kogoś innego do odwa­la­nia za was brud­nej roboty!

- No, daj spo­kój. Pomyśl tylko, jacy będziemy ci wdzięczni. - Kogut pod­niósł się na jedno kolano, poło­żył dłoń na sercu, a drugą wycią­gnął tęsk­nie ku niej. Poru­szył śmiesz­nie brwiami. - Na wieki tobie oddany.

- Nie!

Szczu­dłak nie nadą­żał za tym, co mówili. U takich jak on była to ewi­dentna oznaka nad­cią­ga­ją­cej doro­sło­ści. Zmarsz­czyw­szy czoło, zwró­cił się do Koguta i wyją­kał:

- Ja... nie mogę latać?

Kogut odwró­cił głowę i z nie­sma­kiem splu­nął na pod­łogę.

- Nie, jeśli Jane nie zmieni zda­nia.

Szczu­dłak się roz­pła­kał.

Z początku cicho szlo­chał, póź­niej coraz gło­śniej. Na koniec odrzu­cił w tył głowę i zawył w udręce. Prze­ra­żone dzie­ciaki prze­py­chały się, żeby go dosię­gnąć i uci­szyć, dłońmi i cia­łami. Szloch został stłu­miony, potem ustał.

Przez długą chwilę, wstrzy­mu­jąc oddech, cze­kali, czy nie zbu­dził się Blugg. Nasłu­chi­wali jego cięż­kich kro­ków na scho­dach, gniew­nego skrzy­pie­nia sta­rych desek, wycze­ki­wali gęstej aury gwał­tow­no­ści i led­wie tłu­mio­nego gniewu, jaka go poprze­dzała. Prze­ra­żoną minę miał nawet Kogut.

Nie roz­legł się jed­nak żaden dźwięk, jeśli nie liczyć pry­cha­nia psów-cybor­gów na patrolu, szczę­ka­nia i sze­le­stów smo­ków poru­sza­ją­cych się nie­spo­koj­nie w łań­cu­chach na swo­ich dzie­dziń­cach, oraz odle­głych, nie­mal nie­sły­szal­nych dzwo­nów o pół­nocy, dla uczcze­nia jakiejś dale­kiej wiej­skiej hulanki. Naj­wy­raź­niej Blugg spał dalej.

Roz­luź­nili się.

Co za roz­dy­go­tana banda mizer­nia­ków! Jane poczuła litość do nich wszyst­kich, nie wyłą­cza­jąc sie­bie. Dziwna siła, przy­po­mi­na­jąca despe­ra­cję, wypeł­niła ją sta­now­czo­ścią, jakby nie była niczym wię­cej niż pustą formą, któ­rej ręce, nogi i tułów znie­nacka zalano roz­to­pio­nym żela­zem. Zapło­nęła poczu­ciem celu. W jed­nej chwili uświa­do­miła sobie, że jeśli kie­dy­kol­wiek ma zyskać wol­ność, musi być twarda i bez­względna. Należy zapo­mnieć o dzie­cin­nych sła­bost­kach. W myślach przy­się­gła, na wła­sną duszę, że zrobi wszystko co konieczne, obo­jętne, jak bar­dzo byłoby to prze­ra­ża­jące, jak bar­dzo obrzy­dliwe i złe.

- Niech będzie - powie­działa. - Zro­bię to.

- Dobra. - Kogut, nawet nie kiw­nąw­szy głową, zaczął snuć plan, przy­dzie­la­jąc każ­demu dzie­cia­kowi jakąś rolę.

Kiedy skoń­czył, mruk­nął jakieś słowo i krót­kim, ostrym ruchem mach­nął dło­nią nad świecą. Pło­mień zgasł.

Każde z nich mogłoby ją bez wysiłku zga­sić lek­kim dmuch­nię­ciem. Ale to nie byłoby takie fajne.

***

Odlew­nia żeliwa była drugą co do wiel­ko­ści halą w całej fabryce. Tu odle­wano nie­znisz­czalne kor­pusy i mniej­sze, też opan­ce­rzone magią, czę­ści ciał wiel­kich smo­ków. W beto­no­wych dołach trzy­mano zie­lony pia­sek, mie­szanki mułowe i iłowe formy. Po bel­kach pod sufi­tem powoli prze­miesz­czały się suw­nice, a paź­dzier­ni­kowe słońce świe­ciło sko­śnie przez uno­szący się w powie­trzu pył, mozol­nie mie­szany potęż­nymi wen­ty­la­to­rami.

W połu­dnie stara wiedźma jeziorna przy­wio­zła wózek z lun­chem: Jane dostała zawi­niętą w folię kanapkę i kubek let­niego soku grejp­fru­to­wego. Zosta­wiła na warsz­ta­cie irchowe ręka­wice, zanio­sła jedze­nie do cie­płej, zaku­rzo­nej niszy obok drew­nia­nej skrzyni wypeł­nio­nej żela­znymi odpad­kami, mie­sza­niną pazu­rów, łusek i try­bi­ków.

Posta­wiła papie­rowy kubek obok sie­bie, wygła­dziła na kola­nach szorstką, brą­zową spód­nicę. Zamknąw­szy oczy, udała, że jest w pałacu w chmu­rach wyso­kiego elfiego rodu. Damy i pano­wie zasia­dali za dłu­gim sto­łem, nic tylko mar­mur i biała koronka, oświe­tlana przez cie­niut­kie świece w srebr­nych lich­ta­rzach. Panie nosiły imiona w rodzaju Fata Elspeth czy Fata Mor­ga­ine i poro­zu­mie­wały się mio­do­płyn­nymi wie­lo­sy­la­bo­wymi wyra­zami. Ich śmiech przy­po­mi­nał dzwo­neczki, a ją tytu­ło­wały Fata Jayne. Elfi książę nama­wiał do spró­bo­wa­nia sor­be­to­wych sma­ko­ły­ków. Oczy błysz­czały mu namięt­no­ścią. Kra­sno­ludzcy nie­wol­nicy, zamiast skraw­kami sito­wia posy­py­wali pod­łogę cię­tymi kwia­tami.

Ugry­zła kęs kanapki i prze­żu­wała go powoli, żeby wystar­czył na dłu­żej.

Pod łukiem okna kucał jej wła­sny, oso­bi­sty aqu­ilo­hip­pus z sio­dłem wysa­dza­nym dro­gimi kamie­niami. Aż rwał się do lotu. Spoj­rze­nie miał dzi­kie, a dziób ostry jak brzy­twa. Nikt poza nią nie ważył się go dosia­dać, dla niej był jed­nak miły i łagodny. Na imię miał...

Ktoś nadep­nął jej na nogę.

- Au! - Zerwała się, prze­wra­ca­jąc sok, i zoba­czyła, że przed chwilą minął ją Kogut z wor­kiem złomu zarzu­co­nym na ramię - był na przed­obied­niej zmia­nie, ale jesz­cze pra­co­wał.

- Nie śpij, gapo! Już pra­wie czas! - burk­nął. Po chwili, żeby zła­go­dzić te słowa, uśmiech­nął się i mru­gnął. Był to jed­nak słaby i nie­prze­ko­nu­jący uśmiech. Gdyby go tak dobrze nie znała, uzna­łaby, że się boi.

I pobiegł.

Spo­kój runął, obra­ca­jąc się w gruzy. Na moment udało jej się zapo­mnieć o sza­lo­nym pla­nie Koguta. Teraz wró­cił do niej, a razem z nim pew­ność, że to się nie ma prawa udać. Zła­pią ją, uka­rzą i nic nie może na to pora­dzić. Prze­cież dała słowo.

Wzdłuż znaj­du­ją­cej się naj­da­lej od żeli­wia­ków ściany odlewni cią­gnął się rząd wąskich poko­ików dla bry­ga­dzi­stów poszcze­gól­nych warsz­ta­tów. Jane wci­snęła kanapkę do kie­szeni far­tu­cha i wyj­rzała zza kra­wę­dzi skrzyni. Widziała gabi­net Blugga, a w nim Blugga - za biur­kiem, z cyga­rem w ustach, powoli kart­ku­ją­cego błysz­czące cza­so­pi­smo.

Blugg był gruby i potężny, miał ciężki pod­bró­dek i niskie czoło. Rzad­kie, roz­czo­chrane włosy rze­dły mu, ni­gdy też o nie nie dbał - za to ponad miarę był dumny z pary krę­tych bara­nich rogów. Na spe­cjalne oka­zje malo­wał je i lakie­ro­wał, a raz w roku, na Sam­hain, zło­cił czubki. Płatki złota trzy­mały się w zagłę­bie­niach przez wiele tygo­dni.

- Pssst!

Jane się odwró­ciła. We wnęce, z któ­rej wła­śnie wyszła, stał chłop­cień, postrzę­piony kon­tur nie­wi­dzialny i ledwo dostrze­galny nawet pod­czas pełni.

- Kogut mnie przy­słał. Mam dla cie­bie stać na cza­tach.

Nie widziała wyrazu jego twa­rzy, ale głos mu drżał.

Poczuła się teraz strasz­nie. Potworny lęk.

- Nie dam rady - powie­działa. Nie miała odwagi się do tego zabrać. - Ja po pro­stu...

Połu­dniowy spo­kój roz­darł potężny ryk. Nagle wszy­scy popę­dzili, rzu­ca­jąc narzę­dzia, na śro­dek hali i powspi­nali się na formy, żeby zoba­czyć, co się dzieje. Pobie­gli w stronę żeli­wia­ków. Coś się tam działo. Jane wpa­trzyła się w wir postaci, nie rozu­mie­jąc, co to za zamie­sza­nie. Nagle wszystko do niej dotarło.

Kogut, śmie­jąc się obłą­kań­czo, sikał olbrzy­mowi-kowa­lowi na stopę.

Kowal ryk­nął z wście­kło­ści. Kogut wziął sobie za cel samego Pia­sko­miota, naj­więk­szego stwora w całej fabryce. Typowy koguci spryt - Pia­sko­miot był nie tylko naj­więk­szy, ale i reak­cje miał naj­wol­niej­sze ze wszyst­kich olbrzy­mów. Jed­nakże i tak było to sza­leń­czo nie­bez­pieczne.

W końcu Pia­sko­mio­towi przy­szło do głowy pod­nieść stopę spod stru­mie­nia moczu i opu­ścić ją na swego mizer­nego prze­ciw­nika. Pod­łoga zatrzę­sła się od ude­rze­nia.

Kogut odsko­czył w bok z drwią­cym okrzy­kiem.

Olbrzym pokrę­cił głową z dez­orien­ta­cją i gnie­wem. Zmarsz­czyw­szy brwi, spoj­rzał na leżący na kowa­dle trzy­to­nowy młot. Na pry­mi­tyw­nej twa­rzy wykwi­tła chy­tra mina, gigan­tyczna dłoń się­gnęła po narzę­dzie.

- Teraz! - Chłop­cień nie­cier­pli­wie wska­zał gabi­net Blugga.

Był pusty. Drzwi pozo­sta­wiono otwarte na oścież i nie­strze­żone.

Łup. Młot opadł w miej­sce, gdzie przed chwilą stał Kogut.

Jane bie­gła, kry­jąc się, przez ogromną prze­strzeń dzie­lącą ją od gabi­netu Blugga. Prze­ra­żała ją wła­sna odwaga i bała się, że zosta­nie zła­pana. Za nią młot łup­nął jesz­cze raz. Aż zała­sko­tało ją w pode­szwy. I już była w gabi­ne­cie. Natych­miast odsko­czyła w bok, żeby scho­wać się za ścianą. Wypro­sto­wała się i zaczęła roz­glą­dać.

Łup. Młot spadł po raz trzeci. Ludzie wrzesz­czeli, bie­gali, krzy­czeli.

Gabi­net był cia­sny i zagra­cony. Na pod­ło­dze leżały sterty instruk­cji tech­nicz­nych. Z kosza wysy­py­wały się śmieci. Na ścia­nach wisiały upstrzone zacie­kami rysunki tech­niczne wiwern, które dzie­siątki lat temu powinny tra­fić do lamusa, poprzy­pi­nane pine­skami plany pro­duk­cji, dawno zbrą­zo­wiałe na brze­gach, oraz pla­kat o bez­pie­czeń­stwie pracy, przed­sta­wia­jący rysun­kową rękę z pal­cem wska­zu­ją­cym skie­ro­wa­nym ku górze i prze­wią­za­nym wstą­żeczką tuż poni­żej dru­giego stawu.

Jedyny barwny ele­ment sta­no­wił kalen­darz od jakie­goś dostawcy, przed­sta­wia­jący nagie syreny, grube jak krowy mor­skie, wyle­gu­jące się na ska­łach. Jane na moment zamarła i zaga­piła się na hek­tary różo­wego, mięk­kiego jak pań­ska skórka ciała, jakby ów obraz sta­no­wił okno do obcego i nie­bez­piecz­nego świata. Potem otrzą­snęła się z zamy­śle­nia i pod­bie­gła do biurka.

Wytło­czona z bla­chy popiel­niczka stała dokład­nie tam, gdzie powinna. Na jej kra­wę­dzi dymiło cygaro, jesz­cze wil­gotne od śliny. Nie­uf­nie unio­sła smro­dliwy przed­miot i odsu­nęła na bok. Szybko! - pomy­ślała. W popiele leżało coś przy­po­mi­na­ją­cego sie­dem wyrzeź­bio­nych z pożół­kłej kości sło­nio­wej pół­księ­ży­ców. Pod­nio­sła dwa, odło­żyła cygaro i okrę­ciła się na pię­cie, żeby wyjść.

Wtem jej wzrok przy­cią­gnął błysk cze­goś zie­lo­nego. Pochy­liła się nad koszem na śmieci. Wysta­wał z niego róg książki. Sama nie wie­dząc, dla­czego to robi, odgar­nęła papiery, żeby na nią zer­k­nąć. A gdy zoba­czyła, aż zaparło jej dech.

Gri­muar!

Gruby tom w tło­czo­nej opra­wie z zie­lo­nego winylu, z fir­mo­wym logo na okładce. Pod nim wypu­kłe złote litery tytułu, któ­rego nie umiała prze­czy­tać. Trzy chro­mo­wane zaci­ski przy­trzy­my­wały kartki, żeby dawało się je łatwo wyj­mo­wać i aktu­ali­zo­wać. Jane roz­dzia­wiła usta, potem się opa­mię­tała. Gri­mu­ary były nie­wy­obra­żal­nie cenne i tak rzad­kie, że każdy był ponu­me­ro­wany i zare­je­stro­wany w dyrek­cji. Nie­moż­liwe, żeby któ­ryś tra­fił do gabi­netu Blugga, a do tego wylą­do­wał w koszu jak coś bez­war­to­ścio­wego!

Ale... dotknąć cze­goś takiego prze­cież nie zaszko­dzi.

Dotknęła go - i po ręce prze­pły­nęło jej upiorne wra­że­nie istoty. Tom prze­mó­wił do niej, w spo­sób, jakiego dotąd nie doświad­czyła. Był praw­dziwy! To była praw­dziwa księga zaklęć, nic wąt­pli­wego, nic oszu­ka­nego. Oto w zasięgu ręki miała praw­dziwą magię: prze­pisy na pie­kielne ognie i zemstę, sekrety zdolne zrów­nać mia­sta z zie­mią, tech­niki nie­wi­dzial­no­ści i eks­ta­tycz­nego okru­cień­stwa, potęga, z którą można wskrze­sić umar­łych i ruszyć z bro­nią na samo Pie­kło.

Przez długi, bez­cza­sowy moment bra­tała się z gri­mu­arem, pozwa­la­jąc, by ją prze­ni­kał i zawłasz­czał. W końcu wyszep­ty­wane przez niego obiet­nice ści­chły i zamarły.

Wyko­pała go spo­mię­dzy papie­rów.

Był za duży, by unieść go w jed­nej ręce. Jane scho­wała ukra­dzione ścinki paznokci do ust, mię­dzy wargi i dzią­sła, a w obie dło­nie chwy­ciła gri­muar.

W tej samej chwili roz­legł się długi prze­ni­kliwy gwizd. Odwró­ciła się: w drzwiach stał chłop­cień, powstrzy­my­wany przez przy­bite do oścież­nic pakiety fety­szy, poga­nia­jący ją nie­cier­pli­wymi mach­nię­ciami ręki. Za nim widziała, że Pia­sko­miota udało się okieł­znać. Jeden z knu­ro­gło­wych przy­trzy­my­wał Koguta. Publicz­ność roz­cho­dziła się, nie­któ­rzy zbi­jali się w małe grupki, żeby poroz­ma­wiać o tym, co widzieli, inni odwra­cali się i szli do pracy.

Ści­ska­jąc gri­muar w obję­ciach, wybie­gła z gabi­netu. Ważył chyba z tonę, ugi­nała się pod jego cię­ża­rem. Ale oddać go nie zamie­rzała. Teraz nale­żał do niej.

Chłop­cień stał w peł­nym świe­tle, rzadko bywał bar­dziej widoczny niż teraz.

- Co tak długo? - szep­nął ze stra­chem. - Zaraz będzie wra­cał.

- Masz. - Cisnęła mu książkę. - Zabierz do sypialni, szybko! I scho­waj pod moim kocem. - Gdy się nie ruszył, wark­nęła: - Nie ma czasu na pyta­nia. Zrób to i tyle!

- A mój lunch?! - krzyk­nął chłop­cień takim gło­sem, jakby był bli­ski pła­czu.

Odwró­cił tęsk­nie głowę ku nachy­lo­nej nad swoim wóz­kiem jezior­nej wiedź­mie, gapią­cej się z roz­dzia­wio­nymi ustami na pobo­jo­wi­sko po walce Koguta. Musiała zaczy­nać drugi obchód po fabryce.

- Bierz mój. - Jane wygrze­bała z kie­szeni far­tu­cha swoją nieco roz­płasz­czoną kanapkę i poło­żyła na księ­dze. - A teraz leć!

Nie­wy­raźny ruch, jak wzru­sze­nie ramion, i już go nie było. Jane nie widziała, jak odcho­dzi. Cał­kiem jakby po pro­stu roz­pły­nął się w pół­mroku i prze­stał ist­nieć.

Pod­nio­sła dłoń do ust, żeby wypluć ukra­dzione ścinki, i jed­no­cze­śnie dostrze­gła Blugga po dru­giej stro­nie odlewni, mru­żą­cego oczy i wpa­tru­ją­cego się w nią. Zamarła, spa­ra­li­żo­wana tą dema­ska­cją.

Kogut wyrwał się knu­ro­gło­wemu i wrza­snął coś do olbrzyma. Pia­sko­miot, z rykiem wście­kło­ści, chwy­cił pierw­szą broń, jaka wpa­dła mu w rękę, i cisnął nią.

Bły­ska­wica.

Powi­dok roz­to­pio­nego żelaza, które chlu­snęło z ciśnię­tego czer­paka, aż palił Jane w oczy. Głosy wydęły się w bąbel pełen stra­chu, prze­pla­ta­nego ner­wowo wykrzy­ki­wa­nymi roz­ka­zami. Wysoko ponad tym wszyst­kim roz­le­gał się ago­nalny wrzask Koguta.

W tym zamie­sza­niu Jane udało się uciec. Po minu­cie była z powro­tem na swoim miej­scu pracy i pośpiesz­nie nacią­gała ręka­wice. Może Blugg tak naprawdę jej nie widział? Może w tym zamie­sza­niu o niej zapo­mniał?

- Masz je? - szep­nęła Kapka.

Jane przez sekundę nie wie­działa, o czym ona mówi. Potem przy­po­mniała sobie, kiw­nęła głową i wypluła na dłoń skra­dzione ścinki paznokci. Kapka wzięła je, podała Nie­zgu­la­kowi, ten prze­ka­zał Małemu Rysiowi, a potem Jane już się pogu­biła. Syp­nęła sobie na ręka­wicę tro­chę szmer­glo­wego proszku. Do pracy. Tak będzie naj­bez­piecz­niej.

Po prze­ciw­nej stro­nie fabryki ciało Koguta dalej jechało na taczce. Wszę­dzie ganiały spri­gany w skó­rza­nych kasz­kie­tach, doga­sza­jąc drobne pożary spo­wo­do­wane przez roz­to­piony metal. Woda syczała i buchała parą. Powie­trze wypeł­niał smród spa­le­ni­zny.

Nad wszyst­kim grzmiał, jak grom, śmiech Pia­sko­miota.

***

Blugg zszedł do warsz­tatu, twarz miał ciemną z wście­kło­ści. Wal­nął dło­nią w blat tak mocno, że pod­sko­czyły kuwety ze szmer­glem.

- Wsta­wać, wy! - krzyk­nął. - Macie stać, jak do was mówię!

Pod­nie­śli się.

- Par­szywi gów­nia­rze. Bez­war­to­ściowe, bez­na­dziejne... - Miał chyba kło­pot z zebra­niem myśli. - Kto namó­wił Koguta? To chciał­bym wie­dzieć? Kto? No? - Chwy­cił Kapkę jedną ogromną dło­nią i, mimo że się sza­mo­tała, uniósł. - Gadaj! - Zaczął wykrę­cać jej ucho, aż jęk­nęła.

- Ja... sam chyba to wymy­ślił, pro­szę pana. Zawsze był taki narwany.

- Eee! - Blugg ze zło­ścią cisnął ją na zie­mię i odwró­cił się do Jane.

Twarz roz­lała się przed nią, wielka i straszna jak księ­życ. Czuła zapach jego potu, nie czy­stą, kla­rowną cierp­kość Koguta albo chłop­cie­nia, tylko ciężki, kwa­śny zapach doro­słego męż­czy­zny. Czuła też jego oddech, słodki od próch­nicy. Zamiast zębów miał żółte pieńki, czarne w miej­scach, gdzie zeszły z nich dzią­sła. Zahip­no­ty­zo­wał ją kawa­łek zepsu­tego mięsa, który tkwił mię­dzy dwoma z nich. Nie mogła ode­rwać od niego wzroku.

- Ty... - zaczął. A potem potrzą­snął głową jak byk, cof­nął się i zwró­cił do wszyst­kich: - Myśli­cie, że dacie radę mnie znisz­czyć, co?

Za bar­dzo się bali, żeby się ode­zwać.

- No to coś wam powiem! Nie jestem jakimś cuda­kiem bez jajec, z któ­rym może­cie sobie lecieć w chuja, jak tylko się wam spodoba. Wy mi utrud­ni­cie życie, to i ja wam utrud­nię. Bar­dziej niż sobie wyobra­ża­cie! - Zgiął się, prze­chy­lił i wska­zał na wła­sny tyłek. - Jak robi­cie jakiś pro­blem, tu dostaję od zarządu, nie? Więc jak ja od nich wezmę tu, to i wam dam tu. - Za każ­dym "tu" krę­cił tył­kiem i poka­zy­wał go pal­cem; byłoby to śmieszne, gdyby nie było takie groźne. - Dociera?

Stali przed nim w mil­cze­niu, trzę­sąc się.

- Pyta­łem: czy dotarło?

- Tak jest!

Blugg przez długą chwilę łypał na nich, w ciszy, bez ruchu, nie mru­ga­jąc. Jane od tego bez­ru­chu zaczął drgać mię­sień w lewej łydce. Była pewna, że Blugg zaraz ją zapyta, co robiła w jego gabi­ne­cie. Wez­brała w niej roz­pacz, tak potężna i wszech­ogar­nia­jąca, że gdyby zaczęła ciec jej z oczu, wypeł­ni­łaby całą salę i poto­piła wszyst­kich.

- Wy... małe... szkod­niki - powie­dział w końcu. - Naj­chęt­niej podu­sił­bym was gołymi rękami, jed­nego po dru­gim! I nie myśl­cie, że ktoś by mi powie­dział słowo! Żre­cie jak świ­nie, a potem przez pół dnia się obi­ja­cie. - Prze­szedł wzdłuż linii, patrząc każ­demu po kolei w oczy.

Gdy pod­szedł do Jane, znów pomy­ślała, że zapyta, co robiła w jego gabi­ne­cie, ale nie ode­zwał się sło­wem.

- No dobra - powie­dział na koniec. - W dwu­sze­regu według wzro­stu i wymarsz wschod­nimi drzwiami do... A gdzie chłop­cień?

- Tutaj, pro­szę pana - powie­dział nie­śmiało chłop­cień.

Jane wzdry­gnęła się. Nie miała poję­cia, że stoi tuż za nią.

Blugg zako­ły­sał się na pię­tach, omia­ta­jąc warsz­tat wzro­kiem, roz­ko­szu­jąc się ich stra­chem. Potem wark­nął:

- No to w dwu­sze­reg i do wyj­ścia! Mam dla was, gów­nia­rze, spe­cjalną robotę. Ruszać się!

Wyma­sze­ro­wali szybko przez wschod­nie drzwi, obrzu­cani prze­kleń­stwami Blugga na każ­dym kroku, minęli rampy zała­dow­cze i parową kuź­nię. Przed poma­rań­czową kuź­nią stała para łado­wa­rek, obe­szli je więc przez starą pilar­nię, która dawno temu powstała jako zada­szony kory­tarz mię­dzy halą obra­bia­rek a heblar­nią, potem ją roz­bu­do­wano, a po powsta­niu nowej pilarni prze­bu­do­wano na sze­reg pomiesz­czeń pomoc­ni­czych.

Blugg na­dal nie wspo­mniał sło­wem, że Jane była w jego gabi­ne­cie. Już zaczy­nała mieć nadzieję, że wszyst­kie póź­niej­sze zda­rze­nia wyma­zały mu to z pamięci.

- Ej, ty! - Chwy­cił ją za koł­nierz, na wpół dusząc, i otwo­rzył kop­nia­kiem drzwi. - Cze­kaj tutaj. Jak cię nie będzie, kiedy wrócę, wiesz, co z tobą zro­bię.

Wrzu­cił ją do środka i trza­snął drzwiami.

Pośpieszne kroki dzie­cia­ków się odda­liły. Zapa­dła cisza.

II

Pomiesz­cze­nie było puste. Jedna ściana w cało­ści, od wyso­ko­ści pasa do sufitu, skła­dała się z okien o szyb­kach pstro­kato, cha­otycz­nie poma­lo­wa­nych na szaro i ciem­no­nie­bie­sko, żeby widok nie roz­pra­szał pra­cow­ni­ków i poma­gał im się sku­pić. Prze­świ­ty­wało przez nie blade świa­tło, zimowo słabe, nie­rzu­ca­jące cieni. Deli­katne pęk­nię­cia przy bel­kach ramy, gdzie złusz­czyła się farba, świe­ciły bole­śnie jasno.

Pod oknami stał długi stół labo­ra­to­ryjny, zagra­cony sprzę­tem do prób. Płyn­nie migo­tały trzy oscy­lo­skopy, po ich ekra­nach powoli peł­zły kwa­dra­towo wyka­dro­wane sinu­so­idy. Białe kitle zostały pośpiesz­nie powie­szone na wie­sza­kach na ścia­nie lub ciśnięte na wyso­kie drew­niane stołki, cał­kiem jakby niskiej rangi tech­no­man­ce­rzy, zwy­kle tu pra­cu­jący, zostali nagle wypę­dzeni przez jakiś fabryczny wypa­dek. Po prze­ciw­nej stro­nie sali wyzie­rała z testo­wej obu­dowy gałka oczna nowego modelu smoka, nie­mal jej wzro­stu. Pstryk. Prze­krę­ciła się, żeby na nią spoj­rzeć.

Jane się wzdry­gnęła. Pró­bo­wała wyobra­zić sobie, jaką karę za to prze­stęp­stwo wymy­śli dla niej Blugg, i nie była w sta­nie. Wszystko jedno, i tak będzie to coś strasz­nego. Prze­szła po sali, potem z powro­tem, kroki odbi­jały się echem od wyso­kiego sufitu. Smo­cze oko ją śle­dziło.

Czy Kogut zgi­nął? Plan wyszedł jesz­cze gorzej, niż prze­wi­dy­wała. Spo­dzie­wała się, że on sam wyj­dzie z tego bez szwanku, a ją zła­pią i wymie­rzą szybką i straszną karę. Poszło jed­nak gorzej, o wiele gorzej, pod każ­dym wzglę­dem.

Czas mijał, a Blugg nie wra­cał. Ani pra­cu­jący w tym pomiesz­cze­niu tech­nicy. Z początku cze­kała na nich ze stra­chem, wie­dząc, że nie uwie­rzą w jej tłu­ma­cze­nia, co robi w ich miej­scu pracy. Póź­niej jed­nak, po pro­stu z nudów, zaczęła cie­szyć się na tę kon­fron­ta­cję. Póź­niej zapra­gnęła jej roz­pacz­li­wie. Na koniec osią­gnęła obo­jęt­ność. Przyjdą, nie przyjdą, wszystko jej jedno. Stała się istotą zło­żoną z samego postrze­ga­nia, bier­nym obser­wa­to­rem pokry­wa­ją­cego blaty ostrego meta­lo­wego pyłu, zapa­chu utle­nia­nej gumy z wol­to­mie­rzy i deli­kat­nego poły­sku wypo­le­ro­wa­nych sło­jów drewna na sie­dze­niach stoł­ków. Bez niej to wszystko prze­sta­łoby ist­nieć, zbla­dłoby i ulot­niło się w nicość.

Okna bole­śnie powoli pociem­niały, w sali zro­biło się chłod­niej. Tuż przed zmierz­chem ktoś prze­szedł kory­ta­rzem, pstry­ka­jąc wyłącz­ni­kami. Nad gło­wami zamru­gały kolejne rzędy świe­tló­wek.

Roz­bo­lał ją brzuch. Poczuła się tak nie­szczę­śliwa, że nawet łzy to było za mało. Miała skur­cze żołądka. Enty raz prze­szła przez salę, śle­dzona na każ­dym kroku przez smo­cze oko. Nie miała poję­cia, która jest godzina - ale na pewno kola­cja już prze­pa­dła.

Drzwi otwo­rzyły się z hukiem.

Wszedł Blugg. Wyglą­dał na znu­żo­nego i roz­ko­ja­rzo­nego. Szarą koszulę miał prze­po­coną pod pachami, rękawy pod­wi­nięte do połowy wło­cha­tych przed­ra­mion.

Oko smoka zer­k­nęło na niego.

- Co robi­łaś w moim gabi­ne­cie? - Blugg, co dziwne, w ogóle na nią nie patrzył. Wbił wzrok w mały, zwień­czony fili­gra­nem krysz­ta­łek, zwi­sa­jący mu na nitce z ręki.

- Ja tylko...

Jej dłoń, jakby sama z sie­bie, powę­dro­wała do ust, które mimo­wol­nie się zaci­snęły. Dokład­nie ten sam gest zro­biła, kiedy Blugg dostrzegł ją przed drzwiami biura. Prze­ra­żona, zmu­siła rękę do opusz­cze­nia i scho­wała ją za ple­cami.

Blugg przez chwilę patrzył na nią wiel­kimi oczyma, nie mru­ga­jąc. Powoli się uśmiech­nął.

- Ty mała roz­ra­biaro. Grze­ba­łaś mi w śmie­ciach.

- Nie! - krzyk­nęła. - Nic nie wzię­łam, naprawdę, nic!

Blugg wsu­nął krysz­tał z powro­tem do pla­sti­ko­wego pudełka i wetknął je do kie­szeni koszuli. Wycią­gnął rękę i chwy­cił ją pod brodę. Odwró­cił jej głowę w lewo, potem w prawo, przy­pa­tru­jąc się twa­rzy.

- Mmmmm. - Prze­su­nął wzro­kiem po przo­dzie jej far­tu­chu, jakby oce­niał jej siłę. Noz­drza mu się roz­chy­liły. - Grze­ba­łaś w koszu, tak? Skórki od poma­rań­czy, okruszki z kana­pek. A zresztą, co tam. Zdrowy ape­tyt u mło­dzia­ków to dobra rzecz.

To było bar­dziej prze­ra­ża­jące niż groźby, bo w ogóle się nie trzy­mało kupy. Wytrzesz­czyła oczy, nie rozu­mie­jąc.

Poło­żył jej dło­nie na ramio­nach, okrę­cił ją powoli.

- Ile ty już dla mnie pra­cu­jesz, co? Od lat, nie? Jak ten czas leci. Zaraz będzie z cie­bie duża dziew­czynka, co nie? Może czas na mały awans. Zro­bię z cie­bie gońca biu­ro­wego trze­ciego stop­nia. Co ty na to?

- Ależ pro­szę pana...

- Ty mnie tu nie panuj! Pro­ste pyta­nie. - Spoj­rzał na nią dziw­nie, potem znów pocią­gnął nosem. - Fuj! Krew ci leci. Co, nie umiesz zacho­wać higieny?

- Krew mi leci? - zapy­tała tępo.

Blugg wska­zał tłu­stym, tępym pal­cem jej nogę.

- O, tu.

Spoj­rzała w dół. Rze­czy­wi­ście, krew cie­kła po jej łydce. Czuła ją teraz, pły­nącą w dół wzdłuż uda.

To upo­ko­rze­nie zni­we­czyło całe kru­che opa­no­wa­nie. Nagłe, cza­ro­dziej­skie poja­wie­nie się krwi z jakiejś nie­spo­dzie­wa­nej rany prze­kłuło błonę zamy­ka­jącą wszyst­kie jej lęki i nie­po­koje. Roz­pła­kała się.

- Cho­lera. - Blugg się skrzy­wił. - Czemu taki szajs zawsze musi tra­fić na mnie? - Z obrzy­dze­niem wska­zał jej drzwi. - No idź! Idź pro­sto do pie­lę­gniarki i zrób wszystko, co ci każe.

***

- Gra­tu­luję - powie­działa pie­lę­gniarka. - Jesteś już kobietą.

Była zgorzk­niałą, starą istotą o świń­skich oczkach, spi­cza­stym nosie i oślich uszach. Poka­zała Jane, jak zło­żyć pod­pa­skę i co z nią zro­bić. Potem wygło­siła wykuty na pamięć wykład o higie­nie oso­bi­stej, dała pacjentce dwie aspi­ryny i ode­słała ją do sypialni.

Kogut już tam był. Leżał w gorączce na łóżku, z głową owi­niętą ban­da­żami.

- Chyba straci lewe oko - powie­działa Dymka. - To zna­czy, jeśli prze­żyje. Powie­dzieli, że jak dzi­siaj w nocy nie umrze, to pew­nie z tego wyj­dzie.

Jane nie­śmiało dotknęła jego ramie­nia, choć ledwo mogła to wytrzy­mać. Skórę miał bladą jak wosk i zimną.

- Leć w niebo wyso­kie - wymam­ro­tał, zato­piony w jakimś nie­ziem­skim deli­rium. - Bądź sobą. Wybierz Pepsi.

Dłoń Jane odsko­czyła jak opa­rzona.

- Ja się nim zaj­muję. Ty się nie wtrą­caj. - Dymka wygła­dziła mu koc. Ton miała wyzy­wa­jący. Skoń­czyw­szy, odchy­liła się w tył, wzięła pod boki i cze­kała, aż Jane odpy­sk­nie. A kiedy to nie nastą­piło, uśmiech­nęła się nie­przy­jem­nie. - Czas, żebyś szła spać, co nie?

Jane kiw­nęła głową i poszła do swo­jego kąta.

Gri­muar cze­kał na nią. Chłop­cień zosta­wił go pod kocem, tak jak mu pole­ciła. Roze­brała się powoli; udało jej się roz­ło­żyć koc i wsu­nąć pod spód, nie odsła­nia­jąc księgi. Gdy otu­liła ją ramio­nami, poczuła łasko­ta­nie, jakby prze­pły­nął przez nią prąd o małym napię­ciu. Dziw­nie się poczuła.

Tej nocy wyda­wało się, że dzie­ciaki ni­gdy nie zasną. Kogut jęczał, krzy­czał i mam­ro­tał przez sen, a jego cier­pie­nie wszyst­kich prze­ra­żało. Co mniej­sze stwo­rze­nia powy­ła­ziły z łóżek, żeby tulić się do przy­ja­ciół. Nawet naj­starsi z nich od czasu do czasu wzdy­chali albo prze­wra­cali się na drugi bok, żeby nie patrzeć na jego mękę.

W końcu jed­nak Jane się docze­kała. Wszy­scy usnęli.

Po cichu wyśli­znęła się spod koca i weszła pod łóżko. Pod­wa­żyła poła­maną deskę i wci­snęła się w wąską szparę mię­dzy salą sypialną a ścianą szopy z pia­skiem. Było tu ciemno, pełno kurzu, ale nie duszno, bo żadna ze ścian nie się­gała do sufitu. Poczuła deli­katny prze­ciąg i zady­go­tała. Nie było jed­nak aż tak zimno, żeby zmu­sić ją do powrotu po ubra­nie. Po omacku zna­la­zła za sobą gri­muar i wcią­gnęła go przez szcze­linę.

Kogut jęk­nął. Wyso­kim, przy­tom­nym gło­sem zawo­łał:

- Dwa kotlety z wybor­nej woło­winy, sos spe­cjalny, sałata, ser...

Jane zaparło dech.

- I bułka z seza­mem. - Straszne to było, ten samotny głos mówiący do nikogo w pustce nocy. - Teflon.

Chwy­ciła dło­nią zła­maną deskę i wci­snęła ją na miej­sce. Teraz już nie było go sły­chać.

Usia­dła na pię­tach, poło­żyła sobie księgę na kola­nach i otwo­rzyła ją. Stro­nice były czarne i ciemne, litery jarzyły się jed­nak chłodno, sre­brzy­ste dla oka i śli­skie w dotyku. Odkryła, że jeśli skupi się na nich mocno, zaczyna ją wypeł­niać szept wyja­śnia­jący ich zna­cze­nie - choć jesz­cze nie rozu­miała sensu wszyst­kich słów. Tu tabela stopni sprę­ża­nia, tam roz­dział o tole­ran­cjach wymia­ro­wych cylin­drów. Na chwilę zatrzy­mała się nad para­me­trami kali­bra­cji krysz­ta­łów, potem kart­ko­wała dalej, pole­ga­jąc na opusz­kach pal­ców, że prze­każą jej kwin­te­sen­cję tego, po czym się prze­śli­zgują. Wer­to­wała dalej i dalej, aż dotarła do tego, czego szu­kała.

Był to wresz­cie roz­dział, w któ­rym napi­sano, jak się ste­ruje smo­kiem.

Do tej chwili sama nie wie­działa, o co jej cho­dzi. Teraz jed­nak, prze­su­wa­jąc dłońmi po sche­ma­tach peł­nych enig­ma­tycz­nych sym­boli kon­den­sa­to­rów, poten­cjo­me­trów, rezy­sto­rów i mas, prze­chy­la­jąc głowę, żeby móc popie­ścić policz­kiem rysunki tarcz i sche­maty obwo­dów, głę­boko wdy­cha­jąc wydzie­lany przez każdą z kart zapach atra­mentu i bie­lo­nego papieru, uświa­do­miła sobie, że uro­dziła się po to, żeby któ­re­goś dnia ukraść smoka.

Szpara mię­dzy ścia­nami była tak cia­sna, że Jane poob­cie­rała sobie ramiona. Nie zauwa­żała tego. Głowę miała pełną szyb­kich czar­nych smo­ków. To, co dotąd było nie­wi­dzialne, bo wszech­obecne, teraz sta­nęło jej przed oczyma. Sły­szała ich ponad­dźwię­kowe pod­niebne ryki, napę­dzane gnie­wem i ben­zyną. Czuła ich gra­wi­ta­cyjne przy­cią­ga­nie, prze­grzane podmu­chy, gdy prze­la­ty­wały. I widziała, jak sama leci jed­nym z nich, daleko, daleko stąd.

Naj­pierw jed­nak trzeba nauczyć się tego gri­mu­ara. Musi się nauczyć, jak się obsłu­guje smoka.

Przez wiele godzin mozo­liła się nad księgą, deli­kat­nie doty­ka­jąc i zapa­mię­tu­jąc cały roz­dział, znak po znaku. Pierw­sze czy­ta­nie skoń­czyła tuż przed śnia­da­niem. Wyczoł­gała się przez ścianę tuż przed gwizd­kiem na pobudkę i wyma­sze­ro­wała ze wszyst­kimi do sto­łówki, zie­wa­jąca, prze­mę­czona do szpiku kości i szczę­śliwa.

Następ­nej nocy po raz pierw­szy usły­szała, jak mówi do niej smok.

***

Trzy dni póź­niej Jane, Dymkę i Rzep zabrano do warsz­tatu mecha­nicz­nego. Wszyst­kie zwy­kłe miej­sca pracy były zajęte, więc Blugg po krót­kiej kłótni z bry­ga­dzi­stą wziął pod pachę pudło kół zęba­tych i popro­wa­dził je na górę. Wzdłuż całej dłu­go­ści budynku bie­gła gale­ryjka z poko­jami, nie­moż­li­wie zagra­cona i zaśmie­cona. Blug­gowi udało się jed­nak zna­leźć im miej­sce pomię­dzy drew­nia­nymi scho­dami a cegla­nym komi­nem od prze­my­sło­wego alem­biku. Poka­zał im roz­chwie­ru­tany drew­niany stół pod para­pe­tem okna i kazał oczy­ścić koła zębate ze smaru.

Potem wyszedł.

Okno dawno zostało zama­lo­wane, razem z szy­bami, białą, zie­loną lub szarą farbą - teraz trudno było się domy­ślić jaką - a pomię­dzy górną kra­wę­dzią przy­kle­jo­nego na stałe skrzy­dła okien­nego ziała sze­roka co naj­mniej na stopę szcze­lina. Nie­ustan­nie wpa­dało przez nią zimne powie­trze. Z zim­nem na próżno wal­czył wci­śnięty pod schody brą­zowy, ema­lio­wany grzej­nik na naftę.

- Zamień się ze mną - powie­działa Dymka, zaraz jak Blugg sobie poszedł. - Rzep i ja chcemy sie­dzieć bli­żej grzej­nika.

Jane chciała odmó­wić, ale Dymka cią­gle narze­kała, że jej zimno; może i fak­tycz­nie mar­zła bar­dziej. Rzep uśmie­chała się, raczej zło­wrogo. Chyba lepiej byłoby im w tej kwe­stii ustą­pić.

Wstała, prze­szła na drugą stronę stołu i bez słowa usia­dła.

Try­biki były wiel­ko­ści srebr­nych pen­só­wek, ale o wiele cień­sze, z drob­nymi ząb­kami, które kłuły, gdy dotknęło się ich czub­ków. Smar na nich był brą­zowy, pra­wie przej­rzy­sty i zasko­ru­piały, więc nie chciał scho­dzić. Pra­co­wały nad nim pil­nie, wie­dząc, że Blugg będzie do nich regu­lar­nie zaglą­dał.

A jed­nak kon­trola się nie poja­wiała. Mijały godziny. Blugg naj­wy­raź­niej o nich zapo­mniał.

Pra­cu­jąc, Jane gapiła się przed sie­bie, zato­piona w myślach o gri­mu­arze i gło­sie smoka - cią­gle nie była do końca pewna, czy aby na pewno go w nocy sły­szała. Marzyła o lśnią­cych heba­no­wych bur­tach i gład­kich, opły­wo­wych powierzch­niach, o sile i wytrzy­ma­ło­ści połą­czo­nej z bez­względną szyb­ko­ścią. Wyobra­żała sobie swoją dłoń na prze­pust­nicy, wła­dzę nad całą tą groźną potęgą.

Dymka obok wes­tchnęła.

Brud­no­srebrne świa­tło sło­neczne wle­wa­jące się górą okna nagle prze­cięły trze­po­czące skrzy­dła. Dymka zadarła głowę i zawo­łała z entu­zja­zmem:

- Ropu­sze jajka!

- Ropu­sze jajka? - zdzi­wiła się tępo Rzep. - Łeee. O czym ty gadasz?

- Tam u góry, pod dachem. Tam robią gniazda. - Dymka weszła na para­pet i sta­nęła na pal­cach. Wycią­gnęła rękę przez okno naj­da­lej, jak mogła, nie­cier­pli­wie wygi­na­jąc ogon. Po spodniej stro­nie oka­pów było widać parę błot­ni­stych bry­łek. - Cho­lera! No, nie mogę...

- Prze­cież nic tam nie będzie - zauwa­żyła Jane. - Kto by skła­dał jajka na jesieni.

- Ropu­chy skła­dają. Nie takie jak na wio­snę - z tych nic się nie wykluwa. To zapasy na zimę, żeby miały co jeść pod­czas Topo­ro­wego Księ­życa. - Spoj­rzała w dół, jej sze­ro­kie usta wykrzy­wił dziwny uśmiech. - Jaaaaane! Właź tu i zbierz mi tro­chę jajek!

- Ja nie umiem się wspi­nać! Weź sobie Kapkę albo Małego Dicka, albo...

Dymka i Rzep spoj­rzały na sie­bie i zanim Jane zdą­żyła zare­ago­wać, zmien­niczka chwy­ciła ją i pod­nio­sła ku Dymce. Młode feje były nad­na­tu­ral­nie silne. Ze śmie­chem wysu­nęły ją przez okno i popchnęły. Pudło z kół­kami zęba­tymi zostało kop­nięte, zawar­tość poto­czyła się po całej pod­ło­dze.

- No, kochana, wyła­zisz! - zain­to­no­wała Dymka.

Jane ner­wowo chwy­ciła się ramy. Zimny wiatr wiał jej w twarz, wyci­ska­jąc łzy z oczu. Po dru­giej stro­nie wybru­ko­wa­nego blocz­kami dzie­dzińca chwiał się ku niej Budy­nek 6, a nad nim skłę­bione ciemne chmury. W dole, z boku, widziała pokryty papą dach szopy na narzę­dzia, upstrzony odłam­kami cegieł i butel­kami po napo­jach. Do ziemi było co naj­mniej trzy­dzie­ści stóp.

