Maria Sznajder z niepokojem wysłuchała komunikatu, który płynął z głośników dworca we Wrocławiu. Spokojny, bardzo wyraźny męski głos poinformował, że pociąg do Katowic nie zostanie podstawiony, podróżnych przeprasza się za utrudnienia i zaprasza do kas w celu przesunięcia biletu na pierwsze dostępne połączenie, czyli na dwudziestą trzecią czterdzieści pięć lub późniejsze, z zastrzeżeniem braku gwarancji miejsc siedzących. Peron zafalował i już po chwili pasażerowie odwołanego składu tłoczyli się na schodach zgodnie z zasadą kto pierwszy, ten lepszy. Maria spojrzała na ogromną walizkę i marnie oceniła swoje szanse w wyścigu do kas biletowych. Usiadła więc na ławce i czekała, aż peron i schody opustoszeją, a potem złapała za rączkę i pociągnęła za sobą bagaż.
Trudno było oszacować, do której z kas ustawiło się najmniej osób, liczyć ich nie zamierzała, dlatego stanęła niczym grzeczna uczennica w pierwszym z brzegu ogonku i cierpliwie czekała. Po kilkunastu minutach stwierdziła, że nadal jest w tym samym miejscu, a zniecierpliwione głosy zagłuszają jej myśli.
- Drą się, jakby to cokolwiek dało - usłyszała za plecami, ale nie zamierzała się odwracać i podejmować rozmowy. Sięgnęła do torebki po słuchawki, ale jak zwykle zapodziały się gdzieś, więc dość długo musiała grzebać. Potem szarpała kabelek, a gdy wreszcie go wyjęła, z ulgą podłączyła do telefonu. Nie dywagowała, czy wybrać muzykę, czy audiobook. Od początku zdecydowana była na to drugie. Ostatnio pasjami słuchała polskich kryminałów, których akcja rozgrywała się w górach. Teraz na pewno jeden z nich pomoże jej przetrwać, zanim dotrze do okienka.
- Jakim cudem automatycznie zablokowali elektroniczną możliwość załatwienia tego bałaganu? - odezwał się ten sam głos.
Tym razem odwróciła się i spojrzeniem próbowała dać mężczyźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty na rozmowę. Zdawał się rozumieć, o co jej chodziło, więc z ulgą włożyła słuchawkę do ucha. Lektor rozpoczął czytanie powieści przenoszącej akcję w okolice Babiej Góry, a Maria zamierzała wetknąć słuchawkę do drugiego ucha, gdy zagadnął po raz trzeci:
- Douszne słuchawki bezprzewodowe są lepszym rozwiązaniem niż zwisające kabelki.
- Czy ktoś pana pytał o zdanie? - warknęła.
- Próbuję jakoś przetrwać. To nieprędko się skończy.
- Jasnowidz - mruknęła.
Stała odwrócona do nieznajomego plecami i czuła się niekomfortowo. Ludzie w kolejce tłoczyli się, niemal na siebie napierali i choć tamten człowiek nie dotykał jej, czuła jego oddech.
- Trzeźwo oceniam sytuację i według mnie nie uda nam się pojechać następnym pociągiem, ponieważ nie wszyscy się do niego zmieścimy. A po drugie on odjedzie, a my nadal będziemy kwitnąć w tej kolejce - nachylił się do ucha Marii, tego, w którym nie było jeszcze słuchawki.
- Kwitnąć? - zapytała i zatrzymała audiobook. Nie mogła słuchać dwóch głosów jednocześnie. Dworcowa kolejka do kasy i nachalny rozmówca zdecydowanie nie pozwalali skupić się na słuchaniu powieści.
- Od prawie pół godziny stoimy w tym samym miejscu, jeszcze chwila, a zapuścimy korzenie. Taka przenośnia - wyjaśnił.
- Ach, so - wyrwało się jej po niemiecku.
Mężczyzna zamilkł. Może nie zrozumiał? A może nie lubił Niemek, choć Maria miała podwójne obywatelstwo. Najważniejsze, że wreszcie przestał ją zaczepiać.
Minęło dziesięć minut, a kolejka przesunęła się zaledwie o krok. Ktoś zawołał, że system się zawiesił, ktoś inny, że do Katowic nie pojedzie tego wieczora żaden pociąg i trzeba koczować na dworcu do piątej rano, kiedy to podstawią dwa składy. Maria postanowiła przeczekać ten czas na ławce. Stanie w wysokich obcasach okazało się męczące. Spuchnięte palce nieprzyjemnie rozpychały buty, więc chciała znaleźć wolne miejsce i wyjąć z walizki sportowe obuwie. Nie będą pasować do spódnicy, ale liczy się wygoda.
- Jest pani Niemką?
Pytanie zaskoczyło ją, gdy zamierzała usiąść. Nie zauważyła, że mężczyzna podążył za nią. Czyżby ją śledził? A może to jakiś dworcowy zboczeniec?
- Proszę mnie zostawić w spokoju - poleciła opanowanym tonem. Nie chciała krzyczeć i tym samym wzbudzać sensacji, a jednocześnie próbowała ukryć, jak bardzo się spięła.
- Bardzo dobrze mówi pani po polsku.
- Jestem dwujęzyczna - odparła.
Dlaczego mu się tłumaczy? Usiadła na ławce. Nie zajął miejsca obok, tylko zaczął odchodzić. Wreszcie się go pozbyła. Powinna otworzyć walizkę, poszukać sneakersów, ale coś kazało jej obserwować mężczyznę. Zatrzymał się przy automacie z napojami. Oblizała suche usta, chętnie napiłaby się wody, a potem kawy. Miała nadzieję zrobić to w wagonie restauracyjnym, ale odwołany pociąg weryfikował jej plany w każdym względzie. Poczeka, aż zniknie jej z oczu, wówczas droga do automatu będzie wolna. Nic bardziej mylnego - wracał do ławki, na której siedziała.
- Ma pani spierzchnięte usta, pewnie z pragnienia - powiedział i podał jej butelkę niegazowanej wody mineralnej, po czym usiadł zbyt blisko Marii.
- Dziękuję - wyraziła wdzięczność i odsunęła się.
- Nie gryzę - roześmiał się, ale nie złośliwie czy bezczelnie, lecz tak jakoś sympatycznie.
Zbyt energicznie przyłożyła butelkę do ust, więc strużka wody spłynęła na jej brodę. Szybko wytarła ją dłonią, a potem kilkoma łykami zaspokoiła pragnienie. Mężczyzna również pił, ale nie tak łapczywie. Odwrócił głowę, jakby nie chciał być świadkiem jej zachłanności. Wykorzystała ten moment i przyjrzała się mu dokładniej. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ubrany był jak na wyprawę w góry. Żadne markowe górskie ciuchy i obuwie, ale na pewno solidne i sprawdzające się podczas długich pieszych wędrówek po górskich szlakach. Na głowie miał czapkę z daszkiem, ale nie zdobiło jej logo żadnej firmy czy też klubu sportowego. Prosta czarna bejsbolówka. Między stopami postawił plecak, niewielki, ale dość mocno wypchany. Co w nim miał? Może ten górski styl to tylko kamuflaż i przysiadł się do niej przemytnik, który dzięki temu nie rzuca się w oczy. Trudno opisać kogoś, kogo ubranie jest tak bezosobowe i jakby pozbawione kolorów. Jej walizka nosiła emblemat znanej firmy, więc można było Marię określić jako dziewczynę z walizką od Louisa Vuittona, poza tym długie, jasne włosy również nie mogły zostać niezauważone. Od dziecka były jej ozdobą i często pozwalała im spływać falami na ramiona. Taki objaw próżności z jej strony, którego teraz się zawstydziła, podobnie jak drogiego płaszczyka i satynowej spódnicy, zupełnie nieodpowiednich na długą podróż. Jednak od dziecka babcia Gisele wmawiała jej, że kobieta jest wartościowa tylko wtedy, gdy jest elegancka. W dworcowym tłumie Maria na pewno zwracała uwagę, w przeciwieństwie do nachalnego nieznajomego. Zdawał się niewidzialny. To na pewno narkotykowy diler.
- Dlaczego mi się tak przyglądasz? - zapytał, przechodząc na ty, a Maria zorientowała się, że rzeczywiście robiła to zbyt natrętnie.
- Próbuję cię zdefiniować - odpowiedziała zgodnie z prawdą i chyba zbyt spontanicznie, czego natychmiast zaczęła żałować. Usiłowała się też tłumaczyć: - Przepraszam, nie powinnam...
- Nie przepraszaj, lubię szczerość.
Znowu się zaśmiał. Uznała, że słyszy w głosie mężczyzny uczciwość.
- Jednak wolę cię przeprosić - dodała i unikając jego wzroku, otworzyła walizkę.
Teraz on lustrował ją w milczeniu. Prawie poczuł ulgę, że zdejmuje buty na zbyt wysokim obcasie, a potem zakłada białe sneakersy, których markę rozpoznał bezbłędnie. Kiedyś pewnie rajcowałaby go myśl, że kupi sobie takie same, lecz w męskim fasonie, ale teraz takie rzeczy zupełnie straciły znaczenie.
- Przyjmę twoje przeprosiny, jeśli zdradzisz, jak mnie zdefiniowałaś.
- Co? - Spojrzała na niego zaskoczona.
- Powiedz, na kogo wyglądam w twoich oczach.
- Ile płacę za wodę? Nie lubię długów - zmieniła temat, chcąc definitywnie zakończyć znajomość.
Znowu śmiech, ale tym razem cichy. Potem westchnął. Wreszcie podniósł się i zarzucił plecak na ramię. Dopiero teraz w pełni zobaczyła jego twarz. Wyglądał na niewiele starszego od niej, a duże, ciemne oczy miały w sobie nie tylko tajemniczą życiową mądrość, ale też ogromny smutek.
- Następnym razem ty stawiasz - rzucił i powinien odejść, ale jeszcze czekał, jakby należało coś powiedzieć.
- Wątpię, żebyśmy się kiedyś mieli spotkać - stwierdziła sucho. Zanim skończyła mówić, wiedziała, że zabrzmiało to antypatycznie.
Mężczyzna nie ułatwiał jej zadania, wciąż stał obok ławki. Na co liczył? Na nowe rozpoczęcie znajomości? Na kolejne przeprosiny? Przecież to on się jej uczepił i wciąż nie zamierzał zostawić w spokoju. Niepotrzebnie przedłużał chwilę ich rozstania. Czy powinna wezwać pomoc? Rozejrzała się w poszukiwaniu patrolu policji albo przynajmniej ochrony dworcowej, ale dostrzegła jedynie bezimiennych ludzi mechanicznie poruszających się we wszystkie strony. Jedni spieszyli się, inni wolno stawiali kroki, lecz nikt nie zważał na Marię. Czuła się coraz bardziej osaczona.
- Niepotrzebnie się mnie boisz. Nie miałem i nie mam zamiaru zrobić ci nic złego, czasem tak mam, że gadam z ludźmi, których spotykam. Jesteś pierwszą osobą, która nie czuła potrzeby, żeby porozmawiać ot tak. Bez żadnych podtekstów, ale na spontanie - wyjaśnił, choć wcale nie musiał. Wystarczyło odejść i młoda kobieta rozluźniłaby napięte ze zdenerwowania mięśnie.
- To nie tak, że... - zaczęła tłumaczyć, ale cokolwiek by powiedziała, nie uratuje już źle rozpoczętej znajomości.
Wbiła wzrok w dworcową posadzkę. Cóż, większej idiotki nie mogła z siebie zrobić. Jak to mama zawsze mówiła o ludziach, którzy mieli się za coś lepszego? Coś w stylu "wyżej srają, niż dupę mają". Babcia nie znosiła tego określenia, nazywała je takim polskim, wulgarnym i niegodnym pojawienia się w ustach kobiety, ale mama, wypowiadając je, odczuwała prawdziwą ulgę.
- Jeśli zawitasz kiedyś do schroniska na Hali Rysianka, zapytaj o Kacpra, może się spotkamy - usłyszała, ale kiedy podniosła głowę, mężczyzny już nie było. Rozglądała się, nawet wstała, żeby lepiej widzieć, ale zniknął dokładnie tak samo, jak pojawił się za nią w kolejce do kasy.