1
- Czekaj tu - mówię do swojej trzylatki.
Wsuwam rękę przez otwarte okno pikapa, żeby wyszperać między dziecięcym
fotelikiem a drzwiami pasażera plastikowy kubek niekapek z ciepławym
sokiem pomarańczowym. Moja córka cisnęła go tam w przypływie frustracji.
- Mamusia zaraz wróci - dodaję.
Jak piesek Pawłowa, Mari sięga po kubek. Jej oczy zachodzą łzami, wydyma
dolną wargę. Rozumiem ją, jest zmęczona. Ja też.
- Eeh, eeh, eeh - stęka, kiedy odchodzę.
Wygina grzbiet i mocuje się z pasem, jakby to był kaftan bezpieczeństwa.
- Siedź spokojnie, zaraz wracam.
Mrużę oczy i grożę jej palcem. Musi zrozumieć, że to nie żarty. Potem
przechodzę za samochód i macham do chłopaka ustawiającego towar na
rampie przeładunkowej przy magazynie sklepu Markham. Chyba ma na imię
Jason. Opuszczam tylną klapę bagażnika i sięgam po pierwsze dwa pudła.
- Dzień dobry, pani Pelletier! - Jason macha dwa razy bardziej
entuzjastycznie niż ja.
Unoszę dłoń i jesteśmy kwita. Już go nie proszę, żeby mówił mi po
imieniu.
Ze środka auta słychać walenie - łup, łup, łup. To Mari tłucze kubkiem
o występ pod oknem. Domyślam się, że już wszystko wypiła. W odpowiedzi
uderzam dłonią o podłogę platformy bagażowej - bum, bum, bum - a Mari
podskakuje i się odwraca. Cienkie dziecięce włosy kołyszą się niczym
włókna kukurydzy nad jej twarzą. Rzucam jej spojrzenie, które mówi:
"Przestań, jeśli nie chcesz wpakować się w kłopoty", a potem dźwigam
pudła i stawiam je sobie na ramieniu. Stephen i ja mamy brązowe włosy i oczy, podobnie jak nasza pięciolatka Iris, więc zdumiewało go to
niezwykłe złociste dziecko, które stworzyliśmy, dopóki nie usłyszał ode
mnie, że moja matka była blondynką. Niczego więcej o niej nie wie.
Sklep spożywczy Markham to przedostatnie miejsce dostawy z czterech i główny odbiorca moich dżemów, nie licząc zamówień, które przyjmuję przez
internet. Turystom robiącym zakupy w Markham podoba się, że moje wyroby
są miejscowe. Podobno wielu klientów kupuje po kilka słoików, na
pamiątkę i na prezent. Układam na nakrętkach kółka wycięte z tkaniny w kratkę i obwiązuję słoiki rzeźniczym sznurkiem, a potem oznaczam je
kolorami, zależnie od zawartości: czerwony dla dżemu malinowego,
fioletowy dla dżemu z czarnego bzu, niebieski dla borówkowego, zielony
dla pałkowo-borówkowego, żółty dla mniszkowego, różowy dla dżemu z dzikich jabłek i owoców czeremchy wirginijskiej. Wiadomo, o co chodzi.
Moim zdaniem wygląda to głupawo, ale ludziom się chyba podoba, a jeśli
mam sobie poradzić na terenie tak słabym gospodarczo jak Górny Półwysep,
muszę dawać klientom to, czego chcą. Żadna filozofia.
Mogłabym wykorzystać mnóstwo dzikich roślin, i to na rozmaite sposoby,
ale na razie ograniczam się do dżemów. W każdym biznesie trzeba się na
czymś skupić. Moje logo to rysunek pałki wodnej, umieszczam go na
wszystkich etykietach. Jestem prawie pewna, że nikt poza mną, wyrabiając
dżem, nie miesza mielonego korzenia pałki z borówkami. Niewiele jej
dodaję, wyłącznie tyle, by móc użyć słowa pałka w nazwie. Kiedy
dorastałam, młode pędy pałki były moim ulubionym warzywem. Nadal są.
Każdej wiosny wrzucam wadery i wiklinowy koszyk na tył pikapa i ruszam
na południe, w kierunku bagien. Stephen i dziewczynki za nic nie tkną
pałek, ale Stephenowi nie przeszkadza, że je przyrządzam, pod warunkiem
że nikogo nimi nie częstuję. Wystarczy pogotować czubki przez kilka
minut w solonej wodzie, żeby uzyskać wyjątkowo delikatny przysmak. Pałki
mają nieco suchą i mączystą konsystencję, więc teraz jadam je z masłem,
ale oczywiście w dzieciństwie nie znałam jego smaku.
Borówki zrywam na terenach po wyrębie, też na południe od naszego domu.
Niektóre lata są bardziej urodzajne niż inne. Borówki przepadają za
słońcem, więc dawniej Indianie wypalali podszycie, żeby zwiększyć
zbiory. Przyznam, że też miałam taką pokusę. Nie tylko ja wychodzę na
równiny podczas sezonu borówkowego, więc ludzie stosunkowo szybko
pustoszą tereny położone najbliżej starych dróg dojazdowych dla drwali.
Często schodzę z utartej ścieżki i nigdy się nie gubię. Kiedyś dotarłam
na kompletne odludzie, gdzie wypatrzyli mnie i zatrzymali strażnicy w helikopterze departamentu zasobów naturalnych. Gdy ich przekonałam, że
wiem, gdzie jestem i co robię, dali mi spokój.
- Straszny upał, co? - pyta Jason i zdejmuje pierwsze pudło z mojego
ramienia.
W odpowiedzi tylko pomrukuję. Kiedyś nie miałabym pojęcia, jak
zareagować na takie pytanie. Moja opinia na temat pogody niczego nie
zmieni, więc dlaczego interesuje go, co myślę? Teraz wiem, że nie muszę
odpowiadać, bo to przykład tego, co Stephen nazywa "pogawędką", rozmową
dla samej rozmowy, zapchajdziurą, podczas której z założenia nie
przekazuje się istotnych informacji. Tak właśnie porozumiewają się
prawie obcy sobie ludzie. Nadal nie rozumiem, w czym to jest lepsze od
milczenia.
Jason się śmieje, jakbym opowiedziała dowcip dnia. Stephen twierdzi, że
to stosowna reakcja, choć nie mówiłam nic zabawnego. Po opuszczeniu
bagien naprawdę męczyłam się z nieznajomością konwenansów. Podawaj rękę,
gdy kogoś spotykasz. Nie dłub w nosie. Stań w rzędzie. Czekaj na swoją
kolej. Podnieś rękę, jeśli chcesz zadać pytanie w klasie, a potem
czekaj, aż nauczyciel pozwoli ci zabrać głos. Nie bekaj i nie puszczaj
bąków przy ludziach. W gościnie przed skorzystaniem z łazienki zapytaj o pozwolenie. Pamiętaj o myciu rąk i spuszczaniu wody. Nie macie pojęcia,
jak często czułam, że wszyscy poza mną wiedzą, jak się zachowywać. Kto
ustala te zasady? Dlaczego muszę się do nich stosować? Jakie poniosę
konsekwencje, jeśli tego nie zrobię?
Stawiam drugie pudło na rampie i wracam do pikapa po ostatnie. Trzy
pudła po dwadzieścia cztery słoiki, czyli razem siedemdziesiąt dwa
słoiki, które dostarczam co drugi tydzień w czerwcu, lipcu i sierpniu do
magazynu. Mój zysk na każdym pudle to 59 dolarów i 88 centów, co
oznacza, że przez lato tylko w Markham zarabiam ponad tysiąc dolarów.
Nie najgorzej.
Wiem, co pomyśleliby ludzie, widząc, że podczas rozładunku zostawiam
Mari samą w pikapie, i to jeszcze przy opuszczonych szybach. Nie
zamierzam jednak ich zamykać. Parkuję pod sosną, od zatoki wieje lekki
wiatr, ale przez cały dzień temperatura przekraczała trzydzieści stopni
Celsjusza, a jestem świadoma, jak szybko zamknięte auto zamienia się w piekarnik.
Zdaję sobie sprawę również z tego, że ktoś bez trudu mógłby sięgnąć
przez otwarte okno i wyciągnąć Mari. Wiele lat temu podjęłam jednak
decyzję, że nie wychowam swoich córek w strachu przed tym, co
przydarzyło się mojej matce.
Jeszcze jedno słowo na ten temat i kończę. Gwarantuję, że jeżeli ktoś ma
problem z tym, jak wychowuję córki, nigdy nie mieszkał na Górnym
Półwyspie w stanie Michigan. To wszystko.
W pikapie nie widzę Mari, specjalistki od ucieczek. Podchodzę do okna od
strony pasażera i zaglądam do środka auta. Mała siedzi na podłodze,
przeżuwając znalezione pod fotelem opakowanie po cukierku, jakby to była
guma. Otwieram drzwi, wyciągam celofan z jej ust i wpycham do kieszeni,
po czym wycieram palce o dżinsy i zapinam pas córce. Do samochodu wpada
motyl i ląduje na czymś lepkim na desce rozdzielczej. Mari klaszcze w dłonie i wybucha radosnym śmiechem. Uśmiecham się, nie mogę się
powstrzymać. Jej śmiech jest cudowny, gardłowy, spontaniczny, i nigdy mi
się nie znudzi. Kojarzy się z filmikami z YouTube'a, na których maluchy
śmieją się bez opamiętania z czegoś kompletnie błahego, jak skaczący
pies albo człowiek drący kawałki papieru. Śmiech Mari jest właśnie taki.
Mari to rozmigotana woda, złocisty promyk, kwakanie kaczek karolinek pod
chmurami.
Odpędzam motyla i uruchamiam silnik. Autobus Iris podjeżdża pod nasz dom
za piętnaście piąta. Zazwyczaj Stephen pilnuje dziewczynek, kiedy
zajmuję się dostawami, ale dzisiaj wróci dopiero późnym wieczorem, bo
pokazuje nowy zestaw zdjęć latarni morskiej właścicielowi galerii, który
sprzedaje jego fotografie w Soo, czyli w Sault Sainte Marie - wymawia
się to "Soo", a nie "Sault", jak mówią ludzie, którzy nie mają o tym
pojęcia - drugim co do wielkości mieście na Górnym Półwyspie, co zresztą
nie stanowi wielkiego powodu do dumy. Siostrzane miasto po kanadyjskiej
stronie jest znacznie większe. Miejscowi po obu stronach rzeki Saint
Mary's nazywają swoje miasto "The Soo". Ludzie ściągają z całego świata,
żeby zobaczyć śluzy w Soo i przyjrzeć się, jak przepływają tędy
gigantyczne masowce z rudą żelaza. To wielka atrakcja turystyczna.
Dostarczam ostatnie pudło z asortymentem dżemów do sklepu z pamiątkami
Gitche Gumee Agate and History Museum, po czym jadę nad jezioro i parkuję. Na widok wody Mari macha rękami i krzyczy: "Ła-ła, ła-ła".
Wiem, że w tym wieku powinna już mówić całymi zdaniami. W zeszłym roku
raz w miesiącu zabieraliśmy ją do psychologa rozwojowego w Marquette,
ale jak dotąd "ła-ła-ła" to szczyt osiągnięć Mari.
Następną godzinę spędzamy na plaży. Mari siedzi obok mnie na ciepłym
żwirze, próbując uśmierzyć ból dziąsła spowodowany wyrzynającym się
trzonowcem. Gryzie kawałek przyniesionego przez morze drewna, które
opłukałam w jeziorze. Powietrze jest parne i nieruchome, jezioro
spokojne, fale chlupoczą cicho jak woda w wannie. Po jakimś czasie
zdejmujemy sandały, brodzimy w wodzie i dla ochłody ochlapujemy się
nawzajem. Jezioro Górne to największe i najgłębsze z Wielkich Jezior,
więc woda w nim nigdy się nie rozgrzewa, ale po co komu ciepła woda w taki dzień jak dzisiaj?
Odchylam się i opieram na łokciach. Kamienie są ciepłe. Przez tę pogodę
aż trudno uwierzyć, że kiedy Stephen i ja przywieźliśmy tu Iris i Mari
parę tygodni temu, żeby oglądać deszcz Perseidów, potrzebowaliśmy
śpiwora i kurtek. Stephen uznał, że przesadzam, gdy pakowałam je do
jeepa cherokee, ale oczywiście nie miał pojęcia, jak zimno robi się nad
jeziorem po zachodzie słońca. Wszyscy czworo wcisnęliśmy się do
podwójnego śpiwora i leżeliśmy na plecach, patrząc w niebo. Iris
naliczyła dwadzieścia trzy spadające gwiazdy i przy każdej czegoś sobie
życzyła, a Mari przespała niemal cały pokaz. Za parę tygodni wybierzemy
się tu obserwować zorzę.
Siadam i sprawdzam, która godzina. Nadal trudno mi znaleźć się w konkretnym miejscu o wyznaczonej porze. Kiedy dorasta się wśród natury,
to ona dyktuje, co się robi i kiedy. Nie mieliśmy zegara, bo i po co?
Dostroiliśmy się do otoczenia, jak ptaki, owady i zwierzęta, rządził
nami ten sam dobowy rytm. Moje wspomnienia są związane z porami roku.
Nie zawsze pamiętam, ile miałam lat, kiedy działa się dana rzecz, ale
mam przed oczyma, jaka to była pora roku.
Teraz wiem, że dla większości ludzi rok kalendarzowy zaczyna się
pierwszego stycznia. Na mokradłach nic nie odróżniało stycznia od
grudnia ani od lutego czy marca. Nasz rok zaczynał się wiosną,
pierwszego dnia, gdy zakwitały błotne kaczeńce. Kaczeńce to spore
krzaczaste rośliny pokryte setkami jaskrawożółtych kwiatów. Wiosną
kwitną też na przykład kosaciec różnobarwny czy trawy, ale błotne
kaczeńce rosną tak bujnie, że nic się nie da porównać z ich imponującym
żółtym dywanem. Mój ojciec co roku wkładał wadery, wychodził na błota i wykopywał jeden krzaczek. Wkładał go do starego ocynkowanego cebra, do
połowy wypełnionego wodą, i ustawiał na werandzie z tyłu domu, gdzie
roślina promieniała jak słońce.
Kiedyś chciałam mieć na imię Marigold, tak brzmi angielska nazwa
błotnego kaczeńca. Padło jednak na Helenę i teraz często muszę
wyjaśniać, że wymawia się to "Helejna". Podobnie jak w wielu innych
kwestiach, to była decyzja ojca.
Niebo przybiera późnopopołudniową barwę, co oznacza, że na nas pora.
Sprawdzam, która godzina, i ku swojemu przerażeniu uświadamiam sobie, że
mój wewnętrzny zegar nie dotrzymuje kroku zegarkowi. Chwytam Mari i nasze sandały, biegnę do samochodu. Mari piszczy, kiedy przypinam ją
pasem. Rozumiem ją, też chciałabym zostać tu dłużej. W pośpiechu siadam
za kierownicą i przekręcam kluczyk. Zegar na tablicy rozdzielczej
wskazuje szesnastą trzydzieści siedem. Może uda mi się dojechać w ostatniej chwili.
Wyjeżdżam z parkingu i kieruję się na południe drogą M-77, najszybciej
jak mogę sobie na to pozwolić. W okolicy nie ma zbyt wielu radiowozów, a policjanci na patrolach poza wlepianiem mandatów za przekroczenie
prędkości nie mają dużo pracy. Dostrzegam ironię sytuacji. Śpieszę się,
bo jestem spóźniona, a jeśli zatrzymają mnie za pośpiech, spóźnię się
jeszcze bardziej.
Podczas jazdy Mari coraz bardziej się rozwściecza. Wierzga nogami, a piasek z jej stóp rozsypuje się po całym samochodzie. Kubek niekapek
odbija się od przedniej szyby, z nosa mojej córki wypływają smarki.
Panna Marigold Pelletier zdecydowanie nie jest szczęśliwa. Ja też nie
jestem.
Nastawiam radio na publiczną rozgłośnię Northern Michigan University w Marquette w nadziei, że muzyka zainteresuje Mari albo ją uśpi. Nie
jestem wielbicielką klasycznych utworów, ale tylko tę stację dobrze
słychać.
Zamiast muzyki właśnie nadają wiadomości.
- ...więzień, porywacz dziecka... zbiegł... Marquette...
- Cicho! - krzyczę i podkręcam głośność.
- Rezerwat przyrody w Seney... uzbrojony i niebezpieczny... nie zbliżać
się...
Początkowo nie udaje mi się usłyszeć niczego więcej, ale muszę wiedzieć.
Rezerwat jest niespełna pięćdziesiąt kilometrów od naszego domu.
- Mari, dość!
Mari mruga i milknie. Wysłuchuję powtórki komunikatu.
- Uwaga, powtarzam. Policja stanowa donosi, że więzień odbywający karę
dożywotniego pozbawienia wolności bez prawa do przedterminowego
zwolnienia, skazany za porwanie dziecka, gwałt i morderstwo, zbiegł dziś
krótko po godzinie szesnastej podczas transportu z więzienia o zaostrzonym rygorze w Marquette w stanie Michigan. Uciekinier jest
podejrzany o zabicie dwóch eskortujących go strażników. Prawdopodobnie
przebywa obecnie na terenie rezerwatu przyrody w Seney na południe od
drogi M-28. Zbieg jest uzbrojony i niebezpieczny. Pod żadnym pozorem,
powtarzam, pod żadnym pozorem nie wolno się do niego zbliżać. Ktokolwiek
zauważy coś podejrzanego, proszony jest o natychmiastowe powiadomienie
organów ścigania. Więzień Jacob Holbrook jest winny porwania młodej
dziewczyny i przetrzymywania jej w niewoli przez czternaście lat. Ta
głośna sprawa odbiła się szerokim echem po całym kraju...
Moje serce przestaje bić. Nic nie widzę, nie mogę oddychać. Nie słyszę
niczego poza pulsowaniem krwi w uszach. Zwalniam i ostrożnie zjeżdżam na
pobocze. Trzęsącą się ręką wyłączam radio.
Jacob Holbrook uciekł z więzienia. Król Moczarów. Mój ojciec.
A to właśnie ja wpakowałam go za kraty.
2
Żwir pryska spod kół, kiedy wracam na jezdnię. Wątpię, by ktokolwiek
patrolował tę część drogi, biorąc pod uwagę to, co się dzieje
pięćdziesiąt kilometrów stąd na południe. Nawet jeśli są tu jacyś
policjanci, mandat za przekroczenie prędkości jest teraz najmniejszym z moich zmartwień. Muszę się dostać do domu, mieć oko na obie córki. Muszę
wiedzieć, że są ze mną i że nic im nie grozi. Z komunikatu radiowego
wynikało, że ojciec oddala się od mojego domu i chce się ukryć w rezerwacie przyrody. Tylko ja wiem, że to nieprawda. Jestem gotowa
postawić każdą sumę, że po paru kilometrach ślad się urwie, być może już
się to stało. Ojciec potrafi przemierzać mokradła niczym duch wędrowca.
Pozostawia trop tylko wtedy, gdy chce, żeby ktoś za nim podążał. Jeśli
postanowił przekonać pogoń, że zaszył się w rezerwacie, nikt nie będzie
go szukał na mokradłach.
Kurczowo zaciskam dłonie na kierownicy. Wyobrażam sobie, jak ojciec czai
się wśród drzew, kiedy Iris wysiada i idzie po podjeździe. Dodaję gazu.
Oczyma wyobraźni widzę, jak ojciec wyskakuje i chwyta ją, kiedy tylko
autobus się oddali. Tak samo wyskakiwał z krzaków, żeby mnie nastraszyć,
gdy wracałam z wychodka. Moja obawa o bezpieczeństwo Iris nie wynika z logicznych przesłanek. Zgodnie z komunikatem ojciec uciekł o szesnastej,
może o szesnastej piętnaście. Teraz jest za piętnaście piąta. Wiem, że
nie pokonałby pieszo pięćdziesięciu kilometrów w nieco ponad pół
godziny, ale mój strach nie staje się przez to mniej rzeczywisty.
Od piętnastu lat nie zamieniłam z ojcem ani słowa. Zapewne nie wie, że
po osiemnastych urodzinach zmieniłam nazwisko, bo nie mogłam ścierpieć,
że ludzie kojarzą mnie tylko z okolicznościami, w jakich dorastałam.
Raczej nie ma też pojęcia, że gdy jego rodzice zmarli osiem lat temu,
pozostawili mi w spadku tę nieruchomość. Ani że większość
odziedziczonego majątku przeznaczyłam na zburzenie budynku, w którym się
wychował, i postawienie domu z prefabrykatów. Ani że mieszkam tu teraz z mężem i dwiema małymi córkami. Jego wnuczkami.
A może jednak wie. Po dzisiejszym dniu wszystko jest możliwe, bo dzisiaj
mój ojciec uciekł z więzienia.
Spóźniłam się minutę, z całą pewnością nie więcej niż dwie. Tkwię za
szkolnym autobusem, a Mari nieustannie wrzeszczy. Doprowadziła się do
takiego stanu, że chyba nawet nie pamięta, co ją rozwścieczyło. Nie
wolno mi ominąć autobusu i skręcić na nasz podjazd, bo kierowca ustawił
znak stopu i włączył mrugające czerwone światła. I co z tego, że tylko
mój samochód jest na drodze i że wysiadła moja córka. Tak jakbym mogła
przypadkowo przejechać własne dziecko.
Iris wysiada z autobusu. Wydaje się przygnębiona, kiedy wlecze się w stronę domu, na pewno myśli, że znowu zapomniałam wrócić dla niej na
czas.
- Patrz, Mari. - Wskazuję palcem. - Nasz dom. Sissy wróciła. Ciii.
Jesteśmy prawie na miejscu.
Mari patrzy w tamtą stronę, a na widok siostry momentalnie się ucisza.
Czka i uśmiecha się.
- Iris! - woła.
Nie mówi "Aj-aj" ani "Ajsis", ani "Sissy", ani nawet "Ajłis", tylko
"Ajris", czysto i wyraźnie. I bądź tu mądry, człowieku.
Kierowca w końcu dochodzi do wniosku, że Iris jest dostatecznie daleko
od drogi, i gasi światła ostrzegawcze. Drzwi zamykają się z sykiem, a gdy tylko autobus rusza, skręcam na nasz podjazd. Iris się prostuje i rozpromienia, machając do nas. Znowu stąpa po pewnym gruncie, bo mama
wróciła. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o sobie.
Wyłączam silnik i obchodzę samochód, żeby zapiąć Mari sandałki. Gdy
tylko dotyka stopami ziemi, od razu rzuca się biegiem przez podwórze.
- Mamusia! - Iris podbiega i obejmuje mnie za nogi. - Myślałam, że cię
nie ma.
Jej słowa nie brzmią oskarżycielsko, to raczej stwierdzenie faktu. Nie
po raz pierwszy zawiodłam córkę. Chciałabym obiecać, że ostatni.
- Wszystko dobrze. - Ściskam jej ramię i głaszczę ją po głowie.
Stephen powtarza mi na okrągło, że powinnam częściej przytulać nasze
córki, ale kontakt fizyczny nie przychodzi mi z łatwością. Psychiatra
wyznaczona przez sąd po tym, jak ja i matka odzyskałyśmy wolność, doszła
do wniosku, że mam problemy z zaufaniem, i kazała mi wykonywać różne
ćwiczenia. Musiałam na przykład zamknąć oczy, skrzyżować ręce na piersi
i paść do tyłu, wierząc, że mnie złapie. Opierałam się, a ona
powiedziała, że zachowuję się agresywnie. Wcale nie miałam problemów z zaufaniem, po prostu uznałam jej ćwiczenia za głupie.
Iris mnie puszcza i pędzi za siostrą do domu. Drzwi są otwarte, nigdy
nie zamykamy ich na klucz. Południowcy, właściciele dużych letnich domów
nad klifem, z widokiem na zatokę, ryglowali drzwi i zamykali okiennice,
ale generalnie nikt tutaj nie zaprząta sobie tym głowy. Wiadomo, na co
się zdecyduje złodziej, jeśli ma do wyboru pustą, stojącą na uboczu,
pełną drogiej elektroniki rezydencję oraz widoczny z drogi dom z prefabrykatów.
Teraz jednak zamykam drzwi na klucz i idę na podwórze z boku domu, żeby
sprawdzić, czy pies ma jedzenie i wodę. Rambo biega wzdłuż linki, którą
rozciągnęliśmy dla niego między dwiema sosnami Banksa, i merda ogonem na
mój widok. Nie szczeka, bo tak go nauczyłam. Rambo to moręgowaty pies
gończy plott hound, czarno-jasnobrązowy z kłapciastymi uszami i ogonem
jak bicz. Kiedyś zabierałam go ze sobą, gdy w towarzystwie paru innych
myśliwych z psami szłam polować na niedźwiedzie, ale dwa lata temu
musiałam przenieść go na emeryturę po tym, jak niedźwiedź zabłąkał się
na nasze podwórko i Rambo postanowił zapolować w pojedynkę.
Dwudziestokilogramowy pies nie jest odpowiednim przeciwnikiem dla
ważącego ponad dwieście kilogramów niedźwiedzia, bez względu na to, co
się psu wydaje. Większość ludzi nie zauważa tego na pierwszy rzut oka,
ale Rambo ma tylko trzy łapy. Przy dwudziestopięcioprocentowym
upośledzeniu fizycznym niespecjalnie się już nadaje na wyprawy. Kiedy
ostatniej zimy tak mu się nudziło, że pogonił za jeleniem, musieliśmy go
uwiązać na stałe. W tej okolicy pies znany z atakowania jeleni może
zostać zastrzelony bez ostrzeżenia.
- Mamy jakieś ciasteczka? - woła Iris z kuchni.
Wyprostowana, ze splecionymi dłońmi czeka cierpliwie przy stole, podczas
gdy jej siostra zbiera okruszki z podłogi. Nauczycielka bez wątpienia
uwielbia Iris, ale przyjdzie moment, kiedy pozna Mari. Nie pierwszy raz
się zastanawiam, jak to możliwe, że ci sami rodzice mogą dać życie tak
odmiennym istotom. Mari jest ogniem, Iris wodą. Iris to wierny stronnik,
ale nie przywódca. Jest spokojnym, nazbyt wrażliwym dzieckiem, które
woli czytać niż biegać i uwielbia swoich wyimaginowanych przyjaciół tak,
jak kiedyś ja uwielbiałam swoich. W dodatku za bardzo bierze sobie do
serca nawet najdrobniejszą przyganę. Żałuję, że z mojego powodu na
chwilę wpadła w panikę. Iris o Wielkim Sercu już wybaczyła i zapomniała,
ale ja nie. Nigdy nie zapominam.
Idę do spiżarki i zdejmuję torebkę ciastek z górnej półki. Nie wątpię,
że mój mały wiking pewnego dnia postanowi się tam wdrapać i dokonać
spustoszenia, ale Iris Posłusznej nawet przez myśl to nie przejdzie.
Układam na talerzu cztery ciastka, nalewam do dwóch szklanek mleko i ruszam do łazienki, gdzie odkręcam kran i ochlapuję twarz wodą. Na widok
swojej miny w lustrze uświadamiam sobie, że muszę wziąć się w garść.
Postanawiam wyznać wszystko Stephenowi, gdy tylko wróci do domu. Na
razie jednak dziewczynki nie mogą wiedzieć, że dzieje się coś złego.
Kiedy kończą jeść i pić, odsyłam je do ich pokoju. Mari jest za mała,
żeby zrozumieć znaczenie takich określeń jak "ucieczka z więzienia",
"obława" czy też "uzbrojony i niebezpieczny", ale Iris może się
zorientować w sytuacji.
CNN pokazuje długie ujęcie z lecącego nad drzewami helikoptera. Jesteśmy
tak blisko rejonu poszukiwań, że gdybym wyszła na werandę, pewnie
zobaczyłabym ten śmigłowiec. Na pasku przewija się ostrzeżenie policji
stanowej. Nikt nie powinien wychodzić z domu. Oglądam zdjęcia zabitych
strażników i pustej karetki więziennej, wysłuchuję wywiadów ze
zrozpaczonymi rodzinami. Patrzę na niedawno wykonaną fotografię ojca.
Więzienne życie mu nie służy. Spoglądam na zdjęcia matki z dzieciństwa i jako kobiety o zapadniętych policzkach, na zdjęcia naszej chaty,
fotografię samej siebie w wieku dwunastu lat. Jeszcze nie mówią o Helenie Pelletier, ale na wszystko przyjdzie czas.
Słyszę tupanie Iris i Mari na korytarzu. Wyciszam dźwięk.
- Chcemy się pobawić przed domem - mówi Iris.
- My - powtarza Mari. - Przed.
Zastanawiam się. Nie ma racjonalnego powodu, żebym zabroniła
dziewczynkom wyjść. Ich placyk zabaw jest otoczony siatką dwumetrowej
wysokości i cały teren widzę z okna w kuchni. Stephen zlecił
zainstalowanie ogrodzenia po wypadku z niedźwiedziem.
- Dziewczynki w środku, zwierzęta na zewnątrz - oznajmił z satysfakcją,
kiedy robotnicy skończyli, i otrzepał ręce o tył spodni, jakby sam
stawiał słupki.
Gdyby tylko zapewnienie dzieciom bezpieczeństwa było takie proste.
- Dobrze - zgadzam się. - Ale tylko na kilka minut.
Otwieram drzwi z tyłu domu i wypuszczam dziewczynki, a potem wyjmuję z szafki opakowanie makaronu z serem i główkę sałaty, a do tego ogórek z lodówki. Godzinę temu Stephen przysłał esemesa, że wróci później, więc
zje coś w drodze do domu. Dlatego dziewczynki dostaną gotowe danie, a ja
zrobię sobie sałatkę. Naprawdę nie lubię gotować. Ludzie mogą uważać to
za dziwne, biorąc pod uwagę, jak zarabiam na życie, ale w pracy trzeba
korzystać z tego, co się ma. Borówki i truskawki rosły na naszym
wzniesieniu, więc nauczyłam się robić dżemy. I tyle. W niewielu zawodach
wymagane są takie kwalifikacje jak łowienie ryb pod lodem czy
obdzieranie bobra ze skóry. Powiedziałabym wręcz, że nienawidzę gotować,
ale wciąż pobrzmiewa mi w uszach łagodne upomnienie ojca: "Nienawiść
to mocne słowo, Heleno".
Wrzucam makaron do garnka z gotującą się słoną wodą i podchodzę do okna,
żeby sprawdzić, co z dziewczynkami. Robi mi się słabo na widok tylu
barbie, kucyponków i księżniczek Disneya walających się po podwórku. Jak
Iris i Mari mogą wypracować w sobie takie zalety, jak cierpliwość i opanowanie, skoro Stephen daje im wszystko, czego zapragną? W dzieciństwie nie miałam nawet piłki, sama robiłam sobie zabawki.
Rozdzieranie skrzypów na kawałki i łączenie ich na powrót jest równie
kształcące jak te zabawki, w których małe dzieci muszą dopasować
kształty do otworów. Po posiłku złożonym z młodych pędów pałki
pozostawała nam sterta resztek, które zdaniem mojej matki wyglądały jak
plastikowe druty do robótek, choć mnie przypominały miecze. Wbijałam je
w piasek przed tylnym wejściem do naszego domu, żeby tworzyły palisadę
wokół fortu, w którym moi wojownicy z szyszek stoczyli wiele
imponujących bitew.
Zanim moje zdjęcie znikło ze stojaka na brukowce w supermarkecie, ludzie
pytali mnie, jaka była najbardziej
niewiarygodna/niesamowita/nieoczekiwana rzecz, którą odkryłam po
znalezieniu się w cywilizowanym świecie. Tak jakby ich świat był
nieporównanie lepszy od mojego albo faktycznie cywilizowany. Mogłabym z powodzeniem dowieść, jak nieuprawnione było użycie tego słowa do
opisania świata, który odkryłam w wieku dwunastu lat: wojna,
zanieczyszczenie, chciwość, przestępczość, głodujące dzieci, nienawiść
rasowa, przemoc o podłożu etnicznym - a to tylko początek. Czy tym czymś
był internet? (Nie rozumiem dlaczego). Bary szybkiej obsługi? (Nic
nadzwyczajnego). Samoloty? (Na litość boską, moja wiedza o technice lat
pięćdziesiątych XX wieku była solidnie ugruntowana, a poza tym, czy
ludziom naprawdę się wydaje, że samoloty nigdy nie przelatywały nad
naszą chatą? Myślą, że w naszym mniemaniu były to jakieś ogromne,
srebrne ptaki?). Loty w kosmos? (Przyznam, że akurat ta sprawa wciąż nie
daje mi spokoju. Świadomość, że dwunastu ludzi spacerowało po Księżycu,
nadal jest dla mnie trudna do ogarnięcia, choć widziałam materiał
filmowy).
Zawsze pragnęłam odwrócić role i sama zadawać pytania. Czy potraficie
odróżnić trawę od sitowia albo turzycy? Czy wiecie, które dziko rosnące
rośliny można bezpiecznie zjeść? Umiecie je przyrządzić? Zdołacie trafić
jelenia w brązową łatkę za łopatką, żeby od razu padł trupem i żebyście
nie musieli go tropić przez resztę dnia? Wiecie, jak zastawić wnyki na
królika? Umielibyście obedrzeć go ze skóry i wypatroszyć po złowieniu?
Potraficie przyrządzić mięso nad otwartym ogniem w taki sposób, żeby w środku było upieczone, a na zewnątrz apetycznie zwęglone i chrupiące? A skoro o tym mowa, czy wiecie, jak rozpalić ogień bez zapałek?
Jestem pojętną uczennicą i szybko zdałam sobie sprawę, że większość
ludzi nie docenia moich umiejętności. Cóż, szczerze mówiąc, ich świat
oferował niejedno fenomenalne cudo techniki. Instalacja
wodno-kanalizacyjna w domu to naprawdę świetna sprawa. Nawet teraz,
kiedy zmywam naczynia albo nalewam wodę do kąpieli dla dziewczynek,
chętnie trzymam dłonie pod kranem. Uważam tylko, żeby nie robić tego
przy Stephenie. Niewielu mężczyzn zniosłoby moje samotne całonocne
wyprawy w poszukiwaniu żywności na odludziu, polowania na niedźwiedzie i zjadanie pędów pałki. Nie chcę przeciągnąć struny.
Oto szczera odpowiedź: najbardziej niezwykłym odkryciem, jakie
poczyniłam, odkąd wraz z matką znalazłam się w cywilizowanym świecie,
jest prąd. Trudno mi pojąć, jak przez tyle lat dawałyśmy sobie radę bez
niego. Patrzę na ludzi, którzy niefrasobliwie ładują swoje tablety i komórki, opiekają chleb i robią popcorn w mikrofalówce, oglądają
telewizję albo czytają e-booki do późnej nocy, i wciąż nie mogę przestać
się dziwić. Nikt, kto dorastał z elektrycznością, nie zastanawia się,
jak poradzić sobie bez niej, chyba że akurat przypadkiem zabraknie prądu
z powodu burzy. Dopiero wtedy wszyscy rzucają się po latarki i świece.
Wyobraźcie sobie, że w ogóle nie macie prądu. Nie korzystacie z małego
AGD ani z lodówki. Nie używacie pralki ani suszarki, ani narzędzi
elektrycznych. Wstawaliśmy, gdy robiło się jasno, i szliśmy spać o zmierzchu. Mieliśmy szesnastogodzinne dni latem i ośmiogodzinne zimą.
Dzięki prądowi moglibyśmy słuchać muzyki, chłodzić się wiatraczkami,
ogrzewać najchłodniejsze kąty pokojów. Pompowalibyśmy wodę z bagien. Z łatwością zrezygnowałabym z telewizji i komputera, mogłabym nawet żyć
bez telefonu komórkowego. Jest jednak coś, czego okropnie by mi
brakowało, gdybym teraz musiała sobie bez tego poradzić, a mianowicie
elektryczności.
Z placyku zabaw dobiega mnie wrzask, wyciągam szyję. Nie zawsze udaje mi
się zorientować na podstawie krzyku córek, czy niebezpieczeństwo jest
banalne, czy autentyczne. Prawdziwe zagrożenie wiązałoby się z wiadrami
krwi bryzgającymi z jednej dziewczynki lub z obu, ewentualnie z baribalem węszącym za siatką. Banał to sytuacja, w której Iris wymachuje
rękami i wrzeszczy, jakby najadła się trutki na szczury, a Mari klaszcze
i się śmieje: "Osa! Osa!". To jeszcze jedno słowo, które wymawia bez
trudu.
Wiem, niełatwo uwierzyć, że kobieta wychowana w skrajnej dziczy ma
córkę, która się boi owadów. Tak to jednak wygląda. Już zrezygnowałam z zabierania Iris w teren, bo ciągle tylko narzekała na brud i brzydkie
zapachy. Jak dotąd lepiej sobie radzę z Mari. Rodzic nie powinien
faworyzować żadnego z dzieci, ale czasem trudno coś na to poradzić.
Czuwam przy oknie, dopóki osa nie wycofa się roztropnie w spokojniejszą
przestrzeń, a dziewczynki się nie uspokoją. Przychodzi mi do głowy, że
ich dziadek obserwuje je zza linii drzew. Jedna mała ma jasne włosy,
druga ciemne. Wiem, którą by wybrał.
Otwieram okno i wołam je do środka.
3
Po uprzątnięciu naczyń kąpię Mari i Iris, a potem kładę je do łóżek, nie
zważając na protesty. Wszystkie wiemy, że jest zbyt wcześnie. Bez
wątpienia dziewczynki będą chichotać i gadać godzinami, zanim zasną, ale
wystarczy mi, że nie ma ich w salonie.
Wracam tam akurat na wiadomości o szóstej. Minęły dwie godziny od
ucieczki ojca i nikt go jeszcze nie widział, co mnie wcale nie dziwi.
Nadal nie sądzę, żeby znajdował się choćby w pobliżu rezerwatu. Teren,
który utrudnia poszukiwania, jednocześnie nastręcza przeszkód w ucieczce. Inna sprawa, że ojciec nie robi niczego bez przyczyny. Na
pewno jest powód, dla którego uciekł. Muszę go tylko poznać.
Zanim kazałam zrównać z ziemią dom dziadków, chodziłam od jednego pokoju
do drugiego, próbując zrozumieć ojca. Chciałam wiedzieć, jak dziecko
wyrasta na kogoś, kto molestuje dzieci. W protokołach z procesu
znalazłam kilka istotnych szczegółów. Mój dziadek Holbrook był
pełnokrwistym Ojibwa, który dostał swoje nieindiańskie imię, kiedy w dzieciństwie wysłano go do szkoły z internatem dla Indian. Krewni mojej
babki byli Finami. Żyli w północno-zachodniej części półwyspu i pracowali w kopalniach miedzi. Dziadkowie poznali się i pobrali przed
czterdziestką, ojciec urodził się pięć lat później. Obrona odmalowała
rodziców ojca jako perfekcjonistów, zbyt starych i nieelastycznych, by
adaptować się do potrzeb hałaśliwego syna. Karali go za najdrobniejsze
występki. W szopie znalazłam cedrowy kij do bicia z wytartym do
gładkości uchwytem, więc wiedziałam, że to prawda. W skrytce pod luźną
deską w szafie w jego sypialni natrafiłam na pudełko po butach z parą
kajdanek i gniazdkiem blond włosów, zapewne ze szczotki babki, w którym,
niczym ptasie jajka, leżały szminka i kolczyk z perłą. W pudełku były
także białe bawełniane majtki. Założyłam, że również należały do mojej
babki. Mogę sobie tylko wyobrazić, co z tymi rzeczami zrobiłby
prokurator.
Reszta protokołów niewiele wyjaśniała. Rodzice ojca wyrzucili go z domu,
gdy został usunięty ze szkoły w dziesiątej klasie. Przez jakiś czas ciął
drewno na papierówkę, a potem zaciągnął się do wojska, skąd go
dyscyplinarnie zwolniono nieco ponad rok później, bo nie mógł się
porozumieć z innymi żołnierzami i nie słuchał dowódców. Zdaniem obrony
ojciec nie zawinił. Był bystrym młodym człowiekiem, który zachowywał się
tak, a nie inaczej, gdyż szukał miłości i akceptacji, których nie dostał
od rodziców. Nie jestem tego taka pewna. Ojciec może i dobrze sobie
radził na odludziu, ale nie pamiętam, by kiedykolwiek usiadł i przeczytał choć jeden numer "National Geographic". Czasem się
zastanawiałam, czy w ogóle potrafi czytać. Nawet nie chciało mu się
oglądać zdjęć.
Nic nie pasowało do znanego mi ojca, dopóki nie znalazłam jego sprzętu
wędkarskiego w zawieszonym pod belkami w piwnicy jutowym worku. Ojciec
opowiadał historie o tym, jak w dzieciństwie łowił ryby w rzece Fox.
Znał wszystkie najlepsze miejsca połowów, kiedyś nawet był przewodnikiem
ekipy telewizyjnego programu "Michigan za progiem". Odkąd znalazłam ten
sprzęt, wielokrotnie łowiłam ryby zarówno we wschodniej odnodze, jak i w głównym nurcie rzeki. Wędka ojca jest wygodna i umożliwia szybki połów.
Ze spławikiem na żyłce o czterech, pięciu, a czasem, jeśli łowię na
nimfę albo na streamer, sześciu ciężarkach, zwykle wracam do domu z pełnym koszykiem. Nie wiem, czy jestem tak dobra w łowieniu pstrągów jak
ojciec, ale mam nadzieję, że tak.
W trakcie wiadomości rozmyślam o jego wędkarskich opowieściach. Gdybym
zamordowała dwóch ludzi, żeby wydostać się z więzienia, to wiedząc, że
moja ucieczka spowoduje jeden z największych pościgów w historii
Michigan, nie plątałabym się na ślepo po mokradłach. Wyruszyłabym do
jednego z nielicznych miejsc na ziemi, gdzie byłam szczęśliwa.
Jest za piętnaście dziewiąta. Siedzę na naszej frontowej werandzie i w oczekiwaniu na Stephena zabijam komary. Nie mam pojęcia, jak zareaguje
na wiadomość, że uciekinier z więzienia to mój ojciec, ale wiem, że
dobrze nie będzie. Mój mąż, łagodny fotograf przyrody, rzadko wpada w gniew, co zresztą było jednym z najważniejszych powodów, dla których mi
się spodobał, ale wszystko ma swoje granice.
Rambo ułożył się na werandzie obok mnie. Osiem lat temu, na długo przed
Stephenem i dziewczynkami, pojechałam po szczeniaka do hodowców plottów
z Północnej Karoliny. Rambo to zdecydowanie pies jednego właściciela, co
wcale nie oznacza, że w razie konieczności nie stanąłby w obronie
Stephena i dziewczynek. Plott houndy są nieustraszone do tego stopnia,
że wielbiciele tej rasy nazywają je psimi wojownikami ninja,
najtwardszymi psami na świecie. Gdyby jednak przyszło co do czego i cała
nasza rodzina znalazłaby się w niebezpieczeństwie, Rambo broniłby przede
wszystkim mnie. Ludzie, którzy lubią idealizować zwierzęta, nazwaliby to
miłością, lojalnością lub oddaniem, ale to po prostu jego natura. Plotty
hoduje się po to, by całymi dniami tropiły zwierzynę i walczyły z poświęceniem, a dopiero w ostateczności uciekały. Nic nie poradzą na to,
kim są.
Rambo szczeka i strzyże uszami. Przechylam głowę. Słyszę świerszcze,
cykady, szum wiatru wśród sosen Banksa, szelest w opadłych igłach,
zapewne to myszy albo ryjówki, "hula nam chór, hula nam chór" puszczyka
kreskowanego dobiegające z odległej części łąki między naszym domem a domem sąsiadów, klekot i skrzek pary czapli, które gniazdują na
mokradłach za naszym budynkiem, i dopplerowski świst pędzącego drogą
auta. Tymczasem dla nadwrażliwych zmysłów psa noc jest pełna dźwięków i zapachów. Rambo cicho skowyczy, drżą mu łapy, ale się nie rusza. Nie
zrobi tego, dopóki mu nie każę. Wytresowałam go tak, że słucha zarówno
poleceń głosowych, jak i sygnałów dawanych ręką. Kładę dłoń na jego
łbie, a on opiera go na moim kolanie. Nie wszystko, co porusza się w ciemności, trzeba zbadać i dopaść.
Oczywiście mówię o swoim ojcu. Wiem, że to, co zrobił mojej matce, jest
złe, a zabicie dwóch strażników, by uciec z więzienia - niewybaczalne.
Jednak jakaś część mnie, nie większa niż pyłek na kwiatku wieńczącym
łodyżkę wyrastającą z trawy na mokradłach, ta część, która na zawsze
pozostanie idealizującą ojca małą dziewczynką z warkoczykami, cieszy
się, że jest wolny. Spędził ostatnie trzynaście lat w więzieniu. Miał
trzydzieści pięć lat, kiedy porwał moją matkę, pięćdziesiąt, kiedy
opuściłyśmy mokradła, pięćdziesiąt dwa, kiedy go złapano, dwa lata
później został skazany. Tego listopada skończy sześćdziesiąt sześć. W Michigan nie ma kary śmierci, ale kiedy myślę, że mój ojciec miałby
spędzić następne dziesięć, dwadzieścia, a może nawet trzydzieści lat w więzieniu, gdzie doczekałby wieku własnego ojca, to uważam, że chyba
powinna być.
Gdy opuściłyśmy mokradła, wszyscy się spodziewali, że znienawidzę ojca
za to, co zrobił matce, i tak właśnie było. Nadal go nienawidzę, ale
jednocześnie mi go żal. Chciał żony, a żadna kobieta przy zdrowych
zmysłach nie wyszłaby za niego z własnej woli. Wystarczy spojrzeć na
sytuację z jego punktu widzenia - co innego miał zrobić? Był chory
psychicznie, pełen wad, tak głęboko ukryty pod maską dzikiego Indianina,
że nie zdołałby się oprzeć pragnieniu porwania mojej matki, nawet gdyby
próbował. Psychiatrzy - zarówno zgłoszeni przez obronę, jak i prokuratora - zgodzili się co do diagnozy: osobowość dyssocjalna,
chociaż obrona oczywiście powoływała się na okoliczności łagodzące,
takie jak pourazowe uszkodzenie mózgu ojca, w dzieciństwie notorycznie
bitego po głowie.
Jako dziecko kochałam ojca. Znany mi Jacob Holbrook był inteligentny,
zabawny, cierpliwy i miły. Zajmował się mną, karmił mnie i ubierał,
uczył wszystkiego, czego potrzebowałam nie tylko żeby przeżyć na
mokradłach, ale wręcz dobrze tam sobie radzić. Poza tym mówimy o wydarzeniach, dzięki którym pojawiłam się na świecie, więc trudno, żebym
żałowała, prawda?
Kiedy ostatnio widziałam ojca, wychodził powłócząc nogami w kajdanach z sądu okręgowego w Marquette, żeby trafić pod klucz wraz z tysiącem
innych mężczyzn. Nie uczestniczyłam w procesie - moje zeznania uważano
za niewiarygodne ze względu na mój wiek i wychowanie, a do tego zbędne,
gdyż moja matka była w stanie zapewnić prokuratorowi tyle dowodów, że
wystarczyłoby ich na kilka dożywotnich odsiadek. Mimo to rodzice matki
przywieźli mnie z Newberry w dniu ogłoszenia wyroku. Zapewne mieli
nadzieję, że jeśli zobaczę, jak ojciec dostaje za swoje, bo skrzywdził
ich córkę, znienawidzę go tak jak oni. Tego samego dnia poznałam
dziadków ze strony ojca. Wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy odkryłam,
że matka człowieka, którego zawsze uważałam za Ojibwę, jest bladą
blondynką.
Od tamtego czasu przejeżdżałam obok więzienia w Marquette ze sto razy,
gdyż mijamy je zawsze, kiedy jedziemy do lekarza Mari, do kina albo na
zakupy z dziewczynkami. Więzienia nie widać z drogi, można zobaczyć
tylko kręty podjazd między dwoma starymi, kamiennymi murami. Wygląda to
jak droga dojazdowa do wiekowej posiadłości bogaczy, biegnąca wśród
drzew aż do skalistej skarpy nad zatoką. Wzniesione z piaskowca budynki
administracji znajdują się na stanowej liście zabytków, a ich historia
sięga 1889 roku, kiedy to otwarto więzienie. Oddział o zaostrzonym
rygorze, w którym umieszczono ojca, składa się z sześciu bloków z jednoosobowymi celami pod nieustannym nadzorem, otoczonych prawie
siedmiometrowej grubości kamiennym murem, który wieńczy wysoka na ponad
trzy metry druciana siatka. Muru i ogrodzenia strzegą uzbrojeni
strażnicy w ośmiu wieżach, z których pięć wyposażono dodatkowo w kamery
do obserwacji wnętrza bloków mieszkalnych. Tak przynajmniej twierdzi
Wikipedia, sama nigdy tam nie byłam. Kiedyś obejrzałam więzienie przez
Google Earth, pokazujący widok z kamery satelitarnej. Na dziedzińcu nie
było więźniów.
Teraz ich liczba zmniejszyła się o jedną osobę. To oznacza, że za kilka
minut będę musiała powiedzieć mężowi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę
o tym, kim jestem i w jakich okolicznościach przyszłam na świat. Boże,
dopomóż.
Jakby na sygnał, Rambo szczeka ostrzegawczo. Po paru sekundach światła
reflektorów omiatają podwórze, a lampa na zewnątrz domu się zapala,
kiedy SUV wtacza się na podjazd. To nie jest cherokee Stephena. Ten
samochód ma lampy ostrzegawcze na dachu i oznakowania policji stanowej
na drzwiach. Przez ułamek sekundy łudzę się, że zdołam odpowiedzieć na
pytania policjantów i pozbyć się ich, zanim wróci mój mąż. W tym samym
momencie podjeżdża cherokee. Światła wewnątrz obu aut zapalają się
jednocześnie. Obserwuję, jak zdumienie Stephena zmienia się w przerażenie na widok mundurów.
Biegnie do mnie przez podwórze.
- Helena! Nic ci nie jest? Dziewczynki? Co się stało? Wszystko w porządku?
- Nic nam nie jest. - Daję sygnał Rambo, żeby został, a sama schodzę z werandy, by powitać męża i policjantów.
- Helena Pelletier? - pyta ten ważniejszy.
Jest młody, mniej więcej w moim wieku, a jego partner wydaje się jeszcze
młodszy. Zastanawiam się, ile osób już przesłuchiwali. Ile istnień
zrujnowały ich pytania. Kiwam głową i szukam dłoni Stephena.
- Chcielibyśmy zadać pani kilka pytań w związku z pani ojcem, Jacobem
Holbrookiem.
Stephen gwałtownie odwraca głowę.
- Twoim... Helena, co się dzieje? Zbiegły więzień to twój ojciec?
Znowu kiwam głową. Mam nadzieję, że Stephen odbierze to jako przeprosiny
i jednocześnie wyznanie.
Tak, Jacob Holbrook to mój ojciec. Tak, okłamywałam cię od dnia, w którym się poznaliśmy. Tak, krew tego złego człowieka płynie w moich
żyłach i w żyłach twoich córek. Przepraszam. Przepraszam, że musiałeś
dowiedzieć się w taki sposób. Przepraszam, że nie powiedziałam ci
wcześniej. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam.
Jest ciemno, jego twarz kryje się w cieniu. Nie wiem, o czym myśli
Stephen, gdy powoli przenosi spojrzenie ze mnie na policjantów, a potem
znów na mnie i na nich.
- Proszę - mówi w końcu.
Nie do mnie, tylko do nich. Puszcza moją rękę i prowadzi policjantów
przez werandę do naszego domu.
Tak właśnie mury mojego starannie zbudowanego drugiego życia walą się w gruzy.
4
Funkcjonariusze policji stanowej Michigan siedzący na obu krańcach sofy
w naszym salonie wyglądają jak para granatowych podpórek na książki.
Mają takie same mundury i włosy, są tego samego wzrostu. Położyli czapki
na środkowym siedzisku i rozchylili kolana, bo ze względu na niepozorny
wzrost Stephena sofa jest niska. Wydają się wyżsi niż na naszym
podwórzu, groźniejsi, tak jakby władza związana z mundurem w jakiś
sposób wpłynęła na ich rozmiary. A może to po prostu pokój wydaje się
mniejszy, kiedy tu są, bo rzadko miewamy gości. Stephen zaproponował
kawę, ale odmówili, co mnie ucieszyło. Nie chciałabym, żeby zostali zbyt
długo.
Stephen przycupnął na fotelu obok sofy jak ptak gotowy do lotu. Porusza
nerwowo prawą nogą, a jego mina wyraźnie świadczy o tym, że chciałby być
gdzieś indziej. Siedzę na jedynym wolnym krześle na drugim końcu pokoju.
Nie uchodzi mojej uwagi, że nie mogłabym się znajdować dalej od swojego
męża. Widzę też, że odkąd zaprosił policjantów do domu, starannie omija
mnie wzrokiem.
- Kiedy ostatnio widziała pani ojca? - pyta wyższy rangą funkcjonariusz,
gdy siadamy.
- Nie rozmawiałam z nim od dnia, w którym opuściłam mokradła.
Policjant unosi brew. Mogę sobie wyobrazić, co myśli. Mieszkam
siedemdziesiąt pięć kilometrów od więzienia, w którym przez trzynaście
lat przebywał mój ojciec, i nawet go nie odwiedziłam?
- Czyli od trzynastu lat. - Wyciąga długopis i notatnik z kieszeni na
piersi, zupełnie jakby chciał zapisać tę liczbę.
- Od piętnastu - poprawiam go.
Po tym, jak matka i ja opuściłyśmy mokradła, ojciec przez dwa lata
krążył po odludziu na Górnym Półwyspie, zanim go złapano. Policjant wie
o tym równie dobrze jak ja. Ustala punkt odniesienia, zadaje pytania, na
które już zna odpowiedź, żeby ocenić, kiedy kłamię, a kiedy mówię
prawdę. Nie mam żadnych powodów, by kłamać, ale on jeszcze o tym nie
wie. Rozumiem, że musi mnie traktować jak podejrzaną, dopóki nie
znajdzie potwierdzenia mojej niewinności. Więźniowie zazwyczaj nie
uciekają z więzień o zaostrzonym rygorze, jeśli nie mogą liczyć na
czyjąś pomoc, czy to w środku, czy na zewnątrz. Pomoc kogoś takiego jak
ja.
- No tak. Czyli nie rozmawiała pani z ojcem od piętnastu lat.
- Proszę sprawdzić księgę gości, jeśli pan nie wierzy - mówię, choć nie
wątpię, że już to zrobili. - Rejestr połączeń telefonicznych. Cokolwiek.
Mówię prawdę.
Nie chcę przez to powiedzieć, że nigdy nie myślałam o odwiedzeniu ojca.
Owszem, myślałam, i to wielokrotnie. Gdy go ujęto, rozpaczliwie
pragnęłam się z nim zobaczyć. Newberry to niewielkie miasto, a areszt, w którym trzymano ojca przed procesem, znajdował się zaledwie kilka
przecznic od mojej szkoły. W dowolnym momencie mogłam tam iść po
lekcjach albo pojechać na rowerze. Nikt nie odmówiłby mi kilku minut z ojcem, ale się bałam. Minęły dwa lata, ja miałam już czternaście.
Zmieniłam się, być może on również. Przejmowałam się, że nie zechce
spotkać się ze mną, że będzie zły, bo to przeze mnie go złapano.
Po tym, jak został skazany, nikt nie zechciałby pokonać ponad stu
pięćdziesięciu kilometrów z Newberry do Marquette i tyle samo z powrotem, żebym mogła zobaczyć się z ojcem, nawet gdybym miała odwagę o to poprosić. Później, gdy zmieniłam nazwisko i dorobiłam się własnego
samochodu, nadal nie mogłam odwiedzić go w więzieniu, bo musiałabym
pokazać jakiś dokument i wpisać nazwisko do rejestru gości, a nie
chciałam, żeby moje nowe życie skrzyżowało się ze starym. Nie tęskniłam
za ojcem bez przerwy. Myśl o spotkaniu pojawiała się w mojej głowie
tylko raz na jakiś czas, zazwyczaj wtedy, gdy Stephen bawił się z dziewczynkami i coś w ich zachowaniu przypominało mi dawne dni spędzone
na mokradłach.
Ostatnio rozważałam wizytę u niego dwa lata temu, po śmierci matki. To
był dla mnie trudny okres. Nie mogłam mówić głośno o jej odejściu, nie
ryzykując, że ktoś doda dwa do dwóch i domyśli się, kim jestem. Byłam
objęta programem ochrony świadków własnego pomysłu. Jeśli moje nowe
życie miało sprawnie funkcjonować, musiałam odciąć się całkowicie od
starego. Tyle tylko, że byłam jedynym dzieckiem matki i nieobecność na
jej pogrzebie wydawała mi się zdradą. To, że nie miałam jej już nigdy
zobaczyć i z nią porozmawiać, również bolało. Nie chciałam, żeby to samo
powtórzyło się z moim ojcem. Może udałoby mi się podać za więzienną
groupie albo dziennikarkę, na wypadek gdyby ktoś dociekał, dlaczego
nagle postanowiłam się z nim spotkać. Ojciec jednak musiałby
zaakceptować mój plan, a nie mogłam przewidzieć, czy się zgodzi, czy też
odmówi.
- Ma pani jakieś podejrzenia, dokąd mógł się udać? - pyta policjant. - I co planuje?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki