I
W dniu, w którym dzieci spotkały się, by uknuć śmierć nadzorcy, w głowie
dziewczynki-podmieńca zrodziła się decyzja, by ukraść smoka i uciec.
Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziała.
Odkąd pamiętała, mieszkała w fabryce parowych smoków. Co rano prowadzono
ją razem z innymi młodocianymi przypisańcami z internatu w Budynku 5 do
stołówki na śniadanie, które ledwo miała czas przełknąć przed pracą.
Zwykle przydzielali ją do hali obróbki cylindrów, do polerowania, czasem
jednak szła do Budynku 12, gdzie kontrolowano i smarowano czarne żelazne
cielska, przed przewiezieniem do hali montażu końcowego. Kanały w ich
wnętrznościach były dla dorosłego zbyt ciasne. Musiała się wczołgać do
tych ciemnych przejść, przetrzeć wszystko, a potem nasmarować. Pracowała
do zachodu słońca, a czasem dłużej, jeśli akurat było zamówienie na
szczególnie ważnego smoka.
Miała na imię Jane.
Najgorsza praca była w odlewniach: latem panowało tam piekło jeszcze
zanim metal polał się do form, waląc falą żaru jak pięścią, zimą śnieg
zawiewał przez powybijane okna, a podłogę zaściełała szara maź.
Pracowali tam pukacze i knurogłowi, ogorzałe kosmate stwory, stale
milczące, poczerniałe i umięśnione, o złowrogich, przekrwionych oczach i inteligencji, która, narażona przez dziesięciolecia na magiczne ognie i zimną stal, spaliła im się na żużel. Jane bała się ich jeszcze bardziej
niż roztopionych metali, które przelewali, i brutalnych machin, przy
których pracowali.
Któregoś dnia o zmierzchu wróciła z pomarańczowej kuźni zbyt chora, by
coś jeść, owinęła się ciasno cienkim kocykiem i natychmiast zasnęła. Sny
miała poplątane: bez przerwy polerowała metal, ściany łomotały, a podłogi śmigały w górę jak tłoki gigantycznego silnika. Uciekła od nich
i schowała się pod łóżkiem, wczołgała do sekretnej kryjówki między
ścianami, gdzie ukrywała się, gdy była mniejsza, przed drobnymi
okrucieństwami Koguta. Jednakże Kogut pojawił się tam na samą myśl,
rechotał złośliwie i machał jej przed nosem ropuchą bez nogi. Gonił ją
podziemnymi chodnikami, pod gwiazdami, przez kotłownie i warsztaty.
Wizje się ustabilizowały. Biegła w podskokach przez świat zielonych
trawników i ogromnych przestrzeni, dziwnie znajomy - wiedziała, że to
musi być Dom. Często jej się śnił. Byli tam ludzie, którzy o nią dbali i dawali jej tyle jedzenia, ile tylko chciała. Ubranie miała czyste i nowe, nikt nie zmuszał jej do dwunastogodzinnej pracy w warsztacie.
Miała własne zabawki.
Potem jednak, jak zawsze, sen pociemniał. Skakała przez skakankę
pośrodku ogromnego trawnika, gdy jakiś wewnętrzny zmysł poinformował ją
o obecności intruza. Otaczały ją nudne białe domy - mimo to, wrażenie,
że przypatruje się jej jakaś złośliwa, inteligentna istota, stawało się
coraz silniejsze. Złe siły czaiły się pod darnią, skupiały za każdym
drzewem, kuliły pod każdym kamieniem. Opuściła skakankę na stopy,
rozejrzała się ze zdziwieniem i wykrzyknęła imię, którego potem nie
pamiętała.
Niebo rozwarło się.
- Wstawaj, ty flejo! - syknął niecierpliwie Kogut. - Zbieramy się.
Musimy postanowić, co ze Szczudłakiem.
Jane zerwała się z bijącym sercem. Mimo że była dezorientowana po nagłym
przebudzeniu, cieszyła się, że uciekła z tego snu, jednocześnie żałując,
że go straciła. Oczy Koguta były jak dwa unoszące się w mroku zimne
odblaski księżyca. Klęczał na jej posłaniu, napierał na nią kościstymi
kolanami. Oddech pachniał mu wiązową korą i spleśniałymi liśćmi.
- Przesuń się, co? Ciśniesz mnie w żebra.
Kogut wyszczerzył się i uszczypnął ją w rękę.
Odepchnęła go. I tak jednak cieszyła się, że go widzi. Wypracowali coś w rodzaju szorstkiej przyjaźni, a Jane zdała sobie z czasem sprawę, że pod
tą pychą i bezmyślnością Kogut jest w gruncie rzeczy całkiem
sympatyczny.
- A co mamy postanowić z tym Szczudłakiem?
- Nie wiadomo, dopiero będziemy gadać, głupia!
- Zmęczona jestem - burknęła Jane. - Pracowałam długo i nie mam ochoty
na te wygłupy. Jak mi nie powiesz, idę spać dalej.
Twarz mu pobielała, zacisnął pięść.
- Co to ma być, bunt? Ja tu rządzę. Robisz, co mówię i kiedy mówię,
dlatego że to ja mówię. Jasne?
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Był fejem-mieszańcem,
stworzeniem, które wiek temu żyłoby dziko w lesie i pokazywało się
ludziom tylko od czasu do czasu, żeby przewrócić dojarce stołek albo
poluzować szwy w worku z mąką, tak by się rozsypała po zarzuceniu go na
ramię. Może i byli płytcy, ale do złośliwości pierwsi i twardzi jak
szczury. Kogut pracował jako zbieracz żelaznych odpadków i nikt nie miał
wątpliwości, że przetrwa do końca terminu.
W końcu Jane pochyliła głowę. Nie opłacało się mu teraz sprzeciwiać.
Kiedy uniosła wzrok, poszedł już budzić innych. Owijając się kocem jak
peleryną, poszła za nim. Było słychać szelest stóp i łap, ciche oddechy,
gdy dzieciaki zbierały się na środku sali.
Dymka wyciągnęła ukradziony ogarek i wetknęła go w najszersze miejsce
szczeliny między dwiema krzywymi deskami. Wszyscy klęknęli wokoło. Kogut
mruknął coś pod nosem, między palcem a knotem przeskoczyła mu iskra.
Nad świeczką zatańczył płomyk. Ściągnął spojrzenia wszystkich, rzucił na
ścianę podskakujące zjawy, niczym dwuwymiarową Noc Walpurgii. W tęczówkach zatańczyły dwadzieścia trzy pomniejsze płomyczki. Było ich
zaledwie dwanaścioro, i to zakładając, że chłopcień czai się gdzieś w pobliżu, schodząc z drogi większości światła, a resztę pochłaniając tak
dokładnie, że nawet jeden foton nie zdradzał jego obecności.
Kogut odezwał się z namaszczeniem, zarozumiale:
- Blugg musi umrzeć. - Wyciągnął spod kamizelki szmacianą lalkę,
niekształtną, uszytą byle jak, z dwoma wielkimi guzikami zamiast oczu i grubą węglową krechą zamiast ust. Promieniowała jednak mocą i na jej
widok kilkoro młodszych dzieci zmrużyło oczy, czując tę samą nienawiść.
- Jeżata ma krew wiedźmy. Zrobiła coś takiego.
Jeżata niechętnie kiwnęła głową. Strzegła laleczki jak oka w głowie i jedna Pani wiedziała, jak Kogutowi udało się ją zdobyć. Dzierżył ją nad
świecą.
- Odmówiliśmy modlitwy, przelaliśmy krew. Teraz tylko trzeba zaszyć w środku coś, co jest jego, i rzucić do pieca.
- To morderstwo! - odezwała się wstrząśnięta Jane.
Rzep prychnęła.
- Poważnie mówię. To nie tylko coś złego, ale i bardzo głupiego. - Rzep
była zmienniczką, tak jak Szczudłak, i jak wszyscy zmiennicy była trochę
głupawa. Jane dawno nauczyła się, że zamknie się tylko, jeśli
bezpośrednio się ją zaatakuje. - Co nam to da? Nawet jeśli to zadziała,
a wątpię, będzie śledztwo. A jeśli jakimś cudem do nas nie dojdą, to i tak wymienią tylko Blugga na kogoś takiego samego albo i gorszego. Co za
sens go zabijać?
To ich powinno uciszyć. Jednakże, ku jej zaskoczeniu, chór gniewnych
szeptów wzrósł jak terkot cykad.
- Orze nami!
- Bije mnie!
- Nienawidzę tego starego śmierdziela!
- Zabić go - powiedział drżącym głosem chłopcień, tuż nad jej lewym
ramieniem. - Zabić tego wielkiego skurwiela!
Odwróciła się, lecz jego już tam nie było.
- Spokój! - Kogut rzucił Jane pełne wyrzutu spojrzenie. - Musimy zabić
Blugga. Nie ma innego wyjścia. Szczudłak, wystąp.
Szczudłak przesunął się trochę do przodu. Nogi miał tak długie, że kiedy
siedział, głowę trzymał niżej niż kolana. Wysunął stopę z buciora i mimowolnie podrapał się za uchem.
- Pochyl głowę.
Cherlawy młody zmiennik usłuchał. Kogut jedną ręką opuścił mu głowę
jeszcze bardziej, a drugą rozgarnął rzadkie włosy koloru zastałej wody.
- Zobaczcie! Zalążki piór! - Szarpnął mu głowę do góry i poruszył ostrym
trzydziestocentymetrowym nosem, żeby pokazać, jak zwapniał. - A palce na
nogach zmieniają się w szpony, no sami zobaczcie.
Dzieci przepychały się, żeby tylko zobaczyć. Szczudłak mrugał, ale z tępawym stoicyzmem znosił ich szturchańce i obmacywanie. W końcu Dymka
pociągnęła nosem i zapytała:
- No i co?
- To, że dorasta. Popatrzcie na nos. Albo oczy! Do następnego
Dziewiczego Księżyca już się zmieni. A wtedy... a wtedy... - Kogut
zrobił dramatyczną pauzę.
- Wtedy? - podsunął chłopcień swoim papierowym, wietrznym głosikiem.
Stał teraz gdzieś za Rzep.
- Wtedy będzie mógł latać! - rzucił triumfalnie Kogut. - Przefrunie za
mur, na wolność i już nigdy nie wróci.
Wolność! - pomyślała Jane. Zakołysała się na piętach i wyobraziła sobie
Szczudłaka odfruwającego z niezdarnym trzepotem w zielonobrązowe
jesienne niebo. Jej myśli poszybowały wraz z nim, ponad murami, drutem
kolczastym, w powietrze - fabryczne zabudowania i bocznice kurczyły się
w dole, ona wznosiła się ponad buchające dymem kominy, w gęstniejące
niebo, wyżej niż sama Jaśnie Pani Księżyc. I mogłaby nigdy, przenigdy
nie wrócić!
To oczywiście było niemożliwe. Tylko smoki i półludzcy inżynierowie
opuszczali fabrykę drogą powietrzną. Wszyscy inni, zarówno robotnicy,
jak i kierownicy, byli ograniczeni murami i bramami, strażnikami i potężnym żeliwnym Zegarem. Mimo to, i tak przez chwilę czuła, że coś ją
ogarnia, jakiś głód. Wiedziała teraz, że ta idea, idea wolności, daje
się urzeczywistnić, a skoro tak, pragnienie jej uzyskania stało się już
nieodwołalne.
U podstawy mózgu coś się poruszyło, przebudziło i rozejrzało z mroczną
ciekawością. Przez chwilę czuła mdłości i zawroty głowy, czuła się jak
przerzucona do jakiegoś pozbawionego światła, klaustrofobicznego światka
- lecz zaraz znalazła się z powrotem w czeluściach fabryki parowych
smoków, w małej noclegowni na piętrze Budynku 5, wciśniętego między
wzorcownię a szopę z piaskiem, gdzie od nieba dzieliły ją zakurzone
drewniane belki i dach z papy.
- Czyli on sobie odleci - powiedziała ponuro Dymka. Z niezadowoleniem
machnęła ogonem. - No to co? Mamy zabić Blugga, żeby miał prezent na
pożegnanie?
Za krnąbrność Kogut walnął ją w ramię.
- Durna! Tępa! Wredna! Co, myślisz, że Blugg nie zauważył? Myślisz, że
nie zaplanował ofiary dla Bogini, żeby zatrzymała przemianę?
- Jakiej ofiary? - zapytała Jane.
Kogut chwycił się jedną ręką za krocze, drugą wygiął w sierp i wykonał
nią tnący gest. Zabrał rękę. Uniósł brew.
- Dociera?
Niespecjalnie dotarło, ale Jane nie była na tyle głupia, żeby się
przyznać. Zaczerwieniła się i powiedziała:
- Oj.
- No dobra, słuchajcie. Obserwowałem Blugga. W dni, kiedy chodzi
odlewnia żeliwa, on w południe idzie do swojego gabinetu. Stamtąd widzi
nas przez okno w drzwiach i obcina sobie te swoje parszywe, wielkie
pazury. Ma taki wielki, ogromniasty nóż, a ścinki wywala do
popielniczki. Jak skończy, pakuje je w serwetkę i wrzuca do pieca w odlewni, żeby nie dało się ich użyć przeciwko niemu. Następnym razem
zorganizuje się jakieś zamieszanie. Wtedy Jane wśliźnie się do jego
pokoju i ukradnie parę ścinków. Jeden, dwa, nie więcej - popatrzył na
nią groźnie - bo zauważy.
- Ja? - jęknęła Jane. - Czemu ja?
- Nie bądź tępa. Na innych ma zabezpieczenia. Nie przejdą przez drzwi. A ty... ty jesteś z innej krwi. Jego klątwy i uroki ciebie nie
powstrzymają.
- No tak, dzięki bardzo - odparła Jane. - Ale ja tego nie zrobię. To
błąd i już wam mówiłam, dlaczego.
Parę mniejszych dzieciaków podeszło do niej z groźnymi minami. Splotła
ręce.
- Nie obchodzi mnie, co tam sobie gadacie, mnie do tego nie zmusicie.
Znajdźcie sobie kogoś innego do odwalania za was brudnej roboty!
- No, daj spokój. Pomyśl tylko, jacy będziemy ci wdzięczni. - Kogut
podniósł się na jedno kolano, położył dłoń na sercu, a drugą wyciągnął
tęsknie ku niej. Poruszył śmiesznie brwiami. - Na wieki tobie oddany.
- Nie!
Szczudłak nie nadążał za tym, co mówili. U takich jak on była to
ewidentna oznaka nadciągającej dorosłości. Zmarszczywszy czoło, zwrócił
się do Koguta i wyjąkał:
- Ja... nie mogę latać?
Kogut odwrócił głowę i z niesmakiem splunął na podłogę.
- Nie, jeśli Jane nie zmieni zdania.
Szczudłak się rozpłakał.
Z początku cicho szlochał, później coraz głośniej. Na koniec odrzucił w tył głowę i zawył w udręce. Przerażone dzieciaki przepychały się, żeby
go dosięgnąć i uciszyć, dłońmi i ciałami. Szloch został stłumiony, potem
ustał.
Przez długą chwilę, wstrzymując oddech, czekali, czy nie zbudził się
Blugg. Nasłuchiwali jego ciężkich kroków na schodach, gniewnego
skrzypienia starych desek, wyczekiwali gęstej aury gwałtowności i ledwie
tłumionego gniewu, jaka go poprzedzała. Przerażoną minę miał nawet
Kogut.
Nie rozległ się jednak żaden dźwięk, jeśli nie liczyć prychania
psów-cyborgów na patrolu, szczękania i szelestów smoków poruszających
się niespokojnie w łańcuchach na swoich dziedzińcach, oraz odległych,
niemal niesłyszalnych dzwonów o północy, dla uczczenia jakiejś dalekiej
wiejskiej hulanki. Najwyraźniej Blugg spał dalej.
Rozluźnili się.
Co za rozdygotana banda mizerniaków! Jane poczuła litość do nich
wszystkich, nie wyłączając siebie. Dziwna siła, przypominająca
desperację, wypełniła ją stanowczością, jakby nie była niczym więcej niż
pustą formą, której ręce, nogi i tułów znienacka zalano roztopionym
żelazem. Zapłonęła poczuciem celu. W jednej chwili uświadomiła sobie, że
jeśli kiedykolwiek ma zyskać wolność, musi być twarda i bezwzględna.
Należy zapomnieć o dziecinnych słabostkach. W myślach przysięgła, na
własną duszę, że zrobi wszystko co konieczne, obojętne, jak bardzo
byłoby to przerażające, jak bardzo obrzydliwe i złe.
- Niech będzie - powiedziała. - Zrobię to.
- Dobra. - Kogut, nawet nie kiwnąwszy głową, zaczął snuć plan,
przydzielając każdemu dzieciakowi jakąś rolę.
Kiedy skończył, mruknął jakieś słowo i krótkim, ostrym ruchem machnął
dłonią nad świecą. Płomień zgasł.
Każde z nich mogłoby ją bez wysiłku zgasić lekkim dmuchnięciem. Ale to
nie byłoby takie fajne.
***
Odlewnia żeliwa była drugą co do wielkości halą w całej fabryce. Tu
odlewano niezniszczalne korpusy i mniejsze, też opancerzone magią,
części ciał wielkich smoków. W betonowych dołach trzymano zielony
piasek, mieszanki mułowe i iłowe formy. Po belkach pod sufitem powoli
przemieszczały się suwnice, a październikowe słońce świeciło skośnie
przez unoszący się w powietrzu pył, mozolnie mieszany potężnymi
wentylatorami.
W południe stara wiedźma jeziorna przywiozła wózek z lunchem: Jane
dostała zawiniętą w folię kanapkę i kubek letniego soku grejpfrutowego.
Zostawiła na warsztacie irchowe rękawice, zaniosła jedzenie do ciepłej,
zakurzonej niszy obok drewnianej skrzyni wypełnionej żelaznymi
odpadkami, mieszaniną pazurów, łusek i trybików.
Postawiła papierowy kubek obok siebie, wygładziła na kolanach szorstką,
brązową spódnicę. Zamknąwszy oczy, udała, że jest w pałacu w chmurach
wysokiego elfiego rodu. Damy i panowie zasiadali za długim stołem, nic
tylko marmur i biała koronka, oświetlana przez cieniutkie świece w srebrnych lichtarzach. Panie nosiły imiona w rodzaju Fata Elspeth czy
Fata Morgaine i porozumiewały się miodopłynnymi wielosylabowymi
wyrazami. Ich śmiech przypominał dzwoneczki, a ją tytułowały Fata Jayne.
Elfi książę namawiał do spróbowania sorbetowych smakołyków. Oczy
błyszczały mu namiętnością. Krasnoludzcy niewolnicy, zamiast skrawkami
sitowia posypywali podłogę ciętymi kwiatami.
Ugryzła kęs kanapki i przeżuwała go powoli, żeby wystarczył na dłużej.
Pod łukiem okna kucał jej własny, osobisty aquilohippus z siodłem
wysadzanym drogimi kamieniami. Aż rwał się do lotu. Spojrzenie miał
dzikie, a dziób ostry jak brzytwa. Nikt poza nią nie ważył się go
dosiadać, dla niej był jednak miły i łagodny. Na imię miał...
Ktoś nadepnął jej na nogę.
- Au! - Zerwała się, przewracając sok, i zobaczyła, że przed chwilą
minął ją Kogut z workiem złomu zarzuconym na ramię - był na
przedobiedniej zmianie, ale jeszcze pracował.
- Nie śpij, gapo! Już prawie czas! - burknął. Po chwili, żeby złagodzić
te słowa, uśmiechnął się i mrugnął. Był to jednak słaby i nieprzekonujący uśmiech. Gdyby go tak dobrze nie znała, uznałaby, że się
boi.
I pobiegł.
Spokój runął, obracając się w gruzy. Na moment udało jej się zapomnieć o szalonym planie Koguta. Teraz wrócił do niej, a razem z nim pewność, że
to się nie ma prawa udać. Złapią ją, ukarzą i nic nie może na to
poradzić. Przecież dała słowo.
Wzdłuż znajdującej się najdalej od żeliwiaków ściany odlewni ciągnął się
rząd wąskich pokoików dla brygadzistów poszczególnych warsztatów. Jane
wcisnęła kanapkę do kieszeni fartucha i wyjrzała zza krawędzi skrzyni.
Widziała gabinet Blugga, a w nim Blugga - za biurkiem, z cygarem w ustach, powoli kartkującego błyszczące czasopismo.
Blugg był gruby i potężny, miał ciężki podbródek i niskie czoło.
Rzadkie, rozczochrane włosy rzedły mu, nigdy też o nie nie dbał - za to
ponad miarę był dumny z pary krętych baranich rogów. Na specjalne okazje
malował je i lakierował, a raz w roku, na Samhain, złocił czubki. Płatki
złota trzymały się w zagłębieniach przez wiele tygodni.
- Pssst!
Jane się odwróciła. We wnęce, z której właśnie wyszła, stał chłopcień,
postrzępiony kontur niewidzialny i ledwo dostrzegalny nawet podczas
pełni.
- Kogut mnie przysłał. Mam dla ciebie stać na czatach.
Nie widziała wyrazu jego twarzy, ale głos mu drżał.
Poczuła się teraz strasznie. Potworny lęk.
- Nie dam rady - powiedziała. Nie miała odwagi się do tego zabrać. - Ja
po prostu...
Południowy spokój rozdarł potężny ryk. Nagle wszyscy popędzili, rzucając
narzędzia, na środek hali i powspinali się na formy, żeby zobaczyć, co
się dzieje. Pobiegli w stronę żeliwiaków. Coś się tam działo. Jane
wpatrzyła się w wir postaci, nie rozumiejąc, co to za zamieszanie. Nagle
wszystko do niej dotarło.
Kogut, śmiejąc się obłąkańczo, sikał olbrzymowi-kowalowi na stopę.
Kowal ryknął z wściekłości. Kogut wziął sobie za cel samego Piaskomiota,
największego stwora w całej fabryce. Typowy koguci spryt - Piaskomiot
był nie tylko największy, ale i reakcje miał najwolniejsze ze wszystkich
olbrzymów. Jednakże i tak było to szaleńczo niebezpieczne.
W końcu Piaskomiotowi przyszło do głowy podnieść stopę spod strumienia
moczu i opuścić ją na swego mizernego przeciwnika. Podłoga zatrzęsła się
od uderzenia.
Kogut odskoczył w bok z drwiącym okrzykiem.
Olbrzym pokręcił głową z dezorientacją i gniewem. Zmarszczywszy brwi,
spojrzał na leżący na kowadle trzytonowy młot. Na prymitywnej twarzy
wykwitła chytra mina, gigantyczna dłoń sięgnęła po narzędzie.
- Teraz! - Chłopcień niecierpliwie wskazał gabinet Blugga.
Był pusty. Drzwi pozostawiono otwarte na oścież i niestrzeżone.
Łup. Młot opadł w miejsce, gdzie przed chwilą stał Kogut.
Jane biegła, kryjąc się, przez ogromną przestrzeń dzielącą ją od
gabinetu Blugga. Przerażała ją własna odwaga i bała się, że zostanie
złapana. Za nią młot łupnął jeszcze raz. Aż załaskotało ją w podeszwy. I już była w gabinecie. Natychmiast odskoczyła w bok, żeby schować się za
ścianą. Wyprostowała się i zaczęła rozglądać.
Łup. Młot spadł po raz trzeci. Ludzie wrzeszczeli, biegali, krzyczeli.
Gabinet był ciasny i zagracony. Na podłodze leżały sterty instrukcji
technicznych. Z kosza wysypywały się śmieci. Na ścianach wisiały
upstrzone zaciekami rysunki techniczne wiwern, które dziesiątki lat temu
powinny trafić do lamusa, poprzypinane pineskami plany produkcji, dawno
zbrązowiałe na brzegach, oraz plakat o bezpieczeństwie pracy,
przedstawiający rysunkową rękę z palcem wskazującym skierowanym ku górze
i przewiązanym wstążeczką tuż poniżej drugiego stawu.
Jedyny barwny element stanowił kalendarz od jakiegoś dostawcy,
przedstawiający nagie syreny, grube jak krowy morskie, wylegujące się na
skałach. Jane na moment zamarła i zagapiła się na hektary różowego,
miękkiego jak pańska skórka ciała, jakby ów obraz stanowił okno do
obcego i niebezpiecznego świata. Potem otrząsnęła się z zamyślenia i podbiegła do biurka.
Wytłoczona z blachy popielniczka stała dokładnie tam, gdzie powinna. Na
jej krawędzi dymiło cygaro, jeszcze wilgotne od śliny. Nieufnie uniosła
smrodliwy przedmiot i odsunęła na bok. Szybko! - pomyślała. W popiele
leżało coś przypominającego siedem wyrzeźbionych z pożółkłej kości
słoniowej półksiężyców. Podniosła dwa, odłożyła cygaro i okręciła się na
pięcie, żeby wyjść.
Wtem jej wzrok przyciągnął błysk czegoś zielonego. Pochyliła się nad
koszem na śmieci. Wystawał z niego róg książki. Sama nie wiedząc,
dlaczego to robi, odgarnęła papiery, żeby na nią zerknąć. A gdy
zobaczyła, aż zaparło jej dech.
Grimuar!
Gruby tom w tłoczonej oprawie z zielonego winylu, z firmowym logo na
okładce. Pod nim wypukłe złote litery tytułu, którego nie umiała
przeczytać. Trzy chromowane zaciski przytrzymywały kartki, żeby dawało
się je łatwo wyjmować i aktualizować. Jane rozdziawiła usta, potem się
opamiętała. Grimuary były niewyobrażalnie cenne i tak rzadkie, że każdy
był ponumerowany i zarejestrowany w dyrekcji. Niemożliwe, żeby któryś
trafił do gabinetu Blugga, a do tego wylądował w koszu jak coś
bezwartościowego!
Ale... dotknąć czegoś takiego przecież nie zaszkodzi.
Dotknęła go - i po ręce przepłynęło jej upiorne wrażenie istoty. Tom
przemówił do niej, w sposób, jakiego dotąd nie doświadczyła. Był
prawdziwy! To była prawdziwa księga zaklęć, nic wątpliwego, nic
oszukanego. Oto w zasięgu ręki miała prawdziwą magię: przepisy na
piekielne ognie i zemstę, sekrety zdolne zrównać miasta z ziemią,
techniki niewidzialności i ekstatycznego okrucieństwa, potęga, z którą
można wskrzesić umarłych i ruszyć z bronią na samo Piekło.
Przez długi, bezczasowy moment bratała się z grimuarem, pozwalając, by
ją przenikał i zawłaszczał. W końcu wyszeptywane przez niego obietnice
ścichły i zamarły.
Wykopała go spomiędzy papierów.
Był za duży, by unieść go w jednej ręce. Jane schowała ukradzione ścinki
paznokci do ust, między wargi i dziąsła, a w obie dłonie chwyciła
grimuar.
W tej samej chwili rozległ się długi przenikliwy gwizd. Odwróciła się: w drzwiach stał chłopcień, powstrzymywany przez przybite do ościeżnic
pakiety fetyszy, poganiający ją niecierpliwymi machnięciami ręki. Za nim
widziała, że Piaskomiota udało się okiełznać. Jeden z knurogłowych
przytrzymywał Koguta. Publiczność rozchodziła się, niektórzy zbijali się
w małe grupki, żeby porozmawiać o tym, co widzieli, inni odwracali się i szli do pracy.
Ściskając grimuar w objęciach, wybiegła z gabinetu. Ważył chyba z tonę,
uginała się pod jego ciężarem. Ale oddać go nie zamierzała. Teraz
należał do niej.
Chłopcień stał w pełnym świetle, rzadko bywał bardziej widoczny niż
teraz.
- Co tak długo? - szepnął ze strachem. - Zaraz będzie wracał.
- Masz. - Cisnęła mu książkę. - Zabierz do sypialni, szybko! I schowaj
pod moim kocem. - Gdy się nie ruszył, warknęła: - Nie ma czasu na
pytania. Zrób to i tyle!
- A mój lunch?! - krzyknął chłopcień takim głosem, jakby był bliski
płaczu.
Odwrócił tęsknie głowę ku nachylonej nad swoim wózkiem jeziornej
wiedźmie, gapiącej się z rozdziawionymi ustami na pobojowisko po walce
Koguta. Musiała zaczynać drugi obchód po fabryce.
- Bierz mój. - Jane wygrzebała z kieszeni fartucha swoją nieco
rozpłaszczoną kanapkę i położyła na księdze. - A teraz leć!
Niewyraźny ruch, jak wzruszenie ramion, i już go nie było. Jane nie
widziała, jak odchodzi. Całkiem jakby po prostu rozpłynął się w półmroku
i przestał istnieć.
Podniosła dłoń do ust, żeby wypluć ukradzione ścinki, i jednocześnie
dostrzegła Blugga po drugiej stronie odlewni, mrużącego oczy i wpatrującego się w nią. Zamarła, sparaliżowana tą demaskacją.
Kogut wyrwał się knurogłowemu i wrzasnął coś do olbrzyma. Piaskomiot, z rykiem wściekłości, chwycił pierwszą broń, jaka wpadła mu w rękę, i cisnął nią.
Błyskawica.
Powidok roztopionego żelaza, które chlusnęło z ciśniętego czerpaka, aż
palił Jane w oczy. Głosy wydęły się w bąbel pełen strachu, przeplatanego
nerwowo wykrzykiwanymi rozkazami. Wysoko ponad tym wszystkim rozlegał
się agonalny wrzask Koguta.
W tym zamieszaniu Jane udało się uciec. Po minucie była z powrotem na
swoim miejscu pracy i pośpiesznie naciągała rękawice. Może Blugg tak
naprawdę jej nie widział? Może w tym zamieszaniu o niej zapomniał?
- Masz je? - szepnęła Kapka.
Jane przez sekundę nie wiedziała, o czym ona mówi. Potem przypomniała
sobie, kiwnęła głową i wypluła na dłoń skradzione ścinki paznokci. Kapka
wzięła je, podała Niezgulakowi, ten przekazał Małemu Rysiowi, a potem
Jane już się pogubiła. Sypnęła sobie na rękawicę trochę szmerglowego
proszku. Do pracy. Tak będzie najbezpieczniej.
Po przeciwnej stronie fabryki ciało Koguta dalej jechało na taczce.
Wszędzie ganiały sprigany w skórzanych kaszkietach, dogaszając drobne
pożary spowodowane przez roztopiony metal. Woda syczała i buchała parą.
Powietrze wypełniał smród spalenizny.
Nad wszystkim grzmiał, jak grom, śmiech Piaskomiota.
***
Blugg zszedł do warsztatu, twarz miał ciemną z wściekłości. Walnął
dłonią w blat tak mocno, że podskoczyły kuwety ze szmerglem.
- Wstawać, wy! - krzyknął. - Macie stać, jak do was mówię!
Podnieśli się.
- Parszywi gówniarze. Bezwartościowe, beznadziejne... - Miał chyba
kłopot z zebraniem myśli. - Kto namówił Koguta? To chciałbym wiedzieć?
Kto? No? - Chwycił Kapkę jedną ogromną dłonią i, mimo że się szamotała,
uniósł. - Gadaj! - Zaczął wykręcać jej ucho, aż jęknęła.
- Ja... sam chyba to wymyślił, proszę pana. Zawsze był taki narwany.
- Eee! - Blugg ze złością cisnął ją na ziemię i odwrócił się do Jane.
Twarz rozlała się przed nią, wielka i straszna jak księżyc. Czuła zapach
jego potu, nie czystą, klarowną cierpkość Koguta albo chłopcienia, tylko
ciężki, kwaśny zapach dorosłego mężczyzny. Czuła też jego oddech, słodki
od próchnicy. Zamiast zębów miał żółte pieńki, czarne w miejscach, gdzie
zeszły z nich dziąsła. Zahipnotyzował ją kawałek zepsutego mięsa, który
tkwił między dwoma z nich. Nie mogła oderwać od niego wzroku.
- Ty... - zaczął. A potem potrząsnął głową jak byk, cofnął się i zwrócił
do wszystkich: - Myślicie, że dacie radę mnie zniszczyć, co?
Za bardzo się bali, żeby się odezwać.
- No to coś wam powiem! Nie jestem jakimś cudakiem bez jajec, z którym
możecie sobie lecieć w chuja, jak tylko się wam spodoba. Wy mi
utrudnicie życie, to i ja wam utrudnię. Bardziej niż sobie wyobrażacie!
- Zgiął się, przechylił i wskazał na własny tyłek. - Jak robicie jakiś
problem, tu dostaję od zarządu, nie? Więc jak ja od nich wezmę tu, to i wam dam tu. - Za każdym "tu" kręcił tyłkiem i pokazywał go palcem;
byłoby to śmieszne, gdyby nie było takie groźne. - Dociera?
Stali przed nim w milczeniu, trzęsąc się.
- Pytałem: czy dotarło?
- Tak jest!
Blugg przez długą chwilę łypał na nich, w ciszy, bez ruchu, nie
mrugając. Jane od tego bezruchu zaczął drgać mięsień w lewej łydce. Była
pewna, że Blugg zaraz ją zapyta, co robiła w jego gabinecie. Wezbrała w niej rozpacz, tak potężna i wszechogarniająca, że gdyby zaczęła ciec jej
z oczu, wypełniłaby całą salę i potopiła wszystkich.
- Wy... małe... szkodniki - powiedział w końcu. - Najchętniej podusiłbym
was gołymi rękami, jednego po drugim! I nie myślcie, że ktoś by mi
powiedział słowo! Żrecie jak świnie, a potem przez pół dnia się
obijacie. - Przeszedł wzdłuż linii, patrząc każdemu po kolei w oczy.
Gdy podszedł do Jane, znów pomyślała, że zapyta, co robiła w jego
gabinecie, ale nie odezwał się słowem.
- No dobra - powiedział na koniec. - W dwuszeregu według wzrostu i wymarsz wschodnimi drzwiami do... A gdzie chłopcień?
- Tutaj, proszę pana - powiedział nieśmiało chłopcień.
Jane wzdrygnęła się. Nie miała pojęcia, że stoi tuż za nią.
Blugg zakołysał się na piętach, omiatając warsztat wzrokiem, rozkoszując
się ich strachem. Potem warknął:
- No to w dwuszereg i do wyjścia! Mam dla was, gówniarze, specjalną
robotę. Ruszać się!
Wymaszerowali szybko przez wschodnie drzwi, obrzucani przekleństwami
Blugga na każdym kroku, minęli rampy załadowcze i parową kuźnię. Przed
pomarańczową kuźnią stała para ładowarek, obeszli je więc przez starą
pilarnię, która dawno temu powstała jako zadaszony korytarz między halą
obrabiarek a heblarnią, potem ją rozbudowano, a po powstaniu nowej
pilarni przebudowano na szereg pomieszczeń pomocniczych.
Blugg nadal nie wspomniał słowem, że Jane była w jego gabinecie. Już
zaczynała mieć nadzieję, że wszystkie późniejsze zdarzenia wymazały mu
to z pamięci.
- Ej, ty! - Chwycił ją za kołnierz, na wpół dusząc, i otworzył
kopniakiem drzwi. - Czekaj tutaj. Jak cię nie będzie, kiedy wrócę,
wiesz, co z tobą zrobię.
Wrzucił ją do środka i trzasnął drzwiami.
Pośpieszne kroki dzieciaków się oddaliły. Zapadła cisza.
II
Pomieszczenie było puste. Jedna ściana w całości, od wysokości pasa do
sufitu, składała się z okien o szybkach pstrokato, chaotycznie
pomalowanych na szaro i ciemnoniebiesko, żeby widok nie rozpraszał
pracowników i pomagał im się skupić. Prześwitywało przez nie blade
światło, zimowo słabe, nierzucające cieni. Delikatne pęknięcia przy
belkach ramy, gdzie złuszczyła się farba, świeciły boleśnie jasno.
Pod oknami stał długi stół laboratoryjny, zagracony sprzętem do prób.
Płynnie migotały trzy oscyloskopy, po ich ekranach powoli pełzły
kwadratowo wykadrowane sinusoidy. Białe kitle zostały pośpiesznie
powieszone na wieszakach na ścianie lub ciśnięte na wysokie drewniane
stołki, całkiem jakby niskiej rangi technomancerzy, zwykle tu pracujący,
zostali nagle wypędzeni przez jakiś fabryczny wypadek. Po przeciwnej
stronie sali wyzierała z testowej obudowy gałka oczna nowego modelu
smoka, niemal jej wzrostu. Pstryk. Przekręciła się, żeby na nią
spojrzeć.
Jane się wzdrygnęła. Próbowała wyobrazić sobie, jaką karę za to
przestępstwo wymyśli dla niej Blugg, i nie była w stanie. Wszystko
jedno, i tak będzie to coś strasznego. Przeszła po sali, potem z powrotem, kroki odbijały się echem od wysokiego sufitu. Smocze oko ją
śledziło.
Czy Kogut zginął? Plan wyszedł jeszcze gorzej, niż przewidywała.
Spodziewała się, że on sam wyjdzie z tego bez szwanku, a ją złapią i wymierzą szybką i straszną karę. Poszło jednak gorzej, o wiele gorzej,
pod każdym względem.
Czas mijał, a Blugg nie wracał. Ani pracujący w tym pomieszczeniu
technicy. Z początku czekała na nich ze strachem, wiedząc, że nie
uwierzą w jej tłumaczenia, co robi w ich miejscu pracy. Później jednak,
po prostu z nudów, zaczęła cieszyć się na tę konfrontację. Później
zapragnęła jej rozpaczliwie. Na koniec osiągnęła obojętność. Przyjdą,
nie przyjdą, wszystko jej jedno. Stała się istotą złożoną z samego
postrzegania, biernym obserwatorem pokrywającego blaty ostrego
metalowego pyłu, zapachu utlenianej gumy z woltomierzy i delikatnego
połysku wypolerowanych słojów drewna na siedzeniach stołków. Bez niej to
wszystko przestałoby istnieć, zbladłoby i ulotniło się w nicość.
Okna boleśnie powoli pociemniały, w sali zrobiło się chłodniej. Tuż
przed zmierzchem ktoś przeszedł korytarzem, pstrykając wyłącznikami. Nad
głowami zamrugały kolejne rzędy świetlówek.
Rozbolał ją brzuch. Poczuła się tak nieszczęśliwa, że nawet łzy to było
za mało. Miała skurcze żołądka. Enty raz przeszła przez salę, śledzona
na każdym kroku przez smocze oko. Nie miała pojęcia, która jest godzina
- ale na pewno kolacja już przepadła.
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Wszedł Blugg. Wyglądał na znużonego i rozkojarzonego. Szarą koszulę miał
przepoconą pod pachami, rękawy podwinięte do połowy włochatych
przedramion.
Oko smoka zerknęło na niego.
- Co robiłaś w moim gabinecie? - Blugg, co dziwne, w ogóle na nią nie
patrzył. Wbił wzrok w mały, zwieńczony filigranem kryształek, zwisający
mu na nitce z ręki.
- Ja tylko...
Jej dłoń, jakby sama z siebie, powędrowała do ust, które mimowolnie się
zacisnęły. Dokładnie ten sam gest zrobiła, kiedy Blugg dostrzegł ją
przed drzwiami biura. Przerażona, zmusiła rękę do opuszczenia i schowała
ją za plecami.
Blugg przez chwilę patrzył na nią wielkimi oczyma, nie mrugając. Powoli
się uśmiechnął.
- Ty mała rozrabiaro. Grzebałaś mi w śmieciach.
- Nie! - krzyknęła. - Nic nie wzięłam, naprawdę, nic!
Blugg wsunął kryształ z powrotem do plastikowego pudełka i wetknął je do
kieszeni koszuli. Wyciągnął rękę i chwycił ją pod brodę. Odwrócił jej
głowę w lewo, potem w prawo, przypatrując się twarzy.
- Mmmmm. - Przesunął wzrokiem po przodzie jej fartuchu, jakby oceniał
jej siłę. Nozdrza mu się rozchyliły. - Grzebałaś w koszu, tak? Skórki od
pomarańczy, okruszki z kanapek. A zresztą, co tam. Zdrowy apetyt u młodziaków to dobra rzecz.
To było bardziej przerażające niż groźby, bo w ogóle się nie trzymało
kupy. Wytrzeszczyła oczy, nie rozumiejąc.
Położył jej dłonie na ramionach, okręcił ją powoli.
- Ile ty już dla mnie pracujesz, co? Od lat, nie? Jak ten czas leci.
Zaraz będzie z ciebie duża dziewczynka, co nie? Może czas na mały awans.
Zrobię z ciebie gońca biurowego trzeciego stopnia. Co ty na to?
- Ależ proszę pana...
- Ty mnie tu nie panuj! Proste pytanie. - Spojrzał na nią dziwnie, potem
znów pociągnął nosem. - Fuj! Krew ci leci. Co, nie umiesz zachować
higieny?
- Krew mi leci? - zapytała tępo.
Blugg wskazał tłustym, tępym palcem jej nogę.
- O, tu.
Spojrzała w dół. Rzeczywiście, krew ciekła po jej łydce. Czuła ją teraz,
płynącą w dół wzdłuż uda.
To upokorzenie zniweczyło całe kruche opanowanie. Nagłe, czarodziejskie
pojawienie się krwi z jakiejś niespodziewanej rany przekłuło błonę
zamykającą wszystkie jej lęki i niepokoje. Rozpłakała się.
- Cholera. - Blugg się skrzywił. - Czemu taki szajs zawsze musi trafić
na mnie? - Z obrzydzeniem wskazał jej drzwi. - No idź! Idź prosto do
pielęgniarki i zrób wszystko, co ci każe.
***
- Gratuluję - powiedziała pielęgniarka. - Jesteś już kobietą.
Była zgorzkniałą, starą istotą o świńskich oczkach, spiczastym nosie i oślich uszach. Pokazała Jane, jak złożyć podpaskę i co z nią zrobić.
Potem wygłosiła wykuty na pamięć wykład o higienie osobistej, dała
pacjentce dwie aspiryny i odesłała ją do sypialni.
Kogut już tam był. Leżał w gorączce na łóżku, z głową owiniętą
bandażami.
- Chyba straci lewe oko - powiedziała Dymka. - To znaczy, jeśli
przeżyje. Powiedzieli, że jak dzisiaj w nocy nie umrze, to pewnie z tego
wyjdzie.
Jane nieśmiało dotknęła jego ramienia, choć ledwo mogła to wytrzymać.
Skórę miał bladą jak wosk i zimną.
- Leć w niebo wysokie - wymamrotał, zatopiony w jakimś nieziemskim
delirium. - Bądź sobą. Wybierz Pepsi.
Dłoń Jane odskoczyła jak oparzona.
- Ja się nim zajmuję. Ty się nie wtrącaj. - Dymka wygładziła mu koc. Ton
miała wyzywający. Skończywszy, odchyliła się w tył, wzięła pod boki i czekała, aż Jane odpysknie. A kiedy to nie nastąpiło, uśmiechnęła się
nieprzyjemnie. - Czas, żebyś szła spać, co nie?
Jane kiwnęła głową i poszła do swojego kąta.
Grimuar czekał na nią. Chłopcień zostawił go pod kocem, tak jak mu
poleciła. Rozebrała się powoli; udało jej się rozłożyć koc i wsunąć pod
spód, nie odsłaniając księgi. Gdy otuliła ją ramionami, poczuła
łaskotanie, jakby przepłynął przez nią prąd o małym napięciu. Dziwnie
się poczuła.
Tej nocy wydawało się, że dzieciaki nigdy nie zasną. Kogut jęczał,
krzyczał i mamrotał przez sen, a jego cierpienie wszystkich przerażało.
Co mniejsze stworzenia powyłaziły z łóżek, żeby tulić się do przyjaciół.
Nawet najstarsi z nich od czasu do czasu wzdychali albo przewracali się
na drugi bok, żeby nie patrzeć na jego mękę.
W końcu jednak Jane się doczekała. Wszyscy usnęli.
Po cichu wyśliznęła się spod koca i weszła pod łóżko. Podważyła połamaną
deskę i wcisnęła się w wąską szparę między salą sypialną a ścianą szopy
z piaskiem. Było tu ciemno, pełno kurzu, ale nie duszno, bo żadna ze
ścian nie sięgała do sufitu. Poczuła delikatny przeciąg i zadygotała.
Nie było jednak aż tak zimno, żeby zmusić ją do powrotu po ubranie. Po
omacku znalazła za sobą grimuar i wciągnęła go przez szczelinę.
Kogut jęknął. Wysokim, przytomnym głosem zawołał:
- Dwa kotlety z wybornej wołowiny, sos specjalny, sałata, ser...
Jane zaparło dech.
- I bułka z sezamem. - Straszne to było, ten samotny głos mówiący do
nikogo w pustce nocy. - Teflon.
Chwyciła dłonią złamaną deskę i wcisnęła ją na miejsce. Teraz już nie
było go słychać.
Usiadła na piętach, położyła sobie księgę na kolanach i otworzyła ją.
Stronice były czarne i ciemne, litery jarzyły się jednak chłodno,
srebrzyste dla oka i śliskie w dotyku. Odkryła, że jeśli skupi się na
nich mocno, zaczyna ją wypełniać szept wyjaśniający ich znaczenie - choć
jeszcze nie rozumiała sensu wszystkich słów. Tu tabela stopni sprężania,
tam rozdział o tolerancjach wymiarowych cylindrów. Na chwilę zatrzymała
się nad parametrami kalibracji kryształów, potem kartkowała dalej,
polegając na opuszkach palców, że przekażą jej kwintesencję tego, po
czym się prześlizgują. Wertowała dalej i dalej, aż dotarła do tego,
czego szukała.
Był to wreszcie rozdział, w którym napisano, jak się steruje smokiem.
Do tej chwili sama nie wiedziała, o co jej chodzi. Teraz jednak,
przesuwając dłońmi po schematach pełnych enigmatycznych symboli
kondensatorów, potencjometrów, rezystorów i mas, przechylając głowę,
żeby móc popieścić policzkiem rysunki tarcz i schematy obwodów, głęboko
wdychając wydzielany przez każdą z kart zapach atramentu i bielonego
papieru, uświadomiła sobie, że urodziła się po to, żeby któregoś dnia
ukraść smoka.
Szpara między ścianami była tak ciasna, że Jane poobcierała sobie
ramiona. Nie zauważała tego. Głowę miała pełną szybkich czarnych smoków.
To, co dotąd było niewidzialne, bo wszechobecne, teraz stanęło jej przed
oczyma. Słyszała ich ponaddźwiękowe podniebne ryki, napędzane gniewem i benzyną. Czuła ich grawitacyjne przyciąganie, przegrzane podmuchy, gdy
przelatywały. I widziała, jak sama leci jednym z nich, daleko, daleko
stąd.
Najpierw jednak trzeba nauczyć się tego grimuara. Musi się nauczyć, jak
się obsługuje smoka.
Przez wiele godzin mozoliła się nad księgą, delikatnie dotykając i zapamiętując cały rozdział, znak po znaku. Pierwsze czytanie skończyła
tuż przed śniadaniem. Wyczołgała się przez ścianę tuż przed gwizdkiem na
pobudkę i wymaszerowała ze wszystkimi do stołówki, ziewająca,
przemęczona do szpiku kości i szczęśliwa.
Następnej nocy po raz pierwszy usłyszała, jak mówi do niej smok.
***
Trzy dni później Jane, Dymkę i Rzep zabrano do warsztatu mechanicznego.
Wszystkie zwykłe miejsca pracy były zajęte, więc Blugg po krótkiej
kłótni z brygadzistą wziął pod pachę pudło kół zębatych i poprowadził je
na górę. Wzdłuż całej długości budynku biegła galeryjka z pokojami,
niemożliwie zagracona i zaśmiecona. Bluggowi udało się jednak znaleźć im
miejsce pomiędzy drewnianymi schodami a ceglanym kominem od
przemysłowego alembiku. Pokazał im rozchwierutany drewniany stół pod
parapetem okna i kazał oczyścić koła zębate ze smaru.
Potem wyszedł.
Okno dawno zostało zamalowane, razem z szybami, białą, zieloną lub szarą
farbą - teraz trudno było się domyślić jaką - a pomiędzy górną krawędzią
przyklejonego na stałe skrzydła okiennego ziała szeroka co najmniej na
stopę szczelina. Nieustannie wpadało przez nią zimne powietrze. Z zimnem
na próżno walczył wciśnięty pod schody brązowy, emaliowany grzejnik na
naftę.
- Zamień się ze mną - powiedziała Dymka, zaraz jak Blugg sobie poszedł.
- Rzep i ja chcemy siedzieć bliżej grzejnika.
Jane chciała odmówić, ale Dymka ciągle narzekała, że jej zimno; może i faktycznie marzła bardziej. Rzep uśmiechała się, raczej złowrogo. Chyba
lepiej byłoby im w tej kwestii ustąpić.
Wstała, przeszła na drugą stronę stołu i bez słowa usiadła.
Trybiki były wielkości srebrnych pensówek, ale o wiele cieńsze, z drobnymi ząbkami, które kłuły, gdy dotknęło się ich czubków. Smar na
nich był brązowy, prawie przejrzysty i zaskorupiały, więc nie chciał
schodzić. Pracowały nad nim pilnie, wiedząc, że Blugg będzie do nich
regularnie zaglądał.
A jednak kontrola się nie pojawiała. Mijały godziny. Blugg najwyraźniej
o nich zapomniał.
Pracując, Jane gapiła się przed siebie, zatopiona w myślach o grimuarze
i głosie smoka - ciągle nie była do końca pewna, czy aby na pewno go w nocy słyszała. Marzyła o lśniących hebanowych burtach i gładkich,
opływowych powierzchniach, o sile i wytrzymałości połączonej z bezwzględną szybkością. Wyobrażała sobie swoją dłoń na przepustnicy,
władzę nad całą tą groźną potęgą.
Dymka obok westchnęła.
Brudnosrebrne światło słoneczne wlewające się górą okna nagle przecięły
trzepoczące skrzydła. Dymka zadarła głowę i zawołała z entuzjazmem:
- Ropusze jajka!
- Ropusze jajka? - zdziwiła się tępo Rzep. - Łeee. O czym ty gadasz?
- Tam u góry, pod dachem. Tam robią gniazda. - Dymka weszła na parapet i stanęła na palcach. Wyciągnęła rękę przez okno najdalej, jak mogła,
niecierpliwie wyginając ogon. Po spodniej stronie okapów było widać parę
błotnistych bryłek. - Cholera! No, nie mogę...
- Przecież nic tam nie będzie - zauważyła Jane. - Kto by składał jajka
na jesieni.
- Ropuchy składają. Nie takie jak na wiosnę - z tych nic się nie
wykluwa. To zapasy na zimę, żeby miały co jeść podczas Toporowego
Księżyca. - Spojrzała w dół, jej szerokie usta wykrzywił dziwny uśmiech.
- Jaaaaane! Właź tu i zbierz mi trochę jajek!
- Ja nie umiem się wspinać! Weź sobie Kapkę albo Małego Dicka, albo...
Dymka i Rzep spojrzały na siebie i zanim Jane zdążyła zareagować,
zmienniczka chwyciła ją i podniosła ku Dymce. Młode feje były
nadnaturalnie silne. Ze śmiechem wysunęły ją przez okno i popchnęły.
Pudło z kółkami zębatymi zostało kopnięte, zawartość potoczyła się po
całej podłodze.
- No, kochana, wyłazisz! - zaintonowała Dymka.
Jane nerwowo chwyciła się ramy. Zimny wiatr wiał jej w twarz, wyciskając
łzy z oczu. Po drugiej stronie wybrukowanego bloczkami dziedzińca chwiał
się ku niej Budynek 6, a nad nim skłębione ciemne chmury. W dole, z boku, widziała pokryty papą dach szopy na narzędzia, upstrzony odłamkami
cegieł i butelkami po napojach. Do ziemi było co najmniej trzydzieści
stóp.
- Matko święta! - sapnęła Jane. Desperacko szarpnęła się, żeby wrócić do
środka.
Twarde, bezlitosne dłonie rozprostowały jej palce. Szarpnęły ją i wystawiły w pustkę. Machając rękami i obawiając się, że zwymiotuje,
zacisnęła mocno powieki i chwyciła się ramy. Całym ciężarem spoczywała
teraz na górnej krawędzi okna. Tylko nogi miała w środku.
- Nie szarp się, bo cię upuścimy.
Znów chwyciła się ramy. Krucha farba sypała się płatkami spod palców.
Podciągnęła się wzdłuż ściany. Ccegły drapały jej policzek, nos wypełnił
słodki, ostry zapach ropuszych odchodów. Cała góra okna była od nich
biała. I było zimno. Zadygotała.
- Proszę, proszę, zdejmijcie mnie - zabełkotała. - Dymko, skarbie,
zrobię wszystko, co tylko zechcesz, zostanę twoją najlepszą
przyjaciółką, tylko...
- Masz. - Ukazała się dłoń z foliową torebką. - Naładuj jajek i możesz
schodzić.
Jane spadł but. Teraz poczuła, że Rzep ściąga jej skarpetkę. Ostry
czubek palca przejechał pośrodku stopy, przystanął, potem zaskrobał w najczulszym miejscu.
- Przestań ją łaskotać! Jak spadnie, nie będzie jajek. - Dłoń poruszyła
się niecierpliwie w górę i w dół. - No, bierz tę torbę.
Jane usłuchała. Wzięła głęboki wdech i otworzyła oczy. Czuła tak silne
mdłości i zawroty głowy, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że
patrzy od spodu na okap dachu. Było tam ze dwadzieścia gniazd, pękatych,
brodawkowatych kształtów z otworem na boku, jak felerne słoiki.
Ropuchy rozproszyły się, gdy Jane wysunęła się z okna. Polatywały
zdenerwowane niedaleko, histerycznie łopocząc skrzydłami o czarnych
piórach. To były paskudne stworzenia, mieszańce kawek i lubieżnych
płazich samic - tak jak ich ojcowie, słynęły ze złodziejstwa. Ich
gniazda przeważnie usuwano z dachów, bo płazy lubowały się w świecących
przedmiotach i w przeciwieństwie do większości zwierząt, prawie - albo
wcale - nie bały się ognia. Słyszało się o pożarach budynków, kiedy
podkradały palące się niedopałki i zanosiły je do gniazd. Niebezpieczne
to było.
Dygocąc, wyciągnęła rękę. Gniazdo było tuż poza jej zasięgiem.
Nieszczęśliwa, wiedząc, że Dymka nie przyjmie takiego usprawiedliwienia,
wzięła głęboki, uspokajający wdech i zmusiła się do wychylenia w powietrze. Wyprostowawszy rękę, którą trzymała się okna, mogła już łatwo
dosięgnąć najbliższego gniazda. Wcisnęła dłoń przez otwór.
Wnętrze gniazda było wyścielone miękkim czarnym puchem, jedwabistym w dotyku. Pomacała głębiej i znalazła kupkę lepkich, ciepłych jaj.
Wygarnęła je i wyprostowała się w talii, wracając do okna. Niezdarnie
otworzyła torebkę i wrzuciła do niej jajka. Zsunęły się na dno jak jedna
masa.
Nie zebrała jeszcze wszystkich. Wychyliła się po raz drugi, by zgarnąć
te przegapione. Tym razem było ich tylko pół garści, a do tego dwa
kawałki folii aluminiowej, odłamek szkła i chromowana nakrętka. Te
przedmioty upuściła na ziemię daleko w dole.
Drugie gniazdo. Szybko wygarnęła jajka. Gdy cofała rękę, lodowaty
podmuch wiatru przeniknął jej przez ubranie. Wiedziała, że nie powinna
patrzeć w dół, ale ten nagły wir powietrza pogorszył jeszcze zawrót
głowy. Chciało jej się płakać, ze strachu i z frustracji, ale nie
odważyła się.
Jeśli teraz zacznie płakać, to już nigdy nie przestanie.
W tym gnieździe, oprócz jaj były kolejne kawałki cynfolii i pozieleniały, ostry kawałek miedzianej blachy, który sprawił, że przez
jedną pełną przerażenia chwilę myślała, że coś ją ugryzło - nadziała się
bowiem palcem na jego róg.
- Mam już prawie pół torby! - krzyknęła. - Mogę schodzić?
- Mało.
- Ale już dalej nie sięgnę. Naprawdę nie dam rady.
W szczelinie okna pokazała się twarz Dymki. Na moment rozluźnił się
uścisk na nogach Jane, która krzyknęła ze strachu. Dymka zmrużyła oczy z namysłem.
- Tamto. - Pokazała. - Tam sięgniesz.
Jane rozbolały palce. Nie była pewna, czy jest w stanie się dalej
utrzymać. Spodnia strona okapu rozmywała się od wytężania wzroku, ale
kiedy zamykała oczy, wydawało jej się, że cały świat koziołkuje - wtedy
musiała szybko je otwierać, bo inaczej straciłaby równowagę.
Zmusiła się do wyciągnięcia ciała najdalej, jak mogła.
Dalej nie sięgała.
- Dymko... - zaczęła płaczliwie.
- Zbieraj jajka!
Było już tylko jedno wyjście. Przesunęła się nieco wyżej na ramie okna,
tak że teraz opierała się o nią w połowie ud. Wyciągnęła się tak daleko,
że czuła, jak trzeszczą jej kości.
Wsunęła dłoń do kolejnego gniazda. Poczuła ciepło puchu, a potem śliską
lepkość. Wygięła palce i wygarnęła jajka.
Niestety, ropuchy zaczynały z powrotem nabierać odwagi. Skrzeczały na
nią i krakały, próbowały odstraszyć, przelatując w pobliżu. Jedna prawie
zderzyła się z jej twarzą, a gdy Jane uniosła łokieć, by się zasłonić,
odbiła się od przedramienia z mocnym, oślizłym trzaskiem. Żołądek
podszedł jej do gardła z obrzydzenia.
- Trzymaj mnie mocno za nogi - szepnęła, nieprzekonana, że ją słychać,
ale niezdolna odezwać się ani odrobiny głośniej. Wyprostowała się w talii.
I już była na oknie. Przytuliła się do niego mocno.
Przez dłuższą chwilę nie była w stanie się ruszyć. Gdy trochę doszła do
siebie, drżącymi rękami otworzyła torebkę i wrzuciła do niej ostatnią
garść jajek. Coś zaiskrzyło czerwono. Wsunęła do środka dwa palce, żeby
to wyłowić.
To był rubin.
Rubin był długi jak pół jej kciuka, sześciokątny w przekroju i płaski na
obu okutych srebrem końcach - przemysłowy kryształ, używany w okultystycznych systemach informatycznych do przechowywania i przetwarzania danych. Był mniejszy niż ogryzek ołówka, ale wart pewnie
więcej niż cała Jane.
Problem polegał na tym, że bała się go znieść na dół razem z jajami, bo
Dymka, w swojej chciwości, wysłałaby ją na górę po więcej. Mogłaby,
gdyby się odważyła, wsadzić go z powrotem do gniazda, ale nie miała już
na to siły ani odwagi. A gdyby go upuściła i ktoś go później znalazł,
Dymka dowiedziałaby się i domyśliła, co się stało.
Parapet był cały biały od odchodów. Wetknęła w nie kamień i powiedziała:
- Opuszczajcie mnie. Mam te wasze jajka.
***
Dymka wyrwała jej torebkę z ręki, zanim zdążyła chwiejnie zejść z parapetu i paść na stół.
- Dobra Janie, doobra Mniam-Janie - uradowała się, wsuwając rękę głęboko
do torebki i ładując wielką garść galaretowatej masy w gorliwie
nadstawione dłonie Rzep. Jedno jajko wsunęła do ust i przewróciła
ekstatycznie oczyma, gdy pękło. Wypchała sobie usta kolejnymi.
Trybiki walały się po całej podłodze. Jane ze znużeniem wyprostowała
pudełko i zaczęła je zbierać.
- Dymka? - zapytała w końcu. - Czemu wy mnie tak nienawidzicie?
Dymka uśmiechnęła się jajecznie. Rzep otworzyła szeroko usta, ukazując
żółte od żółtek wnętrze. Do warg miała poprzylepiane kawałki skorupek.
- Chcesz trochę? W końcu je zebrałaś.
Łzy napłynęły Jane do oczu.
- Nigdy nic wam nie zrobiłam. Czemu mnie tak traktujecie?
Rzep wypchała sobie policzki jajkami. Dymka swoje połknęła, potem
wywróciła torebkę na drugą stronę i zaczęła ją wylizywać.
- Słyszałam, że zostaniesz gońcem u Blugga - powiedziała.
- Raczej małym zwierzątkiem Blugga - plunęła Rzep. - Tym będziesz, co,
panienko-podmianko?
- Nie, wcale nie!
- Wiesz, czego on naprawdę będzie chciał, co? - Dymka wsunęła rękę pod
spódnicę Rzep, a ta przewróciła oczyma w udawanej ekstazie. - Chce,
żebyś była jego przydupaską.
Jane pokręciła głową.
- Nawet nie wiem, co to znaczy.
- Chce włożyć swojego wacława do twojej pipulki.
- Ale co wy gadacie?! - jęknęła. - Czemu miałby...?
Oczy Dymki rozbłysły twardą czerwienią jak dwa granaty.
- Nie udawaj mi tu niewiniątka! Słyszałam, jak w nocy wykradasz się z łóżka i włazisz za ścianę, żeby wsadzać sobie palce do norki.
- Nie. Naprawdę, nie.
- Aha, nie. Pewnie, że nie. Taaakiego czegoś byś w życiu nie zrobiła.
Mała grzeczna panna podmieniec. Masz się za kogoś specjalnego, co?
Czekaj no, zobaczysz, jak będziesz się stawiać, jak Blugg wsadzi ci w kakaowe oko!
Rzep zaczęła skakać i tańczyć wokół Jane, podnosząc spódniczkę powyżej
pasa i wywijając swoim chudym tyłkiem.
- Kakaowe oko, kakaowe oko - śpiewała. - Kakaowe, kakaowe oko.
- Tylko mi pamiętaj, lala. - Dymka chwyciła ją za kołnierz, zebrała poły
razem i uniosła ją. - Ja tu rozkazuję. Co powiem, robisz, jesteś tym
gońcem czy nie, przydupasem czy nie. Słuchasz mnie. Rozumiesz?
- Tak, Dymka - odpowiedziała bezradnie Jane.
- Do buzi też ci będzie chciał - zadrwiła Rzep.
