Córka magika - Caryl Lewis

Kup ebooka

29.99 zł
24.89 zł (23,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta! To, czego zaraz doświadczycie, to magiczny wyczyn, nad którym prace trwały cały rok! Wyborna iluzja, jakiej NIGDY nie widziano w parku wakacyjnym Sunny Haven, zachwyci was i pobudzi waszą wyobraźnię...

Abby stała za kulisami i z zapartym tchem obserwowała całą scenę zza czerwonej aksamitnej zasłony. Żołądek miała skręcony w supeł. Patrzyła, jak tata wyciąga magiczną różdżkę zza paska spodni i macha nią tajemniczo nad pudełkiem leżącym na stoliku. W oślepiającym blasku reflektorów widziała jego zaciśniętą szczękę i pot perlący się na czole. Zerknęła na tuziny pełnych wyczekiwania twarzy w tłumie po lewej. Młodsze dzieci jak zwykle siedziały po turecku na podłodze pod sceną. Ich starsi bracia i siostry zajmowali się żuciem gumy i patrzeniem w telefony. Dalej siedziała zwyczajowa mieszanka zmęczonych i spalonych słońcem matek, ojców, dziadków, ciotek i wujków, którzy przybyli tu w nadziei, że program rozrywkowy zapewniany przez ośrodek da im chociaż godzinę wytchnienia od rodzinnych obowiązków.

- Jak widzicie, to pudełko jest całkowicie puste - podjął tata, dramatycznym gestem przesuwając przedmiot z boku na bok. - Czy możecie to potwierdzić?

Nikt nie zareagował. Na sali rozlegały się tylko pokasływania, szelest torebek z chipsami i okazjonalny płacz niemowlęcia.

- Zapytałem, czy widzicie, że pudełko jest puste? - zawołał tata i bardzo teatralnym gestem przyłożył dłoń do ucha.

- Tak! - nadeszła markotna odpowiedź.

Tata uśmiechnął się, wrócił do stolika i odstawił pudełko z powrotem na blat, ale Abby dostrzegła, jak ciężko oddycha, i wiedziała, że się denerwuje.

Stresował się, od kiedy Mały Mike, menedżer parku wakacyjnego, zagroził, że go zwolni, jeśli nie poprawi poziomu swoich magicznych sztuczek. Barbara, śpiewaczka kabaretowa, musiała zmienić repertuar i zamiast klasycznych piosenek wykonywała teraz utwory ze szczytu list przebojów; grupę tańca towarzyskiego zastąpili prezentujący taniec uliczny, a tata... cóż, tata stąpał po niepewnym gruncie. To było jego pierwsze przedstawienie w tym sezonie i ostatnia szansa, by zrobić wrażenie na szefie. Mały Mike stał na tyłach sali, na podwyższeniu, żeby móc obserwować scenę ponad głowami widowni. Włosy miał przylizane, a garnitur tak odprasowany, że kant spodni mógłby skaleczyć. Nawet z daleka Abby widziała jego przesadnie wybielone zęby, lśniące w kontraście z opaloną twarzą. Właściwie świeciły w ciemnościach.

Tata zamachał magiczną różdżką nad pudełkiem i wokół niego, żeby pokazać widowni, że nie jest ono połączone z żadnym ukrytym mechanizmem i nie dzieje się nic podejrzanego. W końcu chwycił pudełko i wyrzucił je w powietrze, a gdy znowu je złapał i sięgnął do środka, wyciągnął z niego małego białego króliczka, który wabił się Ta-da.

Zwierzak zamrugał niepewnie w blasku reflektorów, a kilka osób zaklaskało. Małe dzieci śmiały się i wskazywały królika palcami.

- A teraz sprawię, że ten królik znowu zniknie! - zawołał tata, który wyraźnie nabrał pewności siebie.

Pogłaskał zwierzaka, włożył go z powrotem do pudełka i wyrzucił je w powietrze, tak jak ćwiczyli. Część widzów krzyknęła, gdy pudełko poleciało w górę jakby w zwolnionym tempie, po czym wylądowało z powrotem w dłoniach ojca Abby.

Tym razem na sali panowała absolutna cisza. Najmłodsze dzieciaki zatkały buzie rękami, zaszokowane. A tata uśmiechnął się szeroko i pokazał im... puste pudełko. Ta-da zniknął!

Tym razem rozległy się porządne oklaski, a Abby zauważyła, że Mały Mike wygląda na zadowolonego. Sama też się odprężyła, widząc, że tata w końcu odnalazł właściwy rytm.

- A teraz poproszę o pomoc PANIĄ! - zawołał. - Damę z przodu.

Starsza kobieta w drugim rzędzie, która dziergała na drutach, spojrzała na niego znad okularów.

- Tak, panią. Czy mogę pożyczyć pani torebkę?

Staruszka rozejrzała się niczym uczennica wywołana do odpowiedzi przez nauczyciela.

- Czy mogłaby mi ją pani podać?

Kobieta wetknęła robótkę do kieszeni i się podniosła. Przedarła się przez stadko dzieci siedzących na podłodze, które rozstępowały się jak Morze Czerwone z każdym jej krokiem. Wszyscy patrzyli, jak kobieta podaje torebkę magikowi.

Tata Abby podziękował, po czym machnął magiczną różdżką nad torebką i sięgnął do środka. Najpierw wyciągnął mały termos. Staruszka zarumieniła się, ale Abby wcale się jej nie dziwiła. Ceny herbaty były tu bardzo wygórowane.

Potem ujrzeli pół bułeczki z dżemem, okulary do czytania, książeczkę z rozrywkami umysłowymi, chusteczkę, a w końcu... parę puszystych uszu! Ta-da wyglądał na bardzo niezadowolonego z tego, że spędził ostatnie pięć minut w torebce starszej pani.

Kobieta krzyknęła ze zdziwienia, a tłum zaczął klaskać entuzjastycznie. Kilka osób nawet wiwatowało!

- Pora na wielki finał! - ogłosił tata.

Widownia jadła mu teraz z ręki, a on czerpał siłę z energii tłumu. Gdy przedstawienie szło dobrze, cały promieniał, jakby rzeczywiście przeistaczał się w Wielkiego Ronalda. Nie był już tym samym człowiekiem, który przygotowywał dla Abby posiłki i kazał jej odrabiać pracę domową. Stawał się magikiem odzianym w aksamitny czarny płaszcz, uchylającym cylindra z czerwoną wstążką.

Uśmiechnął się do zebranych, ostrożnie umieścił królika z powrotem w pudełku i nałożył na nie wieko. Potem zakręcił magiczną różdżką, jakby mieszał jakąś mistyczną zupę.

- Ten królik poleci w przestworza. Stanie się jednością z powietrzem! - obwieścił.

To był najtrudniejszy element całej sztuczki. Abby o tym wiedziała. Tata o tym wiedział. Wiele mogło pójść nie tak i szło nie tak w trakcie ćwiczeń. Dziewczynka znowu się spięła. Na widowni zapadła pełna szacunku cisza i nawet Mały Mike wyglądał, jakby wstrzymywał oddech.

- Leć, mały króliku! LEĆ! - krzyknął w końcu tata i dramatycznym gestem poderwał różdżkę w górę.

Rozległ się huk, któremu towarzyszył zielono--czerwony błysk. Potem pojawił się dym. Serce Abby zabiło boleśnie. Huk był zaplanowany, błysk też, jednak potem wieko miało spaść z pudełka. Miało spaść! Ale najwyraźniej się zaklinowało. Nagle pudełko się zatrzęsło i zaczęło skakać po stoliku, tam i z powrotem. Maluchy z frontu kasłały od dymu lecącego w ich stronę ze sceny.

- No dalej, mały króliku! LEĆ! - krzyknął tata raz jeszcze, spanikowany, i zamachał różdżką w powietrzu.

Abby poczuła, jak serce jej zamiera. Ledwie widziała teraz tatę w kłębach gęstego, dławiącego dymu. W tłumie rozległy się gwizdy. Pudełko podskakiwało w górę i w dół, podczas gdy magik próbował podważyć pokrywę. Najmniejsze dzieci zaczęły płakać, a staruszka dziergająca na drutach zasłaniała usta chusteczką.

- Co jest nie tak z tym pudłem? - zawołał tata, walcząc z mechanizmem.

W końcu udało mu się podważyć pokrywę, a gdy to zrobił, z pudła wystrzeliło sześć gołębi. Wzbiły się w powietrze w ślepej panice i zaczęły krążyć w dymie, zdezorientowane, sypiąc piórami. Tata próbował do nich gwizdać, żeby je uspokoić, tymczasem widownia buczała coraz głośniej. Większość magików korzystała z białych gołębi pocztowych, ale te były bardzo drogie, więc tata kupił zwyczajne. A ponieważ nabył je od mężczyzny, który urządzał wyścigi tych ptaków, gołębie nie zawsze chciały współpracować. Huk oczywiście je wystraszył i próbowały wydostać się z pudełka najszybciej jak to możliwe. Cały ten stres musiał też źle wpłynąć na ich brzuszki. Abby patrzyła z przerażeniem, jak ochlapują widownię mokrą ptasią kupą.

- AAA! NIEEE! - Ludzie zaczęli wrzeszczeć.

Matki i ciotki w pośpiechu pakowały rzeczy, a ojcowie i wujowie zabierali maluchy z sali. Tymczasem starsze dzieciaki śmiały się histerycznie.

Tata zaniemówił. Mały Mike wyglądał na rozwścieczonego; jego opalona na mahoniowo twarz zrobiła się brązowofioletowa i zaczął ciągnąć za wykrochmalony kołnierzyk koszuli, aby go poluzować. Krzyczał, żeby ktoś zapalił światła, i machał rękami nad głową.

To wtedy Abby zdała sobie sprawę, że niektórym gołębiom przypaliły się pióra na ogonie. Musiały się zająć od iskry, której używali, aby odpalić odrobinę prochu do wywołania huku i efektu świetlnego. Ich pióra wciąż dymiły i dziewczynka z rozpaczą patrzyła, jak ptaki zbliżają się do czujników dymu zamontowanych na suficie.

To, co wydarzyło się później, rozegrało się jakby w zwolnionym tempie. Gołębie uruchomiły automatyczny system gaszenia pożaru i ze zraszaczy zaczęła lecieć woda. Już po chwili wyglądało to tak, jakby na sali lał ulewny deszcz. Rozległ się ryk alarmu przeciwpożarowego. Mały Mike stał z rozdziawioną buzią, podczas gdy ludzie przepychali się obok niego, przemoczeni, kaszlący i pokryci ptasimi odchodami. Wyglądali, jakby właśnie przeżyli katastrofę Titanica.

Abby wyślizgnęła się zza kulis i złapała królika, który schował się pod stolikiem. Gdy go przytuliła, wepchnął jej głowę pod pachę. Dziewczynka i jej ojciec stali nieruchomo i patrzyli na opustoszałą salę. Deszcz wciąż padał z sufitu, a Mały Mike w przemoczonym garniturze wyglądał, jakby zaraz miał eksplodować.