Córka strażaka - Agnieszka Olszanowska

Reflow text when sidebars are open.
- Uprzedzam, że nasza rozmowa ma charakter prywatny i raczej prosiłbym o dyskrecję. - Wójt gminy Igłów wykorzystał przypadkowe spotkanie na korytarzu urzędu gminy z Andrzejem Wódką, prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w Igłowie, i upewniwszy się, że ten nigdzie się nie spieszy, poprosił go do swojego gabinetu. - Chodzi mi o to, że jestem wręcz zalewany prośbami i wnioskami o dofinansowanie waszej jednostki, a nie podoba mi się, jak działacie - powiedział dość ostro i bez ceregieli, patrząc prosto w oczy swemu rozmówcy.
- Nie bardzo wiem, o co wójtowi chodzi. Ja i moi druhowie robimy, co do nas należy. Jak jest wezwanie do pożaru, to jedziemy go gasić. Jak jest wypadek drogowy i trzeba kogoś ratować, to ratujemy. A jak trzeba kota zdjąć z czubka drzewa, to idziemy po niego i zdejmujemy. Chyba o to chodzi w naszej ochotniczej służbie? Czy się mylę?
- Nie myli się pan. To wszystko prawda. Robicie, co do was należy, ale się nie rozwijacie. Nie podnosicie standardów. Nie równacie do góry, tylko lecicie w dół. I jeszcze oczekujecie, że gmina dołoży wam pieniędzy a to do remontu remizy, a to do nowego wozu strażackiego.
- Może się mylę, ale to chyba oczywiste, że ja w imieniu naszej jednostki wnioskuję do wójta, jako osoby pełniącej najwyższą funkcję w gminie, o wsparcie finansowe mające na celu poprawę warunków naszej służby, od której przecież zależy bezpieczeństwo mieszkańców Igłowa i okolicy?
- Wszystko się zgadza oprócz tego, co już powiedziałem, ale pan chyba nie zrozumiał. Wasza ochotnicza straż zatrzymała się mentalnie dawno temu.
- Jak to, mentalnie? Nie rozumiem? Może wójt dać jakiś przykład? Coś, co źle zrobiliśmy?
Andrzej zupełnie nie rozumiał, o co wójtowi chodziło, i okazywał to całym sobą. Nie tylko dopytywał się o konkrety, ale miał taką minę, jakby słuchał wykładu o wpływie globalnego ocieplenia na płodność krokodyli różańcowych na wyspie Borneo, które absolutnie ani go nie interesowały, ani nawet nie miał pojęcia, że tam żyją i się rozmnażają.
- Powiem wprost, bo jak już na wstępie wspomniałem, nasza rozmowa jest czysto prywatna i całkiem nieplanowana. Otóż nie podoba mi się, że w waszej jednostce nie ma aktywnych strażaczek. I że nie prowadzicie grupy młodzieżowej. Mam też parę innych zastrzeżeń, ale to drobniejsze sprawy i nie będę przedłużał naszego spotkania, bo trochę się spieszę.
- Chyba nas wójt pomylił z inną jednostką, bo u nas są dwie panie - zaczął protestować Andrzej, który od niezrozumienia zaczął szybko przechodzić w stan obrażenia.
- Są, ale tylko formalnie. Chyba że stanie w poczcie sztandarowym podczas wielkanocnej rezurekcji nazywa pan służbą - zakpił wójt.
- A co w tym złego, że stoją w poczcie? Taka nasza tradycja. Bogu na chwałę, ludziom na ratunek. Zapomniał wójt o tym?
- Nie zapomniałem, tylko staram się iść z duchem czasu. A ten jest taki, że na całym świecie, a przynajmniej w tej jego części, gdzie kobiety mają jakieś prawa, panie są aktywnymi strażaczkami, żołnierkami, policjantkami...
- Już kiedyś było hasło "kobiety na traktory", o ile dobrze kojarzę - zaśmiał się złośliwie Wódka. - I dobrze wiemy, jak to się skończyło. Nasze koleżanki nie nadają się do wyjazdów na akcje gaszenia pożarów. Za to są świetne w pełnieniu funkcji reprezentacyjnych. Zresztą tak było zawsze.
- Czyli?
- No, od początku jak powstała nasza straż. Zawsze należały do niej żony druhów, które zajmowały się organizowaniem zaplecza gastronomicznego na strażackie imprezy i były ozdobą pocztów sztandarowych. Pamiętam z dzieciństwa żonę ówczesnego prezesa, zresztą jeszcze żyjącego, Józefa Dembowskiego, chyba Marysia na nią mówili. Ta przykładna strażaczka nie tylko pięknie się prezentowała, stojąc na różnych uroczystościach obok strażackiej chorągwi, ale też karmiła nas, dzieciaków na festynach własnoręcznie robionymi słodkimi szyszkami z ryżu preparowanego. Piękna kobieta z niej była. Potem prąd ją zabił podczas prania czy coś takiego. Straszna tragedia. Tym bardziej że pani Dembowska była bardzo ważna dla swej rodziny i naszej straży.
- Zapewne było tak, jak pan mówi, ale to dawne czasy. I nikt już szyszek z preparowanego ryżu ani nie je, ani ich nie robi. Bo teraz mamy dwudziesty pierwszy wiek i wszystko rządzi się innymi prawami.
- Niby co się tak zmieniło, oprócz pojawienia telefonów komórkowych, Internetu i chipsów?
- Wszystko. Ale to, że pan nie rozumie, o co mi chodzi, tłumaczy, dlaczego w waszej straży jest, jak jest. Bo i pan, i pana koledzy jesteście zamknięci na postęp. Na rozwój. No i na kobiety.
- O, wypraszam to sobie! Ja tam na kobiety zawsze byłem i jestem otwarty. Szczególnie teraz, gdy formalnie jestem singlem. Tak, jestem singlem! Czy to brzmi wystarczająco postępowo? Bo jakbym się nazywał rozwodnikiem, to pewnie by mnie wójt wyśmiał, że to słowo śmierdzi zacofaniem? Mam rację?
- My się w ogóle nie rozumiemy, panie Andrzeju. Ja, z racji stanowiska, muszę ciągle się rozwijać. Dużo czytam, myślę i porównuję. I jasno widzę, że na tle całego kraju wasza jednostka jawi się jako miejsce, gdzie praktycznie nie ma kobiet, a te, co są, po prostu są dyskryminowane. Ich rola jest spłycona i sprowadzona do funkcji służebnej, a nie sprawczej.
- Można tak po polsku, bo nie rozumiem? - Andrzej miał dość i wójta, za którym od początku znajomości nie przepadał, i tej rozmowy.
- Dobrze. Kończmy już tę dyskusję, bo zmierza donikąd. Powiem wprost, ale całkiem prywatnie. Jak w Ochotniczej Straży Pożarnej w Igłowie nie pojawi się więcej kobiet, zaznaczam, młodych kobiet i nie żon strażaków, tylko innych dziewczyn, to o pomocy finansowej proszę zapomnieć.
- Nie ma sprawy. Jeśli tylko o to chodzi, to zaraz przejadę się po okolicy i znajdę parę ładnych i chętnych do współpracy dupci.
- Panie Andrzeju! Nie tym tonem i nie takim słownictwem! Jestem pewny, że w tej okolicy są panie zainteresowane prawdziwą służbą. I one powinny mieć szansę dostania się na właściwy kurs, aby potem, ramię w ramię z wami, mężczyznami, brać udział w akcjach. Zresztą od czasu do czasu dochodzą do mnie, na razie jeszcze nieformalne, skargi, że nie chcecie przyjmować do straży dziewczyn. Podobno zbywacie je byle czym. Że niby to nie dla nich, bo za ciężko, bo niebezpiecznie i tym podobne frazesy. Jak ktoś w końcu upubliczni tę sprawę w mediach, to będzie afera na cały kraj albo i dalej. Może to i do samej Australii dotrze, a tam to już w ogóle będzie burza. Z tego, co kojarzę z telewizji, to jak w Australii są wielkie pożary, naprawdę olbrzymie, to tam strażaczki razem ze strażakami gaszą ogień i ratują koale. I cały świat to widzi. I bierze z nich przykład. A wy nie.
- No, kurwa! - wyrwało się zdenerwowanemu Andrzejowi. - Jak wójt chce wzruszających fotek, to zaraz zrobimy parę, jak nasza Anka czy Iza wchodzi na drzewo po kota albo psa z wody wyciąga, i będzie to samo. Tam te naćpane miśki, a u nas koty i psy. Wszystko da się zrobić dla mediów i poklasku. Sztucznego zresztą. Tego wójt chce?
- I po co ta ironia i drwina? Panie Andrzeju, pan, prezes tak potrzebnej ludziom organizacji, jakby w ogóle nie rozumiał moich intencji. Mojej troski. Ja tu prywatnie rozmawiam. Czas mój cenny poświęcam, ale go nie marnuję - zaznaczył dobitnie wójt. - Chcę zapobiec takim kłopotom, jak to całkiem niedawno z kołami naszych gospodyń były. Cała Polska czytała historie z naszego igłowskiego podwórka. Dziennikarzyny różne prawie co dzień do mnie wydzwaniały, żebym się ustosunkował do tego czy owego. I obawiam się, że jak pan czegoś z tą kwestią kobiet w straży nie zrobi, to niedługo historia może się powtórzyć. Teraz to jest nie tylko światowy, ale ogólnopolski trend, żebyśmy mieli dużo dziewczyn w mundurach. Chłopaków zresztą też. Nawet w pobliskim zespole szkół dla naszej młodzieży jest liceum, gdzie uczą i o wojsku, i o policji. O straży pożarnej też. Młodzież tam się dużo fajnej, teoretycznej wiedzy nasłucha, a potem, w rzeczywistości, zderza się ze ścianą, gdy chce na przykład do was się dostać. I nie może, bo wy ich z jakichś dziwnych powodów nie chcecie. A słyszałem, że w pana straży to też nepotyzm jest ogromny. Sami synowie, zięciowie, ewentualnie dwie żony. Podobno do niedawna były nawet trzy... - Wójt z szelmowskim uśmiechem spojrzał na Andrzeja, celowo robiąc aluzję do jego byłej żony, która do rozwodu pełniła w straży funkcję skarbniczki. A po rozwodzie po cichu zniknęła i z okolicy, i z jednostki też.
- Moja była żona odeszła na własną prośbę. Wyprowadziła się daleko i tam, gdzie teraz mieszka, też podobno jest druhną w miejscowej straży. Tak słyszałem - odparł zimno Andrzej. - To czego ostatecznie wójt chce ode mnie?
- Jeszcze raz powtarzam, zmian. Nowoczesnego podejścia do kwestii naboru nowych członków. Najlepiej, jakbyście akcję zachęcającą dziewczyny do wstępowania do straży zrobili i zareklamowali w waszych social mediach, bo je oczywiście macie i regularnie dodajecie na nie wpisy? Prawda?
- To chyba jasne, że jak mamy, to wpisy dodajemy - burknął prezes, mijając się nieco z prawdą.
- To dobrze. Wspomnijcie tam raz czy dwa, że czekacie na chętne do strażackich działań panie. To by znacznie ociepliło i poprawiło wasz skostniały wizerunek. A ja miałbym podstawę do przyznania waszej jednostce funduszy. Na przykład na remont remizy. Bo wie pan, jak będzie więcej dziewczyn, to i toaleta powinna być na wyższym poziomie. Sam pan rozumie. Wszystko musi mieć swoje uzasadnienie. A udawanych zdjęć to mam na pęczki. O, choćby w tym ostatnim biuletynie o jednostkach ochotniczych straży pożarnych na terenie naszej gminy. - Włodarz Igłowa wziął z biurka kolorowy folder i przewracając strona po stronie, machał nim Andrzejowi przed nosem, komentując, co mu się na tych zdjęciach nie podobało. - Każda jednostka narobiła sobie zdjęć w galowym umundurowaniu. Nieliczne kobiety ustawiono z przodu, żeby były dobrze widoczne. Że niby są. Niektóre z nich nawet mundurów nie mają, bo po cywilnemu wystąpiły. O czym to świadczy? Chyba nie o tym, że one coś w straży robią? Obok zdjęć są podpisy, która pani czym się zajmuje. I czego można się dowiedzieć? Że są skarbniczkami, sekretarzami, kronikarkami, a czasami gospodarzami, ale żadna nie jest prezeską ani wiceprezeską, ani członkinią zarządu. Krótko mówiąc, te panie, podobnie jak wspomniana świętej pamięci żona Józefa Dembowskiego, zajmują się robieniem słodyczy na festyny i parzeniem kawy. A powinny tu być zdjęcia z akcji, jak gaszą pożary. Rozumiemy się w końcu?
- Taaa, jasne. Ja zwerbuję dziewczyny, a wójt będzie za nie rozwijał węże podczas gaszenia pożaru i dźwigał butle z tlenem. Naprawdę życzę powodzenia w tych fantazjach. Kobiety powinno się chronić, a nie prosto w łapy śmierci pchać. A jak któraś podczas akcji poroni, to kto za to weźmie odpowiedzialność? No kto?
- To nie są żadne fantazje, tylko światowe standardy. Kobiety mogą i chcą na równi z nami, facetami, zajmować się tym, co do niedawna przypisywano tylko mężczyznom. Jak któraś będzie w ciąży, to logiczne, że do ciężkich akcji się nie zgłosi. I ten pański argument to jest, jak to się dzisiaj mówi, argument inwalida. A w ogóle to, co pan mówi i na co dzień serwuje swoim koleżankom, to nie jest żadna ochrona, tylko wykluczenie. Oczywiście ja tylko sugeruję, co by było dobre dla waszej jednostki, ale jeśli pan, prezesie, nie chce iść z duchem czasu, to nie ma sprawy. Jednostki z Grzybowa czy Orzechowa też mają dużo potrzeb, a są bardziej skłonne do rozwoju. Zatem... miłego dnia, panie Andrzeju. - Wójt też miał już dość tej rozmowy i zakończył spotkanie, w którym kilkanaście minut wcześniej pokładał spore nadzieje.
- Wzajemnie - mruknął Andrzej i niechętnie uścisnął na pożegnanie dłoń wójta Igłowa.
Ograniczony idiota, uznał wójt, gdy za prezesem zamknęły się drzwi.
Normalnie świrus, Andrzej nie był mu dłużny i też pomyślał mało pochlebnie o swym rozmówcy.
- Masz jakieś plany na wieczór?
Andrzej Wódka specjalnie odczekał, aż pozostali członkowie zarządu Ochotniczej Straży Pożarnej w Igłowie opuszczą remizę i zostanie w niej tylko Robert Dembowski. Od wielu już lat tak się jakoś utarło, że po zebraniu członków zarządu to wiceprezes zawsze zamykał budynek straży i brał klucze do domu. Drugi komplet był w posiadaniu prezesa, a trzeci skarbnika.
- Nie mam. A co?
- Ja też nie mam, więc pomyślałem, że może wstąpimy do mnie na piwo i pogadamy. Maciek pojechał na jakiś koncert i pewnie późno wróci. Nie chce mi się samemu siedzieć w domu. To co? Jedziemy do mnie? Mam w lodówce kilka butelek jasnego i kilka ciemnego. Będziesz miał wybór - kusił wiceprezesa straży, a prywatnie od dzieciństwa kolegę z jednej klasy.
- W sumie, czemu nie? Tylko najpierw odprowadzę samochód do domu, bo obiecałem Oli, że będzie mogła pojechać do koleżanki. Powiem jej, żeby mnie podwiozła do ciebie.
- Jasne. Daj dziewczynie trochę pojeździć. Taką furą jak ta twoja to i ja bym poszalał. To co, widzimy się niedługo?
- Widzimy.
- Dobra, to czekam w domu z chłodnym browarem, a ty się pospiesz.
Andrzej wsiadł w końcu do swojego czarnego, nieco już wysłużonego Opla i ruszył pierwszy. Robert zaraz za nim wyjechał z dziedzińca prawie nową ciemnobrunatną Kią Sportage, którą kupił za pieniądze ze sprzedaży kolejnej działki budowlanej. Po chwili zatrzymał się, wysiadł z auta i zamknął na klucz bramę, aby nikt niepowołany nie dostał się na teren remizy. A potem pojechał do domu, gdzie już przy wjeździe na posesję czekała na niego zniecierpliwiona córka.
- Miałeś być wcześniej - zauważyła nieco nadąsana.
- Miałem, ale zagadałem się z Andrzejem. Umawialiśmy się na piwo. O, właśnie, Olu, podwieź mnie do niego, a jak będziesz wracała ze spotkania, to wstąp po mnie, żebym wypity nie musiał wracać pieszo.
- A co dziadkowie na to, że nie zjesz z nimi kolacji?
- Mało mnie to obchodzi. Niech jedzą z waszą matką. W końcu tak ją uwielbiają...
- Tato, przestań! Nie chcę tego słuchać. Baw się dobrze i nie pij za dużo. Pa!
Ola zatrzymała się obok domu Andrzeja Wódki, a Robert szybko wysiadł z samochodu i pomachał córce na pożegnanie.
- Fajna ta twoja Olcia. Wolisz jasne czy ciemne, bo zawsze mi się myli?
- Jasne. Nigdy nie piłem ciemnego.
- Fakt. Zawsze zapominam. Ile ona ma już lat?
- Dwadzieścia jeden.
- Naprawdę? Popatrz, Robert, jak ten czas zapierdziela. Jeszcze nie tak dawno żeśmy do podstawówki chodzili, a już nasze dzieci się starzeją. - Andrzejowi po kilku łykach ciemnego piwa zebrało się na rozmyślania. - A ta starsza ile ma lat?
- Prawie dwadzieścia pięć. No, czas szybko mija. Aleksander niedługo skończy dziewiętnaście. I lada dzień przyłączy się do nas.
- Tak mówisz? No i dobrze. Wiesz, ten twój syn to śliczny chłopak. Taki zadbany i wymuskany. Broda na drwala, włosy upięte w kucyk. Normalnie żel-model, jak to się kiedyś mówiło. Pamiętasz?
- Pamiętam.
- Dobre to piwo. Zimne takie. Fajne, co nie?
- Dobre.
- Fajnie, żeśmy się zgadali na to piwo. Ja sam jak kołek. Ty też teraz nie masz łatwo, to trzeba się wspierać, co nie?
- Ano trzeba - przytaknął mało rozmowny Robert.
- A wracając do twojego chłopaka, to mi się zdaje, że on strasznie do Marzenki podobny. Normalnie jakby skórę z niej zdjął. Chyba dumny z niego jesteś? Nie dość, że taki ładny, to i obrotny. Pomysły ma normalnie nie z tej ziemi. On daleko zajdzie. Widziałem gdzieś w Internecie jego fotki. Jakbym go nie znał, to bym nie uwierzył, że to on. Tak się na nich wypinał, napinał. No, no, no. Chyba niezła kariera mu się szykuje? Co?
- Nie bardzo wiem, o czym mówisz. O jakich zdjęciach?
- To ci nie pokazał i nie powiedział?
- Ostatnio, przez tę aferę z tą... no wiesz, jego matką, mało ze sobą gadamy.
- A rozumiem. Też przez to przeszedłem, jak się ze swoją mendą rozwodziłem. Ciężka sprawa, ale do przeżycia. Potem będzie tylko lepiej. To co? Po jednym jeszcze? - Andrzej wstał z kanapy i ruszył w kierunku lodówki, skąd wyjął kolejne butelki z piwem.
- Możemy wypić. Czemu nie - odrzekł zgodnie Robert, a potem, ponieważ coś mu się przypomniało, zapytał:
- Wiesz już może, co z tym naszym wnioskiem o kasę z gminy na remont remizy? Nie chciałem na zebraniu zarządu ruszać tego tematu, bo trochę jest drażliwy. Ponoć wójt krzywym okiem na nas patrzy.
- Coś tam wiem. Nieoficjalnie oczywiście. Bo wiesz, ja mam z wójtem swoje układy. On mnie lubi, ja jego też. To się dogadujemy. Wiesz, jak jest. - Andrzej kłamał jak z nut.
- O, to super, bo się już martwiłem. To o co chodzi z moim Aleksandrem?
- A nic takiego. Ale ty wiesz, Robert, co ja dziś na stacji benzynowej widziałem? Normalnie nóż mi się w kieszeni otwierał. Bo wiesz, akurat tankowałem Opla, jak pod drugi dystrybutor podjechała czerwona Mazda, taka nawet wypasiona. A za kierownicą siedziała dziewuszka, nawet podobna do twojej Olci. Też taka czarnulka. A obok niej chłopak. Pewnie w podobnym wieku. I też miał brodę na drwala. I ty sobie wyobraź, że on siedział w aucie, piłował paznokietki, w telefonik się gapił, a ta dziewuszka wysiadła i za tankowanie się zabrała. A on nic. Siedział w środku i ani jej nie pomógł, ani nawet nie poszedł zapłacić. Jak ten książę siedział i te paznokcie piłował i w telefonie grzebał. I ty słuchaj dalej. Jak skończyła tankować, to poszła zapłacić. A jak wróciła, to w dłoniach miała dwa browary i mu je dała. On nawet chyba jej nie podziękował, tylko od razu jednego sobie otworzył i dalej w tym samochodzie siedział i piwo pił. A ona jeszcze przednią szybę umyła, potem za kierownicę wsiadła i pojechali. Normalnie krew mnie prawie zalała. Za naszych czasów to byłoby nie do pomyślenia, żeby dziewczyna prowadziła, kiedy chłopak jedzie razem z nią. Co za czasy teraz nastały? No powiedz? I sama tankowała, płaciła. Co to w ogóle teraz jest?
- Może nie miał prawa jazdy? Kto wie?
- Pewnie nie miał, bo i po co mu, skoro ona go i wozi, i piwo kupuje, i pewnie jeszcze go w łóżku ujeżdża, bo teraz to się tym chłopakom nic nie chce. Nawet seksu chyba im się nie chce. Wolą w komórki patrzeć. Dobrze, że ty, Robert, masz dwie córki. Teraz dziewczyny to jest siła i moc. To jeszcze po jednym, co nie?
- Może być.
- A ty wiesz, co ja sobie pomyślałem? Na jaki pomysł wpadłem?
- No nie wiem.
- Tak sobie myślę, ale ciebie też chcę się poradzić, czy by nie było warto w młode dziewczyny zainwestować.
- No co ty, Andrzej? Niby jak? Po co? - Robert aż butelkę od ust odstawił i spojrzał ze zdumieniem na kolegę.
- O straży myślę. Naszej straży. Żeby coś zmienić. Unowocześnić. Ty widziałeś kiedyś te fotki z Australii, jak strażaczki z płonącego buszu koale wynosiły? Mnie to właśnie natchnęło niedawno, że i u nas tak być powinno.
- Skąd u nas koale, jak eukaliptusów nie mamy?
- Nie o miśki mi chodzi, tylko o dziewczyny. O kobiety w straży.
- Przecież mamy. Twoja Wiolka też w niej była.
- No była. Ale nie jest. I w sumie nawet jak była, to i tak nic nie robiła. Taka prawda. A teraz chodzi mi o to, aby dziewczyny naprawdę się szkoliły i do akcji z nami, ramię w ramię, jeździły. Bo w nich jest siła. I moc. Ty, Robert, a co ta twoja starsza robi? Coś jej ostatnio nie widuję. Chyba nie pogodziła się z tym byłym narzeczonym?
- Ano nie pogodziła. A szkoda, bo go lubiłem. Już by po ślubie byli. Wesele miało być duże i fajne. - Robert westchnął z żalem na wspomnienie radosnych planów weselnych, które się, niestety, rozwiały.
- I po co? Żeby się potem, tak jak my, musieli rozwodzić?
- Ja się jeszcze nie rozwodzę - zaprotestował Robert.
- I błąd. Powinieneś. Ona ci rogi z rok przyprawiała, a ty jej to płazem puścisz? Co ty, jaj nie masz czy co? Ojca i dziadka się boisz?
- Nie o to chodzi, tylko...
- Ty mi się, Robert, nie musisz tłumaczyć. Ja tam swoje wiem. Z moją mi się nie układało. Może i za karę. Sam najlepiej rozumiesz. Zła karma do mnie wróciła. Ale jak źle pogrywać ze mną zaczęła, to ją w samych skarpetkach puściłem. I Maciek ze mną został, a nie z nią. Ty się z Marzenką też nie piernicz. Zakładaj sprawę rozwodową z orzeczeniem o jej winie. Zdradzała cię?
- Zdradzała.
- Są świadkowie?
- Są.
- No i dobrze. Każdy sąd jej winę orzeknie. I jeszcze ci na starość będzie alimenty płaciła. Ja ci to mówię. A wiem, co mówię. No dobrze. - Andrzej, widząc niezadowoloną minę kolegi, postanowił wrócić do sprawy dziewczyn w straży. - To gdzie ta twoja Kasia się podziewa?
- W Tanzanii na misji katolickiej jest.
- W Tanzanii, powiadasz. No nieźle. Na misji... Ma dziewczyna jaja większe niż większość dzisiejszych chłopaków. Tam to pewnie lwy są. I pantery. A ona się ich nie boi.
- Moskity ponoć gorsze. Lwów Kasia nie spotyka, a moskity i owszem. Boję się, że malarię złapie.
- To może niech do domu wraca, skoro tam tak niebezpiecznie? Ja bym jej tak radził.
- Ja też bym tego chciał, ale ona nie chce. Mówi, że tam jest bardziej potrzebna.
- No bo jak ma jaja, to chce przygodę przeżyć. Coś dobrego dla świata zrobić. Ja ci Robert niczego, poza tymi córkami, w życiu nie zazdroszczę. Nawet tej nowej fury. Ale żałuję, że nie mam własnych córek. Bardzo żałuję.
- No wiesz, jak na jednym Maćku robotę zakończyłeś, to teraz żałuj. - Robert zaśmiał się pierwszy raz tego wieczoru.
- I żałuję, żebyś wiedział. Jakbym miał córki albo choć jedną, to bym ją do straży zapisał. I wszystkiego nauczył. Do pożaru by ze mną jeździła. Albo, wiesz, co bym jej kazał robić? - Andrzej aż poczerwieniał na twarzy od piwa i emocji.
- Nie mam pojęcia.
- Drużynę młodzików by mi prowadziła. Takich, wiesz, co na akcje jeszcze nie mogą jeździć, ale już się na ochotników uczą. Dziewczyna idealnie by się do tego nadawała. Jaka szkoda, że córki nie mam.
- No, teraz to już po wszystkim. Chyba że jeszcze sobie młódkę poderwiesz, to ci i kilka córek urodzi. Ha, ha, ha!
- Może to nie byłby głupi pomysł, tylko zanim by te córki do straży się nadawały, to ja już za stary będę. I zamiast jechać do pożaru, to na cmentarz mnie wywiozą. Ale ty, Robert, masz dobrze. Dwie córki. Obie jak laleczki. Szczególnie Olcia. Ta to śliczna jest. Jak twoja mamusia, co nie?
- Fakt, urodę ma po mojej matce.
- No, ale synuś twój też laleczka. Choć chłopak, ale ten tego, żel-model. I na tych fotkach, to gdybym go nie znał, to kto wie i co wie.
- Andrzej! Co ty w kółko pieprzysz o jakichś fotkach? Pokaż mi je!
Do Roberta zaczęło w końcu docierać, że tamten chce mu coś ważnego powiedzieć o Aleksandrze. Przestał na chwilę pić, odstawił butelkę na stolik obok kanapy i trochę naskoczył na kolegę.
- No jak nie wierzysz, to patrz! - Wódka sięgnął po komórkę. Potem chwilę poklikał i znalazłszy to, co chciał, podsunął Robertowi zdjęcia pod oczy. - Niezłe ciacho, co nie? Nic ci się w życiu, Robert, tak nie udało jak te dzieci. Chłopak żel-model. A dziewczyny jak maliny. Tylko je do straży brać. To jeszcze po jednym wypijemy, co?
- No wypijemy. Co mi więcej zostało? Tylko się nachlać. - Po tym, co zobaczył w Internecie, Robert jakby zwiotczał i skulił się w sobie. Jak mu Andrzej podał kolejną butelkę piwa, natychmiast ją otworzył i wypił duszkiem. Był tak zdezorientowany i zaskoczony, że nie zauważył złośliwej miny kolegi.
- Bez przesady. Ludzie nie takie mają problemy i żyją. Dzieci nie zmienisz, ale żonę możesz i powinieneś... wymienić na lepszy model z mniejszym przebiegiem. Ha, ha, ha.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI