Córka Masywu Maurów - Frederick D'Onaglia

-
Proszę czekać

1

Z ręką na klamce Maurine Casténat wzięła głęboki wdech. Wiedziała, co ją czeka za tymi drzwiami. Będzie musiała zmierzyć się ze spojrzeniem swojej siostry Carole, zrozpaczonej lub wściekłej, że uległa jej namowom.

Ich stosunki nie były łatwe, odkąd osiem miesięcy temu Maurine znów zamieszkała w Lambert, ich rodzinnym majątku.

Ale wtedy myślała, że Carole będzie jej wdzięczna, że zrezygnowała z błyskotliwej kariery naukowca. Maurine rzeczywiście bez najmniejszego wahania zdecydowała się zostać wiejskim lekarzem w Collobri?res po to tylko, by zająć się chorym ojcem i odciążyć starszą siostrę od codziennych obowiązków. Ale wszystko potoczyło się inaczej...

Czy jej powrót naprawdę przyniósł Carole ulgę?

Coraz bardziej w to wątpiła. Z trudem poznawała swoją starszą siostrę - dawną powierniczkę, opiekunkę i przyjaciółkę. Skończył się czas beztroski, szalonych śmiechów i poufałości. Carole, która kierowała teraz cukiernią Casténat, miała szykowny wygląd i doskonałe maniery prowincjonalnej damy w nieokreślonym wieku. Ją, Maurine, przepełniała niepohamowana radość życia. Ocierając się w pracy o choroby, cierpienia i śmierć, Maurine doznawała prawdziwej satysfakcji, mogąc nieść ulgę w cierpieniu, a czasem nawet ratując życie. To był jej cel, powołanie, uświadomione już we wczesnej młodości, niedługo po tragicznym zgonie Ana?s, ich matki, śmiertelnie rannej po upadku w przepaść w pobliskim wąwozie Destéou.

W wieku trzydziestu dwóch lat Maurine miała urodę tych kobiet, które dojrzałość wysubtelnia i które potrafią zachować ogień niezbyt jeszcze odległej młodości.

Do tego dochodziły inteligencja, upór i zmysł analizy, dzięki którym uniknęła wielu przeszkód.

"Każdy czyn ma swoje następstwa". Maurine znała tę maksymę na pamięć i nigdy nie stawiała diagnozy bez zadania sobie wszystkich pytań i bez otrzymania na nie odpowiedzi.

Przeczesała palcami gęste włosy i otworzyła drzwi.

- Szybko się uwinęłaś - stwierdziła Carole, nawet się nie odwracając.

Stała przed zlewem, napełniając wodą zbiornik maszynki do kawy.

Maurine wolała nie zauważyć sarkazmu i usiadła na dębowej ławie przy kuchennym stole.

- Ja też się chętnie napiję...

Jej złociste spojrzenie obiegło przestronne, sklepione pomieszczenie, gdzie kolejne pokolenia rodziny Casténat, następujące po sobie w Lambert, podjęły tyle decyzji, aż po umieszczenie dziś ich biednego ojca w specjalistycznym ośrodku dla chorych na alzheimera.

Na zewnątrz jesienna noc okrywała grzbiety Masywu Maurów morzem atramentowej ciemności. Maurine z trudem odgadywała zarysy dwóch menhirów wyrastających na skraju posiadłości.

Zadrżała, czując lekki powiew powietrza.

Siedmioramienny żyrandol nad długim ciężkim stołem poruszał się ledwie dostrzegalnie, odblask żarówek w kształcie świec rzucał cienie na ścianę bieloną wapnem.

Błyskały naczynia z mosiądzu na okapie pieca kuchennego i te z cyny ustawione na obudowie kominka.

Maurine przeniosła wzrok na siostrę, która gorączkowo ścierała z blatu krople wody.

Złożyła ścierkę i powiesiła ją na pręcie kuchennym tak, żeby nie zostawić żadnego zagięcia. Potem włączyła maszynkę do kawy.

- Tacie jest naprawdę dobrze. - Maurine spróbowała rozluźnić atmosferę. - Ma jasny pokój z widokiem na morze. Jeżeli chodzi o personel, to uważam, że jest wyjątkowo sprawny i sympatyczny.

Carole oschłym gestem postawiła cappuccino przed siostrą i odparła głuchym tonem:

- I jak sądzę, tobie to wystarcza!

- Daj spokój, Caro... - jęknęła Maurine.

W tej właśnie chwili pragnęła choćby odrobiny solidarności, z braku czegoś na kształt współczucia.

Ją również bolała ta sytuacja. Odwiozła ojca do specjalistycznego domu opieki, bo już dłużej nie mogły trzymać go w domu, i było to dla niej torturą. Miała wrażenie, że się go wyrzeka, wykreśla ze swego życia.

Ale Henri Casténat nie był już sobą, stawał się zagrożeniem - przede wszystkim dla samego siebie. Siostry nie miały wyboru. Od wystąpienia pierwszych symptomów choroby Maurine nie miała złudzeń i przygotowywała Carole do tego, co nieuchronne, nie budząc w niej fałszywych nadziei. Ale siostra nie chciała o niczym słyszeć. Ich ojciec wyjdzie z tego, koniec kropka.

- Na miłość boską, spójrz prawdzie w oczy - oburzała się Maurine.

- Tak, oczywiście. Wszystkie te twoje wyniki badań to tylko zbiór cyfr, nic więcej. A tu chodzi o naszego ojca. Słyszysz? O naszego ojca! Kiedy miał osiem lat, pokonał gruźlicę, kiedy miał pięćdziesiąt trzy - raka. On jest bardzo silny, to wojownik. Czemu musiał opuścić dom? To najlepsze miejsce, żeby wyzdrowiał.

Maurine nie naciskała. Wiosną stan zdrowia ojca pogorszył się tak bardzo, że wymagał stałej opieki i ciągłych zabiegów pielęgnacyjnych. Córki zmieniały się przy nim dwadzieścia cztery godziny na dobę do chwili, kiedy w końcu Carole ustąpiła wobec oczywistej prawdy.

Osiem dni temu, gdy leżała w łóżku z powodu grypy, ojciec omal nie połamał się na schodach.

Maurine nie było w domu i Carole bardzo się wystraszyła. Przytłoczona koniecznością podjęcia decyzji i pod naciskiem siostry podpisała w końcu wniosek o przyjęcie go do domu opieki.

Carole wypiła kawę jednym haustem. Potem opłukała filiżankę i ruszyła ku drzwiom.

- Już? - zawołała Maurine z zawodem w głosie. - Nie zostaniesz ze mną chwilę?

- Przykro mi, ale jutro czeka mnie ciężki dzień w cukierni i jestem zmęczona. Chcę się położyć.

- Ale... Zostań jeszcze moment. Proszę!

Napotkała wzrok siostry i przejął ją chłód. Carole niczego nie widziała. Niczego. Jej spojrzenie było wyprane z cienia współczucia dla Maurine.

I po raz pierwszy Maurine odniosła okropne wrażenie, że Carole cieszy się, widząc jej ból.

- Zostań - szepnęła prawie błagalnym tonem. - Chciałabym porozmawiać.

- Nic mnie to nie obchodzi - wysyczała Carole przez zaciśnięte wargi. - Może już czas, żebyś zrozumiała, że nie wszystko i nie zawsze będzie tak, jak chcesz. Zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko. Masz wyrzuty sumienia, że zamknęłaś tatę w ośrodku? Świetnie. To wszystko, na co zasługujesz. Ja spędziłam z nim całe życie. Przejęłam cukiernię z obowiązku, z szacunku dla rodziny. Ty sama wytyczyłaś swoją drogę, nie pytając nikogo o zdanie.

Maurine przełknęła z trudem ślinę. Carole spokojnie ciągnęła dalej:

- Gdzie byłaś przez ostatnie lata, gdy on każdego dnia stawał się coraz bardziej bezradny? Czekałaś, aż skończą się twoje zobowiązania, żeby się włączyć. Pewnie chciałaś ulżyć swojemu sumieniu? Ale teraz jest już za późno. Tak więc, jeżeli oczekujesz ode mnie jakiegokolwiek podziękowania, ryzykujesz, że prędzej zapuścisz korzenie.

I nawet nie mrugnąwszy okiem, wyszła, zostawiając Maurine zbitą z tropu.

Masyw Maurów, otoczony zatoką Saint-Tropez, wydawał się nie ulegać wpływowi czasu, mając w sobie coś ze świętości dla tych, którzy potrafią patrzeć i słyszeć swoją duszą.

Za zakrętem na zboczu ukazały się nagle Collobri?res i wąska droga, kończąca się na bulwarze Lazare-Carnot.

Dalej, na placu Libération, dwa kroki od ratusza, znajdował się sklep mięsny Fabrégata. "Z ojca na syna od 1912", jak głosił szyld wymalowany na fasadzie.

- Moja kochana - jęknął Gilou, kładąc na wadze świeżo odcięty plaster rostbefu. - To wszystko jest bardzo smutne...

Maurine spodziewała się, że ojciec chrzestny tak zareaguje.

Dobrze znała najwierniejszego przyjaciela swojego ojca, znany był z tego, że miał zwyczaj mówić prawdę prosto w oczy.

- A jeszcze i to - ciągnął rzeźnik śpiewnym akcentem - że ty i twoja siostra wciąż się kłócicie. Serce mnie boli, córuchno. Mówię ci to, co myślę. - Wsunął znów ołówek za ucho, wyjął z lady chłodniczej pasztet i odciął spory kawałek.

- Mus z kaczki z prawdziwkami. Tutejsza specjalność sezonowa. Powiedz mi nowinki...

Włożył "prezent od firmy" do plastikowej torebki zawierającej mięso i już miał ją podać Maurine, powstrzymał jednak ten gest, patrząc młodej kobiecie prosto w oczy.

- Nie bądź taka oschła wobec Carole, powinnyście się wspierać. Tym bardziej teraz. Biedny Henri nie byłby z tego zadowolony. A ponieważ on nie może wam tego powiedzieć, ja biorę na siebie ten obowiązek.

Maurine nic nie odpowiedziała, ale była poruszona jego troską.

- Pogódźcie się jak najprędzej; jak nie, to jednej i drugiej dam porządnego klapsa.

Gilou Fabrégat wydawał się szczególnie przejęty ich sprzeczkami, tym bardziej gdy dowiedział się, że Henri został umieszczony w domu opieki.

Dla nich wszystkich Henri, głowa klanu Casténat, był wcieleniem męstwa i odwagi.

Właściciel cukierni, ozdoba Collobri?res, zawsze dawał dowody godności i siły.

Kiedy ludzie z miasteczka dowiedzieli się o jego chorobie, mało kto chciał w to wierzyć.

Ten wspaniały człowiek nie mógł skończyć w taki sposób.

Maurine ucałowała ojca chrzestnego z ostentacyjną czułością. Gilou, który nie miał własnych dzieci, w Carole i Maurine widział przyszłość rodziny. Dalekie pokrewieństwo, które gubiło się w rozgałęzieniach genealogii, łączyło rodzinę Fabrégatów z Casténatami.

- Bądź spokojny, obiecuję ci, że zrobię, co należy - odrzekła łagodnie, po czym dodała ze smutkiem: - Dobrze, muszę już iść...

- Jakieś kłopoty?

- Nie, wszystko w porządku.

- Pleciesz bzdury! Jestem stary, ale nie głupi. No? Mów zaraz, jeśli nie chcesz, żebym cię oblał sosem czosnkowym...

Maurine miała sobie za złe, że nie potrafiła lepiej ukryć swoich uczuć.

Dla Gilou dostatecznym ciosem była wiadomość, że jego najlepszy przyjaciel znalazł się w szpitalu, nie chciała go niepokoić swoimi problemami.

Problemami, które zresztą wcale nie były problemami, po prostu sama zadawała sobie różne pytania.

Od ośmiu miesięcy, odkąd otworzyła gabinet obok sklepu rzeźnika, poczekalnia świeciła pustką.

Nieliczni pacjenci, którzy otwierali drzwi, mieli jakieś drobne dolegliwości i w większości otwarcie przyznawali, że znaleźli się tu, ponieważ doktor Mazeret nie mógł ich przyjąć.

Początkowo Maurine mówiła sobie, że trzeba czasu, aby zdobyć pacjentów.

Gdy się tu urządziła, Gilou zarekomendował ją aptekarzowi, merowi i wszystkim, którzy w gminie zaliczali się do osób wpływowych. Mimo to jej lista wizyt w mieście była czysta. Całe dnie, a czasem nawet całe wieczory spędzała, przemierzając drogi i dróżki w okolicy, chodząc do pacjentów, którzy nie mogli opuszczać domu.

A kiedy w najbardziej zapadłych zakątkach gór jej land rover nie był w stanie pokonać stromych dróg, musiała iść na piechotę do najdalej położonych siedzib ze swoją torbą lekarską.

W końcu zaczęła się zastanawiać, czy dobrze zrobiła, otwierając tutaj gabinet.

W gruncie rzeczy nikt jej potrzebował.

Może zrobiłaby lepiej, wracając do szpitala i dalej odbywała staż na internie.

Nic już nie zmuszało jej do pozostania w Collobri?res; ani ojciec, umieszczony w domu opieki, ani siostra, której wcale nie zależało na jej obecności.

- Nie przejmuj się - powiedział Gilou, obejmując ją serdecznie. - Wcześniej czy później ludzie w końcu przyjdą do ciebie. I Mazeret pewnego dnia też się wycofa. Na razie wszyscy cię obserwują. Tutaj ludzie bywają nieufni. Nie chodzi o to, że się ciebie boją, moja kochana. Ale widzisz, u nas każdy przejmuje zawód po ojcu. Jest się przygotowywanym do dziedziczenia profesji od niemowlęctwa. Ty jesteś córką Henriego. Nazywasz się Casténat. Urodziłaś się w Lambert. Wasza dziedzina to cukiernictwo, a nie medycyna. Ja wiem, że to stary obyczaj, ale trudno, tak tu jest. Nie wkłada się fig i grzybów do jednego koszyka.

Stali w progu sklepu. Ich uwagę przyciągnęła nagle grupka zgromadzona na chodniku naprzeciwko, pod dwoma wysokimi oknami gabinetu Mazereta znajdującego się na parterze budynku w klasycznym stylu prowansalskim, bez wątpienia najpiękniejszego w dzielnicy.

- Popatrz na tych krzykaczy... Nie trzeba się domyślać, o czym mówią... - Gilou podniósł wzrok na Maurine. - Gadają o Malamousque, do jasnej cholery. Nieruchomość została wystawiona na sprzedaż w zeszłym tygodniu. Nie mów, że nie wiedziałaś.

Maurine była zaskoczona, dotarły do niej tylko strzępy rozmów między Carole a ojcem w rzadkich momentach jego przytomności - rozmów, które natychmiast cichły, gdy przechodziła.

Najwyraźniej ta nazwa wiązała Casténatów z bolesną przeszłością, do której Henri wolał nie wracać, a dla rodziny był to temat tabu, którego nie chciano poruszać, aby nie przyciągać złego uroku.

- Wiesz, jacy są ludzie. Sprzedaż Malamousque tyle lat po zamordowaniu Laucarte'a...

Nawet Gilou nie ośmielał się mówić więcej. Ten dramat na zawsze wstrząsnął sumieniem całej gminy. To była tragedia. W czasie tamtych wydarzeń, jak Francja długa i szeroka, media opisywały wypadek małżeństwa spalonego żywcem w pożarze ich własnego domu, podpalonego przez jakiegoś zbrodniarza... Prawdziwy klimat donosicielstwa zburzył panujący dotychczas spokój, a okna przytulonych do siebie domów stały się posterunkami obserwacyjnymi, z których szpiegowano sąsiadów.

A kiedy wydarzenia przyjęły decydujący obrót, kiedy zakończono śledztwo i aresztowano winnego, nikt nie zgłaszał zastrzeżeń. Całe Collobri?res pragnęło jak najszybciej zapomnieć o tej sprawie.

- I poza tym zapominasz o tym, co widziała Carole cztery dni temu w pobliżu menhirów w Lambert.

- No nie, Gilou, tylko nie ty! - obruszyła się Maurine.

Ruszyła przed siebie, nie mając najmniejszej ochoty przedłużać tej rozmowy. Rzeźnik szedł za nią chodnikiem, dopóki nie dotarła do swojego samochodu, zdecydowana nie słuchać dłużej głupstw o Białej Damie, która pojawiała się w tajemniczy sposób jako ostrzeżenie przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. I przydarzyło się to jej własnej siostrze tego wieczoru, kiedy ojciec spadł ze schodów.

Carole wstała wtedy, aby zamknąć okiennice, i dostrzegła w pobliżu menhirów jakąś postać, która rozproszyła się w otaczającym ją kręgu światła. Zaintrygowana, ale przede wszystkim zaniepokojona, widząc w tym złą wróżbę, nazajutrz zwierzyła się Gilou i Viviane Briand, starej przyjaciółce rodziny, która pracowała w cukierni od wielu lat. Potem jednak postanowiła wszystkiemu zaprzeczyć.

- Musisz przyznać, że to niepokojące. Ostatni raz widziano Białą Damę dokładnie w dniu poprzedzającym pożar Malamousque. Teraz pojawiła się znów i patrz, co przydarzyło się twojemu ojcu...

Maurine zatrzymała się i odwróciła do ojca chrzestnego z szerokim uśmiechem na ustach.

- Nie, ja chyba śnię! Pogrążamy się w jakichś zabobonach. Zawsze znajdzie się na wszystko wytłumaczenie, jestem przekonana. Jeżeli trzeba, dowiodę tego.

- Nie żartuj z tego, kochana.

Już miała odpowiedzieć, lecz gdy spojrzała na grupkę ludzi, rozprawiających niespokojnie przed gabinetem doktora Mazereta, nagle zrozumiała, co zaszło.

- Przepraszam, proszę zrobić mi przejście - rzuciła, torując sobie drogę między gapiami. - Jestem lekarzem.

Jakiś mężczyzna klęczał z nożem w ręce i usiłował uspokoić chłopca najwyraźniej zesztywniałego ze strachu.

- Nie ma wyboru, mój mały. Lekarza tu nie ma. Trzeba działać niezwłocznie, żeby usunąć jad, to jedyny sposób.

- To kompletna bzdura! - krzyknęła Maurine, wyrywając mu nóż z ręki.

Teraz ona z kolei uklękła. Podczas upałów, które w końcu września panowały jeszcze w Masywie Maurów, ukąszenie żmii nie należało do rzadkości.

- Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Nie denerwuj się. Przede wszystkim zachowaj spokój i oddychaj głęboko. Nie będzie bolało, obiecuję.

Chłopiec powoli się uspokajał. Maurine zaczęła od zdjęcia opaski uciskowej. Została zbyt mocno zaciśnięta, co w przeciwieństwie do powszechnie przyjętego poglądu było szczególnie groźne.

- Jest już dobrze. Bardzo dobrze. Jak masz na imię?

- Arthur. - Po chwili wahania zapytał: - Proszę mi powiedzieć... Czy ja umrę?

- Co za głupi pomysł! - odparła tonem umyślnie lekkim, oczyszczając rankę. - Czy uważasz, że takie małe zwierzę, mogłoby cię zjeść?

Arthur, uspokojony, pokiwał głową.

- A teraz zrobimy tak - ciągnęła Maurine. - Najpierw usuniemy jad, ale nie masz się czego bać, to nie będzie bolało. Potem naciśniesz przycisk aplikatora, to jest surowica przeciw jadowi żmij.

- Będzie bolało?

- Nie, poczujesz tylko lekkie ukucie. Zawiadomimy twoich rodziców, a oni zawiozą cię do ośrodka zdrowia, aby się upewnić, czy wszystko w porządku. Od jutra będziesz mógł się bawić z kolegami. W porządku?

- Jasne! Ale przyjedzie po mnie ojciec. Moja mama nie żyje.

- Teraz muszę cię zostawić, czeka na mnie chory. Ktoś tu z tobą zostanie do czasu, aż tata przyjedzie po ciebie - oparła Maurine łagodnie, jak gdyby chcąc zatrzeć swoją niezręczność.

Koniec wersji demonstracyjnej.