***
Kogut leżał w łóżku przez tydzień, zanim odzyskał świadomość na tyle, by
zacząć kontaktować. U szczytu wyczerpania leżał bez ruchu, oddychając z trudem - każdy wdech był chrapliwy i udręczony. Czasami krzyczał. Kiedy
indziej wylewały się z niego potoki glosolalicznego bełkotu.
- Proletariusze nie mają nic do stracenia poza swoimi kajdanami - mówił.
- Lucky Strike znaczy przedni tytoń.
Co noc Jane czekała, aż reszta zaśnie, i wykradała się za ścianę, żeby
zapoznawać się z grimuarem. Kiedy wpadała w czytelniczy trans, na wpół
ekstazę, na wpół wyczerpanie, w tyle głowy odzywał się głos smoka. Mówił
jej, że oboje są więźniami. Mówił, że ich losy są ze sobą splecione,
opowiadał o wolności, której zaznają, kiedy razem odlecą, opisywał
nieskończone łańcuchy gór z zimnymi górskimi jeziorami, archipelagi
południa, powykręcane jak jaszczurki, i podniebne gniazda zakotwiczone
między jesiennymi gwiazdami. Siedziała między ścianami tak długo jak
mogła wytrzymać, zasłuchana, wychodząc dopiero wtedy, gdy groziło jej,
że zaśnie i przegapi poranne sprawdzanie obecności. Nie wiedziała, czy
ów głos jest rzeczywisty, czy zmyślony, i prawdę mówiąc, nie obchodziło
jej to.
Czuła wewnętrzny przymus, by go słuchać.
Gdy wracała do sypialni, zawsze szokował ją widok leżącego w łóżku
Koguta - tak dokumentnie o nim zapomniała. Wydawał się kimś obcym:
oślizły od potu, błyszczący jak owad, który utknął w połowie
metamorfozy. Ropa przesiąkająca przez brzegi bandaża delikatnie
fosforyzowała, jak trupogień. I dziwnie pachniał.
Czuła się potwornie winna. Wiedziała, że powinna go pielęgnować, ocierać
mu pot, zmieniać bandaże, robić, co tylko się da, żeby złagodzić ból.
Ale odrzucał ją, jeszcze bardziej niż obce demony pracujące na Wydziale
A jako snycerze i stolarze, o których plotki mówiły, że są kanibalami i koprofagami. Nie mogła się zmusić, by się do niego zbliżyć.
***
Któregoś wieczoru dzieci wróciły z tupotem do sypialni, by zastać Koguta
zbudzonego i czekającego na nie. Podniósł się i oparł o wezgłowie łóżka.
Na ich widok wykrzywił usta w czymś, co według niego miało być
uśmiechem.
- Tak wcześnie z pracy? Za moich czasów robiło się do wieczora, a jak.
Te młodziaki dzisiaj, ja nie wiem.
Dzieci zebrały się lękliwie przy drzwiach.
- No chodźcie. Nie ma co się tak cofać. To ja!
Zażenowane zbiły się jeszcze ciaśniej.
- No dobra. To jak to poszło? Blugg nie żyje?
Nikt nie odpowiedział.
Teraz Kogut się zaniepokoił.
- Zadziałała ta laleczka czy nie?
Dymka odchrząknęła.
- Jeszcze nie próbowaliśmy - przyznała.
- Wy mięczaki. - Twarz Koguta jarzyła się delikatnie, jak miąższ jakichś
magicznych grzybów z głębi lasu. Bandaże miał zaskorupiałe, niezmieniane
od wielu dni. Powieki opadły mu, potem znowu się uniosły. - A czemu nie?
- Bo Dymka powiedziała... - zaczął Szczudłak.
- ...że mamy na ciebie poczekać - dodała pośpiesznie Jane.
Dymka obdarzyła ją szybkim spojrzeniem, mówiącym dobitnie: "Nie myśl, że
sobie tym na coś zasłużysz". Dwukrotnie trzepnęła ogonem.
- Żeby mieć pewność, że zrobimy to jak trzeba.
- A, jak tak, to dobrze. - Kogut nie był aż tak subtelny i nie zauważył
dyskretnej wymiany spojrzeń. - To nie tak źle, jak myślałem. - Kiwnął na
Szczudłaka. - Słyszysz? Zadbamy, przyjacielu, o twój interes.
Szczudłak pokiwał głową na boki, radośnie, groteskowo szczęśliwy i mający rozkoszną pewność, że przyjaciel go ochroni. Widząc taką wiarę,
Jane nie miała wyboru: musiała przyznać sama przed sobą, że już nie
wierzy w plan Koguta. Byli tylko dzieciakami. Ich proste zaklęcia nawet
nie tkną kogoś dorosłego, jak Blugg. Kierownictwo na pewno zapewniło im
ochronę przed takimi atakami, inaczej brygadziści padaliby jak muchy,
codziennie. Pewnie w ogóle nie zauważy, że go zaatakowali. Poczuła zimno
i odrętwienie.
- Dawać świeczkę, zrobimy to teraz - powiedział Kogut. A potem, gdy
Dymka nie zareagowała: - No rusz się, krowo! Ruszaj się, kurwa!
Młoda huldra niechętnie usłuchała. Wetknąwszy świecę między deski
podłogi, odczekała odpowiednio długą chwilę, by wyglądało na to, że
spodziewa się, że Kogut zapali ją zaklęciem, po czym trzasnęła sztormową
zapałką.
Siarka zaskwierczała i zapłonęła.
- A gdzie laleczka? - zapytał Kogut.
Zawstydzona Jeżata wyciągnęła ją. Kogut przesunął palcem po jej brzuchu,
wymacując pod tkaniną ostre paznokciowe ścinki, potem podał ją
Szczudłakowi.
- Ty to zrób - powiedział.
Szczudłak automatycznie spojrzał na Dymkę, szukając aprobaty.
Dymka zacisnęła usta i kiwnęła głową.
- Cicho - rozkazał Kogut.
Znieruchomieli. Z zewnątrz dobiegały nakładające się na siebie odgłosy
maszyn, przyjacielskie pomruki, jęki i postukiwania. A dokładnie pod
nimi było słychać miarowe, ledwo słyszalne, skrzyp-skrzyp-skrzyp
bujanego fotela. Blugg gwizdał balladę o Królu Elfów, zmieniając tempo i melodię w miarę, jak fotel przyśpieszał i zwalniał.
- Teraz! - szepnął Kogut.
Szczudłak wetknął laleczkę w płomień.
Była uszyta ze starego nylonu, który w ogniu zaczął wydymać się w bąble
i czernieć. Powietrze wypełnił paskudny smród. Potem z sykiem zajęła się
bawełna w środku i Szczudłak, wystraszony, upuścił lalkę. Odsunął się w tył, ssąc palce.
W momencie, gdy płomień dotknął brzucha lalki, Jane zdrętwiały usta.
Sapnęła. Język zrobił się opuchnięty i bolący, jakby dotknęła nim
pokrzywy. Oczywiście! Na ścinkach były jeszcze śladowe ilości jej śliny.
Działał na nią jakiś drobny ułamek klątwy.
Może i uda się tego Blugga zabić.
Jeżata zaczęła płakać, ale Kogut nie zwracał na nią uwagi. W jego oczach
tańczył złowrogi płomień. Siadł prosto na łóżku, z zaciśniętymi
pięściami i głową odrzuconą w tył.
- Tak! - krzyknął. - Tak, właśnie! Zdychaj, gnoju, zdychaj!
A kiedy Kapka i Mały Dick zaczęli gorączkowo gasić płomienie, żeby się
nie rozlały, zaśmiał się triumfalnie.
W tym momencie z dołu dobiegło walenie w sufit i Blugg zawołał:
- Co wy tam knujecie, łobuzy?! Niech mnie kule, zaraz tam wejdę i jak
dam pasem...
Umilkli.
Minutę później usłyszeli na schodach jego ciężkie kroki, a do tego
drugi, bardziej sprężysty odgłos uderzającej o udo skóry.
Kogut był przybity. Wszystkie dzieci, jak jedno, odwróciły się od niego
ku Dymce, która machnęła ręką i rozkazała:
- Pod kołdry, już! Ruchy!
Rozbiegły się do łóżek, wbrew wszystkiemu licząc na to, że ominie je
zbiorowa kara. Jane także. Zdążyła jednak zauważyć, że Rzep szczerzy się
z satysfakcją.
Teraz ich szefem była Dymka.
III
Wszyscy uznali, że to wina Jane.
Od razu po złożeniu ofiary z laleczki dostała wysokiej gorączki.
Szczudłak przez trzy dni w ogóle nie mówił, a na dłoniach i twarzy
Jeżatej wykwitła bąblowata wysypka. Oprócz tego obraziła się, ale to
niewiele odbiegało od jej poprzedniego charakteru, więc mało które
dziecko zwróciło na to uwagę. Wszyscy widzieli, że klątwa miała swoją
siłę - trzeba więc było jakoś wytłumaczyć, czemu Bluggowi nic się nie
stało.
Dymka rozpowiedziała wszystkim, a Rzep potwierdziła, że Jane w gabinecie
Blugga wystraszyła się i uciekła bez ścinków paznokci. Jane, osłabiona,
nie była za bardzo w stanie się bronić, a chłopcień, przestraszony i zdezorientowany całą kłótnią, także na nic się nie przydał.
Kogut oczywiście znał prawdę - dotknął ścinków paznokci własnymi
palcami. Mimo to, nie odezwał się słowem. Po tamtej chwili triumfu znów
mu się pogorszyło. Zamilkł i tylko łypał na wszystkich podejrzliwie.
Jane straciła zatem wszystkich przyjaciół.
Ostracyzm pogłębiła jeszcze nowa posada, jaką dał jej Blugg. Jako goniec
musiała nosić odblaskową pomarańczową kamizelkę. Składała się z dwóch
płatów materiału, przodu i tyłu, wkładanych przez głowę i wiązanych w talii czterema laminowanymi tasiemkami. Czuła się w niej niezręcznie,
jak naznaczona.
Praca była łatwa, ale nowa. Przez cały okres szkoleniowy chodziła za
obchodzącym fabrykę Bluggiem i trzymała gębę na kłódkę.
- Tu są szafki z licznikami - burczał. Albo: - Stąd bierze się
szmergiel, zawsze tylko w małych torebkach i pamiętaj, żeby zachować
żółtą kopię zamówienia.
Jane ze zdumieniem odkryła, jak niewiele Blugg robi w porównaniu ze
swymi podwładnymi - wydawało się, że jego praca składa się z bezcelowego
łażenia oraz długich, niezrozumiałych rozmów, na wpół służbowych, a na
wpół plotkarskich. Czasem grywał w domino z przysadzistym facetem z Działu Zakupów - obaj zgarbieni nieruchomo nad deską, zerkający na
siebie podejrzliwie i szachrujący przy każdej okazji.
- Umyj twarz - powiedział podczas którejś przerwy na lunch. - Ręce też i wyszoruj paznokcie. Musisz zrobić dobre wrażenie.
- Czemu? - zapytała.
- Nie twoja sprawa! Nie twój interes, czemu. Rób, co mówię, i tyle.
Blugg poszedł za nią do umywalni i stał tam, kiedy się myła, pilnując,
by namydliła się szarym mydłem. W pewnym momencie własną śliną starł jej
jakąś plamę z ucha.
Wyszli na zimną mżawkę i podeszli do niewielkiego kantorka zaraz przy
głównej bramie. Blugg zapukał i weszli do środka.
W kantorku siedziała elegancka, smukła, ubrana na czarno elfka. Patrzyła
przez okno i paliła papierosa. Kiedy weszli, odwróciła głowę, nic tylko
puder i wysokie kości policzkowe. Dość beznamiętnie zapytała:
- Czy to ona?
- To ona - przytaknął Blugg.
Elfka wstała. Była o dobre półtorej głowy wyższa od Blugga. Stukając
obcasami, podeszła do Jane i ścisnęła kciukiem i palcem wskazującym jej
podbródek. Odwróciła jej głowę w jedną, potem w drugą stronę, marszcząc
krytycznie czoło.
- Bardzo posłuszna - powiedział Blugg, jak przekupień. - Robi dokładnie,
co się każe, pstryk i już, nie trzeba jej dwa razy powtarzać.
Jane wpatrzyła się w oczy elfki. Były zimne, jak szare okruchy lodu, a cerę wokół nich pokrywały skomplikowane bruzdy zmarszczek, sugerując
całkiem niewidoczne z drugiego końca pokoju lata i dziesięciolecia.
Nagle zwidziało jej się, że ta twarz to tylko cieniutka maska
naciągnięta na czaszkę kobiety.
W pozbawionych błysku oczach pojawiło się coś na kształt zrozumienia.
- Ty się mnie boisz?
Jane pokręciła ze strachem głową.
- A powinnaś.
Oddech elfki pachniał kandyzowanymi słodyczami i nikotyną. Z uszu
zwisały dwie podłużne perły, długie jak pół jej palca wskazującego,
wyrzeźbione w tępe wężowe kształty. Palce zaciskały się na podbródku
Jane, aż łzy zaczęły mimo woli napływać jej do oczu.
Wreszcie uwolniła ją z uścisku.
- Zastanowię się - powiedziała. Machnęła ręką ku drzwiom. - Możecie iść.
Kiedy znaleźli się na dworze, Blugg był w niewytłumaczalnie świetnym
nastroju.
- Wiesz, kto to był? - Prawie zarechotał. I nie czekając na odpowiedź,
dodał: - Ona jest z Greenleafów! Z Greenleafów!
Jane niemal natychmiast zapomniała o tym spotkaniu. Dla niej było to
tylko jedno z wielu dziwnych zdarzeń.
***
Niedługo potem Kogut wrócił do pracy. Demony ze stolarni zrobiły mu
wózeczek, żeby poruszał się, póki nie będzie miał siły samodzielnie
chodzić, a Jane i Szczudłak codziennie wozili go w nim do pracy i z powrotem, każde ciągnąc za jedną rączkę wózka.
Któregoś wieczoru, gdy prowadzono ich z powrotem do noclegowni, musieli
zatrzymać się przy bramie, bo dzienna zmiana akurat kończyła pracę.
Musieli poczekać w cieniu monstrualnego, czarnego Zegara, przepuszczając
potok kuśtykających, powłóczących nogami i podskakujących robotników.
Wszyscy dochodzący pracownicy czekali w kolejce do Zegara. Odbijali w nim swoje karty, całowali kamień z Boginią i odchodzili.
Szczudłak patrzył tęsknie za bramę. Widział tam tylko parking i zapylony
zakręt asfaltowej drogi, ale gapił się, jakby to były Wyspy Zachodnie.
Blugg podszedł do niego od tyłu, położył mu dłoń na ramieniu.
Szczudłak zadarł głowę.
Szerokie usta Blugga wykrzywiły się w wyrazie niemal przypominającym
uśmiech. Wyskubał z nasady szyi Szczudłaka małe piórko, przysunął je do
zmrużonych oczu.
- Huhmmmm. - Włożył piórko do ust i powoli, delektując się, rozpuścił je
na języku. - Chyba już najwyższy czas, żebyś poszedł do lecznicy, co? -
mruknął. - Jane! Przypomnij mi z rana, żebym posłał tego tu do doktora
na...
Nie było pewności, czy Szczudłak rozumiał, o czym Blugg mówi. Ale coś w nim pękło. Z wysokim, rozpaczliwym krzykiem puścił uchwyt wózka i pobiegł.
Blugg zaklął i ociężale ruszył za nim, lecz ze swoją tuszą nie miał
szans dogonić drobnej, chudej postaci. Robotnicy odwracali się,
rozdziawiając usta, kiedy ich mijał. W porównaniu z nim ruszali się
powoli, jak muchy w krzepnącej smole. Jane z przerażeniem zacisnęła
dłonie na fałdach spódnicy.
- Szczudłak, nie rób tego! - wrzasnął Kogut. Usiadł prosto w wózku, z twarzą woskową i bladą. - Wracaj!
Szczudłak jednak już nie mógł usłuchać. Rozłożywszy szeroko ręce,
pobiegł wzdłuż drogi. Stworzenia z dziennej zmiany stały jak wryte,
gapiąc się nań tępo. Przebiegł wzdłuż Zegara i przez bramę.
Znalazł się na zewnątrz.
W miarę jak biegł, wydawało się, że jego ręce grubieją i unoszą się.
Właściwie, zmieniało się całe ciało, wydłużała się szyja, grzbiet
wyginał się ku przodowi, nogi zanikały, chude jak ołówki.
- Dorasta - szepnęło w osłupieniu któreś z mniejszych dzieci.
- Durna! - warknęła Dymka. - Jak ci się zdaje, po co jest Zegar?
To była prawda. Z każdym oddalającym go od Zegara krokiem Szczudłak
posuwał się o dni, tygodnie, miesiące. Już nie był dzieckiem. W jednej
chwili przemknął przez fazę młodzieńczą, nabrał barw. Już był dorosły.
Wtem skoczył w powietrze i pofrunął. Przez jedną cudowną chwilę było
dokładnie tak, jak wyobrażała sobie Jane. Zapamiętale trzepotał swoimi
nowymi skrzydłami, z wysiłkiem pnąc się w górę. Z jego ust dobył się
śmiech zaskoczenia.
Był wspaniały.
Mur wokół terenu fabryki zasłonił go na moment, gdy wzlatywał. Ukazał
się znów nad bramą, coraz mniejszy. Kierował się na wschód. Nagle
zachwiał się, opadł. Dziki trzepot ramion osłabł, coraz mniej skutecznie
zagarniał powietrze. Brązowordzawe upierzenie posiwiało. Ze skrzydeł
opadło jedno pióro. Potem kolejne. Sypały się jedno za drugim, gęsto jak
płaty śniegu podczas zamieci.
Szczudłak spadł.
W drodze do noclegowni wszyscy milczeli. Nawet Blugg, choć wściekły, nie
znajdował słów; wymachiwał tylko bezradnie pięściami w powietrzu. Kogut
zaś miał twarz jak wykutą z kamienia.
***
Wczołgując się tej nocy do łóżka, Jane ze zdziwieniem zauważyła, że tam
już czeka na nią Kogut, oparty plecami o ścianę, z podwiniętymi pod
siebie nogami. Ogarnął ją niepokój, dotkliwy jak elektryczny wstrząs,
zanim jednak zdążyła się odezwać, on zadygotał spazmatycznie i suchym,
płaskim szeptem powiedział:
- Coś niedobrego się z tobą dzieje. - Zachwiał się. - Coś... złego.
- Daj spokój - powiedziała, zmuszając się do troskliwego tonu. - Musisz
wracać do łóżka. - Wzięła go za rękę, zdumiona, jaki jest lekki, jak
niewielki stawia jej opór, i poprowadziła do jego łóżka. Ułożyła, okryła
kocem. Dotykanie go nie było aż tak obrzydliwe, jak sobie wcześniej
wyobrażała.
- Nie, nie. Musisz...
Po raz pierwszy otworzył oko. Nie miało białka. Źrenica była większa niż
szczelina między powiekami - rozrosła się do czarnego, bezświetlnego
otworu wychodzącego na inny świat. Z przestrachem puściła jego ramię.
- Nie tylko... Szczudłak... dojrzewał. Inni też. Ja widzę. Nie za dużo,
ale trochę tak.
Znów zadygotał. Ogarnęła go wena, wędrowała mu pod skórą, groziła
połamaniem kości od wewnątrz. Szczupłe ciało wiło się pod naporem jej
siły, jak pracujący ponad miarę silnik.
Pohamowując strach, Jane weszła pod jego koc. Okryła się razem z nim
obfitymi jak namiot fałdami. Objęła Koguta. Skórę miał zimną jak trup.
- Widziałem cię we śnie - zaskrzeczał. - Widziałem.
- Ciii.
- Straciłem najlepszego przyjaciela - powiedział. - Ale nie ciebie. -
Głos mu słabł. Miotał głową to w jedną, to w drugą stronę, jakby
usiłował złapać nieuchwytną myśl. - Widzieliśmy światełko na końcu
tunelu. Zdławmy inflację teraz! Gdzie dobre płoty, tam dobrzy
sąsiedzi1.
- Ciii, ciii. - Przytuliła go mocno, dzieląc się własnym ciepłem i nie
słuchając.
W końcu wena go opuściła. Leżał, dysząc, wyczerpany, zmarznięty i spocony. Twarz miał szarą. Dopiero wtedy Jane wymknęła się do swojego
łóżka.
***
Pewnego dnia Blugg zabrał Jane wcześniej z pracy. Zaprowadził ją do
swojego pokoju, typowej jaskini trolla, pełnej poczerniałych dębowych
mebli i paskudnej ceramiki malowanej w sentymentalne sceny. Puk kradnący
jabłka. Porwanie Europy. Postawił ją pośrodku pokoju i głośno wciągnął
nosem powietrze. Małe świńskie oczka wydały się zadowolone.
- Dobrze, że chociaż nie krwawisz. - Wskazał półotwarte drzwi. - Tam
jest wanna. I mydło. Umyj się porządnie. Dokładnie.
Za drzwiami było ciasno i ciemnawo, pachniało delikatnie amoniakiem i puszczanymi wiatrami. Na brzegu cynkowej niecki leżała kostka
kremowobiałego, pachnącego bzem mydła. Jane rozebrała się i, dzierżąc je
oburącz jak miecz, weszła do parującej wody.
Myła się powoli, myśląc o wyrzutniach napalmu, puszkach z elfią zarazą i laserowo naprowadzanych pociskach powietrze-ziemia. Od myśli o systemach
uzbrojenia smoka jego głos robił się mocniejszy, na tyle silny, że go
czuła, delikatnie, jak łaskotki, nawet kiedy fizycznie nie dotykała
księgi.
Zapadła w podobny do snu trans, dotyk ciepłej wody na nagiej skórze,
głos smoka niemal realny. Powoli przesuwała kostką kwiatowego mydła w górę i w dół po ciele. Schematy układów smoka unosiły się jej przed
oczyma jak mandala.
Smok, jak się zdaje, nalegał, żeby nie pozwoliła Bluggowi się tknąć.
Jane nie odpowiedziała. Wiedziała, że jego napomnienia, obojętne:
rzeczywiste czy będące projekcją jej własnych lęków, zdadzą się na nic.
Blugg, jeśli zechce, i tak jej dotknie. Jest od niej większy i zrobi z nią, co mu się spodoba. Tak to już jest.
Jej milczenie wywołało wybuch wściekłości - wydało jej się, że widzi
smoka, oddalającego się na zachód po niebie, i siebie, pozostawioną samą
sobie, samotną i niezmienioną, do końca życia uwięzioną w fabryce. Ten
atak gniewu był podszyty czymś, co mogło być tylko strachem.
Właśnie delikatnie obmywała kępkę puszystych włosków, które wyrosły jej
pomiędzy nogami. Puściła mydło, a ono wypłynęło na powierzchnię.
Przekrzywiła głowę, żeby na nie spojrzeć, jedno oko pod wodą, drugie nad
nią. Udawała, że jest łodzią, galeonem, który zabierze ją daleko, daleko
stąd. Woda falowała w górę i w dół, poruszana oddechem. Wydawało się, że
cały świat się kołysze.
Podłoga zaskrzypiała od ciężkich, zbliżających się kroków. W uszach Jane
brzmiały one jak akord, głośniejsze poskrzypywanie w uchu nad
powierzchnią wody oraz jego wodny odpowiednik w drugim uchu. Poczuła
obecność grubasa za swoim karkiem i zamknęła oczy. Światło przygasło,
gdy nakrył ją jego cień.
- Dobra, starczy.
Uniosła wzrok, spojrzała na dziwnie krzywy uśmiech.
- Opłucz się, wytrzyj i się ubieraj. Mamy randkę na Zamku.
***
Zamek był nieregularnym ceglanym domostwem usytuowanym prawie na środku
terenu fabryki. Starszy niż fabryczne budynki, które wyrosły wokół,
otoczyły go i zastraszyły, był mniej więcej tak stylowy, jak przewrócona
na bok puszka po herbatnikach. Wszelkie ozdoby i murarka skryły się pod
grubą warstwą przemysłowej sadzy, a po ścianach spływały z okapów czarne
smugi, jak ślady łez.
Chuda elfka otworzyła drzwi z pełną dezaprobaty miną i, machnąwszy ręką,
wpuściła Jane do środka.
- Możesz przyjść za dwie godziny - powiedziała, zamknęła Bluggowi drzwi
przed nosem, po czym odwróciła się i ruszyła przed siebie.
Jane nie miała wyboru: musiała pójść za nią.
Dom był znacznie większy w środku niż na zewnątrz. Elfka poprowadziła ją
wąskim korytarzem, w którym wysoko, w półmroku wisiały podobne do
luminescencyjnych meduz kandelabry, potem w górę schodami i przez ciąg
pokojów. Wszystkie domowe sprzęty były kosztowne, ale nigdy nie
stuprocentowo czyste. Adamaszkowe obicia sof miały przetarcia, a koronkowe firanki były zetlałe jak stare pajęczyny. Tłoczone tapety na
ścianach przesiąkły papierosowym dymem i politurą, odbijając echem
tysiące dni nieróżniących się niczym od siebie.
Przez jedne z drzwi Jane zobaczyła salon, w którym wszystkie meble stały
sobie spokojnie na suficie. Półki pełne drobiazgów oraz olejne portrety
wisiały do góry nogami na ścianach, a za oknami szara mżawka padała do
góry. Elfka zmarszczyła czoło.
- Nie dla nas - powiedziała i trzasnęła drzwiami.
W końcu dotarły do nieużywanej sypialni. Wiekowy baldachim łoża zaczynał
się rwać przy kółkach, a świeczka na nocnym stoliku poszarzała od kurzu
i chyliła się dystyngowanie na bok. Elfka otworzyła szafkę, wyciągnęła
duże kartonowe pudełko. Zaszeleściła bibułka.
- Włóż to. - Uniosła różową sukienkę.
Jane posłuchała, starannie składając części garderoby. Elfka zacmokała,
widząc jej bieliznę, i wyciągnęła z szafki elegantszą, jedwabną.
- To też.
Sukienka była jasnoróżowa, lniana, z bufiastymi rękawkami. Zbluzowany
stanik miała wyszywany w drobne różowe kwiatki, a spódnicę w zielone
listki. Zwężała się w talii, a potem opadała prosto do kolan. Rąbek miał
kolejne kółko haftowanych różyczek.
Elfka przyglądała się jej przy ubieraniu, marszcząc brwi i paląc.
- Młodzi marnują swoją młodość - rzuciła w którymś momencie. Ale nic
więcej nie dodała.
Sukienka zapinała się na plecach na perłowe guziczki. Sięgając
niezręcznie do tyłu, Jane udało się zapiąć wszystkie: poddała się
dopiero przy ostatniej perełce, na karku.
- Oj, niech mnie Cernunnos - burknęła elfka. Zrobiła szybki krok i dopięła kołnierzyk. - Może obejrzyj się w lustrze.
Spoglądając w lustro na szponiastych łapach, spodziewała się ujrzeć
kogoś innego. Ujrzała jednak siebie. Stanik sukienki był obcisły, przez
co wydawała się szersza w biodrach. Zdecydowanie była przeznaczona dla o wiele młodszego dziecka. Jednakże Jane nie wyglądała w niej na młodszą
ani na kogoś innego - raczej na samą siebie o nieprzyjemnie
podkreślonych niedoskonałościach. Uniosła rękę, i odbicie też tęsknie
sięgnęło, żeby jej dotknąć. Zatrzymała dłoń tuż przed szkłem.
- Dobrze, proszę pani. To co mam robić?
- Zaraz się dowiesz. - Otworzyła drzwi. - Tędy.
Pięć minut później weszły do wielkiej jaskini gabinetu. W wysokim
kominku płonęły polana, kolumny po obu stronach podpierały potrójne
kafelkowane sklepienie. Na ścianach wisiały obrazy i zdjęcia w miedziocynkowych i emaliowanych ramach, poroża, religijne fetysze w takiej obfitości, że wzrok nie nadążał ich ogarnąć, oraz półki pełne
książek oprawnych w skórę o jesiennej barwie. Podłoga, dla odmiany, była
pusta, jeśli nie liczyć szezlongu, bujaka oraz porozkładanych tu i ówdzie dywanów.
W wyłożonym poduszkami fotelu bujanym siedział elfi dziedzic. Nie bujał
się. Był niesamowicie stary, brązowy i sękaty jak uschnięte drzewo.
Gapił się przed siebie.
- Ojcze, to jest mała Jane. Przyszła tu dzisiaj na wieczór, pobawić się.
Oczy starego magnata obróciły się ku niej, ale cała reszta ani drgnęła.
- Spodoba ci się, prawda? Zawsze lubiłeś dzieci.
Jane dygnęłaby, gdyby wiedziała jak, ale tego chyba od niej nie
wymagano. Stała pośrodku pokoju, podczas gdy elfka wyciągała zza
szezlongu wielkie drewniane pudło.
Magnat nie zareagował. Żywe w nim były tylko oczy, nie zdradzały jednak
ani odrobiny jego myśli.
- Proszę pani... - powiedziała Jane. - Co mu jest?
- Nic mu nie jest - odpowiedziała sztywno elfka. - To Baldwynn z Baldwynnów. Z Greenleaf-Baldwynnów. Będziesz okazywać mu należny
szacunek. Jesteś tutaj, by uprzyjemniać mu wieczory. Jeśli będziesz się
odpowiednio zachowywać, będzie ci wolno przychodzić tu regularnie. Ale
jeśli nie, to nie. Czy wyrażam się jasno?
- Tak, proszę pani.
- Możesz się do mnie zwracać "pani Greenleaf".
- Dobrze, pani Greenleaf.
Na dywaniku przed kominkiem stało pudło z zabawkami.
- Cóż - powiedziała pani Greenleaf. - Baw się nimi, dziecko.
Jane niepewnie uklękła obok zabawek. Pogrzebała w pudle. Było pełne
prawdziwych cudów: komplet pałeczek do jedzenia ze wstawkami z kości
słoniowej i macicy perłowej. Malutki diabelski młyn, który naprawdę się
kręcił, z wahadłowo zawieszonymi siedzeniami i wymalowanymi po bokach
wszystkimi znakami zodiaku. Komplet żołnierzyków, z łucznikami i saperami, dwie pełne armie, każda z własnym czarodziejem-dowódcą.
Magiczny dzwoneczek, który po potrząśnięciu wypełniał głowę łagodną
melodią, przepiękną, kiedy brzmiała, i niemożliwą do przypomnienia
chwilę po tym, jak umilkła. Kostki do gry w hacele.
Pani Greenleaf rozsiadła się na szezlongu. Rozłożyła gazetę i zaczęła
czytać. Czasem czytała jakiś artykuł na głos, na użytek swojego ojca.
Jane przez dwie godziny bawiła się zabawkami. Nie miała z tego takiej
przyjemności, jak można by się spodziewać. Nieustannie pamiętała o obecności magnata, o świdrującym jej plecy wzroku. Te oczy chłonęły
wszystko, a nie wychodziło z nich nic. Miał najbardziej niezdrową aurę,
jaką w życiu czuła, potężną osobowość, która wydawała się groźna,
kapryśna, nieprzewidywalna. Od czasu do czasu zerkała na nogawki jego
spodni, na wyglansowane, ozdobne czubki butów. Nigdy wyżej. Całkiem
jakby siedziała w jednym pokoju z przegrzanym kotłem i patrzyła, czy
wybuchnie, czy nie.
- O, tu jest ciekawy artykuł. Wycofują te stare pancerniki klasy Neptun,
a stocznie adaptują do kutrów rakietowych. Ty masz jakieś ich akcje,
prawda?
Baldwynn siedział w fotelu i patrzył przed siebie.
***
Była już noc, gdy Jane wróciła do drzwi, przebrana z powrotem we własne
ubranie, czując dziwną ulgę z uwolnienia od tego dusznego pokoju, jego
niesamowitego właściciela i drętwych uwag pani Greenleaf. Blugg stał na
ganku, dygocąc z zimna. Kiedy spojrzała na niego, łypnął ponuro.
- Możesz ją przyprowadzić za dwa dni o tej samej porze - powiedziała
elfka. A potem dodała oficjalnym tonem: - Wyrazy naszej wdzięczności.
Jane spodziewała się, że Blugg ją uderzy albo, w najlepszym razie,
pociągnie za ucho, a potem przez całą drogę do noclegowni będzie jej
wymyślał i narzekał. Jednakże i tym razem słowa pani Greenleaf dziwnie
go rozradowały.
- Wdzięczności - mówił. - Wyrazy naszej wdzięczności! To jest coś,
naprawdę coś.
Nie poszli prosto do noclegowni, ale przeszli przez składowisko do
kuźni, gdzie Blugg zatrzymał się, żeby napić się z kotłowym chochlikiem,
mieszkającym w wycofanym z użytku piecu. Chochlik był drobną istotką z bokobrodami, której wyraźnie imponowała postura i pewność siebie Blugga.
Przyniósł dzbanek i dwie szklanki.
- No i co, udało się? - zapytał niecierpliwie. - Jak poszło?
- Świetnie, kurwa - odparł Blugg. - Mam jej wdzięczność. Osobiste wyrazy
wdzięczności, rozumiesz, wdzięczność Greenleafa.
Stuknęli się szklankami, a chochlik zaczął wypytywać go o szczegóły.
Warsztat był pusty i ciemny, nie licząc czerwonego żaru w ustawionych
rzędem piecach i jednej gołej żarówki nad piecem chochlika. Pozostawiona
sama sobie, Jane wycofała się do cienia. Znalazła ciepły zakamarek u podstawy pieca i usadowiła się na żużlu. Przyjemnie pachniał koksem i dymem.
Czując się znużona i wyżęta z ambicji, Jane oparła się o ścianę i pomyślała o swoim smoku. Ostatni tydzień poświęciła na naukę jego
układów elektrycznych - teraz zwizualizowała je sobie w całości, jako
sieć lśniących srebrnych kresek rozwieszoną na tle aksamitnego nieba.
Potrafiła obracać ją w myślach, patrzeć, jak druciki zbliżają się do
siebie, zbiegają i omijają, orbitując najpierw wokół jednej osi, potem
drugiej.
Po pewnym czasie poczucie obecności smoka zaczęło narastać. A razem z nim swego rodzaju nerwowa energia, niespokojna z natury siła, która
przepędzała sen, choć nie usuwała zmęczenia.
Obecność smoka emanowała ciepłem, niemal zadowoleniem, że nie została
tknięta przez Blugga. A jednocześnie kryły się w niej jakieś nieczyste
otchłanie. Im lepiej go poznawała, tym bardziej uświadamiała sobie, że
przynajmniej pod względem moralnym smok nie jest lepszy od Blugga czy
kogokolwiek innego z fabryki.
Ale mieli wspólny cel.
- Nie chciał - szepnęła Jane, niepewna, czy ją słychać. Po drugiej
stronie pieca Blugg i chochlik rechotali pijacko. Łatwo było odróżnić
mysie piski i basowe, trollowe pomruki. - Ja nie miałam nic do
powiedzenia.
Smok emanował jednak uczuciem i akceptacją. Jane poczuła przymus. Stopy
zaczęły się niecierpliwić. Nie wysiedzi za tym piecem ani sekundy
dłużej.
Powoli, dyskretnie, wymknęła się stamtąd.
Pora, żeby wreszcie poznała smoka.
IV
Jane wykradła się na składowisko. Obecność smoka wypełniała ją jak dłoń
pacynkę. Na dworze panowało zimno, a ziemia była czarna. Z wiszącego
nisko nieba spadały pierwsze tej zimy, nieprzyjemne płatki śniegu.
Czując się potwornie bezbronna, przeszła wąskim korytarzykiem pomiędzy
kuźnią a halą montażową, mijając gigantyczne hałdy blachy kotłowej, i weszła na stację rozrządową.
Za siatkowym ogrodzeniem smoki szeleściły i szczękały łańcuchami. Jane
przekradała się po drugiej stronie, starając się pozostać mała i nieważna, bojąc się drapieżnych machin i mając przykrą świadomość ich
krwawych i pełnych pogardy myśli. W cieniu szopy z butlami z gazem
wspięła się na płot i zeskoczyła na plac.
Jakiś smok prychnął i przerażona Jane uciekła biegiem, jak pędzony
wiatrem liść.
Smoki nie raczyły nawet zwrócić uwagi na pędzącą między ich cieniami
drobną postać; taki nędzny kąsek nie zaspokoiłby ich niszczycielskich
apetytów. Chrzęszcząc na żużlu, przebiegła wzdłuż majestatycznych
machin, kierując się do nieużywanego i zachwaszczonego kąta składowiska.
Tam, pomiędzy pryzmą nasączonych kreozotem podkładów i górą gnijących
skrzynek po amunicji, leżał wrak smoka. Do połowy zarastały go jeżyny,
sucha trawa, malwy i koronka królowej Mab. Rdza wyżarła mu dziury w bokach kotła. Na burcie był wymalowany łuszczącymi się cyframi numer
7332.
Jane zamarła, dygocąc z konsternacji.
To nie może być jej smok!
- Przecież on nie żyje - szepnęła. - Nie żyje.
Jednakże, mimo mdlącego rozczarowania, wiedziała, że się myli. Żył,
okaleczony i niespełna rozumu, pielęgnując w rozbitym kadłubie ostatnią
iskierkę życia i hodując halucynacje. Złapał ją na lep swojego
szaleństwa, na swoje fantazje o ucieczce.
Chciała odwrócić się na pięcie, uciec i nigdy nie wrócić. Nagle znów
poczuła ten przymus i przestała panować nad własnym ciałem. Nogi
podeszły do szczątków smoka. Ręce sięgnęły ku drabince na burcie. Gdy
się wspinała, szczeble dźwięczały pod stopami.
Weszła do wypalonej kabiny, przerdzewiałej i zniszczonej, drzwi
zatrzasnęły się za plecami. Samotna w mroku, poczuła zmieszane zapachy
palonego węgla i wysokooktanowego paliwa. Z głębi machiny dobiegło
buczenie. Podłogą zatrzęsła delikatna wibracja, która przeniosła się w górę nóg Jane. Powietrze było ciepłe.
Pulpity ze wskaźnikami rozświetliły się powoli, jakby jakaś niewidzialna
dłoń obróciła potencjometrem. Wnętrze smoka przeniknęło delikatne
zielonkawe światło.
Kabina się odmieniła.
Rdza i zwęglony plastik stały się chromowaną stalą, optycznym szkłem i gładkimi hebanowymi powierzchniami. Osmolony słupek pośrodku kabiny
okazał się leżanką pilota, z ciemnokarmazynowej skóry z miękkimi
podłokietnikami.
Jane wsunęła się na leżankę. Dopasowała się do jej ciężaru, otuliła w biodrach, uniosła, by podeprzeć plecy. Wszystko znajdowało się dokładnie
w tych miejsach, o których mówił grimuar. Przesunęła palcami po
przyrządach sterowania silnikiem. Pstryknęła przełącznikiem, spowiły ją
cybernetyczne systemy. Chwyciła gumowe uchwyty na końcach podłokietników
i przekręciła o ćwierć obrotu. Podwójne igły wśliznęły się bezboleśnie w przeguby rąk.
Wypukłe gogle zamknęły się na jej oczach. Zaczęła patrzeć na świat
wizualizacjami smoka - widmem szerszym niż widzialne, sięgającym głęboko
w dół w podczerwień i daleko w górę w ultrafiolet. Bocznice oplotły
pomarańczowe i srebrne linie energetyczne, ceglane ściany fabrycznych
budynków stały się fioletowymi kwarcowymi urwiskami. Gwiazdy na niebie
były czerwonymi, pomarańczowymi i zielonymi punkcikami.
A potem wpadła, kompletnie bez wstrząsu, w jego wspomnienia: leciała
nisko nad Lyonesse, bombardując napalmem. Za ogonem smoka rozkwitały
różowe obłoki, kłębiące się nad soczyście zieloną dżunglą. Czuła dygot
naddźwiękowego przyśpieszenia, laminarny opływ powietrza wokół skrzydeł,
gdy wykonywała ciasną beczkę, by uniknąć działek przeciwsmoczej baterii.
Fale radiowe były gęste od komunikatów, okrzyków złości i triumfu jej
pobratymców oraz beznamiętnych namiarów, którymi wymieniali się piloci.
Na horyzoncie ukazały się czarne cętki, dywizjon nieprzyjaciela już
wystartował im na spotkanie. Z radością zawróciła, widząc nowe wyzwanie.
Drżała od adrenaliny i zastępczych emocji. Prawie ze szlochem
wykrzyknęła:
- Kim ty jesteś?!
Jestem lancą, co krwi się domaga.
Na kontynencie wiecznej nocy ścierały się armie. Umysł smoka ogarniał je
wszystkie, zimny jak północny ocean i równie potężny. Jane niemal tonęła
w jego brutalnych marzeniach. Migawkowy kadr: elfi żołnierze na ziemi, z uniesionymi wysoko włóczniami, pozujący obok pryzmy głów-trofeów.
Uśmiechy mieli elektryzujące, szerokie, ekstatyczne. Szereg płonących
jak pochodnie trolli. Miasto nad morzem rosnące w celownikach, smukłe
wieże rozpryskujące się w kryształowe odłamki i pył. Po policzkach
popłynęły jej łzy, wielkie, mokre i ciepłe.
Teraz wznosiła się, samotnie, ponad chmury jaśniejące mocniej niż
stuwatowe żarówki, w powietrze zimne jak lód i rzadsze niż sen. Smocza
żądza krwi już była jej własną żądzą, rozkoszowała się nią, zachwycała
pięknem jej okrutnej prostoty.
- Nie! Nie o to mi chodziło! Jak masz na imię?
Została raptownie wyrwana z tych wspomnień: wylądowała spocona i wyczerpana na leżance w sterowni. Igły cofnęły się, przeguby zapiekły.
Przez gogle zobaczyła smoka skulonego na drugim końcu placu, unoszącego
jedną pazurzastą łapę. Wpatrywał się, nie mrugając, w księżyc. W słuchawkach odezwał się chropowaty i chłodny jak szum dalekich gwiazd
głos:
- Możesz mi mówić 7332.
Jane poczuła się brudna. Z jednej strony cieszyła się, że uwolniła się z umysłu smoka, z drugiej, pragnęła znów tam wrócić, jeszcze raz poczuć tę
wspaniałą wolność od wszelkich wątpliwości i wahań. Patrząc na smoka w przeciwległym kącie składowiska, poczuła chęć, by wejść do niego i odlecieć, daleko, na zawsze, i już nigdy nie wrócić.
- I tak się stanie - obiecał 7332.
- Naprawdę? To się uda? - Nagle trudno jej było to sobie wyobrazić. - Z zewnątrz jesteś taki... przerdzewiały, zniszczony.
- To maskowanie, moja mała zbawczyni. Gdyby nasi władcy wiedzieli, że
jeszcze działam, dokończyliby to, co zaczęli, kiedy mnie tu przywieźli.
Jestem zbyt niebezpieczny, żeby mogli mnie zignorować.
Jane musnęła palcami pulpity, gładząc gałki potencjometrów i przesuwając
dłońmi po rzędach włączników, których noc po nocy uczyła się z grimuara.
Aż kręciło jej się w głowie od możliwości, jakie otwierało posiadanie
ich w rzeczywistości.
- Możemy lecieć teraz? - zapytała.
Silniki zadygotały basowym hurgotem, przenikającym całe jej ciało. 7332
śmiał się.
- Masz grimuar. To już coś na początek. Mając to i trzy klucze, możemy
lecieć w każdej chwili.
- Trzy klucze?
- Pierwszy to rubin z chromową skazą w środku.
- Widziałam go! - odpowiedziała ze zdumieniem Jane. - Ja... To twoja
sprawka?
- Słuchaj uważnie. Czasu jest niewiele. Rubin uaktywni mój laserowy
system naprowadzania. To pierwszy klucz. Drugi też jest mały. Wygląda
jak orzech włoski, ale jest zrobiony z mosiądzu i chłodny w dotyku.
- To też widziałam... - powiedziała niepewnie Jane.
- Jest w pudle z zabawkami w gabinecie Baldwynna. Musisz mi go
przynieść; zawiera fragment mojej pamięci. A trzeci klucz już mamy. To
ty.
- Ja?
- Ty, mój podmieńcu. Jak myślisz, czemu Tylwyth Tegi wykradły właśnie
ciebie? Żebyś się pociła i dusiła w fabrykach? To by się nie opłaciło!
Nie, trzymają cię tutaj, póki nie dorośniesz na tyle, żeby cię
wykorzystać. Smoki, jak zapewne wiesz, buduje się z zimnego żelaza,
wokół serca z czarnej stali. Generujemy pole magnetyczne, które dla
elfich panów i ich sług jest rakotwórcze. Sami nie są w stanie nas
pilotować. Pilot musi mieć krew śmiertelnego.
- Czyli ja... mam być pilotem? - Perspektywa była tak oszałamiająca, że
Jane, oślepiona ambicją, na moment całkiem zapomniała o ucieczce.
7332 zaśmiał się. Nie był to miły śmiech.
- Ludzki pilot? To niemożliwe! Pilot musi być godny zaufania, lojalny
wobec systemu, związany z nim krwią i szkoleniem. Nie zdarzyło się, żeby
ktoś inny niż istota półkrwi dostała uprawnienia do latania smokiem.
Nie, ciebie przeznaczono do rozrodu.
Chwilę potrwało, zanim dotarł do niej sens tych słów. A wtedy zatrzęsła
się jak od fizycznego ciosu. Chcieli z niej zrobić klacz rozpłodową!
Miała rodzić dla nich dzieci, półelfy, które zaraz po urodzeniu zabiorą,
żeby wychować na wojowników. Zapłonął w niej zimny gniew.
- Podaj mi swoje imię - powiedziała.
- Już podałem.
- To tylko numer seryjny. Potrzebuję imienia, żeby poznać twoje dane
operacyjne. - Takich modeli, do których mógł się zaliczać, były setki;
indeks w grimuarze ciągnął się bez końca. Bez głównego klucza, sam numer
seryjny nic nie mówił. - Bez danych operacyjnych nie dam rady tobą
sterować.
- Żadnych imion.
- Ale ja muszę!
W zimnym jak szum szepcie pojawiła się nuta złości.
- Podmieńcu, za kogo ty mnie masz? Mój gatunek góruje nad twoim. Twoja
rola to uwolnienie mnie. Ja w zamian cię stąd zabiorę. Nie próbuj
przeskoczyć sama siebie.
- Nie mogę uwolnić cię z więzów, nie znając twojego prawdziwego imienia
- skłamała Jane. - Tak jest napisane w grimuarze.
Światła zgasły.
Jane siedziała w ciemności, pośród cichnącego wycia chowających
cybernetyki serwomechanizmów. Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
Wystrój wnętrza 7332 odnowił się lub przepadł, gdyż w chłodnym blasku
księżyca znów stało się wypalone i martwe. Jane wstała, otrzepując
płatki spalonego winylu, które poprzylepiały się z tyłu do sukienki.
- Nie zmienię zdania - powiedziała wojowniczo. - Potrzebujesz mojej
pomocy. Więc jeśli chcesz być znów wolny, musisz mi podać swoje imię.
Nie doczekała się odpowiedzi. Zatem wyszła.
***
Blugg miał jakiś plan. Jane nie miała pojęcia jaki, ale związane z nim
machinacje dawały jej zajęcie na całe następne dni - ganiała od zakładu
sprężyn do wagowni, od zakładu napędów do śrubowni, a stamtąd z powrotem, po drodze wpadając do laboratorium metafizycznego. Posłał ją
do wydziału obróbki cylindrów, żeby zarezerwowała trzy dni pracy
rozwiertarek, potem do biura przetargowego, by odebrała zaklejoną
kopertę od starego, zdegradowanego inżyniera, który wiele lat temu
stracił jedno oko i oboje uszu w ramach kary dyscyplinarnej. A kiedy
poszła do magazynu odczynników, żeby zapytać, ile jest jeszcze na stanie
ekstraktu z przestępu, zaopatrzeniowiec założył druciane okulary i spojrzał na nią zaczerwienionymi oczyma.
- A czemu to Blugga interesuje? - zapytał.
Jane wzruszyła ramionami.
- Mnie nie powiedział.
- Szykuje się do awansu, to akurat jest jasne. Wszyscy mówią, że ma
poparcie Baldwynna przy tym projekcie. Wszyscy gadają, ale nikt nie wie
na pewno. Tu ciężko dojść, kto komu szefuje, więc byle chamidło z karaluchem w głowie może... - Urwał raptownie. - Naprawdę ma chody u Baldwynna? Takie zero jak Blugg, jak mu się to udało? A w ogóle, jak się
odważył? Co on w ogóle kombinuje?
- Naprawdę nie wiem.
- Coś tam musisz wiedzieć. - Kancelista był brązowy jak kora drzewa i tak groteskowo chudy, że oczy sterczały mu na boki; wyglądał jak
zbieranina gałązek, jak te patykowe ludziki wieszane na tyczkach i podpalane w noc Hogmanay. Pstryknął na nią palcami i powiedział: -
Pomagierzy zawsze wszystko wiedzą. - Po jego twarzy rozlał się uśmiech,
który miał za przypochlebny. - Wszędzie się wślizną i wkradną, jak te
myszy, we wszystko wsadzą wąsate nosy.
- Nie, naprawdę nie.
- Gówno prawda! - Walnął dłonią w kontuar. - To ma jakiś związek z Grimpkem, co nie? Z tym starym dziadem bez uszu, z Wydziału A? -
Odwrócił głowę w bok, by móc łypnąć na nią jedynym okiem. - Tak
myślałem! Coś z tą jego słynną konstrukcją nogi, na pewno. - Wyprostował
się, rechocząc. - No, jeśli Blugg myśli, że tym wejdzie w łaski Zarządu,
to możesz mu powiedzieć... możesz mu powiedzieć... - Zrobił chytrą minę.
- Nie, nie mów tego. Powiedz mu - wykręcił się, żeby zerknąć na szeregi
beczek ułożonych za jego plecami na półkach ze stalowej siatki - powiedz
mu, że mam tylko pół beczki przestępu, a jak chce więcej, to będzie
musiał zebrać dokumentację od chłopaków z labora-torium.
Wychodząc, słyszała, jak zaopatrzeniowiec śmieje jej się za plecami.
- Grimpke! Co za głupek!
***
Kiedy następnym razem wykradła się do kryjówki między ścianami, nie
usadowiła się w gnieździe, które tam sobie uwiła. Zostawiwszy grimuar,
wspięła się pomiędzy ścianami, wyszukując uchwyty i oparcia dla bosych
stóp. Okazało się to zadziwiająco łatwe. Ostrożnie weszła na samą górę.
Potem poszła wzdłuż chłodnego prądu powietrza, aż znalazła jego źródło,
klapę, która dawno temu zapewniała wyjście na dach.
Szarpnąwszy nią, stwierdziła, że jest zaklejona papą i nie ustępuje. Ale
wykradzenie noża nie sprawi jej wielkiej trudności.
***
Następnego dnia, pod koniec zmiany, Kogut przyszedł do niej z nowym
planem ucieczki. Mieli akurat sezonowy przestój w produkcji, a Blugg,
zamiast odprowadzić dzieciaki wcześniej do noclegowni, dał im miotły
oraz beczki środka czyszczącego i kazał czyścić podłogę we wzorcowni.
To była ciężka robota. Podłogi zrobiono prawie sto lat temu z gigantycznych dębowych belek, przez pokolenia tak wypaczonych i wydeptanych, że pomiędzy słojami powstały głębokie rysy i pęknięcia,
tworzące bezdenne studnie na brud i kurz. Nie sprzątnęłoby się tego,
nawet zamiatając do końca świata.
Jednakże, dopóki dzieciaki udawały, że pracują, Blugg siedział w pokoju
szefa wzorcowni i dawał im święty spokój. Jane widziała tę klitkę przez
ciągnącą się wzdłuż całego budynku ścianę z oknami, tuż pod sufitem:
ciasna nora pełna biurek, dywan, czysto, spokojny i inny świat od tego,
w którym się trudziła. Grimpke siedział z nim w tym pożyczonym
gabineciku. Dwa stare ogry pochylały się z namaszczeniem nad swoimi
planami produkcji.
- Ej, zobacz. - Kogut potrząsnął jej przed nosem szufelką pełną brudu i tłustych drobinek środka czyszczącego. - Jak myślisz, gdzie to wyląduje?
Jane odepchnęła szufelkę.
- Jeszcze chwila i z powrotem na podłodze.
- Bardzo śmieszne. Nie. Posłuchaj. Wrzucamy to do tych koszy, nie?
Później przychodzą dwa pillywigginy, zabierają, wywalają do kontenera,
nie? Razem z trocinami, złomem, kanistrami po chemikaliach i tak dalej.
Potem przyjeżdża śmieciarka i opróżnia kontenery. Jak myślisz, gdzie
potem jedzie?
- Na stołówkę.
- Durna! Wyjeżdża przez bramę serwisową we wschodnim murze. Daleko od
Zegara, rozumiesz? Bardzo daleko od zegara.
- Zastanów się. Chcesz wleźć do środka śmieciarki? Widziałeś, jakie tam
są zęby? Ostre jak brzytwa i większe od ciebie. Wchodzisz temu czemuś do
paszczy i już nie żyjesz.
- Pewna jesteś?
- Nie, no pewnie, że nie jestem. Ale lepiej nie próbować.
Kogut zrobił przebiegłą minę.
- W takim razie jedyne wyjście to przejść koło Zegara. Jak ci ludzie tam
przechodzą? Bo mają karty zegarowe, tak? No to załóżmy, że skombinujemy
sobie parę kart. Gdyby czymś zająć paru ludzi, którzy ich normalnie
używają, może dałoby się...
- Ja się nie piszę. - Jane zaczęła energicznie zamiatać.
- Jane! - Kogut pobiegł za nią. Ukradkiem zerknąwszy na górę, chwycił ją
za rękę i zaciągnął w cień filara. - Jane, czemu ty jesteś przeciwko
mnie? Cała reszta, poza tobą, jest po stronie Dymki. A Dymka nienawidzi
cię do żywego. To po czyjej stronie jesteś? Musisz się zdecydować.
- Nie będę już nigdy po niczyjej stronie - odparła. - Strony są głupie.
- Co mam zrobić? - zapytał desperacko. - Co miałbym zrobić, żebyś
wróciła na moją stronę?
Wiedziała, że nie przestanie jej męczyć, póki ona nie zgodzi się brać
udziału w jego idiotycznych knowaniach. No cóż, postanowiła, że zrobi
wszystko co może, żeby się stąd wydostać. Więc równie dobrze może to
obrócić na swoją korzyść.
- No dobra, wiesz co? Chodzisz w takie miejsca, gdzie ja się nie
zapuszczam. Ukradnij dla mnie sześciokątną nakrętkę. Ale taką dziewiczą.
Co nigdy nie była używana.
Kogut, dosłowny jak zawsze, wyszczerzył się i złapał za krocze.
- Dość też mam tych twoich chamskich żartów. Pomożesz mi, nie pomożesz,
wszystko jedno. Ale jak nie chce ci się czegoś dla mnie zrobić, choćby
takiego drobiazgu, nie widzę, czemu ja miałabym się narażać dla ciebie.
- Czy ja ci coś kiedyś zrobiłem? - zapytał urażonym tonem Kogut. - Nie
byłem zawsze twoim przyjacielem? - Zamknął zdrowe oko i przytknął palec
do boku do nosa. - Pomożesz mi, jeśli ja ci pomogę? Przy planie?
- Tak, pewnie - odparła Jane. - Na pewno.
Kiedy poszedł, Jane ze znużeniem zamiotła halę aż do drugiego, ciemnego
końca. Dzień już był długi, a jeszcze musiała iść do pani Greenleaf się
pobawić. Bardzo liczyła na to, że tym razem Blugga nie pochłonie bez
reszty jego projekt, bo przez ostatnie trzy dni z rzędu musiała czekać
na niego w hallu Zamku.
Dymka czekała na nią w cieniu i chwyciła ją tuż poniżej barku.
- Au! - Na nieszczęsnym ramieniu Jane na pewno zostaną siniaki.
Dymka zacisnęła palce mocniej.
- O czym tam żeście gadali z Kogutem?
- O niczym! - krzyknęła Jane.
Dymka patrzyła na nią twardo, oczyma jak dwie zwinięte żmije. W końcu
puściła ją i odwróciła się.
- Lepiej, żeby tak było.
***
Mijały zimowe tygodnie, a plany Blugga miały niebawem przynieść owoce.
Zaczęły do niego przychodzić na pogawędki istoty w garniturach. Zrobił
się bardziej wylewny i zaczął się staranniej ubierać, ozdobiwszy roboczą
koszulę sznurkowym krawatem. Trzy razy w tygodniu brał kąpiel. W warsztacie w jednej z nieużywanych hal montażowych, zamkniętej do
remontu konstrukcji, którego nie planowano, dopóki klimat ekonomiczny
się nie ociepli, kształtu nabierał prototyp nogi pomysłu Grimpkego.
Podczas jednej z wycieczek na Wydział A Jane zwędziła z podłogi
tapicerni kawałek zielonej skórki. Ukradła też grubą nitkę i zakrzywioną
igłę, po czym trochę czasu zamiast na grimuar poświęciła na uszycie
Kogutowi przepaski na oko. Okazało się to bardziej pracochłonne niż
planowała i, kończąc, była już dobrze poirytowana. Jednakże, kiedy
obudziła Koguta, żeby mu ją dać, był tak wzruszony i zachwycony
prezentem, że aż się zawstydziła.
- Coś pięknego!
Usiadł na łóżku i odwinął szmatę z głowy, na jedną nieprzyjemną chwilę
ukazując okaleczone oko. Potem pochylił głowę, szarpnął za pasek,
poprawiając go, a kiedy się wyprostował, z powrotem był dawnym Kogutem.
Jedną stroną twarzy uśmiechał się znacznie szerzej niż drugą, jakby
próbował zrównoważyć asymetrię nieco powyżej. Loki opadły zawadiacko na
przepaskę, jak u prawdziwego pirata. Zeskoczył z łóżka.
- Gdzie lustro?
Jane pokręciła głową, śmiejąc się bezgłośnie, tak zaraźliwa była jego
radość. Bo oczywiście w noclegowni, ani w jej pobliżu, nie było żadnych
luster. Przepisy bezpieczeństwa zabraniały.
Kogut wetknął kciuki pod pachy, robiąc z łokci skrzydełka, i stanął na
jednej nodze.
- Dymka niech teraz na mnie uważa!
- Tylko nie zaczynaj z nią wojny. Proszę - rzuciła z przestrachem Jane.
- Nie ja zacząłem.
- Jest silniejsza niż ty. Teraz.
- Tylko dzięki innym dzieciakom. Gdyby one w nią tak nie wierzyły,
byłaby nikim. A cała ta moc przypłynie do mnie z powrotem, jak tylko
zabiję Blugga.
- Nie możesz zabić Blugga.
- A zobaczysz.
- Nie będę tego słuchać - powiedziała Jane. - Idę do łóżka.
Miała jednak paskudne przeczucie, że jej niewinny prezencik wyzwolił
coś, co już wymknęło się spod kontroli.
***
Jane stała przed kantorkiem Blugga i czekała na wezwanie, gdy podkradł
się do niej Kogut z sześciokątną nakrętką, którą obiecał ukraść. Mrugnął
do niej jedynym okiem i wcisnął łup w dłoń.
- Faktycznie nietknięta? - zapytała.
- Pewnie, że tak - powiedział Kogut. - Za kogo mnie masz? Za jakiegoś
ruchacza złomu?
- Nie bądź wulgarny.
Jane wsunęła nakrętkę pod kamizelkę i do kieszeni. Sama stawała się
coraz lepszą złodziejką, odpowiednie ruchy przychodziły jej już niemal
automatycznie. Z zaskoczeniem stwierdziła, że kradzieże naprawdę się jej
podobają. Był w tym jakiś mroczny dreszczyk - narażać się na
niebezpieczeństwo, a jednak uniknąć kary.
***
Gdy tego wieczoru wróciła z Zamku, reszta dzieci już spała. Z wyćwiczoną
szybkością zdjęła kitel, wsunęła się pod łóżko i uniosła obluzowaną
deskę. Zwinna jak nocna małpa, wspięła się we wnętrzu ściany.
Wiatr siekł jej nagą skórę. Sina z zimna, przykucnęła na dachu. Jaśnie
Pani Księżyc dała jej siłę, by mogła to wytrzymać. Zmobilizowała całą
siłę woli i wpatrzyła się w nakrętkę na dłoni, skupiając się na
wyuczonych na pamięć danych: wymiarach, ciężarze, wytrzymałości na
ścinanie, składzie procentowym stopu.
Nic się nie wydarzyło.
Przeturlała ją po dłoni, skupiając się na ciężarze, na dotyku, na
delikatnym odbłysku księżyca na jej sześciu fasetkach, na ciasnej
spirali gwintu w otworze pośrodku. Poczuła, jak z niemal słyszalnym
szczęknięciem jej wiedza o nakrętce zbija się w doskonałą całość.
Już cię znam, pomyślała. Leć.
Nakrętka, wirując, uniosła się w powietrze.
Jane odczuła satysfakcję, wiedząc, że natura nakrętki dawała jej nad nią
władzę. Musiała robić, co jej każe. Podobnie wiedziała, że smok 7332,
mimo że milczy, nadal jej potrzebuje. Któregoś dnia zostanie zmuszony do
tego, by ją wezwać. A wtedy będzie gotowa. Pozna jego dane operacyjne na
pamięć. A kiedy wylecą, będzie już znała także jego imię.
Będzie panować.
- Co ty tu robisz na górze?
Jane odwróciła się z przerażeniem. Z klapy wyłaził Kogut. Uśmiechał się
obleśnie od ucha do ucha, a ona, przypomniawszy sobie, że jest naga, na
próżno usiłowała zakryć się dłońmi.
- Nie patrz!
- Za późno. I tak wszystko widziałem. - Kogut się roześmiał. - Wyglądasz
jak sam Glam skaczący po dachach. - Sięgnął w cień za sobą i wyciągnął
koc. Nonszalancko zawiesił go na jej ramionach. - Proszę. To cię
przekona, że jednak jestem po twojej stronie.
- Jeju, znowu te strony. - Jane, rumieniąc się, otuliła się ciaśniej
kocem.
Kogut stanął na palcach, wyciągając rękę do księżyca, jakby liczył, że
uda mu się zdjąć go z nieba. Wyciągnięty, był tak wysoki i chudy, że
niemal się zlewał z wiatrem.
- No, niezły tu masz widok. - Zerknął na nią zmrużonymi oczyma. - Będzie
ci lepiej, jak ja się też rozbiorę? - Zaczął rozpinać spodnie.
- Nie!
- No dobra. - Wzruszył ramionami i zapiął rozporek. Potem,
nieoczekiwanie, klęknął przed nią. - Jane, tak myślałem i myślałem, co
zrobić, żebyś mnie znowu polubiła.
- Kogut, ja cię lubię. Przecież wiesz. - Jane odsunęła się od niego, a on poszedł za nią na kolanach, tak że odległość między nimi wcale się
nie zmieniła.
- No tak, ale nie chcesz mi pomóc. Mówisz, że pomożesz, ale nie myślisz
tego. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Spuściła wzrok.
- Tak.
Kogut zniżył głos, jakby przyznawał się do czegoś wstydliwego. Jane
ledwo rozumiała słowa.
- Więc tak sobie pomyślałem... może powinniśmy sobie powiedzieć swoje
prawdziwe imiona?
- Co takiego?
- No wiesz. Ty mi mówisz swoje, a ja tobie moje. To oznacza, że naprawdę
się komuś ufa, bo jak znasz czyjeś prawdziwe imię, to możesz go zabić, o tak! - Pstryknął palcami.
- Kogut, ja jestem człowiekiem!
- No to co? Ja nie mam nic przeciwko. - Zrobił urażoną, zranioną minę.
Mimo że jeszcze nie znała jego tajemnego imienia, już był wobec niej
bezbronny. Aż serce ją zabolało z litości.
- Ja nie mam prawdziwego imienia - powiedziała łagodnym głosem.
- Cholera. - Kogut podszedł na samą krawędź dachu i przez niekończącą
się chwilę spoglądał prosto na odległą ziemię.
Jane ogarnęło przerażenie, ale jednocześnie bała się go wołać, żeby nie
spadł. W końcu jednak wyciągnął ręce na boki i odwrócił się. Podszedł
nieśmiało do niej.
- A ja i tak ci powiem.
- Kogut, nie!
- Tetigistus. To znaczy "igła"2. - Zaplótł ręce na piersi. Na twarzy
odmalował mu się nieziemski spokój, jakby nagle zniknęły wszystkie
troski i niepokoje.
Jane stwierdziła, że prawie mu zazdrości.
- I już. Teraz możesz zrobić ze mną, co zechcesz.
- Kogut, ja w ogóle nie wiem, co powiedzieć.
- Ej, jeszcze mi nawet nie powiedziałaś, co tu robiłaś, na górze.
Kiedy się pierwszy raz odezwał, nakrętka spadła z nieba. Przez cały czas
trzymała ją w zaciśniętej pięści. Teraz Kogut rozprostował jej palce i wyjął ją.
- Aaaa. - Zerknął na nią przez otwór nakrętki. - To do tego ci była
potrzebna. Uczysz się, jak wykorzystywać imiona rzeczy przeciwko nim.
Jane skinęła tępo głową.
- Tak, ja... no wiesz, znalazłam ten grimuar...
- A, no właśnie. Nadepnąłem na niego tam na dole. - Jego głos aż płonął
radością. - No to super. To znaczy, że wszystko da się obrócić przeciwko
Bluggowi! Możemy zwalić na niego kocioł, ściągnąć na niego roztopiony
mosiądz, wypełnić mu tętnice ołowianym osadem.
- Kogut, coś ty się tak uwziął na tego Blugga? Daj spokój. Zemsta nie
pomoże ci uciec.
- E tam, na ucieczce mi nie zależy.
- Przecież mówiłeś...
- Tylko dlatego, że ty tego chciałaś. Od wypadku, odkąd straciłem oko,
każdego dnia widziałem coraz więcej. Teraz wszystko mi jedno, po której
stronie muru jestem, rozumiesz? Nawet tu i teraz widzę takie światy, o jakich ci się nie śniło. Rzeczy, na które nie ma słów. A czasem
przepowiednie. - Zmarszczył z namaszczeniem czoło, zupełnie nie po
koguciemu, i dodał: - Dlatego właśnie cały czas chcę cię ostrzec. W coś
się wplątałaś i im bardziej się szarpiesz, tym bardziej jesteś wplątana.
- Roześmiał się, znów jak dawny Kogut. - Ale od tej chwili
współpracujemy! Najpierw ty mi pomożesz zabić Blugga, a potem podwędzimy
mu kartę zegarową i pójdziesz sobie wolno. Takie proste, że aż piękne.
Jane poczuła się okropnie. Nie widziała dla siebie miejsca w planach
Koguta. Nie ma mowy, żeby 7332 pozwolił jej go zabrać, kiedy będą
odlatywać. Obecność smoka czuła nawet teraz, jak ośrodek przenikający
całą fabrykę. Nawet tu była jeszcze namacalna, choć osłabiona blaskiem
księżyca. W tyle głowy Jane wyczuwała żelazną pewność jego niechęci.
- To się nie uda. To kolejna twoja dziecinna fantazja.
- Nie mów tak. Sama dajesz się wkręcać w to złudzenie istnienia. -
Wyciągnął rękę. - Chodź, pokażę ci.
Ujęła ją.
- Pokażesz mi? Jak?
- Znasz moje imię, prawda? No to go użyj.
- Teti... Tetigistus - powiedziała z wahaniem. - Pokaż mi, co widzisz.
***
Szli ciemnym zimowym chodnikiem. Nieodśnieżone połacie zostały zdeptane
na czarne bryłki, twarde jak skała i śliskie jak lód. Wokół, z niebytu
wyłaniały się kamienno-szklane budynki. Wszędzie było pełno świateł:
obramowywały niekończące się sklepowe wystawy, skrzyły się w koronach
cherlawych, bezlistnych drzew, tworząc słowa z ogromnych liter alfabetu,
który wydawał jej się dziwnie znajomy, a jednak nie do odszyfrowania. Na
ulicach było gęsto od maszyn, które poruszały się jak żywe, ale nie
miały własnych głosów, tylko ryk silników i trąbienie klaksonów.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała z ciekawością.
Kogut pokręcił głową.
Szli i szli, wśród tłumu milczących, niewyraźnych ludzi. Nikt się do
nich nie odzywał, nikt ich nie potrącał. Całkiem jakby byli duchami.
Przez okno dostrzegli drzewka iglaste obsypane popcornem, sreberkiem i sznurami piernikowych żołnierzyków. Pod jodełkami był istny skarbiec
ogra pełen zabawek: misie w uprzęży bijące w bębenki, maszyny będące
lśniącymi miniaturkami tych na ulicach, lalki w strojach z tafty
obszytej koronką, wypchana żyrafa, wielka jak połowa prawdziwej.
Jane w życiu nie widziała niczego podobnego do tego skarbca obcego
bogactwa, ale jakaś rezonująca w duszy resztka podpowiedziała jej, że to
miejsce jest podobne czy też identyczne ze światem z jej najdawniejszych
wspomnień - z tego czasu, gdy była mała, szczęśliwa i otoczona opieką.
Rozpłakała się.
- Kogut, proszę, zabierz mnie do domu.
Odwrócił się, zaskoczony, i bez namysłu puścił jej dłoń.
Znów znaleźli się na dachu fabryki.
- I już. - Pocałował ją w policzek. - Teraz ufamy sobie całkowicie.
***
Czasu było coraz mniej. Jane czuła zgrzyt i wibrację zbiegających się
zdarzeń, przesuwanych przez maszynerię przeznaczenia. Następnego
wieczoru, gdy udawała, że bawi się zabawkami, zamknęła dłoń na bryłce
mosiądzu, której potrzebował 7332. Dla odwrócenia uwagi podniosła z pudełka łapkę wisielca, zamachała nią, jakby się bawiła w czarownicę.
Wiedziała, że takim dziecinnym zachowaniem sprawi przyjemność pani
Greenleaf - im bardziej dziecinną grała, tym szczęśliwszy był stary elf.
Zręcznie odwróciła się, by ukryć kradzież, leniwym gestem przygarnęła
gałkę ku sobie i ukryła ją pomiędzy ubraniami. Pani Greenleaf, zajęta
ołówkiem i czasopismem, niczego nie zauważyła. Jane ukradkiem zerknęła
też na Baldwynna, choć stary elf nigdy na nic nie patrzył wprost.
I aż sapnęła.
Elfi magnat zniknął z fotela. Na jego miejscu unosiło się świetliste
jajo. Delikatnie pulsowało. Na gładkiej, zimnej powierzchni igrały blade
refleksy. Jane cofnęła się odruchowo, czując irracjonalny lęk, że jajo
poleci za nią.
Pani Greenleaf uniosła wzrok znad akrostychów.
- Jane? - zapytała ostrzegawczym tonem. - Coś nie tak?
- Nie, proszę pani - odrzekła pośpiesznie Jane.
Ona jednak już odwróciła się do ojca. Ułożyła otwarte usta w małe,
okrągłe "o" i wytrzeszczyła oczy, jakby nagle ktoś zaklął ją w rybę.
Udręka była tak komicznie przesadzona, że Jane musiała się powstrzymać,
żeby nie zachichotać.
Czasopisma zsunęły się jej z kolan i elfka wstała. Chwyciła Jane za
rękę, bezmyślnie mocno, aż zabolało, i natychmiast wyciągnęła z pokoju.
Gdy tylko drzwi się szczelnie zamknęły, odwróciła się ku niej. Twarz
miała napiętą i bladą, jej usta wyglądały jak pozbawiona warg szczelina.
- Nic nie widziałaś, rozumiesz? - Dla podkreślenia potrząsnęła jej
ramieniem. - Nic!
- Tak jest, proszę pani.
- Jesteśmy starą, szanowaną rodziną, ani odrobiny skandalu od... Na co
ty się tam gapisz?
- Na nic. - Jane przestraszyła się, że elfka chce ją uderzyć.
Ta jednak, choć upłynęła dopiero połowa przeznaczonego czasu,
zaprowadziła ją prosto do pokoju, w którym Jane się przebierała.
Zwrócono jej robocze ubranie, a sukienkę i koronkową bieliznę zapakowano
po raz kolejny w bibułkę. Było jeszcze wcześnie, pozostała przynajmniej
godzina do przyjścia Blugga, gdy wylądowała na ganku.
- Raczej nie będzie konieczne, żebyś jutro przychodziła - rzuciła
stanowczo pani Greenleaf i zamknęła drzwi.
Blugg spóźnił się pół godziny. Jane czekała na niego, zadręczając się
tym oczekiwaniem. Gdy wreszcie się zjawił, z osłupieniem widząc ją pod
drzwiami, a nie w hallu, jak poprzednio, zaraz zaczął wypytywać,
dlaczego. Powtórzyła mu ostatnie słowa pani Greenleaf, on zaś odrzucił
głowę w tył i zawył. Straszny był to dźwięk, przeniknięty bólem i zniweczonymi marzeniami.
A kiedy wrócili do noclegowni, pobił ją.
V
Następnego dnia wstawanie z łóżka było potwornie bolesne. Jedna noga
ugięła się lekko, kiedy Jane ją obciążyła, przez co szła dziwnie
wykręcona i utykała. Kleik musiała jeść lewą stroną ust; prawa nie
otwierała się, opuchnięta do rozmiarów jajka.
Blugg raz tylko na nią spojrzał i zdarł jej z grzbietu kamizelkę gońca,
po czym rzucił ją Dymce, która wsunęła ją przez głowę i poszła za nim do
biura, triumfalnie zamiatając spódnicami.
Jane, zdumiona i upokorzona, odkryła, że utrata tego stanowiska naprawdę
zabolała.
Jednakże projekt Blugga nie skończył się z utratą rzekomego poparcia
Baldwynna. Nabrał już własnego rozpędu - zbyt wielu kierowników
średniego szczebla zainwestowało w niego swój czas i prestiż, by teraz
pozwolić mu zdechnąć.
Paradoksalnie, po odprawieniu Jane przez panią Greenleaf,
przedsięwzięcie nabrało rozmachu. Prototyp, który przez tygodnie, bez
pośpiechu, stał nieruszony i nieukończony, został raptownie dopracowany,
przetestowany i grubo nasmarowany. Kapka, Ślimak i Trzyoki cały dzień
spędzili na polerowaniu jego powierzchni na wysoki połysk.
W nocy Kogut wpełzał za ścianę, żeby mozolić się nad grimuarem. Nalegał,
żeby Jane pokazała mu rozdział mówiący o wałkach rozrządu, i siedział
nad ich schematami bez końca, póki nie nabrał pewności, że
zidentyfikował model użyty w prototypie przez starego, pomarszczonego
inżyniera Grimpkego.
- Nie mamy dużo czasu - powiedział. - Gadałem z Hobem - tym brygadzistą
z blacharni, nie tym z jedną nogą - no i on mówi, że za pięć dni
przyjdzie spojrzeć na tę nogę jakiś megawysoki lord Szajs z samej
centrali. Inspektor Generalny z Biura Analizy Zastosowań. - Prawie
wyśpiewywał te słowa: przesadnie ekscytował się takimi pompatycznymi
tytułami. - Na hali się gada, że musieli nieźle pociągnąć za sznurki,
żeby sprowadzić tu samego Generalnego, i teraz wszyscy latają tam jak
kot z pęcherzem, żeby wszystko było gotowe na czas.
- Kogut, daj sobie spokój, to mrzonka - odszepnęła Jane. Między ścianami
było ciasno i nawet kompletnie ubrana czuła się zażenowana, przyciśnięta
do Koguta w ten sposób. - Nie ma co marzyć, że zwrócisz przeciwko
Bluggowi jego własną konstrukcję.
- Pewnie, że dam radę. - Zadygotał z radości lub zimna, nie wiadomo. -
Te tytanowe pazury zrobią taki skurcz, potem się obrócą, a potem zacisną
na tyłku tego bezczelnego tłuściocha. Powoli, żeby miał czas się
przestraszyć. A potem... będzie super.
- Ja w ogóle nie wiem, jak ty sobie wyobrażasz, że nauczysz się tych
cyferek na pamięć w pięć dni. Chyba z siedem stron ich jest!
- Dam radę - odparł ponuro.
Zmarszczył się nad tabelkami, z twarzą ciemną i niemal niewidoczną w srebrnym blasku run. Jane wiedziała, jak trudne sobie postawił zadanie.
Sama musiała spuścić z tonu i zrezygnować z ambicji całkowitego
opanowania smoka na rzecz nauczenia się paru kluczowych funkcji systemu
optycznego i przetwarzania danych.
- Ty w ogóle umiesz czytać liczby?
- Pewnie, że tak.
- No to co tu jest napisane? - Dźgnęła palcem runy oznaczające "3,2 ?".
- Nie muszę przecież rozumieć tych zawijasów, żeby się ich nauczyć. A jak wyglądają, widzę równie dobrze, jak ty. Po prostu zapamiętam je jako
obrazki.
Zadanie, które postawił sobie Kogut, było całkiem niemożliwe. Jane
zostawiła go tam i poszła do łóżka, wdzięczna, że może trochę pospać, i pewna, że po jednej nocy, góra dwóch, Kogut da sobie spokój. Wtedy
będzie mogła sama wrócić do lektury.
On jednak nie zrezygnował. Tamtej nocy, następnej, aż do trzeciej,
wykradał się za ścianę i siedział nad grimuarem do świtu. Jane odkryła,
że denerwuje ją to. W końcu to była jej książka i była jej bardzo
potrzebna. Kogut jednak wzruszał ramionami na wszystkie jej wskazówki,
podpowiedzi, a na koniec również na żądanie, żeby siedzieli nad
grimuarem na zmianę.
Nie dało się z nim rozmawiać. Miał obsesję.
***
W noc przed zaplanowaną kontrolą wszystkie dzieciaki ustawiono przed
łaźnią i kazano im się wykąpać, choć był środek tygodnia. Wołano je do
środka jedno po drugim. Dziewczynki nadzorowała Dymka, dzierżąca twardą
szczotkę, by domyć miejsca, które same przegapiły, a Blugg obserwował to
z nieskrywanym rozbawieniem.
Szczotka nabrała wyjątkowego wigoru, gdy przyszła kolej Jane na kąpiel w cynkowym korycie. Wyglądało na to, że Dymka chce Bluggowi coś udowodnić,
coś, czego Jane nie potrafiła odgadnąć.
- Zdejmuj te ciuchy, dziwko! - krzyknęła. - No, ruszaj się.
Jane, rozbierając się, uparcie odwracała wzrok od Blugga. Trochę już
doszła do siebie po pobiciu, ale siniaki wciąż miała - żółto-czarne, w środku purpurowe kręgi, jak chmury gradowe pod skórą. Weszła niezdarnie
do wanny. Woda była jeszcze ciepła, po szarej powierzchni pływały
cienkie, tłustawe pasemka mydlin.
- Obesrałaś się, ty świnio!
- Nieprawda! - krzyknęła machinalnie Jane.
- No to, co to jest? - Dymka wcisnęła jej szczotkę między nogi i potarła
szybkimi, energicznymi pociągnięciami, wyciskając jej łzy z oczu. - Całą
dupę masz w tym!
Jane chlapała i cofała się, a Dymka szła za nią aż na drugi koniec
wanny, drapiąc jej tyłek ostrą plastikową szczeciną.
- Masz! - Rzuciła jej brudną ścierkę w twarz. - Twarz se wytrzyj. Jest
brudna.
Kiedy się ubierała, nieśmiało uniosła wzrok i zobaczyła, jak Dymka i Blugg wymieniają się osobliwym spojrzeniem, zagadkowym, choć
porozumiewawczym, pełnym groźnego znaczenia.
***
Podczas śniadania, na twarzy Koguta pojawił się, po czym zniknął,
niezdrowy uśmiech. Palce drżały mu lekko, wzrok miał rozbiegany i rozkojarzony. Odkąd zaczął nocami przesiadywać za ścianą, twarz zrobiła
mu się jeszcze bardziej ziemista i pociągła; roztaczał aurę ciągłego
znużenia. Jednakże tego ranka spod wyczerpania przezierała nienaturalna
energia, jakby elektryczny prąd kurczył mu konwulsyjnie mięśnie.
- Kogut? - zapytała cicho Jane. Nikt więcej nie zauważył jego stanu,
wszystkim myśli zaprzątała wizytacja inspektora generalnego. - Nie
zadręczaj się, jeśli to się nie... - Nie potrafiła wykrztusić tych słów.
- Dzisiaj jest ten dzień. - Rzucił jej dziwny, groźny uśmiech. - Wiesz
co? Ostatnio znowu zacząłem słyszeć głos Szczudłaka. Jakby naprawdę nie
zginął, tylko chował się gdzieś w cieniach, albo z tyłu mojej głowy,
wiesz? I myślę, że dzisiejszy dzień mu się spodoba. To wszystko dla
niego.
- Tak, ale jeśli...
- Cii! - Mrugnął i położył palec na jej nosie. W tym momencie podeszła
Dymka, żeby ustawić ich do marszu do pracy. - Jak tam leci, Dymka?
- Ty lepiej się pilnuj. - Chwyciła go za ucho kciukiem i palcem
wskazującym i ścisnęła. - Jak dzisiaj coś spierdzielisz, masz
przerąbane, palancie. - Puściła go.
Kogut pochylił głowę, odwrócił wzrok, a kiedy była już o krok za daleko,
żeby móc się odwrócić bez tracenia twarzy, rzucił do Jane:
- Gada całkiem jak Blugg, co nie?
Dymka na moment zesztywniała, ale nie zatrzymała się.
***
Tego ranka, kiedy szli koło smołowni, Dymce przydarzył się nieszczęśliwy
wypadek. Mijała właśnie Koguta, pilnując, żeby kolumna była równa, gdy
nastąpiło zamieszanie, a Rzep szarpnęła się i wpadła na nią. Dymka,
zaskoczona, straciła równowagę i potoczyła się w bok, wpadając twarzą do
kubła z gorącą smołą. Gdy wstała, plując, wyglądała jak Murzyniątko, z czarną twarzą i błyszczącymi włosami.
Dzieciaki się roześmiały.
- Zamknąć się! - wysapała Dymka. - Cicho, cicho, cicho! - Komicznie
rozdziawiła usta. Wściekle tarła oczy, próbując usunąć z nich smołę.
Blugg eksplodował.
- Won stąd! Ty durna łajzo. Idź prosto do łaźni i się wyszoruj! Do
południa masz tego nie mieć na twarzy, choćby miało zejść razem ze
skórą.
- Ale to nie moja wina! - jęknęła Dymka. - To przez...
- No już! - Blugg okręcił się i dźgnął tłustym palcem Koguta. - Ty! Leć
do magazynu i pobierz sobie kamizelkę gońca. Nową, nieużywaną, najlepszą
jaką mają. Cernunnos jeden wie, nie jesteś najbystrzejszy, ale będziesz
musiał wystarczyć.
- Tak, proszę pana, tak jest! - Kogut odgarnął lok z czoła i skłonił się
nisko, żeby ukryć triumfalnie wyszczerzone zęby.
***
Jane nie pamiętała dnia, który dłużyłby jej się tak jak ten. Dzieci,
choć w ogóle się nie napracowały - liczył się wygląd, nie mogły więc
dotykać smarów czy past polerskich - były nieustannie przeganiane z warsztatu do warsztatu, dzielone na grupy i łączone z powrotem, tak że
nerwowość i niepokój trwały od wczesnego ranka do późnego popołudnia.
Wreszcie, pod koniec dnia, przybył inspektor generalny.
Gdy szedł przez fabrykę, poprzedzała go fala strachu. Każdy kobold i korrigan, ognik, pillywiggin i najskromniejszy czerwony kapturek
wiedział, że nadchodzi inspektor. Powietrze aż drżało z wyczekiwania.
Tuż przed nim pojawiało się migotliwe światełko, sprawiając, że
odwracały się wszystkie głowy i ustawała wszelka praca - na sekundę,
zanim się wyłonił zza rogu albo wszedł do pomieszczenia.
Ukazał się w drzwiach.
Wysoki, majestatyczny był elfi pan, odziany we włoski garnitur i spiczasty jedwabny krawat. Na głowie miał biały kask. Przystojny był
nadludzko: kanciasta szczęka, idealne zęby i włosy. Towarzyszyło mu
dwóch Tylwyth Tegów wysokiej rangi, z tabliczkami w rękach, z tyłu zaś
szedł sępiogłowy analityk kosztowy z Księgowości.
Blugg stał wyprostowany i dumny w mieszanym szeregu kierowników
średniego i wyższego szczebla. Twarz i rogi miał wyszorowane tak
dokładnie, że ich powierzchnia zaczęła delikatnie prześwitywać. U jego
boku, nieco z tyłu, stał Kogut, atrybut jego godności. Obecny był nawet
stary Grimpke, nieco zgarbiony, zacierający dłonie z uśmiechem i nerwowością. Prototyp pazurzastej nogi stał odwrócony pośrodku hali.
Robotnicy stali w szeregach pod ścianami, według wzrostu i stanowiska,
jak ułożone do inspekcji narzędzia. Dzieci, wyprostowane i przestraszone, ustawiono obok ich nadzorcy. Dymka stała na przeciwnym
końcu szeregu niż Jane, twarz miała czerwoną od tłumionej złości. Żeby
pozbyć się smoły, musiała obciąć sobie większość włosów, przez co
wyglądała niechlujnie, jak oskubana, co całkowicie dyskwalifikowało ją z pierwszego, reprezentacyjnego szeregu.
Kogut obrócił się, żeby spojrzeć znacząco najpierw na Dymkę, potem na
Jane. Rozchylił na moment koszulę - pod spodem, prawie podprogowo,
mignął przyciśnięty do jego skóry prostokąt białego kartonu.
To była karta zegarowa Blugga.
Jane tak dokładnie przewidywała, co powie Kogut, że kiedy bezgłośnie
wypowiedział te słowa, przeczytała je z samego ruchu ust.
"Chodź ze mną", powiedział.
Pokręciła głową.
Wyciągnął rękę, jakby chciał ją chwycić. "Jesteśmy mali - karta ochroni
nas oboje".
Zabrała dłoń. "Nie!".
Uniósł brwi, jedyne oko wypełniło się zimnym, nieludzkim światłem. I odwrócił się do niej tyłem, elegancki, wyprostowany.
- Co to było? - szepnął Mały Dick. - To coś białego za koszulą Koguta?
- No właśnie, co to? - powtórzyła Kapka.
- Cicho, kurwa! - burknęła Jane kącikiem ust.
Ogr w białej koszuli obejrzał się na nich przez ramię, więc ze
wszystkich sił starali się wyglądać niewinnie.
Ona jednak już zobaczyła. Stalowy błysk w oku Koguta nie miał z nim nic
wspólnego. To była iskra smoka, przebłysk powodującej nim obcej
inteligencji. Kogut został przez niego opanowany, smok zrobił z niego
swoje narzędzie, wykorzystywane do jemu tylko znanych celów.
"Nie rób tego, nie rób, nie rób", modliła się w myślach. "Kogut, nie rób
tego, nie daj się tak wykorzystywać". A smoka błagała: "Nie każ mu tego
robić, nie każ". A Boginię: "Nie pozwól. Zatrzymaj czas, zatrzymaj ruch,
niech stanie świat, niech słońce stanie na niebie, niech to się dalej
nie toczy".
Czuła wpływ smoka dosłownie wszędzie, jak przenikający wszystko ośrodek,
w którym się poruszali, jak ryby w groźnym oceanie. Po usztywnieniu
pleców Koguta widziała, że wpatruje się w prototyp. Teraz, cokolwiek za
późno, uświadomiła sobie, że noce spędzone nad grimuarem nie były czasem
zmarnowanym na Koguta, lecz otworzyły w nim furtkę, przez którą mógł
wejść 7332 i na niego wpływać.
Dyrektor fabryki podał rękę inspektorowi generalnemu i przedstawił
księgowego. Elfi pan szedł z wdziękiem wzdłuż szeregu, patrząc każdemu
głęboko w oczy, a od czasu do czasu podkreślając uścisk dłoni krótkim
śmieszkiem albo klepnięciem po ramieniu.
Ceremonia rozwijała się w wystudiowanym tempie rytuału. W którymś
momencie Kogut podał Bluggowi oprawny tom ze statystyką produkcji. Ten
wręczył go elfiemu panu, który z kolei przekazał go starszemu Tylwyth
Tegowi, ten młodszemu, aż w końcu tomiszcze wylądowało u kontrolera
kosztów, który, nawet nie spojrzawszy, wetknął je pod pachę. Ślimak
ziewnął, Dymka ostro szturchnęła go łokciem.
W końcu wszyscy oficjele odwrócili się do prototypu, jakby dopiero teraz
go zauważyli. Grimpke odśrubował klapę serwisową, otwierając nogę, by
pokazać zespół mimośrodowych trybów w środku.
- Bałdzo ważna - powiedział. - Dżała szylna magja, wiszpan?
Jeden z ważniejszych dyrektorów skrzywił się, inspektor miał jednak
zachęcającą, beznamiętną, uśmiechniętą minę. Grimpke wsadził rękę w smar, żeby pokazać, jak ciasno upakowane są tryby; wtem między palcami
rozbłysło mu światło. Wrzasnął.
Jaskrawy, aktyniczny blask rozpalił się w środku konstrukcji. Pochłonął
i ogarnął stojących najbliżej. W świetle roztopiły się garnitury i twarze. Kask odbił się od podłogi i potoczył. Wszystko zaczęło się
ruszać. Buchnęły płomienie. Działo się to w absolutnej ciszy.
Potem świat się rozpękł.
Ciepłe powietrze uderzyło Jane w twarz, aż się zachwiała. Jak uderzenie
poduszką. Była ogłuszona, w uszach jej dzwoniło. Czuła się rozbita,
rozerwana, obraz przed oczyma rozpadł się na wiele trudnych do
ogarnięcia wizji jednocześnie: płonący, biegnący, padający Tylwyth Teg.
Któryś z mniejszych olbrzymów zgięty wpół, zanoszący się histerycznym
śmiechem pełnym niedowierzania. Coś koziołkującego przez powietrze.
Pękające pustaki, sypiący się żwir, łuszcząca się farba.
Halę wypełniła mgiełka szarego dymu i czarny odór palonych płytek
drukowanych. Zawyły alarmy.
Blugg stał, sparaliżowany, pośrodku gejzerów iskier. Jak słup we
wzburzonym morzu, nie poruszał się, a światło przenikało go na wskroś.
Jedna ręka powoli uniosła się, jakby chciał zgłosić jakąś uwagę. Potem
upadł, rozsypując się w szary popiół.
Dymka krzyknęła, gdy chmura odłamków wyrysowała jej na twarzy krzywą
linię, z wdziękiem omijającą wargi, nos i oboje oczu, choć ledwie o włos
od nich wszystkich. Inne dzieci skakały, tańczyły w bolesnym
quickstepie, trzepały rękoma ramiona i boki.
Jane jednak na nie nie patrzyła. Gapiła się - jakby od zarania dziejów
nie robiła nic innego - na Koguta.
Przy wyjściu, do ściany była przykręcona szara, emaliowana skrzynka.
Urządzenie kontrolne, prostsza córka Zegara. Pozbawiona twarzy i oczu,
nie była jednak ślepa. I miała moc.
Pod drzwiami leżało ciało Koguta, puste i chude, jak skrawek papieru,
zgnieciony i wyrzucony po tym, jak spełnił swoje zadanie. Z piersi
unosiła się smużka dymu. Tylko ona spośród wszystkich na hali dostrzegła
jaśniejszy niż magnezja płomień, który wykwitł mu pod koszulą, gdy
przeszedł obok urządzenia kontrolnego i minął próg. Pochodził z karty
zegarowej Blugga. Widziała ten błysk, widziała ten bolesny łuk targający
ciałem z potężną siłą, słyszała urwany krzyk bólu, jak krótki, ostry
okrzyk skowronka.
Wpatrzyła się w Koguta. Kogut nie żył.
***
Dzieci instynktownie zbiły się w gromadkę. W kłębach dymu i płomieni,
pośród wrzasków i wykrzykiwanych rozkazów, Dymka rzuciła z lekkim
zdziwieniem:
- Blugg nie żyje.
- I Kogut też - odezwał się gdzieś za jej plecami chłopcień. - Razem
poszli do Spiralnego Zamku.
Dziwność tego zdarzenia, nieprawdopodobieństwo, że akurat te dwa losy
splątały się razem, sprawiła, że przez dłuższą chwilę wszyscy milczeli.
Wreszcie Rzep zapytała:
- To co robimy?
Patrzyła błagalnym wzrokiem prosto na Dymkę. Ta nie odpowiedziała.
Wypadek przeraził ją tak jak wszystkich. Dygotała, oszołomiona i zszokowana, twarz miała bladą jak papier i upstrzoną kropkami krwi tam,
gdzie trafiły ją odłamki. Niezły przywódca, pomyślała kwaśno Jane.
Obok nich przekuśtykał brygadzista z oślimi uszami, w rozdartej białej
koszuli, po drodze dotykając ramienia każdego z nich, jakby się bał, że
bez tego oparcia upadnie.
- Nigdzie się nie ruszajcie - powiedział. - Zaraz przyjdzie kontroler od
bezpieczeństwa. Za parę minut. Będzie chciał was przesłuchać. - I zniknął w dymie.
Wtedy w Jane znów wszedł smok, napełniając ją siłą i poczuciem celu.
- W dwuszeregu! - warknęła. - Według wzrostu. W lewo zwrot. Marsz!
Dzieci potulnie jej usłuchały.
Jane wyprowadziła je z hali i poprowadziła przez teren. Zbiegali się
ratownicy. Wyły karetki. Noc wypełniły migające światła i smród wybuchu.
Ładowarki i ciężarówki poruszały się niespokojnie w swoich boksach,
pokrzykując zaniepokojonymi mechanicznymi głosami. Dzieci szły przez ten
chaos jak zaczarowane, chronione przez własne pozorne zdecydowanie. Nikt
ich nie zatrzymywał.
Jane prowadziła je - niektóre, te najmniejsze, ciągle kaszlały i prychały - prosto do Budynku 5. Słyszała ciche szlochy i popłakiwania:
to nie było problemem, ale kiedy Jeżata odrzuciła w tył głowę i zaczęła
wyć, Jane walnęła ją porządnie w ucho. Od razu ucichła.
Przy schodach do noclegowni Jane odsunęła się na bok i zapędziła
wszystkich na górę, popychając i warcząc. A kiedy minął ją ostatni
dzieciak - Ślimak, oczywiście - zerwała z haczyka przy drzwiach Blugga
apteczkę.
Najważniejsze było opatrzenie ran. Na szczęście, mało które dziecko
zostało ranne w wybuchu; ucierpiały głównie od fali uderzeniowej. Kiedy
przyszła pora na oczyszczenie twarzy Dymki, zmienniczka obudziła się z apatycznego letargu i wykrzyknęła:
- Moja twarz! Jak ja będę wyglądać?
- Jak cudak - burknęła Jane - jeśli ci tego nie powyciągam. Cicho bądź i nie przeszkadzaj.
Zrobiła, co mogła, narzędziami, jakie miała. Kiedy skończyła, pod skórą
Dymki pozostało parę czarnych kropek, ale najpewniej nie było to nic
groźnego. Co bardziej histerycznych pacjentów potraktowała morfiną i posłała wszystkie dzieciaki do łóżek.
Teraz ona nimi dowodziła.
Ale nie potrwa to długo, jeśli ma w tej sprawie coś do powiedzenia.
***
Gdy dzieciarnia wreszcie usnęła, Jane wspięła się na dach, żeby
popatrzeć na rozwój wydarzeń. Z kominów buchały iskry i dym, machiny
ratunkowe przemierzały bez wytchnienia teren fabryki. Śmierć tak grubej
ryby jak inspektor generalny poderwała na nogi i zmusiła do działania,
sensownego czy nie, każdą żywą duszę.
Powoli wrócił porządek. Taumaturdzy wyszli z laboratoriów i przeszli się
po terenie, odziani w pomarańczowe kombinezony ochronne, siejąc
radioaktywnymi cząstkami stałymi z trybularzy i kadzielnic, mrucząc
zaklęcia, od których powietrze sztywniało ze strachu. Tam, gdzie
przeszli, na ziemi krzyżowały się świecące niebiesko, czerwono i żółto
linie mocy, jak jakiś obłąkany schemat ideowy, nakładające się koła i linie proste, zbiegające się pod nieprawdopodobnymi kątami i znów
rozchodzące. Nie wiedziała, jak są w stanie rozwikłać te ślady
magicznych wpływów - i pewnie nie byli, bo żadna z linii nie
doprowadziła ich do Numeru 7332.
Jane patrzyła z dachu przez pół nocy, bojąc się, że smok zostanie
zdemaskowany. Sama była drobnym, bladym przecinkiem na połaci czarnej
papy: gdyby ktokolwiek ją dojrzał, pewnie wziąłby ją za magazynowego
duszka opiekuńczego zajmującego się własnymi sprawami.
Gdy księżyc opuścił się nisko na niebie, 7332 wreszcie ją wezwał.
***
Jane spokojnie zeszła z dachu, zebrała grimuar, kryształ i bryłkę
metalu, po czym się ubrała. Kluczem Blugga otworzyła sobie noclegownię.
Wychodząc, rozejrzała się i poszła do smoka. Szła przez fabrykę, nie
próbując uniknąć wykrycia. Już nie bała się fabrycznej ochrony. To było
zadanie 7332, nie jej.
Gdy dotarła na stację rozrządową, wielkie smoki odsunęły się na bok,
żeby zrobić jej przejście. Zbyt dumne były, by spojrzeć na nią wprost,
jednak zerkały z ukosa, wyniośle i enigmatycznie. Kontury boków
obrysowywały jaskrawe sznureczki czerwonych, zielonych i białych
światełek nawigacyjnych.
Jane dotarła do Numeru 7332 i wspięła się po jego burcie. Poczuła się
niewidzialna.
Gdy weszła do kabiny, zapaliły się łagodne światła. Dziś nie będzie
ochronnego kamuflażu. Drzwi zatrzasnęły się za nią.
- Zabiłeś go - powiedziała.
Z bezświetlnych czeluści maszynerii dobył się głos, z pozoru spokojny,
choć podszyty nutką niecierpliwości:
- Musiałem czymś zająć ochronę, na tyle długo, żeby móc dokończyć
przygotowania. Nie ma co płakać nad przelaną odrobiną elfiej krwi.
Przez chwilę nie docierał do niej sens odpowiedzi. Potem uświadomiła
sobie, że 7332 mówi o inspektorze generalnym.
- Chodzi mi o Koguta! Wykorzystałeś go. Nakłoniłeś, żeby ukradł kartę
zegarową Blugga, choć wiedziałeś, co się stanie, gdy spróbuje jej użyć.
A wszystko po to, żeby zatrzeć nasze ślady.
- A, tego małego? - W głosie 7332 zabrzmiało zdziwienie. - Nic
szczególnego w sobie nie miał. Mogę ci takich znaleźć, ilu tylko
zechcesz. - Delikatnie ją ponaglił. - Siadaj. Pora wyrwać się z tego
więzienia, w niebo i na wolność.
Jane usiadła tępo na leżance i pozwoliła serwomechanizmom się opleść.
Ścisnęła czarne rękojeści, przekręciła lewą o ćwierć obrotu. Podwójna
igła wsunęła się w jej przegub. Obraz zafalował i się zmienił - patrzyła
teraz oczyma smoka, czuła jego nerwowym systemem chłodny zimowy powiew
na żelaznej skórze. Już nie była tylko Jane: była częścią czegoś
znacznie większego. Podobało jej się to.
- Uruchom układ napędowy - powiedziała.
- To mi się podoba!
Zabulgotało paliwo, pompowane przez elektryczne silniki do turbin.
Wysoki pisk narastał i narastał, aż wypełnił cały wszechświat.
Ogłuszyłby ją, gdyby nie słuchawki.
- Gotowe. Teraz użyj kluczy - powiedział 7332.
Jane przestawiła szereg przełączników, sprawdzając jednocześnie, czy
działają systemy nawigacji.
- To nie jest konieczne - wtrącił gniewnie smok. - Masz tylko włożyć
klucze.
Wtem nieludzki głos zaniósł się wyciem. Dołączył do niego kolejny, potem
trzeci - alarmy włączały się w całej fabryce. Cichsze, ale bardziej
przenikliwe głosy ujadały i szczekały. Psy-cyborgi. To mogło tylko
oznaczać, że ich wykryli. Po włączeniu turbin prowadzące do nich linie
mocy i władzy musiały rozświetlić się jak jarzeniówki.
- Szybko! - zawołał 7332. - Wykryli nas.
Jane miała rubin i orzech w kieszeni spodni; niewygodnie jej było na
nich siedzieć. Ale nie poruszyła się, żeby je wyciągnąć.
- Podaj mi swoje imię.
Na drugim końcu placu pojawił się troll z ochrony fabryki, z płomieniami
w oczach. Za nim wyszło jeszcze kilku jego pobratymców, odcinali się
czarno na tle zimnego nieba. Każdy prowadził pięć czy sześć
psów-cyborgów, rwących się na tytanowych smyczach.
- Idą po nas. Musimy startować, teraz albo wcale.
- Imię - powtórzyła.
Odpięli psy ze smyczy. Puściły się pędem ku smokowi. Pierwszy z nich
odbił się od burty z głośnym brzękiem i zatopił w niej diamentowe kły.
Jane, zanurzona w sensorium 7332, poczuła, jak zwierają się w jej
własnym ciele. Głośno krzyknęła z bólu.
Teraz głos 7332 zabrzmiał desperacją:
- Jeśli teraz nie wystartujemy, dopadną nas! - Kopnął psa, wyrzucając go
w powietrze.
Ale już biegły kolejne, były tuż-tuż.
- No to dopadną.
Psy skakały w powietrze, żeby obezwładnić smoka. 7332 obrócił się
przodem do nich, omal nie wyrzucając Jane z leżanki. Turbiny wyły, ale
nie dało się ich ustawić do lotu. Wojownicy trolle rzucali gniewne
okrzyki i wściekłe rozkazy. 7332 przytłumił układy przenoszące wrażenia
ze skóry; Jane poczuła, że drętwieje na równi z nim. Ale psy zaczynały
naprawdę go uszkadzać.
- Klucze!
Jane czekała. Na wpół zanurzona w smoku, niepewna, gdzie kończy się i gdzie zaczyna jej własna tożsamość, jednego była pewna: smok musi
wiedzieć, że ona nie blefuje. Że bez imienia, bez władzy, jaką jej daje,
nigdzie nie polecą.
- Melanchton, z linii Melchezjasza, z linii Molocha! - krzyknął smok.
Jego udręka buchała wokół Jane jak wyimaginowany płomień. Poczuła, jak
opala jej rzęsy, a jednocześnie całą swoją jaźnią poznała, że mówi
prawdę.
Otworzyła grimuar, przekartkowała na kody sterujące i zaczęła czytać:
- Recurvor. Recusadora. Recusamor.
Silniki ryknęły i zatrzęsły się.
- Recussus. Redaccendo. Redactamos. - Wcisnęła na miejsce kamień. -
Redadim. Redambules. Redamnavit.
Smok dygotał od nieznajdującej ujścia mocy. Wetknęła mosiężną bryłkę w odpowiednie wgłębienie, obróciła prawą rękojeść o ćwierć obrotu naprzód.
Teraz igły miała już głęboko w obu przegubach.
- Leć!
- Będziesz się smażyć w piekle za tę zniewagę! - obiecał 7332, a w tyle
czaszki Jane mignęły wspomnienia wojennych okropności. - Zaniosę cię na
Dziesięcinę we własnych pazurach!
- Cicho bądź i startuj!
Poruszali się. Gdy nabierali szybkości, asfalt trzeszczał pod ich
ciężarem. Smok uniósł skrzydła, rozpostarł je, nabrał w nie powietrza.
Psy odpadły. Jane śmiała się histerycznie. 7332, ku jej zaskoczeniu,
także się śmiał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki