I. Początek i koniec
Chodź dziewczyno, chodź na siano,
a nie będziesz starą panną,
nie zapytam cię o wiano,
gdyś jest dla mnie mgłą poranną.
Jesteś dla mnie wiatrem żniwnym,
jesteś dla mnie letnim deszczem,
a ja głupi i niewinny
będę wołać jeszcze, jeszcze!
(piosnka zasłyszana w okolicach Wasyliszcza)
Kim właściwie jestem?
Ciekawe, nigdy dotąd nie zadawałam sobie tego pytania. Dziś muszę. Jutro
rano czeka mnie przesłuchanie, a potem pewnie śmierć. Nawet jeśli
niczego nie powiem im na temat swej tożsamości -?powinnam przynajmniej
zdefiniować ją sama dla siebie, bo pogubiłam się przez to ciągłe
udawanie.
Na dobrą sprawę nie mam przecież jednego ustalonego nazwiska. I nie
chodzi mi o te wszystkie personalia z paszportów, jakimi posługiwałam
się przez pięć ostatnich lat. Jak nazywam się naprawdę? W aktach stanu
cywilnego w Kojdanowie (Białoruska SRR) wpisano: Maria Andriejewna
Pruska, urodzona 28 lutego 1921 roku. Tyle że redaktor Andrzej Pruski,
którego trzy dni przed śmiercią na hiszpankę w odruchu litości poślubiła
moja matka Wanda Zawratyńska, z całą pewności ojcem mym być nie mógł.
Może więc jestem tylko Zawratyńska? Tak pewnie powinnam się nazywać,
gdyby ojciec pozostał nieznany. Ale przecież poznałam jego tożsamość.
Nazywa się Stanisław Solecki. To wielka miłość mojej mamy od chwili, gdy
zobaczyła go na balu karnawałowym w warszawskiej Resursie Obywatelskiej
w pamiętnym dniu krwawej niedzieli 1905 roku. Splot zdarzeń, który
nazwać można tragedią omyłek, sprawił, że nie mogli być razem. Ona,
ścigana przez Ochranę uciekła do Galicji, on ciężko ranny, przekonany iż
został odrzucony, zdecydował się zostać katolickim księdzem.
Czy później mogli to naprawić? Nie wiem!
Kochankami zostali tylko raz, w burzową noc z 31 maja na 1 czerwca 1920
roku. Mama zabawiła się w biblijną kusicielkę Ewę, podając Stanisławowi
środki nasenne. W nocy oboje stracili kontrolę nad sytuacją, a o efekcie
początkowo nie mieli pojęcia. Następnego dnia Wanda Zawratyńska
wyjechała na wschód za polską armią, która właśnie zdobyła Kijów.
Zamierzała odwiedzić grób ojca i odszukać złoto, ukryte w rodzinnym
majątku w Zawratyniu. On musiał zostać. Nigdy już się nie spotkali. Mamę
ogarnęło "czerwone morze" i następne 17 lat przeżyła we wsi Wasiliszcze
jako nauczycielka kołchozowych dzieci.
Stanisław odnalazł mnie trzy dni po jej śmierci, a potem w nieprawdopodobny sposób wydostał ze Związku Sowieckiego, w którym
rozszalała się "operacja polska" NKWD. Zabito w jej trakcie od stu do
dwustu tysięcy ludzi tylko za to, że byli Polakami. Hitler miał się na
kim wzorować, podejmując parę lat później Holokaust.
Może jednak powinnam nazywać się Solecka? To nazwisko przyjął jeszcze w dziewiętnastym wieku mój dziadek Henryk Zalcman, geometra z Prus, ojciec
dwóch synów. Staś zrodził się z mazurskiej chłopki, jeśli więc dobrze
policzyć Żydówką byłam tylko w 25 procentach. Mój stryjeczny brat Józio
żyjący gdzieś na polskiej wsi odziedziczył te same proporcje. Jego matka
Nataszka była Rosjanką, która zmarła podczas porodu w bydlęcym wagonie
pędzącym w stronę Gułagu. Niestety jego ojciec, a mój stryj, Józef
Zalcman, żarliwy komunista, jeden z twórców rewolucji październikowej i minister w bolszewickim rządzie, nie mógł nas ocalić. Sam zginął jako
odprysk "operacji polskiej" oskarżony o szpiegostwo i przynależność do
tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Żart historii i prokuratora
Wyszyńskiego!
Co do innych domieszek... Czy jakiś wpływ na mój charakter miał fakt, że
po przybyciu do Zawratynia mama został zgwałcona przez trójkę
miejscowych rabusiów i przez całą ciążę obawiała się, że mogę być
dzieckiem któregoś z nich? Odetchnęła, gdy zobaczyła moje bląd oczy i ciemne, głęboko osadzone oczy Zalcmanów. Ale chyba przyjęłam coś z Zacharczuków -?ich tatarską zaciekłość, czasem bezwzględność. Pierwszego
człowieka zabiłam w wieku 16 lat w leśniczówce nad rozlewiskami Niemna,
gdy usiłował przeszkodzić mi w ucieczce. Była to oczywista samoobrona,
ale później różnie się zdarzało.
Jednak wówczas, kiedy łódką przepłynęliśmy na polską stronę Niemna i pan
Rugajłło wziął ode mnie płaczącego Józia, a ksiądz Stanisław ucałował
jak biblijny prorok ziemię ojczystą, wydawało mi się, że wszystko co
najgorsze mam za sobą. Że czeka mnie zwykłe. szare życie w II
Rzeczypospolitej, kraju wielkich możliwości, który zasłużył sobie na
znakomitą przyszłość. Myliłam się!
Do mojej piwnicy dociera świergot ptaków, zapach kwiatów już niestety
nie. Wyobrażam sobie, jak niebo nad jeziorem Como różowieje. I budzi się
nowy dzień, jeden z ostatnich dni tej wojny. Duce został rozstrzelony
wraz ze swą kochanką Clarettą Petacci, Führer jeśli jeszcze żyje, to
jego świat ogranicza się pewnie do jakiegoś bunkra, przypominającego
moją obecną norę. Kiepska pora żeby umierać. Nie przeżyłam wielkiej,
spełnionej miłości, nie założyłam prawdziwej rodziny, a moja misja? Cóż,
nie ułożyła się tak jak zamierzałam...
Wróćmy jednak do mojej opowieści. Po dniu spędzonym w Nieświeżu z rodziną Rugajłły, dawnego rządcy dóbr Zawratyńskich, który, jak
wspomniałam, bardzo nam pomógł w przekroczeniu granicy, pociągnęliśmy ku
Warszawie. Po drodze zajrzeliśmy do parafii mego taty w miejscowości
Uciecha, jedynym z tych letniskowych przysiołków wokół Warszawy, których
nazwy świadczą o prymacie rozkoszy ciała nad rozwojem ducha -?Radość,
Wygoda, Wesoła, Miłosna.
Warszawka wiedziała, gdzie jeździć, by pogrzeszyć! Na plebanii
spotkaliśmy się z panią Jadwigę Mazur, która za młodu była ladacznicą, a później przez całe lata gospodynią księdza, a w wolnych chwilach także
wróżbitką. Kobieta ta oszalała na punkcie małego Józia, załatwiła dla
niego mamkę i powiedziała, że dziecka nie opuści nigdy, a ksiądz
Stanisław powinien zrobić wszystko, aby zostać jego prawnym opiekunem.
-?To może być trudne, Jadwigo -?wahał się.
-?A od czego ma ksiądz znajomości?
Myślę, że mój przyjazd do Uciechy i parodniowy pobyt, był przez
Stanisława głęboko przemyślany. Ułatwiał moją adaptację. Tym bardziej,
że różnica między sowieckim Wasyliszczem i podwarszawskim letniskiem nie
była szczególnie wielka, poza tym, że ludzie w Polsce ogólnie wydawali
się bogatsi, szczęśliwsi, a nade wszystko wolni. Niestety ów stan
sielanki potrwał wszystkiego tydzień.
W sobotę ksiądz Solecki zwykł spowiadać chętnych, chociaż z racji upału
wielu penitentów nie miał. Zamierzał już opuścić konfesjonał, kiedy za
kratką zamajaczył jakiś potężny cień.
-?Zdrastuwjte tawariszcz Solecki -?dobiegły go słowa po rosyjsku,
wsparte krótkim uderzeniem czegoś twardego o drewno spowiednicy. -
Żadnych gwałtownych ruchów. Moja giwera wycelowana jest w wasz brzuch.
-?Szybko mnie znaleźliście.
-?Obserwowaliśmy was wcześniej.
-?Chodzi o zemstę?
-?Skądże znowu, zemsta jest rozrywką durniów i nie przystoi zawodowcom.
Chcemy tylko z wami porozmawiać.
-?O czym?
-?O waszych wrażeniach z Rosji. O serii incydentów, których byliście
świadkiem...
-?Chodzi o masową akcję przeciw Polakom?
-?Nie było żadnej masowej akcji. Poczytajcie prasę, polską, rosyjską,
światową, posłuchajcie radia... Nic się nie działo i się nie dzieje. I niech tak zostanie. Ale gdyby chciał pójść wielebny do swoich przyjaciół
w Sztabie Generalnym albo do prasy i dzielić się informacjami...
-?To wtedy mnie zabijecie? Wiem! No cóż, po tym co przeszedłem ostatnio,
nie boję się śmierci.