- Matko święta! - sap­nęła Jane. Despe­racko szarp­nęła się, żeby wró­cić do środka.

Twarde, bez­li­to­sne dło­nie roz­pro­sto­wały jej palce. Szarp­nęły ją i wysta­wiły w pustkę. Macha­jąc rękami i oba­wia­jąc się, że zwy­mio­tuje, zaci­snęła mocno powieki i chwy­ciła się ramy. Całym cię­ża­rem spo­czy­wała teraz na gór­nej kra­wę­dzi okna. Tylko nogi miała w środku.

- Nie szarp się, bo cię upu­ścimy.

Znów chwy­ciła się ramy. Kru­cha farba sypała się płat­kami spod pal­ców. Pod­cią­gnęła się wzdłuż ściany. Cce­gły dra­pały jej poli­czek, nos wypeł­nił słodki, ostry zapach ropu­szych odcho­dów. Cała góra okna była od nich biała. I było zimno. Zady­go­tała.

- Pro­szę, pro­szę, zdej­mij­cie mnie - zabeł­ko­tała. - Dymko, skar­bie, zro­bię wszystko, co tylko zechcesz, zostanę twoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, tylko...

- Masz. - Uka­zała się dłoń z foliową torebką. - Nała­duj jajek i możesz scho­dzić.

Jane spadł but. Teraz poczuła, że Rzep ściąga jej skar­petkę. Ostry czu­bek palca prze­je­chał pośrodku stopy, przy­sta­nął, potem zaskro­bał w naj­czul­szym miej­scu.

- Prze­stań ją łasko­tać! Jak spad­nie, nie będzie jajek. - Dłoń poru­szyła się nie­cier­pli­wie w górę i w dół. - No, bierz tę torbę.

Jane usłu­chała. Wzięła głę­boki wdech i otwo­rzyła oczy. Czuła tak silne mdło­ści i zawroty głowy, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że patrzy od spodu na okap dachu. Było tam ze dwa­dzie­ścia gniazd, pęka­tych, bro­daw­ko­wa­tych kształ­tów z otwo­rem na boku, jak felerne sło­iki.

Ropu­chy roz­pro­szyły się, gdy Jane wysu­nęła się z okna. Pola­ty­wały zde­ner­wo­wane nie­da­leko, histe­rycz­nie łopo­cząc skrzy­dłami o czar­nych pió­rach. To były paskudne stwo­rze­nia, mie­szańce kawek i lubież­nych pła­zich samic - tak jak ich ojco­wie, sły­nęły ze zło­dziej­stwa. Ich gniazda prze­waż­nie usu­wano z dachów, bo płazy lubo­wały się w świe­cą­cych przed­mio­tach i w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści zwie­rząt, pra­wie - albo wcale - nie bały się ognia. Sły­szało się o poża­rach budyn­ków, kiedy pod­kra­dały palące się nie­do­pałki i zano­siły je do gniazd. Nie­bez­pieczne to było.

Dygo­cąc, wycią­gnęła rękę. Gniazdo było tuż poza jej zasię­giem. Nie­szczę­śliwa, wie­dząc, że Dymka nie przyj­mie takiego uspra­wie­dli­wie­nia, wzięła głę­boki, uspo­ka­ja­jący wdech i zmu­siła się do wychy­le­nia w powie­trze. Wypro­sto­waw­szy rękę, którą trzy­mała się okna, mogła już łatwo dosię­gnąć naj­bliż­szego gniazda. Wci­snęła dłoń przez otwór.

Wnę­trze gniazda było wyście­lone mięk­kim czar­nym puchem, jedwa­bi­stym w dotyku. Poma­cała głę­biej i zna­la­zła kupkę lep­kich, cie­płych jaj. Wygar­nęła je i wypro­sto­wała się w talii, wra­ca­jąc do okna. Nie­zdar­nie otwo­rzyła torebkę i wrzu­ciła do niej jajka. Zsu­nęły się na dno jak jedna masa.

Nie zebrała jesz­cze wszyst­kich. Wychy­liła się po raz drugi, by zgar­nąć te prze­ga­pione. Tym razem było ich tylko pół gar­ści, a do tego dwa kawałki folii alu­mi­nio­wej, odła­mek szkła i chro­mo­wana nakrętka. Te przed­mioty upu­ściła na zie­mię daleko w dole.

Dru­gie gniazdo. Szybko wygar­nęła jajka. Gdy cofała rękę, lodo­waty podmuch wia­tru prze­nik­nął jej przez ubra­nie. Wie­działa, że nie powinna patrzeć w dół, ale ten nagły wir powie­trza pogor­szył jesz­cze zawrót głowy. Chciało jej się pła­kać, ze stra­chu i z fru­stra­cji, ale nie odwa­żyła się.

Jeśli teraz zacznie pła­kać, to już ni­gdy nie prze­sta­nie.

W tym gnieź­dzie, oprócz jaj były kolejne kawałki cyn­fo­lii i pozie­le­niały, ostry kawa­łek mie­dzia­nej bla­chy, który spra­wił, że przez jedną pełną prze­ra­że­nia chwilę myślała, że coś ją ugry­zło - nadziała się bowiem pal­cem na jego róg.

- Mam już pra­wie pół torby! - krzyk­nęła. - Mogę scho­dzić?

- Mało.

- Ale już dalej nie się­gnę. Naprawdę nie dam rady.

W szcze­li­nie okna poka­zała się twarz Dymki. Na moment roz­luź­nił się uścisk na nogach Jane, która krzyk­nęła ze stra­chu. Dymka zmru­żyła oczy z namy­słem.

- Tamto. - Poka­zała. - Tam się­gniesz.

Jane roz­bo­lały palce. Nie była pewna, czy jest w sta­nie się dalej utrzy­mać. Spodnia strona okapu roz­my­wała się od wytę­ża­nia wzroku, ale kiedy zamy­kała oczy, wyda­wało jej się, że cały świat kozioł­kuje - wtedy musiała szybko je otwie­rać, bo ina­czej stra­ci­łaby rów­no­wagę.

Zmu­siła się do wycią­gnię­cia ciała naj­da­lej, jak mogła.

Dalej nie się­gała.

- Dymko... - zaczęła płacz­li­wie.

- Zbie­raj jajka!

Było już tylko jedno wyj­ście. Prze­su­nęła się nieco wyżej na ramie okna, tak że teraz opie­rała się o nią w poło­wie ud. Wycią­gnęła się tak daleko, że czuła, jak trzesz­czą jej kości.

Wsu­nęła dłoń do kolej­nego gniazda. Poczuła cie­pło puchu, a potem śli­ską lep­kość. Wygięła palce i wygar­nęła jajka.

Nie­stety, ropu­chy zaczy­nały z powro­tem nabie­rać odwagi. Skrze­czały na nią i kra­kały, pró­bo­wały odstra­szyć, prze­la­tu­jąc w pobliżu. Jedna pra­wie zde­rzyła się z jej twa­rzą, a gdy Jane unio­sła łokieć, by się zasło­nić, odbiła się od przed­ra­mie­nia z moc­nym, ośli­złym trza­skiem. Żołą­dek pod­szedł jej do gar­dła z obrzy­dze­nia.

- Trzy­maj mnie mocno za nogi - szep­nęła, nie­prze­ko­nana, że ją sły­chać, ale nie­zdolna ode­zwać się ani odro­biny gło­śniej. Wypro­sto­wała się w talii.

I już była na oknie. Przy­tu­liła się do niego mocno.

Przez dłuż­szą chwilę nie była w sta­nie się ruszyć. Gdy tro­chę doszła do sie­bie, drżą­cymi rękami otwo­rzyła torebkę i wrzu­ciła do niej ostat­nią garść jajek. Coś zaiskrzyło czer­wono. Wsu­nęła do środka dwa palce, żeby to wyło­wić.

To był rubin.

Rubin był długi jak pół jej kciuka, sze­ścio­kątny w prze­kroju i pła­ski na obu oku­tych sre­brem koń­cach - prze­my­słowy krysz­tał, uży­wany w okul­ty­stycz­nych sys­te­mach infor­ma­tycz­nych do prze­cho­wy­wa­nia i prze­twa­rza­nia danych. Był mniej­szy niż ogry­zek ołówka, ale wart pew­nie wię­cej niż cała Jane.

Pro­blem pole­gał na tym, że bała się go znieść na dół razem z jajami, bo Dymka, w swo­jej chci­wo­ści, wysła­łaby ją na górę po wię­cej. Mogłaby, gdyby się odwa­żyła, wsa­dzić go z powro­tem do gniazda, ale nie miała już na to siły ani odwagi. A gdyby go upu­ściła i ktoś go póź­niej zna­lazł, Dymka dowie­dzia­łaby się i domy­śliła, co się stało.

Para­pet był cały biały od odcho­dów. Wetknęła w nie kamień i powie­działa:

- Opusz­czaj­cie mnie. Mam te wasze jajka.

***

Dymka wyrwała jej torebkę z ręki, zanim zdą­żyła chwiej­nie zejść z para­petu i paść na stół.

- Dobra Janie, doobra Mniam-Janie - ura­do­wała się, wsu­wa­jąc rękę głę­boko do torebki i ładu­jąc wielką garść gala­re­to­wa­tej masy w gor­li­wie nad­sta­wione dło­nie Rzep. Jedno jajko wsu­nęła do ust i prze­wró­ciła eks­ta­tycz­nie oczyma, gdy pękło. Wypchała sobie usta kolej­nymi.

Try­biki walały się po całej pod­ło­dze. Jane ze znu­że­niem wypro­sto­wała pudełko i zaczęła je zbie­rać.

- Dymka? - zapy­tała w końcu. - Czemu wy mnie tak nie­na­wi­dzi­cie?

Dymka uśmiech­nęła się jajecz­nie. Rzep otwo­rzyła sze­roko usta, uka­zu­jąc żółte od żół­tek wnę­trze. Do warg miała poprzy­le­piane kawałki sko­ru­pek.

- Chcesz tro­chę? W końcu je zebra­łaś.

Łzy napły­nęły Jane do oczu.

- Ni­gdy nic wam nie zro­bi­łam. Czemu mnie tak trak­tu­je­cie?

Rzep wypchała sobie policzki jaj­kami. Dymka swoje połknęła, potem wywró­ciła torebkę na drugą stronę i zaczęła ją wyli­zy­wać.

- Sły­sza­łam, że zosta­niesz goń­cem u Blugga - powie­działa.

- Raczej małym zwie­rząt­kiem Blugga - plu­nęła Rzep. - Tym będziesz, co, panienko-pod­mianko?

- Nie, wcale nie!

- Wiesz, czego on naprawdę będzie chciał, co? - Dymka wsu­nęła rękę pod spód­nicę Rzep, a ta prze­wró­ciła oczyma w uda­wa­nej eks­ta­zie. - Chce, żebyś była jego przy­du­pa­ską.

Jane pokrę­ciła głową.

- Nawet nie wiem, co to zna­czy.

- Chce wło­żyć swo­jego wacława do two­jej pipulki.

- Ale co wy gada­cie?! - jęk­nęła. - Czemu miałby...?

Oczy Dymki roz­bły­sły twardą czer­wie­nią jak dwa gra­naty.

- Nie uda­waj mi tu nie­wi­niątka! Sły­sza­łam, jak w nocy wykra­dasz się z łóżka i wła­zisz za ścianę, żeby wsa­dzać sobie palce do norki.

- Nie. Naprawdę, nie.

- Aha, nie. Pew­nie, że nie. Taaakiego cze­goś byś w życiu nie zro­biła. Mała grzeczna panna pod­mie­niec. Masz się za kogoś spe­cjal­nego, co? Cze­kaj no, zoba­czysz, jak będziesz się sta­wiać, jak Blugg wsa­dzi ci w kaka­owe oko!

Rzep zaczęła ska­kać i tań­czyć wokół Jane, pod­no­sząc spód­niczkę powy­żej pasa i wywi­ja­jąc swoim chu­dym tył­kiem.

- Kaka­owe oko, kaka­owe oko - śpie­wała. - Kaka­owe, kaka­owe oko.

- Tylko mi pamię­taj, lala. - Dymka chwy­ciła ją za koł­nierz, zebrała poły razem i unio­sła ją. - Ja tu roz­ka­zuję. Co powiem, robisz, jesteś tym goń­cem czy nie, przy­du­pa­sem czy nie. Słu­chasz mnie. Rozu­miesz?

- Tak, Dymka - odpo­wie­działa bez­rad­nie Jane.

- Do buzi też ci będzie chciał - zadrwiła Rzep.

***

Kogut leżał w łóżku przez tydzień, zanim odzy­skał świa­do­mość na tyle, by zacząć kon­tak­to­wać. U szczytu wyczer­pa­nia leżał bez ruchu, oddy­cha­jąc z tru­dem - każdy wdech był chra­pliwy i udrę­czony. Cza­sami krzy­czał. Kiedy indziej wyle­wały się z niego potoki glo­so­la­licz­nego beł­kotu.

- Pro­le­ta­riu­sze nie mają nic do stra­ce­nia poza swo­imi kaj­da­nami - mówił. - Lucky Strike zna­czy przedni tytoń.

Co noc Jane cze­kała, aż reszta zaśnie, i wykra­dała się za ścianę, żeby zapo­zna­wać się z gri­mu­arem. Kiedy wpa­dała w czy­tel­ni­czy trans, na wpół eks­tazę, na wpół wyczer­pa­nie, w tyle głowy odzy­wał się głos smoka. Mówił jej, że oboje są więź­niami. Mówił, że ich losy są ze sobą sple­cione, opo­wia­dał o wol­no­ści, któ­rej zaznają, kiedy razem odlecą, opi­sy­wał nie­skoń­czone łań­cu­chy gór z zim­nymi gór­skimi jezio­rami, archi­pe­lagi połu­dnia, powy­krę­cane jak jasz­czurki, i pod­niebne gniazda zako­twi­czone mię­dzy jesien­nymi gwiaz­dami. Sie­działa mię­dzy ścia­nami tak długo jak mogła wytrzy­mać, zasłu­chana, wycho­dząc dopiero wtedy, gdy gro­ziło jej, że zaśnie i prze­gapi poranne spraw­dza­nie obec­no­ści. Nie wie­działa, czy ów głos jest rze­czy­wi­sty, czy zmy­ślony, i prawdę mówiąc, nie obcho­dziło jej to.

Czuła wewnętrzny przy­mus, by go słu­chać.

Gdy wra­cała do sypialni, zawsze szo­ko­wał ją widok leżą­cego w łóżku Koguta - tak doku­ment­nie o nim zapo­mniała. Wyda­wał się kimś obcym: ośli­zły od potu, błysz­czący jak owad, który utknął w poło­wie meta­mor­fozy. Ropa prze­sią­ka­jąca przez brzegi ban­daża deli­kat­nie fos­fo­ry­zo­wała, jak tru­po­gień. I dziw­nie pach­niał.

Czuła się potwor­nie winna. Wie­działa, że powinna go pie­lę­gno­wać, ocie­rać mu pot, zmie­niać ban­daże, robić, co tylko się da, żeby zła­go­dzić ból. Ale odrzu­cał ją, jesz­cze bar­dziej niż obce demony pra­cu­jące na Wydziale A jako sny­ce­rze i sto­la­rze, o któ­rych plotki mówiły, że są kani­ba­lami i kopro­fa­gami. Nie mogła się zmu­sić, by się do niego zbli­żyć.

***

Któ­re­goś wie­czoru dzieci wró­ciły z tupo­tem do sypialni, by zastać Koguta zbu­dzo­nego i cze­ka­ją­cego na nie. Pod­niósł się i oparł o wez­gło­wie łóżka. Na ich widok wykrzy­wił usta w czymś, co według niego miało być uśmie­chem.

- Tak wcze­śnie z pracy? Za moich cza­sów robiło się do wie­czora, a jak. Te mło­dziaki dzi­siaj, ja nie wiem.

Dzieci zebrały się lękli­wie przy drzwiach.

- No chodź­cie. Nie ma co się tak cofać. To ja!

Zaże­no­wane zbiły się jesz­cze cia­śniej.

- No dobra. To jak to poszło? Blugg nie żyje?

Nikt nie odpo­wie­dział.

Teraz Kogut się zanie­po­koił.

- Zadzia­łała ta laleczka czy nie?

Dymka odchrząk­nęła.

- Jesz­cze nie pró­bo­wa­li­śmy - przy­znała.

- Wy mię­czaki. - Twarz Koguta jarzyła się deli­kat­nie, jak miąższ jakichś magicz­nych grzy­bów z głębi lasu. Ban­daże miał zasko­ru­piałe, nie­zmie­niane od wielu dni. Powieki opa­dły mu, potem znowu się unio­sły. - A czemu nie?

- Bo Dymka powie­działa... - zaczął Szczu­dłak.

- ...że mamy na cie­bie pocze­kać - dodała pośpiesz­nie Jane.

Dymka obda­rzyła ją szyb­kim spoj­rze­niem, mówią­cym dobit­nie: "Nie myśl, że sobie tym na coś zasłu­żysz". Dwu­krot­nie trzep­nęła ogo­nem.

- Żeby mieć pew­ność, że zro­bimy to jak trzeba.

- A, jak tak, to dobrze. - Kogut nie był aż tak sub­telny i nie zauwa­żył dys­kret­nej wymiany spoj­rzeń. - To nie tak źle, jak myśla­łem. - Kiw­nął na Szczu­dłaka. - Sły­szysz? Zadbamy, przy­ja­cielu, o twój inte­res.

Szczu­dłak poki­wał głową na boki, rado­śnie, gro­te­skowo szczę­śliwy i mający roz­koszną pew­ność, że przy­ja­ciel go ochroni. Widząc taką wiarę, Jane nie miała wyboru: musiała przy­znać sama przed sobą, że już nie wie­rzy w plan Koguta. Byli tylko dzie­cia­kami. Ich pro­ste zaklę­cia nawet nie tkną kogoś doro­słego, jak Blugg. Kie­row­nic­two na pewno zapew­niło im ochronę przed takimi ata­kami, ina­czej bry­ga­dzi­ści pada­liby jak muchy, codzien­nie. Pew­nie w ogóle nie zauważy, że go zaata­ko­wali. Poczuła zimno i odrę­twie­nie.

- Dawać świeczkę, zro­bimy to teraz - powie­dział Kogut. A potem, gdy Dymka nie zare­ago­wała: - No rusz się, krowo! Ruszaj się, kurwa!

Młoda hul­dra nie­chęt­nie usłu­chała. Wetknąw­szy świecę mię­dzy deski pod­łogi, odcze­kała odpo­wied­nio długą chwilę, by wyglą­dało na to, że spo­dziewa się, że Kogut zapali ją zaklę­ciem, po czym trza­snęła sztor­mową zapałką.

Siarka zaskwier­czała i zapło­nęła.

- A gdzie laleczka? - zapy­tał Kogut.

Zawsty­dzona Jeżata wycią­gnęła ją. Kogut prze­su­nął pal­cem po jej brzu­chu, wyma­cu­jąc pod tka­niną ostre paznok­ciowe ścinki, potem podał ją Szczu­dła­kowi.

- Ty to zrób - powie­dział.

Szczu­dłak auto­ma­tycz­nie spoj­rzał na Dymkę, szu­ka­jąc apro­baty.

Dymka zaci­snęła usta i kiw­nęła głową.

- Cicho - roz­ka­zał Kogut.

Znie­ru­cho­mieli. Z zewnątrz dobie­gały nakła­da­jące się na sie­bie odgłosy maszyn, przy­ja­ciel­skie pomruki, jęki i postu­ki­wa­nia. A dokład­nie pod nimi było sły­chać mia­rowe, ledwo sły­szalne, skrzyp-skrzyp-skrzyp buja­nego fotela. Blugg gwiz­dał bal­ladę o Królu Elfów, zmie­nia­jąc tempo i melo­dię w miarę, jak fotel przy­śpie­szał i zwal­niał.

- Teraz! - szep­nął Kogut.

Szczu­dłak wetknął laleczkę w pło­mień.

Była uszyta ze sta­rego nylonu, który w ogniu zaczął wydy­mać się w bąble i czer­nieć. Powie­trze wypeł­nił paskudny smród. Potem z sykiem zajęła się bawełna w środku i Szczu­dłak, wystra­szony, upu­ścił lalkę. Odsu­nął się w tył, ssąc palce.

W momen­cie, gdy pło­mień dotknął brzu­cha lalki, Jane zdrę­twiały usta. Sap­nęła. Język zro­bił się opuch­nięty i bolący, jakby dotknęła nim pokrzywy. Oczy­wi­ście! Na ścin­kach były jesz­cze śla­dowe ilo­ści jej śliny. Dzia­łał na nią jakiś drobny uła­mek klą­twy.

Może i uda się tego Blugga zabić.

Jeżata zaczęła pła­kać, ale Kogut nie zwra­cał na nią uwagi. W jego oczach tań­czył zło­wrogi pło­mień. Siadł pro­sto na łóżku, z zaci­śnię­tymi pię­ściami i głową odrzu­coną w tył.

- Tak! - krzyk­nął. - Tak, wła­śnie! Zdy­chaj, gnoju, zdy­chaj!

A kiedy Kapka i Mały Dick zaczęli gorącz­kowo gasić pło­mie­nie, żeby się nie roz­lały, zaśmiał się trium­fal­nie.

W tym momen­cie z dołu dobie­gło wale­nie w sufit i Blugg zawo­łał:

- Co wy tam knu­je­cie, łobuzy?! Niech mnie kule, zaraz tam wejdę i jak dam pasem...

Umil­kli.

Minutę póź­niej usły­szeli na scho­dach jego cięż­kie kroki, a do tego drugi, bar­dziej sprę­ży­sty odgłos ude­rza­ją­cej o udo skóry.

Kogut był przy­bity. Wszyst­kie dzieci, jak jedno, odwró­ciły się od niego ku Dymce, która mach­nęła ręką i roz­ka­zała:

- Pod koł­dry, już! Ruchy!

Roz­bie­gły się do łóżek, wbrew wszyst­kiemu licząc na to, że omi­nie je zbio­rowa kara. Jane także. Zdą­żyła jed­nak zauwa­żyć, że Rzep szcze­rzy się z satys­fak­cją.

Teraz ich sze­fem była Dymka.

III

Wszy­scy uznali, że to wina Jane.

Od razu po zło­że­niu ofiary z laleczki dostała wyso­kiej gorączki. Szczu­dłak przez trzy dni w ogóle nie mówił, a na dło­niach i twa­rzy Jeża­tej wykwi­tła bąblo­wata wysypka. Oprócz tego obra­ziła się, ale to nie­wiele odbie­gało od jej poprzed­niego cha­rak­teru, więc mało które dziecko zwró­ciło na to uwagę. Wszy­scy widzieli, że klą­twa miała swoją siłę - trzeba więc było jakoś wytłu­ma­czyć, czemu Blug­gowi nic się nie stało.

Dymka roz­po­wie­działa wszyst­kim, a Rzep potwier­dziła, że Jane w gabi­ne­cie Blugga wystra­szyła się i ucie­kła bez ścin­ków paznokci. Jane, osła­biona, nie była za bar­dzo w sta­nie się bro­nić, a chłop­cień, prze­stra­szony i zdez­o­rien­to­wany całą kłót­nią, także na nic się nie przy­dał.

Kogut oczy­wi­ście znał prawdę - dotknął ścin­ków paznokci wła­snymi pal­cami. Mimo to, nie ode­zwał się sło­wem. Po tam­tej chwili triumfu znów mu się pogor­szyło. Zamilkł i tylko łypał na wszyst­kich podejrz­li­wie. Jane stra­ciła zatem wszyst­kich przy­ja­ciół.

Ostra­cyzm pogłę­biła jesz­cze nowa posada, jaką dał jej Blugg. Jako goniec musiała nosić odbla­skową poma­rań­czową kami­zelkę. Skła­dała się z dwóch pła­tów mate­riału, przodu i tyłu, wkła­da­nych przez głowę i wią­za­nych w talii czte­rema lami­no­wa­nymi tasiem­kami. Czuła się w niej nie­zręcz­nie, jak nazna­czona.

Praca była łatwa, ale nowa. Przez cały okres szko­le­niowy cho­dziła za obcho­dzą­cym fabrykę Blug­giem i trzy­mała gębę na kłódkę.

- Tu są szafki z licz­ni­kami - bur­czał. Albo: - Stąd bie­rze się szmer­giel, zawsze tylko w małych toreb­kach i pamię­taj, żeby zacho­wać żółtą kopię zamó­wie­nia.

Jane ze zdu­mie­niem odkryła, jak nie­wiele Blugg robi w porów­na­niu ze swymi pod­wład­nymi - wyda­wało się, że jego praca składa się z bez­ce­lo­wego łaże­nia oraz dłu­gich, nie­zro­zu­mia­łych roz­mów, na wpół służ­bo­wych, a na wpół plot­kar­skich. Cza­sem gry­wał w domino z przy­sa­dzi­stym face­tem z Działu Zaku­pów - obaj zgar­bieni nie­ru­chomo nad deską, zer­ka­jący na sie­bie podejrz­li­wie i sza­chru­jący przy każ­dej oka­zji.

- Umyj twarz - powie­dział pod­czas któ­rejś prze­rwy na lunch. - Ręce też i wyszo­ruj paznok­cie. Musisz zro­bić dobre wra­że­nie.

- Czemu? - zapy­tała.

- Nie twoja sprawa! Nie twój inte­res, czemu. Rób, co mówię, i tyle.

Blugg poszedł za nią do umy­walni i stał tam, kiedy się myła, pil­nu­jąc, by namy­dliła się sza­rym mydłem. W pew­nym momen­cie wła­sną śliną starł jej jakąś plamę z ucha.

Wyszli na zimną mżawkę i pode­szli do nie­wiel­kiego kan­torka zaraz przy głów­nej bra­mie. Blugg zapu­kał i weszli do środka.

W kan­torku sie­działa ele­gancka, smu­kła, ubrana na czarno elfka. Patrzyła przez okno i paliła papie­rosa. Kiedy weszli, odwró­ciła głowę, nic tylko puder i wyso­kie kości policz­kowe. Dość bez­na­mięt­nie zapy­tała:

- Czy to ona?

- To ona - przy­tak­nął Blugg.

Elfka wstała. Była o dobre pół­to­rej głowy wyż­sza od Blugga. Stu­ka­jąc obca­sami, pode­szła do Jane i ści­snęła kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym jej pod­bró­dek. Odwró­ciła jej głowę w jedną, potem w drugą stronę, marsz­cząc kry­tycz­nie czoło.

- Bar­dzo posłuszna - powie­dział Blugg, jak prze­ku­pień. - Robi dokład­nie, co się każe, pstryk i już, nie trzeba jej dwa razy powta­rzać.

Jane wpa­trzyła się w oczy elfki. Były zimne, jak szare okru­chy lodu, a cerę wokół nich pokry­wały skom­pli­ko­wane bruzdy zmarsz­czek, suge­ru­jąc cał­kiem nie­wi­doczne z dru­giego końca pokoju lata i dzie­się­cio­le­cia. Nagle zwi­działo jej się, że ta twarz to tylko cie­niutka maska nacią­gnięta na czaszkę kobiety.

W pozba­wio­nych bły­sku oczach poja­wiło się coś na kształt zro­zu­mie­nia.

- Ty się mnie boisz?

Jane pokrę­ciła ze stra­chem głową.

- A powin­naś.

Oddech elfki pach­niał kan­dy­zo­wa­nymi sło­dy­czami i niko­tyną. Z uszu zwi­sały dwie podłużne perły, dłu­gie jak pół jej palca wska­zu­ją­cego, wyrzeź­bione w tępe wężowe kształty. Palce zaci­skały się na pod­bródku Jane, aż łzy zaczęły mimo woli napły­wać jej do oczu.

Wresz­cie uwol­niła ją z uści­sku.

- Zasta­no­wię się - powie­działa. Mach­nęła ręką ku drzwiom. - Może­cie iść.

Kiedy zna­leźli się na dwo­rze, Blugg był w nie­wy­tłu­ma­czal­nie świet­nym nastroju.

- Wiesz, kto to był? - Pra­wie zare­cho­tał. I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, dodał: - Ona jest z Gre­en­le­afów! Z Gre­en­le­afów!

Jane nie­mal natych­miast zapo­mniała o tym spo­tka­niu. Dla niej było to tylko jedno z wielu dziw­nych zda­rzeń.

***

Nie­długo potem Kogut wró­cił do pracy. Demony ze sto­larni zro­biły mu wóze­czek, żeby poru­szał się, póki nie będzie miał siły samo­dziel­nie cho­dzić, a Jane i Szczu­dłak codzien­nie wozili go w nim do pracy i z powro­tem, każde cią­gnąc za jedną rączkę wózka.

Któ­re­goś wie­czoru, gdy pro­wa­dzono ich z powro­tem do noc­le­gowni, musieli zatrzy­mać się przy bra­mie, bo dzienna zmiana aku­rat koń­czyła pracę. Musieli pocze­kać w cie­niu mon­stru­al­nego, czar­nego Zegara, prze­pusz­cza­jąc potok kuś­ty­ka­ją­cych, powłó­czą­cych nogami i pod­ska­ku­ją­cych robot­ni­ków. Wszy­scy docho­dzący pra­cow­nicy cze­kali w kolejce do Zegara. Odbi­jali w nim swoje karty, cało­wali kamień z Bogi­nią i odcho­dzili.

Szczu­dłak patrzył tęsk­nie za bramę. Widział tam tylko par­king i zapy­lony zakręt asfal­to­wej drogi, ale gapił się, jakby to były Wyspy Zachod­nie. Blugg pod­szedł do niego od tyłu, poło­żył mu dłoń na ramie­niu.

Szczu­dłak zadarł głowę.

Sze­ro­kie usta Blugga wykrzy­wiły się w wyra­zie nie­mal przy­po­mi­na­ją­cym uśmiech. Wysku­bał z nasady szyi Szczu­dłaka małe piórko, przy­su­nął je do zmru­żo­nych oczu.

- Huhmmmm. - Wło­żył piórko do ust i powoli, delek­tu­jąc się, roz­pu­ścił je na języku. - Chyba już naj­wyż­szy czas, żebyś poszedł do lecz­nicy, co? - mruk­nął. - Jane! Przy­po­mnij mi z rana, żebym posłał tego tu do dok­tora na...

Nie było pew­no­ści, czy Szczu­dłak rozu­miał, o czym Blugg mówi. Ale coś w nim pękło. Z wyso­kim, roz­pacz­li­wym krzy­kiem puścił uchwyt wózka i pobiegł.

Blugg zaklął i ocię­żale ruszył za nim, lecz ze swoją tuszą nie miał szans dogo­nić drob­nej, chu­dej postaci. Robot­nicy odwra­cali się, roz­dzia­wia­jąc usta, kiedy ich mijał. W porów­na­niu z nim ruszali się powoli, jak muchy w krzep­ną­cej smole. Jane z prze­ra­że­niem zaci­snęła dło­nie na fał­dach spód­nicy.

- Szczu­dłak, nie rób tego! - wrza­snął Kogut. Usiadł pro­sto w wózku, z twa­rzą woskową i bladą. - Wra­caj!

Szczu­dłak jed­nak już nie mógł usłu­chać. Roz­ło­żyw­szy sze­roko ręce, pobiegł wzdłuż drogi. Stwo­rze­nia z dzien­nej zmiany stały jak wryte, gapiąc się nań tępo. Prze­biegł wzdłuż Zegara i przez bramę.

Zna­lazł się na zewnątrz.

W miarę jak biegł, wyda­wało się, że jego ręce gru­bieją i uno­szą się. Wła­ści­wie, zmie­niało się całe ciało, wydłu­żała się szyja, grzbiet wygi­nał się ku przo­dowi, nogi zani­kały, chude jak ołówki.

- Dora­sta - szep­nęło w osłu­pie­niu któ­reś z mniej­szych dzieci.

- Durna! - wark­nęła Dymka. - Jak ci się zdaje, po co jest Zegar?

To była prawda. Z każ­dym odda­la­ją­cym go od Zegara kro­kiem Szczu­dłak posu­wał się o dni, tygo­dnie, mie­siące. Już nie był dziec­kiem. W jed­nej chwili prze­mknął przez fazę mło­dzień­czą, nabrał barw. Już był doro­sły.

Wtem sko­czył w powie­trze i pofru­nął. Przez jedną cudowną chwilę było dokład­nie tak, jak wyobra­żała sobie Jane. Zapa­mię­tale trze­po­tał swo­imi nowymi skrzy­dłami, z wysił­kiem pnąc się w górę. Z jego ust dobył się śmiech zasko­cze­nia.

Był wspa­niały.

Mur wokół terenu fabryki zasło­nił go na moment, gdy wzla­ty­wał. Uka­zał się znów nad bramą, coraz mniej­szy. Kie­ro­wał się na wschód. Nagle zachwiał się, opadł. Dziki trze­pot ramion osłabł, coraz mniej sku­tecz­nie zagar­niał powie­trze. Brą­zo­wor­dzawe upie­rze­nie posi­wiało. Ze skrzy­deł opa­dło jedno pióro. Potem kolejne. Sypały się jedno za dru­gim, gęsto jak płaty śniegu pod­czas zamieci.

Szczu­dłak spadł.

W dro­dze do noc­le­gowni wszy­scy mil­czeli. Nawet Blugg, choć wście­kły, nie znaj­do­wał słów; wyma­chi­wał tylko bez­rad­nie pię­ściami w powie­trzu. Kogut zaś miał twarz jak wykutą z kamie­nia.

***

Wczoł­gu­jąc się tej nocy do łóżka, Jane ze zdzi­wie­niem zauwa­żyła, że tam już czeka na nią Kogut, oparty ple­cami o ścianę, z pod­wi­nię­tymi pod sie­bie nogami. Ogar­nął ją nie­po­kój, dotkliwy jak elek­tryczny wstrząs, zanim jed­nak zdą­żyła się ode­zwać, on zady­go­tał spa­zma­tycz­nie i suchym, pła­skim szep­tem powie­dział:

- Coś nie­do­brego się z tobą dzieje. - Zachwiał się. - Coś... złego.

- Daj spo­kój - powie­działa, zmu­sza­jąc się do tro­skli­wego tonu. - Musisz wra­cać do łóżka. - Wzięła go za rękę, zdu­miona, jaki jest lekki, jak nie­wielki sta­wia jej opór, i popro­wa­dziła do jego łóżka. Uło­żyła, okryła kocem. Doty­ka­nie go nie było aż tak obrzy­dliwe, jak sobie wcze­śniej wyobra­żała.

- Nie, nie. Musisz...

Po raz pierw­szy otwo­rzył oko. Nie miało białka. Źre­nica była więk­sza niż szcze­lina mię­dzy powie­kami - roz­ro­sła się do czar­nego, bez­świetl­nego otworu wycho­dzą­cego na inny świat. Z prze­stra­chem puściła jego ramię.

- Nie tylko... Szczu­dłak... doj­rze­wał. Inni też. Ja widzę. Nie za dużo, ale tro­chę tak.

Znów zady­go­tał. Ogar­nęła go wena, wędro­wała mu pod skórą, gro­ziła poła­ma­niem kości od wewnątrz. Szczu­płe ciało wiło się pod napo­rem jej siły, jak pra­cu­jący ponad miarę sil­nik.

Poha­mo­wu­jąc strach, Jane weszła pod jego koc. Okryła się razem z nim obfi­tymi jak namiot fał­dami. Objęła Koguta. Skórę miał zimną jak trup.

- Widzia­łem cię we śnie - zaskrze­czał. - Widzia­łem.

- Ciii.

- Stra­ci­łem naj­lep­szego przy­ja­ciela - powie­dział. - Ale nie cie­bie. - Głos mu słabł. Mio­tał głową to w jedną, to w drugą stronę, jakby usi­ło­wał zła­pać nie­uchwytną myśl. - Widzie­li­śmy świa­tełko na końcu tunelu. Zdławmy infla­cję teraz! Gdzie dobre płoty, tam dobrzy sąsie­dzi1.

- Ciii, ciii. - Przy­tu­liła go mocno, dzie­ląc się wła­snym cie­płem i nie słu­cha­jąc.

W końcu wena go opu­ściła. Leżał, dysząc, wyczer­pany, zmar­z­nięty i spo­cony. Twarz miał szarą. Dopiero wtedy Jane wymknęła się do swo­jego łóżka.

***

Pew­nego dnia Blugg zabrał Jane wcze­śniej z pracy. Zapro­wa­dził ją do swo­jego pokoju, typo­wej jaskini trolla, peł­nej poczer­nia­łych dębo­wych mebli i paskud­nej cera­miki malo­wa­nej w sen­ty­men­talne sceny. Puk krad­nący jabłka. Porwa­nie Europy. Posta­wił ją pośrodku pokoju i gło­śno wcią­gnął nosem powie­trze. Małe świń­skie oczka wydały się zado­wo­lone.

- Dobrze, że cho­ciaż nie krwa­wisz. - Wska­zał pół­otwarte drzwi. - Tam jest wanna. I mydło. Umyj się porząd­nie. Dokład­nie.

Za drzwiami było cia­sno i ciem­nawo, pach­niało deli­kat­nie amo­nia­kiem i pusz­cza­nymi wia­trami. Na brzegu cyn­ko­wej niecki leżała kostka kre­mo­wo­bia­łego, pach­ną­cego bzem mydła. Jane roze­brała się i, dzier­żąc je obu­rącz jak miecz, weszła do paru­ją­cej wody.

Myła się powoli, myśląc o wyrzut­niach napalmu, pusz­kach z elfią zarazą i lase­rowo napro­wa­dza­nych poci­skach powie­trze-zie­mia. Od myśli o sys­te­mach uzbro­je­nia smoka jego głos robił się moc­niej­szy, na tyle silny, że go czuła, deli­kat­nie, jak łaskotki, nawet kiedy fizycz­nie nie doty­kała księgi.

Zapa­dła w podobny do snu trans, dotyk cie­płej wody na nagiej skó­rze, głos smoka nie­mal realny. Powoli prze­su­wała kostką kwia­to­wego mydła w górę i w dół po ciele. Sche­maty ukła­dów smoka uno­siły się jej przed oczyma jak man­dala.

Smok, jak się zdaje, nale­gał, żeby nie pozwo­liła Blug­gowi się tknąć.

Jane nie odpo­wie­działa. Wie­działa, że jego napo­mnie­nia, obo­jętne: rze­czy­wi­ste czy będące pro­jek­cją jej wła­snych lęków, zda­dzą się na nic. Blugg, jeśli zechce, i tak jej dotknie. Jest od niej więk­szy i zrobi z nią, co mu się spodoba. Tak to już jest.

Jej mil­cze­nie wywo­łało wybuch wście­kło­ści - wydało jej się, że widzi smoka, odda­la­ją­cego się na zachód po nie­bie, i sie­bie, pozo­sta­wioną samą sobie, samotną i nie­zmie­nioną, do końca życia uwię­zioną w fabryce. Ten atak gniewu był pod­szyty czymś, co mogło być tylko stra­chem.

Wła­śnie deli­kat­nie obmy­wała kępkę puszy­stych wło­sków, które wyro­sły jej pomię­dzy nogami. Puściła mydło, a ono wypły­nęło na powierzch­nię. Prze­krzy­wiła głowę, żeby na nie spoj­rzeć, jedno oko pod wodą, dru­gie nad nią. Uda­wała, że jest łodzią, gale­onem, który zabie­rze ją daleko, daleko stąd. Woda falo­wała w górę i w dół, poru­szana odde­chem. Wyda­wało się, że cały świat się koły­sze.

Pod­łoga zaskrzy­piała od cięż­kich, zbli­ża­ją­cych się kro­ków. W uszach Jane brzmiały one jak akord, gło­śniej­sze poskrzy­py­wa­nie w uchu nad powierzch­nią wody oraz jego wodny odpo­wied­nik w dru­gim uchu. Poczuła obec­ność gru­basa za swoim kar­kiem i zamknęła oczy. Świa­tło przy­ga­sło, gdy nakrył ją jego cień.

- Dobra, star­czy.

Unio­sła wzrok, spoj­rzała na dziw­nie krzywy uśmiech.

- Opłucz się, wytrzyj i się ubie­raj. Mamy randkę na Zamku.

***

Zamek był nie­re­gu­lar­nym cegla­nym domo­stwem usy­tu­owa­nym pra­wie na środku terenu fabryki. Star­szy niż fabryczne budynki, które wyro­sły wokół, oto­czyły go i zastra­szyły, był mniej wię­cej tak sty­lowy, jak prze­wró­cona na bok puszka po her­bat­ni­kach. Wszel­kie ozdoby i murarka skryły się pod grubą war­stwą prze­my­sło­wej sadzy, a po ścia­nach spły­wały z oka­pów czarne smugi, jak ślady łez.

Chuda elfka otwo­rzyła drzwi z pełną dez­apro­baty miną i, mach­nąw­szy ręką, wpu­ściła Jane do środka.

- Możesz przyjść za dwie godziny - powie­działa, zamknęła Blug­gowi drzwi przed nosem, po czym odwró­ciła się i ruszyła przed sie­bie.

Jane nie miała wyboru: musiała pójść za nią.

Dom był znacz­nie więk­szy w środku niż na zewnątrz. Elfka popro­wa­dziła ją wąskim kory­ta­rzem, w któ­rym wysoko, w pół­mroku wisiały podobne do lumi­ne­scen­cyj­nych meduz kan­de­la­bry, potem w górę scho­dami i przez ciąg poko­jów. Wszyst­kie domowe sprzęty były kosz­towne, ale ni­gdy nie stu­pro­cen­towo czy­ste. Ada­masz­kowe obi­cia sof miały prze­tar­cia, a koron­kowe firanki były zetlałe jak stare paję­czyny. Tło­czone tapety na ścia­nach prze­sią­kły papie­ro­so­wym dymem i poli­turą, odbi­ja­jąc echem tysiące dni nie­róż­nią­cych się niczym od sie­bie.

Przez jedne z drzwi Jane zoba­czyła salon, w któ­rym wszyst­kie meble stały sobie spo­koj­nie na sufi­cie. Półki pełne dro­bia­zgów oraz olejne por­trety wisiały do góry nogami na ścia­nach, a za oknami szara mżawka padała do góry. Elfka zmarsz­czyła czoło.

- Nie dla nas - powie­działa i trza­snęła drzwiami.

W końcu dotarły do nie­uży­wa­nej sypialni. Wie­kowy bal­da­chim łoża zaczy­nał się rwać przy kół­kach, a świeczka na noc­nym sto­liku posza­rzała od kurzu i chy­liła się dys­tyn­go­wa­nie na bok. Elfka otwo­rzyła szafkę, wycią­gnęła duże kar­to­nowe pudełko. Zasze­le­ściła bibułka.

- Włóż to. - Unio­sła różową sukienkę.

Jane posłu­chała, sta­ran­nie skła­da­jąc czę­ści gar­de­roby. Elfka zacmo­kała, widząc jej bie­li­znę, i wycią­gnęła z szafki ele­gant­szą, jedwabną.

- To też.

Sukienka była jasno­ró­żowa, lniana, z bufia­stymi rękaw­kami. Zblu­zo­wany sta­nik miała wyszy­wany w drobne różowe kwiatki, a spód­nicę w zie­lone listki. Zwę­żała się w talii, a potem opa­dała pro­sto do kolan. Rąbek miał kolejne kółko hafto­wa­nych róży­czek.

Elfka przy­glą­dała się jej przy ubie­ra­niu, marsz­cząc brwi i paląc.

- Mło­dzi mar­nują swoją mło­dość - rzu­ciła w któ­rymś momen­cie. Ale nic wię­cej nie dodała.

Sukienka zapi­nała się na ple­cach na per­łowe guziczki. Się­ga­jąc nie­zręcz­nie do tyłu, Jane udało się zapiąć wszyst­kie: pod­dała się dopiero przy ostat­niej perełce, na karku.

- Oj, niech mnie Cer­nun­nos - burk­nęła elfka. Zro­biła szybki krok i dopięła koł­nie­rzyk. - Może obej­rzyj się w lustrze.

Spo­glą­da­jąc w lustro na szpo­nia­stych łapach, spo­dzie­wała się ujrzeć kogoś innego. Ujrzała jed­nak sie­bie. Sta­nik sukienki był obci­sły, przez co wyda­wała się szer­sza w bio­drach. Zde­cy­do­wa­nie była prze­zna­czona dla o wiele młod­szego dziecka. Jed­nakże Jane nie wyglą­dała w niej na młod­szą ani na kogoś innego - raczej na samą sie­bie o nie­przy­jem­nie pod­kre­ślo­nych nie­do­sko­na­ło­ściach. Unio­sła rękę, i odbi­cie też tęsk­nie się­gnęło, żeby jej dotknąć. Zatrzy­mała dłoń tuż przed szkłem.

- Dobrze, pro­szę pani. To co mam robić?

- Zaraz się dowiesz. - Otwo­rzyła drzwi. - Tędy.

Pięć minut póź­niej weszły do wiel­kiej jaskini gabi­netu. W wyso­kim kominku pło­nęły polana, kolumny po obu stro­nach pod­pie­rały potrójne kafel­ko­wane skle­pie­nie. Na ścia­nach wisiały obrazy i zdję­cia w mie­dzio­cyn­ko­wych i ema­lio­wa­nych ramach, poroża, reli­gijne fety­sze w takiej obfi­to­ści, że wzrok nie nadą­żał ich ogar­nąć, oraz półki pełne ksią­żek opraw­nych w skórę o jesien­nej bar­wie. Pod­łoga, dla odmiany, była pusta, jeśli nie liczyć szez­longu, bujaka oraz poroz­kła­da­nych tu i ówdzie dywa­nów.

W wyło­żo­nym podusz­kami fotelu buja­nym sie­dział elfi dzie­dzic. Nie bujał się. Był nie­sa­mo­wi­cie stary, brą­zowy i sękaty jak uschnięte drzewo. Gapił się przed sie­bie.

