Córka Wokulskiego - Roman Praszyński

Kup ebooka

15.36 zł
13.06 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

IV

Włas­sow­ski odwiózł Ciołkow­skie­go do Ho­te­lu Eu­ro­pej­skie­go. Zo­sta­wił w po­ko­ju 212 i za­raz sko­czył pre­lotką na plac Te­atral­ny pod ra­tu­szem. Gdy uchy­lał drzwi do ga­bi­ne­tu swo­je­go sze­fa, obe­rpo­lic­maj­stra Nikołaja Alek­san­dro­wi­cza Bu­tur­li­na, ten po­su­wał gry­zetkę. Stał przy biur­ku z opusz­czo­ny­mi spodnia­mi. Przed nim, z sze­ro­ko rozłożony­mi no­ga­mi, fa­lo­wała pier­sia­sta czar­nul­ka, po­pi­skując omdle­wająco. Wiel­ki nagi zad obe­rpo­lic­maj­stra na­pie­rał z roz­koszą, mięśnie pośladków kur­czyły się ryt­micz­nie, ple­cy wygiął ni­czym mar­cujący kot. Włas­sow­ski stał w pro­gu i chłonął ten wi­dok. Nad głową Bu­tur­li­na, na beżowej ścia­nie ga­bi­ne­tu wi­siał por­tret Jego Wy­so­kości Im­pe­ra­to­ra Alek­san­dra III, cara

Wszech­ro­sji. Pod­ma­lo­wa­ny na olej­no łysiejący wąsacz wy­trzesz­czał gały.

Wygląda, jak­by Bu­tur­lin dymał cara - pomyślał zastępca, sta­ry lu­bieżnik.

Chrząknął, aby zwrócić uwagę sze­fa.

Obe­rpo­lic­maj­ster obej­rzał się i zo­ba­czyw­szy przy drzwiach Włas­sow­skie­go, mrugnął roz­ra­do­wa­ny.

- Ma... ma­cie?

Za­py­ta­ny tyl­ko trzasnął ob­ca­sa­mi i skinął ener­gicz­nie głową. Z dumą wyciągnął przed sie­bie skórzaną teczkę. Minę miał roz­ra­do­waną.

- Po... po... po­cze­kaj­cie... - usłyszał. I przez parę chwil po­dzi­wiał, jak jego przełożony, strażnik i kat War­sza­wy, szczy­tu­je we włocha­tych odmętach ko­ko­ty.

Bu­tur­lin za­sko­wy­czał, zatrząsł się i opadł na ja­sny brzuch płat­nej ko­chan­ki. Już po chwi­li po­de­rwał się, sko­czył do okna, wy­tarł kuśkę w ciężką zasłonę i wciągnął spodnie.

- Chce­cie? - po­ka­zał na nagą ko­bietę. - Inez jest słodka.

Włas­sow­ski nie omiesz­kał sko­rzy­stać. Obrócił ko­bietę na brzuch i szyb­ko wsunął swo­je­go ko­zac­kie­go za­ga­nia­cza w jej roz­kle­paną dziuplę. Jęknęła. Ru­ski dy­szał, gniotąc jej ra­mio­na w potężnych łap­skach. Na łopat­kach miała wy­dzier­ga­ne dwa pie­rza­ste skrzydła. Kiwały się w rytm ude­rzeń jego bio­der.

Za­sa­pa­ny po miłosnych ćwi­cze­nia obe­rpo­lic­maj­ster wyjął z czar­nej skórza­nej tecz­ki z mie­dzia­ny­mi oku­cia­mi zie­lo­ny ze­szyt. Prze­rzu­cał chci­wie jego stro­ny, wpa­trując się z roz­koszą w nie­zro­zu­miałe wzo­ry ma­te­ma­tycz­ne, wy­kre­sy i tech­nicz­ne ry­sun­ki kreślone nie­po­radną kreską.

Skarb, praw­dzi­wy skarb - cie­szył się w myślach bez za­ci­na­nia.

Słysząc, że podwładny do­cho­dzi, za­dzwo­nił na służbę. Wszedł Wa­nia ubra­ny w ko­zac­kie pan­ta­lo­ny i lnianą ko­szulę ze stójką. Włosy miał gęste jak sno­pek słomy. Udał, że nie wi­dzi na­gie­go zadu Ko­za­ka.

- Ko­niak - roz­ka­zał Bu­tur­lin. - Naj­lep­szy.

Służący przy­niósł gru­zińską bran­dy za czter­dzieści pięć ru­bli bu­tel­ka. Nalał od ser­ca do dwóch gru­bo rżniętych kie­lichów.

Włas­sow­ski skończył, sko­wycząc.

- Zapłaćcie i wy... wy­rzućcie ją - roz­ka­zał obe­rpo­lic­maj­ster, a sam roz­wa­lił się na ka­na­pie obok ka­lo­ry­fe­ra. Ra­tusz, po­dob­nie jak po­bli­ski Te­atr Wiel­ki od nie­daw­na cie­szył się tym za­chod­nim wy­na­laz­kiem

Włas­sow­ski bez słowa wyjął pięć ru­bli. Złapał ci­cho­dajkę za kręcone włosy i wcisnął jej pa­pier między nogi. Ko­bie­ta próbowała pro­te­sto­wać, ale ból przy­wołał ją do porządku.

- Sucz...- warknął żan­darm.

Wy­pchnął pro­sty­tutkę za drzwi, a za nią rzu­cił ciu­chy.

Chwy­cił bu­telkę gru­zińskiej bran­dy, swój kie­lich i dołączył do sze­fa.

Przy­pi­li.

- Za cara! - rzekł Włas­sow­ski.

- Oby żył wie... wiecz­nie! - mrugnął Bu­tur­lin.

W jego ustach to­ast na­bie­rał dwu­znacz­ności. Był przy­rod­nim bra­tem władcy Ro­sji. Car­skim bękar­tem. Brat nie był mu życz­li­wy. Szcze­rze mówiąc, ka­rie­ra obe­rpo­lic­maj­stra wi­siała na włosku. Odkąd od bom­by pol­skie­go ter­ro­ry­sty zginął oj­ciec oby­dwu, Alek­san­der II, Bu­tur­lin drżał o stołek.

Te­raz przygładził bo­ko­bro­dy zmierz­wio­ne w miłosnym sza­le i położył na ko­la­nach czarną teczkę z zie­lo­nym ze­szy­tem. Do­tknął ją de­li­kat­niej niż pier­si ko­chan­ki. Ko­bie­ty zwy­kle miętosił.

- Po­trze­buję zło... zło... złote­go strzału - ode­zwał się do Włas­sow­skie­go, przed którym nie miał ta­jem­nic. Je­cha­li wszak na tym sa­mym wózku.

Zastępca nalał powtórnie bursz­ty­no­we­go gru­zi­na.

- Ki­bal­czyc to ge­nial­ny wy­na­laz­ca - za­pew­nił. - Ciołkow­ski nie ma wątpli­wości.

Bu­tur­lin łyknął bran­dy.

- Ki­bal­czyc jest łaj­da­kiem i psem - sapnął. - Po­pie­przo­nym re... re... re­wo­lu­cjo­nistą.

Włas­sow­ski roz­lał po­now­nie.

- Był...

Bu­tur­lin spoj­rzał py­tająco.

- Gruźlica. Dziś go za­ko­pa­li.

Obe­rpo­lic­maj­ster ze­rwał się na równe nogi.

- U... u... umarł? Zdechł?

W jego głosie dźwięczała hi­ste­ria. Stanął przed zastępcą. Wziął się pod boki.

- Chce­cie po­wie­dzieć, że nie po­je­dzie ze mną do Mi... Mi... Mi­ni­ster­stwa Woj­ny?! - za­piał z wściekłością. - Że nie pokażę im na­szej cu­dow­nej kury znoszącej złote jaj­ka?! Prze­cież to... ka... ka... ka...

Próbował wy­pluć słowo. Nie dał rady

- Ka­ta­stro­fa? - pod­rzu­cił Włas­sow­ski.

Bu­tur­lin padł obok nie­go na sofę.

- Pies to jebał! - wy­krztu­sił bezbłędnie.

Włas­sow­ski od­cze­kał chwilę. Bu­tur­lin tem­pe­ra­ment miał jak tuszę. Wiel­ki.

- Sze­fie... - zaczął łagod­nie, jak do dziec­ka. - Mamy ze­szyt i Ciołkow­skie­go. Nic więcej nam nie trze­ba.

Bu­tur­lin chwilę przeżuwał jego słowa. Włas­sow­ski kon­ty­nu­ował:

- Ciołkow­ski skon­stru­uje według planów Ki­bal­czy­ca ra­kietę. Damy ca­ro­wi do ręki broń, ja­kiej nie miał jesz­cze żaden władca. Gdy ze­chce, zmie­cie z po­wierzch­ni zie­mi całe mia­sta. Całe na­ro­dy. Kto mu się oprze?

Bu­tur­lin kiwał głową w rytm słów swo­je­go zastępcy. Jego tłuste ob­li­cze zda­wało się mówić: Tak. Właśnie tak. Tak, nie in­a­czej...

Z radością klepnął się po gru­bych udach. Za­re­cho­tał. Znów był sobą. Bir­ban­tem, utra­cju­szem, pi­ja­nicą. Pa­nem sto­li­cy Pri­wi­slie­nia.

- Ża... żadna Tur­cja, Au­stria czy Ja­po­nia nie pod­skoczą te­raz na­sze­mu uko­cha­ne­mu Oswo­bo­dzi­cie­lo­wi - śmiał się. - A kto mu wręczy ogni­sty miecz? Kto na tacy przy­nie­sie mu włada­nie nad świa... świa... świa­tem?

Włas­sow­ski wyciągnął długie nogi, jedną rękę położył na opar­ciu ka­na­py. Drugą uniósł bu­telkę jak pu­char zwy­cięstwa.

- Jego wspa­niały brat... Wa­sza Eks­ce­len­cja Nikołaj Alek­san­dro­wicz Bu­tur­lin!...

Obe­rpo­lic­maj­ster beknął z wy­czu­ciem dra­ma­ty­zmu.

- Otóż to. I na­sze kło... kłopo­ty wresz­cie się skończą.

Znów przy­pi­li.

Przez chwilę pa­no­wała błoga ci­sza. Obaj roztrząsali cu­dow­ne ko­rzyści, które spłyną na nich wraz z łaską cara. Wresz­cie Bu­tur­lin się otrząsnął, wsa­dził ko­szulę do spodni, prze­cze­sał dłonią si­wiejące włosy. Pod­niósł czarną teczkę i klepnął w nią.

- Naj­ważniej­sze, że mamy pla­ny - stęknął. - Sam Ki­bal­czyc po­trzeb­ny nam... jak chu... chu­jo­wi cyc­ki!

Włas­sow­ski przy­klasnął.

- Ten ze­szyt jest wart więcej niż Ala­ska, którą wasz świętej pamięci oj­ciec sprze­dał Ame­ry­kańcom - za­pew­nił żar­li­wie. - A Ki­bal­czyc niech gry­zie zie­mię pod Cy­ta­delą!

Wy­buchnęli śmie­chem. Do­bry żart lep­szy niż go­rzałka.

Bu­tur­lin wyciągnął z biur­ka dwu­dzie­sto­let­nią J&B, whi­sky, którą pijała na­wet królowa Wik­to­ria. Jak każdy al­ko­ho­lik wie­dział, że po tym nie trza­ska łeb. Nalał do kie­lichów po bran­dy. Wy­pi­li i zgod­nie roztrza­skali szkło o zie­mię.

- Pi... pi... pi­ja­nym szczęście sprzy... sprzy­ja! - zawołał Bu­tur­lin.

Za­dzwo­nił dzwon­kiem stojącym na ko­mo­dzie.

- Każ zaprzęgać, Wa... Wa­niecz­ka - miękko roz­ka­zał obe­rpo­lic­maj­ster. - Czas mi do Pe­ters­bur­ga ru­szyć. Spo­tka­nie ma... mam z ca­rem umówio­ne.

Gdy wsia­dał do stojącej pod ra­tu­szem brycz­ki, aby udać się na dwo­rzec ko­lei War­szaw­sko-Pe­ters­bur­skiej, le­d­wo trzy­mał się na no­gach. Gdy­by wie­dział, co anioły szy­kują mu w podróży, wy­trzeźwiałby w se­kundę.

VII

W miesz­ka­niu An­drie­ja było siwo od pa­pie­ro­so­we­go dymu. Ze­bra­ni w po­ko­ju mężczyźni ku­rzy­li skręty z ma­chor­ki. Go­rycz szczy­pała w oczy. Był Ju­rij, syn popa, uko­cha­ny An­drie­ja. Obok nie­go krępy Wołodia zwa­ny Czar­nym, a to ze względu na za­rost i wygląd diabła. Kie­dyś stu­dent uni­wer­sy­te­tu, dziś wędrow­ny sprze­daw­ca Bi­blii i agi­ta­tor anar­chi­zmu. Wy­so­ki i wiecz­nie po­nu­ry Cy­ryl No­bel, spe­cja­li­sta od ma­te­riałów wy­bu­cho­wych. Pierwszą bombę skle­cił w dzie­ciństwie. Posłał z jej po­mocą do diabła zie­mia­ni­na, który prze­le­ciał jego matkę, chłopkę. Wy­pach­nio­ny su­biekt Kiej­da­no­wicz w mod­nym sur­du­cie, o ja­snych włosach, z mo­no­klem w oku. Je­dy­ny w tym to­wa­rzy­stwie po­sia­dacz cy­lin­dra. Fa­scy­nat so­cja­li­stycz­nych ko­mun, zwłasz­cza obiet­ni­cy wspólnych żon. Obec­nie bez­ro­bot­ny, utrzy­mujący się dzięki po­mocy pew­nej star­szej, acz namiętnej mieszcz­ki. Hie­ro­nim Wa­sal, uczest­nik Ko­mu­ny Pa­ry­skiej, gdzie na­uczył się mor­do­wać gołymi rękami. I kil­ku in­nych, wśród nich stu­dent Po­lak z pe­ters­bur­skie­go uni­wer­sy­te­tu, żyjący z han­dlu naftą Or­mia­nin i trzech nie­orto­dok­syj­nych Żydów. Gru­pa wy­znań różnych, różnych wiar - pra­wosławni, pro­te­stan­ci, ateiści. Zwo­len­ni­cy Ba­ku­ni­na, Mark­sa, Dar­wi­na. Wszy­scy go­to­wi na wszyst­ko.

Sie­dli w po­ko­ju, na czym kto mógł. Na krzesłach, na łóżku, na podłodze. Sie­dzie­li gęsto, pod­nie­ce­ni chwilą, spo­ce­ni. Na­wet dym nie tłumił męskie­go za­pa­chu. An­driej stał pod ścianą i stamtąd pa­trzył na przy­byłych. Młode, zde­cy­do­wa­ne twa­rze, oczy roz­ma­rzo­ne, ser­ca gorące. Kwiat ro­syj­skiej młodzieży. Od mie­sięcy ura­biał ich du­sze. Lepił jak wosk z pra­gnień, kom­pleksów, pożądań. Dziś nad­szedł dzień próby.

- Bra­cia moi... - zaczął po­wo­li. Głos miał ci­chy, ale dźwięczny. - r

Świat jest zły... świat trze­ba zmie­nić...

- Tak! - wrzasnął stu­dent Po­lak.

- Gorąca krew. - An­driej po­ki­wał głową. - Ro­sja, na­sza ma­tecz­ka, cier­pi i kona pod knu­tem bar­ba­rzyńcy. Woła o ra­tu­nek. Lecz znikąd po­mo­cy. I tyl­ko my, lu­dzie zde­cy­do­wa­ni na wszyst­ko, du­sze prze­pełnio­ne od­wagą, ser­ca ofiar­ne - możemy coś zro­bić. Pod­pa­lić lont...

W miesz­ka­niu na rogu Jam­skiej i zaułka Ku­zniecz­ne­go spi­skow­cy za­bu­cze­li, pod­nosząc pięści w górę.

- Tak, tak... na po­hy­bel ca­ro­wi! - roz­legły się okrzy­ki.

An­driej z uśmie­chem uci­szył ze­bra­nych.

- Ścia­ny mają uszy, a już na pew­no stróż domu, który bie­rze pensję od ochra­ny. Miej­cie to na uwa­dze. We­zwałem was, bo czas się wypełnił. Mamy już wszyst­ko, by zadać cios w samo ser­ce sys­te­mu.

Odwrócił się w stronę sy­pial­ni i zawołał:

- Możesz wejść.

Klam­ka po­ru­szyła się, drzwi skrzypnęły i w pro­gu stanęła Na­ta­lia. Miała na so­bie fio­le­tową suk­nię z bu­fia­sty­mi ra­mio­na­mi i dużym de­kol­tem, na głowie mały ka­pe­lusz z wo­alką. Przez łokieć prze­wie­siła to­rebkę z ak­sa­mi­tu na srebr­nym łańcusz­ku. Mogła wrócić do ponętnej ko­bie­cej po­sta­ci, bo u An­drie­ja trzy­mała swo­je ubra­nie.

Weszła do sa­lo­nu i zmrużyła oczy, bo szczy­pał ją dym. Z przy­jem­nością od­no­to­wała zdu­mie­nie na męskich twa­rzach.

- Kto to? - krzyknął ze złością Or­mia­nin, który połowę życia spędził na zesłaniu. Wszędzie węszył agentów.

Na­ta­lia czuła, że ser­ce bije jej szyb­ko. Po­szu­kała wzro­ku An­drie­ja. Ten uśmie­chem dodał jej od­wa­gi.

- To moja... sio­stra - wyjaśnił.

Zdu­miała się. Ale nie za­pro­te­sto­wała. Czyż nie byli du­cho­wym ro­dzeństwem?

Ktoś za­gwiz­dał z uzna­niem, ktoś chrząknął znacząco.

An­driej uci­szył ze­bra­nych wzro­kiem.

- Kil­ku z was zna Ki­bal­czy­ca... - zaczął. - Na­sze­go to­wa­rzy­sza, którego kon­struk­cji bom­ba ro­ze­rwała Alek­san­dra II nad kanałem Gri­bo­je­do­wa. Złapa­ny dwa ty­go­dnie po za­ma­chu zo­stał ska­za­ny na śmierć. Lecz wy­ro­ku nie wy­ko­na­no. Osa­dzo­ny w tiur­mie war­szaw­skiej, opra­co­wał tam pla­ny potężnej bro­ni. Od daw­na lu­dzie marzą o czymś ta­kim. Tym z nas, którzy stu­dio­wa­li, może po­wie coś słowo "ra­kie­ta". Już sta­rożytni Chińczy­cy próbo­wa­li wy­ko­rzy­sty­wać ra­kie­ty do stra­sze­nia prze­ciw­ni­ka. A An­gli­cy wal­czy­li nimi z Na­po­le­onem pod Lip­skiem. Po­nad dwieście lat temu pol­ski inżynier woj­sko­wy Ka­zi­mierz Sie­mie­no­wicz na­pi­sał w Am­ster­da­mie wiel­kie dzieło Ar­tis Ma­gnae Ar­til­le­riar pars pri­ma. Przez wie­ki była to bi­blia wszel­kiej ar­ty­le­ryj­skiej wie­dzy. On pierw­szy opra­co­wał ideę sku­tecz­nej bro­ni ra­kie­to­wej. Opi­sał, że musi składać się z kil­ku kor­pusów, które po wy­pa­le­niu od­pa­dają od całości. On za­pro­po­no­wał del­to­wy kształt sta­tecz­ników. To za­pew­nia, że ra­kie­ta leci dokład­nie tam, dokąd chce­my. Jed­nak do tej pory kon­struk­cje były pry­mi­tyw­ne. Ra­czej fa­jer­wer­ki niż bom­by. Ki­bal­czyc to zmie­nił. Opra­co­wał wspa­niałą broń przyszłości. Na miarę XX wie­ku. Można nią prze­no­sić wiel­kie ładun­ki wy­bu­cho­we na ogrom­ne od­ległości. Można zbom­bar­do­wać od­ległe mia­sta. Obce państwa. Ale można też... - za­wie­sił głos, pe­wien efek­tu - zabić nią cara.

Uśmiechnął się. W po­ko­ju słychać było wstrzy­my­wa­ne od­de­chy. Wy­obraźnia re­wo­lu­cjo­nistów pra­co­wała. Nikt nie śmiał prze­ry­wać pięknej wi­zji.

- Można zabić na­wet trzech carów. - dodał, powiększając oszołomie­nie. - Je­sie­nią w War­sza­wie pod­czas spo­tka­nia Fran­cisz­ka, Wil­hel­ma i Alek­san­dra...

- Ale jak? - Cy­ryl No­bel, znaw­ca ni­tro­gli­ce­ry­ny, stęknął or­gia­stycz­nie. - Kbal­czycz gni­je za kra­ta­mi. Nie mamy planów, ry­sunków, ob­li­czeń.

An­driej spoj­rzał na nie­go poważnie.

- Ki­bal­czyc nie żyje...

No­bel złapał się za głowę

- Jezu... Taki ta­lent... Niech zie­mia pochłonie tych dra­ni! Wszyst­ko na nic.

Siadł na zie­mi i zaczął się kiwać jak dzie­ci w sie­ro­cińcu. Ki­bal­czyc był jego mi­strzem.

