7
19.00 czasu lokalnego
Biały Dom, Pokój Dowodzenia
W coraz bardziej napiętej i gęstniejącej
atmosferze Pokoju Dowodzenia wiceprezydent Pamela Barnes po raz pierwszy
zabiera głos.
- Dlaczego jednostki Navy SEALs się nie wycofują? - pyta. - Chyba mają
już niewiele paliwa? I czy czas, który mogą spędzić na terytorium Libii,
nie jest ograniczony? Dodałabym jeszcze, że ich pobyt tam jest raczej
nielegalny, prawda?
Chcę jej odpowiedzieć, ale siedzę cicho. Wiele lat temu, gdy brałem
udział w wyczerpujących i piekielnie trudnych szkoleniach bojowych BUD/S
(Basic Underwater Demolition/SEAL), Class 342, w kilka sekund
zaspokoiłbym jej ciekawość.
Ale nie należę już do drużyny Navy SEALs i nie jestem komandosem.
Teraz jestem POTUS, President of The United States.
Ktoś inny zatem musi ją oświecić.
- Pani wiceprezydent - odzywa się siedzący obok mnie admirał Horace
McCoy, szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów - sytuacja nadal jest...
dynamiczna. Przypuszczam, że oddział kontroluje sytuację i sprawdza, czy
w sąsiedztwie nie ma innych celów.
Wtedy się wtrącam:
- Pamelo, masz jeszcze jakieś pytania?
Gapi się na mnie, a ja odpowiadam jej spojrzeniem. Dobrze się spisuje
jako wiceprezydent, a przedtem była znakomitym gubernatorem Florydy. Dwa
lata wcześniej prawie dotarła do Gabinetu Owalnego jako kandydatka na
prezydenta, ale jest impulsywna i nie zna się na operacjach wojskowych.
Moja pani wiceprezydent uważa, że komandosi to nakręcane zabawki, które
wysyła się na akcję, tam chodzą jak po sznurku, słuchają rozkazów
dowódców, a potem szybko i grzecznie wracają.
- Panie prezydencie - rzuca admirał McCoy. - Proszę spojrzeć na ekran.
Odwracam wzrok od Barnes i patrzę na niewyraźne obrazy przekazywane
przez drona. Białe sylwetki komandosów przemieszczają się w szyku
bojowym, a dron podąża za nimi.
Na horyzoncie pojawiają się inne budynki.
W zagrodach kręcą się zwierzęta.
Na dachach zabudowań pojawiają się jakieś zamazane, białe sylwetki z bronią.
- Sytuacja się rozwija - stwierdza admirał McCoy.
- To super - mówię.
8
2.40 czasu lokalnego
Góry Nafusa
Oddział Zepposa wspina się po zboczu małego
wzgórza, wszyscy komandosi działają jak jeden mąż, rozpraszają się wśród
skał i karłowatych zarośli, aby nikt nie mógł ich zobaczyć na tle
nocnego nieba. Nick rozgląda się dookoła, w dłoniach w rękawiczkach
ściska karabin automatyczny HK 416, a pod sobą czuje zmarzniętą ziemię.
- Niech to diabli - szepcze.
Po lewej znajduje się jakaś mała kamienna zagroda, a w niej kozy z dzwoneczkami na szyjach.
Słyszy ich dźwięk.
Ale to, co widzi, wykracza poza jego zdolność pojmowania.
To lustrzane odbicie miejsca, w którym wylądowali kilkanaście minut
temu.
Błąd mapowania.
Co za cholerna niespodzianka.
W słuchawkach melduje się jeden z żołnierzy.
- Tu Blake. Tango jeden, cel w budynku na południowym zachodzie. Odbiór.
- Przyjąłem - mówi Zeppos. Jego nastrój i postawa ulegają zmianie.
W końcu zaczynamy, myśli. Jesteśmy w odpowiednim miejscu. Asimie
Al-Aszidzie, idziemy po ciebie.
W najmniejszym budynku po lewej stronie rozlega się stłumiony odgłos.
Pif-paf! Dwaj komandosi z karabinkiem automatycznym AK-47 przywierają
do ziemi.
W końcu nie chodzi tutaj o pokojowo nastawione plemię, prawda? Element
zaskoczenia już przepadł, jeśli w ogóle był im dany.
Trzeba zachować elastyczność, myśli Nick.
Wstaje, płaskowyż jest cichy, spokojny, a potem wkracza do akcji.
Porusza się scalony z oddziałem, ale nikt nie krzyczy: "Dawaj, dawaj",
jak w beznadziejnych grach komputerowych. To doskonale zorganizowana
grupa, która działa tak, jak została wyszkolona, wypełniając swoje
zadania bez zbędnego dramatyzowania.
Z najmniejszego budynku wypada uzbrojony mężczyzna, Zeppos zdejmuje go
dwoma strzałami. Tamten prawie się nie rusza, ale Nick pakuje mu w klatkę piersiową następne dwie kule.
Zeppos podchodzi bliżej do większego budynku, zdaje sobie sprawę, że
dzięki dronom oraz innym urządzeniom wywiadowczym, które ma nad głową,
każdy ruch, szept i wystrzał trafia do Centrum Operacji Specjalnych w Bagram, do pokojów projekcyjnych w Pentagonie, Langley i do Pokoju
Dowodzenia Białego Domu.
Nie chce się do tego przyznać, ale czuje się trochę dumny i zobowiązany
tym, że prezydent Stanów Zjednoczonych z odległości tysiąca mil
obserwuje jego misję. To w końcu były wiceprezydent i kongresmen z Teksasu, który kiedyś robił to samo i służył w armii, gdy dokonano ataku
na Twin Towers.
Nie zawiedziemy, panie prezydencie, myśli.
- Do ataku - szepcze. - Naprzód.
Dwa oddziały Navy SEALs ruszają w kierunku największego budynku. Teraz
lepiej go widać, więc Zeppos czuje spokój i opanowanie. Mniej więcej w ciągu minuty żołnierze sforsują drzwi, a mężczyzna, który rezyduje w środku, otrzyma dwa strzały w klatkę piersiową i jeden w czoło. Potem
sfotografują ciało, zmierzą je, zdejmą odciski palców, pobiorą próbki
DNA i wyślą wszystko do analizy.
Asimie, idziemy po twoją dupę, myśli Zeppos.
Dwaj komandosi stają w progu.
Zeppos widzi, że metalowe drzwi są zamknięte na kłódkę.
Po chwili orientuje się, że okna są zabezpieczone w ten sam sposób.
Żołnierze obchodzą budynek, szukając innego wejścia.
- Tango, odbiór - rozlega się głos Milera, kolejnego łącznościowca.
Bum, bum!
Komandosi forsują okno budynku, który jest ich celem. Zaczynają swoją
robotę i...
Błysk światła, po czym silny podmuch eksplozji kładzie Zepposa na plecy.
Krztusi się, kaszle krwią i kurzem, a potem dźwiga na kolana, trzymając
w rękach karabin HK 416. Nic nie widzi.
Mruga, podnosi gogle i przeciera oczy oślepione nagłym rozbłyskiem.
Cel zapada się w wyniku wybuchu, pogrąża w kłębach dymu i płomieni.
Z dwóch sąsiednich budynków dochodzi kanonada.
Zeppos zajmuje pozycję i odpowiada ogniem.
- Pozycja - mówi. - Podać pozycję!
Ale nikt nie odpowiada.
Strzela znowu.
- Pozycja! - mówi jeszcze raz, głośniej. - Podać pozycję!
Wokół niego świszczą kule i odbijają się od skał.
- Kurwa, kurwa, kurwa - mruczy i wymienia magazynek.
Przykro mi, panie prezydencie, myśli, strzelając w stronę migających
świateł najbliższego budynku. Znowu daliśmy dupy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
2.00 czasu lokalnego
Wielka Syrta, wybrzeże Libii
Na pokładzie black hawka MH-60M o kryptonimie Spear One, należącego do elitarnej jednostki Sił Specjalnych
Night Stalkers, chorąży marynarki wojennej Nick Zeppos z Navy SEALs Team
Six patrzy na zegarek. Pięć minut wcześniej wystartowali w atramentowej
ciemności z okrętu desantowego USS Wasp, by rozprawić się z wrogiem.
Jeśli jego żołnierze - oraz załoga drugiego śmigłowca Spear Two - będą
mieli szczęście, to wytropią i zabiją Asima Al-Aszida jeszcze przed
wschodem słońca.
Zeppos obrzuca szybkim spojrzeniem swoich szturmowców stłoczonych ciasno
w dwóch rzędach. W wibrującym od hałasu wnętrzu śmigłowca niemal wszyscy
żołnierze zachowują milczenie; niektórzy popijają wodę z plastikowych
butelek, inni siedzą rozparci ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami.
Dwaj piloci ze 160. Pułku Specjalnych Operacji Lotniczych lecą nisko,
jakieś dziesięć metrów nad lekko wzburzoną wodą. Instrumenty pokładowe
jarzą się na zielono i niebiesko. Zeppos wie, że wszyscy żołnierze w słabo oświetlonym śmigłowcu analizują czekającą ich misję, myślą o swoim
wyszkoleniu, a potem oczyszczają umysł i koncentrują się na czekającym
ich zadaniu.
Czyli na wyeliminowaniu Asima Al-Aszida.
To długoterminowy cel amerykańskich agencji wywiadowczych i wojska. A dzisiejszej nocy, po czterech latach przygotowań, Zeppos ma nadzieję, że
trafią w dziesiątkę. Oddziały Navy SEALs i Sił Specjalnych od dawna
ścigały przywódców terrorystów - na celowniku służb znajdowali się
przede wszystkim Osama bin Laden i Abu Bakr Al-Baghdadi oraz ich
zastępcy i poplecznicy, czyli ludzie, którzy zawsze pozostawali w cieniu, ale wydawali rozkazy, nie brudząc sobie rąk i ograniczając się
do słabej jakości nagrań wideo i kwiecistych obietnic śmierci i zemsty.
- Zbliżamy się do lądu! - woła dowódca Night Stalkers, co oznacza, że za
chwilę zostawią za sobą morze i znajdą się nad terenem Libii, kraju
zamieszkanego przez podzielony i skłócony naród, będący dzięki temu
doskonałą wylęgarnią terroryzmu i idealnym schronieniem dla takich
przywódców, jak Asim Al-Aszid.
Ale Al-Aszid nie jest taki jak inni przywódcy organizacji
terrorystycznych.
Od kilku lat w Internecie pojawiają się nagrania dokumentujące działania
jego grupy. Każde z nich przedstawia Al-Aszida w samym centrum krwawego
chaosu, zorganizowanego przez dobrze zakamuflowaną sieć jego
zwolenników, którzy pokazują się obok niego w ostatniej chwili, a potem
znikają.
Asim w zatłoczonej galerii handlowej w Belgii trzyma w górze zapalnik, a potem bez mrugnięcia okiem naciska guzik. Głuche bum! odbija się echem
w zatłoczonym pasażu, wprawiając kamerę w drżenie, ale nie na tyle, by
ukryć kłębiącą się chmurę dymu, krzyczących ludzi biegających bezładnie
i krew spływającą z ich pokaleczonych twarzy i połamanych kończyn.
Asim spaceruje ulicą w Paryżu, kamerzysta idzie za nim. Kamera
rejestruje, jak wydobywa spod długiego płaszcza karabin automatyczny,
strzela do tłumu przechodniów, celując specjalnie do kobiet i dzieci, a potem wsiada do białego pick-upa i bezpiecznie odjeżdża.
Asim, dzierżąc w dłoni wielki miecz, stoi za dwiema łkającymi
wolontariuszkami z Organizacji Narodów Zjednoczonych na pustyni w Sudanie. Kobiety mają związane ręce i nogi, on ze spokojem podchodzi do
każdej z nich i obcina im głowy, ich krew tryska na jego ubranie.
Zeppos prostuje nogi, a potem szybko przyciąga je do siebie. Brał udział
w dwóch obławach na Asima - jedną w Jemenie, drugą w Iraku - bo według
informacji zebranych przez wywiad istniało spore prawdopodobieństwo, że
właśnie tam go znajdą. Ale informacje okazały się chybione. Obie obławy
zakończyły się fiaskiem, nie licząc rannych żołnierzy Navy SEALs,
ostrzelanych śmigłowców i ogólnej frustracji.
Zeppos ma nadzieję, że trzeci raz okaże się szczęśliwy.
Są jeszcze inne nagrania, zbyt makabryczne, by je upubliczniać.
Nauczycielka w Afganistanie, przykuta łańcuchami do skały, oblana
benzyną i podpalona. Przywódca wioski w Nigerii, przytrzymywany
brutalnie przez ludzi z muzułmańskiej organizacji ekstremistycznej Boko
Haram, i Asim, który mija po kolei stojących w rzędzie członków jego
rodziny i podrzyna im gardła.
No i Boyd Tanner...
Zeppos wygląda przez iluminator - nie chce myśleć o Boydzie Tannerze,
którego śmierć jest najpilniej strzeżoną tajemnicą w środowisku służb
specjalnych - i widzi łunę światła nad szybko podnoszącym się z gruzów
Trypolisem. Chińczycy - w ramach programu nowego Jedwabnego Szlaku pod
nazwą "Jeden pas, jedna droga" - zdominowali inwestycje rozwojowe
zarówno tutaj, jak i w innych biednych krajach na całym świecie.
Chiński rząd oficjalnie twierdzi, że to tylko sposób, by ich rosnące w siłę mocarstwo dzieliło się ze światem swoją dobrą passą i wiedzą.
Zeppos i inni dowódcy otrzymali jednak tajne instrukcje odsłaniające
prawdziwe cele Chin: zabezpieczenie zasobów, sojuszy oraz ewentualnych
przyszłych baz wojskowych, by Chiny już nigdy więcej nie były izolowane
i poniżane, tak jak to się działo w długiej historii tego państwa.
Poświata na horyzoncie zaczyna gasnąć. Spear One i Spear Two lecą teraz
nad pofałdowaną libijską pustynią, na której kiedyś Niemcy i Brytyjczycy
toczyli dramatyczne boje i na której nadal w nieznającym litości piasku
stoją ich zardzewiałe czołgi i ciężarówki.
Przedtem byli tutaj Włosi, teraz są Chińczycy, myśli Zeppos.
Wielkie rzeczy.
Ponownie sprawdza sprzęt.
W interkomie znowu rozlega się głos dowódcy załogi:
- Szefie, rozmowa do ciebie.
Zeppos włącza mikrofon.
- A kto mówi? - pyta. - Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych?
- Nie, Nick, to z pewnością nie oni - oznajmia pilot.
Kurwa, myśli Zeppos. Kto śmie zawracać mi teraz głowę?
- Połącz - rzuca jednak; słyszy trzaski zakłóceń radiowych, a potem
bardzo znajomy głos, który wiele razy słyszał w radiu i telewizji.
- Szef Zeppos? Tu Matt Keating. Przepraszam, że niepokoję. Wiem, że jest
pan zajęty, więc nie będę marnować pańskiego cennego czasu. Chciałbym
jednak, aby pan wiedział, że bardzo pragnąłbym być teraz z wami.
- Och, dziękuję, panie prezydencie! - Zeppos podnosi głos, żeby Keating
mógł go usłyszeć.
- Głęboko wierzę w pana i pańskich ludzi. Jestem przekonany, że idealnie
wykonacie swoją misję - ciągnie Keating. - I możecie na mnie liczyć, bez
obaw. A teraz szykujcie dla tego skurwysyna worek na zwłoki - za kraj,
za komandosów i zwłaszcza za Boyda Tannera. Odmeldowuję się.
- Tak jest, proszę pana - odpowiada Zeppos. Z jednej strony jest
zdumiony, że facet osobiście do niego zadzwonił, a z drugiej wzruszyły
go jego szczere słowa. Ale przede wszystkim nie chce się przed sobą
przyznać, że wkurzyła go ta rozmowa w środku akcji!
Kurwa, myśli. Politycy naprawdę potrafią wpienić człowieka. Potem
trochę odpuszcza prezydentowi. W końcu Keating jest jednym z nich. No i wie o Boydzie Tannerze.
Od oddziału Navy SEALs Team Two.
Niewielu wiedziało, jak zginął Boyd Tanner. I wcale nie było tak, jak
powiedziano pogrążonej w żałobie żonie i dzieciom, że zginął w wypadku
podczas treningu.
W zeszłym roku został pojmany w Afganistanie po brutalnej strzelaninie.
Był ranny i ledwo żywy. Asim Al-Aszid i jego bojownicy pozbawili go
sprzętu i uzbrojenia, zdarli z niego ubranie i zabrali na dziedziniec,
przez cały czas wszystko nagrywając.
Potem Asim - używając młotka i gwoździ - ukrzyżował go na sękatym
drzewie. Nagranie uchwyciło moment agonii Tannera wiszącego na drzewie i znudzonych porywaczy, którzy w końcu poderżnęli mu gardło.
Dwóch żołnierzy siedzących w śmigłowcu wybucha śmiechem. Zeppos pochyla
się i spogląda na swoją załogę - Kowalski trzyma coś, co wygląda jak
włócznia.
- Co to jest, do diabła? - woła.
Kowalski wybucha śmiechem i wymachuje dzidą.
- Asim Al-Aszid - wrzeszczy. - Namierzymy jego truchło, nadziejemy łeb
na pikę i zabierzemy do Gabinetu Owalnego. Myślisz, że prezydent się
ucieszy?
Więcej śmiechu, Zeppos mości się na niewygodnym siedzisku i szczerzy
zęby.
Wiadomo.
To dobra noc dla niego i żołnierzy, by pomścić śmierć tak wielu
niewinnych ludzi i wreszcie stanąć twarzą w twarz z Asimem Al-Aszidem,
dać mu chwilę, by się zorientował, kto przed nim stoi, a potem władować
mu dwie kule w klatkę piersiową i jedną w czoło.
Zaciemniony black hawk mknie przez noc, a za nim podąża jego cień.
2
2.15 czasu lokalnego
Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej, Trypolis
Jest cholernie późno - albo wcześnie - a w recepcji ambasady Chińskiej Republiki Ludowej na skrzyżowaniu Mensir
Street i Gargaresh Road Jiang Lijun, który widnieje na liście gości jako
wiceprezes China State Construction Engineering Corporation, tłumi
ziewanie.
Przyjęcie miało się skończyć już godzinę temu, ale goście specjalni
pochodzący z tego dziadowskiego kraju nie chcieli wyjść. Przywódcy
polityczni, członkowie różnych plemion i wojskowi - w szykownych
mundurach, z lampasami, medalami, niczym mali chłopcy w kostiumach -
nadal palą, piją i gawędzą w kątach z cierpliwymi gospodarzami.
Jiang spogląda na lokalnych przedstawicieli Great Wall Dribling Company,
CNPC Services & Engineering, China National Petroleum Company oraz
innych firm, którzy dzielnie reprezentują Zhongguo - Państwo Środka - i śmieje się z niewybrednych żartów, zabawiając swoich wieśniackich gości.
Cóż to za barbarzyńcy! Nawet gdy światła już przygasły, niemal puste
półmiski zniknęły, butelki wódki i piwa - carlsberga, heinekena i tsingtao - zostały uprzątnięte, te kmiotki nie zrozumiały, że powinny
już się udać do swoich zawszonych ruder. Nie, nadal tu tkwili i plotkowali, a niektórzy pociągali alkohol z flaszek trzymanych w kieszeniach płaszczy. Nawet tu tak było, w tym muzułmańskim kraju. Kiedy
za młodu Jiang był na wymianie studenckiej na uniwersytecie w Kalifornii, a potem na Columbii w Nowym Jorku, myślał, że już nigdy nie
napotka na swojej drodze dziecinnych, lekkomyślnych, ciemnych i nieokrzesanych ludzi, ale przy Libijczykach Amerykanie prezentowali się
jak członkowie dynastii Han.
Bierze paczkę papierosów Chunghwa, wyciąga jednego i zapala. Stoi
samotnie w pobliżu dwóch wielkich roślin doniczkowych i obserwuje, kto z kim rozmawia i który z pracowników ambasady wygląda na pijanego lub
zniecierpliwionego, zwracając przy tym szczególną uwagę na grupy
libijskich gości. W zeszłym roku doszło do zawieszenia broni i pojednania, ale sytuacja jest w dalszym ciągu bardzo niepewna, więc
Jiang chce wiedzieć, którzy przedstawiciele plemion trzymają się z daleka od swoich krajanów, być może przygotowując grunt pod przyszły
rozłam lub wojnę domową.
Lepiej zdobyć takie informacje z wyprzedzeniem.
Z drugiego końca sali bankietowej zmierza ku niemu szczupły pracownik
ambasady w okularach i źle dopasowanym czarnym garniturze. Stąpając po
wypolerowanej, błyszczącej podłodze, uważnie przygląda się tłumowi
gości. Ling - tak ma na imię ten chłopak. Jiang po raz ostatni zaciąga
się papierosem, a potem gasi go w najbliższej doniczce i czeka.
Chłopak podchodzi do niego i lekko się kłania.
- Proszę wybaczyć - mówi. - Jest pan proszony do piwnicy. Pokój numer
dwanaście.
Jiang kiwa głową i rusza do pokoju numer dwanaście, ale nagle zagradza
mu drogę krępy, brodaty mężczyzna. Ma na sobie typowy strój miejscowych
składający się z białej koszuli i czarnych luźnych spodni i ledwo się
trzyma na nogach.
- Panie Jiang! Już pan wychodzi? - woła po angielsku z wyraźnym akcentem
i chwyta Jianga za ramiona.
Chińczyk, z którego twarzy nie znika szeroki uśmiech, stara się nie
udusić oparami alkoholu wydobywającymi się z ust brudnego wieśniaka.
Poklepuje zniszczone dłonie mężczyzny, delikatnie zdejmując je ze swoich
ramion.
- Wybacz, przyjacielu, wiesz, jak jest - odpowiada również po angielsku,
bo to lingua franca dyplomacji w wielu częściach świata. - Obowiązki
wzywają.
Mężczyzna - Jiang nie może sobie przypomnieć, jak on się nazywa, wie
tylko, że jest przywódcą jednego z mniej więcej stu pięćdziesięciu
plemion zamieszkujących tę jałową ziemię - znowu się zatacza i beka.
- Tak, obowiązki - potakuje, a w jego oczach nagle pojawiają się łzy. -
Muszę to powiedzieć... muszę. Wasza obecność tak wiele znaczy dla naszego
kraju. Włosi, Francuzi, Brytyjczycy, Katarczycy i ci cholerni
Egipcjanie... Oni wszyscy próbowali nami rządzić, przejmowali nasze
zasoby... Kto by pomyślał, że żółta rasa przemierzy aż pół świata, żeby
obdarzyć nas swoją mądrością i wiedzą?
W tym momencie Jiang ma przemożną ochotę walnąć faceta w twarz, obrócić
go, skręcić mu kark - żółta rasa, doprawdy! - a potem rzucić nim o podłogę.
Powstrzymuje się jednak, pomny tego, kim jest ten nieokrzesany wieśniak,
i tylko się uśmiecha, a potem ściska mu ohydne łapska.
- Gdy wrócę do Pekinu, dopilnuję, żeby pańskie słowa dotarły do naszego
prezydenta - zapewnia.
Potem energicznie odchodzi, odczuwając potrzebę natychmiastowego udania
się do łazienki i zeskrobania z rąk obrzydliwego smrodu i brudu
libijskiego chłopaka, ale zamiast tego idzie dalej.
Obowiązki wzywają.
Mija dwóch poważnych strażników ambasady z częściowo ukrytymi
słuchawkami i pistoletami ledwo przysłanianymi przez marynarki. Przy
windzie spotyka Linga, który przytrzymuje dla niego drzwi, ale Jiang go
ignoruje i wybiera schody, po czym szybko zbiega do piwnicy. W tym
zapyziałym kraju znienacka wyłączają prąd, a Jiang nie ma zamiaru
ryzykować, że utknie w windzie pomiędzy piętrami, co może się zdarzyć,
mimo że budynek posiada własne generatory.
Otwiera drzwi piwnicy, mija kolejnego strażnika i podąża słabo
oświetlonym korytarzem, aż w końcu dociera do ciężkich stalowych drzwi
wyposażonych w czytnik biometryczny. Przyciska do niego dłoń, błyska
światło i drzwi się otwierają.
Jiang przez nie przechodzi, a one zamykają się za nim ze szczękiem. W pomieszczeniu jest przyjemnie chłodno i przytulnie. Ma wielką ochotę na
dymka, ale palenie w centrum operacyjnym chińskiego Ministerstwa
Bezpieczeństwa Państwowego, w którym przez całą dobę przebywają jego
pracownicy, jest zabronione.
Liu Xiaobo, oficer pełniący nocny dyżur, nosi okulary z czarnymi
oprawkami i swobodny strój składający się z czarnych spodni i białej
koszuli z rozpiętym kołnierzykiem. Uderza w klawiaturę przed ogromnym
ekranem komputera.
- Jak przyjęcie na górze? - pyta. - Dużo wielbłądów sra na podłogę?
- Jeszcze nie - odpowiada Jiang. - Co się dzieje?
Małe pomieszczenie jest zagracone szafkami na dokumenty, kontuarami,
monitorami i telewizorami transmitującymi wiadomości różnych stacji -
CNN, BBC, CCTV-13, kanału informacyjnego Centralnej Telewizji Chińskiej
- oraz wielkimi ekranami plazmowymi pokazującymi obrazy z Afryki
Północnej, znad Morza Śródziemnego i Wielkiej Syrty. Oprócz Liu Xiaobo
na posterunku tym wczesnym rankiem jest również ośmiu innych pracowników
Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego.
- Amerykanie coś kombinują - odpowiada Liu.
- To chyba nic nowego? Szczenne z nich suki. Co tym razem?
- W Syrcie pojawił się ich okręt desantowy, jakieś dwadzieścia
kilometrów od Trypolisu - wyjaśnia Liu, wskazując na mapę na wielkim
ekranie. - Trzydzieści minut temu wystartowały z niego dwa black hawki
UH-60. Podążają w tym kierunku. - Poplamiony nikotyną palec wędruje po
świecącym ekranie, pokazując trasę helikopterów. - Naruszyły przestrzeń
powietrzną Libii i teraz są mniej więcej... tutaj.
Jiang gapi się na ekran, na trójkąciki oznaczające miasta i wioski,
krajobraz jest płaski, nudny i pozbawiony cech charakterystycznych aż
do...
- Lecą w kierunku płaskowyżu Dżabal Nafusa - konstatuje Jiang.
- Tak - potwierdza Liu. - Chyba będą lecieć prosto i na tej samej
wysokości, bez żadnych większych manewrów. A biorąc pod uwagę zużycie
paliwa, z ledwością im go wystarczy, żeby dolecieć do płaskowyżu, a potem wrócić na Wasp. Według mnie czegoś tam szukają i to coś jest
warte ryzyka, że może im zabraknąć paliwa.
Wasp, osa, myśli Jiang. Co za debile nazywają okręt wojenny na cześć
żądlącego owada?
Znowu skupia uwagę na ekranie.
- Czy pan czasem nie interesował się tym płaskowyżem? - sonduje
ostrożnie Liu.
Dzięki latom praktyki i pracy Jiangowi udaje się zachować kamienną
twarz. Oddycha spokojnie i jest odprężony. W końcu nie odnosi się
sukcesów ani nie awansuje, okazując emocje.
- Coś jeszcze?
- Nie - mówi Liu. - Po prostu chciałem, żeby pan wiedział.
Jiang klepie go lekko po ramieniu.
- Doceniamy waszą inicjatywę, towarzyszu.
Wydaje się, że mężczyznę cieszy zainteresowanie ze strony wyższego rangą
urzędnika.
- Czy mogę jeszcze coś dla pana zrobić? - pyta.
- Tak. - Jiang kiwa głową. - Macie tu pracownika nazwiskiem Ling,
prawda? Ten, który po mnie przyszedł.
- Zgadza się - odpowiada ostrożnie Liu.
- Wyślijcie go do domu następnym transportem - nakazuje Jiang. - I upewnijcie się, że wyląduje w największej chlewni w Liaoning. Niemal
biegł do mnie przez salę i praktycznie wrzeszczał, więc każdy, kto ma
mózg większy od ziarnka grochu, od razu się zorientował, że jestem kimś
ważniejszym niż pierwszy lepszy technokrata. Chłopak musi zostać
ukarany.
- Oczywiście - mówi Liu.
- Świetnie. Teraz muszę wrócić na górę i sprawdzić, czy wielbłądy już
przybyły. I czy wieśniacy zaczęli się obrzucać łajnem.
Liu wybucha śmiechem, a potem wraca do swojego wielkiego monitora. Jiang
znowu przykłada dłoń do czytnika, opuszcza centrum operacyjne i wychodzi
na pusty korytarz. Gdyby skręcił w lewo, biegnące w górę schody
zaprowadziłyby go z powrotem na przyjęcie.
Ale skręca w prawo i szybkim krokiem zmierza do swojego biura, w którym
Jiang Lijun nie jest wiceprezesem China State Construction Engineering
Corporation, lecz wyższym oficerem w Ministerstwie Bezpieczeństwa
Państwowego.
Co ci cholerni Amerykanie kombinują?
3
2.30 czasu lokalnego
Góry Nafusa
Dwie minuty! - krzyczy dowódca załogi na
pokładzie Spear One. - Dwie minuty do celu!
Nick Zeppos unosi dwa palce, a żołnierze w odpowiedzi robią to samo.
Potem pozbywają się sprzętu pozwalającego utrzymać łączność w śmigłowcu
i zakładają hełmy z noktowizorami. Zeppos włącza gogle i w ostrej,
upiornej zieleni ukazuje się wnętrze zmodyfikowanego, "niewidzialnego"
black hawka.
Dwie minuty.
Sto dwadzieścia sekund.
- Cel w zasięgu wzroku. - Zeppos słyszy głos dowódcy Spear One. - Mniej
więcej na drugiej.
Zeppos szybko przypomina sobie kolejne straszliwe morderstwo popełnione
przez Asima Al-Aszida dwa lata wcześniej. Na oczach swoich zwolenników
zabił pewną syryjską rodzinę, którą podejrzewał o zdradę, a transmisję
pokazał światu. To była prosta egzekucja - rodzina została zagnana do
stalowej klatki i oblana benzyną, Asim osobiście zapalił zapałkę.
Ostatni wyraźny obraz nagrania - nim kłębiący się dym przesłonił
obiektyw - przedstawiał zgiętą sylwetkę matki, która w płomieniach
rozpaczliwie i na próżno osłaniała własnym ciałem umierającego syna.
- Trzydzieści sekund - zawiadamia pilot.
Dowódca śmigłowca odblokowuje i otwiera drzwi. Zeppos po raz ostatni
sprawdza sprzęt. Zimne powietrze wdziera się do wnętrza. Zeppos wstaje i krzyczy:
- Ruchy, ruchy, trzymać się blisko siebie. Miejmy to już za sobą.
Żołnierze potakują i unoszą kciuki. Wszyscy wyglądają jak potwory z wyłupiastymi, owadzimi oczami, obładowane sprzętem i bronią, z hełmami
wyposażonymi w gogle noktowizyjne. Zeppos wychyla się przez otwarte
drzwi. W jego polu widzenia pojawiają się zabudowania. Dwa małe budynki
po lewej stronie i jeden większy po prawej, nieco z tyłu.
Oto dom Asima Al-Aszida. Według informacji, które wieczorem wywiad
dostarczył Zepposowi i jego ludziom, właśnie w tym momencie Asim w nim
przebywa.
Budynki są jednopiętrowe, zbudowane ze skał i kamieni. W oddali widać
zagrodę dla kóz. To wszystko. Za mało, żeby uznać to za wioskę.
Black hawk błyska światłami, unosząc się niecały metr nad skalistym
podłożem. W ciągu sekundy Zeppos jako pierwszy wyskakuje z helikoptera.
Jego wojskowe buty firmy Oakley dotykają ziemi w górach zachodniej
Libii, w pobliżu granicy z Tunezją. Zeppos dźwiga ponad dwadzieścia
kilogramów sprzętu, w tym karabin Heckler & Koch 416 z magazynkiem
typu hi-cap, ale kiedy rozpoczyna się taka akcja jak ta, czuje się lekki
niczym piórko.
* * *
Przez gogle noktowizyjne dostrzega sylwetki komandosów ze Spear Two.
Żołnierze ruszają szybko do przodu, stosując dobrze wyćwiczoną taktykę
żabich skoków. Część oddziału pozostaje z tyłu i ubezpiecza tych, którzy
są z przodu, by potem "przeskoczyć" na prowadzenie. Nick zajmuje pozycję
na przedzie, kręci głową, obserwując przez noktowizor cienkie promienie
czerwonego światła celowników laserowych błądzące w zimnym nocnym
powietrzu.
Nadal spokój.
Zeppos wspina się po zboczu w kierunku zabudowań. Rozgląda się, ocenia
każdy szczegół.
Nikt jeszcze nie nawiązał kontaktu?
Żaden cel nie pojawił się na dachach trzech niewielkich budynków?
Cholera, coś tu za cicho.
Oddział na pozycjach, broń gotowa do strzału, głowy poruszają się tam i z powrotem. Ich pojawienie się powinno już wywołać reakcję przeciwnika,
jakiś opór.
- Oddział szturmowy, do ataku - rzuca do towarzyszących mu żołnierzy.
Przez noktowizor widzi w podczerwieni migające znaczniki laserowe.
Oddział przemieszcza się wzdłuż większego budynku i podchodzi do okna.
Możliwe, że główne drzwi są zaminowane.
Zeppos słyszy lekkie uderzenia podeszew swoich butów, widzi krótki
rozbłysk światła.
Jego oddział wchodzi do budynku.
Żołnierze poruszają się w ciszy.
Przez słuchawki przenośnego radia PRC 148 MBITR słyszy głos Ramireza,
jednego ze swoich ludzi.
- Nick.
- Dawaj.
- Jesteśmy w środku.
- I co?
- Pusto - mówi rozczarowany Ramirez. - Nikogo tu nie ma.
4
19.30 czasu lokalnego
Biały Dom, Pokój Dowodzenia
Pokój Dowodzenia był tego nerwowego
wieczoru bardzo zatłoczony. Siedzę u szczytu stołu i obserwuję atak na
siedzibę Asima Al-Aszida. Jest dość ciasno. W rogu stołu, wpatrując się
w ekran, siedzi wiceprezydent Pamela Barnes, a przy moim boku miejsce
zajął admirał Horace McCoy, szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów.
Obok niego siedzą kapitan Marynarki Wojennej i pułkownik Wojsk Lądowych
i stukają w klawisze swoich zabezpieczonych rządowych laptopów, szepcząc
coś do McCoya, który przekazuje informacje reszcie zgromadzenia
zasiadającego w tym historycznym pokoju. Zabawne, ale nie mówi się o tym, że Pokój Dowodzenia składa się z kilku pomieszczeń i że każde z nich jest pełne ludzi, którzy przez cały czas zbierają i analizują
informacje z całego świata.
Oprócz pani wiceprezydent znajdują się tutaj jeszcze inni urzędnicy:
Jack Lyon, mój szef personelu, członkowie Rady Bezpieczeństwa Narodowego
oraz fotograf Białego Domu.
Najważniejsze osoby to Sandra Powell, sroga czarnoskóra kobieta z długimi kręconymi włosami, doradczyni do spraw bezpieczeństwa
narodowego, i sekretarz obrony Pridham Collum, gładkolicy mężczyzna w okularach, który nie wygląda na swoje czterdzieści lat.
Sandra jest ekspertką w zakresie obrony narodowej i polityki
zagranicznej oraz autorką kilku książek politycznych, które dobrze się
czyta. Pridham zaś został wybrany na swoje stanowisko z powodu
mistrzowskiego opanowania rozległego i skomplikowanego budżetu Pentagonu
oraz nadzwyczajnej zdolności przedzierania się przez dżunglę regulacji
prawnych i przetargów w celu pozyskania oprogramowania do systemów
zbrojeniowych i zastosowania go na polu walki. Poza tym ma spore
doświadczenie z zakresu obrony, które zdobył w poprzedniej pracy jako
zastępca sekretarza do spraw międzynarodowej polityki bezpieczeństwa.
Chociaż media nazywają ich wszystkich zespołem do spraw bezpieczeństwa
prezydenta Keatinga, zasadniczo są drużyną mojego poprzednika. Po prostu
nie miałem czasu, żeby poddać ich ocenie i zdecydować, kto zostanie ze
mną przez rok do końca kadencji, która zaczęła się sześć miesięcy temu,
kiedy to podczas wyprawy wędkarskiej na Kolumbii w swoim ukochanym
stanie Waszyngton prezydent Martin Lovering umarł z powodu pęknięcia
tętniaka aorty.
- Spear One i Spear Two są trzydzieści sekund od celu - informuje
admirał McCoy.
Kiwam głową i spoglądam na wyświetlane na głównym ekranie upiorne obrazy
w podczerwieni ukazujące dwa niewykrywalne dla radarów black hawki.
Śmigłowce zbliżają się do małego kompleksu budynków, gdzie
prawdopodobnie ukrywa się Asim Al-Aszid ze swoimi ludźmi. Na pokładzie
jednego z helikopterów jest Nick Zeppos. Nie powinienem był do niego
dzwonić kilka minut wcześniej, ale pokusa była zbyt duża. Chciałem
życzyć mu powodzenia i naprawdę żałowałem, że nie mogę wziąć udziału w tej misji. Jej cele były oczywiste, a wrogowie znajdowali się na
otwartej przestrzeni. Zupełnie inaczej niż na waszyngtońskiej scenie
politycznej, gdzie motywy są podejrzane i mętne, a adwersarze ukrywają
się za eleganckimi garniturami i gładką retoryką.
Gdy patrzę na komandosów, czuję ból w prawym biodrze. To pamięć
mięśniowa, przypomnienie misji, w których brałem udział, i nieszczęsnej
katastrofy śmigłowca, kiedy to strzaskałem sobie biodro, co zakończyło
moją karierę wojskową. Później, gdy nie miałem nic do roboty,
zapragnąłem dawki niebezpieczeństwa i zająłem się polityką, a dobrzy
ludzie z siódmego okręgu kongresowego w Teksasie zdecydowali, że będę
ich reprezentować na Kapitolu.
Helikoptery uwolniły widmowe sylwetki żołnierzy, którzy przystąpili do
tak dobrze mi znanego ataku techniką żabich skoków.
Słyszę słaby trzask i uświadamiam sobie, że właśnie złamałem długopis.
Chyba nikt tego nie zauważył poza panią wiceprezydent, która obrzuca
mnie chłodnym, taksującym spojrzeniem, a potem wraca do obserwowania
ekranu.
Podobno polityka jest sztuką kompromisów, a ubiegły burzliwy rok w nie
obfitował. Kiedy dwa lata wcześniej senator Martin Lovering miał już
poparcie tylu delegatów, by zdobyć nominację wyborczą naszej partii,
pojawiły się naciski, aby zapewnić "równowagę tandemu", wybierając
odpowiedniego kandydata na wiceprezydenta, i w ten sposób zwiększyć
szanse na elekcję. I wybrano... mnie, polityka, który od stosunkowo
niedawna zasiadał w Kongresie i z pewnością nie uczestniczył w tym, co
nazywają wyścigiem do Białego Domu.
Ten wykalkulowany ruch polityczny rozzłościł wielu nastawionych pokojowo
członków partii, w tym również gubernator Florydy, Pamelę Barnes, która
w kampanii wyborczej niemal pokonała senatora Loveringa i ze
zrozumiałych względów była przekonana, że to właśnie ona powinna zostać
wiceprezydentem w jego gabinecie.
Cóż, jej marzenie w końcu się spełniło. Kiedy zostałem prezydentem z powodu nagłej i niespodziewanej śmierci Loveringa, po miesiącu
urzędowania mianowałem ją na to stanowisko. Była trzecim wiceprezydentem
wybranym w ten sposób, gdyż pięćdziesiąta druga poprawka umożliwiła nam
obsadzenie wakatu. Wybrałem ją, ponieważ chciałem zjednoczyć naszą
partię i miałem nadzieję, że dzięki temu zdołamy więcej osiągnąć w czasie, jaki pozostał do końca kadencji mojego poprzednika. Nawet jeśli
Barnes była szczęśliwa bądź wdzięczna mi za tę fuchę, nigdy tego nie
okazała.
Siedzę więc teraz w otoczeniu moich ludzi od bezpieczeństwa narodowego i robię coś, co sprawia mi ogromną trudność: trzymam cholerną gębę na
kłódkę.
I czekam.
Obserwuję na ekranie sylwetki żołnierzy Sił Specjalnych. Poruszają się
energicznie i pewnie, a ja walczę z napływającymi wspomnieniami
podobnych misji, w których brałem udział. Jesteś ze swoim oddziałem,
ciężko oddychasz, w ręku karabin, wszystkie zmysły masz napięte do
granic możliwości, biegniesz, realizujesz przećwiczony wcześniej
scenariusz, gotowy w mgnieniu oka otworzyć ogień.
Byłem tam - w Iraku, Afganistanie, Jemenie.
Wszystkie te miejsca łączyło jedno: w nocy zawsze byłeś odsłonięty,
otaczali cię najbliżsi przyjaciele i towarzysze broni, gotowi siać
zniszczenie, strzelać do wrogów naszego kraju nabojami kalibru 5,56 mm i ciskać w nich granatami. Tak samo jak teraz ci mężczyźni w Libii, niemal
pięć tysięcy mil stąd, których każdy ruch i działanie obserwujemy w tym
pokoju.
Jestem tutaj zamiast tam i jest to bardzo dziwne uczucie. Poczucie
nierealności potęguje fakt, że kilka kroków od miejsca tego
emocjonującego spotkania moja żona, doktor Samantha Rowell Keating,
pracuje nad artykułem dla czasopisma archeologicznego, a nasza córka,
Melanie, którą nazywamy Mel, wydaje przyjęcie dla przyjaciół ze szkoły
Sidwell Friends.
Jestem bardzo szczęśliwy, że je mam. Nie jest łatwo prowadzić normalne
życie w tym nienormalnym miejscu.
Ponownie spoglądam na ekran, widzę poruszające się postaci, trzy wchodzą
do budynku.
To wszystko.
Żadnych rozbłysków, żadnych pocisków smugowych, żadnych gorączkowych
ruchów ze strony uzbrojonych mężczyzn stawiających opór napastnikom.
Admirał McCoy chrząka znacząco.
- Panie prezydencie...
- Tak, wiem - mówię. - Misja się nie powiodła. Asima Al-Aszida tam nie
ma.
5
2.30 czasu lokalnego
Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej, Trypolis
Jiang Lijun siedzi w biurze w bezpiecznej,
nudnej piwnicy i przykłada się do swojej roli starszego oficera
Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Chińskiej Republiki Ludowej na
terenie Afryki Północnej. Zapala kolejnego papierosa marki Chunghwa i myśli. Pomieszczenie jest prawie puste, nie licząc biurka, półki na
książki i trzech metalowych szafek na dokumenty. Na ścianie, obok
fotografii obecnego przywódcy, wisi zdjęcie Wielkiego Sternika. Na
biurku stoją dwie fotografie: żony Jianga, Zhen, i jego zmarłego ojca. W 1999 roku miał tylko pięć lat i razem z łkającą matką stał na asfaltowej
płycie międzynarodowego lotniska w Pekinie, czekając na prochy ojca,
którego Amerykanie zamordowali w piwnicy chińskiej ambasady wraz z dwoma
innymi urzędnikami.
Do ataku doszło siódmego maja podczas operacji lotniczej NATO, która
miała powstrzymać Serbów przed robieniem tego, co było ich
przeznaczeniem: przed kontrolowaniem własnych terytoriów i eliminowaniem
wrogów. Zachód robił to samo od wieków, ale ponieważ Serbowie to "ci
inni", obwiniano ich i bombardowano za to, co czyniły wszystkie
mocarstwa.
Ojciec Jianga pracował w chińskiej ambasadzie w Belgradzie przy ulicy
Augusta Cesarca jako oficer łącznikowy, kiedy amerykański bombowiec B-2
Spirit zrzucił cztery bomby na budynek, prawdopodobnie przez pomyłkę,
chociaż w Chinach nikt nie wierzył w takie bajki. Wszyscy wiedzieli, że
było to celowe działanie zachodnich państw, które chciały ukarać Chiny
za wspieranie Serbów.
Później, gdy Jiang był już starszy i chodził do szkoły, dowiedział się,
że bombowiec, który zabił jego ojca, należał do osławionego Dywizjonu
Bombowego 509. Grupy Operacyjnej Amerykańskich Sił Powietrznych, tego
samego, który w 1945 roku zrzucił bombę atomową, obracając w popiół
dziesiątki tysięcy ludzi.
A tym razem zabili niewinnych Chińczyków, myśli Jiang.
Obrzuca szybkim spojrzeniem zdjęcie Zhen zrobione podczas miesiąca
miodowego na Hawajach. Teraz żona mieszka w Pekinie ze swoim chorym
ojcem i pracuje w ministerstwie na Don Chang'an Avenue jako kierowniczka
działu kadr.
Dziadek Jianga, Jiang Yun, był niepiśmiennym chłopem, który wstąpił do
Armii Czerwonej, walczył zarówno z Japończykami, jak i z Kuomintangiem,
a potem został cichym, choć wpływowym funkcjonariuszem partyjnym w Szanghaju. Żył na tyle długo, by być świadkiem sukcesów syna; w tym
momencie Jiang czuje ukłucie żalu, że przez Amerykanów jego ojcu nie
było to dane.
Jiang dotyka fotografii Zhen. Wiele razy obiecywał sobie, że ich dziecko
będzie dorastało w silnym, spokojnym świecie, w globalnej społeczności,
która uzna pozycję i potęgę Chin.
Za wszelką cenę.
Otwiera środkową szufladę biurka, wyjmuje szczegółową mapę Libii i rozkłada ją na zimnej podłodze wyłożonej wykładziną. W systemie
komputerowym Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego ma do dyspozycji
setki wysokiej jakości map cyfrowych, na których można dostrzec
pojedynczy kwiatek w Ogrodzie Różanym Białego Domu albo twarze
amerykańskich marynarzy na mostku atomowej łodzi podwodnej wypływającej
z portu Kitsap w stanie Waszyngton.
Ale korzystanie z takich map zawsze zostawia cyfrowy ślad w ministerstwie, więc każdy może zobaczyć, co robi.
A Jiang wie, jak nie zostawiać śladów.
Przesuwa palec z Wielkiej Syrty na góry Nafusa. Studiuje legendę mapy i określa odległość w kilometrach. Potem podchodzi do biurka, bierze
linijkę i przykłada ją do mapy.
Ponad wszystko chciałby poznać dokładną lokalizację okrętu amerykańskiej
floty noszącego nazwę owada - Jiang ciągle nie może w nią uwierzyć - ale
wypytywanie o Wasp wzbudziłoby za jakiś czas zbyt wiele innych
wątpliwości.
Oficer nocnej zmiany, Liu Xiaobo, ma rację. Amerykanie wkrótce wylądują
na górzystym płaskowyżu, mając niewielkie rezerwy paliwa. Och, mogą
wprawdzie tankować w powietrzu, ale w Libii działa elektroniczny
podsłuch oraz podgląd z krajów Bliskiego Wschodu, Rosji, Iranu i innych
państw. Ich ciekawskie oczy i uszy mogą być źródłem wielu pytań.
Jiang ściera trójkąciki z zaznaczonych na mapie wiosek. Liu naprawdę ma
słuszność, więc Jiang zaczyna się interesować, kto tam mieszka, i zastanawia się, co robić.
Porzuca mapę i linijkę, a potem ponownie zasiada za biurkiem. Zdejmuje z szyi cienki łańcuszek z małym prostokątnym cyfrowym kluczem i wkłada go
do zamka najniższej szuflady po prawej stronie. Rozlega się cichy odgłos
i szuflada się otwiera. Zamek Schlage jest niezawodny - pomija układ
zasilania ministerstwa - więc Jiang ma pewność, że nikt nie otworzy
szuflady bez jego pozwolenia.
Wśród papierów, pendrive'ów, notebooków oraz innego dobytku znajduje się
tam również najnowszy telefon satelitarny z limitowanej edycji,
wyprodukowany przez amerykańską firmę Irridium, którego można używać
wewnątrz budynków. Zachód w końcu się nauczył, że ta cała tania
elektronika kupowana przez dziesięciolecia od Państwa Środka jest
naszpikowana programami szpiegującymi i elektronicznymi "tylnymi
drzwiami", z których korzystali jego pracownicy, a Jiang potrzebuje
bezpiecznego kanału komunikacji i nie zamierza dać się namierzyć własnym
ludziom.
Wyciąga notes z numerami telefonów.
Odpala telefon satelitarny i czeka kilka sekund, rozważając następny
ruch.
Zabić Amerykanów, postanawia w końcu, a wtedy telefon ożywa.
To właśnie jest jego przeznaczeniem od tamtej majowej nocy 1999 roku.