-?Ale mamy waszego brata. Czeka na proces, ale może okaże się, że został
niesłusznie oskarżony. A wasza doczka, wasz Bliubotył, taka piękna,
inteligentna, niewinna, ma całe życie przed sobą...
Ksiądz zadrżał. Niewielu ludzi wiedziało, że przyjął od Michajłowej
zwyczaj nazywania mnie "Bławatkiem".
-?Rozumiem zatem, że jesteśmy dogadani. Wy zapomnicie o swych przygodach
w Rosji, my zapomnimy o was. Przynajmniej na razie.
-?Odpuścicie?
-?Są rzeczy dużo ważniejsze od prywatnych porachunków. Nasze państwa
podpisały pakt o agresji. Wspólnie myślimy, jak przeciwstawić się
Hitlerowi. Nie możemy sobie pozwolić na coś, co mogłoby zburzyć tę
delikatną współpracę... A teraz nie wychodźcie przez trzy minuty, bo nie
chcę was zabić. Pracowałem kiedyś pod towarzyszem Zalcmanem i mam wielki
szacunek do jego rodziny.
Oczywiście mój papa, bo tak zwykłam nazywać Stanisława (a on żartował,
że dzięki temu tytułowi czuje się prawie papieżem) nie opowiedział mi o tym incydencie. Przynajmniej nie od razu. Nie chciał mnie straszyć. W to, że jego brat żyje, też chyba nie uwierzył, ale postanowił mnie
chronić.
Prawie natychmiast pojechaliśmy do Warszawy. Nie spotkało nas tam żadne
wielkie powitanie, nie było wywiadów prasowych, których mogłam się
spodziewać.
-?Nie trzeba zwracać na siebie zbytniej uwagi Bławatku -?tłumaczył.
-?Przecież mieliśmy opowiedzieć całemu światu o wielkim głodzie, o akcji
przeciw Polakom...
-?I co potem zrobią nasze władze, wypowiedzą wojnę Rosji? I to w chwili
kiedy za zachodnią granicą wyrasta prawdziwe zagrożenie. Zaryzykują
walkę na dwa fronty? Ci, co maja się dowiedzieć, to się dowiedzą. A umarłym już nic nie pomoże...
Uznałam, że ma racje. Od pierwszego spotkania w Kojdanowie wierzyłam mu
bezgranicznie.
Ostatniego dnia pobytu na plebanii, kiedy ksiądz odprawiał wieczorne
nabożeństwo, pani Jadwiga postawiła mi kabałę.
Zrobiła to trzy razy i za każdym razem przecierała oczy.
-?Nigdy czegoś podobnego nie widziałam -?stwierdziła.
-?Czyli co?
-?Długie, ciekawe życie pełne wielkich niebezpieczeństw, wielkich zadań
i wielkich miłości...
Z perspektywy mojej włoskiej piwnicy wyglądało to na ponury żart.
Dożyłam 25 lat, ale żaden mój związek, żadna miłostka, nie
kwalifikowała, by nazwać ją wielkim uczuciem. Czyżby mazowiecka
Kasandra, która nader trafnie przewidziała losy mych rodziców i cud nad
Wisłą, tym razem pomyliła się aż tak bardzo?
* * *
Nigdy nie byłam w wielkim mieście (bo trudno uznać za taki białoruski
Mińsk), toteż Warszawa latem 1937 roku zrobiła na mnie wrażenie stolicy
świata. Ten ruch, zgiełk i oszałamiająca witalność, zdolna pokonać
wszystko i wszystkich. Taksówką pojechaliśmy pod dom mamy w Alejach
Ujazdowskich, który na tle wszystkich kamienic, które zdarzyło mi się
oglądać do tej pory, wydał się pałacem. Dozorca o aparycji dworzanina z filmów kostiumowych ucieszył się na widok Stanisława, którego widać
uważał za martwego i zaczął powtarzać jak nakręcona pozytywka:
-?Księże dobrodzieju, o księże dobrodzieju! -?Po czym zobaczywszy mnie,
omal nie upadł. -?Na miły Bóg czyżby to młoda pani Zawratyńska?
Podałam mu rękę, którą ucałował z takim szacunkiem, jakbym była co
najmniej kardynałem.
-?A gdzie pani Wanda? -?zapytał, orientując się, że kogoś tu brakuje.
-?Umarła -?odparłam. -?Ale wielokrotnie opowiadała mi, jak świetnie
naprawił jej pan zegar, który dostała od dziadka.
Zaczął płakać, jak u nas ludzie na wsi, gdy mogą czuć się szczerze i opanował się dopiero po dłuższej chwili.
-?Dobrze, że państwo wrócili. Ostatkiem sił bronię waszego mieszkania.
-?A co się dzieje? -?spytał mój papa.
-?Tyzenhauzowie wystąpili o uznanie pani Wandy za zmarłą i chcą przejąć
majątek.
-?To się trochę pospieszyli. A co z Panią Zytą, tak łatwo ustąpiła pola?
Pytał o dawną sekretarkę z redakcji "Kuriera", ongiś kochankę Pruskiego,
a potem serdeczną przyjaciółkę mojej mamy, która całe lata opiekowała
się mieszkaniem, dzieląc czas między Los Angeles, gdzie mieszkał jej
mąż, Bob Thompson, były lotnik eskadry "Kościuszko", a Warszawą, z która
łączyły ja wspomnienia i opieka nad kolejnymi wznowieniami powieści
Wandy Zawratyńskiej Sanitariuszka spod Rarańczy.
-?Pani Thompson musiała znowu wyjechać do USA. Jej syn ukończył kolejny
rok na tamtejszej Akademii Wojskowej, zajmując pierwszą lokatę.
-?Nasz mały Piotruś?!
-?Faktycznie bardzo dawno ksiądz go nie widział! Kiedy odwiedził nas
trzy lata temu, mierzył już metr dziewięćdziesiąt wzrostu, a z tego co
pisała pani Zyta, ciągle rośnie... Ale, ale, zapomniałbym o najważniejszym. Klucze od mieszkania! Zaraz dam dwa komplety i zaprowadzę na górę, pewnie państwo utrudzeni...Proszę mi dać swoją
walizkę!
Ciekawe uczucie wejść do mieszkania, w którym się nigdy nie było, a zna
się je z opisu mamy niczym własną kieszeń. Rokokowy zegar, półka z książkami, których tytuły potrafiłabym wymienić zbudzona w środku nocy,
biureczko z Galicji i maszyna do pisania, na której napisała
Sanitariuszkę spod Rarańczy, komódka cioci, kiedyś ukrywająca
skradzione listy, łóżko z błękitną narzutą, na którym zostałam poczęta i reprodukcja Madonny Rafaela ponad nim... Nie zdołałam się długo
nacieszyć wspomnieniami, bo po godzinie zjawił się adwokat Tyzenhauzów,
niejaki Richter, młody, arogancki, pewny siebie.
-?Co tu robicie? -?zaczął od progu.
-?W odróżnieniu od pana jesteśmy u siebie -?odparł spokojnie papa.
Troszkę stropił go duchowny strój, ale niewiele spuścił z tonu.
-?A to niby kto? -?wskazał palcem na mnie.
-?Maria Pruska-Zawratyńska -?odparłam -?córka zmarłej właścicielki.
-?Każdy tak może powiedzieć.
Chciałam sięgnąć po wywiezione z Rosji dokumenty, ale ksiądz Solecki nie
wytrzymał.
-?Synu, widzi mi się, żeś dawno w gębę nie dostał.
To mówiąc stanął między nami.
-?Reprezentuje barona Tyzenhauza -?wybełkotał prawnik.
-?Jeśli baron Tyzenhauz ma jakieś do nas sprawy, to niech przyjdzie sam,
a nie wysyła swoich oficjalistów. Drzwi są tam!
Przez resztę dnia mieliśmy spokój. Nazajutrz najpierw do mieszkania pan
Franio wniósł kosz róż, a później przyszli obaj panowie Tyzenhauz,
nienagannie ubrani, uśmiechnięci i ociekający uprzejmością niczym ul
miodem lipowym. Trudno wyobrazić się braci o bardziej odmiennej urodzie.
Zbliżający się do pięćdziesiątki Karol był ryży, wysoki, grubokościsty,
o wyglądzie Niemca z dziada pradziada, zaś młodszy o dekadę Ignacy
szczupły, delikatny, stanowił typowy przykład krótkowidza,
intelektualisty i już tylko za to, polubiłam go od pierwszego wejrzenia.
Przyszło mi to tym łatwiej, że to on wziął na siebie ciężar przeprosin,
kondolencji, a potem komplementów pod moim adresem. Jego brat milczał,
tylko rozbierał mnie wzrokiem niczym jajko ze skorupki. Odpowiedziałam
im uprzejmie, stwierdzając, że mieli prawo uważać moja mamę za zmarłą,
ale mam nadzieję, że teraz wszystko staje się jasne.
-?Jak najbardziej, kuzyneczko! -?Rozpromienił się Ignacy. -?Pierwsze
koty za płoty! Mam nadzieję, że niefortunny początek nie wpłynie na
kształt naszych rodzinnych związków.
Tu zapewnił, że nie mają zamiaru poddawać w wątpliwość moich praw do
majątku, po czym wspomnieli nawet od odnalezionym depozycie w szwajcarskim banku, który przetrwał Wielki Kryzys, a nawet mocno urósł,
z którego, wedle rozporządzenia ich zmarłego ojca, należała mi się jedna
trzecia zasobów.
