Córka wody. Seria CÓRKI ŻYWIOŁÓW - Dorota Gąsiorowska

Reflow text when sidebars are open.
Od kilkunastu minut siedziałam na brzegu owinięta w ręcznik i dygotałam z zimna, a mimo to wciąż było mi żal opuścić plażę. Poza wpatrującymi się we mnie ciekawsko mewami wokół nie było żywego ducha. Nic dziwnego, skoro pogoda nie zachęcała do spacerów. Schowane za gęstymi chmurami słońce tylko raz na jakiś czas łaskawie się zza nich wychylało, lecz nim zdążyłam złapać choćby promyk, już ginęło w sinej otchłani nieba. Końcówka maja to raczej nienajlepszy czas na kąpiel w Bałtyku. Obstawiałam, że woda ma niewiele ponad dziesięć stopni. Temperatura powietrza sięgała pewnie kilku więcej, jednak przy tak porywistym wietrze odnosiło się wrażenie, że to dopiero przedwiośnie. Byłam zmarznięta i podejrzewałam, że przypłacę ten wybryk przeziębieniem, za to moja dusza wracała na swoje miejsce. Przynajmniej w tej chwili czułam, że znów mam władzę nad sobą. Utopiłam we wzburzonych falach ciężar problemów z ostatnich tygodni. To był dopiero pierwszy oddech po długim zanurzeniu, ale po raz pierwszy od dawna mogłam wziąć go spokojnie i spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Musiałam przyznać, że ta ucieczka była dobrym pomysłem. A uciec mogłam tylko do miejsca, które kochałam najbardziej - nad morze.
Gdy roztargniona, z wypchaną najpotrzebniejszymi rzeczami niewielką walizką, stanęłam na Dworcu Centralnym w Warszawie i spojrzałam na tablicę odjazdów, od razu wiedziałam, który kurs wybrać. Pociąg do Trójmiasta odjeżdżał za kwadrans. Nie zastanawiałam się ani chwili, w pośpiechu kupiłam bilet, a niecałe trzy godziny później już byłam w Gdańsku. Moją nieoczekiwaną podróż od początku wyznaczał splot drobnych przypadków. Usłyszawszy w wagonie rozmowę dziewczyn, które tak pięknie mówiły o Parku Reagana i mieszczącej się w jego pobliżu plaży, natychmiast nabrałam ochoty, by tam się udać. Pensjonat znalazłam w pobliżu tego miejsca, zależało mi jedynie na tym, by gdzieś się przespać.
Nie przerażał mnie chłód wiosennego popołudnia, ledwo się rozpakowałam, włożyłam na siebie strój kąpielowy, wsadziłam do plecaczka ręcznik i pomknęłam w stronę morza. W zasadzie planowałam jedynie zamoczyć nogi, ten kostium kąpielowy wydawał się trochę na wyrost względem pogody, wystarczyło jednak, że spienione fale objęły moje stopy, a już straciłam kontrolę. Ani się obejrzałam, byłam zanurzona po szyję i szczęśliwa płynęłam w stronę widnokręgu.
- Da się wytrzymać w wodzie? - Siedząc już na piasku, nieoczekiwanie usłyszałam za sobą kobiecy głos. Momentalnie wróciłam do rzeczywistości i spojrzałam na zmierzającą w moim kierunku nieznajomą. W przeciwieństwie do mnie miała na sobie długie spodnie, sztormówkę i pełne obuwie.
Kiedy uświadomiłam sobie moje nietypowe zachowanie, zrobiło mi się głupio. Z konsternacją kiwnęłam jedynie głową, szczelniej opatulając się ręcznikiem. Dziewczyna - z bliska zauważyłam, że mogła być w podobnym wieku co ja - chyba spostrzegła, że nie mam ochoty na rozmowę, bo uśmiechając się na pożegnanie, ruszyła dalej wzdłuż brzegu. Patrzyłam za nią do momentu, aż owionął mnie lodowaty wiatr, zmuszając do ubrania się i opuszczenia plaży.
W drodze powrotnej doszłam do wniosku, że należałoby wreszcie coś zjeść. Świeże morskie powietrze bez wątpienia zaostrzało apetyt, tym bardziej że nie miałam nic w ustach, odkąd o jedenastej wyszłam ze studia nagraniowego. Zamówiłam pizzę i herbatę z cytryną, a potem, w przyjemnej atmosferze lokalu, siedziałam posilona i rozgrzana po raz pierwszy od dłuższego czasu, nie myśląc o tym, że nazajutrz znów obudzę się z osiadającym na piersi ciężarem i tuzinem kołaczących się w głowie myśli. Być może pojawią się inne konsekwencje mojej nagłej decyzji, ale w tej chwili wszystko wydawało mi się lepsze niż życie w ułudnej bańce, do której zostałam wtłoczona, zanim zdążyłam zaprotestować, i w której przyszło mi potem trwać ponad dwa lata.
Do pensjonatu wróciłam już o zmierzchu. Wzięłam prysznic i przebrawszy się w piżamę, wsunęłam się pod kołdrę. Niestety sen nie nadchodził, żeby więc jakoś zabić czas, włączyłam telewizor i bez celu zaczęłam przeskakiwać po kanałach. Nagle mój wzrok przyciągnęła młoda nieśmiała brunetka. Stała na scenie, tak jak ja kiedyś, i robiła wszystko, by ukryć przerażenie. Niestety miała je wyraźnie wypisane na twarzy. Nieoczekiwanie wróciły wspomnienia mojego pierwszego występu na dużej scenie i wszystkiego, co nastąpiło potem, uruchamiając lawinę zdarzeń, w które, nim się obejrzałam, zostałam wciągnięta. Gdybym wiedziała wcześniej, jaki kierunek obierze moje życie po zwycięstwie w jednym ze znanych muzycznych talent show, nawet nie odważyłabym się o niej marzyć. Teraz pełna emocji patrzyłam na smutek uczestniczki, której ostatecznie nie udało się przejść do kolejnego etapu, i miałam ochotę wykrzyczeć jej prosto w twarz, jak wielką jest szczęściarą. Ja już zrozumiałam, że nie tędy droga. Musiało jednak minąć wiele miesięcy, zanim boleśnie to do mnie dotarło.
Gdy na scenę wszedł kolejny uczestnik, tym razem pewny siebie młody chłopak, nie wytrzymałam i wyłączyłam telewizor. Jakże się myliłam, sądząc, że uda mi się uciec przed przeszłością. Byłam nią przesiąknięta do szpiku kości, wypełniona po brzegi, bez reszty należąca do niej. To, że w pewnym momencie powiedziałam "nie", może i wymagało odwagi, ale chyba większego hartu ducha potrzebowałam teraz, gdy zbudowane na ruchomych piaskach plany, zwane szumnie wielką karierą, legły w gruzach. Pewnie powinnam odczuwać ulgę, wszak o to mi chodziło. Nie pasowałam do tego świata, który od pierwszej chwili wciągnął mnie w machinę swoich wygórowanych oczekiwań i manipulacji. Dlaczego więc czułam się tak bardzo rozbita? Czemu zejście z obranej ścieżki, która, jak doskonale wiedziałam, zaprowadziłaby mnie donikąd, wywoływało we mnie panikę? Dlaczego tak bardzo bałam się tego, co teraz? Czułam się jak więzień, który właśnie wyszedł na wolność po kilku, a może nawet kilkunastu latach odsiadywania wyroku. Musiałam nauczyć się siebie i otaczającej mnie rzeczywistości od nowa. I najważniejsze - wszystko, co minęło, należało odciąć grubą kreską od teraźniejszości.
W końcu usnęłam, ukołysana myślami pełnymi obaw, a noc o dziwo okazała się spokojna. Obudziłam się po dziewiątej, zdziwiona, że do okna dobija się słońce. Z miejsca wysunęłam się z łóżka, zarzuciłam na ramiona bluzę i wyszłam na nieduży balkon, z którego roztaczał się widok na park. Drzewa lekko się kołysały, ale wiatr zdawał się o wiele cieplejszy niż wczoraj. Poza tym na niebie - póki co - nie było nawet jednej chmurki. Oparłam dłonie o balustradę i, zapatrzona w rozedrganą zieleń, spokojnie oddychałam. Kilka minut na świeżym powietrzu okazało się skuteczniejsze niż filiżanka mocnej kawy, której ostatnio nadużywałam. Zanim przyjechałam do stolicy, żyłam zupełnie inaczej, spokojniej. Mogłabym nawet rzec, że zgodnie z rytmem natury. Warszawa okazała się dla mnie niezłą szkołą przetrwania. Iluzja rozsypała się w proch, zostawiając tylko chłód prawdy, i żeby sprostać nowym wyzwaniom, codziennie dokładałam nie lada starań, by dotrwać do wieczora. Ale, o zgrozo, wypełnione licznymi obowiązkami dni ciągnęły się w nieskończoność. Noce zaś, przeważnie naznaczone bezsennością, nie przynosiły upragnionego wypoczynku. Odbiło się to na moim zdrowiu. Bywało, że budziłam się z mocno bijącym sercem, a potem do rana próbowałam odgonić od siebie natarczywe myśli. Nie mówiąc o wyglądzie. Częste farbowania zniszczyły moje jasne włosy, a mocny makijaż podrażnił cerę. Niestety, podpisawszy cyrograf, nie miałam za wiele do gadania i, chcąc nie chcąc, musiałam potem godzić się z decyzją stylistów, których wizja - co tu ukrywać - diametralnie różniła się od mojej. I tak dzień po dniu, kawałek po kawałku, gasłam, odgrywając na scenie spektakl wymyślony przez kogoś innego.
Sygnał komórki odciągnął mnie od sporządzania życiowego bilansu. Niechętnie podeszłam do szafki i rzuciłam okiem na wyświetlacz. Na razie odetchnęłam; w każdej chwili mógł zadzwonić przecież ktoś z branży. Zresztą zdawałam sobie sprawę, że w najbliższym czasie będę musiała się z tym zmierzyć. Nie byłam dzieckiem, lecz o ile miałam gwarancję, że moja dezercja nie pociągnie za sobą odpowiedzialności prawnej, nie łudziłam się, że ludzie, z którymi pracowałam, pozwolą mi odejść łatwo i spokojnie. Tacy jak oni nie nawykli do odmowy. Nie wiem, czy to pech mnie ścigał, czy w jakiś sposób przyciągałam popaprańców, a może tak po prostu wyglądał świat, który kiedyś z nabożeństwem podziwiałam.
Okazało się, że dzwoniła mama, ale to odkrycie wcale mnie nie ucieszyło. Tęskniłam za rodzicami i młodszym rodzeństwem, za naszym domem, codziennymi rytuałami i poczuciem, że jesteśmy ze sobą nierozerwalnie związani. Jak zwykł mawiać tata: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", cytując Trzech muszkieterów. Czułam się potwornie z tym, że wciąż nie wyznałam im prawdy o moim "idealnym" życiu. Nie było dnia, bym nie wyrzucała sobie, że nie potrafię zdobyć się wobec nich na szczerość. Ostatnie miesiące wyszkoliły mnie w profesjonalnym udawaniu. Bez mrugnięcia potrafiłam łgać i nawet nie drżał mi głos. Na poczekaniu przywoływałam na twarz uśmiech. I tylko ja wiedziałam, jak wiele wysiłku musiałam wkładać w tę maskaradę, jak wiele emocji kosztowało mnie występowanie przeciwko sobie. Wiedziałam, że powinnam im wreszcie o wszystkim opowiedzieć. Obiecałam sobie w duchu, że zrobię to niebawem. Na razie jednak wystukałam na ekranie telefonu wyuczoną frazę: "Oddzwonię później, muszę pędzić na próbę. Ściskam was mocno". Chociaż palił mnie wstyd, nie zastanawiałam się długo, czy ją wysłać. Dzisiaj jednak to kłamstwo uwierało mnie jeszcze bardziej niż zwykle. Przecież podjęłam decyzję i dotarłam do punktu, w którym zaczynała się gra wyłącznie na moich zasadach. Gra o siebie i utraconą godność. Nie mogłam dłużej zwlekać. Jak mawiają: wóz albo przewóz. Tyle że - przynajmniej w tej chwili - nie byłam gotowa z tym się zmierzyć. Obietnica, że zrobię to niebawem, trochę złagodziła moje wyrzuty sumienia. Nie zamierzałam tracić czasu, siedząc w pokoju, gdy upominało się o mnie morze. Nieustannie słyszałam w sobie jego szum. Wołało mnie, tak jak woła się kogoś bliskiego. Przyzywało, kusząc, że znów odbierze ode mnie moje troski. Przynajmniej dziś, przynajmniej na chwilę. To zawsze coś.
Kwadrans później zeszłam do stołówki. Śniadanie zjadłam jednak wyłącznie z poczucia obowiązku, bo rozsądek podpowiadał, że w ostatnim czasie za bardzo schudłam. Już słyszałam te narzekania mamy, że niezdrowo wyglądam i absolutnie nie powinnam wychodzić z domu z pustym żołądkiem. Okazało się, że wbijane mi do głowy przez lata mądrości wciąż w niej tkwiły. Przynajmniej tyle, biorąc pod uwagę, jak bardzo oddaliłam się od rodziny.
Kilka minut przed dziesiątą już pędziłam nad morze. Chociaż tego dnia było znacznie cieplej, nie ośmieliłam się powtórzyć wczorajszego szaleństwa z kąpielą. Rozłożyłam ręcznik blisko brzegu i wpatrywałam się w fale. Plaża była niemal pusta, co jakiś czas przemykali za mną ludzie. Choć wiele bym dała, by znaleźć się dziś na bezludnej wyspie, ich obecność jakoś szczególnie mi nie przeszkadzała.
Gdy w pewnym momencie spojrzałam za siebie, dojrzałam znajomą sylwetkę. Dziewczyna, którą tu wczoraj spotkałam, chyba też mnie poznała, bo się uśmiechnęła. Tym razem szczerze odwzajemniłam uśmiech i odwróciłam się do niej. Prawdopodobnie to ją zachęciło, gdyż powoli ruszyła w moją stronę.
- Dziś się pani nie kąpie? - zagaiła, zatrzymując się kawałek przede mną, jakby chciała się upewnić, czy mam ochotę na rozmowę.
- Nie, wczorajszy popis mi wystarczy - odrzekłam z humorem, wyczuwając przyjazne nastawienie nieznajomej. Odruchowo lekko się przesunęłam, robiąc obok siebie miejsce. Ta niezobowiązująca zachęta jej wystarczyła.
- Mogę? - Zerknęła pytająco, zanim się przysiadła.
- Jasne, będzie mi miło. - Uśmiechnęłam się, dając jej znak, że się cieszę.
- Przyznam się, że jak wczoraj tu panią zobaczyłam, też miałam ochotę skoczyć do wody - rzekła z entuzjazmem.
- Lea jestem - przedstawiłam się, by uniknąć kolejnego "pani" w rozmowie. Dziewczyna wydawała się mniej więcej w moim wieku.
- Sofia - odwdzięczyła się.
Przez chwilę zapanowała między nami cisza i każda z nas wpatrywała się w morze, ale nie było w tym ani grama niezręczności. Szybko zresztą przeszłyśmy do luźnej rozmowy. Po ostatnich miesiącach odczuwałam zmęczenie ludźmi, traktowałam większość przez pryzmat tego, w jaki sposób i do mnie się odnoszono, dlatego zwykle trudno było mi się rozeznać, jaki ktoś jest. Znajomości, które zawierałam, zdawały się z góry wyreżyserowane. Wiedziałam, czego ode mnie oczekiwano, i wbrew sobie starałam się temu sprostać. W tych relacjach na próżno było jednak szukać spontaniczności i prawdy. W towarzystwie mojej przypadkowej znajomej czułam się jednak wyjątkowo dobrze. Mogłabym nawet zaryzykować stwierdzenie, że nic takiego nie przytrafiło mi się od dawna. Sofia miała w sobie pewną autentyczność - jakże deficytowy towar w środowisku, w którym obracałam się w ostatnim czasie.
- Gdy wczoraj na ciebie patrzyłam, wyglądałaś, jakby morze było całym twoim światem - podzieliła się ze mną swoim spostrzeżeniem.
- Bo tak było i jest, kocham morze. W ogóle uwielbiam pływać, woda to mój żywioł! - rzuciłam z entuzjazmem.
- No popatrz, to jesteś jedną z moich sióstr, ostatnim elementem w układance, bo tak się składa, że moim żywiołem jest ogień - rzekła Sofia z dziwną powagą w głosie. I tylko jej ciepłe spojrzenie sugerowało, że lada chwila najpewniej znów się uśmiechnie.
- Brakuje dwóch pozostałych: ziemia, powietrze...? - starałam się iść tokiem dedukcji towarzyszki.
- A co, jeśli ci powiem, że naprawdę je znam? Przynajmniej jedną, córkę powietrza, bo o córce ziemi sporo słyszałam. Ale to w sumie tak, jakbym i ją dobrze znała. A teraz pojawiłaś się ty i wiem, że to nie przypadek, miałyśmy się spotkać...
Odniosłam wrażenie, że powiedziawszy ostatnie zdanie, Sofia się zmieszała. Odwróciła się na moment. Kiedy potem na mnie spojrzała, wydawało się, że chce mi coś wyznać, ostatecznie nie usłyszałam jednak niczego więcej na temat domniemanych sióstr czy też córek żywiołów. Mówiłyśmy za to o sobie - przynajmniej tyle, ile każda z nas zdecydowała się zdradzić. Może i były to same konkrety, ale nim się spostrzegłam, okazało się, że gawędzimy już ponad godzinę. Dowiedziałam się, że Sofia od ponad roku mieszka w nadmorskiej andaluzyjskiej miejscowości Salobre?i. A do Gdańska, choć z przyjemnością i z sentymentu, przede wszystkim przyciągnęły ją jednak sprawy zawodowe. Wcześniej była nauczycielką hiszpańskiego w jednym z tutejszych liceów, a teraz wróciła na krótko, by domknąć jakieś formalności. Obecnie nie pracowała w zawodzie, choć doskonała znajomość tego języka oczywiście bardzo jej się przydawała. Na co dzień pomagała swojemu chłopakowi w prowadzonym przez niego barze na jednej z plaż. Gdy o tym wspomniała, odniosłam wrażenie, że nie mówi mi wszystkiego, że tam, w krainie jej przodków - Sofia była w połowie Hiszpanką - zdarzyło się coś, czego moja nowa znajoma z jakiegoś powodu krępowała się mi wyjawić. A ja wbrew temu nabrałam ochoty, by poznać jak najwięcej szczegółów z jej życia.
Wydała mi się fascynująca. Nie tylko wygląd - chabrowe oczy i ciemne długie włosy, teraz związane na czubku głowy - ją wyróżniał. Mogła też przyciągać wzrok nietypowym ubiorem. W długiej zwiewnej sukience w etniczny wzór, z mnóstwem kolorowych bransoletek na rękach i długimi wiszącymi kolczykami z migoczących kamyków, wyglądała niezwykle barwnie na tle wciąż jeszcze pustej i pozbawionej letniego blasku plaży. Poza tym było w niej coś nieziemskiego, nie bardzo wiedziałam nawet, jak to nazwać. Hipnotyzowała mową i spojrzeniem. A co dziwne - bo choć ostatnio zmęczona i przeczołgana przez życie nie miałam o sobie zbyt dobrego zdania - przy kolorowej niczym egzotyczny ptak Sofii ja też czułam się wyjątkowo. W moich wytartych dżinsowych spodenkach, zbyt szerokiej bluzie, z czerwonawymi plamkami na twarzy - efektem uczulenia wywołanego źle dobranym podkładem - i związanymi w kucyk, zmarniałymi włosami pierwszy raz od dłuższego czasu nie wyrzucałam sobie, że wyglądam jak siedem nieszczęść i jestem do niczego. Tak jakby Sofia z wielką hojnością, bezinteresownie dzieliła się ze mną swoim wysokim poczuciem wartości, wiedząc, że wystarczy go dla każdej z nas. Jakby wpuściła do mojej dusznej przestrzeni powiew świeżego powietrza. Jakby ofiarowała mi coś bezcennego. Miałam wrażenie, że czas spędzony z nią mnie odmienił. Nasza rozmowa dodała mi skrzydeł. Aż nie chciało się z nią rozstawać.
