III
W listopadzie 1936 roku Henry Osborne został wybrany do Izby Reprezentantów z dziewiątego okręgu Illinois. Wygrał nie tak dużą większością głosów jak jego poprzednik, co można było przypisać wyłącznie indolencji Osborne'a, gdyż Roosevelt porwał za sobą wszystkie stany prócz Vermontu i Maine, a w Kongresie republikanie zdołali uplasować zaledwie siedemnastu senatorów i zapewnić sobie tylko sto trzy miejsca w Izbie Reprezentantów. Ale Ablowi wystarczyło, że ma swojego człowieka w Izbie Reprezentantów, toteż z miejsca zaproponował Henry'emu stanowisko prezesa komisji planowania Grupy Hoteli Baron. Henry przyjął je z wdzięcznością.
Całą energię Abel skierował teraz na budowę coraz to nowych hoteli - z pomocą kongresmana Osborne'a, który, jak się zdawało, potrafił załatwić pozwolenie na budowę wszędzie, gdzie tylko baron sobie zażyczył. Abel zawsze płacił Henry'emu za te przysługi używanymi banknotami. Nie miał pojęcia, co Henry robi z tymi pieniędzmi, nie ulegało jednak wątpliwości, że ich część musiała trafiać do właściwych rąk. Szczegóły go nie interesowały.
Mimo pogarszającego się pożycia z Zofią Abel wciąż pragnął syna i był zrozpaczony, że żona nie może zajść w ciążę. Z początku przypisywał winę Zofii, która zresztą też marzyła o drugim dziecku, w końcu jednak uległ jej namowom i odwiedził lekarza. Czuł się upokorzony, kiedy się dowiedział, że ma niedobór spermatozoidów, będący wynikiem, zdaniem lekarza, niedożywienia w dzieciństwie, i że mało prawdopodobne, żeby został ponownie ojcem. Od tej pory Abel uznał sprawę za zamkniętą i wszystkie swoje uczucia i nadzieje skoncentrował na Florentynie, która rosła bujnie niczym chwast. Tylko Grupa Barona wzrastała jeszcze szybciej. Abel wzniósł nowy hotel na Północy i jeszcze jeden na Południu, unowocześniając zarazem i reorganizując starsze hotele.
W wieku czterech lat Florentyna zaczęła chodzić do przedszkola. Zażądała, aby pierwszego dnia towarzyszyli jej Abel i F.D.R. Dużo dziewczynek przyszło pod opieką nie matek, ale niań, a jedna nawet, jak grzecznie uświadomiono Abla, guwernantki. Tego wieczoru Abel oznajmił Zofii, że życzy sobie, aby osoba o takich kwalifikacjach zajęła się wychowaniem Florentyny.
- Dlaczego? - z irytacją zapytała Zofia.
- Żeby żadne inne dziecko nie miało już na starcie przewagi nad naszą córką.
- Uważam, że to bezsensowne wyrzucanie pieniędzy. Czy ktoś taki może dać Florentynie coś, czego ja bym nie potrafiła?
Abel nic nie odpowiedział, ale następnego ranka zamieścił ogłoszenie w chicagowskiej "Tribune", w "New York Timesie" i londyńskim "Timesie", w których podał, że poszukuje guwernantki, wyraźnie określając oferowane warunki. Z całego kraju napłynęły setki odpowiedzi od kobiet z wysokimi kwalifikacjami, chcących pracować u prezesa Grupy Hoteli Baron. Przychodziły listy z takich uczelni jak Vassar, Radcliffe i Smith, a jeden nawet z zakładu poprawczego dla kobiet w Alderson w Zachodniej Wirginii. Najbardziej jednak zaintrygował Abla list od osoby, która widać nigdy nie słyszała o baronie z Chicago.
Stara Plebania
Szynki Wielkie
Hrabstwo Hertfordshire
12 września 1938 roku
Szanowny Panie!
W odpowiedzi na Pański anons w rubryce ogłoszeń prywatnych na pierwszej stronie dzisiejszego dziennika "Times" zgłaszam swoją kandydaturę na posadę guwernantki Pańskiej córki.
Mam trzydzieści dwa lata, urodziłam się jako szósta z kolei córka wielebnego L.H. Tredgolda. Jestem starą panną i mieszkam w parafii Szynki Wielkie w Hertfordshire. Obecnie uczę w miejscowym gimnazjum i pomagam ojcu w jego pracy duszpasterskiej.
Ukończyłam pensję w Cheltenham, gdzie uczyłam się łaciny, greki, francuskiego i angielskiego, a następnie wstąpiłam do Kolegium Newnhama w Cambridge, gdzie otrzymałam stypendium. Na uniwersytecie przystąpiłam do egzaminu końcowego z języków nowożytnych i wszystkie przedmioty zdałam z najwyższym wyróżnieniem. Nie otrzymałam dyplomu, gdyż statut uniwersytetu nie pozwala wręczać go kobietom.
Jestem gotowa w każdym terminie stawić się na rozmowę i z radością podejmę się pracy w Nowym Świecie.