- Ojcze, to jest mała Jane. Przy­szła tu dzi­siaj na wie­czór, poba­wić się.

Oczy sta­rego magnata obró­ciły się ku niej, ale cała reszta ani drgnęła.

- Spodoba ci się, prawda? Zawsze lubi­łeś dzieci.

Jane dygnę­łaby, gdyby wie­działa jak, ale tego chyba od niej nie wyma­gano. Stała pośrodku pokoju, pod­czas gdy elfka wycią­gała zza szez­longu wiel­kie drew­niane pudło.

Magnat nie zare­ago­wał. Żywe w nim były tylko oczy, nie zdra­dzały jed­nak ani odro­biny jego myśli.

- Pro­szę pani... - powie­działa Jane. - Co mu jest?

- Nic mu nie jest - odpo­wie­działa sztywno elfka. - To Bal­dwynn z Bal­dwynnów. Z Gre­en­leaf-Bal­dwynnów. Będziesz oka­zy­wać mu należny sza­cu­nek. Jesteś tutaj, by uprzy­jem­niać mu wie­czory. Jeśli będziesz się odpo­wied­nio zacho­wy­wać, będzie ci wolno przy­cho­dzić tu regu­lar­nie. Ale jeśli nie, to nie. Czy wyra­żam się jasno?

- Tak, pro­szę pani.

- Możesz się do mnie zwra­cać "pani Gre­en­leaf".

- Dobrze, pani Gre­en­leaf.

Na dywa­niku przed komin­kiem stało pudło z zabaw­kami.

- Cóż - powie­działa pani Gre­en­leaf. - Baw się nimi, dziecko.

Jane nie­pew­nie uklę­kła obok zaba­wek. Pogrze­bała w pudle. Było pełne praw­dzi­wych cudów: kom­plet pałe­czek do jedze­nia ze wstaw­kami z kości sło­nio­wej i macicy per­ło­wej. Malutki dia­bel­ski młyn, który naprawdę się krę­cił, z waha­dłowo zawie­szo­nymi sie­dze­niami i wyma­lo­wa­nymi po bokach wszyst­kimi zna­kami zodiaku. Kom­plet żoł­nie­rzy­ków, z łucz­ni­kami i sape­rami, dwie pełne armie, każda z wła­snym cza­ro­dzie­jem-dowódcą. Magiczny dzwo­ne­czek, który po potrzą­śnię­ciu wypeł­niał głowę łagodną melo­dią, prze­piękną, kiedy brzmiała, i nie­moż­liwą do przy­po­mnie­nia chwilę po tym, jak umil­kła. Kostki do gry w hacele.

Pani Gre­en­leaf roz­sia­dła się na szez­longu. Roz­ło­żyła gazetę i zaczęła czy­tać. Cza­sem czy­tała jakiś arty­kuł na głos, na uży­tek swo­jego ojca.

Jane przez dwie godziny bawiła się zabaw­kami. Nie miała z tego takiej przy­jem­no­ści, jak można by się spo­dzie­wać. Nie­ustan­nie pamię­tała o obec­no­ści magnata, o świ­dru­ją­cym jej plecy wzroku. Te oczy chło­nęły wszystko, a nie wycho­dziło z nich nic. Miał naj­bar­dziej nie­zdrową aurę, jaką w życiu czuła, potężną oso­bo­wość, która wyda­wała się groźna, kapry­śna, nie­prze­wi­dy­walna. Od czasu do czasu zer­kała na nogawki jego spodni, na wyglan­so­wane, ozdobne czubki butów. Ni­gdy wyżej. Cał­kiem jakby sie­działa w jed­nym pokoju z prze­grza­nym kotłem i patrzyła, czy wybuch­nie, czy nie.

- O, tu jest cie­kawy arty­kuł. Wyco­fują te stare pan­cer­niki klasy Nep­tun, a stocz­nie adap­tują do kutrów rakie­to­wych. Ty masz jakieś ich akcje, prawda?

Bal­dwynn sie­dział w fotelu i patrzył przed sie­bie.

***

Była już noc, gdy Jane wró­ciła do drzwi, prze­brana z powro­tem we wła­sne ubra­nie, czu­jąc dziwną ulgę z uwol­nie­nia od tego dusz­nego pokoju, jego nie­sa­mo­wi­tego wła­ści­ciela i drę­twych uwag pani Gre­en­leaf. Blugg stał na ganku, dygo­cąc z zimna. Kiedy spoj­rzała na niego, łyp­nął ponuro.

- Możesz ją przy­pro­wa­dzić za dwa dni o tej samej porze - powie­działa elfka. A potem dodała ofi­cjal­nym tonem: - Wyrazy naszej wdzięcz­no­ści.

Jane spo­dzie­wała się, że Blugg ją ude­rzy albo, w naj­lep­szym razie, pocią­gnie za ucho, a potem przez całą drogę do noc­le­gowni będzie jej wymy­ślał i narze­kał. Jed­nakże i tym razem słowa pani Gre­en­leaf dziw­nie go roz­ra­do­wały.

- Wdzięcz­no­ści - mówił. - Wyrazy naszej wdzięcz­no­ści! To jest coś, naprawdę coś.

Nie poszli pro­sto do noc­le­gowni, ale prze­szli przez skła­do­wi­sko do kuźni, gdzie Blugg zatrzy­mał się, żeby napić się z kotło­wym cho­chli­kiem, miesz­ka­ją­cym w wyco­fa­nym z użytku piecu. Cho­chlik był drobną istotką z boko­bro­dami, któ­rej wyraź­nie impo­no­wała postura i pew­ność sie­bie Blugga. Przy­niósł dzba­nek i dwie szklanki.

- No i co, udało się? - zapy­tał nie­cier­pli­wie. - Jak poszło?

- Świet­nie, kurwa - odparł Blugg. - Mam jej wdzięcz­ność. Oso­bi­ste wyrazy wdzięcz­no­ści, rozu­miesz, wdzięcz­ność Gre­en­le­afa.

Stuk­nęli się szklan­kami, a cho­chlik zaczął wypy­ty­wać go o szcze­góły.

Warsz­tat był pusty i ciemny, nie licząc czer­wo­nego żaru w usta­wio­nych rzę­dem pie­cach i jed­nej gołej żarówki nad pie­cem cho­chlika. Pozo­sta­wiona sama sobie, Jane wyco­fała się do cie­nia. Zna­la­zła cie­pły zaka­ma­rek u pod­stawy pieca i usa­do­wiła się na żużlu. Przy­jem­nie pach­niał kok­sem i dymem.

Czu­jąc się znu­żona i wyżęta z ambi­cji, Jane oparła się o ścianę i pomy­ślała o swoim smoku. Ostatni tydzień poświę­ciła na naukę jego ukła­dów elek­trycz­nych - teraz zwi­zu­ali­zo­wała je sobie w cało­ści, jako sieć lśnią­cych srebr­nych kre­sek roz­wie­szoną na tle aksa­mit­nego nieba. Potra­fiła obra­cać ją w myślach, patrzeć, jak dru­ciki zbli­żają się do sie­bie, zbie­gają i omi­jają, orbi­tu­jąc naj­pierw wokół jed­nej osi, potem dru­giej.

Po pew­nym cza­sie poczu­cie obec­no­ści smoka zaczęło nara­stać. A razem z nim swego rodzaju ner­wowa ener­gia, nie­spo­kojna z natury siła, która prze­pę­dzała sen, choć nie usu­wała zmę­cze­nia.

Obec­ność smoka ema­no­wała cie­płem, nie­mal zado­wo­le­niem, że nie została tknięta przez Blugga. A jed­no­cze­śnie kryły się w niej jakieś nie­czy­ste otchła­nie. Im lepiej go pozna­wała, tym bar­dziej uświa­da­miała sobie, że przy­naj­mniej pod wzglę­dem moral­nym smok nie jest lep­szy od Blugga czy kogo­kol­wiek innego z fabryki.

Ale mieli wspólny cel.

- Nie chciał - szep­nęła Jane, nie­pewna, czy ją sły­chać. Po dru­giej stro­nie pieca Blugg i cho­chlik recho­tali pijacko. Łatwo było odróż­nić mysie piski i basowe, trol­lowe pomruki. - Ja nie mia­łam nic do powie­dze­nia.

Smok ema­no­wał jed­nak uczu­ciem i akcep­ta­cją. Jane poczuła przy­mus. Stopy zaczęły się nie­cier­pli­wić. Nie wysie­dzi za tym pie­cem ani sekundy dłu­żej.

Powoli, dys­kret­nie, wymknęła się stam­tąd.

Pora, żeby wresz­cie poznała smoka.

IV

Jane wykra­dła się na skła­do­wi­sko. Obec­ność smoka wypeł­niała ją jak dłoń pacynkę. Na dwo­rze pano­wało zimno, a zie­mia była czarna. Z wiszą­cego nisko nieba spa­dały pierw­sze tej zimy, nie­przy­jemne płatki śniegu.

Czu­jąc się potwor­nie bez­bronna, prze­szła wąskim kory­ta­rzy­kiem pomię­dzy kuź­nią a halą mon­ta­żową, mija­jąc gigan­tyczne hałdy bla­chy kotło­wej, i weszła na sta­cję roz­rzą­dową.

Za siat­ko­wym ogro­dze­niem smoki sze­le­ściły i szczę­kały łań­cu­chami. Jane prze­kra­dała się po dru­giej stro­nie, sta­ra­jąc się pozo­stać mała i nie­ważna, bojąc się dra­pież­nych machin i mając przy­krą świa­do­mość ich krwa­wych i peł­nych pogardy myśli. W cie­niu szopy z butlami z gazem wspięła się na płot i zesko­czyła na plac.

Jakiś smok prych­nął i prze­ra­żona Jane ucie­kła bie­giem, jak pędzony wia­trem liść.

Smoki nie raczyły nawet zwró­cić uwagi na pędzącą mię­dzy ich cie­niami drobną postać; taki nędzny kąsek nie zaspo­ko­iłby ich nisz­czy­ciel­skich ape­ty­tów. Chrzęsz­cząc na żużlu, prze­bie­gła wzdłuż maje­sta­tycz­nych machin, kie­ru­jąc się do nie­uży­wa­nego i zachwasz­czo­nego kąta skła­do­wi­ska.

Tam, pomię­dzy pry­zmą nasą­czo­nych kre­ozo­tem pod­kła­dów i górą gni­ją­cych skrzy­nek po amu­ni­cji, leżał wrak smoka. Do połowy zara­stały go jeżyny, sucha trawa, malwy i koronka kró­lo­wej Mab. Rdza wyżarła mu dziury w bokach kotła. Na bur­cie był wyma­lo­wany łusz­czą­cymi się cyframi numer 7332.

Jane zamarła, dygo­cąc z kon­ster­na­cji.

To nie może być jej smok!

- Prze­cież on nie żyje - szep­nęła. - Nie żyje.

Jed­nakże, mimo mdlą­cego roz­cza­ro­wa­nia, wie­działa, że się myli. Żył, oka­le­czony i nie­spełna rozumu, pie­lę­gnu­jąc w roz­bi­tym kadłu­bie ostat­nią iskierkę życia i hodu­jąc halu­cy­na­cje. Zła­pał ją na lep swo­jego sza­leń­stwa, na swoje fan­ta­zje o ucieczce.

Chciała odwró­cić się na pię­cie, uciec i ni­gdy nie wró­cić. Nagle znów poczuła ten przy­mus i prze­stała pano­wać nad wła­snym cia­łem. Nogi pode­szły do szcząt­ków smoka. Ręce się­gnęły ku dra­bince na bur­cie. Gdy się wspi­nała, szcze­ble dźwię­czały pod sto­pami.

Weszła do wypa­lo­nej kabiny, prze­rdze­wia­łej i znisz­czo­nej, drzwi zatrza­snęły się za ple­cami. Samotna w mroku, poczuła zmie­szane zapa­chy palo­nego węgla i wyso­ko­ok­ta­no­wego paliwa. Z głębi machiny dobie­gło bucze­nie. Pod­łogą zatrzę­sła deli­katna wibra­cja, która prze­nio­sła się w górę nóg Jane. Powie­trze było cie­płe.

Pul­pity ze wskaź­ni­kami roz­świe­tliły się powoli, jakby jakaś nie­wi­dzialna dłoń obró­ciła poten­cjo­me­trem. Wnę­trze smoka prze­nik­nęło deli­katne zie­lon­kawe świa­tło.

Kabina się odmie­niła.

Rdza i zwę­glony pla­stik stały się chro­mo­waną stalą, optycz­nym szkłem i gład­kimi heba­no­wymi powierzch­niami. Osmo­lony słu­pek pośrodku kabiny oka­zał się leżanką pilota, z ciem­no­kar­ma­zy­no­wej skóry z mięk­kimi pod­ło­kiet­ni­kami.

Jane wsu­nęła się na leżankę. Dopa­so­wała się do jej cię­żaru, otu­liła w bio­drach, unio­sła, by pode­przeć plecy. Wszystko znaj­do­wało się dokład­nie w tych miej­sach, o któ­rych mówił gri­muar. Prze­su­nęła pal­cami po przy­rzą­dach ste­ro­wa­nia sil­ni­kiem. Pstryk­nęła prze­łącz­ni­kiem, spo­wiły ją cyber­ne­tyczne sys­temy. Chwy­ciła gumowe uchwyty na koń­cach pod­ło­kiet­ni­ków i prze­krę­ciła o ćwierć obrotu. Podwójne igły wśli­znęły się bez­bo­le­śnie w prze­guby rąk.

Wypu­kłe gogle zamknęły się na jej oczach. Zaczęła patrzeć na świat wizu­ali­za­cjami smoka - wid­mem szer­szym niż widzialne, się­ga­ją­cym głę­boko w dół w pod­czer­wień i daleko w górę w ultra­fio­let. Bocz­nice oplo­tły poma­rań­czowe i srebrne linie ener­ge­tyczne, ceglane ściany fabrycz­nych budyn­ków stały się fio­le­to­wymi kwar­co­wymi urwi­skami. Gwiazdy na nie­bie były czer­wo­nymi, poma­rań­czo­wymi i zie­lo­nymi punk­ci­kami.

A potem wpa­dła, kom­plet­nie bez wstrząsu, w jego wspo­mnie­nia: leciała nisko nad Lyonesse, bom­bar­du­jąc napal­mem. Za ogo­nem smoka roz­kwi­tały różowe obłoki, kłę­biące się nad soczy­ście zie­loną dżun­glą. Czuła dygot nad­dźwię­ko­wego przy­śpie­sze­nia, lami­narny opływ powie­trza wokół skrzy­deł, gdy wyko­ny­wała cia­sną beczkę, by unik­nąć dzia­łek prze­ciw­smo­czej bate­rii. Fale radiowe były gęste od komu­ni­ka­tów, okrzy­ków zło­ści i triumfu jej pobra­tym­ców oraz bez­na­mięt­nych namia­rów, któ­rymi wymie­niali się piloci. Na hory­zon­cie uka­zały się czarne cętki, dywi­zjon nie­przy­ja­ciela już wystar­to­wał im na spo­tka­nie. Z rado­ścią zawró­ciła, widząc nowe wyzwa­nie.

Drżała od adre­na­liny i zastęp­czych emo­cji. Pra­wie ze szlo­chem wykrzyk­nęła:

- Kim ty jesteś?!

Jestem lancą, co krwi się domaga.

Na kon­ty­nen­cie wiecz­nej nocy ście­rały się armie. Umysł smoka ogar­niał je wszyst­kie, zimny jak pół­nocny ocean i rów­nie potężny. Jane nie­mal tonęła w jego bru­tal­nych marze­niach. Migaw­kowy kadr: elfi żoł­nie­rze na ziemi, z unie­sio­nymi wysoko włócz­niami, pozu­jący obok pry­zmy głów-tro­feów. Uśmie­chy mieli elek­try­zu­jące, sze­ro­kie, eks­ta­tyczne. Sze­reg pło­ną­cych jak pochod­nie trolli. Mia­sto nad morzem rosnące w celow­ni­kach, smu­kłe wieże roz­pry­sku­jące się w krysz­ta­łowe odłamki i pył. Po policz­kach popły­nęły jej łzy, wiel­kie, mokre i cie­płe.

Teraz wzno­siła się, samot­nie, ponad chmury jaśnie­jące moc­niej niż stu­wa­towe żarówki, w powie­trze zimne jak lód i rzad­sze niż sen. Smo­cza żądza krwi już była jej wła­sną żądzą, roz­ko­szo­wała się nią, zachwy­cała pięk­nem jej okrut­nej pro­stoty.

- Nie! Nie o to mi cho­dziło! Jak masz na imię?

Została rap­tow­nie wyrwana z tych wspo­mnień: wylą­do­wała spo­cona i wyczer­pana na leżance w ste­rowni. Igły cof­nęły się, prze­guby zapie­kły. Przez gogle zoba­czyła smoka sku­lo­nego na dru­gim końcu placu, uno­szą­cego jedną pazu­rza­stą łapę. Wpa­try­wał się, nie mru­ga­jąc, w księ­życ. W słu­chaw­kach ode­zwał się chro­po­waty i chłodny jak szum dale­kich gwiazd głos:

- Możesz mi mówić 7332.

Jane poczuła się brudna. Z jed­nej strony cie­szyła się, że uwol­niła się z umy­słu smoka, z dru­giej, pra­gnęła znów tam wró­cić, jesz­cze raz poczuć tę wspa­niałą wol­ność od wszel­kich wąt­pli­wo­ści i wahań. Patrząc na smoka w prze­ciw­le­głym kącie skła­do­wi­ska, poczuła chęć, by wejść do niego i odle­cieć, daleko, na zawsze, i już ni­gdy nie wró­cić.

- I tak się sta­nie - obie­cał 7332.

- Naprawdę? To się uda? - Nagle trudno jej było to sobie wyobra­zić. - Z zewnątrz jesteś taki... prze­rdze­wiały, znisz­czony.

- To masko­wa­nie, moja mała zbaw­czyni. Gdyby nasi władcy wie­dzieli, że jesz­cze dzia­łam, dokoń­czy­liby to, co zaczęli, kiedy mnie tu przy­wieźli. Jestem zbyt nie­bez­pieczny, żeby mogli mnie zigno­ro­wać.

Jane musnęła pal­cami pul­pity, gła­dząc gałki poten­cjo­me­trów i prze­su­wa­jąc dłońmi po rzę­dach włącz­ni­ków, któ­rych noc po nocy uczyła się z gri­mu­ara. Aż krę­ciło jej się w gło­wie od moż­li­wo­ści, jakie otwie­rało posia­da­nie ich w rze­czy­wi­sto­ści.

- Możemy lecieć teraz? - zapy­tała.

Sil­niki zady­go­tały baso­wym hur­go­tem, prze­ni­ka­ją­cym całe jej ciało. 7332 śmiał się.

- Masz gri­muar. To już coś na począ­tek. Mając to i trzy klu­cze, możemy lecieć w każ­dej chwili.

- Trzy klu­cze?

- Pierw­szy to rubin z chro­mową skazą w środku.

- Widzia­łam go! - odpo­wie­działa ze zdu­mie­niem Jane. - Ja... To twoja sprawka?

- Słu­chaj uważ­nie. Czasu jest nie­wiele. Rubin uak­tywni mój lase­rowy sys­tem napro­wa­dza­nia. To pierw­szy klucz. Drugi też jest mały. Wygląda jak orzech wło­ski, ale jest zro­biony z mosią­dzu i chłodny w dotyku.

- To też widzia­łam... - powie­działa nie­pew­nie Jane.

- Jest w pudle z zabaw­kami w gabi­ne­cie Bal­dwynna. Musisz mi go przy­nieść; zawiera frag­ment mojej pamięci. A trzeci klucz już mamy. To ty.

- Ja?

- Ty, mój pod­mieńcu. Jak myślisz, czemu Tyl­wyth Tegi wykra­dły wła­śnie cie­bie? Żebyś się pociła i dusiła w fabry­kach? To by się nie opła­ciło! Nie, trzy­mają cię tutaj, póki nie doro­śniesz na tyle, żeby cię wyko­rzy­stać. Smoki, jak zapewne wiesz, buduje się z zim­nego żelaza, wokół serca z czar­nej stali. Gene­ru­jemy pole magne­tyczne, które dla elfich panów i ich sług jest rako­twór­cze. Sami nie są w sta­nie nas pilo­to­wać. Pilot musi mieć krew śmier­tel­nego.

- Czyli ja... mam być pilo­tem? - Per­spek­tywa była tak osza­ła­mia­jąca, że Jane, ośle­piona ambi­cją, na moment cał­kiem zapo­mniała o ucieczce.

7332 zaśmiał się. Nie był to miły śmiech.

- Ludzki pilot? To nie­moż­liwe! Pilot musi być godny zaufa­nia, lojalny wobec sys­temu, zwią­zany z nim krwią i szko­le­niem. Nie zda­rzyło się, żeby ktoś inny niż istota pół­krwi dostała upraw­nie­nia do lata­nia smo­kiem. Nie, cie­bie prze­zna­czono do roz­rodu.

Chwilę potrwało, zanim dotarł do niej sens tych słów. A wtedy zatrzę­sła się jak od fizycz­nego ciosu. Chcieli z niej zro­bić klacz roz­pło­dową! Miała rodzić dla nich dzieci, pół­elfy, które zaraz po uro­dze­niu zabiorą, żeby wycho­wać na wojow­ni­ków. Zapło­nął w niej zimny gniew.

- Podaj mi swoje imię - powie­działa.

- Już poda­łem.

- To tylko numer seryjny. Potrze­buję imie­nia, żeby poznać twoje dane ope­ra­cyjne. - Takich modeli, do któ­rych mógł się zali­czać, były setki; indeks w gri­mu­arze cią­gnął się bez końca. Bez głów­nego klu­cza, sam numer seryjny nic nie mówił. - Bez danych ope­ra­cyj­nych nie dam rady tobą ste­ro­wać.

- Żad­nych imion.

- Ale ja muszę!

W zim­nym jak szum szep­cie poja­wiła się nuta zło­ści.

- Pod­mieńcu, za kogo ty mnie masz? Mój gatu­nek góruje nad twoim. Twoja rola to uwol­nie­nie mnie. Ja w zamian cię stąd zabiorę. Nie pró­buj prze­sko­czyć sama sie­bie.

- Nie mogę uwol­nić cię z wię­zów, nie zna­jąc two­jego praw­dzi­wego imie­nia - skła­mała Jane. - Tak jest napi­sane w gri­mu­arze.

Świa­tła zga­sły.

Jane sie­działa w ciem­no­ści, pośród cich­ną­cego wycia cho­wa­ją­cych cyber­ne­tyki ser­wo­me­cha­ni­zmów. Drzwi otwo­rzyły się z trza­skiem.

Wystrój wnę­trza 7332 odno­wił się lub prze­padł, gdyż w chłod­nym bla­sku księ­życa znów stało się wypa­lone i mar­twe. Jane wstała, otrze­pu­jąc płatki spa­lo­nego winylu, które poprzy­le­piały się z tyłu do sukienki.

- Nie zmie­nię zda­nia - powie­działa wojow­ni­czo. - Potrze­bu­jesz mojej pomocy. Więc jeśli chcesz być znów wolny, musisz mi podać swoje imię.

Nie docze­kała się odpo­wie­dzi. Zatem wyszła.

***

Blugg miał jakiś plan. Jane nie miała poję­cia jaki, ale zwią­zane z nim machi­na­cje dawały jej zaję­cie na całe następne dni - ganiała od zakładu sprę­żyn do wagowni, od zakładu napę­dów do śru­bowni, a stam­tąd z powro­tem, po dro­dze wpa­da­jąc do labo­ra­to­rium meta­fi­zycz­nego. Posłał ją do wydziału obróbki cylin­drów, żeby zare­zer­wo­wała trzy dni pracy roz­wier­ta­rek, potem do biura prze­tar­go­wego, by ode­brała zakle­joną kopertę od sta­rego, zde­gra­do­wa­nego inży­niera, który wiele lat temu stra­cił jedno oko i oboje uszu w ramach kary dys­cy­pli­nar­nej. A kiedy poszła do maga­zynu odczyn­ni­ków, żeby zapy­tać, ile jest jesz­cze na sta­nie eks­traktu z prze­stępu, zaopa­trze­nio­wiec zało­żył dru­ciane oku­lary i spoj­rzał na nią zaczer­wie­nio­nymi oczyma.

- A czemu to Blugga inte­re­suje? - zapy­tał.

Jane wzru­szyła ramio­nami.

- Mnie nie powie­dział.

- Szy­kuje się do awansu, to aku­rat jest jasne. Wszy­scy mówią, że ma popar­cie Bal­dwynna przy tym pro­jek­cie. Wszy­scy gadają, ale nikt nie wie na pewno. Tu ciężko dojść, kto komu sze­fuje, więc byle cha­mi­dło z kara­lu­chem w gło­wie może... - Urwał rap­tow­nie. - Naprawdę ma chody u Bal­dwynna? Takie zero jak Blugg, jak mu się to udało? A w ogóle, jak się odwa­żył? Co on w ogóle kom­bi­nuje?

- Naprawdę nie wiem.

- Coś tam musisz wie­dzieć. - Kan­ce­li­sta był brą­zowy jak kora drzewa i tak gro­te­skowo chudy, że oczy ster­czały mu na boki; wyglą­dał jak zbie­ra­nina gałą­zek, jak te paty­kowe ludziki wie­szane na tycz­kach i pod­pa­lane w noc Hog­ma­nay. Pstryk­nął na nią pal­cami i powie­dział: - Poma­gie­rzy zawsze wszystko wie­dzą. - Po jego twa­rzy roz­lał się uśmiech, który miał za przy­po­chlebny. - Wszę­dzie się wśli­zną i wkradną, jak te myszy, we wszystko wsa­dzą wąsate nosy.

- Nie, naprawdę nie.

- Gówno prawda! - Wal­nął dło­nią w kon­tuar. - To ma jakiś zwią­zek z Grimp­kem, co nie? Z tym sta­rym dzia­dem bez uszu, z Wydziału A? - Odwró­cił głowę w bok, by móc łyp­nąć na nią jedy­nym okiem. - Tak myśla­łem! Coś z tą jego słynną kon­struk­cją nogi, na pewno. - Wypro­sto­wał się, recho­cząc. - No, jeśli Blugg myśli, że tym wej­dzie w łaski Zarządu, to możesz mu powie­dzieć... możesz mu powie­dzieć... - Zro­bił chy­trą minę. - Nie, nie mów tego. Powiedz mu - wykrę­cił się, żeby zer­k­nąć na sze­regi beczek uło­żo­nych za jego ple­cami na pół­kach ze sta­lo­wej siatki - powiedz mu, że mam tylko pół beczki prze­stępu, a jak chce wię­cej, to będzie musiał zebrać doku­men­ta­cję od chło­pa­ków z labora-torium.

Wycho­dząc, sły­szała, jak zaopa­trze­nio­wiec śmieje jej się za ple­cami.

- Grimpke! Co za głu­pek!

***

Kiedy następ­nym razem wykra­dła się do kry­jówki mię­dzy ścia­nami, nie usa­do­wiła się w gnieź­dzie, które tam sobie uwiła. Zosta­wiw­szy gri­muar, wspięła się pomię­dzy ścia­nami, wyszu­ku­jąc uchwyty i opar­cia dla bosych stóp. Oka­zało się to zadzi­wia­jąco łatwe. Ostroż­nie weszła na samą górę. Potem poszła wzdłuż chłod­nego prądu powie­trza, aż zna­la­zła jego źró­dło, klapę, która dawno temu zapew­niała wyj­ście na dach.

Szarp­nąw­szy nią, stwier­dziła, że jest zakle­jona papą i nie ustę­puje. Ale wykra­dze­nie noża nie sprawi jej wiel­kiej trud­no­ści.

***

Następ­nego dnia, pod koniec zmiany, Kogut przy­szedł do niej z nowym pla­nem ucieczki. Mieli aku­rat sezo­nowy prze­stój w pro­duk­cji, a Blugg, zamiast odpro­wa­dzić dzie­ciaki wcze­śniej do noc­le­gowni, dał im mio­tły oraz beczki środka czysz­czą­cego i kazał czy­ścić pod­łogę we wzor­cowni.

To była ciężka robota. Pod­łogi zro­biono pra­wie sto lat temu z gigan­tycz­nych dębo­wych belek, przez poko­le­nia tak wypa­czo­nych i wydep­ta­nych, że pomię­dzy sło­jami powstały głę­bo­kie rysy i pęk­nię­cia, two­rzące bez­denne stud­nie na brud i kurz. Nie sprząt­nę­łoby się tego, nawet zamia­ta­jąc do końca świata.

Jed­nakże, dopóki dzie­ciaki uda­wały, że pra­cują, Blugg sie­dział w pokoju szefa wzor­cowni i dawał im święty spo­kój. Jane widziała tę klitkę przez cią­gnącą się wzdłuż całego budynku ścianę z oknami, tuż pod sufi­tem: cia­sna nora pełna biu­rek, dywan, czy­sto, spo­kojny i inny świat od tego, w któ­rym się tru­dziła. Grimpke sie­dział z nim w tym poży­czo­nym gabi­ne­ciku. Dwa stare ogry pochy­lały się z namasz­cze­niem nad swo­imi pla­nami pro­duk­cji.

- Ej, zobacz. - Kogut potrzą­snął jej przed nosem szu­felką pełną brudu i tłu­stych dro­bi­nek środka czysz­czą­cego. - Jak myślisz, gdzie to wylą­duje?

Jane ode­pchnęła szu­felkę.

- Jesz­cze chwila i z powro­tem na pod­ło­dze.

- Bar­dzo śmieszne. Nie. Posłu­chaj. Wrzu­camy to do tych koszy, nie? Póź­niej przy­cho­dzą dwa pil­ly­wig­giny, zabie­rają, wywa­lają do kon­te­nera, nie? Razem z tro­ci­nami, zło­mem, kani­strami po che­mi­ka­liach i tak dalej. Potem przy­jeż­dża śmie­ciarka i opróż­nia kon­te­nery. Jak myślisz, gdzie potem jedzie?

- Na sto­łówkę.

- Durna! Wyjeż­dża przez bramę ser­wi­sową we wschod­nim murze. Daleko od Zegara, rozu­miesz? Bar­dzo daleko od zegara.

- Zasta­nów się. Chcesz wleźć do środka śmie­ciarki? Widzia­łeś, jakie tam są zęby? Ostre jak brzy­twa i więk­sze od cie­bie. Wcho­dzisz temu cze­muś do pasz­czy i już nie żyjesz.

- Pewna jesteś?

- Nie, no pew­nie, że nie jestem. Ale lepiej nie pró­bo­wać.

Kogut zro­bił prze­bie­głą minę.

- W takim razie jedyne wyj­ście to przejść koło Zegara. Jak ci ludzie tam prze­cho­dzą? Bo mają karty zega­rowe, tak? No to załóżmy, że skom­bi­nu­jemy sobie parę kart. Gdyby czymś zająć paru ludzi, któ­rzy ich nor­mal­nie uży­wają, może dałoby się...

- Ja się nie piszę. - Jane zaczęła ener­gicz­nie zamia­tać.

- Jane! - Kogut pobiegł za nią. Ukrad­kiem zer­k­nąw­szy na górę, chwy­cił ją za rękę i zacią­gnął w cień filara. - Jane, czemu ty jesteś prze­ciwko mnie? Cała reszta, poza tobą, jest po stro­nie Dymki. A Dymka nie­na­wi­dzi cię do żywego. To po czy­jej stro­nie jesteś? Musisz się zde­cy­do­wać.

- Nie będę już ni­gdy po niczy­jej stro­nie - odparła. - Strony są głu­pie.

- Co mam zro­bić? - zapy­tał despe­racko. - Co miał­bym zro­bić, żebyś wró­ciła na moją stronę?

Wie­działa, że nie prze­sta­nie jej męczyć, póki ona nie zgo­dzi się brać udziału w jego idio­tycz­nych kno­wa­niach. No cóż, posta­no­wiła, że zrobi wszystko co może, żeby się stąd wydo­stać. Więc rów­nie dobrze może to obró­cić na swoją korzyść.

- No dobra, wiesz co? Cho­dzisz w takie miej­sca, gdzie ja się nie zapusz­czam. Ukrad­nij dla mnie sze­ścio­kątną nakrętkę. Ale taką dzie­wi­czą. Co ni­gdy nie była uży­wana.

Kogut, dosłowny jak zawsze, wyszcze­rzył się i zła­pał za kro­cze.

- Dość też mam tych two­ich cham­skich żar­tów. Pomo­żesz mi, nie pomo­żesz, wszystko jedno. Ale jak nie chce ci się cze­goś dla mnie zro­bić, choćby takiego dro­bia­zgu, nie widzę, czemu ja mia­ła­bym się nara­żać dla cie­bie.

- Czy ja ci coś kie­dyś zro­bi­łem? - zapy­tał ura­żo­nym tonem Kogut. - Nie byłem zawsze twoim przy­ja­cie­lem? - Zamknął zdrowe oko i przy­tknął palec do boku do nosa. - Pomo­żesz mi, jeśli ja ci pomogę? Przy pla­nie?

- Tak, pew­nie - odparła Jane. - Na pewno.

Kiedy poszedł, Jane ze znu­że­niem zamio­tła halę aż do dru­giego, ciem­nego końca. Dzień już był długi, a jesz­cze musiała iść do pani Gre­en­leaf się poba­wić. Bar­dzo liczyła na to, że tym razem Blugga nie pochło­nie bez reszty jego pro­jekt, bo przez ostat­nie trzy dni z rzędu musiała cze­kać na niego w hallu Zamku.

Dymka cze­kała na nią w cie­niu i chwy­ciła ją tuż poni­żej barku.

- Au! - Na nie­szczę­snym ramie­niu Jane na pewno zostaną siniaki.

Dymka zaci­snęła palce moc­niej.

- O czym tam żeście gadali z Kogu­tem?

- O niczym! - krzyk­nęła Jane.

Dymka patrzyła na nią twardo, oczyma jak dwie zwi­nięte żmije. W końcu puściła ją i odwró­ciła się.

- Lepiej, żeby tak było.

***

Mijały zimowe tygo­dnie, a plany Blugga miały nie­ba­wem przy­nieść owoce. Zaczęły do niego przy­cho­dzić na poga­wędki istoty w gar­ni­tu­rach. Zro­bił się bar­dziej wylewny i zaczął się sta­ran­niej ubie­rać, ozdo­biw­szy robo­czą koszulę sznur­ko­wym kra­wa­tem. Trzy razy w tygo­dniu brał kąpiel. W warsz­ta­cie w jed­nej z nie­uży­wa­nych hal mon­ta­żo­wych, zamknię­tej do remontu kon­struk­cji, któ­rego nie pla­no­wano, dopóki kli­mat eko­no­miczny się nie ocie­pli, kształtu nabie­rał pro­to­typ nogi pomy­słu Grimp­kego.

Pod­czas jed­nej z wycie­czek na Wydział A Jane zwę­dziła z pod­łogi tapi­cerni kawa­łek zie­lo­nej skórki. Ukra­dła też grubą nitkę i zakrzy­wioną igłę, po czym tro­chę czasu zamiast na gri­muar poświę­ciła na uszy­cie Kogu­towi prze­pa­ski na oko. Oka­zało się to bar­dziej pra­co­chłonne niż pla­no­wała i, koń­cząc, była już dobrze poiry­to­wana. Jed­nakże, kiedy obu­dziła Koguta, żeby mu ją dać, był tak wzru­szony i zachwy­cony pre­zen­tem, że aż się zawsty­dziła.

- Coś pięk­nego!

Usiadł na łóżku i odwi­nął szmatę z głowy, na jedną nie­przy­jemną chwilę uka­zu­jąc oka­le­czone oko. Potem pochy­lił głowę, szarp­nął za pasek, popra­wia­jąc go, a kiedy się wypro­sto­wał, z powro­tem był daw­nym Kogu­tem. Jedną stroną twa­rzy uśmie­chał się znacz­nie sze­rzej niż drugą, jakby pró­bo­wał zrów­no­wa­żyć asy­me­trię nieco powy­żej. Loki opa­dły zawa­diacko na prze­pa­skę, jak u praw­dzi­wego pirata. Zesko­czył z łóżka.

- Gdzie lustro?

Jane pokrę­ciła głową, śmie­jąc się bez­gło­śnie, tak zaraź­liwa była jego radość. Bo oczy­wi­ście w noc­le­gowni, ani w jej pobliżu, nie było żad­nych luster. Prze­pisy bez­pie­czeń­stwa zabra­niały.

Kogut wetknął kciuki pod pachy, robiąc z łokci skrzy­dełka, i sta­nął na jed­nej nodze.

- Dymka niech teraz na mnie uważa!

- Tylko nie zaczy­naj z nią wojny. Pro­szę - rzu­ciła z prze­stra­chem Jane.

- Nie ja zaczą­łem.

- Jest sil­niej­sza niż ty. Teraz.

- Tylko dzięki innym dzie­cia­kom. Gdyby one w nią tak nie wie­rzyły, byłaby nikim. A cała ta moc przy­pły­nie do mnie z powro­tem, jak tylko zabiję Blugga.

- Nie możesz zabić Blugga.

- A zoba­czysz.

- Nie będę tego słu­chać - powie­działa Jane. - Idę do łóżka.

Miała jed­nak paskudne prze­czu­cie, że jej nie­winny pre­zen­cik wyzwo­lił coś, co już wymknęło się spod kon­troli.

***

Jane stała przed kan­tor­kiem Blugga i cze­kała na wezwa­nie, gdy pod­kradł się do niej Kogut z sze­ścio­kątną nakrętką, którą obie­cał ukraść. Mru­gnął do niej jedy­nym okiem i wci­snął łup w dłoń.

- Fak­tycz­nie nie­tknięta? - zapy­tała.

- Pew­nie, że tak - powie­dział Kogut. - Za kogo mnie masz? Za jakie­goś rucha­cza złomu?

- Nie bądź wul­garny.

Jane wsu­nęła nakrętkę pod kami­zelkę i do kie­szeni. Sama sta­wała się coraz lep­szą zło­dziejką, odpo­wied­nie ruchy przy­cho­dziły jej już nie­mal auto­ma­tycz­nie. Z zasko­cze­niem stwier­dziła, że kra­dzieże naprawdę się jej podo­bają. Był w tym jakiś mroczny dresz­czyk - nara­żać się na nie­bez­pie­czeń­stwo, a jed­nak unik­nąć kary.

***

Gdy tego wie­czoru wró­ciła z Zamku, reszta dzieci już spała. Z wyćwi­czoną szyb­ko­ścią zdjęła kitel, wsu­nęła się pod łóżko i unio­sła oblu­zo­waną deskę. Zwinna jak nocna małpa, wspięła się we wnę­trzu ściany.

Wiatr siekł jej nagą skórę. Sina z zimna, przy­kuc­nęła na dachu. Jaśnie Pani Księ­życ dała jej siłę, by mogła to wytrzy­mać. Zmo­bi­li­zo­wała całą siłę woli i wpa­trzyła się w nakrętkę na dłoni, sku­pia­jąc się na wyuczo­nych na pamięć danych: wymia­rach, cię­ża­rze, wytrzy­ma­ło­ści na ści­na­nie, skła­dzie pro­cen­to­wym stopu.

Nic się nie wyda­rzyło.

Prze­tur­lała ją po dłoni, sku­pia­jąc się na cię­ża­rze, na dotyku, na deli­kat­nym odbły­sku księ­życa na jej sze­ściu faset­kach, na cia­snej spi­rali gwintu w otwo­rze pośrodku. Poczuła, jak z nie­mal sły­szal­nym szczęk­nię­ciem jej wie­dza o nakrętce zbija się w dosko­nałą całość.

Już cię znam, pomy­ślała. Leć.

Nakrętka, wiru­jąc, unio­sła się w powie­trze.

Jane odczuła satys­fak­cję, wie­dząc, że natura nakrętki dawała jej nad nią wła­dzę. Musiała robić, co jej każe. Podob­nie wie­działa, że smok 7332, mimo że mil­czy, na­dal jej potrze­buje. Któ­re­goś dnia zosta­nie zmu­szony do tego, by ją wezwać. A wtedy będzie gotowa. Pozna jego dane ope­ra­cyjne na pamięć. A kiedy wylecą, będzie już znała także jego imię.

Będzie pano­wać.

- Co ty tu robisz na górze?

Jane odwró­ciła się z prze­ra­że­niem. Z klapy wyła­ził Kogut. Uśmie­chał się oble­śnie od ucha do ucha, a ona, przy­po­mniaw­szy sobie, że jest naga, na próżno usi­ło­wała zakryć się dłońmi.

- Nie patrz!

- Za późno. I tak wszystko widzia­łem. - Kogut się roze­śmiał. - Wyglą­dasz jak sam Glam ska­czący po dachach. - Się­gnął w cień za sobą i wycią­gnął koc. Non­sza­lancko zawie­sił go na jej ramio­nach. - Pro­szę. To cię prze­kona, że jed­nak jestem po two­jej stro­nie.

- Jeju, znowu te strony. - Jane, rumie­niąc się, otu­liła się cia­śniej kocem.

Kogut sta­nął na pal­cach, wycią­ga­jąc rękę do księ­życa, jakby liczył, że uda mu się zdjąć go z nieba. Wycią­gnięty, był tak wysoki i chudy, że nie­mal się zle­wał z wia­trem.

- No, nie­zły tu masz widok. - Zer­k­nął na nią zmru­żo­nymi oczyma. - Będzie ci lepiej, jak ja się też roz­biorę? - Zaczął roz­pi­nać spodnie.

- Nie!

- No dobra. - Wzru­szył ramio­nami i zapiął roz­po­rek. Potem, nie­ocze­ki­wa­nie, klęk­nął przed nią. - Jane, tak myśla­łem i myśla­łem, co zro­bić, żebyś mnie znowu polu­biła.

- Kogut, ja cię lubię. Prze­cież wiesz. - Jane odsu­nęła się od niego, a on poszedł za nią na kola­nach, tak że odle­głość mię­dzy nimi wcale się nie zmie­niła.

- No tak, ale nie chcesz mi pomóc. Mówisz, że pomo­żesz, ale nie myślisz tego. Rozu­miesz, o co mi cho­dzi?

Spu­ściła wzrok.

- Tak.

Kogut zni­żył głos, jakby przy­zna­wał się do cze­goś wsty­dli­wego. Jane ledwo rozu­miała słowa.

- Więc tak sobie pomy­śla­łem... może powin­ni­śmy sobie powie­dzieć swoje praw­dziwe imiona?

- Co takiego?

- No wiesz. Ty mi mówisz swoje, a ja tobie moje. To ozna­cza, że naprawdę się komuś ufa, bo jak znasz czy­jeś praw­dziwe imię, to możesz go zabić, o tak! - Pstryk­nął pal­cami.

- Kogut, ja jestem czło­wie­kiem!

- No to co? Ja nie mam nic prze­ciwko. - Zro­bił ura­żoną, zra­nioną minę.

Mimo że jesz­cze nie znała jego tajem­nego imie­nia, już był wobec niej bez­bronny. Aż serce ją zabo­lało z lito­ści.

- Ja nie mam praw­dzi­wego imie­nia - powie­działa łagod­nym gło­sem.

- Cho­lera. - Kogut pod­szedł na samą kra­wędź dachu i przez nie­koń­czącą się chwilę spo­glą­dał pro­sto na odle­głą zie­mię.

Jane ogar­nęło prze­ra­że­nie, ale jed­no­cze­śnie bała się go wołać, żeby nie spadł. W końcu jed­nak wycią­gnął ręce na boki i odwró­cił się. Pod­szedł nie­śmiało do niej.

- A ja i tak ci powiem.

- Kogut, nie!

- Teti­gi­stus. To zna­czy "igła"2. - Zaplótł ręce na piersi. Na twa­rzy odma­lo­wał mu się nie­ziem­ski spo­kój, jakby nagle znik­nęły wszyst­kie tro­ski i nie­po­koje.

Jane stwier­dziła, że pra­wie mu zazdro­ści.

- I już. Teraz możesz zro­bić ze mną, co zechcesz.

- Kogut, ja w ogóle nie wiem, co powie­dzieć.

- Ej, jesz­cze mi nawet nie powie­dzia­łaś, co tu robi­łaś, na górze.

Kiedy się pierw­szy raz ode­zwał, nakrętka spa­dła z nieba. Przez cały czas trzy­mała ją w zaci­śnię­tej pię­ści. Teraz Kogut roz­pro­sto­wał jej palce i wyjął ją.

- Aaaa. - Zer­k­nął na nią przez otwór nakrętki. - To do tego ci była potrzebna. Uczysz się, jak wyko­rzy­sty­wać imiona rze­czy prze­ciwko nim.

Jane ski­nęła tępo głową.

- Tak, ja... no wiesz, zna­la­złam ten gri­muar...

- A, no wła­śnie. Nadep­ną­łem na niego tam na dole. - Jego głos aż pło­nął rado­ścią. - No to super. To zna­czy, że wszystko da się obró­cić prze­ciwko Blug­gowi! Możemy zwa­lić na niego kocioł, ścią­gnąć na niego roz­to­piony mosiądz, wypeł­nić mu tęt­nice oło­wia­nym osa­dem.

- Kogut, coś ty się tak uwziął na tego Blugga? Daj spo­kój. Zemsta nie pomoże ci uciec.

- E tam, na ucieczce mi nie zależy.

- Prze­cież mówi­łeś...