W pewnej chwili Sofia oznajmiła, że będzie się zbierać. Za godzinę musiała pojawić się w sekretariacie swojej dawnej szkoły. Nie liczyłam, że jeszcze przyjdzie nam się spotkać, z jej słów wynikało bowiem, że jutro z rana wylatuje do Malagi. Jakże się więc zdziwiłam, gdy nieoczekiwanie zaproponowała mi spotkanie.
- Co ty na to, żebyśmy wieczorem znów się zobaczyły? Nie masz mnie jeszcze dość? - spytała, gdy zatrzymałyśmy się przy wyjściu z plaży.
- Z wielką przyjemnością - ucieszyłam się.
- Muszę ci coś dać - wypaliła.
- Tak...? - zdziwiłam się, lecz kiedy na nią spojrzałam, znów odniosłam wrażenie, że Sofia się zawstydziła. Opuściła wzrok i zaczęła grzebać w torebce, jakby czegoś szukała.
Nie zamierzałam wprawiać jej w większe zakłopotanie, dlatego wyjęłam z plecaka telefon i spojrzałam na wyświetlacz. Ostatecznie moje pytanie pozostało bez odpowiedzi, przynajmniej do dziewiętnastej, bo o tej godzinie umówiłyśmy się w jednej z kafejek w centrum. Gdy się rozstałyśmy, wciąż jednak nade mną wisiało i zastanawiałam się, o co Sofii mogło chodzić.
Dojrzałam ją już z oddali. Siedziała w kawiarnianym ogródku jednej z knajpek na Długim Targu, tam, gdzie ustaliłyśmy, że się spotkamy. Sama zresztą wybrała to miejsce, mówiąc, że ma do niego sentyment. Gdy mieszkała w Gdańsku, lubiła tu wpadać.
- Hej! - rzuciłam z uśmiechem, zbliżając się do niej. - Mam nadzieję, że nie czekasz zbyt długo.
- Przyszłam dopiero co - odpowiedziała, ściskając mnie.
Przez kilka chwil przeglądałyśmy karty dań i ostatecznie zamówiłyśmy pucharki lodowe i kawę. Zanim na stoliku pojawiły się nasze desery, ostrożnie na siebie spoglądałyśmy. Wiedziałam, że Sofia zamierza mi o czymś powiedzieć, dlatego wyczuwałam między nami lekkie napięcie. Nie odzywałam się, postanowiłam cierpliwie zaczekać. Wydawała się niespokojna, co jakiś czas spoglądała na swoją torbę i nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy zaczęłyśmy jeść lody. Miałam wrażenie, że coś wisi w powietrzu, a w związku z tym czułam podekscytowanie.
- Wspomniałam na plaży, że chciałam ci coś dać... - rzekła w pewnym momencie i zagłębiła dłoń w kolorowej dzierganej torebce. Gdy kilka sekund później położyła przede mną niewielki przedmiot zapakowany w jasny papier, wydawała się jeszcze bardziej przejęta. - Proszę...
Spojrzałam z zaciekawieniem na podarek i od razu go rozpakowałam. Nie kryłam zdziwienia, gdy moim oczom ukazała się niewielka gliniana figurka przedstawiająca kobiecą postać. Jej nieforemna, lecz pełna znaczenia sylwetka z dużymi piersiami o czymś mi przypominała. Wyblakłe kolory, z przewagą niebieskiego i beżu, zdawały się przemawiać do mojego umysłu jakimś innym, dziś już niedostępnym, archaicznym językiem symboli i znaków. Wpatrywałam się w nią z fascynacją, gdy usłyszałam Sofię.
- To Bogini Matka. Wiem, że powinna trafić do ciebie, i wiem też, że gdy polecisz na Kretę, nie tylko natrafisz na ślad jej odległej obecności, ale też spotkasz tam swoje przeznaczenie - powiedziała znajoma, patrząc na mnie niepewnie, jakby obawiała się mojej reakcji.
- Polecę na Kretę? - Wbiłam w Sofię zszokowane spojrzenie, a w głowie kołatała mi jedna myśl: "Skąd, u licha, wiedziała, że brałam to pod uwagę?". Co więcej, miałam ku temu idealne warunki: Ania, jedna z nielicznych życzliwych osób z branży muzycznej, moja współlokatorka, z którą połączyła mnie może nie przyjaźń, ale całkiem miła relacja, zaproponowała, żebym zatrzymała się w pensjonacie należącym do rodziny jej chłopaka, Greka. Yannis, który od kilku miesięcy pomieszkiwał w Polsce, sam mnie zresztą do tego namawiał, rozpływając się nad urokiem Retimno, w którym się wychował i spędził większość życia.
- Taak... - Sofia zmarszczyła brwi z zakłopotaniem i dodała dyplomatycznie: - Jeśli oczywiście uznasz, że masz na to ochotę.
- Zaraz, zaraz, Sofio... Czy mi się wydaje, że wiesz o czymś, o czym ja nie mam zielonego pojęcia? - Popatrzyłam z ciekawością na figurkę, po czym szybko przeniosłam wzrok na znajomą.
- Tak jakby... - Z zakłopotaniem poprawiła włosy. - Mogę spróbować ci to wytłumaczyć, ale nie gwarantuję, że potraktujesz to poważnie.
- To nie ma znaczenia, musisz mi o tym powiedzieć, bo inaczej umrę z niezaspokojonej ciekawości i będziesz mnie miała na sumieniu - rzuciłam wesoło, choć widząc wahanie Sofii i dostrzegając niezręczność sytuacji, też poczułam niepewność.
- No dobrze... Gdy wybierałam się do Polski, odwiedziłam moją babkę w górach Sierra Nevada w Andaluzji i... właśnie ona dała mi tę figurkę. Bez zbędnych wyjaśnień, jak to ma w zwyczaju, powiedziała, że gdy przyjdzie co do czego, będę wiedziała, co z nią zrobić...
- I? - popędziłam Sofię, bo stopniowała napięcie, a ja chciałam wreszcie konkretów.
- I tak jak obiecała, tak się stało. Wybierałam się już na lotnisko, kiedy poczułam, że powinnam jeszcze zabrać ze sobą boginię, bo w Gdańsku spotkam osobę, do której ma trafić. Potem na plaży zobaczyłam ciebie i od początku wiedziałam, że to ty nią jesteś.
- Łał, przyznam ci się, że brzmi to trochę irracjonalnie ale... - Znów wzięłam do rąk figurkę i zatrzymałam na niej wzrok. - Gdy na nią patrzę, mam takie dziwne wrażenie, jakbym była gdzieś indziej, w jakimś miejscu, które wydaje mi się znajome. Nie umiem ci tego wyjaśnić, ale ta bogini wzbudza we mnie mnóstwo różnych emocji.
- No dobrze. - Sofia westchnęła. - Chociaż pewnie uznasz mnie za wariatkę, jestem ci winna bardziej szczegółowe wyjaśnienia. - Co byś powiedziała, gdybyś dowiedziała się, że jestem brują?
- Brują, czyli czarownicą? - Coś zaczęło mi świtać, lecz wolałam się upewnić.
- Tak, czarownicą - odparła Sofia z jeszcze większą konsternacją, a potem powoli, jakby chciała mnie oswoić z niemożliwym, zaczęła opowiadać, jak rok temu przyleciała do Andaluzji, gdzie poznała rodzinę zmarłego ojca i trafiła do swojej babki, bruji.
Relacja Sofii najpierw wydała mi się nieprawdopodobna, ale z każdym jej słowem nabierałam pewności, że choć mówiła o zjawiskach na granicy magii, to wszystko wydarzyło się naprawdę. Zanim Sofia zrozumiała, co się z nią dzieje, trapiły ją nietypowe stany. Bóle i zawroty głowy stanowiły zaledwie preludium. Zaczęła słyszeć w głowie głos, który zdawał się przepowiadać przyszłość. Bardzo długo się przed tym broniła, obawiając się, że postradała rozum. Dopiero wyjazd do Cá?ar wszystko odmienił. Sofia odważyła się zaufać swojej nowej rodzinie i postanowiła dać szansę mieszkającej w górach ekscentrycznej babce. A tam, pod jej okiem, oswajała drzemiącą w sobie siłę i uczyła się o wymykających się ludzkiej logice zjawiskach, w które wcześniej trudno byłoby jej uwierzyć. Co dziwniejsze, wspomnienia pewnie zostawiła dla siebie, ale i tak podzieliła się ze mną wieloma wizjami, dzięki którym jej opowieść, momentami wydająca się bajką, brzmiała przekonująco i prawdziwie.
- Teraz wiesz, dlaczego złapałam cię na haczyk na plaży. - Sofia przewróciła oczami. Starała się mówić żartobliwie, ale i tak nie dało się ukryć, że w napięciu czekała na moją reakcję. A mnie z wrażenia zwyczajnie zabrakło słów. Długo się nie odzywałam, stąd pewnie pomyślała, że z góry odrzuciłam tę historię. W pewnym momencie jej sugestywny wzrok przywołał mnie jednak do rzeczywistości.
- Dziękuję za zaufanie i że podzieliłaś się tym ze mną - powiedziałam najpierw to, na co, jak sądziłam, niecierpliwie czekała. - To naprawdę niesamowite wydarzenia!
- Wierzysz w nie? - spytała zaczepnie.
- Nie wiem - wyrwało mi się, bo w rzeczy samej nie miałam pojęcia, co o tym sądzić. Niby wierzyłam, a jednak rozum podpowiadał, że to nierealne. W głębi siebie czułam jednak, że moje spotkanie z Sofią nie jest przypadkowe, a to, co od niej usłyszałam, przeciągnęło między nami nić autentycznego porozumienia. - I dziękuję za wyjątkowy prezent. - Uniosłam figurkę.
Sofia uśmiechnęła się lekko, tym samym - w moim odczuciu - pozbywając się napięcia i wątpliwości, że naraziła się na śmieszność. Zresztą jej kolejne słowa to potwierdziły.
- Wiesz, ulżyło mi, bo niby czułam, że jesteś tą właściwą dziewczyną i ta figurka powinna do ciebie trafić, a jednak, jeśli chodzi o mój dar, że się tak wyrażę, chyba do końca nie nauczyłam się jeszcze całkiem z nim radzić. Moja babka twierdzi, że od momentu, gdy się poznałyśmy, zrobiłam wielkie postępy, ale ja wiem swoje. Może nauczyłam się balansować pomiędzy racjonalnym ludzkim światem a tym niewidzialnym, do którego w dużej mierze to ona mnie wprowadziła, ale co tu ukrywać, należę do nielicznego grona ludzi, którzy są otwarci na takie zjawiska. Mojej babce, która przez całe życie mieszkała wysoko w górach i rzadko miała kontakt z cywilizacją, a jeżeli już, to wyłącznie na własnych warunkach, może wydawać się to łatwizną, bo podobno zostałam do tego przeznaczona. Prawda jest jednak taka, że droga, którą musiałam przejść, wiele mnie kosztowała. Nie mówiąc już o tym, że to, co mnie na niej spotkało, mogłoby stanowić fabułę niezłego thrillera. Może kiedyś przy okazji ci o tym opowiem. Myślę jednak, że na dziś już dość tych wynurzeń, bo zaraz weźmiesz mnie za totalną świruskę.
- Chętnie posłucham. - Spojrzałam na Sofię psotnie. Na pewno nie myślałam o niej jak o szalonej, czułam się w jej towarzystwie świetnie i dobrze mi się z nią rozmawiało. Ale prawdę mówiąc, od ilości dziwnych informacji mogło zakręcić się w głowie. Chyba na dziś rzeczywiście już wystarczyło. Nie namawiałam jej do dalszych zwierzeń, za to nieoczekiwanie zdecydowałam się do czegoś przyznać.
- Wiesz, że to, co od ciebie usłyszałam, może się spełnić? Naprawdę rozważałam krótki pobyt w Grecji, a konkretnie miałam wybrać się właśnie na Kretę - powiedziałam nieco poruszona.
Odniosłam jednak wrażenie, że moje słowa nie zrobiły na Sofii większego wrażenia. Zupełnie jakby miała pewność, że jej wizja się spełni, a ja, niczym w filmie, otrzymałam w niej z góry przydzieloną rolę.
- Dobrze ci zrobi taki urlop. - Spojrzała mi w oczy. - Wiele się tam wydarzy, wrócisz odmieniona i co najważniejsze, spokojna. Poza tym... - Sofia wpatrywała się we mnie intensywnie, jakby widziała we mnie coś, czego ja nie byłam świadoma, i chyba wahała się, czy powinna się tym ze mną podzielić. Kolejne słowa świadczyły, że jednak się zdecydowała. - Twój głos dopiero wtedy nabierze prawdziwej głębi, a ty będziesz mogła rozwinąć się jako artystka.
Kolejny raz mnie zamurowało, bo przecież nie wspomniałam nic o tym, że śpiewam. A raczej że śpiewałam, bo tamten czas należał już do wspomnień.
- Wiesz, że zajmuję się, a właściwie zajmowałam się śpiewem...? - Popatrzyłam na Sofię znacząco, czekając na wyjaśnienia.
- Hmm, nie do końca - speszyła się. - Jak by ci to wyjaśnić... Zwykle słyszę w sobie przekaz i od razu mówię o tym rozmówcy, a dopiero potem przychodzi zastanowienie, czy to brzmi sensownie. Do tej pory mam z tym pewien problem.
- To prawda, przynajmniej jeśli chodzi o moje zajęcie, bo co do podróży na Kretę, nie jestem jeszcze pewna, czy się na nią zdecyduję - wyjaśniłam ostrożnie, a potem w dużym skrócie przedstawiłam, kim jestem. Do tej pory, gdy rozmowa schodziła na mnie, umiejętnie odbijałam piłeczkę, by uwaga skupiała się głównie na Sofii. Skądinąd miała naprawdę wiele do powiedzenia i jakoś tak naturalnie to właśnie ona wiodła tu prym. Opowiedziałam jej o mojej pasji do śpiewu, którą dzięki rodzicom mogłam rozwijać od najmłodszych lat, o marzeniu, by zaistnieć w branży muzycznej, i o głównej wygranej w talent show. Przez cały czas jednak się pilnowałam. Nie chciałam zwierzać się z ostatnich miesięcy, kiedy sama przed sobą musiałam przyznać, że nie było warto. W gruncie rzeczy pogodziłam się z tym, że uległam złudzeniom, ale nie do końca wybaczyłam sobie pewną naiwność, ślepą wiarę w puste obietnice i nieumiejętność stawiania granic. To nadal bolało i czy tego chciałam, czy nie, wciąż tam tkwiłam, choćby jedną nogą. Pewnie musi minąć trochę czasu, zanim całkiem się z tym pogodzę i spojrzę na problem inaczej. W którymś momencie przestałam się aż tak bardzo kontrolować, jednak wyćwiczona w ostatnim czasie w mówieniu tego, co wypada, a co nie, chyba zgubiłam gdzieś po drodze zdolność do jasnego wyrażania myśli. Uświadomiła mi to właśnie rozmowa z Sofią, bo jej szczerość okazała się zaraźliwa, ale po dłuższym okresie życia pod dyktando innych zatraciłam swoją autentyczność. Najważniejsze, że widziałam problem i bardzo zależało mi, by jak najszybciej ją odzyskać.
Nasze spotkanie przeciągnęło się do późnych godzin. Kupiłyśmy potem pizzę na wynos i poszyłyśmy na plażę. Od dawna tak świetnie się nie bawiłam, aż trudno uwierzyć, że stało się to możliwe za sprawą dopiero co poznanej dziewczyny. A może Sofia naprawdę miała rację, twierdząc, że nasze spotkanie było z góry przesądzone? Dopóki los nie podrzucił mi poważniejszych wyzwań, łatwiej wierzyłam w takie refleksje. Kiedy ma się naście lat i głowę po brzegi wypełnioną marzeniami, zwykle myśli się jednokierunkowo i nie bierze się pod uwagę, że utkana z pragnień przyszłość może przynieść gorycz porażki. Pewnie to i lepiej, bo gdyby finał okazał się z góry wiadomy, nikomu nie chciałoby się próbować. Zaskoczenie to przecież główny element i atut życia.
Kiedy się żegnałyśmy, wiedziałam, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Nieważne, że będzie dzieliło nas około trzech tysięcy kilometrów. Na razie wymieniłyśmy się numerami telefonów, ale Sofia spontanicznie zaprosiła mnie do Salobre?i. Po krótkiej chwili przemyślenia dodała, że oczywiście mam przylecieć do niej, gdy wrócę z Grecji. Skwitowałam tę dygresję pełną zdziwienia miną, choć po naszej rozmowie coraz wyraźniej rysował się we mnie plan tej podróży. A może, tak jak powiedziała Sofia, pomijając oczywiście jej przepowiednię, że w krainie oliwnych drzew i morskiego wiatru rozwinę skrzydła, powinnam tam się wybrać choćby z bardziej prozaicznego powodu: by oderwać się od bieżących spraw? Wyjazd do Gdańska okazał się strzałem w dziesiątkę, ale nie miałam złudzeń, że lada chwila dopadną mnie skutki postawionego przeze mnie weta. W Grecji zapewne łatwiej byłoby mi się do tego zdystansować. Sprzyjały temu odległość i pełna anonimowość. W Polsce wiele razy zaczepiono mnie z prośbą o autograf i zrobienie sobie ze mną zdjęcia. Coraz częściej czytałam komentarze o sobie na różnych portalach - od entuzjastycznych po mocno krytyczne. Potrafiłam radzić sobie z hejtem, bardziej przejmowałam się tym, jak poczują się moi bliscy, gdy natrafią w sieci na takie toksyczne wypowiedzi. Najdobitniej przemawiała jednak do mnie całkowita zmiana klimatu. Zaczęłam wierzyć, że w Grecji, jeśli nie od razu, to w krótkim czasie udałoby mi się odnaleźć spokój ducha. Dziwiłam się, że dopiero teraz to do mnie dotarło. "Chwała ci za to, Sofio", pomyślałam przed zaśnięciem i, lżejsza o kilka uciążliwych wątpliwości, które zwykle pojawiały się, gdy nadciągał zmierzch, tej nocy usnęłam wyjątkowo szybko.
Nazajutrz pierwszym, co zobaczyłam po otworzeniu oczu, była położona na stoliku obok figurka Bogini Matki. Dziwne, ale od momentu, gdy ją dostałam, czułam się jakoś inaczej i miałam świadomość, że to właśnie efekt tego przedmiotu. Nie wiem, czy figurka stanowiła coś w rodzaju talizmanu - w końcu, jak wspomniała Sofia, jej babka była prawdziwą brują - ale patrzyłam na nią jak na przedmiot, który powinnam mieć zawsze przy sobie i który być może odegra w moim życiu ważną rolę. Chociaż wyglądała na wiekową, znajoma od razu wyjaśniła mi, że to nie zabytek, a jedynie dzieło sztuki ludowej. Mimo to w jej pojawieniu się próbowałam dostrzec jakiś łącznik, coś istotnego, co w przyszłości mogłoby mieć dla mnie znaczenie. Budziła we mnie pewne skojarzenia, wydawało mi się, jakbym już gdzieś ją widziała. Jakbym ją znała. Samo patrzenie na nią sprawiało, że wszystko zdawało mi się dziwnie łatwiejsze.
Nie spuszczając z niej wzroku, sięgnęłam po komórkę i wybrałam numer Anki. Odebrała od razu, zalewając mnie falą pytań, jak się czuję i czy radzę sobie ze swoją sytuacją. Mnie jednak chodziło tylko o jedno: chciałam zapytać ją o adres pensjonatu rodziny Yannisa. Nie zamierzałam poruszać trudnego dla mnie tematu, w jej głosie było jednak coś, co mnie zaniepokoiło. Miałam wrażenie, że nie mówi mi wszystkiego.
- Chciałabyś mi o czymś powiedzieć - po chwili w końcu wzięłam się na odwagę, choć przeczuwałam, że odpowiedź może nie być dla mnie miła.
- Hmm - westchnęła, co tylko upewniło mnie w kwestii moich podejrzeń.
- Nie musisz mnie oszczędzać, wal śmiało - odezwałam się jedynie z pozoru lekkim tonem.
- Wczoraj wieczorem był tu Mariusz, szukał cię i...
- Spodziewałam się, że w końcu się pojawi. - Starałam się zapanować nad emocjami.
- Lea, uważaj na siebie. - W tonie głosu Anki wyraźnie odbijał się strach. - Tacy jak on, z wielką kasą i jeszcze większymi możliwościami, mogą wszystko.
- Tak ci się tylko wydaje - odparłam na przekór swoim uczuciom. - Nikt nie może odebrać mi wolności i godności.
- Cieszę się, że tak myślisz, ale mimo wszystko bądź czujna.
Choć jeszcze chwilę wcześniej miałam wątpliwości, słowa Anki ostatecznie utwierdziły mnie w decyzji o wyjeździe. Nie chcąc dać sobie czasu na rozmyślania, od razu oznajmiłam, że jadę do Grecji, i poprosiłam ją o więcej szczegółów. Ucieszyła się, bo od początku mnie do tego namawiała. Nie wątpiłam w jej dobre intencje, ale podejrzewałam, że moja wyprowadzka będzie jej na rękę. Wspomniała ostatnio, że chce zamieszkać z Yannisem, i chyba zaczęli się już nawet rozglądać za wspólnym lokum. To mieszkanie było ładne, wygodne i znajdowało się w spokojnej, dobrze skomunikowanej okolicy. Doszłam do wniosku, że nie ma potrzeby, bym wracała do Warszawy. Na wybrzeże zabrałam ze sobą walizkę z większością lżejszych ubrań. Zostawiłam jedynie grubsze, jesienno-zimowe, które w klimacie gorącej Hellady na pewno mi się nie przydadzą.
Anka podała mi dokładny adres, który sobie zanotowałam, a potem przekazała telefon Yannisowi, który w międzyczasie się pojawił, a ten dokładnie opowiedział mi o rodzinnym Retimno. Obiecał, że od razu skontaktuje się z krewnymi i zarezerwuje dla mnie najładniejszy pokój z widokiem na morze.
Gdy się rozłączyliśmy, pełna zapału, bez zwłoki zaczęłam szukać właściwego lotu. Zdecydowałam się na najbliższy termin, nazajutrz późnym rankiem. Nie zawracałam sobie głowy myśleniem o powrocie. Nie byłam pewna, jak długo tam zabawię, tydzień, dwa, może trochę dłużej - kupno biletu w drugą stronę nie stanowiło problemu.
Gdyby ktoś powiedział mi tydzień temu, że wreszcie powiem dość i odważę się zamknąć za sobą drzwi, chyba bym mu nie uwierzyła. Nieraz, głównie w bezsenne noce, zastanawiałam się, jak by to było rzucić ten ułudny, zdemoralizowany świat i gdzieś z dala zacząć wszystko od nowa. Brakowało mi jednak odwagi i nie wiem, co właściwie się stało, że wreszcie się na to zdobyłam. Może po prostu dotarłam do ściany, może miarka się przebrała. A może uwierzyłam, że dam radę, że to ten czas. Nigdy nie byłam ani zbyt wyszczekana, ani pewna siebie, ani tym bardziej odważna, a jednak ośmieliłam się stanąć naprzeciw Mariusza, w środowisku muzycznym uznawanego za jednego z największych cwaniaków, i oznajmić, że nie zgadzam się na naszą współpracę. Gdy po tym zajściu dotarłam do mieszkania, nie pamiętałam ani przebiegu naszej rozmowy, ani tego, jak się tam znalazłam. W głowie pobrzmiewały mi tylko urywki, słowa, które często słyszałam i dobrze znałam: "Wyluzuj, lalka. Nie dramatyzuj, idź się gdzieś zabawić". Kiedy minął pierwszy szok, od razu zaczęłam się pakować. Wiedziałam, że po tym, co się stało, nie mogę zostać w tym mieście ani dnia dłużej. Chyba dopiero po rozmowie z Sofią to wszystko w pełni do mnie dotarło. Wcześniej działałam jak na autopilocie, jakbym nie była sobą. Wciąż się bałam, ale przynajmniej uwierzyłam, że cokolwiek by się działo, poradzę sobie. A z dala od miejsca, gdzie moje marzenia roztrzaskały się o mur złudzeń, na nowym, pewnym gruncie, na pewno łatwiej przyjdzie mi ochłonąć i spojrzeć na całą sprawę z dystansem.
Kolejna noc minęła równie szybko jak poprzednia, bez niespokojnych snów, dręczących myśli i poczucia, że lada chwila trzeba będzie wstać i wcielić się w znienawidzoną przez siebie rolę. Zanim dopięłam walizkę, zerknęłam na umieszczoną między ułożonymi w niej ubraniami figurkę Bogini Matki. Wtedy dotarło do mnie, że zanim ruszę dalej, powinnam jeszcze coś zrobić. Musiałam wreszcie się na to zdobyć. Usiadłam na brzegu łóżka, chwyciłam komórkę i zdecydowanie, żeby nie opuściła mnie odwaga, wybrałam numer mamy.
- Leaaa! - po drugiej stronie słuchawki rozległ się pełen entuzjazmu okrzyk jednej z bliźniaczek. - Czemu do nas nie przyjedziesz, tęsknię!
- Przyjadę... za jakiś czas - powiedziałam i zrobiło mi się przykro. Ja też za nimi tęskniłam, teraz jeszcze mocniej, i wiele bym dała, by móc znaleźć się w rodzinnym domu. Niestety, to nie był dobry czas, nie dałabym rady spojrzeć im w oczy. Tak wiele nadziei we mnie pokładali, tak mocno mi kibicowali. Zanim ośmielę się tam wrócić, najpierw muszę poukładać swoje sprawy. - Haniu, mogłabyś mi dać mamę...
- Nie ma jej, ale masz Miłkę, bo już mi wyrywa telefon - rzuciła i przekazała aparat siostrze.
- Cześć, Lea! Widziałam cię ostatnio w gazecie! Pięknie wyglądałaś w tej krótkiej czerwonej sukience - powiedziała poruszona i, nie dając mi dojść do głosu, ciągnęła: - Nawet nie wiesz, jak koleżanki mi zazdroszczą, że mam taką sławną siostrę. Obiecałam, że jak przyjedziesz, to dasz Lence autograf. Inne dziewczyny też chciały, ale... z zazdrości nieładnie o tobie mówiły, więc dostaną figę z makiem.
Ciekawiło mnie, co też dziesięciolatki mogły plotkować na mój temat, ale wolałam nie rozwijać tematu, bo wówczas słynąca z gadatliwości Miłka nieprędko by mnie wypuściła.
- Co u was? W przyszłym tygodniu macie chyba pojechać na weekend do cioci Gosi do Ełku... - udało mi się wtrącić.
- Nie wiem, bo ciocia złamała nogę i mama boi się, że będziemy dla niej ciężarem. Ale... może mogłybyśmy przyjechać do ciebie...? - W słuchawce zaległa wymowna cisza. - Proszę, Lea, chociaż na dwa dni, albo nawet na dzień.
Najpierw odebrało mi mowę, a potem zakasłałam wymownie. Znów poczułam się jak najgorsza z najgorszych. Nie dość, że kolejny raz musiałam odmówić siostrzyczce, to jej prośba przypomniała mi o tym, po co właściwie dzwonię, co powinnam zrobić. W momencie, kiedy to do mnie dotarło, jeszcze bardziej się spięłam. Podejrzewałam, że nie będzie łatwo, ale delikatnie rzecz biorąc, sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli. Dlatego, przełykając gulę wstydu, zmieniłam temat.
- Kochana, porozmawiamy o tym później, a teraz, proszę cię, zawołaj mamę. Muszę jej coś powiedzieć.
- Nie ma jej - usłyszałam to samo co wcześniej od Hani. - Zostawiła telefon, bo bardzo się spieszyła. Poszła dziś wcześniej do pracy, żeby tata po południu mógł pojechać coś załatwić. Wiesz, że nie chcą nas zostawiać samych, czego zupełnie nie rozumiem. Traktują nas jak maluchy - ciągnęła oburzonym tonem. - A Wicek, po tym, jak przegoniłyśmy jego nową dziewczynę, nie chce mieć z nami nic wspólnego. Już drugi tydzień z rzędu chodzi obrażony i udaje, że nas nie widzi.
Pomyślałam, że mój siedemnastoletni brat, mówiąc uprzejmie, ma przechlapane, i wcale mnie nie dziwiło, że wścibskie małolaty działały mu już na nerwy. Ale doszłam do wniosku, że jakichkolwiek użyły sztuczek, dobrze się stało, że przegoniły tę całą zmanierowaną Vanessę.
W ogóle nie wzięłam pod uwagę, że o tej porze mamy może nie być już w domu; miała dość elastyczny grafik i często pracowała zdalnie. Inaczej pewnie trudniej byłoby jej utrzymać w ryzach dom i dzielić się obowiązkami z tatą, który prowadził niewielki warsztat samochodowy w naszej miejscowości.
- A wy nie powinnyście być w szkole? - zaciekawiłam się, bo przecież rodzice nie zostawiali bliźniaczek samych. Nie dziwiłam się zresztą ich decyzji, małe miały tak bujną wyobraźnię, że lepiej było dmuchać na zimne. Nieraz zresztą pokazały, na co je stać. A od momentu, gdy próbowały zamienić niedawno odremontowaną kuchnię w piekarnię i narobiły przy tym niezłego bałaganu, rodzice zgodnie orzekli, że dopóki nie dorosną, a z ich główek nie wywietrzeją psoty i niestandardowe pomysły, muszą je mieć ciągle na oku.
- Akurat wychodzimy, mamy dziś na drugą lekcję, bo nasza pani musiała iść do dentysty. Tata właśnie odpala auto i nas pogania - poinformowała z wyczuwalną w głosie niechęcią. Najpewniej liczyła jeszcze na chwilę rozmowy.
- W takim razie zmykajcie, żebyście się nie spóźnili - odpowiedziałam.
Z jednej strony mi ulżyło, że moja "spowiedź" została przesunięta w czasie, ale z drugiej miałam ogromnego kaca moralnego, że jednak nie udało mi się porozmawiać z mamą. Czułam się rozdarta. Rodzice na pewno okazaliby się dla mnie dużym wsparciem, ale pomimo tej pewności nie chciałam ich zawieść. Wiele dla mnie zrobili. Od najmłodszych lat inwestowali we mnie nie tylko swój czas, ale też pieniądze. Umożliwili mi rozwój. Wcześnie, bo już w przedszkolu, zauważyli mój talent do śpiewu i robili wszystko, bym przez kolejne lata mogła doskonalić tę umiejętność. A jacy byli dumni, gdy wygrałam ten cholerny konkurs talentów w telewizji... Konkurs, który paradoksalnie sprawił, że znienawidziłam śpiewać. To, co kiedyś było dla mnie wszystkim i wydawało się czynnością tak naturalną jak oddychanie, dziś napawało mnie lękiem i odrazą. Bałam się śpiewać, bo śpiew kojarzył mi się z utratą kontroli nad własnym życiem i wkroczeniem do świata, którego nigdy wolałabym nie poznać.
"No cóż, co się odwlecze, to nie uciecze", pocieszyłam się w myślach, domykając walizkę. "Widocznie to nienajlepszy czas na taką rozmowę. Przynajmniej nie zepsułam nikomu dnia".
Na lotnisko dotarłam dużo wcześniej, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Odkąd uciekłam z Warszawy - tak, teraz mogłam przyznać to z ręką na sercu - wydawało mi się, że jestem w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Nawet niespodziewane spotkanie z Sofią o tym świadczyło. Byłam w drodze i przeczuwałam, że w najbliższej przyszłości może zdarzyć się naprawdę wszystko. Ale największym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że po raz pierwszy od dłuższego czasu w mojej głowie nie tłukły się dołujące myśli. Uświadomiłam to sobie, siedząc w poczekalni na lotnisku. Chcąc nie chcąc, przyglądałam się przechodzącym obok, często uśmiechniętym podróżnym, i dotarło do mnie, że choć mam za sobą cholernie ciężki - mówiąc dosadniej: gówniany - okres, w każdej chwili mogę to przecież zmienić. Najtrudniejsze, a zarazem przełomowe okazało się podjęcie decyzji, bo to uruchomiło lawinę zdarzeń, dzięki którym oprzytomniałam i jednocześnie poczułam, że trzymam swój los w garści. Aż zganiłam się w duchu za uległość i naiwność. Cóż, widocznie musiałam dojrzeć, by to do mnie dotarło.
Po półgodzinie siedzenia, bezcelowego przeglądania w telefonie mediów społecznościowych oraz gapienia się na przechodniów stwierdziłam, że jednak powinnam zająć się czymś dla zabicia nudy. Najpierw poszłam do sklepu bezcłowego i kupiłam książkę, która miała mi umilić czas podczas lotu, a potem udałam się do kawiarni, gdzie zamówiłam czekoladę na gorąco i ciastko. Ten tytuł już po kilku stronach okazał się strzałem w dziesiątkę. Dobrze znałam pióro autorki i wiedziałam, że się nie zawiodę, ale nie przewidziałam, że historia okaże się aż tak wciągająca. Z miejsca w niej przepadłam. Pomiędzy kęsami kremówki i popijaniem gęstej czekolady łapczywie połykałam kolejne strony powieści. Gdy z wrażenia i przez nieuwagę aż się zakrztusiłam, odłożyłam książkę na bok i spokojnie zajęłam się konsumpcją. Ledwo jednak znów znalazłam się w strefie bramek, już rozglądałam się za wolną ławką, myśląc tylko o tym, by jak najszybciej wrócić do czytania. Czasu do odlotu wciąż było sporo i nic nie stało na przeszkodzie, żebym na chwilę jeszcze przepadła między stronami. Tak też zrobiłam, znalazłam zaciszne miejsce i zaraz oddałam się lekturze.
W pewnym momencie wyczułam na sobie czyjś wzrok. Rozejrzałam się i napotkałam spojrzenie mężczyzny siedzącego naprzeciwko. Zbagatelizowałam to, ale trudno było mi później wrócić do czytania, gdyż przez cały czas wydawało mi się, że na mnie patrzy. Wystarczyło, że kilka razy na niego zerknęłam, i za każdym razem nasze oczy się spotykały, co było trochę krępujące. Zamknęłam książkę i udawałam, że go nie zauważam. "A może on mnie rozpoznał, może to ktoś ze znajomych Mariusza?", pomyślałam z paniką i natychmiast pobladłam. Starałam się uspokoić i zachować choć cień pewności siebie. Wstałam, zarzuciłam plecak na ramię i ruszyłam przed siebie. Jedynym miejscem, gdzie mogłam się teraz schować, była damska toaleta. Szłam w jej kierunku z mocno bijącym sercem. Wystarczyło jednak spojrzenie w lustro i wszystko stało się jasne. Z plamką na czubku nosa i czekoladowym wąsikiem wyglądałam jak postać z kreskówki. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Nawet stojąca obok mnie dziewczyna spojrzała na mnie rozbawiona. Z jednej strony mi ulżyło, ale z drugiej poczułam się głupio. Teraz rozumiałam to spojrzenie wpatrującego się we mnie mężczyzny. Nie uśmiechał się wprawdzie, ale gdy tak teraz pomyślałam, coś figlarnego igrało mu w oczach. No cóż, umyłam twarz i licząc na to, że już go więcej nie spotkam - w końcu na lotnisku był tłum - stanęłam z boku i czekałam na ogłoszenie boardingu, starając się ukryć za innymi. Niedługo później przy właściwej bramce zaczęła formować się kolejka, więc ustawiłam się na jej końcu.
Odsapnęłam dopiero, gdy zajęłam miejsce w samolocie. Kusiło mnie, by już wyjąć książkę, ale postanowiłam zaczekać, aż wystartujemy i wokół zapanuje względny spokój. Wyglądało na to, że wszyscy już weszli, ale zauważyłam jeszcze kilka wolnych miejsc. Zresztą fotel obok mnie też był pusty. Szczerze mówiąc, liczyłam, że tak już zostanie; pod oknem siedziała starsza pani sprawiająca wrażenie wycofanej, więc ta przestrzeń pomiędzy nami wydawała się mile widziana.
- Przepraszam - usłyszałam.
Odwróciłam głowę w stronę mężczyzny, który stał w przejściu i próbował dostać się na swoje siedzenie. Pomyślałam, że los miał dziś wyjątkowo dziwne - żeby nie powiedzieć: złośliwe - poczucie humoru. Bo dlaczego przy tylu miejscach usadził tego faceta akurat obok mnie? Przesunęłam się, żeby mógł przejść, i odruchowo przetarłam twarz dłonią. Chyba to zauważył, bo uśmiechnął się, ale tego nie skomentował. Dopiero gdy się rozlokował, spojrzał na mnie z rozbawieniem na twarzy.
- Chciałem jakoś subtelnie o tym wspomnieć, ale w końcu nie wiedziałem, jak to zrobić, żeby nie wyjść na natręta. Albo żeby nie pomyślała pani, że to jakiś podryw - dodał równie wesołym tonem, muskając znacząco dłonią swój nos i policzek.
- Ach, to - uśmiechnęłam się, bo nagle zeszło ze mnie napięcie, a cała ta sytuacja wydała mi się nawet komiczna. - Dobrze, że w porę spojrzałam w lustro.
Mój współpasażer miał w sobie coś, co sprawiło, że od razu poczułam się przy nim swobodnie. Może była to ta rzadko spotykana dziś naturalność i swoboda - niemal jak luksusowy towar. Albo przynajmniej ja, ostatnio otoczona ludźmi pokroju Mariusza, zapomniałam już, jak to jest zwyczajnie z kimś porozmawiać.
- Nie wiem, ale mam takie wrażenie, że już cię gdzieś widziałem - powiedział, przechodząc swobodnie na ty. - Igor jestem. Mam nadzieję, że możemy mówić sobie po imieniu.
- Lea - odparłam spokojnie, choć zbyt cicho.
Igor nie spuszczał ze mnie wzroku, a wyraz jego twarzy sugerował, że nad czymś się zastanawia.
Nie chciałam, żeby mnie rozpoznał. Może nie byłam szczególnie popularna, ale w ostatnich miesiącach moja twarz pojawiała się tu i ówdzie. Żeby zamknąć drogę jego dociekliwym myślom, odezwałam się wymijająco, choć zdecydowanym tonem.
- Nie sądzę, żebyśmy się gdzieś widzieli. - A żeby uwiarygodnić te słowa, dodałam, lekko wzruszając ramionami: - Często słyszę, że jestem do kogoś podobna albo komuś kogoś przypominam.
- Być może... - Z namysłem potarł brodę, po czym zdjął czapkę z daszkiem, przygładził krótkie, ciemne włosy i wreszcie się odwrócił.
W jego wyrazistej twarzy okolonej lekkim zarostem było coś budzącego zaufanie, ale to spojrzenie o nietypowej barwie tygrysiego oka najbardziej przyciągnęło mój wzrok. Wydawało się, że w magiczny sposób zmienia kolor pod wpływem emocji albo światła.
Chociaż miałam ochotę na rozmowę, trochę się zdystansowałam. Wyjęłam książkę i zatopiłam się w niej. Bałam się typowych pytań ze strony Igora, które zwykle padają na początku znajomości, w tym najważniejszego: czym się zajmujesz - bo nie umiałam, a raczej nie byłam gotowa, by na nie odpowiedzieć. Niestety czytanie mi nie szło. Nie potrafiłam się skupić, czując na sobie wzrok mojego współpasażera, który co jakiś czas zerkał na mnie znad gazety. Domyślałam się, że chce ze mną pogadać. W końcu wsunęłam zakładkę między kartki i dałam za wygraną. Chwilę później zauważyłam, że Igor również odłożył czasopismo. Zdążyłam jednak rzucić okiem na stronę tytułową: "Antiquity".
Niepotrzebnie się obawiałam, Igor był bardzo taktowny. Mało dopytywał, raczej starał się prowadzić rozmowę tak, żebym sama decydowała o jej kierunku. Właściwie zadał tylko jedno konkretne pytanie, które jednocześnie zawierało odpowiedź: czy do Grecji lecę na wypoczynek. Od razu przytaknęłam, dodając, że wybieram się do Retimno. Igor wspomniał, że mieszka na Krecie od kilku lat i przyciągnęła go tam praca. Rozpływał się nad zaletami wyspy i właśnie na tym polegała nasza rozmowa. Opowiadał o greckiej kuchni, najładniejszych plażach i kulturze w ogóle. W pewnym momencie nawet nasza powściągliwa współpasażerka włączyła się do rozmowy. Tak więc ponad trzy godziny lotu zleciały błyskawicznie.
Ledwo się obejrzałam, a już z głośników zaczęto ogłaszać przygotowania do lądowania. Z samolotu wyszliśmy razem z Igorem, ale potem nasze drogi nagle się rozeszły. Trochę żałowałam, że nie wymieniliśmy się namiarami - tak jak planowaliśmy - bo mógłby okazać się dla mnie dobrym przewodnikiem.
Po odebraniu bagażu najpierw złapałam autobus do centrum, którym dotarłam na główny dworzec, gdzie od razu kupiłam bilet do Retimno. Autobus kursował co godzinę, ale pech chciał, że zaledwie dwie minuty wcześniej odjechał. Nie miałam wyboru, czekał mnie przymusowy postój. Od rana byłam wypełniona wrażeniami, wciąż otoczona ludźmi. Stojąc teraz na rozgrzanym chodniku, poczułam się bardzo zmęczona, więc pomyślałam, że warto skorzystać z okazji, by coś przekąsić i napić się kawy.
Ciągnąc za sobą walizkę, ruszyłam w stronę przydworcowej kafejki. Mimo pełnego obłożenia udało mi się znaleźć wolne krzesło i szybko podreperować siły. Było późne popołudnie, ale słońce wciąż mocno przygrzewało. Termometr pokazywał dwadzieścia cztery stopnie, a po chłodnej i wietrznej aurze Gdańska zdawało mi się, że trafiłam w tropiki. Chyba dopiero teraz dotarło do mnie, gdzie jestem i na co się zdobyłam. Najmocniej uderzył mnie widok morza; poczułam się, jakbym dotarła do domu. Musiałam tu przyjechać, choć poza chęcią wypoczynku nie potrafiłam znaleźć innego wytłumaczenia, dlaczego to miejsce - widoczna z oddali woda, rozgrzane powietrze i przecinające je góry - wydaje mi się zadziwiająco znajome. To było jak głębokie déja vu, powrót do przestrzeni, która z jakiegoś powodu miała być dla mnie ważna. Co więcej, towarzyszyła mi niezachwiana pewność, że ona jest i zawsze była ważna. Nawet później, gdy jechałam autobusem, z nosem przyklejonym do szyby, niemal nie odrywałam wzroku od rozpościerających się za nią widoków. Miałam ochotę krzyknąć do kierowcy, żeby się zatrzymał, wyskoczyć i popędzić na plażę.
Nie wiem, czy to nie przez moje nachalne myśli, ale kiedy autobus nagle zwolnił, a potem zjechał na pobocze i się zatrzymał, pierwsze, o czym pomyślałam, to że to właśnie moja wina. Wewnątrz rozległ się pomruk niezadowolenia. Ktoś próbował podpytać, dlaczego stoimy, ktoś inny starał się dowiedzieć, gdzie jesteśmy. Niestety szybko okazało się, że kierowca nie miał dobrych wieści. "Awaria" - to słowo zawisło nad głowami pasażerów, w tym moją. Musieliśmy wysiąść i zaczekać na pojazd zastępczy, choć - zgodnie z tym, co podsłuchałam i co sama podejrzewałam - powiedziano to raczej na odczepnego. Nie pozostało nic innego, jak tylko czekać na kolejny kurs.
Tylko przez chwilę stałam na wciąż nagrzanym poboczu, niby w zamyśleniu skubiąc pasek przerzuconego przez ramię plecaka, bo tak naprawdę wiedziałam, co zrobię. Gdy tylko zobaczyłam na tablicy nazwę "Bali", przecięłam główną drogę i z turkoczącą walizką ruszyłam w stronę bocznej ulicy prowadzącej do miejscowości. Owszem, zamierzałam zaczekać na kolejny autobus, ale w znacznie przyjemniejszych okolicznościach. Komu by się chciało smażyć na poboczu i wdychać aromat spalin? Odwróciwszy się, szybko dostrzegłam, że tylko ja odważyłam się na taki krok. Pozostali pasażerowie uparcie wypatrywali na horyzoncie nadjeżdżającego zastępstwa.
Minąwszy kilka budynków mieszkalnych, zaczęłam wytężać wzrok, próbując dostrzec najbliższe wejście na plażę, skrytą za parasolem oszałamiająco pachnących drzew iglastych, chyba pinii. Im bliżej byłam i im wyraźniej docierał do mnie szum morza, tym bardziej przyspieszałam kroku. Gdy dotarłam do wejścia na deptak prowadzący na plażę Livadi, o czym informowała jedna z tabliczek, od razu zdjęłam buty, uniosłam walizkę i, zostawiając za sobą rząd restauracji, pognałam w stronę brzegu. Nie było tu zbyt wielu osób, większość leżaków stała pusta, a głosy dochodziły raczej z przybrzeżnych kafejek. Miasteczka najwyraźniej nie zdążył jeszcze opanować tłum turystów - choć z tego, co zauważyłam, miejscowość wydawała się raczej kameralna. Na nieco oddalonym wzgórzu dostrzegłam dwa większe hotele, ale poza nimi, jak podejrzewałam, dominowały tu mniejsze hoteliki i pensjonaty. Zobaczyłam niewiele, ale co do jednego nie miałam wątpliwości - podobało mi się tutaj.
Usiadłam i, zasłuchana w głosy morskich ptaków na tle szumu morza, wpatrywałam się w horyzont. Poza czasem i przestrzenią, jak mi się wydawało. Nie minął jednak kwadrans, gdy w mojej głowie pojawiła się pewna myśl i poczułam zew. Rozejrzałam się i, upewniwszy się, że nikt na mnie nie patrzy, zdjęłam dżinsy i T-shirt. Naprędce uznałam, że figi i biustonosz z powodzeniem mogą udawać bikini, i zachłannie podbiegłam do wody. A potem po prostu przepadłam.
Morze Śródziemne było bezsprzecznie cieplejsze niż Bałtyk, miało pewnie około dwudziestu stopni i wydawało mi się idealne. Mój żywioł znów przejął nade mną kontrolę, bo jako zodiakalna Ryba od zawsze kochałam wodę i w przenośni, i dosłownie - biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do skrótów myślowych: najpierw czuję i działam, a dopiero potem analizuję. Miałam wrażenie, że gdy cała zanurzałam się pod wodą, wszystko we mnie cichło. Łagodniało. Na tych kilka chwil świat się zatrzymywał.
Gdy wyszłam na piasek, choć owiał mnie lekki wiatr, nie czułam zimna. Rozpierała mnie energia i jakaś wewnętrzna pewność, że mogę wszystko, że właśnie tu, pośród porośniętych makią wzgórz, jest miejsce, które od dawna na mnie czekało. Z niemałym trudem wyciągnęłam z walizki plażową chustę i otuliłam się nią jak kokonem. Usiadłam, opierając brodę na kolanach zgiętych nóg i znów zapatrzyłam się w granatową, spokojną toń. Minuty upływały, a mnie nie chciało się stąd odchodzić. Nie łudziłam się, że autobus na mnie zaczeka, ale ze spokojem pomyślałam, że wybiorę kolejny kurs; sprawdziłam dokładnie i upewniłam się, że mogę sobie na to pozwolić. Kiedy jednak dotarło do mnie, że słońce nie grzeje już z taką mocą jak wcześniej, a wokół zrobiło się jakby puściej, doszłam do wniosku, że czy mi się chce, czy nie, powinnam się zbierać. Prawdopodobieństwo, że dojadę do Retimno jeszcze za dnia malało z każdą chwilą, ale Yannis zapewniał, że do pensjonatu jego rodziny łatwo trafić. Wyjaśnił mi też dokładnie, jak się tam dostać.
Niechętnie opuszczałam plażę i wciąż oglądałam się na morze. Idąc później chodnikiem, wydawało mi się, że walizka staje się jakby cięższa, za to ja lżejsza o kilka deko trosk i wątpliwości. Niestety mój dobry humor prysł, ledwo dotarłam do głównej drogi i zobaczyłam tył oddalającego się autobusu. Przez chwilę miałam jeszcze nadzieję, że może to nie ten jadący trasą do Chanii; pojawił się bowiem trochę przed czasem. Rzeczywistość szybko sprowadziła mnie jednak na ziemię. Odczekawszy kilkanaście minut, musiałam uznać, że nic z tego. Wyrzucałam sobie potem, że mogłam nie przeciągać plażowania. Nie ulegało wątpliwości, że gdybym zaczekała na następny kurs, w Retimno przywitałby mnie już blask ulicznych latarni. Niby nic wielkiego - nie byłaby to przecież głęboka noc i na pewno nikogo nie wyrwałabym z łóżka - ogarnęła mnie jednak lekka dezorientacja. Nie wszystko szło bowiem zgodnie z planem.
Nagle w mojej głowie pojawiła się myśl, która w ciągu kilku sekund nabrała zaskakującej ostrości. "A co, gdybym tak jedną noc spędziła w Bali?" Spodobał mi się ten pomysł. Następnego ranka mogłabym jeszcze zobaczyć całe miasteczko i przejść się na kolejne plaże. Uznałam, że skoro już tu trafiłam, warto byłoby z tego kaprysu losu skorzystać. Nie biłam się z myślami zbyt długo, tylko od razu ruszyłam z powrotem tam, skąd przyszłam.
Wiedziałam, że nie będę mieć kłopotu ze znalezieniem noclegu. Sezon się jeszcze nie zaczął i przy mijanych kwaterach i pensjonatach kilkukrotnie widziałam tabliczki z informacją o wynajmie pokoi. Za każdym razem jednak coś mnie powstrzymywało; czułam, że to jeszcze nie to, że powinnam iść dalej. W ten sposób dotarłam do niewielkiego portu, rozświetlonego blaskiem płynącym z zacumowanych łodzi. Z okolicznych tawern słychać było gwar, a z któregoś z otwartych okien dobiegała wesoła, skoczna muzyka, w rytmie której aż chciało się pląsać. Byłam jednak już naprawdę znużona i marzył mi się przytulny, cichy pokoik z wygodnym łóżkiem. Cofnęłam się do wąskiej uliczki, którą wcześniej minęłam.
Mój wzrok przyciągnął kot, który właśnie przebiegł mi drogę, a kawałek dalej na białej fasadzie jednego z budynków zauważyłam tabliczkę z informacją o wynajmie. Ucieszyłam się. Wyglądało na to, że wreszcie odnalazłam właściwy adres. Gdy jednak ruszyłam w tamtym kierunku, znienacka zaskrzypiał zamek w drzwiach, obok których przechodziłam. Zanim się otworzyły, zdążyłam zauważyć, że pomalowano je na niebiesko. Wkrótce stanęła w nich starsza, siwa kobieta. Spojrzała na mnie z pewnym zdziwieniem, ale o nic nie zapytała. Przywołała do siebie kota, który nieoczekiwanie przemknął mi pod nogami i niczym strzała wpadł do zacienionej sieni. Dopiero potem kobieta zwróciła się do mnie łamanym angielskim, omiatając wzrokiem moją walizkę.
- Szukasz pokoju?
- Tak - przyznałam skwapliwie, spoglądając na nieduży biały budynek z zamkniętymi ciemnoniebieskimi okiennicami. Nie dostrzegłam nigdzie informacji o wolnych pokojach, ale w małym miasteczku tego typu informacje mogły przecież krążyć pocztą pantoflową.
- Wejdź. - Otworzyła szerzej drzwi i bez wdawania się w szczegóły wpuściła mnie do środka.
Przekroczyłam próg z pewnym wahaniem, ale odczułam ulgę, że wreszcie będę mogła odpocząć. Zdziwiłam się, że kobieta nie poprosiła mnie o paszport ani o nic nie zapytała. Zamiast tego sięgnęła po klucz zawieszony na ściennej półce w kształcie domku i mi go wręczyła.
- Pierwsze piętro, drugie drzwi na prawo - powiedziała tylko, wskazując na drewniane schody z balustradą wytartą przez lata używania.
Miałam do tej kobiety wiele standardowych pytań, jakie zwykle zadaje się, meldując w obcym miejscu, ale odczuwszy jej zniecierpliwienie, jedynie się uśmiechnęłam. Po chwili odniosłam wrażenie, że zupełnie straciła zainteresowanie moją osobą, a całą uwagę skupiła na czarnym, długowłosym kocie. Nie pozostało mi więc nic innego, tylko udać się na górę.
Klatka schodowa była dość wąska, dlatego uniosłam i przycisnęłam do siebie walizkę, starając się robić jak najmniej hałasu. Wspinając się, ostrożnie stawiałam kroki, bo stopnie skrzypiały, jakby buntowały się przeciwko temu, że ktoś naruszył ich przestrzeń. W powietrzu unosiła się woń pasty do podłóg, pomieszana z aromatem ziół i smażonego mięsa. Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu dotarłam pod właściwie drzwi i je otworzyłam.
Uderzyła mnie duchota, więc ledwo postawiłam walizkę i zapaliłam światło, od razu otworzyłam okno i rozchyliłam okiennice. Rześka bryza, która wtargnęła do pokoju, z miejsca się z nią rozprawiła. Na zewnątrz ujrzałam rozległą, ciemną plamę, na której migotały dwa niewielkie punkciki. Domyśliłam się, że to morze, w końcu byłam niedaleko portu. Zresztą lekko słona nuta w powietrzu tylko mnie w tym upewniła.
Trudno powiedzieć, jak długo stałam i wpatrywałam się w horyzont, oczyma wyobraźni widząc siebie zanurzoną w tych głębinach. Nagle do moich uszu dotarł dźwięk statku, który natychmiast sprowadził mnie na ziemię. Zauważywszy, że do wnętrza wleciały jakieś nieproszone owady, machnęłam ręką, próbując je przegonić, po czym zamknęłam okno. Dopiero teraz dokładniej przyjrzałam się wnętrzu, które - jak sugerowały umieszczone tu meble - zostało urządzone chyba wieki temu. Klapnęłam na stojący przy ścianie tapczan, gdy usłyszałam dźwięk nadchodzącej wiadomości. Wsunęłam rękę do kieszeni plecaka i wyjęłam telefon.
Zauważyłam z tuzin esemesów i kilka nieodebranych połączeń od Anki. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak nierozważnie się zachowałam. Prawdopodobnie kuzynka Yannisa wciąż czekała na mój przyjazd do jej pensjonatu. Pośpiesznie wybrałam numer koleżanki, żeby wszystko wyjaśnić. Odebrała niemal natychmiast, mówiąc przejętym głosem, że razem z Yannisem bardzo się o mnie martwią. Wchodząc jej w słowo, uspokoiłam ją opowieścią o perypetiach z autobusem. Trochę nagięłam przy tym prawdę, żeby nie wyjść na zbyt lekkomyślną. Na koniec obiecałam, że nazajutrz po południu powinnam być już w Retimno.
Kiedy zakończyłyśmy rozmowę, było dobrze po jedenastej. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie od czasu do czasu przez nieokreślone odgłosy dochodzące, jak przypuszczałam, z rejonu portu. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo jestem zmęczona. Uznałam, że najwyższa pora wziąć prysznic i wreszcie się położyć.
Przyciągnęłam do siebie walizkę i ją otworzyłam. Choć naprzeciwko stała pokaźna drewniana szafa, nie zamierzałam wkładać do niej ubrań, w końcu zatrzymałam się tu tylko na dobę. Szukając spodenek od piżamy, dotknęłam czegoś twardszego. Wyjęłam to i z przejęciem odwinęłam z papieru.
Bogini Matka wpatrywała się we mnie spłowiałymi niebieskimi oczami. Było w nich jednak coś, czego nie dostrzegłam wcześniej. Cała ta toporna figurka wydawała mi się inna, bardziej kompletna, żywsza - jeśli w ogóle można przypisać takie cechy martwym przedmiotom. Jawiła mi się jako drogowskaz, nie tylko na tej słonecznej wyspie, ale też w życiu. Nie potrafiłam tego nazwać, ale wiedziałam, że nadciąga zmiana, cicha, nieuchwytna, lecz nieodwołalna. Potwierdzały to także słowa Sofii, której nagłe spotkanie zakrawało przecież na cud.
Nagle wszystko przestało mnie obchodzić, w tym dobrym, wyzwalającym sensie. A może po prostu byłam już bardzo zmęczona? W końcu miałam za sobą podróż i cały dzień intensywnych wrażeń. Gdy zasypiałam, wydawało mi się, że słyszę szum fal, a pomiędzy nimi eteryczną, liryczną pieśń. Było w niej coś znajomego, jakby echo dawno zapomnianej prawdy. Przypomniała mi o czymś ważnym. Wydobyła na powierzchnię zapomniane uczucia. Ukołysała mnie, a jednocześnie zachwiała tym, co dotychczas uważałam za pewne. Uznałam to za senne marzenie, ulotną chwilę, ten przedziwny stan zawieszenia, kiedy dusza oddziela się na moment od ciała. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero początek. Że ta pieśń powróci i z czasem stanie się moją obsesją.
Dalsza część w wersji pełnej