Pozostaję z szacunkiem,
Pańska uniżona
W. Tredgold
Ablowi trudno było uwierzyć, że istnieje coś takiego jak pensja żeńska w Cheltenham czy miejscowość Szynki Wielkie, a już szczególne jego podejrzenia wzbudziło twierdzenie o uzyskaniu najwyższego wyróżnienia bez żadnego dyplomu.
Poprosił sekretarkę, żeby zamówiła rozmowę z Waszyngtonem. Kiedy wreszcie połączono go z osobą, o którą mu chodziło, odczytał jej cały list.
Osoba z Waszyngtonu potwierdziła, że każda z informacji zawartych w liście może być prawdziwa i że nie ma powodu, aby powątpiewać w jego wiarygodność.
- Ale czy na pewno istnieje coś takiego jak pensja żeńska w Cheltenham? - dopytywał się Abel.
- Ależ tak, panie Rosnovski. Sama się tam kształciłam - odparła sekretarka ambasadora brytyjskiego.
Wieczorem Abel ponownie odczytał list na głos, tym razem Zofii.
- I co myślisz? - zapytał, chociaż już podjął decyzję.
- Nie podoba mi się - odparła Zofia, nie podnosząc oczu znad magazynu, który przeglądała. - Jeśli już musimy kogoś mieć do Florentyny, to dlaczego nie Amerykankę?
- Pomyśl, ile pożytku odniesie Florentyna, jeśli będzie ją uczyła angielska guwernantka. - Abel zawiesił głos. - I tobie też się przyda jej towarzystwo.
Tym razem Zofia oderwała wzrok od czasopisma.
- Czyżby? - spytała. - Czy sądzisz, że uda jej się i mnie wyedukować?
Abel nie odpowiedzieł.
Nazajutrz rano wysłał telegram do Szynek Wielkich, oferując pannie Tredgold posadę guwernantki.
Trzy tygodnie później, kiedy pojechał po nią na stację przy La Salle Street, natychmiast, ledwie ją ujrzał, wiedział, że podjął słuszną decyzję. Osoba, która samotnie stała na peronie z trzema walizkami różnych rozmiarów i fasonów, nie mogła być nikim innym, tylko panną Tredgold; wysoka, chuda i trochę wyniosła, z kokiem na czubku głowy, dzięki któremu o pełne dwa cale górowała nad swoim przyszłym pracodawcą.
Zofia przyjęła pannę Tredgold niczym intruza, który zamierza podkopać jej matczyną władzę. Kiedy prowadziła ją do pokoju córki, nigdzie nie było śladu Florentyny. Spod łóżeczka wyjrzało dwoje oczu o podejrzliwym spojrzeniu. Panna Tredgold pierwsza dostrzegła dziewczynkę i przyklękła.
- Obawiam się, że nie będę mogła wiele ci pomóc, jeśli tam zostaniesz, dziecko. Jestem o wiele za duża, żeby mieszkać pod łóżkiem.
Florentyna roześmiała się i wyczołgała się spod łóżka.
- Jak ty śmiesznie mówisz - powiedziała. - Skąd jesteś?
- Z Anglii - odparła panna Tredgold i usiadła koło Florentyny.
- Gdzie to jest?
- O tydzień podróży stąd.
- Tak, ale jak daleko?
- To zależy, czym się jedzie przez ten tydzień. Jakimi środkami lokomocji mogłam podróżować, żeby pokonać tak dużą odległość? Czy potrafiłabyś wymienić trzy?
Florentyna skupiła się.
- Z domu pojechałabym rowerem, a kiedy bym dotarła na koniec Ameryki, wsiadłabym na...
Żadna z nich nie zauważyła, kiedy Zofia wyszła z pokoju.
Już po kilku dniach panna Tredgold stała się dla Florentyny siostrą i bratem, których nigdy nie miała mieć.
Florentyna potrafiła siedzieć całymi godzinami i przysłuchiwać się temu, co mówiła jej nowa towarzyszka, Abel zaś z dumą przyglądał się, jak ta stara panna - nigdy nie potrafił sobie wyobrazić, że ma tylko trzydzieści dwa lata, tak jak on - uczy jego córkę tylu przedmiotów, które on sam chętnie poznałby lepiej.
Pewnego ranka Abel zapytał George'a, czy potrafi wymienić sześć żon Henryka VIII, bo jeśli nie, to należałoby sprowadzić dwie następne guwernantki, absolwentki pensji w Cheltenham, póki Florentyna nie zakasuje ich swoją wiedzą. Zofia nie interesowała się Henrykiem VIII ani jego żonami i nadal uważała, że Florentyna powinna być wychowywana według prostych, polskich tradycji. Dawno już jednak zrezygnowała z prób przekonania Abla. Tak organizowała sobie życie, aby przez większość dnia nie widywać guwernantki. Jeśli chodzi o organizację dnia narzuconą przez pannę Tredgold, to stanowiła ona połączenie dyscypliny grenadiera gwardii z metodami Marii Montessori. Florentyna co dzień wstawała o siódmej rano i, siedząc prosto, tak że plecami nie dotykała oparcia krzesła, wysłuchiwała podczas śniadania nauk o zachowaniu przy stole i o prawidłowej postawie. Między siódmą trzydzieści a siódmą czterdzieści pięć panna Tredgold wybierała dwie lub trzy wiadomości z chicagowskiej "Tribune", czytała je i omawiała z Florentyną, a po godzinie odpytywała ją na ten temat. Florentynę od razu wielce zainteresowało, co robi prezydent, może dlatego, że nosił imię jej misia. Panna Tredgold poświęcała dużo swojego wolnego czasu na szczegółowe zapoznawanie się z dziwacznym amerykańskim systemem politycznym, żeby przypadkiem żadne z pytań jej podopiecznej nie zostało bez odpowiedzi.
Między dziewiątą a dwunastą Florentyna i F.D.R. przebywali w przedszkolu, gdzie w gronie rówieśników oddawali się zajęciom stosownym dla ich wieku. Kiedy panna Tredgold przychodziła po Florentynę, bez trudu mogła poznać, czy dziewczynka miała tego dnia do czynienia z gliną, klejem i nożyczkami, czy też z farbami. Za każdym razem guwernantka prowadziła dziecko prosto do domu, wsadzała do wanny i przebierała, zżymając się i od czasu do czasu coś burcząc pod nosem.
Po południu panna Tredgold z Florentyną wyruszały zazwyczaj na wyprawę, szczegółowo zaplanowaną rano przez guwernantkę w tajemnicy przed dziewczynką, choć ta i tak zawsze próbowała się dowiedzieć, co takiego obmyśliła opiekunka.
- Co dzisiaj będziemy robiły? - lub: - Dokąd pójdziemy? - dopytywała się Florentyna.
- Cierpliwości, dziecko.
- A czy pójdziemy tam, gdyby padało?
- To się okaże. Ale nawet gdybyśmy nie mogły, bądź spokojna, bo ja zawsze mam w pogotowiu rezerwowy plan.
- Co to takiego deserowy plan?
- Rezerwowy, dziecko. Coś, co musisz mieć w zanadrzu, kiedy wszystko inne zawiedzie - wyjaśniała panna Tredgold.
Popołudniowe wyprawy to były spacery po parku, wizyty w ogrodzie zoologicznym, czasami nawet jazda na piętrze trolejbusu, sprawiająca Florentynie szczególną frajdę. Panna Tredgold korzystała z okazji i wprowadzała swoją pupilkę w początki francuskiego; była mile zdziwiona odkrywszy, że dziewczynka ma wrodzone zdolności do języków. Po powrocie do domu Florentyna spędzała pół godzinki z "mamą", jak się do niej zwracała po polsku, pałaszowała podwieczorek, znów brała kąpiel i o siódmej leżała już opatulona w łóżeczku. Panna Tredgold siadała przy niej i czytała jej fragment z Biblii albo Marka Twaina - kiedyś, w przypływie, jak jej się wydawało, frywolności, stwierdziła, że Amerykanie i tak nie odróżniają jednego od drugiego - po czym, zgasiwszy światło, czuwała przy swojej pupilce i przy F.D.R., dopóki oboje nie zasnęli.
Tego rozkładu dnia kategorycznie przestrzegano i naruszany był tylko przy tak rzadkich okazjach, jak urodziny czy święta państwowe, kiedy to panna Tredgold zezwalała Florentynie, aby towarzyszyła jej do kina wytwórni United Artists przy West Randolph Street na filmy w rodzaju "Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków". Jednak uprzednio panna Tredgold sama oglądała film, żeby się upewnić, iż będzie on stosowny dla małej podopiecznej. Walt Disney zyskał aprobatę guwernantki, podobnie jak Laurence Olivier w roli Heathcliffa, za którym uganiała się Merle Oberon - ten film oglądała przez trzy kolejne czwartki w wolne od pracy popołudnia, za każdym razem płacąc dwadzieścia centów za bilet. Przekonała samą siebie, że warto nań roztrwonić sześćdziesiąt centów; w końcu "Wichrowe Wzgórza" należały do klasyki.
Panna Tredgold nigdy nie zbywała pytań Florentyny, czy to o nazistów, czy o Nowy Ład, albo i nawet o bazę-metę w baseballu, chociaż czasami dziewczynka najwyraźniej nie rozumiała odpowiedzi. Mała wkrótce odkryła, że matka nie zawsze potrafi zaspokoić jej ciekawość, i zdarzało się, że panna Tredgold, żeby nie wprowadzić dziewczynki w błąd, musiała udać się do swego pokoju i wertować Encyklopedię Brytannikę.
W wieku pięciu lat Florentyna zaczęła uczęszczać do przedszkola przy Szkole Podstawowej i Gimnazjum Klasycznym dla Dziewcząt w Chicago, ale w ciągu tygodnia przesunięto ją o rok wyżej, gdyż, znacznie wyprzedzała swoje rówieśniczki. W jej świecie wszystko wyglądało cudownie. Miała mamę i tatusia, pannę Tredgold i Franklina D. Roosevelta i, jak daleko sięgał jej horyzont, wszystko zdawało się osiągalne.
Tylko najlepsze rodziny, jak mawiał Abel, posyłały swoje dzieci do szkoły, do której uczęszczała Florentyna, toteż panna Tredgold przeżyła swego rodzaju szok, kiedy zaprosiła kilka koleżanek Florentyny na podwieczorek i otrzymała grzeczną odmowę. Serdeczne przyjaciółki Florentyny, Mary Gill i Susie Jacobson, przychodziły regularnie do domu przy Rigg Street, ale niektórzy rodzice innych dziewczynek odrzucali zaproszenia, używając błahych wymówek, i do panny Tredgold wkrótce dotarło, że co prawda baron z Chicago zdołał się wyrwać z zaklętego kręgu biedy i zbić fortunę, ale nie jest w stanie sforsować drzwi lepszych salonów w Chicago. Zofia nie potrafiła mu w tym pomóc; nie próbowała nawet poznać rodziców innych dzieci, czy choćby wstąpić do jakiegoś komitetu charytatywnego, szpitalnego, czy jednego z klubów, do których tak wielu z nich należało.
Panna Tredgold starała się, jak mogła, ale ponieważ w oczach większości rodziców była tylko sługą, nie zdołała wiele wskórać. Modliła się, żeby Florentyna nigdy się nie dowiedziała o tych uprzedzeniach - ale jej modły nie zostały wysłuchane.
Florentyna dzielnie radziła sobie w pierwszej klasie, bynajmniej nie pozostając w tyle, i tylko jej wzrost przypominał wszystkim, że jest o rok młodsza.
Abel zbyt był pochłonięty powiększaniem własnego imperium, by zaprzątać sobie głowę pozycją towarzyską czy wnikać w problemy trapiące pannę Tredgold. Grupa wciąż się rozwijała i do 1938 roku Abel na tyle umocnił swoją pozycję finansową, że mógł już zacząć myśleć o spłacie pożyczki swojemu protektorowi. Prawdę mówiąc, Abel przewidywał zysk roczny w wysokości dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów, mimo zakrojonego na szeroką skalę programu budowy hoteli.
Jego stroskane myśli nie krążyły wokół pokoju dziecinnego ani hoteli, lecz biegły do ukochanej ojczyzny, odległej o prawie pięć tysięcy mil. Najgorsze obawy potwierdziły się, kiedy 1 września 1939 roku Hitler zaatakował Polskę, a w dwa dni później Anglia wypowiedziała Niemcom wojnę. W obliczu nowej wojny Abel poważnie się zastanawiał, czy nie zostawić Grupy Barona pod opieką George'a, który okazał się tak oddanym adiutantem, a samemu popłynąć do Londynu i wstąpić do polskiego wojska na wychodźstwie. George z Zofią odwiedli go jednak od tego zamiaru, skupił się więc na zbiórce funduszy i wysyłaniu ich Brytyjskiemu Czerwonemu Krzyżowi oraz na wywieraniu nacisków na polityków z Partii Demokratycznej, aby Ameryka przystąpiła do wojny wraz z Anglikami.
- F.D.R. potrzebuje teraz wszystkich przyjaciół, jakich tylko zdoła pozyskać - oświadczył Abel któregoś ranka w obecności Florentyny.
W ostatnim kwartale 1939 roku Abel, z pomocą niewielkiej pożyczki z banku First City w Chicago, stał się wyłącznym właścicielem Grupy Hoteli Baron. W dorocznym sprawozdaniu przewidywał, że zyski w 1940 roku przekroczą pół miliona dolarów.
Franklin D. Roosevelt - ten z czerwonymi oczkami i puszystym brązowym futerkiem - niemal zawsze towarzyszył w szkole Florentynie, nawet kiedy przeszła do drugiej klasy. Panna Tredgold uważała, że pora już zostawiać misia w domu. W normalnych okolicznościach wydałaby Florentynie polecenie, polałoby się trochę łez i problem byłby rozwiązany; wbrew jednak swemu przekonaniu pozwoliła dziecku robić, jak chciało. Decyzja ta okazała się jedną z nielicznych pomyłek panny Tredgold.
Co poniedziałek uczniowie Szkoły Podstawowej i Gimnazjum Klasycznego dla Chłopców mieli z dziewczynkami wspólną lekcję francuskiego, prowadzoną przez nauczycielkę języków nowożytnych mademoiselle Mettinet. Dla wszystkich dzieci prócz Florentyny było to pierwsze, pełne trudności, zetknięcie się z tym językiem. Podczas gdy klasa chóralnie powtarzała za mademoiselle: boucher, boulanger i épicier, Florentyna bardziej z nudów niż z chęci imponowania zaczęła rozmawiać po francusku z F.D.R. Jej sąsiad, duży, dość leniwy chłopak, Edward Winchester, który nie był w stanie pojąć różnicy między le i la, powiedział Florentynie, żeby przestała się popisywać. Florentyna zaczerwieniła się i wybąkała:
- Chciałam tylko wytłumaczyć F.D.R., jaka jest różnica między rodzajem męskim a żeńskim.
- Tak? - powiedział Edward. - Ja ci pokażę la différence, panno Mądralińska - i w odruchu złości schwycił F.D.R., z całej siły pociągnął za jedną łapkę i oderwał ją od tułowia. Florentyna siedziała niczym przykuta i z przerażeniem patrzyła, jak Edward łapie następnie kałamarz i wylewa cały atrament na łebek misia.
Mademoiselle Mettinet, która nigdy nie była zwolenniczką wspólnych lekcji chłopców z dziewczynkami, pospieszyła na odsiecz, ale nie zdążyła na czas. F.D.R. był już szafirowy od stóp do głów i leżał na podłodze na kupce trocin z oderwanego ramienia. Florentyna schwyciła swoją maskotkę i zaczęła oblewać rzęsistymi łzami futro nasączone atramentem. Mademoiselle Mettinet poszła z Edwardem do gabinetu dyrektorki, nakazawszy dzieciom siedzieć cicho.
Florentyna przykucnęła i zaczęła zbierać z podłogi trociny. Próbowała bez powodzenia wepchnąć je z powrotem w misia, kiedy jasnowłosa dziewczynka, której Florentyna nigdy nie lubiła, pochyliła się w jej stronę i syknęła:
- Dobrze ci tak, ty głupia Polko. - Klasa zareagowała chichotem i część dzieci zaczęła skandować:
- Głupia Polka, głupia Polka, głupia Polka.
Florentyna przylgnęła kurczowo do F.D.R. i modliła się o powrót mademoiselle Mettinet.
Po upływie paru minut - choć Florentynie wydawało się, że to trwało kilka godzin - wróciła nauczycielka z Edwardem, podążającym za nią ze spuszczoną głową. Skandowanie urwało się z chwilą wejścia nauczycielki do klasy, ale Florentyna bała się nawet podnieść wzrok. W nienaturalnej ciszy Edward podszedł do Florentyny i przeprosił ją głośno, acz bez przekonania. Potem wrócił na swoje miejsce i uśmiechnął się od ucha do ucha do kolegów.
Kiedy panna Tredgold przyszła tego popołudnia po swoją podopieczną, od razu spostrzegła, że dziewczynka ma czerwone od płaczu policzki i drepcze koło niej ze spuszczoną główką, kurczowo trzymając szafirowego misia o spochmurniałym obliczu za jedyną łapkę, jaka mu została. Zanim doszły do domu, panna Tredgold wydobyła z Florentyny opowieść o całym wydarzeniu. Tego wieczoru dała dziewczynce na kolację jej ulubione smakołyki, których zazwyczaj nie pochwalała - hamburgera oraz lody, a następnie wcześniej położyła ją do łóżeczka, licząc na to, że mała prędko zaśnie. Po godzinie daremnego szorowania szczoteczką do rąk i mydłem nieodwracalnie zafarbowanego misia panna Tredgold musiała dać za wygraną. Kiedy kładła wilgotne zwierzątko obok Florentyny, spod kołderki odezwał się cichy głosik:
- Dziękuję, panno Tredgold. F.D.R. potrzebuje teraz wszystkich przyjaciół, jakich tylko zdoła pozyskać.
Kiedy Abel przyszedł do domu tuż po dziesiątej - ostatnio prawie każdego wieczoru wracał późno - panna Tredgold poprosiła go o rozmowę na osobności. Zaskoczony tym żądaniem, natychmiast zaprowadził ją do swojego gabinetu. W ciągu osiemnastu miesięcy spędzonych w jego domu w charakterze guwernantki panna Tredgold zazwyczaj zdawała sprawę panu Rosnovskiemu z postępów dziecka w niedzielę między dziesiątą a wpół do jedenastej rano, kiedy Florentyna z matką słuchały mszy w katedrze Imienia Bożego. Relacje panny Tredgold zawsze były ścisłe i akuratne, z tym że na ogół pomniejszała w nich osiągnięcia dziewczynki.
- O co chodzi, panno Tredgold? - spytał Abel, starając się nie okazać niepokoju. Bał się, że takie odstępstwo od przyjętych zwyczajów może znaczyć, iż guwernantka chce wymówić pracę. Panna Tredgold opowiedziała mu, co wydarzyło się w szkole.
W czasie opowieści panny Tredgold Abel coraz bardziej czerwieniał na twarzy i, nim dobiegła końca, był purpurowy.
- Niesłychane - wydusił wreszcie. - Florentynę trzeba stamtąd natychmiast zabrać. Jutro osobiście rozmówię się z panną Allen i powiem jej, co myślę o niej i o jej szkole. Jestem pewien, że uważa pani tę decyzję za słuszną, panno Tredgold.
- Nie, proszę pana. Wręcz przeciwnie - padła nadzwyczaj kategoryczna odpowiedź.
- Słucham panią? - spytał z niedowierzaniem Abel.
- Moim zdaniem ponosi pan taką samą winę jak rodzice Edwarda Winchestera.
- Ja? - zdziwił się Abel. - Dlaczego?
- Dawno temu powinien pan powiedzieć córce, że jest rzeczą szczytną być Polakiem, i wyjaśnić jej, jak należy sobie radzić z wszelkimi problemami wiążącymi się z polskim pochodzeniem. Powinien pan był uświadomić jej głęboko zakorzenione uprzedzenia, jakie żywią Amerykanie wobec Polaków, uprzedzenia, które według mnie są równie naganne jak stosunek Anglików do Irlandczyków, i które dzieli tylko krok od barbarzyńskiego traktowania Żydów przez nazistów.
Abel milczał. Już od dawna nikt mu nie mówił, że w czymkolwiek się myli.
- Tak, proszę pana. Jeśli zabierze pan Florentynę z tej szkoły, natychmiast złożę wymówienie. Skoro za pierwszym razem, kiedy dziecko napotyka problem, pan postanawia chować głowę w piasek, to jakże mogę ją nauczyć radzić sobie w życiu? Jakże ja, widząc mój kraj pogrążony w wojnie, ponieważ my, Anglicy, koniecznie chcieliśmy wierzyć, że Hitler jest rozsądnym, nawet jeśli trochę pomylonym człowiekiem, mogłabym przekazywać Florentynie równie wypaczoną interpretację rzeczywistości? Trudno mi będzie przeboleć rozstanie z Florentyną, bo nie mogłabym kochać jej bardziej, gdyby była moim własnym dzieckiem, ale nie zgodzę się na ukrywanie przed nią rzeczywistości, bo pan ma dosyć pieniędzy, żeby zatajać prawdę jeszcze przez parę lat, gdyż tak panu wygodniej. Proszę mi wybaczyć moją szczerość, czuję bowiem, że posunęłam się za daleko, ale nie mogę potępiać uprzedzeń innych ludzi, przymykając oczy na pańskie.
Abel zagłębił się jeszcze bardziej w swoim fotelu i dopiero po dłuższym namyśle odpowiedział:
- Panno Tredgold, pani powinna zostać ambasadorem, a nie guwernantką. Oczywiście, że ma pani rację. Co mi pani radzi?
Panna Tredgold, która nadal stała - nigdy by się nie ważyła usiąść w obecności pryncypała, chyba że przy Florentynie - zastanowiła się chwilę.
- Dziecko powinno przez następny miesiąc wstawać co dzień pół godziny wcześniej i uczyć się historii Polski. Musi się dowiedzieć, na czym polega wielkość Polski i dlaczego Polacy postanowili zmierzyć się z potęgą Niemiec, chociaż sami nie mogli mieć nadziei na zwycięstwo. Uzbrojona w wiedzę potrafi stawić czoło tym, którzy wyśmiewać będą jej pochodzenie, zamiast przegrywać z powodu ignorancji.
Abel zajrzał pannie Tredgold w oczy.
- Teraz wiem, co miał na myśli Bernard Shaw, kiedy powiedział, że trzeba spotkać angielską guwernantkę, żeby się dowiedzieć, dlaczego Wielka Brytania jest wielka.
Roześmiali się oboje.
- Dziwię się, że nie chce pani osiągnąć w życiu czegoś więcej, panno Tredgold - powiedział Abel, uświadamiając sobie, że jego słowa mogą się wydać obraźliwe. Jeśli tak było, panna Tredgold nic po sobie nie pokazała.
- Mój ojciec miał sześć córek. Pragnął syna, ale to marzenie się nie spełniło.
- A jak tamte ułożyły sobie życie?
- Wszystkie wyszły za mąż - odrzekła bez goryczy.
- A pani?
- Ojciec kiedyś mi powiedział, że moim przeznaczeniem jest zostać nauczycielką i że Bóg Wszechmogący w całej swojej mądrości sprawi, że spotkam na swej drodze ucznia, któremu pisana jest wielka przyszłość.
- Miejmy nadzieję, panno Tredgold. - Abel chętnie zwróciłby się do niej po imieniu, ale go nie znał. Wiedział tylko, że podpisuje się "W. Tredgold", z powściągliwością nie zachęcającą do dalszych pytań. Uśmiechnął się do niej.
- Może napiłaby się pani ze mną, panno Tredgold?
- Dziękuję panu, panie Rosnovski. Odrobina sherry sprawiłaby mi dużą przyjemność.
Abel nalał jej wytrawnego sherry, sobie zaś dużą szklaneczkę whisky.
- W jakim stanie jest F.D.R.?
- Okaleczony nieodwracalnie, niestety. Co zresztą sprawi, że dziecko pokocha go jeszcze mocniej. Postanowiłam, że w przyszłości F.D.R. powinien siedzieć w domu, a wszelkie podróże będzie odbywać tylko w moim towarzystwie.
- Zupełnie jakbym słyszał Eleanor Roosevelt mówiącą o prezydencie.
Panna Tredgold znów się roześmiała i pociągnęła łyczek sherry.
- Czy mogę jeszcze coś zasugerować a propos Florentyny?
- Naturalnie - powiedział Abel i cały zamienił się w słuch. Nie zdążyli skończyć drugiego drinka, kiedy Abel pokiwał głową z aprobatą.
- Doskonale - rzekła panna Tredgold. - Zatem, skoro pan się zgadza, załatwię to przy pierwszej nadarzającej się okazji.
- Naturalnie - powtórzył Abel. - A jeśli chodzi o te poranne lekcje, to chyba nie będę dysponował czasem codziennie przez cały miesiąc. Panna Tredgold chciała coś powiedzieć, gdy Abel dodał:
- Mam umówione spotkania, których nie mogę przełożyć tak z dnia na dzień, co pani z pewnością zrozumie.
- Zrobi pan, co uzna za stosowne, i jeśli pańskim zdaniem jest coś ważniejszego niż przyszłość pańskiej córki, ona to z pewnością zrozumie.
Abel potrafił przegrywać. Odwołał wszystkie umówione spotkania poza Chicago w najbliższym miesiącu i co rano wstawał o trzydzieści minut wcześniej. Nawet Zofia pochwaliła pomysł panny Tredgold.
Pierwszego dnia Abel opowiedział Florentynie o tym, jak urodził się w lesie i został przygarnięty przez chłopską rodzinę, jak później dostał się pod opiekę dostojnego barona, który go zabrał do swego zamku w Słonimiu. - Traktował mnie jak własnego syna - powiedział córce.
W ciągu następnych dni opowiedział jej, w jaki sposób jego siostra Florentyna, której imię nosi, również dostała się do zamku, a także jak odkrył, że baron był jego prawdziwym ojcem.
- Ja wiem, ja wiem, po czym to poznałeś! - wykrzyknęła Florentyna.
- Skąd ty to możesz wiedzieć, maleńka?
- On miał tylko jedną sutkę - powiedziała Florentyna. - Tak było. Na pewno. Widziałam cię kiedyś w kąpieli. Masz tylko jedną sutkę, więc musiałeś być jego synem. W szkole wszyscy chłopcy mają dwie... - Abel i panna Tredgold spojrzeli na nią z osłupieniem, ona zaś ciągnęła - ale skoro jestem twoją córką, to dlaczego ja mam dwie?
- Ponieważ to jest cecha, która przechodzi tylko z ojca na syna, prawie nigdy na córki.
- To niesprawiedliwe. Ja bym chciała mieć tylko jedną.
Abel wybuchnął śmiechem.
- No, może jeśli będziesz miała syna, to urodzi się tylko z jedną.
- Czas zapleść warkocze i szykować się do szkoły - obwieściła panna Tredgold.
- Ale to takie strasznie ciekawe.
- Rób, co mówię, dziecko.
Florentyna, ociągając się, zostawiła ojca i poszła do łazienki.
- Jak pani myśli, o czym będzie jutro? - zagadnęła pannę Tredgold w drodze do szkoły.
- Nie mam pojęcia, dziecko, ale jak kiedyś radził pan Asquith, poczekajmy, a zobaczymy.
- Czy pan Asquith mieszkał w zamku z tatusiem?
Podczas następnych dni Abel wytłumaczył Florentynie, jak wyglądało życie w obozie w Rosji i dlaczego okulał. Powtarzał też córce historie, jakie przed ponad dwudziestu laty usłyszał w lochach zamku od barona. Florentyna wysłuchiwała opowieści o legendarnym polskim bohaterze narodowym Tadeuszu Kościuszce i o licznych innych postaciach historycznych, aż do czasów współczesnych, a panna Tredgold wskazywała odpowiednie miejsca na mapie Europy, którą powiesiła na ścianie sypialni.
Na koniec Abel wyjawił Florentynie, w jaki sposób stał się właścicielem srebrnej bransolety, którą nosił na ręku.
- Co tu jest napisane? - pytała Florentyna, przypatrując się drobnym, wyrytym na bransolecie literom.
- Spróbuj sama odczytać, maleńka - odparł Abel.
- Ba-ron A-bel Ros-nov-ski - wysylabizowała. - Ale przecież to ty tak się nazywasz.
- I tak nazywał się mój ojciec.
Po kilku następnych dniach Florentyna potrafiła już odpowiedzieć na wszystkie pytania ojca, chociaż z jej pytaniami Abel nie zawsze umiał sobie poradzić.
W szkole Florentyna z dnia na dzień czekała, kiedy Edward Winchester znowu ją zaczepi, lecz on zdawał się nie pamiętać o tamtym zdarzeniu i kiedyś nawet chciał się z nią podzielić jabłkiem.
Ale nie wszyscy w klasie zapomnieli, a zwłaszcza jedna tłusta i tępawa dziewczynka, która przy każdej okazji, kiedy Florentyna mogła ją usłyszeć, z lubością szeptała:
- Głupia Polka.
Florentyna zrazu nie reagowała, tylko odczekała kilka tygodni, aż tłuścioszka, która najgorzej napisała klasówkę z historii - podczas gdy Florentyna zrobiła to najlepiej - obwieściła:
- Ale za to nie jestem Polką.
Edward Winchester skrzywił się, lecz kilkoro uczniów zaczęło się śmiać.
Florentyna poczekała, aż zapadnie cisza, po czym powiedziała:
- To prawda. Nie jesteś Polką, tylko Amerykanką w trzecim pokoleniu i twoja historia zaczyna się sto lat temu. Moja liczy tysiąc lat i dlatego ty jesteś ostatnia, a ja pierwsza w tym przedmiocie.
Nikt z klasy nie wracał więcej do tego tematu. Kiedy panna Tredgold usłyszała relację Florentyny w drodze do domu, uśmiechnęła się pod nosem.
- Czy powiemy o tym tatusiowi dzisiaj wieczorem? - spytała Florentyna.
- Nie, kochanie. Nigdy nie należy się chełpić. Czasami mądrzej jest zachować milczenie.
Sześcioletnia dziewczynka kiwnęła główką w zadumie, po czym zapytała:
- Czy pani myśli, że Polak mógłby zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych?
- Z pewnością, jeśli Amerykanie potrafią przezwyciężyć swoje uprzedzenia.
- A katolik?
- To przestanie mieć znaczenie jeszcze za mojego życia.
- A kobieta? - upewniała się Florentyna.
- Na to, dziecko, trzeba będzie trochę dłużej poczekać.
Wieczorem panna Tredgold oznajmiła Ablowi, że jego nauki nie poszły w las.
- A kiedy przeprowadzi pani drugą część swego planu? - zagadnął Abel.
- Jutro - odparła z uśmiechem.
Nazajutrz o trzeciej trzydzieści panna Tredgold stała na rogu ulicy i czekała, aż jej pupilka skończy lekcje. Florentyna szczebiocząc wybiegła przez bramę i dopiero kiedy przeszły kilka przecznic, zauważyła, że nie kierują się do domu.
- Dokąd idziemy, panno Tredgold?
- Cierpliwości, dziecko. Niedługo zobaczysz.
Panna Tredgold uśmiechała się, ale Florentyna chciała jej koniecznie opowiedzieć, jak doskonale napisała dziś rano klasówkę z angielskiego, i trajkotała bez przerwy aż do Menomonee Street, gdzie panna Tredgold zaczęła zwracać uwagę na numery domów i przestała się interesować rzeczywistymi czy też wyimaginowanymi sukcesami Florentyny.
Wreszcie stanęły przed świeżo malowanymi, czerwonymi drzwiami, na których widniał numer dwieście osiemnasty. Panna Tredgold dwukrotnie zastukała ręką obleczoną w rękawiczkę. Florentyna, która dopiero teraz zamilkła, czekała cicho u jej boku. Po chwili drzwi się uchyliły i stanął w nich mężczyzna w szarym swetrze i niebieskich dżinsach.
- Przyszłam w związku z pańskim ogłoszeniem w "Sun-Timesie" - przemówiła panna Tredgold, nim mężczyzna zdążył cokolwiek powiedzieć.
- A, tak - odparł. - Proszę wejść.
Panna Tredgold wkroczyła do domu, a za nią zaintrygowana Florentyna. Poprowadzono je wąskim korytarzem, gdzie wisiały fotografie i kolorowe rozetki, nagrody z wystaw, do drzwi wychodzących na ogród.
Florentyna ujrzała je natychmiast, w koszu na końcu ogrodu. Puściła się biegiem. Sześcioro żółtych szczeniąt rasy labrador, skupionych wokół matki. Jedno z nich porzuciło ciepło rodzinne, wygramoliło się z kosza i, utykając, podbiegło do Florentyny.
- Ono kuleje - powiedziała Florentyna, podnosząc szczenię i oglądając chromą łapkę.
- Niestety - przyznał hodowca. - Ale jest jeszcze do wyboru pięć innych, wszystkie bez defektu.
- A co się stanie, jeśli tego nikt nie weźmie?
- No cóż... - hodowca zawahał się. - Myślę, że trzeba będzie je uśpić.
Florentyna, tuląc szczenię, które z zapałem lizało jej buzię, spojrzała błagalnie na pannę Tredgold.
- Ja je chcę - oznajmiła bez wahania, lękając się jej reakcji.
- Ile płacę? - spytała guwernantka, otwierając portmonetkę.
- Nic, proszę pani. Cieszę się, że trafi w dobre ręce.
- Dziękuję - powiedziała Florentyna. - Dziękuję.
W drodze do nowego domu szczenię ani na chwilę nie przestało wymachiwać ogonkiem, natomiast Florentyna, ku zdziwieniu panny Tredgold, nie odezwała się ani słowem. Dziewczynka nie odstępowała zwierzątka ani na krok, póki nie znalazła się w zaciszu kuchni. Zofia i panna Tredgold przyglądały się, jak szczenię, utykając, biegnie do miski z ciepłym mlekiem.
- Przypomina mi tatusia - powiedziała Florentyna.
- Dziecko, nie bądź zuchwała - skarciła ją panna Tredgold.
Zofia powściągnęła uśmiech.
- Powiedz, Florentynko, jak jej dasz na imię?
- Eleanor.