- Bra­cia... - głos An­drie­ja był znów słodki jak mig­dały w mio­dzie. - Zmarł to­wa­rzysz na­szej re­wo­lu­cyj­nej wal­ki. Uczcij­my go chwilą mil­cze­nia.

Wszy­scy wsta­li i każdy po­mo­dlił się w du­chu do swo­je­go boga. Dla wie­lu miał on na imię nie­na­wiść.

Jed­nak śmierć za­wsze ustępuje przed życiem. Gdy chwi­la roz­pa­czy minęła, An­driej pod­szedł do Na­ta­lii i wziął ją za rękę. Stanęła obok nie­go.

- Otwórz to­rebkę - po­pro­sił.

Na­ta­lia w mil­cze­niu, świa­do­ma napięcia, jak w cyr­ku na li­nie, roz­pięła nie­wielką atłasową to­rebkę z kwiet­nym ha­ftem. I wyjęła z niej zie­lo­ny ze­szyt.

- Ki­bal­czyc zdołał przed śmier­cią dokończyć swo­je wspa­niałe dzieło - oznaj­mił trium­fująco An­driej. - Im­pe­rial­ne psy ostrzyły so­bie zęby na ten wy­na­la­zek. Lecz nie mogłem po­zwo­lić, aby nisz­czy­ciel­ska broń do­stała się w ręce cara. Dzi­siej­szej nocy Na­ta­lia wy­kradła pla­ny obe­rpo­lic­maj­stro­wi War­sza­wy Bu­tur­li­no­wi. I za­pew­niam was, pa­no­wie, do­ko­nała tego w mi­strzow­ski sposób. Żaden z nas nie dałby rady...

- Ho, ho... - roz­legły się słowa uzna­nia.

Cy­ryl pod­sko­czył i wyciągnął nie­cier­pli­wie rękę.

- Pokaż... - chciał wy­rwać ze­szyt Na­ta­lii.

An­driej był pierw­szy.

- Chwi­leczkę... - przy­sto­po­wał No­bla. - Wszyst­ko w swo­im cza­sie.

Jesz­cze nie­jedną noc spędzisz nad tymi za­pi­ska­mi...

Cy­ryl po­de­ner­wo­wa­ny cofnął się pod okno.

An­driej zwrócił się do gro­ma­dy to­wa­rzy­szy. Ma­chał im ze­szy­tem przed ocza­mi.

- Nie mogłem wcześniej zdra­dzić wam swo­ich planów, wy­bacz­cie. Im mniej osób o nich wie, tym le­piej dla spra­wy.

- Nie ufasz nam? - groźnie za­py­tał Po­lak.

An­driej uśmiechnął się jak do dziec­ka.

- Nie wiesz ty, ja­kim po­two­rem jest ochra­na? Wszędzie ma swych szpic­li, wszyst­ko wywęszy. Szep­czesz coś w ta­jem­ni­cy uko­cha­nej, a agen­ci słyszą. Już biegną z kaj­da­na­mi.

- A więc nie ufasz! - za­czep­nie stwier­dził pol­ski stu­dent.

An­driej rozłożył bez­rad­nie ręce.

- Miałem kie­dyś przy­ja­cie­la - mówił po­wo­li, z roz­mysłem. - Miesz­kał w ka­mie­ni­cy nad Newą, a tak nieszczęśli­wie, że obok fałsze­rza pie­niędzy. Gdy ochra­na wtargnęła do domu, aby za­aresz­to­wać fałsze­rza, gdy roz­legły się okrzy­ki, strzały, przy­ja­ciel prze­stra­szył się, że idą po nie­go. Wy­sko­czył przez okno. Tak nieszczęśli­wie, że złamał nogę. Ko­mi­sarz za­in­te­re­so­wał się, cze­mu to zwykły człowiek ska­cze na bruk. Może ma coś na su­mie­niu? I wzięli go w ob­ro­ty. A tak się nieszczęśli­wie złożyło, że tam­te­go dnia szedłem z nożem na ge­ne­rał gu­ber­na­to­ra. Jak zwy­kle miał prze­cho­dzić przez plac Ad­mi­ra­li­cji sam, bez­bron­ny. Sko­czyłem i jak spod zie­mi wyrośli żan­dar­mi. Poj­ma­no mnie i ska­za­no na śmierć. A dla­cze­go? Bo przy­ja­ciel nieszczęśli­wie lo­kum wy­brał.

Po­la­ko­wi zrzedła mina. Ze­bra­ni byli wstrząśnięci. An­driej po­ki­wał głową ze współczu­ciem.

- Nie winię go - po­wie­dział. - Śled­czy mają swo­je me­to­dy. Ale na­uka z tego taka, że le­piej wie­dzieć mniej.

Wołodia zwa­ny Czar­nym przeżegnał się i splunął.

- Na psa urok. Jed­nak ze­brałeś nas dziś, aby zdra­dzić se­kret.

- Tak - w głosie przywódcy była radość. - Te­raz, gdy mamy no­tat­ki Ki­bal­czy­ca, niech drżą ty­ra­ni. Mamy czas do je­sie­ni, aby w War­sza­wie przy­go­to­wać he­ka­tombę. Wy­sa­dzi­my trzech carów. Ach, co to będzie za fa­jer­werk!

Spi­skow­cy po­pa­trzy­li na sie­bie nie­pew­nie. Po­wo­li do­cie­rała do nich wyjątko­wość chwi­li. Oto los po­zwa­la im zmie­nić bieg hi­sto­rii. Wresz­cie, po la­tach upo­ko­rzeń, mają szansę spełnić swo­je pra­gnie­nia. Za­spo­koić głód ma­rzeń. Dla nich prze­cież po­rzu­ci­li ro­dzi­ny i swo­je śro­do­wi­ska. Dla nich znoszą biedę, głód i wiecz­ny strach. A te­raz świat jak jabłko za­wisł na drze­wie oka­zji. Trze­ba tyl­ko wyciągnąć rękę. I ze­rwać. Nie by­li­by god­ni zwać sie­bie re­wo­lu­cjo­ni­sta­mi, gdy­by nie wy­ko­rzy­sta­li ta­kiej spo­sob­ności.

Na­ta­lia wi­działa, że An­driej jest wzru­szo­ny. To naj­ważniej­szy mo­ment jego życia. Życia, które już raz stra­cił. Po ata­ku na ge­ne­rał gu­ber­na­to­ra po­sta­wio­no go przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym. Gdy pop odmówił mo­dlitwę, za­py­ta­no go o ostat­nie życze­nie. "Róbcie swo­je" - od­po­wie­dział ze złością. Założono mu wo­rek na głowę. Żołnie­rze za­re­pe­to­wa­li ka­ra­bi­ny, usłyszał strzał. Wte­dy osi­wiał. Ale wciąż stał. Żołnie­rze mie­li roz­kaz strze­lać w po­wie­trze. Car da­ro­wał mu życie. W dro­dze łaski zo­stał ska­za­ny na dożywo­cie.

- Tak, tak, tak. - Ręce uniosły się w górę i za­brzmiały głosy za­chwy­tu. Pod karcącym wzro­kiem An­drie­ja oba­la­cze sta­re­go porządku ści­szy­li głosy do szep­tu. Tak - mam­ro­ta­li - zabić cara., Tak - wzdy­cha­li - uwol­nić lud. Tak - chry­pie­li - zbu­do­wać nowy, wspa­niały świat! Na­ta­lia pa­trzyła ze wzru­sze­niem na ich pod­nie­co­ne twa­rze, oczy ogar­nięte sza­leństwem, znisz­czo­ne kołnie­rze sur­dutów za­sy­pa­ne łupieżem z przetłuszczo­nych włosów.

A więc to są moi nowi bra­cia - myślała z mie­sza­niną za­chwy­tu i nie­pew­ności. - Mam swoją ro­dzinę.

Czuła się jak na li­nie. W sa­mym jądrze taj­fu­nu.

Po­do­bał jej się Czar­ny, krępy chłopak o twa­rzy diabła. Było w jego cie­le coś, co ją przy­ciągało. Jakaś dzi­kość, drżenie skóry. Miała ochotę do­tknąć go, po­czuć mięso, osza­leć. Aż w du­szy roześmiała się z sie­bie.

I na pu­sty­ni zna­lazłabym obiekt wes­tchnień.

Amo­ry po­sta­no­wiła odłożyć na później.

Może na nig­dy? Prze­cież re­wo­lu­cjo­ni­sta to trup na urlo­pie. Wie­działa o tym. Ale nie chciała te­raz o tym myśleć.

Po za­bi­ciu carów wszyst­ko się zmie­ni - po­cie­szyła się. Co? Nie miała pojęcia. Żyła złością. Pamięcią po­gro­mu, w którym zginęła jej bab­cia. A ona sama... nie, o tym nie chce pamiętać...

- Bra­cia - An­driej pod­niósł rękę by uci­szyć emo­cje. - Przed nami wie­le pra­cy. Do je­sie­ni mu­si­my zbu­do­wać w War­sza­wie siatkę. Przy­go­to­wać się na god­ne po­wi­ta­nie ty­ranów.

Ce­za­ry No­bel zaśmiał się ru­basz­nie na te słowa. On naj­lep­sze miał pojęcie, co może spra­wić po­cisk od­pa­lo­ny w kie­run­ku ka­ro­cy prze­wożącej mo­narchę.

Wte­dy za­dzwo­nił dzwo­nek u drzwi.

Roześmia­ne twa­rze bo­jow­ników na­tych­miast stężały. Kil­ku od­ru­cho­wo sięgnęło do kie­sze­ni, w których mie­li re­wol­we­ry. Resz­ta ro­zej­rzała się bez­rad­nie wkoło, szu­kając dro­gi uciecz­ki.

An­driej skinął na Na­ta­lię.

- Wra­caj do po­ko­ju - po­ka­zał na sy­pial­nię, skąd nie­daw­no wyszła. - Pa­no­wie - po­wie­dział do współto­wa­rzy­szy. - Ba­wi­my się.

Na sto­le stała bu­tel­ki wódki, półmi­sek ze śle­dzia­mi. W ra­zie cze­go wszy­scy mie­li uda­wać, że świętują do­bry in­te­res, jaki zro­bił Or­mia­nin w han­dlu naftą.

- Chodź ze mną - An­driej wska­zał Ju­ri­ja.

Syn popa się za­wa­hał. Przez twarz prze­biegł mu skurcz.

Oczy przywódcy ściem­niały.

Sięgnął po pi­sto­let do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

Ju­rij zbladł. Posłusznie wy­szedł do przed­po­ko­ju.

An­driej szedł z tyłu, mierząc w ple­cy ko­chan­ka.

Spi­skow­cy pa­trzy­li onie­mia­li. Ktoś wes­tchnął.

An­driej obej­rzał się przez ramię.

- Ma być wesoło - krzyknął. - Pij­cie, śmiej­cie się, rie­bia­ta!

Ze swo­je­go ukry­cia, siedząc na twar­dym, wąskim łóżku, Na­ta­lia łowiła uchem dźwięki do­bie­gające z ko­ry­ta­rza.

- Kto tam? - za­py­tał An­driej głosem roz­ba­wio­ne­go, lek­ko pod­chmie­lo­ne­go człowie­ka.

Po krótkiej pau­zie z klat­ki scho­do­wej do­biegły słowa star­sze­go mężczy­zny.

- To ja, An­drie­ju Pawłowi­czu, do­zor­ca. Czynsz zbie­ram. Zarządca cho­ry.

- Przyjdźcie kie­dy in­dziej, do­bry człowie­ku.

- Nie mogę... Ser­giusz Włady­mi­ro­wicz, zna­czy się zarządca, głowę mi urwie, jeśli obo­wiązku nie dopełnię. Zli­tuj­cie się, An­drie­ju Pawłowi­czu, otwórzcie.

- Pie­niędzy nie mam. Zajęty je­stem.

- Kie­dy ja muszę te­raz.

I zde­spe­ro­wa­ny stróż walnął pięścią w drzwi.

- Wy mi tu nie hałasuj­cie, bo po­licję wezwę - zezłościł się An­driej.

Po­tra­fi za­cho­wać zimną krew - prze­biegło Na­ta­lii przez głowę.

Po­czuła, że dłonie, które za­cisnęła na atłaso­wej to­reb­ce ma całe mo­kre. Wstała, po­deszła do okna. Uchy­liła je. Zo­ba­czyła, że w bra­mie stoi żan­darm. Pa­trzy w jej stronę. Szyb­ko się cofnęła.

Nie­do­brze - zdążyła pomyśleć, gdy od klat­ki do­le­ciały odgłosy szu­ra­nia butów. Ktoś jęknął. Ktoś zaklął.

- Otwie­rać, po­li­cja! - roz­legł się gardłowy krzyk.

W drzwi załomo­tało wie­le pięści.

- A to co in­ne­go. - Głos An­drie­ja nie tra­cił nic z tonu roz­ocho­co­ne­go młodzieńca. - Pa­no­wie do­brze tra­fi­li... za­ba­wa na całego...

- Otwie­rać, bo wyważymy drzwi!

- Ależ oczy­wiście... - An­driej grał na zwłokę. - Gdzie ja te klu­cze po­działem?

Od­bez­pie­czył re­wol­wer. Uciekł z ka­tor­gi. Nie za­mie­rzał tam wra­cać.

Machnął do Ju­ri­ja bro­nią, żeby otwo­rzył drzwi.

Syn popa do­tknął klam­ki ostrożnie, jak­by paliła ogniem. Przekręcił klucz w zam­ku. W tym cza­sie An­driej przy­sunął mu lufę do głowy. Ju­rij się obej­rzał. Zbladł. Po­szu­kał wzro­kiem oczu An­drieja.

- An­driu­sza... - szepnął. - Co ty ro­bisz?

An­driej miał twarz ka­mienną jak zbo­cze Ura­lu.

- Ko­cham cię...

Pociągnął za spust.

Głowa Ju­ri­ja wy­buchła, jak kwiat na­stur­cji. Sza­ro­czer­wo­na mia­zga spłynęła po ścia­nie. Jego ciało upadło na podłogę. Kopał w drgaw­kach.

An­driej czuł, jak pękają mu tętni­ce.

Je­stem tru­pem - pomyślał. - Niedługo się spo­tka­my.

Za­czerpnął po­wie­trza w płuca i wrzasnął:

- Sio­stro, ucie­kaj!

Po czym szarp­nięciem otwo­rzył drzwi i wy­pa­lił w mrok klat­ki scho­do­wej. Na­ta­lia usłyszała okrzyk bólu i odgłosy wal­ki. Ktoś zbiegł po scho­dach. Znów padł strzał. Je­den, dru­gi. W brzu­chu czuła ka­mień.

Ucie­kaj, ale jak?

Sko­czyła do okna. Trzy piętra w dół. Pio­no­wa ścia­na. Żad­nych bal­konów. Na dole ubi­ta zie­mia. W miesz­ka­niu roz­legły się wołania: "Strze­laj, strze­laj!". Znów pal­ba pi­sto­le­to­wa. "Moja noga, moja noga!" - wrzesz­czał Or­mia­nin. Ktoś wywrócił stół, pękła roz­bi­ja­na szy­ba. Sa­pa­nia, stęka­nia walczących, prze­py­chających się mężczyzn. Wsko­czyła na pa­ra­pet. Ar­szyn niżej biegł gzyms sze­ro­ki na trzy cale. Dla zwykłego śmier­tel­ni­ka ostrze brzy­twy. Lecz ona była pod­niebną ba­let­nicą. Ściągnęła buty, złapała zębami za pa­secz­ki i wyszła w trzy­piętrową prze­paść z wol­ny­mi rękami. Żan­darm stojący w bra­mie za­alar­mo­wa­ny strze­la­niną wbiegł na klatkę scho­dową. Podwórko było pu­ste. Rozłożyła ręce i przy­kleiła się do muru. Szu­kała pal­ca­mi zagłębień między cegłami. Ka­pe­lusz miał małe ron­do, nie prze­szka­dzał, wy­star­czyło lek­ko od­chy­lić głowę do tyłu. Po­wo­li sunęła w lewo. Podwórko ofi­cy­ny nie było pułapką. W jedną stronę otwie­rało się na plac bu­do­wy. Szła tam. Odgłosy wal­ki zwa­biły cie­kaw­skich.

- Niezłe nogi masz, mała - usłyszała z dołu.

Ktoś się zaśmiał. Ktoś wołał po­licję.

Praw­dzi­wa dama jest sobą w każdej sy­tu­acji - w jej głowie po­ja­wiły się słowa bab­ci. Pomyślała, że bar­dzo bolą ją sto­py.

Nie pa­trzyła w dół na gapiów. Sunęła w kie­run­ku, gdzie był ra­tu­nek. Była już bli­sko węgła, gdy z okna, które opuściła, wyj­rzała głowa agen­ta.

- Stój - krzyknął.

Nie za­re­ago­wała. Ostrożnie stąpała w lewo.

- Osta­now­kie, żieńszczi­na - wołał mężczy­zna o włosach za­cze­sa­nych do tyłu i przy­le­pio­nych bry­lan­tyną. - Ja budu strie­lat!

Nie do­ce­nił dziew­czy­ny. Sądził, że umie­ra ze stra­chu na wy­so­kości. Dał jej czas. Gdy po­wta­rzał swo­je groźby, ona do­tarła do rogu bu­dyn­ku. Widząc, że tra­ci prze­wagę, agent wy­chy­lił się mak­sy­mal­nie i pociągnął za spust. Mu­siał strze­lić lewą ręką. Na­ta­lia właśnie przekładała nogę za narożnik. Zdążyła się scho­wać. Jed­nak kula dopędziła ją. I prze­dziu­ra­wiła atłasową to­rebkę. Dziew­czy­na po­czuła szarp­nięcie. Po­cisk za­wa­dził o scho­wany wewnątrz nóż sprężyno­wy. Dar od An­drie­ja.

Czy ja na­prawdę chciałam re­wo­lu­cji? - prze­le­ciało jej przez głowę. - I gdzie można się wy­pi­sać?

Za węgłem cze­kał anioł. Tym ra­zem przy­brał po­stać rury spu­sto­wej od ryn­ny. Na­ta­lia złapała się jej jedną ręką. Drugą wyjęła buty, których pa­ski trzy­mała w zębach. Wy­pluła na­gro­ma­dzoną ślinę, a buty rzu­ciła na dół, na pryzmę pia­chu. Złapała się rury dwo­ma rękami i zaczęła opusz­czać się w dół. Sy­czała, ka­lecząc bose sto­py na śru­bach, którymi przykręcono rurę do muru. Na dru­gim piętrze minęła w oknie twarz ku­char­ki. Mimo gro­zy sy­tu­acji roz­ba­wiły ją wy­trzesz­czo­ne ze zdzi­wie­nia oczy ko­bie­ty.

- Wpadnę na omlet później! - krzyknęła do odrętwiałej kuch­ty. To był jej sposób na strach.

Za­raz krzyknęła dru­gi raz. Z prze­rażenia. Gdy po­czuła, że od­su­wa się od ścia­ny. Śruby trzy­mające rurę nie były ob­li­czo­ne na taki ciężar. Zaczęły pusz­czać. Próbowała złapać się ja­kie­goś występu, aby przy­ciągnąć się z po­wro­tem, ale pa­znok­cie tyl­ko roz­orały cegłę. Wte­dy obrała inną tak­tykę. Gdy rura łamała się i od­pa­dała od muru, ode­pchnęła się od niej. W ten sposób zy­skała siłę po­trzebną do ob­ro­tu. Pamiętała, że pod nią jest pry­zma pia­sku, gdzie rzu­ciła buty. Spa­dała tam z za­dartą i trze­począcą suk­nią. Na szczęście nie było wy­so­ko. Ja­kieś dzie­sięć ar­szynów. Upadła na pryzmę, moc­no walnęła w pia­sek. Do oczu i ust do­stały się jej drob­ne zia­ren­ka. Szyb­ko się po­de­rwała, złapała buty i już biegła przez plac.

Ar­cha­nie­le Mi­cha­le - błagała w du­chu - ocal An­drie­ja.

Słyszała za ple­ca­mi pogoń. Agen­ci ochra­ny zo­rien­to­wa­li się, że pta­szek wy­frunął z klat­ki. Dwóch z nich - ten z bry­lan­tyną na włosach i jesz­cze je­den, w długim płasz­czu - wy­biegło z miesz­ka­nia, gdzie aresz­to­wa­li spi­skowców. Wpa­dli na podwórko i zo­ba­czy­li, że obok jest plac bu­do­wy od­dzie­lo­ny od nich wy­so­kim płotem. Po pra­wej stro­nie pla­cu stała pra­wie skończo­na ka­mie­ni­ca. Po le­wej rosło kil­ka drzew. Chwilę trwało, za­nim prze­do­sta­li się przez wy­so­ki drew­nia­ny par­kan. Pod­sta­wi­li so­bie beczkę i zdo­by­li prze­szkodę. Gdy zna­leźli się po dru­giej stro­nie, za­raz zaczęli krzy­czeć, żeby za­trzy­mać ucie­ki­nierkę. Wy­ma­chi­wa­li pi­sto­le­ta­mi. Oba­wia­li się strze­lać, bo na pla­cu kręciło się wie­lu ro­bot­ników.

Na­ta­lia biegła boso, trzy­mając buty w ręce. Prze­ska­ki­wała kałuże błota. Dy­szała z wysiłku i stra­chu. Wi­działa obojętne twa­rze ro­bot­ników. Sta­li opar­ci na łopa­tach, ob­ser­wując, co się dzie­je. Jakiś mężczy­zna w kasz­kie­cie - może bry­ga­dier - pod­sko­czył, chciał ją za­trzy­mać. W ostat­niej chwi­li tuż przed nim zro­biła zwód jak za­wod­nik rug­by i minęła go z le­wej, nie z pra­wej. Pod­niosła rękę i puściła wol­no atłasową to­rebkę, trzy­mając ją tyl­ko za srebr­ny łańcu­szek. Ukry­ty w tor­bie sta­lo­wy nóż sprężyno­wy in­kru­sto­wa­ny masą perłową tra­fił bry­ga­dzistę między oczy. Mężczy­zna krzyknął z bólu i wściekłości. Na­ta­lia gnała do przo­du. Nie wi­działa, jak człowiek w kasz­kie­cie łapie się za twarz i za­ta­czając, upa­da w błoto.

Prze­biegła przez bramę pra­wie ukończo­ne­go bu­dyn­ku. Da­lej stał wy­so­ki płot. Za nim słyszała gwar uli­cy. Prze­rzu­ciła buty przez ogro­dze­nie. Pod­sko­czyła i złapała dłońmi za krawędź płotu. Pod­ciągnęła się i prześliznęła jak wąż. Wy­rwała buty z rąk małego ulicz­ni­ka w po­dar­tej blu­zie, który już chciał z nimi bryknąć. Ro­zej­rzała się w pra­wo, w lewo. Jest wol­na dorożka!

Wsko­czyła, wołając:

- Na New­ski Pro­spekt!

Dorożkarz obej­rzał się przez ramię i za­py­tał fleg­ma­tycz­nie.

- Co wam tak śpiesz­no?

Na­ta­lia położyła się na sie­dze­niu, żeby nie było jej widać i wyjaśniła gorączko­wo.

- Na­rze­czo­ny mnie goni. Pi­ja­ny... do bi­cia się wziął!

- Ot, głupek - mruknął woźnica. - Przed ślu­bem.

Na­ta­lia po­wstrzy­mała się, żeby nie wrzasnąć. Syknęła:

- Jedźcie, człowie­ku!

Ale woźnica ani myślał.

- Nie bójcie się, dam ja mu na­uczkę. Po­cze­kam tu i do ro­zu­mu mu przemówię.

Przy tych słowach trzasnął wy­mow­nie ba­tem.

Na­ta­lii chciało się płakać.

- Kie­dy on ma re­wol­wer! Jedźcie, podwójnie zapłacę!

- A, sko­ro tak.

Gwizdnął i zaciął ko­nie. I popędził przed sie­bie, jak­by go po­bor­ca po­dat­ko­wy gonił. Szczęśliwa Na­ta­lia ode­tchnęła. Gdy wóz skręcił w prze­cznicę, roz­siadła się wy­god­nie i włożyła buty na ubłoco­ne sto­py.

Gdy dwaj agen­ci zdo­by­li płot i wylądo­wa­li na chod­ni­ku, wóz z Na­ta­lią był już da­le­ko. Szpic­le rozglądali się bez­rad­nie. Wokół je­chało wie­le dorożek, po­wozów i fur­ma­nek. Tłumy wędro­wały chod­ni­kiem. Po dziew­czy­nie ani śladu. Klęli i tu­pa­li. Ich złość ob­ser­wo­wał mały ulicz­nik. Chłopak w po­dar­tej blu­zie, wy­sma­ro­wa­ny na twa­rzy.

- Szu­ka­cie dziew­czy­ny, co bie­ga na bo­sa­ka? - za­py­tał.

Wy­bry­lan­to­wa­ny pod­sko­czył do nie­go.

- Wi­działeś ją? Ga­daj, gdzie po­biegła?

Ulicz­nik zdjął po­pla­mio­ny kasz­kiet. Przez chwilę mil­czał, na­pa­wając się po­czu­ciem władzy. Wresz­cie wyciągnął brudną łapę.

- Tam! - po­ka­zał w prze­ciwną stronę.

Agen­ci po­bie­gli, roztrącając prze­chod­niów.

Chłopak pa­trzył za nimi, śmiejąc się w kułak.

II

Nad War­szawą pękło nie­bo. Szpo­ny pio­ru­na jak łapa czar­ta z hu­kiem roz­orały noc­ny fir­ma­ment. W si­nym świe­tle błyska­wi­cy wy­nu­rzyło się z ciem­ności po­nu­re ciel­sko Cy­ta­de­li Alek­san­drow­skiej. Wy­sie­dlo­no tysiące lu­dzi, aby wnieść tę mon­stru­alną tiurmę. Bu­do­wa­na przez trzy­dzieści lat, po­wstała dzięki nie­wol­ni­czej pra­cy chłopów, war­ta była górę złota. Górowała nad mia­stem ni­czym pajęczy­ca nad bez­bronną muchą. Śle­dziła każdy ruch set­ka­mi ar­mat­nich oczu wy­ce­lo­wa­nych w Starówkę. Ce­gla­ne flan­ki, za którymi sta­cjo­no­wały tysiące żołnie­rzy ro­syj­skie­go za­bor­cy na mo­ment mignęły w czar­nej toni Wisły. Za­raz po­tem chlusnął deszcz. Bu­rza zalała świat jak Ru­scy Polskę.

Ko­lej­ny błysk pio­ru­nu oświe­tlił bramę wa­row­ni, przez którą wyszła dziw­na pro­ce­sja. Dwóch więźniów ze sku­ty­mi sto­pa­mi biegło truch­tem, dźwi­gając nie­fo­rem­ny pa­ku­nek. Wo­rek, do którego upchnięto zwłoki ska­zańca. Mini kon­dukt po­grze­bo­wy strzegło dwóch war­tow­ników. Na ple­cach ka­ra­bi­ny, w rękach łopa­ty.

- Kogo cho­wa­my? - za­py­tał młod­szy z więźniów, cho­ro­wi­ty ro­bot­nik aresz­to­wa­ny pod­czas za­mie­szek u L.M. Lil­po­pa.

Żaden ze strażników nie ra­czył od­po­wie­dzieć.

Nieszczęśnika ta­kie­go jak my - pomyślał gorz­ko dru­gi więzień, były sędzia cy­wil­ny, urzędujący przy Mio­do­wej, osa­dzo­ny za kon­szach­ty z Na­rod­noj Wo­lej. - Niech śmierć pochłonie mo­ich bra­ci Ro­sjan, sługusów ty­ra­na...

Za­trzy­ma­li się na sto­ku upstrzo­nym kępami wyschłej tra­wy. W po­bliżu krzyża, gdzie przed laty roz­strze­la­no Trau­gut­ta. Ska­zańcy położyli wo­rek na zie­mi i za­bra­li się do ko­pa­nia. Strażnicy o prze­krwio­nych oczach stanęli o dwa kro­ki od nich i wspar­li się na ka­ra­bi­nach. Deszcz lał.

Były sędzia odłożył łopatę i otarł twarz. Spa­dająca z nie­ba woda ośle­piała. Strażni­ko­wi nie spodo­bała się sa­mo­wol­na prze­rwa w pra­cy. Szturchnął więźnia kolbą ka­ra­bi­nu. Ude­rzo­ny upadł w mokrą glinę.

- Szyb­ciej, psy - warknął opraw­ca w języku Pusz­ki­na. - Nie je­steśmy na balu.

Więźnio­wie wal­czy­li roz­pacz­li­wie z lepką zie­mią, co nie było łatwe ze sku­ty­mi kaj­da­na­mi sto­pa­mi. Umęcze­ni pracą nie zwrócili uwa­gi na powóz, który wspi­nał się pod górę do wschod­niej bra­my. Obi­te żela­zem koła tur­ko­tały na mo­krych ka­mie­niach.

Była to złowiesz­cza pre­lot­ka Włas­sow­skie­go, zastępcy obe­rpo­lic­maj­stra War­sza­wy. Gdy­byśmy włożyli głowę do jej obi­te­go czarną skóra wnętrza, zo­ba­czy­li­byśmy po­staw­ne­go mężczyznę o brwiach gęstych, jak sy­be­ryj­ska tun­dra i moc­nej szczęce. Przez po­li­czek biegła mu czer­wo­na szra­ma. Bli­zna po ofen­sy­wie na Ad­ria­no­pol. Za pa­sem mun­du­ru opi­nającego sze­roką klatkę pier­siową tkwił kindżał, no­szo­ny wzo­rem krwiożer­czych Czer­kiesów.

- Za­raz będzie­my, pro­fe­so­rze - zwrócił się do siedzącego obok mężczy­zny z mo­no­klem w oku.

- Nie mogę się do­cze­kać - od­parł tam­ten, po­pra­wiając muchę pod kołnie­rzy­kiem ko­szu­li.

Kon­stan­tin Ciołkow­ski. Pro­fe­sor In­sty­tu­tu Tech­no­lo­gicz­ne­go w Pe­ters­bur­gu, znaw­ca ma­te­riałów wy­bu­cho­wych, en­tu­zja­sta ma­szyn la­tających. Przy­był tu na we­zwa­nie obe­rpo­lic­maj­stra War­sza­wy.

- Wasz przełożony ściągnął mnie obiet­nicą tak cu­downą jak cho­dze­nie po wo­dzie zbaw­cy na­sze­go, Je­zu­sa Chry­stu­sa - uśmiechnął się pe­ters­bur­ski uczo­ny. - Jeżeli wszyst­ko to okaże się prawdą... - za­wie­sił głos. - Świat nig­dy już nie będzie taki sam.

Włas­sow­ski kiwnął głową.

- Ki­bal­czyc mówi to samo.

Przy­wołał na­zwi­sko Władi­mi­ra Ki­bal­czy­ca, więźnia X Pa­wi­lo­nu, oskarżone­go o spi­sek na życie Jego Wy­so­kości cara Wszech­ro­sji Alek­san­dra III. I ska­za­ne­go na śmierć. Jed­nak ter­ro­ry­sta za­miast dyn­dać na szu­bie­ni­cy, pra­co­wał w wil­got­nej celi nad ta­jem­ni­czym wy­na­laz­kiem.

"Da­ruj­cie mi cho­ciaż kil­ka mie­sięcy życia - błagał sąd woj­sko­wy ten osza­lały od ni­hi­li­zmu syn pra­wosław­ne­go popa. - Niech dokończę swój po­mysł. Wcześniej nie miałem na to cza­su, mu­siałem kon­stru­ować bom­by dla mo­ich to­wa­rzy­szy za­ma­chowców".

Sędzio­wie posłali go wszyst­kich diabłów. Ale Bu­tur­lin wy­bro­nił przed ka­tem. O, Bu­tur­lin to szczwa­ny lis. Wi­dzi da­lej niż te za­ku­te łby z woj­sko­we­go sądu.

Pre­lot­ka za­trzy­mała się u bram cy­ta­de­li. Żan­darm wy­chy­lił w noc swą wilczą gębę i wrzasnął na strażnika:

- Wpusz­czaj, łachu­dro. Na­czel­nik cze­ka.

Żołnierz za­sa­lu­to­wał i gor­li­wie za­stu­kał w odrzwia. Wiel­kie, wzmoc­nio­ne żela­zny­mi szta­ba­mi wro­ta uchy­liły się po­wo­li, uka­zując czar­ny wlot tu­ne­lu. W mi­go­tli­wym świe­tle kołyszącej się na wie­trze lam­py naf­to­wej powóz wje­chał na wewnętrzny dzie­dzi­niec X Pa­wi­lo­nu. Pro­fe­sor Ciołkow­ski wzdrygnął się mi­mo­wol­nie.

Przy­pa­dek de­cy­du­je, kto z nas opuści te mury - pomyślał stra­chli­wie. Jak każdy pod­da­ny Jego Ce­sar­sko-Królew­skiej Wy­so­kości Alek­san­dra Alek­san­dro­wi­cza, pana Wszech­ro­sji nie był pe­wien dnia, ani go­dzi­ny.

Osłania­ni przez woźnicę dużym pa­ra­so­lem przedar­li się przez błotni­sty plac i schro­ni­li w biu­rze na­czel­ni­ka więzie­nia. Sta­ry Ro­sja­nin, we­te­ran, który wal­czył pod Se­wa­sto­po­lem, przyjął ich zgięty wpół.

- Wi­tam, wi­tam - wy­krzy­wiał twarz w gry­ma­sie, który brał za uśmiech. Fel­czer wziąłby to za ból zębów. - Każę za­raz roz­pa­lić sa­mo­war.

I sze­ro­kim ru­chem ręki zachęcał gości, aby spoczęli na ka­na­pie. Me­bel pamiętający założycie­la for­te­cy, Mikołaja I, świe­cił wy­tar­tym suk­nem.

- Nie czas na po­gawędki - zga­sił go Włas­sow­ski. - Pro­wadźcie do więźnia.

Na­czel­nik zdjął czapkę z czer­wo­nym oto­kiem i po­dra­pał się po reszt­kach włosów.

- A którego z tych łachudrów Wa­sza Miłość ma na myśli?

Włas­sow­ski sarknął w myślach: Du­rak... Dla­cze­go za­wsze za­trud­niają naj­większych idiotów?

- Ki­bal­czy­ca - warknął. - Po­trzeb­ny nam Żyd wy­na­laz­ca. Pro­fe­sor musi się z nim rozmówić.

Na­czel­nik rozłożył ręce ge­stem kata od­ma­wiającego ska­zańcowi kub­ka wody.

- To nie­możliwe.

Włas­sow­ski od­ru­cho­wo złapał za kindżał. Za mniejszą bez­czel­ność ska­zy­wał na chłostę.

- Czy do­brze usłyszałem? Od­ma­wia­cie wy­ko­na­nia roz­ka­zu obe­rpo­lic­maj­stra Nikołaja Bu­tur­li­na? Bra­ta na­sze­go miłości­wie pa­nującego cara Alek­san­dra Alek­san­dro­wi­cza?

Na­czel­nik zbladł. Gdy­by mógł, rozpłasz­czyłby się na podłodze jak jego sta­ry, wy­dep­ta­ny dy­wan.

- Gdzieżbym śmiał... - zaśmiał się ner­wo­wo. - Nie­ste­ty, na­wet nasz miłości­wie pa­nujący car­sko-królew­ski władca im­pe­rium musi się ugiąć przed wy­ro­ka­mi opatrz­ności. Ki­bal­czyc wy­mknął się.

Włas­sow­ski spur­pu­ro­wiał. Wy­szarpnął kindżał i rycząc, pod­sko­czył do na­czel­ni­ka.

- Daliście mu zwiać?!

Twarz star­ca przy­po­mi­nała pysk kop­niętego psa.

- A gdzieżby. Umarł.

Włas­sow­ski za­marł. Scho­wał broń i odstąpił dwa kro­ki.

- Nie żyje?

Nie mógł tego zro­zu­mieć.

- Zamęczy­liście go? - za­py­tał groźnie. - Prze­cież roz­ka­zy były wyraźne. To więzień o wyjątko­wym sta­tu­sie. Nie­ty­kal­ny...

Na­czel­nik oblał się po­tem. Poluźnił cia­sny kołnierz.

- Kie­dy on sam... na su­cho­ty... dziś rano. Właśnie go za­ko­pują pod mu­ra­mi.

Włas­sow­ski zbladł. Ręka znów powędro­wała do ostrza.

- Był cho­ry? Dla­cze­go nie mel­do­wa­liście?

- Nie było roz­ka­zu.

Włas­sow­ski za­marł.

"Nie było roz­ka­zu", święte słowa. Ab­so­lut­na ochro­na. Wszak sa­mo­dziel­ność w państwie cara była grze­chem.

- Pan wy­ba­czy, pro­fe­so­rze...

Zastępca obe­rpo­lic­maj­stra pod­szedł do okna. Odsłonił grubą ko­tarę.

O szybę mo­no­ton­nie walił deszcz. Włas­sow­ski myślał in­ten­syw­nie.

Po mi­nu­cie odwrócił się od okna. Uspo­ko­jo­ny.

- No do­brze - wy­ce­dził. - Jed­ne­go pej­sa­te­go mniej. Pro­wadźcie do jego celi.

Na­czel­nik wypuścił po­wie­trze ze świ­stem. Ura­to­wa­ny. Ocho­czo pod­sko­czył do drzwi, aby wska­zać gościom drogę. Oczy mu się śmiały. Miał ochotę śpie­wać. Hu­mor nie opusz­czał go aż do drew­nia­nych drzwi, za którymi więzio­no zmarłego ge­niu­sza.

Skinął na war­tow­ni­ka, by ten przekręcił klucz w zam­ku.

- Nic nie ru­sza­liśmy - po­ka­zał na pryczę i stół. Na drew­nia­nym gołym bla­cie leżały pa­pie­ry. Pod za­kra­to­wa­nym oknem na półce stało kil­ka książek.

Włas­sow­ski sko­czył do przo­du. Za­trzy­mał się przy sto­le zbi­tym z nie­he­blo­wa­nych de­sek i zaczął grze­bać wśród za­pisków. Z okrzy­kiem trium­fu wyciągnął zie­lo­ny ze­szyt. Po­ma­chał nim do pro­fe­so­ra.

- Przez ostat­nie mie­siące Ki­bal­czyc tu­taj za­pi­sy­wał swo­je ob­li­cze­nia. Je­steśmy ura­to­wa­ni!

Wręczył uczo­ne­mu z Pe­ters­bur­ga nie­po­zor­ny no­tat­nik. Ten wziął go z mie­sza­niną eks­cy­ta­cji i nie­do­wie­rza­nia.

- Światła - za­grzmiał Włas­sow­ski. - Więcej światła!

Strażnik przy­niósł do­dat­kową lampę i po­sta­wił na sto­le. Ciołkow­ski pod­winął poły fra­ka i usiadł na pro­stym ta­bo­re­cie. Zaj­rzał do ta­jem­ni­cze­go ze­szy­tu. W miarę jak przeglądał ob­li­cze­nia, zgłębiał ma­te­ma­tycz­ne wzo­ry, ana­li­zo­wał za­pi­ski kreślone drżącą dłonią cho­re­go człowie­ka, jego twarz wydłużała się, a oczy powiększały. Włas­sow­ski ob­ser­wo­wał go z nie­po­ko­jem. Cały plan jego sze­fa Nikołaja Bu­tur­li­na, cała ich przyszłość zależały tego człowie­ka. Od jego oce­ny. Czy mają w rękach skarb, czy bez­war­tościo­we za­pi­ski sza­leńca? Gdy Ciołkow­ski skończył i odłożył ze­szyt, w celi słychać było tyl­ko chro­bot kor­ników w stołowej no­dze.

Włas­sow­ski pod­niósł py­tająco brwi.

Pe­ters­bur­ska sława na­uko­we­go świa­ta klepnęła dłonią w de­ski stołu. Ude­rze­nie za­brzmiało jak wy­strzał.

- Ge­niusz! - pro­fe­sor z Pe­ters­bur­ga zaśmiał się wy­so­kim głosem. Po­dziw mie­szał się z za­zdrością. Za­chciało mu się płakać. Wzru­sze­nia wytrącały go z równo­wa­gi. Szyb­ko za­pa­no­wał nad wy­bu­chem emo­cji. Po­pra­wił muszkę. Uśmiechnął się.

- To oczy­wiście zbrod­niarz. Za­ma­cho­wiec... Ale jaki umysł. Szko­da, że nie mogę z nim po­roz­ma­wiać. Jak uczo­ny z uczo­nym...

Włas­sow­ski zbliżył się do Ciołkow­skie­go.

- Za­tem to wszyst­ko praw­da, co mówił? Mamy nową, straszną broń?

Pro­fe­sor po­sku­bał się po swo­jej an­giel­skiej bródce. W Pe­ters­bur­gu ta­kie były mod­ne w pew­nych kręgach. Na jego war­gach wciąż igrał szel­mow­ski uśmiech.

- Myślę, że o wie­le, wie­le więcej...

I

Anioły ist­nieją. Na­ta­lia Pol prze­ko­nała się o tym w pe­ters­bur­skim cyr­ku wiosną 1884 roku. Tego wie­czo­ra wi­dow­nia przy pla­cu Ad­mi­ra­li­cji była pełna. Na drew­nia­nych ław­kach wier­ciły się pier­sia­ste pan­ny służące, po­hu­ki­wa­li bro­da­ci rze­mieślni­cy, do­stoj­ne ma­tro­ny kar­ciły dzie­ci. Oj­co­wie ro­dzin w wy­tar­tych sur­du­tach po­gry­za­li gorące kiełba­ski roz­no­szo­ne przez dziew­czy­ny z gru­by­mi war­ko­cza­mi. Ale gdy Na­ta­lia zaczęła swój po­pi­so­wy nu­mer, hałas ustał, wi­dzo­wie wokół are­ny wstrzy­ma­li od­dech. Wspięła się szyb­ko po masz­cie pod­trzy­mującym dach i po­sta­wiła stopę na roz­ciągniętej między słupa­mi li­nie. Bez za­bez­pie­czeń, wy­so­ko nad zie­mią była tyl­ko ona. Wy­so­ka, szczupła dziew­czy­na o twa­rzy Ma­rii Mag­da­le­ny. Zwiew­na, jak tiul, moc­na, jak ty­gry­si pa­zur. Wol­na jak od­dech my­szołowa. Spoj­rzała w dół. Głowa przy głowie, jak ziar­na słonecz­ni­ka. Oczy wpa­trzo­ne z chciwą uwagą. Zasłonięte dłońmi ko­bie­ce usta. Łuk napiętej ci­szy. W dusz­nym po­wie­trzu czuła ciężką woń ga­zo­wych lamp, za­pach ta­nich per­fum, fe­tor zwierzęcej szczy­ny.

- Ar­cha­nie­le Mi­cha­le - po­ru­szyła war­ga­mi. - Daj mi miłość głęboką, jak ta prze­paść...

Wer­bel strze­lił nie­po­kojącym cre­scen­do. Ace­ty­le­no­wy re­flek­tor opa­trzo­ny wielką so­czewką wy­kroił z mro­ku jej białą, bu­fiastą su­kienkę i odsłonięte, na­gie ra­mio­na. Podświe­tlo­ne włosy na­brały od­cie­nia bur­gun­da. Rozłożyła ręce, jak czar­no­księżnik Chry­stus. Bosą stopą wy­czuła chro­po­watą rzeźbę sznu­ra. Miłośnie przy­lgnęła do nie­go po­de­szwą. Po­wo­li prze­niosła tam ciężar ciała. Dołączyła drugą nogę i za­wisła nad plac­kiem are­ny.

Dzie­więcio­let­ni Pie­trek, którego mat­ka za­brała do cyr­ku z oka­zji uro­dzin, wyciągnął rękę w ma­ry­nar­skim ubra­niu i roz­darł się na całą wi­dow­nię:

- Mama pa­trzy! Ona lata!...

Krótki śmiech skwi­to­wał jego za­chwy­ty. Na­ta­lia nie pa­trzyła już w dół. Sku­piła się na li­nie. Pod nią nie było żad­nych za­bez­pie­czeń. Właśnie za to płaci­li wi­dzo­wie. Do każdego bi­le­tu dołączo­ny był nie­wi­dzial­ny aneks - szan­sa na wi­dok jej krwa­wej śmier­ci. Ciała roz­trza­ska­ne­go na tro­ci­nach. Ale szła równo, krok za kro­kiem. Zdo­by­wała ko­lej­ne me­try i ser­ce pu­bli­ki. Wer­bel sza­lał. Lu­dzie też. Kla­ska­li, śmia­li się, wsta­wa­li z miejsc.

- Ci­szej, rie­bia­ta!... - co stra­chliw­si uspo­ka­ja­li sąsiadów. - Jesz­cze zle­ci, daj­cie spokój...

Czuła radość w pier­siach, uśmiech rozświe­tlał jej twarz. Była spo­koj­na i pew­na swe­go. Jak­by nig­dy nie była po­mio­tem ras, pół Żydówką, pół Polką wy­cho­wa­na na Ro­sjankę; jak­by obca jej były co­dzien­na, sąsiedz­ka po­gar­da, ple­mien­na wro­gość; jak­by po łące sunęła, na spo­tka­nie z uko­cha­nym, a nie po krawędzi brzy­twy. Wi­dow­nia czuła jej od­da­nie i tym dziel­niej biła w pra­wi­ce.

- Kra­so­ta!... - na try­bu­nach ro­dzi­li się jed­no­noc­ni wiel­bi­cie­le.

Po­zwo­liła so­bie na szyb­kie spoj­rze­nie spod po­wiek. Może doj­rzy tego je­dy­ne­go, który całe życie szedł w jej stronę? Ich oczy spo­tkają się - i nic nig­dy już nie będzie ta­kie samo?...

Próżny trud. Masa pod sto­pa­mi zle­wała się w jedną plamę. Nie doj­rzysz tam absz­ty­fi­kan­ta, o nie. Na­wet gdy­by pa­trzyła uważnie, na­wet, gdy­by pa­trzyła sto lat, nie do­strzegłaby wiot­kiej dłoni anioła, która chwy­ciła dzie­więcio­let­nie­go Pietr­ka za kołnierz i ko­rzy­stając z nie­uwa­gi za­afe­ro­wa­nej mat­ki, pociągnęła w ku­li­sy.

Nudy z tym łażeniem po li­nie - myślał chłopiec prze­my­kając wąskim ko­ry­ta­rzem. - Le­piej po­szu­kam lwa w klat­ce.

Na­ta­lia szła jak w tran­sie. Sta­wiała sto­py pew­nie, jak na spa­ce­rze do Er­mi­trażu. W tym sta­nie du­cha do­tarła na śro­dek prze­paści. Wokół niej wiel­kie nic. Go­rejąca pust­ka. Jeżeli anioły ist­nieją, miesz­kają tu właśnie. Do wer­bla dołączył klar­net. I skrzyp­ki. Z gąszczu nut wyłonił się syp­ki, jak pia­sek Lot trzmie­la Nikołaja Rim­skie­go-Kor­sa­ko­wa. Po­wie­trze było gęste od napięcia.

Sko­czyła sal­to. Jej ciało mignęło w po­wie­trzu, jak pstrąg w górskim po­to­ku. Przez arenę prze­szedł jęk. Z gar­deł lu­dzi wy­du­szo­ny strach.

I wte­dy... - za­wsze jest ja­kieś wte­dy, które pro­wo­ku­je anioły - pomyślała o mat­ce. O liście, który do­stała rano. Była dziec­kiem, gdy jej mat­ka umarła. Wy­cho­wała ją bab­cia. A te­raz - dwa­dzieścia lat później - ko­bie­ta, która wydała ją na świat, ożyła. I wzy­wa do War­sza­wy. W ser­cu Na­ta­lii gniew mie­sza się z tęsknotą. Doświad­cza uczuć, o które sie­bie nie po­dej­rze­wała.

Na szczęście anioły czu­wają. Więc, gdy jej noga leci z liny, wciąż ma szansę.

- Chry­ste! - woła prze­stra­szo­ny głos z dołu. To mat­ka Pietr­ka, który posądził Na­ta­lię o umiejętność la­ta­nia. Ko­bie­ta boi się o cyrkówkę. Lecz omia­ta też wzro­kiem sąsied­nie rzędy. Szu­ka syna.

Gdzie ten czort po­lazł? Za­wsze z nim kłopo­ty!

A biała, pod­nieb­na ba­let­ni­ca wal­czy z siłą ciążenia. Ugi­na nogę, która jesz­cze cze­pia się sznu­ra i wyciągając drugą, próbuje od­zy­skać równo­wagę. Przez chwilę jej się to uda­je i z pier­si tłumu na dole wy­ry­wa się jed­no wes­tchnie­nie ulgi. Ale wygięcie ciała jest za moc­ne, po­wo­li prze­no­si ją poza punkt, zza którego już nie ma po­wro­tu. Wi­dow­nia zry­wa się z miejsc. Lu­dzie wołają, ma­chają ra­mio­na­mi, płaczą. Są prze­rażeni. Są szczęśliwi. Na­resz­cie czują, że żyją. Na­ta­lia nie pod­daję się, od­rzu­ca kor­pus w prze­ciwną stronę, próbuje po­zo­stać na li­nie, ra­mio­na wygięte w tył, jak u pływa­ka. Wal­czy o równo­wagę. Te­raz to je­dy­ny plan jej ist­nie­nia. Je­dy­ny cel. Ja­sny jak gwiaz­da za­ran­na.

- Go­spa­di pomiłuj!... - pod dach cyr­ku ude­rza mo­dli­tew­ny sko­wyt.

Jed­nak wy­mach był za moc­ny. Dziew­czy­na na sznu­rze wpa­da w rosnącą huśtawkę. Lina pod jej no­ga­mi ska­cze na boki, jak żywa. A ona da­rem­nie próbuje po­zo­stać w równo­wa­dze.

Na­ta­lia od­ry­wa się od białej kre­ski roz­piętej pod powałą i po­wo­li, jak to zda­rza się w snach, nie­re­al­nie pomału leci w bok, ma­chając wszyst­ki­mi kończy­na­mi. A nogi ma piękne, długie, ra­mio­na to­czo­ne, jak z ala­ba­stru, łuk szyi perłowy; a wszyst­ko na­gie, odsłonięte ku za­chwy­to­wi i zgro­zie pleb­su. Jesz­cze przez chwilę lu­dziom na dole żołądki skaczą do gardła, bo zda­je im się, że dziew­czy­na zdoła schwy­tać się dłońmi liny. Oca­le­je. Lecz nie. Siła upad­ku jest za duża. Na­ta­lia mija życio­nośny sznur o włos. Z otwar­ty­mi usta­mi, z których prze­ni­kli­wym krzy­kiem wy­do­sta­je się cała roz­pacz jej sa­mot­ne­go życia, opa­da w dół. Później świad­ko­wi tra­ge­dii da­li­by so­bie ręce uciąć, że ta chwi­la trwała wiecz­ność.

Wiecz­ność to do­bry czas dla aniołów. One swój plan miały przy­go­to­wa­ny od daw­na. Być może od chwi­li, kie­dy Duch unoszący się nad wo­da­mi po­wie­dział: Je­stem...

Wiec za­nim jesz­cze Na­ta­lia po­sta­wiła stopę na li­nie, clown Al­bert, który pełnił w pe­ters­bur­skim cyr­ku również rolę cie­cia, za­po­mniał za­mknąć klatkę z niedźwie­dziem. Sta­ry Mi­sza, bru­nat­ny mi­siek z obe­rwa­nym uchem, który tego wie­czo­ra swo­je już ode­grał, spał zwi­nięty w rogu, obok mi­ski z wodą. Dzie­więcio­let­ni Pie­trek, pod­pro­wa­dzo­ny tam de­li­kat­nie przez wiotką dłoń, aż pod­sko­czył z radości. Wyjął ka­pi­szon, co go miał scho­wa­ny w kie­sze­ni ma­ry­nar­skie­go ubran­ka i od­pa­lił nad uchem miśka. Obu­dzo­ny wy­strzałem zwierz wy­prysnął z klat­ki z siłą po­ci­sku. Prze­rażony Pie­trek po­si­kał się w nowe spodnie, ale niedźwiedź ani myślał wyżywać się na gównia­rzu. Rycząc po­gnał przed sie­bie. A kie­ru­nek wy­padł mu aku­rat na arenę. Więc gdy Na­ta­lia opa­dała w krzy­ku, na dy­wa­nie z tro­cin po­ja­wił się pędzący niedźwiedź. I te dwa ru­cho­me po­ci­ski sunąc pro­sto­pa­dle, spo­tkały się w jed­nym punk­cie. A były nim ple­cy miśka.

Na­ta­lia walnęła w żywy bu­for i za­stygła nie­ru­cho­ma. Zwi­sała z włocha­te­go grzbie­tu, jak szma­cia­na lal­ka. Wyszła z ciała. Cza­sa­mi jej się to zda­rzało. Wi­działa samą sie­bie z góry. Zo­ba­czyła stamtąd upa­dek i miękkie lądo­wa­nie. Do­strzegła, że ogłuszo­ny zwierz rozpłasz­czył się na are­nie. Że spo­między sta­rych zębów wypełzł język. I kro­pla po­so­ki. Lu­dzie na wi­dow­ni za­stygli. A po­tem wy­bu­chli.

- Żyje? - wołali z na­dzieją.

- Dok­to­ra spro­wa­dzić, dok­to­ra!...

- Ra­czej popa...

Mat­ki zasłaniały oczy swo­im po­cie­chom. Pa­nien­ka o włosach upiętych w kok ze­mdlała. Gru­by urzędnik wzno­sił modły. Żan­darm szlo­chał. Kil­ko­ro naj­od­ważniej­szych widzów prze­sa­dziło ba­rierę i pod­biegło do dwójki nie­przy­tom­nych. Ktoś po­chy­lił się nad usta­mi ko­bie­ty, słuchając od­de­chu. Ktoś szar­pał miśka za kudły. Ktoś wołał wnie­bogłosy. Lecz już od ku­lis biegł Ru­blow. Dy­rek­tor w fio­le­to­wym fra­ku i zie­lo­nej ka­mi­zel­ce. Cy­ga­ro w zębach.

- Wra­cać, ko­cha­ni, wra­cać - wy­py­chał widzów.

I sam z po­mocą clow­na Al­ber­ta, który po­rzu­cił pi­cie piwa na za­ple­czu, dźwignął nie­przy­tomną dziew­czynę.

Za­nieśli ją do wozu Ru­blo­wa. Le­ciała przez ręce.

A na arenę wpa­dli żon­gle­rzy i tan­cer­ki. Or­kie­stra za­grała skocz­ne wal­czy­ki. Wi­do­wi­sko musi się to­czyć.

Dy­rek­tor nie miał pojęcia o ra­to­wa­niu lu­dzi, więc wlał w usta Na­ta­lii, co miał pod ręką. A była to sto­licz­na­ja. Dziew­czy­na za­krztu­siła się i otwarła oczy.

- Bogu dzięki... - wes­tchnął dy­rek­tor cyr­ku i przeżegnał się. Clown tyl­ko splunął pod nogi. In­a­czej nie umiał oka­zy­wać uczuć.

- Co się stało? - jęknęła Na­ta­lia.

- Dziec­ko... - dy­rek­tor po­wstrzy­my­wał łzy. - Żyjesz...

Na­ta­lia pa­trzyła nie­widzącym wzro­kiem. Spróbowała się pod­nieść, ale ból szyi po­wa­lił ją na leżankę. Obróciła się tyl­ko na bok i zwy­mio­to­wała na dy­wan mie­sza­niną krwi i żółci.

- Do szpi­ta­la... - mruknął clown.

Dziew­czy­na prze­stra­szyła się.

- Nie!

Nie­na­wi­dziła ko­no­wałów. Bała się strzy­ka­wek i skal­pe­li. Do mdłości do­pro­wa­dzał ją za­pach li­zo­lu.

Dy­rek­tor nie na­le­gał. Sta­ry ku­twa li­czył każdy grosz. Oprócz tych, które zo­sta­wiał w lu­pa­na­rach.

Po­pra­wił tyl­ko dziew­czy­nie po­duszkę pod głową i przy­krył ją ko­cem.

- Jak się czu­jesz?

Na­ta­lia kiwnęła słabo głową.

- Do­brze... chy­ba...

Jesz­cze wciąż była tam, na li­nie, pod powała cyr­ku. W świe­tle re­flek­to­ra szła równo jak po szo­sie. Jej życie za­stygło w tym mo­men­cie. Czy kie­dy­kol­wiek zej­dzie na zie­mię?

Za­raz wpadł do budy dy­rek­to­ra Sa­sza, siłacz rwący łańcu­chy. Potężny gru­bas w ko­szul­ce w czar­no-białe pasy. Liznął kie­dyś we­te­ry­na­rii, więc w tru­pie Ru­blo­wa pełnił rolę le­ka­rza.

- Byłaś wspa­niała, die­wusz­ka!... - za­ga­dy­wał Na­ta­lię, ob­ma­cując ją po całym cie­le. I choć kil­ka razy krzyknęła, oględzi­ny wy­padły pomyślnie.

- Kości całe - krzyknął radośnie. - Jeżeli wewnętrzne or­ga­ny nie­usz­ko­dzo­ne, nie­ba­wem będziesz ska­kać po li­nie, jak małpa.

Na­ta­lia uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Za to Ru­blow spoj­rzał by­kiem.

Prze­go­nił całą trupę, która ze­brała się pod drzwia­mi, pełna tro­ski o dziew­czynę.

- Ju­tro - wołał. - Ju­tro ją zo­ba­czy­cie. Te­raz daj­cie pokój!

- Śpij do­brze, Na­ta­lia - krzyknęły tan­cer­ki.

- To był cud. Bóg cię ko­cha! - do­rzu­cił połykacz ognia.

Clown Al­bert gęsto pluł pod nogi.

Anioły za­do­wo­lo­ne z ro­bo­ty, wzięły so­bie wol­ne. Dla­te­go następne­go dnia rano dy­rek­tor ją za­sko­czył. Na­ta­lia prze­spała noc na jego leżance, wiercąc się i gorączkując. A gdy obo­lała wstała rano, żeby wy­si­kać się do wia­dra, wpadł do przy­cze­py. Prze­ki­mał noc w wo­zie akro­ba­ty. Te­raz za­rzu­cił na ra­mio­na Na­ta­lii płaszcz i wcisnął jej do ręki dzie­sięć ru­bli.

Cyrkówka zdzi­wiła się.

- Za co?

Ru­blow przełknął ślinę. Nie było mu łatwo. Ale wie­dział, że robi do­brze.

- Po­patrz - po­ka­zał jej swą lewą dłoń.

Nie mu­siał tego robić. Wszy­scy w cyr­ku wie­dzie­li, że ma pro­tezę. Praw­dziwą rękę od­gryzł mu nu­bij­ski lew.

- Kie­dyś byłem świet­nym tre­se­rem dzi­kich zwierząt... - zaczął. - Ulu­bieńcem dam. Te bo­gat­sze rzu­cały na arenę swo­je pierście­nie i kol­czy­ki. Te zgrab­niej­sze cze­kały na mnie w swo­ich ka­re­tach. Chciały, żebym tre­so­wał je w ich al­ko­wach... Ale gdy lew od­gryzł mi dłoń, wszyst­ko się skończyło. Już nig­dy nie miałem od­wa­gi stanąć oko w oko ze śmier­cią. Uciekłem z are­ny. Ty, dziew­czy­no, też je­steś skończo­na. Już za­wsze na li­nie będziesz myślała tyl­ko o jed­nym. Kie­dy spadnę? Kie­dy roz­trza­skam swo­je młode ciało o zie­mię po­sy­paną tro­ci­na­mi? I roz­trza­skasz, bez wątpie­nia!

Na­ta­lia wciąż była za­spa­na.

- Pa­nie Ru­blow, bred­nie.

- Nic nie mów!

Wy­pchnął ją z wozu. Po­pro­wa­dził przez błotni­sty plac. Nie miała siły sta­wiać opo­ru. Ko­nie stały przy pu­stych żłobach. Eg­zo­tycz­ne zwierzęta w klat­kach pa­trzyły smut­no. Okna w ko­lo­ro­wych wo­zach były po­zasłania­ne. Cyr­ko­wa brać od­sy­piała noc­ne sza­leństwa. Na­ta­lię bolało całe ciało. A w jej ser­cu bu­dził się żal prze­czu­wa­ne­go nieszczęścia.

Cze­kała na nią dorożka. Ru­blow we­pchnął do niej Na­ta­lię - szyb­ko, szyb­ko, żeby nikt nie zo­ba­czył, nie za­trzy­mał. I wy­rzu­cił z sie­bie:

- Zwal­niam cię.

Na­ta­lia spoj­rzała na nie­go z roz­paczą. Jak pies wy­ko­pa­ny za drzwi.

- Dy­rek­to­rze... to moje życie...

Ru­blow odwrócił twarz. Czuł, że jest świnią. Wie­dział, że in­a­czej nie może. To dla jej do­bra. Na­ta­lia miała w Pe­ters­bur­gu ku­zy­na. Nie znaj­dzie się na bru­ku.

- Nie wra­caj tu nig­dy...

Oszołomio­na, obo­lała, ze łzami w oczach sku­liła się na ławce dorożki. Dorożkarz zaciął ko­nie.

VIII

Bla­de wio­sen­ne słońce szyb­ko scho­wało się za da­chy. Noc jak urzędnik służbi­sta przy­biła pieczątkę czer­ni nad całym Pe­ters­bur­giem. Po ro­ze­rwa­niu za­kon­trak­to­wa­nej licz­by łańcuchów siłacz Sa­sza po­szedł spać. Gdy on chra­pał w wo­zie, jego żona, szczu­plut­ka żon­gler­ka Ra­chel­ka Pie­trow­na przy świe­tle naf­to­wej lam­py zszy­wała grubą nicią cyr­kową ko­szulę męża. Ma­te­riał w czar­no-białe pasy był prze­po­co­ny i wy­tar­ty.

Ra­chel­ka szyła na okrętkę, nie dbając o fi­nezję. I tak się za­raz po­drze - myślała. Prze­rwała na chwilę ro­botę i wstała, żeby pod­pa­lić pod sa­mo­wa­rem. Przeszła na tył wozu, który był im do­mem. Sa­sza spał na wąskim łóżku i chra­pał jak sta­do słoni. Ra­chel­ka złapała go za nos i pociągnęła w bok. Zachęcony tak czu­le, zmie­nił po­zycję, chra­panie ustało.

Właśnie myślała o Na­ta­lii Pol, dziew­czy­nie na li­nie, która cu­dem przeżyła upa­dek i następne­go dnia zniknęła bez śladu, gdy ktoś za­pu­kał do ich wozu.

Pew­nie ten ka­rzeł Fio­dor chce wyciągnąć mo­je­go męża na wódkę - sarknęła w du­chu.

Gdy otwo­rzyła drzwi, krzyknęła, zasłaniając usta.

Przed nią na scho­dach pro­wadzących do wozu stała Na­ta­lia. Suk­nię miała po­chla­paną błotem, spod ka­pe­lu­si­ka wy­sta­wały po­tar­ga­ne włosy.

- Szyb­ko - po­wie­działa - wpuść mnie.

Ra­chel­ka, córka nie­miec­kich Żydów, którzy w Ro­sji po­zna­li, czym są po­gro­my, za­re­ago­wała od­ru­cho­wo. Złapała Na­ta­lię za rękę i wciągnęła do środ­ka. Za­mknęła drzwi i spoj­rzała na gościa. Pisnęła i przy­tu­liła dziew­czynę z całych sił.

- Gdzieś ty była? - śmiała się przez łzy.

Na­ta­lia mil­czała. Nie mogła prze­cież po­wie­dzieć praw­dy. A kłamać nie chciała.

- Mam kłopo­ty - mruknęła.

Ra­chel­ka potrząsnęła mężem.

- Gru­by, patrz, kto przy­szedł!

Wy­rwa­ny ze snu ol­brzym siadł w poście­li i pa­trzył nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

- Na­ta­lia? - w końcu roz­po­znał dziew­czynę.

Objął ją, zniknęła w jego potężnych gołych ra­mio­nach. Przez chwilę po­czuła się bez­piecz­na jak dziec­ko.

Są jesz­cze lu­dzie na świe­cie - pomyślała.

Bała się. Od stra­chu ści­skało ją w dole brzu­cha. Mdliło jak przed ko­bie­cy­mi dnia­mi. Znów była ści­ga­nym zwierzęciem. Jak przed laty w B.

Ra­che­la pogłaskała ją po włosach i wróciła do sa­mo­wa­ra. W cia­snym wo­zie za­pach­niało her­batą.

- Ten drań Ru­blow po­wie­dział, że uciekłaś, bo masz dość cyr­ku i cho­dze­nia po li­nie - traj­ko­tała Ra­chel­ka, napełniając szklan­ki. - A two­je rze­czy za­pa­ko­wał do worków. Po­wie­dział, że sama je od­bie­rzesz. Gdzie te­raz miesz­kasz? Ru­blow mówił, że masz w Pe­ters­bur­gu ro­dzinę.

Na­ta­lii zakręciły się łzy w oczach. Przełknęła ślinę. Ale nie zapłakała. Sko­ro nie po­tra­fi płakać w sa­mot­ności, tym bar­dziej nie roz­klei się przy lu­dziach.

- Ko­cha­ni - szepnęła, łapiąc od­dech. - Stało się coś strasz­ne­go. Nie mogę po­wie­dzieć... le­piej, żebyście nie wie­dzie­li... Muszę ucie­kać.

- Mat­ko... - jęknęła Ra­chel­ka. Po­rzu­ciła sa­mo­war i klapnęła przy niej na łóżku.

Sa­sza wciągnął za­ce­ro­waną ko­szulę przez głowę.

- Możemy ci jakoś pomóc? - za­py­tał.

Na­ta­lia uśmiechnęła się z wdzięcznością.

- Po pierw­sze, w mo­ich rze­czach jest list z War­sza­wy, muszę go mieć. I płaszcz, i parę ciuchów.

- To chodźmy. - Ra­chel­ka wstała. Pokażę ci, gdzie Ru­blow rzu­cił wor­ki.

Na­ta­lia złapała ją za ręce.

- Nie chcę, żeby ktoś mnie wi­dział. Wam ufam, ale boję się lu­dzi.

Ra­chel­ka oddała uścisk. Po­cho­dziła z ro­dzi­ny, gdzie strach był stałym gościem. Ta­jem­ni­ce, uciecz­ki, dla niej to chleb po­wsze­dni. Może dla­te­go za­ko­chała się w mężczyźnie potężnym jak skała. Był jej ostoją. Dla nie­go zdra­dziła swoją nację. Oj­ciec nie wy­ba­czył jej, że poszła za goja.

- Przy­niosę, co trze­ba - obie­cała Na­ta­lii.

Za­rzu­ciła chustę na ra­mio­na i wyszła z wozu. Przeszła przez błotni­ste podwórze i zniknęła pod cyr­ko­wym na­mio­tem. Na­ta­lia odwróciła się w stronę Sa­szy.

- Po­trze­buję pie­niędzy - po­wie­działa wprost.

- Spo­dzie­wałem się - mrugnął do niej. - Ile?

- A ile możesz dać?

Siłacz pod­niósł się i sięgnął do ma­ry­nar­ki rzu­co­nej na krzesło. Wyjął port­mo­netkę i wy­sy­pał z niej wszyst­kie mo­ne­ty.

- Nie­wie­le... będzie kil­ka ru­bli.

- Mało.

Sa­sza po­dra­pał się w głowę. Ko­chał cyrk, ale nie­na­wi­dził jego bie­dy. Wie­dział jed­nak, że w nor­mal­nym świe­cie nie dałby so­bie rady. W cyr­ku rwa­nie łańcuchów jest łatwe. W świe­cie człowie­ka oplątuje tyle więzów, że ka­mie­nie­je jak posąg. Dla­te­go ko­chał Ra­chelkę. Była jak on. Dzi­ka i ni­czym nie­skrępo­wa­na. Dla nie­go po­rzu­ciła groźnego Jah­we.

- Mam złoty ze­ga­rek - po­cie­szył Na­ta­lię. - Znam taką jedną li­chwiarkę... obudzę ją i przy­niosę z pięć ru­bli.

- Je­steś ko­cha­ny - szepnęła dziew­czy­na. Strasz­nie było jej wstyd pro­sić o wspar­cie.

Gdy Sa­sza wy­szedł, wróciła Ra­chel­ka.

- A tego gdzie wy­wiało?

Na­ta­lia za­py­tała, czy Ra­chel­ka zga­dza się na pożyczkę pie­niędzy.

- Do­brze, do­brze - kiwnęła głową żon­gler­ka. - Ja to­bie dziś, ty mnie ju­tro...

Jej fi­lo­zo­fia była pro­sta. Nie można trzy­mać kur­czo­wo gotówki, bo wte­dy nie ma miej­sca na nową. Uśmiechnęła się i wyciągnęła scho­waną pod łóżkiem bu­telkę wiśniówki. Nalała do szkla­nek po her­ba­cie.

- Two­je zdro­wie! - ude­rzyła w szkło Na­ta­lii i wy­chy­liła jed­nym hau­stem. - Pij szyb­ko, nie chcę, żeby Sa­sza wie­dział, że mam tu na­lewkę.

Na­ta­lia oglądnęła rze­czy przy­nie­sio­ne przez żon­glerkę. Suk­nia, swe­ter, płaszcz. Ciepłe majt­ki, szczot­ka do włosów, pro­szek do my­cia zębów. Wszyst­kie za­pa­ko­wa­ne były w płócienną torbę podróżną ze skórza­ny­mi wzmoc­nie­nia­mi.

- O wszyst­kim pomyślałaś - ucie­szyła się. - A gdzie list?

Ra­chel­ka wyciągnęła zza pa­zu­chy ko­pertę. Na­ta­lia złapała ją i szyb­ko wsa­dziła do atłaso­wej to­reb­ki.

Zdążyły się jesz­cze napić, za­nim wrócił siłacz.

- Mogę się u was prze­spać? - za­py­tała Na­ta­lia, gdy scho­wała przy­nie­sio­ne przez nie­go mo­ne­ty.

- Oczy­wiście - za­dys­po­no­wała szczupła żon­gler­ka. - Sa­sza rozłoży so­bie koc na podłodze, a ty przy­tu­lisz się do mnie.

- Dziękuję, ko­cha­ni. - Na­ta­lia się uśmiechnęła. Czuła wielką wdzięczność. Chciała po­wie­dzieć, że sko­ro świt opuści ich gościn­ny wóz i znik­nie bez śladu, ale spoj­rzała przez okno. Przez plac obok kla­tek z dzi­ki­mi zwierzętami szła wol­no jakaś zgięta po­stać.

Moc­no zabiło jej ser­ce. To mógł być tyl­ko je­den człowiek.

Ze­rwała się i za­ska­kując go­spo­da­rzy, przy­lgnęła no­sem do szy­by. On czy nie on? - pytała sie­bie gorączko­wo. Sko­czyła do drzwi, uchy­liła je i zawołała w ciem­ność:

- An­driej!

Wlokący się przez podwórzec cień pod­niósł głowę. Księżyc za­sre­brzył noc i te­raz była już pew­na. Stał tam! Zgięty wpół. Bez płasz­cza mimo zim­nej nocy. W sur­du­cie, w którym wi­działa go rano. Wi­docz­nie, jak ona, ukry­wał się cały dzień, by po zmro­ku przyjść w je­dy­ne miej­sce, w którym mógł ją zna­leźć.

Ar­cha­nie­le - szepnęła - dziękuję.

Za­rzu­ciła chustę Ra­chel­ki na głowę i zbiegła po kil­ku schod­kach.

- Ko­cha­ny... - objęła zgiętą po­stać.

An­driej syknął z bólu.

- Co ci? - za­py­tała prze­stra­szo­na.

- W brzuch... tra­fi­li... - stęknął i oparł się na niej całym ciężarem. Za­sko­czo­na upadłaby ra­zem z nim w błoto, ale na szczęście po­ja­wił się Sa­sza. Chwy­cił ich i jak piórko po­sta­wił do pio­nu.

- Wezmę go - po­wie­dział. Na­ta­lia weszła za jęczącym An­drie­jem do wozu.

Sa­sza położył ran­ne­go na łóżku. Roz­chy­lił sur­dut, który An­driej kur­czo­wo przy­ci­skał do ciała.

- Boże... - jęknęła prze­rażona Ra­chel­ka.

W bla­sku naf­to­wej lam­py ko­szu­la była czar­na od krwi.

- Ja tu na nic się nie zdam - oce­nił Sa­sza. - Trze­ba le­ka­rza.

- Nie - stęknął ran­ny. - Na­ta­lia!

Dziew­czy­na na­chy­liła się do jego ust. An­driej cuchnął po­tem i krwią.

- Nasz plan - po­wie­dział, za­ci­skając zęby z bólu.

Na­ta­lia położyła pa­lec na jego ustach.

- Nic nie mów. Wszyst­ko będzie do­brze.

- Mu­sisz... - syknął zły na własną bez­rad­ność.- Te­raz tyl­ko ty możesz... - prze­rwał i za­kasz­lał. Z jego ust popłynął stru­myk krwi.

Na­ta­lia ska­mie­niała. Po­czuła, że kręci jej się w głowie. Wi­dok krwi osłabiał.

An­driej złapał jej nad­gar­stek. Za­cisnął za­krwa­wio­ne pal­ce. Pod­niósł głowę.

- Aniel­skie skrzydła - wy­char­czał. Chwilę od­dy­chał, zbie­rając siły. - Dziw­ka...

Bre­dzi - pomyślała z roz­paczą.

Opadł na po­duszkę. Jego oczy zaszły mgłą. Twarz wy­krzy­wił ból. Jak­by założył maskę dzi­kie­go bóstwa z ser­ca Afry­ki. Na­ta­lia pa­trzyła na nie­go. I nie mogła go po­znać.

Ar­cha­nie­le - per­trak­to­wała z du­cha­mi. - Weź mnie za­miast nie­go, proszę.

Lecz anioły po­tra­fią być nie­skończe­nie nie­wzru­szo­ne. Hi­ma­la­je gra­ni­tu. Przez cia­sne wnętrze wozu prze­le­ciał po­dmuch wia­tru. Wszy­scy wstrząsnęli się od zim­na.

- Po­biegnę po le­ka­rza - za­pro­po­no­wał Sa­sza. Nie cier­piał bez­rad­ności.

Na­ta­lia spoj­rzała na nie­go z podłogi.

- Nie wiesz, na co się narażasz.

Ra­chel­ka po­parła męża.

- Idź, prze­cież nie damy tu sko­nać człowie­ko­wi.

Na­ta­lia po­ki­wała głową.

Może mają rację? Grzech nie pomóc.

Po­chy­liła się nad An­drie­jem.

- Ko­cha­ny - szepnęła. - Ura­tu­je­my cię.

Po­chy­liła się jesz­cze bar­dziej. Twarz ran­ne­go była nie­ru­cho­ma. Bar­dzo nie­ru­cho­ma. Oczy Na­ta­lii po­wo­li się roz­sze­rzały. Aż zro­zu­miała.

- Nie! - krzyknęła i rzu­ciła się na ku­zy­na. Objęła go moc­no. Przy­warła po­licz­kiem do jego po­licz­ka.

- Nie zo­sta­wiaj mnie - szep­tała mu do ucha. - Nie zo­sta­wiaj mnie sa­mej, proszę.

Jej głos cichł, za­ni­kał. Po­tem już tyl­ko leżała obok, nie­ru­cho­ma, jak­by to ją do­padła ko­stu­cha. Zo­stała tak długo. Ra­chel­ka spoj­rzała na Saszę. Po­ki­wał głową. Wzru­szył ra­mio­na­mi. Żon­gler­ka siadła obok Na­ta­lii i gładziła ją po włosach.

Na­ta­lia złapała zębami koc. Bolało ją całe ciało. Ra­mio­na drżały. Nie płakała. Ale szlo­chała su­cho. Bez łez.

- Dla­cze­go? - po­wta­rzała. - Dla­cze­go?

Ra­chel­ka wy­tarła oczy i sięgnęła po wiśniówkę. Podała Na­ta­lii, nie zważając na zdzi­wio­ne spoj­rze­nie męża.

- Pij

Na­ta­lia puściła koc i pod­niosła głowę. Od­garnęła poplątaną grzywkę. Sięgnęła po flaszkę. Pociągnęła. Tak w Ro­sji roz­pra­wia się z me­ta­fi­zyką.

- Dziękuję. - Oddała bu­telkę przy­ja­ciółce, które też zdro­wo łyknęła. Na­wet Sa­sza do­stał dys­pensę.

A po­tem mi­strzy­ni cho­dze­nia po li­nie wstała. Przez chwilę zakręciło jej się w głowie. Myślała, że zwy­mio­tu­je. Ale po­czuła zie­mię pod sto­pa­mi. Twar­dy grunt. Stanęła pro­sto. I zro­biła to, za co An­driej byłby jej wdzięczny. Za co by ją po­dzi­wiał. I sza­no­wał.

- Sa­sza, mu­si­my po­zbyć się ciała - po­wie­działa, jak­by cho­dziło o wy­cieczkę za mia­sto.

Siłacz spoj­rzał na nią zdu­mio­ny.

- Ale... - za­pro­te­sto­wał. - Pop, po­grzeb.

Na­ta­lia stanęła przed nim. Wzięła się pod boki. Spoj­rzała do góry, pro­sto w oczy siłacza.

- To An­driej, mój ku­zyn - po­wie­działa z mocą. - Naj­bliższa mi oso­ba. Coś jak oj­ciec, brat i mąż w jed­nym. Ale in­a­czej nie można. Zro­zum.

Odwróciła się, żeby wi­dzieć też Ra­chelkę.

- An­driej jest... on wal­czył z rządem. Dla nich to ban­dy­ta. Naj­mniej­sze po­dej­rze­nie, że coś was z nim łączy i je­steście ści­ganą zwie­rzyną.

Ra­chel­ka spoj­rzała prze­stra­szo­na.

Na­ta­lii drgnęło ser­ce.

- Prze­pra­szam, że was w to wciągnęłam.

Ra­chel­ka machnęła ręką. Sa­sza coś burknął. Ale za­milkł pod złym okiem żony.

- Mu­si­my wrzu­cić... go - po­czuła, jak trud­no mówić o An­drie­ju jak o przed­mio­cie - do Newy. On by tak chciał. Tak będzie naj­bez­piecz­niej.

- Nie! - Ra­chel­ka krzyknęła prze­rażona. - Trze­ba do zie­mi, bo nie zmar­twych­wsta­nie po Sądzie Osta­tecz­nym.

Na­ta­lia przy­tu­liła przy­ja­ciółkę. Pogłaskała ją po głowie.

- Na­prawdę w to wie­rzysz? - za­py­tała łagod­nie. - Daj An­driej owi odejść tak, jak­by tego chciał. A on za nic miał ba­ja­nia ra­binów. Ko­chał wol­ność.

Sa­sza po­dra­pał się po głowie.

- Przy­dałaby się cho­ciaż mo­dli­twa.

Na­ta­lia wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- Do kogo? Do Dar­wi­na? Do Ba­ku­ni­na? To byli jego bo­go­wie.

Ra­chel­ka po­de­rwała się i wylała za okno her­batę, którą pili. Na zdzi­wio­ny wzrok męża wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- On może nie wie­rzy. Ale ja tak. Trze­ba wylać wodę, żeby nie do­stała się do niej tru­ci­zna z mie­cza Anioła Śmier­ci, Ma­lach ha-Ma­we­ta.

Mała Żydówka krzątała się da­lej. Ze skrzy­ni na ubra­nia zaczęła wy­rzu­cać za­war­tość.

- Gru­by, za­pa­ku­jesz ciało do środ­ka i wy­nie­siesz na ple­cach - roz­ka­zała. - Jest noc, nikt cię nie zo­ba­czy.

Na­ta­lia pokręciła z po­dzi­wem głową.

Czyż Żydówki nie są na­tu­ry mądre jak cha­cha­mii? - za­py­tała w du­chu.

- Po­cze­kaj - po­wie­działa do Sa­szy, gdy ten pod­niósł zwłoki.

Prze­szu­kała kie­sze­nie umarłego. Z pra­wej wyjęła zie­lo­ny ze­szyt Ki­bal­czy­ca. Z le­wej garść pie­niędzy i pasz­port. Oddała siłaczo­wi jego ru­ble.

- Od­bierz ju­tro swój złoty ze­ga­rek - uśmiechnęła się. - I oby za­wsze po­ka­zy­wał ci do­bry czas.

Za­mo­czyła kciuk we krwi i wy­ma­lo­wała na czo­le zmarłego gwiazdę Da­wi­da. Sym­bol połącze­nia zie­mi i nie­ba. Przeżegnała go po chrześcijańsku, zna­kiem słońca i za­mknęła mu po­wie­ki.

- Będę pamiętać, An­driej­ku... - rzekła ci­cho. - Zo­stań z aniołami.

V

- Nie patrz!

Na­ta­lia rzu­ciła w An­drie­ja ściągniętym białym stro­jem cyrkówki. Mężczy­zna sie­dział na łóżku. Złapał spódniczkę i odwrócił się do dziew­czy­ny ple­ca­mi. Siwe włosy opadły mu na kołnierz ma­ry­nar­ki. Miał nie­całe trzy­dzieści lat i białą głowę. Kru­czo­czar­ne włosy wy­blakły jed­ne­go dnia. Przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym.

Na­ta­lia stanęła przed lu­strem naga. Spoj­rzała na swo­je śnia­de ciało z czułością han­dla­rza nie­wol­ników. Długie nogi, tar­cza brzu­cha w ob­ra­mo­wa­niu wąskich bio­der, pier­si, które mieściły się w mi­secz­kach dłoni. Czar­ne kręcone włosy. Je­ro­zo­lim­skie oczy. Spoj­rze­nia mężczyzn goniły ją na uli­cach. Wołały o pożąda­niu i tęskno­cie. Ale ona w lu­strze wi­działa po­krakę. Za chudą, za wy­soką. I ten nos. Na całej ta­fli lu­stra roz­py­chał się wiel­ki jak sy­na­go­ga no­chal. Nie­na­wi­dziła go.

An­driej za­kla­skał. Pa­trzył na Na­ta­lię za­chwy­co­nym wzro­kiem. Znał jej ciało, bo nie­raz kąpali się nago w rze­ce w majątku bab­ki Teo­do­zji. Ale wte­dy byli dziećmi. Dziś miał przed sobą ko­bietę. Dziew­czynę smukłą jak świerk na pia­skach.

- Piękna.

Pod­szedł bliżej. Na­ta­lia, jak ko­bie­ty na ob­ra­zach sta­rych mistrzów, zasłoniła skrom­nie łono i pier­si.

- Je­stem okrop­na... nie znasz się...

Wie­działa, że wolał chłopców.

An­driej pokręcił głową.

- Bu­tur­lin będzie za­szczy­co­ny, że okrad­nie go tak wspa­niała ko­bie­ta...

Do­tknął jej bio­dra. Lek­ko prze­ciągnął pal­cem po ak­sa­mit­nej skórze. Na­ta­lia po­czuła miłe mro­wie­nie roz­le­wające się po całym cie­le.

Przy­tu­lił ją. Zakręciło się jej w głowie.

Pocałuj mnie, bra­cie - pro­siła w du­chu. Nada­rem­no. An­drie­ja pod­nie­cała tyl­ko jed­na ko­chan­ka. Re­wo­lu­cja.

- Włóż - podał jej swoją ko­szulę.

Na­ta­lia prze­brała się za mężczyznę.

Wi­działa w lu­strze, jak jej kształty giną w luźnych czar­nych spodniach i ma­ry­nar­ce. Jak z nie­zgrab­nej dziew­czy­ny za­mie­nia się w młode­go mężczyznę, ro­bot­ni­ka, pro­le­ta­riu­sza.

Ja­kie to pro­ste - myślała. - Ukryć się przed lo­sem.

Jako nie ko­bie­ta nie mu­siała za­mar­twiać się swo­im bólem. Te­raz w po­ko­ju było dwóch młodych mężczyzn. Chłopaków, którzy chcie­li zmie­nić świat.

An­driej machnął te­le­gra­mem.

Cio­tecz­ka kupiła sofę. Wra­ca do domu we wto­rek - prze­czy­tał.

- Nasz człowiek w War­sza­wie prze­syła wia­do­mość - uśmiechnął się z trium­fem. - Bu­tur­lin je­dzie do Pe­ters­bur­ga. Wszyst­ko to­czy się według pla­nu.

Młokos o imie­niu Na­ta­lia uśmiechnął się do swo­je­go ob­li­cza w lu­strze. Śmiało, z męską fan­tazją, objął stojącego obok si­wowłose­go młodzia­na i roześmiał się szczęśliwy.

- Ko­cham cię...- po­wie­dział po pro­stu.

I pocałował An­drie­ja w usta.

Mężczy­znom wol­no więcej - śmiał się w du­chu.

An­driej się zmie­szał. Wiel­ki anar­chi­sta, a czer­wie­ni się jak sztu­bak. Sięgnął do kie­sze­ni i wyjął sztucz­ne wąsy. Przy­kleił "to­wa­rzy­szo­wi" nad wargą i do­cisnął kciu­kiem.

- Bra­cie - po­wie­dział. Głos miał gęsty jak pop przed iko­no­sta­sem. - Te­raz wszyst­ko zależy od cie­bie.

Na­ta­lia również spo­ważniała.

Tyle prze­ga­da­nych nocy, ma­rzeń i planów - pomyślała. - A te­raz nad­cho­dzi ta jed­na chwi­la, chwi­la praw­dy. Ile je­stem war­ta?

Przy­tu­liła An­drie­ja moc­no. Po bra­ter­sku.

Wy­szli na mia­sto. Stróż za­mia­tał podwórko. Na­ta­lia przeszła obok nie­go jak po rozżarzo­nych węglach.

A jak po­zna? - myślała ze stra­chem.

Ale do­zor­ca pod­niósł głowę i omiótł ją nie­widzącym spoj­rze­niem.

Ot, dwóch mężczyzn. Częsty wi­dok w jego ka­mie­ni­cy, gdzie młode pracz­ki przy­ciągają sta­da samców.

Na uli­cy An­driej uśmiechnął się z trium­fem.

- Je­steś nie­wi­dzial­na!

Prze­szli kil­ka ulic. Ta dziel­ni­ca Pe­ters­bur­ga były za­miesz­ka­na przez rze­mieślników i ro­bot­ników. Bied­nych, spra­co­wa­nych lu­dzi. Po drew­nia­nym bru­ku tur­ko­tały żela­zne koła wozów. Chod­ni­ka­mi obok śmierdzących rynsz­toków prze­my­ka­li czy­now­ni­cy powyżej dzie­siątej kla­sy, chłopi w znisz­czo­nych kożuchach i bro­da­ci popi. An­driej stanął przed drzwia­mi szyn­ku. Od schodów pro­wadzących w dół zionęło go­rzałką, go­to­waną ka­pustą i nie­my­ty­mi ludz­ki­mi ciałami.

- To tu­taj? - Na­ta­lia nie była za­chwy­co­na.

Ze­szli do piw­ni­cy. Dziew­czy­na po­wo­li, nie­pew­nie.

Jak oni mogą cho­dzić, gdy mają tyle ma­te­riału w kro­ku? - pomyślała ze współczu­ciem.

Sie­dli przy sto­le, na którym kop­cił oliw­ny ka­ga­nek. Obok na kon­tu­arze leżały po­kro­jo­ne ogórki i głowy ryby. Śmier­działy, aż skręcało kisz­ki. U właści­cie­la su­che­go jak skórka chle­ba rzu­co­na za piec zamówili ta­lerz blinów ze śmie­taną. Sie­dli nad nimi i po­pi­jając wódkę z od­kor­ko­wa­nej bu­tel­ki cze­ka­li wie­czo­ru. Na­ta­lia paliła pa­pie­ro­sy i mimo za­du­chu była szczęśliwa. Czuła, że może prze­no­sić góry.

- Te­raz, gdy je­steś mężczyzną, mu­sisz za­cho­wy­wać się in­a­czej - An­driej upił łyk gorącej her­ba­ty ze szklan­ki. - Mu­sisz być bez­względna.

Na­ta­lia stężała.

Czy po­tra­fię?

Nie była pew­na.

- Naj­ważniej­szy jest ze­szyt Ki­bal­czy­ca - mówił si­wowłosy anar­chi­sta. - Mu­sisz być go­to­wa zabić dla nie­go...

Na­ta­lia kiwnęła nie­pew­nie głową. Po­pa­trzyła na gru­ba­sa pod ścianą, który odłożył ka­pe­lusz na stół i łyżką młócił kaszę gry­czaną z gara. Oczy łzawiły mu z wysiłku.

- Mówiłeś, że nie będzie­my za­bi­ja­li bez po­trze­by - za­pro­te­sto­wała.

- Mówiłem... - An­driej uśmiechnął się aniel­sko. - I po­wta­rzam. Ale gdy­by Bu­tur­lin próbował ci prze­szko­dzić... masz to.

Podał jej pod stołem nóż. Na­ta­lia po­czuła w dłoni zimną stal. Obłą rękojeść sprężynow­ca. Ukryła go w ręka­wie i prze­niosła do kie­sze­ni spodni. Ciążył jej, jak­by ważył sie­dem pudów.

Przy­po­mniała so­bie słomianą kukłę, którą ude­rzała mie­siącami pod okiem An­drie­ja, ćwicząc śmier­tel­ne cio­sy. Znała położenie tętnic w cie­le. Wie­działa, pod które żebro ude­rzyć, żeby prze­bić ser­ce.

Może to wszyst­ko tyl­ko mi się śni? - pomyślała z na­dzieją.

Lecz nie. Wie­działa, że kosz­mar jest jawą. Jej życiem. Życiem prze­rażone­go na­ro­du wy­bra­ne­go jęczącego pod knu­tem ty­ra­na.

- Zro­bię to - szepnęła.

W gar­dle jej zaschło.

Za­mo­czyła usta w wódce.

Roz­kasłała się.

An­driej walnął ją w ple­cy. Po bra­ter­sku. Roześmiał się. Ta­kim go za­pa­miętała. Twarz roz­jaśnio­na wewnętrznym światłem. Ku­rze łapki wokół oczu. Wy­szcze­rzo­ne, żółknące zęby. Jej przy­szy­wa­ny brat. Pla­to­nicz­ny ko­cha­nek. Człowiek, który nadał kształt jej dziew­czyńskim snom.

Gdy noc objęła moc­no śpiący Pe­ters­burg, dorożką pod szynk za­je­chał Ju­rij Go­dlieb. Trze­ci z wta­jem­ni­czo­nych w plan na­pa­du na pociąg. Zażywny gru­ba­sek w przy­cia­snej ma­ry­nar­ce. Z kołnie­rzem przy­sy­pa­nym łupieżem. Syn popa. An­driej objął go moc­no na po­wi­ta­nie. Szyb­ko, prze­lot­nie pocałował w usta. Pa­no­wie się za­czer­wie­ni­li.

Męska miłość gor­sza niż grzech - pomyślała Na­ta­lia. - To też mu­si­my zmie­nić.

Ju­rij był ko­chan­kiem An­drie­ja. W gorące, namiętne noce śnili o no­wym, lep­szym świe­cie. Try­skając na­sie­niem ma­rzy­li, że użyźniają glebę, na której wyrośnie.

Po­je­cha­li tur­kocącym wo­zem na przed­mieścia. Na­ta­lia trzy­mała na ko­la­nach wo­rek z ekwi­pażem.

- Na kru­cy­fiks - wołał Ju­rij - Noc piękna, aż strach!

I po­gwiz­dy­wał re­li­gij­ne me­lo­die. Napięcie eks­plo­do­wało w nim ner­wową wesołością.

A co, jeżeli mój nie­daw­ny upa­dek był ostrzeżeniem? - pomyślała dziew­czy­na. - Może trze­ba się wy­co­fać?

Ale wie­działa, że zaszła za da­le­ko. Nie może za­wieść An­drie­ja. Nie zwykła zdra­dzać lu­dzi, którzy oka­za­li jej ser­ce.

Si­wowłosy pro­wo­dyr wy­czuł tę nie­pew­ność. I uścisnął moc­no jej dłoń.

Wóz je­chał wol­no, bo całko­wi­te ciem­ności rozświe­tlała tyl­ko naf­to­wa lam­pa ki­wająca się na dy­sz­lu. Wokół nich ciągnęły się płoty, ni­skie drew­nia­ne ba­ra­ki, bie­da i ohy­da upadłego mia­sta. Wiel­ki Sankt

Pe­ters­burg, ser­ce im­pe­rium, za­mie­niał się w cuchnąca gnojówką wieś. Da­lej były już tyl­ko pola. Nie­skończo­na prze­strzeń zasłonięta nocą. Po dłuższej podróży prze­je­cha­li z tur­ko­tem tory ko­le­jo­we. Tu Ju­rij za­trzy­mał powóz.

Na­ta­lia ze­sko­czyła na zie­mię. Nadal czuła uścisk w żołądku. Obok niej stanął An­driej.

- Go­to­wa? - ra­czej usłyszała, niż do­strzegła aniel­ski uśmiech to­wa­rzy­sza. Księżyc zniknął za chmu­ra­mi. Wokół mrok jak w du­szy cara. Ju­rij, kląc na ko­nie, zawrócił z tru­dem na wąskiej dro­dze.

- Na kru­cy­fiks! - zawołał. - Do szyb­kie­go zo­ba­cze­nia.

Zaśmiał się, gwizdnął, zaciął dwójkę koni i zniknął w ciem­nościach. Tyl­ko lam­pa mi­go­tała jak zabłąkany świe­tlik.

Za­rzu­ciła wo­rek na ple­cy, wcisnęła kasz­kiet. An­driej był obok. Uścisnął ją czu­le. Jak ko­cha­nek.

- Tyl­ko to­bie mogłem za­ufać - popłynęły z ciem­ności miłe jej ser­cu słowa. - Je­steś naj­lep­sza.

Wszel­kie wątpli­wości zniknęły. Czuła to, co za­wsze przed wejściem na linę. Naj­większe sku­pie­nie. Ab­so­lutną pew­ność.

Naj­lep­sza! - zaśmiała się w du­chu.

Na­prawdę w to wie­rzyła.

Ru­szyła to­ra­mi w kie­run­ku Pol­ski. Nie­da­le­ko była rze­ka, nad którą zbu­do­wa­no most. Wspięła się na przęsło i za­stygła przy­tu­lo­na do me­ta­lu. Cze­kała.

An­driej zo­stał przy dro­dze. Wdra­pał się na słup se­ma­fo­ra i kawałkiem tek­tu­ry zasłonił zie­loną lampę. Po­tem zde­mon­to­wał osłonę czer­wo­nej. Jesz­cze przy­wiązał kil­ka sznurków i był gotów. Noc­ny pociąg z War­sza­wy musi się tu za­trzy­mać.

Siedząca na moście Na­ta­lia zo­ba­czyła, że se­ma­for za­czer­wie­nił się zna­kiem "stop". Od rze­ki ciągnęła wil­goć. Słyszała chlu­po­ta­nie w szu­wa­rach. Drżała z zim­na i przejęcia. Do tej pory re­wo­lu­cja była okrągłymi zda­nia­mi. En­tu­zja­stycz­ny­mi dys­ku­sja­mi w ciepłych po­ko­jach. Te­raz stała się zim­nym, ni­to­wa­nym przęsłem roz­piętym w ciem­nościach. A to zupełnie co in­ne­go.

Ale za­nim strach za­mie­nił ją w słup soli, zaczęło się. Wiel­ka lo­ko­mo­ty­wa bu­chająca parą zwol­niła przed rzeką. Pociąg wta­czał się na most w zgrzy­cie ha­mulców.

Ciot­ka wra­ca we wto­rek - powtórzyła so­bie słowa te­le­gra­mu. Wto­rek według żydow­skie­go ka­len­da­rza to trze­ci dzień ty­go­dnia. Za­tem Bu­tur­lin je­dzie w trze­cim wa­go­nie, licząc od lo­ko­mo­ty­wy. Gdy dach sa­lon­ki błysnął w dole - aku­rat zza chmu­ry wyj­rzał księżyc - sko­czyła. Opadła miękko na nogi, pod­pie­rając się dłońmi. Położyła się na brzu­chu, rozkładając sze­ro­ko ręce. Na ra­zie była bez­piecz­na.

Pociąg nie stał długo. Gdy An­driej zo­ba­czył, że skład minął most, pociągnął za sznur­ki i se­ma­for znów rozbłysnął zie­le­nią.

Sie­dział w ro­wie, gdy eks­pres do Pe­ters­bur­ga po­gnał w kie­run­ku mia­sta.

- Niech twój anioł nie­sie cię na skrzydłach... - życzył dziew­czy­nie z całego swo­je­go anar­chi­stycz­ne­go ser­ca.

Po­tem wspiął się na se­ma­for i odciął sznur­ki. Pierw­sza za­sa­da kon­spi­ra­cji. Jak naj­mniej śladów dla ochra­ny.

Gdy Na­ta­lia pod­no­siła się na ko­la­na, on biegł już w kie­run­ku Pe­ters­bur­ga. Śla­dem dorożki Ju­ri­ja.

Eks­pres pędził, znacząc szlak sno­pa­mi iskier. I kłębami białego dymu rozpływającego się w zim­nym księżyco­wym świe­tle. Wiózł zmęczo­nych, chra­piących, ni­cze­go nieświa­do­mych pasażerów. Można by ich sprze­da­wać na tar­gu jak ba­ra­ny.

Na­ta­lia po­wo­li zbliżyła się do wy­wietrz­ni­ka na środ­ku da­chu. Mroźny pęd po­wie­trza prze­ni­kał do szpi­ku kości. Sięgnęła do prze­wie­szo­ne­go przez ple­cy wor­ka i wyjęła linkę. Przy­wiązała do me­ta­lo­we­go ko­mi­na lu­ftu i tak za­bez­pie­czo­na ru­szyła w stronę krawędzi da­chu.

Po­wo­li, a wszyst­ko będzie do­brze.

Wiatr tar­gał jej ubra­nie i związane włosy. Kasz­kiet za­po­bie­gli­wie scho­wała do wor­ka. Tu­taj nie mu­siała ni­ko­go uda­wać. Męski strój był jej po­trzeb­ny tyl­ko dla wy­go­dy. Włamy­wa­cze nie pra­cują w gor­se­tach i hal­kach.

Niech Bu­tur­lin ko­cha świeże po­wie­trze - mo­dliła się do Ar­cha­nioła.

Nie­ste­ty. Okna sa­lon­ki były za­mknięte.

Z duszą na ra­mie­niu, trzy­mając się lin­ki, za­wisła głową w dół. Włosy uwol­nio­ne od rze­my­ka po­wie­wały jak fla­ga. Szar­pa­ne pędem po­wie­trza fa­lo­wały wokół głowy. Pośliniła gu­mową przy­ssawkę i ude­rzyła w szybę. Wyjętym z wor­ka szklar­skim dia­men­tem za­kreśliła wokół niej koło. Z całej siły pociągnęła za rączkę. Szkło puściło. Aż krzyknęła z wrażenia. Na szczęście w tur­ko­cie kół jej okrzyk zniknął jak ka­mień rzu­co­ny w wodę. Włożyła rękę w wy­kro­jo­ny otwór. Udało jej się otwo­rzyć okno od środ­ka. Wciągnęła się na dach i te­raz opuściła w dół nogi. Smagnęły ją po tyłku wit­ki rosnących przy to­rach krzaków. W od­ru­chu pa­ni­ki za­cisnęła kur­czo­wo pal­ce na krawędzi da­chu.

- Spo­koj­nie - szepnęła. - Po pro­stu wejdź tam.

Szyb­ko wsunęła sto­py w szparę i na­ci­skając ciężarem ciała na okno, opuściła je. Trzy­mając się lin­ki, wsunęła się do wnętrza sa­lon­ki.

Za­wa­dziła o sto­lik i opadła na dy­wan. Hałas, który spo­wo­do­wała, wydał jej się wiel­ki jak zde­rze­nie pa­ro­wozów. Ale nic się nie stało. Nikt nie zaczął krzy­czeć, nikt nie we­zwał strażników. Sięgnęła do wor­ka i wyjęła małą kar­bidówkę. W jej nikłym świe­tle ro­zej­rzała się po sa­lon­ce. Po­kry­te bo­aze­rią ścia­ny przy­ozdo­bio­ne były go­be­li­na­mi wy­szy­ty­mi w ru­sty­kal­ne sce­ny. Drze­wa, pa­stusz­ko­wie, nim­fy. Na środ­ku stał stół, a na nim opróżnio­na bu­tel­ka whi­sky. Pod ścianą ko­zet­ka. Po­deszła wol­no. Bu­tur­lin w roz­piętym mun­du­rze chra­pał pod wełnia­nym ko­cem. Otwar­te usta w na­la­nej twa­rzy wyglądały jak dół klo­acz­ny. Czuła kwaśną woń prze­tra­wio­ne­go al­ko­ho­lu.

Tak wygląda władca War­sza­wy - pomyślała z po­gardą. - Śmierdzący pi­jus. Mogę go załatwić jed­nym cio­sem.

Sięgnęła do wor­ka. Po­czuła zimną rękojeść noża. Za­stygła.

Wie­działa, że tego nie zro­bi. Mor­do­wa­nie śpiących lu­dzi to za dużo na­wet dla ab­sol­went­ki Pe­ters­bur­skie­go In­sty­tu­tu dla Dzie­wic. Wyjęła bu­te­leczkę z ete­rem i chustkę. Wsa­dziła do kie­sze­ni.

Zaj­rzała pod sofę, na półkę z bagażem. Uchy­liła stojący w kącie ku­fer. Wy­rzu­ciła z nie­go ubra­nia. Obej­rzała wszyst­kie kąty. Szu­kała co­raz bar­dziej ner­wo­wo.

Gdzie on to scho­wał? - myślała ze stra­chem.

Ze­szyt Ki­bal­czy­ca zniknął.

Spo­co­na usiadła na ta­bo­re­cie.

Ar­cha­nie­le, dla­cze­go nic mi się nie uda­je? - Chciało jej się płakać.

Mi­ster­ny plan opra­co­wy­wa­ny mie­siącami brał w łeb przez jej ga­pio­stwo.

Za­raz, za­raz - próbowała się uspo­koić. - Na­ta­lio, dziew­czy­no ko­cha­na, gdzie byś scho­wała ze­szyt tak ważny jak ce­sar­stwo?

Pa­trzyła na chra­piącego Bu­tur­li­na. Na jego ciel­sko po­twor­ne, jak­by ktoś we­pchnął krowę pod koc. Głowa leżała na wy­szy­wa­nej złotą nitką po­dusz­ce. A spod po­dusz­ki coś... Ależ tak! Tam coś jest!

Ze­rwała się z ta­bo­re­tu i pod­sunęła la­ta­renkę. Spod po­dusz­ki wy­sta­wała czar­na skórza­na tecz­ka.

Ser­ce jej zabiło. W ustach zaschło.

Ar­cha­nie­le - błagała. - Już Ty wiesz, cze­go po­trze­buję.

Od­sta­wiła światło i ostrożnie chwy­ciła krawędź tecz­ki. Pociągnęła. Nic. Tecz­ka ani drgnęła. Wiel­ki łeb obe­rpo­lic­maj­stra przy­cisnął ją jak ko­wadło. Pociągnęła znów. Tecz­ka wy­sunęła się odro­binę. W ser­ce Na­ta­lii wstąpiła na­dzie­ja. Szarpnęła moc­niej. Już miała teczkę, już była bli­ska zwy­cięstwa, gdy śpiący coś wy­mam­ro­tał. Od­sko­czyła o krok. Pa­trzyła prze­rażona, jak Bu­tur­lin ob­ra­ca się na bok, jego wiel­kie ramię obej­mu­je po­duszkę. Skórza­na tecz­ka zni­ka pod wiel­kim ciel­skiem.

Cho­le­ra - warknęła w myślach. - Może po­win­nam za­szlach­to­wać obe­rpo­lic­maj­stra jak pro­sia­ka?

Przez chwilę nie wie­działa, co robić. Bała się użyć ete­ru. Nie wie­rzyła w jego sku­tecz­ność. Wyj­rzała przez okno. W od­da­li widać było światła. Pociąg zbliżał się do mia­sta. Jej czas się kończył.

W po­czu­ciu osta­tecz­ności oparła dłonie na ra­mie­niu Bu­tur­li­na. Spróbowała prze­to­czyć go na ple­cy. Obe­rpo­lic­maj­ster zaświ­stał, za­mru­czał i zmie­nił po­zycję. Rożek tecz­ki znów się po­ka­zał. Gdy po nie­go sięgała, zo­ba­czyła, że Bu­tur­lin się bu­dzi.

To ko­niec - zawyła w du­szy z roz­pa­czy. - Już po mnie!

Obe­rpo­lic­maj­ster otwie­rał za­ro­piałe oczy. Tarł twarz gru­bym łap­skiem. Wra­cał do życia. Na­ta­lia w pa­ni­ce wyciągnęła bu­te­leczkę z ete­rem. Wylała jej za­war­tość na chustkę i sko­czyła na gru­ba­sa. Prze­to­czyła się po nim i błyska­wicz­nie chwy­ciła go za szyję. Obej­mując za kark, za­tkała mu usta i nos chustką. Obe­rpo­lic­maj­ster zachłysnął się pa­rującym ete­rem. Wciągnął go kil­ka razy, za­nim zaczął wal­czyć. Nie wie­dział, co się dzie­je, ale czuł czy­jeś ciało na so­bie i chciał je zrzu­cić. Mio­tał się, wy­ma­chując na oślep ra­mio­na­mi. Wyglądało to, jak­by potężny byk chciał zrzu­cić z sie­bie chu­de­go jak pa­tyk to­re­ado­ra. Zwierz wierz­gał, a bied­ny po­skra­miacz byków z całych sił próbował utrzy­mać się na jego grzbie­cie. Pchła na słoniu. W końcu Bu­tur­lin osłabł. Z wes­tchnie­niem znie­ru­cho­miał.

- Skur­czy­by­ku - stęknęła Na­ta­lia. - Pra­wie mnie zmiażdżyłeś.

Wy­do­stała się spod nie­ru­cho­me­go ciel­ska i sko­czyła do lam­py.

Zakręciła płomień. Wie­działa, że opa­ry ete­ru tworzą z po­wie­trzem mie­szankę wy­bu­chową. Na­uczyła się tego na wykładach Ciołkow­skie­go. Poza tym bała się, że do sa­lon­ki wpadną żan­dar­mi trzy­mający straż w ko­ry­ta­rzu. Ale nic się nie wy­da­rzyło. Widać wo­ja­cy się po­spa­li. Po omac­ku po­deszła do leżanki i sięgnęła po teczkę. Otwo­rzyła ją. Ser­ce jej załomo­tało. Ze­szyt był tam.

- Dzięki, Ar­cha­nie­le - wes­tchnęła.

Po­kle­pała nie­ru­cho­me ciało obe­rpo­lic­maj­stra.

- Żegnaj, ma­rio­net­ko... - szepnęła i po­deszła do okna.

Czas był naj­wyższy. Pociąg właśnie zwal­niał na przed­mieściach. Tym ra­zem o czer­wo­ne światło se­ma­fo­ra za­dbał Ju­rij.

Na­ta­lia wyśliznęła się przez otwar­te okno, jak żmija. Na chwilę za­wisła nad ciem­nością. Sko­czyła. Opadła na stok i po­to­czyła się po su­chej, zeszłorocz­nej tra­wie. Przy­warła do zie­mi. Ma­rzyła, żeby zo­stać tak na za­wsze. Ser­ce biło jej jak osza­lały ptak skrzydłami o pręty klat­ki. W od­da­li niknął głos odjeżdżającego pociągu.

Na to­rach usłyszała kro­ki. To Ju­rij jej szu­kał.

- Na kru­cy­fiks, dziew­czy­no - krzyknął na jej wi­dok. - Anioły na­prawdę cię ko­chają!

III

Dorożka je­chała New­skim Pro­spek­tem. Na­ta­lia pa­trzyła na Pe­ters­burg, jak­by wylądowała na ob­cej pla­ne­cie.

Gdzie ja je­stem? - Myślała obo­lała. - Kto wzniósł to cho­re, prze­rażające mia­sto?

Domy wiel­kie jak kościoły sza­ta­na. Mar­mu­ro­we zam­ki bo­ga­czy, którzy zbi­li for­tu­ny na rządo­wych zamówie­niach. Nie­kończące się uli­ce, pod którymi skry­to cmen­ta­rze. Chod­ni­ki za­pcha­ne mun­du­ro­wy­mi. Woj­sko, żan­dar­me­ria, stu­den­ci, urzędni­cy. Naj­mar­niej­szy kan­ce­la­ryj­ny gry­zi­piórek obo­wiązko­wo w woj­sko­wym uni­for­mie. Sko­sza­ro­wa­ne społeczeństwo. Ar­mia pod­da­nych cara.

Wszy­scy za­mknięci w więzie­niu wiel­kim jak kraj - myślała.

Dusiła się.

Chciała płakać. Załkała na­wet. Ale su­cho. Bez łez. Czuła, że płacz ro­dzi się pier­siach, pod­cho­dzi do gardła, wspi­na się wyżej i uty­ka gdzieś między no­sem a ocza­mi. Nie po­tra­fiła się rozpłakać. Pragnęła, ma­rzyła, żeby się roz­be­czeć, roz­ma­zać, za­smar­kać. Rozpłynąć w słonej po­wo­dzi. Ale nic z tego. Nie umiała. Od śmier­ci bab­ci łzy za­mie­niły się w ka­mie­nie.

Zaklęła więc moc­no. Po dorożkar­sku. To przy­niosło ulgę.

Woźnica odwrócił się przez ramię.

- To dokąd je­dzie­my? - za­py­tał, wy­mi­jając pi­wo­wa­ra, który wto­czył na jezd­nię beczkę z pi­wem

- Dokąd?.... - Szczęki miała zaciśnięte, jak­by gryzła żela­zo. - Do domu.

- A gdzie sza­now­na pa­nien­ka ra­czy miesz­kać?

- Róg Jam­skiej i zaułka Ku­zniecz­ne­go.

Fur­man cmoknął i popędził ko­nie.

A jeżeli on ma rację? - pomyślała o Ru­blo­wie. - I nig­dy już nie przejdę po li­nie?

Ni­cze­go gor­sze­go nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić.

Cyrk to było całe jej życie. Mat­ki nie znała. Bab­cia Teo­do­zja zginęła w po­gro­mie, gdy Na­ta­lia miała trzy­naście lat. Później­szy czas spędzo­ny w Pe­ters­bur­skim In­sty­tu­cie dla Dzie­wic był kosz­ma­rem. I do­pie­ro tru­pa Ru­blo­wa stał się jej ro­dziną. Praw­dzi­wym do­mem.

To nie była stra­ta pra­cy. Pie­niądze można za­ro­bić wszędzie. To była zdra­da. Cios w ser­ce.

Jak żyć? - myślała. - Ja­kie mam pra­wo żyć? Czy świat choć przez se­kundę za­in­te­re­su­je się lo­sem ta­kiej jak ja sie­ro­ty? Wy­rzut­ka, kun­dla, mie­szańca?

Próbowała się mo­dlić, lecz na próżno. Zmie­niała słowa mo­dlitwy, zmie­niała bogów, do których wzno­siła modły. Czy ma błagać Jah­we, czy jego chrześcijańskie­go bra­ta bliźnia­ka? A może płakać przed ob­ra­zem Najświętszej Pa­nien­ki, bo ja­kie to nie­bo bez ko­bie­ty? Jaki to wszechświat, w którym bra­ku­je Stwo­rzy­ciel­ki? Więc mo­dliła się Oj­cze Nasz i Mat­ko Na­sza... - i już sama nie wie­działa, kim jest. Czy ma pra­wo ko­go­kol­wiek pro­sić o po­moc, sko­ro nie należy do żad­ne­go ple­mie­nia?

- Dwa­dzieścia ko­pie­jek - z po­nu­rych roz­myślań wy­rwał ją dorożkarz.

Weszła po ciem­nych, brud­nych, cuchnących mo­czem scho­dach. Trzy­mała się ścia­ny z od­pa­dającą farbą. Nie­pew­na, obo­lała od upad­ku. W ustach go­rycz żółci. Za­dzwo­niła, dzwo­nek brzęczał głucho, jak­by był z żeli­wa, nie z mie­dzi.

Drzwi otwo­rzył An­driej. Wy­so­ki, siwy, w ak­sa­mit­nym szla­fro­ku. By­stre, lecz pod­puch­nięte z nie­do­spa­nia oczy.

Uśmiechnął się ser­decz­nie.

- Sio­strzycz­ko. Skąd ty tu?

Po­czuła ciepło w ser­cu. Wil­goć pod po­wie­ka­mi. Oto je­dy­ny człowiek, dla którego coś zna­czy. Bli­ski jak ro­dzo­ny brat. Wszak wy­cho­wa­li się ra­zem. Objęła go z czułością. Oddał uścisk. Ach, jak do­brze po­czuć pew­ne męskie ra­mio­na. Za­pach cy­gar. Nagłą falą wrócił smu­tek.

- Och, An­driej, co za nieszczęście!

Spoj­rzał uważnie. Po­czuła, jak­by zaj­rzał na dno jej du­szy. Nie po­wie­dział nic, wciągnął do miesz­ka­nia. Za­mknął drzwi i po­pro­wa­dził do po­ko­ju, gdzie stała ka­na­pa z wy­so­kim drew­nia­nym opar­ciem. Po­sa­dził, przy­niósł szklankę her­ba­ty.

Siadł obok, oto­czył ra­mie­niem.

- Mów.

Opo­wie­działa mu ostat­nie wy­da­rze­nia. Oczy miała su­che. Ale ser­ce sko­wy­czało żałością.

An­driej wysłuchał uważnie. Po­tem złapał de­li­kat­nie za ra­mio­na.

- Je­steś cała?

Po­ki­wała głową, że tak. Jest cała. Zdro­wa. Choć po­ra­nio­na na du­szy.

An­driej uśmiechnął się znów. Uśmiech miał aniel­ski.

- Wszyst­ko będzie do­brze - po­cie­szył. - Do­brze, że żyjesz. Do­brze, że ten du­si­grosz Ru­blow cię wy­rzu­cił. Będziesz mi te­raz bar­dzo po­trzeb­na.

VI

Ga­bi­net cara był wiel­ki jak wnętrze cer­kwi. Świe­ce w wie­lo­ra­mien­nych lich­ta­rzach pod ścia­na­mi się paliły, mimo że dzień był ja­sny. Bu­tur­lin, w ga­lo­wym mun­du­rze, brzękając me­da­la­mi, szedł po czer­wo­nym dy­wa­nie po­nu­ry jak mo­skiew­ska za­ra­za. Z ob­razów spoglądały na nie­go su­ro­we twa­rze Ro­ma­nowów. Obe­rpo­lic­maj­ster był pe­wien, że słyszy głosy obu­rzo­nych przodków:

Nędzni­ku! - wołała Ka­ta­rzy­na I wy­pro­sto­wa­na na ko­niu. - Jak śmiesz tu przy­cho­dzić po tym, co się stało? Bękar­cie, wy­skrob­ku!

Mikołaj I łypał zły jak sta­do os:

Cóż eś uczy­nił, łachu­dro! Miałeś w ręce broń straszną jak grzmot, miecz ogni­sty na pohańbie­nie wrogów ce­sar­stwa, czy­li świa­ta całego! I dałeś so­bie wyjąć z ręki jak dziec­ko za­bawkę. Wstyd, sro­mo­ta. Na­prawdę, daw­no się tak nie wku­rzyłem. Może gdy ci dur­ni Po­lacz­ko­wie w 1831 zrzu­ci­li mnie z królew­skie­go tro­nu!

Na­wet oj­ciec, Alek­san­der II, którego por­tret wi­siał na sa­mym końcu ga­bi­ne­tu, nad biur­kiem, przy którym urzędował obec­ny car, pa­trzył ze smut­kiem.

Syn­ku... - szep­tał - za­wiodłem się na to­bie... do pa­sa­nia świń się weź, nie do po­li­ty­ki.

Bu­tur­lin czuł się pognębio­ny. Bez ze­szy­tu Ki­bal­czy­ca był ni­kim. Ze­rem. Ka­torżni­kiem, sy­be­ryj­skim chłopem.

Po­wo­li zbliżał się do wiel­kie­go biur­ka, za którym jak Bóg Wszech­mogący roz­siadł się car. Szedł jak na ścięcie.

Że też mnie do­bu­dzo­no - myślał z żalem.

Gdy rano wy­mio­to­wał na podłogę wa­go­nu eks­pre­su War­sza­wa - Pe­ters­burg, przez chwilę miał na­dzieję, że to sku­tek prze­pi­cia. Ale szyb­ko przy­po­mniał so­bie nocną walkę. Zro­zu­miał, że go uśpio­no. Zawył z wściekłości. Dziu­ra wycięta w oknie i brak czar­nej tecz­ki dopełniły fu­rii. Miał ochotę mor­do­wać. Ale te­raz wolałby uciec, za­szyć się gdzieś u ujścia Newy, za­ginąć na mo­cza­rach, niż przy­znać się przed swo­im przeświet­nym bra­tem, władcą Im­pe­rium Ro­syj­skie­go, do porażki.

Psia­krew - du­sza wyła w nim ze zgro­zy. - Już po mnie!

Alek­san­der III, potężny mężczy­zna, który dla kro­to­chwi­li swo­ich dzie­ci łamał w dłoniach pod­ko­wy, pod­niósł się na wi­dok wchodzącego. Rozłożył ra­mio­na. Twarz miał opuchłą od złego je­dze­nia, ale usta roz­ciągnął w przy­ja­ciel­skim uśmie­chu.

- Bra­cie... - po­wie­dział ciepło, jak­by chciał go przy­tu­lić do pier­si.

Bu­tur­li­na zmro­ziło.

Udu­sić chce, swołocz.

Dla pew­ności stanął za biur­kiem i złożył głęboki ukłon.

- Wa... Wa­sze Wi­ni­czie­stwo... za­szczyt to dla mnie ogrom­ny.

W oczach władcy do­strzegł fi­gli­ki.

Cie­szy się, że mnie upo­ko­rzy - za­pe­rzył się obe­rpo­lic­maj­ster.

- Niki...- twarz cara była jak słońce w lip­cu. - Wi­taj w domu.

Pod­szedł i ucałował bra­ta w po­licz­ki. Na ra­mio­nach włoda­rza

War­sza­wy włosy stanęły dęba.

Musi być ze mną rze­czy­wiści źle... - myślał stra­chli­wie. - Za­raz wbi­je mi nóż w ple­cy.

Alek­san­der III zda­wał się nie do­strze­gać jego zmie­sza­nia.

- Twój wi­dok cie­szy na­sze oczy... - rzekł.

Bu­tur­lin zadrżał jak osi­ka.

Usie­dli przy sto­le pod oknem w fo­te­lach wy­wie­zio­nych z Luw­ru w cza­sie królobójstwa we Fran­cji. Car uśmiechnął się po raz ko­lej­ny.

- Z czym przy­by­wasz?

Gdy­by obe­rpo­lic­maj­ster miał pi­sto­let, strze­liłby so­bie w skroń.

- Wiozłem Wa. Wam władzę nad świa­tem... - wy­du­kał. - Ale... na­pad­nięto mnie. O. ooo... ob­ra­bo­wa­no.

Chciało mu się płakać. Wie­dział, że jest skończo­ny.

A car po pro­stu upił łyk kawy o bar­wie gru­zińskiej zie­mi, za­gryzł pier­ni­kiem i spoj­rzał na bra­ta z czułością.

Pa­trzy na mnie z czułością - myślał obe­rpo­lic­maj­ster. Który z nas zwa­rio­wał?

Łyknął ko­nia­ku. Car po­ki­wał głową.

- Ro­zu­miem twoją zgry­zotę, bra­cie, ale nie smuć się nie­po­trzeb­nie. Od­zy­ska­my no­tat­ki Ki­bal­czy­ca.

Obe­rpo­lic­maj­stro­wi oczy wyszły na wierzch. Czy słuch go myli? A może śni? Jego wiel­ka ta­jem­ni­ca, se­kret, który pieścił w du­szy jak małż perłę, jaw­ny ni­czym plot­ka na tar­gu?

- Ale skąd Wa... Wa­sza Miłość wie?

Alek­san­der III uśmiechnął się za­do­wo­lo­ny, jak­by spłatał niezłego fi­gla. Przez chwilę bawił się filiżanką z miśnieńskiej por­ce­la­ny. W jego potężnej łapie wy­da­wała się de­li­kat­na jak skrzydła mo­ty­la. W końcu zli­to­wał się, od­sta­wił ją na stół i rzekł:

- Hra­bia Tołstoj, którego uczy­niłem mi­ni­strem spraw wewnętrznych, zo­bo­wiązany jest in­for­mo­wać mnie o wszel­kich za­grożeniach. A dzi­siej­szej nocy człon­ko­wi mo­jej ro­dzi­ny gro­ziło wiel­kie nie­bez­pie­czeństwo. Nic dziw­ne­go, że hra­bia oso­biście do­pil­no­wał śledz­twa. Za­nim do­tarłeś do pałacu, jego lu­dzie wzięli na spyt­ki Ciołkow­skie­go. Wiem wszyst­ko o two­ich pla­nach. I po­chwa­lam. Do­bro ce­sar­stwa leży ci na ser­cu. Bra­wo!

Bu­tur­lin po­czuł, że jego pier­si ogrze­wa nurt ciepłej krwi. I nie ko­niak był tego przy­czyną. Brat do­ce­nił go. Okrut­ny, nie­czuły bra­ci­szek, zim­ny jak wody Komyły. Na­resz­cie! Pierw­sze do­bre słowa, które od nie­go usłyszał. Pod po­wie­ka­mi szczy­pały łzy.

- Chcia... chciałem do­brze... Ale ktoś zdra­dził - jęknął.

Car pod­sunął bra­tu filiżankę kawy.

- Znaj­dzie­my go... - uśmiechnął się. - Tym się nie kłopocz... hra­bia Tołstoj wyłapie wszyst­kich ni­hi­listów.

Bu­tur­lin się roz­luźnił. Cze­goś ta­kie­go się nie spo­dzie­wał. Alek­san­der III żywi ludz­kie uczu­cia. Prędzej uwie­rzyłby w białe niedźwie­dzie na uli­cach War­sza­wy. Widać, cuda się zda­rzają. I dla nie­go - od­rzut­ka, bękar­ta, wy­skrob­ka - na­deszła spra­wie­dli­wość.

- Wa... Wa­sze Wi­ni­czie­stwo... - po­zwo­lił so­bie na śmiałość. - Za­raz po po­wro­cie do Pri­wi­slie­nia roz­pocznę własne śledz­two. Dopełnię wszel­kich sta­rań, aby spra­wa Ki­bal­czy­ca zo­stała dokład­nie wyjaśnio­na, a wszy­scy wi... win­ni po­nieśli karę. Ta strasz­na broń... tyl­ko car Wszech­ro­sji może mieć ta­kie dia­bel­stwo. Tyl­ko praw­dzi­we­mu władcy należy się ko­lec skor­pio­na.

Alek­san­der III uśmiechnął się pobłażli­wie. Właści­wie lubił prze­sadę.

- Ko­cha­ny - wziął go za ramię - ty się te­raz tym nie kłopocz. Inne mam dla cie­bie za­da­nie.

De­li­kat­nie zmu­sił go do wsta­nia i pociągnął za sobą. Ru­szy­li na spa­cer po pałacu. Mi­ja­li rzeźby z ala­ba­stru, ob­ra­zy w złotych ra­mach, żyran­do­le mi­goczące łzami krysz­tałów. Otwie­rały się przed nimi ko­lej­ne drzwi z nie­skończo­ne­go sze­re­gu barw­nych po­koi. Strażnicy sa­lu­to­wa­li, odźwier­ni we fran­cu­skiej li­be­rii za­my­ka­li za nimi skrzydła am­fi­la­dy.

Cud... - myślał Bu­tur­lin odu­rzo­ny ko­nia­kiem na pu­sty żołądek. - Odkąd oj­ciec umarł, będzie już ze trzy lata, nie miałem tu wstępu. A te­raz sam car jak po­ko­jo­wiec ciągnie mnie po swo­ich in­tym­nych za­ka­mar­kach... ".

Był za­chwy­co­ny. Czuł, że jego pech się skończył. Ce­sarz na­resz­cie przej­rzał na oczy. I doj­rzał w nim sprzy­mie­rzeńca. Naj­wier­niej­sze­go z wier­nych.

Za­trzy­ma­li się w kom­na­cie ozdo­bio­nej złotem i bursz­ty­nem. Słońce wpa­dało przez otwar­te okno i więzło w wyjątko­wej piękności fry­zach. Bu­tur­lin pa­trzył z za­zdrością.

- Bra­cie, widzę, że je­steś czuły na piękno... - ode­zwał się car.

Obe­rpo­lic­maj­ster żachnął się, za­wsty­dzo­ny, przyłapa­ny na pożąda­niu.

- Tru... trud­no ode­rwać od tego oczy.

Wska­zał na smukłe ciało wy­rzeźbio­nej w bursz­ty­nie sy­re­ny. Jej ko­bie­ce wdzięki migały bez osłony w słonecz­nych bla­skach.

Car się roześmiał. Klepnął z roz­ma­chem bra­ta po ple­cach.

- W Pe­ters­bur­gu też słysze­liśmy to i owo... Nie prze­puścisz żad­nej pol­skiej nim­fie. Bra­wo, bra­cisz­ku!

Bu­tur­lin roześmiał się nie­pew­nie. Wie­dział, że car nie po­chwa­la cu­dzołóstwa. W Chry­stu­sie i ro­dzi­nie wi­dział zba­wie­nie dla Ro­sji. I mimo nie­ogra­ni­czo­nych po­kus, na ja­kie narażała go wy­zna­czo­na przez opatrz­ność rola, po­zo­sta­je wier­ny małżonce, bo­go­boj­nej Dag­ma­rze Ma­rii Fio­do­row­nej. On, Bu­tur­lin, bar­dziej wdał się w ich ojca, Alek­san­dra II, który słynął z ju­nac­twa.

- Krew nie woda... - śmiał się da­lej car.

Bu­tur­lin za­czy­nał czuć nie­pokój. Gwałtow­na me­ta­mor­fo­za bra­ta była po­dej­rza­na.

Czy igra so­bie ze mną, aby za mo­ment strącić w prze­paść? - pomyślał za­trwożony.

Lecz Alek­san­der II nie miał złych za­miarów. Nie te­raz. Po­trze­bo­wał go. Tam, w War­sza­wie.

Pod­pro­wa­dził bra­ta do fo­te­la z wygiętym opar­ciem. Po­dob­ny miał Lu­dwik XVII. Po­sa­dził.

- Spójrz - wska­zał ręką nie­oce­nio­ne bo­gac­twie zdo­biące kom­natę. - Złoto, ru­bi­ny, cen­na żywi­ca za­stygła w ka­mień przed wie­ka­mi. To na każdym robi wrażenie. Czy przy­szedł na świat w kur­nej cha­cie, czy w łożu władcy im­pe­rium

Bu­tur­lin po­ki­wał zgod­nie głową.

Car chwilę cho­dził wzdłuż ścian z założony­mi w tył rękami. Obe­rpo­lic­maj­ster wo­dził za nim wzro­kiem.

- Muszę ci za­wie­rzyć pe­wien se­kret... Rzecz, która leży mi ka­mie­niem na ser­cu... - Car stanął na wprost nie­go. Był wiel­ki jak góra. Bu­tur­lin, który nie należał do ułomków, po­czuł się nie­pew­nie.

- Źle się dzie­je w na­szej oj­czyźnie, występek łeb pod­no­si, nie­cno­ta trium­fu­je - mówił władca. - Gi­nie sza­cu­nek dla spraw świętych, a wiecz­nych. I nie o ni­hi­li­stach mówię, tych szczu­rach podłych, którzy ojca na­sze­go, świętej pamięci Alek­san­dra Mikołaje­wi­cza życia po­zba­wi­li; nie o mo­dach za­chod­nich, które tru­ciznę li­be­ra­li­zmu sączą do umysłów pro­staczków, nie o czar­nej rze­szy pro­le­ta­riu­szy, którzy lęgną się w trze­wiach fa­bryk, okrut­ni i fałszy­wi, roją o świa­tach no­wych, ko­niec na­sze­go porządku za­po­wia­dając; więc nie o nich wszyst­kich rzeczę - którzy jako wrzód na cie­le ma­tecz­ki na­szej, Ro­sji... Nie o nich. Bo tyl­ko lud pro­sty, ci­chy, a bo­go­boj­ny li­czy się na tym naj­po­dlej­szym ze światów. I o nie­go dbać trze­ba, bo du­sza w na­szym na­ro­dzie czer­stwa, piękna i nie­zwy­ciężona. Gdy ją ura­tu­je­my, przed upad­kiem po­wstrzy­ma­my, im­pe­rium wiecz­nie trwać będzie.

Bu­tur­lin pa­trzył za­dzi­wio­ny, jak twarz cara pro­mie­nie­je wewnętrznym światłem. Jak­by pro­ro­ko­wał, jak­by był jed­nym z tych świętych mężów, którzy po wsiach od­ległych chodzą z wo­rem i ko­stu­rem, o zba­wie­niu ba­jając.

Prawdą jest, że w Ro­sja­ni­nie du­sza na pierw­szym miej­scu - pomyślał. - Choćby i u cara.

Alek­san­der za­milkł, jak­by za­wsty­dzo­ny wy­bu­chem żar­li­wym. Twarz w dłoniach ukrył. Gdy znów ją uka­zał, już był sobą. Gwałtow­ni­kiem i pro­sta­kiem. Bu­tur­lin ode­tchnął.

- Tyle że głupi ten nasz lud ogrom­nie. - Car wydął usta. - A z głupotą wal­czyć się nie da. Oswoić ją trze­ba.

I wta­jem­ni­czył bra­ta z nie­pra­we­go łoża w swój plan. Otóż nie­daw­no, bo przed ro­kiem, w jego obec­ności odbyło się w Mo­skwie uro­czy­ste poświęce­nie świątyni Chry­stu­sa Zba­wi­cie­la. Mo­nu­men­tal­ny ten dom boży, jak każde ro­syj­skie dziec­ko wie, bu­do­wa­ny był przez pół wie­ku jako wy­raz wdzięczności za ura­to­wa­nie Ro­sji przed nawałą tego fran­cu­skie­go żaboożercy i du­po­jeb­cy Na­po­le­ona. Trzech carów - Alek­san­der I, brat jego, Mikołaj I oraz syn jego, a ich oj­ciec, Alek­san­der II - do­ko­nało żywo­ta, za­nim dźwi­gnięto w górę wielką jak góra świątynię. A wiel­kość jej prze­rażająca i na chwałę ce­sar­stwa usta­no­wio­na. Trzy­dzieści pięter pa­trzy na lud swój wier­ny, ścia­ny gru­be na pięć ar­szynów, z czter­dzie­stu mi­lionów ce­gieł po­sta­wio­ne. Na szczy­cie kopuła wiel­ka ni­czym pi­ra­mi­da blachą mie­dzianą bita, a na niej krzyż trzy­piętro­wy.

Wnętrze tego przy­byt­ku pańskie­go za­chwyt i lęk wier­no­pod­dańczy bu­dzi. Oświe­tlo­ne świe­ca­mi z trzech tysięcy świecz­ników w mu­rach swych po­mieścić może kil­ka­naście tysięcy dusz kon­tak­tu ze Zba­wi­cie­lem spra­gnio­nych.

Ale to mało. Wstrząs, ja­kie­go do­znają lu­dzie prości na wi­dok tej mon­stru­al­nej cer­kwi, strach i chęć uko­rze­nia się w pyle; radość i wdzięczność, że Bóg po­zwo­lił im być częścią naj­wspa­nial­sze­go z na­rodów - to wszyst­ko większe być musi. Musi być ogrom­ne jak nie­zmie­rzo­ne są białe pu­sty­nie Sy­be­rii, jak niezgłębio­ne odmęty Baj­kału i nie­pojęta moc rodu Ro­ma­nowów. Bo tyl­ko w tym ra­tu­nek, tyl­ko me­ta­fi­zycz­ne prze­rażenie oca­lić może lud przed zgni­lizną, która to­czy jego duszę, a ce­sar­stwo przed zagładą.

- I zna­lazłem sposób. - Car zmęczo­ny wykładem przełknął ślinę. - Więcej złota...

Bu­tur­lin uśmiechnął się nie­pew­nie. Nie ro­zu­miał.

- To pro­ste. Kopuła mie­dzia­na na ta­kiej świątyni to pomyłka. Od­daję hołd moim wiel­kim po­przed­ni­kom... Lecz nie do­tar­li w swo­im dążeniu do końca. Nie zdo­by­li się na zwieńcze­nie dzieła. Trze­ba kopułę po­kryć złotem. Tyl­ko jarząca się w świe­tle dnia złota góra nad mia­stem na­prawdę po­ru­szy ro­syjską duszę.

Alek­san­der III za­milkł. Oto wy­ra­ził swo­je kre­do. Mit władzy. Nic tu nie było do do­da­nia.

Ci­sza trwała długo. Car pa­trzył bez uśmie­chu.

- Za­sta­na­wiasz się pew­nie, po co ci to mówię?

Bu­tur­lin skwa­pli­wie kiwnął głową. Ro­zu­miał: bat, kaj­da­ny, Sy­bir. Zgru­cho­ta­ny kręgosłup, strzał w tył głowy. To prze­ma­wiało do jego du­szy. W tym wi­dział przyszłość mo­car­stwa. Ale me­ta­fi­zy­ka złota? Za lek­kie to było... za dęte...

Car przy­sunął so­bie fo­tel i usiadł. Spoj­rzał z przy­jem­nością na złoto bursz­ty­no­wy wystrój kom­na­ty. Bo­gac­two było dla nie­go jak ko­mu­nia. Klepnął się z roz­ma­chem w uda.

- Dzięki Bogu, oj­ciec nasz sprze­dał Alaskę.

Nie­pokój Bu­tur­li­na rósł. Ala­ska ko­ja­rzyła mu się z El­do­ra­do. Kra­iną złota. Jaka ko­rzyść dla ce­sar­stwa z tego, że oj­ciec ich, Alek­san­der III, nie mogąc utrzy­mać władzy na zim­nym skraw­ku da­le­kie­go kon­ty­nen­tu oddał go przed laty za bez­cen tym cho­ler­nym jan­ke­som?

Car z roz­ba­wie­niem pa­trzył na po­mie­sza­nie przy­by­sza z Pri­wi­slie­nia.

Roz­miękcza go ta wóda, oj roz­miękcza. Umysł jak rze­szo­to. Ale to już niedługo... ostat­nie zaśpie­wy ptasz­ka - myślał.

- Dwa­dzieścia lat nie­spełna minęło, odkąd świętej pamięci oj­ciec nasz od­sprze­dał Ame­ry­ka­nom Alaskę za sie­dem mi­lionów do­larów z małym ogon­kiem - przy­po­mniał hi­sto­rię z 1867 roku. - Czy wiesz, co się stało z tymi pie­niędzmi?

Bu­tur­lin wzru­szył ra­mio­na­mi. A niby skąd miał wie­dzieć? Był tyl­ko ubo­gim ce­sar­skim bra­tem, głupta­kiem wysłanym na pro­wincję.

- Nig­dy nie do­tarły do na­sze­go skarb­ca - ciągnął car. - Oj­ciec pożyczył całą sumę Fran­cisz­ko­wi Józe­fo­wi. Tam­ten aku­rat zakładał Au­stro-Węgry, po­trze­bo­wał dużych sum na utrzy­ma­nie porządku. Wziął do­la­ry na ni­ski pro­cent, pod wa­run­kiem że gdy przyj­dzie czas, odda w szcze­rym złocie.

Bu­tur­lin nad­sta­wił ucha. Te­mat był mu bli­ski. Sam miał ko­lo­sal­ne długi.

- Prawdę mówiąc, oj­ciec nas zajęty wojną z Turcją i ukry­wa­niem się przed zabójca­mi, którzy ści­ga­li go po całej Eu­ro­pie, za­po­mniał o pożycz­ce - wyjaśnił Alek­san­der. - Ale rze­tel­ność au­striac­ka jest przysłowio­wa. Fran­ci­szek Józef od­da­je długi. Niedługo wyśle do nas prze­syłkę wartą ze dwa­dzieścia mi­lionów ru­bli.

Obe­rpo­lic­maj­ster przełknął ślinę. Le­d­wo obej­mo­wał ro­zu­mem taką sumę. Sam rocz­nie na hu­lan­ki i wyścigi prze­pusz­czał nie więcej jak dwa­dzieścia tysięcy.

- To będzie ja­kieś sie­dem­set pudów złota, może więcej. - Car mówił o tym z taką non­sza­lancją, jak­by tyle ważyły jego spin­ki do ko­szu­li.

Bu­tur­li­no­wi stanęło ser­ce. Z cała mocą od­czuł nie­spra­wie­dli­wość losu. Prze­cież to on mógłby te­raz roz­pra­wiać o górach złote­go krusz­cu. On mógłby od nie­chce­nia roz­ważać, czy po­kryć nim da­chy cer­kwi, czy bruk przed Pałacem Zi­mo­wym. A może kupić wszyst­kie kur­ty­za­ny świa­ta i za­mknąć się z nimi w Twier­dzy Pio­tro­pawłowskiej?

Alek­san­der III nie był świa­dom uczuć tar­gających bra­tem.

- Je­sie­nią w War­sza­wie urządzam zjazd so­ju­szu trzech ce­sa­rzy - mówił. - Przybędą jak zwy­kle Fran­ci­szek Józef z Wied­nia i Wil­helm I z Ber­li­na. O przyszłości Eu­ro­py roz­pra­wiać będzie­my. A dokład­niej o tym, jak so­bie do gar­deł nie ska­kać, gdy An­gli­cy i Fran­cu­zi szczują nas na sie­bie i jak hie­ny czy­hają, żeby coś z na­szych ziem uszczknąć.

W złości ude­rzył pięścią w dłoń. Nie­na­wi­dził tych za­chod­nich psów. Gdy Bóg da, uto­pi wszyst­kich w ich własnych od­cho­dach.

Sapnął i wrócił do wyjaśnień.

- Gdy mo­nar­cho­wie po­ja­wią się w War­sza­wie, spe­cjal­ny pociąg z Wied­nia przy­wie­zie złoto. Chcę, żebyś wszyst­kie­go do­pil­no­wał.

Na­resz­cie Bu­tur­lin po­szedł po ro­zum do głowy. Oto car obar­czył go od­po­wie­dzial­nym za­da­niem. On, Nikołaj Alek­san­dro­wicz Bu­tur­lin, obe­rpo­lic­maj­ster War­sza­wy, jest niezbędny wiel­kie­mu władcy. Ma ochra­niać złoty pociąg. A za­tem wszel­kie stra­chy, że jego dni są po­li­czo­ne, że do­ko­na żywo­ta w chu­to­rze u gra­nic Mon­go­lii, mogą się roz­wiać w złotej mgle. Niech żyje Ala­ska i jej bo­gac­twa!

Ze­rwał się na równe nogi i pokłonił.

- Jak o... o... oka w głowie! - wystękał. - Wa­sza Miłość... jak oka... w. w. w.

Car się uśmiechnął. Wie­dział, że wzmian­ka o złocie wzbu­dzi pod­nie­ce­nie bra­ta. Mało kto po­tra­fi oprzeć się cza­ro­wi tego krusz­cu. Na pew­no nie taki utra­cjusz, hu­la­ka i bir­bant.

- Je­steś mi po­trzeb­ny w Pri­wi­slie­niu - rzekł uro­czyście. - Kraj to dzi­ki, lu­dzie nie­przy­chyl­ni... Niech ktoś z Ro­ma­nowów czu­wa nad złotem, które ma służyć ma­tecz­ce na­szej, Ro­sji...

Ujął Bu­tur­li­na za łokieć i de­li­kat­nie po­pchnął w stronę drzwi.

- Bra­cie - rzekł. - W two­je ręce składam przyszłość ce­sar­stwa.

Pożegna­li się i obe­rpo­lic­maj­ster wy­szedł. Nie. Popłynął. Praw­dzi­wie le­wi­to­wał nad mar­mu­rową po­sadzką, z pół łokcia powyżej zie­mi. Sunął gna­ny wia­trem błogosławieństwa.

W jego du­szy grały sur­my nie­biańskie. Z ser­cem prze­pełnio­nym radością mijał prze­pysz­ne sale ba­lo­we; mknął przez mrocz­ne za­ka­mar­ki po­miesz­czeń dla służby, króle­stwo złodziej­skich lo­kai, cwa­nych po­ko­jowców i sprze­daj­nej kuch­ty, szedł na podłogach mar­mu­ro­wych, ce­gla­nych i wyłożonych dębiną. Wędro­wał, po­dzi­wiał, zba­czał z dro­gi. W nie­kończących się am­fi­la­dach ga­bi­netów, ko­ry­ta­rzy i po­koi zapełnio­nych me­bla­mi pamiętającymi Pio­tra Wiel­kie­go; wśród mie­niących się bo­gac­twem ścian, stiuków, żyran­do­li, pośród okien zdo­bio­nych wi­trażami nie zda­wał so­bie spra­wy, że błądzi. Krąży w kółko, oszołomio­ny jak pu­chacz w dzień.

Mógłby tak wędro­wać po Sąd Osta­tecz­ny, ale za­tru­ty ete­rem or­ga­nizm, pod­rażnio­ny carską kawą od­czuł po­trzebę oczysz­cze­nia się. Za­cze­pił pierw­sze­go z brze­gu lo­ka­ja.

- Gdzie tu się wy... wy­srać mogę? - za­py­tał z właściwą so­bie bez­pośred­niością.

Za­gad­nięty sługa ubra­ny w zie­lo­ny frak i żółtą ka­mi­zelkę pod­pro­wa­dził go wąskim ko­ry­ta­rzem przed pokój, gdzie zwy­kle da­wa­no upust po­trze­bom ciała. Na półkach stały tam bo­ga­to zdo­bio­ne ury­nały, a prze­strzeń dzie­liło kil­ka płócien­nych zasłon, dzięki którym de­fe­kujący mie­li za­pew­nio­ne mi­ni­mum pry­wat­ności. Służący od­da­lił się dys­kret­nie. Bu­tur­lin złapał za klamkę i chciał pchnąć uchy­lo­ne już drzwi, gdy usłyszał własne imię wymówio­ne z wysiłkiem przez kogoś od­dające sto­lec.

- Wa­sza Wy­so­kość - pytał skrzeczący głos między stęknięcia­mi - ten Bu­tur­lin... Czy Wa­sza Miłość ma za­miar oso­biście... ukręcić mu łepek?

Dwa męskie głosy za­re­cho­tały.

Car­ski bękart zmar­twiał. Roz­po­znał głos bra­ta. Dru­gi należał do hra­bie­go Tołsto­ja, przełożone­go żan­dar­me­rii w ce­sar­stwie.

- Wszyst­ko w swo­im cza­sie, dro­gi Dmi­tri­ju Mikołajo­wi­czu. Prawdą jest, że już daw­no prze­zna­czyłem ko­cha­ne­go bra­cisz­ka do od­strzału. Ale nastąpi to do­pie­ro po wi­zy­cie trzech ce­sa­rzy w sto­li­cy Pri­wi­slie­nia je­sie­nią.

W tle prze­mo­wy dało się słyszeć brzęk stru­mie­nia mo­czu ude­rzającego o por­ce­la­no­we ścia­ny ury­nału. Kuśka cara spi­sy­wała się bez za­rzu­tu. Obe­rpo­lic­maj­ster wstrzy­mał od­dech. Czuł, jak po kar­ku spływa mu pot. Tyłek roz­sa­dzał ból.

- Nie mogę w tak ważnym dla mnie cza­sie zmie­niać człowie­ka od­po­wie­dzial­ne­go za bez­pie­czeństwo - ciągnął ba­ry­ton. - Bu­tur­lin, ja­ki­kol­wiek by był, na swo­jej ro­bo­cie się zna. A po­tem od­dam go w two­je ręce.

Bu­tur­lin usłyszał wdzięczny skrzek hra­bie­go Tołsto­ja.

- Już mnie świerz­bią ząbki na tę przekąskę.

- Uczyń z nim, co chcesz, ale nie za­bi­jaj - po­le­cił car.

Podwójny re­chot dopełnił złowieszczą wróżbę.

Obe­rpo­lic­maj­ster ol­brzy­mią siłą woli wciągnął sto­lec do kisz­ki. Czuł, że w spodniach ma ogień. Kręciło mu się w głowie, w płucach bra­ko­wało po­wie­trza. Ru­szy w głąb ko­ry­ta­rza, byle da­lej od smro­du, od zdra­dy.

Za­ta­czał się między ścia­na­mi. Błądził. W głowie brzęczało zda­nie: "Do od­strzału... do od­strzału" Te­raz Pałac Zi­mo­wy ob­ja­wił mu się tym, czym był w rze­czy­wi­stości. Wielką pułapką. Ka­za­ma­ta­mi bez wyjścia. Przed­sion­kiem piekła. Stra­cił po­czu­cie kie­run­ku. Biegł, za­wra­cał, po­ty­kał się. Set­ki świec rzu­cały dra­pieżne cie­nie. Ciem­ne ko­ry­ta­rze nie chciały go wypuścić. Z mrocz­nych za­ka­marków pa­trzyły mar­twe oczy ro­bot­ników, którzy zginęli tu po wiel­kim pożarze w 1837 roku. Chodź - wabiły głosy.

- Od­pocz­niesz... u nas zim­no i spokój. Mikołaj I w okrut­nym za­du­fa­niu roz­ka­zał w rok od­bu­do­wać zwęglo­ny pałac. Aby ścia­ny schły również zimą, w sa­lach pa­lo­no ogień. Bied­ni lu­dzie, których za­gna­no do nie­wol­ni­czych prac, płonęli od gorąca, okłada­li czap­ki lo­dem. Na próżno. Po­nad dwa­dzieścia tysięcy z nich nie prze­trwało tej zi­mo­wej kaźni. Ko­ry­ta­rze pałacu były cmen­ta­rzem. Mia­stem umarłych. Bu­tur­lin błądził po nich prze­rażony.

- Za... za... zabić mnie chce, za­ka­to­wać... okrut­nik... - mam­ro­tał. - Nie, nie... roz­ka­zał swo­je­mu psu, żeby mnie oszczędził, a to ozna­cza los jesz­cze gor­szy, lo... lo... lo­chy, ka­za­ma­ty, Sy­be­rię...

Za­uważył, że strażnicy patrzą dziw­nie na nie­go, jakiś chłopiec w białym ki­tlu, pew­nie po­moc­nik ku­chen­ny, pod­szedł bliżej, po­moc ofia­ro­wując. Obe­rpo­lic­maj­ster opa­no­wał się, czapkę, co ją w ręku gniótł, na głowę wcisnął, wy­pro­sto­wał się.

- Zje... eżdżaj... - warknął do chłopa­ka.

Równym kro­kiem ru­szył w kie­run­ku wyjścia.

W du­chu wy­zy­wał się od naj­gor­szych.

Jak mogłeś być tak na­iw­ny? Na­brać się na parę gład­kich słówek? - sy­czał w myślach. - Prze­cież to car, zim­ny gad, kro­ko­dyl, co pożera własne młode.

Był zły na sie­bie. Miał ochotę bić się, szar­pać za włosy, rugać. Tak dał się po­dejść! Du­rak!

Tuż przed wyjściem nie wy­trzy­mał. Puścił ciepłą, wod­nistą strugę. Po­ciekła po no­dze do butów.