Córka Szatana - Walther Rebernik

Kup ebooka

49.90 zł
37.43 zł (36,27 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­logGłówna kwa­tera CIA w Lan­gleyVir­gi­nia, USA

Dy­rek­tor Ro­bert Chase mu­siał pod­jąć trudną de­cy­zję, gdy o go­dzi­nie sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści trzy czasu ame­ry­kań­skiego sys­tem wy­kry­wa­nia ru­chu wy­świe­tlił na jego ekra­nie czer­wone mi­ga­jące świa­tełko. Z po­wodu ob­ser­wa­cji do­ko­na­nej w Da­nii. Ze wszyst­kich miejsc na świe­cie! Tech­no­lo­gia oczy­wi­ście nie była do­sko­nała, ale tego ranka po­ja­wiła się ety­kieta "Com­plete Match", co ozna­czało, że me­cha­ni­zmy opro­gra­mo­wa­nia, o któ­rych Ro­bert nie miał bla­dego po­ję­cia, z nie­mal stu­pro­cen­to­wym praw­do­po­do­bień­stwem oce­niły, że czło­wiek do­strze­żony na sta­cji ben­zy­no­wej w R?dby w czwar­tek rano, był tą samą osobą, którą CIA miała w swo­ich ar­chi­wach. Męż­czy­zną, który po raz pierw­szy przy­kuł uwagę już dawno temu.

W zu­peł­nie in­nym miej­scu.

Ro­bert wy­jął oku­lary i po­chy­lił się nad ra­por­tem ze zdję­ciem wy­ko­na­nym pięt­na­ście lat wcze­śniej po­ci­sku Hel­l­fire, który chwilę po tym ude­rzył w obóz szko­le­niowy we wschod­niej Ni­ge­rii. Fo­to­gra­fia po­ka­zy­wała to, co Ro­bert wi­dział już mnó­stwo razy. Grupę grubo cio­sa­nych męż­czyzn po­ru­sza­ją­cych się po za­py­lo­nym gór­skim te­re­nie z obo­wiąz­ko­wymi bru­nat­nymi ka­łasz­ni­ko­wami w rę­kach i iden­tycz­nymi dłu­gimi czar­nymi bro­dami pod ło­po­cą­cymi na wie­trze par­ty­zanc­kimi chu­s­tami, któ­rzy nie mają po­ję­cia o tym, jaki los ich czeka już za chwilę. W tym przy­padku z pew­nym wy­jąt­kiem.

Je­den czło­wiek sie­dział na skale, wpa­tru­jąc się w niebo. Wy­soka i szczu­pła syl­wetka, któ­rej twarz skry­wał tur­ban, taki sam jak in­nych. Nie było jed­nak wąt­pli­wo­ści. To ten czło­wiek wy­wo­łał re­ak­cję sys­temu. Czło­wiek do­strze­żony w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat w róż­nych miej­scach globu w związku z wy­da­rze­niami, które wzięte ra­zem pod uwagę spra­wiały, że al­go­rytmy nie miały wąt­pli­wo­ści co do ka­te­go­rii za­gro­że­nia. Nu­mery na skali CIA mie­ściły się w za­kre­sie od je­den do sześć, z czego ka­te­go­rie od pierw­szej do pią­tej obej­mo­wały wszystko - od gróźb prze­ciwko Sta­nom Zjed­no­czo­nym pu­bli­ko­wa­nych przez za­gu­bio­nych na­sto­lat­ków na YouTu­bie, przez bar­dziej okrze­płych prze­stęp­ców, któ­rzy praw­do­po­dob­nie mieli do­stęp do broni i go­to­wość do jej uży­cia, aż po twa­rze zna­nych człon­ków is­la­mi­stycz­nych ugru­po­wań sto­ją­cych za kon­kret­nymi ak­cjami. Na wi­dok cy­fry sześć, za­strze­żo­nej jed­nak dla dość nie­wiel­kiego kręgu lu­dzi, na­wet osoby w Ga­bi­ne­cie Owal­nym mo­głyby prze­łknąć ślinę. A ten wy­soki i szczu­pły męż­czy­zna sto­jący na skale był nie­stety nie­wąt­pliwą szóstką: "Extre­mely Dan­ge­rous!".

Ro­bert od­chy­lił się w tył na krze­śle i wes­tchnął. Jedna z moż­li­wo­ści z for­mal­nego punktu wi­dze­nia wy­da­wała się cał­kiem pra­wi­dłowa - nie ro­bić nic. Na sto­sunki Sta­nów Zjed­no­czo­nych ze służ­bami wy­wia­dow­czymi w Eu­ro­pie źle wpły­wało to, że Ame­ry­ka­nie raz po raz pod­glą­dali oby­wa­teli przez ich ka­mery i pod­słu­chi­wali ich te­le­fony, na­wet je­śli chcieli wy­prze­dzić o krok lu­dzi pra­gną­cych dla za­chod­niego świata śmierci i znisz­cze­nia.

Druga moż­li­wość była słuszna z mo­ral­nego punktu wi­dze­nia.

Ro­bert pod­niósł wzrok znad cięż­kiego ma­ho­nio­wego biurka, z ekranu przed­sta­wia­ją­cego pu­stynny pia­sek i góry Ni­ge­rii, na cał­kiem nie­przy­datną, opra­wioną w ramki ma­katkę, którą jego córka Mary Linn wy­ha­fto­wała w ko­ściel­nej szkółce nie­dziel­nej i po­da­ro­wała mu, kiedy miała sie­dem lat, po usły­sze­niu hi­sto­rii o Ka­inie i Ablu. Było to nie­mal dwa­dzie­ścia lat temu, a Mary Linn sama już miała córkę, ale prze­sła­nie na tka­ni­nie ni­gdy nie tra­ciło na ak­tu­al­no­ści: "Bądź stró­żem brata twego".

Ro­bert za­sta­na­wiał się jesz­cze chwilę, aż w końcu otwo­rzył lap­top i wy­szu­kał w in­ter­ne­cie ha­sło "Ko­pen­haga". Po rzu­ce­niu okiem na kilka ar­ty­ku­łów o je­dze­niu i ar­chi­tek­tu­rze oraz dziel­nicy czer­wo­nych la­tarni wy­lą­do­wał na stro­nie in­ter­ne­to­wej Won­der­ful Co­pen­ha­gen, gdzie wszystko było w tę­czo­wych ko­lo­rach, a ra­do­sne słowa za­po­wia­dały wielki week­en­dowy fe­styn.

Wąt­pli­wo­ści Ro­berta znik­nęły. Chwy­cił słu­chawkę i za­dzwo­nił do swo­ich duń­skich ko­le­gów z po­li­cyj­nej służby wy­wia­dow­czej.

Nie mógł do­pu­ścić, by coś ta­kiego wy­da­rzyło się na jego zmia­nie.

9

Ko­menda Główna Po­li­cji, Ve­ster­broPią­tek rano

Au­dy­to­rium Ko­mendy Głów­nej Po­li­cji było wy­peł­nione po brzegi. Mniej ważni go­ście stali, sie­dzieli na pod­ło­dze i opie­rali się o pa­ra­pety okien, pod­czas gdy wszy­scy ozdo­bieni wy­myśl­nymi zło­co­nymi em­ble­ma­tami na ra­mio­nach - przed­sta­wi­ciele po­li­cji, służb za­rzą­dza­nia kry­zy­so­wego, Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści, po­li­cyj­nej służby wy­wia­dow­czej i wy­wiadu woj­sko­wego - znaj­do­wali się na miej­scach dla pu­blicz­no­ści przy ka­te­drze po­dzie­lo­nej od­po­wied­nio do rangi.

Sier­żant San­dra Wa­gner, która wśród obec­nych pla­so­wała się mniej wię­cej na po­zio­mie ki­janki, zna­la­zła miej­sce przy jed­nym z pa­ra­pe­tów ra­zem z garstką po­ste­run­ko­wych w T-shir­tach, dżin­sach i air jor­da­nach czy in­nych mięk­kich bu­tach spor­to­wych Nike. Znała tych męż­czyzn ze sły­sze­nia. Nie po­ru­szyli się ani o mi­li­metr, kiedy star­szy od nich stop­niem śled­czy z po­ste­runku Br?n­sh?j zbli­żył się i wska­zał na pa­ra­pet. Nie mieli na­to­miast pro­blemu ze zro­bie­niem miej­sca dla ja­sno­wło­sej ko­biety z koń­skim ogo­nem, któ­rej wiek i wy­gląd utrud­niał stwier­dze­nie, czy jest sta­teczną matką z do­mem i ro­dzin­nym sa­mo­cho­dem peł­nym okrusz­ków żyt­niego chleba i za­schnię­tych dzie­cię­cych glu­tów, czy też może da­łaby się sku­sić na coś grzesz­nego.

San­dra miała trzy­dzie­ści cztery lata, spoj­rze­nie ani na­iwne, ani do­świad­czone, nie­mal po­zba­wioną zmarsz­czek twarz, co ozna­czało, że mo­gła być i do­brą mamą, i grzesz­nicą, a sama nie zro­biła nic, by uła­twić im od­gad­nię­cie tej ta­jem­nicy. Na­to­miast po­czuła się nie­swojo pod wpły­wem spoj­rze­nia z jed­nego z pa­ra­pe­tów po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia. Jej o dwa lata młod­szy ko­lega z ko­mendy City, Ni­klas Win­ther, wpa­try­wał się w nią jak kre­tyn, gdy prze­ci­skała się przez za­tło­czoną salę. Ten mu­sku­larny in­struk­tor walki wręcz sam sie­bie uwa­żał za dar dla wszyst­kich ko­biet, a ona wie­działa, że jej obo­jęt­ność w jego obec­no­ści je­dy­nie go iry­to­wała. Praw­do­po­dob­nie była je­dyną tego typu ko­bietą w ko­men­dzie, co na tego za­du­fa­nego po­li­cjanta, nie­przy­zwy­cza­jo­nego do od­mowy, dzia­łało jak agre­sywny śro­dek na po­ten­cję. Mu­siał jed­nak od­wró­cić wzrok, kiedy nowy to­wa­rzysz San­dry z pa­ra­petu, mło­dzik o imie­niu Tor­ben i ciele wiel­ko­ści dwu­drzwio­wej lo­dówki, za­uwa­żył ten kon­takt i wy­ka­zu­jąc się nie­zwy­kłym te­ry­to­ria­li­zmem, skie­ro­wał wzrok na drugą stronę sali.

"Za­wsze jest ja­kaś więk­sza ryba" - po­my­ślała San­dra, sia­da­jąc na pa­ra­pe­cie i ob­ser­wu­jąc salę.

At­mos­fera stała się na­pięta. Za­pach świe­żego potu i wody po go­le­niu z cy­tru­sową nutą uno­sił się w wy­so­kim po­miesz­cze­niu wy­peł­nio­nym ener­gią jak psiar­nia. Mocno umię­śniony męż­czy­zna na mów­nicy otrzy­mał ze­staw słu­chaw­kowy i wskaź­nik, jed­no­cze­śnie przy­ciem­niono świa­tła. San­dra go nie znała, ale wy­da­wał się ty­po­wym przed­sta­wi­cie­lem po­li­cyj­nej służby wy­wia­dow­czej PET. Około czter­dziestki, wy­spor­to­wany i odziany w ciemne ob­ci­słe ubra­nie. Jego szczu­pła twarz nada­wała mu wy­gląd chro­nicz­nie zmę­czo­nego, oczy pod nie­mal nie­wi­dzial­nymi oku­la­rami były su­rowe i za­pad­nięte, a krót­kie ciemne włosy gładko przy­li­zane.

- Na­zy­wam się Hen­rik Bjer­re­ga­ard i je­stem agen­tem PET. Dzię­kuję za przy­by­cie mimo tak póź­nego za­wia­do­mie­nia. - Jego głos był po­zba­wiony barwy i ci­chy, ale gdy wy­po­wia­dał te słowa, wszyst­kie po­zo­stałe dźwięki w sali umil­kły. Bjer­re­ga­ard pa­trzył na tłum, nie na­wią­zu­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z ni­kim kon­kret­nym. - Dziś rano otrzy­ma­li­śmy od na­szych ame­ry­kań­skich ko­le­gów z CIA in­for­ma­cję, że przy gra­nicy duń­sko-nie­miec­kiej wi­dziany był męż­czy­zna po­wią­zany z mię­dzy­na­ro­dową or­ga­ni­za­cją ter­ro­ry­styczną... - Za­pa­dła chwila ci­szy. - Po duń­skiej stro­nie - kon­ty­nu­ował agent.

W po­miesz­cze­niu, które już było roz­grzane pro­mie­niami let­niego słońca, tem­pe­ra­tura na­gle wzro­sła, ale obecni sie­dzieli bez ru­chu jak fi­gury wo­skowe.

- In­for­ma­cje są dość skąpe, ale w tego ro­dzaju śledz­twach Ame­ry­ka­nie nie­chęt­nie wy­ja­śniają, jak zdo­by­wają dane. W związku z czym nie wiemy rów­nież, co kon­kret­nie wi­dzieli i gdzie. Pod­kre­ślają jed­nak po­wagę sy­tu­acji i prze­ka­zali nam tyle in­for­ma­cji, ile się dało. By­śmy mo­gli za­cząć od cze­goś kon­kret­nego.

Agent od­wró­cił się, wci­snął coś na wskaź­niku i przy­wo­łał pierw­sze zdję­cie na ekran o roz­mia­rach trzy na cztery me­try.

- Rze­czą, na którą po­win­ni­śmy zwróć uwagę w pierw­szej ko­lej­no­ści, jest ten po­jazd.

Sala przy­glą­dała się fo­to­gra­fii po­ka­zu­ją­cej volks­wa­gena trans­por­tera w ko­lo­rze czarny me­ta­lik z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. Plamy ku­rzu i brudu unie­moż­li­wiały ocenę wieku i stanu po­jazdu, ale spra­wiał dziw­nie po­tężne wra­że­nie. Wy­da­wał się szer­szy i cięż­szy niż trans­por­tery, które co­dzien­nie kręcą się po ca­łej Ko­pen­ha­dze z elek­try­kami i ma­la­rzami za kie­row­nicą. San­dra przy­glą­dała się czte­rem ni­sko­pro­fi­lo­wym opo­nom na czar­nych fel­gach, które wy­sta­wały spod nad­koli jak stopy. Przy­szło jej do głowy, że sa­mo­chód przy­po­mina jej psa są­siada z klatki scho­do­wej domu, w któ­rym się wy­cho­wała.

Bul­doga.

Ką­tem oka za­uwa­żyła swo­jego szefa, ko­men­danta Flem­minga J?r­gen­sena. Stary po­li­cjant wier­cił się na pa­ra­pe­cie po dru­giej stro­nie sali, sta­ra­jąc się zna­leźć ja­kąś zno­śną po­zy­cję. San­dra par­sk­nęła bez­gło­śnie. Męż­czy­zna o scho­ro­wa­nych ko­la­nach i chro­nicz­nych pro­ble­mach z krę­go­słu­pem, który po­świę­cił po­li­cji czter­dzie­ści lat swo­jego ży­cia, nie za­słu­żył na sie­dze­nie na cho­ler­nym pa­ra­pe­cie.

Gdy agent PET znów spoj­rzał na pu­blicz­ność, uniósł brew.

- Druga rzecz, którą prze­ka­zali nam Ame­ry­ka­nie, to in­for­ma­cje o po­wią­za­niach tego męż­czy­zny. Kie­rowca sa­mo­chodu we­dług CIA ma związki z or­ga­ni­za­cją ter­ro­ry­styczną Al Urthu­dhuks, co ozna­cza po na­szemu "Pra­wo­wierni".

W sali za­szu­miało.

- Tak, wiem, więk­szość z was już sły­szała tę na­zwę. To wła­śnie ta or­ga­ni­za­cja, która wzięła od­po­wie­dzial­ność za atak na świa­tową pa­radę rów­no­ści w Sztok­hol­mie cztery lata temu. Zgi­nęło dwa­dzie­ścia sie­dem osób wraz ze sprawcą, gdy w trak­cie po­chodu wy­bu­chła po­tężna bomba.

W gło­wie San­dry po­ja­wiły się na chwilę po­tworne ob­razy z te­le­wi­zji. Ogromny chaos i masa krwi. Zdję­cia ro­ze­rwa­nej na strzępy pa­rady. I kul­towa dziś pra­sowa fo­to­gra­fia mło­dego czło­wieka z bro­ka­tem na twa­rzy, który przy­gląda się tej ma­sa­krze pu­stym wzro­kiem, nie wie­dząc jesz­cze, że część jego ra­mie­nia od łok­cia w dół już nie ist­nieje. Zdję­cia cze­goś po­twor­nego i nie­mal nie­po­ję­tego. Czy­stego zła, które tylko cho­rzy lu­dzie mogą opa­ko­wy­wać w re­li­gię.

Bjer­re­ga­ard skie­ro­wał wskaź­nik w tył, nie pa­trząc na trans­por­tera.

- Oczy­wi­ście sa­mo­chód jest po­szu­ki­wany w ca­łym kraju, ale je­śli go znaj­dziemy, trudno ocze­ki­wać, że to roz­wiąże pro­blem. Pra­wo­wierni znani są z wy­ko­rzy­sty­wa­nia ma­te­riału wy­bu­cho­wego, któ­rego skład­niki można zna­leźć wszę­dzie.

Znów na­ci­snął przy­cisk na pi­lo­cie. Za­miast trans­por­tera na ekra­nie po­ja­wiło się po­dzie­lone na trzy czę­ści zdję­cie, z trzema ko­lo­ro­wymi re­kla­mami ze sklepu Ma­tas. San­dra znała ten ob­raz ze szko­le­nia po­li­cyj­nego - pla­sti­kowa bu­telka z od­pla­mia­czem, flaszka ze środ­kiem do wy­bie­la­nia i de­zyn­fek­cji oraz po­jem­nik z płyn­nym na­wo­zem do ro­ślin do­nicz­ko­wych.

Bjer­re­ga­ard użył wskaź­nika.

- Nad­tle­nek wo­doru, ace­ton i kwas siar­kowy. Trzy rze­czy, które można ku­pić do­słow­nie wszę­dzie. Nie­stety. Bo są to trzy skład­niki bar­dzo po­tęż­nego i nie­zwy­kle wraż­li­wego ma­te­riału wy­bu­cho­wego: pe­rok­sy­ace­tonu. Na­zy­wa­nego też Matką Sza­tana.

Ką­tem oka San­dra znów za­uwa­żyła, że ko­men­dant się po­ru­szył. Ten męż­czy­zna o sre­brzy­sto­si­wych wło­sach po prze­ciw­nej stro­nie sali rów­nież był jed­nym z jej wy­kła­dow­ców w szkole po­li­cyj­nej. Przy­po­mniała so­bie jego zdję­cia z przed­sta­wi­cie­lem wy­działu ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych pań­stwo­wej po­li­cji. Obaj mieli na so­bie po­kryte ke­vla­rem skó­rzane uni­formy, które spra­wiały, że scena przy­po­mi­nała lą­do­wa­nie na Księ­życu. I nie bez po­wodu. Za­le­d­wie dwa do trzech gra­mów bia­łej mie­sza­niny wy­bu­cho­wej mo­gło urwać czło­wie­kowi ra­mię, pod­czas gdy dwa kilo tej sa­mej sub­stan­cji za­pa­ko­wane ra­zem z gwoź­dziami, wkrę­tami i śru­bami, które przy eks­plo­zji wy­strze­li­wały na wszyst­kie strony, mo­gło w za­le­d­wie uła­mek se­kundy za­mie­nić każde zgro­ma­dze­nie w krwawą mia­zgę.

Bjer­re­ga­ard mó­wił da­lej.

- Znamy wiele osób, które uży­wały pe­rok­sy­ace­tonu, jed­nak w przy­padku Pra­wo­wier­nych ta sub­stan­cja to nie­mal znak fir­mowy. Stan­dar­dowo w han­dlu de­ta­licz­nym na­leży zwra­cać szcze­gólną uwagę na sprze­daż tych skład­ni­ków, ale mimo to wy­kry­cie ich jest utrud­nione, bo za­kupy roz­dziela się za­zwy­czaj na kilka skle­pów wła­śnie po to, by nie wsz­czy­nać alarmu. - Bjer­re­ga­ard prze­rwał i ro­zej­rzał się po sali. - Tak więc cho­ciaż sa­mo­chód i skład­niki nas in­te­re­sują, szu­kamy przede wszyst­kim kie­rowcy. In­for­ma­cja nu­mer trzy. - Agent klik­nął przy­cisk. Po­ja­wiło się ostat­nie zdję­cie. Syl­wetka. - Zdję­cie po­cho­dzi z ar­chi­wum CIA, gdzie praw­do­po­dob­nie znaj­duje się wię­cej fo­to­gra­fii tego męż­czy­zny, któ­rego dzięki za­awan­so­wa­nej tech­no­lo­gii wy­kry­wa­nia ru­chu za­uwa­żono w róż­nych miej­scach na świe­cie. To ma być jego naj­lep­sza fo­to­gra­fia, cho­ciaż ni­gdy nie wi­dziano jego twa­rzy. CIA nie ma jed­nak wąt­pli­wo­ści.

San­dra pa­trzyła na to z otwar­tymi ustami, a my­śli prze­la­ty­wały jej bez­ład­nie przez głowę. W pa­nu­ją­cym na ulicy pół­mroku ja­kaś wy­soka i szczu­pła syl­wetka od­da­lała się od bu­dynku, któ­rego frag­menty po eks­plo­zji wy­rzu­ciło na wszyst­kie strony. Męż­czy­zna na zdję­ciu był ubrany w ja­kiś bo­jowy strój z gru­bego sza­rego ma­te­riału z mnó­stwem kie­szeni i bie­gną­cych w różne strony pa­sków. Twarz za­krył płó­cienną ma­ską i kap­tu­rem tak mocno na­cią­gnię­tym na głowę, że wi­dać było tylko mocno za­ry­so­waną szczękę. W ręce w rę­ka­wiczce z tego sa­mego gru­bego sza­rego ma­te­riału trzy­mał małą czarną kosę z sier­po­wa­tym ostrzem na krót­kim drew­nia­nym trzonku. Kama - orien­talna broń biała ni­czym z ja­kiejś mrocz­nej le­gendy. Cała po­stać wy­glą­dała jak po­łą­cze­nie ry­ce­rza i wo­jow­nika ninja.

Agent Hen­rik Bjer­re­ga­ard znów skie­ro­wał wskaź­nik na elek­tro­niczny wy­świe­tlacz, choć sam na niego nie pa­trzył.

- Oto męż­czy­zna z ter­ro­ry­stycz­nej or­ga­ni­za­cji Pra­wo­wierni. Męż­czy­zna, który naj­praw­do­po­dob­niej prze­bywa obec­nie w Da­nii. - Wziął do ręki oku­lary. Za­ło­żył je. Znów zdjął. Kiw­nął głową do zgro­ma­dzo­nych i wes­tchnął bez­dź­więcz­nie ca­łym cia­łem. - In­ter­pol na­zywa go... Sy­nem Sza­tana.

10

Plac Ra­tu­szowyGo­dzinę póź­niej

Ostre po­ranne słońce prze­cho­dziło za wieżą ra­tu­sza i ozła­cało bu­dy­nek In­du­striens Hus oraz bul­war An­der­sena. Do­cho­dziła do­piero dzie­wiąta, ale San­dra czuła już za­wroty głowy i su­chość w ustach, tak jakby do­tarła na plac Ra­tu­szowy po sza­lo­nej wy­cieczce po ca­łym mie­ście. Wło­żyła do ust gumę Sti­mo­rol, by po­bu­dzić pracę śli­nia­nek, po czym spoj­rzała na te­le­fon.

Apli­ka­cje new­sowe do­no­siły o fali upa­łów, mar­twych ła­si­cach, no­wym wa­rian­cie ko­ro­na­wi­rusa i mi­strzo­stwach świata w piłce noż­nej w Ka­ta­rze. Przed­sta­wi­cielka par­tii Czer­wono-Zie­lo­nych wy­glą­dała na zdję­ciu na roz­cza­ro­waną, po­nie­waż Da­nia po­sta­no­wiła grać mimo nie­prze­strze­ga­nia przez kraj go­spo­da­rzy pod­sta­wo­wych praw czło­wieka. Na py­ta­nie, czy sama bę­dzie oglą­dać me­cze, od­po­wie­działa par­sk­nię­ciem i zde­cy­do­wa­nym "nie". Jak stwier­dził dzien­ni­karz, mil­czała, gdy za­py­tano, czy oglą­dać je bę­dzie mąż. Nic jed­nak nie mó­wiono na ten te­mat. Ani o sa­mo­cho­dzie, ani męż­czyź­nie, ani ter­ro­ry­stycz­nej or­ga­ni­za­cji. Jesz­cze nie. Było tylko kwe­stią czasu, za­nim ktoś z po­li­cji albo ską­d­inąd po­sta­nowi uzu­peł­nić swoje wy­na­gro­dze­nie ko­pertą od dzien­ni­ka­rza. I po­twier­dzić in­for­ma­cję o no­wym mrocz­nym go­ściu w Da­nii: Synu Sza­tana.

Liczba in­for­ma­cji prze­ka­za­nych w ciągu ostat­niej go­dziny była ogromna. Agent PET, a po­tem jesz­cze dwóch jego ko­le­gów, dość nie­ty­powo dla swo­ich sta­no­wisk po­dzie­lili się wszyst­kimi do­stęp­nymi in­for­ma­cjami z kraju i za­gra­nicy. W tym wie­dzą o Pra­wo­wier­nych, a kon­kret­nie o dwóch rze­czach.

Bom­bach.

Gdy Pra­wo­wierni opusz­czali miej­sce zda­rze­nia, po­zo­sta­wiali za sobą tylko dy­miącą kupę zglisz­czy.

I śmierci.

W ciągu ostat­niej de­kady ataki tej or­ga­ni­za­cji po­chło­nęły nie­mal bi­blijną liczbę ofiar, mimo że Stany Zjed­no­czone ści­śle współ­pra­co­wały z ni­ge­ryj­skim rzą­dem, by zlo­ka­li­zo­wać i uniesz­ko­dli­wić jej obozy szko­le­niowe, ukryte w la­sach i na pu­sty­niach pół­nocno-wschod­niej Ni­ge­rii. Ame­ry­kań­skie drony pod­czas uzgod­nio­nych mi­sji roz­po­znaw­czych zna­la­zły sporo ta­kich obo­zów i, co dość iro­niczne, po­zbyły się pro­blemu, wy­ko­rzy­stu­jąc bomby.

Po­tem na­stą­pił czas na swo­bodne wy­po­wie­dzi. Co nie­zwy­kłe, przy­brało to formę szcze­rej bu­rzy mó­zgów. O do­stęp­nych na­rzę­dziach. O tym, co na­leży ro­bić. Pod­słu­chy, opro­gra­mo­wa­nie szpie­gow­skie, mo­ni­to­ring, in­te­li­gentne, sa­mo­dziel­nie in­sta­lu­jące się pro­gramy śle­dzące, prze­szu­ka­nia, re­wi­zje, li­sty goń­cze, "umiar­ko­wana pre­sja fi­zyczna" w pew­nych krę­gach i wo­bec pew­nych osób. Na stół wy­ło­żono le­galne i mniej le­galne na­rzę­dzia, a uczest­nicy byli dość zgodni co do tego, że zwy­kłe gwa­ran­cje prawne za­warte w ko­dek­sie po­stę­po­wa­nia kar­nego i kon­sty­tu­cji po­winny ugiąć się wo­bec tego, co w bar­dzo nie­przy­jemny spo­sób mo­gło przejść do hi­sto­rii kraju. Krótko mó­wiąc: na­leży za­sto­so­wać wszyst­kie środki, by unik­nąć tego, co osta­tecz­nie nie zo­stało na­zwane.

Ter­ro­ry­zmu w Da­nii.

San­dra grzała twarz na słońcu, za­sta­na­wia­jąc się nad ostroż­nymi wnio­skami PET. Nie można stwier­dzić z całą pew­no­ścią, ja­kie do­kład­nie cele ma or­ga­ni­za­cja i za­kap­tu­rzony męż­czy­zna. Dla ta­kich lu­dzi śmierć i znisz­cze­nie czę­sto wy­star­czają same w so­bie. Ist­niały jed­nak pod­stawy, by uwa­żać, że kurs na Da­nię nie był przy­pad­kowy. Cho­dziło o dwie rze­czy.

Pierw­sza była taka, że dziś w po­łu­dnie w ko­pen­ha­skim są­dzie re­jo­no­wym miała za­koń­czyć się naj­więk­sza w hi­sto­rii Da­nii sprawa do­ty­cząca han­dlu ko­bie­tami. Męż­czy­zna, któ­rego pod­czas trzy­na­sto­dnio­wego pro­cesu na­zy­wano Ho­len­drem, miał im­por­to­wać i sprze­da­wać ko­biety w Da­nii, po­zo­sta­jąc przez cały czas poza za­się­giem po­li­cyj­nego ra­daru. W pierw­szej de­ka­dzie prze­wo­ził i do­star­czał broń dla or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych i wa­taż­ków w Afryce, i praw­do­po­dob­nie na­uczył się wy­ko­rzy­sty­wać te same trasy do prze­wozu ko­biet. Nie­wia­ry­godne i cy­niczne przed­się­wzię­cie, w któ­rym na­wet dwu­na­sto­let­nie dziew­częta były na spe­cjalne za­mó­wie­nie po­ry­wane lub ku­po­wane od bied­nych wie­lo­dziet­nych ro­dzin, a na­stęp­nie sprze­da­wane za­chod­nim klien­tom. Do użytku pry­wat­nego i być może dla na­byw­ców z Da­nii.

Wła­dze za­kła­dały też, że część ko­biet wciąż znaj­do­wała się w nie­woli u Ho­len­dra. Nie po­wie­dział on jed­nak w wię­zie­niu ani słowa, co w naj­lep­szym wy­padku wska­zy­wało, że pod jego nie­obec­ność ktoś inny pro­wa­dził dzia­łal­ność. A w naj­gor­szym - że nie ob­cho­dził go ich los. Cy­nizm nie­mal nie­po­jęty. A co naj­waż­niej­sze, dane wy­wia­dow­cze, mimo że sta­no­wiły zbie­ra­ninę wy­bra­nych in­for­ma­cji otrzy­ma­nych ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, wska­zy­wały, że Ho­len­der - któ­rego na­zwi­sko brzmiało Mey­ers van Juda - nie­dawno han­dlo­wał z or­ga­ni­za­cją ter­ro­ry­styczną Pra­wo­wierni. Ko­biety za broń. Wy­glą­dało na to, że ko­deks Pra­wo­wier­nych nie obej­mo­wał po­ry­wa­nia ko­biet i sprze­da­wa­nia ich. Szczytny cel ma to do sie­bie, że w ta­kich twier­dzach mo­ral­no­ści uświęca środki. A tu zgod­nie z in­for­ma­cjami mowa była o lu­kra­tyw­nej dla obu stron wy­mia­nie.

Bio­rąc pod uwagę wszyst­kie te oko­licz­no­ści, trudno było nie po­sta­wić znaku rów­no­ści mię­dzy dzi­siej­szym za­koń­cze­niem po­stę­po­wa­nia są­do­wego i wy­da­niem wy­roku a przy­by­ciem za­kap­tu­rzo­nego ter­ro­ry­sty do Da­nii. Nie­za­leż­nie od mo­tywu. Może cho­dziło o nie­udaną trans­ak­cję? Może Ho­len­der po­pro­sił swo­ich przy­ja­ciół z or­ga­ni­za­cji o po­moc? Po­wszech­nie wia­domo, że aresz­tanci mają w duń­skich wię­zie­niach dość swo­bodny do­stęp do te­le­fo­nów i poczty elek­tro­nicz­nej. A może Pra­wo­wierni chcieli za­bić swo­jego by­łego part­nera biz­ne­so­wego, po­nie­waż dys­po­no­wał nie­bez­piecz­nymi in­for­ma­cjami o or­ga­ni­za­cji?

PET nie wy­klu­czało rów­nież, że w kraju mo­gły znaj­do­wać się osoby go­towe po­móc za­uwa­żo­nemu na duń­skiej gra­nicy ter­ro­ry­ście. Mo­gli być to "uchodźcy" przy­jęci w ra­mach wę­dró­wek lu­dów do na­szej czę­ści świata. Miesz­ka­jący tu przed­sta­wi­ciel or­ga­ni­za­cji nie wy­glą­dałby jak bro­daty ta­lib rzu­ca­jący ha­sła o de­ka­den­cji za­chodu, ra­czej jak młody męż­czy­zna bez do­ku­men­tów, który przy­zna, że przy­je­chał do Eu­ropy, by po­tem ścią­gnąć ro­dzinę, a w rze­czy­wi­sto­ści osiadł tu i cze­kał, aż ktoś wskaże mu cel. Mógł to być na­wet ro­do­wity Duń­czyk, który dał się ku­pić.

Tak więc za­koń­cze­nie pro­cesu Ho­len­dra wy­da­wało się moż­li­wym wy­ja­śnie­niem przy­by­cia ter­ro­ry­sty do Da­nii.

A druga moż­li­wość?

Gdy San­dra my­ślała o fo­to­gra­fii pra­so­wej mło­dego Szweda w bro­ka­cie z urwaną ręką i o prze­ra­ża­ją­cych te­le­wi­zyj­nych ob­ra­zach z wy­bu­chu pod­czas po­chodu w Sztok­hol­mie, roz­glą­dała się po sta­rym placu Ra­tu­szo­wym. W tym roku Ko­pen­haga zo­stała go­spo­da­rzem naj­więk­szego na świe­cie wy­da­rze­nia LGBTQ+, a przy­go­to­wa­nia do pa­rady rów­no­ści, która miała ru­szyć w naj­bliż­szy week­end, osią­gały apo­geum. Wszę­dzie na dep­taku Str?get, placu Ra­tu­szo­wym i ulicy Ve­ster­bro­gade po­wie­wały tę­czowe flagi, au­to­busy w cen­trum po­kryto wiel­kimi ser­cami i ba­ne­rami, a wzdłuż ca­łej trasy wi­siały głów­nie pla­katy z ha­słem "Love is love".

Gmina Ko­pen­haga wy­dała osiem mi­lio­nów ko­ron tylko na to, by przej­ścia dla pie­szych w cen­trum mia­sta stały się neu­tralne płciowo. Na czer­wo­nym świe­tle wi­dać było dwóch trzy­ma­ją­cych się za ręce męż­czyzn, na żół­tym dwie ko­biety, a na zie­lo­nym osoby o nie­okre­ślo­nej płci. Pa­rada miała być w tym roku "bar­dziej dzika, wolna i ży­wio­łowa niż kie­dy­kol­wiek", jak ogła­szali przed­sta­wi­ciele LGBTQ+ w ra­diu, te­le­wi­zji i me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Ha­sło po­wta­rzano wszę­dzie w nie­skoń­czo­ność. Oczy­wi­ście za­wsze ist­niało ry­zyko hejtu. Pa­rada jak zwy­kle, opie­ra­jąc się na życz­li­wych za­le­ce­niach, omi­jała główną ulicę N?r­re­bro­gade, ale poza tym or­ga­ni­za­tor nie chciał sły­szeć o ja­kich­kol­wiek ogra­ni­cze­niach. Poza tym Duń­czycy byli wy­czer­pani ko­ro­na­wi­ru­sem i pra­gnęli hucz­nego święta! Z or­szaku pla­no­wano roz­rzu­cać pre­zer­wa­tywy we wszyst­kich ko­lo­rach tę­czy. Szy­ko­wała się fan­ta­styczna, sza­lona za­bawa.

Mo­gła się jed­nak skoń­czyć źle. Ogniem i śmier­cią.

11

Plac Ra­tu­szowyPięć mi­nut póź­niej

San­dra po­trzą­snęła głową, żeby od­rzu­cić po­tworne, lecz bar­dzo re­ali­styczne ob­razy ataku ter­ro­ry­stycz­nego na pa­radę. Udało jej się to dzięki bar­dziej pro­za­icz­nemu dźwię­kowi, który usły­szała. Od­gło­sowi pier­dze­nia. Był to ke­czup wy­ci­skany na ka­wa­łek pa­pieru spo­żyw­czego. Je­śli po­ranne spo­tka­nie wy­da­wało się pełne na­pię­cia, a wola współ­pracy przy wspól­nym po­waż­nym pro­ble­mie nie­mal epicka - tak jak te­le­wi­zyjne re­la­cje po je­de­na­stym wrze­śnia w No­wym Jorku, gdzie bez­domni pra­co­wali ra­zem z biz­nes­me­nami w po­dar­tych gar­ni­tu­rach i ob­sy­pa­nymi sa­dzą stra­ża­kami, de­spe­racko pró­bu­jąc opa­no­wać sy­tu­ację - to ogrom­nie kon­tra­sto­wało to z sy­tu­acją, w któ­rej znaj­do­wała się w tej chwili.

Po­tknęła się i jesz­cze raz spraw­dziła te­le­fon. Nie­cier­pli­wie. Przy­glą­dała się stadu go­łębi, które po­ja­wiło się z nie­zna­nego miej­sca na nie­bie i opa­dło na bruk pod jej sto­pami, przy budce z hot do­gami.

Kilka z tych ki­wa­ją­cych gło­wami la­ta­ją­cych szczu­rów zna­la­zło się już nie­bez­piecz­nie bli­sko jej no­wiut­kich bie­lu­sień­kich bu­tów Nike Air Max, a jej szef, ko­men­dant Flem­ming J?r­gen­sen, po­wód jej iry­ta­cji, przy­glą­dał się jej z co­raz bar­dziej chy­trym wy­ra­zem twa­rzy. Męż­czy­zna o czuj­nych sza­rych oczach pod rzad­kimi si­wymi wło­sami z szyb­ko­ścią wa­rana z Ko­modo i po­dob­nym ape­ty­tem po­że­rał dwie gi­gan­tyczne ka­napki z wo­ło­winą i ce­bulką pod dasz­kiem żół­ta­wej budy, która kie­dyś, pod za­schnię­tymi go­łę­bimi ku­pami, była biała. O tej po­rze Bir­thes P?l­ser była ulu­bioną re­stau­ra­cją ko­men­danta, a ko­bieta w środku, nie­wiele mniej­sza od sa­mej budki, z wy­sta­jącą dolną szczęką i pier­siami wiel­ko­ści zwi­nię­tych śpi­wo­rów, jego starą przy­ja­ciółką.

San­dra pa­trzyła na niego i się za­sta­na­wiała. Cze­kała. Znała się z J?r­gen­se­nem bar­dzo do­brze, le­piej niż z więk­szo­ścią in­nych ko­le­gów, ale w pew­nych kwe­stiach wciąż sta­no­wił dla niej za­gadkę. Dla­czego za­brał ją na spo­tka­nie? Jako szef ko­mi­sa­riatu City przy Halm­to­rvet w sercu Ko­pen­hagi był tam oczy­wi­stym go­ściem, mimo że sam w po­rów­na­niu z obec­nymi miał sto­sun­kowo ni­ską rangę. Mu­siał za­jąć się sprawą z ra­mie­nia ko­mendy, wdro­żyć po­lo­wa­nie na swoim lo­kal­nym ob­sza­rze. Ale ona? Dla­czego na­le­gał, by przy­szła? Gdyby była odro­binkę głup­sza, czu­łaby się za­szczy­cona. Znała jed­nak swo­jego ko­men­danta z pal­cami upać­ka­nymi ce­bulką, wie­działa, że to stary lis.

San­dra pierw­szy raz spo­tkała się z J?r­gen­se­nem, kiedy miała trzy­na­ście lat. Cho­dziła do siód­mej klasy i z nie­po­ję­tych przy­czyn wy­lą­do­wała w ko­men­dzie za kra­dzież w skle­pie. Ko­men­dant był wtedy mocno po czter­dzie­stce i z tym swoim ja­snym spoj­rze­niem pod za­cze­sa­nymi w tył, wtedy jesz­cze czar­nymi wło­sami przy­po­mi­nał nieco Elvisa Pre­sleya. Na­zy­wali go Sze­ry­fem. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści po­li­cjan­tów nie miał gro­madki dzieci i w wol­nym cza­sie nie pły­wał wio­słową łódką po miej­skich ka­na­łach. Wcze­śnie owdo­wiał, po czym cał­ko­wi­cie po­świę­cił się pracy. Dzięki temu stał się znaną po­sta­cią na uli­cach ota­cza­ją­cych Halm­to­rvet.

Tego uczci­wego i za­wsze uśmiech­nię­tego po­li­cjanta ota­czała szcze­gólna aura - sta­rał się roz­wią­zy­wać co­dzienne pro­blemy dziel­nicy Ve­ster­bro bez spi­sy­wa­nia lu­dzi i wy­sta­wia­nia man­da­tów. San­dra wie­lo­krot­nie wi­działa go pa­tro­lu­ją­cego z uśmie­chem oko­lice, gdy pro­sty­tutki na Skel­b?k­gade rzu­cały mu dwu­znaczne pro­po­zy­cje, ni­gdy jed­nak nie ma­rzyła o tym, że kie­dyś bę­dzie sie­dzieć w jego biu­rze, oskar­żona o kra­dzież w skle­pie. Skra­dziony to­war le­żący w pu­dełku na biurku przed J?r­gen­se­nem, para bu­tów Adi­das Su­per­star 35, kosz­to­wał po­nad pięć­set ko­ron i zde­cy­do­wa­nie prze­kra­czał jej bu­dżet.

San­dra prze­pro­wa­dziła się do Ko­pen­hagi z ma­łego mia­steczka Gads­b?lle na pół­nocy wy­spy Fio­nii, kiedy miała osiem lat. Jej oj­ciec, in­struk­tor jazdy, zmaj­stro­wał córkę dwu­dzie­sto­let­niej kur­santce i, jak to ro­bią nie­któ­rzy bez­u­ży­teczni fra­je­rzy, po­sta­no­wił zo­stać ze swoją nową ro­dziną. Prze­no­siły się więc już same. Matka, oku­listka, zna­la­zła pracę w in­nej czę­ści kraju nie tylko dla­tego, że dzięki do­brej ko­niunk­tu­rze w pierw­szej de­ka­dzie wieku było to ła­twe, ale rów­nież dla­tego, że bar­dzo chciała wy­do­stać się z Gads­b?lle, gdzie są­sie­dzi za­czy­nali plot­ko­wać. Poza tym sa­motni męż­czyźni z mia­sta od­wie­dzali je sta­dami, jakby ich bun­ga­low, le­żący w po­bliżu au­to­strady E20, był miej­scem ob­sługi po­dróż­nych.

Można więc spo­koj­nie stwier­dzić, że w tym okre­sie za­równo San­dra, jak i jej matka po­twor­nie zmę­czyły się fa­ce­tami. Dla­tego fakt, że po­wo­dem wi­zyty na­sto­latki u J?r­gen­sena był męż­czy­zna, nie po­pra­wiał sy­tu­acji. A w za­sa­dzie nie męż­czy­zna, a chło­pak. A jesz­cze ści­ślej - zu­pełny kre­tyn z jej klasy, który, sta­ra­jąc się jej za­im­po­no­wać, ukradł dla niej buty.

- Co za­mie­rzasz ro­bić po skoń­cze­niu szkoły? - za­py­tał wtedy przy­jaź­nie J?r­gen­sen, za­mknął pu­dło i po­sta­wił je na pod­ło­dze, żeby nie draż­niło swoim wi­do­kiem.

- Pójdę do gim­na­zjum, a po­tem do po­li­cji - od­po­wie­działa San­dra, ży­wiąc słabą na­dzieję, że jej to po­może.

J?r­gen­sen z za­in­te­re­so­wa­niem kiw­nął głową, a po­tem jego ja­sne oczy zwró­ciły się w stronę sie­dzą­cego obok niej kre­tyna.

- A ty, Ja­nie?

San­dra pa­mię­tała, jak bar­dzo im­po­no­wał jej ten męż­czy­zna w nie­bie­skiej ko­szuli, sie­dzący za biur­kiem w ko­men­dzie City. Mógł znisz­czyć jej ży­cie. Tak po pro­stu. Ale tego nie zro­bił. Za­miast tego umo­rzył sprawę. Całą trójką wró­cili do sklepu i od­dali buty, a po krót­kiej roz­mo­wie z wła­ści­cie­lem udało się skło­nić go do wy­co­fa­nia zgło­sze­nia w za­mian za to, że dwójka uczniów bę­dzie przez czter­na­ście dni po szkole roz­dep­ty­wać na pła­sko kar­to­nowe pu­dełka na po­dwó­rzu za skle­pem. San­dra ni­gdy nie za­po­mniała Flem­min­gowi J?r­gen­se­nowi tej przy­sługi.

Z tego po­wodu miała też dużo sym­pa­tii dla jego szcze­gól­nego po­dej­ścia do po­li­cyj­nej ro­boty, kiedy sama za­ło­żyła nie­bie­ski mun­dur. Ko­men­dant za­dbał o to, by San­dra po­ja­wiła się w City od razu po skoń­cze­niu szkoły po­li­cyj­nej. Był to nie­zbyt re­gu­la­mi­nowy ruch, prze­ciwko któ­remu nie za­pro­te­sto­wała, bo jako miesz­kanka Ve­ster­bro nie tylko do­sko­nale znała dziel­nicę, ale też zde­cy­do­wa­nie nie miała ochoty wal­czyć z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nymi człon­kami gan­gów w Ve­ste­gnen. W każ­dym ra­zie nie z po­czątku. Uznała więc taki przy­dział za przy­ja­ciel­ską przy­sługę. Nie wie­działa na­to­miast, że J?r­gen­sen chciał z niej uczy­nić po­ten­cjalną so­jusz­niczkę w tym, co naj­le­piej chyba można opi­sać jako nie­ofi­cjalny spe­cjalny od­dział City.

Odział bez na­zwy i bar­dzo mały. A do­kład­niej skła­da­jący się z bun­tow­ni­czego i tro­chę już dziś pod­sta­rza­łego ko­men­danta i jego sier­żantki, która już w szkole po­li­cyj­nej zdra­dzała oznaki, że ma w so­bie coś, co z czy­sto for­mal­nego punktu wi­dze­nia było źle wi­dziane, po­nie­waż od świeżo upie­czo­nych funk­cjo­na­riu­szy ocze­ki­wano przede wszyst­kim wy­peł­nia­nia roz­ka­zów, a do­piero w dru­giej ko­lej­no­ści sa­mo­dziel­nego my­śle­nia. J?r­gen­sen za­uwa­żył to jed­nak u niej i za­dbał, by zna­la­zła się w City. Przy jego boku.

- Cho­dzi o to, żeby ro­bić to, co na­leży - wy­ja­śniał jej wie­lo­krot­nie, pa­ła­szu­jąc czer­woną pa­rówkę przy tej sa­mej bu­dzie, pod którą stali w tej chwili. - Na­wet je­śli to nie jest cał­kiem zgodne z za­sa­dami. Ro­zu­miesz?

Ro­zu­miała. Z cza­sem po­wstała mię­dzy nimi szcze­gólna więź, opie­ra­jąca się na czymś wię­cej niż sa­mym za­ufa­niu. Kie­dyś przy świą­tecz­nym śnia­da­niu po­wie­dział jej, że za­wsze chciał mieć córkę.

- Bo dziew­czyny mają mię­śnie w gło­wie - wy­ja­śnił.

Można też po­wie­dzieć, że w pew­nym sen­sie San­dra rów­nież uwa­żała J?r­gen­sena za członka ro­dziny.

Ale za­wsze był li­sem. Za­wsze.

San­dra od­go­niła go­łę­bia od czubka swo­jego buta i cze­kała da­lej. Ptak za­gru­chał ura­żony i od­su­nął się o dwa cen­ty­me­try.

Sto­jący przy bu­dzie z hot do­gami ko­men­dant wy­tarł sos z brody jedną z wielu cie­niut­kich pa­pie­ro­wych ser­we­tek, które do­ło­żono mu do tego nie­wy­szu­ka­nego po­siłku, spłu­kał ostatni kęs żół­tym na­po­jem ga­zo­wa­nym i za­koń­czył tę ucztę ro­dem z dzie­cię­cych uro­dzin stłu­mio­nym bek­nię­ciem zza za­ci­śnię­tej pię­ści. Za nim Bir­the wsa­dziła rękę do ko­tła z let­nią wodą i wy­cią­gnęła z niego dwie czer­wone pa­rówki prze­zna­czone dla cze­ka­ją­cej pary ja­poń­skich ge­jów w ma­secz­kach na ustach, któ­rzy wy­da­wali się nieco spe­szeni tego ro­dzaju ob­sługą. Pa­rówki zo­stały wrzu­cone do ka­łuży ke­czupu na dwóch ka­wał­kach pa­pieru, a Ja­poń­czycy ska­so­wani ła­maną an­gielsz­czy­zną na dzie­więć­dzie­siąt pięć ko­ron.

Ko­men­dant pod­cią­gnął spodnie i kiw­nął głową z wy­ra­zem twa­rzy wska­zu­ją­cym, że de­cy­zja zo­stała pod­jęta.

- San­dra, mu­simy skon­tak­to­wać się z twoim sta­rym przy­ja­cie­lem Ja­nem Rose.

Wbiła w niego wzrok. Po­czuła, jak jej serce prze­staje bić.

- Nie!

Wy­buch ten był spo­wo­do­wany jed­no­cze­śnie roz­cza­ro­wa­niem i nie­chę­cią. Na­gle ka­wałki ukła­danki za­częły do sie­bie pa­so­wać i w du­szy San­dry za­częła na­ra­stać iry­ta­cja.

- Ow­szem, ow­szem. Sama sły­sza­łaś agenta wy­wiadu. To po­ważna sprawa! Je­śli ist­nieje ktoś, kto wie, co dzieje się na ulicy, to jest to Jan. - Ja­sno­szare oczy w po­marsz­czo­nej twa­rzy nieco po­ciem­niały. - I le­piej za­dzwoń od razu. - J?r­gen­sen spoj­rzał na ze­ga­rek. - Bo ina­czej bę­dzie już w są­dzie. O ile nie od­sy­pia gdzieś wczo­raj­szego pi­cia.

Ko­men­dant, kiedy chciał, po­tra­fił wy­glą­dać na­prawdę groź­nie. A te­raz chciał.

San­dra za­mil­kła. Kiw­nęła głową. Za­ci­snęła zęby i wy­cią­gnęła te­le­fon. Po­pa­trzyła na pta­sią kupę na sznu­rówce jed­nego ze swo­ich bu­tów. I wy­brała nu­mer. Z lek­kimi wy­rzu­tami su­mie­nia.

12

Van­l?se

Kiedy Jan trzy lata temu zo­stał wy­pro­wa­dzony w kaj­dan­kach z po­koju w ho­telu D'An­gle­terre na placu Kon­gen­sny­torv, ża­ło­wał dwóch rze­czy. Po pierw­sze, że tego nie prze­wi­dział. Firma Gold­sch­midt i Part­ne­rzy była naj­po­tęż­niej­szą w Da­nii kan­ce­la­rią ad­wo­kacką, a sam Si­mon Gold­sch­midt wart pra­wie mi­liard. Nie byli to lu­dzie, któ­rym się od­ma­wia. Po­dzie­lili się z nim mroczną ta­jem­nicą i po­pro­sili o po­moc, ale on od­rzu­cił ofertę. To czego miał się spo­dzie­wać? Że te­raz, gdy wie­dział to, co wie­dział, ży­cie bę­dzie spo­koj­nie to­czyć się da­lej?

Ostat­nią rze­czą, którą pa­mię­tał, za­nim tego brze­mien­nego w skutki wie­czoru wszystko stało się czarne, była pi?a co­lada. Słodki drink skła­da­jący się z bia­łego rumu, soku ana­na­so­wego i mleka ko­ko­so­wego. Po­dobno na­ro­dowy na­pój al­ko­ho­lowy w Por­to­ryko. Po­tężne basy z gło­śni­ków w noc­nym klu­bie w cen­trum mia­sta i mro­wie lu­dzi spra­wiły, że trudno było co­kol­wiek usły­szeć, ale te­le­fon w jego kie­szeni za­czął wi­bro­wać. To jego oj­ciec. Ko­lejny raz. Nie ode­brał jed­nak. Jego ro­dzice chyba nie ro­zu­mieli, że on nie może z nimi bez prze­rwy roz­ma­wiać. Na­wet je­śli byli w trud­nej sy­tu­acji.

W klu­bie wzno­sili to­a­sty i pili. Kok­tajl w kie­liszku na wy­so­kiej nóżce zde­cy­do­wa­nie nie był czymś, co sam by wy­brał. Ale tego wie­czoru nie mógł zro­bić ina­czej. Bo za­ofe­ro­wali mu go wła­śnie ci lu­dzie, któ­rym Jan nie mógł od­mó­wić. Po­nie­waż jego los znaj­do­wał się w ich rę­kach. Tro­chę się jed­nak dzi­wił, kiedy pod­niósł szkło do ust. Normą było tu czer­wone wino po dzie­sięć ty­sięcy ko­ron za bu­telkę albo eks­klu­zywna whi­sky ta­kiego ro­dzaju, że na ca­łym świe­cie jest tylko dzie­sięć fla­szek. A nie gów­niany drink dla ta­nich dzi­wek i uczniów gim­na­zjum na szkol­nej wy­cieczce po­cią­giem.

Póź­niej jed­nak zro­zu­miał.

Ten żółty płyn do­sko­nale nada­wał się do fa­sze­ro­wa­nia róż­nymi rze­czami i ukry­wa­nia ich smaku. GHB, MDMA lub ke­ta­miny. Albo po pro­stu sil­nych środ­ków na­sen­nych. Mo­gli mu dać co­kol­wiek, ale dawka była po­tężna i szybko od­le­ciał. Za­padł w ciężki che­miczny sen.

Kiedy w nocy obu­dził się i zo­stał za­trzy­many, po­ża­ło­wał, że tego nie prze­wi­dział. To prze­cież oczy­wi­ste, że nie da­dzą mu się wy­wi­nąć. Gorzko tego ża­ło­wał. Nie­by­wałe, jaki był głupi...

Drugą rze­czą, któ­rej ża­ło­wał, było to, że nie ode­brał te­le­fonu od ojca. Za­nim dwóch funk­cjo­na­riu­szy za­pa­ko­wało jego ko­mórkę do pla­sti­ko­wej to­rebki, zdą­żył jesz­cze prze­czy­tać wia­do­mość.

Za­wie­rała cztery słowa: "Twoja matka nie żyje".

Póź­niej cza­sami, kiedy bu­dził go te­le­fon, wy­da­wało mu się, że jesz­cze zdąży ode­brać. Zdąży z nią po­roz­ma­wiać. Zdąży się po­że­gnać.

Tak jak te­raz.

- Mama?

Głos miał ochry­pły i od razu zdał so­bie sprawę, że znowu miał ten sam sen.

- Co? - za­py­tał głos po dru­giej stro­nie, nie­na­le­żący ani do jego ojca, ani matki.

Ja­nowi wy­da­wało się, że sły­szy ptaki. Go­łę­bie? Trzy­mał te­le­fon przed sobą. W miesz­ka­niu przy En­gha­ve­vej mieli gwarka o imie­niu Al­fred. Chcieli na­uczyć go mó­wić prze­różne rze­czy, on jed­nak tylko za­cze­piał lu­dzi i wrzesz­czał "orze­chy!".

To nie ten ptak. Jan spoj­rzał na te­le­fon.

Dzi­wił się, wi­dząc imię na wy­świe­tla­czu, ale tylko do mo­mentu, aż zo­ba­czył go­dzinę. Wrza­snął, prze­rwał po­łą­cze­nie, usiadł i cał­ko­wi­cie otrzą­snął się ze snu.

Dzie­wiąta czter­na­ście.

Niech to szlag!

Na dwo­rze było ja­sno. Ostre, świe­żut­kie, żółte jak siki słońce wpa­dało do miesz­ka­nia przez brudne po­dwójne szyby. Po­trzą­snął głową. Znów był we wła­snym domu. Pi?a co­lada, ho­te­lowy po­kój, matka i oj­ciec od­pły­nęli gdzieś da­leko. Te­le­wi­zor w rogu sa­lonu pod wy­pchaną głową je­le­nia był włą­czony. W wia­do­mo­ściach TV2 wy­soki jak wieża me­te­oro­log o wiel­kich zę­bach i wą­sko osa­dzo­nych oczach opo­wia­dał o utrzy­mu­ją­cym się wy­so­kim ci­śnie­niu, pięk­nej po­go­dzie na grilla i in­ten­syw­no­ści pro­mieni ul­tra­fio­le­to­wych.

- Kurwa! Kurwa! Kur­wa­aaa!

Jan w pa­nice bły­ska­wicz­nie wstał z pa­sia­stej ka­napy z Ikei, prze­szedł do sy­pialni od strony po­dwó­rza i wcią­gnął na sie­bie po­gnie­cioną ko­szulę i coś w ro­dzaju gar­ni­turu. Mu­siał jesz­cze zna­leźć czas na red bulla z prze­raź­li­wie pu­stej lo­dówki. Kiedy jed­nak się pod­niósł, po­czuł za­wroty głowy. W cza­sie tych chwil, w któ­rych krew i świa­do­mość po­wo­lutku wra­cały na wła­ściwe tory, pró­bo­wał pod­su­mo­wać wy­da­rze­nia ostat­niej nocy. Jak do­stał się do domu?

Ostat­nią rze­czą, którą pa­mię­tał, był wi­dok ku­riera firmy Wolt z pizzą. Kiedy prze­szu­ki­wał sa­lon, do jego mó­zgu wkradł się pie­kący ból.

Na wy­tar­tym elip­tycz­nym stole wy­peł­nia­ją­cym więk­szość ma­łego po­koju le­żała jego teczka i se­gre­ga­tor z do­ku­men­tami sprawy, w któ­rej za nie­całe dwa­dzie­ścia mi­nut miał uczest­ni­czyć w są­dzie re­jo­no­wym. Rze­czy nie­stety nie le­żały tam, gdzie zo­sta­wił je pół doby wcze­śniej, za­nim wsko­czył do tak­sówki, która za­wio­zła go do Ken­ne­tha w K?d­byen. Część okładki była ode­rwana i zwi­nięta w tutkę. Na zdję­tym to­a­le­to­wym lu­strze wi­dać było resztki koksu, a wszę­dzie stały pu­ste puszki po go­to­wym gi­nie z to­ni­kiem oraz kar­ton z do po­łowy zje­dzoną pizzą qu­at­tro sta­gioni.

Prze­su­nął wzrok o kilka cen­ty­me­trów.

Z opar­cia jed­nego z krze­seł typu "mrówka" zwi­sał brą­zowy biu­sto­nosz za­raz obok krót­kiej kur­teczki z imi­ta­cji skóry lam­parta, co przy­go­to­wało go na to, czego mógł ocze­ki­wać, gdy w końcu do­tarł do sy­pialni.

Kiedy trzy­dzie­ści se­kund póź­niej, czę­ściowo ubrany, pró­bo­wał przed lu­strem ujarz­mić swoje sza­lone włosy, łącz­nie z opor­nym wi­cher­kiem a la Jan Rose, który wy­ma­gał wo­sku i znacz­nie wię­cej czasu, syl­wetka ukryta pod koł­drą bez­no­giego łóżka po­ru­szyła się, wy­mam­ro­tała coś nie­zro­zu­mia­łego i z po­wro­tem za­pa­dła w głę­boki sen. Sally Apo­stle no­co­wała cza­sami u ad­wo­kata, kiedy ży­cie za bar­dzo ją bo­lało.

Po­znali się dwa lata wcze­śniej pod­czas wy­padu do noc­nego klubu Ben­zin i cho­ciaż Jan nie wie­dział, czym zaj­mo­wała się Sally, kiedy nie szu­kała schro­nie­nia w jego sy­pialni pod pre­tek­stem re­montu w jej miesz­ka­niu, prze­czu­wał, że ta praca ma bar­dzo mało wspól­nego z jej ka­to­lic­kim na­zwi­skiem. Ni­gdy ze sobą nie spali. Kie­dyś się ca­ło­wali, ale po pro­stu nie za­iskrzyło. Po obu stro­nach. Do­trzy­my­wali so­bie jed­nak to­wa­rzy­stwa. W in­nym, do­sko­nal­szym świe­cie na­wet chęt­nie spró­bo­wałby ura­to­wać ją od rze­czy, które ją drę­czyły. A Sally miała umysł ostry jak brzy­twa. Cza­sami się wście­kała, je­śli zna­le­zie­nie cze­goś w te­le­fo­nie zaj­mo­wało mu dłu­żej niż trzy se­kundy, a do tego była chyba je­dyną osobą na świe­cie, która ro­zu­miała dzia­ła­nie ca­łego ty­siąca przy­ci­sków pi­lota do te­le­wi­zora, który Ken­neth do­star­czył mu w kar­to­no­wym pu­dle bez in­struk­cji ob­sługi.

Na ko­niec, za­nim wy­padł z sy­pialni, cią­gnąc za sobą sznu­rówki, przy­krył koł­drą na­gie ja­sno­brą­zowe ra­miona śpią­cej.

Te­le­fon po­ka­zy­wał dzie­wiątą dwa­dzie­ścia je­den, a krótki dźwięk po­wia­do­mił go, że na ulicy już czeka tak­sówka firmy Viggo. Kiedy jed­nak dzie­sięć se­kund póź­niej miał opu­ścić miesz­ka­nie, z te­le­wi­zora do­bie­gła go naj­śwież­sza wia­do­mość, przez którą się na mo­ment za­trzy­mał:

Naj­bar­dziej ta­jem­ni­czy pro­ces są­dowy w hi­sto­rii Da­nii

W są­dzie re­jo­no­wym w Ko­pen­ha­dze za­sto­so­wano spe­cjalne środki bez­pie­czeń­stwa - dzi­siaj po po­łu­dniu, po dwu­na­stu dniach po­stę­po­wa­nia to­czą­cego się za za­mknię­tymi drzwiami, ma zo­stać wy­dany wy­rok w naj­więk­szej w Eu­ro­pie Pół­noc­nej spra­wie do­ty­czą­cej han­dlu ludźmi. Nasz re­por­ter otrzy­mał in­for­ma­cję, że w pro­ce­sie prze­ciwko prze­stępcy...

Ze zdję­cia w te­le­wi­zo­rze w ka­merę wpa­try­wał się gniewny czło­wiek. Fo­to­gra­fię wy­ko­nano praw­do­po­dob­nie w chwili za­trzy­ma­nia. Sze­roka twarz z głę­boko osa­dzo­nymi, prze­ni­kli­wymi ciem­nymi oczami i mocno za­ry­so­waną szczęką. Szpa­ko­waty za­rost po­kry­wał jego twarz i łą­czył się z wło­sami na gło­wie. Unie­siony pod­bró­dek i lekki uśmiech. Po­stawa typu "pie­prz­cie się".

To o tego męż­czy­znę cho­dziło. Męż­czy­znę, który ośmie­szył całą Da­nię. Męż­czy­znę z cha­rak­te­ry­styczną bli­zną na czole.

W gło­wie Jana znów ożyły wspo­mnie­nia pi?a co­lady, po­koju w ho­telu D'An­gle­terre i za­trzy­ma­nia sprzed trzech lat.

Bo znał tego męż­czy­znę. Aż za do­brze.

13

Van­l?se

- Kurde, ale ty ca­pisz, Jan!

Wielki mię­śniak zmarsz­czył nos, ob­ró­cił się na przed­nim sie­dze­niu kli­nicz­nie czy­stej te­sli i otwo­rzył wszyst­kie cztery okna. Za­nim do ka­biny wpadł za­pach go­rą­cego as­faltu i ulicz­nego ru­chu, pach­niało tam jak w kli­nice den­ty­stycz­nej z de­li­katną nutką sztucz­nego aro­matu świer­ko­wych szy­szek.

Jan uśmiech­nął się i oparł wy­god­nie, pa­trząc, jak Sal­lin­gvej prze­cho­dzi w Hil­le­r?d­gade, a dziel­nica Van­l?se po­woli za­czyna przy­po­mi­nać część Ko­pen­hagi.

- A jak ty byś pach­niał, jak­byś wła­śnie wstał z łóżka, ma­jąc w żo­łądku tylko wódę i starą pizzę?

Brą­zowe oczy spoj­rzały na niego z nie­po­ko­jem z lu­sterka wstecz­nego.

- Bra­cie, za ostro ży­jesz!

Wielki męż­czy­zna przy­kleił do przed­niej szyby sa­mo­przy­lepne pach­nące drzewko.

- Zga­dza się. My­ślę, że przy­da­łaby mi się żona. Twoja sio­stra jest wolna?

Oczy w lu­sterku zmie­niły wy­raz.

- Od­puść tro­chę, do­brze?

Jan ści­snął ręką po­tężne ra­mię kie­rowcy.

Mu­ham­med kształ­tem i roz­mia­rami przy­po­mi­nał za­mra­żarkę. Był to nie­wąt­pli­wie naj­więk­szy po Ken­ne­cie męż­czy­zna, ja­kiego Jan znał. A do tego za­wod­nik MMA z nie­zli­czo­nymi no­kau­tami na kon­cie. Miej­sce na szczy­cie po­dium było jed­nak tylko krót­kim przy­stan­kiem. Póź­niej jego losy po­to­czyły się tak, jak to zwy­kle bywa w przy­padku uro­dzo­nych w Ve­ste­gnen męż­czyzn jego ka­li­bru. Kiedy po trzy­dzie­stce prze­stał wy­gry­wać, stał się czło­wie­kiem ulicy i przez kilka lat żył z siły swo­ich mię­śni w bar­dziej przy­ziemny spo­sób. W gangu. Pe­wien cud spra­wił jed­nak, że ten wraż­liwy na aro­maty kie­rowca zo­stał włą­czony do pro­gramu re­so­cja­li­za­cji.

Jan bro­nił Mu­ham­meda po zwią­za­nej z nar­ko­ty­kami strze­la­ni­nie w Klam­pen­borgu, kiedy to po pię­cio­dnio­wej roz­pra­wie tak­sów­karz cu­dem do­stał tylko trzy mie­siące w za­wie­sze­niu. Za kłu­sow­nic­two. Pe­wien nie­szczę­sny je­leń w rui źle zro­zu­miał sy­tu­ację i wmie­szał się do walki. Po­dob­nie jak Ju­les z Pulp Fic­tion, Mu­ham­med uznał ten wy­rok za bo­ską in­ter­wen­cję. Prze­bu­dze­nie. Dzięki temu Rose uzy­skał wy­pchaną głowę zwie­rzę­cia, wi­szącą te­raz w jego miesz­ka­niu, oraz lo­jal­nego szo­fera, kiedy sam stra­cił prawo jazdy.

W ra­diu ktoś opo­wia­dał, że rze­komo CIA prze­strze­gło ko­pen­ha­ską po­li­cję przed ter­ro­ry­stą z or­ga­ni­za­cji sto­ją­cej za ata­kiem na sztok­holm­ską pa­radę rów­no­ści cztery lata wcze­śniej, który miał się te­raz prze­do­stać na te­ry­to­rium Da­nii.

Na ko­la­nach Jana wy­lą­do­wała paczka mię­tó­wek.

- Zjedz dużo, za­nim wej­dziesz do środka, okej?

- Tak jest! A te­raz przy­mknę na chwilę oczy. Znasz drogę.

Rose za­padł w drzemkę, uko­ły­sany wi­do­kiem roz­grza­nego po­wie­trza fa­lu­ją­cego nad drogą do N?r­re­bro, pod­czas gdy przed­sta­wi­ciel ko­pen­ha­skiej po­li­cji o na­zwi­sku Holm po­waż­nym to­nem wy­ja­śniał w ra­diu, że jesz­cze za wcze­śnie na ja­kie­kol­wiek wnio­ski. Poza tym, coś ta­kiego ozna­cza­łoby, że Stany Zjed­no­czone szpie­gują Da­nię, co oczy­wi­ście nie ma miej­sca.

14

NiemcyPół doby wcze­śniej

Po szyb­kiej zmia­nie ubra­nia za przy­ciem­nio­nymi szy­bami trans­por­tera mu­dża­he­din wy­szedł z po­jazdu w ciem­nym dre­sie z kap­tu­rem. W pla­sti­ko­wej tor­bie trzy­ma­nej w po­kry­tych bli­znami rę­kach znaj­do­wały się naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy do hi­gieny oso­bi­stej, które można za­ku­pić na sta­cji ben­zy­no­wej. Szczotka i pa­sta do zę­bów, bez­za­pa­chowy dez­odo­rant i zwy­kły szam­pon. W ła­zience na sta­cji Shell za­pła­cił za trzy mi­nuty go­rą­cej wody. Graf­fiti i wy­pi­sane czar­nym fla­ma­strem ba­zgroły na błysz­czą­cych ścia­nach opo­wia­dały o cier­pie­niu, gnie­wie i bez­na­dziei, a za­krwa­wione strzy­kawki w prze­peł­nio­nym me­ta­lo­wym ko­szu na śmieci sto­ją­cym obok roz­bi­tej umy­walki, a także roz­rzu­cone po pod­ło­dze kon­domy świad­czyły o tym, że ła­zienkę wy­ko­rzy­sty­wano do in­nych ce­lów niż hi­giena oso­bi­sta.

Woda ście­kała po mu­dża­he­di­nie, który pierw­sze dwie mi­nuty prze­zna­czył na na­my­dle­nie się i umy­cie wło­sów. Po­zwa­lał, by nie­mal wrzący stru­mień ude­rzał w jego kark i barki, gdy me­ta­lowa ka­bina wy­peł­niała się parą jak sauna. Nie­tłu­kące się akry­lowe lu­stro nad umy­walką sta­wało się co­raz bar­dziej ma­towe, ale trzy­dzie­sto­sied­mio­letni bo­jow­nik wciąż mógł w nim po­dzi­wiać swoją ciemną wy­spor­to­waną syl­wetkę. Zwarty, mu­sku­larny tu­łów z wy­raź­nymi mię­śniami na brzu­chu i do­brze za­ry­so­waną klatką pier­siową. Oraz liczne białe bli­zny. Nie­opa­trzone rany, które ciało samo za­mknęło. Bli­zny opo­wia­da­jące hi­sto­rie, o któ­rych mu­dża­he­din na­uczył się nie my­śleć.

In­szal­lah.

Pięć mi­nut póź­niej mu­dża­he­din prze­szedł przed część z dys­try­bu­to­rami, kie­ru­jąc się w stronę sklepu, który wcze­śniej był nie­mal pu­sty. Kap­tur bluzy skry­wał jego głowę. Męż­czy­zna miał też na so­bie ciemne oku­lary prze­ciw­sło­neczne i sta­rał się iść ple­cami do czte­rech za­in­sta­lo­wa­nych w tym miej­scu ka­mer.

Ku­pił her­batę, na­pój ener­ge­tyczny i ba­tony pro­te­inowe. Nie mógł wziąć je­dze­nia z grilla. Mimo że były to pro­dukty z kur­czaka albo wo­ło­winy, ry­zy­ko­wał roz­mowę z ob­sługą - a przez to zwró­ce­nie czy­jejś uwagi. To nie­po­trzebne na­ra­ża­nie się. Mu­dża­he­din do­sko­nale wie­dział, że śmierć pew­nego dnia przyj­dzie i że ra­czej nie bę­dzie ani zwy­czajna, ani miła, ale nie mógł jej na sie­bie ścią­gnąć przez coś tak ża­ło­snego jak głód.

Tuż przed do­tar­ciem do kasy za­uwa­żył te­le­wi­zor z wia­do­mo­ściami in­ter­ne­to­wymi, mi­go­czący nad sze­roką półką z wul­gar­nymi cza­so­pi­smami. Główny news spra­wił, że wbił wzrok w ekran: tekst mó­wił o spek­ta­ku­lar­nym pro­ce­sie są­do­wym. O oskar­że­niu o re­gu­larny han­del tym, co opi­sano jako "Be­son­dere Frauen". Wy­jąt­ko­wymi ko­bie­tami. Mowa była o spra­wie pro­wa­dzo­nej w Ko­pen­ha­dze. W Da­nii.

Mu­dża­he­din pod­szedł bli­żej do ekranu i zmru­żył oczy. Ob­raz był ziar­ni­sty i nieco nie­wy­raźny. Nie po­zo­sta­wiał jed­nak wąt­pli­wo­ści.

Męż­czy­zna na zdję­ciu. Mey­ers van Juda, zwany Ho­len­drem, z głę­boką bli­zną na czole w kształ­cie sierpa.

15

Sąd re­jo­nowy w Ko­pen­ha­dze, sala są­dowa nu­mer 11Piąt­kowe po­po­łu­dnie, dziś

- Sen­ten­cja wy­roku: oskar­żony Ra­fid Na­jeeb Ha­labi zo­staje uznany winny wszyst­kim...

- Ho­udini!

Na mo­ment za­pa­dła ci­sza.

- Słu­cham?

Sę­dzia Mo­ge­sen spoj­rzał w dół w kie­runku klienta Jana. Na­sto­la­tek pa­ki­stań­skiego po­cho­dze­nia sie­dział wy­god­nie oparty na ta­nim nie­bie­skim biu­ro­wym krze­śle przy ła­wie oskar­żo­nych obok swo­jego obrońcy, mimo że pro­szono go, by wstał do od­czy­ta­nia wy­roku. Tym na­ru­sze­niem sąd już dawno prze­stał się przej­mo­wać. Co wię­cej, przez więk­szość sze­ścio­go­dzin­nej roz­prawy chło­pak w za du­żej blu­zie miał na­cią­gnięty na głowę kap­tur ni­czym ciemną za­słonę, a Rose mógłby z za­zdro­ścią przy­siąc, że kilka razy usły­szał spod ma­te­riału chra­pa­nie. Dwa pół­li­trowe ener­ge­tyki Mon­ster z kio­sku na rogu Str?get i Ny­torv, za­ku­pione pod­czas prze­rwy przed ogło­sze­niem wy­roku w spra­wie o fał­szo­wa­nie do­ku­men­tów, po­sta­wiły Ra­fida tro­chę na nogi. Dla ty­pów ta­kich jak on dni za­czy­na­jące się przed trze­cią po po­łu­dniu to śro­dek nocy.

- Na­zy­wam się Ho­udini, a nie Ha­labi. - Chło­pak uśmiech­nął się sze­roko. - Ha­labi to moje cia­pate na­zwi­sko, wy­soki są­dzie. Na­zwi­sko nie­wol­nika. Na­prawdę na­zy­wam się Ho­udini. To mój ar­ty­styczny pseu­do­nim, okej? - Ra­fid na­ry­so­wał w po­wie­trzu kółko pal­cem wska­zu­ją­cym. - A poza tym mo­żesz mó­wić da­lej, stary głupku. Nie mam ca­łego dnia.

Jan wes­tchnął, pod­niósł wzrok znad no­ta­tek z po­stę­po­wa­nia i spoj­rzał tę­sk­nie w stronę drzwi wyj­ścio­wych za pro­ku­ra­to­rem, który już spa­ko­wał swoje rze­czy. W gło­wie miał ob­raz piwa z beczki. Wie­dział, że po­wi­nien wró­cić do domu i po­ło­żyć się do łóżka, ale myśl o krze­śle w słońcu przed małą re­stau­ra­cyjką na rogu Ny­torv i R?dhus­str?de wy­dała mu się nie­skoń­cze­nie ku­sząca.

Grube oku­lary na zmę­czo­nej sza­rej twa­rzy prze­wod­ni­czą­cego składu sę­dziow­skiego przez chwilę się nie po­ru­szały, a Jan do­kład­nie wie­dział, ja­kie kal­ku­la­cje od­by­wają się pod po­marsz­czo­nym czo­łem. Sąd re­jo­nowy w Ko­pen­ha­dze przez ostat­nie dzie­się­cio­le­cia stał się fa­bryką pro­du­ku­jącą ta­śmowo wy­roki, osą­dza­jąc nie­przy­sto­so­wane dzieci imi­gran­tów, ta­kie jak dzie­więt­na­sto­letni Ra­fid, a zde­tro­ni­zo­wany sę­dzia, który pew­nie ma­rzył kie­dyś o za­sia­da­niu w są­dzie okrę­go­wym albo naj­wyż­szym i two­rze­niu hi­sto­rii są­dow­nic­twa, nie mógł nic zro­bić, by uka­rać au­tora ta­kich ko­men­ta­rzy. Za ob­razę sądu gro­ziło ty­siąc ko­ron, co w tym przy­padku by­łoby kro­plą w mo­rzu. Poza tym ozna­cza­łoby to pół go­dziny do­dat­ko­wej ro­boty pa­pier­ko­wej, którą mu­siałby wy­ko­nać ten doj­rzały już do eme­ry­tury sę­dzia, ma­rzący pew­nie o kie­liszku chłod­nego char­don­nay w swoim ogro­dzie gdzieś w Hel­le­rup.

- Młody czło­wieku - za­czął cier­pli­wie i mo­no­ton­nie Mo­ge­sen. Wer­to­wał przez chwilę akta sprawy. - Mam tu­taj twoje prawo jazdy... Ach, nie. Jest prze­cież sfał­szo­wane. Ale mam też twój pasz­port. A tu nie ma ani słowa o tym... Ho­udi­nim.

- Tym Ho­udi­nim? Chcesz ob­ra­zić mo­jego pro­roka, klau­nie? Pier­dol się, fa­cet!

- Two­jego pro­roka? Nie uwa­żasz, że...

Sę­dzia Mo­ge­sen nie zdą­żył po­wie­dzieć nic wię­cej. Ra­fid gwał­tow­nie wstał z krze­sła, które od­to­czyło się pod pa­ra­pet i prze­wró­ciło na bok. Sie­dzący z tyłu sali woźny są­dowy Kim odło­żył krzy­żówkę i ru­ty­nowo pod­cią­gnął rę­kawy. Na jego gru­bym nad­garstku błysz­czał ogromny me­ta­lowy ze­ga­rek marki Bre­itling.

- Harry Ho­udini był kró­lem ucie­czek i naj­więk­szym ma­gi­kiem w hi­sto­rii świata. Pra­wie tak do­brym jak ja! A ty nie bę­dziesz de­cy­do­wał, jak ja się na­zy­wam, ko­leś! Je­stem, kurwa, więk­szy niż Mu­ham­mad Ali. Naj­więk­szy!

Ra­fid po­ka­zał gest zwy­cię­stwa Ja­nowi, który zdą­żył już wy­obra­zić so­bie dru­gie piwo, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy dwa ener­ge­tyki to nie o je­den za dużo.

- To cał­kiem moż­liwe - od­parł su­cho sę­dzia - ale zgod­nie z pasz­por­tem nie na­zy­wasz się Ho­udini. I masz sie­dzieć ci­cho, że­bym mógł wy­dać wy­rok!

Ra­fid za­czął tań­czyć i bok­so­wać w po­wie­trzu.

- Float like a but­ter­fly, sting like a bee! Float like a but­ter­fly, Sting like a bee! Float like a...

Odziany w togę sę­dzia wes­tchnął ciężko i spoj­rzał bła­gal­nie na Jana. Oku­lary zsu­nęły mu się z nosa i dyn­dały na sznurku pod brodą.

- Me­ce­na­sie Rose, czy mógłby pan uspo­koić swo­jego klienta?

Jan po­trzą­snął głową i za­czął wy­obra­żać so­bie opro­mie­niony słoń­cem sto­lik z trze­cią szklanką.

16

Sąd re­jo­nowy w Ko­pen­ha­dzePo­kój ad­wo­ka­tów obok sali są­do­wej nu­mer 11Dzie­sięć mi­nut póź­niej

- Za­je­bi­ście po­szło, Jan!

Ra­fid strzep­nął nie­wi­dzialny okru­szek z ni­skiego stołu z li­tego drewna, tak znisz­czo­nego, że na­wet przy­tu­łek nie chciałby go wziąć dla sie­bie. Nie­zli­czona liczba aresz­tan­tów lub ska­za­nych wy­ła­do­wała na jego bla­cie swoje fru­stra­cje dłu­go­pi­sem, spi­na­czami do pa­pieru lub pa­znok­ciami, cze­ka­jąc na po­wrót do celi w Ve­stre albo w aresz­cie Bleg­dam­men. Słowo "kurwa" było tam wy­pi­sane z róż­nymi błę­dami tyle razy, że ar­che­olo­dzy, któ­rzy za sto ty­sięcy lat wy­ko­pią ten stół z góry przy­kry­wa­ją­cej Ko­pen­hagę, nie będą mo­gli się na­dzi­wić temu wiel­ko­miej­skiemu dia­lek­towi z trze­ciego ty­siąc­le­cia.

Jan z wes­tchnie­niem odło­żył teczkę na stół.

- Ra­fid, zo­sta­łeś ska­zany za wszyst­kie za­rzu­cane ci czyny. Ro­zu­miesz to, prawda?

- Tak, ale ko­zacko so­bie po­ra­dzi­łeś, ko­leś. To­talny Matt Mur­dock. Mo­gliby zro­bić o to­bie film!

Wy­cią­gnął przed sie­bie pięść. Jan od­wza­jem­nił ten gest i po­sta­no­wił nie przy­po­mi­nać Ra­fi­dowi, że spał ka­mien­nym snem aż do wy­da­nia wy­roku.

Z te­le­wi­zora przy­śru­bo­wa­nego do ściany tuż pod su­fi­tem za­mknię­tego na klucz po­miesz­cze­nia są­czyły się wia­do­mo­ści z rzą­do­wego ka­nału TV2. Mó­wiono o ataku ter­ro­ry­stycz­nym na pa­radę rów­no­ści w Sztok­hol­mie cztery lata wcze­śniej i o wciąż nie­po­twier­dzo­nej in­for­ma­cji, że w Da­nii wi­dziano przed­sta­wi­ciela or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej Pra­wo­wierni.

Na­pis na pa­sku brzmiał: "Czy to może zda­rzyć się w Da­nii?", a re­por­ter opo­wia­dał o świa­to­wej pa­ra­dzie, która ju­tro, w so­botę, miała od­być się w Ko­pen­ha­dze.

- Dzięki. Obie­cuję prze­słać ci bi­lety na pre­mierę. Ale bądźmy szcze­rzy, Ra­fid. Czy nie nad­szedł czas, żeby wy­my­ślić coś no­wego? Je­steś prze­cież in­te­li­gentny. A coś ta­kiego? - Jan wska­zał na ja­sno­czer­woną teczkę z ak­tami sprawy, wy­sta­jącą z torby. - To prze­cież tro­chę po­ni­żej two­jego po­ziomu, prawda? - Po­chy­lił się do przodu i spoj­rzał w fi­glarne, ale roz­bie­gane oczy chło­paka.

Na ustach Ra­fida za­wsze wid­niał bez­czelny uśmiech, tak jakby wy­mo­de­lo­wano go ope­ra­cyj­nie. Pod sto­łem ko­lano na­sto­latka wa­liło jak tłok w blat na po­twier­dze­nie róż­nych do­le­gli­wo­ści wy­ra­ża­nych w skró­tow­cach, które przy­pi­sano by mu w szkole, gdyby zdą­żył go prze­ba­dać ja­kiś psy­cho­log.

- O co ci cho­dzi, stary?

- Twój... wła­sny nu­mer konta? Daj spo­kój. To już prze­gię­cie.

Jan re­pre­zen­to­wał tego pa­ki­stań­skiego imi­granta od czasu, gdy pierw­szy raz spo­tkał go w aresz­cie w kaj­dan­kach. Ra­fid miał wtedy za­le­d­wie pięt­na­ście lat i był to jego de­biut w sys­te­mie, który po­wi­nien być prze­zna­czony dla do­ro­słych. Mimo że jego prze­stęp­cza ścieżka we­dług do­ku­men­tów roz­po­częła się w wieku dwu­na­stu lat. Spe­cjal­ność: skom­pli­ko­wane gry w karty, ekwi­li­bry­styczne kra­dzieże, gra w ko­ści i kubki, przy któ­rej jego ręce po­ru­szały się tak szybko, że na­wet ko­li­ber do­stałby cho­roby lo­ko­mo­cyj­nej. Chło­pak był ulicz­nym oszu­stem z Bo­żej ła­ski, a Str?get i tu­ry­ści jego sto­łem i po­sił­kami. Dla­tego dzi­siej­szy wy­rok rów­nież nie miał więk­szego zna­cze­nia.

Ra­fid wy­jął ze skrzy­nek pocz­to­wych na swo­jej klatce scho­do­wej wszyst­kie ko­perty z okien­kiem. W get­cie T?strup­g?rd w H?je-Ta­astrup, rów­nie duń­skim jak blo­ko­wi­sko w Stam­bule, dzie­wię­ciu na dzie­się­ciu miesz­kań­ców jest oby­tych z tech­no­lo­gią ni­czym dzie­więć­dzie­się­cio­letni Duń­czycy, a poczta elek­tro­niczna to zja­wi­sko nie­znane. Po­tem otwo­rzył nad parą wszyst­kie fak­tury za czynsz, zmie­nił nu­mer konta wy­naj­mu­ją­cego na wła­sny i wło­żył ra­chunki z po­wro­tem do skrzy­nek. Cały czynsz z klatki scho­do­wej nu­mer dzie­więć­dzie­siąt osiem przez dwa ko­lejne mie­siące lą­do­wał na jego ra­chunku, aż spół­dziel­nia miesz­ka­niowa wsz­częła alarm. Dzia­łal­ność opła­calna na krótki czas, ale nie­szcze­gól­nie mą­dra. Po­li­cja nie po­trze­bo­wała dużo czasu, by zna­leźć sprawcę.

Jan prze­krzy­wił głowę.

- A może ty sam chcia­łeś pójść sie­dzieć?

Teczka chło­paka opo­wia­dała o prze­mo­co­wym dzie­ciń­stwie, zbyt licz­nym ro­dzeń­stwie, a także o nie­uda­nej pró­bie oże­nie­nia go z ku­zynką miesz­ka­jącą w gór­skiej wio­sce na pół­nocny wschód od Is­la­ma­badu. Ta hi­sto­ria była jedną z wielu. Dla lu­dzi ta­kich jak Ra­fid dwa mie­siące za krat­kami były praw­dzi­wym da­rem. Ro­dzina to koło młyń­skie przy­wią­zane do szyi, je­śli ktoś uro­dził się i wy­cho­wał w kraju tak róż­nym pod wzglę­dem kul­tury i war­to­ści nie­mó­wią­cych po duń­sku ro­dzi­ców. W oczy­wi­sty i na­iwny spo­sób uwa­żali oni, że przyj­mie je rów­nież ko­lejne po­ko­le­nie.

Przez młodą twarz prze­biegł skurcz przy­po­mi­na­jący ból.

- Prze­stań pie­przyć, Jan! - I wszystko na­tych­miast wró­ciło do normy. Znów po­ja­wił się uśmiech. - Do­brze nam dzi­siaj po­szło. Będę cię po­le­cał wszyst­kim moim kum­plom w Ve­stre. A przy oka­zji, nie chcesz ku­pić bre­itlinga? - Po­tężny ze­ga­rek woź­nego Kima po­dzwa­niał te­raz na prze­gu­bie chło­paka.

Jan uśmiech­nął się z re­zy­gna­cją, po­trzą­snął głową i wyj­rzał przez okno na Ny­torv, gdzie coś unio­sło się z da­chu bu­dynku po dru­giej stro­nie placu, przy gma­chu sądu. Stado go­łębi syn­chro­nicz­nie ma­chało skrzy­dłami, jakby zo­stało wy­strze­lone przez je­den z tam­tej­szych ko­mi­nów.

Rose kiw­nął głową z po­wagą.

- Pa­mię­taj tylko, że masz prawo zo­ba­czyć się ze mną, kiedy tylko chcesz. Mo­żemy od­wo­łać się od wy­roku w ciągu czter­na­stu dni, a na­wet je­śli nie chcesz się od­wo­ły­wać, to za­wsze mo­żesz do mnie za­dzwo­nić, je­śli cze­goś ci bę­dzie trzeba. Okej?

Wy­cią­gnął z torby paczkę lu­kre­cjo­wych cu­kier­ków i po­pchnął ją przez stół.

- Kurde! Te ja­sno­czer­wone z ma­li­nową po­lewą?

Jan się uśmiech­nął. Znał gust chło­paka.

Ra­fid kiw­nął głową w po­dzięce i zro­bił dziwną minę, która w smutny spo­sób po­twier­dzała, że Rose praw­do­po­dob­nie był jed­nym z naj­bar­dziej sta­bil­nych ele­men­tów w jego ży­ciu. Chło­pak znów wy­cią­gnął przed sie­bie pięść.

- Dla­czego nie od­bie­ra­łeś te­le­fonu, kiedy dzwo­ni­łem wczo­raj?

Jan przy­bił żół­wika.

- By­łem... za­jęty. - Ob­razy z noc­nej wy­cieczki do K?d­byen mie­szały się gdzieś w jego mó­zgu z wy­rzu­tami su­mie­nia. - Tak się cza­sem zda­rza, Ra­fid.

Chło­pak kiw­nął głową.

- Zo­sta­niesz, aż mnie za­biorą?

- Za­wsze.

Ha­labi znów ski­nął głową. Tym ra­zem w mil­cze­niu. Jan spoj­rzał w inną stronę. Dla go­ścia z po­zoru tak twar­dego jak Ra­fid utrzy­my­wa­nie kon­taktu wzro­ko­wego, gdy z ką­cika oka na­sto­latka za­częła wy­pły­wać łza, by­łoby upo­ko­rze­niem. Poza tym uwagę ad­wo­kata na­gle przy­kuło coś in­nego. Wpa­try­wał się w przy­krę­cony do su­fitu te­le­wi­zor, w któ­rym re­por­ter prze­ka­zy­wał pilną in­for­ma­cję o wy­da­nym przed chwilą wy­roku:

Sprawa Jed­no­roż­ców: wy­dano wy­rok w naj­gło­śniej­szej spra­wie han­dlu ludźmi w Eu­ro­pie Pół­noc­nej

Otrzy­ma­li­śmy wła­śnie wia­do­mość, że w tej spra­wie ogło­szono wy­rok. W po­łu­dnie w sali są­do­wej nu­mer dwa­na­ście w są­dzie re­jo­no­wym w Ko­pen­ha­dze przy­się­gli wy­dali jed­no­gło­śną de­cy­zję. Sprawa była pro­wa­dzona za po­dwój­nie za­mknię­tymi drzwiami przez wszyst­kie trzy­na­ście dni, a prasa nie miała do niej do­stępu. Krążą jed­nak po­gło­ski, że przed­sta­wiono dziś nowe de­cy­du­jące do­wody prze­ciwko oskar­żo­nemu, co do­pro­wa­dziło do wy­roku, który...

Jan prze­stał czy­tać na­pisy na pa­sku. Twarz męż­czy­zny na ekra­nie była w ostat­nich ty­go­dniach i mie­sią­cach sy­no­ni­mem nie­przy­jem­nego faktu: w tym nie­wiel­kim kraju działy się rze­czy, które za­zwy­czaj łą­czono z za­po­mnia­nymi przez Boga miej­scami w zu­peł­nie in­nych stre­fach cza­so­wych. Sta­cja TV2 na pod­sta­wie in­for­ma­cji, które wy­cie­kły na te­mat tej sprawy, opo­wia­dała o cy­nicz­nie za­pla­no­wa­nym im­por­cie, sprze­daży, a w nie­któ­rych przy­pad­kach au­kcji "wy­jąt­ko­wych" ko­biet z Afryki Za­chod­niej, tak zwa­nych Jed­no­roż­ców, co sta­no­wiło od­nie­sie­nie do rzad­kich i bar­dzo po­szu­ki­wa­nych ba­śnio­wych zwie­rząt. Pod­czas gdy ta­kie ko­biety były przed­mio­tem prze­śla­do­wa­nia lub wy­klu­cze­nia w ma­łych wiej­skich spo­łecz­no­ściach, z któ­rych po­cho­dziły, w in­nych czę­ściach świata trak­to­wano je jako eks­klu­zywne tro­fea sek­su­alne. Z tego względu sta­wały się atrak­cyj­nym to­wa­rem han­dlo­wym w tej czę­ści dark­netu, w któ­rej można rów­nież zle­cić na­paść albo mor­der­stwo.

Młod­szy brat bo­ha­tera re­por­tażu, który zgod­nie z do­stęp­nymi in­for­ma­cjami rów­nież był oskar­żony w tej spra­wie i wciąż sie­dział w aresz­cie, po­dob­nie jak główny oskar­żony nie po­wie­dział po­li­cji ani słowa. Co ozna­czało, że nie udzie­lił od­po­wie­dzi na py­ta­nia, które za­da­wali wszy­scy.

Gdzie znaj­dują się dziś sprze­dane dziew­czyny?

Czy w po­sia­da­niu or­ga­ni­za­cji wciąż są ja­kieś ko­biety?

A je­śli tak, to gdzie one są?

Ostat­nia z kwe­stii była po­wo­dem pro­wa­dze­nia pro­cesu za za­mknię­tymi drzwiami. Te szcze­gólne ko­biety były warte mniej wię­cej tyle, co eks­klu­zywne luk­su­sowe sa­mo­chody. W po­dob­nej spra­wie pro­wa­dzo­nej kilka lat wcze­śniej w są­dzie w Dus­sel­dor­fie pewna Ni­ge­ryjka o błę­kit­nych oczach zo­stała sprze­dana w dark­ne­cie spe­ku­lan­towi gieł­do­wemu, który za swo­jego Jed­no­rożca za­pła­cił dwa mi­liony w kryp­to­wa­lu­tach. Po to, by od­sprze­dać ją ko­muś in­nemu. Wła­dze oba­wiały się więc, że in­for­ma­cje, które mo­głyby na­kie­ro­wać na miej­sce prze­by­wa­nia dziew­czyn, do­pro­wa­dzi­łaby do cy­nicz­nego po­lo­wa­nia na lu­dzi w ko­pen­ha­skim pół­światku. Krą­żyły na­wet po­gło­ski, że kilka zna­nych grup mo­to­cy­kli­stów i gan­gów imi­gran­tów już szu­kało tych ko­biet, bo uwa­żano je za ła­twy łup. Jed­nak po ogło­sze­niu wy­roku w sali są­do­wej nu­mer dwa­na­ście wszyst­kie szcze­góły mu­siały zo­stać ujaw­nione.

Jan zmarsz­czył brwi i spoj­rzał w stronę drzwi. Sala są­dowa nu­mer dwa­na­ście? Sprawa Ra­fida od­by­wała się pod je­de­nastką. Tak więc Rose, nie wie­dząc o tym, przez cały ra­nek znaj­do­wał się za­le­d­wie kilka me­trów od wi­docz­nego na ekra­nie męż­czy­zny o sze­ro­kiej twa­rzy i ma­łych prze­ni­kli­wych oczach. Z cha­rak­te­ry­styczną bli­zną na czole.

Mey­ersa van Judy. Czło­wieka na­zy­wa­nego Ho­len­drem.

17

Po­kój dla ad­wo­ka­tów przy sali są­do­wej nu­mer 12W tym sa­mym cza­sie

- Winny?!

Mey­ers van Juda był przy­kuty do grzej­nika przy stole, co bar­dzo cie­szyło męż­czy­znę znaj­du­ją­cego się po dru­giej stro­nie blatu, jego ad­wo­kata. Ho­len­drowi z wście­kło­ści le­ciała z ust piana. Znów czuł wodę po go­le­niu swo­jego obrońcy. Świeży za­pach zie­lo­nych ja­błek. Iry­to­wał go przez trzy­na­ście dni.

- Ale... ja też tego nie ro­zu­miem - ją­kał się Gold­sch­midt, a na czoło wy­stą­piły mu kro­pelki potu. - Ab­so­lut­nie nie mam po­ję­cia, w jaki spo­sób pro­ku­ra­tura na­gle zdo­była ten film, ale... - Prze­rwał. - A może ty jed­nak coś wiesz?

- Ja?!

Mey­ers przy­glą­dał się swo­jemu obrońcy. O ad­wo­ka­cie Si­mo­nie Gold­sch­mid­cie można po­wie­dzieć przy­naj­mniej dwie rze­czy. Był pie­kiel­nie zdol­nym praw­ni­kiem. Dzięki swoim sztucz­kom wie­lo­krot­nie wbrew wszyst­kiemu czy­nił cuda. Był też dys­kretny. Kiedy coś mó­wił, ni­gdy nie wy­po­wia­dał się bez­po­śred­nio. Ale rzadko się my­lił.

- No bo za­pewne bar­dzo nie­wielu lu­dzi mo­głoby to na­grać. Z wa­szego... miej­sca.

Przez głowę Mey­er­sowi prze­la­ty­wały trudne do uchwy­ce­nia my­śli, a także ob­razy z filmu, który pro­ku­ra­tura dziś od­two­rzyła w są­dzie. Jego spo­tka­nie z jedną z dziew­czyn w klatce. Kon­tur cze­goś zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­łego.

Te same my­śli, które mę­czyły go pół doby wcze­śniej w celi w Ve­stre, gdy sie­dział tam w to­wa­rzy­stwie śmier­dzą­cego kar­tonu mleka ka­ka­owego i te­le­fonu, z któ­rego po­łą­czeń nikt nie od­bie­rał. Wy­da­wało się to zu­peł­nie sza­lone, jed­nak w tej chwili nie miał czasu się nad tym za­sta­na­wiać. Gold­sch­midt po­twier­dzał to swoim spoj­rze­niem. Na szczu­płym nad­garstku ad­wo­kata błysz­czał ze­ga­rek ze szcze­rego złota.

- Za chwilę cię za­biorą, Mey­ers. Wra­casz do wię­zie­nia Ve­stre. Ale oczy­wi­ście od­wo­łamy się od tego wy­roku. Za­raz wrócę do biura i...

- Za­mknij ryj!

- Mam za­mknąć ryj?

- Tak. - Mey­ers na­chy­lił się nad sto­łem. - Uru­cha­miamy plan B, Si­mon.

Bez­barwne oczy ad­wo­kata po­ciem­niały.

- Nie! - Na bia­łym czole Gold­sch­midta po­ja­wiały się wiel­kie kro­ple potu.

- Od­ma­wiasz?

- Nie, tego nie po­wie­dzia­łem. Mó­wię tylko, że ist­nieje prze­cież moż­li­wość...

- PLAN B! - wy­sy­czał Mey­ers.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza. Obrońca po­trze­bo­wał kilku se­kund, żeby to prze­tra­wić. Jego klient w pew­nym stop­niu to ro­zu­miał, bo cho­ciaż Gold­sch­midt i jego ko­le­dzy praw­do­po­dob­nie sy­piali w trum­nach z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, plan B sta­no­wił krok poza gra­nicę, któ­rej ad­wo­kat ni­gdy nie za­mie­rzał prze­kra­czać. Nie miał jed­nak wyj­ścia.

- Pa­mię­ta­łeś o tym, o co cię pro­si­łem? - na­ci­skał Mey­ers.

Gold­sch­midt z ka­mienną twa­rzą wy­cią­gnął pe­wien przed­miot z we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki. Prze­su­nął pła­ską paczkę po stole.

Przez chwilę nic się nie działo.

Mey­ers agre­syw­nie szarp­nął się w przy­pię­tych do grzej­nika kaj­dan­kach.

- Co ty so­bie my­ślisz, Si­mon? Że bę­dziemy się tylko na to ga­pić?

Gold­sch­midt kiw­nął głową, otwo­rzył pa­kie­cik i przez na­stępne trzy­dzie­ści se­kund umiesz­czał dwie nie­wiel­kie białe pi­gułki w ustach klienta. Mey­ers ski­nął głową.

- Dzięki. A trans­port za­ła­twi­łeś?

Ad­wo­kat po­twier­dził. Za­ła­twione.

Z da­chu bu­dynku po prze­ciw­nej stro­nie placu ze­rwało się stado go­łębi. Ptaki na chwilę przy­kuły uwagę Mey­ersa. Przy­glą­dał się im, jak roz­pierz­chały się na wszyst­kie strony ni­czym śrut. Naj­wy­raź­niej ktoś je prze­stra­szył. Od­ru­chowo scho­wał twarz w skute dło­nie, a pa­lec wska­zu­jący zna­lazł wgłę­bie­nie w czole - głę­boką sier­po­watą ranę, którą na jego twa­rzy zo­sta­wiły po­ważne po­ra­chunki sprzed wielu lat. Bli­znę, która cza­sami pie­kiel­nie go swę­działa. Tak jak te­raz.

18

Na da­chu bu­dynku na­prze­ciwko sądu re­jo­no­wego

Mu­dża­he­din bez­gło­śnie wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc. Po­li­cja naj­wy­raź­niej ni­czego nie za­uwa­żyła. Umun­du­ro­wani męż­czyźni i ko­biety w ubra­niach w nie­bie­skich i czar­nych ko­lo­rach na­dal prze­cha­dzali się po bruku, mię­dzy dzien­ni­ka­rzami wy­po­sa­żo­nymi w te­le­fony, mi­kro­fony i ka­mery.

Go­łę­bie były iry­tu­jącą nie­spo­dzianką. Dziwny i nie­mal sko­or­dy­no­wany or­ga­nizm brud­nych pta­ków, który na­gle wy­lą­do­wał przy mu­dża­he­di­nie, po czym syn­chro­nicz­nie wzniósł się po­now­nie w po­wie­trze, kiedy zwie­rzęta zdały so­bie sprawę, że za­kap­tu­rzona po­stać na da­chu przy są­dzie nie jest po­ży­wie­niem. W świe­cie, z któ­rego po­cho­dził ten czło­wiek, ta­kie istoty były z na­tury lę­kliwe. Bo same sta­wały się po­ży­wie­niem. Na­to­miast w tym kraju działo się coś, do czego za­cho­wa­nie tych pta­ków bar­dzo pa­so­wało.

Dwie go­dziny temu mu­dża­he­din wje­chał na prom, który prze­wiózł do­staw­czaka z bro­nią i ma­te­ria­łami wy­bu­cho­wymi do jed­nego z miast na wy­brzeżu Da­nii. Nie było żad­nej kon­troli ani na nie­miec­kiej, ani na duń­skiej gra­nicy. Te­raz, trzy go­dziny póź­niej, męż­czy­zna znaj­do­wał się w sto­licy tego kraju i ani razu nikt nie za­żą­dał od niego do­ku­men­tów. Przez całą drogę na sie­dze­niu pa­sa­żera le­żał na­ła­do­wany glock 17, a mu­dża­he­din nie za­wa­hałby się go użyć. Ale nic się nie zda­rzyło. Żad­nego po­ścigu. Żad­nego nie­spo­dzie­wa­nego czar­nego cie­nia uno­szą­cego się nad sa­mo­cho­dem, nie było też re­flek­to­rów, które cią­gle wi­działby we wstecz­nym lu­sterku, mimo że sys­te­ma­tycz­nie zjeż­dżał z au­to­strady. Nie było blo­kad dróg, kol­cza­tek, ra­dio­wo­zów ani szla­ba­nów. Nic.

Nikt na­wet na niego krzywo nie spoj­rzał, gdy po zje­cha­niu z promu mu­siał za­tan­ko­wać w ja­kimś ma­łym mia­steczku. Młody męż­czy­zna w ja­skra­wo­czer­wo­nym ubra­niu uśmiech­nął się do niego i płyn­nym an­giel­skim po­in­for­mo­wał, że mają dwu­dzie­sto­pro­cen­towy ra­bat na myj­nię sa­mo­cho­dową. Plamy ku­rzu i brudu po­kry­wały la­kier trans­por­tera sza­rym lu­krem, a ich za­da­niem było za­sła­nia­nie czar­nego ko­loru i nu­meru re­je­stra­cyj­nego. Mu­dża­he­din za­sta­na­wiał się nad swo­imi spo­strze­że­niami, prze­ci­na­jąc kra­jo­braz na­stę­pu­ją­cych po so­bie zie­lo­nych la­sów i zło­tych pól. W tym kraju pa­no­wał spo­kój i za­ufa­nie do lu­dzi, co było na swój spo­sób piękne.

I jed­no­cze­śnie bez­na­dziej­nie na­iwne.

Męż­czy­zna od­cią­gnął za­mek po­tęż­nego nie­miec­kiego ka­ra­binu snaj­per­skiego i wło­żył do ko­mory wą­ski, lśniący mo­sią­dzem na­bój. Od­su­nął po­krywkę ce­low­nika i ro­zej­rzał się po placu przed bu­dyn­kiem. Na­stęp­nie ostroż­nie do­ci­snął kolbę do piersi, przez co lufa po­ru­szyła się w górę. Wej­ście do sądu w ko­lo­rze pia­sku ota­czało sześć rzym­skich ko­lumn. Gmach przy­po­mi­nał gi­gan­tyczną willę albo po­łą­cze­nie dworku i wię­zie­nia. Mu­dża­he­din przy­glą­dał się zda­niu wy­ku­temu na ele­wa­cji. PRAWO BU­DUJE KRAJ.

Męż­czy­zna nie miał po­ję­cia, co zna­czą te słowa, ale prze­su­nął ce­low­nik przez li­tery i wy­ko­rzy­stał do sko­ry­go­wa­nia usta­wień "O", które miało kształt i roz­miary ludz­kiej głowy.

1

Ken­ne­ths GrillDziel­nica K?d­byen, Ko­pen­hagaCzwar­tek po po­łu­dniu

Ken­neth Je­sper­sen otwo­rzył piwo Tu­borg Gold, opróż­nił je dusz­kiem, stuk­nął bu­telką w stół i wpa­try­wał się w Jana Rose'a wy­cze­ku­jąco. Bu­telka wy­glą­dała w jego wiel­kich rę­kach jak ele­ment wy­po­sa­że­nia domku dla la­lek, a jej za­war­tość znik­nęła z szyb­ko­ścią spusz­cza­nej w to­a­le­cie wody.

- Po­wiedz, co my­ślisz.

Jan kiw­nął głową, po­chy­lił się nad jedną z dwóch bia­łych kre­sek na sto­liku ka­wo­wym pod oknem i wcią­gnął pierw­szą z nich przez zwi­nięty stu­ko­ro­nowy bank­not. Po­tem znów usiadł na krze­śle, po­dra­pał się w nos i za­mru­gał.

- Rany, ale mocna! Nie­zmie­szana?

Ken­neth ski­nął głową z uśmie­chem za­do­wo­le­nia i po­chy­lił się nad jego ra­mie­niem, pod­czas gdy w gło­wie Jana ma­leń­kie ra­kietki za­częły swoją po­dróż ku nie­bio­som. Przed ba­rem stali ja­cyś lu­dzie, ale on sie­dział za­sło­nięty przez sze­roką po­stać dru­giego męż­czy­zny. Poza tym nikt nie mógł zaj­rzeć do środka.

- Stu­pro­cen­towo czy­sta ko­lum­bijka.

Sie­dzieli przy za­wsze za­pa­ro­wa­nych szy­bach wi­tryny wy­cho­dzą­cej na Fl?ske­to­rvet, a Jan przy­glą­dał się swo­jemu przy­ja­cie­lowi z dzie­ciń­stwa w ostrym neo­no­wym świe­tle pa­da­ją­cym z su­fitu, pod­czas gdy po jego ciele za­czy­nał roz­cho­dzić się dreszcz od moc­nej ko­ka­iny. Wielki męż­czy­zny jak zwy­kle uśmie­chał się ta­jem­ni­czo i Ja­nowi przy­szedł do głowy uśmiech Mona Lisy Le­onarda da Vinci, cho­ciaż na tym po­do­bień­stwa się koń­czyły.

Ken­neth był duży. Miał ręce wiel­kie jak pa­tel­nie i ciało ro­syj­skiego za­pa­śnika wagi cięż­kiej. Krót­kie, prze­tłusz­czone czarne włosy ster­czały nad krza­cza­stymi brwiami w różne strony w nie­mal nie­na­tu­ralny spo­sób, przy­wo­dząc na myśl kiep­ską pe­rukę, a gę­sta krza­cza­sta broda tylko czę­ściowo skry­wała ogromną szczękę. W sta­ro­żyt­nym Rzy­mie Ken­neth praw­do­po­dob­nie zo­stałby zna­nym gla­dia­to­rem. W zbroi i z wiel­kim mie­czem byłby nie­zwy­cię­żony. Ów­cze­sna wer­sja gwiazdy rocka: miałby sta­tus pół­boga i masy by go uwiel­biały. Nie­stety uro­dził się w nie­wła­ści­wym ty­siąc­le­ciu i do­ra­stał ra­zem z Ja­nem w Ve­ster­bro. Przez swój nie­ty­powy wy­gląd inne dzieci ra­czej go nie drę­czyły. Więk­szość zbyt ce­niła swoje ży­cie. Już kiedy cho­dzili do czwar­tej klasy, Ken­neth stał się sil­niej­szy od ich na­uczy­ciela WF-u. Jed­nak dla tego po­tęż­nego męż­czy­zny sprawy dam­sko-mę­skie były praw­dzi­wym pie­kłem.

- Skąd ją masz? - Jan wska­zał na to­re­beczkę z wy­jąt­kowo sku­tecz­nym bia­łym prosz­kiem, opartą o jego piwo.

Na wi­szą­cym pod su­fi­tem ekra­nie wy­świe­tlała się trans­mi­sja z me­czu Ligi Mi­strzów, jed­nak bez dźwięku. Jan przez chwilę ob­ser­wo­wał mi­ga­jące bil­bordy z re­kla­mami sa­mo­cho­dów i piwa oraz drob­nych męż­czyzn w biało-czer­wo­nych stro­jach, bie­ga­ją­cych za piłką. Te­le­wi­zor był no­wiutki, po­dob­nie jak wiele urzą­dzeń ku­chen­nych w ba­rze. Pod­czas pan­de­mii bar­dzo dużo re­stau­ra­cji za­mknięto i w prak­tyce funk­cjo­no­wały jako ga­le­rie han­dlowe dla przed­się­bior­czych dusz, które nie­wiele so­bie ro­biły z prawa do zwrotu to­wa­rów i wy­sta­wia­nia pa­ra­go­nów. Ta­kich jak Ken­neth. W ostat­nim cza­sie cała dziel­nica K?d­byen od­zy­skała czę­ściowo swoją starą twarz.

Ken­neth wzru­szył ra­mio­nami, a jego wiel­kie ciem­no­brą­zowe oczy osa­dzone w sze­ro­kiej twa­rzy na­brały szcze­gól­nego wy­razu.

- Jak czło­wiek tu cały dzień stoi, cza­sami po­ja­wiają się dzi­waczne typy.

Jan po­chy­lił się nad sto­li­kiem i wcią­gnął drugą kre­skę. My­śli w jego gło­wie już za­częły biec w eks­pre­so­wym tem­pie.

- To przy­czy­no­wość, wiesz?

- Co? - Ken­neth uniósł krza­cza­ste brwi.

- Rze­czy, które z sie­bie wy­ni­kają, ale nie są bez­po­śred­nio po­wią­zane. Przy­czy­no­wość. - Jan znów po­dra­pał się w nos i oparł wy­god­nie na krze­śle. - W któ­rymś mo­men­cie ten pro­szek był kil­koma zia­ren­kami koki w ziemi, gdzieś w Ame­ryce Po­łu­dnio­wej, o które trosz­czył się ja­kiś chłop. Po­tem koks prze­szedł przez nie­zli­czoną liczbę rąk. Kup­ców, ku­rie­rów, prze­woź­ni­ków i di­le­rów. Po to, by skoń­czyć na tym stole mię­dzy nami dwoma. Dla­tego je­ste­śmy bez­po­śred­nio po­wią­zani z nimi wszyst­kimi, na­wet z tym ko­lum­bij­skim rol­ni­kiem, cho­ciaż ni­kogo z nich nie znamy. Jak się nad tym za­sta­no­wić, to zu­pełny obłęd. Czu­jesz to?

Duży męż­czy­zna po­woli kiw­nął głową. Wpa­try­wał się przez chwilę w coś nie­wi­dzial­nego na su­fi­cie, głasz­cząc się po bro­dzie.

- Wy­lu­zuj, Jan. Nie bierz już dziś wię­cej tego gówna!

Wy­cią­gnął rękę, ale Rose był szyb­szy. Chwy­cił to­rebkę i z li­sim uśmiesz­kiem wsu­nął ją do we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki.

- Dzięki, przy­ja­cielu. Ile je­stem ci wi­nien?

Na kon­cie Jana w banku Nor­dea było dwie­ście sześć­dzie­siąt ko­ron. War­tość le­żą­cej na stole por­cji wy­no­siła mniej wię­cej trzy ty­siące, co męż­czy­zna osza­co­wał po wiel­ko­ści to­rebki.

Ken­neth po­trzą­snął głową i wstał. Gdzieś z tyłu w lo­kalu za­brzę­czał te­le­fon.

- To na koszt firmy, ale od­puść tro­chę, okej? Ju­tro też jest dzień.

Wy­szedł do kuchni, a Jan spoj­rzał na lo­dówkę ob­kle­joną logo firmy Tu­borg, sto­jącą po­środku sali.

19

Sąd re­jo­nowy w Ko­pen­ha­dzeTo­a­lety w piw­nicy

Jan sie­dział na se­de­sie, pró­bu­jąc się od­prę­żyć. Sta­rał się wy­obra­zić so­bie szem­rzący po­tok, który wpada w stru­mień wio­dący do rzeki, by do­trzeć do mo­rza. Tylko po­ru­sza­jącą się wodę, nic in­nego. De­ska pod jego po­ślad­kami była lo­do­wata. Pod po­zio­mem ulicy w są­dzie pa­no­wał chłód, na który zu­peł­nie nie wpły­wało let­nie go­rąco na ze­wnątrz. Nie­zwy­kłe uczu­cie. Nie­mal nie­na­tu­ralne. Tak jakby schody pro­wa­dziły w dół do prze­ci­wień­stwa pie­kła, w któ­rym sza­tan za­po­mniał roz­pa­lić ogień.

Jego klient, ska­zany za oszu­stwo sztuk­mistrz Ra­fid Ho­udini, zo­stał ode­brany i od­wie­ziony do wię­zie­nia Ve­stre. Od­było się to za­ska­ku­jąco szybko i Ra­fida wy­pro­wa­dzono przez boczny bu­dy­nek na Slut­te­ri­gade, co praw­do­po­dob­nie miało zwią­zek ze środ­kami bez­pie­czeń­stwa, które za­sto­so­wano przed głów­nym wej­ściem do sądu. Mimo że Jan znaj­do­wał się dwie kon­dy­gna­cje pod po­zio­mem ulicy - po­zo­sta­łość po sta­rych cza­sach sprzed wy­na­le­zie­nia pio­nów ka­na­li­za­cyj­nych - sły­szał nie­po­kój na bruku placu Ny­torv. Sa­mo­chody, pod­nie­cone głosy, krzyki i bie­ga­nie.

Nor­mal­nie na od­biór ska­za­nego aresz­tanta cze­kało się go­dzi­nami. Duń­skie wię­zie­nia są prze­peł­nione i żadna ze stron nie pra­gnie to­wa­rzy­stwa tej dru­giej. Ra­fid był więc nie­mal za­wie­dziony, gdy woźny Kim - te­raz bez ze­garka - za­brał go za­le­d­wie pół go­dziny po ogło­sze­niu wy­roku. Chło­pak miał stra­cić wol­ność, szansę na zna­le­zie­nie so­bie dziew­czyny i swoje rze­czy, które zo­staną za­pa­ko­wane do pla­sti­ko­wej to­rebki, i które bę­dzie mógł ode­brać za dzie­więć mie­sięcy, chyba że ktoś albo coś sprawi, że zo­sta­nie tam dłu­żej. Ja­nowi było mu go żal. Dla­tego z nim zo­stał. Ra­zem cze­kali na trans­port.

Stru­mie­nie, po­toki i rzeki wciąż nie dzia­łały.

Jan przy­zwy­czaił się do ta­kiego cze­ka­nia. W su­mie mógł so­bie pójść od razu po ogło­sze­niu wy­roku, kiedy fa­bryka wy­da­liła z sie­bie ko­lejną stan­dar­dową de­cy­zję. Jako obrońca z urzędu nie do­sta­wał pie­nię­dzy za nic in­nego, a jed­nak cze­kał. Wi­dział, że dla chło­paka ta­kiego jak Ra­fid to coś zna­czy. Da­wał na­sto­lat­kowi coś, czego w ży­ciu otrzy­my­wał nie­wiele. Uwagę. Jesz­cze trzy lata temu Jan nie wy­obra­żał so­bie, że mógłby sie­dzieć w ta­kim miej­scu z tego typu klien­tem. Tym bar­dziej że nie do­sta­wał za to pie­nię­dzy. Ale w tym mo­men­cie jego ka­riera le­żała w gru­zach. Po wy­roku za nar­ko­tyki. Po­dob­nie jak całe jego ży­cie.

Firma Jana, kan­ce­la­ria ad­wo­kacka Rose i Part­ne­rzy, mie­ściła się w pen­tho­usie na placu Ra­tu­szo­wym. Słowo "Part­ne­rzy" wska­zy­wało na nie­kon­kretną liczbę krwio­żer­czych ad­wo­ka­tów sto­ją­cych w go­to­wo­ści, by wal­czyć o swo­ich klien­tów. Strona in­ter­ne­towa pre­zen­to­wała bez­po­średni wi­dok na wieżę ra­tu­szową, a kiedy ktoś dzwo­nił, od­bie­rała re­zo­lutna re­cep­cjo­nistka Mille, He­idi lub Mi­chelle gło­sem su­ge­ru­ją­cym, że nie jest to zwy­kła roz­mowa. Wszystko to było do­sko­nale za­pla­no­wane. Dro­gie. I ide­alne. Ale jed­no­cze­śnie cał­ko­wi­cie fał­szywe.

Ad­res kie­ro­wał do skrytki pocz­to­wej, zdję­cia za­ku­piono w in­ter­ne­cie, a trzy dziew­czyny sie­działy w call cen­ter w Her­ning. Jan ni­gdy ich nie wi­dział. Poza tym był je­dy­nym czło­wie­kiem w tej fir­mie, która w rze­czy­wi­sto­ści mie­ściła się w jego dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w Van­l?se o po­wierzchni czter­dzie­stu dzie­wię­ciu me­trów kwa­dra­to­wych. Cała ta mi­sty­fi­ka­cja sta­no­wiła nie­zbyt wy­szu­kaną próbę my­dle­nia klien­tom oczu. Ta­nie roz­wią­za­nie dla po­cząt­ku­ją­cych firm, które nie miały ochoty po­ka­zy­wać, że są słabe. Dla lu­dzi, któ­rzy nie mieli ochoty po­ka­zy­wać, że są słabi.

Ta­kich jak Jan.

Wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc, gdy płyn w końcu przedarł się przez jego ciało i ła­ska­wie za­czął wy­pły­wać z pod­brzu­sza. Nie­moż­ność od­da­wa­nia mo­czu, kiedy mu to pa­so­wało, jak u psa, po­ja­wiła się u Jana wła­śnie trzy lata temu, ra­zem z inną nie­przy­jemną rze­czą: mógł się wy­si­kać tylko wtedy, gdy był sam. Na­wet gdyby otwo­rzyły się bramy pie­kieł, za­gra­żały mu wszyst­kie stra­chy i po­twor­no­ści świata i za­le­ża­łoby od tego jego ży­cie, nie da­wał rady wy­ci­snąć z sie­bie na­wet kro­pelki, o ile nie był sam. I sie­dział. Tak jak te­raz. Wy­glą­dało to tak, jakby wtrą­ce­nie do wię­zie­nia trzy lata wcze­śniej wpro­wa­dziło do jego ciała na­pię­cie, które nie zni­kało.

Przy­glą­dał się stru­mie­niowi mię­dzy swo­imi udami, który bez­gło­śnie opusz­czał ciało i za­bar­wiał wodę w muszli klo­ze­to­wej. Je­śli wą­troba ma się do­brze, ludzki mocz ma ja­sno­żółty ko­lor. Jak roz­cień­czony sok jabł­kowy. Bar­dziej żółty od­cień wska­zuje na nie­do­bór jed­nych albo nad­miar zu­peł­nie in­nych pły­nów. Wes­tchnął. Ko­loru wody w mi­sce ustę­po­wej mo­głoby po­zaz­dro­ścić ku­rze żółtko.

Jan wstał, spłu­kał pro­mile i umył ręce. Ha­łas na Ny­torv sły­chać było te­raz gło­śniej.

Przy­pad­kowo zo­ba­czył swoje od­bi­cie w lu­strze wi­szą­cym mię­dzy od­wró­coną swa­styką a nu­me­rem te­le­fonu ja­kie­goś Pal­lego An­der­sena z ko­pen­ha­skiej po­li­cji, który po­dobno ofe­ro­wał seks oralny. Czarny gar­ni­tur od Hugo Bossa trzy lata temu był nowy i piękny. Te­raz przy­po­mi­nał coś, co wstyd by­łoby wrzu­cić do kon­te­nera Czer­wo­nego Krzyża. Stał się wy­mię­to­lony i wy­tarty, po­dob­nie jak jego po­zo­stałe ubra­nia w sza­fie w Van­l?se. Oraz on sam. Pa­trząca na niego z lu­stra twarz wy­da­wała się szara jak u trupa, oczy za to miał prze­krwione, a wi­che­rek a la Jan Rose ster­czał w górę jak an­tenka. Aby do­peł­nić ob­razu, Jan zbli­żył się do lu­stra i po­czuł wła­sny od­dech.

Pró­bo­wał wy­rzu­cić z głowy pra­gnie­nie wy­pi­cia piwa na Ny­torv. Po­wi­nien się po­rząd­nie wy­ką­pać i od­po­cząć kilka go­dzin. To by mu wy­star­czyło. Może Sally jesz­cze u niego jest. Myśl o tym, że krzą­tała się po miesz­ka­niu, kiedy spał, spra­wiała mu przy­jem­ność.

Z jed­nej z ka­bin do­szedł dźwięk spusz­cza­nej wody. Jan nie wie­dział, że w piw­nicy jest ktoś jesz­cze, ale ucie­szył się, że nie za­uwa­żył tego dwie mi­nuty wcze­śniej. Fa­cet mu­siał sie­dzieć ci­cho jak mysz pod mio­tłą.

Rose wy­szedł z to­a­lety i od razu usły­szał głosy i wo­ła­nia. Tym ra­zem we­wnątrz bu­dynku.

Cięż­kim kro­kiem wspi­nał się po pła­skich ka­mien­nych stop­niach i czuł, jak szybko robi się co­raz cie­plej i co­raz gło­śniej.

Kiedy po mi­nu­cie sta­nął w hali wej­ścio­wej, zo­stał wcią­gnięty w tłum lu­dzi opusz­cza­ją­cych salę nu­mer dwa­na­ście w kie­runku wyj­ścia. W końcu za­uwa­żył po­wód tego za­mie­sza­nia. Męż­czy­znę w cen­trum tego wszyst­kiego. Mey­ersa van Judę. Ho­len­dra.

20

Sąd re­jo­nowy w Ko­pen­ha­dze, to­a­letyW tym sa­mym cza­sie

Ad­wo­kat Si­mon Gold­sch­midt nie był z sie­bie za­do­wo­lony. A ści­ślej mó­wiąc, z sy­tu­acji. Po­trak­to­wano go jak lo­kaja, a te­raz scho­wał się w to­a­le­cie jak wy­stra­szone dziecko, które miało za­raz ze­brać ło­mot na szkol­nym po­dwórku. On. Czo­łowy ad­wo­kat i part­ner naj­więk­szej kan­ce­la­rii w Ko­pen­ha­dze, która przez całe lata re­pre­zen­to­wała wszyst­kie wiel­kie no­to­wane na duń­skiej gieł­dzie firmy, naj­po­tęż­niej­sze banki w kraju i za­gra­niczne spółki ob­ra­ca­jące kwo­tami rów­nymi bu­dże­tom nie­któ­rych kra­jów. Gold­sch­midt i Part­ne­rzy pre­zen­to­wali na­wet pań­stwo i ro­dzinę kró­lew­ską i z cza­sem ze zwy­kłej kan­ce­la­rii wy­ro­śli na po­tężną i wpły­wową in­sty­tu­cję duń­skiej go­spo­darki. To nie przy­pa­dek, że pię­cio­pię­trowa sie­dziba firmy znaj­do­wała się na Espla­na­den i roz­cią­gał się z niej wi­dok na mor­skie fale, szu­miący brzeg i białe gwiazdy kon­te­ne­rów firmy Ma­ersk. A te­raz Si­mon sie­dział tu­taj. W piw­nicz­nym ki­blu. I trząsł się ze stra­chu.

Nie można po­wie­dzieć, że ża­ło­wał od sa­mego po­czątku. Sporo pie­nię­dzy za­ro­bili na Mey­er­sie i jego bra­cie, a kan­ce­la­ria nie za­sta­na­wiała się dwa razy, gdy or­ga­ni­za­cja po raz pierw­szy po­pro­siła o po­moc. Poza tym z po­czątku były to dro­bia­zgi. Za­ło­że­nie kilku spółek, spo­rzą­dze­nie paru umów, ja­kaś bu­dowa, dzięki któ­rej or­ga­ni­za­cja miała wy­glą­dać wia­ry­god­nie. Oczy­wi­ście sły­szeli o róż­nych dzia­ła­niach tego męż­czy­zny, ale Si­mon i ko­le­dzy nie uwa­żali tego za pro­blem. Na po­wierzchni Mey­ers pro­wa­dził prze­cież le­galne i od­no­szące suk­cesy przed­się­bior­stwo im­por­tu­jące orzeszki ziemne, ka­kao i olej pal­mowy z Ni­ge­rii.

I ow­szem, być może do­brze wie­dzieli, że cza­sami w nie­któ­rych z licz­nych kon­te­ne­rów przy­by­wa­ją­cych do portu Fri­ha­vnen znaj­do­wały się inne ła­dunki. Przez wiele lat czę­sto zaj­mo­wali się skom­pli­ko­wa­nymi spra­wami praw­nymi zwią­za­nymi z trans­por­tem w fir­mie Mey­ersa i cza­sami za­uwa­żali dziwne roz­bież­no­ści mię­dzy miej­scem w kon­te­ne­rze a ilo­ścią to­waru. Si­mon za­uwa­żył też wie­lo­krot­nie, że Mey­ers do­dat­kowo pła­cił za to, by od­prawa celna od­by­wała się w dni wolne, a do tego w eks­pre­so­wym tem­pie. I co ważne - bez otwie­ra­nia za­pie­czę­to­wa­nych kon­te­ne­rów.

Wszystko dla­tego, że Ho­len­der dbał, by kon­te­nery za­wsze po­ja­wiały się w Eu­ro­pie na grec­kim wy­brzeżu i prze­cho­dziły tam przez w su­mie zbędną kon­trolę. Dzięki prze­pi­som o swo­bod­nym ru­chu na rynku we­wnętrz­nym taka "sta­cja po­śred­nia" za­pew­niała, że bar­dziej do­cie­kliwi cel­nicy z Ko­pen­hagi nie mieli prawa zry­wać pie­częci.

Gdyby Si­mon chciał być szczery, mu­siałby przy­znać, że pewną część za­war­to­ści można by za­kwe­stio­no­wać. Mey­ers czę­sto prze­cież do­star­czał im biały pro­szek do wcią­ga­nia, gdy im­pre­zo­wali w ho­te­lach D'An­gle­terre, Bal­tha­zar czy Bi­stro Bo­heme, gdzie do­trzy­my­wał im to­wa­rzy­stwa. Jed­nak mimo nieco su­ro­wego wy­glądu za­cho­wy­wał się jak praw­dziwy biz­nes­men. A nie jak prze­stępca. A kim oni byli, żeby go oce­niać? Ad­wo­kaci re­pre­zen­tują, nie oce­niają.

Kiedy jed­nak Si­mon i po­zo­stali part­ne­rzy zo­rien­to­wali się, co tak na­prawdę za­wie­rały kon­te­nery, po­ża­ło­wali. Gorzko. Gdyby się wy­dało, w czym uczest­ni­czyli, byłby to gi­gan­tyczny skan­dal, który mógłby znisz­czyć ich firmę. Han­del ludźmi! Świa­domy czy nie­świa­domy. Przy­kle­iłoby się to do ich marki jak go­rąca smoła, stra­ci­liby miej­sce na li­ście Le­gal 500 i mo­gliby po­że­gnać się z re­pre­zen­to­wa­niem pań­stwa i ro­dziny kró­lew­skiej.

Pod­jęli więc de­cy­zję. Nie zgło­szą tego. I tak nie mo­gli - ze względu na po­uf­ność. Nie za­mie­rzali już mieć z tym czło­wie­kiem nic wspól­nego. Chcieli, by prze­stał być ich klien­tem. Było jed­nak za późno. Mey­ers van Juda bez­czel­nie zi­gno­ro­wał nie­pi­saną za­sadę, kiedy po­pro­sili go, by zna­lazł so­bie in­nego przed­sta­wi­ciela. Po pro­stu tego nie za­ak­cep­to­wał i zła­mał że­la­zną re­gułę, że to ad­wo­kaci de­cy­dują o tym, kim będą ich klienci, a nie od­wrot­nie. Si­mon wciąż miał gę­sią skórkę i nud­no­ści, kiedy przy­po­mi­nał so­bie tę sy­tu­ację.

Pew­nego piąt­ko­wego wie­czoru, kiedy wró­cił do swo­jej willi w Hum­le­b?k z my­ślą, że za chwilę bę­dzie się roz­ko­szo­wał wspa­nia­łym wło­skim wi­nem La Spi­netta Campe, na jego ka­na­pie pro­jektu Arne Ja­cob­sena sie­dział Mey­ers z mi­ską po­pcornu i oglą­dał z jego ro­dziną X Fac­tor.

Dwie małe có­reczki, Vic­to­ria i Ama­lie, w wieku sze­ściu i ośmiu lat, sie­dzące po obu stro­nach męż­czy­zny za­cho­wu­ją­cego się jak miły wu­jek, na szczę­ście nie ro­zu­miały sy­tu­acji. Si­mon na­to­miast ze­sztyw­niał ze stra­chu i bez­sil­no­ści. Z po­czątku nie ro­zu­miał, jak on w ogóle do­stał się do środka. Ich stary krwio­żer­czy rot­twe­iler De­vil bro­nił prze­cież domu z na­ra­że­niem wła­snego ży­cia! Co zresztą wkrótce się po­twier­dziło. Do­słow­nie, bo w nocy Si­mon zna­lazł zwie­rzę z raną po­strza­łową w karku, wy­sta­jące z po­jem­nika na od­pady or­ga­niczne za do­mem. A gdy Mey­ers kilka go­dzin póź­niej opu­ścił ich willę, żona Si­mona po­sta­wiła mu ul­ti­ma­tum.

Si­mon spo­tkał Mar­grete na Her­lu­fsholm w po­łu­dnio­wej Ze­lan­dii, a nie była to ko­bieta kru­cha. Fa­buła Za­bójcy ba­żan­tów Jus­siego Ad­ler-Ol­sena o zży­tej gru­pie przy­ja­ciół ze szkoły z in­ter­na­tem nie była da­leka od prawdy. Szkoła Her­lu­fsholm pro­mo­wała zwy­cięz­ców, któ­rzy nie przej­mo­wali się ta­kimi szcze­gó­łami, jak współ­czu­cie i prze­szkody mo­ralne, a do tego Mar­grete po­cho­dziła z do­brej ro­dziny, która mie­rzyła wy­soko i prze­ka­zała wy­cho­wa­nie swo­ich dzieci cią­gle to no­wym au pair. Ta­kie prze­ży­cia, a także nie­obec­ność ro­dzi­ców wy­po­sa­żyły tę ko­bietę w po­trzebną do ży­cia twardą skórę. A więc to, czego trzeba, by do­stać się na sam szczyt. Albo po­móc mę­żowi dojść na szczyt bez na­rze­ka­nia i my­śle­nia o wła­snym in­te­re­sie czy wol­no­ści. Jed­nak ten gość na so­fie spra­wił, że wy­raź­nie zo­ba­czyła swoje prio­ry­tety. Si­mon miał zro­bić to, co po­wie­dziano. Za­do­wo­lić tego męż­czy­znę. Nie kon­tak­to­wać się z po­li­cją. Nie­za­leż­nie od tego, o co pro­sił. A Si­mon nie śmiał zro­bić ina­czej.

Drżał, li­cząc mi­nuty w ma­łej to­a­le­cie w piw­nicy gma­chu sądu. Czuł zimną de­skę pod swo­imi cien­kimi wło­skimi szy­tymi na miarę spodniami gar­ni­tu­ro­wymi. Szybko po­czuł, że jest w nie­wła­ści­wym miej­scu. Przy­glą­dał się graf­fiti na ścia­nach ka­biny i nie mógł zro­zu­mieć, że kto­kol­wiek miałby ochotę tu prze­by­wać. A tym bar­dziej ko­rzy­stać z to­a­lety, w któ­rej na pewno ro­iło się od wszyst­kich zna­nych i nie­zna­nych bak­te­rii cze­ka­ją­cych tylko na go­spo­da­rza, do któ­rego mo­głyby wnik­nąć, wy­sy­sać z niego krew albo za­ra­zić cho­ro­bami ty­po­wymi dla cie­płych kra­jów i niż­szych klas spo­łecz­nych. Póź­niej jed­nak zdał so­bie sprawę, że to miej­sce jest jed­nak wła­śnie dla niego. Ni­czym się nie róż­nił od obrzy­dli­wych hord drob­nych prze­stęp­ców, któ­rzy wy­sry­wali do tych ki­bli swój strach. Bo tym wła­śnie te­raz był. Stra­chem. Ho­len­der zmu­sił go dziś do prze­kro­cze­nia gra­nicy, czego nie spo­dzie­wałby się na­wet w naj­dzik­szych fan­ta­zjach.

Serce wa­liło mu w chu­dej piersi, czuł jed­nak rów­nież coś in­nego. Za­zdrość. Nie wszy­scy w kan­ce­la­rii ro­zu­mieli, kim był czło­wiek, któ­rego ob­słu­gi­wali. W kan­ce­la­rii Gold­sch­midt i Part­ne­rzy pra­co­wało całe stado ad­wo­ka­tów ma­rzą­cych o part­ner­stwie. A pod nimi ko­lejne stado przed­sta­wi­cieli, se­kre­ta­rek, stu­den­tów i in­nych ad­mi­ni­stra­cyj­nych nie­wol­ni­ków, któ­rzy co­dzien­nie sta­wiali się w pracy z roz­koszną nie­wie­dzą. Si­mon od­czu­wał dzie­cięcą za­zdrość, bo chciałby być jed­nym z nich. Ża­ło­wał, że nie po­skro­mił swo­ich prze­klę­tych ma­rzeń o suk­ce­sie. Swo­ich żą­dań od ży­cia. Obo­wiąz­ko­wego domu na plaży, let­niego domku przy Ky­stvej w Ti­svilde, dru­giego na La­zu­ro­wym Wy­brzeżu, nar­ciar­skiej chatki w Kit­zbühel w Au­strii oraz po­twor­nie dro­gich sa­mo­cho­dów i ze­gar­ków sta­no­wią­cych bi­lety wstępu do każ­dego wła­ści­wego sa­lonu i klubu, gdzie wszy­scy fał­szy­wie i świa­do­mie prze­ko­ny­wali się na­wza­jem, jak zwy­czajne jest ich ist­nie­nie. Tak jakby poza ich re­zer­wa­tami nie ist­niał praw­dziwy świat.

To, co stało się dzi­siaj, nie było zwy­czajne. To, czego Ho­len­der od niego za­żą­dał, było czymś eks­tre­mal­nym. On jed­nak nie miał wy­boru, ale mimo wszystko udało mu się za­cho­wać twarz, która nie zdra­dzała, jak bar­dzo tak na­prawdę się bał. Dzię­ko­wał swo­jej szkole z in­ter­na­tem za to, że w chwili, w któ­rej prze­ka­zał Ho­len­drowi pa­kie­cik z pi­guł­kami, nie wy­glą­dał na śmier­tel­nie prze­ra­żo­nego.

Bo Si­mon wie­dział, co to było. Wie­dział, do czego miało po­słu­żyć. Już za mo­ment.

Na­gle usły­szał nie­ocze­ki­wany dźwięk. Drgnął i za­uwa­żył, jak roz­po­rek w jego spodniach na­gle zro­bił się bar­dzo cie­pły. W są­sied­niej ka­bi­nie ktoś spu­ścił wodę. Ktoś tam cały czas sie­dział. I to od dawna. W cał­ko­wi­tej ci­szy. Cały czas tam był.

Po­my­ślał, że musi dać znać o swo­jej obec­no­ści. Że to zbyt dziwne sie­dzieć tak tu­taj i nic nie ro­bić. Jego są­siad mógłby uznać, że coś jest nie w po­rządku. Na­brać po­dej­rzeń.

Tak więc on też spu­ścił wodę. Ni­czego to nie zmie­niło.

Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie wy­szedł ze swo­jej ka­biny, umył ręce, a kiedy opu­ścił to­a­letę, Si­mon w końcu zo­stał sam. Przy­szła mu do głowy pewna myśl. Wspo­mnie­nie. O czło­wieku, który opo­wie­dział o Ho­len­drze i jego biz­ne­sie, i jak okropne miało to kon­se­kwen­cje. Si­mon się wsty­dził. Nie pa­mię­tał imie­nia tego chło­paka, cho­ciaż póź­niej znisz­czyli mu ży­cie.

Jed­nak ad­wo­kat pra­wie za­zdro­ścił rów­nież jemu. Bo za chwilę coś miało się wy­da­rzyć i bę­dzie to wina Si­mona.

Po­chy­lił się do przodu i wziął głę­boki od­dech. Lęk wciąż roz­dzie­rał go od środka, a mroczny cień wy­peł­nił jego za­zwy­czaj od­porną na uczu­cia głowę.

Ho­len­der nie był jed­nak wcale naj­gor­szy. Ani jego młod­szy brat, Marco van Juda, który na wiele spo­so­bów był jesz­cze bar­dziej psy­cho­pa­tyczny.

Fakt, że oboje sie­dzieli w wię­zie­niu, po­cząt­kowo za­pew­nił Si­mo­nowi pe­wien spo­kój. Nie ozna­czało to jed­nak, że ze­rwał się ze smy­czy, ale mimo wszystko to, co ta dwójka mo­gła zdzia­łać, nie bę­dąc na wol­no­ści, spra­wiało, że po­ziom stresu u niego i po­zo­sta­łych za­mie­sza­nych w sprawę part­ne­rów zna­cząco spadł. Po­my­ślał przez chwilę o ko­bie­tach wię­zio­nych przez braci. Czy były te­raz same? Po­zo­sta­wione w klat­kach albo w in­nym miej­scu, w któ­rym po­woli umrą z głodu i pra­gnie­nia? Szybko ode­pchnął od sie­bie te my­śli. Nie mógł prze­cież nic w tej kwe­stii zro­bić, a przede wszyst­kim mu­siał my­śleć o so­bie. Zwłasz­cza te­raz, gdy sy­tu­acja wy­glą­dała nieco ko­rzyst­niej. Si­mon za­czął na­wet roz­wa­żać wyj­ścia, które nie wią­zały się z ze­zna­wa­niem Ho­len­dra prze­ciwko niemu. Za­sta­na­wiał się, jak w tym wszyst­kim za­mie­szać, by uszło im to na su­cho. Jak można by...

Aż spo­tkał tego trze­ciego męż­czy­znę, o któ­rym nikt wcze­śniej nie sły­szał.

Si­mon ki­wał się na se­de­sie w przód i w tył. Ni­gdy nie wie­rzył w du­chy ani zjawy. Nie wie­rzył też w karmę i nie był chrze­ści­ja­ni­nem. Jego umysł zbu­do­wany był z szu­fla­dek i ta­be­lek. Jego re­li­gią była lo­gika. Ab­so­lut­nie nie wie­rzył w nic nad­na­tu­ral­nego.

Do­póki nie spo­tkał jego.

Trze­ciego męż­czy­zny.

Tam­tego wie­czoru, kiedy on przy­szedł, Si­mon pra­co­wał do późna w kan­ce­la­rii. Wy­jąt­kowo nad czymś in­nym, nad nową sprawą. Prze­nie­sie­niem du­żej spółki han­dlu­ją­cej ma­szy­nami ma­sar­skimi w Eu­ro­pie Wschod­niej. Jed­nej z dłu­giego sze­regu, po­nie­waż kan­ce­la­ria prze­zna­czyła mnó­stwo czasu i wy­siłku na po­pra­wie­nie swo­jej po­zy­cji w mię­dzy­na­ro­do­wym sys­te­mie ra­tin­go­wym, dzięki czemu firmy były prze­ko­nane, że to naj­lep­szy wy­bór, a fak­tura mo­gła opie­wać na sumę zbli­żoną do ceny ben­tleya con­ti­nen­tal. Wresz­cie my­ślał o czymś in­nym. Na­wet po­czuł się dość do­brze.

Przez otwarte okno do ga­bi­netu wla­ty­wał słodki i świeży za­pach cie­śniny Sund, a jego palce opty­mi­stycz­nie tań­czyły po kla­wia­tu­rze. Sły­szał, jak za drzwiami straż­nik Frank gwiż­dże starą pio­senkę Otisa Red­dinga o tym, że warto się od­prę­żyć i tylko pa­trzeć na fale. Myśl o wiel­kim ochro­nia­rzu, który wła­snym cia­łem strzegł drzwi, a także we­soła me­lo­dia na­tchnęły ad­wo­kata opty­mi­zmem i przez krótką chwilę wszystko wy­da­wało się w po­rządku. Wła­śnie tak. Do­póki nie przy­szedł. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­jąca istota, jaką Si­mon kie­dy­kol­wiek spo­tkał. Na­gle stał w jego ga­bi­ne­cie. Gwiz­da­nie ustało i za­pa­no­wała cał­ko­wita ci­sza.

Gold­sch­midt na kilka chwil prze­stał od­dy­chać. Męż­czy­zna był wy­soki, ale w ciągu tych go­rącz­ko­wych se­kund uwagę ad­wo­kata przy­cią­gnęły jed­nak inne rze­czy.

Po pierw­sze in­truz był ubrany w biały gar­ni­tur. Jak bo­ha­ter sta­rego filmu. Po dru­gie, był łysy jak pa­cjent w trak­cie che­mio­te­ra­pii. I po trze­cie - spoj­rze­nie. Si­mon ni­gdy do­tąd nie wi­dział tak nie­przy­jem­nych oczu. Wiel­kie i nie­mal kru­czo­czarne, wpa­try­wały się bez­po­śred­nio w jego du­szę. Męż­czy­zna za­czął spo­koj­nie mó­wić. Wy­ja­śnił, co się zda­rzy i czego od niego ocze­kuje. Nie gro­ził bez­po­śred­nio, ale po tej roz­mo­wie Gold­sch­midt za­czął mieć kosz­mary. Czuł się, jakby pa­trzył w oczy sa­memu sza­ta­nowi! Zro­zu­miał, że musi po­słu­chać.

Nie było in­nego wyj­ścia. Te­raz cho­dziło o prze­trwa­nie.

Sie­dząc na de­sce to­a­lety w są­dzie, Si­mon za­czął pła­kać. Bez­gło­śnie. A gdy łzy ka­pały na jego prze­mok­nięte spodnie, ża­ło­wał.

Ża­ło­wał wszyst­kiego.

21

Sąd re­jo­nowy w Ko­pen­ha­dzeGłówne wej­ście do gma­chu sądu

Ho­len­der zbli­żał się do głów­nego wyj­ścia z bu­dynku - wiel­kich, zie­lo­nych sta­lo­wych drzwi pro­wa­dzą­cych na plac Ny­torv. Po­chód dzien­ni­ka­rzy, fo­to­re­por­te­rów i ubra­nych na nie­bie­sko po­li­cjan­tów w ke­vla­ro­wych ka­mi­zel­kach, uzbro­jo­nych w pi­sto­lety ma­szy­nowe prze­miesz­czał się mar­mu­ro­wym ho­lem jak eme­ryt z bal­ko­ni­kiem. Po­woli i sko­kami. Stado re­por­te­rów są­do­wych prze­py­chało się agre­syw­nie do przodu mimo ostrze­żeń usta­wio­nych w pier­ścień funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy mieli wy­pro­wa­dzić go z bu­dynku. Dzien­ni­ka­rze ob­rzu­cali go py­ta­niami. Mey­ers, z rę­kami sku­tymi za ple­cami, nie miał ab­so­lut­nie żad­nej kon­troli nad sy­tu­acją, do czego zu­peł­nie nie był przy­zwy­cza­jony. Iry­to­wało go to.

Czuł wście­kłość.

Kłę­biły się w nim py­ta­nia, na które od­po­wie­dzi za­mie­rzał zna­leźć tro­chę póź­niej. Rze­czy, do któ­rych sedna mu­siał do­trzeć. Jak naj­szyb­ciej. Je­śli jego brat Marco miał z tym co­kol­wiek wspól­nego, je­śli to on prze­ka­zał pro­ku­ra­tu­rze in­for­ma­cje, żeby uzy­skać skró­ce­nie kary albo usu­nąć go z drogi - a to wła­śnie su­ge­ro­wał Gold­sch­midt - to Mey­ers go za­bije. Tak po pro­stu. Wspólna krew czy nie, wszystko jedno. Coś ta­kiego by­łoby nie­wy­ba­czalne.

A pewne rze­czy na to wska­zy­wały. Pierw­szy do­wód, zdję­cie Mey­ersa w kon­te­ne­rze w por­cie Fri­ha­vnen, które do­pro­wa­dziło do aresz­to­wa­nia, mo­gło zo­stać zro­bione przez osobę trze­cią. Osta­tecz­nie port jest miej­scem pu­blicz­nym, cho­ciaż przed­się­wzięli wszel­kie moż­liwe środki ostroż­no­ści, by po­zo­stać w ukry­ciu. Tyle że do­wód drugi, film zro­biony w miej­scu, które znało bar­dzo nie­wiele osób, to już zu­peł­nie inna hi­sto­ria.

Ale czy Marco rze­czy­wi­ście mógł za tym stać?

To nie miało prze­cież sensu. Do­wód ob­cią­żał rów­nież jego. Marco też był na fil­mie, na któ­rym ra­zem wy­mie­rzali karę jed­nej z bar­dziej upar­tych suk za­mknię­tych w klat­kach.

Mey­ers dość krótko za­sta­na­wiał się też nad in­nym wy­ja­śnie­niem. Przed jego oczami po­ja­wiła się inna twarz. Szybko ode­pchnął ją od sie­bie. Nie, to wy­klu­czone. Cał­ko­wi­cie wy­klu­czone. Nie on.

Za­trzy­ma­nie wstrzy­mało ich przed­się­wzię­cie z dziew­czy­nami i nie mo­gło być gor­szego mo­mentu. Tuż przed wielką trans­ak­cją. Naj­więk­szą ze wszyst­kich. Ale to nie wszystko. Na taki in­te­res jak ich, w któ­rym pod­stawą jest dys­kre­cja, nic nie działa bar­dziej de­struk­cyjne niż utrata re­pu­ta­cji. Klienci roz­pierzchną się na wszyst­kie strony, a przy­go­to­wa­nia pójdą na marne. Krótko mó­wiąc: naj­bar­dziej gów­niana z gów­nia­nych sy­tu­acji!

Mey­ers po­cie­szał się jed­nak, że jego in­te­res jest nie­tknięty i znaj­duje się w naj­lep­szych rę­kach. Mimo że te na­le­żały do dość nie­zwy­kłej osoby. Wie­dział jed­nak, że fa­cet dba o firmę tak, jak o wła­sną. Bo taki wła­śnie był. Obo­wiąz­kowy i sku­teczny. Do szpiku ko­ści. A poza tym bar­dzo zdolny. Ho­len­der pa­trzył więc przez palce na nie­które jego dzi­wac­twa. Bo ten czło­wiek kom­pen­so­wał je czym in­nym.

To on zna­lazł miej­sce na sie­dzibę ich or­ga­ni­za­cji. Miej­sce, do któ­rego nie mo­gły do­trzeć żadne sta­cje ba­zowe, sa­te­lity ani me­cha­ni­zmy śle­dzące. Pro­ste i jed­no­cze­śnie ge­nialne. Mey­ers czę­sto dzi­wił się, że coś tak do­sko­na­łego mo­gło po­wstać przy­pad­kowo. Do swo­ich dzia­łań wy­brali Da­nię, bo to ła­twy kraj. Mię­dzy Duń­czy­kami pa­nuje ja­kieś mi­styczne za­ufa­nie. Ale rów­nież ze względu na po­rzą­dek do­mi­nu­jący w tym pań­stwie. Re­gu­lar­ność, która dzia­łała na ich ko­rzyść.

Przez wszyst­kie te lata nie zo­stał spraw­dzony ani je­den kon­te­ner, bo ni­komu nie wolno było ich otwo­rzyć - za­bra­niał tego eu­ro­pej­ski prze­pis. Coś, na co ten głupi kraj się zgo­dził. Wy­brali Da­nię rów­nież dla­tego, że byli cie­kawi. Chcieli się do­wie­dzieć, co stało się z chło­pa­kiem, który po pro­stu znik­nął z ich ży­cia. Z dnia na dzień. Kiedy ta ko­bieta znik­nęła ra­zem z nim, wy­pro­wa­dziła się z Ho­lan­dii i wró­ciła do Da­nii. Ni­gdy jed­nak nie li­czyli się z tym, że sprawy przy­biorą taki ob­rót.

Mey­ers szedł da­lej w stronę głów­nego wyj­ścia z sądu. Wciąż za­to­piony w my­ślach, sta­rał się igno­ro­wać ota­cza­jący go rej­wach.

Może ist­niało rów­nież lo­giczne wy­ja­śnie­nie licz­nych nie­ode­bra­nych te­le­fo­nów. Może jego po­łą­cze­nia po pro­stu nie wy­do­sta­wały się poza wię­zie­nie. Nie­wy­klu­czone, że ist­niał ja­kiś za­srany nowy ga­dżet, uży­wany przez po­li­cję do za­kłó­ca­nia sy­gnału z po­ukry­wa­nych w wię­zie­niu ko­mó­rek, któ­rych ni­komu nie chciało się szu­kać.

Bar­dzo po­trze­bo­wał wy­ja­śnie­nia.

Wszystko w nim się go­to­wało i wciąż się wście­kał, gdy po­wo­lutku po­ru­szali się do przodu. Mimo to nie mógł nie sko­rzy­stać z oka­zji, by po­ka­zać się pu­blicz­nie. Taki po pro­stu był. Za­wsze tak miał, od czasu kiedy w dzie­ciń­stwie zro­zu­miał, że jest inny. Wy­po­sa­żony w dy­so­cja­cyjne za­bu­rze­nie oso­bo­wo­ści, jak je na­zy­wali. Uwiel­biał spoj­rze­nia na­uczy­cieli, gdy na po­dwó­rzu okła­dał ko­le­gów z klasy. Spoj­rze­nia pe­da­go­gów z in­sty­tu­cji dla mło­dzieży, kiedy wy­cią­gnął nóż z szu­flady ku­chen­nej i po­ka­zy­wał, kim na­prawdę jest. A po­tem spoj­rze­nia współ­o­sa­dzo­nych w róż­nych wię­zie­niach i aresz­tach, kiedy po na­pa­dzie wście­kło­ści na si­łowni albo na spa­cer­niaku do­pa­dło go sze­ściu czy ośmiu straż­ni­ków i za­nio­sło do izo­latki. Wi­dział w ich oczach strach, który go pod­nie­cał. Był na fan­ta­stycz­nym haju. Czuł moc, która w nie­mal ra­dio­ak­tywny spo­sób pro­mie­nio­wała z ca­łej jego osoby. Po­czu­cie by­cia nie­zwy­cię­żo­nym. To on rzą­dził. Był alfą i omegą.

Ho­len­der uśmiech­nął się do ład­nej dzien­ni­karki, która wy­ma­chi­wała mu przed twa­rzą swoim iPhone'em.

- Pa­nie Mey­ers, może nam pan po­wie­dzieć, gdzie są dziew­czyny?

Pu­ściła do niego oko. Wy­ko­rzy­sty­wała swoją ko­bie­cość. Rów­nież do tego, by dzien­ni­ka­rze lub straż­nicy nie od­cią­gnęli jej od niego. I żeby go ocza­ro­wać.

Mey­ers ude­rzył jak wąż. Chwy­cił te­le­fon zę­bami i po­czuł, jak szkło pod­daje się pod na­ci­skiem jego po­tęż­nych szczęk. Ko­bieta pu­ściła apa­rat z okrzy­kiem prze­ra­że­nia i iPhone po­zo­stał w jego ustach jak upo­lo­wana ofiara. Aż je­den ze straż­ni­ków z kor­donu wy­rwał mu go, po­dał z po­wro­tem dzien­ni­karce i po­pchnął Ho­len­dra w stronę drzwi.

- Od­su­nąć się, do cho­lery!

Roz­kaz nad­szedł z tyłu. Inny po­li­cjant o bu­do­wie Hulka chwy­cił Mey­ersa za ra­miona i bez­ce­re­mo­nial­nie pchnął do przodu.

Ho­len­der przez chwilę pró­bo­wał zna­leźć w tłu­mie swo­jego ad­wo­kata, ale Si­mon Gold­sch­midt już dawno znik­nął. Jak ry­bik cu­krowy w szpa­rze w pod­ło­dze.

Jakże by ina­czej.

Ad­wo­kat nie przej­mo­wał się pla­nem. Nie przej­mo­wał się tym, o co go po­pro­szono. Prawdę mó­wiąc, nie in­te­re­so­wało go wiele z tego, czym zaj­mo­wał się Mey­ers, a ści­ślej jego or­ga­ni­za­cja, re­pre­zen­to­wana przez wspa­niałą kan­ce­la­rię ad­wo­kacką... Tyle że ten pa­skudny mały gów­niarz nie miał nic prze­ciwko wy­so­kim ra­chun­kom, które przez te lata wy­sta­wiał, a sam Ho­len­der po­sta­wił go w sy­tu­acji bez wyj­ścia. Tak więc ta­niec ten trwał nie­prze­rwa­nie, jak to zwy­kle bywa w przy­padku re­la­cji opar­tej na uza­leż­nie­niu.

Stado lu­dzi po­woli prze­su­wało się do przodu.

Gdy do­szli do wyj­ścia, uwagę Mey­ersa przy­cią­gnął pe­wien młody męż­czy­zna. On rów­nież zmie­rzał do wyj­ścia z bu­dynku i utknął bez­rad­nie w wolno roz­ła­do­wu­ją­cym się korku lu­dzi. Wi­dać było, że nie jest ani dzien­ni­ka­rzem, ani po­li­cjan­tem. Ubrany w wy­świech­tany, po­gnie­ciony gar­ni­tur przy­po­mi­nał tylko cień ad­wo­kata. Mey­ers znał go skądś, ale nie mógł so­bie przy­po­mnieć skąd.

Przy wyj­ściu przy­su­nęli się do sie­bie. Stali ra­mię w ra­mię. Ich spoj­rze­nia spo­tkały się na krótką chwilę, po czym fa­cet z prze­krwio­nymi oczami opu­ścił wzrok. Jego twarz krzy­czała gło­śno: "Je­stem pi­ja­kiem".

Mimo ca­łej tej sy­tu­acji Mey­ers nie mógł po­wstrzy­mać się od iro­nicz­nego uśmie­chu, kiedy ra­zem wy­szli na świa­tło dzienne.

- Ciężka noc, ko­lego?

Fa­cet kiw­nął głową i uśmiech­nął się sztucz­nie. Po chwili otwo­rzyły się wrota wio­dące na Ny­torv.

Po­po­łu­dniowe słońce wi­siało nad bu­dyn­kiem sądu jak wielka so­czy­sta po­ma­rań­cza na let­nim ko­pen­ha­skim nie­bie, a Mey­ers skrzy­wił się te­atral­nie, gdy ludzka masa wy­pły­nęła przez bramę i wy­le­gła na schody wio­dące na plac.

Dys­kret­nie roz­gryzł dwie ta­bletki, które Gold­sch­midt wło­żył mu do ust.

Funk­cjo­na­riusz Hulk po­pchnął go w stronę opan­ce­rzo­nego po­jazdu, który miał za­wieźć go z po­wro­tem do wię­zie­nia Ve­stre w celu od­by­cia wie­lo­let­niego wy­roku.

Tak przy­naj­mniej się wszyst­kim wy­da­wało.

25

Ulica Bro­l?g­ger­str?de, po prze­kąt­nej od sądu re­jo­no­wegoKilka mi­nut póź­niej

Mu­dża­he­din wło­żył klucz do sta­cyjki i uru­cho­mił sil­nik. Naj­wy­raź­niej cał­ko­wi­cie nie do­ce­niał znaj­du­ją­cych się na miej­scu po­li­cjan­tów, któ­rzy bar­dzo szybko po wy­strzale oto­czyli bu­dy­nek na­prze­ciwko gma­chu sądu i po kilku chwi­lach wdarli się do wszyst­kich kla­tek scho­do­wych jak agre­sywne zdzi­czałe psy. Ostat­nie dwa pię­tra na­past­nik mu­siał po­ko­nać, scho­dząc po roz­kle­ko­ta­nej ru­rze spu­sto­wej, a po­tem w po­śpie­chu ukryć torbę za kon­te­ne­rem na śmieci, za­nim dwóch gli­nia­rzy wbie­gło przez bramę.

Z przed­niego sie­dze­nia sa­mo­chodu wi­dać było na­ra­sta­jący przed są­dem chaos. Chaos, który bar­dzo mu w tej chwili po­ma­gał. Co prawda ist­niało ry­zyko, że fur­gon o tak cha­rak­te­ry­stycz­nym wy­glą­dzie zo­stał opi­sany w li­ście goń­czym, ale volks­wa­gen trans­por­ter wciąż był sto­sun­kowo nor­mal­nie pre­zen­tu­ją­cym się po­jaz­dem. Z po­dob­nych aut ko­rzy­stała nie­zli­czona liczba spe­cja­li­stów we wszyst­kich mia­stach. Mu­dża­he­din praw­do­po­dob­nie bez prze­szkód byłby w sta­nie opu­ścić cen­trum, po­je­chać na pół­noc, po­łu­dnie albo przez któ­ryś z mo­stów, by cał­ko­wi­cie znik­nąć w plą­ta­ni­nie ulic w jed­nej z wielu ko­lo­ro­wych dziel­nic Ko­pen­hagi.

Ale co te­raz? Co ro­bić?

Nie przy­go­to­wał planu na taką sy­tu­ację. Naj­lep­szym spo­so­bem na wy­ko­na­nie mi­sji było prze­cież poj­ma­nie męż­czy­zny z bli­zną na czole. Wy­ci­śnię­cie in­for­ma­cji z bez­gło­wego obec­nie czło­wieka le­żą­cego w ka­łuży krwi na scho­dach po dru­giej stro­nie ulicy. Nikt nie pla­no­wał mor­der­stwa. Miał zo­stać zra­niony. Po­waż­nie. Nie dra­śnię­cie, tylko ro­ze­rwa­nie waż­nej tęt­nicy. Bio­dro­wej lub udo­wej. Coś, co wy­ma­ga­łoby na­tych­mia­sto­wej po­mocy do­stęp­nej je­dy­nie w szpi­talu, gdzie mógłby na­stęp­nie ude­rzyć. W ta­kich sy­tu­acjach rzadko sto­so­wano wy­star­cza­jące środki bez­pie­czeń­stwa, a mu­dża­he­din już wiele lat wcze­śniej wy­ko­rzy­sty­wał stra­te­gię po­sy­ła­nia swo­ich ce­lów do szpi­tala, by tam się nimi za­jąć.

Ale te­raz?

Moc­niej za­ci­snął ręce na kie­row­nicy. Wście­kłość mie­szała się w nim z ad­re­na­liną wy­dzie­loną w wy­niku ucieczki. Plan za­kła­dał wy­cią­gnię­cie z tego męż­czy­zny in­for­ma­cji, a na­stęp­nie...

Mu­dża­he­din od dawna ma­rzył o kon­fron­ta­cji. O tym, jak będą pa­trzeć so­bie w oczy, aż zo­ba­czy na jego twa­rzy zro­zu­mie­nie. Mimo że mi­nęły całe lata. Na­stęp­nie ostrze kamy, ostrej kosy wi­szą­cej przy boku wo­jow­nika, sta­nie się jed­no­ścią z cia­łem tego czło­wieka. Po­wo­lutku.

Ale te­raz...?

Mu­dża­he­din miał ochotę wrza­snąć na cały głos, ale się opa­no­wał. Za­miast tego de­li­kat­nie pu­ścił sprzę­gło i za­uwa­żył, że trans­por­ter ci­cho to­czy się do przodu. Wciąż pa­trzył na tłum kłę­biący się przed bu­dyn­kiem sądu.

Kiedy sa­mo­chód do­je­chał do skrzy­żo­wa­nia Bro­l?g­ger­str?de z R?dhus­str?de, po­ja­wił się on. Drugi męż­czy­zna, z dziw­nie ster­czącą kępką wło­sów. Miał na twa­rzy krew i był wy­raź­nie roz­trzę­siony. Wa­łę­sał się po placu wy­raź­nie bez żad­nego celu, po czym za­trzy­mał go ja­kiś po­li­cjant i wsa­dził do sa­mo­chodu.

Z mro­ków wście­kło­ści i fru­stra­cji wy­nu­rzyła się na­dzieja. To ten czło­wiek to­wa­rzy­szył Mey­er­sowi van Ju­dzie, gdy ten wy­cho­dził z gma­chu. Stali obok sie­bie na scho­dach. W tej chwili męż­czy­zna w sa­mo­cho­dzie pró­bo­wał usu­nąć so­bie z oczu krew.

Ad­wo­kat Mey­ersa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

3

Ken­ne­ths GrillDziel­nica K?d­byen

Jan otwo­rzył dru­gie piwo, po­cią­gnął długi łyk i omiótł spoj­rze­niem po­miesz­cze­nie. W nie­wiel­kim pro­sto­kąt­nym lo­kalu na za­tłusz­czo­nej ce­ra­micz­nej pod­ło­dze stała ławka z tylko czte­rema miej­scami do sie­dze­nia, usta­wiona przy sta­lo­wej la­dzie obok kuchni. Re­stau­ra­cja nie była spe­cjal­nie ude­ko­ro­wana, nie li­cząc trza­ska­ją­cej elek­trycz­nej pu­łapki na mu­chy na su­fi­cie i pła­skiego te­le­wi­zora wy­świe­tla­ją­cego ja­kiś mecz pił­kar­ski. Ken­neth, wła­ści­ciel i je­dyny pra­cow­nik, wła­śnie czy­ścił ścierką i ja­kimś środ­kiem w spreju wy­ciąg nad gril­lem. Po ca­łym lo­kalu roz­szedł się za­pach cy­tru­sów zmie­szany z aro­ma­tem fry­tury i pie­czo­nego mięsa. Oraz przy­tul­nej at­mos­fery. Je­śli coś ta­kiego może w ogóle mieć za­pach, to był to wła­śnie ten.

Bar Ken­ne­ths Grill znaj­do­wał się przy Fl?ske­to­rvet w cen­trum mia­sta, mię­dzy re­stau­ra­cją ser­wu­jącą tofu a mod­nym pu­bem piw­nym. Daw­niej w tej czę­ści Ko­pen­hagi pełno było rzeź­ni­ków, kup­ców i pro­sty­tu­tek, dziś taki bar jak Ken­ne­ths Grill ucho­dził za coś nie­ty­po­wego. Coś, czego nie po­winno tu być. Ana­chro­nizm. Duń­czycy już dawno za­ak­cep­to­wali, że mięso na­leży pro­du­ko­wać z groszku i soi, a piwo może spo­koj­nie kosz­to­wać dzie­więć­dzie­siąt ko­ron. Wła­śnie to ostat­nie i fakt, że ka­napki z wo­ło­winą sma­ko­wały u Ken­ne­tha nie­biań­sko, mo­gło uza­sad­niać ist­nie­nie tego nie­po­zor­nego miej­sca. W Ken­ne­ths Grill hot dog kosz­to­wał dwa­dzie­ścia ko­ron, ka­napka z wo­ło­winą i sma­żoną ce­bulką po­laną re­mu­ladą tyle samo, a piwo za­le­d­wie dy­chę.

Jan czę­sto się za­sta­na­wiał, jak przy ta­kich ce­nach Ken­ne­tha stać na czynsz, bo stawka za metr kwa­dra­towy w tej oko­licy wy­no­siła mniej wię­cej tyle, co w cen­trum mia­sta. Co prawda Ken­neth prze­jął po matce ta­nie miesz­ka­nie na wy­na­jem, ale to prze­cież i tak ra­czej by nie wy­star­czyło. Coś do­brego i sta­ro­świec­kiego utrzy­my­wało ten in­te­res przy ży­ciu. Był on jed­no­cze­śnie kry­jówką Jana, gdy ży­cie tro­chę za bar­dzo go bo­lało. Kry­jówką, którą ostat­nio dość czę­sto od­wie­dzał.

Na la­dzie przy kuchni znów za­brzę­czał te­le­fon Ken­ne­tha, on jed­nak tego nie sły­szał. Albo po pro­stu zi­gno­ro­wał. To też było jego szcze­gólną ce­chą. Jakby miał osiem­dzie­siąt lat. Mimo że za młodu dość spraw­nie ra­dził so­bie z tech­no­lo­gią, przez lata się zmie­nił. Te­le­fon ko­mór­kowy trak­to­wał je­dy­nie jak na­rzę­dzie. Tak jak nóż albo wi­de­lec. Nie był jego nie­wol­ni­kiem. Z tego, co Jan się orien­to­wał, jego przy­ja­ciel ni­gdy nie ścią­gnął żad­nej apli­ka­cji i na­wet nie zbli­żał się do me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Miał po pro­stu oso­bliwy sto­su­nek do ko­mó­rek. Na tej sa­mej la­dzie le­żało wy­mię­to­lone tek­tu­rowe pu­dło, w któ­rym pier­wot­nie le­żało dzie­sięć opa­ko­wań mar­ga­ryny do sma­że­nia OMA. Na boku ktoś nie­zgrab­nie na­pi­sał dru­ko­wa­nymi li­te­rami: "ODŁÓŻ TU TE­LE­FON. PO­PIL­NU­JEMY GO, A TY SIĘ OD­PRĘ­ŻYSZ". Apa­rat Jana le­żał wła­śnie w tym pu­dełku, i cho­ciaż ta ini­cja­tywa była troszkę nie­dzi­siej­sza, to jed­nak się spraw­dzała. Stali go­ście uwiel­biali być "zmu­szani" do od­kła­da­nia ko­mó­rek do prze­cho­walni na czas pa­ła­szo­wa­nia pa­ró­wek i ka­na­pek z wo­ło­winą.

Jan uśmiech­nął się na wi­dok tej sceny i ca­łej sy­tu­acji.

Jego stary przy­ja­ciel był też po­ważny jak sta­rzec. Ken­neth wie­lo­krot­nie twier­dził, że sam smak jego ce­bulki, którą przy­go­to­wy­wał we­dług ta­jem­nego prze­pisu matki, uszczę­śli­wiał lu­dzi. Rose przy­glą­dał się po­tęż­nym drzwiom za kuch­nią, które pro­wa­dziły do ma­ga­zynu wła­ści­ciela i praw­do­po­dob­nie do jego wiel­kiej ta­jem­nicy. Wstęp do tego po­miesz­cze­nia był "SU­ROWO WZBRO­NIONY", o czym in­for­mo­wał go­ści kar­to­nowy szyld wi­szący na prawo od drzwi, a trzy po­tężne kłódki przy­krę­cone gru­bymi jak pa­lec śru­bami mó­wiły same za sie­bie. To tu Ken­neth mie­szał przy­prawy i do­rzu­cał je do swo­jego brą­zo­wego sosu. I do ce­bulki, jak kie­dyś szep­nął z sze­roko otwar­tymi jak u sowy oczami, kiedy przy­ja­ciel go o to spy­tał.

Jako praw­nik Jan uczest­ni­czył w mi­lio­no­wych trans­ak­cjach, a kiedy zo­stał ad­wo­ka­tem, zaj­mo­wał się spra­wami naj­bar­dziej od­ra­ża­ją­cych prze­stępstw. Rze­czami z praw­dzi­wego świata, przez które ka­napka lub hot dog wy­da­wały się nieco błahe. Tym­cza­sem kiedy Ken­neth opo­wia­dał hi­sto­rie o wła­ści­wo­ściach ce­bulki i jej wpły­wie na świat, w jego oczach po­ja­wiał się ja­kiś nie­zwy­kły blask. Tak czy ina­czej, w tym miej­scu i je­dze­niu naj­wy­raź­niej tkwiło coś nie­mal uzdra­wia­ją­cego. Może dla­tego, że było tu tak pro­sto? W skom­pli­ko­wa­nym i pę­dzą­cym na­przód świe­cie Ken­ne­ths Grill po­zo­sta­wał ma­leńką oazą spo­koju. Udu­cho­wioną ja­ski­nią. The place that just do­esn't give a shit - jak opi­sał ten lo­kal pe­wien An­glik, który czę­sto tu przy­cho­dził, gdy aku­rat nie sie­dział w wię­zie­niu za dru­ko­wa­nie fał­szy­wych bi­le­tów na me­cze ko­pen­ha­skiego klubu.

Jan po­czuł w ciele dziwne mro­wie­nie. Przy­glą­dał się, jak na rynku przed ba­rem za­czyna bu­dzić się miej­skie ży­cie.

4

Wię­zie­nie Ve­streDziel­nica Sy­dha­vnen

Ho­len­der sie­dział na swoim łóżku w po­je­dyn­czej celi. Prace per­so­nelu wię­zien­nego, zmie­rza­jące do do­kład­nego ze­skro­ba­nia Tor­kilda z ce­men­to­wej po­sadzki, wcho­dziły w koń­cową fazę, a po­wta­rza­jący się mo­no­tonny dźwięk mopa, na zmianę za­nu­rza­nego w wia­drze i prze­cią­ga­nego po sza­rym be­to­nie, roz­cho­dził się mię­dzy gru­bymi mu­rami.

Cho­ciaż Ho­len­der być może tro­chę ża­ło­wał swo­jego po­chop­nego czynu, nie przej­mo­wał się nim. Po lo­cie mo­to­cy­kli­sty wszyst­kie cele zo­stały oczy­wi­ście ru­ty­nowo za­mknięte, a funk­cjo­na­riu­sze bie­gali mię­dzy nimi w po­szu­ki­wa­niu świad­ków. Wie­czo­rem, rów­nież ru­ty­nowo, sprawą za­jęło się dwóch straż­ni­ków. Wszy­scy jed­nak uzy­skali do­kład­nie tę samą od­po­wiedź. Nikt nic nie wi­dział.

Wy­ni­kało to z nie­pi­sa­nej, ale oczy­wi­stej za­sady, wspól­nej dla wszyst­kich za­kła­dów kar­nych. Mil­cze­nie jest nie tylko zło­tem. Mil­cze­nie po­zwa­lało prze­trwać. Poza tym tam­ten mo­to­cy­kli­sta to prze­gryw. Wy­ko­pali go naj­pierw z Hells An­gels, a po­tem z Ban­di­dos, po czym przy­łą­czył się do gangu sta­no­wią­cego mo­to­cy­klowy od­po­wied­nik przy­tułku. In­nymi słowy, nie był męż­czy­zną o wy­so­kim sta­tu­sie.

Na szczę­ście, bo Ho­len­der po­trze­bo­wał te­raz spo­koju, by po­my­śleć.

Za­sta­na­wiał się nad sy­tu­acją, a mo­no­tonne ru­chy mopa po be­to­nie dzia­łały ko­jąco jak mu­zyka me­dy­ta­cyjna. Drzwi do jego celi znów otwarto, więc gdyby chciał, mógłby zejść na dół po­ćwi­czyć z cię­ża­rami w piw­nicy albo za­grać w sali wspól­nej w po­kera z ko­le­siami z Hells An­gels. Mógł też przy­nieść so­bie droż­dżówkę i kawę z kuchni albo po­cho­dzić po ko­ry­ta­rzach, pa­trząc, jak lu­dzie ustę­pują mu z drogi. Mógł na­wet wziąć so­bie od­twa­rzacz do łaźni i spa­lić jo­inta albo wcią­gnąć kre­skę, gdyby miał na to ochotę. Bo te­raz miał już do­stęp do wszyst­kiego. Na tę myśl wró­cił na chwilę do prze­szło­ści.

Ty­dzień temu wy­szedł z izo­latki. Praw­do­po­dob­nie to naj­dłuż­szy tego ro­dzaju po­byt w hi­sto­rii duń­skiego są­dow­nic­twa. Nie li­cząc co­dzien­nego spa­cer­niaka i roz­mów z ad­wo­ka­tem, sie­dział za­mknięty na sze­ściu me­trach kwa­dra­to­wych w to­wa­rzy­stwie sa­mego sie­bie, wła­snego fiuta i swo­ich my­śli. Po­nie­waż jego sprawa "była na tyle po­ważna" i uznano, że w in­nej sy­tu­acji "mógłby za­gra­żać do­cho­dze­niu".

Pie­prze­nie!

Swoją dzia­łal­no­ścią po­ka­zy­wał Da­nii środ­kowy pa­lec, a izo­latka sta­no­wiła ze­mstę śmiesz­nie sła­bego sys­temu, który nie był w sta­nie ni­czego in­nego wy­my­ślić, by zła­mać ta­kiego więź­nia jak on i wy­cią­gnąć od niego in­for­ma­cje. To nie miało jed­nak sensu. Ho­len­der wcze­śniej sie­dział w Ro­sji i Taj­lan­dii i stał się na­prawdę twardy. A po­nie­waż pod­tu­czeni na pań­stwo­wym wik­cie pra­cow­nicy wię­zie­nia nie byli wy­po­sa­żeni w bi­cze, roz­ża­rzone pręty ani aku­mu­la­tory z ka­blami, na próżno za­da­wali py­ta­nia:

"Gdzie są dziew­czyny?"

"Czy ktoś się nimi zaj­muje?"

"Czy masz to wszystko gdzieś?"

I znowu: "Gdzie są dziew­czyny?".

Gówno im po­wie­dział.

Za każ­dym ra­zem, gdy sie­dział na­prze­ciwko dwójki po­li­cjan­tów, tylko się w nich wpa­try­wał. Aż od­wra­cali wzrok. Od­sta­wiano go więc z po­wro­tem do jego sze­ściu me­trów kwa­dra­to­wych. W końcu bez­na­dziejną próbę wy­mu­sze­nia z niego in­for­ma­cji pod­jęli przed­sta­wi­ciele po­li­cyj­nych służb wy­wia­dow­czych. Wie­dział dla­czego. To z po­wodu jego po­wią­zań z Ni­ge­rią. Jego do­staw­ców. Sza­lo­nych muł­łów! Albo "Pra­wo­wier­nych", jak ka­zała się na­zy­wać ta or­ga­ni­za­cja. Ci lu­dzie za­wsze po­tra­fili skło­nić in­nych do dzia­ła­nia.

Ty­dzień temu wy­wiad dał so­bie spo­kój z wy­cią­ga­niem z niego in­for­ma­cji i sprawa miała iść do sądu. Dla­tego prze­szedł do zwy­kłego wię­zie­nia i uzy­skał wszyst­kie te prze­dziwne przy­wi­leje, które spra­wiały, że od­by­wa­nie kary w Da­nii przy­po­mi­nało dar­mowy po­byt w ho­telu.

Ho­len­der ro­zej­rzał się po celi. Dwa­na­ście me­trów kwa­dra­to­wych, te­le­wi­zor, wła­sna to­a­leta i okno z wi­do­kiem.

Kurde, ja­kie to było za­bawne. Wi­tamy w Da­nii! Tu na­gra­dzamy lu­dzi, któ­rzy mają w du­pie wszyst­kie prze­pisy. Wpa­try­wał się w otwarte drzwi pro­wa­dzące na ko­ry­tarz. W su­mie mógł ro­bić to, na co tylko miał ochotę. Ale ochoty nie miał. Zu­peł­nie.

Bo w ciągu ostat­nich sied­miu dni jego zdzi­wie­nie zmie­niło się w coś in­nego, w miarę jak nikt nie od­bie­rał jego te­le­fo­nów. Oczy­wi­ście gdy sie­dział w izo­latce, kon­takt nie był moż­liwy, ale te­raz?

W jego gło­wie po­ja­wił się pe­wien ob­raz. Coś, co mo­głoby wy­ja­śnić tę sy­tu­ację. Ale to prze­cież nie­moż­liwe, prawda?

Jego wzrok padł na kar­ton sto­jący na lo­dówce. Pu­dełko z mle­kiem ka­ka­owym. W ze­psu­tej brą­zo­wej brei, w to­rebce do mro­że­nia żyw­no­ści, le­żał jego te­le­fon.

Męż­czy­zna na­gle wstał i wło­żył rękę do kwa­śnego płynu.

Znowu.

5

Ken­ne­ths Grill

Jan pod­szedł do ławki przed ba­rem. Za­pa­lił nie­bie­skiego ca­mela i za­czął dłu­bać w opar­ciu, z któ­rego odła­ził tekst "Wła­sność gminy Ko­pen­haga". Na Fl?ske­to­rvet po­ja­wiało się co­raz wię­cej lu­dzi. Cie­pły letni wie­czór, czwar­tek, a więc nie­ofi­cjalny po­czą­tek week­endu. Gdy je­den po dru­gim za­my­kano lo­kale ga­stro­no­miczne w K?d­byen, z lo­kal­nych noc­nych klu­bów za­częła do­cho­dzić mu­zyka. Rose już sły­szał dud­nie­nie basu i bęb­nów. Za­częła do niego wra­cać myśl, którą cią­gle od sie­bie od­py­chał. Myśl o tym, by się za­tra­cić. Trze­cie piwo by­łoby jesz­cze lep­sze, nie mó­wiąc o czwar­tym. Wie­dział o tym. Poza tym w we­wnętrz­nej kie­szeni, jak do­dat­kowe serce, wciąż le­żała to­re­beczka z ko­ka­iną.

Ale jak to się stało, że tu tra­fił?

Dwie go­dziny wcze­śniej wstał znad biurka w miesz­ka­niu w Van­l?se. Przy­go­to­wy­wał się do ju­trzej­szej roz­prawy są­do­wej, z któ­rej to po­wodu po­wi­nien w tej chwili le­żeć w łóżku. Na­gle jed­nak pod­niósł się i wy­szedł z domu. Krótka po­dróż tak­sówką i już stał przed ba­rem, nie po­tra­fiąc wy­ja­śnić dla­czego.

Żeby coś od­wlec?

Oczy­wi­ście wie­dział, że jest tu mile wi­dziany. Szcze­rze. Bo przy­jaźń z Ken­ne­them to chyba je­dyna rzecz, która wró­ciła do stanu z jej po­czątku. Była czymś praw­dzi­wym. Od­czu­wał ją tak, jakby wra­cał do domu, mimo że przez długi czas żyli osob­nymi ży­ciami.

My­śli Jana ska­kały ko­lejno co­raz da­lej w prze­szłość, aż do sa­mego po­czątku.

A może to wła­śnie dla­tego, że przez po­nad dzie­sięć lat nie mieli kon­taktu, te­raz czuli się ze sobą tak do­brze. Przy­jaźń wy­da­wała się rów­nie mocna jak wtedy, gdy się od sie­bie od­da­lili. Wszy­scy lu­dzie z tam­tych cza­sów, z pod­sta­wówki, a po­tem gim­na­zjum, po­szli już prze­cież swoją drogą. Uwili so­bie gniazda, zna­leźli żony lub mę­żów, mieli psy, dzieci, oku­lary i hi­po­teki. A kiedy w końcu się spo­ty­kali, to za­wsze w pa­rach, roz­ma­wia­jąc o bła­host­kach przy sto­liku ka­wo­wym albo na mięk­kich so­fach w dro­gich ele­ganc­kich sze­re­gow­cach. Nie­któ­rzy żyli już w dru­gim mał­żeń­stwie z no­wymi dziećmi i umo­wami na opiekę ro­dzi­ciel­ską, pięk­nie wy­peł­nia­jąc sta­ty­styki opi­su­jące nor­malne duń­skie ży­cie.

Z nimi wy­szło jed­nak ina­czej.

Jan wszedł do baru i za­uwa­żył sze­ro­kie plecy za ku­chenną ladą. Ken­neth mył płytki nad gril­lem. Jego wielka łapa po­ru­szała się te­raz ko­li­stym ru­chem. Wła­ści­ciel lo­kalu me­to­dycz­nie prze­su­wał się od le­wej do pra­wej strony.

Ken­neth cho­dził z Ja­nem do gim­na­zjum, ale zre­zy­gno­wał ze szkoły, gdy skoń­czył osiem­na­ście lat, i wzięli go do woj­ska. Był wtedy zbyt uza­leż­niony od przy­ja­ciela. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że kom­plet­nie nie miał umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych. Rose pa­mię­tał, że przy­jaźń za­częła mu w pew­nym mo­men­cie prze­szka­dzać, gdy sam za­czął wić gniazdko z ko­bietą, z którą, jak wtedy uwa­żał, miał spę­dzić resztę ży­cia. Wy­glą­dało to tak, jakby po­tężny męż­czy­zna nie doj­rzał men­tal­nie i nie ro­zu­miał, że nie będą mo­gli wiecz­nie ra­zem spać, roz­ma­wiać o kre­sków­kach, wci­nać cy­na­mo­no­wych bu­łe­czek, zbie­rać bu­te­lek i rzu­cać ka­mie­niami w kaczki na Je­zio­rze Świę­tego Je­rzego. To, że Ken­neth w końcu po­szedł swoją drogą, sta­no­wiło dla Jana ulgę. Mimo że od­było się w dość nie­przy­jemny spo­sób.

Wspo­mnie­nie ich roz­sta­nia było bo­le­sne. Trzy­dzie­sto­pię­cio­la­tek po­trzą­snął głową, by się go po­zbyć. Ken­neth od­słu­żył woj­sko w ko­sza­rach w Sla­gelse, co nie­wąt­pli­wie mu się po­do­bało. Pro­ste, fi­zyczne za­ję­cia. Wtedy jed­nak stra­cili kon­takt i tak na­prawdę Jan nie wie­dział, czym przy­ja­ciel zaj­mo­wał się póź­niej. Może po pro­stu dry­fo­wał, aż wpadł na po­mysł z ba­rem? Gdy od­no­wili kon­takt, nie miał ochoty o tym opo­wia­dać. Ale to wła­śnie w tym ba­rze znów się spo­tkali. Po­twor­nie ska­co­wany i łak­nący sło­nego je­dze­nia Rose przy­pad­kowo wszedł do tego ma­leń­kiego lo­kalu w pewną so­botę rok temu i do­słow­nie wpadł w ra­miona sta­rego przy­ja­ciela. Spo­tka­nie było nie­zręczne tylko przez kilka chwil. Po­tem wszystko wy­da­wało się już jak daw­niej, cho­ciaż ni­gdy nie roz­ma­wiali o roz­sta­niu.

Jan od­wró­cił się na ławce i przy­glą­dał Ken­ne­thowi. Wielki męż­czy­zna skoń­czył my­cie kuchni i te­raz zaj­mo­wał się li­cze­niem ce­bul i bu­łek na ju­trzej­szą pro­duk­cję swo­ich ma­łych cu­dów. W za­pa­ro­wa­nym oknie Rose zo­ba­czył od­bi­cie wła­snej twa­rzy.

Gdyby ob­raz nie był wy­krzy­wiony, szkło od­bi­ja­łoby re­gu­larną i cha­rak­te­ry­styczną twarz trzy­dzie­sto­pię­cio­latka o sza­ro­zie­lo­nych oczach osa­dzo­nych pod ostrymi, ciem­nymi brwiami. Jego brą­zowe jak ty­toń włosy jak zwy­kle za­cze­sał na bok przy po­mocy bry­lan­tyny Extra Strong. Zdą­żył to zro­bić, za­nim wsiadł do tak­sówki, a było to ab­so­lut­nie ko­nieczne, bo uro­dził się z szopą wło­sów, która bez ob­róbki ster­cza­łaby na wszyst­kie strony jak an­tenki. Jed­nak fry­zura sta­no­wiła jego je­dyną fi­zyczną wadę. Błysk w oczach wy­ni­kał z nie­za­chwia­nej pew­no­ści sie­bie, a ciało miał szczu­płe i pro­por­cjo­nalne. Wy­gląd odzie­dzi­czył po matce, a po ojcu sze­ro­kie bary i wy­raź­nie za­ry­so­wane mię­śnie. Ca­łość od razu mó­wiła, że wie, czego chce.

Wy­jął z paczki ko­lej­nego pa­pie­rosa i za­uwa­żył sto­jące obok świeże piwo. Wy­gląda na to, że za­brał je z lo­dówki, za­nim wy­szedł przed bar.

Ten Jan, któ­remu nikt nie mógł roz­ka­zy­wać.

Po­cią­gnął spory łyk. Po­czuł, jak szczy­pie go w gar­dło i jak zimny płyn ogrzewa się w prze­dziwny spo­sób w jego żo­łądku.

Para za­ko­cha­nych prze­cięła na skos plac, kie­ru­jąc się do noc­nego klubu Ben­zin po prze­ciw­nej stro­nie, który za­jął lo­kal po chiń­skiej re­stau­ra­cji, za­mknię­tej rok temu przez wła­dze sa­ni­tarne. Je­dze­nie po­da­wali wspa­niałe, a ich dim sumy do­sta­wały na­grody w prze­wod­niku ga­stro­no­micz­nym, ale Chiń­czycy ja­koś nie mo­gli zro­zu­mieć, o co cho­dzi z tym ca­łym my­ciem. Poza tym cho­dziły plotki, że do pu­de­łek z po­tra­wami tra­fiały też cza­sem nie­wiel­kie czwo­ro­nogi szwen­da­jące się po kuchni.

Jan za­ci­snął po­wieki.

Za ciem­nymi szy­bami wi­dać już było ryt­micz­nie bły­ska­jące świa­tła. Za dwie go­dziny basy i so­prany będą wy­le­wać się na as­falt, a ko­lejka osią­gnie ogromne roz­miary. Ogo­lony kul­tu­ry­sta ze słu­chawką w uchu i ra­mio­nami jak pnie drzew za­blo­ko­wał już wej­ście gru­pie arab­skich chło­pa­ków z wy­mo­de­lo­wa­nymi bo­ko­bro­dami i błysz­czą­cymi czar­nymi wło­sami, pod­czas gdy za­ko­chana para bez prze­szkód wkro­czyła w ku­szący mrok.

Rose ze swo­jego miej­sca ob­ser­wo­wał ja­ski­nię, w któ­rej sam chęt­nie za­tra­ciłby się na kilka go­dzin i o wszyst­kim za­po­mniał.

W kie­szeni za­brzę­czał mu te­le­fon. Znowu. Zi­gno­ro­wał go jed­nak. Tak samo jak wtedy, kiedy war­czał ze sto­ją­cego na la­dzie pu­dła po mar­ga­ry­nie.

"No do­brze" - po­my­ślał i wstał.

6

Wię­zie­nie Ve­streSy­dha­vnenNoc z czwartku na pią­tek

Thre­eeee is a ma­gic num­ber!

Yes, it is, it's a ma­gic num­ber.

So­me­where in that an­cient my­stic tri­nity,

You get thre­eee as a ma­gic num­ber...

Ho­len­der był wście­kły. Kiedy znów włą­czyła się poczta gło­sowa, miał ochotę ci­snąć te­le­fo­nem o pod­łogę i go roz­dep­tać. Jego no­kię 3310 wy­pro­du­ko­wano pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych - re­likt z cza­sów, w któ­rych ko­mó­rek nie bu­do­wano po to, by pod­słu­chi­wały użyt­kow­ni­ków, nie­mal przed­miot ko­lek­cjo­ner­ski. Wciąż jed­nak cał­ko­wi­cie nie­le­galny w rę­kach aresz­tanta, któ­remu nie wolno było kon­tak­to­wać się ze świa­tem ze­wnętrz­nym. Opa­no­wał więc wście­kłość, wło­żył te­le­fon z po­wro­tem do pla­sti­ko­wej to­rebki, za­wią­zał ją i za­nu­rzył z po­wro­tem w mleku ka­ka­owym marki Ma­tilde.

Kar­ton śmier­dział. Jak mie­sza­nina bąka i kwa­śnego mleka.

Było to jed­nak ko­nieczne. Ho­len­der sie­dział w aresz­cie w Da­nii już sześć mie­sięcy i szybko na­uczył się, co na­leży ro­bić, gdy w końcu wy­do­stał się z izo­latki. Co roku w duń­skich wię­zie­niach i aresz­tach kon­fi­sko­wano mnó­stwo nie­le­gal­nych ko­mó­rek, a naj­now­szy sys­tem - ja­kiś ma­gne­tyczny wy­kry­wacz - bar­dzo utrud­nił moż­li­wo­ści ich ukry­wa­nia.

Stąd ko­niecz­ność sto­so­wa­nia pew­nych sztu­czek.

Za­sada nu­mer je­den: zdo­bądź stary te­le­fon, który nie emi­tuje ni­czego, co ktoś mógłby wy­kryć. W tym po­mógł straż­nik Pre­ben. Za pie­nią­dze, ale też dla­tego, że nie ośmie­lił się od­mó­wić. Kie­dyś przez głu­potę zgo­dził się zro­bić ko­muś przy­sługę, może wtedy jesz­cze z do­brego serca, po­tem zo­stał już suką wszyst­kich. Bo można go było szan­ta­żo­wać.

I za­sada nu­mer dwa: ukryj te­le­fon w czymś pa­skud­nym. Per­so­nel nie za­ra­biał tu wy­star­cza­jąco dużo, by mieć ochotę wkła­dać rękę do obrzy­dli­wych rze­czy, nie li­cząc oczy­wi­ście kla­sycz­nego ba­da­nia od­bytu, które naj­wy­raź­niej było stan­dar­dem we wszyst­kich wię­zie­niach na pla­ne­cie. Trudno po­jąć, jak wielu idio­tów wciąż uwa­żało, że można ukry­wać prze­różne rze­czy w du­pie.

Mleko ka­ka­owe jed­nak za­dzia­łało. Uśmiech­nąłby się do tej my­śli, gdyby nie był taki wku­rzony! Przyj­rzał się logo na kar­to­nie. Ry­sun­kowi mło­dej Ma­tyldy z war­ko­czy­kami, która słodko pusz­czała do niego oko. Na­gle po­czuł cię­żar w żo­łądku, bo przez to głu­pie logo po­my­ślał o in­nej ko­bie­cie. Tej, któ­rej jed­no­cze­śnie mu bra­ko­wało i któ­rej nie­na­wi­dził. To dru­gie dla­tego, że sta­no­wiła jego słaby punkt.

Par­sk­nął.

Ho­len­der nie był idiotą, jak nie­któ­rzy ko­chliwi fa­ceci. Do­brze wie­dział, że to broń tej ko­biety. Jej piękno. Miała ma­giczny wpływ na wszyst­kich męż­czyzn. Taki, że kiedy tylko ją zo­ba­czyli, mieli jed­no­cze­śnie ochotę ją prze­le­cieć i po­siąść. Pró­bo­wać prze­mie­nić dziwkę w Ma­donnę. Nie­które ko­biety po pro­stu tak dzia­łają na męż­czyzn, któ­rzy z re­guły nie mają u nich szans. Po­my­ślał o ich pierw­szym spo­tka­niu. Bar­dzo dawno temu. Po dru­giej stro­nie globu. To on ją wy­brał, z jej strony wtedy nie było to do­bro­wolne, ale to się zmie­niło.

Czyż nie?

On sam nie­szcze­gól­nie przej­mo­wał się uczu­ciami in­nych, ale z ja­kie­goś po­wodu po­trze­bo­wał wie­dzieć, że jej de­cy­zja o tym, by pójść za nim, była szczera.

Stał przez chwilę, ko­ły­sząc się w ciem­no­ści. Wciąż go­to­wała się w nim wście­kłość, ale te­raz czuł też nie­po­kój. Stres. Ju­tro wielki dzień. Ostatni dzień pro­cesu. Miał już go­towy plan B, na wy­pa­dek gdyby zda­rzyło się naj­gor­sze, ale to, że jego te­le­fony po­zo­sta­wały bez od­po­wie­dzi, nie było czę­ścią żad­nego cho­ler­nego planu!

Usi­ło­wał re­gu­lar­nie od­dy­chać. Sta­rał się od­prę­żyć, cho­ciaż ma­rzył o od­re­ago­wa­niu swo­jej wście­kło­ści. Po­tem pod­szedł do za­kra­to­wa­nego okna. Ze swo­jej celi miał wi­dok na Cmen­tarz Za­chodni. Na po­mniki i groby dzie­wię­ciu ty­sięcy nie­miec­kich ofiar dru­giej wojny świa­to­wej. Nie­koń­czący się ho­ry­zont ma­łych bia­łych krzyży na na­gim wznie­sie­niu pod ży­dow­ską ka­plicą. Nie wie­dział wiele o hi­sto­rii Da­nii i wię­zie­nia, ale w ostat­nim cza­sie czę­sto za­sta­na­wiał się nad lo­ka­li­za­cją tego za­kładu w po­bliżu cmen­ta­rza. Czy zde­cy­do­wały po­wody czy­sto prak­tyczne? Aby uła­twić ostat­nią po­dróż? Więk­szość osa­dzo­nych to prak­tycz­nie żywe trupy. Po­zba­wieni ta­lentu drobni prze­stępcy, któ­rzy już mogą od­li­czać czas do końca.

On tu nie pa­so­wał. Tak bar­dzo, że...

Jego wzrok padł na mleko ka­ka­owe. Za chwilę spró­buje jesz­cze raz. Wy­cią­gnie to­rebkę z obrzy­dli­wego płynu i za­dzwoni. Po­dra­pał się po bliź­nie na czole.

Dla­czego nikt nie od­biera?!

7

W tym sa­mym cza­sieW in­nym miej­scu

Gdy łysy męż­czy­zna za­mknął kom­pu­ter, miał już za sobą dwie rze­czy: przy­go­to­wał to, co miało wy­da­rzyć się w są­dzie re­jo­no­wym w Ko­pen­ha­dze, kiedy Ho­len­der po­jawi się na scho­dach pro­wa­dzą­cych na plac Ny­torv. Wy­słał też za­szy­fro­wany mail do pro­ku­ra­tury. Dwie rze­czy, które łącz­nie przy­pie­czę­tują los oskar­żo­nego. I jed­no­cze­śnie dwa nie­od­wra­calne czyny. Coś, z czego nie można się już wy­co­fać. A ści­ślej mó­wiąc coś, z czego on nie może się już wy­co­fać. Nie ma co owi­jać w ba­wełnę. My­śle­nie w trze­ciej oso­bie by­łoby próbą sła­bego czło­wieka, by od­ciąć się od wła­snych wy­bo­rów.

Jed­nak przez krótką chwilę sie­dział bez ru­chu. Wpa­try­wał się w wy­łą­czony mo­ni­tor w po­koju, w któ­rym pa­no­wał pół­mrok. Za­sta­na­wiał się, czy bę­dzie tego ża­ło­wał. Aż ktoś mu prze­rwał.

- Dzię­kuję - po­wie­działa, kła­dąc dłoń na jego udzie. Bli­sko fiuta. - Te­raz wiem, że mnie ko­chasz.

Od­wró­cił się. Przy­glą­dał się ta­jem­ni­czej pięk­nej ko­bie­cie sto­ją­cej przy jego boku.

- Nie ma sprawy - od­parł krótko.

Wi­dok jej ciała i twa­rzy stłu­mił my­śli, które kłę­biły mu się w gło­wie. Wy­cią­gnął rękę w jej stronę, ale ona chwy­ciła jego dłoń. Po­ło­żyła ją na swoim po­liczku. Za­mknęła oczy. Po­tem za­częła się lekko ko­ły­sać, nu­cąc pio­senkę, któ­rej on nie ro­zu­miał. Po­zwo­lił jej na to. Cze­kał cier­pli­wie i za­uwa­żył, jak po chwili stward­niał jak ka­mień. Tak na niego dzia­łała. Ko­bieta przy jego boku. Jak żadna inna. Po­czuł się szczę­śliwy, kiedy w końcu otwo­rzyła oczy.

Szybki ruch i ostry dźwięk. Roz­pięła su­wak w jego bia­łych spodniach od gar­ni­turu, przez co jego fiut wy­sko­czył i ster­czał w pół­mroku.

Uśmiech­nęła się na ten wi­dok, wstała i po­cią­gnęła go w górę. Pod­dał się jej, po czym usa­dził ją na biurku. Roz­sze­rzyła nogi i zro­biła mu miej­sce. Kiedy w nią wszedł, po­czuł wil­goć i cie­pło jej ob­jęć, a pierw­sze ru­chy na­brały rytmu; ogar­nęła go eu­fo­ria. Wszel­kie ślady żalu na­tych­miast znik­nęły.

Za­czął ude­rzać moc­niej. In­ten­syw­niej. Chciał w niej być tak, jakby sta­no­wili je­den or­ga­nizm. I jesz­cze moc­niej.

Po­czuł w pod­brzu­szu, jak zbliża się wy­trysk. I do­szedł. Jakby eks­plo­do­wał. Ko­bieta wpa­try­wała się w niego, kiedy na­peł­niał ją swoim na­sie­niem. Wie­dział, że tego chciała. Na tym po­le­gała jej ma­gia. Chciała mu to po­ka­zać. A on chciał na to pa­trzeć. Wszystko, co kie­dyś na­le­żało do Ho­len­dra, było te­raz jego. Rów­nież ta ko­bieta.

Kiedy po chwili wy­szedł z niej i za­piął roz­po­rek, oto­czył ich za­pach ciała i spermy. Był te­raz spo­kojny. Tak jakby kie­dy­kol­wiek zda­rzało się ina­czej. W świe­cie, który otwie­rał się przed nim, zo­stali tylko oni dwoje. Reszta się nie li­czyła. Także ten te­le­fon, który cały wie­czór brzę­czał. Prawdę mó­wiąc, cały ty­dzień.

W tym sa­mym po­miesz­cze­niu, za­le­d­wie kilka me­trów od ły­sego męż­czy­zny i jego ko­biety, stało dzie­sięć kla­tek wy­so­ko­ści czło­wieka, usta­wio­nych w dłu­gim sze­regu. Wszyst­kie za­mknięte, przy­mo­co­wane do pod­łogi i ściany. I we wszyst­kich w mil­cze­niu wpa­try­wało się w ciem­ność dzie­sięć ko­biet.

8

Pro­ku­ra­tura przy Kamp­man­ns­gade

Kiedy pro­ku­ra­tor spe­cjalny Niels "Jazz" Over­ga­ard przy­szedł do pracy w nocy z czwartku na pią­tek, miał ochotę opróż­nić bu­telkę whi­sky Tul­la­more, którą trzy­mał w szu­fla­dzie w biurku. A po­tem wsko­czyć do Je­ziora Świę­tego Je­rzego. Nie mógł spać, a była to ko­lejna z wielu po­dob­nie wy­czer­pu­ją­cych nocy. Do tego po­ja­wiła się inna nie­przy­jemna rzecz - za­czął być opry­skliwy. W sto­sunku do swo­jej żony Anny, dwójki ich dzieci i trzy­na­sto­let­niego gol­den re­trie­vera Askego, który nie ro­bił nic poza spa­niem i pier­dze­niem. Prawdę mó­wiąc, Niels stał się tak nie­zno­śny, że Anna stwier­dziła, że może po­wi­nien zna­leźć so­bie inną pracę albo inną ro­dzinę, jak tak da­lej pój­dzie. Jed­nak co­raz gor­szy hu­mor Nie­lsa miał uza­sad­nioną przy­czynę. Roz­pacz. Bo ich sprawa prze­ciwko obrzy­dli­wie bo­ga­temu Mey­er­sowi van Ju­dzie - w me­diach na­zy­wa­nemu Ho­len­drem - za­częła się sy­pać. A tego zde­cy­do­wa­nie się nie spo­dzie­wał.

Pew­nego dnia do­wie­dzieli się, że za­możny biz­nes­men, który bry­lo­wał w to­wa­rzy­stwie w Ko­pen­ha­dze, był za­twar­dzia­łym prze­stępcą. Dzięki do­no­sowi od ano­ni­mo­wej osoby. Wcze­snego ranka, ta­kiego jak dziś, sześć mie­sięcy temu Niels otrzy­mał od nie­zna­nego nadawcy mail ze zdję­ciem. A kon­kret­nie ze zdję­ciem kon­te­nera w por­cie Fri­ha­vnen w ko­pen­ha­skiej dziel­nicy ?ster­bro. Cho­ciaż to, co było wi­dać na fo­to­gra­fii, za­zwy­czaj zda­rzało się bar­dzo da­leko od Da­nii.

Niels obej­rzał kie­dyś film Da­niel o duń­skim fo­to­gra­fie Da­nielu Rye, który zo­stał po­rwany przez pań­stwo is­lam­skie i przez trzy­sta dzie­więć­dzie­siąt osiem dni był wię­ziony w po­twor­nych wa­run­kach w Sy­rii. Oglą­dał go ra­zem ze swoją pięt­na­sto­let­nią córką Ama­lie w ki­nie. Ob­raz oka­zał się po pro­stu zbyt bru­talny. Dziew­czyna pła­kała w sa­mo­cho­dzie po dro­dze do domu, Niels miał wy­rzuty su­mie­nia i pró­bo­wał ją po­cie­szyć, wy­ja­śnia­jąc, że coś ta­kiego ni­gdy nie mo­głoby się zda­rzyć w Da­nii. To jed­nak nie po­mo­gło. Kiedy wró­cili do domu, cze­kała na nich wielka awan­tura. A do tego wszyst­kiego Niels póź­niej mu­siał przy­znać, że się po­my­lił.

Ta­kie rze­czy jed­nak zda­rzały się w Da­nii!

Bo w kon­te­ne­rze znaj­do­wały się trzy wy­cień­czone i wy­raź­nie odu­rzone ko­biety ze sku­tymi rę­kami i no­gami, za­kne­blo­wane ta­śmą kle­jącą i przy­pięte do haka na dnie kon­te­nera. Zdję­cie było dość ciemne, ale znaj­du­jący się we­wnątrz męż­czy­zna, sto­jący nad ko­bie­tami - duży, z sze­roką twa­rzą, głę­boko osa­dzo­nymi oczami i wy­raźną szczęką - to bez wąt­pie­nia Mey­ers, a fo­to­graf ob­jął ka­drem rów­nież nu­mer kon­te­nera. To wszystko sta­no­wiło tak prze­ko­nu­jący do­wód, że van Juda jesz­cze tego sa­mego dnia zo­stał aresz­to­wany w po­ło­wie steku, któ­rym de­lek­to­wał się w eks­klu­zyw­nej re­stau­ra­cji przy Bred­gade, i oskar­żony o han­del ludźmi.

Naj­cie­kaw­szy na tych zdję­ciach był jed­nak wy­gląd tych ko­biet. Po­cho­dziły z Afryki. Kiedy pro­ku­ra­tura w trak­cie do­cho­dze­nia prze­śle­dziła trasę kon­te­nera aż do punktu po­cząt­ko­wego, stwier­dzono, że "ła­du­nek" po­cho­dził z portu w Tu­ne­zji. Skąd się wzięły, nie wia­domo, ale ich czarna jak wę­giel skóra wska­zy­wała na Afrykę Za­chod­nią lub Środ­kową. Z tego sa­mego po­wodu nie­zwy­kłe wy­da­wało się to, że wszyst­kie trzy ko­biety miały fan­ta­styczne ja­sno­nie­bie­skie oczy! Póź­niej Niels do­wie­dział się, że jest to wy­nik szcze­gól­nej mu­ta­cji ge­ne­tycz­nej. I choć osoby nią do­tknięte - głów­nie ko­biety - w swo­ich pry­mi­tyw­nych i prze­sąd­nych spo­łecz­no­ściach wiej­skich czę­sto były uwa­żane za prze­klęte, to sta­wały się przed­mio­tem szcze­gól­nej ga­łęzi han­dlu ludźmi. Wy­wo­żono ich i sprze­da­wano za ogromne sumy w dark­ne­cie. Jak rzad­kie rasy zwie­rząt. Zja­wi­sko to miało na­wet swoją na­zwę.

Ta­kie ko­biety na­zy­wano Jed­no­roż­cami.

Kiedy sprawa tra­fiła do sądu re­jo­no­wego, Niels nie miał wąt­pli­wo­ści, że za­ła­twią Mey­ersa van Judę. Niels otrzy­mał prze­zwi­sko "Jazz" z po­wodu swo­ich mu­zycz­nych pre­fe­ren­cji. Kiedy pra­co­wał do późna, ze sto­ją­cego w jego biu­rze sza­rego ze­stawu Be­oso­und Core sły­chać było miły dźwięk sak­so­fonu Char­liego Par­kera. Ale też dla­tego, że - po­dob­nie jak Par­ker - umiał im­pro­wi­zo­wać. Po­ru­szać się po spra­wie w prawo i w lewo oraz w górę i w dół w spo­sób, który mie­szał szyki jego prze­ciw­ni­kom. Osiem wy­ro­ków ska­zu­ją­cych w ciągu za­le­d­wie roku mó­wiło samo za sie­bie. Tym ra­zem jed­nak z każ­dym ko­lej­nym z dwu­na­stu dni pro­cesu, sprawa za­czy­nała się roz­pa­dać jak her­bat­nik w cie­płym mleku. Z po­wodu naj­bar­dziej iry­tu­ją­cego ad­wo­kata na świe­cie.

Mey­ers wy­brał na obrońcę Si­mona Gold­sch­midta, który w nie­zwy­kle zręczny spo­sób sy­pał piach w tryby pro­ku­ra­tor­skiej ma­chiny i któ­remu udało mu się za­siać ziarno wąt­pli­wo­ści w od­nie­sie­niu do wszyst­kiego: lo­ka­li­za­cji, nu­meru kon­te­nera i au­ten­tycz­no­ści zdję­cia.

Trzeba było zro­zu­mieć, że biz­nes­men od­no­szący ta­kie suk­cesy jak Mey­ers van Juda miał wro­gów, a fo­to­gra­fia mo­gła być prze­cież fał­szywką. Aby tego do­wieść, Gold­sch­midt za­pre­zen­to­wał przy­kład na to, jak ła­two sfał­szo­wać tego ro­dzaju do­wody, przed­sta­wia­jąc zdję­cie tej sa­mej sceny, w któ­rej męż­czy­zna po­chy­la­jący się nad ko­bie­tami miał twarz Nie­lsa, co wy­wo­łało uśmiech u kilku ław­ni­ków, cho­ciaż sę­dziom udało się za­cho­wać po­wagę.

Jed­nak gdy sprawa zbli­żała się do końca, Niels do­strzegł już w ich ob­li­czach. Za­równo przy­się­głych, jak i sę­dziów. Wąt­pli­wość. A to za­wsze ozna­cza prze­graną. Na­wet nie­wiel­kie ry­zyko wy­da­nia nie­spra­wie­dli­wego wy­roku było zu­peł­nie nie do przy­ję­cia. Krótko mó­wiąc: sprawa, która wy­da­wała się ab­so­lut­nym pew­nia­kiem i wiel­kim suk­ce­sem wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści, zwię­dła jak bu­kiet kwia­tów w chło­pię­cym po­koju. A Niels nie czuł się w związku z tym tylko nie­szczę­śliwy. Czuł się winny!

Tak więc w pią­tek rano, kiedy przy­szedł do pracy i włą­czył kom­pu­ter, chciał się upić i znik­nąć w czar­nej ja­mie. Był to ostatni dzień pro­cesu i Mey­ers miał opu­ścić bu­dy­nek sądu jako wolny czło­wiek. Aby stało się ina­czej, pro­ku­ra­tura po­trze­bo­wała praw­dzi­wego cudu. Dla­tego gdy Niels za­uwa­żył, że w jego skrzynce od­bior­czej po­ja­wił się ko­lejny mail od ano­ni­mo­wego nadawcy, tliła się w nim za­le­d­wie słaba na­dzieja. Tym ra­zem wia­do­mość za­wie­rała film. Na­dzieję, która prze­mie­niła się w ra­dość i nową siłę do walki, mimo że ka­dry były nie­praw­do­po­dob­nie straszne.

Przez mniej wię­cej dwie mi­nuty Mey­ers ma­sa­kro­wał czar­no­skórą ko­bietę. Lo­kal o ni­skim stro­pie nie miał okien, więc scenę oświe­tlały po­tężne re­flek­tory i nie było cie­nia wąt­pli­wo­ści, że na fil­mie jest Ho­len­der. Było go też sły­chać! Wrzesz­czał na ko­bietę, okła­da­jąc ją pię­ściami. Oboje znaj­do­wali się w celi, jed­nej z wielu. Nie­lsowi udało się zli­czyć trzy za­mknięte ko­biety po­ru­sza­jące się ner­wowo w są­sied­nich klat­kach w ostrych pro­mie­niach lamp. Wszyst­kie cha­rak­te­ry­zo­wały się ta­kim sa­mym, bar­dzo szcze­gól­nym wy­glą­dem, jak te w kon­te­ne­rze. Czarna skóra i błę­kitne oczy.

Jed­no­rożce.

Film koń­czył się, kiedy po­bita ko­bieta le­żała bez ru­chu na pod­ło­dze swo­jej celi, zwi­nięta w po­zy­cji em­brio­nal­nej. Cho­dziło tu o wy­mie­rze­nie kary, w któ­rym Mey­ers od­gry­wał główną rolę jako straż­nik wię­zienny i sprawca prze­mocy. Na do­da­tek stał tam jesz­cze je­den męż­czy­zna - rów­nież ła­two roz­po­zna­walny, bo przy­po­mi­nał ko­pię Ho­len­dra - cze­ka­jąc z ręcz­ni­kiem, aż ten wyj­dzie z celi. Był nie­mal nagi, a z jego maj­tek wy­sta­wał wielki mo­kry czło­nek we wzwo­dzie, co w pa­skudny spo­sób po­ka­zy­wało, co jesz­cze działo się w po­miesz­cze­niu.

"Niech to szlag, wspa­niale!" - po­my­ślał Niels, kiedy zo­ba­czył tego dru­giego. Był to młod­szy brat Mey­ersa. Dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu.

Po wy­ko­na­niu ogrom­nej liczby ko­pii za­pa­so­wych dla bez­pie­czeń­stwa za­pi­sał film na pen­dri­vie, któ­rego wło­żył do teczki. Na­stęp­nie wy­słał plik do obrońcy Mey­ersa, Gold­sch­midta, co mu­siał zro­bić. Ten pewny sie­bie i aro­gancki drań na pewno za­cznie na­rze­kać na późne przed­sta­wie­nie do­wodu i za­żąda od­ro­cze­nia sprawy. To się jed­nak nie uda. Prze­wod­ni­czący składu sę­dziow­skiego, zrzę­dliwy sę­dzia Brandt, był nie­złomny i z całą pew­no­ścią nie da się na­brać. Nie ży­wił cie­płych uczuć do obrońcy, który za­ra­biał dzie­sięć razy wię­cej niż on sam, a do tego nowy do­wód zda­wał się so­lidny jak skała. Mey­ers był za­ła­twiony, nie­za­leż­nie od tego, ile praw­ni­czych sztu­czek za­sto­so­wałby jego ad­wo­kat.

Na ko­niec Niels na­lał so­bie bez­wstyd­nie dużą szkla­neczkę whi­sky z prze­cho­wy­wa­nej w szu­fla­dzie bu­telki, którą otwie­rał za­zwy­czaj wtedy, gdy wy­gry­wał ja­kąś sprawę. Po­tem po­ło­żył nogi na biurku i przy­glą­dał się, jak po­ranne słońce opro­mie­nia Je­zioro Świę­tego Je­rzego.

Ży­cie było cu­downe. Znowu.