- 1 -
- Uprzedzam, że nasza rozmowa ma charakter prywatny i raczej prosiłbym o dyskrecję. - Wójt gminy Igłów wykorzystał przypadkowe spotkanie na korytarzu urzędu gminy z Andrzejem Wódką, prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w Igłowie, i upewniwszy się, że ten nigdzie się nie spieszy, poprosił go do swojego gabinetu. - Chodzi mi o to, że jestem wręcz zalewany prośbami i wnioskami o dofinansowanie waszej jednostki, a nie podoba mi się, jak działacie - powiedział dość ostro i bez ceregieli, patrząc prosto w oczy swemu rozmówcy.
- Nie bardzo wiem, o co wójtowi chodzi. Ja i moi druhowie robimy, co do nas należy. Jak jest wezwanie do pożaru, to jedziemy go gasić. Jak jest wypadek drogowy i trzeba kogoś ratować, to ratujemy. A jak trzeba kota zdjąć z czubka drzewa, to idziemy po niego i zdejmujemy. Chyba o to chodzi w naszej ochotniczej służbie? Czy się mylę?
- Nie myli się pan. To wszystko prawda. Robicie, co do was należy, ale się nie rozwijacie. Nie podnosicie standardów. Nie równacie do góry, tylko lecicie w dół. I jeszcze oczekujecie, że gmina dołoży wam pieniędzy a to do remontu remizy, a to do nowego wozu strażackiego.
- Może się mylę, ale to chyba oczywiste, że ja w imieniu naszej jednostki wnioskuję do wójta, jako osoby pełniącej najwyższą funkcję w gminie, o wsparcie finansowe mające na celu poprawę warunków naszej służby, od której przecież zależy bezpieczeństwo mieszkańców Igłowa i okolicy?
- Wszystko się zgadza oprócz tego, co już powiedziałem, ale pan chyba nie zrozumiał. Wasza ochotnicza straż zatrzymała się mentalnie dawno temu.
- Jak to, mentalnie? Nie rozumiem? Może wójt dać jakiś przykład? Coś, co źle zrobiliśmy?
Andrzej zupełnie nie rozumiał, o co wójtowi chodziło, i okazywał to całym sobą. Nie tylko dopytywał się o konkrety, ale miał taką minę, jakby słuchał wykładu o wpływie globalnego ocieplenia na płodność krokodyli różańcowych na wyspie Borneo, które absolutnie ani go nie interesowały, ani nawet nie miał pojęcia, że tam żyją i się rozmnażają.
- Powiem wprost, bo jak już na wstępie wspomniałem, nasza rozmowa jest czysto prywatna i całkiem nieplanowana. Otóż nie podoba mi się, że w waszej jednostce nie ma aktywnych strażaczek. I że nie prowadzicie grupy młodzieżowej. Mam też parę innych zastrzeżeń, ale to drobniejsze sprawy i nie będę przedłużał naszego spotkania, bo trochę się spieszę.
- Chyba nas wójt pomylił z inną jednostką, bo u nas są dwie panie - zaczął protestować Andrzej, który od niezrozumienia zaczął szybko przechodzić w stan obrażenia.
- Są, ale tylko formalnie. Chyba że stanie w poczcie sztandarowym podczas wielkanocnej rezurekcji nazywa pan służbą - zakpił wójt.
- A co w tym złego, że stoją w poczcie? Taka nasza tradycja. Bogu na chwałę, ludziom na ratunek. Zapomniał wójt o tym?
- Nie zapomniałem, tylko staram się iść z duchem czasu. A ten jest taki, że na całym świecie, a przynajmniej w tej jego części, gdzie kobiety mają jakieś prawa, panie są aktywnymi strażaczkami, żołnierkami, policjantkami...
- Już kiedyś było hasło "kobiety na traktory", o ile dobrze kojarzę - zaśmiał się złośliwie Wódka. - I dobrze wiemy, jak to się skończyło. Nasze koleżanki nie nadają się do wyjazdów na akcje gaszenia pożarów. Za to są świetne w pełnieniu funkcji reprezentacyjnych. Zresztą tak było zawsze.
- Czyli?
- No, od początku jak powstała nasza straż. Zawsze należały do niej żony druhów, które zajmowały się organizowaniem zaplecza gastronomicznego na strażackie imprezy i były ozdobą pocztów sztandarowych. Pamiętam z dzieciństwa żonę ówczesnego prezesa, zresztą jeszcze żyjącego, Józefa Dembowskiego, chyba Marysia na nią mówili. Ta przykładna strażaczka nie tylko pięknie się prezentowała, stojąc na różnych uroczystościach obok strażackiej chorągwi, ale też karmiła nas, dzieciaków na festynach własnoręcznie robionymi słodkimi szyszkami z ryżu preparowanego. Piękna kobieta z niej była. Potem prąd ją zabił podczas prania czy coś takiego. Straszna tragedia. Tym bardziej że pani Dembowska była bardzo ważna dla swej rodziny i naszej straży.
- Zapewne było tak, jak pan mówi, ale to dawne czasy. I nikt już szyszek z preparowanego ryżu ani nie je, ani ich nie robi. Bo teraz mamy dwudziesty pierwszy wiek i wszystko rządzi się innymi prawami.
- Niby co się tak zmieniło, oprócz pojawienia telefonów komórkowych, Internetu i chipsów?
- Wszystko. Ale to, że pan nie rozumie, o co mi chodzi, tłumaczy, dlaczego w waszej straży jest, jak jest. Bo i pan, i pana koledzy jesteście zamknięci na postęp. Na rozwój. No i na kobiety.
- O, wypraszam to sobie! Ja tam na kobiety zawsze byłem i jestem otwarty. Szczególnie teraz, gdy formalnie jestem singlem. Tak, jestem singlem! Czy to brzmi wystarczająco postępowo? Bo jakbym się nazywał rozwodnikiem, to pewnie by mnie wójt wyśmiał, że to słowo śmierdzi zacofaniem? Mam rację?
- My się w ogóle nie rozumiemy, panie Andrzeju. Ja, z racji stanowiska, muszę ciągle się rozwijać. Dużo czytam, myślę i porównuję. I jasno widzę, że na tle całego kraju wasza jednostka jawi się jako miejsce, gdzie praktycznie nie ma kobiet, a te, co są, po prostu są dyskryminowane. Ich rola jest spłycona i sprowadzona do funkcji służebnej, a nie sprawczej.
- Można tak po polsku, bo nie rozumiem? - Andrzej miał dość i wójta, za którym od początku znajomości nie przepadał, i tej rozmowy.
- Dobrze. Kończmy już tę dyskusję, bo zmierza donikąd. Powiem wprost, ale całkiem prywatnie. Jak w Ochotniczej Straży Pożarnej w Igłowie nie pojawi się więcej kobiet, zaznaczam, młodych kobiet i nie żon strażaków, tylko innych dziewczyn, to o pomocy finansowej proszę zapomnieć.
- Nie ma sprawy. Jeśli tylko o to chodzi, to zaraz przejadę się po okolicy i znajdę parę ładnych i chętnych do współpracy dupci.
- Panie Andrzeju! Nie tym tonem i nie takim słownictwem! Jestem pewny, że w tej okolicy są panie zainteresowane prawdziwą służbą. I one powinny mieć szansę dostania się na właściwy kurs, aby potem, ramię w ramię z wami, mężczyznami, brać udział w akcjach. Zresztą od czasu do czasu dochodzą do mnie, na razie jeszcze nieformalne, skargi, że nie chcecie przyjmować do straży dziewczyn. Podobno zbywacie je byle czym. Że niby to nie dla nich, bo za ciężko, bo niebezpiecznie i tym podobne frazesy. Jak ktoś w końcu upubliczni tę sprawę w mediach, to będzie afera na cały kraj albo i dalej. Może to i do samej Australii dotrze, a tam to już w ogóle będzie burza. Z tego, co kojarzę z telewizji, to jak w Australii są wielkie pożary, naprawdę olbrzymie, to tam strażaczki razem ze strażakami gaszą ogień i ratują koale. I cały świat to widzi. I bierze z nich przykład. A wy nie.
- No, kurwa! - wyrwało się zdenerwowanemu Andrzejowi. - Jak wójt chce wzruszających fotek, to zaraz zrobimy parę, jak nasza Anka czy Iza wchodzi na drzewo po kota albo psa z wody wyciąga, i będzie to samo. Tam te naćpane miśki, a u nas koty i psy. Wszystko da się zrobić dla mediów i poklasku. Sztucznego zresztą. Tego wójt chce?
- I po co ta ironia i drwina? Panie Andrzeju, pan, prezes tak potrzebnej ludziom organizacji, jakby w ogóle nie rozumiał moich intencji. Mojej troski. Ja tu prywatnie rozmawiam. Czas mój cenny poświęcam, ale go nie marnuję - zaznaczył dobitnie wójt. - Chcę zapobiec takim kłopotom, jak to całkiem niedawno z kołami naszych gospodyń były. Cała Polska czytała historie z naszego igłowskiego podwórka. Dziennikarzyny różne prawie co dzień do mnie wydzwaniały, żebym się ustosunkował do tego czy owego. I obawiam się, że jak pan czegoś z tą kwestią kobiet w straży nie zrobi, to niedługo historia może się powtórzyć. Teraz to jest nie tylko światowy, ale ogólnopolski trend, żebyśmy mieli dużo dziewczyn w mundurach. Chłopaków zresztą też. Nawet w pobliskim zespole szkół dla naszej młodzieży jest liceum, gdzie uczą i o wojsku, i o policji. O straży pożarnej też. Młodzież tam się dużo fajnej, teoretycznej wiedzy nasłucha, a potem, w rzeczywistości, zderza się ze ścianą, gdy chce na przykład do was się dostać. I nie może, bo wy ich z jakichś dziwnych powodów nie chcecie. A słyszałem, że w pana straży to też nepotyzm jest ogromny. Sami synowie, zięciowie, ewentualnie dwie żony. Podobno do niedawna były nawet trzy... - Wójt z szelmowskim uśmiechem spojrzał na Andrzeja, celowo robiąc aluzję do jego byłej żony, która do rozwodu pełniła w straży funkcję skarbniczki. A po rozwodzie po cichu zniknęła i z okolicy, i z jednostki też.
- Moja była żona odeszła na własną prośbę. Wyprowadziła się daleko i tam, gdzie teraz mieszka, też podobno jest druhną w miejscowej straży. Tak słyszałem - odparł zimno Andrzej. - To czego ostatecznie wójt chce ode mnie?
- Jeszcze raz powtarzam, zmian. Nowoczesnego podejścia do kwestii naboru nowych członków. Najlepiej, jakbyście akcję zachęcającą dziewczyny do wstępowania do straży zrobili i zareklamowali w waszych social mediach, bo je oczywiście macie i regularnie dodajecie na nie wpisy? Prawda?
- To chyba jasne, że jak mamy, to wpisy dodajemy - burknął prezes, mijając się nieco z prawdą.
- To dobrze. Wspomnijcie tam raz czy dwa, że czekacie na chętne do strażackich działań panie. To by znacznie ociepliło i poprawiło wasz skostniały wizerunek. A ja miałbym podstawę do przyznania waszej jednostce funduszy. Na przykład na remont remizy. Bo wie pan, jak będzie więcej dziewczyn, to i toaleta powinna być na wyższym poziomie. Sam pan rozumie. Wszystko musi mieć swoje uzasadnienie. A udawanych zdjęć to mam na pęczki. O, choćby w tym ostatnim biuletynie o jednostkach ochotniczych straży pożarnych na terenie naszej gminy. - Włodarz Igłowa wziął z biurka kolorowy folder i przewracając strona po stronie, machał nim Andrzejowi przed nosem, komentując, co mu się na tych zdjęciach nie podobało. - Każda jednostka narobiła sobie zdjęć w galowym umundurowaniu. Nieliczne kobiety ustawiono z przodu, żeby były dobrze widoczne. Że niby są. Niektóre z nich nawet mundurów nie mają, bo po cywilnemu wystąpiły. O czym to świadczy? Chyba nie o tym, że one coś w straży robią? Obok zdjęć są podpisy, która pani czym się zajmuje. I czego można się dowiedzieć? Że są skarbniczkami, sekretarzami, kronikarkami, a czasami gospodarzami, ale żadna nie jest prezeską ani wiceprezeską, ani członkinią zarządu. Krótko mówiąc, te panie, podobnie jak wspomniana świętej pamięci żona Józefa Dembowskiego, zajmują się robieniem słodyczy na festyny i parzeniem kawy. A powinny tu być zdjęcia z akcji, jak gaszą pożary. Rozumiemy się w końcu?
- Taaa, jasne. Ja zwerbuję dziewczyny, a wójt będzie za nie rozwijał węże podczas gaszenia pożaru i dźwigał butle z tlenem. Naprawdę życzę powodzenia w tych fantazjach. Kobiety powinno się chronić, a nie prosto w łapy śmierci pchać. A jak któraś podczas akcji poroni, to kto za to weźmie odpowiedzialność? No kto?
- To nie są żadne fantazje, tylko światowe standardy. Kobiety mogą i chcą na równi z nami, facetami, zajmować się tym, co do niedawna przypisywano tylko mężczyznom. Jak któraś będzie w ciąży, to logiczne, że do ciężkich akcji się nie zgłosi. I ten pański argument to jest, jak to się dzisiaj mówi, argument inwalida. A w ogóle to, co pan mówi i na co dzień serwuje swoim koleżankom, to nie jest żadna ochrona, tylko wykluczenie. Oczywiście ja tylko sugeruję, co by było dobre dla waszej jednostki, ale jeśli pan, prezesie, nie chce iść z duchem czasu, to nie ma sprawy. Jednostki z Grzybowa czy Orzechowa też mają dużo potrzeb, a są bardziej skłonne do rozwoju. Zatem... miłego dnia, panie Andrzeju. - Wójt też miał już dość tej rozmowy i zakończył spotkanie, w którym kilkanaście minut wcześniej pokładał spore nadzieje.
- Wzajemnie - mruknął Andrzej i niechętnie uścisnął na pożegnanie dłoń wójta Igłowa.
Ograniczony idiota, uznał wójt, gdy za prezesem zamknęły się drzwi.
Normalnie świrus, Andrzej nie był mu dłużny i też pomyślał mało pochlebnie o swym rozmówcy.