Córka - T.M. Logan

Kup ebooka

36.90 zł
30.60 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

6

Evie chciała, żebym wie­rzyła, że wciąż jest na stu­diach. A na uczelni powie­działa, że wró­ciła do mnie, do domu.

Nabiła obie strony w butelkę.

Zosta­wi­łam swój numer zarówno Far­ley­owi, jak i Gray, pro­sząc, by zawia­do­mili mnie, gdyby dowie­dzieli się cze­go­kol­wiek nowego, po czym spę­dzi­łam kolejną godzinę, snu­jąc się po kam­pu­sie. W mojej gło­wie nara­stał pul­su­jący ból, gdy krą­ży­łam bez planu, spraw­dza­jąc kolejne pię­tra biblio­teki, prze­stronny budy­nek związku stu­denc­kiego, pełen kawiarni, barów i prze­strzeni, w któ­rych odby­wały się różne wyda­rze­nia. Nie mogłam uwie­rzyć w to, co usły­sza­łam i zoba­czy­łam; chcia­łam jak naj­bar­dziej odwlec moment, w któ­rym wsiądę z powro­tem do auta i udam się w samotną, podróż powrotną do domu. Wszyst­kie miej­sca, które odwie­dzi­łam, były jed­nak albo zamknięte, albo opu­sto­szałe -?cały kam­pus zapadł w hiber­na­cję przed świą­teczną prze­rwą.

Wra­cam jesz­cze raz pod aka­de­mik New Orchard Hall. Teraz, po połu­dniu, poranny zgiełk wyci­szył się nie­mal do zera. Głów­nym wej­ściem nikt nie wcho­dzi i nie wycho­dzi, na zewnątrz nie stoją żadne samo­chody, tylko kilka okien w budynku roz­świe­tla świa­tło. Panuje tu nie­przy­jemny spo­kój.

Jestem kom­plet­nie sama ze swo­imi myślami i tra­wią­cym mnie lękiem. Coraz moc­niej odczu­wam cię­żar rze­czy­wi­sto­ści -?jest jak strasz­li­wie wypchany ple­cak, któ­rego paski wbi­jają mi się w ramiona.

Jest już zupeł­nie ciemno, a deszcz pada coraz moc­niej, kiedy w końcu docie­ram do samo­chodu. Otwie­ram go i ciężko opa­dam na sie­dze­nie kie­rowcy. Mój wzrok spo­czywa na pudełku z kanap­kami z tuń­czy­kiem i kuku­ry­dzą, które czeka na sie­dze­niu pasa­żera tuż obok mnie -?nie­tknięte. Otwie­ram pokrywkę.

Ale nie czuję głodu.

Przez chwilę sie­dzę bez ruchu, obser­wu­jąc kro­ple desz­czu spły­wa­jące po szy­bie, z pudeł­kiem peł­nym kana­pek na kola­nach. To nie tak miało wyglą­dać. Spo­dzie­wa­łam się, że córka będzie zmę­czona, że będzie miała kaca i nie będzie chciała za wiele roz­ma­wiać w dro­dze do domu. Ow­szem, domy­śla­łam się, że moje próby nawią­za­nia kon­taktu mogą spo­tkać się z ciszą. Że będzie gapić się w tele­fon w trak­cie jazdy albo -?to bar­dziej praw­do­po­dobne -?że po pro­stu prze­śpi całą drogę.

Ale nie mam pomy­słu na to, co zro­bić z tą sytu­acją, z nie­obec­no­ścią córki. Nasze ostat­nie wspólne lata były wpraw­dzie pełne róż­nych wyzwań, ale cze­goś takiego sobie nie wyobra­ża­łam. W gło­wie wciąż sły­szę pyta­nie dziew­czyny w fio­le­to­wej blu­zie, którą spo­tka­łam na kory­ta­rzu aka­de­mika.

Pokłó­ci­ły­ście się czy coś?

Te słowa są jak echo, jak pio­senka, któ­rej nie da się wyrzu­cić z głowy.

Czy fak­tycz­nie doszło mię­dzy nami do kłótni? Czy na naszej rela­cji poja­wiła się głę­boka rysa, którą mogłam prze­oczyć? Evie zawsze była bar­dzo bystrą, cie­kawą świata dziew­czyną i wyma­ga­jącą nasto­latką. Nie jest już dziec­kiem -?przy­po­mi­nam sobie. Teraz jest doro­sła, ma swoje prawa i auto­no­mię. Może robić, co chce. Tyle że prawda wyglą­dała ina­czej -?w ciągu ostat­nich kilku lat zali­czy­ły­śmy nie­mało awan­tur. Kon­flikty poja­wiły się, jesz­cze zanim weszła w etap doj­rze­wa­nia. Zaczęły się, kiedy poszła do szkoły śred­niej i wpa­dła w nie­koń­czący się wir dra­ma­tów z kole­żan­kami. A zaraz potem zaczęła doj­rze­wać, a warto pod­kre­ślić, że dziś pro­ces ten odbywa się pod nie­życz­li­wym spoj­rze­niem mediów spo­łecz­no­ścio­wych: wszystko jest nagry­wane, pod­da­wane porów­na­niom i oce­nom online. I wresz­cie poja­wiły się imprezy, chłopcy, alko­hol i nie­ustanne testo­wa­nie gra­nic, które sta­ra­łam się wyraź­nie komu­ni­ko­wać. Pamię­tam szcze­gól­nie dobrze, jak pokłó­ci­ły­śmy się w jej sie­dem­na­ste uro­dziny. W kon­se­kwen­cji dałam jej szla­ban na wyj­ścia na cały mie­siąc; przez pierw­sze dwa tygo­dnie prak­tycz­nie się do mnie nie odzy­wała.

Nie wspo­mi­nam nawet o pre­sji na dobre wyniki w nauce.

A więc odpo­wiedź brzmi: tak, oczy­wi­ście, że się kłó­ci­ły­śmy. Czy jaki­kol­wiek rodzic nasto­let­niej córki mógłby odpo­wie­dzieć na to pyta­nie ina­czej? Nie­wy­klu­czone, że napię­cie mię­dzy mną a Evie wykra­czało ponad jakąś śred­nią, choć ostat­nio było ina­czej. Uspo­ko­iła się po wyjeź­dzie na stu­dia. Jeśli się nad tym zasta­no­wić, wyraźna zmiana nastą­piła w sierp­niu, wkrótce po wyni­kach egza­mi­nów.

Muszę koniecz­nie poroz­ma­wiać z ludźmi, któ­rzy znali ją tak dobrze jak ja -?z jej naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi. Być może coś prze­ga­pi­łam, może moja córka tym­cza­sowo zade­ko­wała się u kogoś? Może zapo­mniała prze­ka­zać mi wia­do­mość o jakiejś wycieczce czy wyjeź­dzie do naszych krew­nych na pół­nocy?

Odszu­kuję starą, nie­ak­tywną grupę, którą zało­ży­ły­śmy ze zna­jo­mymi na What­sAp­pie parę lat temu, żeby uła­twić sobie poszu­ki­wa­nie opie­ku­nek do dzieci na różne oka­zje. Są na niej mamy i córki. Wysy­łam wia­do­mość do Mil­lie i Amber, dwóch naj­lep­szych przy­ja­ció­łek mojej Evie. Sta­ram się, by brzmiała moż­li­wie neu­tral­nie.

Cześć, czy roz­ma­wia­ły­ście może z Evie dzi­siaj albo jakoś wcze­śniej w tym tygo­dniu? Nie mogę się do niej dodzwo­nić. Z góry dzię­kuję za infor­ma­cje!

Obie dziew­czyny, podob­nie jak moja lato­rośl, całe dnie spę­dzały prak­tycz­nie przy­ro­śnięte do swo­ich tele­fo­nów, dla­tego cze­kam w napię­ciu, wpa­trzona w ekran mojego smart­fona, pewna, że któ­raś zaraz się do mnie ode­zwie.

Ale obie mil­czą.

Tym­cza­sem moja mama odbiera po dwóch sygna­łach; w tle połą­cze­nia ryczy tele­wi­zor. Wymie­niamy począt­kowe uprzej­mo­ści, po czym prze­cho­dzę do sedna.

-?Co masz na myśli, mówiąc, że wyje­chała? -?Dźwięk tele­wi­zora milk­nie nagle. -?Niby gdzie?

-?Na tym polega kło­pot, mamo, bo nie wiem. Jesteś pewna, że się do cie­bie w tym tygo­dniu nie odzy­wała?

-?Nie, mil­czała... od paru tygo­dni. Myśla­łam, że odbie­rasz ją jutro z uczelni?

-?Nie tyle jutro, co dziś, mamo. -?Głos mi drży. -?Ale jej tu po pro­stu nie ma. Czy możesz sobie przy­po­mnieć, kiedy roz­ma­wia­ły­ście po raz ostatni? Oso­bi­ście, nie przez wia­do­mo­ści.

Po dru­giej stro­nie połą­cze­nia zapada cisza.

-?Gdzieś na początku grud­nia? Zapy­ta­łam ją, co chcia­łaby dostać na święta.

Kiedy Evie była mała, zawsze poświę­cała dużo czasu na przy­go­to­wa­nie zdo­bio­nej rysun­kami i bar­dzo szcze­gó­ło­wej listy wyma­rzo­nych pre­zen­tów. Swoim naj­bar­dziej sta­ran­nym pismem kali­gra­fo­wała prośby o gry, arty­kuły pla­styczne, kolo­ro­wanki, książki, zabawki, lalki, kostiumy disney­ow­skich księż­ni­czek. Gdy weszła w wiek nasto­letni, życze­nia na liście sta­wały się coraz mniej­sze -?jeśli cho­dzi o roz­miary; wzro­sły za to ich ceny. Elek­tro­nika, biżu­te­ria i bony pre­zen­towe. W ostat­nim roku czy dwóch naj­czę­ściej pro­siła o karty poda­run­kowe do Urban Out­fit­ters, BooHoo czy Miss­gu­ided.

-?Chciała jakiś voucher na ciu­chy? -?dopy­tuję.

-?Wła­śnie nie -?odpo­wiada. -?Nie w tym roku. Powie­działa, żebym nie mar­twiła się o pre­zenty, że nie chce, żebym wyda­wała na nią pie­nią­dze. Co było dość dziwne, bo uwiel­biam ją roz­piesz­czać, zawsze tak było. Zasko­czyła mnie tym. Mia­łam cię zresztą pytać o to, czy masz jakieś pomy­sły na pre­zenty dla niej.

Fak­tycz­nie, dziwna sprawa. Taka reak­cja zupeł­nie nie pasuje do Evie. Ale rezy­gna­cja ze stu­diów, i to ukrad­kiem, też wydaje mi się nie w jej stylu. Szybko refe­ruję mamie, czego się dowie­dzia­łam i co się stało w aka­de­miku.

-?Nie wiem, o co w tym wszyst­kim cho­dzi, mamo. Prze­cież powinna być tutaj. Jesteś pewna, że nie wspo­mi­nała o jakiejś wycieczce przed Bożym Naro­dze­niem?

-?Nic mi nie mówiła, kochana. Podej­rze­wam, że nie pisała też nic do mnie w jed­nej z tych apli­ka­cji, prawda? Całe życie ma w tym tele­fo­nie, na Insta­gra­mie, Back­cha­cie.

-?Snap­cha­cie -?popra­wiam ją odru­chowo.

-?To mia­łam na myśli. Spraw­dza­łaś jej konta?

Mama pro­po­nuje, że przy­je­dzie do mnie ze swo­jego domu w New­bury, ale pro­szę, by została na miej­scu, na wypa­dek, gdyby Evie mogła się u niej poja­wić. Choć nie wydaje mi się to szcze­gól­nie praw­do­po­dobne. Mama obie­cuje, że się ode­zwie, jeśli cze­go­kol­wiek się dowie, i się roz­łą­czamy.

Pró­buję nie pod­da­wać się panice, któ­rej oddech czuje na karku. Zaczy­nam meto­dycz­nie prze­glą­dać tele­fon pod kątem wszyst­kich momen­tów kon­taktu z córką od tam­tego zim­nego, wrze­śnio­wego dnia, kiedy się ze sobą poże­gna­ły­śmy. Prze­pa­truję wia­do­mo­ści w nadziei na zna­le­zie­nie jakiejś wska­zówki, która suge­ro­wa­łaby, że córce było na stu­diach ciężko, że czuła się samotna, przy­gnę­biona, może prze­ła­do­wana ilo­ścią pracy?

Zawsze wolała pisać, niż dzwo­nić. Nasz kon­takt pozo­sta­wał nie­re­gu­larny, czę­sto to ja go ini­cjo­wa­łam. Zazwy­czaj po kilku dniach mil­cze­nia córki. SMS-y spro­wa­dzały się do krót­kich aktu­ali­za­cji: "U mnie wszystko dobrze", "Tak, bawię się świet­nie", "Zaję­cia są wyma­ga­jące, ale mi się podo­bają", "Pozna­łam na kory­ta­rzu fajną kole­żankę". Roz­ma­wia­ły­śmy przez wideo w tygo­dniu prze­pro­wadzki, a potem jesz­cze raz parę tygo­dni póź­niej.

Prze­wi­jam połą­cze­nia, żeby spraw­dzić, kiedy po raz ostatni roz­ma­wia­ły­śmy na żywo, kiedy sły­sza­łam jej głos. Od tam­tej roz­mowy minęły ponad dwa tygo­dnie, a trwała mniej niż pięć minut. Pamię­tam, że córka gdzieś wtedy szła i że była noc. Chciała, żeby ktoś był po dru­giej stro­nie słu­chawki, chciała mieć z kim roz­ma­wiać, by nikt jej nie zacze­piał.

Pamię­tam, że w tam­tej chwili kusiło mnie, żeby ją ostrzec, że ta stra­te­gia nie­ko­niecz­nie zmniej­sza ryzyko, że ktoś ją napad­nie, wyska­ku­jąc z cie­nia; że roz­mowa z mamą przez tele­fon nie sta­nowi żad­nego zabez­pie­cze­nia.

Połą­cze­nie zakoń­czyło się o 22:43, trzy­dzie­stego listo­pada. Zakła­da­łam, że córka po pro­stu wra­cała do aka­de­mika po jakiejś wie­czor­nej impre­zie.

Teraz wiem już, że zre­zy­gno­wała ze stu­diów dużo wcze­śniej. Że od kilku tygo­dni już jej tam nie było.

Posty na Insta­gra­mie -?przy­naj­mniej na tym kon­cie, do któ­rego mam dostęp -?nie poka­zują nic zaska­ku­ją­cego. Evie nie wrzu­cała ich zresztą szcze­gól­nie regu­lar­nie. Kilka fotek z imprez, chyba z budynku związku stu­denc­kiego, sel­fie z kolo­ro­wym drin­kiem w dłoni, w tle zatło­czony bar. Jakiś zespół gra na sce­nie. Inny post, w biblio­tece: też sel­fie, z masą hasz­ta­gów -?#dum­ny­ku­jon #prawo #QAU. Kolejny post, kolejna noc w jakimś zatło­czonym barze, kolejny drink, kolejne sel­fie.

Wyglą­dam przez okno. Moje auto jest ostat­nie, wszy­scy inni już odje­chali. Obser­wuję, jak w budynku związku gasną ostat­nie świa­tła, aż wresz­cie cały okrywa się ciem­no­ścią.

Cisza w aucie nagle zaczyna mi prze­szka­dzać, więc wci­skam guzik w tablicy roz­dziel­czej, żeby włą­czyć radio. Wła­śnie zaczy­nają się wia­do­mo­ści o czwar­tej po połu­dniu: spi­ker swoim głę­bo­kim bary­to­nem opo­wiada o kolej­kach na wizytę u leka­rza spe­cja­li­sty, kry­ty­ku­jąc sys­tem finan­so­wa­nia NHS. Jego słowa prze­pły­wają przeze mnie, jak­bym do końca ich nie rozu­miała -?są szu­mem tła.

Kolejna infor­ma­cja poda­wana w ser­wi­sie infor­ma­cyj­nym doty­czy powo­dzi w Som­mer­set, gdzie rzeki wylały się z brze­gów po kil­ku­ty­go­dnio­wych opa­dach i porwały jakie­goś sied­mio­let­niego chłopca w oko­licy Taun­ton. Znaj­du­jący się na miej­scu repor­ter opo­wiada ze szcze­gó­łami o poszu­ki­wa­niach pro­wa­dzo­nych przez poli­cję i straż pożarną. Sied­mio­la­tek bawił się z rodzeń­stwem w pobliżu wypeł­nio­nej wodą rzeki, w któ­rymś momen­cie pośli­znął się i do niej wpadł. Nurt po pro­stu go porwał -?rela­cjo­nuje naoczny świa­dek. To był moment. W jed­nej chwili tu był, w dru­giej już go nie było.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

SOBOTA

Dzie­sięć tygo­dni. Jesz­cze ni­gdy nie były­śmy osobno przez tyle czasu.

To wię­cej niż wszyst­kie poprzed­nie roz­sta­nia razem wzięte. Wszyst­kie nasto­let­nie noco­wanki u kole­ża­nek i festi­wale, jej wyjazdy ze zna­jo­mymi, szkolne wycieczki.

Dla mnie to naprawdę długa roz­łąka z naj­star­szym dziec­kiem, choć Evie tak się cie­szyła, że jedzie. Była pod­eks­cy­to­wana nowym eta­pem życia, wizją pierw­szej, praw­dzi­wie nie­skrę­po­wa­nej swo­body. Kibi­co­wa­łam jej. Matka -?naj­więk­sza fanka swo­jego dziecka, snu­jąca marze­nia na temat jej przy­szło­ści. Pod koniec lata poczu­łam jed­nak cień lęku. Evie dostała wyniki egza­mi­nów, miej­sce na uczelni zostało potwier­dzone. W kuchen­nym kalen­da­rzu wpi­sała datę wyjazdu dużymi, weso­łymi lite­rami i trzema wykrzyk­ni­kami.

Mia­łam ochotę przy­trzy­mać ją przy sobie jesz­cze cho­ciaż przez chwilę. Ale musia­łam pozwo­lić jej wyru­szyć w świat. Wie­dzia­łam, że sobie w nim pora­dzi, że jest gotowa na uni­wer­sy­tec­kie życie -?bez­pieczne, płyt­kie wody przed wypły­nię­ciem na otwarte morze.

I oto, w końcu, pierw­szy semestr nauki dobiegł końca.

Tego ranka obu­dzi­łam się przed dzwon­kiem budzika; nie mogłam się docze­kać, aż ruszę w drogę, wszystko mia­łam już przy­go­to­wane. Kanapki z tuń­czy­kiem i majo­ne­zem -?ulu­biona prze­ką­ska Evie -?butelki z wodą na drogę, torby na brudne pra­nie, worki na śmieci, w które można zapa­ko­wać inne rze­czy. Torba ter­miczna na zawar­tość jej lodówki, kilka pły­nów i ście­re­czek czysz­czą­cych, gdyby chciała odświe­żyć pokój. Czu­łam, że cze­goś zapo­mnia­łam, ale nie mia­łam poję­cia, co by to mogło być.

Ruch na dro­dze spo­wol­nił, gdy doje­cha­łam do auto­strady M25, ale mimo żół­wiego tempa poru­sza­łam się naprzód. Roz­wod­nione zimowe słońce prze­świe­cało przez chmury, ale w moim sercu było przy­jem­nie cie­pło. Nie mogłam się docze­kać, aż zoba­czę Evie, aż przy­tulę tę moją cudowną, wiel­ko­duszną, upartą, piękną córkę po raz pierw­szy od dzie­się­ciu tygo­dni.

Gdy wjeż­dża­łam na zasy­pany liśćmi, gęsto zadrze­wiony kam­pus, docho­dziła jede­na­sta. Na głów­nej dro­dze dojaz­do­wej wił się wąż samo­cho­dów. New Orchard Hall to wybu­do­wany w latach sześć­dzie­sią­tych zespół czte­ro­pię­tro­wych aka­de­mi­ków z czer­wo­nej cegły połą­czo­nych sie­cią dróg. Wzdłuż ulic, dwoma kołami na chod­niku, stoją zapar­ko­wane samo­chody z otwar­tymi bagaż­ni­kami i dodat­ko­wymi bagaż­ni­kami na dachach; rodzice dźwi­gają wypchane walizki, torby i pudła róż­nych kształ­tów i wiel­ko­ści, paku­jąc swoje dzieci w podróż powrotną do domu.

Evie chciała przy­je­chać pocią­giem, ale nale­ga­łam, że przy­jadę po nią sama.

Czu­łam, że podróż do domu z Lon­dynu będzie dla nas szansą na prze­pro­wa­dze­nie nego­cja­cji poko­jo­wych; szansą na praw­dziwą roz­mowę. Chcia­łam oddzie­lić grubą linią to, co działo się wcze­śniej -?cią­głe napię­cie wyni­ka­jące z nasto­let­nich naci­sków na gra­nice, które w końcu nie wytrzy­mało i pękło pod nie­usta­ją­cym napo­rem. Chcia­łam móc powie­dzieć córce: Mię­dzy nami może być ina­czej.

Zapar­ko­wa­łam w miej­scu zwol­nio­nym przez mer­ce­desa z napę­dem na cztery koła i zer­k­nę­łam na tele­fon. Napi­sa­łam do Evie przy wyjeź­dzie z Reading, żeby uprze­dzić, że ruszam. Nie odpi­sała, ale nie zdzi­wiło mnie to: podej­rze­wa­łam, że jesz­cze śpi. Wzię­łam ze sobą kilka nie­bie­skich toreb z Ikei i ruszy­łam do głów­nego wej­ścia, mija­jąc jakie­goś obła­do­wa­nego ojca, podą­ża­ją­cego za swoją nasto­let­nią pocie­chą, bez­tro­sko gada­jącą przez tele­fon. Weszłam po scho­dach na trze­cie pię­tro, skrę­ci­łam w lewo, kie­ru­jąc się zna­kami. Byłam tu tylko raz, nie do końca orien­to­wa­łam się w prze­strzeni.

Na każ­dym pię­trze znaj­do­wało się sześć miesz­kań, z któ­rych każde liczyło osiem jed­no­oso­bo­wych poko­jów. Cała masa nasto­lat­ków upa­ko­wana na sto­sun­kowo nie­wiel­kiej powierzchni. Spraw­dzi­łam apli­ka­cję z notat­kami na tele­fo­nie: Evie mieszka na trze­cim pię­trze, w miesz­ka­niu F, w pokoju numer osiem.

Drzwi do miesz­ka­nia stały otwo­rem, dzięki zuży­temu adi­da­sowi, któ­rym ktoś je zablo­ko­wał. Zapach, który buch­nął ze środka, był tak gęsty, że nie­mal nama­calny: spo­cone stopy, przy­pa­lone grzanki, wil­gotne ubra­nia. Pierw­szym pomiesz­cze­niem na lewo była wspólna kuch­nia: stół zawa­lony butel­kami, na wpół peł­nymi szklan­kami, zgnie­cio­nymi pusz­kami, pełen plam po roz­la­nym alko­holu. Zlew wyglą­dał jesz­cze gorzej, butelki wypeł­niały też kosz na śmieci -?doci­śnięty od góry pudeł­kami po pizzy -?i pod­łogę dookoła.

Zga­dy­wa­łam, że poprzed­niej nocy w miesz­ka­niu odbyła się impreza na zakoń­cze­nie seme­stru, ewen­tu­al­nie jakiś mały "bifo­rek" -?czy jak to się teraz mówi -?przed wie­czor­nym wyj­ściem na mia­sto. Poczu­łam ukłu­cie współ­czu­cia na myśl o oso­bach sprzą­ta­ją­cych i przy­po­mnia­łam sobie o rolce z wor­kami na śmieci, którą zosta­wi­łam w aucie. Spró­buję tro­chę tu ogar­nąć, kiedy Evie będzie koń­czyła pako­wa­nie. Znam moją córkę, na pewno zosta­wiła wszystko na ostat­nią chwilę.

Pukam do drzwi jej pokoju i cze­kam. Nikt nie reaguje; w środku panuje cisza.

Pukam raz jesz­cze.

-?Evie? -?odzy­wam się. -?Tu mama.

Ciszę prze­rywa odgłos poru­sze­nia. Skrzyp­nię­cie łóżka, ktoś coś mam­ro­cze, ziewa, pociąga nosem.

Uno­szę rękę, by zapu­kać ponow­nie, ale w tym momen­cie sły­chać szczęk zamka i drzwi uchy­lają się na kilka cen­ty­me­trów. Ukła­dam usta w uśmie­chu, z moc­nym posta­no­wie­niem, że nie zaczniemy spo­tka­nia od kolej­nej kłótni.

Drzwi otwie­rają się nieco sze­rzej, w szcze­li­nie poja­wia się twarz. Szczu­pły chło­pak w czar­nej koszulce bez ręka­wów, z przy­gła­dzo­nymi do czaszki wło­sami. Ma napuch­niętą, wymiętą twarz i zaspane oczy. Z brody wyra­sta mu kilka deli­kat­nych wło­sków.

Ach. OK. Sytu­acja jest... nie­zręczna, ale praw­do­po­dob­nie dla niego nawet bar­dziej niż dla mnie. A już najbar­dziej dla Evie. Trudno mi powstrzy­mać myśl, że stać ją na kogoś lep­szego niż ten gość. Nie wspo­mi­nała, że ma chło­paka, ale to by wyja­śniało, dla­czego w ostat­nich tygo­dniach kon­takt mia­ły­śmy mocno rwany. A może... to był tylko ktoś na jedną noc? W końcu to pierw­szy rok stu­diów. Pierw­szo­rocz­niacy robią takie rze­czy.

Chudy chło­pak mruga, mru­żąc oczy w ostrym świe­tle.

-?Cześć -?mówię pogod­nym tonem. -?Prze­pra­szam, że cię zbu­dzi­łam. Jestem mamą Evie.

Patrzy na mnie, jak­bym kazała mu roz­wią­zać wyjąt­kowo trudne rów­na­nie alge­bra­iczne na nie­za­po­wie­dzia­nym spraw­dzia­nie. Marsz­czy brwi, na moment cofa się do pokoju, po czym wraca i patrzy na mnie ze zdzi­wie­niem prze­krwio­nymi oczami.

-?Że co?

Naiw­no­ścią z mojej strony było ocze­ki­wać, że córka będzie cze­kała na mnie spa­ko­wana i gotowa, by wsko­czyć do auta i ruszyć do domu. Naj­wy­raź­niej nawet jesz­cze nie wstała.

-?Evie -?powtó­rzy­łam, wci­ska­jąc dło­nie w kie­sze­nie dżin­sów. -?W jakim jest... sta­nie? Jedziemy dziś do domu, chcia­łam pomóc jej w pako­wa­niu.

Chło­pak pociera pal­cem -?o obgry­zio­nym paznok­ciu -?kącik oka. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby jesz­cze był na bani po wczo­raj­szych eks­ce­sach. Wygląda na kory­tarz, zer­ka­jąc na lewo i prawo, jakby zasta­na­wiał się, czy ktoś przy­pad­kiem nie nagrywa tego dziw­nego spo­tka­nia. Może pomy­ślał, że ktoś robi mu psi­kusa i wrzuci fil­mik do inter­netu.

W końcu otwiera usta, ale to, co mówi, niczego nie wyja­śnia -?wręcz prze­ciw­nie:

-?A kto to Evie?

2

Z pokoju, zza drzwi, docho­dzi jakiś żeń­ski głos -?stłu­miony, nie­da­jący się roz­po­znać.

Strzą­sam uczu­cie nie­po­koju, które ści­snęło moje serce. Oczy­wi­ście, że Evie jest w pokoju. Niby gdzie indziej mia­łaby być?

-?To moja córka -?tłu­ma­czę powoli, wska­zu­jąc na numer na drzwiach. - Evie Wing­field. To jej pokój.

Chło­pak -?czy raczej młody męż­czy­zna -?kręci prze­cząco głową i zaczyna mówić. Z jego ust wydo­bywa się jed­nak jedy­nie ska­co­wane chrząk­nię­cie. Kaszle, po czym pró­buje ponow­nie.

-?Nie jej, tylko mój.

-?Nie rozu­miem?

-?To mój pokój.

Jego policzki oblewa rumie­niec -?podej­rze­wam, że wsty­dzi się za nią, za sie­bie, za całą sytu­ację. Oj, będziemy się z tego z Evie śmiały w dro­dze do domu, nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. A jeśli nie w dro­dze powrot­nej, to za parę dni, jak dziew­czyna tro­chę wypocz­nie i okrzep­nie na domo­wym jedze­niu. Nie chcę prze­dłu­żać nie­zręcz­nej sytu­acji, więc kiwam głową w kie­runku, z któ­rego dobie­gał dziew­częcy głos; w wąskim łóżku -?które zapewne dzie­lili wczo­raj­szej nocy -?leży jakaś postać.

-?Evie? -?wołam nieco gło­śniej, żeby na pewno usły­szała mnie zza drzwi. -?Zapa­rzę nam her­batę i pocze­kam na cie­bie w kuchni, dobrze?

Młody męż­czy­zna ponow­nie kręci głową.

-?Wydaje mi się, że pomy­liła pani pokoje -?mówi i deli­kat­nie przy­myka podra­pane drew­niane drzwi.

Zostaję sama na pustym kory­ta­rzu. Ze środka dobie­gają stłu­mione odgłosy roz­mowy, padają słowa "mama" i "Evie", a potem wią­zanka prze­kleństw.

Pró­buję sobie wytłu­ma­czyć, co się wła­ści­wie dzieje. Może Evie jest zaże­no­wana, że przy­ła­pa­łam ją z chło­pa­kiem? Że zaspała, że ma kaca? A ten pół­przy­tomny nasto­la­tek pró­buje ją kryć -?chlap­nął pierw­sze lep­sze kłam­stwo, które przy­szło mu do zaspa­nej głowy. A może... to czyjś chło­pak. Jakiejś bied­nej dziew­czyny, która wyje­chała do domu na Boże Naro­dze­nie. Minął dzień, może dwa, a on już wła­do­wał się innej do łóżka.

Nie moja sprawa. Są doro­śli. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie.

Zer­kam na meta­lową tabliczkę przy drzwiach, żeby upew­nić się, że się nie pomy­li­łam -?"3F8". Ponow­nie zer­kam w notatki w tele­fo­nie. To na pewno ten sam pokój, który zapi­sa­łam, gdy odwo­zi­łam Evie na uczel­nię we wrze­śniu. Chyba że... pomy­li­łam cyfry? To był dość sza­lony dzień, to fakt.

Pamię­tam, jak przy­tu­li­ły­śmy się na poże­gna­nie. Mia­łam ochotę nie wypusz­czać jej z objęć. Powoli prze­miesz­cza­łam się w stronę wyj­ścia z pokoju, naprędce szu­ka­jąc powo­dów, które mogłyby prze­dłu­żyć moją wizytę, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się igno­ro­wać bar­dzo jasne sygnały wysy­łane przez Evie. Całe jej ciało wołało: Wszystko jest w porządku, mamo. Naprawdę możesz już sobie jechać. Córka żar­to­wała z moich prób prze­cią­gnię­cia wizyty. Jesz­cze pięć minut. I kolejne pięć. I kolejne.

W końcu -?po jesz­cze jed­nym szyb­kim uści­sku -?pozwo­li­łam, by drzwi się za mną zamknęły, i ruszy­łam w stronę scho­dów, z moc­nym posta­no­wie­niem, że nie będę się za sie­bie oglą­dać, że nie będę pła­kać. Nie potrze­bo­wała takich atrak­cji pierw­szego dnia, potrze­bo­wała mamy, która będzie cie­szyć się jej szczę­ściem. Gdzieś w środku, w cha­osie róż­nych emo­cji, naprawdę była i radość. Evie tak ciężko pra­co­wała, żeby dostać się na te stu­dia, roz­po­cząć nowy etap. Wejść w nową rze­czy­wi­stość. Dla mnie to też ozna­czało zmiany.

Łzy zaczęły pły­nąć, gdy byłam w poło­wie drogi do domu. Zatrzy­ma­łam się w odle­głym rogu par­kingu przy auto­stra­dzie. Łka­łam w pośpie­chu, ści­ska­jąc w dłoni kubek kawy; czu­łam, jak wraz z wypły­wa­ją­cymi, od dawna tłu­mio­nymi łzami nara­sta we mnie uczu­cie pustki. To był dziwny, smutno-wesoły ból, ale prze­mi­nął, gdy wypła­ka­łam wszystko to, co tłu­mi­łam w sobie, a co chciało zna­leźć ujście. Dziś nie pla­no­wa­łam pła­kać. Dziś mia­łam zabrać do domu moją córkę -?na całe trzy tygo­dnie.

Notat­nik w tele­fo­nie mówi wyraź­nie: "New Orchard Hall trze­cie pię­tro miesz­ka­nie F pokój 8".

Ponow­nie pukam do drzwi 3F8. I znów ktoś w środku odzywa się ści­szo­nym gło­sem. Po chwili drzwi się otwie­rają.

-?Słu­cham? -?Chło­pak wydaje się nieco bar­dziej roz­bu­dzony i poiry­to­wany niż chwilę temu. -?O co pani cho­dzi?

-?Naprawdę prze­pra­szam, że prze­szka­dzam -?zaczy­nam -?ale potrze­buję, żeby Evie wstała i zaczęła się pako­wać. Czy mógłby ją pan nieco pospie­szyć?

-?Już to mówi­łem -?pod­kre­śla w odpo­wie­dzi. -?Pomy­liła pani pokoje.

-?Nie­moż­liwe, to wła­ściwy numer, zapi­sa­łam go sobie w tele­fo­nie, kiedy odwo­zi­łam ją na uczel­nię we wrze­śniu. Pro­szę spoj­rzeć. -?Wska­zuję na ekran, jakby moje notatki sta­no­wiły abso­lut­nie nie­pod­wa­żalny dowód, że to on się pomy­lił, że kła­mie, albo na jedno i dru­gie.

Wzdy­cha prze­sad­nie, wyraź­nie roz­draż­niony.

-?Tu nie ma żad­nej Evie, OK? To mój pokój.

Odsuwa się, chcąc zamknąć drzwi, ale jestem szyb­sza i blo­kuję je nogą.

-?Chwi­leczkę -?mówię. -?Możesz powtó­rzyć?

-?Prze­cież już wszystko powie­dzia­łem -?odpo­wiada. -?Czy może pani zabrać nogę?

W mojej gło­wie poja­wia się nowa myśl: może Evie nie doga­dy­wała się ze swo­imi współ­lo­ka­to­rami i popro­siła o prze­nie­sie­nie. Może o to w tym wszyst­kim cho­dzi.

-?A czy miesz­kasz w nim od początku seme­stru?

-?Że co?

-?Prze­pro­wa­dzi­łeś się z innego aka­de­mika? A może dołą­czy­łeś póź­niej?

-?A czemu to panią inte­re­suje?

-?Czy w tym pokoju miesz­kała przed tobą jakaś dziew­czyna? -?dopy­tuję, odsu­wa­jąc nogę, w nadziei, że w końcu poroz­ma­wiamy jak dwoje doro­słych ludzi. -?Czy wiesz, gdzie się prze­nio­sła?

-?Przy­kro mi, nie jestem w sta­nie pomóc. -?Zatrza­skuje drzwi. A potem prze­kręca zamek od środka.

3

Przez chwilę stoję na kory­ta­rzu, sta­ra­jąc się pod­słu­chać, o czym toczą się roz­mowy po dru­giej stro­nie drzwi.

Prze­dziwna sytu­acja. Mam wra­że­nie, że to jeden wielki żart, i nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby Evie wypa­dła z pokoju z krzy­kiem: Ale cię nabra­łam! i z prze­bie­głym uśmie­chem na twa­rzy.

Inne drzwi, w głębi kory­ta­rza, otwie­rają się nie­spo­dzie­wa­nie. Nie widzę w nich jed­nak mojej córki, lecz młodą, bladą kobietę w dłu­giej, fio­le­to­wej blu­zie z kap­tu­rem i logo uczelni. Ma włosy zawi­nięte w ręcz­nik i gołe nogi. Rusza w moją stronę, na boso, myjąc zęby i zde­cy­do­wa­nie uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego. Omija mnie i skręca do kuchni.

-?Prze­pra­szam -?zacze­piam ją. -?Cześć. Ten aka­de­mik nazywa się New Orchard Hall, prawda?

Młoda kobieta zatrzy­muje się i prze­rywa mycie zębów.

-?Hę?

-?Aka­de­mik -?powta­rzam. -?Jak się nazywa?

-?Chwi­leczkę -?prosi pół­gęb­kiem, z ustami peł­nymi pasty. Wstę­puje do kuchni i z tego, co sły­szę, spluwa do zlewu. Po chwili wraca, nio­sąc nie­mal pusty kar­ton mleka i torebkę cukru.

-?Prze­pra­szam, nie byłam w sta­nie odpo­wie­dzieć -?wyja­śnia. -?Tak, to jest New Orchard. A któ­rego pani szuka? Mamy jesz­cze May­nard, bli­żej sie­dziby Związku Stu­den­tów, a idąc w drugą stronę, jest Lodge i Che­sney. Wszyst­kie wyglą­dają podob­nie, z wyjąt­kiem...

-?Ale to jest New Orchard?

-?Taa -?przy­ta­kuje prze­cią­głym tonem pew­nej sie­bie absol­wentki pry­wat­nych pla­có­wek szkol­nych. -?Jest pani mamą Sama, tak?

Kolejny nie­przy­jemny ścisk w żołądku. Jakby echo, gdzieś w oddali.

-?Kogo?

Dziew­czyna wska­zuje na pokój 3F8.

-?Życzę powo­dze­nia w budze­niu tego nic­po­nia. Wczo­raj ostro się poro­bił. Mam nadzieję, że się pani nie pogniewa, ale ten chło­pak po kilku piwach zmie­nia się w cho­dzące zagro­że­nie.

-?Nie, to nie mój... zresztą nie­ważne. Miesz­kała tu dziew­czyna, Evie, sama ją tu przy­wio­złam w pierw­szym tygo­dniu roku aka­de­mic­kiego. Dostała się na prawo. Ma brą­zowe włosy do ramion, jest mniej wię­cej tego wzro­stu. - Usta­wiam dłoń mniej wię­cej na wyso­ko­ści wła­snych brwi. -?Koja­rzysz ją?

Moje pyta­nie spo­tyka się z obo­jęt­nym spoj­rze­niem.

-?Na początku seme­stru czło­wiek poznaje tylu nowych ludzi, że ciężko jest ich wszyst­kich spa­mię­tać. Wspo­mi­nam to jak przez mgłę, jeśli mam być szczera. Przez cały tydzień otrzę­sin w barze Union ser­wo­wano pięć szo­tów za pią­taka. To była praw­dziwa apo­ka­lipsa.

Wyj­muję tele­fon i poka­zuję zdję­cie na ekra­nie blo­kady -?rzad­kie uję­cie Evie z bra­tem, uśmie­cha­ją­cych się do sie­bie w ogródku pubu gdzieś na wsi.

-?Nie­stety -?odpo­wiada dziew­czyna. -?Wydaje mi się, że Sam dołą­czył do nas w tym miesz­ka­niu w dru­gim tygo­dniu nauki, ale nie jestem w sta­nie nic powie­dzieć na pewno, poza tym to było dawno. Wyda­wało mi się, że ten pokój był pusty, zanim on się poja­wił.

-?Miała miesz­kać tutaj -?powta­rzam, nie­na­wi­dząc tego, jak nie­pew­nie to brzmi. -?Mia­łam dziś zawieźć ją do domu. Jak to w ogóle działa? Czy można pro­sić o prze­nie­sie­nie do innego miesz­ka­nia, innego aka­de­mika? Czy może­cie robić takie rze­czy?

-?Mój kum­pel Johnny prze­niósł się w trze­cim tygo­dniu -?mówi sucho dziew­czyna. -?Jego pierwsi współ­lo­ka­to­rzy z Selin­co­urt to praw­dziwe zwie­rzęta. Zro­bili taki chlew... Nie uwie­rzy­łaby pani, co jeden z nich zosta­wił któ­re­goś razu w zle­wie...

-?Czyli pew­nie to się wła­śnie stało -?myślę na głos. -?Musiała zamie­nić się poko­jami. Czy wiesz, dokąd prze­nio­sła się ta dziew­czyna, która miesz­kała tu przed Samem?

Moja roz­mów­czyni wzru­sza ramio­nami.

-?A co, nic pani nie powie­działa?

-?Naj­wy­raź­niej... nie.

-?Dzika akcja -?odpo­wiada bez cie­nia emo­cji. -?Pokłó­ci­ły­ście się czy coś?

Zaczy­nam ana­li­zo­wać w myślach rwane roz­mowy, jakie odby­wa­ły­śmy przez tele­fon. Cha­otyczne wia­do­mo­ści, zdaw­kowe odpo­wie­dzi na moje pyta­nia o stu­denc­kie życie i jej samo­po­czu­cie. Córka mojej przy­ja­ciółki Natha­lie pod­czas pierw­szego seme­stru przy­jeż­dżała do domu co dwa tygo­dnie na week­end i choć wie­dzia­łam, że Evie nie będzie aż tak tęsk­nić za domo­wymi pie­le­szami, to zało­ży­łam, że odwie­dzi mnie cho­ciaż raz, szcze­gól­nie że Reading znaj­do­wało się nie­całą godzinę drogi stąd. Sądzi­łam, że była zbyt zajęta dobrą zabawą, nawią­zy­wa­niem zna­jo­mo­ści i eks­plo­ro­wa­niem Lon­dynu -?a może i, kto wie, nauką na zaję­cia. Teraz zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy nie cho­dziło o coś jesz­cze.

-?Może i coś mi mówiła, ale po pro­stu wyle­ciało mi z głowy.

-?Nie­wy­klu­czone. -?Dziew­czyna kiwa głową. -?Bar­dzo panią prze­pra­szam, ale mój tata będzie tu za jakieś dwie minuty i jeśli odkryje, że jesz­cze nie zaczę­łam się pako­wać, to będzie jazda. - Rzuca mi wyuczony uśmiech. -?Ale miło mi było panią poznać.

Odwraca się i wraca do pokoju, 3F4, zamy­ka­jąc za sobą z trza­skiem drzwi.

To było jedyne moż­liwe roz­wią­za­nie. Evie, z jakie­goś powodu, nie odna­la­zła się w tym miesz­ka­niu, więc zło­żyła wnio­sek o prze­nie­sie­nie do innej loka­li­za­cji w kam­pu­sie. Pew­nie dzie­ka­nat ma odpo­wied­nie pro­ce­dury na takie oka­zje i w pierw­szych tygo­dniach seme­stru przyj­muje masę takich podań. Pew­nie mi o tym mówiła, a ja po pro­stu zapo­mnia­łam. Biorę do ręki tele­fon i dzwo­nię do córki, ale odzywa się poczta gło­sowa. Zosta­wiam wia­do­mość z prośbą, żeby oddzwo­niła.

Wra­cam do kuchni, zmia­tam z jed­nego z krze­seł resztki pizzy, prze­kła­dam ubło­cony T-shirt i sia­dam, żeby przej­rzeć ostat­nie wia­do­mo­ści, które wymie­ni­ły­śmy. Prze­łą­czam się z jed­nej apki na drugą. Widzę SMS-y, kilka reak­cji na wia­do­mo­ści na gru­po­wym rodzin­nym cza­cie na What­sAp­pie, cza­sem parę słów na Mes­sen­ge­rze, rza­dziej na Snap­cha­cie -?na któ­rym zało­ży­łam konto tylko po to, żeby utrzy­my­wać kon­takt z dziećmi -?ale nie natra­fiam na żadną infor­ma­cję o zmia­nie aka­de­mika.

Nie mam też żad­nych infor­ma­cji z ofi­cjal­nych, uni­wer­sy­tec­kich kana­łów - cała kore­spon­den­cja z uczel­nią tra­fia bez­po­śred­nio do Evie. Nale­gała, że sama się wszyst­kim zaj­mie, zresztą dziś całą papie­ro­lo­gię zała­twia się elek­tro­nicz­nie przez por­tal stu­dencki. Prze­glą­dam swoją skrzynkę e-mail, choć Evie rzadko korzy­stała z tego kanału komu­ni­ka­cji i nawet nie zawra­cała sobie głowy spraw­dza­niem swo­jej poczty. W jej poko­le­niu zain­te­re­so­wa­nie tą star­szą jed­nak tech­no­lo­gią jest zni­kome -?maile ucho­dzą za zbyt ofi­cjalne, zbyt wolne. Spraw­dzam dokład­nie wszyst­kie wia­do­mo­ści, łącz­nie z fol­de­rami archi­wal­nymi. Przez cały czas towa­rzy­szy mi to dziwne uczu­cie, że szu­kam cze­goś, czego wiem, że nie znajdę.

Wresz­cie przy­znaję się do porażki i wysy­łam do Evie SMS.

Cześć, to ja. Przy­po­mnisz numer pokoju? X

Wsu­wa­jąc tele­fon z powro­tem do kie­szeni, ruszam scho­dami w dół. W holu wej­ścio­wym, wzdłuż ściany przy głów­nych drzwiach, cią­gnie się długi rząd sta­ro­mod­nych drew­nia­nych prze­gró­dek. Ta pod­pi­sana jako 3F8 wygląda, jakby dawno nikt do niej nie zaglą­dał: wręcz wysy­pują się z niej ulotki fast foodów, bro­szury rekla­mowe i różne inne śmieci. Wyj­muję wszystko i prze­glą­dam uważ­nie. Znaj­duję jedną białą kopertę z pla­sti­ko­wym okien­kiem na adres, z her­bem uni­wer­sy­tetu. Adre­sat: Samuel Beau­fort-Raines. Nie wie­dząc dokład­nie dla­czego, wyj­muję tele­fon i robię zdję­cie.

Zaglą­dam jesz­cze do prze­gró­dek powy­żej, poni­żej i po obu stro­nach tej ozna­czo­nej 3F8, na wypa­dek gdyby jakaś ofi­cjalna kore­spon­den­cja tra­fiła przez pomyłkę do nie­wła­ści­wej prze­gródki. Ale znaj­duję same nie­po­trzebne papie­rzy­ska. Nic z imie­niem mojej córki.

Tele­fon wibruje w mojej dłoni. Spo­dzie­wam się, że to odpo­wiedź od Evie, ale kiedy spraw­dzam wyświe­tlacz, widzę inny komu­ni­kat. Czy­tam go, marsz­czę brwi, czy­tam ponow­nie. Dwa słowa, szarą kur­sywą: Wia­do­mość nie­do­star­czona.

Mój SMS wisi nad nimi. "Cześć, to ja. Przy­po­mnisz numer pokoju? X". Nad tre­ścią wia­do­mo­ści nie ma zie­lo­nego ptaszka, który wska­zy­wałby, że została ode­brana. Co w ogóle ozna­cza "wia­do­mość nie­do­star­czona"? Że jej tele­fon jest roz­ła­do­wany, zepsuty? Że znaj­duje się poza sie­cią? Na pewno nie jest po pro­stu wyłą­czony -?wtedy SMS wyświe­tlałby się jako ocze­ku­jący, nie­prze­czy­tany czy coś w tym stylu.

Szybko wystu­kuję kolejny.

Evie, pro­szę, odpisz, kiedy dosta­niesz tę wia­do­mość x

Po chwili pod nim poja­wia się ten sam komu­ni­kat: Wia­do­mość nie­do­star­czona. Może skoń­czyły jej się środki na kon­cie albo ma jakiś pro­blem z abo­na­men­tem?

Otwie­ram główne drzwi, przy­trzy­mu­jąc je dla kolej­nej mamy, która uśmie­cha się do mnie z wdzięcz­no­ścią, prze­ci­ska­jąc się przez nie z dwoma wypcha­nymi czar­nymi wor­kami na śmieci, po jed­nym w każ­dej ręce. Na zewnątrz niebo pociem­niało od cięż­kich chmur zwia­stu­ją­cych deszcz, a gru­dniowe powie­trze smaga moje policzki chło­dem po dusz­nym cie­ple kory­ta­rza. Mam nadzieję, że Evie jest teraz pod dachem, w jakimś cie­płym miej­scu. Chłodny podmuch desz­czu popy­cha rodzi­ców i ich potom­stwo w stronę samo­cho­dów. Koń­czą się pako­wać i ruszają do domu. Wszy­scy znowu razem po cza­so­wej roz­łące: ojco­wie, córki, matki, syno­wie. Wszy­scy poza mną. Ja jestem odmień­cem. Kimś pozo­sta­wio­nym w tyle. Ponow­nie wybie­ram numer Evie w tele­fo­nie i naci­skam przy­cisk "Połącz".

Tym razem tele­fon nawet nie dzwoni. Nie pozwala mi nawet zosta­wić wia­do­mo­ści na poczcie gło­so­wej. Zamiast tego sły­szę tylko mecha­niczny, wyzuty z into­na­cji kobiecy głos: Prze­pra­szamy, ten numer jest nie­do­stępny.

4

Pierw­sze oznaki paniki odzy­wają się w moim żołądku: to mdląca nie­pew­ność, jakby cały świat nagle zaczął się prze­chy­lać.

Dzwo­nię do Evie jesz­cze dwa razy -?za każ­dym razem wita mnie ten sam robo­tyczny komu­ni­kat: Abo­nent nie­do­stępny. Dzwo­nię więc do mojej mamy, sta­ra­jąc się przy tym brzmieć moż­li­wie naj­spo­koj­niej, powstrzy­mu­jąc mroczne wizje, które krążą coraz bli­żej, niczym wilki wokół doga­sa­ją­cego ogni­ska.

Ale ona rów­nież nie ma żad­nych wie­ści od Evie.

-?Wszystko w porządku, Lau­ren? -?pyta, ści­sza­jąc radio. -?Mia­łaś dziś ją ode­brać, prawda?

-?Tak -?mówię, czu­jąc, że tele­fon śli­zga się w mojej spo­co­nej dłoni. - Wszystko dobrze. Po pro­stu... dam znać, kiedy dotrzemy do domu.

Roz­łą­czam się i dzwo­nię do syna, który spę­dza dzień u swo­jego przy­ja­ciela Isa­aca. Mój tele­fon odrywa go od mara­tonu gier kom­pu­te­ro­wych. Lucas jest roz­pro­szony, myślami jest przy grze Quid­ditch Cham­pions, co chwila prze­ry­wają nam okrzyki rado­ści lub fru­stra­cji. Mówi, że nie roz­ma­wiał z sio­strą w tym tygo­dniu. Krótka, nie­zręczna roz­mowa z mamą Mil­lie -?naj­lep­szej przy­ja­ciółki Evie -?rów­nież nic nie wnosi.

Nikt nic nie wie, nikt nie sły­szał o niczym, co mogłoby pomóc mi odna­leźć moją córkę.

Ruszam do sie­dziby Związku Stu­den­tów -?sza­rego kolosa pokry­tego tyn­kiem kamycz­ko­wym. W recep­cji pytam o biuro zakwa­te­ro­wa­nia i dowia­duję się, że w week­endy jest nie­czynne, ale że ktoś z obsługi może jesz­cze być w budynku Wydziału Prawa -?pięć minut na pie­chotę stąd, kie­ru­jąc się w dół wzgó­rza. Evie zna ten kam­pus na pamięć, myślę z nutą gory­czy. Wie­dzia­łaby, dokąd mam iść.

Auto­ma­tyczne, szklane drzwi w głów­nym wej­ściu do Wydziału Prawa otwie­rają się powoli, odsła­nia­jąc skromny hol bez żywej duszy. W rogu stoi smutna pla­sti­kowa cho­inka z fio­le­to­wymi bomb­kami. Spraw­dzam listę pokoi i jadę windą na dru­gie pię­tro, kie­ru­jąc się zna­kami w lewo. Kory­ta­rze są puste, świa­tła włą­czają się auto­ma­tycz­nie, a jedyny dźwięk to echo moich kro­ków.

W końcu znaj­duję pokój C-44, ale nikt nie odpo­wiada na puka­nie. Tabliczka głosi: "Pro­fe­sor Carl Hen­brandt CBE FRS, Kie­row­nik Wydziału". Pod spodem wisi kartka: "Godziny kon­sul­ta­cji: wto­rek/środa 11:00-12:00, czwar­tek 13:00-14:00". Pukam ponow­nie i naci­skam na klamkę, ale drzwi są zamknięte. Pukam do drzwi obok, potem po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Odpo­wiada mi cisza. Ude­rza mnie, jak opu­sto­szałe jest to miej­sce -?jakby zdą­żyło wejść w tryb świą­tecz­nego uśpie­nia.

Zde­spe­ro­wana zaga­duję przy­pad­ko­wego stu­denta, który wska­zuje mi nowo­cze­sny budy­nek nauk spo­łecz­nych poło­żony tuż obok. Zaczy­nam się czuć, jak­bym wkro­czyła w pozba­wiony wyj­ścia labi­rynt skró­tów i pustych pomiesz­czeń; do gabi­netu luster, w któ­rym z jed­nej sali da się przejść wyłącz­nie do kolej­nej, i tak w kółko, aż do wyczer­pa­nia sił.

W środku znaj­duje się prze­stronny hol wej­ściowy z jaskra­wo­żółtą recep­cją; za biur­kiem widzę jakie­goś mło­dzie­niaszka w czapce -?gość wygląda na nie­wiele star­szego od Evie. Poka­zuję mu zdję­cie mojej córki. On też wydaje się zdzi­wiony, gdy wyja­śniam, kogo wła­ści­wie szu­kam.

-?Dziś jest sobota -?mówi, prak­tycz­nie nie odry­wa­jąc wzroku od tele­fonu. -?A do tego koniec seme­stru. Zaję­cia się skoń­czyły.

Wszyst­kim oso­bom, które spo­tka­łam do tej pory, poka­za­łam zdję­cie mojej córki, w nadziei, że ktoś ją roz­po­zna.

-?To jest Evie. -?Pod­sta­wiam mu pod nos mój smart­fon, zmu­sza­jąc, by spoj­rzał na ekran. -?A ja nazy­wam się Lau­ren i jestem jej mamą. Nie było jej w pokoju, w któ­rym spo­dzie­wa­łam się ją zastać. Jak mogę ją zna­leźć?

Chło­pak patrzy na mnie lekko zmie­szany, jak­bym zadała pod­chwy­tliwe pyta­nie.

-?Nie wiem, może wystar­czy... zadzwo­nić?

Gryzę się w język, tłu­miąc sar­ka­styczną odpo­wiedź, ciśnie­nie znów mi rośnie. Sprzą­taczka prze­cho­dząca obok naj­wy­raź­niej usły­szała naszą roz­mowę, bo suge­ruje, żebym spró­bo­wała szczę­ścia w kolej­nym beto­no­wym kolo­sie -?głów­nym budynku admi­ni­stra­cji -?gdzie znaj­duje się sie­dziba ochrony.

Stró­żówka w budynku ochrony wydaje się opusz­czona. Wyod­ręb­nia­jące ją z prze­strzeni wej­ścio­wej drzwiczki wyjęto z zawia­sów i oparto o ścianę. Kil­ka­krot­nie powta­rzam: Halo, dzień dobry, ale bez­sku­tecz­nie. Posta­na­wiam przejść dalej. Wtedy otwie­rają się jakieś drzwi i staje w nich nijaki męż­czy­zna w jasno­sza­rym gar­ni­tu­rze. Ma roz­pięty ostatni guzik koszuli, tuż nad wzo­rzy­stym kra­wa­tem. Jest dobrze po pięć­dzie­siątce i ma przy­strzy­żoną siwą brodę, pod koszulą wyraź­nie rysuje mu się brzu­szek.

-?Witam panią -?mówi. -?Czy mogę w czymś pomóc?

-?Liczę na to. Bie­gam po całym kam­pu­sie wła­śnie w poszu­ki­wa­niu kogoś, kto mi pomoże.

Czuję, jak w gar­dle nara­sta mi nie­przy­jemna gula. Zbie­ram się w sobie, by opi­sać swój pro­blem kolej­nemu nie­zna­jo­memu.

-?Pew­nie zabrzmi to dziw­nie -?zaczy­nam -?ale... nie mogę zna­leźć mojej córki. Przy­je­cha­łam dziś po nią tak jak wszy­scy, a jej nie ma, a przy­naj­mniej nie było jej w tym pokoju, w któ­rym spo­dzie­wa­łam się ją zna­leźć. Przez tele­fon jest nie­osią­galna. Pew­nie prze­pro­wa­dziła się w trak­cie seme­stru. Muszę się dowie­dzieć, gdzie mieszka teraz.

-?Rozu­miem -?odpo­wiada męż­czy­zna w zamy­śle­niu, marsz­cząc brwi. -?Może wej­dzie pani do mojego biura i usią­dzie, a ja zoba­czę, co da się zro­bić? Ale naj­pierw przy­niosę pani szklankę wody.

W pierw­szym odru­chu mam ochotę na niego nakrzy­czeć: Nie chcę pić! Chcę tylko zabrać moją córkę do domu, ale on, nie cze­ka­jąc na moją reak­cję, rusza w stronę dys­try­bu­tora z wodą na prze­ciw­le­głym końcu gabi­netu. Po chwili wraca z dwoma pla­sti­ko­wymi kub­kami w dło­niach i gestem zapra­sza mnie do nie­wiel­kiego gabi­netu, po czym wska­zuje na wysłu­żone pla­sti­kowe krze­sło sto­jące pod ścianą. Sam siada za biur­kiem i przed­sta­wia się jako zastępca kie­row­nika ochrony; iden­ty­fi­ka­tor na szyi suge­ruje, że ma na imię Craig Far­ley.

Opo­wia­dam mu, co się stało przez ostat­nie pół godziny: od momentu, w któ­rym zapu­ka­łam do drzwi Evie i odby­łam prze­dziwną roz­mowę z tym chło­pa­kiem, Samem. Za każ­dym razem, kiedy opo­wia­dam tę histo­rię, wydaje mi się ona coraz bar­dziej realna; coraz mniej przy­po­mina gorącz­kowe majaki.

Far­ley kiwa głową i coś notuje. Prosi, żebym poka­zała doku­ment, który pozwoli zwe­ry­fi­ko­wać moją toż­sa­mość, więc posłusz­nie podaję mu prawo jazdy. Następ­nie spi­suje imię, nazwi­sko datę uro­dze­nia mojej córki i nazwę wydziału, na któ­rym stu­dio­wała. Męż­czy­zna notuje, a ja zwra­cam uwagę na sto­jącą na kra­wę­dzi biurka ramkę z foto­gra­fią, która przed­sta­wia dwoje nasto­lat­ków: chło­paka i dziew­czynę, oraz kobietę, która stoi za nimi. W tle widać spra­żoną słoń­cem otchłań Wiel­kiego Kanionu. Nad nimi -?nie­bie­skie niebo.

Po raz pierw­szy, odkąd zapu­ka­łam do drzwi córki, czuję powiew nor­mal­no­ści. Spo­kojny głos Far­leya, zdję­cie jego rodziny, bożo­na­ro­dze­niowy wzór jemioły na jego kra­wa­cie -?wszystko to wydaje się koić gnio­tące mnie nie­przy­jemne uczu­cie nie­pew­no­ści, które towa­rzy­szy mi już od pra­wie godziny.

-?Bar­dzo prze­pra­szam -?zaczy­nam mówić -?że zawra­cam panu głowę, panie Far­ley. Powin­nam była skon­tak­to­wać się z córką przed przy­jaz­dem, ale nie prze­szło mi przez myśl, że nie zastanę jej tam, gdzie być powinna.

-?Żaden ze mnie pan, jestem Craig -?odpo­wiada, mach­nię­ciem ręki zby­wa­jąc moje prze­pro­siny. -?Pro­szę się nie przej­mo­wać, tego rodzaju kło­poty zda­rzają się czę­ściej, niż może się wyda­wać. Zwy­kle szybko udaje się wyja­śnić co i jak. Najczę­ściej przy uży­ciu naszego sys­temu infor­ma­tycz­nego, nie­stety nie pierw­szej mło­do­ści -?wyja­śnia, po czym zaczyna nie­zgrab­nie pisać dwoma pal­cami na kla­wia­tu­rze. -?Na uczelni stu­diuje w sumie dwa­dzie­ścia dwa tysiące stu­den­tów, z czego nieco ponad pięć tysięcy to pierw­szo­rocz­niacy, któ­rzy miesz­kają w aka­de­mi­kach tak jak pani córka. Aka­de­mi­ków jest trzy­na­ście, a budynki roz­miesz­czone są na dwóch róż­nych kam­pu­sach -?tłu­ma­czy i uśmie­cha się do mnie cie­pło; ma takie życz­liwe spoj­rze­nie. -?A więc jak łatwo sobie wyobra­zić, o pomyłkę nie trudno, szcze­gól­nie w taki dzień jak dziś.

-?Fak­tycz­nie -?przy­znaję. Biorę duży łyk wody z pla­sti­ko­wego kubka; nie piłam nic od wyj­ścia z domu dzi­siaj rano i nawet nie zda­wa­łam sobie sprawy, jak spra­gniona byłam.

-?Niech no się tylko zalo­guję -?mówi męż­czy­zna i kła­dzie prawą dłoń na myszce, prze­kli­ku­jąc przez coś, czego nie widzę na ekra­nie. -?Zaraz wszystko się wyja­śni. Wcho­dzę wła­śnie do WKS-u, Wir­tu­al­nej Kar­to­teki Stu­denc­kiej. Dzięki temu będę mógł spraw­dzić aktu­alny sta­tus naszej stu­dentki.

Korzy­sta­jąc z chwili, zer­kam na tele­fon i piszę kolejną wia­do­mość, która ląduje pod poprzed­nimi dwoma. Wciąż mam nadzieję na odpo­wiedź.

Evie, gdzie jesteś? Pro­szę, odpo­wiedz x

Chwilę póź­niej pod SMS-em poja­wia się ten sam, pisany szarą czcionką komu­ni­kat: Wia­do­mość nie­do­star­czona.

Pod­no­szę wzrok i widzę, że Far­ley ponow­nie zmarsz­czył brwi i deli­kat­nie bębni pal­cami o notes. Ma zmar­twioną minę, nie­pew­nie zerka na to, co wcze­śniej zapi­sał.

-?Bar­dzo prze­pra­szam, ale wydaje mi się, że zro­bi­łem błąd w nazwi­sku, bazgrzę jak kura pazu­rem. Czy może pani prze­li­te­ro­wać je dla mnie jesz­cze raz?

Powoli i wyraź­nie lite­ruję nazwi­sko, męż­czy­zna porów­nuje to, co sły­szy, ze swo­imi zapi­skami, znów stuka coś w kom­pu­te­rze, po czym zde­cy­do­wa­nym ruchem palca wska­zu­ją­cego wci­ska enter. Jego sze­roko roz­sta­wione oczy mrużą się deli­kat­nie. Wydaje z sie­bie zamy­ślone chrząk­nię­cie i znowu klika myszką.

-?Pro­szę mi wyba­czyć -?mówi. -?Nasza sieć jest dzi­siaj wyjąt­kowo powolna -?tłu­ma­czy. Zaczyna nie­cier­pli­wie bęb­nić pal­cami w biurko, nie odry­wa­jąc oczu od ekranu. -?Sys­tem kom­pu­te­rowy na uczelni jest star­szy niż więk­szość naszych stu­den­tów. Naprawdę bar­dzo mi przy­kro.

-?Nic nie szko­dzi -?uspo­ka­jam go. -?Jestem przy­zwy­cza­jona do takich warun­ków. U mnie w pracy jest podob­nie.

Znów kli­ka­nie myszką.

-?Też pra­cuje pani w szkol­nic­twie wyż­szym?

-?Nie, ale bli­sko. Agen­cja do spraw stan­dar­dów kie­row­ców i pojaz­dów, a kon­kret­nie nie­wielka, regio­nalna jed­nostka zwal­cza­jąca oszu­stwa nie­da­leko Reading.

-?Świat jest mały -?dziwi się męż­czy­zna. -?Moja żona dla nich pra­co­wała. Czyli... Zaj­muje się pani pracą śled­czą, dobrze myślę?

-?Teraz raczej zarzą­dza­niem -?pre­cy­zuję. -?A przy­naj­mniej w ostat­nich latach.

Ponow­nie zapada nie­zręczna cisza prze­ry­wana stu­ka­niem w kla­wisz enter. Raz, dwa, trzy razy.

W końcu kom­pu­ter wydaje z sie­bie jakiś dźwięk.

-?No i mamy to -?mówi Far­ley. -?OK. Widzę coś... dziw­nego.

-?Co takiego?

-?Czy w ostat­nim cza­sie kon­tak­to­wała się pani z córką?

Zer­kam na ekran tele­fonu i wyświe­tloną na nim kolejkę wia­do­mo­ści bez odpo­wie­dzi.

-?Tak.

-?A kiedy roz­ma­wia­ły­ście panie ze sobą ostatni raz, jeśli wolno spy­tać?

-?Sama nie wiem, jakoś w tym tygo­dniu? Jesz­cze wczo­raj do mnie pisała, ale dziś jest jakiś pro­blem z jej tele­fo­nem, wia­do­mo­ści do niej nie docie­rają. Dla­czego to ważne?

Craig patrzy na mnie w bli­żej nie­okre­ślony spo­sób.

-?Cóż, dobra wia­do­mość jest taka, że zna­la­złem ją w sys­te­mie.

-?A zła?

-?W grun­cie rze­czy nie powi­nie­nem tego robić -?zaczyna męż­czy­zna, nie­pew­nie zer­ka­jąc w stronę drzwi. -?Ale skoro przy­szła tu pani oso­bi­ście, a sytu­acja jest raczej nie­ty­powa...

Craig prze­kręca moni­tor w moją stronę. Ekran jest podzie­lony na dwie czę­ści. Serce aż mi ści­ska na to, co widzę: oto por­tre­towe zdję­cie Evie na bia­łym tle, jej piękne brą­zowe oczy patrzą mądrze w obiek­tyw. Typowe zdję­cie do doku­men­tów. Wydaje mi się taka poważna, taka duża, taka doro­sła. Oto moja impul­sywna, nie­ujarz­miona córka, która w każ­dym czło­wieku potrafi doj­rzeć coś dobrego. Moja dziew­czynka.

Odry­wam wzrok od zdję­cia i prze­no­szę go na panel obok, zawie­ra­jący pod­sta­wowe dane na jej temat, kody przed­mio­tów, na które uczęsz­cza, tryb stu­diów, oby­wa­tel­stwo adres i tak dalej. Po pra­wej stro­nie wid­nieje nie­wielki przy­cisk z napi­sem: "Infor­ma­cje zastrze­żone dla BRS".

-?BRS to Biuro Rekru­ta­cji Stu­denc­kiej -?wyja­śnia Far­ley. -?To oni prze­cho­wują bar­dziej szcze­gó­łowe dane na temat każ­dego stu­denta, w tym ewen­tu­alne potrzeby dodat­kowe, wyniki egza­mi­nów, sta­tus płat­no­ści cze­snego, kwe­stie zwią­zane z dys­cy­pliną i tak dalej.

-?Czy Evie coś prze­skro­bała?

-?Nie­ko­niecz­nie -?odpo­wiada szybko męż­czy­zna. -?Ale pro­szę spoj­rzeć tutaj.

Jego palec prze­nosi się nad wpis na samym dole ekranu. Litery są czer­wone, a nie czarne jak pozo­stałe. Litery i sześć cyfr.

**DWS 061124**

-?Co to zna­czy?

-?Cóż... To jeden z uży­wa­nych przez nas kodów. Na wszystko mamy takie trzy­li­te­rowe akro­nimy. Dzięki temu...

-?Ale co zna­czy ten kon­kretny skrót? -?dopy­tuję. Nie­zręcz­ność sytu­acji i zawsty­dze­nie, które czu­łam do tej pory, zdają się prze­obra­żać. Despe­ra­cja zmie­nia się w coś zde­cy­do­wa­nie cięż­szego. -?Co ozna­cza skrót DWS?

Craig patrzy na mnie prze­pra­sza­jąco.

-?To zna­czy, że już jej tu nie ma, pani Wing­field -?tłu­ma­czy mięk­kim gło­sem. -?Że zre­zy­gno­wała ze stu­diów.

5

Evie nie ma na uczelni.

Nie zmie­niła pokoju ani aka­de­mika i po pro­stu zapo­mniała mi o tym powie­dzieć. To nie jest zwy­kłe nie­po­ro­zu­mie­nie.

DWS, jak wyja­śnił Far­ley, ozna­cza "Dobro­wolne wyco­fa­nie się ze stu­diów".

Evie zre­zy­gno­wała z nauki ponad mie­siąc temu.

Cały mie­siąc. Rzu­ciła papiery, zosta­wiła uczel­nię. I gdzieś się prze­nio­sła... tylko dokąd? Nie mia­łam zie­lo­nego poję­cia.

Patrzę w ekran kom­pu­tera, a moje serce zacho­wuje się jak winda, która pędzi szy­bem na sam dół.

-?Jeśli dobrze rozu­miem, zre­zy­gno­wała z nauki szó­stego listo­pada?

-?Tak twier­dzi sys­tem.

-?To bez sensu -?mówię pod­nie­sio­nym gło­sem. -?Stu­dio­wała prawo, była na pierw­szym roku, haro­wała jak wół, żeby się tu dostać. Minęły dwa mie­siące z kawał­kiem. Sama ją tu przy­wio­złam na początku seme­stru i od tego czasu były­śmy w sta­łym kon­tak­cie: czę­sto roz­ma­wia­ły­śmy, wysy­łała mi zdję­cia z wyjść ze zna­jo­mymi, opo­wia­dała o ese­jach, które miała do napi­sa­nia, o swo­ich pro­wa­dzą­cych, o jedze­niu w sto­łówce, o wszyst­kim. Ona musi tu być.

Męż­czy­zna kręci prze­cząco głową.

-?Przy­kro mi, ale sys­tem uważa ina­czej.

-?Sam pan przy­znał, że to przed­po­to­powa tech­no­lo­gia. Może doszło do jakiejś pomyłki, może to efekt błędu w sys­te­mie i jej dane pomie­szały się z danymi kogoś innego? Ule­gły uszko­dze­niu?

-?Prawda, nasz sys­tem dość czę­sto zali­cza awa­rie -?przy­znaje Far­ley. - Tyle razy był już napra­wiany i nic to nie daje. To jak remont dziu­ra­wej drogi, łata na łacie. Dwu­dzie­sto­let­nie opro­gra­mo­wa­nie, które trzyma się na taśmie kle­ją­cej i sznurku. Nie przy­po­mi­nam sobie jed­nak sytu­acji, w któ­rej wymie­sza­niu ule­głyby pro­file stu­denc­kie.

-?W takim razie w grę wcho­dzi jesz­cze błąd ludzki. Pew­nie ktoś wpi­sał nie­pra­wi­dłowy kod.

Far­ley wyraź­nie nie wie­dział, co powie­dzieć.

-?Nie widzę w sys­te­mie zmie­nio­nego adresu aka­de­mika, nic nie suge­ruje, żeby się prze­nio­sła. Brak też innych dopi­sków o zmia­nie miej­sca zamiesz­ka­nia.

-?Może mieszka poza kam­pu­sem, w jakimś wynaj­mo­wa­nym miesz­ka­niu?

-?To moż­liwe -?przy­znaje męż­czy­zna. -?Ale ofi­cjal­nie zre­zy­gno­wała z uczęsz­cza­nia na zaję­cia. Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, nie jest już więc stu­dentką Queen Anne's.

W gło­wie aż roi mi się od natar­czy­wych pytań. Dla­czego zre­zy­gno­wała ze stu­diów? Dla­czego mi o tym nie powie­działa? Wszyst­kie one nic jed­nak nie zna­czą wobec pyta­nia pod­sta­wo­wego, które od początku wisi w powie­trzu. Tak naprawdę tylko ta jedna odpo­wiedź się liczy.

Gdzie jest teraz Evie?

Odry­wam dło­nie od kolan.

-?Z tego, co się orien­tuję, uczel­nia ma obo­wią­zek trosz­czyć się o stu­den­tów. Sta­nowi rodzaj opie­kuna... Jak to szło? In loco paren­tis, prawda? W pew­nym sen­sie przej­muje opiekę nad dziećmi, kiedy ich rodzice znaj­dują się daleko?

Męż­czy­zna powoli kiwa głową.

-?Tak, to prawda, ale ta zasada obej­muje tylko aktyw­nych stu­den­tów, a nie tych, któ­rzy zre­zy­gno­wali.

-?Czy nie macie jed­nak obo­wiązku infor­mo­wa­nia rodzi­ców o takich zmia­nach? Prze­cież to istotna infor­ma­cja.

-?To... wykra­cza poza nasz zakres obo­wiąz­ków.

-?Zakres obo­wiąz­ków? -?Uno­szę się znad biurka. -?Prze­cież to jesz­cze dzieci!

-?W oczach prawa stu­denci są już doro­śli, pani Wing­field. Jako osoby peł­no­let­nie mają prawo do pry­wat­no­ści i ochrony danych, a także prawo do podej­mo­wa­nia samo­dziel­nych decy­zji, w tym decy­zji o tym, kto będzie poin­for­mo­wany w przy­padku ich rezy­gna­cji ze stu­diów. Bar­dzo mi przy­kro, ale tak sta­nowi prawo. Wszyst­kie uni­wer­sy­tety w Wiel­kiej Bry­ta­nii muszą go prze­strze­gać.

-?Ale... -?zaczy­nam, lecz nie wiem, co powie­dzieć. Jak to moż­liwe, że Evie któ­re­goś dnia po pro­stu opu­ściła uczel­nię, a ja nic o tym nie wie­dzia­łam? -?Bar­dzo trudno mi zro­zu­mieć, że nie dała mi o tym znać. Że dowia­duje się o tym dopiero teraz, mie­siąc po fak­cie.

-?Nie zauwa­żyła pani, żeby córka wahała się, czy zostać na uni­wer­sy­te­cie?

-?To naprawdę nie ma sensu -?cią­gnę. -?Tak ciężko pra­co­wała, żeby się tu dostać. Chyba na niczym w życiu tak bar­dzo jej nie zale­żało. Wprost nie mogła się docze­kać, aż tu przy­je­dzie. Całe lato pla­no­wała stu­dia, odkła­dała pie­nią­dze, bo pra­co­wała na część etatu w kinie. Brała dodat­kowe zmiany, żeby móc tro­chę zwol­nić z pracą w trak­cie seme­stru. Chciała sku­pić się na nauce.

-?Coś przy­szło mi jesz­cze do głowy -?oży­wia się Far­ley, znów bęb­niąc pal­cami o blat. -?W przy­padku prze­dłu­żo­nej nie­obec­no­ści stu­denta na zaję­ciach uru­cha­miane są dodat­kowe pro­ce­dury. Jeśli ktoś znika na okre­śloną liczbę godzin i nie poja­wia się na kon­sul­ta­cjach z oso­bi­stym tuto­rem, wydział powi­nien zarzą­dzić swego rodzaju kon­trolę. Spraw­dzić, czy wszystko w porządku. Wszel­kie obser­wa­cje z takiej kon­troli logo­wane są do sys­temu. Założę się, że kie­row­niczka stu­diów licen­cjac­kich na Wydziale Prawa jest jesz­cze w swoim biu­rze. Zadzwo­nię do niej i zoba­czymy, czy powie nam coś nowego.

Męż­czy­zna bie­rze do ręki tele­fon, który łado­wał się do tej pory na bez­prze­wo­do­wej łado­warce. Stuka w ekran i przy­kłada komórkę do ucha. Czuję się, jak­bym zna­la­zła się w jakiejś rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści, w stre­fie cie­nia, gdzie to, co zna­jome traci swój kształt.

-?Laura? -?Craig wita się wesoło. -?Tak, u mnie wszystko dobrze. A u cie­bie? -?wymie­nia zdaw­kowe uprzej­mo­ści, ale szybko prze­cho­dzi do sedna: -?Jesteś może jesz­cze na uczelni? Mam tu u sie­bie jedną mamę. Czy możemy wpaść do two­jego biura na krótką poga­wędkę o jed­nej ze stu­den­tek pierw­szego roku? Twa­rzą w twarz szyb­ciej wyja­śnimy, o co cho­dzi.

Pięć minut póź­niej wędru­jemy przez kam­pus ramię w ramię. Craig cho­dzi szybko, ledwo nadą­żam. Mijamy budy­nek głów­nej biblio­teki i jesz­cze kilka innych kan­cia­stych gma­chów z betonu. Po kam­pusie wciąż kręci się sporo mło­dych ludzi -?żegnają się ze swo­imi nowymi zna­jo­mymi i witają z rodzi­cami. Ten sam drobny rytuał przej­ścia odbywa się pew­nie milion razy w roku w całym kraju. Mnie i Evie coś się wybit­nie nie udało.

-?Pro­szę wyba­czyć, jeśli zadam oczy­wi­ste pyta­nie. -?Far­ley prze­rywa ciszę, gdy skrę­camy w drogę dojaz­dową, po obu stro­nach wciąż zasta­wioną samo­cho­dami. -?Jeśli dobrze rozu­miem, pró­bo­wała pani skon­tak­to­wać się z córką tele­fo­nicz­nie?

-?Tak, ale nie jestem w sta­nie nawią­zać połą­cze­nia z jej nume­rem. Wia­do­mo­ści tek­stowe rów­nież do niej nie docho­dzą.

Męż­czy­zna marsz­czy czoło.

-?Kiedy to się zaczęło?

-?Dziś rano.

-?Ale wcze­śniej były­ście w kon­tak­cie?

-?Oczy­wi­ście.

Nie wyraża wprost tego, co i tak wisi w powie­trzu: że Evie zwio­dła mnie na manowce. Że mnie okła­my­wała.

Po raz kolejny tego dnia mijam auto­ma­tyczne szklane drzwi wio­dące do Wydziału Prawa oraz małą, przy­gnę­bia­jącą sztuczną cho­inkę w holu. Idę za moim prze­wod­ni­kiem na dru­gie pię­tro, po dro­dze prze­cho­dząc labi­ryn­tem kory­ta­rzy i podwój­nych drzwi otwie­ra­nych za pomocą jego karty dostępu.

Pro­fe­sor Laura Gray oka­zuje się kobietą w wieku około czter­dzie­stu pię­ciu lat, o jasnej cerze i ciem­no­ru­dych wło­sach, zwią­za­nych w luźny koń­ski ogon. Jest ubrana w kre­mowy swe­ter i ciemne spodnie od gar­ni­turu. Na nosie ma oku­lary w prze­zro­czy­stych opraw­kach, które spra­wiają, że wygląda na inte­li­gentną i oczy­taną. Na jej biurku stoją dwa moni­tory i otwarty lap­top, poza tym zawa­lone jest sto­sami pod­ręcz­ni­ków i doku­men­tów, wyraź­nie toczą­cych ze sobą wojnę o miej­sce na bla­cie.

Far­ley przed­sta­wia nas sobie i nakre­śla sprawę.

-?Czy chcia­łaby pani zapy­tać o zwrot wpłat z tytułu cze­snego? -?dopy­tuje Gray, zer­ka­jąc na jeden z moni­to­rów. -?Zwy­kle wyma­gamy, aby infor­mo­wano nas o rezy­gna­cji ze stu­diów w ciągu czter­na­stu dni robo­czych od dnia roz­po­czę­cia seme­stru...

-?Nie cho­dzi o cze­sne -?wyja­śniam szybko. -?A przy­naj­mniej nie teraz. Chcę po pro­stu dowie­dzieć się, gdzie jest moja córka. Naprawdę trudno mi uwie­rzyć, że porzu­ciła stu­dia.

Kobieta zdej­muje oku­lary i kła­dzie je na biurku, po czym pociera oczy kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym.

-?Prawo to nie­ła­twy kie­ru­nek -?mówi już nieco mil­szym tonem. -?Wymaga od stu­den­tów dużo poświę­ce­nia. Naprawdę czują zmianę inten­syw­no­ści nauki w porów­na­niu ze szkołą śred­nią. W trak­cie pierw­szego roku rezy­gnuje śred­nio sześć, sie­dem pro­cent, co ozna­cza, że od dwu­na­stu do dwu­dzie­stu stu­den­tów każ­dego roku uznaje, że prawo jed­nak nie jest dla nich.

-?A ile osób jest u niej na roku?

-?Odro­binę ponad dwie­ście pięć­dzie­siąt.

Dużo. Łatwo wto­pić się w tłum. Być nie­wi­dzialną. Znik­nąć.

-?Jak już wspo­mi­na­łam, dla nie­któ­rych mło­dych ludzi wyzwa­nia zwią­zane ze stu­dio­wa­niem prawa są po pro­stu za duże. Prze­skok w pozio­mie inten­syw­no­ści nauki jest szcze­gól­nie odczu­walny w pierw­szych tygo­dniach. Wów­czas orien­tują się, ile wysiłku będzie ich kosz­to­wało ukoń­cze­nie stu­diów.

-?Nie wie­rzę, że to wła­śnie przy­da­rzyło się mojej Evie -?opo­nuję. -?W szkole śred­niej miała same szóstki na egza­mi­nach koń­co­wych. A testy pre­dys­po­zy­cji do stu­dio­wa­nia prawa LNAT prze­szła śpie­wa­jąco. Przy­go­to­wy­wała się do tych testów mie­sią­cami, świa­doma, że dobre wyniki egza­mi­nów na koniec szkoły śred­niej mogą nie wystar­czyć, by dostała się na wyma­rzony kie­ru­nek. Zawzięła się, chciała świet­nie napi­sać ten trudny test, i zro­biła to.

Gray klika myszką kilka razy, mruży oczy i znów patrzy w ekran.

-?Widzę, że w jej przy­padku kon­trola się odbyła. Dwu­dzie­stego czwar­tego paź­dzier­nika. Naj­pierw był tele­fon, a cztery dni póź­niej wysła­li­śmy e-mail.

-?I?

-?Naprawdę nie wolno mi oma­wiać...

-?Pro­szę... Na pewno wymie­niła mnie jako osobę do kon­taktu.

Pro­fe­sor prze­wija ekran jesz­cze niżej.

-?Nie­stety nic takiego nie widzę.

-?Ale to muszę być ja -?powta­rzam, zasta­na­wia­jąc się prze­lot­nie, czy nie wymie­niła swo­jej babci, ale to byłby jakiś absurd. Przede wszyst­kim moja mama by mi o tym powie­działa. -?Evie nie ma bliż­szej rodziny.

Gray wymie­nia spoj­rze­nie z Far­leyem.

-?W rubryce kon­takt awa­ryjny -?zaczyna mówić z ocią­ga­niem -?zazna­czono ZKR.

Patrzę na kobietę, zer­kam na męż­czy­znę, czuję, jak zimny, lepki pot zbiera mi się na karku.

-?Co to zna­czy? -?pytam, marsz­cząc nos na kolejny trzy­li­te­rowy akro­nim. -?Co ozna­cza ZKR?

Pro­fe­sor mil­czy.

-?Zakaz kon­taktu z rodzi­cami -?wyja­śnia wresz­cie.

Czuję ostre ukłu­cie w oko­licy serca. Nic z tego nie rozu­miem.

-?Ale... jak to moż­liwe. O co tu cho­dzi?

-?Stu­denci mają do wyboru taką opcję.

-?Ale dla­czego coś takiego jest w jej doku­men­ta­cji?

-?Stu­denci mogą samo­dziel­nie aktu­ali­zo­wać infor­ma­cje na temat kon­tak­tów awa­ryj­nych.

-?W takim razie kogo wpi­sała na moje miej­sce?

-?Nie wolno mi udzie­lać takich infor­ma­cji.

-?Ale na pewno ma pani wpisy, infor­mu­jące o zmia­nie miej­sca zamiesz­ka­nia, prawda? Adres kore­spon­den­cyjny, dane kon­tak­towe?

-?Nie możemy roz­ma­wiać o sta­tu­sie stu­denta bez jego wyraź­nej zgody.

Czuję, jak moją klatkę pier­siową zaczyna roz­pie­rać nie­przy­jemny ucisk, jakby coś chciało wyci­snąć powie­trze z moich płuc.

-?Chyba możemy uznać tę sytu­ację za wyjąt­kową? Moja córka zagi­nęła. Czy wie pani, gdzie mogę ją zna­leźć?

Pro­fe­sor ponow­nie wymie­nia spoj­rze­nia z zastępcą szefa ochrony, a ten odpo­wiada jej ski­nie­niem głowy, po któ­rym kobieta ponow­nie zerka w kom­pu­ter.

-?Wró­ciła do domu, mam tu adres przy Selby Road w Reading.

Otwie­ram sze­roko usta ze zdzi­wie­nia, ale nic nie mówię, bo moje gar­dło ści­ska dziwna nie­moc, a w gło­wie mam okropną myśl. Co, jeśli parę tygo­dni temu Evie fak­tycz­nie ruszyła do domu w Reading, ale po dro­dze coś jej się przy­da­rzyło? Coś, przez co nie doje­chała do celu? Ale zaraz przy­po­mi­nam sobie, że prze­cież jesz­cze w tym tygo­dniu roz­ma­wia­ły­śmy, i mam nowy pomysł, który rośnie w siłę z każ­dym odde­chem: być może dystans, który tak nara­stał mię­dzy mną a moją córką, jest o wiele więk­szy, niż sobie wyobra­ża­łam.

Może wcale jej już nie znam.

EVIE

DZIE­WIĘĆ MIE­SIĘCY WCZE­ŚNIEJ

Zaczęło się od błą­ka­ją­cego się luzem psa.

Evie była na zaku­pach na Wind­sor High Street razem ze swoją przy­ja­ciółką Mil­lie -?ostat­nio rzadko pozwa­lały sobie na takie sobot­nie wypady, ponie­waż week­endy spę­dzały na powtór­kach do egza­mi­nów. Teraz prze­cha­dzały się od jed­nego skle­piku cha­ry­ta­tyw­nego do dru­giego, z nadzieją, że pośród stert ciu­chów, które miesz­kańcy mia­sta mają w zwy­czaju wyrzu­cać po jed­nym sezo­nie, wynajdą jakieś modowe skarby. Nie do wiary, jakie perełki można było zna­leźć na pół­kach Bar­nardo, Schro­ni­ska czy punktu pro­wa­dzo­nego przez Insty­tut Badań nad Rakiem. Evie zdą­żyła już upo­lo­wać top na ramiącz­kach z Zary który naprawdę wyglą­dał jak nowy, a Mil­lie wyszpe­rała dla sie­bie kurtkę od Prady i baletki -?za wszystko zapła­ciły jakieś gro­sze.

Stały wła­śnie przed wej­ściem do Oxfamu i porów­ny­wały łupy, kiedy usły­szała psa -?a kon­kret­nie stu­kot jego pazu­rów na chod­niku. Odwró­ciła się, a jej oczom uka­zał się cze­ko­la­dowy labra­dor macha­jący ener­gicz­nie ogo­nem. Pies dyszał z wysiłku, o czym dobit­nie świad­czył jego wysta­wiony na całą dłu­gość różowy język.

Psi­sko usia­dło na chod­niku tuż obok dziew­czyny.

-?Dzień dobry, pie­sku -?przy­wi­tała się Evie. -?Skąd się tu wzią­łeś?

Rozej­rzała się dookoła, gła­dząc psa po gło­wie. W zasięgu wzroku nie było jed­nak nikogo, kto wyglą­dałby, jakby szu­kał czwo­ro­noga czy pró­bo­wał zachę­cić go do powrotu gwiz­dem lub woła­niem.

Mil­lie przy­klę­kła, dra­piąc labra­dora za uchem.

-?Och, jest taki słodki. No kto jest dobrym pie­skiem, no kto? Oczy­wi­ście, że o tobie mówię!

Evie dalej gła­skała zwie­rzaka po gło­wie; jego sierść była jedwa­bi­ście gładka w dotyku. Pies wyglą­dał na zadba­nego.

-?I co, nasz dobry pie­sku? -?cią­gnęła Mil­lie. -?Zro­bi­łeś sobie małą wycieczkę? Gdzie jest twój czło­wiek?

Pies mocno dyszał i poli­zał ją po ręce; patrzył na obie dziew­czyny wycze­ku­ją­cym spoj­rze­niem jasnych, bursz­ty­no­wych oczu.

-?To suczka -?zauwa­żyła Evie, zer­ka­jąc na srebrną blaszkę z imie­niem w kształ­cie serca, przy­cze­pioną do obroży. -?Lulu. Ma na imię Lulu.

Pies szczek­nął z entu­zja­zmem na dźwięk wła­snego imie­nia.

Po dru­giej stro­nie blaszki znaj­do­wał się numer wła­ści­ciela.

Mil­lie wstała.

-?Co powin­ny­śmy zro­bić? Może zadzwo­nimy do towa­rzy­stwa opieki nad zwie­rzę­tami?

-?A nie wystar­czy tele­fon do wła­ści­ciela? -?zapro­po­no­wała Evie, wska­zu­jąc na adre­sow­nik.

-?Mówisz serio?

-?Ten ktoś musi być nie­da­leko.

Wystu­kała numer na tele­fo­nie i przy­ło­żyła go do ucha.

Zdą­żyła usły­szeć kilka sygna­łów, ale prze­rwał jej tupot stóp. Odwró­ciła się i ujrzała, że w ich stronę bie­gnie jakiś męż­czy­zna. Dyszał i posa­py­wał; w jed­nej dłoni trzy­mał czarną smycz, a w dru­giej mały zie­lony worek na psie nie­czy­sto­ści.

-?Boże, bar­dzo prze­pra­szam za mojego psa -?powie­dział zawsty­dzony na przy­wi­ta­nie.

-?Nie ma za co -?uspo­ko­iła go Evie. -?Lulu jest bar­dzo sym­pa­tyczna.

Jesz­cze ni­gdy nie widziała tak atrak­cyj­nego faceta.

Naprawdę ni­gdy.

Nawet w tele­wi­zji, na Insta­gra­mie i tak dalej. Był tro­chę po dwu­dzie­stce, miał na sobie wypra­so­waną białą koszulę, mary­narkę, ele­ganc­kie jeansy i brą­zowe skó­rzane buty. Jego twa­rzy też niczego nie bra­ko­wało. Wyso­kie, dobrze wyskle­pione kości policz­kowe, kwa­dra­towy pod­bró­dek z uro­czym dołecz­kiem i inten­syw­nie nie­bie­skie oczy w kolo­rze tro­pi­kal­nego oce­anu. Do tego włosy w ciem­nym odcie­niu blond, zacze­sane do tyłu, by odsło­nić czoło, i przy­cięte na krótko po bokach.

Był tak przy­stojny, że -?ku swo­jemu zawsty­dze­niu -?zorien­to­wała się, że nie jest w sta­nie się ode­zwać. Nie potra­fiła ode­rwać od niego wzroku.

-?Dzię­kuję wam -?powtó­rzył, wciąż nieco dysząc. -?Zerwała się ze smy­czy, aku­rat kiedy chcia­łem posprzą­tać... -?Urwał, zna­cząco wska­zu­jąc na wypeł­niony zie­lony worek. -?Jezu, prze­pra­szam, nie wiem, czemu wam o tym mówię. Igno­ruj­cie mnie, po pro­stu cie­szę się, że się zna­la­zła. Nie­grzeczna z cie­bie dziew­czyna, prawda, Lu?

Evie przy­trzy­mała obrożę dwoma pal­cami, a nie­zna­jomy zapiął smycz. Musnęli się przy tym prze­lot­nie dłońmi; poczuła, jak prze­cho­dzi ją prąd.

-?Jest naprawdę piękna. -?Evie odzy­skała głos. -?Zawsze podo­bały mi się cze­ko­la­dowe labra­dory.

-?To naj­lep­sze psy na całym świe­cie. -?Uśmiech­nął się sze­roko.

-?Kiedy będę już miała wła­sny dom, na pewno sobie takiego spra­wię.

-?Ja też -?wtó­ro­wała jej Mil­lie, cho­ciaż Evie nie przy­po­mi­nała sobie, żeby przy­ja­ciółka kie­dy­kol­wiek wspo­mi­nała o chęci posia­da­nia psa, a już na pewno nie kon­kret­nie o przed­sta­wi­cielu tej rasy.

-?Jestem Scott, tak przy oka­zji -?przed­sta­wił się męż­czy­zna i pokle­pał psa. -?Lulu zdą­ży­ły­ście już poznać. Przy­je­cha­łem z nią tutaj na spo­tka­nie z psim tre­ne­rem, o któ­rym sły­sza­łem dużo dobrego. Tak czy siak, miło było was poznać. Nie będę wam dalej prze­szka­dzał w, ekhm, zaku­pach i...

-?A ja jestem Mil­lie -?prze­rwała mu przy­ja­ciółka Evie. -?Nam też miło było cię poznać.

Scott uśmiech­nął się do obu dziew­czyn, po czym cmok­nął na psa, poma­chał im na do widze­nia i ruszył z powro­tem ulicą, z Lulu wesoło drep­czącą u jego boku.