Nie pytałam ile to wynosi, ale przy kolejnym spotkaniu Karol, który mimo
arystokratycznego rodowodu miewał zachowania parweniusza, zdradził, że
jest tego około stu tysięcy dolarów w złocie. Majątek!
Krygując się, czy mogę to przyjąć, nie miałam wówczas pojęcia, jaką rolę
odegrają te pieniądze w moim życiu.
Dwa dni później, już bez asysty Stanisława, zaproszono mnie do ich
rezydencji w Konstancinie. Wysłano po mnie szofera, czułam się więc co
najmniej jak carewna. Wizyta w ich pałacyku kazała mi zastanawiać się,
jak mogłaby wyglądać Rosja, gdyby nie rewolucja. Pięknie!
Podjęto mnie obiadem i poznałem też córki Ignacego i Simonetty, hrabiny
Borsini -?Anastazję i Antoninę, jednojajowe bliźniaczki, młodsze ode
mnie o rok, doskonale ułożone, choć jak miało się okazać, były to tylko
pozory. Na stałe obie panny mieszkały wraz z matką w Toskanii, a lato
spędzały w Polsce (ze względu na "arystokratyczną" cerę, aby się zanadto
nie opalić). Zaraz po posiłku Ignacy Tyzenhauz złożył mi propozycję.
-?Nie zamierzamy oficjalnie występować o prawo opieki nad tobą, jednak w świetle obowiązujących przepisów, jesteśmy w tej chwili twoją jedyną
rodziną i z przyjemnością zajmiemy się tobą, do czasu pełnoletności
Chciałam powiedzieć: "A mój tata?", ale ugryzłam się w język.
-?Rozmawialiśmy już z księdzem Soleckim i wstępnie wyraził zgodę,
oczywiście po zasięgnięciu twojej opinii.
-?Na co?
-?Na twój wyjazd do Włoch. Tam odbierzesz wykształcenie należne twoje
sferze, poznasz świat....
Chyba zakręciły mi się łzy w oczach.
-?Nie pojadę nigdzie bez rozmowy z księdza Stanisławem! -?zawołałam.
-?Rozumiem twoje wahania, ale mam nadzieję, że osobiście cię przekona.
I rzeczywiście przekonał, mimo mych nieśmiałych protestów. Był zdania,
że im dalej od bolszewickiej Rosji, tym dla mnie lepiej.
-?Wykorzystaj ten czas, Bławatku! Naucz się języków, a za dwa lata i tak, jako osoba pełnoletnia, będziesz mogła decydować o sobie.
Tak więc nie pobyłam wiele w Warszawie, trzy dni spędzone z ojcem i długa wycieczka po mieście musiały mi wystarczyć. Pokazał mi miejsca,
ważne dla naszej rodzinnej historii -?dom na Nowym Mieście, w którym
mieszkał jako licealista i dawne mieszkanie mamy na Królewskiej z kapliczką na podwórku. Kościół św. Krzyża, miejsce ich "przypadkowych"
spotkań i klasztor Sióstr Wizytek, gdzie leżał ranny, przekonany, że
umiera. Przed oczami przesunął mi się prawdziwy fotoplastykon wspomnień.
Zaszliśmy pod Resursę Obywatelską, miejsce ich pierwszego spotkania,
oraz do klasztoru kamedułów na Bielanach. Wpadliśmy na Bednarską, gdzie
zabił Kozaka. Na odrobinę odpoczynku pozwoliliśmy sobie Ogrodzie Saskim
i Dolinie Szwajcarskiej -?dziś letnim saloniku Warszawy. Próbowałam
sobie wyobrazić zimową ślizgawkę i poznanie mojej mamy ze Stanisławem i nie wiadomo dlaczego po policzku potoczyły mi się łzy.
W każdym razie maksymalnie wykorzystaliśmy krótki czas, który nam
został. Jak to się nam udało -?nie wiem. W każdym razie tata zdołał
jeszcze nauczyć mnie wielu rzeczy przydatnych w moim kolejnym życiu, na
przykład szyfru książkowego -?bazą miała być jedyna wydana powieść mamy,
a jeśli z jakiegoś powodu byłaby niedostępna, angielska Biblia Króla
Jerzego. Nauczył także obchodzenia się z bronią, rzucania nożem,
otwierania kajdanek spinką do włosów, zasad grania w brydża (pokera
ćwiczyłam jeszcze z Antonim w Wasyliszczu i co tu ukrywać, byłam w tym
niezła) pokera, a także używania jako broni sprzętów, które zwykle są
pod ręką. Dorzućmy do tego umiejętność sporządzania sympatycznego
atramentu, środków nasennych, a także trucizn z materiałów zazwyczaj
nieprzeznaczonych do tego celu. W ramach tego szkolenia uczył mnie, jak
dostrzegać czy jest się śledzonym i jak gubić ewentualny ogon. Te nauki,
później oczywiście doskonalone, wielokrotnie ratowały mi życie. Jako
płocha szesnastolatka zupełnie nie pojmowałam, na co mają mi się przydać
podobne umiejętności? A gdy pytałam wprost, odpowiadał tajemniczo:
-?Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Podejrzewam, że do tych szkoleń namówiła go Jadwiga, która nawet jeśli
nie mogła całkowicie przewidzieć przyszłości, widziała wszelkie możliwe
zagrożenia jakie ta niosła ze sobą.
Tymczasem ja byłam w wieku, w którym taką szczeniarę jak ja,
przepełniała pewność, że ze wszystkim poradzi sobie sama. Na przykład ze
stryjem Karolem. Tym samym, o którym opowiadała mi mama, że gdy miała
objąć posadę guwernantki u Tyzenhauzów, złożył jej propozycją tak wysoce
niemoralną, że rumieni się nawet teraz, kiedy ją wspomina. Trzydzieści
pięć lat później pozostał tym samym obleśnym bawidamkiem, na jakiego się
zapowiadał. Cały czas podczas moich dwóch wizyt patrzył na mnie niczym
pies na kiełbasę, toteż wiadomość, że nie jedzie z nami do Włoch, tylko
do przyjaciół w Niemczech, przyjęłam ze zrozumiałą ulgą.
Przedsmak przyszłych kontaktów miałam podczas wspólnego podwieczorku.
-?Podobno zabiłaś kiedyś człowieka? -?powiedział, kładąc mi, niby
przypadkiem, rękę na udzie.
-?I owszem -?odparłam. -?A pracując w kołchozie nauczyłam się nawet
kastrować byki!
Cofnął rękę szybciej niż ją położył.
Gdybym tak jeszcze znała przyszłość...?
Ale co może wiedzieć szesnastolatka o mężczyznach. Przecież nie
wiedziałam wtedy, że przynoszę im pecha. Choć mogłam już zacząć się
domyślać. W ciągu ostatniego miesiąca zginęli dwaj bracia Bykowscy z mojej wioski, którzy podkochiwali się we mnie, i Kola Sokołow, czekista
i wróg, ale wedle jego własnych słów zakochany we mnie na zbój. Z naciskiem na to ostatnie słowo -?zabój. Stryjek Karol wydał mi się
obleśny, ale na swój sposób zabawny. I należał do rodziny. Nie miałam
pojęcia, że kiedyś będę naprawdę musiała go zabić!
Tymczasem zgrzytnął zamek w drzwiach mojej piwniczki, kładąc kres
wspomnieniom. Najpierw zajrzał uzbrojony wartownik, omiótł światłem
latarki niewielką przestrzeń, jakby myśląc, że zgromadziły się w niej
wszystkie duchy z mej przeszłości.
-?Wychodzić! -?warknął...
Wstałam, gotując się na decydujące starcie. Zastanawiałam się, z iloma
osobnikami przyjdzie mi się zmierzyć, zanim zdążę chwalebnie polec.
Wczoraj doprowadziło mnie tu czterech. Teraz jednak wartownicy się
zmyli, a przed wejściem oczekiwał mnie jedyne samotny oficer Abwehry,
żar słoneczny sprawiał, że widziałam go bardzo niewyraźnie i musiałam
czekać, aż mój wzrok się przyzwyczai.
-?Przepraszam, że musiała pani czekać, baronowo von Preussen. Jednak,
zanim mnie pani zabije, proszę mnie wysłuchać, wydaje mi się, że mamy
sobie sporo do zaoferowania. Nazywam się Kross, Hans Kross.
Zadrżałam, znałam przecież ten głos!
II. Bella Italia
Rezydencja Borsinich znajdowała się w Toskanii, w regionie Chianti, miejscu słynącym ze znakomitych win i słonecznej pogody. Autochtoni nazywali budowlę il castello (zamek),
choć w istocie był to jedynie obronny dwór, wzniesiony w zamierzchłych
czasach, kiedy Kosma Stary, założyciel dynastii Medyceuszów, jeszcze
koszulę w zębach nosił. Być może kogoś innego temperatura i leniwy
spokój tego miejsca skłoniłyby do słodkiego nieróbstwa, czyli jak
mawiają miejscowi dolce far niente, ja wykorzystywałam każdą chwilę do
poznawania świata. Zaczynałam od dworu, potem penetrowałam zabudowania
gospodarcze i pawilony dla służby, za każdym razem natrafiając na coś
nowego. Uczyłam się produkcji wina i wypiekania pizzy, jeszcze przed
świtem biegłam na ochotnika doglądać inwentarza, a zwłaszcza koni, z którymi dobrze radziłam sobie i w siodle, i na oklep.
Szybko łapałam tutejszy język, śpiewny i melodyjny jak rosyjski, jednak
bez owego fałszu, którym od zawsze zalatywała mi mowa Wielkorusa. O dziewiątej, po śniadaniu i przepłynięciu dziesięć razy basenu,
zaczynałam lekcje, przeważnie sama, bo hrabianki rzadko budziły się
przed jedenastą i na spotkanie z nauczycielami przychodziły
naburmuszone. Ci, z tym większa radością poświęcali cały czas mnie,
doceniając, że uwielbiam się uczyć i chłonę wiedzę wszystkimi porami
mego ciała. Pani Letycja Perugino, fertyczna Włoszka uczyła mnie języka
Dantego, a także podstaw historii i kultury -?a znała taką ilość anegdot
z życia artystów doby cinquecenta, że Giorgio Vasari mógłby się od
niej uczyć. Pani Perugino, służąc jako guwernantka w paru
arystokratycznych domach, zyskała też ogromną biegłość jeśli idzie o dobre maniery i etykietę. Dzięki niej potrafię radzić sobie z wszystkimi
możliwymi sztućcami, wiem do czego należy podawać białe chianti. A co
robi dama, gdy zdarzy się jej puścić bąka? Odpowiedź była prosta -?dama
ich nie puszcza.
Oczywiście signora Perugino nie zawsze była taka comme il faut,
świadczył o tym jej syn, osiemnastoletni Tonino, owoc grzechu i temperamentu jednego z arystokratów, u których służyła. Dla wielu "coś
takiego" wykluczało możliwość zatrudniania jej jako guwernantki, jednak
jako nauczycielka była zbyt dobra, by marnować się w szkole publicznej,
toteż kobiety wyzwolone, a niewątpliwie należała do nich Simonetta
Borsini, zatrudniały ją mimo ryzyka i ostracyzmu, na jaki narażały się w towarzystwie.
Laura Laconte, madame od francuskiego i muzyki, bezdzietna wdowa w wieku mocno przejrzałym, reprezentowała zgoła odmienny typ niż pełna
emocji Włoszka -?oschła i wymagająca, zachowywała ogromny dystans do
świata, trzymając swe namiętności i tajemnice mocno ukryte niczym
klejnoty w sejfie pani Borsini, którego otwierania celem treningu
umiejętności złodziejaszki zajmowałam z dużym powodzeniem. Ale to było
później. Wtedy, jesienią 1937 roku, byłam jeszcze grzeczna, a może nawet
za grzeczna. Ale kiedy zuchwały Tonino uczył mnie sztuki całowania,
pragnąc na swe nieszczęście przenieść naszą znajomość na wyższy poziom
zbyt gorliwie, musiałam niestety wywichnąć mu rękę.
Dieter Dreiser, pan od niemieckiego, nauk ścisłych i wychowania
fizycznego, byłby zapewne ze mnie dumny, ale postanowiłam zachować
incydent w tajemnicy, a i Tonino też się nie chwalił. Wedle wersji
oficjalnej spadł ze stromych schodów wiodących na blanki castello.
Może byłam głupia, trzymając się zasad, hrabianki bliźniaczki nie miały
takich oporów i cnotę swa utraciły jeszcze przed szesnastymi urodzinami,
podobno w odstępie kwadransa.
Co do mnie, to incydent z Tonim Peruginem zniechęcił mnie na dłuższy
czas do mężczyzn, tak, że tolerowałem jedynie towarzystwo mego
niemieckiego preceptora, trenującego mnie w szermierce, czy walce wręcz.
Ten nie był groźny, stryj Ignacy określił go kiedyś, nie sądząc, że go
słyszę: "Mężczyzna, ale nie fanatyk!".
Co fakt, to fakt, z Dreiserem mogłabym się zmagać nago, jak w antyku
spartańskie dziewczyny, ponieważ jedynym obiektem w zamku budzącym jego
zainteresowania był Sergio, pomocnik kucharz, z którym parzyli się na
małym dziedzińcu za kuchnią (widocznym z północnej baszty). Ich
akrobatyczne zespolenie kojarzyło mi się z tutejszym pierogiem zwanym
calzone, co z czasem przeszło w ogólną awersję do pizzy.
Nie wiem czy byłam tak zdolna, czy jedynie pracowita, w każdym razie po
dwóch latach edukacji mówiłam całkiem nieźle trzema
zachodnioeuropejskimi językami, a rosyjskiego też nie zapomniałam. Inna
sprawa, że kiedy w następnych latach przychodziło mi mówić po francusku,
na wszelki wypadek przedstawiałam się jako Alzatka, a w Niemczech z biedą mogłam uchodzić za Austriaczkę z Trydentu.
Nie zaniedbywałam też muzyki, ucząc się pilnie gry na fortepianie, pani
Laconte twierdziła, że mam do tego "predylekcję", a to mnie zawsze
stymulowało. Może i miałam, chociaż cała moja dotychczasowa nauka
ograniczała się do ćwiczeń z moją mamą, która wypatrzywszy w jakimś
zapuszczonym dworze pod Kojdanowem stare pianino, załatwiła jego naprawę
i przewiezienie do naszej szkoły. Do tej pory pamiętam, jak bardzo
podobały mi się jej szlachetne palce śmigające po klawiszach.
Dodatkowym uzupełnieniem włoskiej edukacji były wizyty we florenckich
muzeach i kościołach, co już zawsze kojarzyć mi się będzie z zapachem
starych rękopisów, werniksu i malarskich olejów. Co do panien Borsini
ich wrażenia ograniczały się raczej do smaku pysznych gelati na placu
przed il Duomo.
Boże Narodzenie spędziliśmy w Rzymie. Mocno przejęta uczestniczyłam w pasterce w Bazylice św. Piotra, którą odprawiał mocno schorowany papież
Pius XI. Następnego dnia w czwórkę, z ciocią Simonettą, oglądaliśmy w rzymskich kościołach szopki -?których pomysłodawcą był podobno św.
Franciszek z Asyżu. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie "szopka
ruchoma" w kościele św. Kosmy i Damiana na skraju Forum Romanum. Cały
świat się poruszał i był tak doskonale spokojny i poukładany, że
zazdrościłam jego bohaterom, życia tam, dwa tysiące lat temu, a nie tu i teraz.
Na Sylwestra zostaliśmy zaproszeni do hrabiostwa Ciano. Polityką
interesowałam się wtedy średnio, jednak wiedziałam, że pan domu,
Galeazzo hrabia di Cortelazzo, jest aktualnie ministrem spraw
zagranicznych rządu włoskiego. Zaskoczyła mnie jego aparycja, jak na
taki urząd wydawał się zdecydowanie za młody, liczył sobie ledwie 35 lat
i był chyba zbyt przystojny. (Nie dziwię się kobietom które za nim
szalały). Jeszcze większe wrażenie sprawiał szacunek, jakim otaczano
jego żonę Eddę, blondynkę o wydatnym nosie i wąskich ustach. Przestałam
się dziwić, gdy dowiedziałam się, że jest córką samego Duce Benito
Mussoliniego. Przyjęcie odbywało się we wspaniałej willi w pobliżu
Tivoli, miejscowości, którą ongiś upodobał sobie cesarz Hadrian. Na mój
gust było tam trochę sztucznie i staro. Poza naszą grupką nie sposób
było wypatrzyć kogoś przed trzydziestką.
O północy wzniesiono toasty, z których pierwszy wygłosił sekretarz stanu
przy Stolicy Piotrowej, kardynał Eugenio Pacelli. Toast brzmiał dość
ogólnikowo, ale słyszałam, jak trącając się kieliszkiem z panią Eddą,
powiedział do niej: "Za ostatni rok pokoju".
Chyba go nie zrozumiano. Ja zresztą też, pomimo zimnego dreszczu, który
mnie przeszedł. Trwały wprawdzie wojny, domowa w Hiszpanii i w Abisynii
(w której sam minister Ciano wcześniej uczestniczył jako lotnik), jednak
działo się to daleko od nas i nie wiele wskazywało, żeby za rok ł
rozpęta się globalny kataklizm.
Wkrótce potem poczułam się senna, wyszłam więc do ogrodu. Było
chłodnawo, a w powietrzu wirowały wielkie płatki śniegu, roztapiające
się błyskawicznie po dotknięciu ziemi.
-?Fraulin von Preussen! Fraulin Mario! -?Usłyszałam za sobą. W pierwszej
chwili nie zorientowałam się, że o mnie chodzi. Nawet stryj Karol miał
wielkie trudności, aby skłonić mnie do używania "światowego" nazwiska,
które jeszcze w XIX wieku nosił ojciec redaktora Pruskiego. Odwróciłam
się i zobaczyłam hrabiego Ciano.
-?Szukałem pani -?powiedział po niemiecku.
-?Sona un Polo -?odparłam w jego języku. -?Jestem Polką!
-?Wiem -?stwierdził z uśmiechem tym razem już po włosku. -?Dotarły do
mnie opowieści o pani niezwykłych przygodach związanych z opuszczeniem
Rosji i wyznam, chętnie bym o nich porozmawiał.
-?W pańskim gabinecie czy w sypialni? -?zapytałam patrząc bezczelnie mu
prosto w oczy.
Zmieszał się, ale szybko odpowiedział
-?Najchętniej w jakiejś małej trattorii. I zaręczam, że plotki o moim
niemoralnym prowadzeniu są wyłącznie dziełem żadnych sensacji
dziennikarzy.
"Ciekawe, co powiedziałyby o tym pańskie zdobycze. Słynne aktorki czy
Willis Simpson, dla której Edward VI porzucił tron brytyjski" -
pomyślałam.
-?Ach, tu jesteś Giani -?usłyszałam wysoki głos Eddy, która pojawiła się
nagle obok nas, obrzucając mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. -?Bernardo
cię szuka.
-?Jaki Bernardo? -?minister wydawał się nieprzyjemnie zaskoczony.
-?Twój ambasador w Berlinie, Attolico.
-?Ach tak -?Ciano błyskawicznie wrócił do rzeczywistości. Skłonił mi się
z szacunkiem. -?Przepraszam signorita. Obowiązki wzywają! Rozmowę
dokończymy kiedy indziej.
Faktycznie mieliśmy ją dokończyć, ale w zgoła odmiennych
okolicznościach.
Całe lato 1938 roku wykorzystałam na podróż po Europie. Wątpię, czy
kiedykolwiek później udałoby się ją powtórzyć. Razem z kuzyneczkami
popłynęliśmy statkiem do Marsylii, odwiedziliśmy Awinion i Dijon,
spędziliśmy tydzień w Paryżu, potem nastąpił skok przez kanał by
zwiedzić Londyn w trzy dni i przez trzy dni moknąć w deszczu w przereklamowanym Brighton. Tournée zakończyliśmy w Niemczech, by przez
podbitą już Austrię wrócić do Toskanii. Hrabianki Borsini zajmowały
przeważnie nieustanne flirty, z kim po padło, z boyami hotelowymi, z kelnerami, z młodym szulerem podającym się za torreadora, z trójką
francuskich malarzy z Montmartre'u. To ostatnie spotkanie mogło skończyć
się nieprzyjemnie. Rzekomi malarze okazali się zwykłymi naciągaczami, a tak zwana pracownia Picassa, do której nas zaprowadzili -?pułapką. Na
szczęście byli jedynie żałosnymi amatorami. W efekcie jeden stracił
zęby, drugi ucho, które mu nadgryzłam ,a trzeci ogłuchł, kiedy dłońmi
uderzyłam go w uszy i poprawiłam ciosem w splot słoneczny, tak, że
zapewne na długo zapamięta, czym się kończą zakusy na panienkę z dobrego
domu.
Moje kuzyneczki poza tym, że się zsikały w majtki, nie pomogły mi w żaden sposób, a przeciwnie, swymi krzykami i lamentami utrudniły mi
działanie. Trudniejsze i chyba bardziej niebezpieczne było starcie z bojówką Hitlerjugend, która w Monachium na moich oczach napadła na
trójkę małych Żydziąt wracających ze szkoły.
-?A może spróbujecie za mną? -?zapytałam w języku Goethego i Schillera,
wtrącając się w awanturę.
Zaśmiali się tylko, a najstarszy (i najgrubszy) ruszył przeciw mnie.
Może był silny i w dodatku dysponował pałką, która czyniła go "panem
świata", ale był też przeraźliwie wolny i całkowicie pozbawiony
wyobraźni. Uchyliłam się i podstawiłam mu nogę. Kiedy upadał z łomotem,
od którego zatrzęsły się szyby w pobliżu, upuścił broń, którą
pochwyciłam i nim dobiegli pozostali, rozkwasiłam mu nos. Znokautowanie
obu pozostałych nie zajęło mi więcej niż minutę. Pierwszego z nich,
schylając się prawie do ziemi, rąbnęłam w kolano, tak że chrupnęła kość,
pozbawiając zapewne szans na karierę piechura i eliminując szanse
przyszłej zaszczytnej śmierci dla Vaterlandu, gdzieś na wschodzie.
Drugiemu wytrąciłam nóż i pozwoliwszy sobie na chwilę boksu, sprałam go
po świńskim ryju, a następnie wymierzyłam kopniaka w nazistowskie
dupsko, pozwalając mu uciec.
Pytanie, gdzie się nauczyłam tak bić? Cóż, kiedy się jest dziewczyną w sowieckim kołchozie, próbującą pod każdym względem dorównać chłopakom,
trzeba być lepszą od nich. Więc byłam. Po tym incydencie skłoniłam
Antoninę i Anastazję do szybkiego wyjazdu z Rzeszy.
-?Ale dlaczego?
-?Bo nie mam zamiaru zwiedzać obozu w Dachau!
Podziałało.
Wróciłam z głową pełna arcydzieł sztuki i architektury, ale także z mnóstwem pożytecznych informacji, takich jak odmienność angielskich
wtyczek do prądu, nie mówiąc już o kierownicy po prawej stronie,
ciekawych obyczajach francuskich bukinistów i kloszardów czy atmosferze
niemieckich kabaretów, oferujących żarty grube i tłuste, jak nie
przymierzając golonka. Przetestowałam też swe dotychczasowe umiejętności
samoobrony i wyciągnęłam praktyczne wnioski z sukcesów. Sprowadzały się
one prawie zawsze do wykorzystywania lekceważenia, jakie okazują ci
wrogowie, zaplanowania rozgrywki, zanim się ją zacznie i zachowywania w każdej sytuacji zimnej krwi.
W każdym razie w trakcie owych szczęśliwych dwóch lat z okładem nie
zdarzyło mi się zachorować, zakochać ani stracić nad sobą kontroli.
* * *
W styczniu 1939 roku dotarła do mnie wiadomość o zamiarze przybycia do
Włoch Stanisława Soleckiego. Radość z tej zapowiedzi i możliwość, że
spędzimy razem moje osiemnaste urodziny, była ogromna. 5 lutego wyszłam
po mego tatę na rzymską stacjęi Termini. Przybył o czasie. (Pociągi
zgodnie z obietnicą Mussoliniego chodziły jak w zegarku!) Ledwie
wysiadł, natychmiast chwyciłam go w ramiona, nie bacząc, co mogą
pomyśleć postronni. o uściskach księdza z młodąa dziewczyną.
Spodziewałam się, że natychmiast pojedziemy do Castello Borsini, ale
Stanisław, poważny bardziej niż zwykle, zaskoczył mnie stwierdzeniem, że
musimy pojechać do Watykanu.
-?Całą drogę modliłem się, żeby zdążyć!.
-?Zdążyć? Co masz na myśli, papo?
-?Ojciec Święty jest w złym stanie, a koniecznie chce mnie widzieć.
Oczywiście wiedziałam od mamy, że w czasie kiedy Achille Ratti, obecny
Pius XI, był nuncjuszem w Warszawie, ksiądz Solecki pełnił funkcję jego
nieformalnego asystenta, razem przeżyli bitwę warszawską i tylko
grzeszna namiętność (której byłam efektem) sprawiła, że odmówił
towarzyszenia kardynałowi do Watykanu. W ciągu lat parokrotnie odrzucał
propozycję przeniesienia się do Włoch, teraz jednak...
Okazało się, że mimo posiadanego odręcznego pisma dotarcie do jego
świątobliwości nie jest łatwe, a zgraja prałatów nie dopuści do
spotkania w nadzwyczajnym trybie nic nieznaczącego księżula z Polski. Na
szczęście przypomniałam sobie numer telefonu kardynała kamerlinga
Eugenia Pacellego. Na sylwestrowym spotkaniu podawał go Simonetcie
Borsini, a ja mam już taką właściwość, że niczego nie zapominam,
zwłaszcza gdy to nic uznam za ważne. I udało się. Pacelli umówił
spotkanie obu duchownych w czwartek 9 lutego w ogrodach watykańskich.
Beze mnie. Ja mogłam liczyć jedynie na spotkanie z papieżem po
niedzielnej mszy.
Przebieg rozmowy znam z relacji papy, toteż nie mogą być pewna, czy
powiedział mi wszystko. Po blisko dwudziestu latach od ich rozstania
Pius XI wydał się nadzwyczaj starym i słabym choć niepozbawiony ognia w oku, który rozświetlał całe jego życie.
-?Bardzo cię tu potrzebuje Stasiu -?powiedział. -?Osaczają mnie coraz
bardziej, a ja nie wiem komu zaufać?
-?Kto osacza Wasza Świątobliwość??
-?Żebym wiedział kto? Mogę najwyżej podejrzewać kilka osób, którzy tym
kierują, natomiast nie wiem, kto konkretnie mnie podsłuchuje, kto
ogranicza kontakt ze światem, kto mnie truje...?
-?Truje?! Na Boga, coś z tym trzeba zrobić?
-?Zapewne tak, ale w jaki sposób? Namiestnik Chrystusa nie może ot tak
po prostu zadzwonić na policję. Poza tym ujawnienie pewnych nazwisk
mogłoby zatrząsnąć posadami Kościoła.
-?Prawda nas wyzwoli.
-?Przeto we właściwym czasie ci ją przekażę. Tak naprawdę wiedziałem, na
co się narażam, już gdy w marcu dwa lata temu ogłosiłem encyklikę "Mit
brennenden Sorge".
-?Doskonale znam! "Z palącą troską" była skierowana do katolików w Niemczech i krytykowała politykę tamtejszych władz.
-?Chciałem pomoc, a jedynie rozdrażniłem bestię. Jej macki czekały aż do
teraz, licząc, że cukrzyca i słabe serce wykonają robotę za nich. Jednak
po nocy kryształowej i konferencji w Monachium raczej nie będę dłużej
czekać. Potrzebuję twej pomocy Stasiu.
-?Będę stał przy Tobie Ojcze, murem, dzień i noc. Od teraz.
-?Od teraz nie da rady, ale myślę, że kardynał Eugenio załatwi wszystkie
formalności w jeden dzień.
-?Pacelli? Mówią o nim, że jest proniemiecki.
-?Bo taką narrację propagują jego wrogowie, podpierając ją faktem, że
przez wiele lat był nuncjuszem w Niemczech. Tyle że był tam moim okiem i uchem, być może nie wiesz, że nie kto inny jak on skłonił mnie do
wydania antynazistowskiej encykliki. To wielki umysł, znakomity
dyplomata i zapewne mój następca. A zatem jeśli się zgadzasz, pojutrze
przyjdziesz do pracy.
Mój papa przypadł do ręki Namiestnika Chrystusa, a on go pobłogosławił.
-?Błogosławię ciebie i twoja córkę -?rzekł.
A więc wiedział również o mnie!
Solecki wstał z klęczek i zamierzał się oddalić, ale papież jeszcze go
przytrzymał.
-?Pamiętaj, że mamy wspólnych wrogów, szatanów, którzy się przeciw nam
sprzysięgają.
-?My, kogo Wasza Świętobliwość ma na myśli, mówiąc my?
-?Kościół i twoją biedną ojczyznę. I pamiętaj, że wiele jest sposobów
demoralizacji: przekupstwo, szantaż, ale najbardziej podstępny klucz, a właściwie wytrych, który może zgubić naszą wspólnotę od środka, to
sodomia! A teraz już idź, widzimy się w sobotę.
Nie doszło do tego spotkania. Pontifex Maximus zmarł o 5.30 nad ranem 10
lutego 1939 roku. Za przyczynę śmierci uznano cukrzycę i chorobę serca.
Rzecz dla 82 latka dosyć normalna. Toteż sekcji zwłok nie zarządzono.
Pogrzeb odbył się też podejrzanie szybko, już po czterech dniach
(byliśmy z mym papą na tej podniosłej uroczystości), a konklawe zwołane
na 1 marca nad wyraz zgodnie, już po dwóch dniach obrad, wybrało nowym
papieżem Eugenia Pacellego, który przybrał imię Piusa XII, co cały
świat, poza Niemcami, skonstatował z zadowoleniem. I któż by pomyślał,
że kiedyś przeróżni łajdacy będą go nazywać "Papieżem Hitlera".
Tymczasem Pius XII otwarcie zamierzał kontynuować kurs poprzednika. Już
po tygodniu wysłał swojego wysłannika do Castello Borsini, w którym
ksiądz Stanisław przebywał razem z nami. Wysłannikiem okazał się bliski
współpracownik papieża monsignore Alberto Sordi, prałat z sekretariatu
stanu, którego don Stanislao poznał jeszcze w czasach, kiedy ksiądz
bywał w warszawskiej nuncjaturze. Sordi nie był upoważniony do żadnych
negocjacji, ale sugerował, że papież zapewne zechce zachęcić Soleckiego
do kontynuowania misji, którą zaproponował mu jego poprzednik.
Z niejasnego powodu papa nie chciał, abym pojechała z nim do Watykanu.
Może nie chciał się ze mną afiszować, a może trapiło go jakieś niejasne
przeczucie i po prostu się o mnie bał.
-?Pokłonię się Ojcu Świętemu i powrócę do was tak szybko, jak tylko
będzie można.
Niezadowolona, ale posłuszna, odwiozłam go na stację kolejową w Arezzo
(od dwóch tygodni byłam szczęśliwą posiadaczką prawa jazdy), pożegnałam
go tam wróciłam do domu. I przeżyłam straszną noc. Śniły się koszmary.
Dwukrotnie budziłam się zlana zimnym potem i rozdygotana jak osika, a rano poprosiłam o pomoc Tonina.
-?Odwieziesz mnie na stację -?zażądałam.
-?Mogę -?odparł z chytrym uśmiechem -?ale pod jednym warunkiem.
-?Jaki to warunek?
-?Pokażesz mi swego prawego cycuszka.
-?I nic więcej.
-?Nic więcej, bo życie mi miłe.
Postanowiłam się potargować, rzecz normalna ze względu na moje
pochodzenie.
-?Nie mogę prawego, mogę lewy.
-?Niech będzie.
Dureń, czy nie wiedział, że kobieta w potrzebie gotowa jest na wszystko?
Tymczasem ksiądz Stanisław przespał noc w małym hotelu dla księży i pielgrzymów na Zatybrzu i skoro świt wyruszył w stronę Placu Świętego
Piotra. Uwielbiał iść Via del Concilazione i patrzeć, jak bazylika
wyrasta przed nim, ogromnieje, aby na koniec zdominować cały świat. O ósmej rano miasto dopiero się budziło, brakowało jeszcze tłumów
turystów, zamknięte były sklepy z pamiątkami i kawiarnie. Pod kolumnadą
Berniniego grupa dzieciaków grała w piłkę, a obelisk na środku placu
prężył się jak to miał w zwyczaju od setek lat.
Solecki wyszedł na plac i nagle usłyszał ryk silnika ciężarówki. Obrócił
się za siebie i zobaczył potwora gnającego wprost ma niego. Widział
skupioną twarz wąsatego kierowcy, przypominającego w tym momencie
polującego myśliwego. Nie miał gdzie uskoczyć i wiedział, że to nic nie
da. Wystarczył lekki skręt kierownicy i bestia by go dopadła.
Zdecydował los, a może palec Opatrzności. Wedle nielicznych świadków,
kopnięta przez jakiego dzieciaka piłka wystrzeliła w niebo, a następnie
spadła wprost na maskę pędzącej ciężarówki. Na ułamek sekundy szofer
stracił panowanie nad kierownicą, mój papa rzucił się w prawo, toteż
potężny zderzak tylko musnął go i wyrzucił w powietrze. Solecki
przekoziołkował i zastygł na trotuarze. Kierowca nie miał czasu
sprawdzać, czy ofiara żyje, a tym bardziej poprawiać, na placu byli
karabinierzy i gwardziści papiescy. Pozostało mu zakląć i skręcić w stronę Via di Porta Angelica.
* * *
Do Rzymu przybyłam dopiero parę godzin później, grubo po południu.
Pobiegłam do hoteliku. Portierka mocno poruszona słuchała radia. Od niej
dowiedziałam się, że poszukiwanie nieznanych sprawców "nieszczęśliwego
wypadku" posuwały się niemrawo, a ofiara incydentu, ksiądz z Polski,
wprawdzie potłuczony, ze wstrząsem mózgu i złamaną ręką, znajdował się w pobliskim szpitalu Świętego Ducha. Miałam nadzieję, że jest tam
bezpieczny. Nie wierzyłam w nieszczęśliwe wypadki, niestety, chyba byłam
w mych obawach odosobniona. Ksiądz Solecki był wprawdzie w szpitalu,
jego zdrowiem interesował się podobno osobiście Ojciec Święty, ale nie
zadbano, by postawić przed jego izolatką przynajmniej jednego
funkcjonariusza. A ja, nie będąc oficjalnie rodziną, nie mogłam go nawet
odwiedzić. Rozwiązałam to po swojemu, z garderoby pielęgniarek
ściągnęłam habit szarytki, fartuch, kornecik i ubrawszy się w taki
kostium, natychmiast zrobiłam się dla personelu niewidzialna. Gdyby kto
zaczął mnie pytać, co tu robię, wymyśliłam bajeczkę, że skierował mnie
tu osobiście sekretariat papieski. I niech spróbują sprawdzać. Na
wszelki wypadek dokleiłam sobie paskudną brodawkę, tak, że nikt bez
obrzydzenia nie powinien mi się przyglądać. Skąd brała się moja
ostrożność? Jeśli założyć, że zamach na mego tatę zleciły potężne siły,
które nie zawahały się usunąć samego papieża, żadna czujność nie mogła
być zbyt wielka. Z tego samego powodu zwinęłam z sali operacyjnej
skalpel i schowałam do torby. Lepsza taka broń, niż żadna! Jednak w ciągu nocy nic się nie wydarzyło. Pielęgniarki dowiedziawszy się, że
ktoś dyżuruje przed pokojem chorego, nawet tu nie zaglądały -?dając mi
czas pospać na krześle obok łóżka -?a rano, na czas obchodu, wycofałam
się przezornie. Z rozmów lekarzy wynikało, że papa naszpikowany środkami
przeciwbólowymi powinien wybudzić się wkrótce, więc czekałam. Poszłam
nawet na obiad do stołówki dla personelu.
Wracając zauważyłem wysokiego lekarza pośpiesznie opuszczającego
izolatkę. Mam niezłą pamięć do twarzy, toteż byłam prawie pewna, że nie
widziałem do tej pory tego postawnego mężczyzny o kroku marynarza.
Wpadłem do środka. Tata nadal smacznie spał, oddychając równo,
spokojnie, jednak zaskoczyło mnie ponowne zainstalowanie kroplówki. Była
już niepotrzebna, zresztą powinna podać ją siostra, a nie lekarz.
Natychmiast wyszarpnęłam igłę z ramienia taty, a oderwawszy ją od
przewodu skierowałam cały płyn do zlewu. I pobiegłam w ślad za rzekomym lekarzem.
W pierwszej chwili myślałam, że go zgubiłam, ale nie, te kilkadziesiąt
sekund na jakie straciłam go z oczu, zużył, żeby pozbyć się kitla.
Zauważałam go przy windzie już w cywilnym ubraniu. Zjechał windą, a ja
zbiegłam na parter po schodach. Ściągnęłam zakonne przebranie, choć je
zachowałam, wsadzając do torby. Z szatni zabrałam mój płaszczyk i wyszłam na ulicę. Czekałam. Pojawił się dopiero po długiej chwili. Coś
go zatrzymało, szatnia czy toaleta? Chyba jedno i drugie. Przebrał się
raz jeszcze. Ledwie go poznałam, był w sutannie. Udawał księdza, a może
nawet nim był.
Ruszyłam za nim kryjąc się wśród przechodniów, starając się ani na
chwilę nie spuścić go z oczu. Nie było to łatwe. Podejrzany osobnik
szedł szybko, a gdyby nie spowolniało go kołysanie, poruszałby się
pewnie jeszcze szybciej. Ja nie mogłam biec, bo to zapewne zwróciłoby
uwagę, musiałam wyciągać nogi jak chodziarka, a i tak zostawałam coraz
bardziej w tyle. Skręciliśmy w prawo przed Tybrem. Śledzony nie obejrzał
się ani razu za siebie, aż do momentu wkroczenia na most Wiktora
Emanuela. Wtedy odwrócił się raptownie. Miałam szczęście, idąc w grupie
pensjonarek mogłam wyglądać na jedną z nich. Nie zauważywszy niczego
podejrzanego mężczyzna nieco zwolnił, po czym skręcił w Via Paolo.
Ostrożnie rzuciłam okiem w uliczkę, co wystarczyło, żeby zapamiętać dom
do którego wszedł i nie zwalniając poszłam dalej. W trakcie naszego
spaceru ściemniło się znacznie i w wielu domach poczęły zapalać się
światła. Odczekałam kilka minut i zawróciłam, chwilę potem stanęłam
przed domem, o secesyjnie, bogato zdobionej fasadzie. Drzwi oczywiście
były zamknięte.
Budynek liczył pięć pięter i najwyraźniej brakowało w nim windy, bo
widziałem jak zapalały się światła na kolejnych piętrach klatki
schodowej, aż do czwartego. Piąte pozostało ciemne. Oczywiście coś mogło
być zepsute, ale założyłam, że wszedł do lokalu na czwartym. Musiałam
się tam dostać, ale nie uśmiechało mi się forsowanie drzwi. Na szczęście
neobarokowa architektura ułatwiła mi zadanie. Nigdy nie odczuwałam lęku
wysokości, a we wspinaniu się na drzewa byłam w Wasiliszczu niezrównaną
mistrzynią. Toteż dzięki balkonom, gzymsom, rzeźbom, a także lince od
piorunochronu, bez trudu dotarłam na gzyms okalający czwarte piętro.
Paliły się tam dwa światła, które przyciągnęły mnie niczym ćmę.
Wślizgnęłam się na balkon... Okno do pokoju było zamknięte, ale zasłony
zaciągnięto jedynie do połowy. Mogłam zauważyć, że gospodarz był również
osobą duchowną. Z wyglądu starszą i drobniejszą od przybysza.
Nie wiem o czym mówili. Gospodarz żywo gestykulował, a drągal słuchał
potulnie. Wydawali się być zadowoleni, wypili po sznapsie (nie wiem
dlaczego, ale ich sposób picia skojarzył mu się ze stryjkiem Karolem), a potem starszy odliczył kilkanaście banknotów, które wręczył specjaliście
od mokrej roboty. Chyba mieli się żegnać, kiedy zadzwonił telefon.
Starszy odebrał i zatrzymał wychodzącego władczym ruchem ręki. A po
chwili zaczął wrzeszczeć. Szyby były grube, ale parę jędrnych,
niemieckich przekleństw dotarło do mnie.
Domyśliłam się że przyszedł właśnie cynk ze szpitala. Stanisław żył, a wydawało się prosta robota, została ewidentnie spaprana.
Przez moment gospodarz zachowywał się jak ratlerek gotowy zagryźć
wielokrotnie większego od siebie dobermana, natomiast olbrzym tylko
potulnie kiwał głową, zapewne przepraszał i zapewniał, że "to już się
nie powtórzy". Po czym szybko wyszedł. Musiałam pobiec za nim, bo
czułam, że tym razem, jeśli przede mną dotrze do szpitala, nie będzie
bawił się w żadne subtelności.
Zsuwając się na dół, rozważałam najrozmaitsze możliwości. Zawiadomienie
policji było może najsłuszniejszą opcja, ale wysoce niepewną.
Znajdowałam już na wysokości pierwszego pietra, kiedy marynarz w habicie
wybiegł z budynku. Przylgnęłam do ściany, modląc się, by nie uniósł oczu
do góry. Ale chyba miał co innego na głowie.
Do szpitala Świętego Ducha pobiegłam skrótem przez most Księcia
Amadeusza Sabaudzkiego, ale i tak dobiegłam na miejsce w momencie, gdy
zabójca wchodził już do wnętrza bramą garażową. Nie miałam szans go
dogonić, zresztą odgłos moich butów w pustym pomieszczeniu mógłby go
zaniepokoić. Weszłam do recepcji, w korytarzu narzucając szpitalny kitel
i kornecik, płaszcz zostawiłam, cisnęłam do jakiegoś kąta. Podeszłam do
windy towarowej. Ona jedna chodziła aż do piwnicy i najwyraźniej tam
została ściągnieta. Nacisnęłam guzik, winda zatrzymała się tak, że
mogłam otworzyć drzwi.
"Matros" popatrzył na mnie chmurnie i burknął coś na moje uprzejme
powitanie.
Nacisnął przycisk drugiego piętra... Później papa pytał mnie, jaki miałam
plan.
-?Wybacz, ale nie miałam żadnego planu -?wyznałam -?działałam
instynktownie. Kiedy stanęłam obok zabójcy, zauważyłam, że jest ponad
głowę ode mnie wyższy. Przez ułamek sekundy zastanawiałam się jak, to
zniwelować. Łokciem nacisnęłam przycisk "stop", szarpnęło, a jednocześnie z ręki wypadła mi zapalniczka (noszę ze sobą, choć nie
palę) i upadła na podłogę. Czułam, że zabójca jeśli nawet jej nie
podniesie, to przynajmniej na nią spojrzy. Zdecydował się i pochylił
się, na moment jego szyja znalazła się na odpowiedniej wysokości.
Pociągnęłam po niej z całych sił skalpelem. Ostatnie co zobaczyłam w jego oczach, to absolutne zdumienie, nie straciłam jednak zimnej krwi i przeszukałam kieszenie. Znalazłem przy nim pistolet -?niezwykle
poręcznego Lugera z krótką lufą, na osiem naboi. I buteleczkę z połową
płynu, tego samego, który wlał do kroplówki. Postanowiłam ją zabrać. Nie
miał przy sobie żadnych dokumentów, wolałam zaś nie tracić czasu na
staranniejsze przeszukiwanie. Jedno było pocieszające, zyskałam pewność,
że nie zabiłam jakiegoś przypadkowego sługi Bożego.
Po wszystkim uruchomiłam windę, kierując ją na ostatnie piętro szpitala.
Modliłam się, żeby nikt nie zatrzymał jej po drodze. Udało się. Korytarz
na szczęście był pusty. Szybko pobiegłam do toalety. Zbierało mi się na
wymioty, ale zapanowałam nad sobą. Pozbyłam się zakrwawionego kitla.
Reszta ubrania wydawała się być w porządku. Stanęłam nad umywalką, w lustrze wody powinna odbić się moja twarz. Jednak zobaczyłem coś innego.
Oblicza ludzi mi bliskich zabitych przez totalitarne reżimu, mamy,
Nataszki, Antoniego, braci Bykowskich, stryja Rajkiewicza, a nawet
stryja Józefa... Nagle opuściła mnie jakakolwiek empatia i chęć
wymiotowania. Zrobiłam to, co po prostu powinnam zrobić.
Schodami zbiegłam na piętro, na którym leżał ksiądz Stanisław. Nie
weszłam, usłyszałam natomiast głosy, lekarza pielęgniarki i mego ojca.
-?Nareszcie się ksiądz obudził, księże Stanisławie. -?Poznałam
skrzypiący głos monsignore Sordiego.
Ogromnie chciałabym tam wejść, ale wolałam jak najszybciej zniknąć ze
szpitala. A poza tym robota nie była jeszcze wykonana do końca. Jak
mówił ktoś mądry, sprawa wykonana tylko w dziewięćdziesięciu pięciu
procentach jest w stu procentach niezrobiona!
Przede wszystkim uspokoiłam emocje. Wyrównałam oddech i opracowałam
plan. Z pokoju jakiegoś ani chybi umarlaka zwędziłam pustą kroplówkę
wraz z przewodem i schowawszy ją do torby wyszłam ze szpitala,
zostawiając za sobą nagłą wrzawę w recepcji, powstałą wskutek odkrycia
trupa w windzie. Nie przyśpieszałam kroku, nie odwracałam się za siebie.
Na Placu Świętego Piotra zauważyłam sporo turystów, a jeszcze więcej
policjantów. Nie przeraziło mnie to. Miałam okazję sprawdzić moje
talenty kieszonkowca w praktyce. W niecały kwadrans stałam się
właścicielką dwóch par kajdanek.
Teraz mogłam przystąpić do działania. Ponieważ wyeliminowałam wykonawcę,
wypadało porozmawiać z jego zleceniodawcą.
Spytacie, skąd brała się u mnie trzeźwość umysłu i jak to możliwe, żeby
osiemnastoletnie dziewczątko, takie jak ja, działało niczym wyszkolona
agentka sił specjalnych? Nie mam pojęcia. Twarda szkoła życia w ZSRS
wszystkiego nie tłumaczy. Może po prostu w poprzednim wcieleniu byłam
zawodową zabójczynią -?wojowniczą królową Artemizją czasów wojen
perskich albo Milady Winters, specjalistką od specjalnych poruczeń
kardynała Richelieu? A może, jak wielu nowicjuszy, miałam po prostu
sporo szczęścia.
Tym razem droga na czwarte piętro wydała mi się szybsza, choć wcale
niełatwiejsza. Nie chciałam tłuc szyb, toteż wypatrzyłem otwarty lufcik
prowadzący do sąsiedniego pokoju, przeszłam do niego po gzymsie
(starając się nie patrzeć w dół) i wślizgnęłam do środka. Zleceniodawca
(później dowiedziałam się, że monsignore Ruprecht Bauer należał do
prałatów przy Kurii Rzymskiej) wydawał się czekać na wiadomości. Czas
oczekiwania skracał, popijając koniak i czytając zapewne gwoli rozrywki
Niedole cnoty markiza de Sade, po niemiecku. Nie grzeszył czujnością i niczego się nie spodziewał, aż do chwili, kiedy stanęłam tuż za nim i przeładowałam broń.
Bezbrzeżne zdumienie, które pojawiło się na jego twarzy, miało potem
wielokrotnie towarzyszyć moim akcjom. W pierwszej chwili wziął mnie za
zwykłą włamywaczkę, ale wyprowadziłam go z błędu, rzucając mu kajdanki.
-?Chcę tylko porozmawiać -?powiedziałam po niemiecku. -?Dla twego
własnego bezpieczeństwa załóż je grzecznie. Nie chcę ryzykować jakiejś
zbędnej szamotaniny, która musiałaby się skończyć twoją śmiercią...
Nie wykazywał ochoty do współpracy, a zdanie zmienił dopiero wtedy, gdy
strzeliłam mu w stopę. Huk był spory, a krzyk zranionego jeszcze
większy, ale miałam nadzieję, że dzięki grubym murom żaden odgłos nie
wydostał się na zewnątrz. Bauer jęczał, ale wyraźnie nieszkolony do
znoszenia bólu przestał się stawiać. Potulnie założył kajdanki najpierw
na lewą nogę (co było moim warunkiem opatrzenia prawej) i przykuł ją do
łózka, a potem zrobił to samo z prawą ręką. Kiedy go obandażowałam,
zdołał mi się przyjrzeć i trochę go to uspokoiło. Może uznał, że można
mnie zlekceważyć?
-?Nie masz pojęcia, z kim zadarłaś, dziecinko! -?sapnął.
-?I dlatego zmierzam się tego dowiedzieć -?odparłam. -?A także poznać
wasze motywy.
-?Że co?
-?Dlaczego twój fagas dostał rozkaz zabicia nieprzytomnego polskiego
księdza. I wziął od ciebie za to pieniądze. Powiesz mi to?
-?Ja nic nie wiem. Jestem kasjerem. Tylko przekazuję pieniądze. O szczegóły zapytaj Vittoria.
Zapewne mówił o wynajętym zabójcy.
-?Chciałabym, to zrobić, ale obawiam się, że w te chwili przesłuchuje go
święty Piotr.
-?Zabiłaś go? -?wybełkotał.
-?Musiałam.
Teraz naprawdę wpadł w panikę. Zaczął powtarzać w kółko, że jest tylko
pośrednikiem, który nic nie wie. Z najwyższym przerażeniem przyglądał
się moim rękom i mojej torbie, którą położyłam na stole.
-?Chyba nie będziesz próbować mnie torturować, wasza instytucja nie
zezwala...
-?Nie reprezentuję Kościoła. -?Nagle przeszłam na rosyjski. -?I ja
klianus, ty mnie wsio rasskażesz! (Przysięgam, powiesz mi wszystko!)
Mówiąc to wyciągnęłam z kąta wieszak i umocowałam na nim kroplówkę, do
której wlałam resztkę płynu pochodzącego z buteleczki zabójcy.
Zaczął miotać się jak wściekły węgorz na kuchennym stole, spurpurowiał z wysiłku, żyły mu nabrzmiały.
-?Nie, nie! Ratunku! Pomocy! -?Jednak grube solidne mury doskonale
spełniły swoje zadanie. Nikt się nie zainteresował, nie zapukał, nie
zadzwonił do drzwi. -?Litości!
-?Wobec księdza jakoś nie okazaliście miłosierdzia!-?Nadepnęłam stopą na
jego szyję, co pozwoliło unieruchomić go na tyle, by spokojnie wbić igłę
kroplówki.
-?Dobrze, dobrze, wszystko powiem -?wycharczał. -?Tylko wyciągnij to...Nie
chcę umierać!
Zdjęłam stopę, pilnie nasłuchując jego wyznań, ale już po chwili jego
szept przeszedł w rzężenie, oczy wyszły z orbit. Nie minęła minuta, a zdałam sobie sprawę, że mam przed sobą trupa. Nie zabiła go trucizna -
kroplówkę jeszcze nie zaczęła działać. Monsignore zmarł ze strachu,
zanim na dobre zaczęłam przesłuchanie.
Przeszukałamć mieszkanie, ale nie znalazłam nic interesującego. Trochę
książek o tematyce religijnej i czasopism po niemiecku. Niedomknięta
kasa pancerna, krtyła w swym wnętrzu sporąa ilością ilość pieniędzy,
która opróżniłam e skonfiskowałam ""na cele organizacyjne". zZawierała
też paszport na nazwisko Ruprechta Bauera z adresem w Norymberdze i wpisanym jako zawód Römisch--katholischer Priester. Znajdowała się tam
jeszcze jedna buteleczka podobna tej, której zawartość chciałaem mu
zaaplikować. W szafce nocnej obok damskiej bielizny -?której raczej
wstydziłyby się kobiety przyzwoite -?znalazłaem broszurkęa ociekającą
pornografią, taką dla pederastów.
Poza tym nie było żadnej roni i w ogóle niczego, co mogłoby wskazywać
prawdziwych mocodawców. Może mówił prawdę, że był tylko pośrednikiem.
Zgarnęłam sprzęt i rozpoczęłam penetrację biurka, kiedy rozległo się
opukanie do drzwi. Jednak ktoś musiał coś usłyszeć.
-?Monsignore Baueri, monsignore Baueri! -?dobiegł mnie stłumiony głos
spoza drzwi.
Musiałam uciekać. Oczywiście znowu przez lufcik. Tym razem ciemności nie
ułatwiły mi działania. Na wysokości drugiego pietra nogi moje straciły
pod sobą oparcie, palce ześlizgnęły się z gzymsu i poleciałam. Na
szczęście upadając udało mi się wprawić moje ciało w obroty, co
sprawiło, że choć potłuczona nie straciłam przytomności i mogłam prawie
natychmiast wstać. Nie zauważyłam żadnych świadków, a rozbawione
towarzystwo wchodzące do pobliskiego pensjonatu La Residenza dell'Angelo
nawet nie zwróciło na mnie uwagi. Na Corso Wiktora Emanuela złapałam
taksówką i kazałam wieść się na Dworzec Termini, skąd nocnym pociągiem i okazjonalnymi podwodami dotarłam do rezydencji Borsinich.
-?Na Boga dziewczyno! -?zawołał na mój widok stryj Ignacy. -?Gdzieś ty
była?! Umieraliśmy wszyscy ze strachu. Tonino twierdził, że pojechałaś
na dworzec.
-?Tak ogromnie chciałam odwiedzić Sienę i jej zabytki, toteż wybrałam
się na wycieczkę...
-?To na pewno nie wiesz co się stało, kiedy cię nie było -?wtrąciła się
hrabina.
-?A co się stało? -?Udałam głupią.
-?Nasz kochany padre Stanislao miał wypadek w Rzymie.
-?Jak to?-?Symulując lekkie omdlenie osunęłam się na kanapę.
-?Ale już jest dobrze. -?Ignacy podał mi wody -?Przed dwiema godzinami
dzwoniono do mnie ze szpitala, odzyskał przytomność, a rokowania są ze
wszech miar pomyślne. Dziś odpocznij, a jutro, najdalej pojutrze,
pojedziemy do niego i jeśli się zgodzi zabierzemy do nas. Tu też są
lekarze.
"I słusznie! -?pomyślałam. -?Trzymajmy się jak najdalej od Wiecznego
Miasta, księży agentów i hitlerowskich szpiegów".
* * *
Na szczęście w Ospendale Santo Spirito nikt mnie nie zapamiętał. To
oczywiste, wówczas starałam się wyglądać jak najpoważniej, teraz jak
najmłodziej. Papa też nie poruszał tematu swego "wypadku" podczas całej
drogi do krainy Chianti. Wcześniej musieliśmy wspólnie z monsignore
Sordi zawieść go do Watykanu, gdzie w tamtejszych ogrodach rozmawiał
prze dwie godziny z Piusem XII. Rozmowa wyraźnie podniosła go na duchu.
Chyba jednak coś innego zaprzątało jego umysł.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki