20
Sąd rejonowy w Kopenhadze, toaletyW tym samym czasie
Adwokat Simon Goldschmidt nie był z siebie zadowolony. A ściślej mówiąc, z sytuacji. Potraktowano go jak lokaja, a teraz schował się w toalecie jak wystraszone dziecko, które miało zaraz zebrać łomot na szkolnym podwórku. On. Czołowy adwokat i partner największej kancelarii w Kopenhadze, która przez całe lata reprezentowała wszystkie wielkie notowane na duńskiej giełdzie firmy, najpotężniejsze banki w kraju i zagraniczne spółki obracające kwotami równymi budżetom niektórych krajów. Goldschmidt i Partnerzy prezentowali nawet państwo i rodzinę królewską i z czasem ze zwykłej kancelarii wyrośli na potężną i wpływową instytucję duńskiej gospodarki. To nie przypadek, że pięciopiętrowa siedziba firmy znajdowała się na Esplanaden i rozciągał się z niej widok na morskie fale, szumiący brzeg i białe gwiazdy kontenerów firmy Maersk. A teraz Simon siedział tutaj. W piwnicznym kiblu. I trząsł się ze strachu.
Nie można powiedzieć, że żałował od samego początku. Sporo pieniędzy zarobili na Meyersie i jego bracie, a kancelaria nie zastanawiała się dwa razy, gdy organizacja po raz pierwszy poprosiła o pomoc. Poza tym z początku były to drobiazgi. Założenie kilku spółek, sporządzenie paru umów, jakaś budowa, dzięki której organizacja miała wyglądać wiarygodnie. Oczywiście słyszeli o różnych działaniach tego mężczyzny, ale Simon i koledzy nie uważali tego za problem. Na powierzchni Meyers prowadził przecież legalne i odnoszące sukcesy przedsiębiorstwo importujące orzeszki ziemne, kakao i olej palmowy z Nigerii.
I owszem, być może dobrze wiedzieli, że czasami w niektórych z licznych kontenerów przybywających do portu Frihavnen znajdowały się inne ładunki. Przez wiele lat często zajmowali się skomplikowanymi sprawami prawnymi związanymi z transportem w firmie Meyersa i czasami zauważali dziwne rozbieżności między miejscem w kontenerze a ilością towaru. Simon zauważył też wielokrotnie, że Meyers dodatkowo płacił za to, by odprawa celna odbywała się w dni wolne, a do tego w ekspresowym tempie. I co ważne - bez otwierania zapieczętowanych kontenerów.
Wszystko dlatego, że Holender dbał, by kontenery zawsze pojawiały się w Europie na greckim wybrzeżu i przechodziły tam przez w sumie zbędną kontrolę. Dzięki przepisom o swobodnym ruchu na rynku wewnętrznym taka "stacja pośrednia" zapewniała, że bardziej dociekliwi celnicy z Kopenhagi nie mieli prawa zrywać pieczęci.
Gdyby Simon chciał być szczery, musiałby przyznać, że pewną część zawartości można by zakwestionować. Meyers często przecież dostarczał im biały proszek do wciągania, gdy imprezowali w hotelach D'Angleterre, Balthazar czy Bistro Boheme, gdzie dotrzymywał im towarzystwa. Jednak mimo nieco surowego wyglądu zachowywał się jak prawdziwy biznesmen. A nie jak przestępca. A kim oni byli, żeby go oceniać? Adwokaci reprezentują, nie oceniają.
Kiedy jednak Simon i pozostali partnerzy zorientowali się, co tak naprawdę zawierały kontenery, pożałowali. Gorzko. Gdyby się wydało, w czym uczestniczyli, byłby to gigantyczny skandal, który mógłby zniszczyć ich firmę. Handel ludźmi! Świadomy czy nieświadomy. Przykleiłoby się to do ich marki jak gorąca smoła, straciliby miejsce na liście Legal 500 i mogliby pożegnać się z reprezentowaniem państwa i rodziny królewskiej.
Podjęli więc decyzję. Nie zgłoszą tego. I tak nie mogli - ze względu na poufność. Nie zamierzali już mieć z tym człowiekiem nic wspólnego. Chcieli, by przestał być ich klientem. Było jednak za późno. Meyers van Juda bezczelnie zignorował niepisaną zasadę, kiedy poprosili go, by znalazł sobie innego przedstawiciela. Po prostu tego nie zaakceptował i złamał żelazną regułę, że to adwokaci decydują o tym, kim będą ich klienci, a nie odwrotnie. Simon wciąż miał gęsią skórkę i nudności, kiedy przypominał sobie tę sytuację.
Pewnego piątkowego wieczoru, kiedy wrócił do swojej willi w Humleb?k z myślą, że za chwilę będzie się rozkoszował wspaniałym włoskim winem La Spinetta Campe, na jego kanapie projektu Arne Jacobsena siedział Meyers z miską popcornu i oglądał z jego rodziną X Factor.
Dwie małe córeczki, Victoria i Amalie, w wieku sześciu i ośmiu lat, siedzące po obu stronach mężczyzny zachowującego się jak miły wujek, na szczęście nie rozumiały sytuacji. Simon natomiast zesztywniał ze strachu i bezsilności. Z początku nie rozumiał, jak on w ogóle dostał się do środka. Ich stary krwiożerczy rottweiler Devil bronił przecież domu z narażeniem własnego życia! Co zresztą wkrótce się potwierdziło. Dosłownie, bo w nocy Simon znalazł zwierzę z raną postrzałową w karku, wystające z pojemnika na odpady organiczne za domem. A gdy Meyers kilka godzin później opuścił ich willę, żona Simona postawiła mu ultimatum.
Simon spotkał Margrete na Herlufsholm w południowej Zelandii, a nie była to kobieta krucha. Fabuła Zabójcy bażantów Jussiego Adler-Olsena o zżytej grupie przyjaciół ze szkoły z internatem nie była daleka od prawdy. Szkoła Herlufsholm promowała zwycięzców, którzy nie przejmowali się takimi szczegółami, jak współczucie i przeszkody moralne, a do tego Margrete pochodziła z dobrej rodziny, która mierzyła wysoko i przekazała wychowanie swoich dzieci ciągle to nowym au pair. Takie przeżycia, a także nieobecność rodziców wyposażyły tę kobietę w potrzebną do życia twardą skórę. A więc to, czego trzeba, by dostać się na sam szczyt. Albo pomóc mężowi dojść na szczyt bez narzekania i myślenia o własnym interesie czy wolności. Jednak ten gość na sofie sprawił, że wyraźnie zobaczyła swoje priorytety. Simon miał zrobić to, co powiedziano. Zadowolić tego mężczyznę. Nie kontaktować się z policją. Niezależnie od tego, o co prosił. A Simon nie śmiał zrobić inaczej.
Drżał, licząc minuty w małej toalecie w piwnicy gmachu sądu. Czuł zimną deskę pod swoimi cienkimi włoskimi szytymi na miarę spodniami garniturowymi. Szybko poczuł, że jest w niewłaściwym miejscu. Przyglądał się graffiti na ścianach kabiny i nie mógł zrozumieć, że ktokolwiek miałby ochotę tu przebywać. A tym bardziej korzystać z toalety, w której na pewno roiło się od wszystkich znanych i nieznanych bakterii czekających tylko na gospodarza, do którego mogłyby wniknąć, wysysać z niego krew albo zarazić chorobami typowymi dla ciepłych krajów i niższych klas społecznych. Później jednak zdał sobie sprawę, że to miejsce jest jednak właśnie dla niego. Niczym się nie różnił od obrzydliwych hord drobnych przestępców, którzy wysrywali do tych kibli swój strach. Bo tym właśnie teraz był. Strachem. Holender zmusił go dziś do przekroczenia granicy, czego nie spodziewałby się nawet w najdzikszych fantazjach.
Serce waliło mu w chudej piersi, czuł jednak również coś innego. Zazdrość. Nie wszyscy w kancelarii rozumieli, kim był człowiek, którego obsługiwali. W kancelarii Goldschmidt i Partnerzy pracowało całe stado adwokatów marzących o partnerstwie. A pod nimi kolejne stado przedstawicieli, sekretarek, studentów i innych administracyjnych niewolników, którzy codziennie stawiali się w pracy z rozkoszną niewiedzą. Simon odczuwał dziecięcą zazdrość, bo chciałby być jednym z nich. Żałował, że nie poskromił swoich przeklętych marzeń o sukcesie. Swoich żądań od życia. Obowiązkowego domu na plaży, letniego domku przy Kystvej w Tisvilde, drugiego na Lazurowym Wybrzeżu, narciarskiej chatki w Kitzbühel w Austrii oraz potwornie drogich samochodów i zegarków stanowiących bilety wstępu do każdego właściwego salonu i klubu, gdzie wszyscy fałszywie i świadomie przekonywali się nawzajem, jak zwyczajne jest ich istnienie. Tak jakby poza ich rezerwatami nie istniał prawdziwy świat.
To, co stało się dzisiaj, nie było zwyczajne. To, czego Holender od niego zażądał, było czymś ekstremalnym. On jednak nie miał wyboru, ale mimo wszystko udało mu się zachować twarz, która nie zdradzała, jak bardzo tak naprawdę się bał. Dziękował swojej szkole z internatem za to, że w chwili, w której przekazał Holendrowi pakiecik z pigułkami, nie wyglądał na śmiertelnie przerażonego.
Bo Simon wiedział, co to było. Wiedział, do czego miało posłużyć. Już za moment.
Nagle usłyszał nieoczekiwany dźwięk. Drgnął i zauważył, jak rozporek w jego spodniach nagle zrobił się bardzo ciepły. W sąsiedniej kabinie ktoś spuścił wodę. Ktoś tam cały czas siedział. I to od dawna. W całkowitej ciszy. Cały czas tam był.
Pomyślał, że musi dać znać o swojej obecności. Że to zbyt dziwne siedzieć tak tutaj i nic nie robić. Jego sąsiad mógłby uznać, że coś jest nie w porządku. Nabrać podejrzeń.
Tak więc on też spuścił wodę. Niczego to nie zmieniło.
Mężczyzna po drugiej stronie wyszedł ze swojej kabiny, umył ręce, a kiedy opuścił toaletę, Simon w końcu został sam. Przyszła mu do głowy pewna myśl. Wspomnienie. O człowieku, który opowiedział o Holendrze i jego biznesie, i jak okropne miało to konsekwencje. Simon się wstydził. Nie pamiętał imienia tego chłopaka, chociaż później zniszczyli mu życie.
Jednak adwokat prawie zazdrościł również jemu. Bo za chwilę coś miało się wydarzyć i będzie to wina Simona.
Pochylił się do przodu i wziął głęboki oddech. Lęk wciąż rozdzierał go od środka, a mroczny cień wypełnił jego zazwyczaj odporną na uczucia głowę.
Holender nie był jednak wcale najgorszy. Ani jego młodszy brat, Marco van Juda, który na wiele sposobów był jeszcze bardziej psychopatyczny.
Fakt, że oboje siedzieli w więzieniu, początkowo zapewnił Simonowi pewien spokój. Nie oznaczało to jednak, że zerwał się ze smyczy, ale mimo wszystko to, co ta dwójka mogła zdziałać, nie będąc na wolności, sprawiało, że poziom stresu u niego i pozostałych zamieszanych w sprawę partnerów znacząco spadł. Pomyślał przez chwilę o kobietach więzionych przez braci. Czy były teraz same? Pozostawione w klatkach albo w innym miejscu, w którym powoli umrą z głodu i pragnienia? Szybko odepchnął od siebie te myśli. Nie mógł przecież nic w tej kwestii zrobić, a przede wszystkim musiał myśleć o sobie. Zwłaszcza teraz, gdy sytuacja wyglądała nieco korzystniej. Simon zaczął nawet rozważać wyjścia, które nie wiązały się z zeznawaniem Holendra przeciwko niemu. Zastanawiał się, jak w tym wszystkim zamieszać, by uszło im to na sucho. Jak można by...
Aż spotkał tego trzeciego mężczyznę, o którym nikt wcześniej nie słyszał.
Simon kiwał się na sedesie w przód i w tył. Nigdy nie wierzył w duchy ani zjawy. Nie wierzył też w karmę i nie był chrześcijaninem. Jego umysł zbudowany był z szufladek i tabelek. Jego religią była logika. Absolutnie nie wierzył w nic nadnaturalnego.
Dopóki nie spotkał jego.
Trzeciego mężczyzny.
Tamtego wieczoru, kiedy on przyszedł, Simon pracował do późna w kancelarii. Wyjątkowo nad czymś innym, nad nową sprawą. Przeniesieniem dużej spółki handlującej maszynami masarskimi w Europie Wschodniej. Jednej z długiego szeregu, ponieważ kancelaria przeznaczyła mnóstwo czasu i wysiłku na poprawienie swojej pozycji w międzynarodowym systemie ratingowym, dzięki czemu firmy były przekonane, że to najlepszy wybór, a faktura mogła opiewać na sumę zbliżoną do ceny bentleya continental. Wreszcie myślał o czymś innym. Nawet poczuł się dość dobrze.
Przez otwarte okno do gabinetu wlatywał słodki i świeży zapach cieśniny Sund, a jego palce optymistycznie tańczyły po klawiaturze. Słyszał, jak za drzwiami strażnik Frank gwiżdże starą piosenkę Otisa Reddinga o tym, że warto się odprężyć i tylko patrzeć na fale. Myśl o wielkim ochroniarzu, który własnym ciałem strzegł drzwi, a także wesoła melodia natchnęły adwokata optymizmem i przez krótką chwilę wszystko wydawało się w porządku. Właśnie tak. Dopóki nie przyszedł. Najbardziej przerażająca istota, jaką Simon kiedykolwiek spotkał. Nagle stał w jego gabinecie. Gwizdanie ustało i zapanowała całkowita cisza.
Goldschmidt na kilka chwil przestał oddychać. Mężczyzna był wysoki, ale w ciągu tych gorączkowych sekund uwagę adwokata przyciągnęły jednak inne rzeczy.
Po pierwsze intruz był ubrany w biały garnitur. Jak bohater starego filmu. Po drugie, był łysy jak pacjent w trakcie chemioterapii. I po trzecie - spojrzenie. Simon nigdy dotąd nie widział tak nieprzyjemnych oczu. Wielkie i niemal kruczoczarne, wpatrywały się bezpośrednio w jego duszę. Mężczyzna zaczął spokojnie mówić. Wyjaśnił, co się zdarzy i czego od niego oczekuje. Nie groził bezpośrednio, ale po tej rozmowie Goldschmidt zaczął mieć koszmary. Czuł się, jakby patrzył w oczy samemu szatanowi! Zrozumiał, że musi posłuchać.
Nie było innego wyjścia. Teraz chodziło o przetrwanie.
Siedząc na desce toalety w sądzie, Simon zaczął płakać. Bezgłośnie. A gdy łzy kapały na jego przemoknięte spodnie, żałował.
Żałował wszystkiego.