- Tylko dla­tego, że ty tego chcia­łaś. Od wypadku, odkąd stra­ci­łem oko, każ­dego dnia widzia­łem coraz wię­cej. Teraz wszystko mi jedno, po któ­rej stro­nie muru jestem, rozu­miesz? Nawet tu i teraz widzę takie światy, o jakich ci się nie śniło. Rze­czy, na które nie ma słów. A cza­sem prze­po­wied­nie. - Zmarsz­czył z namasz­cze­niem czoło, zupeł­nie nie po kogu­ciemu, i dodał: - Dla­tego wła­śnie cały czas chcę cię ostrzec. W coś się wplą­ta­łaś i im bar­dziej się szar­piesz, tym bar­dziej jesteś wplą­tana. - Roze­śmiał się, znów jak dawny Kogut. - Ale od tej chwili współ­pra­cu­jemy! Naj­pierw ty mi pomo­żesz zabić Blugga, a potem pod­wę­dzimy mu kartę zega­rową i pój­dziesz sobie wolno. Takie pro­ste, że aż piękne.

Jane poczuła się okrop­nie. Nie widziała dla sie­bie miej­sca w pla­nach Koguta. Nie ma mowy, żeby 7332 pozwo­lił jej go zabrać, kiedy będą odla­ty­wać. Obec­ność smoka czuła nawet teraz, jak ośro­dek prze­ni­ka­jący całą fabrykę. Nawet tu była jesz­cze nama­calna, choć osła­biona bla­skiem księ­życa. W tyle głowy Jane wyczu­wała żela­zną pew­ność jego nie­chęci.

- To się nie uda. To kolejna twoja dzie­cinna fan­ta­zja.

- Nie mów tak. Sama dajesz się wkrę­cać w to złu­dze­nie ist­nie­nia. - Wycią­gnął rękę. - Chodź, pokażę ci.

Ujęła ją.

- Poka­żesz mi? Jak?

- Znasz moje imię, prawda? No to go użyj.

- Teti... Teti­gi­stus - powie­działa z waha­niem. - Pokaż mi, co widzisz.

***

Szli ciem­nym zimo­wym chod­ni­kiem. Nie­od­śnie­żone poła­cie zostały zdep­tane na czarne bryłki, twarde jak skała i śli­skie jak lód. Wokół, z nie­bytu wyła­niały się kamienno-szklane budynki. Wszę­dzie było pełno świa­teł: obra­mo­wy­wały nie­koń­czące się skle­powe wystawy, skrzyły się w koro­nach cher­la­wych, bez­list­nych drzew, two­rząc słowa z ogrom­nych liter alfa­betu, który wyda­wał jej się dziw­nie zna­jomy, a jed­nak nie do odszy­fro­wa­nia. Na uli­cach było gęsto od maszyn, które poru­szały się jak żywe, ale nie miały wła­snych gło­sów, tylko ryk sil­ni­ków i trą­bie­nie klak­so­nów.

- Gdzie my jeste­śmy? - zapy­tała z cie­ka­wo­ścią.

Kogut pokrę­cił głową.

Szli i szli, wśród tłumu mil­czą­cych, nie­wy­raź­nych ludzi. Nikt się do nich nie odzy­wał, nikt ich nie potrą­cał. Cał­kiem jakby byli duchami.

Przez okno dostrze­gli drzewka igla­ste obsy­pane popcor­nem, sre­ber­kiem i sznu­rami pier­ni­ko­wych żoł­nie­rzy­ków. Pod jodeł­kami był istny skar­biec ogra pełen zaba­wek: misie w uprzęży bijące w bębenki, maszyny będące lśnią­cymi minia­tur­kami tych na uli­cach, lalki w stro­jach z tafty obszy­tej koronką, wypchana żyrafa, wielka jak połowa praw­dzi­wej.

Jane w życiu nie widziała niczego podob­nego do tego skarbca obcego bogac­twa, ale jakaś rezo­nu­jąca w duszy resztka pod­po­wie­działa jej, że to miej­sce jest podobne czy też iden­tyczne ze świa­tem z jej naj­daw­niej­szych wspo­mnień - z tego czasu, gdy była mała, szczę­śliwa i oto­czona opieką.

Roz­pła­kała się.

- Kogut, pro­szę, zabierz mnie do domu.

Odwró­cił się, zasko­czony, i bez namy­słu puścił jej dłoń.

Znów zna­leźli się na dachu fabryki.

- I już. - Poca­ło­wał ją w poli­czek. - Teraz ufamy sobie cał­ko­wi­cie.

***

Czasu było coraz mniej. Jane czuła zgrzyt i wibra­cję zbie­ga­ją­cych się zda­rzeń, prze­su­wa­nych przez maszy­ne­rię prze­zna­cze­nia. Następ­nego wie­czoru, gdy uda­wała, że bawi się zabaw­kami, zamknęła dłoń na bryłce mosią­dzu, któ­rej potrze­bo­wał 7332. Dla odwró­ce­nia uwagi pod­nio­sła z pudełka łapkę wisielca, zama­chała nią, jakby się bawiła w cza­row­nicę. Wie­działa, że takim dzie­cin­nym zacho­wa­niem sprawi przy­jem­ność pani Gre­en­leaf - im bar­dziej dzie­cinną grała, tym szczę­śliw­szy był stary elf.

Zręcz­nie odwró­ciła się, by ukryć kra­dzież, leni­wym gestem przy­gar­nęła gałkę ku sobie i ukryła ją pomię­dzy ubra­niami. Pani Gre­en­leaf, zajęta ołów­kiem i cza­so­pi­smem, niczego nie zauwa­żyła. Jane ukrad­kiem zer­k­nęła też na Bal­dwynna, choć stary elf ni­gdy na nic nie patrzył wprost.

I aż sap­nęła.

Elfi magnat znik­nął z fotela. Na jego miej­scu uno­siło się świe­tli­ste jajo. Deli­kat­nie pul­so­wało. Na gład­kiej, zim­nej powierzchni igrały blade refleksy. Jane cof­nęła się odru­chowo, czu­jąc irra­cjo­nalny lęk, że jajo poleci za nią.

Pani Gre­en­leaf unio­sła wzrok znad akro­sty­chów.

- Jane? - zapy­tała ostrze­gaw­czym tonem. - Coś nie tak?

- Nie, pro­szę pani - odrze­kła pośpiesz­nie Jane.

Ona jed­nak już odwró­ciła się do ojca. Uło­żyła otwarte usta w małe, okrą­głe "o" i wytrzesz­czyła oczy, jakby nagle ktoś zaklął ją w rybę. Udręka była tak komicz­nie prze­sa­dzona, że Jane musiała się powstrzy­mać, żeby nie zachi­cho­tać.

Cza­so­pi­sma zsu­nęły się jej z kolan i elfka wstała. Chwy­ciła Jane za rękę, bez­myśl­nie mocno, aż zabo­lało, i natych­miast wycią­gnęła z pokoju.

Gdy tylko drzwi się szczel­nie zamknęły, odwró­ciła się ku niej. Twarz miała napiętą i bladą, jej usta wyglą­dały jak pozba­wiona warg szcze­lina.

- Nic nie widzia­łaś, rozu­miesz? - Dla pod­kre­śle­nia potrzą­snęła jej ramie­niem. - Nic!

- Tak jest, pro­szę pani.

- Jeste­śmy starą, sza­no­waną rodziną, ani odro­biny skan­dalu od... Na co ty się tam gapisz?

- Na nic. - Jane prze­stra­szyła się, że elfka chce ją ude­rzyć.

Ta jed­nak, choć upły­nęła dopiero połowa prze­zna­czo­nego czasu, zapro­wa­dziła ją pro­sto do pokoju, w któ­rym Jane się prze­bie­rała. Zwró­cono jej robo­cze ubra­nie, a sukienkę i koron­kową bie­li­znę zapa­ko­wano po raz kolejny w bibułkę. Było jesz­cze wcze­śnie, pozo­stała przy­naj­mniej godzina do przyj­ścia Blugga, gdy wylą­do­wała na ganku.

- Raczej nie będzie konieczne, żebyś jutro przy­cho­dziła - rzu­ciła sta­now­czo pani Gre­en­leaf i zamknęła drzwi.

Blugg spóź­nił się pół godziny. Jane cze­kała na niego, zadrę­cza­jąc się tym ocze­ki­wa­niem. Gdy wresz­cie się zja­wił, z osłu­pie­niem widząc ją pod drzwiami, a nie w hallu, jak poprzed­nio, zaraz zaczął wypy­ty­wać, dla­czego. Powtó­rzyła mu ostat­nie słowa pani Gre­en­leaf, on zaś odrzu­cił głowę w tył i zawył. Straszny był to dźwięk, prze­nik­nięty bólem i zni­we­czo­nymi marze­niami.

A kiedy wró­cili do noc­le­gowni, pobił ją.

V

Następ­nego dnia wsta­wa­nie z łóżka było potwor­nie bole­sne. Jedna noga ugięła się lekko, kiedy Jane ją obcią­żyła, przez co szła dziw­nie wykrę­cona i uty­kała. Kleik musiała jeść lewą stroną ust; prawa nie otwie­rała się, opuch­nięta do roz­mia­rów jajka.

Blugg raz tylko na nią spoj­rzał i zdarł jej z grzbietu kami­zelkę gońca, po czym rzu­cił ją Dymce, która wsu­nęła ją przez głowę i poszła za nim do biura, trium­fal­nie zamia­ta­jąc spód­ni­cami.

Jane, zdu­miona i upo­ko­rzona, odkryła, że utrata tego sta­no­wi­ska naprawdę zabo­lała.

Jed­nakże pro­jekt Blugga nie skoń­czył się z utratą rze­ko­mego popar­cia Bal­dwynna. Nabrał już wła­snego roz­pędu - zbyt wielu kie­row­ni­ków śred­niego szcze­bla zain­we­sto­wało w niego swój czas i pre­stiż, by teraz pozwo­lić mu zdech­nąć.

Para­dok­sal­nie, po odpra­wie­niu Jane przez panią Gre­en­leaf, przed­się­wzię­cie nabrało roz­ma­chu. Pro­to­typ, który przez tygo­dnie, bez pośpie­chu, stał nie­ru­szony i nie­ukoń­czony, został rap­tow­nie dopra­co­wany, prze­te­sto­wany i grubo nasma­ro­wany. Kapka, Śli­mak i Trzy­oki cały dzień spę­dzili na pole­ro­wa­niu jego powierzchni na wysoki połysk.

W nocy Kogut wpeł­zał za ścianę, żeby mozo­lić się nad gri­mu­arem. Nale­gał, żeby Jane poka­zała mu roz­dział mówiący o wał­kach roz­rządu, i sie­dział nad ich sche­ma­tami bez końca, póki nie nabrał pew­no­ści, że ziden­ty­fi­ko­wał model użyty w pro­to­ty­pie przez sta­rego, pomarsz­czo­nego inży­niera Grimp­kego.

- Nie mamy dużo czasu - powie­dział. - Gada­łem z Hobem - tym bry­ga­dzi­stą z bla­charni, nie tym z jedną nogą - no i on mówi, że za pięć dni przyj­dzie spoj­rzeć na tę nogę jakiś mega­wy­soki lord Szajs z samej cen­trali. Inspek­tor Gene­ralny z Biura Ana­lizy Zasto­so­wań. - Pra­wie wyśpie­wy­wał te słowa: prze­sad­nie eks­cy­to­wał się takimi pom­pa­tycz­nymi tytu­łami. - Na hali się gada, że musieli nie­źle pocią­gnąć za sznurki, żeby spro­wa­dzić tu samego Gene­ral­nego, i teraz wszy­scy latają tam jak kot z pęche­rzem, żeby wszystko było gotowe na czas.

- Kogut, daj sobie spo­kój, to mrzonka - odszep­nęła Jane. Mię­dzy ścia­nami było cia­sno i nawet kom­plet­nie ubrana czuła się zaże­no­wana, przy­ci­śnięta do Koguta w ten spo­sób. - Nie ma co marzyć, że zwró­cisz prze­ciwko Blug­gowi jego wła­sną kon­struk­cję.

- Pew­nie, że dam radę. - Zady­go­tał z rado­ści lub zimna, nie wia­domo. - Te tyta­nowe pazury zro­bią taki skurcz, potem się obrócą, a potem zaci­sną na tyłku tego bez­czel­nego tłu­ścio­cha. Powoli, żeby miał czas się prze­stra­szyć. A potem... będzie super.

- Ja w ogóle nie wiem, jak ty sobie wyobra­żasz, że nauczysz się tych cyfe­rek na pamięć w pięć dni. Chyba z sie­dem stron ich jest!

- Dam radę - odparł ponuro.

Zmarsz­czył się nad tabel­kami, z twa­rzą ciemną i nie­mal nie­wi­doczną w srebr­nym bla­sku run. Jane wie­działa, jak trudne sobie posta­wił zada­nie. Sama musiała spu­ścić z tonu i zre­zy­gno­wać z ambi­cji cał­ko­wi­tego opa­no­wa­nia smoka na rzecz naucze­nia się paru klu­czo­wych funk­cji sys­temu optycz­nego i prze­twa­rza­nia danych.

- Ty w ogóle umiesz czy­tać liczby?

- Pew­nie, że tak.

- No to co tu jest napi­sane? - Dźgnęła pal­cem runy ozna­cza­jące "3,2 ?".

- Nie muszę prze­cież rozu­mieć tych zawi­ja­sów, żeby się ich nauczyć. A jak wyglą­dają, widzę rów­nie dobrze, jak ty. Po pro­stu zapa­mię­tam je jako obrazki.

Zada­nie, które posta­wił sobie Kogut, było cał­kiem nie­moż­liwe. Jane zosta­wiła go tam i poszła do łóżka, wdzięczna, że może tro­chę pospać, i pewna, że po jed­nej nocy, góra dwóch, Kogut da sobie spo­kój. Wtedy będzie mogła sama wró­cić do lek­tury.

On jed­nak nie zre­zy­gno­wał. Tam­tej nocy, następ­nej, aż do trze­ciej, wykra­dał się za ścianę i sie­dział nad gri­mu­arem do świtu. Jane odkryła, że dener­wuje ją to. W końcu to była jej książka i była jej bar­dzo potrzebna. Kogut jed­nak wzru­szał ramio­nami na wszyst­kie jej wska­zówki, pod­po­wie­dzi, a na koniec rów­nież na żąda­nie, żeby sie­dzieli nad gri­mu­arem na zmianę.

Nie dało się z nim roz­ma­wiać. Miał obse­sję.

***

W noc przed zapla­no­waną kon­trolą wszyst­kie dzie­ciaki usta­wiono przed łaź­nią i kazano im się wyką­pać, choć był śro­dek tygo­dnia. Wołano je do środka jedno po dru­gim. Dziew­czynki nad­zo­ro­wała Dymka, dzier­żąca twardą szczotkę, by domyć miej­sca, które same prze­ga­piły, a Blugg obser­wo­wał to z nie­skry­wa­nym roz­ba­wie­niem.

Szczotka nabrała wyjąt­ko­wego wigoru, gdy przy­szła kolej Jane na kąpiel w cyn­ko­wym kory­cie. Wyglą­dało na to, że Dymka chce Blug­gowi coś udo­wod­nić, coś, czego Jane nie potra­fiła odgad­nąć.

- Zdej­muj te ciu­chy, dziwko! - krzyk­nęła. - No, ruszaj się.

Jane, roz­bie­ra­jąc się, upar­cie odwra­cała wzrok od Blugga. Tro­chę już doszła do sie­bie po pobi­ciu, ale siniaki wciąż miała - żółto-czarne, w środku pur­pu­rowe kręgi, jak chmury gra­dowe pod skórą. Weszła nie­zdar­nie do wanny. Woda była jesz­cze cie­pła, po sza­rej powierzchni pły­wały cien­kie, tłu­stawe pasemka mydlin.

- Obe­sra­łaś się, ty świ­nio!

- Nie­prawda! - krzyk­nęła machi­nal­nie Jane.

- No to, co to jest? - Dymka wci­snęła jej szczotkę mię­dzy nogi i potarła szyb­kimi, ener­gicz­nymi pocią­gnię­ciami, wyci­ska­jąc jej łzy z oczu. - Całą dupę masz w tym!

Jane chla­pała i cofała się, a Dymka szła za nią aż na drugi koniec wanny, dra­piąc jej tyłek ostrą pla­sti­kową szcze­ciną.

- Masz! - Rzu­ciła jej brudną ścierkę w twarz. - Twarz se wytrzyj. Jest brudna.

Kiedy się ubie­rała, nie­śmiało unio­sła wzrok i zoba­czyła, jak Dymka i Blugg wymie­niają się oso­bli­wym spoj­rze­niem, zagad­ko­wym, choć poro­zu­mie­waw­czym, peł­nym groź­nego zna­cze­nia.

***

Pod­czas śnia­da­nia, na twa­rzy Koguta poja­wił się, po czym znik­nął, nie­zdrowy uśmiech. Palce drżały mu lekko, wzrok miał roz­bie­gany i roz­ko­ja­rzony. Odkąd zaczął nocami prze­sia­dy­wać za ścianą, twarz zro­biła mu się jesz­cze bar­dziej zie­mi­sta i pocią­gła; roz­ta­czał aurę cią­głego znu­że­nia. Jed­nakże tego ranka spod wyczer­pa­nia prze­zie­rała nie­na­tu­ralna ener­gia, jakby elek­tryczny prąd kur­czył mu kon­wul­syj­nie mię­śnie.

- Kogut? - zapy­tała cicho Jane. Nikt wię­cej nie zauwa­żył jego stanu, wszyst­kim myśli zaprzą­tała wizy­ta­cja inspek­tora gene­ral­nego. - Nie zadrę­czaj się, jeśli to się nie... - Nie potra­fiła wykrztu­sić tych słów.

- Dzi­siaj jest ten dzień. - Rzu­cił jej dziwny, groźny uśmiech. - Wiesz co? Ostat­nio znowu zaczą­łem sły­szeć głos Szczu­dłaka. Jakby naprawdę nie zgi­nął, tylko cho­wał się gdzieś w cie­niach, albo z tyłu mojej głowy, wiesz? I myślę, że dzi­siej­szy dzień mu się spodoba. To wszystko dla niego.

- Tak, ale jeśli...

- Cii! - Mru­gnął i poło­żył palec na jej nosie. W tym momen­cie pode­szła Dymka, żeby usta­wić ich do mar­szu do pracy. - Jak tam leci, Dymka?

- Ty lepiej się pil­nuj. - Chwy­ciła go za ucho kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym i ści­snęła. - Jak dzi­siaj coś spier­dzie­lisz, masz prze­rą­bane, palan­cie. - Puściła go.

Kogut pochy­lił głowę, odwró­cił wzrok, a kiedy była już o krok za daleko, żeby móc się odwró­cić bez tra­ce­nia twa­rzy, rzu­cił do Jane:

- Gada cał­kiem jak Blugg, co nie?

Dymka na moment zesztyw­niała, ale nie zatrzy­mała się.

***

Tego ranka, kiedy szli koło smo­łowni, Dymce przy­da­rzył się nie­szczę­śliwy wypa­dek. Mijała wła­śnie Koguta, pil­nu­jąc, żeby kolumna była równa, gdy nastą­piło zamie­sza­nie, a Rzep szarp­nęła się i wpa­dła na nią. Dymka, zasko­czona, stra­ciła rów­no­wagę i poto­czyła się w bok, wpa­da­jąc twa­rzą do kubła z gorącą smołą. Gdy wstała, plu­jąc, wyglą­dała jak Murzy­niątko, z czarną twa­rzą i błysz­czą­cymi wło­sami.

Dzie­ciaki się roze­śmiały.

- Zamknąć się! - wysa­pała Dymka. - Cicho, cicho, cicho! - Komicz­nie roz­dzia­wiła usta. Wście­kle tarła oczy, pró­bu­jąc usu­nąć z nich smołę.

Blugg eks­plo­do­wał.

- Won stąd! Ty durna łajzo. Idź pro­sto do łaźni i się wyszo­ruj! Do połu­dnia masz tego nie mieć na twa­rzy, choćby miało zejść razem ze skórą.

- Ale to nie moja wina! - jęk­nęła Dymka. - To przez...

- No już! - Blugg okrę­cił się i dźgnął tłu­stym pal­cem Koguta. - Ty! Leć do maga­zynu i pobierz sobie kami­zelkę gońca. Nową, nie­uży­waną, naj­lep­szą jaką mają. Cer­nun­nos jeden wie, nie jesteś naj­by­strzej­szy, ale będziesz musiał wystar­czyć.

- Tak, pro­szę pana, tak jest! - Kogut odgar­nął lok z czoła i skło­nił się nisko, żeby ukryć trium­fal­nie wyszcze­rzone zęby.

***

Jane nie pamię­tała dnia, który dłu­żyłby jej się tak jak ten. Dzieci, choć w ogóle się nie napra­co­wały - liczył się wygląd, nie mogły więc doty­kać sma­rów czy past poler­skich - były nie­ustan­nie prze­ga­niane z warsz­tatu do warsz­tatu, dzie­lone na grupy i łączone z powro­tem, tak że ner­wo­wość i nie­po­kój trwały od wcze­snego ranka do póź­nego popo­łu­dnia.

Wresz­cie, pod koniec dnia, przy­był inspek­tor gene­ralny.

Gdy szedł przez fabrykę, poprze­dzała go fala stra­chu. Każdy kobold i kor­ri­gan, ognik, pil­ly­wig­gin i naj­skrom­niej­szy czer­wony kap­tu­rek wie­dział, że nad­cho­dzi inspek­tor. Powie­trze aż drżało z wycze­ki­wa­nia. Tuż przed nim poja­wiało się migo­tliwe świa­tełko, spra­wia­jąc, że odwra­cały się wszyst­kie głowy i usta­wała wszelka praca - na sekundę, zanim się wyło­nił zza rogu albo wszedł do pomiesz­cze­nia.

Uka­zał się w drzwiach.

Wysoki, maje­sta­tyczny był elfi pan, odziany we wło­ski gar­ni­tur i spi­cza­sty jedwabny kra­wat. Na gło­wie miał biały kask. Przy­stojny był nad­ludzko: kan­cia­sta szczęka, ide­alne zęby i włosy. Towa­rzy­szyło mu dwóch Tyl­wyth Tegów wyso­kiej rangi, z tablicz­kami w rękach, z tyłu zaś szedł sępio­głowy ana­li­tyk kosz­towy z Księ­go­wo­ści.

Blugg stał wypro­sto­wany i dumny w mie­sza­nym sze­regu kie­row­ni­ków śred­niego i wyż­szego szcze­bla. Twarz i rogi miał wyszo­ro­wane tak dokład­nie, że ich powierzch­nia zaczęła deli­kat­nie prze­świ­ty­wać. U jego boku, nieco z tyłu, stał Kogut, atry­but jego god­no­ści. Obecny był nawet stary Grimpke, nieco zgar­biony, zacie­ra­jący dło­nie z uśmie­chem i ner­wo­wo­ścią. Pro­to­typ pazu­rza­stej nogi stał odwró­cony pośrodku hali.

Robot­nicy stali w sze­re­gach pod ścia­nami, według wzro­stu i sta­no­wi­ska, jak uło­żone do inspek­cji narzę­dzia. Dzieci, wypro­sto­wane i prze­stra­szone, usta­wiono obok ich nad­zorcy. Dymka stała na prze­ciw­nym końcu sze­regu niż Jane, twarz miała czer­woną od tłu­mio­nej zło­ści. Żeby pozbyć się smoły, musiała obciąć sobie więk­szość wło­sów, przez co wyglą­dała nie­chluj­nie, jak osku­bana, co cał­ko­wi­cie dys­kwa­li­fi­ko­wało ją z pierw­szego, repre­zen­ta­cyj­nego sze­regu.

Kogut obró­cił się, żeby spoj­rzeć zna­cząco naj­pierw na Dymkę, potem na Jane. Roz­chy­lił na moment koszulę - pod spodem, pra­wie pod­pro­gowo, mignął przy­ci­śnięty do jego skóry pro­sto­kąt bia­łego kar­tonu.

To była karta zega­rowa Blugga.

Jane tak dokład­nie prze­wi­dy­wała, co powie Kogut, że kiedy bez­gło­śnie wypo­wie­dział te słowa, prze­czy­tała je z samego ruchu ust.

"Chodź ze mną", powie­dział.

Pokrę­ciła głową.

Wycią­gnął rękę, jakby chciał ją chwy­cić. "Jeste­śmy mali - karta ochroni nas oboje".

Zabrała dłoń. "Nie!".

Uniósł brwi, jedyne oko wypeł­niło się zim­nym, nie­ludz­kim świa­tłem. I odwró­cił się do niej tyłem, ele­gancki, wypro­sto­wany.

- Co to było? - szep­nął Mały Dick. - To coś bia­łego za koszulą Koguta?

- No wła­śnie, co to? - powtó­rzyła Kapka.

- Cicho, kurwa! - burk­nęła Jane kąci­kiem ust.

Ogr w bia­łej koszuli obej­rzał się na nich przez ramię, więc ze wszyst­kich sił sta­rali się wyglą­dać nie­win­nie.

Ona jed­nak już zoba­czyła. Sta­lowy błysk w oku Koguta nie miał z nim nic wspól­nego. To była iskra smoka, prze­błysk powo­du­ją­cej nim obcej inte­li­gen­cji. Kogut został przez niego opa­no­wany, smok zro­bił z niego swoje narzę­dzie, wyko­rzy­sty­wane do jemu tylko zna­nych celów.

"Nie rób tego, nie rób, nie rób", modliła się w myślach. "Kogut, nie rób tego, nie daj się tak wyko­rzy­sty­wać". A smoka bła­gała: "Nie każ mu tego robić, nie każ". A Bogi­nię: "Nie pozwól. Zatrzy­maj czas, zatrzy­maj ruch, niech sta­nie świat, niech słońce sta­nie na nie­bie, niech to się dalej nie toczy".

Czuła wpływ smoka dosłow­nie wszę­dzie, jak prze­ni­ka­jący wszystko ośro­dek, w któ­rym się poru­szali, jak ryby w groź­nym oce­anie. Po usztyw­nie­niu ple­ców Koguta widziała, że wpa­truje się w pro­to­typ. Teraz, cokol­wiek za późno, uświa­do­miła sobie, że noce spę­dzone nad gri­mu­arem nie były cza­sem zmar­no­wa­nym na Koguta, lecz otwo­rzyły w nim furtkę, przez którą mógł wejść 7332 i na niego wpły­wać.

Dyrek­tor fabryki podał rękę inspek­to­rowi gene­ral­nemu i przed­sta­wił księ­go­wego. Elfi pan szedł z wdzię­kiem wzdłuż sze­regu, patrząc każ­demu głę­boko w oczy, a od czasu do czasu pod­kre­śla­jąc uścisk dłoni krót­kim śmiesz­kiem albo klep­nię­ciem po ramie­niu.

Cere­mo­nia roz­wi­jała się w wystu­dio­wa­nym tem­pie rytu­ału. W któ­rymś momen­cie Kogut podał Blug­gowi oprawny tom ze sta­ty­styką pro­duk­cji. Ten wrę­czył go elfiemu panu, który z kolei prze­ka­zał go star­szemu Tyl­wyth Tegowi, ten młod­szemu, aż w końcu tomisz­cze wylą­do­wało u kon­tro­lera kosz­tów, który, nawet nie spoj­rzaw­szy, wetknął je pod pachę. Śli­mak ziew­nął, Dymka ostro szturch­nęła go łok­ciem.

W końcu wszy­scy ofi­cjele odwró­cili się do pro­to­typu, jakby dopiero teraz go zauwa­żyli. Grimpke odśru­bo­wał klapę ser­wi­sową, otwie­ra­jąc nogę, by poka­zać zespół mimo­śro­do­wych try­bów w środku.

- Bał­dzo ważna - powie­dział. - Dżała szylna magja, wisz­pan?

Jeden z waż­niej­szych dyrek­to­rów skrzy­wił się, inspek­tor miał jed­nak zachę­ca­jącą, bez­na­miętną, uśmiech­niętą minę. Grimpke wsa­dził rękę w smar, żeby poka­zać, jak cia­sno upa­ko­wane są tryby; wtem mię­dzy pal­cami roz­bły­sło mu świa­tło. Wrza­snął.

Jaskrawy, akty­niczny blask roz­pa­lił się w środku kon­struk­cji. Pochło­nął i ogar­nął sto­ją­cych naj­bli­żej. W świe­tle roz­to­piły się gar­ni­tury i twa­rze. Kask odbił się od pod­łogi i poto­czył. Wszystko zaczęło się ruszać. Buch­nęły pło­mie­nie. Działo się to w abso­lut­nej ciszy.

Potem świat się roz­pękł.

Cie­płe powie­trze ude­rzyło Jane w twarz, aż się zachwiała. Jak ude­rze­nie poduszką. Była ogłu­szona, w uszach jej dzwo­niło. Czuła się roz­bita, roze­rwana, obraz przed oczyma roz­padł się na wiele trud­nych do ogar­nię­cia wizji jed­no­cze­śnie: pło­nący, bie­gnący, pada­jący Tyl­wyth Teg. Któ­ryś z mniej­szych olbrzy­mów zgięty wpół, zano­szący się histe­rycz­nym śmie­chem peł­nym nie­do­wie­rza­nia. Coś kozioł­ku­ją­cego przez powie­trze. Pęka­jące pustaki, sypiący się żwir, łusz­cząca się farba.

Halę wypeł­niła mgiełka sza­rego dymu i czarny odór palo­nych pły­tek dru­ko­wa­nych. Zawyły alarmy.

Blugg stał, spa­ra­li­żo­wany, pośrodku gej­ze­rów iskier. Jak słup we wzbu­rzo­nym morzu, nie poru­szał się, a świa­tło prze­ni­kało go na wskroś. Jedna ręka powoli unio­sła się, jakby chciał zgło­sić jakąś uwagę. Potem upadł, roz­sy­pu­jąc się w szary popiół.

Dymka krzyk­nęła, gdy chmura odłam­ków wyry­so­wała jej na twa­rzy krzywą linię, z wdzię­kiem omi­ja­jącą wargi, nos i oboje oczu, choć led­wie o włos od nich wszyst­kich. Inne dzieci ska­kały, tań­czyły w bole­snym quick­ste­pie, trze­pały rękoma ramiona i boki.

Jane jed­nak na nie nie patrzyła. Gapiła się - jakby od zara­nia dzie­jów nie robiła nic innego - na Koguta.

Przy wyj­ściu, do ściany była przy­krę­cona szara, ema­lio­wana skrzynka. Urzą­dze­nie kon­tro­lne, prost­sza córka Zegara. Pozba­wiona twa­rzy i oczu, nie była jed­nak ślepa. I miała moc.

Pod drzwiami leżało ciało Koguta, puste i chude, jak skra­wek papieru, zgnie­ciony i wyrzu­cony po tym, jak speł­nił swoje zada­nie. Z piersi uno­siła się smużka dymu. Tylko ona spo­śród wszyst­kich na hali dostrze­gła jaśniej­szy niż magne­zja pło­mień, który wykwitł mu pod koszulą, gdy prze­szedł obok urzą­dze­nia kon­tro­l­nego i minął próg. Pocho­dził z karty zega­ro­wej Blugga. Widziała ten błysk, widziała ten bole­sny łuk tar­ga­jący cia­łem z potężną siłą, sły­szała urwany krzyk bólu, jak krótki, ostry okrzyk skow­ronka.

Wpa­trzyła się w Koguta. Kogut nie żył.

***

Dzieci instynk­tow­nie zbiły się w gro­madkę. W kłę­bach dymu i pło­mieni, pośród wrza­sków i wykrzy­ki­wa­nych roz­ka­zów, Dymka rzu­ciła z lek­kim zdzi­wie­niem:

- Blugg nie żyje.

- I Kogut też - ode­zwał się gdzieś za jej ple­cami chłop­cień. - Razem poszli do Spi­ral­nego Zamku.

Dziw­ność tego zda­rze­nia, nie­praw­do­po­do­bień­stwo, że aku­rat te dwa losy splą­tały się razem, spra­wiła, że przez dłuż­szą chwilę wszy­scy mil­czeli. Wresz­cie Rzep zapy­tała:

- To co robimy?

Patrzyła bła­gal­nym wzro­kiem pro­sto na Dymkę. Ta nie odpo­wie­działa. Wypa­dek prze­ra­ził ją tak jak wszyst­kich. Dygo­tała, oszo­ło­miona i zszo­ko­wana, twarz miała bladą jak papier i upstrzoną krop­kami krwi tam, gdzie tra­fiły ją odłamki. Nie­zły przy­wódca, pomy­ślała kwa­śno Jane.

Obok nich prze­kuś­ty­kał bry­ga­dzi­sta z oślimi uszami, w roz­dar­tej bia­łej koszuli, po dro­dze doty­ka­jąc ramie­nia każ­dego z nich, jakby się bał, że bez tego opar­cia upad­nie.

- Ni­gdzie się nie ruszaj­cie - powie­dział. - Zaraz przyj­dzie kon­tro­ler od bez­pie­czeń­stwa. Za parę minut. Będzie chciał was prze­słu­chać. - I znik­nął w dymie.

Wtedy w Jane znów wszedł smok, napeł­nia­jąc ją siłą i poczu­ciem celu.

- W dwu­sze­regu! - wark­nęła. - Według wzro­stu. W lewo zwrot. Marsz!

Dzieci potul­nie jej usłu­chały.

Jane wypro­wa­dziła je z hali i popro­wa­dziła przez teren. Zbie­gali się ratow­nicy. Wyły karetki. Noc wypeł­niły miga­jące świa­tła i smród wybu­chu. Łado­warki i cię­ża­rówki poru­szały się nie­spo­koj­nie w swo­ich bok­sach, pokrzy­ku­jąc zanie­po­ko­jo­nymi mecha­nicz­nymi gło­sami. Dzieci szły przez ten chaos jak zacza­ro­wane, chro­nione przez wła­sne pozorne zde­cy­do­wa­nie. Nikt ich nie zatrzy­my­wał.

Jane pro­wa­dziła je - nie­które, te naj­mniej­sze, cią­gle kasz­lały i pry­chały - pro­sto do Budynku 5. Sły­szała ciche szlo­chy i popła­ki­wa­nia: to nie było pro­ble­mem, ale kiedy Jeżata odrzu­ciła w tył głowę i zaczęła wyć, Jane wal­nęła ją porząd­nie w ucho. Od razu uci­chła.

Przy scho­dach do noc­le­gowni Jane odsu­nęła się na bok i zapę­dziła wszyst­kich na górę, popy­cha­jąc i war­cząc. A kiedy minął ją ostatni dzie­ciak - Śli­mak, oczy­wi­ście - zerwała z haczyka przy drzwiach Blugga apteczkę.

Naj­waż­niej­sze było opa­trze­nie ran. Na szczę­ście, mało które dziecko zostało ranne w wybu­chu; ucier­piały głów­nie od fali ude­rze­nio­wej. Kiedy przy­szła pora na oczysz­cze­nie twa­rzy Dymki, zmien­niczka obu­dziła się z apa­tycz­nego letargu i wykrzyk­nęła:

- Moja twarz! Jak ja będę wyglą­dać?

- Jak cudak - burk­nęła Jane - jeśli ci tego nie powy­cią­gam. Cicho bądź i nie prze­szka­dzaj.

Zro­biła, co mogła, narzę­dziami, jakie miała. Kiedy skoń­czyła, pod skórą Dymki pozo­stało parę czar­nych kro­pek, ale naj­pew­niej nie było to nic groź­nego. Co bar­dziej histe­rycz­nych pacjen­tów potrak­to­wała mor­finą i posłała wszyst­kie dzie­ciaki do łóżek.

Teraz ona nimi dowo­dziła.

Ale nie potrwa to długo, jeśli ma w tej spra­wie coś do powie­dze­nia.

***

Gdy dzie­ciar­nia wresz­cie usnęła, Jane wspięła się na dach, żeby popa­trzeć na roz­wój wyda­rzeń. Z komi­nów buchały iskry i dym, machiny ratun­kowe prze­mie­rzały bez wytchnie­nia teren fabryki. Śmierć tak gru­bej ryby jak inspek­tor gene­ralny pode­rwała na nogi i zmu­siła do dzia­ła­nia, sen­sow­nego czy nie, każdą żywą duszę.

Powoli wró­cił porzą­dek. Tau­ma­tur­dzy wyszli z labo­ra­to­riów i prze­szli się po tere­nie, odziani w poma­rań­czowe kom­bi­ne­zony ochronne, sie­jąc radio­ak­tyw­nymi cząst­kami sta­łymi z try­bu­la­rzy i kadziel­nic, mru­cząc zaklę­cia, od któ­rych powie­trze sztyw­niało ze stra­chu. Tam, gdzie prze­szli, na ziemi krzy­żo­wały się świe­cące nie­bie­sko, czer­wono i żółto linie mocy, jak jakiś obłą­kany sche­mat ide­owy, nakła­da­jące się koła i linie pro­ste, zbie­ga­jące się pod nie­praw­do­po­dob­nymi kątami i znów roz­cho­dzące. Nie wie­działa, jak są w sta­nie roz­wi­kłać te ślady magicz­nych wpły­wów - i pew­nie nie byli, bo żadna z linii nie dopro­wa­dziła ich do Numeru 7332.

Jane patrzyła z dachu przez pół nocy, bojąc się, że smok zosta­nie zde­ma­sko­wany. Sama była drob­nym, bla­dym prze­cin­kiem na połaci czar­nej papy: gdyby kto­kol­wiek ją doj­rzał, pew­nie wziąłby ją za maga­zy­no­wego duszka opie­kuń­czego zaj­mu­ją­cego się wła­snymi spra­wami.

Gdy księ­życ opu­ścił się nisko na nie­bie, 7332 wresz­cie ją wezwał.

***

Jane spo­koj­nie zeszła z dachu, zebrała gri­muar, krysz­tał i bryłkę metalu, po czym się ubrała. Klu­czem Blugga otwo­rzyła sobie noc­le­gow­nię. Wycho­dząc, rozej­rzała się i poszła do smoka. Szła przez fabrykę, nie pró­bu­jąc unik­nąć wykry­cia. Już nie bała się fabrycz­nej ochrony. To było zada­nie 7332, nie jej.

Gdy dotarła na sta­cję roz­rzą­dową, wiel­kie smoki odsu­nęły się na bok, żeby zro­bić jej przej­ście. Zbyt dumne były, by spoj­rzeć na nią wprost, jed­nak zer­kały z ukosa, wynio­śle i enig­ma­tycz­nie. Kon­tury boków obry­so­wy­wały jaskrawe sznu­reczki czer­wo­nych, zie­lo­nych i bia­łych świa­te­łek nawi­ga­cyj­nych.

Jane dotarła do Numeru 7332 i wspięła się po jego bur­cie. Poczuła się nie­wi­dzialna.

Gdy weszła do kabiny, zapa­liły się łagodne świa­tła. Dziś nie będzie ochron­nego kamu­flażu. Drzwi zatrza­snęły się za nią.

- Zabi­łeś go - powie­działa.

Z bez­świetl­nych cze­lu­ści maszy­ne­rii dobył się głos, z pozoru spo­kojny, choć pod­szyty nutką nie­cier­pli­wo­ści:

- Musia­łem czymś zająć ochronę, na tyle długo, żeby móc dokoń­czyć przy­go­to­wa­nia. Nie ma co pła­kać nad prze­laną odro­biną elfiej krwi.

Przez chwilę nie docie­rał do niej sens odpo­wie­dzi. Potem uświa­do­miła sobie, że 7332 mówi o inspek­to­rze gene­ral­nym.

- Cho­dzi mi o Koguta! Wyko­rzy­sta­łeś go. Nakło­ni­łeś, żeby ukradł kartę zega­rową Blugga, choć wie­dzia­łeś, co się sta­nie, gdy spró­buje jej użyć. A wszystko po to, żeby zatrzeć nasze ślady.

- A, tego małego? - W gło­sie 7332 zabrzmiało zdzi­wie­nie. - Nic szcze­gól­nego w sobie nie miał. Mogę ci takich zna­leźć, ilu tylko zechcesz. - Deli­kat­nie ją pona­glił. - Sia­daj. Pora wyrwać się z tego wię­zie­nia, w niebo i na wol­ność.

Jane usia­dła tępo na leżance i pozwo­liła ser­wo­me­cha­ni­zmom się opleść. Ści­snęła czarne ręko­je­ści, prze­krę­ciła lewą o ćwierć obrotu. Podwójna igła wsu­nęła się w jej prze­gub. Obraz zafa­lo­wał i się zmie­nił - patrzyła teraz oczyma smoka, czuła jego ner­wo­wym sys­te­mem chłodny zimowy powiew na żela­znej skó­rze. Już nie była tylko Jane: była czę­ścią cze­goś znacz­nie więk­szego. Podo­bało jej się to.

- Uru­chom układ napę­dowy - powie­działa.

- To mi się podoba!

Zabul­go­tało paliwo, pom­po­wane przez elek­tryczne sil­niki do tur­bin. Wysoki pisk nara­stał i nara­stał, aż wypeł­nił cały wszech­świat. Ogłu­szyłby ją, gdyby nie słu­chawki.

- Gotowe. Teraz użyj klu­czy - powie­dział 7332.

Jane prze­sta­wiła sze­reg prze­łącz­ni­ków, spraw­dza­jąc jed­no­cze­śnie, czy dzia­łają sys­temy nawi­ga­cji.

- To nie jest konieczne - wtrą­cił gniew­nie smok. - Masz tylko wło­żyć klu­cze.

Wtem nie­ludzki głos zaniósł się wyciem. Dołą­czył do niego kolejny, potem trzeci - alarmy włą­czały się w całej fabryce. Cich­sze, ale bar­dziej prze­ni­kliwe głosy uja­dały i szcze­kały. Psy-cyborgi. To mogło tylko ozna­czać, że ich wykryli. Po włą­cze­niu tur­bin pro­wa­dzące do nich linie mocy i wła­dzy musiały roz­świe­tlić się jak jarze­niówki.

- Szybko! - zawo­łał 7332. - Wykryli nas.

Jane miała rubin i orzech w kie­szeni spodni; nie­wy­god­nie jej było na nich sie­dzieć. Ale nie poru­szyła się, żeby je wycią­gnąć.

- Podaj mi swoje imię.

Na dru­gim końcu placu poja­wił się troll z ochrony fabryki, z pło­mie­niami w oczach. Za nim wyszło jesz­cze kilku jego pobra­tym­ców, odci­nali się czarno na tle zim­nego nieba. Każdy pro­wa­dził pięć czy sześć psów-cybor­gów, rwą­cych się na tyta­no­wych smy­czach.

- Idą po nas. Musimy star­to­wać, teraz albo wcale.

- Imię - powtó­rzyła.

Odpięli psy ze smy­czy. Puściły się pędem ku smo­kowi. Pierw­szy z nich odbił się od burty z gło­śnym brzę­kiem i zato­pił w niej dia­men­towe kły. Jane, zanu­rzona w sen­so­rium 7332, poczuła, jak zwie­rają się w jej wła­snym ciele. Gło­śno krzyk­nęła z bólu.

Teraz głos 7332 zabrzmiał despe­ra­cją:

- Jeśli teraz nie wystar­tu­jemy, dopadną nas! - Kop­nął psa, wyrzu­ca­jąc go w powie­trze.

Ale już bie­gły kolejne, były tuż-tuż.

- No to dopadną.

Psy ska­kały w powie­trze, żeby obez­wład­nić smoka. 7332 obró­cił się przo­dem do nich, omal nie wyrzu­ca­jąc Jane z leżanki. Tur­biny wyły, ale nie dało się ich usta­wić do lotu. Wojow­nicy trolle rzu­cali gniewne okrzyki i wście­kłe roz­kazy. 7332 przy­tłu­mił układy prze­no­szące wra­że­nia ze skóry; Jane poczuła, że drę­twieje na równi z nim. Ale psy zaczy­nały naprawdę go uszka­dzać.

- Klu­cze!

Jane cze­kała. Na wpół zanu­rzona w smoku, nie­pewna, gdzie koń­czy się i gdzie zaczyna jej wła­sna toż­sa­mość, jed­nego była pewna: smok musi wie­dzieć, że ona nie ble­fuje. Że bez imie­nia, bez wła­dzy, jaką jej daje, ni­gdzie nie polecą.

- Melanch­ton, z linii Mel­che­zja­sza, z linii Molo­cha! - krzyk­nął smok.

Jego udręka buchała wokół Jane jak wyima­gi­no­wany pło­mień. Poczuła, jak opala jej rzęsy, a jed­no­cze­śnie całą swoją jaź­nią poznała, że mówi prawdę.

Otwo­rzyła gri­muar, prze­kart­ko­wała na kody ste­ru­jące i zaczęła czy­tać:

- Recu­rvor. Recu­sa­dora. Recu­sa­mor.

Sil­niki ryk­nęły i zatrzę­sły się.

- Recus­sus. Redac­cendo. Redac­ta­mos. - Wci­snęła na miej­sce kamień. - Reda­dim. Redam­bu­les. Redam­na­vit.

Smok dygo­tał od nie­znaj­du­ją­cej ujścia mocy. Wetknęła mosiężną bryłkę w odpo­wied­nie wgłę­bie­nie, obró­ciła prawą ręko­jeść o ćwierć obrotu naprzód. Teraz igły miała już głę­boko w obu prze­gu­bach.

- Leć!

- Będziesz się sma­żyć w pie­kle za tę znie­wagę! - obie­cał 7332, a w tyle czaszki Jane mignęły wspo­mnie­nia wojen­nych okrop­no­ści. - Zaniosę cię na Dzie­się­cinę we wła­snych pazu­rach!

- Cicho bądź i star­tuj!

Poru­szali się. Gdy nabie­rali szyb­ko­ści, asfalt trzesz­czał pod ich cię­ża­rem. Smok uniósł skrzy­dła, roz­po­starł je, nabrał w nie powie­trza. Psy odpa­dły. Jane śmiała się histe­rycz­nie. 7332, ku jej zasko­cze­niu, także się śmiał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki