Rozdział 1
Wyspa Tekanasset, Massachusetts, 1973
Jednym z najładniejszych domów na wyspie Tekanasset, w większości
krytych szarymi łupkowymi dachówkami, jest siedziba klubu golfowego Crab
Cove. Zbudowało ją pod koniec dziewiętnastego wieku dwóch przyjaciół z Bostonu, którzy uważali, że wyspa bez pola golfowego jest pozbawiona
jedynej prawdziwej atrakcji mającej jakieś znaczenie. Siedziba klubu
znajduje się na zachodnim brzegu i rozciąga się z niej piękny widok na
ocean. Po prawej stronie na trawiastym wzgórzu wznosi się latarnia
morska pomalowana na biało-czerwono, obecnie częściej wykorzystywana
przez miłośników ornitologii niż przez zagubionych na morzu żeglarzy. Po
lewej widać piaszczyste plaże i porośnięte trawą faliste wydmy z gęstymi
kępami dzikich róż na wierzchołkach. Ściany klubu ozdabia mniej odporna
odmiana róży pnącej, a wokół posadzono rzędy różowych, matowych
hortensji, które wypuszczają ogromne kuliste kwiatostany. Efekt jest tak
uroczy, że trudno pozostać obojętnym. Nad budynkiem, przykrytym dachem z szarego łupku, wznosi się maszt z amerykańską flagą, trzepocącą w słonym
wietrze wiejącym od morza.
Wyspa Tekanasset, na którą można dotrzeć tylko samolotem lub łodzią,
jest odcięta od reszty Stanów Zjednoczonych, toteż nie widać na niej
żadnych śladów rewolucji przemysłowej, która zmieniła oblicze Ameryki.
Staroświeckie wartości łączą się harmonijnie z tradycyjną architekturą;
domy należące niegdyś do kwakrów i drogi wybrukowane kocimi łbami są
takie same jak w przeszłości, a wyspa wydaje się pogrążona w nostalgicznej drzemce.
Na Tekanasset nie ma brzydkich znaków drogowych ani świateł ulicznych;
większość sklepów w mieście to urocze butiki sprzedające ubrania,
prezenty, eleganckie artykuły toaletowe, wiklinowe kosze i rzeźbione kły
morsów - wytwory miejscowych rzemieślników. To melancholijne,
romantyczne miejsce, lecz niepozbawione wyrafinowania. W lecie na
Tekanasset przebywają z rodzinami bogaci biznesmeni ze światowych
centrów finansowych, wyspę odwiedzają też sławni pisarze, aktorzy i muzycy z całej Ameryki, gdy pragną uciec z hałaśliwych, zadymionych
miast, odetchnąć świeżym morskim powietrzem i szukać inspiracji w pięknym krajobrazie.
Sercem wyspy ciągle jest klub golfowy Crab Cove, który zawsze miał
pełnić tę funkcję, lecz w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych,
kiedy społeczeństwo z trudem dotrzymywało kroku błyskawicznym przemianom
obyczajowym, a nowe zderzało się ze starym niczym wzburzone fale podczas
sztormu, był również głównym ośrodkiem plotek. Młodzi ludzie, którzy
niegdyś z takim uporem domagali się zmian, są w tej chwili starsi i bardziej tolerancyjni od swoich rodziców; w czasie podwieczorków rozmowy
przy stołach mają łagodniejszy charakter. Ale wieczorem w lipcu 1973
roku panie spędzające czas w klubie golfowym Crab Cove były
podekscytowane incydentem, który dziś nie wywołałby żadnych komentarzy.
Ledwo zasiadły do brydża, natychmiast zaczęły z oburzeniem dyskutować o nagannym zachowaniu Trixie Valentine.
- Cóż, moje drogie, uważam jej postępowanie za niemoralne i wstydzę się
za nią - oświadczyła Evelyn Durlacher z gardłowym, rozwlekłym bostońskim
akcentem i z dezaprobatą zacisnęła karminowe wargi. Śmietanka towarzyska
Tekanasset uznawała Evelyn za arbitra w kwestiach moralności. Całe
środowisko, w jakim się obracała, wyznawało te same konserwatywne
zasady; wysokie standardy etyczne Evelyn uchodziły za wzór godny
naśladowania. Nosiła nieskazitelne kaszmirowe sweterki i bluzki, miała
pięknie ufryzowane kasztanowe włosy, mieszkała w eleganckim domu, jej
dzieci były dobrze wychowane i nic nie umykało jej uwadze. Lubiła
wygłaszać surowe, pozbawione współczucia sądy o otaczających ją
ludziach. - W dniach naszej młodości, kiedy kobieta chciała zostać z mężczyzną sam na sam, musiała najpierw zgubić przyzwoitkę. Teraz
młodzież robi, co chce, i nikt jej nie kontroluje. - Kilkakrotnie
postukała pomalowanymi na czerwono szponami w blat stołu i z roztargnieniem zerknęła na swoje karty. - Same blotki, koszmar. Przykro
mi, Belle, obawiam się, że cię zawiodę.
Belle Bartlett spojrzała na swoje karty, które były równie kiepskie.
Zaciągnęła się papierosem i melancholijnie potrząsnęła jasnymi lokami.
- Ach, ta dzisiejsza młodzież... - rzekła ze smutkiem. - Nie chciałabym
teraz być młoda. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych życie było
prostsze, bo wszyscy wiedzieli, na czym stoją. Teraz granice się rozmyły
i nie mamy wyboru: musimy się przystosować. Uważam, że młodzi ludzie są
po prostu zagubieni i nie wolno ich oceniać zbyt surowo.
- Belle, stale próbujesz doszukiwać się w każdym dobrych stron. Z pewnością nawet ty musisz przyznać, że Trixie Valentine się
skompromitowała - odparła z naciskiem Evelyn. - Nie zachowała się jak
dziewczyna z dobrej rodziny. Dziewczęta z dobrych rodzin nie uganiają
się za chłopakami po całym hrabstwie. To chłopcy się za nimi uganiają.
Doprawdy, to niesmaczne.
- Nie tylko niesmaczne, Evelyn, również nierozważne - odezwała się Sally
Pearson, potrząsając długimi kasztanowymi włosami o złocistym połysku. -
Narzucając się mężczyznom, na zawsze niszczą swoją reputację. - Skinęła
dłonią, trzymając papierosa dwoma palcami z nienagannym manikiurem, i uśmiechnęła się z zadowoleniem na wspomnienie swojej przykładnej
młodości. - Mężczyzna jest z natury myśliwym, a kobieta powinna być
nagrodą, o którą warto walczyć. W dzisiejszych czasach dziewczęta zbyt
łatwo kapitulują. My oszczędzałyśmy cnotę na noc poślubną. -
Zachichotała, po czym prychnęła cicho. - Nawet jeśli było inaczej,
dbałyśmy, by nikt się o tym nie dowiedział!
- Biedna Grace! To bardzo przykre, że córka przynosi jej taki wstyd -
dodała ze współczuciem Belle. - Rzuciłyśmy się na nią jak sępy,
okropność.
- Cóż, dziwi was, że Trixie tak się zachowuje, moje drogie? - wtrąciła
Blythe Westrup, gładząc się po policzkach ze sztuczną opalenizną. - To
Anglicy. Wygrali wojnę, ale stracili zasady moralne. Mój Boże,
opowiadają o tamtych czasach szokujące historie! Dziewczęta traciły
głowy...
- I nie tylko głowy - dodała sucho Evelyn, unosząc brew.
- Och, Evelyn! - wykrzyknęła Sally i dotknęła warg zapalniczką, by ukryć
uśmieszek. Nie chciała, by przyjaciółki widziały, że skandal sprawia jej
przyjemność.
- Ale czy naprawdę wiadomo, że z nim uciekła? - spytała Belle. - W końcu
mogą to być tylko złośliwe plotki. Trixie to ziółko, ale nie jest
zepsuta. Wszyscy zbyt łatwo ją krytykują. Gdyby nie była taka śliczna,
nikt nie zwracałby na nią uwagi.
Evelyn spojrzała wściekłym wzrokiem na Belle, zdradzając, że rywalizuje
z Grace.
- Moja droga, słyszałam to dziś rano od Lucy - rzekła zdecydowanym
tonem. - Wierzcie mi, moja córka wie, o czym mówi. Widziała ich o świcie
na pokładzie prywatnego jachtu, wyglądali na skacowanych. Chłopak
również jest Anglikiem, a poza tym... - Umilkła i tak mocno zacisnęła
wargi, że prawie zniknęły. - Poza tym to solista w zespole
rockandrollowym! - Wypowiedziała te słowa z taką odrazą, jakby
wydzielały brzydki zapach.
Belle się roześmiała.
- Evelyn, rock and roll to już historia. Mam wrażenie, że śpiewa
bardziej w stylu Boba Dylana niż Elvisa Presleya.
- Ach, więc o nich słyszałaś?! - spytała zaskoczona Evelyn. - Dlaczego
nic nie powiedziałaś?!
- Mówi o nich całe miasto, Evelyn. To przystojni angielscy chłopcy,
Evelyn; podobno również dość grzeczni. - Uśmiechnęła się, widząc kwaśną
minę przyjaciółki. - Spędzają lato w domu Joego Hornby'ego.
- Starego Joego Hornby'ego? Doprawdy, sama wiesz, jaki to ekscentryk...
- wtrąciła Sally. - Twierdzi, że jest wielkim przyjacielem Micka
Jaggera, ale czy ktoś kiedyś widział Micka Jaggera na wyspie?!
- Albo kogokolwiek ważnego? Joe twierdzi, że zna wszystkie grube ryby.
To stary chwalipięta, nic więcej - stwierdziła Blythe.
- Zdaje się, że ci chłopcy przygotowują album i Joe im pomaga - ciągnęła
Belle. - Ma w piwnicy studio nagrań.
- Joe od pięćdziesięciu lat niczego nie wydał! - odezwała się Belle. -
Nawet w swoich najlepszych dniach był bardzo przeciętnym muzykiem. Teraz
jest już skończony. Kto właściwie finansuje ten projekt? Joego na pewno
na to nie stać.
Belle wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia. Ale krążą plotki, że jesienią wyruszają w trasę
koncertową po Stanach. - Uniosła brwi. - To może kosztować fortunę, nie
sądzicie?
Evelyn koniecznie chciała znów zacząć mówić o skandalu. Rozejrzała się
ostrożnie po sali i zniżyła głos.
- Cóż, Lucy twierdzi, że w piątek wieczorem Trixie Valentine i jej
przyjaciółka Suzie Redford weszły na pokład jachtu razem z członkami
zespołu i wróciły dopiero dziś rano. Suzie prosiła Lucy, by nikomu o tym
nie wspominała. Na pewno nie powiedziały o niczym rodzicom. Nie mam
pojęcia, co tam robiły, ale nie trzeba wielkiej wyobraźni, by się tego
domyślić. Wiadomo, jak się prowadzą członkowie młodzieżowych zespołów
muzycznych. To niesmaczne!
- Może Grace myślała, że Trixie jest u Suzie? - zasugerowała Belle. -
Musi być jakieś wytłumaczenie.
- Suzie Redford robi, co jej się podoba - wtrąciła Sally. - W jej
rodzinie nie obowiązują żadne zasady.
- Cóż, jestem zaskoczona - rzekła cicho Belle. - Wiem, że Grace ma
kłopoty z Trixie, ale nie wierzę, że Trixie zniknęłaby na trzy dni, nie
uprzedzając matki. Poza tym Freddie nigdy by na to nie pozwolił.
- Freddie wyjechał w interesach - stwierdziła radośnie Sally. - Myszy
harcują, gdy kota nie czują!
- To kwestia wychowania - odezwała się Blythe. - Cherchez la mčre -
dodała posępnie.
Belle zgasiła papierosa.
- Czy nie mówi się: Cherchez la femme?
- To mniej więcej to samo - odparowała Blythe. - Najważniejsza jest
postawa matki. Grace może być wzorem cnót i najsympatyczniejszą osobą na
świecie, ale jest zbyt pobłażliwa. Trixie potrzebuje silnej ręki, a Grace jest słaba.
- Grace rozpieszcza Trixie, bo urodziła ją późno; miała też poronienie -
zauważyła Belle. - Trixie to jedynaczka, oczko w głowie matki, więc nic
dziwnego, że jest trochę rozpuszczona.
- Grace zajmuje się ogrodami i stara się o tym nie myśleć - stwierdziła
Sally. - Czy postępowałybyście tak samo, mając taką córkę jak Trixie?
- Och, Grace jest świetną projektantką ogrodów! - wtrąciła z emfazą
Belle. - Ogrody na Tekanasset były bardzo banalne, dopóki nie
przyjechała z Anglii i nie zmieniła ich w prawdziwe cuda. Ma
fantastyczny gust i ogromną wiedzę.
Evelyn skrzywiła się z irytacją.
- Nikt nie kwestionuje jej talentu, Belle. Dyskusyjne są jej kompetencje
jako matki. Kto tym razem rozdawał?
- Ja - odpowiedziała Blythe. - Jeden bez atu.
W tej samej chwili cztery kobiety zaniemówiły na widok Grace, za którą
podążała ogromna kobieta zwana przez wszystkich Big. Evelyn natychmiast
umilkła. Big była najbardziej szanowaną osobą na wyspie i budziła
powszechny strach. Należał do niej najstarszy i największy dom na
Tekanasset, wzniesiony przez pierwszego osadnika w 1668 roku; jako
jedyna córka magnata naftowego Randalla Wilsona juniora, zmarłego w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat, odziedziczyła całą fortunę ojca.
Opowiadano, że nigdy nie wyszła za mąż, ponieważ nie potrafiła znaleźć
mężczyzny o równie wielkim majątku i równie wielkiej fantazji. Teraz,
gdy miała przeszło siedemdziesiąt lat, nie dyskutowano już o perspektywach jej małżeństwa, a sama Big nie okazywała żalu. Traktowała
najbliższych przyjaciół jak członków rodziny i, podobnie jak niegdyś jej
ojciec, z wielką przyjemnością dzieliła się bogactwem z potrzebującymi
za pośrednictwem Fundacji Charytatywnej im. Randalla Wilsona albo po
prostu wypisując czeki, gdy miała na to ochotę.
Grace Valentine wydawała się w klubie golfowym osobą nie na miejscu,
niczym koń pociągowy wśród arabów pełnej krwi. Miała długie brązowe
włosy z pasmami siwizny, spięte niedbale ołówkiem z tyłu głowy, a szarobrązowe bawełniane spodnie i luźna koszula kontrastowały z nienagannymi kreacjami czterech brydżystek. Jedyną rzeczą, która
upodabniała je do siebie, był blask brylantów: Grace nosiła na piersi
zaskakująco elegancką broszkę w kształcie pszczoły. Miała krótkie
paznokcie i ręce stwardniałe od lat zajmowania się roślinami. Nie nosiła
makijażu i jej delikatna anglosaska skóra ogorzała od słońca i wiatrów
Tekanasset. Orzechowe oczy Grace były jednak pełne łagodności i współczucia, a twarz zachowała ślady dawnej urody. Kiedy się uśmiechała,
niewielu ludzi potrafiło się oprzeć jej urokowi.
- Witaj, Grace! - odezwała się Belle, gdy dwie kobiety mijały stolik. -
Witaj, Big!
Grace się uśmiechnęła.
- Jak wam idzie gra?
- Mnie kiepsko - odparła Belle. - Słabo gram w brydża.
- Och, doprawdy, Belle Bartlett, świetnie sobie radzisz! - stwierdziła
Evelyn, uśmiechając się do Grace i szukając na jej twarzy oznak wstydu.
- Belle jest po prostu skromna.
- Gdzie chciałabyś usiąść, Grace? - spytała Big. Przeszła obok czterech
kobiet, które skuliły się na krzesłach, i nawet nie skinęła im głową.
Big miała wręcz nadnaturalne wyczucie negatywnych emocji, mrużyła oczy i stukała laską w lśniące deski podłogi, nie przejmując się hałasem.
- Usiądźmy na zewnątrz, jeśli wiatr ci nie przeszkadza, Big - odparła
Grace.
- Wcale mi nie przeszkadza. Gdyby zerwał się huragan, schowałabym się
jako ostatnia.
Wyszły przez dwuskrzydłowe drzwi na obszerną werandę z widokiem na
ocean. W dali widać było żaglówki prujące fale niczym łabędzie, a na
wydmach bawiły się dwa czarne psy; ich pan szedł powoli po plaży.
Zbliżał się wieczór i słońce wiszące nisko nad horyzontem zabarwiało
piasek na czerwonawy kolor; ostrygojad rozszarpywał rybę
jasnopomarańczowym dziobem. Grace wybrała stolik stojący najbliżej
krańca werandy, tuż przy balustradzie, i przysunęła wiklinowy fotel dla
Big. Stara kobieta wręczyła Grace swoją laskę, po czym opadła na
poduszki z głośnym klapnięciem. Włosy miała związane w kucyk, lecz
wysunęło się z niego kilka siwych kosmyków, którymi targał wiatr.
Przypominały ptasie pióra.
- Cóż, kwoka znalazła się w gnieździe - odezwała się Big i westchnęła z zadowoleniem. Pstryknęła palcami i zamówiła dwa koktajle, nim Grace
zdążyła usiąść. - Potrzebujesz czegoś mocniejszego, Grace - rzekła
zdecydowanym tonem. - Nie zwracaj uwagi na te hieny. Wszystkie
straszliwie ci zazdroszczą i trudno się temu dziwić: w przeciwieństwie
do ciebie nie mają ani krzty talentu.
- Wszystko w porządku - odpowiedziała Grace. - Wierz mi, bywało gorzej.
- Wcale mnie to nie dziwi. W porównaniu z Brytyjkami te cztery babiszony
wyglądają jak grzeczne dziewczynki.
Grace się roześmiała.
- Och, nie obchodzi mnie, co ludzie gadają za moimi plecami, dopóki są
mili w bezpośrednich kontaktach. Problem polega na tym, że Brytyjki są
zbyt otwarte, a ja nienawidzę konfrontacji.
- Osobiście wolę brytyjski sposób bycia. Jeśli ludzie mają coś do
powiedzenia, powinni mówić otwarcie, a nie za plecami. Powinni mieć
odwagę wyrażania swoich poglądów; jeśli nie są o czymś przekonani,
powinni milczeć. Evelyn Durlacher to koszmarna stara plotkara; jestem
gotowa powiedzieć jej to prosto w oczy. Jej gadanina przysporzyła wielu
mieszkańcom wyspy ogromnych kłopotów i powinna się tego wstydzić. Bez
przerwy szuka tematów do plotek. Jest nieznośnie zadufana. Ma tak
wysokie mniemanie o sobie, że upadek będzie dla niej bardzo bolesny.
Kelner postawił na stoliku kieliszki z koktajlem i porcelanową miseczkę
z fistaszkami. Big zanurzyła w niej grube, upierścienione palce i wyjęła
garść orzeszków. Jej twarz była zwodniczo łagodna; miała szerokie czoło,
pełne, uśmiechnięte wargi i obwisły podbródek, który nadawał jej wygląd
dobrodusznej babci. Jednak spojrzenie stalowoszarych oczu potrafiło w mgnieniu oka stwardnieć, zmieniając nieszczęsnego rozmówcę w słup soli.
Ale kiedy patrzyła na Grace, na jej twarzy malowała się zaskakująca
czułość.
- Więc co planuje Trixie? Wyobrażam sobie, że Evelyn wyolbrzymia całą
historię dla własnych celów: chce przedstawić Lucy w korzystnym świetle.
- Big sapnęła przez nos i w jej oczach na moment pojawił się stalowy
błysk. - Gdyby wiedziała o połowie tego, co robi córka, trzymałaby język
za zębami.
Grace westchnęła.
- Obawiam się, że Evelyn prawdopodobnie ma rację. Trixie zakochała się w młodym soliście grupy rockowej. Nie mam nic przeciwko temu, z pewnością
jest bardzo miły, ale...
- Nie znasz go?
- Nie.
- Mów dalej.
- Powiedziała mi, że zamierza spędzić weekend na Cape Cod ze swoją
przyjaciółką Suzie...
Big uniosła brwi z cynicznym wyrazem twarzy.
- Suzie Redford! Ta dziewczyna prowokuje kłopoty. Jeśli gdzieś się
pojawiają, jest tam też Suzie Redford.
- Szczerze mówiąc, obie zachowują się tak samo. Ale dobrze się bawią,
Big, a Trixie zakochała się po raz pierwszy w życiu.
Big popatrzyła na dobroduszną twarz Grace, na łagodne orzechowe oczy i miękkie włosy rozwiewane przez wiatr, po czym pokręciła głową,
zaskoczona łagodnością przyjaciółki.
- Co mam z tobą zrobić, Grace? Masz zbyt dobre serce. Powiedz mi: dokąd
naprawdę pojechały?
- Z zespołem.
- Dokąd?
- Na prywatny koncert zorganizowany dla przyjaciela Joego Hornby'ego,
który pracuje w branży muzycznej.
Big w zamyśleniu popijała koktajl.
- Ale wszystko się wydało?
- Tak. Dziś rano Lucy zauważyła je na pokładzie jachtu i powiedziała
matce. Wyobrażam sobie, że w tej chwili plotkuje o tym cała wyspa.
Trixie przyszła do domu przebrać się przed pójściem do pracy. Zatrudniła
się na lato w Captain Jack's. Tak czy inaczej, nie miałam czasu z nią
porozmawiać. W głębi serca to dobra dziewczyna, Big, chociaż
buntownicza. Dobrze, że przynajmniej się przyznała.
- Tylko dlatego, że zauważyła ją Lucy. Jestem pewna, że nic by ci nie
powiedziała, gdyby uważała, że uda się to ukryć. Przyniosła ci wstyd,
moja droga, i obawiam się, że powinnaś zabronić jej opuszczania wyspy
przez resztę wakacji. W młodości dostałabym w skórę za mniejsze
wykroczenie.
- Ale czasy się zmieniły, Big. Wychowałyśmy się w zupełnie innej epoce.
Dzisiejsza młodzież ma znacznie więcej swobody od nas i może to dobrze.
Może nam się nie podobać muzyka, której słuchają, i niestosowne ubrania,
jakie noszą, ale są młodzi i pełni pasji. Demonstrują przeciwko
nierówności i wojnie - mój Boże, wystarczy spojrzeć na mojego Freddiego
z jednym okiem i okropną blizną na twarzy, by zrozumieć, że na wojnie
nie ma zwycięzców. Młodzi ludzie są odważni, otwarcie wyrażają swoje
poglądy i w jakiś sposób ich za to podziwiam. - Dotknęła szorstkimi
palcami broszki w kształcie pszczoły przypiętej do bluzki. - Może są
idealistyczni i niemądrzy, ale zdają sobie sprawę, że najważniejsza ze
wszystkiego jest miłość. - Spojrzała orzechowymi oczami na ocean i uśmiechnęła się melancholijnie. - Chyba chciałabym być znowu młoda i mieć przed sobą całe życie.
Big wypiła łyk koktajlu.
- Wielkie nieba, Grace, czasami mnie zdumiewasz! Wszyscy próbują krótko
trzymać dzieci, a ty popuszczasz córce wodze. Ciekawe, czy to cecha
brytyjska? A może jesteś po prostu przekorna? Powiedz mi: czy Freddie
wie o małej eskapadzie Trixie?
Na wzmiankę o mężu na twarzy Grace pojawił się cień.
- Jeszcze mu nie powiedziałam - odrzekła cicho.
- Ale to zrobisz?
- Nie chcę. Będzie wściekły. Ale muszę powiedzieć, bo inaczej dowie się
od kogoś innego. Prawdopodobnie od Billa Durlachera podczas gry w golfa!
- Roześmiała się bardziej z niepokoju niż wesołości.
Kiedy Big wyobraziła sobie Billa Durlachera plotkującego na polu
golfowym, jej obfity biust zaczął falować nad stołem.
- Bill jest równie okropny jak Evelyn - stwierdziła. - Ale masz rację,
że chcesz powiedzieć Freddiemu. Nie powinien być ostatnią osobą na
wyspie, która się o tym dowie.
- Będzie przerażony, Big. Wygłosi wykład o dyscyplinie i prawdopodobnie
zabroni jej opuszczać dom przez resztę lata. Później Trixie będzie bez
przerwy kombinowała, w jaki sposób spotkać się za naszymi plecami z tym
chłopcem. - Grace się zaśmiała. - Znam Trixie. Sama nie zdaje sobie
sprawy, jak bardzo jest podobna do mnie.
Big zrobiła zdziwioną minę.
- Nie wyobrażam sobie ciebie łamiącej zasady, Grace.
- Och, nie zawsze byłam taka grzeczna. - Grace uśmiechnęła się
melancholijnie, przypominając sobie dawne czasy. - Ale to było wieki
temu. - Znów popatrzyła na ocean.
- Co sprawiło, że się zmieniłaś? - spytała Big.
- Sumienie, Big - odparła Grace, marszcząc brwi.
- W takim razie ty na pewno postąpiłaś słusznie.
- Tak, chyba masz rację. - Grace westchnęła ciężko, a w jej głosie
zabrzmiał żal i poczucie klęski.
- Czy chciałabyś usłyszeć radę starej matrony, która niejedno widziała?
- spytała Big.
Grace wróciła myślami do teraźniejszości.
- Tak, chętnie.
Big rozsiadła się wygodniej w fotelu. Rzeczywiście przypominała kwokę.
- Idź do domu i porozmawiaj poważnie z Trixie. Powiedz jej, że nie może
cię więcej okłamać. Musisz koniecznie wiedzieć, gdzie jest i w czyim
towarzystwie; to ważne dla jej bezpieczeństwa i twojego spokoju ducha.
Powiedz jej także, że przez resztę lata nie wolno jej opuszczać wyspy i że to nie podlega dyskusji. Powinnaś być bardzo zdecydowana. Potrafisz
to zrobić?
- Tak, potrafię - odpowiedziała bez przekonania Grace.
- To kwestia szacunku, Grace - stwierdziła z naciskiem Big. - Doprawdy,
moja droga, powinnaś być twarda, jeśli chcesz odzyskać kontrolę nad
córką, zanim będzie za późno. - Umilkła na chwilę, upiła łyk koktajlu,
po czym ciągnęła: - Po powrocie Freddiego powiedz mu, co się stało, i dodaj, że udzieliłaś Trixie surowej reprymendy, toteż sprawa jest
załatwiona, koniec, kropka. Uważasz, że to zaakceptuje?
- Nie mam pojęcia. Będzie wściekły. Wiesz, jaki jest wymagający. - Grace
wzruszyła ramionami. - Mogę spróbować...
- Nie wolno ci go okłamywać, Grace. To ważne. Powinniście się nawzajem
wspierać. Masz delikatne serce i zdaję sobie sprawę, że chciałabyś jej
pomóc, ale najważniejszy jest mąż. Wspieranie go we wszystkich sprawach
to twój obowiązek jako żony.
Grace miała nieszczęśliwą minę.
- Obowiązek... - mruknęła i Big wyczuła gorycz w jej głosie. -
Nienawidzę tego słowa.
- Właśnie to sprawia, że jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, Grace.
Najważniejsze to postępować słusznie i myśleć nie tylko o sobie; dzięki
temu społeczeństwo się nie rozpada. Młodzi ludzie nie mają poczucia
obowiązku; wygląda na to, że nie szanują starszych. Obawiam się, że
przyszłość to kraina, gdzie nie istnieje moralność, z zaburzoną
hierarchią wartości. Ale nie mam zamiaru wygłaszać kazań. Chciałabym ci
pomóc.
- Dziękuję, Big. Twoje wsparcie dużo dla mnie znaczy.
- Przyjaźnimy się od prawie trzydziestu lat, Grace. To dużo czasu. Odkąd
przyjechałaś na Tekanasset i zmieniłaś mój ogród w raj na ziemi. Może
zaprzyjaźniłyśmy się dlatego, że nie znałaś swojej matki, a ja nie mam
dzieci? - Uśmiechnęła się i wzięła następną garść orzeszków. - Poza tym
jesteś jedyną osobą, która mi się nie podlizuje - dodała ze śmiechem. -
Jesteś dobrą, uczciwą kobietą. Nie wierzę, że przytakujesz mi tylko
dlatego, że jestem bogata jak Krezus, stara jak świat i ogromna jak
wieloryb.
- Och, doprawdy, Big! - roześmiała się z niedowierzaniem Grace. - Może
jesteś bogata jak Krezus, ale nie jesteś stara jak świat i z pewnością
nie jesteś ogromna jak wieloryb!
- Bądź błogosławiona za swoje kłamstwa. Moja droga, w kwestii mojego
wieku i rozmiaru możesz łgać, ile zechcesz! Masz na to moje pozwolenie!
Kiedy Grace wróciła do domu na Sunset Slip, słońce zabarwiło ocean na
złocisty kolor. Wyszła na werandę z dwoma psami rasy retriever i popatrzyła na dzikie trawy, plażę i wodę lśniącą w dali. Z przyjemnością
spoglądała na spokojny pejzaż. Jednak najbardziej uspokajało ją ciche
brzęczenie pszczół. Napełniało jej serce melancholią, a jednak nie było
to przykre uczucie. Wspomnienia przeszłości sprawiały jej dziwną
przyjemność, jakby dzięki wywoływanemu przez nie bólowi pozostawała w styczności z kobietą, którą kiedyś była i którą pozostawiła w Anglii,
wyruszywszy przed wielu laty do Ameryki.
Podeszła do trzech uli, które stały przy bocznej ścianie domu, osłonięte
przed wiatrem i słońcem przez szalej posadzony specjalnie w tym celu.
Uniosła daszek jednego z uli, by sprawdzić jego stan. Nie przejmowała
się, że czasem pszczoły ją żądliły. Nie bała się ich, chociaż sprawiało
jej przykrość, że żądląca robotnica poświęca życie w obronie ula.
Arthur Hamblin przekazał córce całą swoją wiedzę o pszczołach: nauczył,
jak o nie dbać, jak przygotowywać specjalne nalewki z propolisu
przeznaczone do leczenia przeziębień i innych dolegliwości. Oboje
kochali pszczelarstwo; opieka nad ulami i pozyskiwanie miodu zbliżyły
ich do siebie, zwłaszcza że nie mieli na świecie nikogo więcej. Kiedy
Grace widziała pszczołę, natychmiast przypominał jej się ojciec. Ciche
brzęczenie owadów, które tak kochał, wywoływało w wyobraźni obraz jego
twarzy; czasami nawet słyszała jego głos, jakby szeptał jej do ucha:
"Nie zapomnij sprawdzić, czy pszczoły gromadzą miód w dolnych ramkach"
albo: "Widzisz robotnice pilnujące wejścia? Muszą wyczuwać zagrożenie.
Osy, a może dzikie pszczoły? Ciekawe, o co chodzi". Arthur Hamblin
potrafił godzinami mówić o pszczołach. Często rozmawiał z nimi,
recytując swój ulubiony wiersz, który Grace słyszała tak często, że
nauczyła się go na pamięć: "O chrzcinach czy pogrzebie, wieść smutną czy
wesołą, zza mórz przybyłą do ciebie, wyjawić musisz pszczołom!".
Kiedy Grace zajrzała do ula, pszczoły szykowały się do snu. Temperatura
spadła i stały się senne. Uśmiechnęła się z czułością i pogrążyła we
wspomnieniach jak w ogromnym oceanie obrazów i emocji. Spędzając czas z pszczołami, znowu stawała się sobą, odzyskiwała pamięć.
Kiedy przykryła ul, nagle poczuła, że ktoś stoi za jej plecami. Zdarzyło
się to już wiele razy. Wiedziała, że nie powinna się obracać, bo ilekroć
w takich sytuacjach zerkała za siebie, były tam tylko gałęzie kołysane
przez wiatr. Wiedziała, że nie powinna szukać racjonalnych wyjaśnień
swoich odczuć; w końcu mieszkała w starym domu i krążyło wiele opowieści
o duchach pojawiających się na wyspie Tekanasset. Tajemnicza zjawa nie
budziła w niej lęku; w istocie rzeczy czuła się dziwnie podniesiona na
duchu, jakby miała sekretnego przyjaciela, o którym nikt nie wie. Kiedy
była młodsza, zwierzała się matce, mając nadzieję, że ta słyszy ją w niebie. Obecnie, gdy wpadała w przygnębienie lub czuła się samotna,
przychodziła rozmawiać z pszczołami i pocieszała ją zjawa emanująca
dobroczynną energią, może równie samotna jak Grace.
Ostatnio coraz częściej myślała o swoim dotychczasowym życiu. Wydawało
się, że z upływem lat żal przybiera na sile i stale powracają
wspomnienia. Od dwudziestu lat skupiała się na macierzyństwie, ale
Trixie dorosła i wkrótce się wyprowadzi. Grace zostanie sama z Freddiem
i ruinami swojego małżeństwa.
- Witaj, stary przyjacielu! - rzekła na głos i uśmiechnęła się na
absurdalną myśl, że mówi do kogoś niewidzialnego.
Rozdział 2
Trixie Valentine stała przed szopą na łodzie należącą do starego Joego
Hornby'ego; miała na sobie tylko półprzejrzysty sarong w kwiaty. W szopie siedział w łodzi rybackiej jej kochanek z gitarą na kolanie i grał melodię skomponowaną tego ranka. Popatrzył na drzwi. Najpierw
pojawiło się w nich smukłe białe ramię i dłoń z rozczapierzonymi palcami
widocznymi na tle drewnianej framugi. Następnie kształtna noga zgięta w kolanie, z różowymi palcami skierowanymi w stronę ziemi. Trixie zastygła
na moment w tej pozie, by osiągnąć maksymalny efekt dramatyczny, po czym
stanęła powoli w drzwiach. Oparła się plecami o framugę, uniosła kolano,
przycisnęła dłonie do ściany i spojrzała na mężczyznę grającego na
gitarze. Przez chwilę uwodzicielsko patrzyła kochankowi w oczy przez
gęstą, spłowiałą od słońca grzywkę obciętą tuż nad brwiami, później
rozchyliła wargi, ukazując parę leciutko zakrzywionych kłów, i uśmiechnęła się tajemniczo. Jasper patrzył, jak Trixie rozwiązuje węzeł
przy szyi - sarong zsunął się na ziemię i ułożył wokół jej stóp. Stała
naga na tle oceanu, z łukiem kibici oświetlonym przez ostatnie złociste
promienie słońca odbite w wodzie.
Jasper Duncliffe spoglądał na nią z podziwem. Trixie go fascynowała.
Była nieprzewidywalna, spontaniczna, nieokiełznana; uwielbiała dobrą
zabawę. Odznaczała się niezwykłą urodą; miała szeroko rozstawione
błękitne oczy i piękne ciało. Ruszyła w jego stronę, nie odrywając odeń
wzroku, a Jasper odłożył gitarę i poczuł ogarniające go podniecenie.
Weszła do łodzi, która zakołysała się łagodnie, lecz nie na tyle, by
Trixie straciła równowagę. Oboje zdawali sobie sprawę, że ktoś może ich
przyłapać, ale dla ludzi łamiących na każdym kroku wszystkie zasady było
to tylko źródłem dodatkowej ekscytacji. Trixie usiadła okrakiem na
Jasperze i chwyciła dłońmi burty łodzi, by utrzymać równowagę. Później
pochyliła głowę i pocałowała Jaspera w usta. Jej długie włosy pachnące
morzem osłoniły ich jak kotara.
- Należysz tylko do mnie - szepnęła i Jasper poczuł, że się uśmiechnęła.
Rzeczywiście, prawie nie mógł się poruszać, przygnieciony do dna łodzi.
Oparł dłonie na jej szyi i pogładził kciukami policzki.
- Możesz mieć moje ciało i duszę, kiedy tylko zechcesz, Trixie -
szepnął.
- Podoba mi się twój sposób mówienia, Jasperze.
- Dlaczego? Powiedziałaś, że twoi rodzice też pochodzą z Anglii. -
Przesunął dłonie w stronę jej piersi i lekko musnął brodawki.
Wygięła plecy w łuk niczym kotka i westchnęła głęboko.
- Ale mają inny akcent niż ty. Podoba mi się twój sposób mówienia.
Przyciągnął ku sobie jej głowę i namiętnie ją pocałował. Pragnąc jak
najszybciej poczuć go w sobie, rozpięła mu pasek od spodni. Wydał z siebie głęboki jęk
i wniknął w głąb jej ciepłego ciała. Bez zażenowania poruszała
rytmicznie biodrami, od czasu do czasu odrzucając do tyłu głowę i włosy.
Po chwili zatraciła się w narastającym podnieceniu. Trzymał jej biodra,
lecz nie był w stanie kontrolować jej ruchów. W końcu chwycił ją za
włosy i przyciągnął ku sobie jej twarz.
- Nie tak szybko - szepnął. - Jeśli chcesz być na górze, musisz robić,
co każę.
- Podoba mi się pańska asertywność, panie Duncliffe.
Roześmiał się.
- Podoba mi się, jak mnie tak nazywasz.
- Panem Duncliffe? Bardzo zwyczajne nazwisko.
- Właśnie dlatego mi się podoba. - Przycisnął wargi do jej ust, nim
zdążyła znowu rozproszyć jego uwagę, i mocno ją pocałował.
Później siedzieli razem w łodzi, paląc jointa. Zapadał zmrok. Słońce
skryło się za horyzontem i morze było spokojne. Trixie ogarnęła
przyjemna beztroska; rozluźniła się.
- Lubię tę porę dnia, a ty?
- Jasne, jest pięknie - odpowiedział Jasper. Podała mu jointa i zaciągnął się głęboko. - Nie powinnaś już wracać do domu?
- Jeszcze nie. I tak będę miała kłopoty, więc nic strasznego się nie
stanie, jeśli posiedzę trochę dłużej.
- Co powiesz?
- Mamie? - Wzruszyła ramionami. - To romantyczka. Opowiem jej wszystko o tobie i zapomni, że ją okłamałam. Mówiłam, że spędzę weekend z Suzie, a spędziłam go z tobą.
- Masz dziewiętnaście lat, Trixie. Pracujesz i zarabiasz na siebie.
Jesteś niezależna. Na twoim miejscu powiedziałbym, że mogę robić, co mi
się podoba.
- Tak, ale mama jest bardzo konserwatywna. Dorastała w małym miasteczku
w Anglii, zakochała się w ojcu, gdy oboje byli nastolatkami, i wyszła za
mąż po wybuchu wojny. Nigdy nie była z nikim innym. Oczekuje, że ze mną
będzie tak samo, a ja uprawiam seks z gwiazdą rocka. Większość matek nie
chce, by ich córki zadawały się z gwiazdami rocka.
- Gwiazda rocka... - zaśmiał się sceptycznie Jasper. - Pochlebiasz mi.
W oczach Trixie rozbłysło przekonanie.
- Zostaniesz wielką gwiazdą, Jasper, jestem tego pewna. Jesteś
przystojny, utalentowany i wszyscy uwielbiają twoje piosenki. Mam nosa
do tych rzeczy i czuję, że odniesiesz sukces. - Znów zaciągnęła się
jointem i uśmiechnęła się do Jaspera przez obłok dymu. A ja będę stała
za kulisami i klaskała, bo poznałam cię, zanim zostałeś milionerem,
zanim pojawiły się tysiące fanek wykrzykujących twoje imię, zanim
zacząłeś sprzedawać płyty na całym świecie.
- Podoba mi się twój entuzjazm, Trixie. Ciężko pracujemy.
- Jesteście popularni w Anglii?
- Jeszcze nie.
- Więc dlatego przyjechaliście tutaj?
- Oczywiście. Każdy chciałby odnieść sukces w Ameryce.
Trixie roześmiała się.
- Ale przecież nie na wyspie Tekanasset!
- Moja rodzina jest związana z tym miejscem. Dziadkowie mieli tu dom.
Dawno temu. Wydało mi się to dobrym miejscem na początek.
- Dlaczego najpierw nie odnieść sukcesu w Anglii, jak Beatlesi? Nie
chcecie być sławni we własnym kraju?
Jasper westchnął i zrobił zbolałą minę.
- Moja matka umarłaby ze wstydu.
Trixie zmarszczyła nosek.
- Żartujesz, prawda? - Jasper pokręcił głową. - Twoja matka nie aprobuje
kariery muzycznej?
- Oczywiście, że nie aprobuje.
- A ojciec?
- Nie żyje.
- Och, bardzo mi przykro.
- Nie przejmuj się. Nasze stosunki nie układały się najlepiej. Był
wojskowym, podobnie jak dziadek. Nie rozumiał muzyki, a przynajmniej
mojej.
- Co za wąskie horyzonty! Powinien być dumny z twojego talentu.
- Nie dostrzegał we mnie talentu. Ale nic nie szkodzi. Jestem młodszym
synem. Cała odpowiedzialność spoczywa na barkach mojego brata. Na
szczęście jest dostatecznie silny i konwencjonalny, by ją udźwignąć.
Trixie roześmiała się.
- Więc możesz zostać, kim chcesz.
- Zgadza się. - Uśmiechnął się szeroko. - I mogę być, z kim chcę.
- Czyli ze mną. - Trixie kokieteryjnie zerknęła na Jaspera spod grzywki.
- Z tobą, kochanie - odpowiedział.
- Wiesz co? Któregoś dnia ja również odniosę sukces - oznajmiła Trixie.
- Ale w innej dziedzinie.
- Kim chcesz zostać?
Podciągnęła kolana do piersi i objęła je ramionami.
- Redaktorką znanego magazynu.
- Jak Diana Veerland?
- Ludzie będą pytać: "A kim właściwie jest Diana Veerland?", bo ja będę
o wiele sławniejsza.
- Raczej osławiona - zażartował Jasper. - Uważam to za znacznie bardziej
prawdopodobne.
- Cóż, zamierzam się zajmować modą. Uwielbiam ciuchy i moim zdaniem mam
dobre wyczucie stylu. Nie chcę zostać na Tekanasset, pracując do końca
życia jako kelnerka. Chciałabym zobaczyć wielki świat.
- Na pewno ci się uda. Myślę, że potrafisz osiągnąć wszystko, co sobie
postanowisz, Trixie Valentine.
- Ja też tak uważam. Zamierzam jeździć na pokazy mody, poznać świat,
obracać się w towarzystwie sławnych ludzi, jak Andy Warhol albo Cecil
Beaton, chodzić na przyjęcia w Studio 55 w Nowym Jorku z Biancą Jagger i Ossiem Clarkiem. - Roześmiała się i w jej oczach zalśnił ognik jointa. -
Zamierzam zrobić karierę.
- Większość dziewcząt chce wyjść za mąż i mieć dzieci. Wiem, że właśnie
o tym marzą moje siostry.
- Nie jestem taka jak większość dziewcząt. Myślałam, że już to
zauważyłeś. Chcę być wolna, podobnie jak ty, i zostać tym, kim chcę.
- Więc zrealizuj swoje marzenia. Nic nie może cię powstrzymać.
- Tylko mój ojciec. - Westchnęła ciężko. - Chciałby, żebym poszła do
college'u i dalej się uczyła, ale wątpię, czy go na to stać. Mówi, że
nie ma nic mniej atrakcyjnego niż głupia kobieta. - Roześmiała się. -
Jestem znacznie inteligentniejsza, niż sądzi, ale nie zamierzam iść do
college'u. Chcę się stąd wydostać i zacząć żyć. Duszę się na tej wyspie.
Przed twoim przyjazdem było tu piekielnie nudno!
- Możesz liczyć na ojca?
- Przyjechał z Anglii, nie mając nic oprócz zdolności, i odniósł sukces
w swoim zawodzie. Gdyby został w Anglii, zrujnowanej przez wojnę, pełnej
bezrobotnych, ciągle byłby parobkiem. Moim zdaniem powinien mnie
podziwiać, że chcę w życiu coś osiągnąć: czy nie jest to właśnie to
"amerykańskie marzenie", o którym wszyscy mówią?
- A twoja matka?
- Mama będzie mnie wspierać, niezależnie od tego, co postanowię. Po
prostu chce, żebym była szczęśliwa. Nie zdobyła wykształcenia, ale jej
ojciec był bardzo inteligentny i przeczytał mnóstwo książek. Sam ją
uczył i ona również jest wyjątkowo oczytana. Pracuje jako projektantka
ogrodów i jest w tym świetna. Nie jest jedną z tych kobiet, które przez
cały dzień plotkują; znam kilka takich.
- Twoja matka wydaje się bardzo fajna.
- Jest fantastyczna, łagodna i dobra, ale wiem, że gdybym się pokłóciła
z ojcem, stanęłaby po mojej stronie. Bez wahania oddałaby życie, by
chronić swoje dziecko. Większość matek byłaby zdruzgotana, gdyby
dowiedziała się o niektórych moich postępkach, ale myślę, że moją w głębi serca fascynują takie rzeczy, że chciałaby prowadzić takie życie
jak ja. Wyczuwam w niej coś nieokiełznanego, romantycznego... - Umilkła
i spojrzała w noc, gdzie jasne światło gwiazd pozwalało na mgnienie oka
dojrzeć zdumiewający pejzaż świata innego niż codzienność. - To tylko
intuicja. Może się mylę.
Jasper przestał grać na gitarze i wziął Trixie w ramiona.
- Zmarzłaś - powiedział.
- Trochę.
Pocałował ją w głowę.
- Pozwól mi odprowadzić się do domu.
- Chcesz?
- Naturalnie. Mogę być przyszłą gwiazdą rocka, ale ciągle jestem
dżentelmenem. Muszę pamiętać o dobrych manierach.
- Twoja matka na pewno by to zaaprobowała - odparła Trixie, wstając.
- Owszem, ale nie zaaprobowałaby prawie całej reszty.
- Mnie też by nie zaaprobowała? - Trixie była zaskoczona pytaniem, które
zadała bez namysłu. Opinia pani Duncliffe nie miała w gruncie rzeczy
żadnego znaczenia, bo prawdopodobieństwo ich spotkania było bliskie
zeru. Ale, co dziwne, odpowiedź wydała się nagle ważna.
- Tak - odpowiedział Jasper. Wziął Trixie za rękę i pomógł jej wyjść z łodzi. - Nie aprobowałaby cię.
- Dlaczego? - Trixie mimo woli poczuła się urażona.
- Czy to ważne?
- Nie wiem. Chyba nie. Jestem po prostu ciekawa.
- Ciekawość bywa zgubna. Dajmy temu spokój - odpowiedział, ujął ją pod
brodę i pocałował.
- Dobrze, dajmy temu spokój - zgodziła się, choć bardzo chciała
wiedzieć, dlaczego nie podobałaby się matce Jaspera. Czy dlatego, że
pracuje jako kelnerka w nadmorskiej restauracji Captain Jack's? A może
nie jest wystarczająco elegancka? W razie potrzeby mogłaby się wystroić
jak Grace Kelly, z perłami na szyi, i z pewnością nie zamierzała spędzić
reszty życia jako kelnerka.
Jasper odprowadził Trixie do frontowych drzwi domu na Sunset Slip. Wokół
unosił się przyprawiający o zawrót głowy zapach róż i przez chwilę
Jasperowi przypomniał się ogród w Anglii. Zerwał kwiat i wsunął Trixie
za ucho.
- Bądź dobra dla swojej matki - rzekł, całując ją lekko.
Trixie się uśmiechnęła.
- Przecież nawet jej nie znasz - odparła rozbawionym tonem.
- Podoba mi się z opisu.
- Zaakceptowałaby cię - szepnęła. - Myślę, że spodobałbyś się jej,
chociaż jesteś gwiazdą rocka.
- Zobaczymy się jutro, Delixie Trixie.
Zachichotała z niemądrego przezwiska.
- Wiesz, gdzie mnie znaleźć - odpowiedziała, otwierając drzwi. Patrzył,
jak je zamyka, po czym odszedł pustą ulicą.
Jasper uśmiechał się do siebie, idąc w stronę plaży ścieżką biegnącą
wśród traw. Na niebie jasno świecił księżyc. W oceanie odbijały się
gwiazdy i wydawało się, że w morzu lśnią tysiące ogników. Jasper
pomyślał o Trixie i jego serce wypełniło ciepło. Jeszcze nigdy nie był
zakochany. Jasne, miał dziewczyny. Mnóstwo dziewczyn. Ale nie budziły w nim takich uczuć jak Trixie. Uwielbiał jej leciutko zakrzywione kły,
które nadawały jej łobuzerski, swawolny wygląd. Uwielbiał jej
nieokiełznany charakter, wesołość i to, że tak niezachwianie w niego
wierzy. Wiedział, że gdyby tylko o to poprosił, wyruszyłaby z nim w podróż po całej Ameryce. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej
podobała mu się ta myśl. Wiedział na pewno, że nie zostawi jej jesienią
na plażach Tekanasset.
Pan Duncliffe. Podobał mu się podziw brzmiący w jej głosie, gdy
wypowiadała jego nazwisko. Dobrze się czuł w jej towarzystwie, lubił
wtedy siebie. Jej uczucie przypominało promienie słońca rozpraszające
mroki wątpliwości. Zaczął nucić pod nosem melodię. Kiedy kroczył
naprzód, rytmiczny szum fal sprawił, że powoli pojawiły się słowa.
Zainspirowany ciepłymi emocjami wywoływanymi przez Trixie, Jasper usiadł
po turecku na piasku i zaczął komponować piosenkę. Grał ją wielokrotnie,
aż wreszcie nauczył się jej na pamięć. "Trzymałem cię w ramionach przez
ostatnią chwilę, a potem patrzyłem, jak odchodzisz. Nagle zapragnąłem za
tobą pobiec, znowu cię objąć i nigdy nie puścić"...
Spoglądając z okna swojej sypialni, Trixie była pewna, że słyszy w dali
dźwięki gitary, lecz mógł to być po prostu szum morza. Stała przez
chwilę przy oknie, czując na twarzy chłodny wiatr. Popatrzyła na nocne
niebo. Zapadł już zmrok; na niebie świecił księżyc i tajemniczo mrugały
gwiazdy. W ogrodzie panowała cisza. Ptaki spały. Pszczoły wróciły do uli
pełnych miodu. Króliki schroniły się w głębi nor. Srebrzyste światło
nadawało krzewom i kwiatom nieziemski wygląd. Trixie chłonęła piękno
otoczenia, a świadomość, że gdzieś niedaleko znajduje się Jasper,
nadawała krajobrazowi niezwykły blask. Od jego przybycia na Tekanasset
widziała wszystko inaczej. Świat wypiękniał dzięki jego obecności.
Kilka sekund później do drzwi sypialni zapukała cicho matka.
- Mogę wejść?
- Cześć, mamo! - odpowiedziała Trixie, po czym odeszła od okna i włożyła
długi wełniany kardigan.
- Muszę z tobą porozmawiać - odezwała się Grace, pamiętając rozmowę z Big, która doradzała stanowczość.
Trixie natychmiast zaczęła przepraszać.
- Posłuchaj, wiem, że cię zawiodłam, i jest mi naprawdę przykro. -
Skrzyżowała ramiona w obronnym geście.
Grace zauważyła różę we włosach córki i uśmiechnęła się. Z jej twarzy
zniknął poważny wyraz.
- Dobrze się bawiłaś?
- Pojechałam z zespołem. Wszystko było bardzo przyzwoite, naprawdę.
Suzie i ja miałyśmy własną sypialnię; mieszkałyśmy w domu pana Lipmanna,
ważnej figury w branży muzycznej, przyjaciela Joego Hornby'ego. Uważa,
że mają szansę na wielką karierę.
Grace usiadła na łóżku i splotła dłonie na kolanach.
- Bardzo lubisz Jaspera, prawda?
Trixie uśmiechnęła się szelmowsko. Na jej twarzy pojawił się entuzjazm,
a złość zaczęła ustępować.
- Ty też byś go polubiła, wiesz. To prawdziwy dżentelmen. Odprowadził
mnie do domu. To nie to, co myślisz.
- Co myślę?
- Cóż, że zostanie gwiazdą rocka. - Trixie powiedziała to takim tonem,
jakby Grace uważała zostanie gwiazdą rocka za przestępstwo.
- Nie ma nic złego w zajmowaniu się muzyką, Trixie.
- Nawet jego własna matka tego nie aprobuje.
- Ja aprobuję. Możesz kochać, kogo chcesz, moja droga. Nie obchodzi
mnie, co myślą o tym inni.
- Więc o czym mamy rozmawiać?
Grace zawahała się na moment, niepewna, czy podjęła słuszną decyzję.
- Chcę, żebyś przez resztę lata pozostała na wyspie.
Trixie zrobiła przerażoną minę.
- Nie mówisz poważnie!
- Mówię poważnie, kochanie. Nie możesz się spodziewać, że zaakceptuję
to, co zrobiłaś.
- Mam dziewiętnaście lat. Pracuję i zarabiam pieniądze, na litość boską!
Jestem dorosła. Mam prawo robić, co chcę. W moim wieku byłaś już
mężatką!
- To nieistotne. Jesteś moją córką i dopóki mieszkasz pod moim dachem i nie masz męża, mam prawo wiedzieć, gdzie jesteś. Ja i twój ojciec
jesteśmy za ciebie odpowiedzialni. Postąpiłaś wyjątkowo niemądrze,
Trixie. A jeśli coś by ci się stało?
- Z Jasperem byłam całkowicie bezpieczna. Ma dwadzieścia cztery lata.
Pojechałyśmy na zaproszenie pana Lipmanna, nigdzie nie uciekłam.
- Powinnaś była poprosić mnie o pozwolenie. Powinnaś była szczerze mi
powiedzieć, dokąd się wybierasz.
- Nie puściłabyś mnie.
- Prawdopodobnie tak - przyznała Grace.
- Cóż, właśnie dlatego cię nie pytałam. - Trixie usiadła na brzegu
stołka od toaletki, uniosła jedno kolano i objęła je dłońmi. - Mówiłaś
tacie?
- Jeszcze nie. Najpierw chciałam porozmawiać o tym z tobą. Wolałabym mu
powiedzieć, że sprawa jest zakończona i że nie ma potrzeby dalej o niej
dyskutować.
Na twarzy Trixie pojawiła się ulga.
- Okej, obiecuję, że zostanę na wyspie. Zdaje się, że chłopcy i tak będą
tu do września. Przygotowują album w domu Joego.
Grace również poczuła ulgę.
- W porządku, a zatem umowa stoi. Dobrze. A teraz powiedz mi, jaki
właściwie jest ten Jasper.
Trixie opuściła nogę i zaczęła szczotkować włosy. Były gęste i błyszczące, podobnie jak u matki, kiedy była młoda.
- Bardzo przystojny - odpowiedziała z uśmiechem.
- Domyślam się.
- Ma wyjątkowo piękne oczy. Szarozielone jak szałwia; poza tym jest
dowcipny. Przez cały czas się śmiejemy. Ale jest też łagodny, dobry.
- To Anglik, prawda?
- Tak, mówi pięknym językiem, jak książę. - Przypomniała sobie o róży za
uchem i wyjęła ją. - Oczywiście nie jest księciem. Ale któregoś dnia
będzie sławny. Powinnaś usłyszeć jego śpiew. Ma najseksowniejszy głos na
świecie.
- Chętnie posłuchałabym, jak śpiewa - przyznała Grace.
Trixie westchnęła z zadowoleniem.
- Cóż, może będziesz miała okazję. Może zaśpiewa dla ciebie jedną ze
swoich piosenek. Myślę, że powinien zrobić na tobie wrażenie. Kocha,
lubi, szanuje... - Zaczęła odrywać płatki róży.
Grace się roześmiała.
- Moim zdaniem cię kocha. Przemawiają za tym wszystkie znaki na niebie i ziemi.
Trixie uśmiechnęła się porozumiewawczo do matki.
- Ja też tak sądzę - odparła.
Rozdział 3
Freddie Valentine był kiedyś przystojnym mężczyzną, lecz został
oszpecony w czasie wojny. Kula, która trafiła go w twarz, strzaskała
kość policzkową i poszarpała skórę; w konsekwencji stracił oko. Rany w końcu się zagoiły, jak to zwykle bywa, lecz pozostała brzydka blizna
przypominająca o dniu, gdy wszystko się zmieniło. Dniu, w którym zabrano
mu tak wiele. Czarna opaska na oku stanowiła symbol nowej epoki w życiu,
lecz w głębi serca stale tlił się ból.
Nazajutrz rano Freddie przypłynął łodzią na Tekanasset, czując głębokie
zadowolenie po weekendzie spędzonym na farmie swojego szefa w okręgu
Bristol. Przez ostatnie dziesięć lat prowadził na wyspie
osiemdziesięciohektarową farmę specjalizującą się w uprawie żurawin i odnosił takie sukcesy, że właściciel, pan Stanley, poprosił go o zajęcie
się drugą farmą, położoną na kontynencie, gdzie uprawiano borówki,
maliny, truskawki i hodowano trzodę chlewną. Freddie spędził trzy dni na
ulubionych zajęciach gospodarskich i pan Stanley z wdzięczności podniósł
mu pensję. Freddie opuścił farmę dumny z siebie. Miał poczucie, że
przyjemność płynąca z pracy rekompensuje rozczarowania, których
doświadczał w domu. Niestety, wracając z pracy, miał pecha i kiedy
wstąpił do sklepiku, by kupić papierosy, natknął się na Billa
Durlachera, który natychmiast wytrącił go z równowagi i popsuł mu dobry
humor.
- Słyszałem, że Trixie ma kłopoty - rzekł Bill. Wsunął gazetę pod pachę
i poklepał Freddiego po ramieniu.
- Jakie kłopoty? - spytał obojętnie Freddie. Mieszkańcy Tekanasset
uważali jego rezerwę za cechę typowo brytyjską, lecz Billowi zwykle
udawało się go nieco rozruszać na polu golfowym lub przy piwie w klubowym barze.
- Nie chcę być posłańcem przynoszącym złe wiadomości - ciągnął Bill,
zachwycony, że może być posłańcem przynoszącym złe wiadomości.
- Możesz mi wszystko powiedzieć, bo i tak szybko dowiem się od Grace.
- Trixie uciekła z jednym z chłopaków z brytyjskiego zespołu muzycznego,
którzy mieszkają u Joego Hornby'ego. Myśli, że uda mu się z nich zrobić
Rolling Stonesów. - Bill roześmiał się z niedowierzaniem. - Grace na
pewno szaleje z niepokoju. Evelyn mówi, że Trixie od trzech dni nie daje
znaku życia.
Freddie pobladł. Potarł dłonią podbródek, zastanawiając się, co
powiedzieć Billowi Durlacherowi. Zależało od tego, jak szerokie kręgi
zatoczy skandal. Szybko podjął decyzję.
- Ach, o to ci chodzi... - rzekł obojętnym tonem. - Dobrze o tym wiem. -
Zaśmiał się lekko. - Szkoda, że Trixie nie wrodziła się w matkę! -
Zaskoczył Billa, który nie chciał wyjść na głupca i również się
roześmiał. - To dobrzy chłopcy - ciągnął Freddie. - Gdybym chciał
znaleźć opiekuna dla Trixie, sam bym go wybrał. Jak on ma na imię? -
Udawał brak zainteresowania.
- Zdaje się Jasper - odpowiedział Bill, wyraźnie rozczarowany.
- Zgadza się, Jasper. Miły gość z tego Jaspera. - Poklepał Billa po
plecach w nadmiernie wylewny sposób, jak to miał w zwyczaju robić Bill.
- Cieszę się, że cię spotkałem, Bill. Pozdrów ode mnie Evelyn.
Kiedy Freddie wrócił do domu, usłyszał Grace nucącą jakąś melodię w szopie w ogrodzie.
- Grace! - zawołał, a ton jego głosu sprawił, że żona z bijącym sercem
pobiegła ścieżką prowadzącą do domu. Pomyślała z lękiem o Trixie i poczuła ściskanie w gardle. Freddie stał na werandzie, podpierając się
pod boki. Jego twarz poczerwieniała z wściekłości pod rondem kapelusza.
- Dlaczego muszę się dowiadywać o Trixie i tym Jasperze od Billa
Durlachera?! - spytał ostro. - Zrobiłaś ze mnie durnia!
Grace wierzchem dłoni odgarnęła włosy ze spoconego czoła.
- Przepraszam, Freddie. Powinnam była do ciebie zatelefonować.
- Wyjeżdżam na weekend i od razu dzieje się coś takiego! - Zaczął
chodzić tam i z powrotem po werandzie.
- Wszystko załatwione. Rozmawiałam z nią i ma zakaz opuszczania wyspy.
- Zakaz opuszczania wyspy! Powinna dostać takiego kopniaka, by poleciała
stąd do Timbuktu! Co się dzieje, do licha?!
Grace usiłowała mówić spokojnym tonem.
- Pojechała z kilkoma przyjaciółmi na Cape Cod na prywatny koncert
zespołu. Powiedziała mi, że zatrzyma się u Suzie, a ja jej uwierzyłam.
Spędza z Suzie większość weekendów, więc pomyślałam...
- Ale spędziła weekend z tym nicponiem Jasperem! - Freddie z irytacją
machnął ręką, odpędzając odważną pszczołę, która niebezpiecznie się do
niego zbliżyła.
- Była z Suzie. Pojechały razem. Nie stało się nic strasznego.
- Okłamała cię, Grace. Uważasz, że to nic wielkiego? Ma dziewiętnaście
lat i potajemnie spędziła weekend z młodym mężczyzną, którego dopiero co
poznała. Wstyd i hańba! Kim właściwie jest ten Jasper?
- Anglikiem.
- Jakby to coś zmieniało. To członek zespołu muzycznego?
- Tak, ale to miły chłopiec.
Freddie usiadł na bujanej ławce i wyjął z kieszeni na piersi paczkę
papierosów.
- Znasz go?
- Nie.
- To skąd wiesz, że jest miły?
- Ufam Trixie.
Włożył papierosa do ust i zapalił.
- Zdajesz sobie sprawę ze stylu życia takich muzyków? Naprawdę zdajesz
sobie sprawę?
- Nie wszyscy są tacy jak Mick Jagger i Marianne Faithfull.
- Narkotyki, alkohol, seks. Chcesz, żeby nasza córka zadawała się z takimi ludźmi? Nie bądź naiwna, Grace.
- Co jeszcze powiedział ci Bill? - Grace usiłowała zapanować nad
drżeniem głosu.
- Nie musiał mi mówić nic więcej. Wyobrażam sobie, co gadają ludzie.
Grace usiadła obok Freddiego i położyła brudne ręce na kolanach.
- Czy to cię martwi? Co mówią ludzie?
Popatrzył na nią przez obłok dymu. Nikotyna zdawała się trochę go
uspokajać.
- Grace, przyjechaliśmy tu dwadzieścia siedem lat temu i zaczęliśmy nowe
życie. Mieszkańcy wyspy serdecznie nas przyjęli i sprawili, że
poczuliśmy się jak u siebie w domu. Ciężko pracowaliśmy, by wyrobić
sobie dobrą markę. Ty jesteś znana jako najlepsza projektantka ogrodów w promieniu wielu kilometrów, a ja zdobyłem szacunek ludzi, z którymi
pracuję na farmie. Nie wyglądam sympatycznie, więc nie było to proste,
ale zostaliśmy zaakceptowani i zyskaliśmy dobrych przyjaciół. Nie chcę,
by Trixie zniszczyła to w ciągu jednego lata, zachowując się jak dziwka.
Grace poczuła się tak, jakby wymierzono jej policzek.
- Jak możesz mówić w ten sposób o naszej córce, Freddie?! Trixie nie
jest dziwką!
- Kompromituje się, Grace. Naraża swoją reputację.
- Jest zakochana, Freddie! - gwałtownie zaprotestowała Grace.
- Ma dziewiętnaście lat. Co może wiedzieć o miłości?
- Przypominasz sobie pewną dziewiętnastolatkę, która wiele lat temu
wyszła za przyjaciela z dzieciństwa? - Grace uśmiechnęła się lekko, ale
Freddie pozostał niewzruszony i znowu zaciągnął się dymem.
- Znaliśmy się przez całe życie. Pochodziliśmy z tej samej miejscowości.
Nic nie wiem o tym chłopcu, Jasperze, i założę się, że Trixie również
nic o nim nie wie. Czy naprawdę uważasz, że człowiek podróżujący dookoła
świata z zespołem muzycznym to dobry kandydat na męża twojej córki?
- Trixie jest osobą niekonwencjonalną.
- Lubi tak o sobie myśleć, ale to nieprawda. Łamanie zasad może być
zabawne i niegrzeczni chłopcy zawsze będą atrakcyjni dla dziewcząt
takich jak Trixie. Ale w końcu Jasper złamie jej serce, a Trixie jest
dostatecznie konwencjonalna, by ją to zabolało.
Grace zbladła.
- Nie mów tak - rzekła cicho. Nie życzyła córce, by ktoś złamał jej
serce.
- Mówię to teraz i chcę, żebyś o tym pamiętała. Wiesz, że mam rację.
- Poznajmy go. Przynajmniej czegoś się o nim dowiedzmy, nim zabronimy
Trixie się z nim widywać.
Freddie wstał i wyrzucił niedopałek papierosa do ogrodu.
- Muszę popracować. Zastanowię się nad tym.
Grace również wstała.
- Bądź wobec niej wyrozumiały, Freddie - powiedziała ostrzej, niż
zamierzała. - Nie chcę, by cię znienawidziła za to, że nie pozwalasz jej
się spotykać z mężczyzną, którego kocha.
Popatrzył na nią. W jego jedynym oku, zwykle patrzącym wyniośle, nagle
pojawił się wyraz bólu.
- Myślisz, że może mnie znienawidzić?
- Chcę tylko, żeby była szczęśliwa - odparła Grace, zdając sobie sprawę,
że się zarumieniła.
- Ja również. Jako ojciec muszę ją chronić przed niebezpieczeństwami i wyprowadzić na prostą drogę. Co jest na kolację?
- Zapiekanka z kurczaka.
Freddie skinął z zadowoleniem głową. Chociaż opuścił Wielką Brytanię
przed dwudziestoma siedmioma laty, w dalszym ciągu najbardziej lubił
klasyczne angielskie potrawy. Wszedł do domu, by wziąć marynarkę, po
czym wyszedł frontowymi drzwiami, nic więcej nie mówiąc.
Grace została na werandzie. Była roztrzęsiona. Odetchnęła głęboko, by
się uspokoić, ale czuła ściskanie w żołądku. Chętnie broniłaby Trixie
jak lwica, ale gdyby Freddie naprawdę zabronił jej widywać się z Jasperem, stanęłaby wobec straszliwego dylematu. A jeśli Freddie ma
rację i Jasper nawiązał po prostu letni romans z miejscową dziewczyną, z którą nie zamierzał się trwale wiązać? Nie chciała, by córka wychodziła
za mąż: nie teraz, była stanowczo za młoda - gdyby sama Grace nie wyszła
tak młodo za mąż, uniknęłaby wielu kłopotów - lecz nie chciała także, by
pierwsza miłość córki złamała jej serce. Tylko nie to...
Grace usiadła na schodach i spoglądała na pszczoły latające nad lawendą.
Ich ciche brzęczenie łagodziło jej niepokój. Nabrała otuchy, patrząc,
jak zbierają pyłek, by zanieść go do ula. W Anglii ojciec opiekował się
dwudziestoma ulami; na Tekanasset były tylko trzy. Grace nie miała czasu
zajmować się większą pasieką, poza tym traktowała to jako hobby; ludzi
takich jak ona nazywano niedzielnymi pszczelarzami. Hodowla pszczół nie
dawała żadnych dochodów, ku niezadowoleniu Freddiego; wszystkie
pieniądze ze sprzedaży miodu w miejscowych sklepach przeznaczano na
reperacje i zakup niezbędnego wyposażenia. Mąż usiłował przekonać Grace,
by zrezygnowała z tego zajęcia, ale chociaż Grace często mu ustępowała,
w tej kwestii okazała się nieugięta: nic nie mogło jej skłonić do
rezygnacji z utrzymywania kilku uli. Złamałoby jej to serce.
Podeszła do krzaków lawendy i zerwała kwiat, na którym siedziała
pszczoła. Uśmiechnęła się, patrząc na owada chodzącego po maleńkich
kwiatkach i zbierającego nektar. Pszczoła była tak zajęta pracą, że jej
nie zauważyła. Po chwili przeszła na rękę Grace i zaczęła iść po
przedramieniu, łaskocząc jej skórę. Grace obserwowała owada przez pewien
czas, zapominając o Trixie i Jasperze; przypomniała jej się przeszłość i poczuła ból w sercu, którego rany nigdy naprawdę się nie zagoiły.
Dwadzieścia siedem lat może się wydawać długim okresem, lecz dla serca
czas nie ma żadnego znaczenia. Miłość nie słabnie z upływem lat i nie
umiera, lecz płonie jak wieczne słońce. Grace przekroczyła
pięćdziesiątkę, w ciągu minionych lat bardzo się zmieniła, ale tylko na
zewnątrz. Miłość, którą nosiła w sercu, zachowała świeżość, jakby
zrodziła się wczoraj. I właśnie taka miała pozostać w pamięci:
świetlista, czysta, otoczona rojami pszczół ozdabiającymi ogród.
O trzeciej Trixie skończyła pracę w Captain Jack's i poszła do Joego
Hornby'ego. Czekał ją tylko krótki spacer wzdłuż brzegu morza; potem
musiała się wspiąć stromą, wyłożoną deskami ścieżką na szczyt klifu,
gdzie stał majestatyczny dom Joego. Trixie podeszła do chłopców, którzy
leżeli nad basenem w promieniach słońca, palili jointy i gawędzili.
Stary Joe zjadł obfity lunch i drzemał w wiklinowym fotelu z kapeluszem
nasuniętym na oczy; jego wydatny brzuch miarowo unosił się i opadał.
Jasper miał na sobie czerwone spodenki kąpielowe, a jego smukłe ciało
było opalone na złocisty brąz.
- Popatrzcie, kto przyszedł! - odezwał się, uśmiechając się do Trixie. -
Masz ochotę popływać, ślicznotko?
- Straszny dziś upał - odpowiedziała Trixie, kładąc torebkę na trawie. -
Chyba będę musiała się ochłodzić.
- Jeśli wskoczysz w bikini, wszyscy będziemy musieli się ochłodzić -
odezwał się Ben, który grał w zespole na perkusji. Odgarnął z czoła
grzywę rozczochranych włosów i pociągnął łyk piwa z butelki.
- Widzę, że ciężko pracujecie - odparowała sarkastycznie Trixie.
- Czekaliśmy na przypływ inspiracji i oto się pojawiłaś! - zauważył
Jasper.
- A gdzie się podziewa moja inspiracja? - spytał George, przeciągając
się leniwie na leżaku.
- Domyślam się, że mamusia nie pozwala jej wychodzić z domu - zaśmiał
się Ben.
- Może przyprowadzić matkę - zauważył George. - Lubię doświadczone
kobiety.
- O kim właściwie mówicie? - zaciekawiła się Trixie.
- O panience, którą dziś rano George podrywał w barze - wyjaśnił Ben.
- "Lucy in the sky with diamonds"... - zaintonował Jasper.
- Boże, tylko nie Lucy Durlacher! - zawołała ze zdumieniem Trixie. -
Wierzcie mi, na pewno nie chcielibyście poznać jej matki! Będziecie
mieli szczęście, jeśli pozwoli Lucy zbliżyć się do was na kilometr.
Podejrzewam, że wolałaby, aby córka zachorowała na dżumę!
George uśmiechnął się i przyłożył rękę do serca.
- Zakazany owoc! Teraz wydaje mi się znacznie bardziej pociągająca niż
wcześniej! Umieram z miłości do Lucy Durlacher!
- Wierz mi, nietrudno ją poderwać. Mógłby to zrobić każdy dureń!
- Miau, kocie pazurki! - zaśmiał się Ben.
Jasper wziął Trixie za rękę i przyciągnął do siebie, by ją pocałować.
- Wiem coś o twoich pazurkach! - szepnął. - Mam ich ślady na plecach i jestem z tego dumny!
Trixie roześmiała się ochryple.
- Niech pan wskakuje do basenu, panie Duncliffe!
Trixie weszła do domu, by się przebrać w bikini. Rezydencja Joego była
pięknie umeblowana i bardzo schludna. Znalazła w przedpokoju drzwi do
łazienki, weszła do środka i zdjęła ubranie. Kiedy wkładała bikini,
spojrzała na wiszące na ścianach czarno-białe fotografie młodszego,
szczuplejszego Joego w towarzystwie różnych muzyków, których nie
rozpoznawała. Joe szczerzył zęby w uśmiechu, stał obok przystojnych
młodych ludzi w smokingach i olśniewająco pięknych kobiet z włosami
upiętymi w stylu lat pięćdziesiątych; matka Trixie oparła się pokusie
robienia sobie takich fryzur. Większość zdjęć wykonano na przyjęciach.
Po chwili zauważyła fotografię Joego z Elvisem Presleyem. Przyjrzała się
bliżej. Tak, to na pewno Elvis. Wywarło to na niej wrażenie. Może Joemu
uda się zrobić z Jaspera i jego zespołu megagwiazdy podobne do Elvisa?
Poczuła dreszcz podniecenia. Było to niesłychanie ekscytujące. Pomyślała
o Marianne Faithfull; perspektywa zostania dziewczyną gwiazdy rocka
wyglądała bardzo zachęcająco. Trixie pobiegła przez dom w stronę basenu
jak młoda kózka.
Spędzili popołudnie na pływaniu i opalaniu się. Joe się obudził i Trixie
stwierdziła, że to dobroduszny starszy pan mówiący z rozwlekłym
bostońskim akcentem, który uwielbia opowiadać anegdotki na temat swoich
doświadczeń w branży muzycznej. Siedział w fotelu, podobny do leniwej
ropuchy, palił cygaro i gadał, zadowolony z wrażenia, jakie robi na
młodych, pełnych podziwu słuchaczach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki